Ikar

Ikar

Autorzy: Deon Meyer

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 504

Cena książki papierowej: 37.00 zł

cena od: 24.80 zł

„Seria o Bennym Griesselu południowoafrykańskiego autora, Deona Meyera, to pierwszorzędne współczesne kryminały, a piąta część – Ikar – jest wprost fenomenalna. Mistrzowsko skonstruowana opowieść o seksie, kłamstwach i oszustwach”. Guardian
„Meyer to znakomity pisarz – bez wątpienia zasłużył na międzynarodową sławę, którą zdobył”. Washington Post
„Rewelacja. Bogactwo postaci, zwłaszcza złożona osobowość Benny’ego, wynosi Ikara ponad większość współczesnych powieści kryminalnych”. Publishers Weekly
„Deon Meyer obnaża w Ikarze prawdziwe oblicze RPA – równie błyszczące i twarde jak diamenty, z których słynie ten kraj. Narzędziem do stworzenia wieloaspektowego i bezkompromisowego obrazu swojej ojczyzny autor uczynił zaś gatunek powieści kryminalnej”. Independent
„Prawdziwy obraz podziałów społecznych w Republice Południowej Afryki po upadku apartheidu”. Financial Times
„Meyer w swoich thrillerach utrzymuje odpowiednie tempo: przedstawia liczne punkty widzenia, śledzi kolejno losy różnych postaci i pokazuje swój kraj jako targane wiecznymi niepokojami miejsce nieustających zmian”. Los Angeles Times
Na tydzień przed Bożym Narodzeniem młody fotograf znajduje na wydmach na północ od Kapsztadu zwłoki zawinięte w folię. Choć denat ma przy sobie tylko rozładowany iPhone, policja bardzo szybko go identyfikuje. To Ernst Richter – spec od informatyki i twórca MyAlibi, serwisu internetowego, który zapewnia niewiernym partnerom wyrafinowane historyjki dla ukrycia ich romansów.
Tymczasem Benny Griessel zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Samobójstwo byłego przyjaciela i kolegi po fachu, który wcześniej zastrzelił swoją żonę i dwie córki, sprawia, że cztery lata, które śledczy spędził w trzeźwości, szybko idą w niepamięć. Z pijackiego amoku Griessel wychodzi z postanowieniem odejścia z policji, ale nieznosząca sprzeciwu major Mbali Kaleni, jego obecna szefowa, chce, by zajął się sprawą Richtera. Prasa zawzięcie spekuluje na temat tego głośnego morderstwa. Czy sprawca to jeden z licznych porzuconych małżonków? A może rozżalony klient?
Kiedy niespodziewanie okazuje się, że sprawa ma związek z legendarną rodzinną winnicą, reputacja Griessela po raz kolejny zawisa na włosku...

Tytuł oryginału:

ICARUS

Copyright © Deon Meyer 2015

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński / Szara Sowa

Mapa: by Martin Lubikowski, ML Design, London © 2015

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Aleksandra Mól, Aneta Iwan, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-264-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

Epilog

Podziękowania

Bibliografia

Glosariusz

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Les ennemis du vin sont ceux qui ne le connaissent pas.

Wrogami wina są ci, którzy go nie znają.

Cytat przypisuje się zarówno prof. dr. Sellierowi, „Journal de Médecine” (Vlok Delport, Boland, Wynland, Nasionale Boekhandel, 1955), jak i prof. Portmanowi, prawdopodobnie prof. Michaelowi Portmanowi, doktorowi medycyny z Bordeaux (www.alpes-flaveurs.com).

W środowisku klinicznym niektórzy z cierpiących na depresję wykazują wysoką podatność na poczucie winy ocaleńca, czyli winy wobec osób najbliższych, które nie przeżyły, lub winy wywołanej radzeniem sobie lepiej niż inni.

LYNN E. O’CONNOR, JACK W. BERRY, JOSEPH WEISS i PAUL GILBERT, Guilt, fear, submission, and empathy in depression, „Journal of Affective Disorders” 71 (2002) 19–27.

1

Niebo i ziemia zmówiły się, żeby ujawnić ciało Ernsta Richtera. Wyglądało na to, że wszechświat wyciąga pomocną dłoń do sprawiedliwości.

Pierwsza była burza, która siedemnastego grudnia rozszalała się tuż po ósmej rano. Należała do wyjątkowych, ale nie nadzwyczajnych: czarnogranatowe, kłębiące się monstrum, które nadciągnęło z grzmotami znad Oceanu Atlantyckiego, znad wyspy Robben.

Kłębowisko chmur strzelało w morze i w ziemię białymi, widowiskowymi jęzorami, ciągnąc za sobą zbitą ścianę deszczu. W niecałe pół godziny na Bloubergstrand i Parklands oraz na Killarney Gardens i Zeezicht spadło siedemdziesiąt jeden milimetrów deszczu.

Powódź wywołała wiele szkód, a na drogach zapanował chaos. Media głównego nurtu i media społecznościowe w kółko mówiły o globalnym ociepleniu.

Jednakże w odniesieniu do ciała, które odsłoniły żywioły, wkład ziemi był nieco skromniejszy; kontury weldu za Blouberg – gdzie południowo-wschodni wiatr uformował przypadkowo wydmy niczym ślepy rzeźbiarz – skierowały po prostu wodę w tamte miejsca. Wypłukała ona piasek otaczający stopy Ernsta Richtera: jedna z nich, naga, prezentowała się tragicznie, podczas gdy na drugiej komicznie dyndała skarpetka niczym opuszczona do połowy masztu flaga.

Ostatnim ogniwem w tym łańcuchu luźno powiązanych ze sobą wydarzeń był los, który sprawił, że dwudziestodziewięcioletni operator Craig Bannister zatrzymał się o 11:17 w pobliżu, tuż przy Otto du Plessis Drive: nadbrzeżnej drodze pomiędzy Blouberg i Melkbosstrand. Wysiadł z samochodu i ocenił pogodę. Najgorsza wichura minęła, chmury zaczęły się już rozstępować. Chciał przetestować nowy zdalnie sterowany dron DJI Phantom Vision Plus z kamerą o wysokiej rozdzielczości. Phantom, tak zwany „quadrocopter”, był prawdziwym cudem technologicznym w miniaturze. Był wyposażony w GPS oraz Wi-Fi, które pozwalało Bannisterowi połączyć swój iPhone z kamerą. Mógł oglądać nagranie na wyświetlaczu telefonu zalewie milisekundy po zarejestrowaniu.

Tuż po 11:31 Bannister zmarszczył czoło na widok dziwnego obrazu na ekranie, skierował Phantoma niżej i nieco bliżej filmowanego obiektu. Dał mu się unosić zaledwie metr nad zaobserwowaną anomalią, aż był pewny tego, co zobaczył.

Piasek, czarna plastikowa płachta oraz stopy: wszystko było widać wyraźnie.

Milczał. Podniósł wzrok znad iPhone’a, by zorientować się, nad którym miejscem dokładnie unosił się Phantom, i ruszył żwawo w tamtym kierunku. Wydawało mu się, że niczym w filmie telewizyjnym obraz uchwycony przez kamerę jest fikcją, w którą nie mógł uwierzyć. Podążył ścieżką wijącą się między krzakami, która wspinała się na kolejne wydmy i z nich schodziła. Gdy stanął na szczycie ostatniej z nich, zobaczył to na własne oczy. Podszedł bliżej, odciskając samotny szlak śladów butów na wygładzonym deszczem piasku.

Stopy wystawały spod grubej czarnej folii, w którą najwyraźniej zawinięto ciało. Reszta była nadal pogrzebana w piasku.

– Cholera – zaklął proroczo Craig Bannister.

Sięgnął po telefon, który nadal był przymocowany do kontrolera. Zorientował się wtedy, że Phantom ciągle unosi się około metra nad ziemią i wszystko filmuje. Dał mu wylądować i wtedy wszystko wyłączył. Potem zadzwonił.

O 13:14 w restauracji Ocean Basket przy Kloof Street zabrzęczał telefon kapitana Benny’ego Griessela. Policjant spojrzał na wyświetlacz i stwierdził, że dzwoni major Mbali Kaleni, jego nowy dowódca Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych – DPDK lub inaczej Sokołów – Jednostki do spraw Ciężkich Przestępstw. Uznał, że to może być jego szansa na ucieczkę. Odebrał szybko, żywiąc pewną nadzieję.

– Benny, wybacz, że przeszkadzam podczas lunchu.

– Nie ma sprawy – zapewnił.

– Potrzebuję cię w Edgemead. Farmersfield Road. Vaughn też już tam jedzie.

– Będę tam za dwadzieścia minut.

– Przeproś w moim imieniu swoją rodzinę. – Wiedziała o tym lunchu, „specjalnej okazji”, którą przygotowała jego dziewczyna, Alexa Barnard.

– Tak zrobię.

Rozłączył się. Alexa, Carla i młody van Eck słyszeli tę rozmowę. Patrzyli na niego. Jego syn, Fritz, siedział z nosem utkwionym w telefonie komórkowym.

– Ai, Pappa – jęknęła Carla, jego córka, a w jej głosie mieszały się zrozumienie i rozczarowanie.

Alexa chwyciła dłoń Griessela i ścisnęła ją wyrozumiale.

– Przepraszam – bąknął Benny i wstał. Bolały go bok i ramię. Nie było to jednak tak dotkliwe jak wcześniej rano. – Muszę jechać do Edgemead.

– Ważne zabójstwo? – spytał młody van Eck. Był nowym „przyjacielem” Carli, sobowtórem Jezusa, z długimi do ramion włosami i rzadką brodą.

Griessel go zignorował. Sięgnął po swój portfel i wyciągnął z niego kartę kredytową. Podał ją Alexie. Ulżyło mu, kiedy skinęła głową i wzięła ją od niego.

– Daj mi tylko całusa – powiedziała. – Mój superdetektyw.

Na weldzie na wschód od Otto du Plessis Drive odgrzebali ostrożnie szczątki Ernsta Richtera, a silny wiatr dodał dramatyzmu sytuacji, by po kilku minutach znowu ucichnąć. Słońce wyjrzało nagle zza chmur, jego oślepiający blask odbijał się od pofałdowanych wydm i wzburzonego nadal Oceanu Atlantyckiego.

Ekipa od video nagrała, co trzeba, podczas gdy technicy odgarniali ostrożnie piasek wokół ciała i wsypywali go do oznakowanych torebek dowodowych.

Na miejscu dowodził adiutant Jamie Keyter z posterunku Table View. Teren w promieniu dziesięciu metrów od miejsca znaleziska kazał odgrodzić taśmą policyjną. Wydał polecenie, by dwóch mundurowych pilnowało ruchu na Otto du Plessis Drive i trzymało ciekawskich z dala od miejsca przestępstwa. Podejrzliwym i nieco oskarżycielskim tonem, który zachowywał na takie właśnie okazje, przesłuchiwał dokładnie Craiga Bannistera.

– Dlaczego właśnie tutaj przyjechał pan testować swój mały samolocik?

– To nie jest zabronione.

– Wiem. Ale dlaczego nie wybrał się pan w to miejsce w okolicy Vlei, gdzie ludzie puszczają takie maszyny?

– Tam jeżdżą hobbyści maszyn zdalnie sterowanych.

– No i?

– Niech pan posłucha: jestem profesjonalnym operatorem. To znaczy, że…

– Operatorem czego dokładnie?

– Operatorem filmowym. Pracuję w telewizji i przy produkcjach filmowych. To jest najnowsze osiągnięcie technologiczne w dziedzinie wykonywania zdjęć z powietrza: dron z kamerą HD. Muszę poćwiczyć obsługę tego sprzętu bez konieczności robienia uników przed setkami małych samolocików.

– Ma pan na to licencję?

– Że co? Nikt nie potrzebuje licencji na małego drona.

– I tak po prostu pan się tutaj zatrzymał?

– Zgadza się.

– Cóż za zbieg okoliczności – rzucił ironicznie Jamie Keyter.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– Nic nie mówię. Tylko pytam.

– Niech pan posłucha: jeździłem tak długo, aż znalazłem miejsce z ładnym widokiem – tłumaczył cierpliwie Bannister. – Droga, morze, góry… niech sam pan zobaczy. Wspaniałe widoki. Musiałem poćwiczyć sterowanie tym sprzętem, ale chciałem również przetestować kamerę na czymś wartym uwagi. Na przykład na takim krajobrazie.

Jamie Keyter ściągnął z nosa okulary marki Ferrari, by rzucić Bannisterowi spojrzenie mówiące „mogę przejrzeć cię na wylot”.

Mężczyzna stał tam i zaniepokojony czekał na rozwój sytuacji.

– A więc sfilmował pan wszystko kamerą? – spytał w końcu Keyter.

– Tak.

– Proszę mi to pokazać.

Razem obejrzeli nagranie na telefonie komórkowym. Zrobili to dwukrotnie.

– W porządku – oznajmił Keyter i nakazał Bannisterowi, by ten zaczekał przy swoim samochodzie. Adiutant ponownie założył okulary przeciwsłoneczne. Ubrany w czarną koszulkę polo, która eksponowała jego napakowane bicepsy, oraz czarne spodnie z kieszeniami marki Edgars ze skórzanym paskiem, stał z rękami na biodrach i wpatrywał się w dwie stopy wystające spod płachty czarnej folii.

Był zadowolony z siebie. Stopy, pomimo pośmiertnego przebarwienia, najwyraźniej należały do białego mężczyzny. To przyciągnie uwagę mediów, którą Jamie Keyter wprost uwielbiał.

Benny Griessel, czterdziestosześcioletni niepijący alkoholik, trzeźwy od sześciuset dwóch dni, wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, siedząc w korku na Buitengracht.

Zwykle nienawidził grudnia.

Zwykle przeklinał to szaleństwo okołoświąteczne, mamrocząc jissis. Wkurzali go zwłaszcza ci fokken Gautengersi, którzy ścigali się na drodze do Kapsztadu błyszczącymi nowymi beemkami i ze swoimi portfelami, gotowi przehulać bożonarodzeniowe premie z nastawieniem „Zatrzęsiemy całym Przylądkiem”; mieszkańcy północnych przedmieść Kapsztadu, którzy porzuciwszy swoje zwyczajowe zahamowania, całymi stadami ciągnęli na plaże. Ich śladem podążają hordy Europejczyków uciekających ze swoich rejonów przed zimą.

Zwykle rozżalony snuł rozważania nad konsekwencjami tej inwazji. Brakowało miejsc parkingowych, na ulicach robiły się korki, wszystko drożało dwukrotnie, a przestępczość wzrastała o co najmniej dwanaście procent, ponieważ wszyscy chlali na umór, co uwalniało drzemiące w nich demony.

Zwykle. Ale nie tego roku: opresję nosił w sobie i panowała ona wszędzie wokół, niczym niepocieszona chmura. Znowu. Nadal.

Krótkotrwała ulga, którą przyniosła mu ucieczka z Ocean Basket, już się ulotniła. Kiedy wszedł do samochodu, dotarła do niego melancholia pobrzmiewająca w głosie Mbali – konsternacja tym wyraźniejsza, im usilniej tuszowana. Kontrastowało to ostro z pozytywnością, którą w ciągu ostatnich dwóch miesięcy starała się roztaczać wokół jako dowódca grupy.

„Potrzebuję cię w Edgemead. Farmersfield Road. Vaughn też już tam jedzie”. Szykowało się coś niedobrego. Nie miał już sił zmagać się z kolejnymi katastrofami.

Tak więc dzisiaj grudniowe szaleństwo i ślimacze tempo ruchu ulicznego nie było aż tak bardzo solą w oku, ale raczej błogosławieństwem.

Zespół techników odsłonił całe ciało Ernsta Richtera.

Adiutant Jamie Keyter przywołał bliżej ekipę z kamerą, by mogli sfilmować to miejsce: zwłoki zawinięto w grubą czarną folię, nie była ona jednak wystarczająco długa, by zakryć stopy, oraz krwistoczerwoną linę, którą ciasno obwiązano ciało od głowy przez talię aż po kostki.

Keyter zauważył fotoreportera, który usiłował zrobić zdjęcia z Otto du Plessis Drive za pomocą teleobiektywu. Dlatego właśnie stał na rozstawionych stopach z rękami na biodrach: był to obraz detektywa, który panuje nad sytuacją na miejscu przestępstwa. Pilnował reporterów, aż uznał, że sfotografowali i sfilmowali to miejsce ze wszystkich właściwych stron.

– W porządku – oznajmił. – Teraz wasza kolej. – Przywołał techników skinieniem ręki i wydał polecenie: – Rozetnijcie go.

Dwóch ludzi wyposażonych w odpowiednie narzędzia podniosło taśmę policyjną i uklękło przy ciele ofiary. Jeden z nich ostrożnie rozciął linę. Drugi podniósł ją i spakował do torby przeznaczonej na materiał dowodowy.

Jamie Keyter również przeszedł pod taśmą i zbliżył się do ofiary.

– Odwińmy go.

Zajęło im to prawie dziesięć minut, ponieważ musieli działać niezwykle ostrożnie i wydawało się, że płachta folii nie ma końca. Technicy rolowali folię co dwa metry, aby uniknąć zanieczyszczenia materiału dowodowego.

Mundurowi, filmowcy, dwóch detektywów oraz ekipa karetki, wszyscy zaciekawieni podeszli bliżej.

Ciało zostało w końcu odkryte w całości.

– Nie leżał tu zbyt długo – oznajmił jeden z techników, ponieważ na zwłokach widniało niewiele oznak rozkładu, jedynie ogólne zaciemnienie skóry, niebieskofioletowa siatka plam pośmiertnych na stopach oraz na karku, a także ziarenka piasku oblepiające ciało od głowy aż po stopy. Szczupły mężczyzna przeciętnego wzrostu, gęste ciemne włosy, ubrany w niebieskie dżinsy i czarną koszulkę z białym napisem: „Nie wdaję się w potyczki słowne z nieuzbrojoną osobą”.

– Może jakiś tydzień lub dwa – orzekł drugi, który pomyślał, że chyba już gdzieś widział tę twarz, ale nie kojarzył jej dokładnie. Stłumił chęć podzielenia się tym spostrzeżeniem.

W tamtym momencie był chyba najbliższy zidentyfikowania ciała Ernsta Richtera na miejscu przestępstwa.

– Uduszono go czymś – oznajmił jeden z techników, wskazując na głębokie przebarwienia na ciele denata.

– Najwyraźniej – odparł Jamie Keyter.

2

Na Farmersfield Road, gdzie w środowe popołudnie panował spokój charakterystyczny dla klasy średniej, stały rzędy białych i kremowych domków krytych dachówkami, z trzema sypialniami i zadbanymi trawnikami. Po porannej burzy po ulicy walały się gałęzie i liście.

Griessel nie musiał szukać adresu. Zauważył sąsiadów wspierających się po drugiej stronie ulicy w małych, przygnębionych grupkach oraz skupisko radiowozów zaparkowanych w jednym miejscu. Zatrzymał się na chodniku, kilka metrów od celu. Siedział nadal w samochodzie z rękami na kierownicy i spuszczonymi oczami. Nie miał ochoty wysiadać.

Wydarzyło się coś, co zakłóciło normalność podmiejskiego Edgemead; wiedział, że to coś przyczyni się do pogłębienia opresji, którą odczuwał od kilku miesięcy. Stał tam również busik PCSI, czyli elitarnego zespołu policyjnych techników i specjalistów medycyny sądowej. Co oni tu robili? Dlaczego wezwano jego i Vaughna z Sokołów?

Wziął głęboki oddech i powoli ściągnął ręce z kierownicy. Wysiadł niechętnie. Poszedł w kierunku domu.

Biały murek zasłaniał widok, więc musiał najpierw obejść podjazd, gdzie dostępu bronił posterunkowy.

Dom wyglądał jak większość innych stojących przy tej ulicy. Przy drzwiach kolejni policjanci stali w kręgu ze spuszczonymi głowami.

Posterunkowy zatrzymał go ruchem dłoni. Griessel pokazał swoją legitymację.

Jego oczy nagle się rozszerzyły:

– Och, kapitan Griessel. Kapitan Cupido prosił, by pan zaczekał tutaj. Już go wołam.

– Ale po co? – spytał Benny, po czym obszedł mężczyznę.

– Nie, kapitanie, proszę – błagał zaniepokojony mężczyzna. – Taki dał mi rozkaz. Muszę go zawołać.

– No to niech pan to zrobi – rzucił ze złością. Nie był w nastroju na sztuczki Vaughna.

Kapitan donośnym głosem nakazał mundurowym stojącym przy drzwiach, aby wezwali „Kapitana Sokołów”. Jeden z nich pośpieszył do środka.

Griessel czekał zniecierpliwiony.

Cupido pośpiesznie wyszedł w swoim stroju „Zbuntowanego Sokoła” – dżinsy, żółta koszulka, niebieska marynarka i krzykliwe żółto-pomarańczowe buty do biegania, które wczoraj tak entuzjastycznie wychwalał Benny’emu: „Nike Air Pegasus Plus, pappie, prawie tysiak za parę, ale w TekkieTown mieli wyprzedaż. Fajna wygoda w Technicolorze; jakbyś chodził w powietrzu w swoim mokrym śnie. Wychodzisz w nich wszystko na totalnym luzie. Ale prawdziwym bonusem tych bajeranckich butów jest to, że major Mbali wkurzy się na maksa”.

Przez ostatnich kilka tygodni Vaughn protestował zawzięcie przeciwko nowym, surowym zasadom schludności, które ustanowiła major Mbali (za każdym razem sarkastycznie podkreślał jej stopień). W poprzedni poniedziałek podczas odprawy Kaleni oznajmiła uroczyście: „Jeśli chcecie być zawodowcami, musicie wyglądać jak zawodowcy. Mamy zobowiązania wobec społeczeństwa”. Zarządziła, że mają nosić garnitury i krawaty oraz „buty wizytowe” – a przynajmniej koszule z kołnierzykiem i marynarki. Tego było już za wiele dla Cupida, któremu trudno było pogodzić się z tym, że to właśnie ją wyznaczono na dowódcę grupy: „Myślisz, że to przypadek, tak zaraz po wyborach? Nie sądzę. Ona jest z plemienia Zulu, to są etniczne działania afirmatywne; to ciągle jest czas Zumy, Benna. Ty i ja mamy więcej doświadczenia, więcej lat służby i lepiej się na tym znamy. I to ona dostaje awans?”.

Griessel wiedział, w czym tkwił prawdziwy problem. Cupido martwił się, że nowy dowódca nie będzie tolerował jego sposobu bycia. Mbali była sumienna i konserwatywna, a Vaughn nie. Stwierdził więc, że ona jest właściwą osobą na tym stanowisku, w tych okolicznościach.

To niczego nie zmieniało.

Pomimo działania w pośpiechu i kolorowego stroju Cupido miał ponury wyraz twarzy, kiedy podszedł do Griessela.

– Nie musisz tam wchodzić, Benna. Skończyliśmy tu już robotę.

Griessel wyczuwał w głosie kolegi udawaną rzeczowość, która skrywała konsternację.

– Nie po to przejechałem taki kawał. Co jest grane, Vaughn? Co tu się stało?

– Zaufaj mi, Benna, proszę. Mamy tu oczywistą sytuację. Chodźmy. – Cupido położył opiekuńczo dłoń na ramieniu kolegi.

Benny poczuł, że podnosi mu się ciśnienie. Co ten Cupido odstawiał? Strząsnął jego dłoń z ramienia.

– Powiesz mi w końcu, co tutaj się dzieje, czy mam sam to zobaczyć?

– Benna, zaufaj mi choć raz – błagał Cupido, co tylko podsyciło podejrzenia Griessela.

– Jissis – jęknął i ruszył w kierunku drzwi wejściowych.

– To Vollie – oznajmił Cupido.

Griessela zamurowało.

– Vollie?

– Ja. Nasz Vollie. Vollie Fish i jego rodzina.

Adiutant Tertius van Vollenhoven, który pracował z nimi obydwoma, kiedy istniał jeszcze policyjny oddział prowincji. Vollie, który serwował powiedzonka z West Coast oszczędnie i bez emocji z tym swoim akcentem z Namaqualand, kiedy noc się dłużyła i morale podupadało. Vollie Fish z Lamberts Bay, który na weekendy jeździł do domu i w poniedziałek przywoził owoce morza dla całego zespołu ze szczegółowymi instrukcjami dotyczącymi gotowania tych produktów, bo „spieprzone raki to zwykłe świętokradztwo, przyjacielu”.

Mężczyzna, który dzięki swojej nieskończonej cierpliwości i oddaniu pracy w ciągu czterech lat złapał dwóch seryjnych morderców z Cape Flats. A potem przeniósł się na posterunek Bothasig. Ogłosił, że swoje już zrobił i że teraz pragnie spokojniejszego życia, chciał ocalić swoje małżeństwo i patrzeć, jak dorastają jego dzieci. Wszyscy jednak wiedzieli, że chodziło tutaj o traumę związaną ze śledztwami, kolejne miesiące oglądania zmasakrowanych ciał ofiar i tę świadomość, że cokolwiek by się robiło, tylko szczęśliwy traf pozwalał powstrzymać tych potworów.

Dawne poczucie krzywdy obudziło się w Griesselu, nienawiść wobec osób odpowiedzialnych za te czyny.

– Włamanie?

– Nie, Benna.

– Co się stało, Vaughn?

Cupido odpowiadał ledwo słyszalnym szeptem. Nie potrafił spojrzeć Griesselowi w oczy.

– Vollie zastrzelił ich wczoraj wieczorem, a potem sam się zabił.

– Vollie?

– Zgadza się, Benna.

Pamiętał dwie urocze dziewczynki, nastolatki, i żonę Volliego, pulchną, silną, która zawsze go wspierała. Mercia albo Tersia. Najchętniej odrzuciłby ten obraz, naprawdę nie chciał sobie tego wizualizować: Vollie ze swoim służbowym pistoletem stojący obok łóżka dzieci.

– Chryste, Vaughn – wyszeptał i poczuł, że ponownie doznaje duszącej klaustrofobii.

– Wiem.

Griessel najchętniej kontynuowałby tę rozmowę; chciał uniknąć tego napięcia.

– Ale dlaczego? Co się stało?

Cupido wskazał na mundurowych stojących przy drzwiach.

– Ludzie z posterunku Bothasig znaleźli wczoraj dziewczynę na weldzie, po drugiej stronie Richwood. To była już druga, taki sam modus operandi jak w przypadku zabójstwa sprzed miesiąca. Wszystko wskazuje na seryjnego mordercę. Kiepska sprawa, Benna, to jakiś chory pojeb. Vollie tam był.

Griessel połączył fakty, trzymając dłoń z tyłu głowy. Usiłował zrozumieć, co się stało – demony dręczące umysł Volliego w końcu go dopadły.

– No już, Benna. Chodźmy.

Griessel nie ruszył się z miejsca. Cupido zauważył, że kolega śmiertelnie pobladł.

– Benna, będzie lepiej, jeśli…

– Zaczekaj. – Rzucił ostre spojrzenie Cupidowi. – Dlaczego Mbali nas tu przysłała?

– Dowódca posterunku Bothasig poprosił ją, żebyśmy rzucili na to okiem. Chciał się upewnić, że niczego nie pominą, bo media…

– Aha. – I jeszcze Griessel spytał po chwili: – Dlaczego chcesz trzymać mnie z dala od tego, Vaughn?

Cupido spojrzał mu w oczy i postukał się palcem wskazującym w skroń.

– Bo jeszcze tak do końca nie doszedłeś do siebie, Benna. Ja to wiem.

Jamie Keyter przeszukał wraz z dwoma technikami wszystkie kieszenie dżinsów ofiary. Niczego w nich nie znaleźli.

Przełożyli ciało do wielkiego czarnego worka na zwłoki. Zapiął go i poprosił o nosze. Ciało przeniesiono do karetki. Technicy spakowali sprzęt i ostrożnie oznaczyli czarną folię oraz czerwony sznur. Jeden z nich przyniósł wykrywacz metalu i ze słuchawkami na uszach raz po raz obchodził naokoło miejsce przestępstwa.

Drugi z techników stał z Jamiem Keyterem. Byli poza zasięgiem słuchu pozostałych osób.

– Przysięgam, on wygląda znajomo – oznajmił technik.

– No raczej. Pracuje z tobą – rzucił Keyter, marszcząc brew zza okularów słonecznych.

– Nie on, ofiara.

– Czyli że co, znasz go?

– Nie, nie znam. Ale mam wrażenie, że o nim słyszałem.

– To jakiś celebryta?

– Ja po prostu wiem, że już go widziałem.

– To kurewsko pomocne, jeśli nie wiesz gdzie. Myślisz, że to policjant?

Technik pożałował, że w ogóle się odezwał.

– Nie, ja… Może się mylę. Może on tylko wygląda jak ktoś, kto…

Technik pracujący z wykrywaczem metalu zatrzymał się w pewnym miejscu i oznajmił:

– Tutaj coś jest. – Stał około trzech metrów od miejsca, w którym znaleziono ofiarę.

Drugi z techników chwycił małą łopatkę i przeszedł pod żółtą taśmą policyjną. Rozgrzebał rękami piasek wokół wykrywacza i odsunął go ostrożnie. W pierwszej chwili nie znalazł niczego.

– Jesteś tego pewny? – spytał kolegę.

– Tam na pewno coś jest.

Wyczuł coś metalowego na głębokości czterdziestu centymetrów. Pogrzebał palcami w piasku i w końcu to zobaczył.

– Jis, to telefon komórkowy.

Wstał, z zestawu narzędzi wziął pędzel, pochylił się ponownie i odgarnął nim piasek, podczas gdy Jamie Keyter wezwał zespół filmowców.

– Wygląda na iPhone’a 5 – oznajmił jeden z techników. Wcisnął guzik w telefonie, ale nic się nie stało. – Telefon padł na amen. O piętnastej siedem w środę, siedemnastego grudnia.

3

Transkrypcja rozmowy: adwokat Susan Peires i Francois du Toit

Środa, 24 grudnia, 1604 Huguenot Chambers,

40 Queen Victoria Street, Kapsztad

Plik nr 1

Adwokat Susan Peires (SP): …Oczywiście, że może pan odmówić. Wtedy będę robiła tylko notatki. Ale nagrywany materiał jest solidniejszą formą zapisu i będzie traktowany z taką samą dyskrecją. Każę to przepisać i będzie można odnosić się do tego tak samo jak do notatek. Poufność tych materiałów będzie zachowana.

Francois du Toit (FdT): Nawet jeśli nie weźmie pani mojej sprawy.

SP: Zgadza się.

FdT: Kto to przepisuje?

SP: Moja sekretarka, którą również obowiązuje zasada poufności.

FdT: W porządku. Może mnie pani nagrywać.

SP: Dziękuję, panie du Toit. Proszę podać do protokołu swoje pełne imię i nazwisko, datę urodzenia oraz zawód.

FdT: Francois du Toit, urodzony 20 kwietnia 1987 roku. Uprawiam winorośl na plantacji Klein Zegen w Stellenbosch przy Blaauwklippen Road.

SP: A więc ma pan teraz 27 lat?

FdT: Zgadza się.

SP: Żonaty?

FdT: Tak. Moja żona ma na imię San… Susanne. Nasz syn ma sześć tygodni. Guillaume.

SP: Dziękuję. Jak rozumiem z wypowiedzi pana prawnika, policja czeka teraz na pana? Na terenie pana winnicy?

FdT: Tak.

SP: A pan prosi o poradę, jak poradzić sobie z tą sytuacją.

FdT: Tak.

SP: Czego dotyczy policyjne śledztwo?

FdT: Gustav… mój prawnik… nie wyjaśnił pani tego?

SP: Zrozumiałam, że to poważna sprawa, ale poprosiłam pana Kempa, by nie podawał żadnych szczegółów. Wolę usłyszeć wszystko bezpośrednio od mojego klienta.

FdT: To… To dotyczy zabójstwa Ernsta Richtera.

SP: Tego zaginionego mężczyzny? Człowieka od Alibi?

FdT: Zgadza się.

SP: Pan jest w to zamieszany?

FdT: Policja z pewnością nie… Proszę mi wybaczyć. To… to długa historia. Muszę pani opowiedzieć wszystko… Proszę.

SP: Rozumiem, panie du Toit, jednak zanim przejdziemy dalej, pozwoli pan, że przekażę panu to, co mówię wszystkim moim klientom. Jestem adwokatem od 28 lat i w tym czasie reprezentowałam ponad 200 osób w sprawach kryminalnych. Morderstwa, zabójstwa, gwałty, oszustwa; sprawy wszelkiego rodzaju. Zawsze udzielam tej samej rady i – jak pokazuje doświadczenie – jest to dobra rada: nie musi pan być ze mną szczery, ale ostatecznie to znacznie ułatwia moje zadanie. Ja nie…

FdT: Zamierzam być szczery.

SP: Proszę pozwolić mi najpierw skończyć. Nie jestem tu, by pana osądzać; jestem tu, aby zapewnić panu najlepsze przedstawicielstwo prawne, jakie mogę zaoferować. Wierzę niezachwianie w system sprawiedliwości, gdzie oskarżony jest uznawany za niewinnego do momentu, kiedy ponad wszelką wątpliwość udowodni mu się winę. Jednym z moich najważniejszych obowiązków jest ustanowienie możliwie wysokiego standardu uzasadnionej wątpliwości. Przyjmowałam sprawy, gdzie oskarżony powiadomił mnie, że jest winny, i walczyłam o niego równie intensywnie, jak o osoby zapewniające o swojej niewinności, ponieważ ten system może funkcjonować jedynie wtedy, kiedy wszyscy jesteśmy równi w obliczu prawa. Dlatego też nie odmówię reprezentowania pana, jeśli jest pan winny…

FdT: (niesłyszalne)

SP: Proszę, panie du Toit…

FdT: Proszę do mnie mówić Francois.

SP: Nie, będę zwracała się do pana „panie du Toit”. Nie jesteśmy przyjaciółmi; ja jestem adwokatem, a pan jest moim klientem. Będą nas łączyć oficjalne relacje, za które zapłaci pan sporo pieniędzy. Muszę zachować dystans i obiektywność. Chciałam powiedzieć, że nie odmówię też reprezentowania pana, jeśli jest pan niewinny. Nie wpłynie to w żaden sposób na jakość oferowanej przeze mnie usługi ani na moje oddanie pracy. Zrobię, co w mojej mocy, ponieważ właśnie za to pan mi płaci. Nie mogę zmusić pana do szczerości, ale muszę wyjaśnić ewentualne konsekwencje, jeśli pan tego nie zrobi. Zdarza się, że nieujawnione informacje ujrzą jednak światło dzienne. Nie zawsze tak się dzieje, ale często. I jeśli dojdzie do tego w niesprzyjającym momencie, może to przynieść nieobliczalne straty pańskiej obronie. Jeśli chodzi o moją rolę, mogę przyjąć odpowiedzialność jedynie za to, o czym wiem. Mogę pracować nad stawianymi panu zarzutami i kierować pańską obroną jedynie na podstawie tego, co pan mi powie. Jeśli zdecyduje się pan przedstawić mi fikcyjną wersję wydarzeń, nie będę miała wyboru i będę musiała pracować właśnie z tym. Jednakże moim zdaniem i na podstawie mojego doświadczenia, to praktycznie nigdy nie wpływa pozytywnie na sprawę. Krótko mówiąc, panie du Toit, im bardziej będzie pan ze mną szczery, tym większą mamy szansę na to, aby nie trafił pan do więzienia. Rozumie pan to?

FdT: Tak.

SP: Chciałby pan najpierw to przemyśleć?

FdT: Nie. Zamierzam pani powiedzieć wszystko. Dosłownie wszystko.

SP: Świetnie. Od czego chciałby pan zacząć?

4

O 15:48 Benny Griessel wszedł do Fireman’s Arms, knajpy uznawanej za drugą najstarszą w Kapsztadzie; wcześniej powstała podobno tylko Perseverance Tavern przy Buitenkant Street.

Fireman’s obsługiwał alkoholików i innych zatwardziałych pijusów od 1864 roku, czyli w środę siedemnastego grudnia lokal ten miał już ponad sto pięćdziesiąt lat. Griessel miał w głębokim poważaniu historię picia w Kapsztadzie. To wolne miejsca parkingowe na Mechau Street sprawiły, że zatrzymał się właśnie tam.

Zdecydowanym krokiem przeszedł pomiędzy ciemnymi drewnianymi stołami i ławkami do długiego baru, usiadł i zaczekał, aż zostanie obsłużony. Zaciągnął się zapachami tawerny. Przywoływały one liczne wspomnienia, z czego wszystkie przyjemne.

Opierając łokcie na kontuarze, zauważył, że lekko drżą mu ręce. Złożył je razem, aby zbliżający się barman tego nie zauważył.

– Podwójna whisky – poprosił.

– Z lodem?

– Nie, dziękuję.

Barman skinął głową i się oddalił. Wrócił ze szklanką z grubego szkła, do której na dwa palce nalał bursztynowego płynu, i przekazał ją Benny’emu – zrobił to mechanicznie, wyćwiczonymi ruchami, zupełnie nieświadomy znaczenia tej chwili. Griessel się nie zawahał. Nie myślał o tych sześciuset dwóch dniach bez alkoholu, które miał za sobą. Podniósł szklankę i pociągnął z niej solidny łyk.

Miał wrażenie, że spotkał dawno niewidzianego przyjaciela, i to spotkanie było prawdziwą radością. Nadal jednak nie poczuł wewnątrz żadnej zmiany.

Wiedział, że ten pierwszy łyk nie przyniesie mu ulgi. Wiedział, że znieczulenie i spokój, porządek, sens oraz uzdrowienie, a także równowaga i jedność ze światem przychodziły dopiero później, gdzieś pod koniec drugiej szklanki boskiego płynu.

Laboratorium kryminalistyczne SAPS od 2011 roku mieściło się przy Silverboom Avenue na siedemnastu tysiącach metrów kwadratowych imponującego połączenia stali i szkła. Trzon budynku miał kształt ogromnej, wysokiej na cztery piętra litery C, z której wychodziło pięć odnóg – po jednej dla każdego wydziału: balistyka, analiza DNA, analiza naukowa, analiza dokumentów oraz analiza chemiczna. To właśnie w kuchni działu analizy naukowej, kiedy nalewał do kubka kawy, uderzyła go ta myśl. Do technika dotarło, kogo przypominała mu twarz człowieka znalezionego na wydmach koło Blouberg.

Czy to możliwe?

Nie zdradził nic swojemu koledze, pośpieszył tylko do biurka, odstawił kawę koło klawiatury i wpisał nazwisko w wyszukiwarkę Google.

Otworzył link i przyglądał się zdjęciu, które zaczęło się ładować na ekranie. No oczywiście, nie pomylił się. Wyszukał w notatkach zrobionych tego dnia numer komórki Jamiego Keytera i zadzwonił do niego.

– Jamie – burknął detektyw, jakby nie chciał, by mu przeszkadzano. Wymówił swoje imię inaczej, niż robili to Anglicy. Technik uznawał, że jest to nieco pretensjonalne i irytujące, jak sam ten detektyw.

Przedstawił się i powiedział: – Wydaje mi się… Jestem prawie pewny, że ofiarą jest Ernst Richter.

– Kim jest Ernst Richter? – spytał Jamie Keyter.

– To ten facet od Alibi, który zaginął.

Keyter nie odzywał się przez chwilę. Po chwili odpowiedział z rosnącą irytacją:

– Nie mam pojęcia, o kim mówisz, stary.

– No to lepiej zadzwoń na posterunek w Stellenbosch.

Griessel trzymał w dłoni drugiego drinka.

Pomyślał, że to właśnie są jego wakacje. Nie potrzebował niczego więcej.

Mbali mogła już darować sobie to zrzędzenie.

W poniedziałek przeglądała jego akta: „Od trzech lat nie byłeś na urlopie, Benny”. W jej głosie było słychać, że naprawdę martwi się o niego.

– Miałem ponad trzy miesiące zwolnienia lekarskiego po… – Oboje wiedzieli, że ma na myśli strzelaninę, w której zginął jej poprzednik, a Griessel został ranny.

– To się nie liczy. Masz wziąć urlop pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Potrzeba ci prawdziwych wakacji.

„Prawdziwe wakacje”? Jedyne, na co mógł sobie pozwolić, to siedzenie w domu, a to po jednym dniu doprowadziłoby go do szaleństwa.

– …I spędzić czas z najbliższymi. – To była karta atutowa Kaleni.

Jego najbliżsi.

Zanim Mbali zadzwoniła do niego tego popołudnia, od dwudziestu minut siedział w restauracji Ocean Basket właśnie z najbliższymi. Jego córka, Carla, rozmawiała cały czas z Alexą o jakichś artystycznych sprawach, o których on nie miał bladego pojęcia. Jego syn, Fritz, siedział z telefonem komórkowym i śmigał palcami po ekranie, chichocząc po cichu co chwilę, kiedy piknięcie albo melodyjka obwieszczały, że nadszedł nowy esemes, nowa wiadomość z WhatsAppa, Facebooka, Twittera lub BBM czy innego dziwoląga. Jakby jego ojciec w ogóle nie istniał. Jakby to nie była specjalna okazja, lunch, przy którego zorganizowaniu Alexa zadała sobie tyle trudu. Fritz, którego posłanie w przyszłym roku do szkoły filmowej (AFDA) będzie kosztowało fortunę – i to nie w przenośni, ale dosłownie. Już za samą rejestrację AFDA pobiera opłatę w wysokości 5950 randów. 10 000 randów wpisowego. 55 995 randów za czesne. I to tylko za jeden rok. Doskonale pamiętał te kwoty; potrafił wyrecytować je, kurwa, w środku nocy, ponieważ musiał przedstawić je menadżerowi swojego banku. Bank zastanawiał się cały miesiąc, zanim przyznał mu pożyczkę.

Fritz kompletnie tego nie doceniał i siedział z nosem przyklejonym do telefonu podczas specjalnego lunchu, a Griessel nie wiedział, co ma robić.

Jego dzieci miały o wiele lepsze relacje z matką. Czasami słyszał, jak rozmawiają przez telefon z Anną, jego byłą żoną. Rozmowy pełne śmiechu oraz wymiany doświadczeń i intymnych zwierzeń. A on? Co on miał zrobić? Jego życiem była praca, a o tym nie mógł rozmawiać. Według terapeuty wynikało to z jego tak zwanego altruizmu oraz depresji.

Był też młody van Eck, nowy „przyjaciel” Carli, który studiował z nią w szkole teatralnej w Stellenbosch (kwotę 29 145 randów rocznie udało się Griesselowi załatwić bez kredytu, ale nadal wiązało się to z niemałymi trudnościami i koniecznością sporych oszczędności). Griessel nie znosił Vincenta van Ecka. Zaczynał się zastanawiać, czy poprzedni ukochany jego córki, rugbista Etzebeth, nie był jednak lepszym wyborem. Etzebeth przynajmniej wiedział, kiedy ma się zamknąć.

Van Eck gadał jak nakręcony, ciągle przedstawiał jakieś swoje opinie i zadawał Griesselowi pytania, na które ten nie miał ochoty odpowiadać. Które z twoich śledztw było najciekawsze? Co sądzisz o werdykcie w sprawie Oscara Pistoriusa? Dlaczego mamy tak wysoki poziom przestępczości?

Nie zwracał się do niego z szacunkiem per Oom, tylko mówił „ty” i „ciebie”, miał za długie włosy i przebiegłe spojrzenie. Według Alexy był ładnym i „słodkim” chłopcem, a Griessel nie chciał być niemiły, bo w końcu ten dzieciak był przyjacielem Carli, ale miał silne przeczucie, że van Eck jest rozpuszczonym gnojkiem.

Vincent van Eck. Mógł sobie wyobrazić reakcję Vaughna Cupida: „Co to za fokken imię? Kto dziecku z takim nazwiskiem daje na imię Vincent?”.

O 16:28 adiutant Jamie Keyter, siedzący przy zawalonym papierami biurku naprzeciw dowódcy posterunku w Table View, poinformował go, że ciało, które z tak wielką ostrożnością odkopali z piasku w Blouberg, należało najprawdopodobniej do Ernsta Richtera.

– TEGO Ernsta Richtera? – spytał pułkownik wyraźnie zmartwiony.

Keyter zastanawiał się, dlaczego wszyscy poza nim słyszeli już o TYM Ernście Richterze; może powinien jednak czytać gazety, nawet jeśli nie pisano w nich o sprawach, które właśnie prowadził. Potwierdził to i wyjaśnił, że zaginięcie Richtera zgłoszono ponad trzy tygodnie temu w Stellenbosch. Kolor włosów oraz rysy twarzy ofiary wykazywały spore podobieństwo do osoby widniejącej na dwóch zdjęciach portretowych, które posterunek Stellenbosch przesłał mejlem dziesięć minut wcześniej. Co więcej, denat miał na sobie to samo ubranie, które Richter nosił na krótko przed zaginięciem.

– Świetna robota – powiedział dowódca posterunku głęboko zamyślony.

– Dziękuję, pułkowniku. Ale sprawę przejmuje teraz Stellenbosch. To znaczy, to jest nasza sprawa finish and klaar. Prawda?

– Czy ktoś go już zidentyfikował?

– Zadzwonię do jego matki i spytam, czy może przyjechać i go zidentyfikować, pułkowniku. Ale znaleziono go na naszym terenie. Posterunek Stellenbosch potrzebuje tylko numeru dziewięćdziesiąt dwa, żeby zamknąć swoje akta… – wymawiając te pełne nadziei słowa, Keyter odnosił się do formularza SAPS 92, który należało wypełnić w przypadku odnalezienia zaginionej osoby.

Komendant podrapał się po karku, zastanawiając się nad tym. Znowu mocne i słabe strony Jamiego Keytera. Wiedział, że adiutant być może nie jest największym bystrzakiem w zespole śledczym posterunku Table View, ale był oddany pracy i rzetelny, działał metodycznie i miał na swoim koncie kilka zakończonych sukcesem śledztw w sprawach nieskomplikowanych zabójstw.

Pytanie brzmiało, czy mógł powierzyć mu tę sprawę, jeśli naprawdę chodziło tu o TEGO Ernsta Richtera.

Jednym z problemów była ambicja Keytera. Odkąd kilka lat temu zyskał oszałamiająco pozytywny rozgłos po rozbiciu gangu złodziei samochodów, często przeceniał swoje umiejętności i swój potencjał. Na posterunku Table View sporo plotkowano na temat jego zamiłowania do bycia w centrum zainteresowania mediów (jak i równie wielkiego upodobania do spędzania czasu przed lustrem).

Inny problem stanowiła ilość pracy. Table View było jednym z najszybciej rozwijających się obszarów miejskich na Półwyspie Przylądkowym. Przyrost ten przejawiał się w napływie przedstawicieli niższej klasy średniej: między innymi tysięcy imigrantów z Nigerii, Malawi i Zimbabwe osiedlających się w dzielnicy Parklands, gdzie popełniano niemal sześćdziesiąt procent przestępstw, którymi musiał zająć się jego posterunek. Jeśli to na pewno był TEN Ernst Richter, będzie musiał oddelegować do tej sprawy sporo ludzi, ponieważ komisarz prowincji zacznie wywierać na niego ogromny nacisk, jak tylko sprawę zwietrzą media.

To oznaczało zasoby ludzkie, którymi nie dysponował. I zainteresowanie mediów, którego pragnął wyłącznie Jamie Keyter.

– Jamie, zadzwonię do Stellenbosch i zobaczę, co da się załatwić – skłamał.

Kiedy Griessel kończył trzecią szklaneczkę, fizyczny ból zaczynał ustępować. Ból w ramieniu, ból w boku, tępe rwanie w ranach odniesionych pół roku temu, gdy zginął pułkownik Zola Nyathi – a Benny nie.

Ten ból, który rano rozbudziła burzowa pogoda, powrócił teraz jako silnie pulsujące wspomnienie tamtych wydarzeń.

A teraz siedział tutaj i rozmyślał o czwartym drinku.

Przeczuwał, że znów zbliża się picie. Doktor Barkhuizen, jego wieloletni sponsor z klubu AA, również to przewidział. „Znam te szkliste oczy, Benny. Musisz zmierzyć się z tym pragnieniem. Kiedy ostatni raz poszedłeś na spotkanie klubu AA? Porozmawiaj znowu ze swoim terapeutą. Poukładaj sobie w głowie”.

Nie chciał wracać do terapeuty. Po pierwsze, zmuszono go, by poszedł na terapię po strzelaninie. Po drugie, przeszedł przez ten proces wbrew swojej woli. Po trzecie, psychologowie nie mają kompletnie o niczym pojęcia; siedzieli w swoich małych, durnie urządzonych gabinetach, zaprojektowanych tak, by wystraszeni i niestabilni emocjonalnie ludzie poczuli się tam komfortowo i niemal jak u siebie w domu, z pudełkiem chusteczek ustawionym w pobliżu niczym cicha obelga i pluszowym misiem siedzącym na parapecie okna.

Pluszowy miś… w gabinecie terapeuty, który leczył policjantów.

Znali sporo trudnych wyrazów i mieli ogromną wiedzę książkową, ale czy którykolwiek z nich stawał obok zmasakrowanego ciała raz po raz, a potem znowu i znowu? Albo leżał obok swojego kolegi i patrzył na tryskającą wszędzie krew, wiedząc, że kolega z pewnością umrze? I jeszcze ta świadomość, że nie jesteś w stanie go ocalić.

Terapeutka była atrakcyjną kobietą. Po czterdziestce, tak jak Griessel. Początkowo wydawało mu się, że wszystko będzie w porządku, pomimo chusteczek i pluszaka. Ale potem zaczęła mówić tym swoim fokken kojącym głosem, jakby był jakimś szaleńcem, którego należało uspokajać. Zadawała pytania na temat całego jego życia oraz pracy detektywa. Słuchała go niezwykle uważnie, skupiała na nim całą swoją uwagę, przytakiwała wszystkiemu współczująco i powtarzała, że rozumie. Po czterech tygodniach powiedziała mu, że cierpi na stres pourazowy i odczuwa winę jako ocaleniec. I że to jego altruizm i depresja sprawiają, że pije.

Nie był pewny, czy wie, co znaczy altruizm.

– Chodzi o troskę o innych – wyjaśniła. – Okazywaną do tego stopnia, że poświęca się coś dla innych, nie oczekując jednocześnie w zamian korzyści bądź nagrody.

– Dlatego właśnie piję?

– To jeden z elementów układanki, kapitanie. Interpretacja depresji, w skrócie rzecz jasna, głosi, że ludzie, u których ona występuje, nie widzą dla siebie sensownej przyszłości. Odczuwają obniżenie poczucia własnej wartości oraz obawę o swój status. Jednakże najnowsze badania pokazują, że istnieje również inny rodzaj depresji – taka, przy której ludzie odczuwają ogromną winę i wykazują wysoki poziom empatii wobec losu innych osób. Ich altruizm jest tak silny, że doświadczają oni zachwiania percepcji, za sprawą którego postrzegają siebie jako niebezpieczeństwo dla bliskich im osób. Uważam, że właśnie na tym powinniśmy się skupić.

Griesselowi absolutnie się to nie spodobało. Ludzie cierpiący na depresję chodzili jak zombie, ze spuszczonymi głowami, miewali mroczne myśli i rozważali na przykład podcinanie sobie żył. A tego typu myśli nigdy go nie nachodziły. Odrzucał te bzdury, ale przez grzeczność skinął jedynie lekko głową.

A potem oznajmiła, znowu tym swoim kojącym głosem:

– Wszystko, co pan mi powiedział, wskazuje właśnie na to. Nie chodzi tylko o wydarzenie, podczas którego zastrzelono pana pułkownika. Za każdym razem, gdy pojawia się pan na miejscu przestępstwa, towarzyszy panu poczucie współsprawstwa, myśl, że powinien pan był nie dopuścić do zbrodni. Takie objawy obserwuje się nie tylko u przedstawicieli pańskiego zawodu. Jednak głównym czynnikiem jest to, że zaczyna pan czuć się odpowiedzialny za wszystkie najbliższe panu osoby; rozwija się u pana nienaturalna potrzeba ochronienia ich przed całym złem, jakiego doświadcza pan na co dzień. Na pewnym etapie dociera do pana, że jest to niemożliwe. Musimy odkryć, czy właśnie to przyczynia się do pańskiej depresji i do pańskiego picia.

„Musimy odkryć”. Fok. Jakby był jakąś dziką krainą.

Siedział w pubie i wspominał tamtą rozmowę. Pił, mając nadzieję, że zapomni – ponieważ dzisiaj po południu w Edgemead demony, które owładnęły Volliem Fishem, przeniosły się do jego umysłu.

5

Ze swojej kancelarii w Suite 1604 Huguenot Chambers adwokat Susan Peires miała doskonały widok na zieloną przestrzeń historycznego parku Company’s Garden. W ten gorący dzień przed świętami Bożego Narodzenia roiło się w nim od ludzi. Czasami, kiedy chciała zastanowić się nad jakąś sprawą, otwierała rolety i wyglądała na zewnątrz. To pomagało jej uporządkować myśli. Jednak teraz cała jej uwaga skupiała się na młodym właścicielu winnicy, Francoisie du Toit.

Usiadła naprzeciwko niego przy stole konferencyjnym. Słuchała każdego słowa, zwracając szczególną uwagę na ton jego głosu, wymowę oraz rytm. Trudno było mu się rozkręcić, ale to akurat żadna niespodzianka. Czasami porównywała swoją pracę do tej, którą wykonywał lekarz pogotowia. Każdy, kto do niej trafiał, na pewno doznał jakiegoś urazu.

Analizowała język ciała du Toita, wyraz jego twarzy, przyglądała się jego oczom, które najpierw utkwił w niej, by potem przenieść je na jakiś punkt na ścianie.

Wiedziała, że wszystko to musi niezwykle ostrożnie interpretować.

Jako młoda adwokat Peires zdobyła cenną lekcję zawodową. Pod koniec burzliwego okresu apartheidu przyjęła pro bono sprawę białego mechanika samochodowego oskarżonego o zamordowanie swojej żony. Poszlaki były niezwykle mocne – dzień przed morderstwem znajomy powiedział mu, że żona go zdradza, a sąsiedzi z Goodwood, gdzie domy stoją blisko siebie, słyszeli potem podobno głośną kłótnię. Na twarzy miał ślady po zadrapaniach, a przed siedmiu laty dostał wyrok w zawieszeniu za napaść. A kiedy Peires po raz pierwszy zobaczyła go w pokoju przesłuchań na posterunku, wiedziała, że jest winny. Twarz mężczyzny była szorstka, prymitywna. Oczy osadzone pod krzaczastymi brwiami unikały jej spojrzenia. Był wysoki i silny, a ręce miał wielkie jak bochny chleba. Był opryskliwy. Mówił nieskładnie i niejasno. Peires, wraz ze śledczymi, uwierzyła, że jego alibi – zarzekał się, że noc morderstwa spędził w domu matki w Parow – to wersja, którą syn ustalił ze swoją matką.

Przesłuchała matkę, nerwową, nałogową palaczkę, która nie wywarła najlepszego wrażenia w sądzie. Dopiero kiedy przekazała kobiecie, że istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że jej syn spędzi resztę życia w więzieniu, kobieta załamała się we łzach i wyznała wszystko przestraszona. Nie byli sami w domu: jej kochanek, koloredzki oficer z Południowoafrykańskich Sił Obronnych, mógł potwierdzić alibi.

Co też ten poważny i uprzejmy mężczyzna uczynił spokojnym, ale zdecydowanym głosem.

Kiedy sprawę przeciwko mechanikowi wycofano, a policja skierowała uwagę na żonatego kochanka ofiary, spytała swojego klienta, czy tak bardzo wstydził się rasy kochanka swojej matki, że był gotowy pójść do więzienia.

– Nie – odparł.

– Usiłował pan chronić matkę? Martwił się pan, że ludzie zaczną gadać?

Pokręcił głową.

– To dlaczego pan mi tego nie powiedział?

– Bo ma pani gniewną twarz.

Susan Peires zasmuciły te słowa. Zabolało ją to, że ona, która uważała się za osobę profesjonalną, ale jednocześnie zdolną do współczucia, może być postrzegana jako kobieta przepełniona złością. Że ten wyglądający na twardziela krzepki mężczyzna bał się jej z powodu tego, jak wyglądała. Oboje mieli o sobie nawzajem pewne wyobrażenia wypaczone przez wyraz malujący się na ich twarzach.

Długo nad tym rozmyślała. Spędziła sporo czasu przed lustrem i stopniowo zrozumiała, że ostre rysy twarzy w zestawieniu z wykonywanym zawodem powodują, że nie cieszy się jakimś szczególnym powodzeniem u płci przeciwnej.

Starała się łagodzić swój wizerunek makijażem i strojem oraz bardziej rozluźnioną postawą.

Rozmyślała o tym, że ludzie często szufladkują innych na podstawie ich wyglądu, analizowała wpływ rysów twarzy na formowanie się osobowości, ale przede wszystkim doszła do wniosku, że już nigdy więcej nie popełni takiego błędu.

I właśnie dlatego zamierzała za wszelką cenę zignorować fakt, że Francois du Toit jest wysokim, opalonym i ładnie wysławiającym się mężczyzną. Słuchała i obserwowała.

A nade wszystko nie śpieszyła się z wydaniem sądu, co jest prawdą, a co nie.

6

Środa, 17 grudnia. Osiem dni do Bożego Narodzenia.

O 17:03 dowódca posterunku z Table View zadzwonił do Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych w Bellville i poprosił, bo połączono go z szefem.

– Brygadier Manie jest na wakacjach, pułkowniku – poinformowała go sekretarka pułkownika.

Dowódca posterunku westchnął. To była ta pora roku.

– A kto teraz dowodzi Jednostką do spraw Ciężkich Przestępstw?

– Major Mbali Kaleni, pułkowniku.

Sporo o niej słyszał. Stłumił kolejne westchnienie.

– Czy mogę prosić ją do telefonu?

– Proszę zaczekać.

Benny Griessel tkał swój własny kokon w pubie Fireman’s Arms. Nie był świadom, że za jego plecami kręcą się jacyś ludzie; było późne popołudnie i bar stopniowo zapełniał się klientami. Nie widział meczów piłkarskich wyświetlanych na wielkich płaskoekranowych telewizorach; nie docierał do niego gwar, jaki robili inni amatorzy trunków, którzy śmiali się i dyskutowali w grupach.

Istniał tylko on i szósta podwójna szkocka oraz brawura i mądrość pijaka.

Pochylił głowę, starając się okiełznać myśli, które harcowały w jego głowie. Stał wraz z Vaughnem Cupidem przed tamtym domem w Edgemead i nagle doznał objawienia. Terapeuta miał rację.

Adiutant Tertius van Vollenhoven popełnił najstraszliwszy, najbardziej niewyobrażalny i rozdzierający serce czyn, ponieważ chciał ochronić swoich najbliższych przed drapieżnym potworem, który niczym pies gończy, tocząc ślinę z pyska, z przekrwionymi oczami grasuje po świecie. Nikt nie był w stanie go powstrzymać, a jego głód przybierał jedynie na sile.

Terapeuta miał rację. On, Benny Griessel, pił, ponieważ w ten sposób trzymał bestię z dala od siebie i swoich najbliższych. Każdy drink budował zaporę, która powstrzymywała go przed przeistoczeniem się w to, co Vollie…

Nie był aż tak pijany, by osiągnąć taki stan.

Ale miał go osiągnąć, i to jeszcze tego samego wieczoru.

Dwóch facetów w garniturach, po trzydziestce, pojawiło się koło Griessela przy długim kontuarze. Z pogardą przyglądali się pochylonemu nad kielichem mężczyźnie.

Nie podobało mu się to.

Zanim zdążył cokolwiek do nich powiedzieć, odezwała się jego komórka. Zobaczył, że dzwoni Mbali Kaleni.

Pierdolić to. W końcu był na prawdziwych wakacjach – tylko on i jego przyjaciel Jack.

Opróżnił szklankę i przywołał barmana.

Major Mbali Kaleni siedziała w swoim biurze i dzwoniła do Benny’ego Griessela.

Cupido stanął po drugiej stronie jej biurka. Zdegustowany wdychał opary gotowanego kalafiora. Objęła stanowisko dowódcy zespołu, a jej gabinet miał cuchnąć tak okrutnie?

Wszystko przez tę jej dietę. Zrzuciła już jedenaście kilogramów, ale on tego jakoś nie widział; według niego wyglądała tak samo grubo jak zawsze.

Dwa tygodnie temu jeszcze nic o tym nie wiedział. Szedł korytarzem, podjadając słodkie draże, kiedy Mbali minęła go i oznajmiła tym swoim wszechwiedzącym tonem: „Profesor Tim mówi, że cukier to trucizna”.

Odpuścił sobie dyskutowanie z nią, ponieważ sprzeczka z Mbali przypominała walkę z zawodnikiem sumo – nigdy nie zdołałeś wykonać porządnego chwytu, a po wszystkim kończyłeś spocony i nieusatysfakcjonowany. Następnego dnia usłyszał: „Profesor Tim twierdzi, że produkty niskotłuszczowe to ściema”, kiedy przy biurku jadł jogurt na śniadanie. Tę uwagę też puścił mimo uszu. Aż do następnego ranka, kiedy wyszedł z porannej odprawy z paczką chipsów, a Mbali oświadczyła: „Profesor Tim mówi, że od tłuszczów się tyje”. Tym razem już nie wytrzymał.

– Co to za jeden? – warknął.

Wtedy mu powiedziała. Wszystko. O tym profesorze Timie Noakesie, który kiedyś nakłonił cały fokken świat do jedzenia makaronu, a potem zrobił w tył zwrot i ogłosił: nie, od węglowodanów wszyscy tyją, i napisał książkę z przepisami, a teraz stał się wielkim bohaterem Mbali, „Tylko naprawdę wielcy ludzie potrafią przyznać się do błędu”, i ona schudła już tyle i ma o wiele więcej energii, i to nie było aż takie trudne, wcale nie brakowało jej węglowodanów, ponieważ teraz jadła ryż z kalafiora, purée z kalafiora i chleb z siemieniem lnianym.

Chleb z siemieniem lnianym. No chyba ją, kurwa, pogięło.

Mbali mówiła o tym wszystkim z żarliwością neofity. Jakby i on był gruby.

Co lunch przynosiła dwie główki kalafiora i zostawiała te capiące okrutnie warzywa w biurze, a on zaczynał tęsknić za czasami, kiedy roznosiły się u nich aromaty z KFC.

Minęła cała wieczność, nim Kaleni w końcu się odezwała:

– Benny nie odbiera.

Cupido stał przy biurku świadom, że nie może stracić panowania nad sobą. Wiedział, co się święci, bo Griessel zawsze odbierał telefon. I gdyby major Mbali mniej skupiała się na swojej nowej diecie, a bardziej na podwładnych, nie musiałby się teraz tak bardzo martwić o Benny’ego. Tego popołudnia w Edgemead widział na twarzy Griessela szok i poczucie klęski. A kiedy jego kolega wyszedł, zastanawiał się, czy przypadkiem nie nadciągają kłopoty.

Major Mbali nie powinna była wysyłać tam Benny’ego.

Stłumił frustrację i jedynie spojrzał na Kaleni.

– Zostawiłam mu wiadomość – wyjaśniła. – Zacznij działać. Jak tylko oddzwoni, polecę mu, żeby dołączył do ciebie.

– Tak jest, pani major. – Odkąd została dowódcą jego grupy, była dla niego niezwykle miła. Dawniej go nie znosiła. O co tu chodziło? Obrócił się jednak bez słowa i skierował do wyjścia.

– Kapitanie, odnoszę wrażenie, że oni zrzucają tę sprawę na nas – oznajmiła Kaleni, zanim zdążył wyjść. – Jak już będzie wiadomo na pewno, że zmarły to ten człowiek od Alibi, niech pan włączy do sprawy kapitana Cloetego.

John Cloete był rzecznikiem prasowym Sokołów.

– W porządku – odpowiedział Cupido.

– Obejmuje pan dowodzenie MCO.

To go kompletnie zaskoczyło; w życiu nie przypuszczałby, że powierzy mu kierowanie MCO, czyli międzywydziałowym centrum operacyjnym.

– Dobrze – odpowiedział, zastanawiając się jednocześnie, czy nie otrzymał tej funkcji tylko dlatego, że Griessel nie odbierał telefonu.

Jeden z krawaciarzy stojących obok Griessela opowiadał temu drugiemu pewną historyjkę i robił to na tyle głośno, że Benny wszystko słyszał. Przysłuchiwał się im, bo to pomagało mu uciec od jego własnych makabrycznych myśli.

– Noleen mówi, że to koleżanka koleżanki. Miła dziewczyna, bardzo ładna i…

– Jeśli jakaś dziewczyna mówi o innej, że jest ładna, tamta zwykle nie jest.

– Wiesz, jak to jest. To pokręcone. W każdym razie Noleen powiedziała, że tamta ładna laseczka pół roku wcześniej zerwała z chłopakiem; pracuje w jakiejś małej firmie, więc nie ma zbyt wielu okazji do poznawania nowych facetów. Postanowiła, że spróbuje umówić się z kimś przez internet…

– Kiepski pomysł.

– Wiesz, jak to jest. Dała sobie zrobić kilka fotek u profesjonalisty, przejrzała parę serwisów randkowych i zdecydowała, że przetestuje jeden z nich. Założyła profil, dołączyła swoje fotki, napisała kilka zdań o tym, co lubi, a czego nie, i różni goście zaczęli do niej zagadywać. Odsiewała licznych palantów i po kilku tygodniach zaczęła rozmawiać na czacie z pewnym przystojniakiem. Im więcej ze sobą rozmawiali, tym bardziej docierało do niej, że on jest całkiem fajny. Postanowiła, że umówi się z nim na randkę. Wybrała bezpieczną opcję. Umówili się w restauracji i pojechała tam swoim samochodem. Gościu przyjeżdża na miejsce i okazuje się, że jest megaczarujący i inteligentny. Świetnie im się ze sobą rozmawiało, zjedli wspaniałą kolację, wypili trochę wina i ona nieco się w nim zakochała. Nie wchodząc w szczegóły – facet odprowadza ją do samochodu, ona daje mu właściwe sygnały i on całuje ją na do widzenia. Nic poważnego, lekko romantyczny pocałunek, taki, który mówi „szanuję twoje granice na pierwszej randce”. Pomyślała sobie: „A podobno randki internetowe są bez sensu”. Po dwóch dniach na ustach zaczęły jej wyskakiwać jakieś białe syfy.

– Kurwa, stary.

– Wiesz, jak to jest. Tak czy owak, poszła do lekarza. Doktor mówi jej: „Musi być pani ze mną szczera i powiedzieć, czy miała kontakt ze zmarłymi”. No wiesz, z trupami.

– Kurwa!

– No mówię ci. Dziewczyna odpowiada: „Wykluczone, panie doktorze”. Spytał ją, jakie kontakty ostatnio utrzymywała. Zastanowiła się i opowiedziała mu o tamtym przystojnym facecie. Wyjaśnił jej, że takiej opryszczki można się nabawić i zarażać nią innych ludzi, jedynie jeśli miało się kontakt ze zwłokami i na przykład całowało się je.

– Kurwa.

– Czaisz, stary? Doktor mówi jej, że będzie musiał zadzwonić na policję. Zgodziła się. Przyjechała policja i spytali ją, czy będzie skłonna znowu umówić się z tym facetem, żeby mogli go złapać. Zgodziła się i pozwoliła, żeby tym razem tamten facet zabrał ją do siebie do domu, a policja podążała ich śladem. Kiedy ludzie ze specjalnej jednostki policji przeszukali dom, znaleźli tam zwłoki trzech osób, które miały jeszcze karteczki przyczepione do stóp.

– Dasz, kurwa, wiarę?

– Okazało się, że facet pracował w kostnicy.

– Kak – wypalił Benny Griessel. Zamroczony powiedział to o wiele głośniej, niż zamierzał.

– Co? – spytał opowiadający.

– To jeden wielki kit – odparł Griessel. Ostatnie słowo wyraźnie podkreślił.

– A skąd miałbyś to niby wiedzieć?

– Jestem policjantem – wybełkotał z trudem.

– Jesteś nawalony jak świnia – odpowiedział ten drugi krawaciarz.

– Chyba jeszcze za mało wypiłem. Ale to i tak gówniana historia.

Rozległ się dzwonek jego komórki. Benny wyciągnął ją z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Vaughn Cupido. Schował telefon z powrotem.

– Dlaczego to niby jest ściema? – spytał facet, który opowiedział historyjkę.

– Według artykułu dwudziestego piątego kodeksu postpło… postępowania. – Z trudnością formułował słowa i w końcu zrobił to powoli i metodycznie: – Kodeks. Postępowania. Karnego. Nigdy nie bierzemy a Haas… cywiliza… cywili…

– Jesteś zalany w trupa, koleś.

– Gdzie masz odznakę policyjną?

Griessel sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej portfel. Trochę to potrwało. Dwaj krawaciarze przyglądali mu się z pogardą. Pogrzebał w portfelu, wyciągnął z niego legitymację policyjną i trzasnął nią o stół.

Spojrzeli na dokument, a potem na niego.

– Nic dziwnego, że mamy najwyższy wskaźnik przestępczości na całym pieprzonym świecie – stwierdził gawędziarz.

– Pierdol się – rzucił Benny Griessel. – Wcale tak nie jest.

– Wal się, dronkgat. Gdybyś nie był policjantem, to bym cię rozwalił.

– Gówno mi zrobisz – wymamrotał Griessel i wstał, chwiejąc się na nogach. Zatoczył się niebezpiecznie blisko krawaciarza.

Mężczyzna przywalił mu pięścią w twarz. Griessel upadł. Gawędziarz poinstruował kumpla:

– Jesteś moim świadkiem. On pchnął mnie pierwszy.

7

Transkrypcja rozmowy: adwokat Susan Peires i Francois du Toit

Środa, 24 grudnia, 1604 Huguenot Chambers,

40 Queen Victoria Street, Kapsztad

FdT: Ja… Może powinienem… Cholera, tego się nie spodziewałem. Dwa lata temu, kiedy pracowałem jeszcze za granicą, nawet bym nie przypuszczał… Ludzie robią strasznie głupie rzeczy, a potem wydaje się, że nie mają już wyboru. Stres to prawdziwe zło, no i jeszcze panika. Wydaje mi się, że to chyba raczej wynikało z paniki, ale jeśli tkwisz w jakiejś sytuacji i nie wiesz, co masz zrobić, a podchodzi do ciebie jakiś…

Ta historia… Jak mogę…? To nie zaczęło się wczoraj, ani nawet w zeszłym roku. Ta historia… Kiedy ostatnio we wszystkich gazetach pisano o zaginięciu Richtera, pomyślałem, że zanosiło się na to już od dawna. Już chyba od czasów mojego dziadka, mojego oupy. Nazywał się Jean du Toit i grał w rugby w drużynie Western Province. Nie wiem, czy pani… W 1949 i 1950 on… Mniejsza o to. Jest tak wiele… Klein Zegen – to stare określenie afrykanerskie na „małe błogosławieństwo” – Klein Zegen jest w naszej rodzinie od siedmiu pokoleń. Winnica należała wcześniej do rodziny Visserów. Plantacja ma ponad 330 lat; założono ją w 1682 roku. Trzysta trzydzieści lat: kawał historii, ciężkie czasy i wytężona praca… Choroby, plagi… Zaraza, która dopadła winorośle w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku; mój pradziadek musiał wyrwać je wszystkie – każdy krzew, całe 96 hektarów… W zeszłym roku pomyślałem sobie, że na plantacji ciąży chyba jakaś klątwa, jeśli spojrzy się na jej historię…

Przepraszam. Proszę, by pani pozwoliła mi o tym opowiedzieć. Ostatecznie to wszystko jest tutaj istotne.

SP: Nie musi pan się śpieszyć.

FdT: Ogromnie mi przykro. Jest Boże Narodzenie i na pewno wolałaby pani spędzić ten czas ze swoją rodziną.

SP: Zapewniam pana, że to żaden problem. Niech pan się nie śpieszy; proszę opowiedzieć mi wszystko, co według pana może mieć znaczenie.

FdT: Chcę tylko, żeby pani zrozumiała… Chyba szukam okoliczności łagodzących… Czy to właściwe określenie?

SP: Tak.

FdT: Chciałbym… Ta historia rozegrała się w pewnym kontekście. Ja… To wszystko, co mam. Moja historia. A sąd – mam na myśli cały proces prawny – opiera się na faktach. Ten zrobił to, tamten zrobił co innego, a oto ostateczna decyzja sądu. Wymiar sprawiedliwości raczej nie słucha historii. Ale nasze historie są istotne. One nas definiują. Jesteśmy historiami i ich wytworami.

Proszę wybaczyć… Wiem, że mówię bez sensu. W naszej rodzinie to ja czytam najwięcej książek. Ja i moja babcia, ouma Hettie. A moja matka… Czuję się związany z historiami. Myślę, że to ma… Jeśli od dziecka czyta się bardzo dużo, wtedy chce się, aby nasze życie było niczym książka, która opisuje pewną strukturę walki i historię, obejmując wszystko, od chaosu aż po ład – zakończenie, które nadaje temu wszystkiemu sens. Dlatego właśnie mówię o kontekście tej historii, ponieważ pozwala on na jej ostateczne zrozumienie. Jednym z elementów mojego kontekstu jest… Chodzi o grzechy ojców i o pierworodnego syna; to ma charakter biblijny, to całe… Istnieją dwie rzeczy, które musi pani zrozumieć. Pierwszą z nich jest tradycja, według której to pierworodny syn dziedziczy winnicę. Prawdopodobnie tak właśnie funkcjonuje większość plantacji w tym kraju. Du Toitowie przekazują sobie winnicę już od siedmiu pokoleń, począwszy od roku 1776. Tak po prostu już jest. Mój prapraprapradziadek miał sześć córek, zanim urodził mu się syn. Był już po czterdziestce, kiedy mógł przestać płodzić dzieci. Ta tradycja wiąże się z pewnymi konsekwencjami, ale co można na to poradzić.

Ja urodziłem się jako drugi syn.

Mój dziadek, oupa Jean, miał tylko jednego syna – mojego ojca, Guillaume’a. Chwileczkę, może powinienem… Czy pani… Czy mogę prosić o długopis i kartkę papieru?

SP: Oczywiście.

FdT: Chcę narysować drzewo genealogiczne. Nie zamierzam oczywiście przedstawiać tam wszystkich przodków. Jedynie sześcioro, ale może wtedy zrozumie pani… Tu mamy mojego dziadka, oupę Jeana, i oumę Hettie. Tutaj jest mój ojciec, Guillaume, moja matka, Helena, mój brat, Paul, no i ja. Teraz pani widzi.

SP: Dziękuję.

FdT: Wszystko zaczęło się od mojego dziadka, Jeana. Oupa Jean był jedynym synem. To on odziedziczył plantację. Należała do niego bardzo długo. Musiał aż zapić się na śmierć, zanim mój ojciec mógł uprawiać tę ziemię, a wtedy… Drugą rzeczą, którą musi pani zrozumieć, jest wpływ oupy Jeana. Mam na myśli wpływ na geny, wpływ psychologiczny oraz – nazwijmy to – finansowy. Nie można spojrzeć na całość… Zanim pozna pani moją historię, powinna pani usłyszeć o oupie Jeanie. Rzuca na to wszystko długi cień, taki, który sięga aż do Ernsta Richtera.

Zacznę więc od oupy Jeana.

8

Vaughnowi Cupidowi nie podobało się prosektorium przy Durham Street w Salt River. Miejsce to wyglądało z zewnątrz nieciekawie: skupisko budynków z brązowej cegły pokrytych czerwonymi dachami za podniszczonym ogrodzeniem z betonowych słupów. W środku panowały jeszcze bardziej spartańskie warunki i przybijająca atmosfera: wąskie korytarze, zapachy i wspomnienia makabrycznych sekcji zwłok, w których musiał brać udział. Największą jednak awersję miał do identyfikacji ciał – okropna chwila ogromnego zakłopotania i niewyobrażalnego bólu przepełniającego najbliższych denata.

Pomieszczenie, w którym dokonywano identyfikacji, było niewielkie i praktycznie pozbawione umeblowania – stała tam jedynie prosta ławka, a przykurzona niebieska zasłona zakrywała lustro fenickie. Teraz musiał dzielić tę wąską przestrzeń z adiutantem Jamiem Keyterem z posterunku w Table View oraz z panią Bernadette Richter, matką zaginionego Ernsta.

Nie lubił Keytera.

Pani Richter była po sześćdziesiątce. Farbowała włosy na ciemny brąz i nosiła małe okulary w srebrnych oprawkach. Dorównywała wzrostem Cupidowi i była niezwykle spięta. Miała policzki przypominające okrągłe bułeczki i długi nos, jej twarz wyglądała na stworzoną do radosnego życia. Powaga tej sytuacji nie malowała się na niej zbyt dobrze.

Zapach jej perfum był przytłaczający w tym małym pomieszczeniu.

– Odsunę zasłonę i zobaczy pani ciało – poinformował ją Jamie Keyter.

Skinęła głową. Cupido widział, że kobieta drży.

– Jest pani gotowa? – spytał Keyter.

Jissis, pomyślał Cupido, co to za podejście?

– Proszę pani – powiedział – czy poinformowano panią, że nie musi pani tego robić?

– Nie.

Stłumił pragnienie posłania Keyterowi groźnego spojrzenia. Kontynuował:

– Jeśli jest ktoś inny… Członek rodziny albo ktoś, kto z nim pracuje…

– Jestem jego matką.

– Rozumiem, proszę pani, ale wiemy, jak bardzo jest to trudne. Jeśli pani…

– Nie. Miał tylko mnie. Zrobię to.

– Ma pani na to tyle czasu, ile tylko pani zechce.

Skinęła głową.

– Czy jest ktoś, kto może panią wesprzeć?

– Tak. Przyjaciółki czekają na mnie na zewnątrz.

– Dziękuję, proszę pani.

– Jestem gotowa.

Keyter zapukał niecierpliwie w okno. Zasłona przesunęła się powoli na bok.

Pani Richter stała kompletnie nieruchomo. Cała ich trójka wpatrywała się w ciało. Cupido zauważył, że nie zostało ono jeszcze przygotowane. Ziarenka piasku nadal obklejały twarz denata.

W pomieszczeniu panowała grobowa cisza. Z zewnątrz, gdzieś z korytarza, dobiegał dźwięk pchanego wózka, którego jedno skrzywione kółko popiskiwało denerwująco.

Stała nieruchomo tak długo, aż Cupido pomyślał, że jednak nie zidentyfikuje zwłok.

– To jest Ernst – oznajmiła ledwo słyszalnym głosem. A potem nogi się pod nią ugięły. Przytrzymał ją, kładąc jedną rękę na jej ramieniu, a drugą obejmując za plecy.

Zaczęła płakać dopiero, kiedy wyszli na parking i dołączyły do nich jej obie przyjaciółki. Przy białej hondzie jazz musieli się zatrzymać i zaczekać, podczas gdy kobiety pocieszały ją, przytulając się razem. Kiedy się uspokoiła, Cupido poinformował ją, że chciałby z nią porozmawiać.

– Ale już nie dzisiaj. – Po tych słowach wybuchnęła niekontrolowanym płaczem.

Przyjaciółki spojrzały na Vaughna z wyrzutem, jakby to on ściągnął na nią to wszystko.

Poprosił o jej numer kontaktowy oraz o adres. Podała mu te informacje, łkając. Zapisał je sobie w telefonie komórkowym.

Było wpół do ósmej wieczorem, kiedy honda odjechała spod kostnicy. Słońce jeszcze nie zaszło.

– Zrobiłeś się taki zgorzkniały, bo przejmujemy tę sprawę, czy może zawsze jesteś taki nieżyczliwy w stosunku do krewnych ofiary? – spytał Cupido Jamiego Keytera.

– A co ja takiego zrobiłem? – spytał tamten szczerze zaskoczony.

– Ja sam raczej nie należę do zbyt taktownych glin, ale fokkit, Jamie, sytuacja, kiedy matka przychodzi zidentyfikować zwłoki swojego dziecka, nawet już dorosłego, jest naprawdę bolesna. Każdy głupi domyśliłby się tego. Tu potrzeba nieco taktu. Ta kobieta była wyraźnie zdenerwowana, a ty wypaliłeś po prostu: „Czy jest pani gotowa?”. Co to w ogóle ma być?

– Dlatego spytałem, czy dobrze się czuje.

– Kurwa, Jamie, serio można to było załatwić inaczej. Przyniosłeś akta sprawy?

– Nie ma jeszcze żadnych akt. Nie miałem na nic czasu, bo nikt nie wie, czyja to sprawa, a najpierw musiałem załatwić identyfikację ofiary – wyjaśnił Keyter, przeklinając pod nosem.

– Od teraz to jest nasza sprawa, więc masz się zająć założeniem akt. Jeszcze dzisiaj wieczorem masz mi dać uzupełniony formularz A, a do jutra rana masz przygotować SAPS 5.

– Przesłuchałem na razie tylko jednego gościa, tego, który znalazł ciało.

– No to wpisz to wszystko do formularza A, jeśli nie chcesz, żebyśmy musieli załatwiać to wszystko jeszcze raz.

Zadzwoniła komórka Cupida. Wyjął ją z kieszeni i kiedy zobaczył, że to Benny dzwoni, poczuł wielką ulgę.

– Benna!

– Nie, Vaughn, tu mówi Arrie September z posterunku Cape Town Central. – Był to dawny kolega z pracy, który obecnie pełnił funkcję dowódcy posterunku nazywanego kiedyś Caledon Square. – Dzwonię z telefonu Benny’ego i właśnie stąd mam twój numer.

– A gdzie jest Benny?

– Trzymam go w celi. Moi ludzie zatrzymali go za zakłócanie porządku publicznego w stanie nietrzeźwym. Nie chciałbym dzwonić do jego przełożonego; możesz się domyślić, jakie to może wywołać kłopoty.

– Jissis, wielkie dzięki, Arrie. Zatrzymaj go tam, ale błagam cię, nie aresztuj go. Ma za sobą bardzo ciężki dzień. Już do was jadę. Będę za dziesięć minut.

– Podobno dopuścił się napaści na jakiegoś gościa.

– Napaść? Benny?

– Dowiem się wszystkiego, ale lepiej, żebyś tu przyjechał.

Po tych słowach September się rozłączył.

Cupido obrócił się do Keytera i zauważył, że tamten z uwagą przysłuchiwał się rozmowie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ikar Kobra Cape Town Martwi za życia Diabelski szczyt Krwawe safari 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter