Dobranoc, Betty Pack

Dobranoc, Betty Pack

Autorzy: Howard Blum

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 540

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 30.00 zł

Historia wojennej bohaterki, która uwodząc wojskowych, poznawała tajemnice wroga
„Znakomicie napisana biografia oparta na solidnych materiałach źródłowych. Daje do myślenia”. Library Journal
Niezwykła biografia „największej pomijanej milczeniem bohaterki” w dziejach II wojny światowej.
Opowieść o pasji, która kierowała burzliwym życiem Betty Pack, pełnym niebezpiecznych związków i karkołomnych misji o fundamentalnym znaczeniu dla zwycięstw aliantów.
Betty Pack, nazwana potem przez tygodnik „Time” „Matą Hari z Minnesoty”, była olśniewającą urodą i inteligencją Amerykanką z wyższych sfer. To przyczyniło się do jej osiągnięć w tajnej służbie. Szpiegiem została właściwie przez przypadek, ale okazało się, że jest w tej dziedzinie prawdziwą profesjonalistką. Posługując się pseudonimem Cynthia, uwodziła dyplomatów i attaché wojskowych na całym świecie, żeby zdobyć szyfry i poznać najpilniej strzeżone tajemnice. Teren jej misji nie ograniczał się jednak tylko do sypialni. Wiele razy ryzykowała życie, by przejąć ważne dokumenty. To właśnie dzięki niej zdobyto polskie książki kodowe, niezbędne do sukcesu operacji ULTRA – złamania szyfru Enigmy przez zespół Alana Turinga.
„Fascynująca lektura, którą czyta się bardziej jak powieść szpiegowską niż biografię. Blum wskrzesza w niej pamięć o utrzymywanej dotąd w tajemnicy bohaterce II wojny światowej. Dobrze udokumentowana książka”. Kirkus Reviews

Tytuł oryginału:

THE LAST GOODNIGHT

Copyright © 2016 by Howard Blum

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: iStock/THEPALMER

Wykonanie graficzne okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz, Małgorzata Hordyńska

ISBN: 978-83-8110-268-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Słowo wstępne

Część I. Podbój zamku

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Część II. „Potworne żądze”

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Część III. „Przyczajona w przeszłości”

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Część IV. Enigma

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Część V. Długa droga do domu

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Część VI. Waszyngton

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Część VII. Duży Bill i mały Bill

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Epilog. Powrót do twierdzy

Informacja o źródłach

Podziękowania

Bibliografia

Prawa autorskie

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Armia przekazuje społeczeństwu to, co ma najlepszego – pannę Betty Thorpe, śliczną córkę pułkownika George’a Thorpe’a i jego żony. W tym sezonie będzie ona w środowisku wojskowych najmilszą osobą, którą towarzystwo Waszyngtonu przyjmie w swoje objęcia (29 sierpnia 1928 r.)

Dla Lynn Nesbit i Boba Bookmana,

przyjaciół, mądrych doradców i magików,

zawsze gotowych wyciągnąć królika z kapelusza

Ostatnia osoba, której życzysz dobrej nocy,

jest dla ciebie najbardziej niebezpieczna.

OSTRZEŻENIE DLA REKRUTÓW CIA DOTYCZĄCE

NIEBEZPIECZEŃSTW, KTÓRE CZYHAJĄ W SYPIALNI

Buduar był dla niej tym, czym beretta dla bohatera Iana Fleminga.

Jej szef mówił o niej, że jest „największą nieznaną bohaterką tej wojny”.

BLOND BOND, ARTYKUŁ POŚMIERTNY O BETTY PACK W „TIME”

Słowo wstępne

W głównym budynku rozległego kompleksu CIA w Wirginii, za bramkami bezpieczeństwa, detektorami i klatką schodową, na końcu krętego korytarza, który ostro odbija w lewo, znajduje się pozbawiony okien pokój konferencyjny. Na jego drzwiach nie ma tabliczki z nazwą czy numerem. Wnętrze przywodzi na myśl salę wykładową – z białą tablicą pod ścianą i długim stołem, przy którym może usiąść tuzin analityków wywiadu. Jednak tego czerwcowego dnia, kiedy tam wszedłem, siedziały przy nim tylko dwie osoby: zatrudniony przez agencję wybitny historyk oraz rzecznik prasowy, który miał nas obu na oku. Poszedłem tam z nadzieją, że uda mi się uzyskać od historyka trochę informacji na temat Betty Pack, tajnej agentki wywiadów brytyjskiego i amerykańskiego, która bardzo przysłużyła się interesom aliantów podczas II wojny światowej.

Naszej rozmowie towarzyszyło silne napięcie – przynajmniej z mojej strony. Domyśliłem się, że pracownik CIA wie więcej, niż jest gotów ujawnić. Uzyskanie od niego informacji sprawiało mi duży kłopot. Był bystrym człowiekiem, który przez całe życie strzegł sekretów i nie zamierzał mi ich pochopnie zdradzać. Mimo wszystko całkiem przyjemne były te nasze podchody, dopóki nie powiedziałem czegoś, co go uraziło.

Oświadczyłem, że książka, którą zamierzam napisać, będzie opowiadała prawdziwą historię.

Mój rozmówca lekceważąco się zaśmiał, a potem wygłosił wykład o właściwym rozumieniu działalności szpiegowskiej. Jego zdaniem nawet szpiegowska literatura faktu jest jedynie uganianiem się za nieuchwytną prawdą. W najlepszym razie można liczyć na solidną hipotezę. Żadna opowieść o szpiegach nie jest kompletna – zawsze istnieje zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele kłamstw podawanych jako fakty, zbyt często ten czy inny uczestnik zdarzeń umyślnie wprowadza słuchacza lub czytelnika w błąd.

Słuchałem, spierając się z nim od czasu do czasu, ale moje argumenty brzmiały słabo i defensywnie; a potem usilnie starałem się poprowadzić naszą rozmowę w –miałem nadzieję – bardziej obiecującym kierunku.

Teraz, skończywszy pisanie tej książki, która skłoniła mnie do wizyty w siedzibie CIA, pragnę powtórzyć, że to rzeczywiście prawdziwa historia.

Udało mi się uzyskać dostęp do skarbnicy wiedzy o Betty Pack – jej pamiętników, nagranych na taśmie wspomnień, dzienników z dzieciństwa i listów, które pisała przez całe życie. Ponadto korzystałem z dokumentów Biura Służb Strategicznych w zbiorach Archiwum Narodowego, akt Federalnego Biura Śledczego, rejestrów Departamentu Stanu, oficjalnej historii Brytyjskiego Biura Koordynacji Bezpieczeństwa, zasobów sekcji spraw zagranicznych w Państwowych Archiwach Notarialnych, a także z wiadomości uzyskanych podczas rozmów z pracownikami wywiadów brytyjskiego i amerykańskiego.

Muszę jednak przyznać, że w ostrzeżeniu naukowca z CIA tkwi ziarno prawdy. Oficjalne źródła czasami przedstawiają sprzeczne wersje zdarzeń. Warto dodać, że chociaż minęło ponad pół wieku, rządy wciąż stoją na straży swoich tajemnic. Zawierająca sześćdziesiąt pięć stron teczka Betty w aktach FBI jest w znacznej części ocenzurowana, wrażliwe dokumenty w Archiwum Narodowym zostały opatrzone klauzulą: „Utajniono na prośbę obcego rządu ze względu na kwestie bezpieczeństwa narodowego”, a materiały zebrane przez H. Montgomery’ego Hyde’a – kolegę Betty z brytyjskich tajnych służb z czasów wojny oraz autora jej pierwszej biografii – i przekazane przez niego na rzecz Churchill College w Cambridge poddano surowej redakcji. Część tych zbiorów jest „tajna bezterminowo”; służby wywiadu usunęły pojedyncze dokumenty, a niektóre z nich pozostają „tajne do 2041 roku”.

Niemniej – jeszcze raz podkreślam – historia, którą przedstawiam, jest prawdziwa. Na kształt tej opowieści szpiegowskiej, z elementami psychologicznej historii detektywistycznej, wpłynęły odkryte przeze mnie fakty. Kiedy istniały dwie (lub więcej) wersje wydarzeń, wybierałem tę, która zdawała się bardziej sensowna. Dialogi cytuję bezpośrednio ze źródeł, a kiedy przedstawiam monologi wewnętrzne bohaterów – ich myśli lub uczucia – to robię to za pamiętnikami, dziennikami i listami. Na końcu książki znajduje się spis źródeł uporządkowany według rozdziałów.

H.B.

Część I

Podbój zamku

Rozdział 1

Betty Pack starannie zaplanowała swoją ucieczkę. Często, może nawet nazbyt często, działała pod wpływem impulsu – sama nieraz przyznawała, że to jej największa wada – ale tę operację świadomie przygotowała z żelazną, chociaż od jakiegoś czasu uśpioną dyscypliną, której nabyła kilkadziesiąt lat wcześniej podczas niebezpiecznych akcji szpiegowskich. Jednak tego wietrznego dnia, 1 marca 1963 roku, Betty – znana w małej wiosce pod murami średniowiecznego zamku we francuskiej części Pirenejów jako madame Brousse, właścicielka Castelnou, a wcześniej, jeszcze mniejszej grupie ludzi, jako agentka o kryptonimie Cynthia – miała wątpliwości.

Betty od kilku miesięcy cierpliwie przygotowywała przynętę, potem zarzucała wędkę, upewniając się, że ryba połknęła haczyk, lecz teraz, kiedy wystarczyło już tylko wyciągnąć zdobycz na brzeg, nagle ogarnęła ją niepewność. Stała na blankach zamku, jakby czekała na wroga – samotna postać wpatrzona nieobecnym wzrokiem w bór sosnowy w oddali. Surowy wiatr wiał z północnego zachodu, skowycząc niczym armia najeźdźców. Ale Betty nie zwracała uwagi na żywioły. Potężny wiatr – który strwożona lokalna ludność nazywała tramontane – był niczym w porównaniu z huraganem szalejącym w jej głowie.

Wyszła z wprawy. Straciła urok. Skończyła pięćdziesiąt trzy lata i czuła się za stara. Gorzej – nawet wyglądała za staro. Żałosnym, głupim marzeniem ściętej głowy była wiara w to, że kobieta w średnim wieku jest w stanie zniewalać swoim urokiem tak samo, jak wtedy gdy miała lat dwadzieścia dziewięć. Jej samobiczowanie przedłużało się, a każdy kolejny zarzut, który sobie stawiała, stanowił bolesne powtórzenie fundamentalnej, niepodważalnej prawdy – że życie, prawdziwe życie, zawsze ustępuje przed wiekiem.

W jednej chwili Betty znalazła w sobie dosyć silnej woli. Czy był to po prostu nagły przypływ dawnej odwagi? Czy ponownie uświadomiła sobie, że – jak niegdyś sama napisała – „frustracja nigdy nie prowadzi do szczęścia”? A może doszła do wniosku, że sprawy już zaszły za daleko i nie ma odwrotu?

Betty, Charles oraz ich szofer przed ukochanym rolls-royce’em

Bez względu na przyczynę – lub, co równie możliwe, wiele przyczyn – Betty, jak sama wspomina ten moment, z werwą przystąpiła do wykonania planu. Nie wahając się już, zeszła po wysłużonych kamiennych stopniach, a potem przemierzyła długim sprężystym krokiem taras, na którym już zaczęły kwitnąć migdałowce. Znalazła się na brukowanym dziedzińcu, gdzie stał rolls-royce. Za kierownicą siedział szofer. Mąż Betty, Charles, czekał na tylnym siedzeniu. Jego obecność była zgrabną przykrywką, uprawdopodabniającą drobiazgowo przygotowane spotkanie, które miało się wkrótce odbyć.

Kiedy Betty zajęła miejsce koło Charles’a na miękkiej skórzanej kanapie z tyłu rolls-royce’a, samochód – także będący świetnie zakonserwowanym reliktem minionej epoki – wolno ruszył. Przejechał pod wąskim kamiennym łukiem, który stał tam od kilkuset lat, a potem skierował się w dół zbocza, oddalając się od Castelnou.

Nabierając prędkości, ciężki pojazd kołysał się na krętej żwirowej drodze, na której w 1289 roku oddziały Jego Królewskiej Mości Jakuba II z Majorki przypuściły śmiały atak na pozornie nie do zdobycia twierdzę na wzgórzu. To zadanie zdawało się niewykonalne, jednak mąż Betty wiele razy opowiadał z niemal nabożną czcią historię zaciekłej walki, podczas której najeźdźcy zaatakowali zamek i zdobyli go.

O poranku tamtego wietrznego dnia Betty podążała tą samą drogą co owa nieustraszona średniowieczna armia. Wyzbyła się resztek obaw, niepewności i tremy. Znowu trwała wojna, a ona jako doświadczona agentka wiedziała, że wątpliwości to po prostu jeden z wrogów, których trzeba zwalczyć. Wróciła jej pewność siebie. Była w doskonałym nastroju: już widziała się, jak wraca z podziemia i wznosi się wysoko nad ograniczające ją mury zamku. To była jej wielka ucieczka. Inny stary szpieg przerwał emeryturę, żeby ją uratować.

Dlaczego ta operacja miała tak wielkie znaczenie? Dlaczego determinacja Betty była tak silna, a jej decyzja o ucieczce – ostateczna? Dlaczego w ogóle chciała uciec? Misja, która ją czekała, miała wiele celów – niektóre z nich Betty była w stanie zdefiniować, inne wymykały się zrozumieniu, należały do sfery ledwo uświadamianej, instynktownej logiki. Przyciśnięta do muru, umiałaby wskazać najważniejsze zdarzenia, które zadziałały jak katalizator na jej decyzję, ale naprawdę dojrzewała do niej już od jakiegoś czasu. Bez wątpienia ten plan po cichu nabierał kształtów dłużej, niż sama Betty była w stanie to ocenić.

Część energii, która popychała ją do działania, wynikała z bardzo prostej przyczyny: zmęczyły ją nuda i stagnacja codziennego życia. Początkowo przeprowadzka do bajkowego zamku, który majestatycznie przysiadł na wysokiej skale we francuskiej części Pirenejów, jawiła się jej jako nowa przygoda. Betty łatwo dawała się ponieść emocjom, zatem kusiła ją przyszłość osłodzona odurzającym dreszczykiem miłosnych uniesień. Po wojnie Charles, mężczyzna układny, szarmancki, dojrzały i tak bardzo francuski w swoim poświęcaniu się życiowym pasjom, wyrwał ją ze staromodnej, statecznej Ameryki.

Betty odkryła z dziecięcym zachwytem, że zamek był niczym plaster miodu: pełen wspaniałych, przestronnych komnat, oświetlonych miękkim blaskiem świec i ogrzewanych za pomocą wielkich jak pnie drew płonących niemal przez cały rok w kominkach, ciemnych i głębokich niczym pieczary. W leżącej przy murach wiosce, sielskim skupisku domów z czerwonymi dachami, znajdował się kościół wzniesiony za czasów Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Pulchny ksiądz zdawał się na tyle stary, że z powodzeniem mógł uczestniczyć w ceremonii kładzenia kamienia węgielnego pod budowę tej świątyni. Nie brakowało też obowiązkowej kafejki, gdzie serwowano w karafkach tanie, cudownie słodkie czerwone wino, przemycane w dębowych beczkach z sąsiedniej Hiszpanii. Betty postanowiła, że od tej pory to będą jedyni ludzie potrzebni jej do szczęścia.

W pogodnych listach do domu pisała, że po „latach tułaczki” i po intensywnym okresie wojny nadszedł czas, by zwolnić i w końcu osiąść. Ponadto po pozbawionym miłości małżeństwie z poważnym, oschłym człowiekiem, którego ograniczały surowa brytyjska natura i właściwe dyplomatom poczucie własności, wszystko wskazywało na to, że żyjąc u boku Charles’a, będzie na swój sposób opływała w luksusy i bogactwa. Gdy więc Betty przeprowadziła się do Castelnou, tryskała optymizmem charakterystycznym dla nowożeńców.

Jednak żyjąc z dnia na dzień przez długie dwadzieścia lat jako pani na tych odludnych, zacofanych włościach, zaczęła postrzegać sprawy z innej, mniej fascynującej perspektywy. Zamek z zimnego, twardego kamienia stał się dla niej więzieniem. „Oddałabym wszystko, żeby zostawić tę twierdzę i zamienić ją na małe praktyczne mieszkanko. Piętnaście lat temu sprawiała mi radość, ale dzisiaj jest dla mnie ciężarem” – pisała do swojej byłej szwagierki.

Château de Castelnou, zamek Betty we francuskiej części Pirenejów

Wioska też straciła swój urok. Stała się ciasna i prowincjonalna. A atrakcyjna dojrzałość Charles’a z upływem lat przerodziła się w uciążliwą starość.

Charles był niemal dwadzieścia lat starszy od Betty, ale zdawało się, jakby to było kilka pokoleń, odkąd ze stoickim spokojem zaakceptował fakt, że w życiu pozostało mu już tylko dreptać ostrożnym, powolnym krokiem do końca podróży. „Nigdzie się stąd nie ruszamy, ani do Londynu, ani do Paryża, bo Charles (już skończył siedemdziesiąt jeden lat!) nie znosi powojennego miejskiego życia” – żaliła się w jednym z przepojonych bólem i frustracją listów, które wysyłała ze swojego więzienia.

Ich miłość z upływem lat też ewoluowała. Jeden z gości odwiedzających château zwrócił uwagę, że małżeństwo Betty było oparte na wygodzie i zażyłości. Jawiło się jako ciepła bliskość dwojga osób, które łączyło uczucie poufałego i troskliwego poświęcenia; Betty poprawiała poduszkę pod plecami Charles’a, gdy ten czytał na słonecznym tarasie, albo czule otulała pledem jego kolana, kiedy siedział przed olbrzymim kominkiem w salonie, a za oknami nocny wiatr spływał grzbietami górskimi z Hiszpanii. Zapewniali sobie przyjaźń i towarzystwo. Jednocześnie w tych skomplikowanych czasach Betty nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to już jej nie wystarcza.

Tęskniła za roześmianą, elektryzującą, trawiącą wszystko radością, prawdziwą pasją. Jej brak doskwierał, wywoływał trwały, nieprzerwany ból, utrzymywał ją w stanie ciągłego napięcia, przenikał do jej świata, burząc go. Niezaspokojona, zaczęła nabierać przekonania, że ta bajka potrzebuje innego zakończenia. Marzyła o przystojnym księciu, który podbije zamek i ją uwolni.

To nie wszystko. Jej sprzeczne emocje jeszcze bardziej podsyciła śmierć dwojga ludzi. Każda z nich była niespodziewana, a obie wywołały olbrzymie napięcie, które Betty z trudem rozładowała. Sądziła, że udało jej się zepchnąć przeszłość na daleki plan, ale w następstwie tych dwóch zgonów zrozumiała, że tylko się łudziła. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że jej historia oraz dokonywane wybory to tajemnice, przed którymi nie da się uciec.

Jedną z tych dwóch tragedii była śmierć jej matki. Uzmysłowienie sobie, że matka zestarzeje się i pewnego dnia odejdzie, było dla Betty bolesne, jednak rzeczywiste doświadczenie jej śmierci – to zupełnie inna sprawa.

Nie chodzi o to, że szczególnie kochała matkę. Szczerze mówiąc, nawet nie bardzo ją lubiła czy szanowała. W gruncie rzeczy wszystkie lekcje życiowe, których udzieliła Betty pani Cora Thorpe – bywalczyni salonów o zdrowym wyglądzie, ale chłodna i wyrachowana – zostały wyrażone za pomocą krytyki i reprymend. Betty żyła w stanie ciągłego buntu przeciwko ambitnym planom towarzyskim matki oraz jej maksymom, mówiącym o tym, jak powinny się zachowywać panny z pewnych warstw społecznych, zajmujące uprzywilejowaną pozycję dzięki pochodzeniu z określonego rodzaju domów.

Cora Wells Thorpe, matka Betty, tuż przed śmiercią

W pierwszej chwili Betty poczuła, że śmierć Cory uwolniła ją od jej manipulacyjnego wpływu. Z wymowną obojętnością podjęła próbę przeniesienia ich burzliwych relacji do annałów historii. „Nie zgadzała się ze mną, a ja nie zgadzałam się z nią” – zwierzyła się szczerze koleżance z czasów wojny. „Można by powiedzieć, że ona była persem, a ja – kotem syjamskim”.

Gdy myślała już, że pogodziła się ze śmiercią matki, poczuła się nią przytłoczona. Jej umysłem zawładnęły sceny z dzieciństwa, nieskazitelny świat szkół z internatem, balów debiutantek, wiejskich klubów i wielkich podróży po Europie. Zabliźnione rany znowu się otworzyły. Cora ponownie walczyła z córką, tym razem zza grobu, a po każdej takiej potyczce Betty czuła się skołowana. Po raz pierwszy od początku tej odwiecznej wojny domowej Betty miała wyrzuty sumienia.

Ale w prawdziwą rozpacz wpędziła ją śmierć syna. Trzy miesiące po odebraniu Krzyża za Wybitną Odwagę, wykazaną podczas ataku w pewną bezgwiezdną noc na pozycje wroga w głębi górzystej krainy w Korei, dowódca plutonu porucznik Tony Pack, po raz kolejny zuchwale nacierając, stracił życie. Zginął na polu walki jako dwudziestodwuletni bohater.

Dla Betty to, że śmierć syna była bohaterska, stanowiło niewielkie pocieszenie. W jej oczach Tony, przystojny „niczym młody Rupert Brooke”, nagle odszedł na zawsze. Wraz z jego śmiercią skruszała też starannie wzniesiona tama, od dawna powstrzymująca strumień matczynego poczucia winy. Nie mogła dalej usprawiedliwiać swojego postępowania ani dystansować się od niego.

Prawda, niestety, była gorzka – kilka tygodni po narodzinach Tony’ego Betty i jej mąż niefrasobliwie oddali chłopca na wychowanie do rodziny zastępczej. W ciągu kolejnych lat, kiedy Betty uganiała się za przygodami po całym świecie, udało jej się wygospodarować trochę czasu tylko na trzy spotkania z synem i na napisanie do niego zaledwie kilku listów. Teraz, gdy już było za późno, opłakiwała go tak, jakby ogarnęła ją bezgraniczna, dojmująca skrucha.

Dlaczego tak się zachowywała? Jak to możliwe, że z jednej strony czuła wielką pasję do wielu rzeczy, a z drugiej była jakby pozbawiona serca? Jak to się stało, że z taką łatwością zdradzała wszystko, na czym powinno jej zależeć? Dlaczego jej lojalność – wobec Tony’ego, pierwszego męża, Charles’a, matki i wobec życia, które ułożyła sobie w Castelnou – okazywała się taka ulotna, tak efemeryczna? Nie umiała znaleźć odpowiedzi na tę nagłą lawinę pytań.

Betty stwierdziła, że potrzebuje oczyszczenia umysłu. Doszła do wniosku, że nadszedł czas, by znaleźć przyczyny takiego, a nie innego stylu życia, postępowania i wyborów, których dokonała. Aby odzyskać wewnętrzny spokój, musiała odkryć, dlaczego nałogowo zawodziła tych, których kiedyś kochała, a jednocześnie z taką lojalnością i poświęceniem służyła szefom siatki szpiegowskiej. Chciała zrozumieć, dlaczego była wybrakowaną żoną, córką i matką, a jednocześnie tak doskonałym szpiegiem.

Czuła, że prawda znajduje się w zasięgu ręki. Najpierw jednak musiała zbiec z więzienia, którym stało się jej życie. Musiała dać sobie szansę.

Rozdział 2

Szansa pojawiła się niespodziewanie, a Betty, która już powzięła stanowczą decyzję, nie wahała się ani chwili, wiedziała jednak, że nie powinna się spieszyć – ta operacja należała do długoterminowych. I właśnie w takich sytuacjach jej kunszt najbardziej błyszczał. Betty była bardzo utalentowana, a kiedy chodziło o sztukę uwodzenia, zachowywała bezceremonialny luz i swobodę – dopóki nie nadszedł moment ataku.

Jesienią 1962 roku córka koleżanki z czasów wojny przysłała jej wycinek z londyńskiego „Sunday Times”. Był to fragment dopiero co opublikowanej biografii jej dawnego szefa, sir Williama Stephensona, zręcznego dyrektora wtedy głównie tajnych operacji brytyjskiego wywiadu w Stanach Zjednoczonych podczas nerwowych lat poprzedzających atak na Pearl Harbor, a także w późniejszym okresie. Ważne miejsce w tej publikacji zajmowała wzmianka o brawurowych dokonaniach pewnej tajnej agentki – dzielnej kobiety, która w imieniu króla, państwa i interesów alianckich niemal w pojedynkę wygrała wojnę, a terenem jej walki nie była linia frontu, lecz sypialnie wpływowych osób. Agentka została skromnie nazwana pseudonimem operacyjnym Cynthia.

Autorem tego artykułu był Harford Montgomery Hyde – człowiek, którego Betty kiedyś poznała. Pewnego dusznego popołudnia w sierpniu 1941 roku poszła do ponurego hotelu w centrum Manhattanu, żeby odebrać instrukcje od jednego ze swoich zwierzchników. W pokoju był też, w roli obserwatora, Hyde, agent brytyjskiego wywiadu. Nie mówił zbyt wiele; pierwsze skrzypce grał starszy rangą oficer. Ale pomimo milczenia Hyde zrobił na niej duże wrażenie – wysoki, pewny siebie mężczyzna w mundurze kapitana, o przenikliwym spojrzeniu ciemnych oczu, przyjaznym uśmiechu, mówiący z irlandzkim akcentem, który zdawał się skrzętnie ukrywać.

Po spotkaniu przełożony został w pokoju, a Betty i Hyde wyszli na Madison Avenue. Hyde zatrzymał się w hotelu Ritz-Carlton przed wyjazdem na nową misję, o której jako weteran pracy w wywiadzie nie chciał mówić, żeby nie narażać jej na niebezpieczeństwo. A jeśli chodzi o Betty, to musiała złapać lot do Waszyngtonu – ją też czekało tajne zadanie. Kiedy żegnali się przed drzwiami hotelu, Hyde powiedział:

– Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.

To życzenie się nie spełniło: wojna rządzi się swoimi prawami, stawia nieprzewidziane przeszkody. Ale Betty nie zapomniała magnetycznego uroku tego młodego oficera wywiadu, który niemal zawrócił jej w głowie podczas tamtego krótkiego spotkania.

Teraz, po tylu latach, napisał o niej w gazecie. Zdumiewające!

Coraz bardziej zaskoczona Betty czytała dalej. Zdziwiła się, znajdując w artykule dosłowne cytaty ze swoich raportów. Zrozumiała, że Hyde „musiał mieć bezpośredni dostęp do [jej] teczki”. Zdawało jej się niemożliwe, by tajemnice biura mogły być tak swobodnie przedstawiane opinii publicznej. Jednocześnie zadała sobie pytanie, czy to mniej nieprawdopodobne niż fakt, że część jej sekretnego życia została ujawniona akurat wtedy, gdy sama próbowała je zrozumieć.

Kończąc czytać wycinek z „Timesa”, już miała w głowie gotowy plan operacji. Zdobyła adres londyńskiego wydawcy książki Hyde’a i wzięła się do roboty. Pierwszym krokiem do celu był krótki, na pierwszy rzut oka niewinny list:

15 listopada 1962 r.

Szanowny Panie Montgomery,

otrzymałam od koleżanki fragment Pańskiej książki […]. Moje serce wypełnia nostalgia za tamtymi czasami […].

Wciąż pamiętam nasze spotkanie w sierpniu 1941 roku […]. Z wielką przyjemnością ponownie spotkałabym się z Panem. Jest Pan jednym z symboli szczęśliwych chwil, które nawet w czasach wojny przeżywają ludzie połączeni wspólną sprawą […].

Z poważaniem

Cynthia

(Mme Charles Brousse)

Nadzwyczaj szybka odpowiedź niewątpliwie dodała Betty animuszu – operacja ruszyła. Przeszkodą była sugestia Hyde’a, by Betty i jej mąż spotkali się z nim podczas następnej podróży do Londynu albo Paryża. Jedną z niepodważalnych zasad pracy wywiadowczej był fakt, że to agent prowadzący akcję ustala warunki spotkania, a Betty nie zamierzała rezygnować z kontrolowania sytuacji. Czym prędzej wyznaczyła reguły, a jednocześnie przygotowała grunt pod swoją koncepcję:

12 grudnia 1962 r.

Drogi Panie Montgomery,

minęło już tyle czasu, że chyba mogę sobie pozwolić na pewne wyznanie. Po naszym spotkaniu bardzo chciałam znowu Pana zobaczyć… Od tamtej pory wiele razy o Panu myślałam… Proszę sobie zatem wyobrazić, jak bardzo się cieszę, że znowu nawiązaliśmy kontakt. I jak bardzo jestem podekscytowana myślą o naszym spotkaniu. Większość czasu spędzamy na miejscu, nie podróżujemy do Londynu ani do Paryża […]. To, czy się zobaczymy, zależy więc jedynie od Pana. Jeśli zechce Pan wybrać się w Pireneje, na pewno nie będzie Pan żałował. Moglibyśmy się wybrać do S’Agaró (Costa Brava), żeby spędzić dzień w raju na ziemi.

Brak mi słów, żeby wyrazić, jak bardzo zależy mi na Pańskim przyjeździe, bo chciałabym być blisko Pana, słuchać Pańskich słów i cieszyć się Pańską obecnością.

Na zawsze oddana

Cynthia

Minęły trzy długie tygodnie niepewności, zanim przyszła odpowiedź, ale kiedy w końcu Betty ją dostała, wyczytała z niej obietnicę, że Hyde nie tylko spotka się z nią na jej własnym terenie, ale też będzie chciał, żeby wspólnie popracowali nad „serią artykułów, z których później może powstać książka”. Zawierała też ostrzeżenie mogące oznaczać, że Betty zagrała nieco zbyt brawurowo – Hyde stanowczo przypomniał jej, że jest żonaty i że nie powinna pisać w swoich listach niczego, co mogłoby dać jego żonie powody do niepokoju.

Podczas każdej operacji zdarza się taki moment, gdy działający w pojedynkę agent zdaje sobie sprawę, że szala powodzenia akcji może w każdej chwili przechylić się albo na jedną, albo na drugą stronę. Betty właśnie dotarła do tego punktu – uświadomiła sobie, że jej metoda była za bardzo bezpośrednia. Widocznie wyszła z wprawy: za długo pozostawała poza obiegiem. Jednak nie wpadła w panikę. Od razu przystąpiła do działania. Nieco otuchy dodał jej fakt, że reprymenda udzielona jej przez Hyde’a dotyczyła jednej konkretnej rzeczy: jej listy, i tylko listy, miały oszczędzić jego żonie powodów do niepokoju.

28 stycznia 1963 r.

Mój Drogi (to okropne „Panie Montgomery” brzmi zbyt formalnie!), martwiło mnie Twoje długie milczenie. Już zaczęłam podejrzewać, że szczerość, na którą odważyłam się w poprzednim liście […] zdenerwowała Cię […]. Możliwe, że dałam się ponieść emocjom w ostatnich listach do Ciebie i […] powinnam zachować większą wstrzemięźliwość w wyrażaniu myśli […] oraz uczuć. Proszę, nie przejmuj się, nie zawiodę Cię, nie przysporzę Ci zmartwień […].

Zawsze Twoja

Cynthia

Musiała się powstrzymywać, żeby nie poruszyć tematu możliwej współpracy ani tym bardziej jego odwiedzin. Wyciągnęła wnioski ze swoich błędów. Oczywiście zależało jej na tym, żeby go wtajemniczyć w swój plan, zachęcić do działania, ale zachowała powściągliwość. Wiedziała, że jeżeli operacja ma się udać, cel nie może się czuć do niczego zmuszany: Hyde musiał wierzyć, że sam podejmuje decyzję o kolejnym kroku ku swojej zgubie.

Ta strategia okazała się skuteczna. W następnym liście Hyde już się nie skarżył. Zamiast tego płaczliwym tonem pytał, czy zastanowiła się nad jego pomysłem. Jeśli jest zainteresowana napisaniem artykułów, „z radością [wybierze się] w Pireneje, żeby o tym porozmawiać”.

Betty zapewniła go, że jego propozycja jest „w stu procentach do przyjęcia”. „Powiem Tobie – i tylko Tobie – wszystko, co chciałbyś wiedzieć”.

Następnie Hyde zatelefonował z Londynu, żeby potwierdzić szczegóły, i umówili się na spotkanie. Betty miała czekać na małej stacji kolejowej w pobliskim Perpignan na ekspres z Paryża rano 1 marca. Uprzedziła go, że rozgrzane słońcem, leniwie obmywane błękitnymi wodami Morza Śródziemnego wybrzeże w S’Agaró jest oddalone o dwie godziny jazdy samochodem; powinni dotrzeć do hotelu Gavina w samą porę na zapiekane homary i butelkę schłodzonego Sancerre na hotelowym tarasie.

W liście mającym służyć utrzymaniu kontaktu Betty wyraźnie potwierdziła, że będzie gotowa do pracy: „Przygotowałam teczkę, do której spakuję cztery grube bruliony, kilka ołówków i ryzę kalki”. Jednocześnie kontynuując wyrachowany flirt, dodała: „Cóż to za błoga myśl, że już wkrótce będziesz przy mnie […]. Nie mogę się doczekać”. Lata szkoleń dały o sobie znać pod koniec listu – Betty udzieliła Hyde’owi wyraźnych instrukcji, w jaki sposób ją pozna: włoży futro, a na głowie będzie miała niebieską chustkę.

Podczas swojej kariery Betty zaaranżowała dosyć spotkań, by wiedzieć, że agent zawsze musi być przygotowany na nieprzewidziane sytuacje. W dniach poprzedzających rendez-vous z Hyde’em przyszło jej na myśl sto różnych możliwych katastrof. Hyde mógł złapać grypę i zostać w Londynie. Mógł się spóźnić na pociąg w Paryżu. Francuska kolej mogła wybrać ten dzień na ogłoszenie jednego ze swoich spontanicznych strajków. Nieszczęście zdawało się tym pewniejsze, im bardziej zbliżała się data spotkania.

Jednak rankiem 1 marca, kiedy rolls-royce Betty zatrzymał się na stacji, a szofer wysiadł, żeby otworzyć jej drzwi, poczuła się niemal sparaliżowana nową obawą: „Nie pozna mnie. Za bardzo się zmieniłam. Jestem już za stara”.

W tym samym czasie Hyde’a dręczyły podobne myśli. Przed dwudziestoma dwoma laty, kiedy pierwszy raz spotkał Cynthię, był nią oczarowany. Przed wizytą w tamtym hotelu miał wielkie oczekiwania, bo wyczyny Cynthii, jej sukcesy w zdobywaniu największych tajemnic dzięki umiejętności uwodzenia mężczyzn, którzy powinni bardziej mieć się na baczności, były już legendarne w elitarnym, tajnym świecie, w którym się obracał. Później pisał, że rozpalona wyobraźnia podsuwała mu obraz kusicielki o zmysłowych krągłościach i uwodzicielskim, zapraszającym wzroku. Kobieta, którą ujrzał, nie miała nic wspólnego z tym wizerunkiem.

Cynthia była wysoka, szczupła i odznaczała się arystokratyczną urodą. Blond włosy w odcieniu bursztynu pragmatycznie sczesywała z szerokiego czoła, a jej powabną szyję zdobił pojedynczy sznur pereł. Kogoś takiego można by raczej spotkać na tarasie klubu dla śmietanki towarzyskiej. Mogłaby też wydawać uroczyste obiady w swojej rezydencji, z mężem bankierem siedzącym naprzeciw niej przy stole. W jej oczach migotały ogniki, a na twarzy pojawił się szeroki, entuzjastyczny uśmiech. Mimo to Hyde poczuł lekkie rozczarowanie – nic nie wskazywało, że była kimś więcej niż atrakcyjną, młodą, „zdrową Amerykanką z krwi i kości”.

Kiedy Betty zaczęła mówić, jej głos brzmiał cicho, niemal jak szept, a jednak zdawał się zdecydowany. Śmiała się swobodnie, lecz ani na chwilę nie spuszczała oka z Hyde’a, niczym strzelec przymierzający się do strzału. W jednej chwili uwolniła go od jego wszystkich uproszczeń i stereotypów. „Miała w sobie wręcz przerażającą moc, a może magnetyzm” – twierdził później. Po głowie krążyło mu pytanie: „Co ten niespokojny tygrys robi […] w tak konwencjonalnym przebraniu?”.

Spędził w jej towarzystwie nieco ponad godzinę, ale to wystarczyło, żeby odcisnęła trwałe piętno w jego pamięci. Obezwładniła go promiennym uśmiechem i lśniącymi, szmaragdowymi oczami – zdawało się, że zagląda prosto w jego duszę. Połknął haczyk. Dobrze wiedział, że „to odwieczny kobiecy fortel – sprawić, żeby mężczyzna poczuł się tak, jakby cały świat obracał się wokół niego, ale Cynthia rozwinęła tę zdolność do entej potęgi”. „Od razu odczułem na własnej skórze jej działanie” – pisał.

Jednak stojąc z walizką w dworcowej poczekalni, Hyde nie mógł się pozbyć trzeźwej refleksji, że to były dawne czasy. Wiedział też, że tamto pierwsze wrażenie na pewno zostało wzmocnione przez romantyczną otoczkę wojny – intensywnych czasów, kiedy każdy dzień oznaczał walkę życia ze śmiercią. Niewątpliwie sam też się zmienił przez ostatnie dwadzieścia lat.

Skończył pięćdziesiąt sześć lat, w oknie poczekalni widział odbicie okrągłej twarzy mężczyzny w średnim wieku, z brzuchem, który już coraz mocniej napierał na guziki tweedowej kamizelki. Chociaż czerpał nieco przesadną dumę z faktu, że jego gładko zaczesane na brylantynę włosy wciąż są gęste i ciemne, nie dało się zaprzeczyć, że na skroniach już pojawiła się siwizna. Nie – skrytykował się z pewną dozą filozoficznej rezygnacji. Minęło już kilkadziesiąt lat od czasów, gdy ktoś, kto nawet prawidłowo zidentyfikowałby jego jedwabny krawat jako symbol renomowanego college’u w Oksfordzie, mógłby go wziąć za studenta. Dlaczego z Betty czas miałby się obejść łaskawiej? Mimo tych myśli miał nadzieję, że szkody wyrządzone przez upływ lat nie były szczególnie okrutne.

A potem ją ujrzał. Śmiało szła przez poczekalnię – w futrzanym płaszczu, z niebieską chustką na jasnych włosach, wysoka, uwodzicielska i niezwykle ponętna. W mgnieniu oka ocenił, że: „jej elektryzująca moc ani trochę nie zmalała”.

Betty podeszła płynnym, szybkim krokiem i raptownie zatrzymała się tuż przed nim. Oboje stali bez ruchu. Oddaleni od siebie o niecałe pół metra, przyglądali się sobie. W końcu Hyde przerwał milczenie.

– W ogóle się nie zmieniłaś – powiedział.

Betty była wzorową uczennicą szkoły wywiadu. Wiedziała, że słowa szpiega nic nie znaczą, a im szczerzej są wypowiadane, tym mniej w nich uczciwości. Jednak tym razem uwierzyła mu.

Rozdział 3

Hotel Gavina wznosił się nad długim skalistym cyplem wychodzącym w Morze Śródziemne. Był to majestatyczny hiszpański kompleks wypoczynkowy. Na stołach w jadalni królowały ciężkie srebra, a szerokie łóżka słano nakrochmaloną gęsto tkaną pościelą. Ale ten hotelowy odpowiednik starszej damy miał duszę kusicielki.

W dzień łagodne fale rytmicznie obmywały brzeg, jasne słońce grzało na tarasie, gdzie serwowano zaskakująco mocną sangrię w dużych karafkach, a woda w niesamowicie błękitnym basenie migotała niczym kryształ. W nocy nastrój był podobny, ale jeszcze bardziej intensywny. Świece mrugały na stołach, w kominkach płonęło aromatyczne drewno, gitarzysta flamenco brzdąkał ciche melodie, gwiazdy odbijały się w spokojnej, ciemnej tafli morza, a księżyc oświetlał szeroką ścieżkę wiodącą na piaszczystą plażę.

Betty była w swoim żywiole. Niczym generał przed bitwą, pewny, że topografia działa na jego korzyść, przystąpiła do realizacji następnego etapu misji.

Teczka, o której pisała w liście, była jedynie elementem kamuflażu, zresztą niezbyt wyrazistym, mimo to pierwszego wspólnego dnia Betty sprawiała wrażenie, jakby do S’Agaró sprowadziły ją przede wszystkim interesy. Zdawała się całkowicie pochłonięta propozycją współpracy literackiej, pozwalając, żeby słońce, gwiazdy oraz sangria rzucały na wszystko swój usypiający zmysły czar.

Następnego dnia Betty i Hyde zostali kochankami. Kto pierwszy odważył się dotknąć dłoni drugiego? Kto zdobył się na pierwszy pocałunek? Odpowiedzi na te pytania pozostają częścią na zawsze utajnionej historii tej operacji. Ale prawdę mówiąc, są to nieistotne szczegóły. Ziarno tego romansu zostało zasiane parnego popołudnia w sierpniu 1941 roku. Korespondencja zastąpiła zaloty, a kiedy Betty przejęła kontrolę nad sytuacją, rezultat był łatwy do przewidzenia.

Spędzili w hotelu jeszcze dwa czułe dni, kochając się w pokoju Hyde’a z godną pozazdroszczenia punktualnością – zawsze o dziesiątej rano i o trzeciej po południu. Hyde, dumny niczym satyr, opisywał przyjacielowi te schadzki jako „namiętne”. Później Betty, zadowolona kusicielka, wysłała Hyde’owi wycięty z gazety artykuł dotyczący pewnego skomplikowanego rozwodu, który bez konkretnego powodu przykuł jej uwagę. Na marginesie dopisała z fałszywą skromnością lakoniczne słowa – szyfr mający pobudzić jego pamięć: „S’Agaró… 10.00 i 15.00”.

Gdzie był mąż Betty, gdy ona oddawała się czułościom? Zapewne niezbyt daleko – kompleks hotelowy nie był aż tak wielki. Czy Charles niczego nie podejrzewał? Czy po prostu przyjmował wszystko ze stoickim spokojem? Może doszedł do wniosku, że to niewielka cena za znacznie większą satysfakcję z tego, że każdej nocy Betty wróci do jego pokoju i zaśnie w jego łóżku.

Zdaje się, że dwulicowość nie wywoływała wyrzutów sumienia u Betty ani u Hyde’a. Na pewno nie wahali się, nie mieli oporów przed łamaniem przysiąg małżeńskich ani serc swoich partnerów. Ich wspólne chwile rządziły się własną logiką i moralnością. Oboje tak długo żyli jako szpiedzy, że kłamstwa i zdrady były ich chlebem powszednim.

Kości zostały rzucone. Betty mogła przejść do następnego etapu misji. Jednak podejmując kolejny krok, na pewno nie zdawała sobie sprawy, że sama była wykorzystywana.

Powszechną cechą uczestników „wielkiej gry” jest panujące wśród agentów przekonanie, że mają monopol na manipulację. Rzadko się zdarza, by agent przyjął do wiadomości, że jego cel może mieć własny ukryty plan. Albo że ofiara może rozmyślnie pozwolić na zarzucenie sobie pętli na szyję. Pomimo swojej przebiegłości Betty zapewne nie domyśliła się, jak bardzo jest potrzebna staremu szpiegowi – ani jak bardzo go interesuje to, co miała do zaproponowania.

Początkowo Betty zamierzała skusić go pieniędzmi – złotą marchewką, na którą wielu dało się złapać. Miała nadzieję, że w ten sposób zdobędzie jego zainteresowanie. Bądź co bądź komu nie spodobałaby się wizja podreperowania stanu konta? Ale Betty nie przewidziała, jak niebezpieczne były wody, w których pływał Hyde. Jeszcze nie zbankrutował, ale jego sytuacja finansowa pozostawiała wiele do życzenia. Każdy kolejny miesiąc był dla niego coraz bardziej dokuczliwy, bo skromna pensja nie wystarczała na opłacanie rachunków.

Po wojnie Hyde opuścił MI6, żeby zająć się eklektyczną, imponującą karierą zawodową. Wiele razy zmieniał pracę – był zatrudniony jako adwokat, sekretarz osobisty siódmego markiza Londonderry, poseł Ulsterskiej Partii Unionistycznej do parlamentu reprezentujący rodzinny Belfast, dopóki partia nie przestała go popierać po jego głośnej kampanii za złagodzeniem drakońskich praw dotyczących homoseksualizmu, kontynuował karierę jako płodny pisarz, autor między innymi trzech książek na temat Oscara Wilde’a (obite boazerią pokoje Wilde’a w Magdalen College kilka pokoleń później były oksfordzką stancją Hyde’a), a także jako wykładowca historii i nauk politycznych na Uniwersytecie Pendżabskim w Lahaur w Pakistanie. Hyde porzucił uniwersytet za namową szefa siatki szpiegowskiej sir Williama Stephensona, który przyznał mu stypendium w zamian za napisanie jego biografii. Życie Hyde’a było bogate i satysfakcjonujące, ale naznaczone chronicznym brakiem pieniędzy.

Jako Irlandczyk próbujący wyrobić sobie pozycję społeczną wśród śmietanki towarzyskiej Londynu, Hyde wstydził się swoich skromnych korzeni. Liczył na to, że trochę blichtru – szyte na miarę stroje, mieszkanie w modnym Knightsbridge, członkostwo w elitarnym londyńskim klubie, a także pochodząca z dobrego domu żona o wysmakowanym guście (pod koniec wojny pierwsza żona Hyde’a uciekła z jego kolegą po fachu, przystojnym oficerem MI6) – pomoże mu stworzyć iluzję, że jest brytyjskim dżentelmenem z rodziny o wojskowych tradycjach; nagłówek jego papeterii w parlamencie dumnie głosił: „ppłk w st. sp. H. Montgomery Hyde”. Wizerunek, który starał się tworzyć, słono go jednak kosztował. Hyde nieustannie miał kłopoty z regulowaniem rachunków.

Jego biografia Stephensona pod tytułem The Quiet Canadian1 spotkała się z przyjęciem tak skromnym, jak jej tytuł, i to samo można powiedzieć o jej sukcesie komercyjnym. Ten fakt przyniósł kolejne zmartwienia – Hyde zbyt pospiesznie zrezygnował z intratnej posady na uniwersytecie w Lahaur, żeby poświęcić się pisarstwu. Obecnie był bezrobotny. Perspektywa opisania przeżyć Cynthii – podbojów seksualnych, ryzyka i misji wojennych – stanowiła obietnicę, że w końcu uda mu się zredukować szybko rosnącą stertę rachunków do rozmiarów, które nie będą już tak zatrważające.

Im dłużej Hyde o tym myślał, tym bardziej był przekonany, że ma w zasięgu ręki rozwiązanie swoich kłopotów finansowych. Zamierzał podkolorować wyczyny Betty i przedstawić je w serii wyciskających łzy z oczu artykułów, które mógłby sprzedać z dużym zyskiem tabloidom, a potem bez większego wysiłku przerobić na książkę. Zakrapiany alkoholem lunch z agentem literackim Iainem Thompsonem jeszcze bardziej pobudził jego apetyt; Thompson przyznał, że tego rodzaju opowieść ma potencjał, by osiągnąć sukces komercyjny. Przyparty do muru w kwestiach finansowych, Hyde palił się do roboty.

Był jeszcze inny motyw, tak samo ważny: Hyde chciał zaciągnąć Betty do łóżka. Ta świadomie wykorzystała jego pożądanie, ale i w tym wypadku nie zdawała sobie sprawy z determinacji swojej ofiary. Nie miała pojęcia, jak często działała na jego wyobraźnię przez te wszystkie lata, które upłynęły od ich pierwszego spotkania.

Betty była jego obsesją. Legenda głosiła, że jej wkład w szlachetną krucjatę aliantów przeciwko złu polegał na uwodzeniu i podporządkowywaniu sobie wielu ważnych osobistości. Pozbawiała je zahamowań i rozsądku. Hyde też pragnął zasmakować jej wdzięków. Chciał się przekonać, o co tyle hałasu. Nawet gdyby Betty nie wysyłała mu wyraźnych sygnałów świadczących o swoim zainteresowaniu, wykorzystałby każdą okazję, żeby ją zdobyć.

Na decyzję Hyde’a o przyjeździe do słonecznego, luksusowego kurortu na Costa Brava wpłynęło jednak coś więcej – nie chodziło jedynie o pracę i seks. Od wielu miesięcy czuł się coraz bardziej zniechęcony. Sam pisał o tym, że wszystkie obietnice czasów młodzieńczych zostały roztrwonione i że każda z wielu dróg, które obrał w życiu – rozmaitość ścieżek kariery, nietrafione małżeństwa – kończyła się ślepym zaułkiem. Jego też, podobnie jak Betty, dręczyła tęsknota za dawnymi czasami. Przygnębienie wywoływało u niego chęć poszukiwania odpowiedzi na bolesne pytania.

List od Betty był jak nieoczekiwany prezent, szansa na powrót do wspólnej przeszłości. Instynkt podpowiadał Hyde’owi, że jedyną sensowną drogą ku przyszłości jest odzyskanie ideałów z czasów wojny. Relacjonując historię Betty, mógłby znowu odnaleźć to, co stracił, a co kiedyś tak bardzo cenił.

Rozdział 4

Betty obiecała Hyde’owi, że S’Agaró będzie rajem na ziemi, i dotrzymała słowa. Cztery dni upłynęły jak z bata strzelił. Pojawiła się tylko jedna drobna skaza – Betty trochę skarżyła się na ból zęba, a Hyde zauważył z wnikliwością wytrawnego obserwatora, że jadła tylko miękkie potrawy. Z radością skonstatował jednak, że ból nie wpłynął w szczególny sposób na jej dobre samopoczucie ani na intensywność jej uczuć.

Piątego dnia, kiedy Hyde szykował się do powrotu do Londynu, Betty uparła się, żeby przedtem zabrać go do Castelnou.

Harford Montgomery Hyde, zdjęcie z Castelnou

Pokazała mu swój bajkowy zamek. Swawolnie pozowała do zdjęć z mężem – Charles w zawadiacko zsuniętym na ucho berecie, a Betty, szczupła, długonoga, w eleganckich czarnych spodniach. Dwa duże psy myśliwskie co chwila wbiegały w kadr. Betty czekała na sprzyjającą chwilę.

Betty w Castelnou (z jedną z jej „psinek”, o czym informuje podpis pod oryginalnym zdjęciem)

Ta jednak nie nadeszła, bo propozycja, którą Betty chciała złożyć, była w najlepszym razie szokująca. W końcu jednak Betty stwierdziła, że dłużej nie może dusić w sobie emocji. To była ostatnia część jej planu ucieczki – chciała, żeby Hyde pojechał z nią do Irlandii.

Irlandia zawsze miała dla niej niemal baśniowy urok. Betty urodziła się w Minneapolis w Minnesocie, ale bez żadnego konkretnego powodu wmówiła sobie, że dziadkowie jej pochodzącego ze Skandynawii ojca mieli jakieś powiązania rodzinne z Londonderry. Impulsywność, nieokiełznane poczucie humoru, a nawet oczy, zielone jak trawa w hrabstwie Clare na wiosnę – te cechy jej zdaniem odziedziczyła po irlandzkich przodkach. W tym rozumowaniu kierowała się jedynie intuicją, ale jej pewność była niezachwiana. Czuła, że Irlandia – kraj, którego nigdy nie widziała – jest jej „duchową ojczyzną”.

O ile jej plan ucieczki powoli nabierał konkretnych kształtów, o tyle Irlandia od początku miała być ostatecznym celem. Betty wierzyła z całego serca, że właśnie tam znajdzie spokój ducha i inspirację, żeby stawić czoło trudnym pytaniom, na które musiała odpowiedzieć.

Charles nie protestował, kiedy poprosiła swojego nowego kochanka, żeby zabrał ją do Irlandii. Dla przyzwoitości, ale bez przekonania poinformowała męża, że wspólna wyprawa z Hyde’em pozwoli im spokojnie popracować nad książką.

Hyde od razu podchwycił pomysł – ale z jednym zastrzeżeniem. Najpierw musiał udać się do Nowego Jorku. Jego wydawca życzył sobie, aby wziął udział w działaniach promocyjnych towarzyszących wydaniu amerykańskiej edycji biografii Stephensona.

Równie szybko ustalili plan podróży: pierwszego tygodnia maja Betty poleci do Londynu, a Hyde odbierze ją z hali przylotów Heathrow. Następnego dnia rano oboje złapią lot do Dublina. Betty stwierdziła z zawodową dumą, że udało jej się uciec z zamku – tak jak zaplanowała.

Charles odprowadził Hyde’a do samochodu, który miał go zawieźć na stację kolejową. Uścisnął rękę gościowi i uprzejmie życzył mu bezpiecznej podróży, a potem wrócił wysłużonymi szerokimi schodami na górę i stanął przed ciężkimi drewnianymi drzwiami zamku. Możliwe, że jeszcze tego nie wiedział, ale w ciągu kilku dni w jego świecie zaszły fundamentalne zmiany.

Wczesnym rankiem pewnego słonecznego dnia w pierwszym tygodniu maja Charles wybrał się z Betty w długą podróż samochodem na lotnisko w Barcelonie. Odprowadził ją do bramki, przy której odbywała się odprawa pasażerów do Londynu, pocałował ją na pożegnanie, a potem wrócił do opustoszałego zamku.

Dopiero kiedy samolot wzbił się w powietrze, Betty pozwoliła sobie na chwilę triumfu. Udało jej się zbiec: zostawiła za sobą wysokie zabytkowe mury swojego więzienia. Była pewna, że przygoda, ku której wyruszyła, pozwoli jej na znalezienie wszystkich potrzebnych jej odpowiedzi. W Irlandii odkryje sens swojego pogmatwanego życia.

Jednak jej radość nie trwała długo. Właśnie zaczęła świętować początek nowej operacji, a już musiała przyznać, że była ona dla niej ważna jeszcze z innego powodu. Ukrywała przed Charles’em i Hyde’em jeszcze jeden sekret. To właśnie przede wszystkim on zmusił ją do działania.

Ból zęba dokuczał jej o wiele bardziej, niż była gotowa przyznać. Rozprzestrzenił się już na całą żuchwę. Chirurg polecony jej przez lokalnego dentystę zbadał ją, a potem kazał jej usiąść i wytłumaczył grobowym tonem, że powinna poddać się biopsji, która zapewne okaże się jedynie formalnością. Zachorowała na raka. Nowotwór jeszcze przez jakiś czas miał być przyczyną cierpień Betty, a wkrótce jej śmierci.

Betty wiedziała, że ta misja będzie ostatnią w jej życiu.

Część II

„Potworne żądze”

Rozdział 5

Dublin zawsze sprzyjał temu, żeby usiąść z kuflem piwa i wsłuchać się w craic, jak bywalcy tamtejszych pubów nazywają gwar wywołany wieloma opowiadanymi przy barze niestworzonymi historiami i krzykliwie powtarzanymi plotkami. W tym gościnnym, upstrzonym knajpami mieście ulubionym lokalem polityków, dziennikarzy, aktorów, muzyków i innych osób z dekadenckich środowisk był tonący w półmroku Horseshoe Bar w renomowanym hotelu Shelbourne.

Od ponad stu lat ściany Horseshoe były pomalowane na intensywny czerwony kolor, unoszący się w powietrzu charakterystyczny smolisty aromat palonego torfu mieszał się z zapachem dymu tytoniowego, a wprawni barmani lejący guinnessa prosto z beczki niczym magicy żłobili strumieniem w kremowej pianie symbol koniczyny. A jakie historie tam opowiadano! Jakie tajemnice słyszały te krwistoczerwone ściany! Było zatem stosowne, a może nawet nieuniknione, że właśnie tutaj, siedząc obok Betty na obitej czarną skórą ławie, Hyde przeprowadził z nią pierwszy wywiad.

Tego majowego dnia rano przybyli z Londynu i rozgościli się w hotelu jak szczęśliwi kochankowie w podróży poślubnej, a nie jak dwoje szpiegów realizujących tajną misję. Jednak w porze koktajlu wyszli z pokoju i wbrew przewidywaniom zdołali znaleźć wolne miejsca w barze. Kiedy podano im drinki – Hyde był wielbicielem whisky single malt, odpowiedniejszej dla Anglika niż Irlandczyka, Betty zaś miała bardziej kosmopolityczne preferencje i uważała, że lepiej zacząć wieczór lampką szampana – Hyde nie zwlekając, przystąpił do ofensywy.

W jednej chwili zmienił się w służbistę, raptownie przyjął rolę dociekliwego pisarza, który pilnie gromadzi materiały do swojej nowej książki. Wyjął z kieszeni tweedowej marynarki mały notes i położył go na stole. A w oczach Betty pióro w jego dłoni wyglądało zapewne tak złowieszczo jak odbezpieczony rewolwer.

Możliwe, że Hyde wahał się, od czego zacząć, dlatego zdecydował, że najlepszym początkiem będzie opisanie momentu przekroczenia Rubikonu – owego punktu zwrotnego dzielącego życie każdego agenta na to, co działo się przed tym, gdy został szpiegiem, i na to, co miało już na zawsze być jego codziennością. Wiedział z własnego doświadczenia, że to najważniejszy moment, nieodwracalny pierwszy krok, definiujący człowieka jako szpiega.

– Opowiedz mi, w jaki sposób cię zwerbowano – zaproponował. – Jak to się stało, że zostałaś agentką?

Betty zgasiła niedopałek ciemnego papierosa marki Capstan i od razu zapaliła następnego.

– Kiedy to się zaczęło?

Rzuciwszy te pytania niczym wyzwanie, rozparł się na ławie, popijając drinka. Miał nadzieję, że Betty zajrzy w głąb swej irlandzkiej duszy i odnajdzie w niej jakiś dobry craic.

Rozdział 6

„Polska jest smutna i szara” – pisała Betty w liście do domu z kraju, w którym mieszkała podczas burzliwych lat poprzedzających blitzkrieg oddziałów Hitlera w Europie. Jeżeli Hyde chciał naprawdę zrozumieć, skąd się wzięło jej pragnienie przeżycia czegoś ekscytującego i wypełnienia dojmującej pustki, które sprawiło, że w marcu 1938 roku na polu golfowym pod Warszawą zaproponowała swoje usługi tajnej służbie Jego Królewskiej Mości, przede wszystkim musiał uzmysłowić sobie bezmiar beznadziei, posępnej, dusznej monotonii, która wdarła się w jej codzienność. Czuła, że nie ma czym oddychać.

Od roku mieszkała w Warszawie. Pojechała tam w wieku dwudziestu sześciu lat jako żona podrzędnego urzędnika aparatu dyplomatycznego Wielkiej Brytanii. Arthur Pack został nowym sekretarzem do spraw gospodarczych w brytyjskiej ambasadzie. Był dwadzieścia lat starszy od swojej świeżo poślubionej żony, ale niektórzy złośliwie twierdzili, że dzieląca ich różnica wieku równie dobrze mogła być dwa, a nawet trzy razy większa. Ten sztywny, wyniosły, wiecznie szukający potwierdzenia swojej wartości mężczyzna stanowił skostniały relikt edwardiańskiej Anglii, której okres świetności dobiegł końca, a może nawet już odszedł w zapomnienie. Niepewny swojej pozycji Arthur Pack bał się iść z duchem czasów; czuł, że jako outsider – bez koneksji rodzinnych ani dyplomu Oksfordu lub Cambridge – powinien trzymać się kurczowo konwenansów, żeby zrobić karierę w ministerstwie spraw zagranicznych. Dodatkową komplikację dla jego młodej, lubiącej zabawę żony stanowił fakt, że Arthur był chorowity; niedawna wojna mocno nadwyrężyła jego serce i kondycję. Betty wyszła za niego tylko dlatego, że nie miała lepszych kandydatów; nawiasem mówiąc, sama wyreżyserowała te zaloty. Ale teraz zaczęła dostrzegać, że popełniła kolosalną pomyłkę.

Arthur Pack w mundurze, ok. 1930 r.

Przed przeprowadzką do Polski młoda para mieszkała w Hiszpanii. Betty – kobieta pełna namiętności, która albo kochała coś z całego serca, albo szczerze nienawidziła – uwielbiała ten kraj. Od pierwszej chwili dała się porwać śródziemnomorskiemu temperamentowi i radosnemu duchowi fiesty.

Szybko odkryła, że Polska jest zupełnie inna: panował w niej nastrój przygnębienia. Otaczające ją ze wszystkich stron wrogie narody były niczym miecz Damoklesa. Polacy żyli w ciągłym strachu, że pewnego dnia jego ostrze nieuchronnie opadnie, tylko nie wiedzieli, czy stanie się to za sprawą Niemców, Rosjan czy też armii obu tych państw. Położenie geograficzne Polski ciążyło nad nią niczym złowrogie fatum, a z takimi sąsiadami jak Hitler i Stalin jej teraźniejszość była nerwowa, przyszłość zaś niepewna.

W tych trudnych czasach, kiedy coraz ciemniejsze chmury gromadziły się na niebie historii, członkowie brytyjskiego korpusu dyplomatycznego trzymali się razem, co spowodowane było zarówno poczuciem desperacji, jak i obowiązkiem. Światek towarzyski tych ludzi był bardzo mały, a jednak już niemal od pierwszego dnia wyraźnie dali oni Betty do zrozumienia, że nie jest w nim mile widziana. Może opowieści o jej szalonych eskapadach w Hiszpanii dotarły do nich za pośrednictwem plotkarzy w ambasadach różnych państw. A może po prostu tak błyszczała w tym towarzystwie, była tak olśniewająca, dosadna i entuzjastyczna, że już sama jej obecność drażniła starszych panów z placówek dyplomatycznych i wywoływała zazdrość ich nieatrakcyjnych żon. Bez względu na przyczynę szybko stało się jasne, że Betty nie jest darzona sympatią. Nie nawiązała serdecznych relacji z żonami dyplomatów z ambasady. Nie zapraszały jej na podwieczorki ani nie zabiegały, by udzielała się w różnych komitetach. Mimo to była waleczna; zapędzona w kozi róg, nie próbowała się dopasować, ale stawała się opryskliwa i potrafiła pokazać pazur.

Betty wyrażała się z niechęcią o ambasadorze sir Howardzie Kennardzie, nazywając go „smutasem, który nie cierpi żadnych przejawów wesołości”. Szybko starła się też z nadętą jak paw Petą Norton, żoną radcy prawnego ambasady i niekoronowaną królową kliki flegmatycznych brytyjskich dyplomatów. „Pani Norton poczuła do mnie silną antypatię i muszę przyznać, że było to uczucie odwzajemnione” – pisała w swoich pamiętnikach, wcale nie próbując się usprawiedliwiać. Jednak ostracyzm ze strony tego towarzystwa był dla niej dokuczliwy. Pomimo werwy i nieokiełznanej energii Betty była obcą osobą w nieznanym, posępnym kraju.

W wieczór sylwestrowy w ambasadzie Francji, kiedy wraz z mężem i innymi uczestnikami zabawy czekali, aż zegar wybije północ, Arthur nagle zasłabł. Nieprzytomny został odstawiony do domu. Diagnoza lekarska była jednoznacznie negatywna – Arthur doznał rozległego zawału, który mógł go na zawsze pozbawić niektórych funkcji życiowych. Betty w końcu znalazła sens życia – postanowiła ukierunkować swoją tak długo tłumioną energię na przywrócenie zdrowia Arthurowi.

Warszawa, 24 stycznia 1938 r.

Najdrożsi,

proszę, przestańcie się martwić. ARTHUR DOJDZIE DO SIEBIE. Jestem demonem determinacji. Zawsze udaje mi się osiągnąć to, na czym naprawdę mi zależy, a na nim zależy mi szczególnie. Daję z siebie wszystko […].

Wasza kochająca córka

Betty

Miesiąc później, wciąż odgrywając rolę sumiennej pielęgniarki, pewna, że w końcu znalazła swoje powołanie w uprzednio pustym małżeństwie, Betty sprowadziła Arthura z powrotem do Anglii. Umieściła go w ośrodku rehabilitacyjnym na wyspie Wight, udało jej się nieco złagodzić jego fatalistyczne myślenie, a potem, zaledwie po dwóch tygodniach pobytu w Anglii, wróciła do Warszawy. To Arthur nalegał, żeby wyjechała. Pomimo kruchego zdrowia miał nadzieję, że uda mu się przekonać personel ambasady, iż jego zawał był błahostką, że już czuje się lepiej i niedługo wróci do żony i pracy.

Betty nadal próbowała się odnaleźć w nowej roli: trzeźwej, odpowiedzialnej osoby. Zgodziła się wesprzeć Arthura w tej dezinformacyjnej operacji. Przez tyle lat stosowała wobec niego tak różne sztuczki, że tym razem nie mogła mu odmówić.

Betty wróciła sama do mroźnej Warszawy, ponurego miasta skutego lodem. Dziarsko starała się bagatelizować swoją trudną sytuację, żartując, że jest słomianą wdową. Jednak o ile życie u boku Arthura zdawało się jej samotne, o tyle teraz była kompletnie odcięta od świata, niczym rozbitek na bezludnej wyspie.

Życie na własną rękę oznaczało koniec tej logiki, która miesiąc wcześniej skłoniła Betty do przyjęcia roli wiernej żony. Zrozumiała nie tylko, że nie chce tak żyć, lecz także, że w ogóle nie nadaje się do takiej funkcji. To było wbrew jej naturze.

Gdy zrzuciła ciasny gorset, który dotąd ją krępował, życie od razu nabrało barw. Odzyskała wolność. Już nie tłamsiła jej obecność drętwego męża. Nie musiała się płaszczyć przed nudnym towarzystwem skupionym wokół ambasady, które zachowywało się tak, jakby każdy rodzaj dobrej zabawy, a nawet szerszy uśmiech uwłaczały rządowi Jego Królewskiej Mości. Mogła się pozbyć zahamowań i posłuchać głosu serca.

Betty wkrótce zaczęła spędzać wieczory we frywolnym, tętniącym życiem środowisku młodych polskich intelektualistów, artystów, pisarzy, dyplomatów – mężczyzn i kobiet porwanych przez wir niespokojnych czasów, w których przyszło im żyć.

Zawsze skora do nauki, szybko stała się jedną z nich. Przejęła ich pasje. Jej uniwersytetem, na którym pobierała edukację polityczną, były długie głośne imprezy napędzane wódką i tytoniem, których uczestnicy przerzucali się opiniami i teoriami tak agresywnie, jak wrogie armie wymachujące szabelkami.

W jedną z takich nocy Betty znalazła kochanka. To była decyzja, którą podjęła spontanicznie, bez żalu czy wyrzutów sumienia. Edward Kulikowski był uczuciowym młodym romantykiem, którego niewiele obchodziło to, że Europa zmierza ku wojnie, bo za dużo uwagi poświęcał leczeniu swojego złamanego serca. Kiedy pracował w ambasadzie Polski w Waszyngtonie, zakochał się w dobrze ustosunkowanej Amerykance, która nie tylko zakończyła ich związek po urodzeniu dziecka, ale wręcz zaprzeczała, że to Edward jest jego ojcem. Teraz robił karierę w polskim ministerstwie spraw zagranicznych jako starszy urzędnik w wydziale amerykańskim. Praca jednak nie dawała mu satysfakcji – zajmowała gorszy narożnik ringu, którym było jego przepełnione smutkiem egocentryczne życie.

Betty i Edward traktowali ten romans jak sposób na radzenie sobie z trudną sytuacją – każdy ze swoją.

– Wcale go nie kochałam – zwierzyła się Betty Hyde’owi. – Domyślam się, że on do mnie też nic nie czuł.

Oboje dryfowali bez celu i pomogli sobie nawzajem w tej podróży.

Wspólne wieczory w jego mieszkaniu, znajdującym się w dogodnie położonym budynku naprzeciw domu, w którym mieszkała Betty, obojgu sprawiały przyjemność. Leżąc na tygrysiej skórze, racząc się kawiorem i wódką, żeby jeszcze bardziej poprawić sobie nastrój, Betty z zamkniętymi oczami słuchała Edwarda grającego Chopina z wdziękiem i talentem godnym wirtuoza fortepianu. Zanim w uszach Betty wybrzmiał ostatni natchniony akord nokturnu, Edward brał ją za rękę, pomagał wstać i prowadził na niski, szeroki niebieski tapczan, stojący pod przeciwległą ścianą pokoju.

Jednego z takich wieczorów, kiedy leżeli spełnieni, wciąż w miłosnym uścisku, w pokoju rozświetlonym jedynie blaskiem jasnych płomieni z kominka, ich rozmowa zeszła na tematy polityczne. Było to tak nieuniknione, tak naturalne, jak ich seks. Kilka dni wcześniej Niemcy wkroczyli do Austrii i zaczęli okupację tego kraju. Betty zapytała, czy wkrótce to samo czeka Polskę.

Edward, opanowany i taktowny, szybko uspokoił jej obawy. Zapewnił ją, że następnym celem Hitlera będzie Czechosłowacja. Już podjęto odpowiednie kroki. Podpisano tajny traktat. Sam widział w ambasadzie ten dokument.

– Ponadto – dodał bezceremonialnie – Polska zamierza na tym skorzystać.

Betty nastawiła uszu. Możliwe, że do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że prowadzi poszukiwania, ale właśnie znalazła to, czego szukała. Nie chodziło jej o towarzystwo. Ani o miłość. Zależało jej raczej na celu, któremu mogłaby się w pełni poświęcić jej krnąbrna dusza. Zdawkowa informacja, którą Edward tak nonszalancko się z nią podzielił, miała się okazać promykiem nadziei nadającym sens jej życiu – a może nawet pozwalającym zapomnieć o niedoskonałościach.

Betty, tak jak niemal wszyscy członkowie środowiska dyplomatycznego, wiedziała, że stanowisko urzędnika kontroli paszportowej w ambasadach Wielkiej Brytanii na całym świecie jest jedynie przykrywką dla lokalnych agentów reprezentujących służbę wywiadowczą Jego Królewskiej Mości. W Warszawie tę funkcję sprawował podpułkownik John Shelley. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ten wysoki uroczy Irlandczyk z Cork był jedynym przyjacielem Betty w ambasadzie.

A może to wcale nie był przypadek. Od czasu pobytu w Hiszpanii Betty, która miała wrodzony dar obserwacji, przekazywała mu różne informacje, ciekawostki podsłuchane i podejrzane podczas podróży po kraju w gronie ustosunkowanych znajomych. Szef madryckiego oddziału MI6 był pod wrażeniem. Wysyłał te informacje do Londynu, skąd wracały do niego wskazówki, żeby zachęcał informatorkę do dalszych starań. W ten sposób Betty została w środowisku wywiadowczym tak zwaną pseudoagentką – uczestniczyła w działaniach wywiadu, ale oficjalnie nie należała do zespołu.

Kiedy Arthura Packa przeniesiono do Warszawy, Jack Shelley dostał instrukcje, żeby mieć jego żonę na oku, bo może warto utrzymywać z nią znajomość. Tymczasem Betty, lawirując jak rasowa agentka, używała całego swojego wdzięku, żeby wkraść się w łaski Shelleya. Domyślała się, że pewnego dnia przyjaźń z nim może okazać się bardzo przydatna.

Wcześnie rano, nazajutrz po tym, jak Edward niechcący wyjawił swój cenny sekret, Betty zatelefonowała do Shelleya.

– Masz ochotę pograć w golfa? – zapytała.

Był wietrzny marcowy dzień, trwała mobilizacja armii hitlerowskiej i golf z pewnością był ostatnią rzeczą, o której ktokolwiek myślał. Jednak funkcjonariusz MI6 wyczuł, że to tylko fortel. Musiał w myślach pogratulować Betty użycia pretekstu, który pozwolił im swobodnie porozmawiać, nie martwiąc się o podsłuch.

– Doskonale – odparł. – Nie uśmiechało mi się siedzieć cały dzień w biurze.

Pole golfowe znajdowało się tuż za miastem. Aleje były zapuszczone po zimie, a trawa miała blady, brązowawy odcień. Niezrażeni zaliczyli kilka dołków, zanim Betty wyjawiła szpiegowi, czego się dowiedziała. Mogła się pochwalić dobrą pamięcią i nie koloryzowała faktów. Po prostu powtórzyła słowo w słowo to, co zostało powiedziane. W równie bezpośredni sposób przedstawiła okoliczności, w których doszło do tego przecieku.

Shelley nie krył ekscytacji.

– Czym prędzej wracaj i zdobądź od tego źródła tyle danych, ile się da – polecił. – Wyślemy je prosto do brytyjskiego wywiadu.

Betty bez wahania podjęła wyzwanie. Dwuznaczność tej prośby – zawoalowana instrukcja, żeby dalej dopuszczała się zdrady małżeńskiej, sypiając z człowiekiem, który mógł dostarczyć informacji – w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała kontrolerowi. Sama Betty też nie miała z nią problemu. Już zdecydowała, że zrobi wszystko, co trzeba, podejmie każde ryzyko. Wreszcie znalazła cel i sposób na zaspokojenie żądzy przygód w wystarczającym stopniu, pozwalający jej uratować swoje coraz bardziej jałowe życie.

Tamtej zimy długi niski tapczan w mieszkaniu Kulikowskiego stał się centrum operacyjnym Betty. Wiosną działania wchodzące w zakres jej misji przeniosły się na zielone brzegi Wisły. Czekając, aż butelka wódki schłodzi się w leniwym nurcie rzeki, uprawiali miłość na kocu rozłożonym na świeżej trawie. Betty, przedsiębiorcza tajna agentka, wiedziała, jak nakłonić swojego informatora do zwierzeń.

– Nasze spotkania były bardzo owocne – oznajmiła z niewymuszoną szczerością podczas rozmowy z Hyde’em. – Pozwalałam mu na seks, kiedy tylko miał na to ochotę, bo w ten sposób mogłam sobie zagwarantować dostęp do nieprzerwanego strumienia informacji o charakterze politycznym.

Zgodnie z podstawami fachu, których nauczył ją Shelley, po każdej z tych randek Betty spisywała na maszynie treść rozmów z Kulikowskim, a Shelley szybko wysyłał je pocztą dyplomatyczną do Londynu, gdzie z zapartym tchem je czytano.

Te raporty tak zaimponowały zwierzchnikom Shelleya, że wkrótce zasugerowali, iż Betty powinna zostać pełnoprawną agentką. Nie przewidywano jej powrotu do Anglii, do wciąż przechodzącego rekonwalescencję męża. Zamiast tego miała zostać w Polsce i udawać, że na niego czeka.

Stały przed nią nowe zadania – Betty kazano rozpostrzeć skrzydła i wznieść się wyżej w polskich kołach dyplomatycznych i politycznych. Pożytek z Kulikowskiego był coraz mniejszy. Betty dostała instrukcje, żeby znaleźć i oczarować ważniejsze osoby, a potem nakłonić je do zdradzenia tajemnic – ku chwale kraju i jego władcy podjąć wszystkie niezbędne kroki do zdobycia ich serc i zaufania.

Betty usłyszała też, że musi utrzymywać w tajemnicy swoją współpracę ze służbami wywiadowczymi. Nawet jej mąż, dyplomata oficjalnie zatrudniony w warszawskiej ambasadzie, nie mógł się o niczym dowiedzieć. Nie chcąc, żeby prosiła go o pieniądze, kiedy będzie zobywać kontakty w wyższych polskich kręgach towarzyskich, Londyn przyznał jej miesięczną wypłatę w wysokości dwudziestu funtów. Jack Shelley miał być jej skarbnikiem.

Zgodnie z poleceniem bezceremonialnie zerwała kontakty z Kulikowskim. Później twierdziła z chłodną obojętnością, że ich romans był „po prostu częścią obowiązków służbowych”.

– Moja wielka polska przygoda miłosna miała dopiero nadejść – oznajmiła Hyde’owi.

Był to pierwszy z wielu związków uczuciowych. I pierwsza z wielu misji.

Betty została szpiegiem.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dobranoc, Betty Pack Szpiedzy kajzera 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu