Kobiety ze Lwowa

Kobiety ze Lwowa

Autorzy: Krystyna Podhajska to/ studio Beata Kost

Wydawnictwo: Marginesy

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 23.34 zł

W 1930 roku otwarto we Lwowie Muzeum Zasłużonych Polek. W niewielkich salkach znalazły się obrazy, rzeźby, zdjęcia, dokumenty oraz pamiętniki z powstań i wojen. A także osiemnaście pudeł z biogramami. Można się domyślać, że były wśród nich nazwiska znane, ale i te zupełnie zapomniane. Podobnie jak w zebranych tu opowieściach.

Oto historie lwowianek, które mieszkały w tym mieście całe życie albo tylko chwilę. To próba odpowiedzi na pytanie, jakie były one same i jaki był „ich Lwów”: Lwów wybitnych aktorek i wielkich śpiewaczek, ideowych nauczycielek i zasobnych arystokratek, dzielnych feministek i uduchowionych muz, pełnych poświęcenia żołnierek i wybitnych naukowczyń.

Burzliwa historia Lwowa i zmiana granic sprawiły, że muzeum nie przetrwało, podobnie jak wiele historii kobiet, które współtworzyły to miasto. Kraj zapomniał o swoich literatkach, przebrzmiała sława aktorek, poszły w niepamięć skandalizujące romanse femmes fatales, a praca kresowych siłaczek może budzić dziś politowanie. Poza nielicznymi wyjątkami nie są patronkami ulic, nie mają pomników ani tablic pamiątkowych. Ich codzienne sprawy, dorobek i osiągnięcia wciąż pozostają na marginesie wiedzy o Lwowie. Pozostają nieznane: zarówno bohaterki haseł w encyklopediach , jak i „dziunie” opiewane w lwowskich piosenkach.

 

 

Beata Kost urodziła się we Lwowie w polskiej rodzinie jako obywatel radziecki. Zawsze czuła się Polką, jednak nie do końca czuje się lwowianką. W ostatnim czasie to się jednak zaczęło zmieniać. Wychowała się w polskiej enklawie, która chroniła swoje dzieci przed utratą tożsamości narodowej. Rodzina, tajne zajęcia, lekcje religii, działalność kulturalna i społeczna stworzyły w jej sercu obraz małej ojczyzny, który z upływem czasu przestał pasować do aktualnej radzieckiej i poradzieckiej rzeczywistości. Gdy wyjechała na studia do Warszawy, zachłyśnięta polskością stolicy w pewnym sensie starała się o swoim mieście zapomnieć. Więź z miejscem urodzenia okazała się jednak silniejsza. Pewnego razu koleżanka poprosiła ją o oprowadzenie po mieście polskiej wycieczki. Ta chwila zmieniła wszystko… Beata Kost jest autorką Albumu lwowskiego przypominającego dawnych polskich mieszkańców tego miasta. Jest dziennikarką „Kuriera Galicyjskiego”, działa też społecznie i popularyzuje wiedzę na temat dawnej polskiej lwowskiej tradycji i historii.

Spis treści

Karta redakcyjna

„Dopóki jest w mieszkaniu stół”

Kronikarka miasta i kobiet Łucja Charewiczowa

Natchnienie poety Fanniola

Miłośnica króla Jadwiga Łuszkowska

Matka króla Teofila Sobieska

Zacna panna xieni Dorota Daniłowiczówna

Dewotissima Elżbieta Sieniawska

Ostatnia matrona Katarzyna Kossakowska

Facillina Wanda Caboga

Bohaterska księżna Jadwiga Sapieżyna

Apostołka polskiego ducha Felicja Boberska

Zawód: muza? Wanda Młodnicka

Pani Jasna Leonia Wildowa

W imieniu nauczycielek Antonina Machczyńska

Zbuntowana Maria Bartusówna

Pod sztandarem feminizmu Stefania Wekslerowa

Prawdziwy majestatWiktoria Rawicz-Niedziałkowska

Pani z magiczną latarnią Maria Wysłouchowa

Aktorka w wielkim mieście Helena Modrzejewska

Przez lwowskie okno Gabriela Zapolska

Primadonna Janina Korolewicz-Waydowa

Młodopolska dziwożona Maryla Wolska

Legendą opromieniona Irena Solska

Gwiazda wędrowna Wanda Siemaszkowa

Czarodziejka słopiewna Stanisława Korwin-Szymanowska

Księżniczka gospodyniWanda Czartoryska

Narodowa feministka Maria Dulębianka

Komendantka Aleksandra Zagórska

Pierwsza dama we Lwowie Michalina Mościcka

Pochwała rzeczy małych Beata Obertyńska

Ptak przelotnyRita Gorgonowa

Mistrzyni z żelaza Janina Loteczkowa

Królowa Zofia Batycka

Pochwała godności Karolina Lanckorońska

Potęga smaku Izydora Dąmbska

Podziękowania

Wykaz źródeł ilustracji

Bibliografia

Przypisy

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja KRYSTYNA PODHAJSKA

Korekta JOLANTA KUCHARSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie to/studio

Zdjęcie na okładce © Magdalena Russocka / Arcangel

Copyright © by Beata Kost

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017

Warszawa 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65780-67-6

Wydawnictwo Marginesy

ul. Forteczna 1a

01-540 Warszawa

tel. 48 22 839 91 27

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„D O P Ó K I J E S T

W M I E S Z K A N I U

S T Ó Ł”

Nasze lwowskie babki i prababki miały niezwykle barwne życiorysy, nie zawsze zgodne z jedynym stworzonym przez społeczeństwo scenariuszem, który nakazywał kobiecie wyjść za mąż i urodzić dzieci. Znajdą tu Państwo historie Polek mieszkających we Lwowie, lwowianek przez całe życie i przez krótki czas – znanych i anonimowych, emancypantek i zwykłych mieszczek. Kobiet, o których można przeczytać w encyklopedii, i „dziuń” opiewanych w lwowskich piosenkach. Choć współtworzyły miasto, ich codziennemu życiu i osiągnięciom poświęcono niewiele uwagi.

Czas zatarł wiele szczegółów. Od utracenia Lwowa minęło siedemdziesiąt lat, co dodatkowo rozmyło obraz przeszłości. Zapomniano o literatkach, przebrzmiała sława aktorek, poszły w niepamięć wywołujące skandale kobiety fatalne. Praca pełnych poświęcenia kresowych siłaczek – nauczycielek i sióstr zakonnych – często może budzić politowanie. Wszystkie one błąkają się na obrzeżach polskiej historii i kultury, rzadko przywoływane przez badaczy. Ich życiorysy nie są już częścią opowieści przyczyniającej się do budowy naszej tożsamości narodowej. Poza nielicznymi wyjątkami te kobiety nie są patronkami ulic, nie mają pomników ani tablic pamiątkowych.

Przeminęły, a opowieści o nich wciąż czekają na biografów, scenarzystów i reżyserów. Spójne odtworzenie ich losów nie uda się z wielu względów. Rekonstruowanie historii Polek we Lwowie to próba rekonstruowania minionego świata na podstawie niekompletnych i czasem trudno dostępnych materiałów – archiwaliów, artykułów prasowych, wspomnień. Po zmianie granic duża ich część pozostała we Lwowie, zbiory rodzinne rozproszyły się wraz z mieszkańcami miasta po Polsce i świecie, spora część uległa zniszczeniu.



„Kobiety zawsze są w niezgodzie z moralistami, i wtedy, gdy głupie są i umysłowo gnuśne, i wtedy, gdy pragną rozszerzyć swe pole myślenia, zdobyć zasób wiedzy i zrozumienie spraw ogólniejszych. I to, i tamto nie przestaje być przedmiotem satyry”, pisała w 1938 roku jedna z moich bohaterek, Łucja Charewiczowa. Nie myliła się – dokładnie zbadała dzieje Polek we Lwowie i w Rzeczypospolitej. Choć współtworzyły one miasto i wpływały przez sześć stuleci na jego historię, w oficjalnych opracowaniach poświęcono im niewiele miejsca.

Średniowieczny Lwów to otoczony murem niewielki gród nad rzeką Pełtwią. Wokół rynku i wzdłuż przylegających do niego ulic stoją jedna przy drugiej kolorowe kamienice, przestrzeń między nimi wypełniają liczne stragany. Tłoczą się tam ludzie, w większości kobiety. Zajmują się handlem albo przyszły kupić rzeczy potrzebne do prowadzenia gospodarstwa domowego. Taki zakres działania wyznaczyło im społeczeństwo. Jeżeli nie potrafią się odnaleźć w tych ciasnych granicach, pozostaje im jeszcze wstąpienie do klasztoru. Podobnie jak kobiety w całej Europie, nie mogą się kształcić. Nie mogą też decydować o sobie. Robi to za nie mężczyzna – ojciec, mąż lub tutor (opiekun prawny). „Niewiasty mają mieć opiekuny ku sprawowaniu wszystkich rzeczy. Albowiem przodkiem dlatego, że świadectwem nie mogą być pokonane. [...] Też prawa umieć nie powinny, a iżby ich też do sądu nie powłaczano – dlatego że niewiasty szkody strzec nie umieją”, informował Bartłomiej Groicki, znawca prawa miejskiego. Kobiety nie pełnią wobec tego żadnych funkcji publicznych. Nie mogą nawet sprawować urzędowej opieki nad dziećmi, bo „[...] żadna niewiasta, także ani matka własna, ani stara matka wedle dawnych praw opiekalniczkami być nie mogą, albowiem ten urząd mężom właśnie, a nie białogłowom należy”.

Gdzie można było spotkać lwowiankę? Prawie zawsze w domu, w niedzielę w kościele, czasem w sali ratuszowej. Swój majątek oddawała mężowi jako posag, z mężem spisywała intercyzę i po jego śmierci jej los zależał od jego testamentu – mogła otrzymać dożywocie, ale nie zawsze je dostawała. Jeśli nie była przedstawicielką znanego rodu, historia jej życia szybko była zapominana. W księgach miejskich prowadzonych w Polsce od XIV wieku bardzo rzadko pojawiały się wzmianki o kobietach, bo też niewiele można było o nich powiedzieć. Lepszy los spotykał czasem kobiety z gminu, które stawały się bohaterkami podań i pieśni.

„Pani matka pisać nie umiała”, zanotował w XVI wieku syn lwowskiej mieszczki Anny Tomaszewiczowej. Rzeczywiście, córka bednarza Mikołaja Śmieszka nie odebrała żadnego wykształcenia, ale jej słowa zanotowane w kronikach miejskich pokazują, jak zdobywała pozycję w mieście: „[...] swój dom zarobiłam wierną pracą moją, albowiem też nie dosypiała, ani dosiadała, ani dopijała, ani dojadała, starając się abych swoją ubogą chałupkę miała, w czem mnie Pan Bóg raczył pocieszyć, a potem za pomocą Boga i inszego imienia więcej dostałam”. Wcześnie straciła męża i pięćdziesiąt lat przeżyła jako wdowa. Własną pracą pomnażała majątek, warząc i sprzedając piwo. W swoim salonie zgromadziła doborowe towarzystwo, bywali tam lekarze i poeci, a nawet kaznodzieja Piotr Skarga, który po wyjeździe ze Lwowa pisał listy do niepiśmiennej kobiety. Badacze informują o powstaniu tradycji prowadzenia salonów w wieku XVIII, ale oto przykład salonu prowadzonego przez kobietę jeszcze w wieku XVI.



Przed wiekami samodzielnie gospodarujące lwowianki to rękodzielniczki, przekupki, szynkarki, kupcowe, praczki i szwaczki. Mimo ograniczeń prawnych budowały swoją niezależność finansową. Co dawało im większą swobodę? Często wdowieństwo. Największą obrotnością wykazała się pod koniec XVI wieku owdowiała mieszczka Anna Łącka. Była właścicielką dóbr ziemskich, a we Lwowie prowadziła między innymi sklep korzenny. Poza tym handlowała kożuchami z Turcji i małmazją (to słodkie wino było niezwykle popularne w dawnej Polsce). Pośredniczyła w handlu wieloma towarami, podpisywała umowy z Anglikami – sprowadzali oni sukna, które Łącka sprzedawała za południową granicą. Jej partnerami w interesach byli hurtownicy krakowscy, kupcy z Niemiec i Włoch. Ta energiczna kobieta podróżowała, ścigała dłużników, pertraktowała z wierzycielami, prowadziła obfitą korespondencję i była właścicielką sporej biblioteki.

Uczone bywały jednak prawie zawsze jedynie zakonnice. Czasem kobiety pełniły w mieście funkcje honorowe. W XVII wieku we Lwowie powołano lożę dwunastu wdów po rajcach – mogły do niej należeć kobiety ze znanych rodów. Jako tak zwani jednacze godziły one skłócone osoby, ale najczęściej opiekowały się kaplicami i fundowały wyposażenie do kościołów lub wspierały instytucje religijne. I tak na przykład Anna Pstrokońska, Zuzanna Brzeska, Zofia Hanlowa, Jadwiga Gąsiorowszczanka były fundatorkami kościołów i klasztorów. Najbardziej zasłużone chowano z wielką pompą w kościołach i upamiętniono tablicami epitafijnymi.

Niektóre kobiety próbowały wpływać na bieg wydarzeń historycznych. Tak uczyniła w 1648 roku Katarzyna Słoniowska. Podczas oblężenia miasta przez Kozaków weszła między dostojników podczas narady wojskowej w kościele bernardynów – i jak podawał historyk Ludwik Kubala – rzuciwszy srebro od panien karmelitanek i swój własny majątek do nóg księcia Wiśniowieckiego, „[...] zaklęła go z płaczem wielkim na miłość ojczyzny, na Boga, na świętych patronów kraju, na wszystko najdroższe na świecie, aby stanął na czele wojska i ratował ojczyznę”.



Kiedy dorastałam, nasłuchałam się opowieści o niezwykłych kobietach należących do świata, który dawno przeminął. Przeminął nawet w skali czasu babci Marii, królującej nam niepodzielnie i snującej lwowskie opowieści. Oceniając czasem współczesność, babcia powtarzała: „przed wojną nie do pomyślenia”. Owo „przed wojną” brzmiało dla mnie jak „przed potopem”. Wojna wytyczyła w świecie lwowian nieprzekraczalną granicę oddzielającą to, co minione, od tego, co aktualne. Skurczyły się mieszkania podzielone na części i zasiedlone przez przybyszów z obcego świata, pamiątki poginęły podczas przeprowadzek, a rzeczy cenne zostały wyprzedane, bo potrzebne były pieniądze na zaspokojenie codziennych potrzeb. Moja rodzina nie opuściła Lwowa po II wojnie światowej. Choć Stanisław Grabski, wiceprzewodniczący Krajowej Rady Narodowej, tłumaczył Polakom, że sprawa granic została przesądzona, babcia Maria – podobnie jak wielu innych lwowiaków – wierzyła, że mimo zmieniających się układów politycznych Lwów pozostanie wierny Polsce. Z tym przekonaniem została we Lwowie i tam zmarła, przeżywszy prawie dziewięćdziesiąt lat. Później poznałam podobne do niej Polki, które dzielnie trwały na swoich skromnych posterunkach, ucząc i wychowując kolejne pokolenia.



Klamka polityczna zapadła, ale trzeba było jakoś zorganizować życie w szarej, radzieckiej rzeczywistości. W mieście, którego ludność prawie w stu procentach została wymieniona, pozostały nieliczne polskie rodziny. Ich sytuacja finansowa znacząco się pogorszyła – pierwsze pokolenie przymusowo wcielone do państwa sowieckiego nie znało nowego języka urzędowego, czyli rosyjskiego, rzadko też posługiwało się ukraińskim. A zatem nawet najlepiej wykształceni jego przedstawiciele zajmowali podrzędne stanowiska. Kobiety dorabiały szyciem, dyżurami przy chorych i korepetycjami. Wróciły do pieczenia przekładańców, haftowania, gry na fortepianie i ustnego przekazywania historii z przeszłości. Po latach, już po upadku ZSRR, urzędnicy z Polski będą patetycznie mówić o nowych kresowych siłaczkach. Ale one niemal instynktownie wiedziały, co należy robić w nowej rzeczywistości. Herbertowska „potęga smaku” i tu okazała się niezwykle ważna.

Kobiety ratowały się przed zmianami w różny sposób. Moja druga babcia – Barbara – ustawiała wszystkie zegarki w domu na czas środkowoeuropejski. Wszyscy sowieccy sąsiedzi chodzili do pracy na ósmą według czasu moskiewskiego, ale dla babci ósma to była szósta, jak w Warszawie, Budapeszcie i Pradze – jak w jej dawnym świecie, który dla niej na zawsze został za żelazną kurtyną.

Babcia Maria pielęgnowała dawne zwyczaje, choć było jej ciężko z trójką dzieci. Kwiaty w wazonach, wykrochmalone obrusy, herbata zawsze zaparzana w porcelanowym imbryczku... Tuż po wojnie zdarzało się, że na obiad były tylko ziemniaki. „Ale nikt nam nie wmówi, że można je zjadać z gazety”, lubiła powtarzać babcia i wyciągała rodzinną zastawę. I potem przy herbacie snuła swoje opowieści. Tak, dopóki jest w mieszkaniu stół, wokół którego można się zgromadzić, dopóty będzie przekazywana historia. Historie babci bywały „ciężkie jak ołów i lekkie jak puch” o mieście, o ludziach i o tym, jak się dawniej żyło.

Babcia szyła, haftowała, przerabiała, żeby tylko, broń Boże, nikt z nas nie wyglądał jak człowiek sowiecki. Z przedwojennego kapelusza zrobiła pantofelki do pierwszej komunii dla mojej mamy Hani. A górę komunijnej sukienki wykroiła z przedwojennej koszuli dziadka Julka. Dla mnie własnoręcznie szyła sukieneczki ze stójką albo kołnierzykiem bebe. Serdecznie ich nie znosiłam, bo uważałam, że wyglądam w nich jak dziwoląg.

Podobnie jak inne Polki, babcia robiła, co mogła, aby ochronić swoje wnuki nie tylko przed wpływem wszechobecnej propagandy. Próbowała stworzyć dla nas przyjazny świat, w którym moglibyśmy dorastać. Prowadzała nas zatem do parków, gdzie inne babcie też przyprowadzały swoje wnuki. Mówiliśmy ze sobą po polsku i nie orientowaliśmy się, że nasze polskie istnienie przebiega w świecie równoległym do tego rzeczywistego, w którym obowiązują inne języki i zwyczaje, inna wiedza historyczna.

Kiedy byliśmy starsi, w cudem ocalałych salonach wypełnionych obrazami i książkami, przy dźwiękach fortepianu inne starsze panie uczyły nas religii, historii i języka polskiego. Przychodził tam do nas Święty Mikołaj, występowaliśmy w jasełkach. Z tektury wycinaliśmy białe lampiony z witrażykiem z czerwonej bibułki na Dzień Zaduszny, Święto Niepodległości i rocznicę obrony Lwowa, bo w sklepach nie sprzedawano zniczy. Choć był to koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, wiedzieliśmy, że o tych spotkaniach nie wolno nikomu mówić, by nie narażać naszych rodziców ani innych dorosłych. Mieliśmy szczęście, bo chodziliśmy do polskiej szkoły. Uczyły nas polskie nauczycielki, a nasza polonistka prowadziła teatrzyk z prawdziwego zdarzenia.

Polskiego Lwowa już nie było, z miasta młodości naszych babć zachowały się tylko mury. Przetrwała garstka ludzi, którzy próbowali zapobiec ostatecznemu zatarciu prawdy o jego historii. Nie wszystko jako dziecko rozumiałam i opowieści nie układały mi się w żaden logiczny ciąg. Dopiero z biegiem lat, przyglądając się postawom Polek, które pozostały w oddzielonym granicą od reszty Polski Lwowie, coraz bardziej doceniałam ich poświęcenie i postawę. To kobiety po raz kolejny przekazywały tradycję, język i historię.

Bez wchodzenia na barykady kobiety zapewniały wolność swoją codzienną pracą – tym razem broniły dzieci i wnuki przed sowietyzacją. Wszak symbol wolności zawsze był kobietą.

W mieście, które miało swoją własną walczącą na barykadach dziewczynę, nie mogło być inaczej. Gdy podczas Wiosny Ludów także we Lwowie Polacy walczyli o wolność Polski i innych narodów, doszło do zajść 1 i 2 listopada 1848 roku, nazwanych „lwowskimi” albo „krwawymi” Zaduszkami. Nastroje w mieście coraz bardziej się radykalizowały, obawiano się wybuchu powstania – mieszczanie zarzucali szlachcie, że ulega żądaniom z Wiednia. Na ulicach zaczęto budować barykady, miasto w ramach akcji odwetowych zostało zbombardowane przez Austriaków, w wyniku walk zginęło około stu osób – w taki sposób austriackie dowództwo wojskowe wykorzystało zatargi uliczne do rozprawienia się z polskim ruchem narodowym.

„Lud, nie będąc pod rygorem wojskowym, nie chciał ustąpić od barykad i poczęło się morderstwo po ulicach z bezbronnymi. Na jednej z barykad stała moja siostra rodzona Julia; trzymając czerwoną chorągiew, zachęcała lud do obrony; padło kilkanaście strzałów, zgruchotana kulami do połowy padła dziewica-męczennica. Lud porwał zgruchotane ciało, dziewica dwudziestotrzyletnia, śliczna jak posąg, już nie żyła...”, wspominał pamiętnikarz Seweryn Łusakowski. Nie musimy porównywać jej do nikogo, choć mamy tendencję do porównywania tego co nasze, do tego co obce; oceniania: lepsze czy gorsze, zaściankowe czy wielkomiejskie.

Wystarczy odszukać i odkurzyć dawne historie: mamy własne Julie, Jadwigi, Stanisławy i Aniele. Artystki, święte, uczone i kurtyzany – szukały własnej ścieżki, miały swoje skromne i wielkie osiągnięcia. Wiele z nich przewinęło się przez miasto nad Pełtwią.

MIŃCIA

Z przekazu babci Marii wyłaniał się obraz miasta, który utrwalił się w jej pamięci. Postacie autentyczne mieszały się w jej opowieściach z tymi na poły fikcyjnymi. Pierwsza z nich to Mińcia. Babcia upominała nas: „Mówisz jak Mińcia” albo „Wyglądasz jak Mińcia z katarynką”. Znaczyło to mniej więcej tyle, że mówimy nielogicznie albo dziwacznie się ubrałyśmy. Wiedziałyśmy już, że Mińcia była lwowskim świrkiem, czyli dziwaczką. Siadała na stołeczku w samym sercu miasta na Wałach Hetmańskich przy pomniku Sobieskiego lub przy Kasie Oszczędności i wygrywała melodyjki na harmonii nazywanej w gwarze lwowskiej katarynką. Z instrumentu wydobywał się dziwnie jednostajny, blaszany dźwięk. Mińcią straszono dzieci w czasach, kiedy jeszcze wolno było to robić. Ale lwowskie batiary nie bały się jej wcale. Awantury z jej udziałem przyciągały widzów. Zaczynało się od niewinnego pytania: „Mińciu, która godzina?”. Tradycyjnie padała odpowiedź: „Moja pierwsza, twoja ostatnia, ty batiaru jeden”, po czym Mińcia-Tryńcia odpędzała intruzów laską. Jej odpowiedzi bywały jednak tak nieparlamentarne, że nawet zaprawieni w pyskówkach zawodnicy uciekali z pola walki. Po latach mogłam przeczytać w książkach, jak wyglądała: wysoka, chuda, z włosami upiętymi w kok i oczami zasłoniętymi przez ciemne okulary. Mówiła metalicznym falsetem, podpierała się laską. Była ponoć niewidoma, stąd okulary i laska – mówiono na nią Ślepa Mińcia. A może nosiła laskę zamiast różdżki, a okulary zamiast tarczy ochronnej?

Choć niewidoma, zawsze była na bieżąco, ponieważ wszystkie ważne wydarzenia rozgrywały się na Wałach Hetmańskich lub w ich okolicy. W głowie Mińci, zdaniem bohaterki Zegara słonecznego Jana Parandowskiego, chodził najlepszy zegar w całym mieście. I choć Parandowski pisał, że „wszystko tak prędko mija i znika jak rysunek na łupkowej tabliczce, gdy się po niej przeciągnie mokrą gąbką”, legenda Ślepej Mińci przetrwała we Lwowie nawet w latach powojennych.

W naszej kamienicy mieszkała starsza pani „z czasów przedwojennych”, miała na imię Michalina. Nosiła szarobure stroje, a na długim nosie ciemne, okrągłe okulary. Była opryskliwa i bardzo jej się bałam. Lubiłam sobie wyobrażać, że jest to Mińcia we własnej osobie. Pomnik Jana III, pod którym siedziała, trafił po wojnie do Gdańska, ale samotna Mińcia mogła przecież osiąść w naszej kamienicy na górnym Gródku... Historia Mińci stała się dla mnie czymś w rodzaju kwintesencji opowieści o lwowskich świrkach, wiedźmach, tajemniczych Michalińciach, Róziach, ciotkach Bańdziuchowych, Zosiach Kociarkach. W czasach mojego dzieciństwa każda dzielnica miała swoją gwiazdę, czyli kobietę urodzoną wiele lat przed wojną, która o mieście wiedziała wszystko i często była postrzegana przez nowe otoczenie jako dziwaczna „polska pani”.

RÓŻA

Prawdziwa lwowianka – zgodnie z wyobrażeniami mężczyzn – powinna mieć wiele zalet i talentów: z niewymuszonym wdziękiem prowadzić wytworne rozmowy salonowe, pielęgnować tradycje narodowe, umieć rzucić wiązankę gwarowych słówek, których nie powstydziłby się żaden batiar, a kiedy zajdzie potrzeba, stanąć do walki z bronią w ręku. No i powinna świetnie gotować. Jak Róża.

Babcia Maria miała kilka starych książek kucharskich, które jako dziecko namiętnie przeglądałam, aż w końcu jedna z nich rozpadła się na postrzępione części. Była to Praktyczna kuchnia Róży Makarewiczowej. Pozwolono mi dalej dręczyć zniszczoną książkę, która swoje tajemnice odkryła przede mną, gdy nauczyłam się czytać.

Pani Róża i jej przyjęcia... Ach, te szparagi, perliczki i sorbety – gdy w sowieckim Lwowie półki sklepów zapełniały puszki sałatki z kapusty morskiej, a kilometrowe kolejki ustawiały się po masło i mięso. Babcia Maria, wspierana przez zięcia, robiła, co mogła, ale musiała ulec siermiężnej rzeczywistości. Wzdychała więc nad zupą cebulową, która nigdy nie poznała białego wytrawnego wina – człowiek sowiecki pił tylko słodkie wina czerwone. Ja z kolei wzdychałam nad przepisami pani Róży – pierwsze miejsce w moim rankingu zajęła zupa żółwiowa. Przepis na tę zupę Róża dostała w wytwornym drezdeńskim hotelu na Postplatz. Sto dwadzieścia lat temu zupa żółwiowa należała do najdroższych i była rzadko podawana, choć „[...] konserwów żółwich [...] można dostać w każdym [!] sklepie delikatesów”. Jak ją gotowano? Opis zabijania żółwia jest drastyczny, więc go pominę. „Następnie płucze się żółwia letnią wodą, potem nalewa zimną wodą i gotuje, dopokąd zielony kolor nie zejdzie ze skorupy, wtenczas zlać wodę i łatwo już zdjąć skorupę. Następnie płucze się mięso żółwie, oczyszcza z wnętrzności kraje w plastry jak dłoń, daje do rondla łyżkę masła, włoszczyznę uszatkowaną, majranku, kawałeczek gałki muszkatowej, białego pieprzu w całości. Podczas duszenia podlewa się mocnym rosołem rumianym, kieliszkiem madery, a jeżeli tej nie ma w domu, kieliszkiem rumu. Na ostatek przefasować tę zupę przez sitko, dodać krwi z żółwia, niech się raz jeszcze zagotuje. Podać z pulpetami lub knedlikiem”.

Któregoś dnia, wędrując po cmentarzu Łyczakowskim, na grobowcu Juliusza Makarewicza, wybitnego polskiego prawnika, kodyfikatora polskiego prawa karnego, zobaczyłam tabliczkę z napisem „Róża Makarewicz”. Nie wiem, jak mogłam wcześniej tę tabliczkę przeoczyć, bo przy grobie zatrzymywałam się setki razy z wycieczkami, które oprowadzałam po cmentarzu... „Zbudzę się, o Chryste, gdy zawołasz mnie. Lecz pozwól mi spać chwilę, gdyż jestem bardzo zmęczona”, głosił napis epitafijny. To była ona – moja Róża, królowa ulokowana w kulinarnym panteonie babci Marii razem z warszawiankami Lucyną Ćwierczakiewiczową i Marią Monatową oraz wilnianką Wincentą Zawadzką.

Róża z Rosienkiewiczów Makarewiczowa z ulicy Cichej 1 we Lwowie stała się sławna, gdy na rynku księgarskim ukazały się dwie jej książki: Praktyczna kuchnia oraz 335 recept pieczenia ciast, robienia lodów, likierów itd. W książce pisanej w 1898 roku we Lwowie autorka tłumaczyła czytelniczkom, że skoro od książki i fortepianu wędrują prosto do ołtarza, powinny nauczyć się zarządzać domem. Bez względu na możliwości, wykształcenie, aspiracje i plany życiowe kobieta po ślubie musiała bowiem prowadzić gospodarstwo domowe. Za Praktyczną kuchnię Róża została nagrodzona złotym medalem na Wystawie Higieny we Lwowie w 1907 roku i na krakowskiej Wystawie Kucharsko-Spożywczej w 1908 roku oraz dyplomem honorowym na lubelskiej Wystawie Higienicznej. Zmarła we Lwowie 23 września 1938 roku.

OLGA

Miałam czternaście lat, gdy po raz pierwszy w powojennym Lwowie pojawiła się możliwość odrodzenia polskiego harcerstwa, które powstało w tym mieście w 1911 roku. „Może ci się nie podobać maszerowanie w mundurku, ale harcerstwo musicie odrodzić”, mówiła babcia Maria. I tak poznałam Olgę Drahonowską „pierwszą druhnę Rzeczypospolitej”, która założyła żeński skauting.

We Lwowie zaczynał się wiek XX, gdy niezwykle zdolna i ambitna Olga zdawała maturę. Kobiety mogły studiować zaledwie od kilku lat i Olga skorzystała z tego prawa. Najpierw uczyła się w konserwatorium, chodziła też na kurs rzeźby do profesora Jana Nalborczyka. Po kilku latach zaczęła studia uniwersyteckie na wydziale przyrodniczym, ale wciąż powtarzała, że nie odnalazła swojej drogi. W Sokole zdobyła uprawnienia instruktora zajęć sportowych. Chciała działać społecznie. Ale zarówno w Sokole, jak i w organizacji Eleusis czegoś brakowało młodym dziewczynom, które rwały się do czynu, bo jak mówiła Olga, „[...] czynnik rycerski, żołnierski, wojskowy [...] pociągał coraz silniej”.

Aż tu nagle około 1909 roku na łamach lwowskiej prasy zaczęły się pojawiać wzmianki o nowym systemie wychowawczym zastosowanym w Anglii. Na dodatek okazało się, że pewien młody człowiek z politechniki – znajomy Olgi – studiuje podręcznik skautingu autorstwa Roberta Baden-Powella. Grupka entuzjastów skautingu, w której znalazła się Olga, postanowiła nadać ruchowi bardziej polski charakter. Olga zabierała koleżanki na górskie wycieczki, w czasie których czytały, modliły się, uprawiały sport, rysowały mapy, pomagały Hucułom w pracy na roli. Najważniejsze jednak było to, że idea skautingu przeszczepiona na polski grunt miała przełamać bierność młodych, której tak nie znosiła Olga, bo z niej – jej zdaniem – wyrastali obywatele posłuszni wobec władz zaborczych. Ona zaś chce służyć Ojczyźnie, „zapałem naszej młodości stworzyć nowego, doskonalszego niż dotąd człowieka, nowego, doskonalszego niż dotąd Polaka”.

I panna Drahonowska z ulicy Lenartowicza 21 zamieniła koronkowe szale i kapelusze z wstążkami na mundur harcerski. Nosiła się tak: szara bluza flanelowa z kieszenią i wykładanym miękkim kołnierzem, do tego szara spódnica, skórzany pas i filcowy kapelusz. Na wycieczki zabierała plecak. Rok później jej narzeczony, Andrzej Małkowski – ten od podręcznika skautingu – podpisał we Lwowie rozkaz o powołaniu do życia czerech pierwszych polskich drużyn harcerskich. Olga prowadziła drużynę żeńską. Dziewczyny same szyły sobie mundury, a nawet namioty potrzebne na obozie. Jeśli nie zdążą – na obozie śpią w szałasach pasterskich na rozścielonej słomie, ale „[...] wszelki brak komfortu był dla nas bodźcem do zwalczania trudności, do hartowania swej woli, do kształcenia wytrzymałości i męstwa. Tak, właśnie męstwa! Sądzę, że zdałyśmy z niego egzamin podczas bojów o niepodległość w trakcie i po zakończeniu I wojny światowej”. Olga i jej koleżanki z III Lwowskiej Drużyny Harcerek wymyślają pozdrowienie „Czuwaj”. Olga współtworzy harcerski hymn. Pewnego dnia, idąc ulicami Lwowa, myśli o wierszu Ignacego Kozielewskiego Wszystko co nasze Ojczyźnie oddamy, po czym w rytm własnych kroków tworzy do niego refren:

Ramię pręż! Słabość krusz!

Ducha tęż! Ojczyźnie miłej służ!

I modyfikuje nośną melodię pieśni Na barykady, którą śpiewa cały batiarski, robotniczy Lwów. A co na to wszystko mówią nobliwi mieszkańcy Lwowa? „Och, to cała historia! Chłopców, co prawda, chwalono, ale nad nami, dziewczętami, załamywano ręce. Jakież to z nich będą żony i matki?! – biadały te stare papryki! Cóż, były to czasy, kiedy o pełną emancypację kobiet wciąż trzeba było walczyć” chichotała, opowiadając swoją historię, prawie dziewięćdziesięcioletnia druhna.

W 1911 roku Olga otrzymała stopień porucznika w powołanych właśnie Polskich Drużynach Strzeleckich. Organizowała żeńskie kursy instruktorskie, opracowała broszurę Polskie skautki – zarys organizacyjny. Naczelna skautka Rzeczypospolitej wspominała: „[...] była nas grupa dwudziestu trzech energicznych, młodziutkich kobiet, nie chcących być gorszymi od mężczyzn. Toteż studiowałyśmy terenoznawstwo, ćwiczyłyśmy wolę i spostrzegawczość, dbałyśmy o rozwój naszej kultury fizycznej, pomagałyśmy ludziom starszym i chorym, spełniając tak krytykowane kilkadziesiąt lat później dobre uczynki. W dalszym ciągu dużo czasu poświęcałyśmy na samokształcenie”.

FLORA

Kiedy jako nastolatka zaczęłam zastanawiać się nad wyborem studiów, babcia Maria (rocznik 1904), zwolenniczka posiadania przez kobietę dyplomu, własnego kąta i własnych pieniędzy, powiedziała mi, że pierwsza lwowska studentka nazywała się Flora Ogórek. Skąd o niej wiedziała – nie wiem i już się nie dowiem. Myślałam, że to taka lwowska Nawojka. Zapamiętałam zabawne nazwisko i po latach sprawdziłam, że Flora Mira Ogórek istniała naprawdę i z ogromną determinacją walczyła o przyjęcie na studia uniwersyteckie. Zdecydowała, że będzie lekarką, a jeśli nie dostanie się na studia we Lwowie, wyjedzie za granicę. W żadnym z zaborów Polki nie miały prawa studiować na wyższych uczelniach. Flora złożyła papiery na Uniwersytet Lwowski po raz pierwszy w 1895 roku. Mimo że świetnie zdała maturę i uzyskała zgodę rady wydziału oraz senatu uczelni, ministerstwo w Wiedniu „[...] prośbie panny Flory Ogórek o przyjęcie w charakterze zwyczajnego ewentualnie nadzwyczajnego słuchacza na wydział medyczny nie dało miejsca”.

Ona sama i Józef Ogórek, jej ojciec, profesor greki w lwowskim gimnazjum, nie dali za wygraną. „Podpisany ponownie kołacze do przybytku nauki i pokornie prosi o przypuszczenie do niej jego córki. Do tego zachęca go zasadnicze prawo natury i prawo ludzkości, na podstawie których nikomu, kto czuje w sobie chęć i pragnienie kształcić swego ducha i rozwijać swoje przyrodzone duchowe zdolności w najszlachetniejszym kierunku, nie może i nie powinno być wzbronione duch jego podnieść, uszlachetnić, co go Panu Bogu milszym, a ludzkości pożyteczniejszym uczynić jest w stanie”, pisał Józef Ogórek w kolejnym podaniu rok później. Powołał się przy tym na przykład mieszkanki Wiednia, która jako pierwsza kobieta dostała zgodę na studiowanie. I choć w 1896 roku lwowskie pismo feministyczne „Ster” podało wzmiankę o tym, że hospitantką (wolnym słuchaczem) na Uniwersytecie Lwowskim została Flora Ogórek, tak naprawdę studia rozpoczęła dopiero rok później. Nie tylko minister z Wiednia nie zamierzał popierać kobiet, które chciały zdobyć wyższe wykształcenie. Profesorowie szacownej lwowskiej uczelni też nie zawsze byli przychylni. Mimo to na początku XX wieku podjęła ona pracę we Lwowie i niewątpliwie była jedną z pierwszych polskich lekarek wykształconych na rodzimej uczelni.

Pierwsze kroki zostały poczynione i oto w 1910 roku we Lwowie prowadziło praktykę dziesięć lekarek. Flora została pierwszą biegłą sądową na terenie całego zaboru austriackiego. Jak pisał jej ojciec, była „ludzkości pożyteczniejszą” nie tylko jako lekarka. W 1905 roku doprowadziła do powstania we Lwowie Pogotowia Higienicznego – prowadziła kurs udzielania pierwszej pomocy, pielęgnowania chorych, dietetyki. Była też redaktorką „Przeglądu Higienicznego” i zaangażowaną społecznicą: prowadziła wykłady na Uniwersytecie Ludowym, jeździła z odczytami na temat między innymi higieny oraz kobiecej anatomii.



W styczniu 1930 roku na ulicy Ossolińskich 11 otwarto Muzeum Zasłużonych Polek. Jego założycielki – Maria Bruchnalska i księżna Eleonora Lubomirska – podkreślały, że spełniają wolę Antoniny Machczyńskiej, która takie zadanie wyznaczyła organizacjom kobiecym zrzeszonym w lwowskim Zjednoczeniu Polskich Chrześcijańskich Towarzystw Kobiecych. W niewielkich pomieszczeniach przylegających do Muzeum Książąt Lubomirskich kobiety wyeksponowały obrazy, rzeźby, dokumenty towarzystw kobiecych, pamiętniki kobiet z powstania listopadowego i powstania styczniowego, I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej – wszystkie te pamiątki miały być ilustracją dziejów kobiet ze Lwowa i z całej Polski...

Na uroczystość otwarcia muzeum przybyły niemal wyłącznie kobiety. Księżna Eleonora Lubomirska, od lat dusza przedsięwzięcia, wyjaśniła, że inicjatywa napotkała wiele trudności. Obawiając się krytyki, celowo zaprosiła niewielkie grono życzliwych pomysłowi mężczyzn. Wydawać by się mogło, że w mieście, w którym tak niedawno jeszcze „słabe kobiety chwytały za broń i przyczyniły się bezwarunkowo do odparcia wroga”, nie trzeba będzie przekonywać męskiej części społeczeństwa do tego, że kobiety też mają prawo do przedstawienia swojej – jakże ubogo udokumentowanej – historii. Skąd więc ta „trwoga niemała”, te „ciernie krytyki”, to „niedowierzanie i zdziwienie”, o których w swoim przemówieniu przypomniała księżna?

Mimo że muzeum mieściło się w gmachu należącym do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, ani uroczystość, ani same zbiory nie przykuły uwagi lwowskich mediów: gazet codziennych bądź dodatków ilustrowanych. Istnienie Muzeum Zasłużonych Polek zauważyło jednak pismo naukowe: na łamach „Kwartalnika Historycznego” (rok 1933, tom II) ukazał się tekst pióra doktor Łucji Charewiczowej. Napisała ona, że do powstania muzeum przyczyniły się społecznice chcące upamiętnić zasłużone Polki: „I myśl ta została we Lwowie zrealizowana. Różnie się można zapatrywać na ten separatyzm pamiątek przeszłości i różnicowanie na podstawie kryterium płci, ale jak długo w muzeach nie będzie się uwzględniało należycie pamięci kobiet, tak długo ten niepozorny jeszcze dziś skarbczyk pamiątek kobiecych z największym zapałem zbieranych i konserwowanych przez profesorową Marię Bruchnalską zasługiwać będzie na jak największy pietyzm samych kobiet”.

Na koniec słowo o pani Marii, którą tak zajęła historia Polek, że przez całe życie zbierała dotyczące ich materiały i pieczołowicie układała w wielkich skrzyniach. Przygotowana przez nią Bibliografia kobiet polskich uwzględniła wszystkie działy piśmiennictwa. Pani Maria zgromadziła setki biogramów kobiet od czasów najdawniejszych do jej współczesnych. Wreszcie jej praca doczekała się benefisu – w Muzeum Zasłużonych Polek materiały i biogramy przełożono do osiemnastu kartonowych pudeł. Pudła wyeksponowano w dużej przeszklonej szafie w obawie przed rozproszeniem ich zawartości – same organizatorki twierdziły jednak, że to utrudnia ocenę ogromu benedyktyńskiej pracy Marii Bruchnalskiej, ale nie zdołały wymyślić atrakcyjniejszego sposobu.

„Dział historyczny zawierał skarby bezcenne dla serc polskich”. W galerii po lewej stronie przy wejściu zawieszono dziewięć dużych plansz, na których umieszczono zdjęcia kobiet biorących czynny udział w powstaniu 1863 roku. Pomysłodawczynią tej ekspozycji była właśnie Maria Bruchnalska, a podpis „Ciche Bohaterki 1863” stał się również tytułem opracowania, które wydała w 1934 roku. „Ze ściany tej patrzyły z wyblakłych fotografii setki oczu babek naszych, które wszystko poświęcić potrafiły dla Polski...”.

„Kobiety są wytworem swojej epoki”, pisała Łucja Charewiczowa. Muzeum po raz pierwszy miało pokazać, w jaki sposób Polki widziały siebie na tle dziejów i wydarzeń ważnych dla całego kraju oraz na tle historii miasta. „W całej Polsce rozbiorowej tradycja narodowa tuliła się nawet w roboczych fartuchach kobiet rzemieślniczych i wiejskich, które zwłaszcza na kresach zachodnich i wschodnich umiały z liter polskich modlitewników krzesać iskry świadomości narodowej dla zasilenia serc całej rodziny”. Trudno w to uwierzyć, ale po latach kobiety ponownie podjęły ten trud. W sowieckim Lwowie po 1945 roku dzieci życiowych rozbitków spotykały się w salonach siwowłosych pań, wymazanych z dziejów miasta po dwakroć: jako Polki i jako kobiety. Panie te znowu uczyły historii dla „zasilenia serc”. I znowu robiły to w ukryciu, bo tego, co głosiły, nigdy nie ceniono w oficjalnym obiegu.

Im właśnie dedykuję swoje opowieści.

×

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Wykaz źródeł ilustracji

s. 4–5, 8 – ze zbiorów Biblioteki Narodowej.

s. 15, 16 – z archiwum autorki.

s. 18 – za: „Ilustracja Polska”.

s. 20 – za: „Jednodniówka Zjazdu Harcerzy z czasów walk o Niepodległość 1911–1936”.

s. 22 – „Nowości Illustrowane”.

Wydawnictwo Marginesy dołożyło należytej staranności w rozumieniu art. 335 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnych dysponentów autorskich praw majątkowych do zdjęć opublikowanych w książce. Z uwagi na to, że przed oddaniem niniejszej książki do druku nie odnaleziono niektórych autorów zdjęć, Wydawnictwo Marginesy zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania zdjęć aktualnym dysponentom autorskich praw majątkowych niezwłocznie po ich zgłoszeniu do Wydawnictwa Marginesy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kobiety ze Lwowa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia