Wielka księga radości

Wielka księga radości

Autorzy: Dalajlama Desmond Tutu

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 28.99 zł

Książka to praktyczny podręcznik radości. Uczy, jak śmiać się z samych siebie, jak poradzić sobie z gniewem i strachem, jak praktykować współczucie. Pokazuje, co jest najgłębszym źródłem trwałej radości w zmieniającym się świecie.

 

Dwaj wielcy przywódcy duchowi i laureaci Pokojowej Nagrody Nobla kierują do zabieganych, przepełnionych lękiem i niepewnością ludzi niezwykłe przesłanie. Dzielą się doświadczeniem, opowiadają, co jest podstawą ich emocjonalnego i duchowego życia. Inspirują i zarażają mądrym optymizmem.

 

Dwa światy, dwóch noblistów, jedna radość.

Światowy bestseller: 28 tygodni na liście bestsellerów New York Timesa

 

Jego Świątobliwość XIV Dalajlama Tenzin Gjaco mówi o sobie, że jest prostym buddyjskim mnichem. Jest duchowym przywódcą Tybetańczyków i buddyzmu tybetańskiego. W 1989 roku otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, a w 2007 – Złoty Medal Kongresu Stanów Zjednoczonych.

 

Desmond Mpilo Tutu, emerytowany arcybiskup RPA, został przywódcą trudnego procesu sprawiedliwości i pojednania rasowego w swojej ojczyźnie. Otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla w 1984 roku oraz Prezydencki Medal Wolności w 2009 roku.

 

Douglas Abrams jest pisarzem, redaktorem i agentem literackim. Jest założycielem i przewodniczy medialno-kreatywnej agencji Idea Architects wspierającej wizjonerów pragnących budować mądrzejszy, zdrowszy i bardziej sprawiedliwy świat

 

Tłumaczenie: Adriana Celińska

Zaproszenie do radości

Radosne spotkanie dwóch starych przyjaciół podczas tygodniowych rozmów w Dharamsali dla uczczenia okrągłych urodzin gospodarza pozwoliło przygotować prezent, który ofiarowują całemu światu. Nie ma chyba bardziej podniosłego wydarzenia niż przyjście na świat, a mimo to przez większość życia smucimy się, cierpimy, stresujemy. Mamy nadzieję, że niniejsza książka będzie zaproszeniem do przeżywania większej radości i szczęścia.

Żadne mroczne fatum nie decyduje o naszej przyszłości. Sami ją tworzymy. Każdego dnia i w każdej chwili mamy moc modelowania lub zmiany własnego życia, a tym samym kształtowania losów całej ludzkości zamieszkującej naszą planetę. Oto jak wielką dzierżymy władzę.

Trwałe szczęście nie może być ubocznym efektem pogoni za kolejnymi zdobyczami czy sukcesami. Wykracza poza ramy bogactwa i sławy. Jego jedynym źródłem jest umysł i serce człowieka, i tam właśnie, mamy nadzieję, je odnajdziesz.

Współautorem książki jest Douglas Abrams, który ochoczo przystąpił do naszego projektu, on właśnie prowadził rozmowy w trakcie naszego spotkania w Dharamsali. Poprosiliśmy, żeby splótł nasze głosy w jeden, a sam wcielił się w rolę narratora, który obok naszych poglądów i opowieści przedstawi opinie innych, w tym także ludzi nauki, na temat pochodzenia i natury radości.

Nie musisz nam wierzyć. Nic z tego, co głosimy, nie powinno stać się dogmatem wiary. Jako dwaj przyjaciele pochodzący z różnych światów dzielimy się tym, co widzieliśmy i czego nauczyliśmy się w ciągu naszego długiego życia. Mamy nadzieję, że wcielając w życie nasze rady, odkryjesz, że to wszystko jest prawdą.

Każdy dzień niesie zalążek nowego początku. Każdego dnia rodzisz się na nowo.

Niech niniejsza książka okaże się błogosławieństwem dla wszystkich czujących stworzeń, dla wszystkich Bożych dzieci – także dla ciebie.

TENZIN GJACO

JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚĆ DALAJLAMA

DESMOND TUTU

EMERYTOWANY ARCYBISKUP REPUBLIKI POŁUDNIOWEJ AFRYKI

Wstęp

Po wyjściu z samolotu na płytę niewielkiego lotniska na tle majaczących w oddali ośnieżonych zboczy Himalajów, w ogłuszającym ryku silników odrzutowych, dwaj starzy przyjaciele padli sobie w objęcia. Arcybiskup z czułością ujął Dalajlamę pod brodę, ten zaś w odpowiedzi ułożył usta do pocałunku. Był to wzruszający moment wielkiej bliskości. W trakcie trwających rok przygotowań do spotkania byliśmy świadomi jego wielkiej wagi dla świata, ale nigdy nie pomyśleliśmy, ile wspólny tydzień będzie znaczył dla obu mężczyzn.

Prowadzenie tygodniowych rozmów, które odbyły się w indyjskiej Dharamsali, emigracyjnej siedzibie Dalajlamy, odebrałem jako ogromny przywilej, wiążący się z kolosalną odpowiedzialnością. W niniejszej książce dokładam starań, aby wiernie przekazać czytelnikom treść owych kameralnych, wypełnionych wielką radością i śmiechem, spotkań, podczas których nie zabrakło jednak również bolesnych wspomnień oraz opowieści o miłości i żałobie.

Spotkali się wcześniej zaledwie kilka razy, łączy ich jednak silna więź, wykraczająca poza ramy przelotnych rozmów. Obaj uważają się nawzajem za swe „pokrewne, figlarne dusze”. Nigdy wcześniej nie mieli okazji (i najprawdopodobniej już się ona nie powtórzy), aby spędzić tyle czasu we własnym towarzystwie, czerpiąc radość z łączącej ich przyjaźni. Widmo śmiertelności zawsze czaiło się w pobliżu. Dwukrotnie zmienialiśmy plany wyjazdu, aby arcybiskup mógł uczestniczyć w pogrzebie bliskich mu osób. Jakby choroby i ogólnoświatowa polityka sprzysięgły się, aby ich rozdzielać. Dlatego byliśmy świadomi, że może to być ich ostatnie spotkanie.

Przez cały tydzień spotykaliśmy się w przyciemnionym pomieszczeniu, gdzie łagodne światło umożliwiało zapis filmowy – otaczało nas bowiem pięć kamer wideo – ale nie szkodziło wrażliwym oczom Dalajlamy. Podczas naszego przedsięwzięcia, którego celem było zrozumienie, czym jest radość, podjęliśmy wiele ważnych życiowych tematów. Szukaliśmy źródeł prawdziwej radości, niezależnej od zmiennych okoliczności. Omówiliśmy przeszkody, które często sprawiają, że jest tak ulotna. Rozmowa doprowadziła do wyodrębnienia ośmiu filarów radości, z których połowa należy do porządku rozumu, a druga – serca. Obaj wielcy przywódcy duchowi byli zgodni w kwestii fundamentalnych zasad, ale prezentowali też pouczające różnice, gdy wspólnie próbowali zebrać wskazówki, które mogą pomóc czytelnikom w osiągnięciu trwałej radości w naszym stale zmieniającym się i często raniącym świecie.

Codziennie raczyliśmy się gorącą herbatą Darjeeling i łamaliśmy się tybetańskim chlebem, przypominającym płaskie placki. Podczas przerw na posiłki wszyscy członkowie ekipy filmowej mogli usiąść z nami do stołu. Pewnego ranka Dalajlama uczynił rzecz wyjątkową i zapoznał arcybiskupa ze swoim rytuałem medytacyjnym – zaprosił go do prywatnych pokoi, a arcybiskup udzielił Dalajlamie komunii świętej, która zazwyczaj zarezerwowana jest tylko dla chrześcijan.

Wreszcie, pod koniec tygodnia, uczciliśmy urodziny Dalajlamy w ośrodku edukacyjnym dla tybetańskich dzieci, czyli szkole z internatem dla tych, którzy uciekli z Tybetu, gdzie chińska władza zakazuje nauczania rodzimej kultury i języka. Rodzice powierzają dzieci przewodnikom, którzy zobowiązują się przeprowadzić je górskimi przełęczami aż do jednej ze szkół Dalajlamy. Trudno sobie nawet wyobrazić rozpacz dorosłych, żegnających córki i synów. Rodzice wiedzą bowiem, że nie zobaczą ich co najmniej przez kolejną dekadę, o ile w ogóle będzie im jeszcze dane się spotkać.

W placówce, gdzie trauma rozstania jest wciąż namacalna, ponad dwa tysiące uczniów wraz z nauczycielami zgotowało gorącą owację Dalajlamie, który choć nigdy dotąd nie tańczył – zakazują mu tego śluby zakonne – dał się skusić nieodpartemu boogie w wykonaniu arcybiskupa i po raz pierwszy nieśmiało ruszył w tany.

Dalajlama i arcybiskup to dwaj wielcy światowi przywódcy duchowi naszej epoki, są również wzorami moralności i wykraczają poza własne tradycje religijne, bo zawsze przemawiają z uwzględnieniem dobra całej ludzkości. Ich odwaga, opór i niegasnąca wiara w człowieka inspirują miliony, ponieważ stanowczo przeciwstawiają się zalewającej nas fali modnego cynizmu. Radość, która z nich bije, nie jest bynajmniej łatwa ani powierzchowna, bo zrodziła się w ogniu przeciwieństw, opresji i trudu. Dalajlama i arcybiskup zwracają nam uwagę na to, że radość jest ważniejsza i bardziej fundamentalna niż szczęście.

– Radość – powiedział arcybiskup – znacznie wykracza poza szczęście, które w odróżnieniu od niej często zależy od okoliczności zewnętrznych.

Tak właśnie obaj umysłem – i sercem – pojmują radość, która jest dla nich motorem ludzkiego życia, ostatecznie prowadzącym do odkrycia sensu i osiągnięcia życiowej satysfakcji.

Głównym tematem rozmów było to, co Dalajlama nazywa najważniejszym „celem życia” – unikanie cierpienia i dążenie do szczęścia. Obaj mówili, czerpiąc ze zdobytej z trudem, wspólnej im wiedzy o tym, jak zachować radość w obliczu nieuniknionych życiowych trosk. Razem zastanawiali się, jak przeistoczyć radość – ulotny stan ducha – w trwałą cechę charakteru, jak efemeryczne odczucie przekuć w trwałą życiową postawę.

Od początku traktowaliśmy książkę jako trzywarstwowy tort urodzinowy.

Sam wierzch to nauczanie Dalajlamy i arcybiskupa Tutu o radości: czy naprawdę można odczuwać radość nawet w obliczu codziennych zmagań – począwszy od frustracji w porannym korku do lęku, że nie zdołamy zarobić wystarczająco, aby wykarmić rodzinę; od złości, bo nas oszukano, do żałoby po stracie bliskich; od bólu wyniszczających chorób do zapomnienia śmierci? Jak przyjąć prawdę o życiu, niczego nie wypierając, ale wykraczając poza nieuniknione cierpienie i ból? A w przypadku, gdy wiedziemy dobre, spokoje życie, jak radować się, gdy tylu innych cierpi: gdy miażdżące ubóstwo okrada ludzi z przyszłości, gdy przemoc i strach zalewają ulice, i gdy zanieczyszczenie środowiska naturalnego zaczyna zagrażać życiu na naszej planecie? Niniejsza książka jest próbą odpowiedzi na te i inne pytania.

Na kolejną warstwę składają się najnowsze naukowe dane na temat radości i innych wartości, które, jak się uważa, są konieczne do osiągnięcia trwałego szczęścia. Dzięki ostatnim odkryciom z dziedziny neurologii i psychologii eksperymentalnej mamy realny wgląd w proces rozwoju człowieka. Dwa miesiące przed podróżą spotkałem się na lunchu z Richardem Davidsonem, profesorem psychologii i psychiatrii, pionierem studiów nad szczęściem. W swoim laboratorium obserwował osoby oddające się medytacji i zauważył, że ta praktyka przynosi bardzo wymierne korzyści dla mózgu. Siedzieliśmy w wietnamskiej restauracji w San Francisco, przy stoliku na zewnątrz, a tamtejszy wszechobecny wiatr mierzwił jego szpakowate niesforne włosy. Racząc się sajgonkami, Davidson opowiedział, jak kiedyś Dalajlama zwierzył mu się, że myślenie o naukowo popartych korzyściach płynących z medytacji okazuje się dla niego bardzo mobilizujące, zwłaszcza tuż po przebudzeniu, gdy ma zacząć poranną sesję. Skoro nauka pomaga Dalajlamie, to może pomóc innym ludziom, i to w o wiele większym stopniu.

Zbyt często przeciwstawiamy duchowości naukę, uważamy, że to wrogie, przeczące sobie dziedziny. Mimo to arcybiskup Tutu zdradził, że wierzy w moc tego, co nazywa „samopotwierdzającą się prawdą” – gdy różnorodne dziedziny wiedzy prowadzą do identycznych konkluzji. Również Dalajlama stanowczo podkreślał, jak ważne jest, aby niniejsza książka nie została zaszufladkowana jako pozycja buddyjska lub chrześcijańska, bo według niego ma ona charakter ogólnoludzki, gdyż składają się na nią nie tylko poglądy i tradycje religijne, ale również nauka. (Pora się ujawnić: jestem Żydem, choć sam postrzegam się jako osoba areligijna. Czy nie brzmi to jak początek dowcipu: buddysta, chrześcijanin i żyd wchodzą do baru…?)

Trzecia i ostatnia warstwa tortu to opowieści z tygodniowego spotkania Dalajlamy i arcybiskupa w Dharamsali. Składają się na nią szczegółowe, przesiąknięte osobistymi motywami fragmenty, które pozwalają czytelnikowi śledzić całą przygodę od pierwszego powitalnego uścisku do momentu pożegnania.

Na końcu książki zamieściliśmy także wybrane praktyki radości. Obaj nauczyciele podzielili się swymi codziennymi rytuałami, które stanowią podstawę ich emocjonalnej i duchowej równowagi. Naszym celem nie jest opracowanie przepisu na radosne życie, ale zaprezentowanie technik i tradycji, które służyły i służą Dalajlamie oraz arcybiskupowi, a także wielu innym w minionych tysiącleciach w różnych cywilizacjach. Miejmy nadzieję, że zaprezentowane praktyczne ćwiczenia okażą się pomocne w zrozumieniu ich nauczania, naukowych faktów i opowieści i włączeniu ich w naszą codzienność.

Miałem szczęście pracować z wieloma wybitnymi duchowymi przewodnikami oraz naukowymi prekursorami naszych czasów, pomagałem przekazywać innym ich odkrycia na temat zdrowia i szczęścia. (Wielu ludzi nauki szczodrze udostępniło swe badania na łamach niniejszej książki). Jestem pewien, że moja fascynacja radością, no dobrze – obsesja na jej temat – bierze początek w mojej młodości, bo dorastałem w kochającej się rodzinie, której szczęśliwą codzienność zaburzyła depresja. Nie tylko widziałem, ale od najmłodszych lat sam doświadczałem bezmiaru cierpienia, a wiem, że ogrom ludzkiego bólu rodzi się w głowie i sercu. Tydzień w Dharamsali postrzegam jako niezwykły, choć bardzo wymagający punkt kulminacyjny moich długoletnich wysiłków w zgłębianiu natury zarówno radości, jak i cierpienia.

Jako ambasador ludzkości siedziałem przez pięć dni wywiadów, patrząc w oczy dwóm najbardziej współczującym ludziom naszej planety. Jestem bardzo sceptyczny wobec magicznych doznań, jakie niektórzy ludzie przypisują obecności przewodników duchowych, ale już od pierwszego dnia czułem zamęt w głowie. Zadziwiające uczucie, choć być może związane z działaniem neuronów lustrzanych, czyli wyjątkowych komórek mózgu odpowiedzialnych za empatię, bo przyswajały to, co widziałem w oczach dwóch promieniejących bezkresną miłością ludzi.

Na szczęście w trudnym zadaniu wydobycia kwintesencji ich mądrości nie byłem osamotniony. Od początku do końca towarzyszył mi Thupten Jinpa, główny tłumacz Dalajlamy, współpracujący z nim od trzydziestu lat, i jednocześnie buddyjski uczony. Wiele lat był mnichem, ale zrezygnował z habitu, ożenił się i założył w Kanadzie rodzinę, dzięki temu jest doskonałym łącznikiem nie tylko między językami, ale też światami. Towarzyszył nam podczas rozmów, ale pomagał mi również przygotowywać pytania i tłumaczyć odpowiedzi. Stał się mym zaufanym współpracownikiem oraz serdecznym przyjacielem.

Nie tylko my zadawaliśmy pytania. Zaprosiliśmy cały świat do przesyłania nam pytań o radość i chociaż okazało się, że mamy tylko trzy dni na ich zebranie, otrzymaliśmy ich ponad tysiąc. Najbardziej fascynujące było to, że większość osób nie pytała, jak osiągnąć radość we własnym życiu, ale czy możliwa jest radość w świecie pełnym cierpienia.

W czasie spotkania często żartobliwie grozili sobie palcem, aby za chwilę uścisnąć sobie dłonie. Podczas pierwszej przerwy na lunch arcybiskup opowiedział anegdotę o przemówieniu, które razem wygłaszali. Kiedy przygotowywali się do wyjścia na scenę, Dalajlama – światowy symbol współczucia i spokoju – udawał, że dusi swojego duchowego starszego brata. Wtedy arcybiskup popatrzył na Dalajlamę i powiedział:

– Hej, filmują nas, zachowuj się, jak na świętego przystało.

Ci dwaj ludzie przypominają nam, że to nasze codzienne drobne decyzje mają największe znaczenie. Nawet święci powinni zachowywać się jak na świętych przystało. Ale nasze wyobrażenie, jakoby powinni cały czas zachowywać powagę i surowość, pobożność i powściągliwość, jest dalekie od tego, jak ci dwaj podchodzą do świata i siebie nawzajem.

Arcybiskup nigdy nie pretendował do świętości, a Dalajlama uważa się za prostego mnicha. Obaj dzielą się tu swoimi refleksjami o życiu, często bolesnym i pełnym zamętu, pośród którego potrafili znaleźć pokój, odwagę i radość, do czego i my możemy dążyć. Niniejsza książka ma przekazać światu nie tylko ich mądrość, ale także człowieczeństwo. Przyznają, że nie da się uniknąć cierpienia, ale to, jak je przyjmiemy, zawsze pozostaje naszym wyborem. Ani ucisk, ani okupacja nie są w stanie odebrać nam tej wolności.

Do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy lekarze arcybiskupa zezwolą na podróż. Nastąpił nawrót raka prostaty, który tym razem okazał się trudny w leczeniu. Arcybiskup został poddany eksperymentalnym metodom, które być może powstrzymają rozwój choroby. Kiedy lądowaliśmy w Dharamsali, najbardziej zaskoczył mnie szeroki uśmiech duchownego i wyraz jego lśniących szaroniebieskich oczu, pełnych entuzjazmu, niecierpliwości, a być może i lekkiego zatroskania.

douglas adams

Przylot:

Człowiek jest kruchy

– Człowiek jest kruchy, ale właśnie w słabości, a nie wbrew niej, odkrywamy możliwość prawdziwej radości – powiedział arcybiskup, kiedy podałem mu smukłą, czarną laskę ze srebrną rączką w kształcie charta. – Życie to ciągłe wyzwania i nieustanna walka z przeciwnościami losu – dodał. – Lęk, ból, a w końcu śmierć są nieuniknione. Na przykład nawrót raka prostaty – to na pewno daje człowiekowi do myślenia.

Jednym ze skutków ubocznych leków branych przez arcybiskupa jest zmęczenie; przykryty beżowym kocem aż po czubek nosa, przespał cały lot do Indii. Planowaliśmy rozmowę w samolocie, ale sen był ważniejszy, teraz zaś, gdy zbliżaliśmy się do Dharamsali, chciał szybko podzielić się swymi przemyśleniami.

Zatrzymaliśmy się na noc w Amritsarze, żeby mógł odpocząć, ale także dlatego, że lotnisko w Dharamsali otwierano zaledwie na kilka godzin dziennie. Rankiem zwiedziliśmy słynny Harmandir Sahib, najświętsze miejsce sikhów, potocznie zwane Złotą Świątynią, bo górne piętra budynku są pokryte złotem. Do gurudwary1 prowadzą cztery wejścia, co symbolizuje tradycyjne otwarcie na wszystkich ludzi i wierzenia. Wydawało się to wręcz idealnym miejscem, aby złożyć uszanowanie w drodze na międzywyznaniowe spotkanie, podczas którego dwie wielkie religie, chrześcijaństwo i buddyzm, miały wejść w głęboki dialog.

Kiedy pochłonął nas strumień turystów – dziennie w świątyni bywa sto tysięcy zwiedzających – zadzwonił telefon. Dalajlama postanowił powitać arcybiskupa na lotnisku, tym rzadkim honorem obdarza jedynie kilku wybranych z odwiedzających go bez końca dostojników. Powiedziano nam, że już jest w drodze. Musieliśmy błyskawicznie wrócić do samolotu, dlatego pognaliśmy w kierunku wyjścia ze świątyni, pchając na wózku inwalidzkim arcybiskupa, którego głowę okrywała na znak szacunku wobec miejsca kultu pomarańczowa chusta, co nadawało mu wygląd pirata.

Furgonetka powoli sunęła przez zakorkowane ulice Amritsaru wśród symfonii klaksonów, tłumu samochodów, pieszych, rowerzystów, skuterów i zwierząt, a wszyscy przepychali się, torując sobie drogę. Wzdłuż trasy wznosiły się wiecznie nieukończone betonowe domy z wystającym zbrojeniem. Wreszcie dotarliśmy na lotnisko i wsiedliśmy do samolotu, mając nadzieję, że dwudziestopięciominutowy lot okaże się krótszy, martwiliśmy się bowiem, że Dalajlama już na nas czeka.

– Odkrycie większej radości, co z przykrością stwierdzam – ciągnął arcybiskup, kiedy zaczęliśmy podchodzić do lądowania – nie jest w stanie wyzwolić nas od nieuniknionych trudów i rozpaczy. Pozwala nam tylko łatwiej się wzruszać, ale też częściej się uśmiechać. Być może dzięki temu nasze życie staje się pełniejsze. Bo im większa wypełnia nas radość, tym więcej mamy siły w stawianiu czoła cierpieniu, a w rezultacie nasza gorycz się nie pogłębia, a ból nas uszlachetnia. Choć bywa trudno, nie zaskorupiamy się. Boleści nie są w stanie nas złamać.

Niejednokrotnie byłem świadkiem łez arcybiskupa, ale widziałem też, jak się śmieje. Przyznaję, że uśmiech częściej gościł na jego twarzy niż smutek. Ale prawdą jest, że łatwo i często się wzrusza w sprawach, które wciąż czekają na zbawienie, które wciąż czekają na spełnienie. W jego oczach wszystko jest ważne. Wszystko odbiera w niezwykle dogłębny sposób. Kiedy się modli, jak sam to widziałem, troszczy się o cały świat, każdego potrzebującego i cierpiącego człowieka. Wnuk jednego z redaktorów jego książki zachorował i trafił na długą listę intencji modlitewnych arcybiskupa. Kilka lat później dziadek chłopca poprosił raz jeszcze duchownego, aby pomodlił się za dziecko, bo wróciły problemy zdrowotne. Arcybiskup odpowiedział, że nigdy nie przestał tego robić.

Z samolotu widzieliśmy ośnieżone góry, które stanowią pocztówkowe tło emigracyjnej siedziby Dalajlamy. Po chińskiej inwazji na Tybet Dalajlama i sto tysięcy Tybetańczyków uciekło do Indii. Początkowo uchodźcy osiedlili się na indyjskich nizinach, ale wielu z nich chorowało z powodu upału i komarów. Wreszcie rząd Indii przeniósł rezydencję Dalajlamy do Dharamsali, a duchowy przywódca Tybetu jest wdzięczny za górskie położenie i chłodniejszy klimat tego miejsca. Z czasem osiedliło się tu więcej Tybetańczyków, cała społeczność najwyraźniej tęskni za górzystym krajobrazem i wysokim położeniem geograficznym swojej ojczyzny. Przede wszystkim zaś pragnie przebywać w pobliżu swojego duchowego i politycznego przywódcy.

Dharamsala leży na północy w indyjskim stanie Himachal Pradesh, do którego przed nieznośnymi upałami, zwłaszcza latem, uciekali także Brytyjczycy w czasach, gdy rządzili w Indiach. Zbliżając się do byłej brytyjskiej miejscowości letniskowej w górach, widzieliśmy w dole zielony dywan sosen i położone niżej pola uprawne. Gęste burzowe chmury i mgła powodują, że niewielkie lotnisko bywa często nieczynne, co zdarzyło się podczas mojej ostatniej wizyty. Dzisiaj jednak niebo było czyste i błękitne, a skłębione chmury rysowały się w oddali nad górskimi szczytami. Zaczęliśmy podchodzenie do lądowania.

– U podstawy naszej egzystencji leży jedno bardzo ważne pytanie – powiedział Dalajlama przed naszym przyjazdem. – Jaki jest cel życia? Długo nad tym rozmyślałem i dochodzę do wniosku, że wszyscy dążymy do szczęścia. Niezależnie, czy w coś wierzymy, czy też nie, czy się jest jak ja buddystą, czy chrześcijaninem jak arcybiskup, czy też kimkolwiek innym. Od momentu swoich narodzin każda istota ludzka pragnie osiągnąć szczęście i unikać cierpienia. Nic tego nie zmieni, ani kultura, ani wykształcenie, ani wiara. Z głębi siebie pragniemy po prostu cieszyć się i radować. Często jednak okazuje się to ulotne i trudne do osiągnięcia, przypomina motyla, który ledwo nas muśnie, a już frunie dalej. Główne źródło szczęścia leży jednak w nas samych. Nie dają szczęścia ani pieniądze, ani władza, ani prestiż. Mam przyjaciół miliarderów, którzy są bardzo nieszczęśliwi. Władza i pieniądze nie są w stanie zapewnić spokoju ducha. Zewnętrzne sukcesy nie przynoszą prawdziwej wewnętrznej radości. Musimy zatem spojrzeć w głąb siebie. Niestety sami tworzymy mnóstwo przeszkód zakłócających radość i szczęście. Często to nasze negatywne nastawienia, tendencje do intensywnego reagowania czy nasza nieumiejętność doceniania i wykorzystywania zasobów, które posiadamy. Nie jesteśmy w stanie przeciwdziałać cierpieniu zrodzonemu na skutek katastrofy naturalnej, ale mamy władzę nad naszymi codziennymi kataklizmami. Sami tworzymy większość własnego cierpienia, dlatego zgodnie z logiką posiadamy także zdolność powiększenia naszej radości. Wszystko zależy od postawy, perspektywy i reakcji w określonych sytuacjach oraz relacjach z innymi ludźmi. W kwestii osobistego szczęścia każda jednostka może zdziałać bardzo wiele.

Szarpnęło nami, gdy hamulce zacisnęły się na kołach, potem samolot z łoskotem, trzęsąc się, zatrzymał się gwałtownie na niewielkim pasie startowym. Z okien maszyny widzieliśmy Dalajlamę stojącego na płycie lotniska. Przed ostrym indyjskim słońcem chroniła go duża, żółta parasolka. Miał na sobie bordowy habit i czerwony szal, widać było także fragment szafranowo-żółtego podkoszulka bez rękawów. Otaczali go odziani w garnitury współpracownicy i urzędnicy lotniska. Indyjscy żołnierze w mundurach khaki czuwali nad bezpieczeństwem.

Przedstawiciele mediów zostali przed budynkiem lotniska. To miało być kameralne powitanie, podczas którego zdjęcia robił tylko osobisty fotograf Dalajlamy. Arcybiskup ubrany w granatowy blezer i charakterystyczną czapkę z daszkiem pokuśtykał w dół po stromych schodach, a gospodarz wyszedł mu naprzeciw.

Tybetański przywódca uśmiechał się, a jego oczy, przysłonięte okularami w prostokątnych oprawkach, lśniły. Skłonił się nisko, a potem gdy arcybiskup otworzył ramiona, padli sobie w objęcia. Zwolnili uścisk, trzymając się nawzajem za ramiona i patrząc sobie prosto w oczy, jakby nie mogli uwierzyć, że to prawda, że znów są razem.

– Dawno cię nie widziałem – powiedział arcybiskup Tutu, delikatnie dotykając palcami policzka Dalajlamy i uważnie przyglądając się przyjacielowi. – Dobrze wyglądasz.

Gospodarz, wciąż opierając dłonie na drobnych ramionach arcybiskupa, złożył usta do pocałunku. Duchowny uniósł lewą dłoń, na której błysnęła złota obrączka, i poklepał Dalajlamę po policzku, jakby był jego ukochanym wnukiem. Potem pocałował go. Nie nawykły do tego Tybetańczyk nieznacznie uchylił się, ale szybko roześmiał się radośnie, arcybiskup dołączył do przyjaciela i głośno razem zachichotali.

– Nie lubisz, jak się ciebie całuje – zauważył duchowny i musnął ustami drugi policzek gospodarza.

Pomyślałem wtedy, ile pocałunków w całym swoim życiu otrzymał Dalajlama, którego w wieku dwóch lat zabrano z rodzinnego domu i wychowano w zimnym, majestatycznym pałacu z dala od rodzicielskich pieszczot.

Spoważnieli, bo zaczęło się oficjalne tybetańskie powitanie – wręczenie khaty* (białego szala) symbolizującej szacunek i dobrą wolę. Dalajlama skłonił się z dłońmi złączonymi na wysokości serca – to powitalny gest wyrażający zgodę. Arcybiskup zdjął swoją rybacką czapkę i oddał ukłon. Gospodarz ułożył długi, biały jedwabny szal wokół szyi gościa. Powiedzieli coś sobie wprost do ucha, próbując porozumieć się w huku wciąż ryczących silników odrzutowych. Dalajlama ujął dłoń arcybiskupa i ruszyli spacerowym krokiem w stronę terminalu, śmiejąc się i żartując w cieniu żółtej parasolki, niczym dwaj mali chłopcy.

Choć biały szal został udrapowany wokół szyi arcybiskupa, to i tak końce spływały wzdłuż drobnego ciała. Rozmiar khaty, którą się ofiaruje gościom, jest oznaką szacunku, jaki darczyńca żywi wobec tego, kto ją otrzymuje – najważniejszym lamom zawsze zakłada się największe. To była najdłuższa khata, jaką w życiu widziałem. Arcybiskup żartował, że czuje się jak chodzący wieszak na ubrania, gdy przez kolejne dni zakładano mu kolejne szale.

Weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia, w którym pod ścianą stały brązowe kanapy. Tu zazwyczaj Dalajlama czeka na często opóźnione loty z Dharamsali, które czasem też zostają odwołane. Widzieliśmy dziennikarzy zebranych przed lotniskiem, stojących wzdłuż szklanej ściany i czekających na okazję do zrobienia zdjęć lub zadania pytań. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że nasza podróż jest nie tylko medialnym tematem na pierwszą stronę, ale przede wszystkim historycznym wydarzeniem. Przygotowania i organizacja tak mnie pochłonęły, że z łatwością zapomniałem o tym, ile ich spotkanie znaczy dla całego świata.

W poczekalni arcybiskup odpoczywał na kanapie, a Dalajlama usiadł obok w przepastnym fotelu. Obok duchownego siedziała jego córka Mpho ubrana w fantastyczną zielono-czerwoną afrykańską suknię z nadrukiem, głowę zaś miała owiniętą dopasowaną pod kolor chustą. Najmłodsza z czwórki dzieci poszła w ślady ojca i zaangażowała się w sprawy duszpasterskie, obecnie jest dyrektorką wykonawczą fundacji swoich rodziców (Desmond and Leah Tutu Legacy Foundation). W trakcie podróży Mpho uklękła przed swoją dziewczyną Marceline van Furth i poprosiła ją o rękę. Nasza wyprawa miała miejsce na kilka miesięcy przed tym, jak Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych podjął przełomową decyzję, nakazując legalizację małżeństw homoseksualnych, arcybiskup jednak był obrońcą ruchu LGBT od kilku dekad. Zasłynął z powiedzenia, że odmówi wejścia do „homofobicznego” raju. Wielu zdaje się zapominać – zwłaszcza zaś ci, którzy czują się pokrzywdzeni i krytykują jego zasady moralne – że arcybiskup występuje przeciwko jakiejkolwiek formie prześladowań czy dyskryminacji. Tuż po swoim ślubie Mpho została zmuszona do rezygnacji z kapłaństwa, bo anglikański kościół Republiki Południowej Afryki nie uznaje małżeństw homoseksualnych.

– Naprawdę chciałem być z tobą w twoje urodziny – powiedział Dalajlama – ale twój rząd piętrzył trudności. Powiedziałeś wówczas kilka ostrych słów – dodał, położywszy dłoń na przedramieniu gościa. – Bardzo to doceniam.

„Ostre słowa” to oczywiście eufemizm.

Pomysł na tydzień w Dharamsali, aby uczcić urodziny Dalajlamy, zrodził się cztery lata wcześniej, gdy arcybiskup Tutu świętował swoje osiemdziesięciolecie w Kapsztadzie. Zaproszono Dalajlamę, który miał być honorowym gościem, ale południowoafrykański rząd ugiął się pod presją Chińczyków i odmówił Tybetańczykowi wizy. Chiny są jednym z głównych nabywców południowoafrykańskich minerałów i surowców.

Przed uroczystościami arcybiskup był codziennie obecny na pierwszych stronach południowoafrykańskich gazet i zarzucał politykom perfidię oraz dwulicowość. Porównał nawet rządzący Afrykański Kongres Narodowy, partię, której członków wspierał przez długie dziesięciolecia, zabiegając o zwolnienie ich z więzienia czy powrót z wygnania, do znienawidzonych rządów apartheidu. Powiedział, że są tak naprawdę gorsi, bo nikczemność dawnej władzy przynajmniej była jawna.

– Zawsze staram się unikać kłopotów – przyznał z szerokim uśmiechem Dalajlama, a potem, wskazując na swojego gościa, dodał: – ale ucieszyło mnie, że ktoś inny okazał się uciążliwy w moim imieniu. Uszczęśliwiło mnie to.

– Wiem – odparł arcybiskup. – Wykorzystałeś mnie. W tym tkwi szkopuł. Cały czas mnie wykorzystujesz, a ja się nie uczę na błędach.

Wyciągnął rękę i z czułością ujął dłoń przyjaciela.

– Kiedy południowoafrykański rząd odmówił wydania ci wizy na moje osiemdziesiąte urodziny, to tylko podniosło rangę wydarzenia, bo Google zaoferował, że zorganizuje naszą rozmowę w sieci, a zainteresowanie mediów było zdecydowanie wyższe niż zazwyczaj. Nieważne zresztą – zawsze, gdzie się pojawiasz, podnosisz ciśnienie u dziennikarzy. Wcale nie jestem zazdrosny. Pamiętam, jak byliśmy w Seattle i zastanawiano się, gdzie zorganizować spotkanie, aby pomieścić wszystkich zainteresowanych. Zdecydowano się na stadion sportowy. Przyszło wtedy siedemdziesiąt tysięcy ludzi, aby wysłuchać człowieka, który nie potrafi nawet poprawnie mówić po angielsku.

Dalajlama głośno się roześmiał.

– To naprawdę nie jest miłe – ciągnął arcybiskup. – Powinieneś modlić się, aby moja sława odrobinę przerosła twoją.

Podobne żarty świadczą o wielkiej bliskości i głębokiej przyjaźni, wyrastają ze świadomości, że wszyscy możemy czerpać z wypełnionego po brzegi miłością rezerwuaru, choć jesteśmy tylko pociesznymi i błądzącymi ludźmi. Żartowali w równym stopniu z samych siebie, jak i z siebie nawzajem, i nie było w tym cienia pogardy, lecz nieustanne utwierdzanie łączących ich więzi i przyjaźni.

Arcybiskup chciał podziękować i przedstawić ludzi, którzy umożliwili to spotkanie. Wskazał swoją córkę Mpho, potem filantropkę i agitatorkę na rzecz pokoju Pam Omidyar oraz mnie, ale Dalajlama powiedział, że już nas wszystkich zna. Wtedy biskup przedstawił moją żonę Rachel, którą nazwał swoją amerykańską lekarką. Następnie wskazał Pat Christian, koleżankę Pam z Omidyar Group, i Holenderkę Marceline, lekarza pediatrę i profesor epidemiologii, przyszłą narzeczoną Mpho Tutu. Nie musiał przedstawiać ostatniego członka naszej grupy, czcigodnego lamy Tenzina Dhondena, który należał do klasztoru Dalajlamy Namgyal.

Teraz gospodarz z czułością pogładził dłoń arcybiskupa, ten gest często będzie powracał w nadchodzącym tygodniu. Rozmawiali o naszej podróży i postoju w Amritsarze.

– Bardzo dobrze. Trzeba odpoczywać – stwierdził Dalajlama. – Zawsze w nocy śpię osiem, a nawet dziewięć godzin.

– Ale bardzo wcześnie wstajesz, prawda? – chciał się upewnić arcybiskup.

– To prawda. O trzeciej.

– O trzeciej?

– Zawsze.

– I modlisz się przez pięć godzin? – Dla podkreślenia słów arcybiskup podniósł pięć palców.

– Tak.

Duchowny spojrzał w górę i pokręcił głową.

– Nie, to stanowczo za dużo.

– Czasami medytuję nad naturą własnej jaźni, sięgając po metodę zwaną „siedmioraką analizą” – powiedział Dalajlama.

Później Jinpa wyjaśnił, że chodzi o buddyjską praktykę kontemplacyjną, podczas której szuka się swej prawdziwej natury poprzez analizowanie relacji między samym sobą a fizycznym i mentalnym aspektem naszego ciała i umysłu.

– Na przykład – ciągnął Dalajlama – teraz, kiedy patrzę na ciebie i się nad tym zastanawiam, widzę, że to mój drogi, szacowny przyjaciel, biskup Tutu. Nie, to jest jego ciało, a nie on sam. To jest jego umysł, ale to nie on. – Dalajlama pochylił się, aby podkreślić słowa stanowiące paradoks, zagadkę starą jak sam buddyzm. – Gdzie jest jaźń biskupa Tutu? Nie można jej odnaleźć.

Figlarnie poklepał ramię swojego gościa.

Arcybiskup wydał się lekko zaskoczony, nieco zdezorientowany.

– Naprawdę?

– Teraz podobną wizję świata prezentuje fizyka kwantowa. Żaden obiektywny przedmiot tak naprawdę nie istnieje. Ostatecznie nie ma nic, do czego moglibyśmy rzeczywiście dotrzeć. Jest to bardzo zbliżone do medytacji analitycznej – zakończył Dalajlama.

Skonsternowany arcybiskup zakrył twarz dłońmi.

– To mnie przerasta.

Dalajlama mógł podawać w wątpliwość istnienie takiego bytu jak biskup Tutu, ale równocześnie był tam człowiek, jego bliski przyjaciel, bo choć tybetański przywódca serdecznie odnosił się do całego świata, to łącząca tych dwóch relacja była wyjątkowa i najwyraźniej bardzo dla niego ważna. Razem z Jinpą zastanawialiśmy się, dlaczego tak właśnie jest. Każdy z nich ma zaledwie garstkę prawdziwych przyjaciół. W końcu klub przywódców duchowych liczy niewielu członków. Żyją otoczeni przez ludzi, dla których są ikonami. To musi być ulga: spotkać kogoś, kto nie chce sobie z nimi zrobić zdjęcia. Łączą ich bez wątpienia także wspólne wartości leżące u podstaw wszystkich religii i oczywiście fenomenalne poczucie humoru. Zaczynałem sobie uświadamiać, że w doświadczaniu radości centralnym punktem jest przyjaźń, czy w ogólniejszym ujęciu, relacje z innymi. Ten wątek niejednokrotnie pojawi się w trakcie najbliższego tygodnia.

– Powtarzam ludziom – powiedział arcybiskup – że najwspanialszy jest twój spokój ducha, mówię wtedy: „Przecież wiemy, że każdego dnia z rana przez pięć godzin medytuje”, to pokazuje, w jaki sposób reagujesz na bolesne sprawy – cierpienie twojej ojczyzny i całego świata. Jak powiedziałem, staram się, ale pięć godzin to dla mnie zbyt wiele.

Arcybiskup z właściwą mu skromnością i powściągliwością nawet nie wspomniał, że modli się od trzech do czterech godzin dziennie. Sam bowiem wstaje… o czwartej rano.

Zastanawiałem się, dlaczego duchowi przywódcy zawsze budzą się tak wcześnie, aby modlić się i medytować? W widoczny sposób ma to ogromny wpływ na ich podejście do całego dnia. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Dalajlama śpi tylko do trzeciej w nocy, spodziewałem się opowieści o nadludzkim oddaniu, śnie trwającym maksymalnie dwie czy trzy godziny. Z ulgą przyjąłem do wiadomości, że kładzie się do łóżka dość wcześnie, zazwyczaj o siódmej wieczorem. (Nie jest to zbyt praktyczne rozwiązanie dla osoby, która musi nakarmić i uśpić dzieci, pomyślałem, ale może chodzenie spać i wstawanie o godzinę wcześniej jest możliwe. Czy pomogłoby to pogłębić rozwój duchowy? Czy zwiększyłoby życiową radość?).

Dalajlama uniósł dłoń arcybiskupa do swego policzka.

– Teraz zapraszam do siebie.

Kiedy wyszliśmy z budynku lotniska, obu przywódców duchowych otoczył tłum dziennikarzy przekrzykujących się pytaniami o podróż. Arcybiskup zatrzymał się, aby odpowiedzieć, i wykorzystując medialne zainteresowanie, wspomnieć o niesprawiedliwości. Flesze aparatów fotograficznych towarzyszyły jego wypowiedzi.

– Bardzo się cieszę, że mogę być teraz z moim drogim przyjacielem. Często bowiem okoliczności lub ludzie stają temu na przeszkodzie, choć miłość, którą żywimy do siebie nawzajem, oraz dobroć Bożego świata upewniają nas w tym, że się spotkamy. Kiedy południowoafrykański rząd po raz pierwszy odmówił wydania Jego Świątobliwości wizy, gdy miał przyjechać na moje osiemdziesiąte urodziny, zapytałem go: „Ile oddziałów liczy twoje wojsko? Czemu Chiny tak bardzo się ciebie boją?”. Bardzo mnie to dziwi – choć może to oni mają rację – duchowy przywódca to ktoś, kogo nie można lekceważyć. Mamy nadzieję, że Boży świat stanie się lepszym miejscem, w którym więcej będzie dobroci, współczucia, szczodrości, w którym łatwiej będzie żyć obok siebie, żeby nie powtórzyły się takie sytuacje jak obecnie między Rosją a Ukrainą, w Państwie Islamskim, Kenii czy Syrii. To wszystko bowiem sprawia, że Bóg płacze.

Arcybiskup odwrócił się, żeby odejść, ale chwilę później przystanął, bo kolejny dziennikarz zadał mu pytanie o cel podróży.

– Spotkamy się jak dwaj przyjaciele, aby cieszyć się sobą nawzajem i rozmawiać o radości.

Arcybiskup i jego gospodarz wsiedli do czekających samochodów i ruszyli w dalszą drogę. Do siedziby Dalajlamy jedzie się około czterdziestu pięciu minut. Wstrzymano ruch uliczny, aby umożliwić bezproblemową podróż z lotniska, Tybetańczycy, Hindusi i garstka turystów zebrali się wzdłuż krawężników, licząc na choć przelotne spojrzenie na duchowego przywódcę i jego szczególnego gościa. Uświadomiłem sobie wtedy, dlaczego Dalajlama tak rzadko jeździ na lotnisko. To ogromne logistyczne przedsięwzięcie, zamyka się bowiem jedną z głównych ulic, co ma wpływ na funkcjonowanie całego miasta.

Przyjechaliśmy, aby rozmawiać o radości w obliczu życiowych trudności, a wokół każdy niemal element krajobrazu przypominał, że w Dharamsali mieszka społeczność okaleczona przez prześladowania i przymusową emigrację. Miasto wznosi się nad labiryntem krętych dróg położonych na zboczach gór, gdzie budy rzemieślników zawieszone są nad krawędziami urwisk. W całych Indiach i innych rejonach rozwijającego się świata na boczny tor zepchnięto normy budowlane i zasady bezpieczeństwa, aby stworzyć przestrzeń dla gwałtownie powiększającej się populacji. Zastanawiałem się, co by się stało z tymi budynkami w razie trzęsienia ziemi, obawiając się, że całe miasto zostałoby zrzucone z górskich stoków niczym liść z grzbietu tygrysa.

Kolumna samochodów sunęła między gęstniejącym tłumem wiernych, niektórzy trzymali zapalone kadzidełka, inni sznury z koralikami mala2 owinięte wokół złożonych do modlitwy dłoni. Trudno innym ludziom zrozumieć, ile Dalajlama znaczy dla Tybetańczyków, a zwłaszcza dla tych mieszkających na wygnaniu. Jest symbolem ich narodowej i politycznej jedności, i jednocześnie wcieleniem ich duchowych dążeń. Każdy dalajlama jest inkarnacją bodhisattwy współczucia, czyli jakby figurą Chrystusową. Mogę sobie tylko wyobrazić, z jak wielką odpowiedzialnością wiąże się to dla Dalajlamy, który jednocześnie stara się podkreślać, że nie jest „nikim wyjątkowym”, jedynie jednym z siedmiu miliardów ludzi.

Ulice stawały się coraz węższe i zastanawiałem się, jak to możliwe, że nasze rozpędzone auta mogą jechać wśród całej tej ciżby, bo zwalnialiśmy tylko od czasu do czasu, aby przepuścić snującą się po jezdni świętą krowę, być może także pragnącą rzucić okiem na dwóch świętych mężów.

Czy ta zabójcza prędkość była dyktowana względami bezpieczeństwa, czy może wynikała z pragnienia, aby jak najszybciej otworzyć ulice? Założyłem, że najprawdopodobniej z pierwszego powodu. Miasto, podobnie jak inne indyjskie aglomeracje, uformowało się na skutek nieustającego tarcia między kulturowymi płytami tektonicznymi, które na siebie nachodzą, zderzają się, wibrując od czasu do czasu na skutek gwałtownej demonstracji tożsamości i przynależności etnicznej.

Położone na górskim szczycie tybetańsko-buddyjskie miasto McLeod Ganj, zwane też Górną Dharamsalą, stanowi kolejną warstwę osadową nałożoną na indyjsko-hinduskie skupisko. Słowo Dharamsala, czy Dharamśala, jak to się wymawia w hindi, znaczy „duchowa siedziba” i powstało z połączenia słów dharma, czyli duchowe nauki, z shala, czyli domostwo, dosłownie można ten termin przetłumaczyć jako „schronienie pielgrzymów lub dom wypoczynkowy”. Jest to zatem idealna nazwa dla miejsca, które stało się celem licznych pielgrzymek.

Przemknęliśmy pod prostą metalową bramą kompleksu, w którym mieszczą się biura oraz siedziba Dalajlamy. Wjechaliśmy na podjazd otaczający łukiem bujnie porośnięty klomb wiosennych kwiatów. Byłem w Dharamsali w styczniu, aby ustalić szczegóły spotkania w biurze Dalajlamy. W tamtym czasie całe miasto okrywał gęsty całun chmur i przenikliwego zimna, ale teraz słońce świeciło mocno, a kwiaty jakby na wyścigi rozwierały pąki, co jest charakterystyczne dla tej wysokości, gdzie sezon kwitnienia jest bardzo krótki. Rośliny doceniają każdy dzień, bo każdy dzień się liczy.

Początek rozmów zbliżał się wielkimi krokami i uświadomiłem sobie, że moje zdenerwowanie rośnie, ale wiedziałem też, że nie jestem w tym osamotniony. W jednej z organizacyjnych rozmów telefonicznych byłem poruszony, gdy arcybiskup niezwykle szczerze wyraził obawy co do wymiany myśli z Dalajlamą.

– Jest o wiele bystrzejszy ode mnie – powiedział, mając na myśli wielkie upodobanie Dalajlamy do dyskusji, rozważań intelektualnych i badań naukowych. – Sam działam bardziej instynktownie – dodał.

Zapamiętałem też, jak powiedział, że jego przenikliwa intuicja oraz pełna pobożności uległość zawsze służyły mu za drogowskazy we wszystkich punktach zwrotnych jego życia i w misji walki z apartheidem. Podejrzewam, że nawet wielcy duchowi przywódcy czują się nieswojo w trakcie podróży ku nieznanemu.

Po dniu odpoczynku koniecznym ze względu na zdrowie arcybiskupa mieliśmy rozpocząć rozmowę na temat istoty prawdziwej radości.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Świątynia sikhijska (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Buddyjski różaniec do medytacji.

Dzień 1

Istota prawdziwej radości

Powinieneś być zgorzkniały

Dostępne w wersji pełnej

Nic pięknego nie rodzi się bez odrobiny cierpienia

Dostępne w wersji pełnej

Czy zrezygnowałeś z przyjemności?

Dostępne w wersji pełnej

Największa radość

Dostępne w wersji pełnej

Lunch: Kiedy spotyka się dwóch łobuziaków, jest po prostu wspaniale

Dostępne w wersji pełnej

Dzień drugi i trzeci

Przeszkody na drodze radości

Jesteśmy wiecznie nieukończonym arcydziełem

Dostępne w wersji pełnej

Strach, stres i niepokój:

bardzo się denerwowałem

Dostępne w wersji pełnej

Frustracja i złość:

Kiedy bywałem zły, krzyczałem

Dostępne w wersji pełnej

Smutek i żałoba: Trudne czasy silniej nas ze sobą łączą

Dostępne w wersji pełnej

Rozpacz:

Światem rządzi wielki chaos

Dostępne w wersji pełnej

Samotność:

Nie muszę się przedstawiać

Dostępne w wersji pełnej

Zazdrość:

Znów mija nas ten facet w swoim mercedesie

Dostępne w wersji pełnej

Cierpienie i nieszczęścia:

Przeszkody, które mijamy na naszej drodze

Dostępne w wersji pełnej

Choroby i lęk przed śmiercią:

Wolę pójść do piekła

Dostępne w wersji pełnej

Medytacja:

Teraz zdradzę ci pewien sekret

Dostępne w wersji pełnej

Dzień czwarty i piąty

Osiem filarów radości

1.

Perspektywa:

Na wszystko można patrzeć pod różnymi kątami

Dostępne w wersji pełnej

2.

Pokora:

Starałem się zachować pozór skromności i pokorę

Dostępne w wersji pełnej

3.

Humor:

Śmiech i żarty są zdecydowanie lepsze

Dostępne w wersji pełnej

4.

Akceptacja:

To pierwszy krok w stronę zmiany

Dostępne w wersji pełnej

5.

Przebaczenie:

Uwolnić się od przeszłości

Dostępne w wersji pełnej

6.

Wdzięczność:

Mam szczęście, że żyję

Dostępne w wersji pełnej

7.

Współczucie:

Tacy pragniemy być

Dostępne w wersji pełnej

8.

Szczodrość:

Wypełnia nas radość

Dostępne w wersji pełnej

Świętowanie:

tańce na tybetańskich ulicach

Dostępne w wersji pełnej

Wyjazd:

Pożegnanie

Dostępne w wersji pełnej

Jak się ćwiczyć w radości?

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

O autorach

Dostępne w wersji pełnej

Słowniczek

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

The Book of Joy. Lasting Happiness in a Changing World

Copyright © 2016 by The Dalai Lama Trust, Desmond Tutu, and Douglas Abrams

Projekt okładki

Nick Misani

Fotografia na opasce

Miranda Penn Turin

Ilustracje w tekście

Tenzin Choejor

Miranda Penn Turin

Konsultacja merytoryczna

Przemysław Skrzyński

Opieka redakcyjna

Damian Warszawski

Adiustacja

Małgorzata Biernacka

Korekta

Jadwiga Grellowa

Magdalena Tobik

Copyright © for the translation by Adriana Celińska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-5033-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wielka księga radości Świat buddyzmu tybetańskiego Sztuka szczęścia Szczęście młodego umysłu. Nauki Dalajlamy Ścieżka buddyzmu tybetańskiego. Koniec cierpienia i odkrycie drogi do szczęścia O współczuciu. Jak osiągnąć spokój wewnętrzny i zbudować lepszy świat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia