Pogromca grzeszników

Pogromca grzeszników

Autorzy: Grzegorz Kalinowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 560

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.74 zł

Nie znasz dnia ani godziny...

Warszawa, rok 1930

Wpływowa prostytutka i burdelmama, Madame Gala, zostaje brutalnie zamordowana. Wszystkie tropy wskazują na porachunki w półświatku lub na krwawą zemstę. Sprawę prowadzi aspirant Kornel Strasburger, który ma opinię śledczego tyleż utalentowanego, co niezdyscyplinowanego. Żartowniś, zwany przez kolegów Dodkiem, wpada jednak w tarapaty, bo postępów w śledztwie nie ma, a trupów przybywa. Giną kolejni sutenerzy i prostytutki. Prasa i przełożeni Strasburgera szybko wiążą sprawę z krwawym alfons-pogromem z czasu rewolucji 1905, a jako sprawcę typują Goliata, żydowskiego bandytę i zapaśnika. Zamiast oczekiwanych awansów aspirantowi i jego podwładnemu, przodownikowi Stolarczykowi, grozi zesłanie na prowincję. Tymczasem nie brakuje chętnych, by w czasach sanacyjnej dobrej zmiany zrobić ze sprawy nowego alfons-pogromu trampolinę do awansu i kariery.

Wkraczamy w grzeszny świat prostytutek i sutenerów, upadłych przestępców i błyskotliwych, lecz całkowicie bezwzględnych prawników. To świat karierowiczów i ludzi, którzy za powodzenie swojej misji zapłacą każdą cenę. Wygrany bierze wszystko, przegrany może nie tylko pożegnać się z karierą, ale i stracić życie – oto Warszawa roku 1930.

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

© by Grzegorz Kalinowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0755-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Lepiej późno niż wcale

Teresie i Włodkowi

Hineni, hineni

Jestem gotów, Panie

Leonard Cohen, Jeśli pragniesz mroku

(You Want It Darker)

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

EPILOG

POSŁOWIE

PROLOG

dzień, w którym wszystko się zaczęło.

Warszawa, piątek 26 maja 1905

To jeden z pierwszych obrazów, jakie zapamiętał: była wiosna, jechali dorożką, może bryczką, a może po prostu zwykłą furą. Nie pamięta, co to dokładnie było, ale na pewno jakiś pojazd zaprzęgnięty w konie. Te dwa gniadosze znał od zawsze, ciekawiły go, budziły w nim fascynację i strach, bo były ogromne i silne. Tym razem jednak to on patrzył na te potężne stworzenia z góry. Wcześniej zdarzało mu się to rzadko, a każda z nielicznych przejażdżek była świętem. Teraz już z pół dnia wlekli się pod górę z mnóstwem gratów, najpierw wiejską drogą, później stromym traktem wzdłuż torów hałaśliwej i dymiącej kolejki. Nigdy przedtem nie widział kolejki i długo nie mógł przestać myśleć o tym, co zobaczył: dymiący jak czajnik czy samowar żelazny stwór ciągnął za sobą wypełnione ludźmi wagony i od czasu do czasu gwizdał przenikliwie.

W końcu z mozołem wspięli się na plac otoczony zielenią. Stały przy nim dwa białe domki z kolumnami i płaskimi dachami.

– Patrz, synku, jesteśmy w Warszawie, będziemy tu mieszkać, ale nie w tym miejscu. To plac Keksholmski, pusto tu, ale zaraz obok mieszka dużo ludzi. My do nich nie pasujemy. Z jednej strony są budy dla biedoty, z drugiej pałace i kamienice dla jaśniepaństwa. Nie jesteśmy najbiedniejsi, ale do bogaczy nam jeszcze dalej – zaśmiał się ojciec, gładząc brodę. Tak, zdaje się, że nosił wtedy brodę. – Będziemy żyć skromnie, ale godnie, lepiej niż biedacy w budach i wygodniej niż na wsi.

Rozejrzał się ciekawie, ale wtedy niespodziewanie stanęli.

– Rogatki mokotowskie, daj pieniądz, Danielu – zwrócił się do ojca woźnica. – Musimy zapłacić za wjazd.

Z białych domków wyszło dwóch jednakowo ubranych ludzi. Byli pewni siebie i mówili tak, że nic z tej ich mowy nie mógł zrozumieć.

– To rosyjscy żandarmi – wyjaśnił szeptem ojciec. – Ruscy i po rusku mówią. Ich jest w mieście najwięcej, po Polakach i Żydach. Są i Niemcy, inni też, ale znacznie mniej.

Niewiele zrozumiał, ale przestało go to interesować, bo ruszyli dalej i zobaczył wielkie kamienne domy.

– A to kamienice, nasza oczywiście będzie skromniejsza, niższa i bez wygód. Tu mieszkają bogacze, co mają wodę i wychodki u siebie na piętrze, i nie chodzą na górę, tylko jeżdżą windą – tłumaczył ojciec, a on słuchał i nie wiedział, o czym mowa, nie był nawet w stanie wyobrazić sobie, jak to wszystko wygląda.

– A to tramwaje konne – dalej wyliczał ojciec, wskazując na wypełnione ludźmi wielkie bryczki. – Tramwaje jadą po szynach, a omnibusy zwyczajnie, po bruku.

Jak to zobaczył, to o mało nie wypadł na ulicę, ale matka trzymała go mocno.

– Jedź przez miasto, Jakubie – zarządził ojciec. – Niech zobaczą, dokąd trafiliśmy.

Woźnica Jakub pokwękał, ale zrobił tak, jak chciał ojciec.

Patrzył i chłonął obrazy, jakich wcześniej nie widział. Do tej pory znał tylko wieś: sama zieleń, pola, łąki i woda. Jedynie majowe słońce było takie samo. Stukot końskich kopyt już nie. Tam na wsi był miękki, przytłumiony, a tu mocny i donośny, tak że przebijał się przez uliczny gwar. W mieście było jak w ulu, ale odgłosy nie wydały mu się monotonne. Rozmowy, krzyki gazeciarzy, tramwaje, dorożki… Działo się. Na pierwszy plan wybijały się żelazne podkowy ich koni oraz metalowe obręcze kół. Kopyta miarowo uderzały o bruk, a koła zdawały się go mielić swymi jednostajnymi obrotami, miał wrażenie, że ich zaprzęg nadaje rytm reszcie ulicznych dźwięków. Tego porządku, tej kojącej muzyki nie zakłóciły nawet krzyki i wrzaski. Do uszu dotarła nowa uliczna melodia, groźna, agresywna, niepokojąca.

– Skręcamy w Zgodę – usłyszał głos woźnicy. – Na Szpitalnej coś się dzieje.

Matka objęła go mocniej, ale on szybko wychylił głowę. Bał się, ale ciekawość była silniejsza, przecież to był najbardziej interesujący dzień w życiu trzylatka, ta pierwsza podróż przyniosła mnóstwo najrozmaitszych zdarzeń, sytuacji, kolorów i dźwięków. Nie były w stanie zakłócić jej dochodzące gdzieś z góry krzyki, tupot nóg i podniecone głosy gawiedzi. Toż to cała atrakcja! Nie do końca rozumiał, co mówiły i wołały te setki ludzi, które mijali po drodze, bo nie znał jeszcze za dużo słów po polsku.

– Nie słuchaj synku, nie słuchaj, nie bój się – tuląc, uspokajała go matka.

– Zaraz to minie, zaraz będziemy daleko od tego miejsca, od tych okropieństw – dodał ojciec. – Niepotrzebnie tędy pojechaliśmy, przecież żandarm na rogatkach mokotowskich mówił, że jest zamęt.

On nie dostrzegał w tym ani krztyny okropieństwa i wręcz wyrywał się, żeby zobaczyć więcej, ale matka trzymała go z całych sił. Wtem z niebieskiego, rozświeconego przez majowe słońce nieba sypnął biały puch. Widział to już, pamiętał. To śnieg! Płatki wirowały nad ulicą, były blisko, coraz bliżej, aż poczęły spadać na niego, matkę i ojca. Wtedy zauważył, że to piórka, na pewno zgubiły je przelatujące anioły!

– To pierze! – odezwał się ojciec. – Wywalają przez okna pierzyny i poduszki.

– Boże, co się tam dzieje? – Matka zaniepokoiła się nie na żarty.

– Podobnież to już drugi czy trzeci dzień ten cały pogrom – odpowiedział woźnica. – Tak mówił stójkowy na rogatkach.

– Ale przecież powiadał, że to tylko w północnej dzielnicy! – przypomniał ojciec.

– Przecież, przecież – żachnął się woźnica. – Władza zawsze mówi co innego, niż my widzimy.

Gwar cichł, oddalali się od tumultu, który go tak ciekawił, a którego tak się bali starsi. Mówili po polsku czy po niemiecku? A może mieszali obie mowy? Nie pamięta, pamięta za to ludzi w skrwawionych ubraniach, jedni gonili drugich, błyskały noże, dopiero to go przeraziło. Nie zdążył przyjrzeć się dokładnie, bo wóz szarpnął gwałtownie, woźnica strzelił batem i krzyknął na konie. Byli już dość daleko od tego strasznego miejsca, gdy w uszy wdarł się nowy niezwykły hałas, końskie kopyta, setki końskich kopyt stukały o bruk. Zobaczył, jak mijają ich w zawrotnym tempie konie i jeźdźcy wywijający szablami.

– Kozacy! – zawołali niemal jednocześnie ojciec i woźnica.

– Kozacy! – jak echo krzyknęli ludzie na ulicy.

Na widok kawalerii zapanowało poruszenie, ludzie kryli się po bramach i przeskakiwali z jednej strony ulicy na drugą. Pod koła ich pojazdu o mało nie wpadł jakiś człowiek, aż konie stanęły dęba. Woźnica zaklął, ojciec przytrzymał spadający pakunek, a matka krzyknęła ze strachu i mocniej go przytuliła.

O mało nie wpakował się pod chłopski wóz, ależ by to była śmierć! Nie z ręki carskich krwiopijców, nie od kosy bandyty ani też nie od nieszczęśliwego wypadku w pracy, a takie się zdarzały. Rach-ciach i po wszystkim! Przecięta, często tylko skaleczona aorta i było za późno! Ostra jak brzytwa stal czyniła rzeczy nieodwracalne. Podcięcie gardła i wykrwawienie się, śmierć w niemal jednej chwili to co innego, a takie konanie minuta po minucie – inna sprawa. Widział ludzi czekających na pomoc, jak wpatrywali się w drzwi w oczekiwaniu, że może przyjdzie jaki lekarz. W ich oczach była pierw nadzieja, a później już tylko strach lub niepewność wobec tego, co nieuchronne.

Dzisiaj nie było czasu na takie filozofowanie, tak jak i przez ostatnie trzy dni, szło ekspresem, bez litości i bez pardonu. Ruscy nie przeszkadzali, aż wreszcie poszła wiadomość, że się przebudzili, że jadą. Więc ktoś krzyknął: kończymy! Nie wszyscy skończyli, ale on był zmęczony. Poczuł to, gdy ogłoszono, że w koszarach zrobił się ruch i że lada chwila mogą nadjechać żandarmi i kozacy. Gdy pędzili ulicami, on już wracał do domu, tak jak się wraca po ciężkiej robocie. Bo przecież była to ciężka, wyczerpująca robota – bić, ciąć, wyrzucać graty, demolować pokoje. Na początku się tego nie czuje. Nogi same niosą, ręce nie znają wytchnienia, plecy nie bolą. Ale wszystko ma swój kres, a dziś położyli go policjanci i żandarmi. To już koniec, bo ściągnęli wojsko i kozaków. Ale na nich też przyjdzie kiedyś czas.

Otarł ręce z krwi w jakieś prześcieradło, które leżało na ziemi. Zabrał też porzucony surdut, by zakryć swoje ubranie pobrudzone kurewską juchą. Licho wie, co wymyślą carskie. Przecież przez trzy dni udawali, że nic się nie dzieje, a dziś mogą strzelać. Na razie dali do zrozumienia, że koniec zabawy, pojawiły się patrole. A jak im przyjdzie do głowy wyłapywać uczestników? Kto wie, dzisiaj patrzyli, jak bandyterka bierze w łeb, ale to przecież do bandytów im bliżej niż do robotników. Zwłaszcza teraz, w czas rewolucji. Ktoś ględził, że to wszystko prowokacja ochrany. Pieprzenie. Był w tym od początku. A zaczęło się parę miesięcy temu, jeszcze zeszłej jesieni. Tak to się musiało skończyć. Sprawa nabrzmiewała i w końcu spadła jak dojrzałe jabłko.

ROZDZIAŁ I

w którym kończy się pewna epoka i zaczyna nasza historia, a aspirant Kornel Strasburger i przodownik Zygmunt Stolarczyk dostają za karę ciekawe śledztwo.

Warszawa, poniedziałek 26 maja 1930

Szedł Marszałkowską, jego kroki dudniły po opustoszałej ulicy. Im dalej od Dworca Głównego, a bliżej Świętokrzyskiej, tym mniej elegancka stawała się ta reprezentacyjna ulica Warszawy. Pod niższymi numerami, bliżej niedawnego przedmieścia i rogatek, mieszkali najlepsi klienci, a tam gdzie numery rosły, bliżej Ogrodu Saskiego i Murdziela[1], świat stawał się bardziej pospolity. Oczywiście istniały wyspy bogactwa i szyku, ale na odcinku od zbierającego w swym pobliżu wszelki motłoch Dworca Głównego po kończące Marszałkowską Dom Mody Hersego i kamienicę pod numerem 156 większość odchodzących na boki ulic wiodła do świata bez pięknych witryn i wytwornego życia.

Minął Chmielną, a po minucie skręcił w Złotą, by Wielką dojść do Śliskiej, tam gdzie kwartały zabudowano tak gęsto, że oficyny tworzące podwórka zwano studniami. Były one tak ciasne, że ściany domów i oficyn zdawały się stykać dachami na samej górze. Wczoraj było tu gwarno, a dziś jakby po fajrancie. To już nie niedziela, a jeszcze nie poniedziałek. Na przedmieściach słońce już zaczęło nowy ranek, tu w wąwozach ulic i podwórek była jeszcze noc, ale to jej ostatnie minuty. Niedługo się to stanie, zacznie, gdy będzie jeszcze ciemno i cicho, a jak skończy i wyjdzie na ulicę, to będzie gwarny dzień.

Myślał o tym długo, ale nie planował. To był impuls, to, co się miało stać, stawało się, bo gniew przez ostatnie miesiące narastał. Dość tego, nadszedł czas, niezależnie od tego, czy jest chrześcijańska niedziela, czy byłby to żydowski szabas. Poniedziałek też dobry, każdy moment jest dobry, właściwy i ostateczny. Zapalił, zdąży, ma jeszcze parę minutek drogi. Palenie podobno nie na jego zdrowie, ale pies to jebał. Ci, co tak dbają o zdrowie innych, potrafią też być jak pijawki. Tak mu mówiła: zdrowie, szanowny panie, zdrówko! Jedną ręką groziła palcem za papierosy, a drugą zabierała pieniądze. Podła, zakłamana suka. Gniew boży dosięga takie osoby wcześniej czy później. Lepiej wcześniej odczepić taką pijawkę, lepiej załatwić to z miejsca. Jeden alfons powiedział mu kiedyś, że kurwy muszą znać mores! Święta prawda, a poznać ją powinna nawet bladź, która ma się za królową, zwłaszcza taka powinna poczuć mores.

Mijał niewidzialną granicę między chrześcijańskim i żydowskim kwartałem ulic, jego czas już się zbliżał. Zaciągnął się raz jeszcze, rzucił niedopałek i poczuł, że misja zaczyna się na dobre, że jakiś głos wzywa go do wykonania zadania, niełatwego, krwawego, ale potrzebnego i nieuchronnego. Im wcześniej, tym lepiej. Robiło się jasno, cieć na drugim rogu szurał już miotłą. Szybko skręcił za jego plecami do szeroko otwartej bramy, pchnął drzwi do klatki schodowej, zacisnął w ręku młotek i ruszył w górę. Nagle usłyszał gardłowy wrzask. Co zrobić, udawać, że nie słyszy, cofnąć się, a może po prostu zaczekać na tego krzykacza?

Głos gazeciarza, który próbował upchnąć przechodniom ostatnie numery porannego wydania, sprawił, że drzemiący nad biurkiem Edward Giez się ocknął. Przysnął, cholera jasna, a przecież mógł iść jakiś ważny redaktor albo sam naczelny lub właściciel. Już od godziny siedział w redakcji i popijał lurowatą herbatę, ale nie było to najlepsze antidotum na senność. W głowie szumiało mu po wczorajszym jublu. Pięknie było, ale nie do końca. Spłukał się, choć nie dojechał do mety. Fakt, popił sobie, podjadł, trochę poszczypał w tyłek. Ładna była ta panna Hela, nie ma co. Twarda, jędrniutka pupka i cycuszki jak marzenie. Tam niestety nie dotarł, na marzeniach się skończyło. Panna dała się pomacać po siedzeniu i nic więcej. A szukaj sobie księcia na białym koniu, małpo jedna! Ale kutas nie sługa, a portfel nie źródło, a jeśli nawet, to wyschnięte jak studnia w porzuconej przez karawany oazie na pustyni. Powtórzył raz jeszcze – portfel nie źródło, a jeśli nawet, to wyschnięte jak studnia w porzuconej przez karawany oazie na pustyni.

Potrafił pisać, miał lekkie pióro, ale brakowało mu drygu do dobrych tematów. A bez dobrych tematów nie ma wierszówki, a bez wierszówki nie ma wypchanego portfela i dzwoniących w kieszeniach monet. Pieniążki, kochane pieniążki, one tak pięknie pachną wódeczką, kabaretami i restauracjami, a na koniec kobietami i przygodą. Za grosze, które miał, nie odważył się zażyć żadnej przygody, dobre dziwki były dla niego niedostępne, a na podryw z konsumpcją nie miał co liczyć. Żeby oddać się w ręce panienki, co bierze złoty pięćdziesiąt, trzeba być naprawdę desperatem. A on nie był. Nie był czy jeszcze nie był? Może szkoda, że nie skorzystał? Ulżyłby sobie. Na myśl o tym przeciągnął się, ale po chwili podskoczył. Brrr, brudne, chore, brzydkie… Chustkowe, wilczyce, tanie dziwki, fuj! Nie ma co dumać, trzeba zasuwać, żeby zarobić na lepszy sort, ale jak? Nie mógł się skupić, no bo kutas nie sługa, żołądek jak kocioł, a głowa jak bomba. Kulturalni państwo z towarzystwa określają ten stan słowami: jestem niedysponowany. O takich jak on, stojących najniżej w redakcyjnej hierarchii, mówią: schlał się wczoraj ten bałwan jak świnia i ma dzisiaj kaca jak jasna cholera!

Czuł się fatalnie, żadnych pomysłów, żadnej nadziei. Najchętniej wyszedłby z Domu Prasy i walnął w barze Pod Dwójką piwko. Ale jak? Ani floty, ani szans na pożyczkę. Jak masz dług u połowy redakcji, to druga połowa o tym wie i jest kicha, a nie pożyczka. Zwłaszcza że jest stażystą i niewielu daje mu szansę na to, by dociągnął dalej niż do końca czerwca. Nie tak sobie wyobrażał robotę dziennikarza, raczej jak pracę literata: siedzieć za biureczkiem, pisać, popijać w kawiarniach. Oczywiście pójść tu i tam, ale nie biegać cały czas po mieście jak kot z pęcherzem. Ten cholerny szef, naczelny, kurdebalans, szybko mu to wybił z głowy.

– Coś pan myślał, że będziesz pan redaktorem? Redaktorem to jestem ja! Kalicki jest redaktorem, Szwarc, Szymański! Pan jesteś reporter, pan masz biegać i wyrywać tematy. Na razie zresztą to pan jesteś tylko kandydat na reportera.

Tak go, psia jego mać, podsumował ten cały Dobosz i zrobił to właśnie Pod Dwójką. Redaktor naczelny wparował tam, gdy Giez zrobił sobie przerwę na piwko. Było to drugiego dnia stażu, wtedy jeszcze nie wiedział, że Dobosz tam prawie mieszka. Jak trzeba, to przynoszą mu teksty do stolika, a w najmniej spodziewanych momentach robi naloty w redakcji. Ma jakiś dodatkowy zmysł. Szósty? Siódmy?

Edward zamyślił się, a od myślenia głowa boli, zwłaszcza na kacu. Pies to trącał! Przejechał dłońmi po wybrylantynowanej głowie, w samą porę, bo na blaszany parapet zleciały gołębie, robiąc nieziemski hałas. Szybko objął dłońmi uszy i schował głowę między ramiona. Ufff, poleciały zasrańce. Nic tylko srają i hałasują. A może by tak notatkę o gołębiach? Ludzie nie lubią gołębi, może podpuścić magistrat, żeby je wytruł albo wystrzelał? Nie, chyba już był taki artykulik. A gdyby tak… Nie, meczem zajął się redaktorek od sportu. Jakby to przyjeżdżała lwowska Pogoń, to co innego, bo razem z zawodnikami przywlekłoby się paru baciarów i wtedy byłyby jakieś sensacje. Tylko im się chce i tylko z nimi są kłopoty. Teraz nic z tego, Legia grała na wyjeździe z Cracovią, Polonia wybrała się na mecz z Ruchem, a Warszawianka gra dopiero za parę dni. Żadnej Pogoni w Warszawie i po temacie, psia mać. Z końcem czerwca upływa jego okres próbny. Szanse na to, by naczelny usiadł z nim do stołu i zaproponował stałą posadę, topniały jak śnieg w lecie… Głowa leciutko poleciała mu w dół.

Zdrzemnął się. Ile spał? Kwadrans chyba. Co zrobić? Jak z tego wyjść, jak błysnąć? I nagle przyszło olśnienie! Co mówił redaktor Bonifacy Kalicki? Jak nic się nie dzieje, to spójrz w przeszłość! Szukaj jakiej rocznicy, wydarzenia, czegoś do odgrzania! Morderstwo, samobójstwo, wypadek! Kalicki ma łeb, a on zrobi tak, jak mu kiedyś doradził. Giez podniósł się od biurka i chwiejnym krokiem ruszył do archiwum. Po drodze podszedł jeszcze do kranu i łyknął wody. Lepiej, ale najważniejsze, że dał sobie szansę na jakiś temat. Aż się przeżegnał, choć do kościoła chadzał z rzadka, a modlił się jeszcze rzadziej.

Franciszka Piecuch, żona Kazimierza, dozorcy kamienicy z ulicy Śliskiej, była kobietą religijną i wierzyła, że znak krzyża świętego może odegnać wszelkie zło. Żegnała się często, choć dyskretnie, bo żyła wśród Żydów i od nich zależała. Robiła znak krzyża za ich plecami, jak nie widzieli, ale w myślach pozwalała sobie na jeszcze więcej. Czasem ich przeklinała, czasem im tylko zazdrościła, ale bywało też, że im błogosławiła. Niemal każdego dnia psioczyła na chasydów, bo jej grali na nerwach: nie lubili kobiet, a najbardziej chrześcijanek. Zazdrościła bogatym, bo to oni mieli kamienice, banki, sklepy i nie wiadomo co jeszcze. Mieli najwięcej i strasznie chytre byli. Większość Żydków miała jednak mniej niż jej rodzina. A Piecuchom wiodło się nie najgorzej, bo byli gojami i mogli pracować w sobotę. I za to właśnie Franciszka Żydków błogosławiła. Niby w niedzielę też nie wolno robić, ale kto by się tym przejmował. A głupie Żydki się przejmowały, szabes to szabes i szlus. Dzięki temu w każdej z żydowskich kamienic, nawet w tych, w których mieszkali sami starozakonni, dozorcami byli goje. Goje, czyli normalne ludzie, chrześcijanie.

Ich kamienica przy Śliskiej należała do Srula Wolfsdorfa, który kutwił, ale z głodu zdechnąć nie dał. Wiele razy odgrażali się i zaprzysięgali samym sobie, że to się skończy i znajdą lepszą posadę. Ale lepszych nie było, a chamów ze wsi, co chcieli mieszkać w Warszawie i mieć taką robotę jak oni, to pewnie by się ustawiła kolejka jak stąd do placu Grzybowskiego. Więc siedzieli cicho i robili swoje, bo mieli służbówkę i parę groszy. Może ich syn Leszek też zostanie cieciem? Dobrze by było, miałby święty spokój. Nie istniała chyba gorzej płatna posada, nie było ciecia, który zarabiałby stówkę. Oni dostawali osiemdziesiąt złotych. Niby za mało, ale przecież to jej stary trzymał klucz do bramy, w nocy można było na tym dorobić nawet i dwie dyszki. Więcej mieli z otwierania bramy niż za sprzątanie kamienicy, a były jeszcze inne dodatki. Nie ma co, trzeba chłopaka pokierować tak, żeby sobie pocieciował.

Zresztą on się pierdołami nie zajmował, szkoła, książki i takie tam nie były tak ważne jak pieniądze. Miał piętnaście lat i na razie wprawiał się, pomagał im zwłaszcza w soboty i w te różne żydowskie święta. Wtedy można było dorobić dodatkowo, i to wcale nie najgorzej. Szabes goj. Tak mówili i wołali na nich, gdy potrzebowali jakiej posługi. Czasem chodziło tylko o to, by napalić w piecu. U nich windy nie było, ale w wyższych domach chrześcijanie pociskali guziczki, bo Żydom nawet i tego w święto robić nie wolno.

Jakoś szło żyć z tymi gudłajami, a ci bogatsi dawali zarobić także w inne dni. Na przykład Gołda Ejzenberg z drugiego piętra. Dziwka, a żyła jak jaśnie pani i stać ją było na wiele. Miała suknie, parasolki, dziesiątki par butów i pantofelków i jeździła dorożkami. Była starsza od Piecuchowej, ale wyglądała na młodszą o ładnych parę lat. Tlenione włosy, figurka, stroje i perfumy. Niby nią pogardzano, ale jak przy jakim lokatorze nie było kobity, to łasił się do niej niczym pies do suki. Jak szedł taki z własną babą, to ledwo głową kiwnął albo jej nie zauważał, ale jak już był sam… Madame Galu! Witam, kłaniam się, rączki całuję i tak dalej. I ten lekarz Goldberg z pierwszego piętra, i sąsiad z drugiego mecenas Rapaport, a nawet szewc z samej góry Grindberg. Więc Leszka ani starego nie puszczała, sama jej wszystko sprzątała, a jak trza było wbić gwóźdź, to pilnowała swego Kazimierza, żeby jej tam nie przepadł.

To straszny łazik, dziś rano wyszedł z miotłą i gdzieś go wcięło, pewnie się przyssał do butelki, łachudra. Raz na miesiąc się zdarzało, że od samego rana szedł w cug, ale niech tam, oby się do jakiejś baby nie przyssał, a już w szczególności do tej dziwki Ejzenberg. Bo wiadomo: „żadna rodzina nie da ci takiego kina”. A ta dawała przez długie lata, aż w końcu zaczęła prowadzić własny bajzel. Miała go gdzieś przy Siennej czy Żelaznej, cholera ją wie. Mówili, że te lepsze panienki to poza burdelem trzymała i tylko wysyłała do klejenteli dorożkami. Taksówkami nie, bo kutwa była. Może i kutwa, ale kto wie, czy jakby ją przypiliło, to Kazikowi i za darmo by nie dała.

Dlatego Franciszka Piecuch była ostrożna, no bo wiadomo, strzeżonego Pan Bóg strzeże. Madame Gołda miała jeszcze swoich adoratorów. Doktor Stein i adwokat Migdal przychodzili do niej tydzień w tydzień, a oprócz tego jeszcze paru innych eleganckich panów. Wiadomo, po co przychodzili, przecież zmieniała pościel, to wie najlepiej. Byli też i tacy, którzy nie przychodzili dla uciech. Księgowy Rozenblat to co innego, ten wpadał z kajetami, i był też taki wielkolud i jego mniejszy pomagier. Czort wie, po co oni byli, bo przecież nie po to, by pomagać wsiadać do dorożki czy taksówki. Podobno tylko dla niej pracowali. Niby pościel nie kłamie, jednak mówią, że takie jak ona nie potrzebują łóżek… Ech, szkoda gadać i grzech myśleć, sodoma i gomora, skaranie boskie i grzech ciężki, ale robota jest robotą, wysprzątać u tej lampucery trzeba na cacy, bo pieniążków nie będzie. Wzięła wiadro i powlekła się wąską klatką dla służby na górę do tej całej Ejzenberg.

Edward Giez wślizgnął się między półki w ciasnym pomieszczeniu z archiwalnymi numerami i sięgnął do najbliższej. Był zbyt zmęczony, by przepychać się dalej. Rocznik 1929. Zszywki majowe. Znalazł. Ostatni tydzień. Otworzył kartonową okładkę, poślinił palec i przewracał strony. Jest, dwudziesty szósty maja. To przecież niedziela, a więc poprzedni dzień, sobota dwudziesty piąty. Napaść, ale zwykła, bez trupa, wypadek, też, cholera, bez większych ofiar. Pożar! Drobny. Nikt się nie spalił, nawet strat poważnych nie było. Same bzdury! O, na przykład Wszechsłowiański Zjazd Śpiewaczy. Już zrezygnował, ale w skołatanej głowie błysnęła myśl, kolejna instrukcja działania. Jeśli chcesz, durniu, znaleźć coś, co zdarzyło się dwudziestego szóstego maja, to szukaj w gazecie z dwudziestego siódmego! Jak mógł szukać przed, skoro pisze się po!

Był raczej bystry, leniwy, ale bystry… Gdyby choć jedno piwko albo kawka mogły mu rozjaśnić umysł! Trudno, trzeba się wziąć w garść, nie takie kace się przeżywało. Jest, jest dwudziesty siódmy. Poniedziałek. Poniedziałki to kopalnie tematów, w sobotę, niedzielę ludzie popiją i nieszczęście gotowe. Miał rację, trafił. Nawet się nie spodziewał, jak dobrze trafił! ŚMIERĆ ARTYSTY ROLANDA PODCZAS SZALONEJ ESKAPADY AUTOMOBILOWEJ. BODO SPRAWCĄ TRAGICZNEGO WYPADKU POD ŁOWICZEM. Boże, dobry Boże, a jednak jesteś! Przestałeś grzmieć, za to obdarzyłeś mnie łaską.

Jeszcze trochę i by się przeżegnał. Chłonął artykuł, choć wcale nie musiał. Jak każdy, kto robił w sensacji, znał tę historię na pamięć. W nocy z 25 na 26 maja 1929 roku na przedmieściach Łowicza doszło do wypadku na remontowanej drodze. Bodo i jego kolega z teatrzyku Morskie Oko, trzydziestoletni Witold Konopka znany ze sceny jako Roland, oraz jeszcze trzy osoby, pędzili kabrioletem marki Chevrolet. Chcieli dotrzeć na rano do Poznania, gdzie odbywała się wystawa krajowa. Bodo kupił auto zaledwie dwa tygodnie wcześniej, nie miał doświadczenia. Nie wyrobił się na zakręcie i… Gwiazdor tłumaczył się, że nie wylecieli z zakrętu, lecz zderzyli się ze stertą kamieni. Koniec końców auto zleciało z wysokiego nasypu, Witold Roland zginął, a Bodo i reszta wyszli z wypadku pokiereszowani.

Pikanterii sprawie dodawało to, że pozostałymi pasażerami, oprócz tancerki Zofii Ordyńskiej, byli bracia Marian i Michał Reczkowie, właściciele szkoły samochodowej, która wyszkoliła Bodo na kierowcę. Reczkowie nie tylko nie powstrzymali niedoświadczonego szofera, ale i dopuścili do pijatyki na pokładzie automobilu. Policja, która przyjechała na miejsce wypadku, znalazła flaszki po wódce i koniaku! Bodo zaprzeczał, jakoby pił, za to pijany był podobnież Roland. Kto winien? Bodo, instruktorzy, a może administrator drogi? To jest temat, to jest temat! Przecież nie było jeszcze procesu, a Bodo wciąż jest najjaśniejszą gwiazdą! Miał już tytuł: On nie powróci już, tym tangiem żegnano ich, gdy wyruszali po spektaklu spod Morskiego Oka.

Czyż Edzio nie jest genialny? Jest i udowodni to! Kac minął jak ręką odjął. Nadzieja dodała mu heraklejskiej wręcz energii. Znów był młodym obiecującym reporterem Edwardem Gzem. To cholerne nazwisko. Może je zniemczyć, na Gietz? A może jaki pseudonim, na przykład taki amerykański, Ed Gizzy? Gwiazdy tak robią, przecież Bodo to Eugeniusz Bohdan Junod, Mieczysław Fogg to tak naprawdę Fogiel, a nieboszczyk Roland nazywał się Konopka! Nieważne, teraz musi zdyskontować to, co stało się rok temu pod Łowiczem na drodze do Korabki Dolnej.

Było tylko jedno ale: Alicja Pohulanka… Ulubienica całej redakcji, a zwłaszcza szefów. I tego bezpośredniego, nad nimi, i tego na samej górze. Wchodziła do redakcji, a stary kłaniał się, rączki całował i mówił to swoje: – Panno Alicjo, wygląda pani niczym gwiazda filmowa… Potem wprowadzał ją za biurko, jakby był konferansjerem w teatrze, i wzdychając, kończył: – Każdego dnia boję się, że nam panią ukradną. – Nie ukradną, o nie. Piękna była, to fakt, ale głos miała nijaki, lekko sepleniła i zmiękczała. Więc każdy teatr odpadał, a teraz też i kino, bo zaczęli robić filmy z dźwiękiem. No i nie miała wyczucia rytmu. Nie tańczyła, ale za to podobno umiała inne rzeczy. Musiała umieć, to byłby wielki grzech, gdyby nie umiała.

Teraz tylko ona stała na drodze do jego tematu. Alicja Pohulanka miała bowiem monopol na pisanie o życiu gwiazd, nie mogło być inaczej, wszak była jedną z nich. Dlatego z rzadka pojawiała się w redakcji, jej miejscem były premiery, rauty, salony i, jak mówili złośliwi, także garsoniery. Pewnie, jakby miał garsonierę, toby ją tam zawlókł w try miga! Dzisiaj zbierało się kolegium, więc gwiazda pewnie zstąpi z nieba i przyniesie pakiet propozycji, które naczelny łyknie jak ryba haczyk i bez pomocy jej długich nóg, dobrego biustu i blond włosów. Trzeba jej to oddać, miała dojścia i kontakty. Nic dziwnego, na takich nogach można było wejść na samą górę.

Zwykle wpadała w ostatniej chwili, a często nawet po rozpoczęciu zebrania. Wszyscy siedzieli, a ona spóźniona wpływała do środka, tak by naczelny mógł zatańczyć swój godowy taniec. Ożeż kurwa mać, a jak jej zamarzy się ten temat? Wystarczy, że powie swoim sepleniącym głosikiem: – Ojej, a to nie wiesz, Ed, że ja już nad tym pracuję, prawda panie redaktorze naczelny? Tak może być. Trzeba się zabezpieczyć. Miał energię, był nabuzowany, ruszył więc między półki. A może tak dla pewności poszukać w dawnych rocznikach? Może coś sprzed wojny? Wtedy to były piękne afery i morderstwa! Naczelny powtarza to co i rusz, a i sam Kalicki o tym wspominał. Nie poddawać się, nie poddawać się!

Poniedziałkowa poranna odprawa. Kto to lubi? Chyba tylko tych dwóch palantów, szef i jego przydupas. Jak zwykle, to znaczy od zeszłej jesieni, weszli do sali razem, kierownik Brygady do spraw Ciężkich Zbrodni i równocześnie jeden z zastępców szefa całego stołecznego Urzędu Śledczego oraz jego asystent. Tak było cały czas: pan i jego kundel trzymali się razem, tylko nie mieszkali ze sobą i nie pili wieczorami, ale na służbie od rana do wieczora byli nierozłączną parą. Nadkomisarz Wawrzyniec Słubica-Popielski i aspirant Fryderyk Wolf byli jak sługa i pan, niczym D’Artagnan i Planchet, Don Kichot i Sancho Pansa, jak Robinson Crusoe i Piętaszek. Ze służby na Kresach przywieźli przydomek „Bibliotekarze”, bo podobno zamęczali swoich podwładnych lekturami i „kulturalnymi sposobami spędzania wolnego czasu”. Być może dlatego znaleźli zrozumienie u naczelnika urzędu podinspektora Antoniego Sitkowskiego, dobrego gliny, ale jeszcze lepszego organizatora, owładniętego myślą o założeniu pisma dla funkcjonariuszy, które chciał zatytułować „Przegląd Policyjny”. W tej materii Sitkowski, Słubica-Popielski i Wolf rozumieli się doskonale, żartowano nawet z ich spotkań, że siedzą nad pierwszym numerem swojego „Przeglądu Policyjnego” zamiast jak normalni ludzie pójść na wódkę albo do cyrku. Śmiano się też, że jak już się kiedyś ukaże to całe pismo, to Wawrzyniec Słubica-Popielski i Fryderyk Wolf będą do niego pisać po łacinie, bo obaj mieli hopla na punkcie języka lekarzy, farmaceutów i klech. Nadkomisarz kochał wygłaszać łacińskie sentencje, a Wolf tłumaczył je zebranym.

Nazwisko Wolfa szybko skojarzono z księgarzem i wydawcą Augustem Wolffem, nie trzeba było więc długo czekać, by Słubica-Popielski został Gebethnerem. Wszyscy się dobrze bawili, choć Strasburger zastanawiał się czasem, co by na to powiedział pan August Wolff – jego imiennik z jednym „f” w nazwisku był w tym duecie tylko adiutantem i klakierem. Mówiono o nim Fryc i miał opinię przygłupa i wlizodupca, który całą swą karierę opierał na usługiwaniu przełożonemu. Razem pracowali w Poznaniu, razem także urzędowali w Łucku, a teraz w Warszawie. Ich służba rozwijała się odwrotnie niż tego upierdliwca Denhela. Loluś dostał awans i poleciał na prowincję, oni w końcu się z niej wydostali.

O takie przeniesienie nie było szczególnie trudno. Wielu ceniło sobie gnicie w dupie, czyli nigdzie: mieli spokój, było tanio, a i pozycja lepsza. Do tego sprawy proste jak drut. Proste, chamskie morderstwa, wyrodne matki, bójki na weselach, kradzieże w miasteczkach i na drogach dokonywane przez znanych wszystkim złodziei. Robota jak w sanatorium, wygodnie i na świeżym powietrzu. Tam strach było służyć jako mundurowy, bo ginęło ich na patrolach więcej niż gdzie indziej, ale za to śledczy pracowali pod znacznie mniejszą presją niż w miastach, a już tacy, którzy nie mieli większych ambicji i nie potrzebowali do życia gwaru wielkiej metropolii, czuli się na prowincji jak ryba w wodzie. Do Warszawy policjanci wcale się nie garnęli, bo robota była ciężka, a ceny wysokie i nie wyrównywał ich nawet dodatek, który był przywilejem funkcjonariuszy pracujących w stolicy, na Śląsku i w Gdyni.

Tych dwóch zjechało jednak do Warszawy. Nic ich nie było w stanie powstrzymać, to znaczy Słubicy-Popielskiego, bo Wolf nie miał nic do powiedzenia. On był w tym duecie jak jo-jo na gumce. Nadkomisarz był ambitny i szedł w górę, ale nie po trupach. Nie był złym facetem, nie rył pod innymi funkcyjnymi i dobrze traktował podwładnych. Miał ksywkę Bibliotekarz, ale zachowywał się raczej jak belfer. Był psem, choć nie z tej parafii, co trzeba. Strasburger wyobrażał go sobie jako krzyżówkę pieska salonowego z owczarkiem, taki pies jest dobry, by pilnować obejścia i zabawiać państwo, a na pewnych stanowiskach to ważne cechy. Nadkomisarz Słubica-Popielski trafił jednak do roboty, w której trzeba było być psem gończym i buldogiem w jednym. Tymczasem, podobnie jak Lolek Denhel, miał wykształcenie i obycie, ambicje, dobre urodzenie i kumpli, ale brakowało mu charakteru i pasji. Co tam, ważne, że szanował ludzi, w miarę dobrze organizował pracę, a że potrafił irytować, to inna sprawa. Był denerwujący, ale z pewnością nieszkodliwy i niegroźny, więc trzeba było pogodzić się z tymi wszystkimi duperelami, jego przemówieniami i łaciną, przez którą Strasburger nie skończył szkoły w normalnym trybie.

Oto zaczynało się kolejne przedstawienie: pan hrabia Słubica-Popielski i jego szambelan Wolf stanęli przed śledczymi, za chwilę znów ogłoszą jakieś prawdy objawione, mogliby to zrobić w try miga, ale jak mówił współpracownik aspiranta stary śledczy Stolarczyk, ci dwaj z bożej łaski Gebethner i Wolff pieprzyli się z każdem szczegółem jak stara matka z łobuzem. Trudno, co zrobić, nie z takimi sprawami i szefami miało się do czynienia.

Giez nie lubił takiej dłubaniny. Ale musiał chrzanić się ze starymi gazetami, bo to była jego ostatnia deska ratunku. Tkwił w archiwum i tkwić będzie, póki czegoś nie znajdzie. Przewertował rok 1914, czyli ostatni przed Wielką Wojną, a potem kolejne lata. I nic. Nic, co byłoby lepsze od cudzych pomysłów, nic, co by go dziś ratowało. Bodo to temat niepewny, a inne po prostu słabe. Dostanie jakiś ochłap z przydziału i przy okazji dowie się, że nie wykazał się inicjatywą. Jakby mógł, toby opłacał kogoś w Urzędzie Śledczym, ale nie mógł, bo pieniądze się go nie trzymały. Rok 1905… Chyba można go sobie podarować, rewolucja i nic więcej, a polityka nikomu do szczęścia nie jest potrzebna. Ale tonący brzytwy się chwyta, dwudziesty siódmy maja… Krew, przemoc, ciężkie obrażenia i trupy. Niemożliwe, że trafił się taki rarytas! Co to znaczy, co to za sprawa, czemu nikt do tego nie wraca? Zawiłe to, ale ciekawe. Dobrze jest! Ma dwa tematy, coś wypali, ale zacznie od rocznicy wypadku Bodo.

Nagle gwar dochodzący z sali, w której odbywało się kolegium redakcyjne, ucichł. Cholera, zaczęło się, a szef nie lubi spóźnień! Ruszył biegiem, najszybciej, jak mógł. Za szybko, w pośpiechu zaiwanił o brzeg biurka, aż go skręciło z bólu i jednocześnie ostatecznie otrzeźwiło. Ale za jaką cenę! Kolano puchło, siniak będzie jak się patrzy. Zaklął i pokuśtykał. Wszedł niepewnym krokiem do salki, byli wszyscy: komplet redaktorów, reporterzy, sam naczelny i nawet ona, królowa warszawskich żurnalistek, Alicja Pohulanka.

– O, kogo my widzimy! – zakrzyknął naczelny. – Jaśnie pan reporter Edward Giez przyfrunął tu nam jak na skrzydłach.

Towarzystwo zaśmiało się. Co za fiut, tak się bawić cudzym nazwiskiem, zwłaszcza że sam nazywał się Dobosz, Józef Dobosz, kupa śmiechu! Gdyby nie był naczelnym, toby mu powiedział: niech pan tak nie wali w ten swój bębenek, panie Doboszu! Ale to byłby jego koniec. Zamiast odszczeknąć zrobił głupią minę i zaśmiał się ze wszystkimi.

– Coś pana boli oprócz głowy? Zgaduję, że noga, bo jakoś pan tak niepewnie i kulawo do nas zstąpił, łaskawco.

Znów śmiech. Co za upokorzenie, co za potwarz. Pogrzebie kiedyś tego dziada i nawet nie splunie na jego grób.

– Masz pan dla nas co ciekawego, panie Edwardzie? – Naczelny Dobosz spojrzał na niego znad lekko opuszczonych okularów. Pochylając głowę, zaświecił mu w oczy łysiną.

Miał ochotę odpowiedzieć: tak, ty łysa pało, ale przyjął pozycję na baczność i wyrecytował:

– Szanowny panie redaktorze naczelny, proponuję dwa tematy, pierwszy o tym, że przed rokiem była katastrofa samochodowa z udziałem Eugeniusza Bodo, zginął wtedy…

Naczelny nie dał mu dokończyć.

– Jak tam stoimy z naszymi gwiazdami, panno Alicjo, co tam planuje Królowa Warszawskiego Salonu?

On był Gzem, upierdliwą, podpitą muchą, a Alicja Pohulanka była od niedawna Alicją z Salonu Stolicy albo Królową Warszawskiego Salonu. Kim będzie jutro? Przegapiła moment, by wziąć sobie jakieś ładne nazwisko, tak jak to robią artyści, ale pewnie niebawem problem się rozwiąże, bo faceci z wypchanymi portfelami lecieli do niej jak pszczoły do miodu.

– Jakież to specjały się szykują dla naszych kochanych czytelników? – ciągnął Dobosz.

Łysy satyr jakby mógł, toby ją pocałował w stopę, tak nisko się schylił. On też by to zrobił, i nie tylko to, ale dla tego starego łacha była to tylko teoria, może dlatego był taki wylewny.

Alicja, Królowa Pohulanka siedziała, założywszy nogę na nogę. Przed rozpoczęciem swojej kwestii machnęła zgrabnie nóżkami, o których marzyła cała redakcja i pół Warszawy, i zmieniła pozycję, po czym zasepleniła świdrująco wysokim głosem:

– W przyszłym tygodniu ma się ukazać wywiad z panem Eugeniuszem, przecież sam pan redaktor naczelny zaordynował, by zająć na to trzy kolumny z sobotniego dodatku. – Uśmiechała się czarująco, ale zdecydowanie lepiej było, gdy milczała.

– W rzeczy samej! – zaśmiał się Józef Dobosz. – Trzy kolumny i czwarta na zdjęcie naszej gwiazdy, naszej królowej w duecie z panem Bodo! – W końcu to on wymyślił hasło „Królowa Warszawskich Salonów”. – To byłoby niezręcznie robić sensację wokół pana Bodo, a później…

– Ale ja… – zaczął Giez.

– Ja tu rządzę! – Dobosz uciął kwestię.

Dyskusji nie będzie, to jasne jak słońce.

– A drugi temat? – Naczelny znów spojrzał znad połówek okularów.

– Dwadzieścia pięć lat temu doszło do…

Dobosz przerwał mu gestem ręki i spojrzał tak, jakby Edward zakomunikował, że chce pisać o ślubie papieża. Mina naczelnego była tak niecodzienna, że w sali zapanowała cisza. Nawet ten cwaniak Janusz nie wiedział, co będzie dalej.

– Dwadzieścia pięć lat temu, powiadasz pan… – Dobosz zamyślił się i podrapał po łysinie. – No słucham, słucham.

– To temat zapomniany, choć zupełnie niesłusznie. Czytałem o tym relację; piorunująca, pełna krwi, okropieństw, zwłaszcza opis wypływających wnętrzności…

Dobosz zaczął przechadzać się po pokoju, wyciągnął papierosa i zapalił. To było coś szczególnego: od czasu gdy Królowa Salonu zaprotestowała przeciw robieniu z sali kolegiów kotłowni, naczelny wprowadził zakaz palenia.

– Państwo nie mają pojęcia, o czym mówi pan Giez?

Nikt nie odezwał się ani słowem, w końcu ktoś poczuł się zobowiązany zabrać głos.

– Rewolucja tysiąc dziewięćset piątego, barbarzyństwa dokonane przez kozaków…

– Siaaadaj pan! – huknął Józef Dobosz, bo młody reporter Burczyk, który wypowiedział słowa o rewolucji, uniósł się odruchowo z krzesła jak uczeń w klasie.

– Kto się podpisał pod artykułem, z którego czerpał pan wiedzę? – Dobosz wycelował palcem w Gza.

– Dejot, panie naczelny, taki był pseudonim reportera. Szkoda, że nie podali nazwiska, to był kawał roboty – odparł Giez.

– Bo kiedyś żeby zobaczyć swoje nazwisko w gazecie, to trzeba było zasłużyć, drodzy państwo! – Dobosz wyprostował się dumnie i przeszedł do finału. – To był kawał roboty, powiadasz pan?

– To było po prostu doskonałe… – wyszeptał Giez niepewnie.

Dobosz zrobił małe kółko z dymu i wyciągając palec w górę, oświadczył z dumą:

– Dejot, bo „D” jak Dobosz i „j” jak Józef. Dejot to ja!

Zgromadzeni popatrzyli z uznaniem na naczelnego i z zazdrością na stażystę. Nie był już skacowany i przegrany, był zwycięzcą tego kolegium.

– Taaa, pisałem wtedy o tym! Zapomniana, ale barwna historia. Warto ją znać i pewnie byś pan o tym pisał, panie Giez. Miałem nawet plan, żeby ten temat przypomnieć, ale życie, a w zasadzie śmierć idzie naprzód. – Józef Dobosz był zadowolony ze swoich słów, które kilku młodszych dziennikarzy skrzętnie zanotowało w swoich kajecikach. – A więc – Dobosz postanowił niejako na życzenie publiczności powtórzyć swój bon mot – życie, a w zasadzie śmierć idzie naprzód. Dziś w nocy zabito Gołdę Ejzenberg, bardziej znaną jako Madame Gala. – Po sali poszedł szmerek. – Tak, tak, to słynna artystka w pewnej dość szczególnej specjalności. – Naczelny spojrzał na Alicję Pohulankę przepraszającym wzrokiem. – Pani wybaczy, ale nazwijmy sprawy po imieniu, Gołda Ejzenberg była jedną z najsłynniejszych warszawskich prostytutek, a po zejściu z głównej sceny stała się kto wie czy nie największą warszawską stręczycielką. Może nie szła na ilość, ale na pewno na jakość, jej dziewczynki należą do najdroższych, można powiedzieć, do tych… – Dobosz szukał właściwego słowa – luksusowych! – Znalezienie właściwego słowa sprawiło mu przyjemność, luksusowa dziwka, nikt tak chyba wcześniej nie mówił. Wykonał zwrot, szykując się do finału. – Tuż przed kolegium dostałem informację z Urzędu Śledczego, że barwne życie Madame Gali zostało gwałtownie przerwane. Nie będzie to przebój roku, ale przyznają państwo, sprawa zapowiada się ciekawie. Swoją pilnością i inicjatywą pan Giez zasłużył na to, by dać mu szansę. Wymyślił pan, a w zasadzie wyszukał świetny temat z przeszłości i stracił go pan, bo stało się to, co się stało. Należy się zatem jakaś rekompensata. Jedź pan niezwłocznie na Śliską. To gdzieś blisko Wielkiej, poznasz pan kamienicę, gdzie popełniono zbrodnię, po ambulansach i autach policji. Weź pan kierowcę, on już czeka, powiedziałem mu, że zaraz poślę tam najlepszego reportera. – Naczelny zaśmiał się jak król, który wygłosił wiekopomne zdanie i zachwycił się własnymi słowami.

W istocie dla Edwarda Gza te słowa były zachwycające, a nawet oszałamiające. Reporter strzelił obcasami jak rekrut, ukłonił się naczelnemu i dziarsko wyrecytował:

– Dziękuję, panie redaktorze naczelny! Dziękuję za zaufanie!

– Proszę tego nie sknocić, każdy by chciał dostać ten temat!

Taka była prawda, koledzy reporterzy patrzyli na niego zawistnym wzrokiem, a Alicja Pohulanka z zaciekawieniem, a może nawet z nutką podziwu.

– Jest pan wolny, proszę ruszać! – wydał rozkaz naczelny.

Giez raz jeszcze strzelił obcasami i tyle go widzieli.

Babranie się w zbrodniach popełnionych na dziwkach to żadne halo, ale zawsze lepsze to od wysłuchiwania pierdół opowiadanych przez asa policji śledczej Słubicę-Popielskiego, uzupełnianych o nic niewnoszące dodatki jego klakiera Wolfa. Zanim odprawa rozkręciła się na dobre, aspirant Kornel Strasburger i jego współpracownik przodownik Zygmunt Stolarczyk zostali wysłani na ulicę Śliską, gdzie zamordowano niejaką Gołdę Ejzenberg. Gdy wychodzili z sali, koledzy dyskretnie klepali ich po plecach, mówiąc:

– Dodek, Sztekker, udało się wam zerwać z rekolekcji u Gebethnera i Wolffa!

Aspiranta Kornela Strasburgera i przodownika Zygmunta Stolarczyka nazywano w Urzędzie Śledczym Dodkiem i Sztekkerem. Strasburger był bowiem żartownisiem i cały czas sypał kawałami, więc kojarzył się wszystkim z komikiem Adolfem Dymszą, który na scenie i w filmie kreował postać Dodka. Inna pasja, gra w brydża, takiej sławy w Urzędzie Śledczym mu nie przyniosła. Z kolei Stolarczyk uprawiał kiedyś zapasy, stąd ochrzczono go na cześć czempiona maty i bywalca warszawskich salonów Teodora Sztekkera. Najpierw mówiono tak o Zydze Stolarczyku z pewną nutką złośliwości, bo był od prawdziwego Sztekkera o dwie głowy niższy, ale gdy zobaczono go parę razy w akcji, to docinki się skończyły. Wszyscy wiedzieli, że potrafi powalić kilku łobuzów, i nawet poważni zawodowi bandyci czuli przed nim respekt. Poza tym policyjny instruktor, legendarny Władysław Pytlasiński, wystawił mu ocenę celującą, a skoro Wielki Pytlas kogoś chwalił, to nie było się z czego i kogo śmiać.

Koledzy z urzędu przy Daniłowiczowskiej uwielbiali z nim pracować. Oczywiście bywały wyjątki. Wawrzyniec Słubica-Popielski zdawał się nie do końca doceniać i Stolarczyka, i Strasburgera, bo byli pyskaci, mieli własne zdanie i byli od niego lepszymi śledczymi. Zastępca naczelnika Urzędu Śledczego cenił sobie kindersztubę, a tej Dodkowi i Sztekkerowi często brakowało. Pewnie dlatego nie przydzielił im prestiżowej sprawy włamania do Kasy Ziemiańskiego Towarzystwa Asekuracyjnego, lecz posłał do mieszkania prostytutki Ejzenberg. Śledztwo w sprawie kradzieży dwustu tysięcy złotych, osiemnastu tysięcy dolarów i czterech tysięcy funtów szterlingów oraz zamordowania strażnika to było coś, ale dostał je nowy człowiek w ich zespole, komisarz Leon Przygoda, a Strasburger i Stolarczyk mieli zanurzyć się w świat żydowskich alfonsów, upadłych kobiet, brudnych spelunek i melin. Tak się przynajmniej wydawało ich przełożonemu, który nie mając rozeznania w warszawskich sprawach, nie wiedział, że czterdziestodwuletnia Ejzenberg, znana lepiej jako Madame Gala, była osobą, w której sprawie należało raczej odwiedzać salony niż najpodlejsze przybytki.

Najpierw jednak Strasburger i Stolarczyk musieli dojechać na Śliską i nie zanosiło się na to, że będzie to krótka podróż. Policyjny automobil wlókł się na miejsce zbrodni w takim tempie, jakby był wozem z węglem ciągnionym przez starą szkapę. O tej porze przedzieranie się przez zatłoczone ulice przypominało żeglugę po azjatyckim porcie zapchanym dżonkami, tak przynajmniej wyobrażał to sobie Strasburger. Czytał ostatnio książkę o egzotycznych miastach, gdzie po wodzie pływały tysiące łódek, a na ulicach ocierali się o siebie niezliczeni kulisi i rikszarze. Nagle w jego myśli brutalnie wdarł się Stolarczyk.

– Posterunkowy, po jaką ciężką cholerę pojechaliście tą drogą?!

– Bo najkrótsza – odpowiedział policyjny szofer.

– Ma być szybko, a nie krótko! Kochany, pamiętaj: ego sum via et veritas, et vita – z powagą wygłosił Stolarczyk. – Rozumiemy się?

– Nno nnnie – wyjąkał kierowca.

– Ja jestem drogą, prawdą i życiem! – zaśmiał się Stolarczyk. – Kariery posterunkowy szofer nie zrobi, jak się nie naumi łaciny, teraz nastały takie czasy, że procentuje ministranckie doświadczenie!

– Zyga Stolarczyk, ministrant! – ucieszył się Strasburger. – Nie może być!

– Bo ja święty człowiek jestem, przynajmniej taki byłem, zanim wstąpiłem do policji, a już kompletnie upadłem, jak mnie skierowano do pracy z aspirantem Strasburgerem!

– A lizusem zawsze byłeś – zaśmiał się Kornel – czy dopiero od przyjścia pana nadkomisarza Słubicy-Popielskiego?

– Akurat to znałem – obruszył się Stolarczyk, którego nijak nie można było nazwać lizusem czy karierowiczem.

– A znasz coś jeszcze, mój drogi Zygmuncie?

– Ma się rozumieć! – Stolarczyk zrobił ruch, jakby wznosił w górę kieliszek, i zawołał gromko, aż przechodnie na chodniku odwrócili głowy: – Sursum corda[2]!

– Zaprawdę powiadam ci, przodowniku Zygmuncie, że godne to, sprawiedliwe, słuszne i zbawienne! A wracając do tematu, panie szofer, musieliśmy się tędy pchać?

– Tak czy owak byłoby długo, czy przez plac Saski i Królewską, czy tak, jak jedziemy przez Żabią i Graniczną. Jakby w końcu magistrat przestał się cackać z Ogrodem Saskim i puścił Marszałkowską do placu Bankowego…

– Taaa, i jeszcze kolej podziemną! – Stolarczyk parsknął śmiechem. – Już od roku jest Referat do spraw Kolei Podziemnej, ale prędzej kaktus mi tu wyrośnie… – Śledczy wskazał palcem na dłoń. – Zatrudniłbym się tam, to pewna robota, do końca życia albo i dłużej, a do tego nie trzeba babrać się w błocie i brudach.

– Kolej podziemna piękna rzecz, ma biec z placu Muranowskiego na plac Unii i z Woli na Dworzec Wschodni – rozmarzył się Strasburger. – Ten cwaniak Bachrach opowiadał.

Cała trójka pokiwała głowami, bo każdy z nich zgadzał się z tym, że kolej podziemna by się przydała i że aspirant Daniel Bachrach był cwaniakiem. Bachrach miał niebanalną karierę, służył w policji jeszcze za cara, w czasie wojny pracował w Londynie jako oficer kontraktowy i tam też zachwycił się funkcjonowaniem kolei podziemnej. Po wojnie wrócił do Warszawy i został szefem Brygady Fałszerskiej. W policji nie było go od trzech lat, czyli od czasu, gdy okazało się, że nie tylko kierował tymi, którzy ścigali fałszerzy, ale był również szefem szajki złożonej z kilkudziesięciu przestępców podrabiających dokumenty i pieniądze. Urząd Śledczy opuścił także jego wiceszef, nadkomisarz Ludwik Kurnatowski, który krył Bachracha i sam miał sporo na sumieniu. Być może tak było, na pewno tak było, ale nie ulegało wątpliwości, że kto miał być złapany, ten zostawał złapany. Gdy Kurnatowski i jego prawa ręka Bachrach chcieli, to potrafili przyskrzynić każdego, a ze Słubicą-Popielskim i Wolfem nie było to już takie pewne. Tamci byli cyniczni, ci z kolei byli porządni, ale nie wiedzieli o Warszawie i pracy śledczej tyle co ich poprzednicy. Stolarczyk i Strasburger nie chcieli o tym mówić przy posterunkowym, który prowadził auto, ale ten sam się wypucował. Jerzy Pluta, trąbiąc niemiłosiernie na jakiegoś Żyda, który ciągnął w poprzek ulicy wózek wielki jak dwukołowy wagon, zagadał do śledczych:

– A więc przyszła kryska na Madame Galę! Aż dziwne, że tylko panowie tam jadą. Kiedyś, zanim nastał nadkomisarz Popielski, to by było wydarzenie, no bo wiadoma rzecz, ta stara bladź była wyjątkowo ustosunkowaną osobą. – Szofer uśmiechnął się od ucha do ucha.

Zaśmiali się, choć nie powinni. Nie chodziło o żart z nieboszczki, tylko o uwagę na temat przełożonych. Zachowanie kierowcy było zbyt swobodne i nie mieściło się w regulaminie, ale każdy w urzędzie wiedział, że Strasburger i Stolarczyk nie znoszą sztywniactwa, a omijanie regulaminów było dla nich prawdziwym sportem. Tak, to było śmiechu warte, ale szefowie naprawdę nie wiedzieli, kim była Gołda Ejzenberg. Zadzwonili pewnie do Urzędu Śledczego chłopcy z komisariatu przy Śliskiej 52 i powiedzieli, że zamordowano prostytutkę Gołdę Ejzenberg. Każdy człowiek z urzędu wiedziałby, o kogo chodzi, ale Słubica-Popielski i Wolf dopiero od niedawna poruszali się po Warszawie bez pomocy szofera. Dla Słubicy-Popielskiego i jego asystenta ktoś taki jak Madame Gala nie istniał. Ot, stara zdzira, którą ktoś wykończył, czyli sprawa, jakich dziesiątki. Mylili się, zginęła osoba, która znała tajemnice carskich, niemieckich i polskich oficerów, książąt i hrabiów, bankierów i artystów, policjantów i polityków. Tak mówiła o niej cała Warszawa.

– To może być ciekawa sprawa – ponownie zagaił policyjny kierowca.

– I pewnie taka będzie – uciął Strasburger, który myślał już o śledztwie i chwilowo nie miał nastroju do żartów.

Dojeżdżali na miejsce, już od skrzyżowania z Pańską było widać, że blisko rogu Wielkiej i Śliskiej coś się dzieje. Skręt się przyblokował, a gdyby jeździł tędy tramwaj, to ruch ustałby zupełnie. Wjechali w Śliską, mijając narożny dom z fikuśną wieżyczką, i od razu zobaczyli, co było powodem zamieszania: ambulans pogotowia, dwa wozy policyjne i obowiązkowo tłumek gapiów.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Murdziel – potoczna nazwa warszawskiego Muranowa, inaczej Dzielnicy Północnej. Mieszkali tam niemal wyłącznie Żydzi.

[2] Sursum corda (łac.) – w górę serca.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pogromca grzeszników Śmierć frajerom. Tajemnica skarbu Ala Capone Śmierć frajerom. Złota maska Śmierć frajerom Kici 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny