"Zośka" - moja wielka miłość. Wspomnienia Hali Glińskiej

"Zośka" - moja wielka miłość. Wspomnienia Hali Glińskiej

Autorzy: Dorota Majewska Aleksandra Prykowska-Malec

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 288

cena od: 20.74 zł

Hala była sanitariuszką batalionu „Golski” i  wielką miłością „Zośki” Tadeusza Zawadzkiego.

Poznajemy jej beztroskie dzieciństwo w  zamożnej rodzinie właściciela fabryki środków chemicznych w przedwojennej Warszawie, piękny okres nauki w gimnazjum Królowej Jadwigi i zawarte wtedy  przyjaźnie, wspólne zabawy, wyjazdy i harcerstwo. Do grona przyjaciół Hali należeli:  Danka Zdanowiczówna, Hala Krauze, Maria Rabińska,  Janek Bytnar „Rudy” i  jego siostra Duśka, Alek Dawidowski i oczywiście Tadeusz Zawadzki „Zośka”. I nagle, ci młodzi ludzie,  tuż po maturze lub tuż przed maturą, stanęli wobec grozy wojny. Nie zastanawiając się zbytnio podjęli walkę, wielu z nich zginęło.  Hala wraca myślami do tragicznych przeżyć wojennych.  Wspomina też lata powojenne, męża Felicjana, dwie córki i sześcioro wnucząt.  Zmarła w 2015 roku. Wspomnienia Haliny Sapalskiej z domu Glińskiej zostały spisane przez  autorki w ostatnich latach życia bohaterki.

Dorota Majewska, a później Aleksandra Prykowska-Malec towarzyszyły Halinie Sapalskiej do końca, gromadząc pokaźny materiał, będący podstawą do zapisu wspomnień. Wciąż mają też kontakt z jej rodziną. Książkę wzbogacają niepublikowane dotąd fotografie oraz  dokumenty z prywatnego zbioru.

Szczególną wartością książki są opisy wydarzeń historycznych z okresu drugiej wojny światowej oraz postaci związanych z tymi wydarzeniami, obrazy przedwojennej Warszawy a także refleksyjne, nie pozbawione humoru spostrzeżenia  kobiety  dziewięćdziesięcioletniej.

Układ graficzny i projekt okładki

Aleksandra Szmak

Redakcja

Mariola Hajnus

Redaktor prowadzący

Urszula Lewandowska

Korekta

Katarzyna Głowińska (Lingventa)

Krystyna Wysocka

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Wybór zdjęć

Dorota Majewska i Aleksandra Prykowska-Malec

Zdjęcia ze zbiorów prywatnych rodziny Haliny Sapalskiej oraz Danuty Rossman, a także Biblioteki Narodowej, Publicznej Szkoły Podstawowej im. hm. ppor. AK „Zośki” Tadeusza Zawadzkiego w Sieczychach, Muzeum Harcerstwa w Warszawie, Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej, Wikimedia Commons i Narodowego Archiwum Cyfrowego

Zdjęcia współczesne: Aleksandra Prykowska-Malec, Mariusz Malec, Bartek Zaranek

Zdjęcia na okładce:

Hala Glińska i Tadeusz Zawadzki „Zośka” – zbiory prywatne rodziny Hali Glińskiej-Sapalskiej

Zdjęcia na wyklejkach:

Witold Gliński (w samochodzie), obok Hala Glińska, Wanda Glińska i ojciec Hali Krauze. Fot. ze zbiorów prywatnych rodziny Haliny Sapalskiej oraz rodzina Zawadzkich w Krakowie, 1938 rok. Fot. ze zbiorów Muzeum Harcerstwa w Warszawie

© by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the text by Dorota Majewska and Aleksandra Prykowska-Malec

ISBN 978-83-287-0788-7

Sport i Turystyka – MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Książka dedykowana jest Marco Bacciniemu,

wnukowi tytułowej Bohaterki

– zgodnie z Jej wolą

Spis treści

Wstęp

Wspomnienia Hali Glińskiej

Zdjęcia

Od autorek

Legitymacje i odznaczenia Hali

Ludzie, miejsca, zdarzenia

Podziękowania

Bibliografia

Tadeusz Zawadzki z siostrą przy studni przed domem w Zalesiu

Rodzina Zawadzkich na ganku swojego domu w Zalesiu

Wstęp

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Chociaż trudno jest od razu zrozumieć sens tego, co przytrafia się w naszym życiu. Starsza córka Hali Anna była koleżanką ze szkolnej ławki mojej siostry. Wszystkie trzy chodziłyśmy do tej samej Państwowej Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego i Licealnego nr 30 przy ulicy Żelaznej 88, w bliskim sąsiedztwie szpitala św. Zofii. Anna Sapalska, córka Hali, często nas odwiedzała w naszym domu rodzinnym na Nowolipiu. Poznałam także jej mamę – Halę Sapalską z domu Glińską. Nie wiedziałam wtedy, że stanie się ona bohaterką mojej książki. Jako nastolatka nie sądziłam, że w ogóle będę pisać. Obydwie córki Hali, Ania i Basia, po wyjściu za mąż zamieszkały za granicą. Pomimo częstych odwiedzin rodziny, Hala czuła się samotna. Z radością odpowiedziałam na jej zaproszenie, pamiętając ją jako osobę nieprzeciętną. Dawała mi odczuć, że cieszy się na każdą moją wizytę. Przychodząc do niej, zrozumiałam, jak bardzo pragnęła towarzystwa, rozmowy, wspólnych posiłków. Szybko przeszłyśmy na ty. Była pogodna, z dystansem do siebie, ciekawa drugiego człowieka. Ponownie się nią zachwyciłam.

Nie mogłam uwierzyć, że siedzi przede mną dziewczyna Tadeusza Zawadzkiego. „Zośki”? – zapytałam. Potwierdziła. Wtedy już wiedziałam: muszę o tym wszystkim napisać. Będzie to książka o niej, o Tadeuszu, o dzielnych chłopcach, znanych z Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego. Odwiedzałam ją codziennie, przynosząc zakupy. Długo rozmawiałyśmy przy filiżance włoskiej kawy. Chodziłyśmy na spacery i w trakcie ich trwania zawsze dowiadywałam się czegoś nowego. Mieszkała przy Anielewicza, w rejonie, gdzie w okresie okupacji hitlerowskiej mieściło się getto żydowskie, niedaleko miejsce kaźni Pawiak, a naprzeciwko więzienie przy Gęsiej – Gęsiówka, a także fabryka Kamlera. Hala przybliżyła mi fascynujące fakty z najmłodszych lat swojego życia i okresu dorastania. Mówiła, choć skromnie, o własnym udziale w walce o wolność ojczyzny. Wszystko to spisywałam na bieżąco. Pewnego razu poznałam u Hali Aleksandrę Prykowską, młodą aktorkę. Wcześniej kojarzyłam jej twarz z telewizji. Obydwie odwiedzałyśmy Halę, ale nie udało nam się wcześniej spotkać. Od razu poczułyśmy, że łączy nas zamiar spisania jej wspomnień. Pomimo różnicy wieku stanowiłyśmy zgodny team. Tworzenie tej powieści było dla nas podróżą w czasie, dotykaniem poprzedniej epoki.

Podążałyśmy śladami Hali i Tadeusza. Później jej najbliższej przyjaciółki Danuty Zdanowicz-Rossman, a także koleżanki z batalionu „Golski” Ireny Paprockiej z domu Roguskiej. Dzięki ich relacjom książka została wzbogacona o konteksty wydarzeń, nowe znaczenia i wiele postaci. Biogramy umieszczone na końcu są cennym jej uzupełnieniem. Przedstawiają pogłębione portrety osób, wobec których nie dało się przejść obojętnie i rozszerzają wiedzę o wielu znanych miejscach. Za sprawą Ireny Stybel i Piotra Krochmalskiego przedstawiłyśmy historię związaną z postacią Pawła Jasienicy, a także losy pałacu w Kalinowej, rodzinnej posiadłości męża Hali, w której bywało wiele znamienitych osobistości, w tym poeta i pomysłodawca założenia klubu Polonia Warszawa Wacław Denhoff-Czarnocki. Odkryłyśmy, że spędzał tam dzieciństwo Kazimierz Leski zwany polskim Jamesem Bondem. Należał do rodziny Felicjana Sapalskiego, podobnie jak generał Wojska Polskiego Franciszek Kleeberg. Ich sylwetki widoczne są na zamieszczonych w książce fotografiach, udostępnionych nam przez wnuka Hali Marca Bacciniego. Od początku pomagał, dzieląc się z nami obszerną wiedzą, jaką zdobył na temat losów swoich przodków i pożyczając nam pamiątki po swojej babce. By móc lepiej wyobrazić sobie te wydarzenia, o których opowiadała nam Hala, i wczuć się w atmosferę tamtych dni, dociekałyśmy lokalizacji wspominanych przez nią miejsc i działań. Dzięki temu mogłyśmy zrozumieć, czym dla ówczesnych Polaków było Powstanie Warszawskie i jak ważną rolę odegrała w nim komunikacja. Wykop w Alejach Jerozolimskich, po którym dziś pozostała prawie niedostępna dla oczu pamiątkowa tablica, stanowił jedyne przejście dla żołnierzy i cywilów chcących poruszać się pomiędzy dzielnicami w centrum Warszawy. O jego kluczowym, a także symbolicznym znaczeniu mówił podczas swojej wizyty w Polsce Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, jako „jednej z głównych dróg łączących wschód z zachodem”.

Na koniec naszej podróży pojechałyśmy do Sieczych, wsi, w której zginął Tadeusz. Odwiedziłyśmy szkołę jego imienia, zapaliłyśmy znicz pod tablicą upamiętniającą akcję odbicia niemieckiej strażnicy granicznej. Ucieszyłyśmy się, że budynek jest bardzo zadbany, otoczony pięknie przystrzyżonym trawnikiem, na którym stoją ławki, a tuż obok kolorowy plac zabaw. Dzieci, mimo okresu letniego, bawiły się na terenie przyszkolnym, grzecznie witając się z nami, a chłopcy z klas wyższych udzielili nam wskazówek, gdzie szukać pamiątkowego kamienia. „W sąsiedniej miejscowości Porządzie, tam jest kamień, tablica, tam są wymienieni wszyscy” – powiedział jeden z nich. Wkrótce znalazłyśmy się na terenie zabytkowego drewnianego kościoła i stanęłyśmy przed serią pomników dla uczczenia pamięci nie tylko Tadeusza, ale także mieszkańców Sieczych, którzy pomagali w akcji „Taśma Wschodnia” i za tę pomoc zapłacili najwyższą cenę w obozach śmierci. Antoniego Pakieły z synem Stanisławem, Aleksandra Pakieły oraz Piotra Ślubowskiego i księdza Jana Trzaskomy – kapelana Wojska Polskiego, pierwszego proboszcza parafii Porządzie.

Mamy nadzieję, że nasza książka pozwoli każdemu, kto po nią sięgnie, choć przez chwilę poczuć obecność niezwykłej osoby, jaką była Hala Glińska, później Sapalska, a także przenieść się w czasy innej wrażliwości, zasad, obyczajów, a przede wszystkim zupełnie innych wyzwań niż te, przed którymi stoi pokolenie współczesnych.

Dorota Majewska

Aleksandra Prykowska-Malec

Rekonstrukcja zastrzelenia Tadeusza Zawadzkiego „Zośki” na terenie szkoły w Sieczychach. Fot. www.sieczychy.szkolnastrona.pl

Hala Glińska

Wspomnienia Hali Glińskiej

Pamiętam rzeczy, które wydarzyły się tak dawno i może dziś nie mają żadnego znaczenia. To dziwne, pamiętam, jakie kolory sukien nosiła moja babka, a zapominam, co robiłam przed chwilą. Czasem mnie to przeraża. Czuję się zagubiona. Nie wiem, czy przyjęłam lekarstwo. Mogłabym policzyć tabletki, ale co mi to da, jeśli i tak nie pamiętam, ile powinno ich być w opakowaniu na obecną chwilę. Jestem po prostu stara, za długo żyję. Dobrze, że nie słyszy tego mój wnuk Marco. Nie lubi, kiedy tak mówię. Zapamiętałam, jak odnosi się do mojego wieku. Od dziś nie jestem stara, jestem „mniej młoda”. Pysznie powiedziane!

Co do babki i kolorów jej sukien, to oczywiście gruba przesada. Babki ze strony mamy w ogóle nie znałam, gdyż zmarła przed moim urodzeniem, a druga babcia odeszła, kiedy miałam dwa lata. Troszkę ją sobie przypominam i widzę oczami dwuletniego dziecka. Dawniej bardzo energiczna, w ostatnim okresie swojego życia podupadła na zdrowiu, miała kłopoty z nogami. Głównie polegiwała na sofie, zawsze elegancka, w koronkach, spinanych dużą broszą.

Czułam, że mnie bardzo kochała, tuliła i całowała, a ja wiedziałam, że ciepło i bezpiecznie być w jej ramionach. Wielka szkoda, że nie mogła uczestniczyć w kolejnych etapach mojego dorastania. Na pewno bardzo tego pragnęła. Odeszła za wcześnie. Miała dopiero sześćdziesiąt sześć lat. Co to za wiek w stosunku do mojego.

Ciekawa historia wydarzyła się w rodzinach moich dziadków. Babcia Janina z Amirowiczów miała siostrę Eugenię, a dziadek Stanisław brata Jana. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby bracia Glińscy nie ożenili się z siostrami Amirowiczównymi.

Tak się smutno złożyło, że Eugenia zmarła młodo, a niedługo po tym moja babcia Janina została wdową. Wtedy drugi pan Gliński zapragnął ożenić się z moją babcią. Sprytnie to wymyślił. Janina, energiczna i powabna kobieta, mogłaby mu pomóc w wychowaniu sporej gromadki jego dzieci. Poza tym była majętna. Jednakże babcia zdecydowanie odmówiła mu swojej ręki. Myślę, że postąpiła słusznie. Miała swoją pasję. Dzisiaj nazwałabym ją businesswoman. Jak tak sobie myślę o tej przedsiębiorczej kobiecie, była to osobowość na miarę Heleny Rubinstein[1]. Prowadzony przez nią biznes szuwaksowy, znany nie tylko w kraju, ale też za granicą, przynosił ogromne zyski. Była dyrektorem fabryki środków chemicznych, początkowo pomagała mężowi, a po jego śmierci przejęła więcej obowiązków. Miała jednego syna Witolda, mojego ojca, którego dobrze wychowała i zapewniła mu odpowiednie wykształcenie.

Babcia Glińska – niezwykle pracowita i silna kobieta – miała też swoje słabości. Lubiła hazard. Jeździła do Monte Carlo i tam w kasynie… Bywało, że wygrywała większe sumy, ale i niemałe przegrywała. Zdarzało się nieraz, że depeszowała do Polski z prośbą o wysłanie jej odpowiedniej kwoty. Potem wracała i z nową energią odrabiała straty. Zarabiała krocie i nigdy nie popadła w długi. Słabość do ruletki nie zniszczyła jej życia. Zawsze kierował nią zdrowy rozsądek.

Firma Gliński zarobiła gigantyczne pieniądze na kontrakcie z armią carską, która zamawiała tony szuwaksu (czernidła do butów) dla żołnierzy. Piękne pasty o różnych zapachach to był dodatek nobilitujący firmę. Nie tylko szuwaks do buciorów dla sołdatów, ale robiono też pasty do damskich pantofelków.

Babcia Janina miała również brata. Kajetan Amirowicz[2] był generałem Wojska Polskiego.

***

Stanisław Gliński, mój dziadek, był właścicielem fabryki środków chemicznych przy ulicy Kujawskiej, róg z Chocimską, zdaje się, że pod numerem 5. Do lat trzydziestych był to dwupiętrowy budynek, potem dodano jeszcze dwie kondygnacje. Po śmierci dziadka babcia żelazną ręką prowadziła biznes. Do tego dochodziły jeszcze dwie kamienice na Marszałkowskiej: numery 6 i 8 (pod ósemką w latach 1993–2009 mieściło się na piętrze wydawnictwo MUZA, choć ta zbieżność jest pewnie tylko przypadkowa, gdyż numeracja po wojnie uległa zmianie i prawdopodobnie inny budynek miał numer 8). Oprócz tego trzy sklepy w Warszawie: dwa przy ulicy Nowy Świat 29 i 41, w kamienicy Mrozowskich, i trzeci na Bielańskiej 3, a także jeden w Łodzi przy Piotrkowskiej 27 i jeden w Wilnie przy Wielkiej 52. Oferowały one szuwaks glicerynowy, atrament, smarowidła do obuwia, do kopyt końskich i glazurę do bucików damskich. W kamienicy na Marszałkowskiej pod numerem 8 mieścił się kantor, w dzisiejszym rozumieniu biuro. Tam odbywały się wszelkie transakcje handlowe.

Babka przed wojną kupiła place jako lokatę kapitału. Blisko domu, blisko fabryki, w centrum Warszawy. Place to nic innego jak ziemie pod zabudowę. Marszałkowska 2, 4 i 6. Na Marszałkowskiej 2 nie było jeszcze wtedy budynku, stał płot, rosły trawa i drzewa owocowe, na Marszałkowskiej 6 dzikie wiśnie. Objadałam się nimi, kiedy przychodziłam tam z rodzicami.

Dziadek był założycielem firmy, ale wkrótce to babcia stała się jej motorem napędowym. Pewnego razu podsunęła mężowi pomysł, który wykorzystał w swoim interesie. Pomysł był trafiony i później dziadek za każdym razem radził się babci. I dobrze na tym wychodził. Dziadkowie Glińscy wspomagali najuboższych. Pamiętam, że dziadek podarował sto pięćdziesiąt pudełek szuwaksu dla Towarzystwa Kolonii Letnich. Należały do niego dzieci z najbiedniejszych rodzin, mieszkających nierzadko w mieszkaniach jednoizbowych.

Wspierał również warszawskie Towarzystwo Opieki nad Dziećmi Więźniów.

Pamiętam sklep mieszczący się przy rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Przymykam oczy i widzę schludną wystawę, estetycznie ustawione pudełka z różnymi pastami, butelki, buteleczki z produktami firmy S. Gliński. Najbardziej chodliwy był w tym czasie szuwaks, sprzedawany w dużych ilościach dla wojska, do polerowania butów.

Logo firmy widniało na każdym opakowaniu i na samochodzie dostawczym. Widać na nim medale zdobyte na wystawach w Poznaniu i w Paryżu.

Pamiętam nazwę S. Gliński i tajemniczego czarnego kota z wielkimi zielonymi oczami. Bardzo podobał mi się ten kot, siedział dumny jak sfinks, a jego oczy patrzyły jak żywe. To było chyba na afiszu, który widziałam na ścianie po wejściu z ojcem do środka.

Lubiłam z tatą przychodzić do sklepu. Wtedy ojciec był już właścicielem tych wszystkich dóbr, bo – jak wspomniałam – babcia zmarła, kiedy skończyłam dwa lata, i cały majątek przekazała synowi. W sklepie przy Marszałkowskiej 8 nigdy nie byłam, ale do tego na Nowym Świecie 41 chętnie chodziłam z tatą za rękę. Według mnie, małej wówczas dziewczynki, nie zajmował dużej powierzchni. Towar umieszczony na licznych półkach, długa lada, za ladą uśmiechnięta sprzedawczyni, a po lewej stronie pani kasjerka, która najbardziej interesowała mojego tatę, a właściwie nie tyle ona sama, co kasetka z utargiem. Tata zabierał pieniądze, szarmancko ściskał rękę swojej pracownicy, pani, śmiejąc się, posyłała mi całusa i wychodziliśmy na Nowy Świat. Ja podskakiwałam z radości, odgadując, że zaraz wstąpimy do cukierni na moje ulubione mikado. Ach, co to był za smak! Tata z przyjemnością patrzył, jak zatapiałam drobne ząbki w trójkątnym waflu skąpanym w czekoladzie. W drodze do domu kupowaliśmy kwiaty dla mamy, a nierzadko jakiś drobiazg u jubilera.

***

Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu w Warszawie przy Anielewicza. Jestem sama, ale nie czuję się bardzo samotna. Może czasami. Mam udaną rodzinę: dwie córki i pięcioro dorosłych wnuków, a ostatnio zostałam prababką. Chociaż wszyscy mieszkają za granicą, jestem z nimi w ciągłym kontakcie telefonicznym. Kilka razy w ciągu dnia dzwonek telefonu obwieszcza, że Basia albo Ania chcą się dowiedzieć, jak minął mi dzień i jak się czuję. Ja trochę ironizuję, mówię do siebie, że chcą sprawdzić, czy jeszcze żyję. Śmieję się z tego, bo dla mnie to oczywiste, że taka baba po dziewięćdziesiątce powinna już dawno odejść i nie zawracać głowy młodym. No cóż, muszę zdawać relacje z każdego dnia. Może to i dobrze, przynajmniej głowa lepiej pracuje.

Często Marco, przed wyjściem z domu, dzwoni, żeby sobie ze mną pogawędzić. Aż się dziwię, o czym taki młody człowiek chce rozmawiać ze starą, przepraszam, „mniej młodą” kobietą.

Chciałabym mieć tutaj ich wszystkich: Basię i jej męża Alberta, Anię i Andrew, Marca i Alessandra, Nati, Martina i Andrew juniora, a także nowo narodzoną Aurorę, blisko siebie. Jednak nie mogę narzekać. Może gdybyśmy się mieli tak na wyciągnięcie ręki, nie byłoby tyle tęsknoty, a potem radości z każdego spotkania.

Nigdy nie spędzam świąt sama, swoich urodzin, a nawet imienin. Odkąd przestałam podróżować, zawsze któraś z córek lub wnukowie przyjeżdżają do mnie i organizują mi wszelkie uroczystości. W okresie letnim, wakacyjnym mój dom tętni życiem rodzinnym, a potem pozostaje telefon i czekanie, kiedy znowu przyjadą. Wspaniała rodzina, tylko dlaczego tak daleko? Zazdroszczę mojej wielo-, bardzo wieloletniej przyjaciółce Dance Zdanowiczównie-Rossmanowej. Jej cała rodzina mieszka w pobliżu. Może codziennie widywać córki, wnuki i prawnuki. „Nie narzekaj, babo” – mówię sobie. Dobrze, że telefony sprawnie działają w obydwie strony.

Obecnie mało wychodzę z domu, a jeśli już, to przyklejona do przychylnego mi ramienia Kizi. Wtedy kroczę podobno całkiem żwawo. Jakby w rekompensacie za moje niedołęstwo i niemożność składania wizyt mniej więcej raz w tygodniu wpadnie ktoś ze znajomych w odwiedziny. Mówią, że najlepszą kawę w Warszawie można wypić na Anielewicza. Bardzo mi miło. Lavazza ma ten właściwy, królewski smak i aromat, a ja przygotowuję ją po włosku. Każdy może pokroić ciasto, umyć owoce… ale od parzenia kawy jestem ja. U mnie, jak to się mówi, jest samoobsługa, o czym zawsze uprzedzam swoich gości.

Siedzimy właśnie z Kizią przy rzeczonej kawie i rozmawiamy. Ona ma na imię Dorota, a Kizia to przydomek z dzieciństwa, ale mnie się podoba i pozwalam sobie tak do niej mówić. Zgodziła się i wszystko jest w porządku. Jestem gadułą i namiętną palaczką. Nigdy nie zrezygnuję z papierosów, żeby nie wiem co. Czy ja mówiłam, że mogłabym zagrać w reklamie tytoniu? Poszłam kiedyś do lekarza. Spojrzał na mnie, pewnie było widać, i zapytał: „Długo pani pali?”. „Tak. Bardzo długo” – odpowiedziałam. „To niech pani nie przestaje, bo to byłoby szokiem dla organizmu”. Byłoby! Na pewno! Jak dobrze być o tym przekonaną. Pakt z papierosami zawarłam ponad siedemdziesiąt lat temu. Sama się dziwię. Tyle lat je kotłuję i… nie zabiły mnie. Sekret tkwi w tym, że one mnie kochają… i z wzajemnością. Jest takie stare powiedzenie: „Co robi pani stara? Szyje i rozpala”. A ja często je cytuję, tylko trochę inaczej: „Co robi pani stara? – Pali i zapala”. Kizi, chociaż nigdy nie paliła, nie przeszkadza, że przy niej kopcę. I nie mdleje, jak niektórzy, od papierosowego dymu. Słucha mojej paplaniny, o dziwo, z zainteresowaniem. Kiedyś zatrzymała mnie w pół słowa i powiedziała całkiem serio: „Halu, twoje życie było bardzo ciekawe i jestem przekonana, że warto by je opisać”.

Wielokrotnie mówiono mi, że powinnam pisać pamiętnik. W moim życiu wiele się wydarzyło, a pamięć niestety jest zawodna i prawdopodobnie niedługo pozostanie w niej wielka dziura. Na razie… Zresztą nie tak dawno wydarzyło się coś, co raczej rzadko przytrafia się kobietom w moim wieku.

Dzwoni do mnie Danka Zdanowiczówna-Rossmanowa. Jest jakaś podekscytowana i mówi:

– Wiesz, Halu, jest u mnie ktoś, kto chciałby z tobą porozmawiać.

Z miejsca mnie ruszyło. Czyżby ktoś z zaświatów?!

– Dobry wieczór pani – zabrzmiał w słuchawce miły tembr głosu – nazywam się Mariusz Malec. Jestem obecnie w trakcie realizacji filmu o Szarych Szeregach. Szukam kontaktów z osobami, które znały Tadeusza Zawadzkiego. Dotarłem do pani Danuty i od niej dowiedziałem się, że Hala Glińska żyje. Czy mógłbym się z panią spotkać?

O Boże, Tadeusz! Moja pierwsza wielka miłość! Nie mogłam zasnąć. Wszystko, co nas łączyło, stanęło mi przed oczami. Jaki on był przystojny, męski i powściągliwy. Nie należał do mężczyzn paplających o miłości.

Jego miłość do mnie objawiała się tym, jak się do mnie zwracał i jak postępował. Mam przed oczami jego zgrabną sylwetkę. Widzę ten znany mi ruch ręki, kiedy poprawiał włosy. A włosy miał gęste, proste, zaczesane na bok. Kiedy się zastanawiał, charakterystycznie unosił jedną brew (chyba lewą). Młody, piękny, mężny i szlachetny. Tadeusz był młodszym bratem Hanki Zawadzkiej, mojej drużynowej. Nie potrafiłabym powiedzieć, kiedy właściwie zaczęliśmy się spotykać.

Z rozrzewnieniem wspominam obóz harcerski w Janowej Dolinie nad Bugiem. Drużynę żeńską czternastą – „Błękitną”, od noszonych przez nas niebieskich chust – prowadziła Hanka Zawadzka. Tadeusz ze swoim najlepszym przyjacielem Jasiem Bytnarem należeli do drużyny dwudziestej trzeciej, zwanej „Pomarańczarnią”[3]. Nazwa także pochodziła od koloru chust. Obydwie drużyny zapraszały się na wspólne ogniska, ale wtedy…? Nie wiem, jak Tadeusz, ale ja na pewno nie zwróciłam tak na poważnie na niego uwagi.

Nie zapomnę tego ogniska, kiedy zostałyśmy zaproszone do chłopców. Gościł wówczas u nich pieśniarz z Zaolzia, Gałuszko. Najwidoczniej wpadłam mu w oko, bo kiedy pojawiłam się z Danką Zdanowiczówną, usiadł naprzeciwko nas i wpatrując się we mnie, tak jak patrzy tylko ktoś mocno zainteresowany, donośnie zaśpiewał refren arii Jontka z Halki. „Hej, Halino, hej, jedyno, dziewczyno moja…” Głos niósł się daleko, a ja dostałam rumieńców. Nikt nie miał wątpliwości, że śpiewał dla mnie. Może właśnie wtedy dostrzegł mnie Tadeusz? A może wcześniej? Tego nie wiem. Nigdy nie śmiałam go o to zapytać. Dzisiaj nie męczyłabym się domysłami. Ale wtedy panny były skromne i wstydliwe. Z chłopcami bywało podobnie. Kiedy przychodziłam do Hanki na zebrania drużyny, drzwi zwykle otwierał Tadeusz i szybko się ulatniał. Aż pewnego dnia, być może był to wieczór, zaproponował, że mnie odprowadzi do domu. I tak się zaczęło. Zostałam dziewczyną Tadeusza Zawadzkiego – „Zośki”.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Helena Rubinstein (1872–1965) – jedna z pierwszych businesswoman na świecie, producentka kremów i środków do pielęgnacji ciała „Valaze”, właścicielka kosmetycznego imperium. Kobieta silna i przedsiębiorcza, piękna i elegancka. Utrwalona na portretach malowanych m.in. przez Picassa, Renoira, Modiglianiego, Salvadora Dali.

[2] Wszystkim osobom, których nazwiska wyróżniono pogrubionym drukiem, miejscom i organizacjom – poświęcono osobne szczegółowe hasła w aneksie na końcu książki (przyp. red.).

[3] 23. Warszawska Drużyna Harcerzy „Pomarańczarnia”.

Sport i Turystyka – MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

"Zośka" - moja wielka miłość. Wspomnienia Hali Glińskiej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI