Między nami

Między nami

Autorzy: Jacek Kaczmarski

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 79.00 zł

cena od: 50.56 zł

Wyjątkowe wydanie wierszy Jacka Kaczmarskiego z okazji 60. rocznicy urodzin poety.

Jacek Kaczmarski to jeden z największych bardów współczesnej polskiej piosenki poetyckiej. Jego mocny głos, genialne teksty i wielka ekspresja, z jaką grał i śpiewał, wciąż porywają nowe pokolenia. Słowa piosenek jego autorstwa – jak choćby „Naszej klasy”, „Zbroi” czy „Murów” – weszły na stałe do naszego słownika.
"Między nami" to najpełniejsze wydanie wierszy poety.

Poezja nie służy ułatwianiu życia ludziom. Otwiera im oczy na pewne aspekty istnienia.
Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski (1957–2004) – poeta, prozaik, kompozytor, piosenkarz, twórca tekstów piosenek. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zadebiutował w 1976 roku, a rok później zdobył nagrodę na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie za utwór „Obława”. W roku 1979 rozpoczął współpracę z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. W momencie wprowadzenia stanu wojennego przebywał we Francji. W latach 80. dał setki koncertów na całym świecie. Wrócił do Polski w 1990 roku. Został pochowany w Alei Zasłużonych na Warszawskich Powązkach. Odznaczony Krzyżami Komandorskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Spis treści

OD REDAKTORA WYDAŃ ZBIOROWYCH POEZJI JACKA KACZMARSKIEGO

PRZYBYCIE TYTANÓW BALLADA O ISTOTKACH

BALLADA PARANOIKA

BALLADA O DRAPIEŻNEJ BESTII

BALLADA O WESOŁYM MIASTECZKU

BALLADA O OKRZYKACH

BALLADA O POWITANIU

BALLADA O WINDZIE

Copyright © by Alicja Delgas, Patricia Volny, Kosma Kaczmarski, 2017

This edition Copyright © by Prószyński Media, 2017

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Opieka merytoryczna

Krzysztof Nowak

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

Korekta

Maria Talar

Wydanie drugie poszerzone

ISBN 978-83-8123-525-9

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

OD REDAKTORA WYDAŃ ZBIOROWYCH POEZJI JACKA KACZMARSKIEGO

1.

Książka, którą trzymają Państwo w rękach, to już czwarte wydanie antologii poezji Jacka Kaczmarskiego. Nie jest to jednak proste wznowienie poprzednich wersji. Niniejsza księga jest ukoronowaniem procesu, który zaczął się dokładnie trzydzieści lat temu, kiedy to przystąpiłem do tworzenia na własny użytek kompletnego zbioru poezji Jacka.

Początki nie były obiecujące – przepisywałem na maszynie wiersze z opublikowanych przez podziemne wydawnictwa śpiewników tudzież spisywałem ze słuchu z nagrań z Radia Wolna Europa. Kiedy jednak w 1990 roku, po powrocie Jacka do Polski i powstaniu Pomatonu, zaczęły się pojawiać wydania śpiewników i nut poszczególnych programów, dysponowałem już bazą zawierającą większość utworów Kaczmarskiego. Na początku 1993 roku pomysłem sporządzenia antologii podzieliłem się z Tomaszem Kopciem. On zapalił się do tego pomysłu i dał Jackowi znać, że znalazł człowieka, który zebrał wszystkie jego wiersze. W ten sposób doszło do pierwszego spotkania poświęconego antologii. Szybko się okazało, że zgadzamy się z poetą we wszystkich istotnych kwestiach związanych z projektem. Wtedy też powstał skreślony ręką Jacka wstępny szkic księgi – kopię tej notatki załączamy. Na następne spotkanie przyszedłem uzbrojony w stos wydruków. Jacek odwdzięczył mi się wręczeniem maszynopisów wszystkich swoich wierszy. To wprowadziło nową jakość do mojej dalszej pracy nad całością, stając się podstawą do rozpoczęcia poważnego opracowania redakcyjnego.

Po wyjeździe Jacka do Australii sprawa antologii zaczęła żyć własnym życiem, niekontrolowanym w zasadzie przez nikogo. Przygotowany przeze mnie plik powędrował do wydawnictwa, straciłem nad nim kontrolę, a żadna z osób, które powinny się czuć zań odpowiedzialne, nie panowała nad całokształtem. Na domiar złego, każda z nich uważała, że praca redakcyjna została wykonana, bo autor naniósł przecież poprawki. Kaczmarski rzeczywiście wniósł sporo zmian, jednak kwestie czysto techniczne pozostawił korektorom. Nie chcę się wgłębiać w szczegóły, ważne, że w efekcie licznych zaniedbań pierwsze wydanie (A śpiewak także był sam…,1997) jest niestaranne, z mnóstwem literówek, błędów rzeczowych, a nawet z kilkoma błędami ortograficznymi. Mimo wszystko był to kamień milowy na drodze do realizacji projektu. Książka stała się bowiem punktem wyjścia do dalszej pracy, a jej niedoskonałości uświadomiły mi dobitnie, jak wiele jest jeszcze do zrobienia.

Wiosną 2002 roku zdiagnozowano u Jacka śmiertelną chorobę. Adam Borowski, wydawca pierwszej antologii, dowiedziawszy się o tym, postanowił ją wznowić, żeby wesprzeć poetę zarówno finansowo, jak i psychicznie. Chciał jedynie dołączyć do niej wiersze z dwóch programów, które powstały w międzyczasie (Dwie Skały i Mimochodem) i dać do druku. Stanowczo zaoponowałem, twierdząc, że pierwsza edycja zawiera zbyt dużo błędów. Jacek, do którego w tej sprawie zadzwoniłem, udzielił mi wsparcia i wspólnie przekonaliśmy Adama, że drugie wydanie będzie możliwe dopiero po wykonaniu gruntownej redakcji.

W tamtym momencie istniały dwie wersje antologii – wydanie książkowe oraz mój plik, nad którym systematycznie pracowałem. Niestety, nie obejmował on istotnych korekt naniesionych przez autora w wydawnictwie przed publikacją pierwszego wydania. Konieczne było więc scalenie obu wersji. Adam Borowski znalazł na to najlepszy możliwy sposób – przekazał plik i wydaną antologię profesjonalnemu korektorowi, który wynotował rozbieżności między tymi materiałami. Pozostało przejrzeć notatki korektora i w przypadku różnic zdecydować, którą wersję przyjąć w nowym wydaniu. Różnic tych było jednak kilkanaście tysięcy, przy czym w wielu przypadkach nawet sam autor nie był pewien, która z wersji jest lepsza. Co gorsza, Jacek czuł się bardzo źle; na moją prośbę o konsultacje odpowiedział – „Rób, Krzysiu, jak uważasz”. Wszystkie decyzje musiałem więc podjąć sam i na własną odpowiedzialność. Tak też zrobiłem, wprowadzając jednocześnie kilka bardzo istotnych zmian do układu książki – chodzi przede wszystkim o utworzenie i dodanie nowego pierwszego rozdziału. Drugie wydanie antologii, Ale źródło wciąż bije…, opublikowane zostało jesienią 2002 roku.

Kaczmarski był wyraźnie zadowolony z efektów naszej pracy, z uznaniem zaaprobował mój pomysł nowej kompozycji książki, jednak nie omieszkał wykorzystać okazji do wytknięcia kilku znalezionych literówek (np. „Chłopczyk się nudzi. Sie podpłomyk” zamiast: „Chłopczyk się nudzi. Ssie podpłomyk” ). Zrobił to oczywiście żartobliwie, ale korektorskie błędy istotnie nie były przywidzeniem.

W ciągu kolejnych dziewięciu lat całość przeszła jeszcze jedną gruntowną korektę. Teksty wszystkich piosenek zostały porównane z istniejącymi wykonaniami autorskimi, zaś wszystkie wiersze jeszcze sczytałem i porównałem z maszynopisami. Dodatkowo księgę uzupełniłem o trzy nowe rozdziały: teksty utworów z opery bluesowej Kuglarze i wisielcy (do libretta Jacka Kaczmarskiego, z muzyką Jerzego Satanowskiego), zbiór okolicznościowych wierszy pod wspólnym tytułem Fraszki na pracowników RWE oraz Tunel – ostatni tomik wierszy poety, pisanych przezeń w chorobie. W efekcie powstało trzecie wydanie książki – Jacek Kaczmarski, Antologia poezji, 2012.

Właściwie natychmiast po publikacji przystąpiłem do notowania błędów korektorskich niezauważonych na wcześniejszych etapach pracy nad dziełem. Najważniejsza praca została jednak już wykonana, mogłem się więc skupić na poprawkach drobniejszych. Po raz kolejny wprowadziłem szereg zmian, porównując dostępne materiały źródłowe. W stosunku do poprzednich wydań antologii uporządkowałem także kolejność rozdziałów, status kryterium wiodącego nadałem bowiem chronologii.

Niniejsze wydanie uzupełniłem ponadto o cztery utwory wcześniej niepublikowane: Monachijskie buki i fraszkę Na Piekarza – utwory odnalezione w archiwach Radia Wolna Europa i Biblioteki Narodowej, Scenę (Wokalizę na zdarte głosy) – wiersz okolicznościowy, napisany podczas trasy koncertowej Murów w Muzeum Raju oraz Do (poemacik egocentryczny) – ironiczną poetycką autobiografię, niestety niedokończoną.

2.

Wiersze Jacka Kaczmarskiego to teksty gęste treściowo, w większości wielokrotnie śpiewane na koncertach, żyjące więc własnym życiem. Zdarzało się, że autor zmieniał jedno słowo lub też całą frazę; niekiedy rozmyślnie, czasem zupełnie niechcący. Kwestia ustalenia tzw. kanonicznej wersji tekstu jest więc sprawą poważniejszą i nie sprowadza się jedynie do porównania maszynopisu z wersją śpiewaną – szczególnie, że zarejestrowanych wykonań istnieje niekiedy kilkanaście.

Podstawowym kryterium wyboru jest szacunek dla intencji autora. Dlatego też największe znaczenie miały dla mnie konsultacje z poetą, a także wersje zapisane w autorskich maszynopisach. Odstępstwa od maszynopisu mogą mieć miejsce tylko jeśli jest po temu istotny i jednoznaczny powód. W przypadkach wątpliwych za właściwszą uznać należy wersję śpiewaną w czasach, kiedy utwór pozostawał w czynnym repertuarze poety. Wersje wczesne – albo przeciwnie, śpiewane po latach – są mniej reprezentatywne.

Żeby łatwiej było sobie wyobrazić istotę problemu, pokażmy garść przykładów. Pierwszym może być zakończenie utworu Bankiet. W pierwszym i drugim wydaniu antologii kończy się on tak:

Przyjemnie powietrzem oddychać bez ludzi!

Idę środkiem ulicy, radość duszę rozpiera:

Tyle dla mnie znaczyło biały stół zapaskudzić

I rozwalić szczękę kelnera!

Jedyne nagrane autorskie wykonanie tego utworu, zamieszczone na płycie Bankiet, ma natomiast zakończenie następujące:

Ja nad wódką poranną przy wyziębłym bufecie,

Oni tam się wsadzają do limuzyn i aut.

Najwyraźniej nie umiem bawić się na bankiecie

I nie dla mnie ślub, pogrzeb, jubileusz czy raut.

Wersja zamieszczona w pierwszym i drugim wydaniu antologii jest pierwotną wersją – w takiej postaci tekst był śpiewany w latach 70. i tak został opublikowany w latach 80. przez paryską „Kulturę”. Potem przez lata Jacek tej piosenki nie śpiewał – aż do kwietnia 1992 roku, kiedy, przygotowując się do nagrania Bankietu, zmienił zakończenie. Ponieważ tego rodzaju sytuacji jest znacznie więcej, przyjąłem ogólną zasadę, że pierwszeństwo ma wersja częściej grana/bardziej znana/późniejsza. Wersja z Bankietu spełnia akurat wszystkie trzy powyższe kryteria, tak więc to właśnie ona powinna znaleźć się w antologii.

Śpiewany przez Przemysława Gintrowskiego (a także przez Jacka Kaczmarskiego na płycie Muzeum, 1981), utwór Czerwony autobus zawiera następujący fragment:

Że Żydzi to bezpieka!

Myślimy, że poczeka!

Myślimy, że poczeka!

Myślimy, że poczeka! Na Nas raj!

Potem, już na emigracji, Jacek przerobił ten tekst, wzmocnił go:

Że Żydzi to bezpieka!

Więc na co jeszcze czekasz!

Więc na co jeszcze czekasz!

Więc na co jeszcze czekasz! W mordę daj!

Wersja późniejsza i zarazem częściej grana to zatem wersja druga – i dlatego ona właśnie zasługuje na status wersji kanonicznej.

W Artystach funkcjonują dwie wersje wersu:

A tam druty, tortury, obozy

i

Adam, druty, tortury, obozy

Dziś wersja druga nieco zatraciła swą czytelność, ale to ona jest pierwotna i tak była śpiewana ta piosenka w czasach swej świetności.

W innym miejscu utworu Artyści jest:

Ustawiając na biurkach, w requiemach i trenach

Statuetki z białego marmuru.

Później Jacek udosłownił ten fragment:

Ustawiając na biurkach, w requiemach i trenach

Statuetki Człowieka z marmuru.

Dzięki temu młodsi słuchacze łatwiej mogą wychwycić aluzję do znanego reżysera, jednak pierwsza wersja jest częściej grana, jak również pochodzi z czasów, kiedy utwór należał do czynnego repertuaru koncertowego Jacka.

W Encore, jeszcze raz funkcjonują dwie wersje belek z ostatniej zwrotki:

Nic nie ma za tą ścianą z wielkich ciemnych belek

i

Nic nie ma za tą ścianą z wielkich czarnych belek

ale to akurat drobiazg.

Ciekawsza jest zmiana w Obławie. Otóż na płycie Krzyk słyszymy:

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las

Po napisaniu dwóch kolejnych części Obławy (1983) autor poprawił na:

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w obcy las

dzięki temu otworzył pętelkę do Obławy z helikopterów:

Obce lasy przemierzam

(albo „przebiegam” – też dwie wersje).

Kolejny przykład dotyczy nie tylko wyboru konkretnej wersji, ale jest też doskonałą ilustracją niesamowitej zdolności poezji do zrównywania treści wyrażeń pozornie przeciwstawnych. Wiersz wymusza bowiem na w miarę świadomym odbiorcy całą masę skojarzeń; opalizuje feerią znaczeń, wprowadza nastrój, który ma ogromny wpływ na odbiór całości, posiada element magiczny czy metafizyczny wręcz, zawierając znaczną część swojej ekspresji poza tym co w nim stematyzowane. W związku z powyższym zamiana jednego słowa czy nawet odwrócenie jakiegoś znaczenia dosłownego nie musi nadawać wierszowi nowego, innego sensu.

Fragment utworu Błędy wróżbitów:

Uwierzcie zgrzybiałym wróżbitom,

Bo zawsze mieć będą rację…

Oni życie oddali

Wyobrażeń orbitom,

Licząc tylko na – próżni – owację.

I wersja druga:

Nie wierzcie zgrzybiałym wróżbitom,

Choć zawsze mieć będą rację…

Oni życie oddali

Wyobrażeń orbitom,

Licząc tylko na – próżni – owację.

Pozornie odbiorca wzywany jest do przeciwstawnych optyk – raz ma wierzyć wróżbitom, raz znów im nie wierzyć! A jednak między sensem podanych dwóch wersji tej samej zwrotki nie ma istotnej różnicy. Druga wersja jest nieco bardziej przekorna, trudniejsza, jednak aura, a także cały zestaw treści i sensów, który utwór budzi w odbiorcy, pozostają te same – właśnie dlatego, że meritum wiersza nie tylko nie ogranicza się do części zwerbalizowanej, ale ta ostatnia jest wręcz dalszoplanowa.

W przypadku zacytowanego fragmentu tekstu Błędów wróżbitów zmiany dokonał sam poeta na etapie redakcji pierwszego wydania. Jednak jedyne opublikowane wykonanie tego utworu śpiewane jest w wersji pierwotnej i to ona właśnie funkcjonuje w świadomości odbiorców. Z tą argumentacją, przemawiającą za wybraniem ostatecznie wersji pierwotnej, zgodził się zresztą sam autor.

Kolejny przykład ilustruje mechanizm odwrotny – kiedy zmiana fragmentu wiersza odwraca przekaz całego utworu. Ballada o drapieżnej bestii, piosenka pochodząca z 1973 roku, kończy się w maszynopisie tak:

Aż na koniec zaryczał i wyszczerzył swe kły

I odszarpnął od ciała głowinę!

Zgrozy wrzask! Potem cisza – śmiech przez łzy, nie ma krwi

Bo treser

Był manekinem!

Dwa istniejące nagrania wykonań tego utworu – Radio Wolna Europa (połowa lat 80.) oraz Radio Wrocław (2001) – mają natomiast zakończenie następujące:

Tak wahając się ciągle, raz potulny, raz zły,

Zobojętniał na ludzkie lew wrzaski

I zapomniał na koniec, że w ogóle ma kły…

A treser wciąż zbiera oklaski!

Zmiana zwrotki puentującej powoduje, że wiersz po latach traci swój kabaretowy charakter, stając się przypowieścią z morałem.

Równie piorunujący znakomity efekt dała drobna modyfikacja ostatniej zwrotki Ballady paranoika. Wersja z maszynopisu brzmi następująco:

Plan swój wykańczając, jeszcze nam dodali

Gry różne, w których udział mamy brać,

Lecz nie po to, byśmy my z kimkolwiek grali,

Lecz po to, by ktoś mógł z nami grać.

Nagrywając ten utwór w 2001 roku dla Radia Wrocław, ostatnią zwrotkę poeta zaśpiewał natomiast tak:

Plan swój wykańczając, jeszcze nam dodali

Gry różne, w których udział mamy brać,

Lecz nie po to, byśmy my z kimkolwiek grali,

Lecz po to, by ktoś mógł – nami grać.

Usunięcie jednego tylko przyimka kapitalnie wzmocniło puentę i nadało głębszy sens całemu wierszowi.

Jacek niezwykle rzadko celowo poprawiał coś w tekście, szczególnie po tak długim czasie. Drapieżna bestia oraz Ballada paranoika należą do wyjątków, podobnie jak „obcy las” w Obławie. Co innego przykłady takie jak „ciemne belki” z Encore, jeszcze raz, które na „czarne” zmieniły się mimochodem.

3.

Dla wszystkich, którzy choć trochę orientują się w twórczości Jacka Kaczmarskiego, oczywiste jest, że każda próba uporządkowania jego dorobku poetyckiego musi opierać się na chronologii oraz podziale wierszy na programy.

Dla tych, którzy poezję Kaczmarskiego znają słabo, potrzebne będzie wyjaśnienie pojęcia „program”. Artysta grupował swoje utwory w cykle połączone myślą przewodnią, stanowiące zamknięte całości, których sens wykraczał poza prostą sumę treści poszczególnych utworów.

Dodatkową spoistością takiego cyklu była kreacja wykonawcza, łącząca te utwory w konkretne „tu i teraz” zamykające słuchaczy na godzinę, dwie w konkretnej tematyce, klimacie i narzucające dramaturgię sceniczną całości.

Poszczególne utwory łączyły ponadto komentarze i zapowiedzi podpowiadające ścieżkę interpretacyjną, albo przeciwnie – poszerzające pole interpretacji konkretnych utworów.

Sam Jacek nie popierał idei podnoszenia do rangi programów cykli piosenek, które z tych lub innych względów znalazły się na jednej płycie lub kasecie, jednak nie zostały przez poetę pomyślane jako zamknięta całość. W tym sensie programami Jacka Kaczmarskiego są: Mury, Raj, Muzeum, Wojna postu z karnawałem, Sarmatia, Szukamy stajenki, Pochwała łotrostwa, Między nami, Dwie Skały oraz Mimochodem.

Oczywiste są również (jako osobne rozdziały) cykle niedokończone, ale pomyślane jako programy (Niewolnicy, 90 dni spokoju, Don Kichot), otwarte (Poematy) lub zamknięte tomiki poetyckie (Mój Zodiak, Notatnik australijski, Skruchy i erotyki dla Ewy, Fraszki na pracowników RWE, Tunel), teksty piosenek z opery bluesowej Kuglarze i wisielcy oraz cykle złożone z utworów pisanych na przestrzeni kilku lub kilkunastu lat działalności artystycznej Kaczmarskiego, ale z autorskiego założenia stanowiące pewną jedność: Muzeum-aneks, Wysocki, Lektury szkolne, Bankiet, Tłumaczenia i adaptacje. Nie powinny budzić wątpliwości czytelnika także rozdziały Varia 1972–1981 oraz Varia 1982–2002; pomysł ich wprowadzenia oraz sposób zatytułowania poddał zresztą sam autor.

Co ciekawe, Jacek dystansował się od nazywania programami nawet takich rozdziałów jak Krzyk, Kosmopolak, Zbroja czy Przejście Polaków przez Morze Czerwone. Jest to o tyle zaskakujące, że mamy tu do czynienia ze spójnością tematyczną i chronologiczną… W przypadku dwóch innych cykli – Dzieci Hioba i Głupi Jasio – sama publikacja każdego z tych zbiorów piosenek była wydarzeniem artystycznym, a co za tym idzie – mimochodem uczyniła zeń w jakimś sensie program. Rozdział Głupi Jasio legitymizuje zresztą nie tylko publikacja kasety, a później płyty pod tym tytułem; jest to również transpozycja cyklu „Z baśni dzieciństwa”, wymyślonego i rozwijanego przez Jacka na przestrzeni lat.

Najmniej oczywiste, jeśli chodzi o układ książki, są rozdziały, których zawartość skompletowałem bez inicjatywy oraz udziału autora. Dotyczy to przede wszystkim Przybycia tytanów – rozdziału otwierającego antologię. Kluczem jest tutaj wybór utworów najstarszych, napisanych i śpiewanych przez Kaczmarskiego przed wyjazdem na, jak się później okazało, przymusową emigrację, które jednak nie znalazły się w żadnym innym spójnym cyklu stworzonym przez Jacka w tym okresie. Cele stworzenia i umieszczenia w książce tego rozdziału były dwa. Po pierwsze, lepsze usystematyzowanie materiału (alternatywnym miejscem dla utworów z rozdziału Przybycie tytanów byłby z konieczności rozdział Varia 1972–1981). Po drugie, podkreślenie, że kariera Jacka Kaczmarskiego jako poety nie zaczyna się od Murów, a od wierszy młodzieńczych; za najstarszy swój utwór sam autor uznawał Balladę o istotkach i dlatego ona właśnie otwiera pierwszy rozdział, a tym samym całą książkę.

Słowa wyjaśnienia wymagają także (jako zbiory, których zawartość skompletowałem bez inicjatywy oraz udziału autora) rozdziały Pięć sonetów o umieraniu komunizmu, Świadkowie, a także Inspiracja. Pierwszy z nich zawiera cykl piosenek przełomu. Jacek obserwował zmieniający się porządek polityczny w Polsce i całym regionie Europy Środkowej, i pisał swego rodzaju poetyckie komentarze. Wykonywał je w Radiu Wolna Europa, w autorskim programie „Kwadrans Jacka Kaczmarskiego”. W ten sposób powstał zbiór piosenek zwanych niekiedy kupletami dla Wolnej Europy. Kluczem legitymizującym drugi i trzeci z wymienionych cykli jest ciężar gatunkowy utworów tam zawartych. Na króciutki cykl Świadkowie składają się pieśni traktujące o II wojnie światowej, zajmujące jednocześnie bardzo ważne miejsce w dorobku Jacka Kaczmarskiego, lecz nie mieszczące się w żadnym innym spójnym cyklu utworów. Podobny rodowód ma rozdział Inspiracja, przy czym tu kluczem tematycznym jest refleksja uniwersalna, zaduma nad wszechświatem i cywilizacją.

4.

Niniejsze wydanie antologii nie zawiera wszystkich istniejących wierszy Jacka Kaczmarskiego, a mimo to należy uznać je za wydanie pełne i kompletne. O usunięciu kilkudziesięciu tekstów zdecydował bowiem sam autor, uznając je za niewarte publikacji. Wśród nich były jednak utwory, które wcześniej lub później zaistniały w świadomości odbiorcy, jak na przykład cały szereg piosenek z Radia Wolna Europa, opublikowanych w zbiorczych wydaniach dyskografii Jacka Kaczmarskiego – Arka Noego oraz Suplement. Ze względu na stawiany antologii wymóg kompletnego pokazania twórczości poetyckiej Jacka, utwory te należało przywrócić. Tak się częściowo stało już w drugim wydaniu księgi, natomiast aktualne wydanie jest, w tym znaczeniu, całkowicie kompletne.

Utwory zgromadzone w niniejszej antologii powstawały na przestrzeni lat. Aby wiernie oddać ich różnorodność, zdecydowaliśmy nie wprowadzać ujednolicenia pisowni, tam gdzie to tylko możliwe zachowując teksty w kształcie nadanym im przez autora.

Krzysztof Nowak

PRZYBYCIE TYTANÓW

BALLADA O ISTOTKACH

W skromnej skorupce z błotka

Żyła sobie istotka.

Miała rączki i nóżki

I małe zręczne paluszki.

Ojojoj, małe zręczne paluszki.

I w owej skorupce wiotkiej

Wiodła żywocik swój słodki.

Aż raz mruknęła – cholera!

To błotko mnie uwiera!

Rozbiła błotko młotkiem

I świat ujrzała słodki,

I łąkę pełną stokrotek,

A na niej mnóstwo innych istotek.

Istotki piszczały, prychały,

Po pyszczkach się drapały.

Potem zaklęły krewko

I zbudowały państewko.

Ojojoj, zbudowały państewko.

Nauczyły się owe istotki

Nosić kapturki i botki,

Wycięły wszystkie stokrotki

I poustawiały płotki.

Podzieliły się na klasy:

Pierwsza klasa – grubasy,

Druga klasa – bimbasy,

Trzecia klasa – chudziasy.

Ojojoj, strasznie chude chudziasy.

Tyrają biedne chudziasy,

Gdy w totka grają grubasy;

Bimbają sobie bimbasy

Szczęśliwe po wieczne czasy!

Ojojoj, szczęśliwe po wieczne czasy!

Aż krzyknął chudzias: Jezus Maria!

Stworzymy proletariat!

I on to nas uchroni

Od wyzyskiwaczy srogich!

Ojojoj, bardzo srogich.

Świat się zmienił od tego czasu:

Schudł grubas, tyrają bimbasy,

A proletariat utył

W polityce obkuty!

I morał stąd wynika:

Nie licz na wyrobnika!

1971

BALLADA PARANOIKA

Myśląc i pracując oraz płacąc drogo,

Założyli nam lampy na prąd i gaz,

Lecz nie po to, byśmy my mogli widzieć kogoś,

Lecz po to, by ktoś mógł widzieć nas.

Idąc tak dalej raz obraną drogą,

Dali telefony nam w krótki czas,

Lecz nie po to, byśmy my mogli słyszeć kogoś,

Lecz po to, by ktoś mógł słyszeć nas.

Plan swój wykańczając, jeszcze nam dodali

Gry różne, w których udział mamy brać,

Lecz nie po to, byśmy my z kimkolwiek grali,

Lecz po to, by ktoś mógł – nami grać.

1973

BALLADA O DRAPIEŻNEJ BESTII

W naszym cyrku, co długo dorabiać się musiał,

Wreszcie mamy numer na sto dwa!

Wszyscy ludzie siedzą cichuteńko jak trusie –

Treser wkłada głowę w paszczę lwa.

Ha, ha! Ha, ha!

Głowę w paszczę lwa.

Gdy już włoży czuprynę między kły błyszczące –

Uniesienie, wiwaty, grom braw.

Podziw wielki dla mistrza, uwielbienie gorące –

Bestia przecież drapieżna aż strach!

Ach, ach! Ach, ach!

Drapieżna aż strach.

Zaś po każdym spektaklu lew zamyśla się srodze:

„Może odgryźć mu wreszcie ten łeb?”,

Ale w czas przedstawienia trzyma nerwy na wodzy,

Na bicz zerka i stygnie w nim krew…

Ech, ech… Ech, ech…

Stygnie w nim krew.

Tak wahając się ciągle, raz potulny, raz zły,

Zobojętniał na ludzkie lew wrzaski

I zapomniał na koniec, że w ogóle ma kły…

A treser wciąż zbiera oklaski!

Lew zapomniał na koniec, że w ogóle ma kły,

A treser wciąż zbiera oklaski!

1973

BALLADA O WESOŁYM MIASTECZKU

Za rękę prowadzony,

Gdzie szyldy i neony,

Patrzyłem z zachwytem na świat dokoła mnie.

Tu lody i cukierki,

Tam piwo i serdelki,

Z głośników zaś strażacka orkiestra w trąby dmie.

I ludzie tacy żywi,

I wszyscy są szczęśliwi,

I czuję niejasno, że też ze szczęścia drżę…

Chcę śmiać się, cieszyć, gadać

I bawić się, lecz nadal

Za rękę mnie prowadzą i jeszcze nie wiem gdzie.

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury

Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.

I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,

I wtedy, gdy nie ma już słońca.

W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,

Tu ten dziś się śmieje, kto wczoraj chciał łkać.

I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,

Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gabinet krzywych luster –

Znikają oczy, usta,

A za to rosną uszy i ogromnieje brzuch!

A obok już inaczej –

Twarz cała jakby płacze

I tułów pokręcony, wystarczy tylko ruch.

A potem karuzela

I coraz szybciej, śmielej,

I już mi nie przeszkadza, że ciągle w kółko gna!

Pod niebem z ziemi szydzę

I świat pod sobą widzę,

I wiatr mi świszcze w uszach, orkiestra marsza gra!

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury

Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.

I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,

I wtedy, gdy nie ma już słońca.

W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,

Tu ten dziś się śmieje, kto wczoraj chciał łkać.

I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,

Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gdy spłynę już spod nieba,

Na ziemi stanąć trzeba –

Niełatwo; zamęt w głowie, kolana dziko drżą.

Strzelnica się podsuwa,

Więc staję, biorę spluwę.

Pojawia się sylwetka – niweczę strzałem ją!

Ktoś obok w cieniu stoi,

Podsuwa mi naboje,

Ja mierzę, strzelam, mierzę i strzelam raz po raz!

Wyjmuje ktoś spod lady

Ordery z czekolady

I dla mnie – rozgrzanego – już przestał istnieć czas…

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury

Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.

I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,

I wtedy, gdy nie ma już słońca.

W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,

Tu ten dziś się śmieje, kto wczoraj chciał łkać.

I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,

Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Więc rzucam broń i pędzę!

Gdzie – nie wiem – byle prędzej,

Orkiestrą huczy głowa, a w skroniach tętni krew!

I widzę beczkę śmiechu –

Wskakuję bez oddechu,

Wiruję! Wpadam w otchłań! I nie ma mnie!

Jest śmiech.

1975

BALLADA O OKRZYKACH

Stałem wśród tłumu rzymskiej ulicy, krzyczałem też jakieś słowa.

Nad nami Cesarz i dostojnicy w szatach swych purpurowych.

Szczytu sięgało to uniesienie, gdzieniegdzie lśniła już broń!

Gdy nagle, jakby ponad tym wrzeniem, Cesarz wzniósł swoją dłoń.

Zagrzmiały trąby! Bębny i kotły! Zalśniły czerwień i złoto!

Kwaśne nastroje jakby wymiotło. Zakrzyknęliśmy z ochotą!

– On tu jest prawem! On tu jest siłą! On sprawiedliwość wymierza!

No i powiedzcie, jak można było nie krzyczeć mu: „AVE CAESAR!!!”.

Stałem wśród tłumu w gotyckiej kaplicy, w mroku ktoś perorował.

Nad nami biskup i dostojnicy w szatach swych purpurowych.

Szczytu sięgało to uniesienie, aż łomotała skroń!

W oczy strzeliło ołtarza lśnienie, a biskup podniósł dłoń.

Zagrzmiały groźnie wielkie organy, zadrżały złote lichtarze!

Wszyscy padliśmy wnet na kolana, a potem padliśmy na twarze!

Ach, ta wspaniałość tego kościoła! Ta wiara, co życie dała!

No i powiedzcie, jak tu nie wołać: „BOGU NIECH BĘDZIE CHWAŁA!!!”.

Stałem wśród tłumu w centrum stolicy, twarze wznieśliśmy ku górze.

Pierwszy Sekretarz i dostojnicy stali w chorągwi purpurze.

Szczytu sięgało już uniesienie, choć potu dławiła woń,

Gdy pierwszy sekretarz w pozdrowieniu do góry wzniósł swą dłoń.

Zagrzmiały rozwieszone głośniki wśród domów ze szkła i stali,

A myśmy na to wznosili okrzyki! Transparentami machali!

Te hasła! Flagi, których nie zliczę – do dumy dość dają powodów!

No i powiedzcie, jak tu nie krzyczeć: „PROGRAM PARTII

PROGRAMEM NARODU!!!”.

1974

BALLADA O POWITANIU

Dzień jasny, chociaż mroźny, słońce świeci z góry,

Niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury.

Dumnie wisi nad portalem jakiejś bramy

Napis biało-czerwony: „Serdecznie witamy!”.

Staliśmy rzędem równym wzdłuż głównej ulicy –

Uczniowie, matki, żony, ciecie, robotnicy;

Szpaler milicji sprawnie nas zorganizował,

By nie wystawała czyjaś ręka albo głowa.

Tam, gdzie ja stałem i machałem spontanicznie,

Stały dwa przedszkolaki, wyglądając ślicznie.

One miały zrobić gościom stop nieprzewidziane,

Bo nieprzewidziane było też przygotowane!

Po trzech godzinach z dala usłyszałem wrzawę,

Podniosłem chorągiewkę, zamachałem z wprawą!

Temperatura wzrosła, podniecenie także,

Każdy się pcha do przodu, palcem w oku babrze!

Lecz to dopiero pilot, pięciu milicjantów,

Dwudziestu tajnych panów (ot, w razie awantur),

Potem samochód jeden, drugi, potem trzeci,

Potem wojskowy gazik z prasą, radiem leci.

Lecą do góry czapki, to już nie przelewki,

Witają gościa papierowe chorągiewki!

Dojrzałem kołnierz, ucho i brew kędzierzawą,

Błyszczący hełm, lecz to już chyba ktoś z obstawy.

Z dziećmi nic nie wyszło – jedno się speszyło,

Drugie swą kokardkę czerwoną zgubiło,

Więc, nim znaleziono coś zamiast kokardki,

Gościa porwał dalej prąd wydarzeń wartki.

Jednej minuty nawet wszystko to nie trwało,

Co było – przeszło, znikło, z wiatrem uleciało.

Tłum się miesza, kręci, tłumem być przestaje,

Na opustoszałym placu milicjant zostaje.

Wieczór zapada szybko, koniec mojej śpiewki.

Walają się po ziemi papierowe chorągiewki.

Pół smętnie, a pół śmiesznie zwisa z jakiejś bramy

Napis biało-czerwony: „Serdecznie witamy!”.

1974

BALLADA O WINDZIE

Wbiegam do sieni, mijam ludzi,

Drzwi windy otwierają się,

Wchodzę, zamykam, naciskam guzik

I razem z windą w górę mknę!

Twarz ma zadowoleniem lśni,

Swych dłoni zacieram aksamit…

Wtem światło gaśnie! Gasną sny:

Stoję pomiędzy piętrami!

Otwieram więc wewnętrzne drzwi,

Szukając jakichś dziur,

Ale za drzwiami nie ma nic –

Szary kamienny mur!

W przestrzeni tkwię, bo muszę tkwić.

Dlaczego ja właśnie utkwiłem?

Jeszcze nie tam, gdzie chciałem być,

A już nie tam, gdzie byłem…

Coraz paniczniej rzucam się w windzie,

Od bicia w mur już serce rwie

I wciąż się łudzę, że ktoś przyjdzie

I z klatki tej uwolni mnie.

Że ktoś mi najpierw serca doda,

A potem swą pomocną dłoń

Poprzez wykuty otwór poda,

Abym się mógł przedostać doń.

Lecz nie usłyszy nikt już mnie

I nikt nie poda ręki mi,

Bo każdy własną windą mknie

I między swymi piętrami tkwi.

1974

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

OD REDAKTORA WYDAŃ ZBIOROWYCH POEZJI JACKA KACZMARSKIEGO

PRZYBYCIE TYTANÓW

BALLADA O ISTOTKACH

BALLADA PARANOIKA

BALLADA O DRAPIEŻNEJ BESTII

BALLADA O WESOŁYM MIASTECZKU

BALLADA O OKRZYKACH

BALLADA O POWITANIU

BALLADA O WINDZIE

O FRYZJERZE NA PARTERZE

KANAREK

BIEG

PSY

BALLADA O SPOTKANIU

OBLĘŻENIE

PRZYBYCIE TYTANÓW

WSPOMNIENIE

BAJKA O POLSCE

LATARNIE

POKOLENIE

PAMIĘTNIK ZNALEZIONY W STARYCH NUTACH

DZWON

EDYKT ORŁA

PTAK

JOANNA D’ARC

OPTYMISTYCZNY HOROSKOP

BALLADA O HIDALGU DON PEDRO I KSIĘŻNICZCE INEZ

WĘDRÓWKA Z CIENIEM

PIELGRZYMKA

A MY NIE CHCEMY UCIEKAĆ STĄD

PIEŚŃ O ŚNIE

KORESPONDENCJA KLASOWA

MURY

ZE SCENY

ENCORE, JESZCZE RAZ

PEJZAŻ Z SZUBIENICĄ

CASANOVA – FELLINI

POMPEJA

KRAJOBRAZ PO UCZCIE

STARZY LUDZIE W AUTOBUSIE

ŹRÓDŁO

MURY

RAJ

STWORZENIE ŚWIATA

BAL U PANA BOGA

STRĄCANIE ANIOŁÓW

WŁADCA CIEMNOŚCI

WYGNANIE Z RAJU

PUSTY RAJ

WIEŻA BABEL

HYMN

WALKA JAKUBA Z ANIOŁEM

HIOB

RZEŹ NIEWINIĄTEK

CHRYSTUS I KUPCY

DZIEŃ GNIEWU

SĄD OSTATECZNY

POWRÓT

MUZEUM

SZTURM

STAŃCZYK

REJTAN, CZYLI RAPORT AMBASADORA

WIESZANIE ZDRAJCÓW NA RYNKU WARSZAWSKIM W ROKU 1794 PODCZAS INSUREKCJI KOŚCIUSZKOWSKIEJ

PIKIETA POWSTAŃCZA

SOMOSIERRA

ZESŁANIE STUDENTÓW

WIGILIA NA SYBERII

ZATRUTA STUDNIA

POWRÓT Z SYBERII

WIOSNA 1905

AUTOPORTRET WITKACEGO

BIRKENAU

ROZSTRZELANIE

OSŁY I LUDZIE

CZERWONY AUTOBUS

KANAPKA Z CZŁOWIEKIEM

WARIACJE DLA GRAŻYNKI

ARKA NOEGO

KRZYK

NIE LUBIĘ

PRZEDSZKOLE

POCZEKALNIA

MANEWRY

KOSMONAUCI

PUSTYNIA ’80

MELDUNEK

OBŁAWA

KASANDRA

LEKCJA HISTORII KLASYCZNEJ

MISJA

SEN KATARZYNY II

STAROŚĆ PIOTRA WYSOCKIEGO

BALLADA FEUDALNA

BALLADA O SPALONEJ SYNAGODZE

NAWIEDZONA, WIEK XX

KRZYK

NIEWOLNICY

NARODZINY NIEWOLNIKA

NIE MOGĘ SPAĆ

BUNT

POSIŁEK

TARG

ONA

SONG O ROZKOSZY

OPOWIEDZ MI…

POMPEJA LUPANAR

NIEWOLNIK – FILOZOF

90 DNI SPOKOJU

PRZYSIĘGA

DYLEMAT

ONI

PEWNOŚĆ

SĘP

EGZAMIN

PRZEPAŚĆ

KARMANIOLA

LITANIA

ZBROJA

PROŚBA

KONCERT FORTEPIANOWY

MARSZ INTELEKTUALISTÓW

KOŁYSANKA [1982]

MŁODY LAS

LINOSKOCZEK

LISTY

ZODIAK NOWY

PRZYJACIELE

LIST DO REDAKCJI „PRAWDY” Z 13 GRUDNIA 1981 ROKU

ŚWIADECTWO

ARTYŚCI

RAPORT O STANIE SAMOBÓJSTW

BALLADA POZYTYWNA

ZBROJA

EPITAFIUM DLA BRUNONA JASIEŃSKIEGO

WYKOPALISKA

PRZEJŚCIE POLAKÓW PRZEZ MORZE CZERWONE

PRZEJŚCIE POLAKÓW PRZEZ MORZE CZERWONE

WRÓŻBA

PIEŚŃ O HUFCU

POWÓDŹ

GÓRNICY

QUASIMODO

OSTATNIA MAPA POLSKI

TROLLE

NASZA KLASA

SEN MŁODYCH NIEMCÓW

OBŁAWA II (Z HELIKOPTERÓW)

OBŁAWA III (POTRZASK)

MÓJ ZODIAK

WYJAŚNIENIE

ŻEGLUGA

BARAN

BYK

BLIŹNIĘTA

RAK

LEW

PANNA

WAGA

SKORPION

STRZELEC

KOZIOROŻEC

WODNIK

RYBY

KOSMOPOLAK

KOŃ WYŚCIGOWY

BAJKA

TRADYCJA

OSTATNIE DNI NORWIDA

STAROŚĆ OWIDIUSZA

AMBASADOROWIE

WITKACY DO KRAJU WRACA

REHABILITACJA KOMUNISTÓW

WIDZENIE

BALLADA O BIELI

DZIEŃ GNIEWU II (CZARNOBYL)

ROZBITE ODDZIAŁY

PIERIESTROJKA W KGB

LIST Z MOSKWY

ZMARTWYCHWSTANIE MANDELSZTAMA

CZASTUSZKI O PIERIESTROJCE

ZAPROSZENIE DO PIEKŁA

CIĄG DALSZY

BARYKADA (ŚMIERĆ BACZYŃSKIEGO)

CZOŁG

KROWA

OPOWIEŚĆ PEWNEGO EMIGRANTA

MURY ’87 (PODWÓRKO)

PRZECZUCIE (CZTERY PORY NIEPOKOJU)

KONFESJONAŁ

FRASZKI NA PRACOWNIKÓW RWE

NA MANDATARIUSZA NARODU

NA AMBITNEGO

NA UCZYNNĄ

NA ZWIĘZŁĄ

NA SĄSIADA

NA KŁASOMÓWCĘ

NA ARTYSTKĘ ARTYKULACJI

NA RUMUŃSKIEGO POLIGLOTĘ

NA ESTETĘ

NA BEZDOMNEGO

NA DOWCIPNEGO

NA ULUBIEŃCA RUBINSTEINA

NA UROCZĄ

NA JEDYNEGO

NA KRZYWIĄCEGO SIĘ

NA PERFEKCJONISTĘ

NA DOSTOJNEGO

NA GAWĘDZIARZA

NA FASCYNUJĄCEGO

NA WIELKIEGO

NA DE FUNÈSA

NA LALKARZA

NA PIEKARZA

NA GWIAZDĘ

NA ZACNEGO

NA BOBUSIA

NA SZPANA Z COPOCABANA

NA BRONKE

NA PIGULARZA

NA WŁOCHA

NA CHRZCINY PSIE W RWE

NA WIEŚĆ O PRZYBYCIU CHIVASA

NOTATNIK AUSTRALIJSKI

ALTERNATYWA

SPEŁNIENIE

JEZIORO JERZEGO

KIAMA

WODOSPAD

PIOSENKA O MIŁOŚCI

TWARZE

MÓJ SYN

SERCE I PIĘŚĆ

MORZE

TRAKTAT O PRZESTRZENI

TĘSKNOTA

OCEAN INDYJSKI I

OCEAN INDYJSKI II

NIEBO NAD TASMANIĄ

PIES I OCEAN

FALE

SKRUCHY I EROTYKI DLA EWY

RANO

DA CAPO… [1988]

*** (TY ZŁA, JA ZŁY…)

EWA (NAŚLADOWANIE SŁOWACKIEGO)

KOSMOS I STOPA

PRAGNIENIE ADAMA

MAKATKA I BUKIET

EWA, RYWAL I JA

SERCE EWY

POWIEDZIAŁAŚ…

TYLE O TOBIE…

EWA ŚPI

GRZECZNA PACIA I WSTRĘTNI RODZICE

PRZYGODOWY FILM O PISANIU W NOCY

PIĘĆ SONETÓW O UMIERANIU KOMUNIZMU

ELEKTROKARDIOGRAM

GORYLE

LAMENT ZOMOWCA

KRZYŻ I PIES

WYWIAD Z EMERYTEM

WIZYTA W PRL NA ZAPROSZENIE RZECZNIKA RZĄDU

FAJNIE… (PIOSENKA SYLWESTROWA)

PATRIOTYZM

ZBIORCZA ODPOWIEDŹ NA LISTY Z KRAJU, CZYLI PIOSENKA BEZ METAFOR I ALUZJI

POCHODNIE

PIĘĆ SONETÓW O UMIERANIU KOMUNIZMU

RYMOWANKA ZZA GROBU, CZYLI PIOSENKA NIE BEZ RACJI, Z RACJI EKSHUMACJI

BALLADA CZARNO-BIAŁA

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOŁU

KIEDY

„OBYM SIĘ MYLIŁ”

AFGANISTAN

UPADEK IMPERIUM

POSĄGI

MY

SPOTKANIE Z WALLENRODEM

ULOTKA WYBORCZA

POLITYCZNE EPITAFIUM DLA KANDYDATA

JESIENNA WIOSNA LUDÓW 1989

NAJEŹDŹCY

SZKIELET MENGELE

WIZYTA KREWNEJ Z ZAGRANICY

BALLADA ANTYKRYZYSOWA

„X”

UPADEK ZWIĄZKU RADZIECKIEGO

BALLADA ŻEBRACZA

GŁUPI JASIO

LIRNIK I TŁUM

ZWĄTPIENIE

PEJZAŻ Z TRZEMA KRZYŻAMI

KARA BARABASZA

SAMOBÓJSTWO JESIENINA

GŁUPI JASIO

DOŚWIADCZENIE (MARZEC ’68)

SZKOŁA [1989]

DOM

SZKLANA GÓRA

Z CHŁOPA KRÓL

DWIE ROZMOWY Z KREMLEM (1981–1989)

BAJECZKA Z PERSPEKTYWKI

BRAT DOBRY, BRAT ZŁY

MŁODY LAS II

LINOSKOCZEK II

MANEWRY II

ŹRÓDŁO II (ROZLEWISKA)

ARKA NOEGO II

OBŁAWA IV

DZIECI HIOBA

ODNOSIMY SIĘ…

PAN PODBIPIĘTA

PAN KMICIC

PAN WOŁODYJOWSKI

PODRÓŻE GULIWERA. LILIPUT

PODRÓŻE GULIWERA. BROBDINGNAG

PODRÓŻE GULIWERA. LAPUTA

PODRÓŻE GULIWERA. HOUYHNHNM

KOŁYSANKA DLA KLEOPATRY

SARA

PIĘĆ GŁOSÓW Z KRAJU. MODLITWA

PIĘĆ GŁOSÓW Z KRAJU. POCHWAŁA

PIĘĆ GŁOSÓW Z KRAJU. LAMENT

PIĘĆ GŁOSÓW Z KRAJU. PROTEST

PIĘĆ GŁOSÓW Z KRAJU. BIESZCZADY

JAPOŃSKA RYCINA

CI WSZYSCY LUDZIE

ŚWIATŁO

DZIECI HIOBA

LEKTURY SZKOLNE

TEZEUSZ

JONATHAN SWIFT POD PRĘGIERZEM

ROBINSON CRUSOE

MOBY DICK

KRÓTKA ROZMOWA MIĘDZY PANEM, CHAMEM I PLEBANEM

LALKA, CZYLI POLSKI POZYTYWIZM

KARIERA NIKODEMA DYZMY

ALEKSANDER WAT

KAZIMIERZ WIERZYŃSKI

PARAFRAZA

PISANIE O NARODZIE

WOJNA POSTU Z KARNAWAŁEM

ANTYLITANIA NA CZASY PRZEJŚCIOWE

KUGLARZE

WOJNA POSTU Z KARNAWAŁEM

PORANEK

ASTROLOG

BANKIERZY

SYN MARNOTRAWNY

CROMWELL

SZULERZY

BAJKA ŚREDNIOWIECZNA

JA

PORTRET ZBIOROWY W ZABYTKOWYM WNĘTRZU

EPITAFIUM DLA SOWIZDRZAŁA

MARCIN LUTER

WŁÓCZĘDZY

PEJZAŻ ZIMOWY

KONIEC WOJNY TRZYDZIESTOLETNIEJ

PORTRET ZBIOROWY WE WNĘTRZU – DOM OPIEKI

LEKCJA ANATOMII DOKTORA TULPA

SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH

ROZMOWA

KANTYCZKA Z LOTU PTAKA

JAN KOCHANOWSKI

ZBIGNIEWOWI HERBERTOWI

RUBLOW

SARMATIA

DO MUZY SUPLIKACJA PRZY OSTRZENIU PIÓRA

DRZEWO GENEALOGICZNE

NA STAREJ MAPIE KRAJOBRAZ UTOPIJNY

DOBRE RADY PANA OJCA

PANA-REJOWE GADANIE

DZIELNICA ŻEBRAKÓW

CZARY SKUTECZNE NA SWARY ODWIECZNE

PROSTY CZŁOWIEK

WARCHOŁ

Z PASA SŁUCKIEGO POŻYTEK

ROKOSZ

KNIAZIA JAREMY NAWRÓCENIE

ELEKCJA

POBOJOWISKO

O ZACHOWANIU PRZY STOLE

NAD SPUŚCIZNĄ PO PRZODKACH DELIBERACJE

WEDŁUG GOMBROWICZA NARODU OBRAŻANIE

Z XVI-WIECZNYM PORTRETEM TRUMIENNYM – ROZMOWA

POLONEZ BIESIADNY

DON KICHOT

CERVANTES

TEZA DON KICHOTA

TEZA SANCHO PANSY

CO DWÓCH WIDZI, GDY WIDZI TO SAMO

POPAS W KARAWANSERAJU

SNY I SNY

POŻYTEK Z ODMIEŃCÓW

SZUKAMY STAJENKI

W DESZCZU GWIAZD…

SCENA TO DZIWNA…

JAK DŁUGO GRAĆ BĘDĄ…

TYLE ZŁOTA I PURPURY…

KOLĘDA BAROKOWA

ZRODZIŁ SIĘ DZIECIACZEK…

NIE WIDZĄ, NIE WIEDZĄ

KOLĘDA LUDOWA

ODMIENNYCH MOWĄ, WIARĄ, OBYCZAJEM…

STRASZNY RWETES, BRACIE OŚLE…

NAD UŚPIONĄ GALILEĄ…

LŚNIJ, NIEBOSKŁONIE…

KOŁYSANKA [1993]

ILU NAS W CISZY…

W KOŁYSCE ZIEMI OBIECANEJ…

KUGLARZE I WISIELCY

WCZORAJSZE ŻYCIE…

MONETA WAGĘ MA I BŁYSK…

STAWIAĆ KRAMY I STRAGANY…

ŚMIEJ SIĘ, ŚMIEJ…

REJE NA MASZTACH…

WITAJ, ANGLIO…

KU CHWALE ANGLII…

OTO POKUSA I WYZWANIE…

JESTEM LEKARZEM, FILOZOFEM…

TWYCH SŁÓW…

ACH, MOI DOSTOJNICY…

TWE SZCZĘŚLIWE PANOWANIE…

SZCZĘŚLIWI PODDANI…

ZEMSTA I WŁADZA

W OKO, W NOS…

A NA MORZACH ROZBITKOWIE…

CHCĘ TAJEMNICY…

CZŁOWIECZE, SŁUCHAJ MNIE…

OBEJMIJ MNIE, MIŁY…

A DO NORY, BEZWSTYDNICY…

ZACZYNAĆ GRĘ…

POŻEGNANIA…

O, WIELKI OPATRZNOŚCI ZAMYSŁ…

NIE ZEDRZESZ TWARZY…

JA – TO JA…

WYSTRZEGAJCIE SIĘ LAWINY…

GDYBYM CHOĆ MILCZAŁ…

CHCIAŁAM PRZEKROCZYĆ TĘ GRANICĘ…

A MIAŁEM SIĘ ZA FILOZOFA…

WZNOSZĘ SIĘ NAD WAMI…

ISKRY I ŁZY

POCHWAŁA ŁOTROSTWA

CZATY ŚMIEŁOWSKIE

KARNAWAŁ W VICTORII

LEĆMY GRZESIUKIEM

AMANCI PANNY „S”

POCHWAŁA ŁOTROSTWA

ZABIĆ KOTA

SUMIENIE I HISTORIA

REPORTAŻ (BOŚNIA II)

BŁOGOSŁAWIĘ ZŁO…

ODPOWIEDŹ NA ANKIETĘ „TWÓJ SYSTEM WARTOŚCI”

METAMORFOZY SENTYMENTALNE

ŻYWIOŁY

COŚ ZA COŚ

DIABEŁ MÓJ

TEODYCEA

MROŹNY TRANS METAFIZYCZNY

BLUES ODYSSA

ROZRÓŻNIENIE

WZÓR

OGŁOSZENIE W KOSMOS

TESTAMENT ’95

NADZIEJA ŚMIEŁOWSKA

NIECH…

1788

MIĘDZY NAMI

MOTYWACJA [1997]

DA CAPO… [1997]

OSTATNIE SŁOWO

LAMENT TYTANA

O KROK…

PRZYCZYNEK DO LEGENDY O ŚW. JERZYM

SCHEDA PO TOLKIENIE

ŹRÓDŁO WSZELKIEGO ZŁA

POSTMODERNIZM

PYTANIA RETORYCZNE

WYSCHNIĘTE STRUMIENIE

WETERANI

POŻEGNANIE OKUDŻAWY

ZEGAR

POCHWAŁA CZŁOWIEKA

AUTOPORTRET Z PSEM

DĘBY

RYTMY

MIĘDZY NAMI

KOMU BIJE WIELKI DZWON?

PRZECHADZKA Z ORFEUSZEM

DWIE SKAŁY

PRAPRADZIADEK

WAKACYJNA PRZYPOWIEŚĆ Z METAFIZYCZNYM MORAŁEM

WYZNANIE KALIFA, CZYLI O MOCY BAŚNI

KSIĘŻNICZKA I PIRAT

DWIE SKAŁY (TWO ROCKS)

CZERWCOWY WICHER PRZY KOMINKU

SĄD NAD GOYĄ

RECHOT SŁOWACKIEGO

ROMANTYCZNOŚĆ (DO SZTAMBUCHA)

ROMANS HISTORIOZOFICZNO­-EROTYCZNY O PRINCESSIE DONI I PAROBKU DITKU ZE WSTAWKĄ ETNOGRAFICZNĄ

POTĘPIENIE ROZKOSZY

ŚNIADANIE Z BOGIEM

PRZY OŁTARZU BARU

TREN SPADKOBIERCÓW

POWTÓRKA Z ODYSEI

MUCHA W SZKLANCE LEMONIADY

MIMOCHODEM

LOT IKARA

PIOSENKA NAPISANA MIMOCHODEM

SEN KOCHAJĄCEGO PSA

COŚ TY! (ZALOTY)

PRZYPOWIEŚĆ NA WŁASNE CZTERDZIESTE CZWARTE URODZINY

OKŁADAJĄCY SIĘ KIJAMI

PIOSENKA ZZA MIEDZY

ZAKOPYWANIE GŁOWY

DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

OBŁOMOW, STOLZ I JA

PRZYŚPIEWKA BYLEJAKA O EUROPEJSKOŚCI POLAKA

TRAKTACIK O WYOBRAŹNI

LANDSZAFT Z KROPLĄ KRWI

PORTRET PŁONĄCY

LEGENDA O MIŁOŚCI

PRZEPOWIEDNIA JANA CHRZCICIELA

UPADEK IKARA

MUZEUM – ANEKS

MISTRZ HIERONIMUS VAN AEKEN Z HERTOGENBOSCH ZWANY BOSCHEM

WÓZ SIANA

PRZYPOWIEŚĆ O ŚLEPCACH

DAWID

STARY MICHAŁ ANIOŁ I PIETA RONDANINI

MARTWA NATURA

CZYTAJĄCA LIST

ZASZLACHTOWANY WÓŁ

ZAPARCIE SIĘ APOSTOŁA PIOTRA

POWOŁANIE ŚW. MATEUSZA

MŁODY BACHUS

TRZY PORTRETY

BAR W FOLIES-BERGÈRE

KARZEŁ

SABAT CZAROWNIC

KSIĄŻĘ

DALI

EPITAFIUM DLA KSIĘDZA JERZEGO

ŚWIADKOWIE

BALLADA WRZEŚNIOWA

KATYŃ

JAŁTA

PRZYPOWIEŚĆ PRAWDZIWA O SZALIKU

ŚWIADKOWIE

URODZINY

MONACHIJSKIE BUKI

INSPIRACJA

INSPIRACJA

WOJNA

ARARAT

WIATR

ROZTERKA

PIOSENKA O GWOŹDZIACH

POKUSA

PODRÓŻ TRZECH KRÓLI

STALKER

OFIARA

M/S „MARIA KONOPNICKA”

DUCH CZASU

WYSOCKI

CIOS W CIOS…

PADA CIEMNOŚĆ…

WYDARZENIE W KNAJPIE

SIEDZIMY TU PRZEZ NIEPOROZUMIENIE

CUD

PIOSENKA O RADOŚCI ŻYCIA

GÓRY

STATKI

EPITAFIUM DLA WŁODZIMIERZA WYSOCKIEGO

POEMATY

DO (POEMACIK EGOCENTRYCZNY)

PETERSBURG – DOSTOJEWSKI

PIOSENKA DLA MIKOŁAJA

KOSMOPOLAK. PROLOG

KOSMOPOLAK. PARYŻ I

KOSMOPOLAK. PARYŻ II

KOSMOPOLAK. LONDYN

KOSMOPOLAK. IZRAEL

LOT. EPITAFIUM DLA EMIGRANTÓW

WIDZENIA NA TEMAT KOŃCA ŚWIATA

KREDKA KRAMSZTYKA

REQUIEM ROZBIOROWE

BANKIET

HYMN WIECZORU KAWALERSKIEGO, CZYLI ŻALE POLONISTYCZNYCH DEGENERATÓW

BANKIET

BALLADA O UBOCZNYCH SKUTKACH ALKOHOLIZMU

RONDO, CZYLI PIOSENKA O KACU­-GIGANCIE

PIJAK

KAC

PIJANY POETA

VARIA 1972–1981

BALLADA O KAMIENNYCH LWACH

BALLADA O LOKAJACH

BALLADA MYŚLICIELA

BALLADA O TWARZY

BALLADA O GRZE

BALLADA O OKNIE

KIEDY JESTEM SMUTNY

MIASTO NOCĄ

STRESS

ROZMOWA Z SERDECZNYM PRZYJACIELEM

BALLADA O GRUZIŃSKIM ROGU

BALLADA O UMIERANIU

BALLADA O SAMOTNYM OKNIE

BALLADA O ZASRANYM POMNIKU

BALLADA AUTOTEMATYCZNA

PUSTYNIA

BALLADA O BRANDERZE

NOC ŚWIĘTOJAŃSKA

PRZEPOWIEDNIA

RYCINA

HELENA

NAPOLEON

RAPORT POSTERUNKOWEGO SMITHA W SPRAWIE PEWNEGO WŁÓCZĘGI

VARIA 1982–2002

ŚMIERĆ REJTANA

POWIŚLE

LISTY DO REDAKCJI

NIĆ

WE ARE THE WORLD…

LIMERYKI O NARODACH

DAVIS MILES

SCENA (WOKALIZA NA ZDARTE GŁOSY)

AKOMPANIATOR

STARZEJESZ SIĘ, STARY

BŁĘDY WRÓŻBITÓW

WIWAT, CZYLI O DEMOKRACJI

PROGRAM

UPADEK GABINETU

NASZA KLASA ’92

SŁOWO

KRÓTKA HISTORIA NAWIĄZANIA STOSUNKÓW POLSKO-FRANCUSKICH

ZMIERZCH WIEKU

KWESTIA ODWAGI

MOTYWACJA [1993]

WSZYSTKO, CO MI SIĘ ZDARZY…

TŁUMACZENIA I ADAPTACJE

GRAJEK

BALLADA DLA OBYWATELA MIASTECZKA P.

ZŁA REPUTACJA

MARINETTE

TESTAMENT

BALLADA O ŚCIĘTEJ GŁOWIE

SZKOŁA [1975]

JA NIM NIE BĘDĘ

CIĘŻKI DESZCZ

BOB DYLAN

HANK, JA I JOE

CHRYSTUS I TŁUMY

ZAMKI NA NIEBIE

LAMENT EMIGRANTA (1842)

DENNIS O’REILLY

MUFKA

SPOTKANIE W PORCIE

CZARNE SUCHARY

SUSANIN

POWRÓT SENTYMENTALNEJ PANNY S.

TUNEL

TUNEL

KSIĘGA SKARG I ZAŻALEŃ

ODA DO NIEODGADNIONEJ

MUŁOSKOCZEK

O POŻYTKACH Z PEWNEJ RASY

ZBIÓR ZWIERZĘCYCH SENTENCJI O III RP

AXOLOTL

ŻÓŁW W KATEDRZE

ODA DO NIEODGADNIONEJ II (DYLEMATY WOLNOŚCI)

LIST MIŁOSNY

NOKTURN MITOLOGICZNY

NOKTURN EROTYCZNY

NOKTURN Z NIESPODZIANKĄ

ODA DO MEGO (WSTYDLIWEGO) KSIĘGOZBIORU

ŁAZIENKI ZIMĄ

ALEGORIA MALARSTWA

OLIWA, WINO I CZAS

O ZALETACH NIEPALENIA FAJKI

POTĘGA SŁOWA

BARWY WALKI

PEJZAŻ SIERPNIOWY

LEKTURY ARTYSTY W CHOROBIE

DIAGNOZA

PIOSENKA O SZELEŚCIE

MIEĆ MIEDŹ

ODDZIAŁ CHORYCH NA RAKA À LA POLONAISE A.D. 2002

KOBIETA TRZYMAJĄCA WAGĘ (OK. 1664)

OSTATNIA MRUCZANKA, ALBO SPLEEN KUBUSIA PUCHATKA

SERWUS, OCHTYVITA!

WPATRZONY (RAPA NUI)

STAROŚĆ TEZEUSZA

PETRONIUSZ BREDZI

WYTWORNA WENECKA KURTYZANA CHWALI PORTRET PIETRA ARETINA PĘDZLA TYCJANA

STARY POETA DRZEMIE

DANSE MACABRE

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Między nami Plaża dla psów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia