Europolis, czyli diabeł mieszka w Brukseli

Europolis, czyli diabeł mieszka w Brukseli

Autorzy: Marek Orzechowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 520

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 23.34 zł

Marek Orzechowski, dziennikarz, publicysta i pisarz, ma w swoim dorobku wywiady z czołowymi politykami Europy, setki komentarzy, artykułów i reportaży, w tym z wojny na Bałkanach. W Europolis przypomina te najciekawsze i nadal aktualne.

Uprawianie zawodu dziennikarza to przywilej. To więcej niż spowiedź w konfesjonale. Tam zostaje wszystko, co zostało wyznane. Dziennikarz wszystko, co zostało powiedziane, może wykorzystać, a wówczas warto pamiętać, że rękopisy nie płoną.

Projekt okładki: Maryna Wiśniewska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

Fotografia na okładce:

„Brexit” Banksy © Simon Dawson/Bloomberg via Getty Images

© by Marek Orzechowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0574-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Ukochanej Eli,

która była i pozostaje moim natchnieniem

Spis treści

PRAWDA, TYLKO PRAWDA I CZASEM MAŁE KŁAMSTWO

PAMIĘĆ UWOLNIONA

W OGRODZIE GÜNTERA GRASSA

WŁOŻYĆ PALEC DO RANY

POKUTA WEDŁUG JOHANNESA

ZBYT PÓŹNE PRZEBUDZENIE

SAMOTNOŚĆ KRYTYKA

DZIELENIE OFIAR

DIABELSKI KRĄG POJEDNANIA

DŁUGI ŁYK PIWA

CHATA WUJA GERHARDA

HELMUT KOHL – SUPERSTAR

KANCLERZ Z LUDZKĄ TWARZĄ

NAPRAWDĘ MILI LUDZIE

WIBRACJE

WAKACYJNE ZRZUCANIE SKÓRY

TUNEZJA O NIEBIESKIEJ GODZINIE

PAN KAZIO RATUJE DZIEDZICTWO

KAŻDY JEST PODEJRZANY

DIABEŁ MIESZKA W BRUKSELI

TYLNYMI DRZWIAMI

POMOC OSTATECZNA

ADIEU, SHALOM

MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA

ADWOKAT DIABŁA

MÓJ BRAT TERRORYSTA

EUFORIA I OTRZEŹWIENIE

AMERYKANIN W EUROPIE

Z NADWIŚLAŃSKICH LASÓW

NIE BĘDĘ ŻAŁOWAŁ, KIEDY STRACĘ TĘ PRACĘ

TWARDY JAK HISZPAN

CODZIENNY RYTM UNIJNEGO ŻYCIA

BYĆ ALBO NIE BYĆ…

DNI, KTÓRE WSTRZĄSNĘŁY UNIĄ

NA ZACHÓD OD WSCHODU

WBREW ROZSĄDKOWI

ZWIĘDŁY TULIPAN

PREMIER W KRAINIE MITÓW

KARTA NA STÓŁ

LOBBING MILE WIDZIANY

STRATEGIA Z PRZESZKODAMI

EUROPA POD PRESJĄ

REWOLUCJI NIE BĘDZIE, CZYLI JAK POWSTAJE EUROPEJSKI RZĄD

BEZRADNOŚĆ I PRZESTROGA

NIGDY WIĘCEJ? ZAWSZE WIĘCEJ

DUŻE UCHO STASI

CISZA W ETERZE

DOBRZE WIDAĆ PŁOMIENIE

ZRANIONE SERCE SERBII

UMRZEĆ ZA KOSOWO

ROSJA NIE JEST PRZECIWNIKIEM NATO

POWRÓT MARNOTRAWNEGO SYNA

YES, SIR

WALCZYMY O 70 PROCENT

ZRANIONA EUROPA

NIC NIE JEST PRZESĄDZONE

EUROPA W CZASACH STRACHU

SZUKALI BOGA, ZNALEŹLI ALLAHA

EUROPEJCZYCY ODWRÓCENI OD EUROPY

I. NOWA EUROPA WEDŁUG CAMERONA

II. GUTE NACHT, DEUTSCHLAND

BYE, BYE BRITAIN. BYE, BYE EUROPE?

W OKOWACH POPULIZMU

CUD NAD SEKWANĄ

PIZZA CONNECTION

Podziękowania

PRAWDA, TYLKO PRAWDA I CZASEM MAŁE KŁAMSTWO

Dziennikarstwo to fascynujący zawód. Uprawnia do bycia tam, gdzie miliony być nie mogą, daje możliwość zobaczenia jako pierwszy tego, co widzi niewielu, a co chcieliby zobaczyć na własne oczy wszyscy. Dobrze rozumiany daje możliwość pośredniczenia między tymi, którzy tworzą fakty, a tymi, którzy chcą lub powinni się o nich dowiedzieć. To duża odpowiedzialność i wielkie wyzwanie.

Jest oczywiste, że dziennikarz może wiele. Od jego oczu, słuchu, węchu, wiedzy i doświadczenia, wykształcenia i obyczaju, dyscypliny i kultury osobistej zależy, jak i co pokazuje, ile prawdy przekazuje, o czym donosi, w jakim stylu, co i jak komentuje, a przede wszystkim – na ile jest wiarygodny.

MORALIZATORZY I DONOSICIELE

Ani matka, ani ojciec, ani szkoła, ani nawet Kościół nie mają tak wielkiego wpływu na naszą codzienną świadomość, jak media. Media, czyli dziennikarze. Lepsi i gorsi. Łasi na przywileje i ortodoksyjnie prostolinijni. Awanturnicy i misjonarze. Oportuniści i zbawcy świata, łgarze i spowiednicy. Profesjonaliści i amatorzy, uczciwi i kłamcy. Moralizatorzy i donosiciele. Jak w każdym innym zawodzie.

Jak w każdym innym zawodzie? Zapewne tak, tyle że z zupełnie innymi skutkami. Gdy kłamie inżynier, lekarz, ksiądz – skutki są przykre, ale ograniczone. Kiedy kłamie dziennikarz, nieprawda, którą upowszechnia, sama się klonuje. Nie może zmienić rzeczywistości, ale zmienia nastawienie do niej, jej zrozumienie, a także zmniejsza odporność na nieprawdę. Przykładów nie brakuje, nie warto ich przytaczać, lepiej o nich zapomnieć. I nie warto też pytać o przyczynę: był to przypadek, niedopatrzenie, brak dobrej woli czy też celowy zły zamiar, manipulacja? I tak prawda zapłaciła najwięcej, a wraz z nią odbiorca, dla którego była przeznaczona.

Czy płaci również dziennikarz? Tak, ale cena nie zależy wyłącznie od niego. Wiele lat pracowałem w Bonn dla Voice of America (VoA), i to w czasach, w których – nazwijmy to tak – drobne kłamstwo, złośliwa konfabulacja, jakieś niedopowiedzenie lub przeciwnie, nadinterpretacja, mogły jakoś ujść w zamieciach trwającej wówczas wojny propagandowej między Wschodem a Zachodem. A jednak najważniejszą bronią strony zachodniej były fakty, wschodnia zaś wyspecjalizowała się w ich interpretacji i manipulacji. Ale i po zachodniej stronie nie każdy dziennikarz był do bólu dokładny i precyzyjny; wielu z nich kusiła słowna ekwilibrystyka, którą popisywała się komunistyczna propaganda. Bardzo prędko doświadczyłem i nauczyłem się dziennikarskiej dyscypliny w amerykańskim rozumieniu tego zawodu, która skutecznie chroniła mnie przed wszelkimi możliwymi wpadkami i kłopotami. Amerykańskie dziennikarstwo, operujące w dalekiej od komunistycznej przestrzeni, podlegające także różnym naciskom, ale przecież nie ideologicznym, wypracowało katalog zasad, które są w tym zawodzie bardzo przydatne, wręcz konieczne, aby bez szwanku przejść przez największe nawet pola minowe.

PISZ, CHOCIAŻ NIE WIESZ

Kiedy dziennikarz relacjonujący jakieś zdarzenie nie jest pewien, co powiedzieć lub napisać (takie przypadki niestety zdarzają się często), albo nie do końca może powołać się na wiarygodność swojego źródła, stosuje wybieg. Używa partykuły „jakoby” – która „gwarantuje” mu bezpieczeństwo. Zasady przestrzegane w VoA nakazywały raczej w ogóle zrezygnować w takim przypadku z podania informacji niż narazić się na zarzut szerzenia dezinformacji. Inaczej było i jest po naszej stronie Atlantyku – tu dziennikarz nie rezygnuje z podania wątpliwej informacji, bo nie chce przyznać, że wie niedokładnie, nie sprawdził źródła, a więc nie wykonał zadania; liczy też na pobłażliwość oraz nieuwagę odbiorców. Bardzo prędko nauczyłem się, że lepiej stosować regułę „kiedy nie wiesz, nie pisz” niż „pisz, chociaż nie wiesz”. Fakt może być tylko jeden, jest od dziennikarza niezależny, jak słońce, które świeci na horyzoncie. Skłonność niektórych kolegów do panowania nad faktem kończy się dla nich z reguły, prędzej czy później, zawodowym dramatem.

Każdy naoczny świadek zdarzenia skłania się do nadmiernej ekspozycji własnych wrażeń. Ta ułomność jest nieobca także dziennikarzom, zwłaszcza mało doświadczonym. Ekskluzywność obecności w miejscu zdarzenia prowokuje do wyróżnienia własnych ocen, wykraczających poza zawodowy warsztat. Taka postawa zmienia w zasadniczy sposób wymowę i znaczenie podawanej informacji. Przykład: dziennikarz będący świadkiem jakiejś demonstracji skłonny jest dla podkreślenia ważności zdarzenia i swojej w nim obecności wyolbrzymić jej rozmiary i skutki. Jest więc ona w jego relacji dramatyczna, drastyczna, ważna i potężna, inaczej przecież by jej nie relacjonował. A policja dla jej rozpędzenia „musiała” użyć siły. Określenie „musiała” nie ma jednak nic wspólnego z rzetelnością, to już ocena dziennikarza, wybiegająca poza kanon czystego faktu. Tymczasem policja nic nie „musiała”. Wystarczyłoby powiedzieć „policja użyła siły” i wszystko byłoby jasne i poprawne, bez agitacji i zbędnej sugestii. Tego właśnie uczą amerykańskich kolegów: samoograniczenia w narzucaniu własnych opinii. Demonstracja może przecież być duża i gwałtowna, ale taktyka policji, która wie lepiej, z jakim zagrożeniem jest konfrontowana, polegać może akurat na rezygnacji z użycia siły – i co wtedy? Demonstracja będzie miała mniejsze znaczenie i będzie mniej ważna, bo policja „nie musiała” używać siły? Ale młody dziennikarz nie jest skłonny do respektowania prostych faktów – był w końcu na miejscu, był świadkiem wydarzenia, więc musiało ono być dramatyczne i policja „musiała” interweniować, chociaż zapewne „nie powinna”.

PODNIECENIE ZAMIAST INFORMACJI

To, w gruncie rzeczy skromne, zawodowe wykroczenie – przelatuje przecież koło ucha mimowolnie – dawniej było piętnowane, a dzisiaj już mało kto zwraca na nie uwagę. Zarówno ze względu na jakość dziennikarstwa jako takiego, jak i nową funkcję mediów, które nie muszą już informować – wystarczy, że podniecają. Im więcej, tym dramatyczniej, im mniej, tym słabiej. Widać to wyraźnie, kiedy podają liczbę uczestników demonstracji. Organizatorzy z reguły ją zawyżają, bo taki mają interes. Oceny policji są zawsze skromniejsze i godniejsze zaufania, ponieważ policja realniej niż manifestanci ocenia stan faktyczny. Dziennikarz, który ma przed sobą twarze manifestantów, skłonny jest powtarzać ich szacunki, inaczej przecież demonstracja nie zasługiwałaby na jego uwagę. Niestety bardzo często ujawnia przy tym własne sympatie polityczne: zawsze będzie więcej uczestników, jeżeli z nimi sympatyzuje, i odpowiednio mniej, jeżeli manifestację zorganizowały organizacje, których nie popiera. Dziennikarz zatem stawia się w roli partyjnego agitatora. Istnieje oczywiście od tej zasady smutny wyjątek: kiedy reporter chce nastraszyć świat, zawsze wyolbrzymi zdarzenie, które relacjonuje.

Lata kontaktów z amerykańskim dziennikarstwem wpoiły mi jeszcze kilka innych pryncypiów. My w Europie widzimy w zawodzie dziennikarza spełnianie istotnego posłannictwa politycznego, chętnie angażujemy się w spory i zajmujemy stanowisko, tymczasem Amerykanie na pierwszym miejscu stawiają neutralność obserwatora i rolę pośrednika. Dobre dziennikarstwo opiera się na pogłębionym zbadaniu sprawy, również jej niuansów, a także na opisaniu drugiej strony lustra, bez względu na to, kto za nim stoi. Nam w Polsce bardziej odpowiada dziennikarstwo interpretacyjne (nie chciałbym używać określenia „zaangażowane”). Amerykański dziennikarz pisze, żeby powiadomić. Polski, żeby przedstawić. Sam fakt to za mało, o wiele ważniejsza jest jego „właściwa” interpretacja, podpowiedź, jak należy go rozumieć i jakie wnioski wyciągnąć. Dziennikarz amerykański skupia się na formie tego, o czym pisze, i na istocie doniesienia; informacja ma dla niego znaczenie neutralne. W polskim przypadku jest odwrotnie: wartość informacji oceniana jest pod kątem jej przydatności w politycznym dyskursie, i to nadaje jej odpowiednią rangę. My nadal bowiem realizujemy „misję”, mamy coś ważnego „do spełnienia” i opowiadamy się za „określonymi wartościami”. Jaki dziennikarz, taki czytelnik, więc w Polsce kwitną pisma partyjne i ideologiczne, z jasno określoną linią i przesłaniem, zjawisko na zachodniej medialnej scenie zupełnie nietypowe.

NIC TAK NIE OŻYWIA GAZETY JAK TRUP

Różnice sięgają jeszcze dalej. Dla zachodnich kolegów najważniejszą cechą ich zawodu, o którą bardzo dbają, jest neutralność. My widzimy to inaczej, dla nas neutralność jest abstrakcją albo zbędnym balastem. Chcemy być zaangażowani, inaczej nasze dziennikarstwo traci sens i znaczenie. Podczas gdy zachodni wytrawny dziennikarz unika relacjonowania zdarzeń, co do których ma jasny i wyrobiony punkt widzenia, by nie być posądzonym o stronniczość, u nas przeciwnie – większość kolegów jest zdania, że byłoby wręcz swojego punktu widzenia nie ujawniać. Miałem w ręku wyniki ankiety na temat postaw amerykańskich dziennikarzy: 95 procent biorących w niej udział kolegów ze Stanów Zjednoczonych odrzuciło możliwość wpływania na wynik ostrego politycznego konfliktu w kraju… Dlatego ich kariery w stacjach telewizyjnych czy gazetach trwają dziesiątki lat. W Polsce – tak długo, jak długo trwa korzystny dla nich polityczny układ.

W gruncie rzeczy, odkąd istnieją gazety i zawód dziennikarza, reguły są te same, bo i funkcja dziennikarza, mimo nowych narzędzi pracy, pozostaje ta sama. Był on i jest pośrednikiem między tym, co się wydarzyło, a tymi, którym przekazuje informację o zdarzeniu. Odchylenia od tych reguł biorą się dziś nie tyle ze zmiany funkcji dziennikarstwa, ile ze zmiany charakteru współczesnych mediów i ich gospodarczego otoczenia. Informacja nadal jest punktem wyjścia dla tekstu, tyle że jej „otoczenie” wymusza na niej charakter bycia produktem, towarem. Dziennikarzowi jest dziś o wiele łatwiej niż kiedyś zrezygnować z surowych kanonów rzetelności i zawodowej przyzwoitości, ponieważ odejście od nich usprawiedliwia gospodarcza pozycja jego wydawcy. Poza tym, i być może to jest właśnie najważniejsze, właścicielami mediów w zdecydowanej większości nie są już pasjonaci, ojcowie pióra, wytrawni publicyści, tylko spółki kapitałowe, dla których liczy się przede wszystkim zysk, a nie jakość wyrażanych w ich mediach opinii. Każdy, kto studiował dziennikarstwo, a potem z wypiekami na twarzy wchodził w zawód, słyszał dowcipną i dziś solidnie praktykowaną zasadę wypowiadaną przez starszego redaktora z działu miejskiego: „Nic tak nie ożywia gazety jak dobry trup”.

I TY MOŻESZ ZOSTAĆ DZIENNIKARZEM

Upadkowi prestiżu dziennikarstwa służą też posunięcia samych redakcji, podcinających gałąź, na której siedzą. Programy informacyjne stacji telewizyjnych i portale internetowe namawiają widzów i czytelników do przekazywania informacji, „jeżeli byli świadkami jakiegoś interesującego zdarzenia”, bo „każdy może być dziennikarzem”. Chodzi o „kliknięcia”: poziom oglądalności i liczbę odsłon, od których uzależnione są ceny reklam. W rzeczywistości są to akcje zachęcające do powszechnego donosicielstwa, podglądania, śledzenia, „ujawniania”. Czytelnik czy widz staje się nie reporterem, ale ukrytym agentem, czyhającym na nieprzepisowe wyprzedzanie, przekraczanie dozwolonej prędkości, przechodzenie na czerwonym świetle jakiegoś celebryty czy na dłubanie w nosie przez funkcjonariusza policyjnej drogówki. Nikt nie zna dnia ani godziny, kiedy zostanie przyłapany na jedzeniu bułki w McDonaldzie, piciu kieliszka wina w drogiej restauracji albo płaczu na pogrzebie własnej żony, jeżeli tylko ma jako tako znaną twarz. Polskie media nie potrzebują doniesień Snowdena o totalnej inwigilacji, same są matecznikiem lokalnych „tajnych współpracowników”, gotowych przyłapać każdego, kto wpadnie im w oko, podczas jakiegoś wykroczenia lub odbiegającego od normy zachowania. Z dziennikarstwem ma to niewiele wspólnego, ale z poczuciem kreowania świata informacji już tak.

Mimo to dziennikarz nadal pozostaje tym, kim był zawsze – to on nadaje wiadomości status ważności i decyduje o jej randze. I jak zawsze ludzie wiedzą tylko tyle, ile chce lub musi przekazać im ten, kto spotyka fakt jako pierwszy – dziennikarz. Wszystko w jego rękach.

Dziennikarze, wybierając, a raczej wchodząc w ten z reguły wymarzony zawód, nie składają żadnej przysięgi. To oczywiste, że kochamy prawdę. I tylko czasem popełniamy małe kłamstwa, żeby nasza prawda była jeszcze piękniejsza. Jeżeli te kłamstwa nikogo nie ranią i nikomu nie niszczą życia, można nam to wybaczyć.

WCZORAJSZY NEWS JEST

JAK RYBA DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI

Rękopisy nie płoną – mówi Woland do Mistrza w jednej z najpiękniejszych powieści, jaka wyszła spod pióra człowieka, Mistrzu i Małgorzacie Michaiła Bułhakowa. Czy ma rację? Papier, na którym są utrwalane, naturalnie się starzeje, zapisane na nim słowa – mogą, ale nie muszą. Są natomiast z całą pewnością ulotne. Szczególnie gdy opisują zdarzenia mijające szybciej, niż powraca po nocy słońce. Właśnie tak z reguły zapisują swoje stronice dziennikarze. Szybko i z udręką, że już jutro mogą nic nie znaczyć.

Przez wiele lat zapisałem tysiące stronic. Wiele razy musiałem się spieszyć, bo chociaż rękopisy nie płoną, to szybko się starzeją, zwłaszcza w radiu i telewizji, zwłaszcza w redakcjach newsowych, zwłaszcza w momentach napięć, w sytuacjach kryzysowych, wymagających szybkiej reakcji, uzupełnienia albo wręcz nowego opisu. News, który jest podstawą dziennikarstwa, bywa kapryśny, chwiejny, chwilowy niczym jednodniowa mucha. Dzień później, ba, już wieczorem tego samego dnia, strasznie od niego zalatuje stęchlizną, jest zbędny, niepotrzebny, starczy. Z notesu wypycha go nowy, lepszy, po prostu bardziej aktualny. Nie płonie, to prawda, ale murszeje, i już wkrótce rozlatuje się sam z siebie w proch.

Dlatego trudno się do newsa przyzwyczaić, polubić go, otulić życzliwością. Zresztą, on tego nie potrzebuje. Spływa na biurko dziennikarza i puszcza do niego oko – sam wie, że już za chwilę może być nieaktualny. Dlatego trudno wpisywać go złotą czcionką do własnego sztambucha. Dlatego nie żal go też, kiedy znika. Nikt nie zapłacze, gdyby nawet spłonął.

Jego uroda jest inna – jest ważny, wręcz najważniejszy, kiedy się pojawia, kiedy jest najbardziej aktualny, kiedy daje się raz jeszcze potwierdzić u źródeł i pozwala puścić w świat, uwolnić z redaktorskich więzów. Takich zapisanych newsami stronic mam w swoim archiwum setki, tysiące. Kiedy je po latach przeglądam, czytam, wertuję, widzę, że nie muszą płonąć. Po latach same żółkną ze wstydu, że kiedyś tak bardzo były zarozumiałe, że tak bardzo zadzierały nosa, a dziś zaledwie pozwalają skojarzyć odległe fakty i wywołują uśmiech politowania. Wczorajszy news jest jak ryba drugiej świeżości, news sprzed lat to mumia egipskiego faraona. Bez pośpiechu przypomina to, co w tamtej chwili było dla nas najważniejsze, od czego zależały nasze losy.

NIE PŁONĄ, ALE SIWIEJĄ

A jednak warto pracować w radiu, w redakcji gazety czy telewizji i warto być blisko newsów, ponieważ nadal jest to najbardziej istotna nić komunikacji między zdarzeniem a odbiorcą, między tym, co się wydarzyło, a tymi, którym trzeba o tym donieść, których trzeba o wydarzeniu powiadomić. Newsy potrzebne są również do tego, aby w oparciu o nie pisać komentarze. Aby wyciągać z nich wnioski i poszerzać pole ich rażenia. W medialnej przyrodzie news sam bowiem nie występuje. Nie jest odludkiem. Zawsze z czegoś wynika, czemuś towarzyszy, zawsze ma źródło w zdarzeniach, które muszą zostać zidentyfikowane, a później i opisane. Im lepiej zna się fakty, tym prawdziwsza jest ich analiza. Im bardziej wiarygodna analiza, tym rzetelniejsze z niej wnioski. To tu znajduje się matecznik dziennikarskiej wiarygodności. Ale i manipulacji. Tyle że dziennikarz na styku z newsem sam z siebie manipulatorem nie jest. Manipulacja, ta wysublimowana forma interpretacji, która zaspokaja czyjeś potrzeby, niekoniecznie odbiorców, powstaje na wyższych piętrach redakcyjnego obrotu faktami, a często i poza redakcją.

Przez lata pisałem wiele radiowych i telewizyjnych tekstów. Odnosiły się one do konkretnych sytuacji, komentowały określone, wówczas aktualne zdarzenia, wyjaśniały związki między nimi, tłumaczyły zawiłości polityki i stanowiska głównych jej aktorów, opisywały skutki ich poczynań. To były dni wymagające i pełne napięć. Wówczas bardzo barwne, intensywne, pełne napięć i konfliktów, nierzadko groźnych. Teksty te były ważne, ale ważne tylko w dniu ich emisji na antenie Voice of America czy Telewizji Polskiej. Dziś, po latach, przeglądam je z rozrzewnieniem, i chociaż nie spłonęły, to jednak bardzo posiwiały. Czasami wyziera z nich prehistoria, tak szybko zmienił się świat i tak prędko ważne wówczas fakty pokryła pajęcza nić. Na całe szczęście, dopowiem, ponieważ historie, które opisywały, z reguły nie należały do najbardziej bezpiecznych. Świat żył wówczas na krawędzi wielkiego, dramatycznego konfliktu, który, gdyby wybuchł, spaliłby wszystko, także rękopisy.

CYNIZM ZABIJA TEN ZAWÓD

Z ulotności radiowych i telewizyjnych tekstów zawsze zdawałem sobie sprawę. Także z tego, że już następnego dnia uciekają z pamięci słuchaczy. Chociaż kiedyś radia słuchano inaczej niż dziś, a i telewizja miała inne znaczenie. Dziś radio gra gdzieś obok, najlepiej muzykę non stop, radia słuchamy w samochodzie, aby się nie nudzić – i wówczas nawet nie wypada zaburzać uwagi kierowcy auta wnikliwymi komentarzami czy, nie daj Boże, analizami. Kiedyś nadstawiano dla Voice of America ucha, na przekór zakłóceniom, złemu odbiorowi, bo radio to, chociaż z oddali, wiedziało więcej i lepiej niż radio miejscowe. Dlatego będąc świadkiem wielu zdarzeń, spotykając wielu ludzi, w tym również takich, od których zależał nasz los, dużo pisałem, czyniłem notatki, publikowałem też w prasie, ponieważ rękopisy nie płoną. Wiele z nich jeszcze dziś stanowi źródło informacji i niczym zwierciadło oddaje zarówno istotę, jak i atmosferę zdarzeń, które w mniejszym lub większym stopniu miały i mają wpływ na to, gdzie jesteśmy, jacy jesteśmy, kim jesteśmy i być może – co się z nami stanie. Bo co się stało, jest już za nami, każdy widzi własnym okiem.

Moje szlaki to Europa, a w niej przede wszystkim Niemcy, na wiele lat przed zjednoczeniem i po unifikacji, konflikty i wojny, świadkowanie rozpadowi systemów i upadkowi muru berlińskiego, jednoczeniu się Europy, Bruksela – i wielkie wysiłki, aby sprostać cywilizacyjnym wymaganiom. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w kwaterze głównej NATO na długo przed upadkiem sowieckiego systemu i rozmowy z jego ówczesnym sekretarzem generalnym Manfredem Wörnerem. Nadal przed oczyma mam emerytowanego dziś inspektora głównego Bundeswehry generała Klausa Naumanna, z którym jako pierwszy polski dziennikarz rozmawiałem o pokonaniu wrogości między obiema armiami. Wciąż dręczy mnie widok spalonych domów i rozszarpanych ludzi w Kosowie. Nigdy nie zapomnę rozmowy z prezydentem Niemiec Romanem Herzogiem przed jego trudną wizytą w Warszawie w pięćdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego i tego, co wówczas mówił. Przed oczyma mam spokojną, życzliwą, mądrą, a jednocześnie tajemniczą twarz Polaka o jednym z najpiękniejszych życiorysów, Jana Karskiego, z którym robiłem wywiady dla telewizji niemieckiej. Na swojej reporterskiej drodze spotkałem setki ludzi, którzy otwierali przede mną drzwi i serca, którym patrzyłem prosto w oczy, słuchając ich radosnych, ale i bolesnych zwierzeń, których pocieszałem i którym jakże często nie mogłem też w żaden sposób pomóc. A kiedy spotykałem polityków, którzy wpływali na losy świata i moje, usiłowałem dostrzec w nich także zwykłą ludzką naturę, bo nie wierzyłem – i do dziś nie wierzę – że polityka może być tylko zepsuta i cyniczna. Nie wszystko notowałem, nie wszystko zapisywałem, często rezygnowałem z notesu, mikrofonu i kamery, kiedy wiedziałem albo przeczuwałem, że nie wolno narazić mi tej swoistej intymności spotkania, tego jedynego w swoim rodzaju wyznania. Cynizm zabija ten zawód, zamienia dziennikarza w hienę, ale i narusza dobra osobiste każdego, kto ma z nim kontakt, deformuje i niszczy.

NIC BARDZIEJ BŁĘDNEGO

Czasem zdarzają się spotkania niewytłumaczalne. Zbierałem kiedyś materiały do reportażu o polskich robotnikach przymusowych w III Rzeszy i po wielu zabiegach pojechałem w końcu do zamkniętego dla ogółu archiwum służby poszukiwawczej zaginionych w drugiej wojnie światowej w Bad Arolsen w Hesji. Archiwum to założyli tuż po wojnie Brytyjczycy. Jego pierwszym zadaniem było gromadzenie zbrodniczej dokumentacji nazistów, a ponieważ gdzie zbrodniarze, tam i ich ofiary, archiwum szybko rozrosło się do najważniejszej placówki dokumentującej los poszkodowanych. Pokazano mi między innymi kartoteki gestapo z licznymi donosami, za którymi stały cierpienia i nierzadko śmierć, a także zachowane w całości księgi obozu koncentracyjnego w Dachau. Zapytałem, nieco na marginesie, czy archiwum dysponuje dokumentacją obozu w Ravensbrück, w którym w latach wojny więzione były matka i babcia mojej żony. Z reguły poszukiwania takich śladów trochę trwają, ale dyrektor muzeum postarał się, aby je zakończono, zanim stamtąd wyjadę. I oto przyniesiono mi księgi obozu, w których mogłem prześledzić los obu kobiet, skrupulatnie w księgach zapisane ich dramatyczne dni, tygodnie i lata, i jakieś drobiazgi, które im odebrano po przyjęciu do obozu. Doświadczyłem wówczas czegoś, co w tym zawodzie jest rzadkością: sprawa dotyczyła mnie osobiście, musiałem sobie z tym poradzić. Nie była to opowieść o kimś mi nieznanym, tylko o matce mojej żony, żyjącej jeszcze wtedy, której twarz miałem cały czas przed oczyma. I w tym momencie, po raz pierwszy w moim zawodowym życiu, nie byłem już dziennikarzem – chociaż to właśnie mój status pozwolił mi zobaczyć te dramatyczne ślady – byłem ofiarą.

Na dziennikarskich szlakach wiele się widzi. Ale czy wszystko się wie? To jedna z bolączek tego zawodu – pycha miejsca, zarozumialstwo obecności. Skoro tam jestem, skoro widzę, to wiem. Nic bardziej błędnego. Odwaga w tym zawodzie polega bowiem również i na przyznaniu się do wiedzy cząstkowej. Kiedy rozmawia się z kimś ważnym, bez względu na pytania, słyszy się tylko to, co ta osoba chce nam powiedzieć. Kiedy jest się na wojnie, niby po to, aby przekazać światu prawdę o niej, zawsze jest się pośród tylko jednej z walczących stron. Jest się wówczas przekaźnikiem tylko jej prawdy, a jest to często prawda trudna do zweryfikowania. Doświadczeni dziennikarze dobrze o tym wiedzą, ale oni już bardzo rzadko jeżdżą w regiony krwawych konfliktów. Jest bowiem nie do zniesienia, przynajmniej dla mnie, widok zabijanego człowieka, którego nie chroni karta akredytacyjna.

WSZYSTKO, CO ZOSTAŁO POWIEDZIANE, MOŻE ZOSTAĆ WYKORZYSTANE

Warto po latach skonfrontować wiedzę, tok myśli i wnioski, jakie wówczas wydawały się najważniejsze i najbardziej uprawnione. Miały przecież wtedy swoje znaczenie i miały – takie było ich założenie – coś wyjaśnić, utrwalić, być może czegoś nauczyć, na coś wyczulić, uzbroić w argumenty, bez których trudniej radzić sobie z rzeczywistością i pokonywać rysujące się na horyzoncie wyzwania. Zbiór publikowanych w tej książce tekstów pochodzi z wielu ostatnich lat, a ukazały się one głównie na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Odry” i „Polityki”. Niektóre z nich wyciągnąłem z szuflady, ponieważ, jak to czasem bywa, utknęły gdzieś w drodze do redakcji i nie ujrzały światła dziennego, choć miały.

Opowiadają o wielu zdarzeniach, ich bohaterami są miejsca, okoliczności, ludzie. Ci ostatni byli i są dla mnie najważniejsi. Ich twarze, kiedy się ku mnie pochylali, odkrywali się przede mną, pamiętam do dzisiaj. Pisałem te teksty w Bonn i Brukseli. Uprawianie tego zawodu to przywilej. I nie dlatego, że rozmawia się z politykami, że leci się z premierem rządowym samolotem, że sporo czasu spędza się w loży prasowej. Tylko dlatego, że nieznani ludzie otwierają przed dziennikarzem drzwi i jakże często serca. To więcej niż spowiedź w konfesjonale. Tam zostaje wszystko to, co zostało wyznane. U nas wszystko to, co zostało powiedziane, może zostać wykorzystane, a wówczas warto pamiętać, że rękopisy nie płoną.

2014

W OGRODZIE

GÜNTERA GRASSA

Günter Grass, WIATYK

Chcę, by mnie pochowali z woreczkiem orzechów.

I z najnowszymi zębami.

Kiedy potem łupnie, tam, gdzie leżę,

można będzie założyć:

To on,

To wciąż on.

(Fundsachen für Nichtleser, 1997)

tłum. Marek Zybura

Był wczesny wieczór trzydziestego września 1999 roku. Kilka godzin wcześniej do domu Güntera Grassa dotarła wiadomość, że otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Zadzwoniłem z gratulacjami, a potem poprosiłem o spotkanie. Chciałem przeprowadzić z nim rozmowę dla polskiej telewizji. Grass był wyraźnie zadowolony z wyróżnienia, ale bardzo niechętny spotkaniu. Nie byłem przecież jedynym dziennikarzem, który tego dnia chciał umówić się z nim na wywiad.

Najpierw odmówił, ponieważ, powiedział, odmawia wszystkim. Ale rozmowy nie przerwał, zaczął wypytywać o Polskę, o swoje książki, o przyjaciół, wspomniał Adama Michnika, wreszcie zapytał, dlaczego tak mi się spieszy. Przecież mogę poczekać, jak inni. Zanim przyznałem się, że chcę być po prostu pierwszy, sam się tego domyślił: – Nie musi się pan tłumaczyć, będzie pan pierwszy. Proszę przyjechać, jestem do dyspozycji.

Umówiliśmy się za dwa dni, następnego chciał nieco ochłonąć: – Może pan przyjechać o każdej porze, będę czekał, chociaż nie w nieskończoność… – dodał.

PYTANIE, KTÓREGO NIGDY NIE ZADAŁ

Spojrzałem na mapę, czekała mnie długa droga. Z Bonn pod Lübeck w północnych Niemczech, gdzie mieszkał Grass, było ponad czterysta kilometrów. Aby zjawić się przed południem, należało wyjechać o czwartej rano, ale rzadko kiedy budziłem się tak wcześnie z tak wielkim zapałem. Dumna z wyjazdu była także moja ekipa – kamerzysta z Kolumbii i dźwiękowiec z Argentyny, ponadkontynentalne towarzystwo, które od razu przypadło Grassowi do gustu. – Czekałem na telewizję polską, a tymczasem zawitała do mnie światowa – powitał nas, śmiał się, że dzięki temu obsłuży dwa kontynenty jednocześnie i prawie natychmiast wdał się z moimi kolegami w rozmowę na temat problemów Ameryki Południowej.

Przy całym jego literackim dorobku Grass był dla mnie przede wszystkim pisarzem zaangażowanym w politykę, chętnie odchodzącym od biurka i pojawiającym się wszędzie tam, gdzie jego głos zdawał się być potrzebnym. Grass krytykował i moralizował, Grassa słuchano i polemizowano z nim, Grassa respektowano i krytykowano. A przy tym był sumiennie i wszechstronnie artystycznie wykształcony, pisał wiersze, malował, rzeźbił, studiował na akademiach sztuk pięknych w Berlinie i Düsseldorfie. Debiutował jako poeta w 1956 roku, mieszkał w Paryżu, gdzie jego Blaszany bębenek odniósł po opublikowaniu go po francusku w 1962 roku kolosalny sukces.

To, o czym opowiadała zakazana przez wiele lat w PRL książka, przewijało się przez całe życie pisarza. Jego wuj był Polakiem, pracował na Poczcie Gdańskiej. Młody Günter, członek Hitlerjugend, zafascynowany Hitlerem i nazizmem, ujawnił podczas naszej rozmowy, że najważniejsze pytanie, którego nigdy nie zadał swoim rodzicom, brzmiało: – Jaki był los wuja, który wraz z innymi bronił poczty i bez śladu zniknął?… Rodzice Grassa, o których otwarcie mówił, że byli typowymi oportunistami, zerwali kontakt z rodziną polskiego kuzyna, a Günterowi i jego siostrze zabronili bawić się z jego dziećmi.

Grass, nawet gdy mógł już sobie na to pozwolić, nie zapytał, co się stało z wujem i całą rodziną. To niepostawione pytanie ciążyło mu, jak mówił, bardziej niż wstyd, jaki ogarnął go po upadku nazizmu, kiedy uświadomił sobie, jakich zbrodni dopuścili się Niemcy i o co otarł się w młodości.

W PISANIU POTRZEBNA JEST ODWAGA,

A NIE ROZWAGA

Do Behlendorf przyjechaliśmy przed południem. Już pierwsza napotkana we wsi osoba wskazała nam drogę do domu Grassa, gotowa iść przed nami, abyśmy nie zbłądzili. Przecież Grass zapowiedział, że nie może poświęcić mi całego dnia. Paraliżowało mnie to, wiedziałem, że nie będę miał ani minuty do stracenia.

Ale okazało się, że bałem się niepotrzebnie. Kiedy zjawiliśmy się, był akurat w swojej pracowni na skraju ogrodu. Wyszedł do nas w granatowym swetrze, sztruksowych spodniach, z fajką w dłoni. Zaprosił nas do swojego atelier.

Zabawiał się naszą kamerą, trochę jak dziecko, które po raz pierwszy trzyma w ręku aparat fotograficzny. Zwróciłem uwagę na suszące się na słońcu akwarele. Pisarzem został później, powiedział, najpierw zajmował się rzeźbą, a malarstwo do dziś pozwala mu odetchnąć.

– Podczas studiów w Düsseldorfie zarabiałem na życie, grając w knajpie, pilnowałem też drzwi do lokalu – opowiadał. – Nie od razu żyje się z twórczości.

– Kiedy po raz pierwszy pomyślał pan o Blaszanym bębenku? – zadałem najbardziej prozaiczne pytanie, jakie mogło przyjść mi do głowy.

– Miałem go w głowie od zawsze. Temat wojny i jej końca nosiłem w sobie wiele lat, ale długo brakowało mi odwagi, aby się nim zająć – odparł.

– A jak byłoby dzisiaj, gdyby nie napisał go pan w 1959 roku? – pytałem dalej.

– Tego nie wiem, w pisaniu potrzebna jest bowiem odwaga, a nie rozwaga…

Kiedy kamera ruszyła, rozmowa szybko zmieniła się w dyskurs o miejscu pisarza w społeczeństwie. Według Grassa niewiele jest zawodów – jeżeli tylko towarzyszy mu talent i wewnętrzne powołanie – tak bardzo predestynowanych do zabierania głosu jak zawód pisarza. – Miejsce pisarza jest w centrum społeczeństwa – mówił.

Pod koniec lat sześćdziesiątych jeździł po Niemczech (przejechał VW Busem ponad 30 tys. km), uczestnicząc w kampanii wyborczej SPD. Nie ukrywał politycznych sympatii, zdobywał zwolenników, ale był także obiektem nagonki. Jakże odmienna to postawa od zachowań choćby Czesława Miłosza, który nie dawał się namówić do politycznej publicystyki, nie mówiąc już o wiecowaniu.

A kto ma wkładać palec w ranę, jeżeli nie pisarz? – pytał Grass. Uzasadniał to nie tylko potrzebą stworzenia nowej wizji dla kraju, który borykał się z ciężarem nazistowskiej przeszłości, ale i krytyką oportunizmu niemieckiej elity intelektualnej, która poszła niemal po omacku za Hitlerem. Zrzucenie tego balastu było dla niego historycznym zobowiązaniem. Jego rówieśnicy nie należeli wprawdzie do generacji nazistowskich złoczyńców, mówił, ale należeli do narodu, który stworzył Auschwitz i którego zbrodnie wpisane zostały także do ich biografii. Czy było to przyznanie się do własnych win? Z pewnością wówczas jeszcze nie, ale to wyraźne wyznanie narodowych win było dla Grassa warunkiem oczyszczenia.

NA KOLANACH PRZED POMNIKIEM BOHATERÓW GETTA

Wciąż wracaliśmy do polityki, od której to Grass nie chciał uciec. Być może chodziło o to, że jestem Polakiem, i wielki niemiecki pisarz robił przede mną rachunek sumienia. Zapytałem go o zaangażowanie po stronie Willy’ego Brandta. Günter Grass należał do oficjalnej delegacji niemieckiej w 1970 roku i był świadkiem aktu skruchy i pokory Brandta, który ukląkł pod warszawskim Pomnikiem Bohaterów Getta. Czy spodziewał się wówczas tego gestu?

W 1999 roku, wiele lat po tamtym wydarzeniu, Grass wyznał mi, że stojąc blisko kanclerza i widząc w jego twarzy ból i wstyd upokorzonego Niemca, nie spodziewał się tego gestu, a przecież dziś upadek na kolana wydaje mu się logiczny, naturalny, zwykły i ludzki. Brandt, bojownik antynazistowski, wygnaniec i emigrant, sam skazany na niebyt, wziął na siebie ciężar odpowiedzialności nie tylko za swoją generację, ale i całą historię niemiecko-żydowską, a także niemiecko-polską.

– Nikt nie mógł przewidzieć takiej reakcji Brandta, ale przecież była taka, jaka być powinna – mówił mi. – Nie wzięła się jednak z niczego. Wystarczy przypomnieć sobie nastrój tamtej podróży, rozmowy, jakie prowadziliśmy przed wizytą w Polsce i w jej trakcie, by dojść do wniosku, że tak się stać musiało. To padnięcie na kolana na gruzach warszawskiego getta nie było tylko aktem ekspiacji wobec umarłych i zabitych, milionów ludzi, ofiar terroru. To było przyznanie się do winy. I błagalna prośba pod adresem żyjących.

Początkowo Grass nie widział siebie w roli narodowego moralisty i nauczyciela historii; wszystko, co miał do powiedzenia, wyrażał w literaturze. Na przeszkodzie stanął jednak jego temperament wojownika i skłonność do wdawania się w polityczne polemiki, które uczyniły z niego wyrzut niemieckiego sumienia. Uczestniczył w manifestacjach przeciwko amerykańskim zbrojeniom, w 1967 roku, po wybuchu wojny izraelsko-arabskiej, stanął na rynku w Bonn na czele proizraelskiej demonstracji. Bronił w telewizyjnych debatach kanclerza Brandta przed atakami Franza-Josepha Straussa i potrafił wypowiedzieć wojnę Oskarowi Lafontaine’owi, kiedy ten skonfliktował się z kanclerzem Schröderem i ustąpił z rządu po wygranych przez socjaldemokratów wyborach do Bundestagu w 1998 roku.

– Jeżeli pisarz nie angażuje się w życie społeczne, to kto ma to uczynić? – pytał. I dodawał: – Nie jestem ani czysty, ani nieskazitelny, ale skoro myślę i piszę, a piszę to, co myślę, dlaczego nie mam zabierać głosu w sprawach, które dotyczą mnie tak, jak każdego innego obywatela?

Nie unikał konfrontacji, czym przysporzył sobie, co oczywiste, nie tylko przyjaciół.

UWIEDZIONY PRZEZ HITLERYZM

Podczas tamtej rozmowy w ogrodzie pisarza, kiedy pojawiał się temat wojny i współodpowiedzialności za zbrodnie, miałem przed oczyma jego gdańską trylogię, w której obraz wojny jest oczywisty, wiarygodny, ale jednocześnie niepozbawiony pewnej skazy, ułomności. Dzisiaj wiemy, że była ona spowodowana wstydem za jego własne skażenie nazizmem, krótkotrwałą, wyleczoną, ale jednak infekcję. Dzisiaj wiemy też, że doskwierała mu ona przez wszystkie powojenne lata.

Sześćdziesiąt lat po wojnie Günter Grass ujawnił, że skaził się brudem hitleryzmu, przywdziewając mundur żołnierza Waffen-SS. Kiedy z nim rozmawiałem, miał 72 lata, wojna i jej doświadczenia były za nim od ponad pół wieku. Ale nie mówił wtedy o „swojej wojnie”, raczej o obowiązkach pisarza, który pochodzi z niemieckiego narodu. Patrzył przed siebie. Z fascynacją mówił o polskim przełomie, o spotkaniu z Lechem Wałęsą, które nie wszystkim przypadło do gustu, krytycznie oceniał skutki zjednoczenia Niemiec dla tysięcy zagubionych i zdezorientowanych Niemców ze Wschodu. Pracował właśnie nad nową książką Idąc rakiem (Im Krebsgang), w której chciał zająć się także niemieckim losem i niemieckim bólem. Ale jeszcze nie swoim.

Podarował mi z dedykacją swoją najnowszą wtedy książkę – Moje stulecie (Mein Jahrhundert). Zawiera ona krótkie opowiadania, przypisane kolejnym latom, począwszy od roku 1900. W latach 1944 i 1945, kiedy siedemnastoletni wówczas Grass cieszył się z rzadkich już sukcesów na froncie wschodnim i kiedy ochotniczo zaciągał się do łodzi podwodnych, by trafić do Waffen-SS, nie ma ani słowa o jego osobistych przeżyciach, rozterkach, o jego zetknięciu się ze złem. Ujawnił to dopiero sześćdziesiąt lat później, w 2006 roku, w autobiograficznej książce Przy obieraniu cebuli (Beim Häuten der Zwiebel).

Wcześniej podawał, że w 1944 roku został powołany do służby pomocniczej w obronie przeciwlotniczej, służył jako żołnierz, był w niewoli amerykańskiej. W 2006, w poprzedzającym ukazanie się książki wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, decyzję o ujawnieniu prawdy określił krótko: – Es musste raus! (Musiało to wyjść!). Wyjaśniał: zgłosił się do służby w marynarce wojennej, chciał służyć w łodziach podwodnych, którymi był zafascynowany, ale marynarka nie przyjmowała już nikogo. Skierowano go do Drezna, do służby w nowo tworzonej dywizji Waffen-SS „Frundsberg”. Patron dywizji przypadł mu do gustu; Jörg von Frundsberg był bohaterem okresu chłopskich wojen, przywódcą Związku Szwabskiego, „ojcem knechtów” i uciemiężonego ludu. Jako motyw ochotniczego zgłoszenia do wojska Grass podał pragnienie wyrwania się z domu i uwolnienia od mieszczańskiej obyczajowości obowiązującej w rodzinie, co miało być zresztą, jak pisał, jednym z głównych powodów uwiedzenia jego generacji przez hitleryzm, który zrywał z burżuazyjnymi schematami. Grass dorastał, chciał być mężczyzną. A jako mężczyzna chciał założyć mundur.

WYZNANIE GRZECHU,

KTÓRE PRZYSZŁO ZA PÓŹNO

Ujawniony przez Grassa grzech, który ciążył mu całe życie, wywołał szok i gorącą, zrozumiałą w tej sytuacji, dyskusję. Oto bowiem wielki niemiecki moralista, który pomstował na nierychliwość powojennych rozliczeń z morderczym systemem, sam był jego elementem, wprawdzie niewielkim, niedojrzałym, być może nie do końca świadomym, ale jednak. Kiedy Grass wytykał Niemcom, że nie wszystko zostało ujawnione, powinien mieć na myśli także i siebie – ten fakt podważał szczerość jego historycznych rozliczeń z nazizmem.

Większość literackiej sceny w Niemczech odniosła się do jego ujawnienia ze zrozumieniem, chociaż dominowała ocena, że wyznanie grzechu przyszło za późno. Pisarz Walter Kempowski stwierdził, że także do Grassa odnosi się biblijne zdanie, że kto sam jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Z kolei biograf autora Blaszanego bębenka Michael Jürgs ogłosił „koniec moralnej instytucji”, jaką był Grass. Wyznanie pisarza wcale nie przyszło za późno, oceniał jeden z największych niemieckich pisarzy moralistów Ralph Giordano. Mówił, że zna wielu, którzy dopiero w wieku osiemdziesięciu lat, albo wręcz stojąc już nad grobem, przyznali, że popełnili błąd. Prezydent berlińskiej Akademii Sztuk, Klaus Staeck, sprzeciwił się opiniom, że ujawnienie kompromitującego szczegółu z życiorysu Grassa podważa jego literacki dorobek i moralną integralność. Jeden z krytyków, Helmut Karasek, późną spowiedź pisarza tłumaczył obawą, że wcześniejszy akt skruchy zaszkodziłby mu nie tylko w promocji jego moralnej nieskazitelności, ale przede wszystkim w uzyskaniu Nagrody Nobla. Był to jednak głos odosobniony.

Komentarza do wyznania Grassa odmówił natomiast Marcel Reich-Ranicki, „papież” niemieckiej krytyki literackiej. „Nie czuję się uprawniony ani zobowiązany…” – mówił. Krytyk był w osobistym sporze z pisarzem i to od kilkudziesięciu lat. W 2002 roku posunął się wręcz do aktu literackiej negacji – podczas sesji zdjęciowej dla „Spiegla” podarł książkę Grassa Moje stulecie na strzępy (redakcja zilustrowała tą fotografią okładkę tygodnika), całkowicie odrzucając twórczość pisarza.

ODZNAKA SS NA KOŁNIERZU

WCALE GO NIE ODPYCHAŁA

Dla mnie przypadek Grassa był interesujący z innego powodu. Urodzony w 1927 roku, należał przecież do generacji tych Niemców, którzy dojrzewając, mieli przed sobą tylko jeden drogowskaz – w stronę nazizmu. Pozbawiona doświadczeń i innych punktów odniesienia generacja Grassa stała się ofiarą nazistowskiej ideologii i propagandy. Grass nie mógł porównywać nazizmu do czegokolwiek – kiedy Hitler doszedł do władzy, miał sześć lat, w tym wieku gra się w piłkę i bawi na podwórku w wojnę. Kiedy wojna wybuchła naprawdę – miał lat dwanaście, a rzeczywistość wokół nie tolerowała już żadnego odchylenia. Kiedy zgłaszał się na ochotnika do Kriegsmarine, miał lat siedemnaście i chciał przede wszystkim uciec z domu, chciał być dorosłym szybciej, niż pozwalała na to matka. Partyzantki w Niemczech Hitlera nie było, zresztą Grass w wieku gimnazjalnym nie był przeciwnikiem nazizmu, zgłosił się, by bronić swojego kraju.

Nie krył, że odznaka SS na kołnierzu wcale go nie odpychała, chciał walczyć z bolszewikami. Mówił o „europejskim duchu”, który bił od formacji Waffen-SS. Walczyli w niej przecież Francuzi, Walończycy, Flamandowie, Holendrzy, Norwegowie, a nawet Szwedzi – zjednoczeni w obronie europejskiej cywilizacji przed bolszewickim naporem. Tak to przedstawiała propaganda, a on nie miał powodu, by jej nie wierzyć.

I potem – kiedy nazizm kapituluje, a kraj jest zniszczony, kiedy ujawniane są niemieckie zbrodnie – Grass nie ma już wątpliwości. Wie, co stało się z jego narodem i jaką cenę zapłacił za swoje zatracenie. Należy do generacji Niemców, na których ciąży obowiązek rozliczenia, tym bardziej uzasadnionego, ponieważ zatrzymali się na brzegu bagna. Już mieli w nie wdepnąć, ale w ostatniej chwili zostali powstrzymani przez aliantów. Czy gdyby Grass wkroczył do niego, zostałby zbrodniarzem? Czy brałby udział w masakrach i eksterminacji? Są to pytania na wyrost. Grass trafił do Waffen-SS, kiedy ta biła się już tylko o ostatni skrawek niemieckiej ziemi i płaciła daniną życia młodych Niemców.

PRAWDA ODSTAWIONA NA PÓŁKĘ HISTORII

Ta generacja nie mogła być anielsko czysta, ponieważ wyrastała w piekle. A kiedy mówiła o rozliczeniach i ujawniała zbrodnie ojców, dobrze wiedziała, dlaczego to robi. Była świadoma, co ją czekało, gdyby nie nadszedł koniec. Waffen-SS były jednostkami Himmlera, najpierw elitarnymi, później, w miarę kłopotów kadrowych, już nie. Od 1942 roku przyjmowano do Waffen-SS już nie tylko ochotników, a po zamachu na Hitlera nawet tych, którzy według reguł SS wcale się tam nie nadawali. Grass został do Waffen-SS skierowany. Wiedział o niej dokładnie tyle, co wszyscy – że jest formacją „elitarną”, niezwykle waleczną, która ponosi na froncie największe ofiary. Oczywiście nie zdezerterował. Ucieczka spod flagi była w siłach zbrojnych III Rzeszy rzadkością. Na blisko dziewiętnaście milionów powołanych do wojska mężczyzn zdezerterowało około trzysta tysięcy, niecałe dwa procent. Wyroków śmierci wydano ponad trzydzieści tysięcy, rozstrzelano za ucieczkę ponad dwadzieścia trzy tysiące. Z jego rocznika trafiło do Waffen-SS dziewięćdziesiąt pięć tysięcy innych „Grassów”. Pod koniec wojny formacja liczyła dziewięćset tysięcy żołnierzy.

Że mundur Waffen-SS może parzyć i nie jest taki sam jak mundur Wehrmachtu, Grass przekonał się pod koniec wojny, kiedy jego dywizja zaczęła się rozsypywać, a dowódca nakazał żołnierzom zmienić mundury SS na zwykłe uniformy. W dokumentach armii amerykańskiej znajduje się potwierdzenie, że był żołnierzem Waffen-SS; przed aliantami, którzy go wzięli do niewoli, Grass swojej przynależności nie ukrył. Czas jego walki był krótki i typowy dla niedoświadczonego żołnierza – paraliżował go strach i kiedy zbliżały się pierwsze czołgi, zmoczył jak inni spodnie.

Przyznanie się do służby w Waffen-SS nie pomniejsza w żaden sposób literackiego dorobku Grassa. Nie podważa rangi jego moralistyki. O wiele bowiem gorsze od popełnienia błędu jest niewyciągnięcie z niego konsekwencji. Tymczasem Grass swoim dorobkiem i zaangażowaniem w proces demokratyzacji po wojnie grzech odkupił. Jedynym deficytem w procesie Grassowego samooczyszczenia jest czas – wcześniejsze wyjaśnienie, dlaczego w nazistowskich Niemczech młodzi chłopcy garnęli się do Waffen-SS, byłoby nie tylko aktem cywilnej odwagi, ale wniosłoby też ważny wkład w objaśnienie mechanizmów złowieszczego systemu. Przyznanie się Grassa do Waffen-SS w wieku pięćdziesięciu lat miałoby inne znaczenie niż moralny coming out trzydzieści lat później. Odpowiada to często praktykowanej zasadzie rachunku sumienia pod koniec życia i potwierdza regułę, że najgorsze prawdy ujawniane są wówczas, kiedy tracą na sile i łatwo dają się odstawić na półkę historii, gdzie rzeczywiście już należą.

NIEWIEDZA NIE ZWALNIA Z ODPOWIEDZIALNOŚCI

W 1985 roku Niemcami wstrząsnęła uroczystość wspólnego złożenia przez kanclerza Helmuta Kohla i prezydenta USA Ronalda Reagana wieńców na wojskowym cmentarzu w Bitburgu. Spoczywają tam żołnierze Wehrmachtu, wśród nich – jak się okazało – także czterdziestu trzech żołnierzy Waffen-SS, w tym jeden oficer i dziesięciu podoficerów, wszyscy znani z nazwiska. Wcześniej Reagan i Kohl złożyli wieńce w byłym obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen. Wspólny akt w Bitburgu stanowić miał finał powojennego pojednania między dawnymi wrogami.

Kanclerzowi Kohlowi przedstawiono delikatność problemu, ale uparł się i postawił na swoim – nie zrezygnował z wybranego miejsca i do wspólnego z prezydentem USA i amerykańskimi generałami złożenia wieńców na cmentarzu doszło. Liczni krytycy – spoza niemieckiej ludności, która ten akt w pełni zaakceptowała – widzieli w tym geście oczywisty kontrapunkt do upadku na kolana Willy’ego Brandta w Warszawie przed Pomnikiem Bohaterów Getta. Jednym z najbardziej zaciekłych oponentów i nieprzejednanych krytyków uroczystości w Bitburgu był Günter Grass.

Zarzucił Kohlowi „strzępienie historii”. Obecność kanclerza na cmentarzu z żołnierzami Waffen-SS to „wystawianie im świadectwa niewinności” – mówił. Tymczasem, „niewiedza nie zwalnia z odpowiedzialności”. Większość wiedziała przecież, że były obozy koncentracyjne. „Wiedzieli wszyscy, mogli wiedzieć, powinni wiedzieć”. – Grass podnosił do góry karzący palec. Wszyscy żołnierze Waffen-SS pochowani na cmentarzu w Bitburgu mieli po siedemnaście, dziewiętnaście lat, byli rówieśnikami Grassa. Mieli tyle lat, co on, kiedy w mundurze Waffen-SS wybierał się bronić kraj przed bolszewikami. Wszyscy też trafili do Waffen-SS z poboru, nie poszli tam dobrowolnie, nie zgłosili się do niej na ochotnika.

GEST WOBEC POLSKO-NIEMIECKIEJ HISTORII

Podczas naszej rozmowy w 1999 roku, sześć lat przed ujawnieniem tajemnicy swego życia, Günter Grass nie wspominał wojennego epizodu. Rozmawialiśmy o jego literackim dorobku, o Nagrodzie Nobla i obowiązkach pisarza w społeczeństwie. Mówił, że obowiązki te wynikają z życiowych doświadczeń, że koszmary z przeszłości nie pozostawiają mu innego wyboru, jak tylko aktywnie wypowiadać się we wszystkich zasadniczych sprawach. Powiedział mi też, że zgodził się na rozmowę ze mną jako pierwszym dziennikarzem, bo jestem Polakiem. Gdybym był Włochem, Francuzem, Holendrem – musiałbym poczekać. Był to więc bez wątpienia gest nie tyle wobec mnie osobiście, ile wobec polsko-niemieckiej historii, której przez krótką chwilę byłem w jego ogrodzie reprezentantem.

Do dziś zadaję sobie pytanie, jak wyglądałaby nasza rozmowa, gdyby Grass ujawnił swoją przeszłość wcześniej. Czy w ogóle doszłoby do niej, czy rozmawialibyśmy o jego literaturze, czy też skupilibyśmy się tylko na tym jednym jedynym rozdziale jego życia, w którym przybrał mundur „obrońcy zachodniej cywilizacji”? Günter Grass oszczędził mi tych rozterek, i dlatego mogłem rozmawiać z autorem Blaszanego bębenka bez obciążenia świadomością jego młodzieńczych błędów.

Już jako dorosły człowiek rozliczył się w swoich książkach z tym drapieżnym, niewytłumaczalnym, dramatycznym okresem historii swojego narodu.

Każdy grzeszy w świecie, w którym się narodził.

2015

WŁOŻYĆ PALEC DO RANY

Ponieważ literaturę zawsze czytała mniejszość, nie przejmuję się za bardzo przyszłością książki. Pod warunkiem że literatura pozostanie wywrotowa, a nie koncentrująca się na dostarczaniu rozrywki. Naturalnie, pisarze mogą być dostarczycielami także i rozrywki, ale muszą to czynić tak, że śmiech stanie nam w gardle – mówi Günter Grass, laureat literackiej Nagrody Nobla, w rozmowie z Markiem Orzechowskim.

Marek Orzechowski: Jeśli spojrzy się na Pański życiorys, dostrzeże się w nim nie tylko solidne artystyczne osiągnięcia, bez których nie byłby Pan pisarzem. Günter Grass to także bardzo wrażliwy człowiek, który niestrudzenie zgłaszał prawo do wystawiania moralnych świadectw. Ale czy to właśnie pisarz powinien być tym, który ma prawo zwracać uwagę na bezprawie innych, ma prawo innych upominać?

Günter Grass: Taka interwencja odpowiada najlepszej tradycji europejskiego Oświecenia. I miała miejsce także przed nami, jeśli chodzi o tradycję niemieckiej literatury. Nasze prawo do niej możemy formułować dzisiaj w sposób bardziej nowoczesny, zgodny z duchem czasu. Jestem wprawdzie z zawodu pisarzem, ale jestem też obywatelem tego kraju. A my w Niemczech powinniśmy wiedzieć, że demokracji trzeba bronić wciąż od nowa. Republika Weimarska poniosła klęskę nie tylko dlatego, że miała wielu wrogów – komunistów, nazistów, niemieckich nacjonalistów. Właściwie tylko socjaldemokraci i Partia Centrum, czyli chadecy, byli jedynymi ugrupowaniami, na których republika mogła się oprzeć. Poniosła ona klęskę jednak przede wszystkim dlatego, że zabrakło oświeconych obywateli, którzy stanęliby w jej obronie. Coś takiego nie może się już więcej powtórzyć. Ta lekcja historii jest dla mnie zobowiązaniem.

Jestem nadal socjaldemokratą.

To jest moja polityczna postawa, która z literaturą nie ma nic wspólnego. Jeśli chodzi o literaturę, to jestem raczej anarchistą. Obie postawy, jak sądzę, świetnie się tolerują i nawet uzupełniają.

Pod koniec wojny miałem 17 lat i świeżo w pamięci przeżycia z Hitlerjugend. Także i dla mnie zawalił się wówczas świat – i to jaki: mocno zbudowany i utrwalony ideologicznie. Musiałem więc zbudować sobie świat nowy. Wnioski, jak sądzę, wyciągnąłem stosunkowo szybko. Moje początkowe polityczne wystąpienia miały zawsze jeden wspólny motyw – traktowały o „oczywistościach”. Nigdy nie chciałem bowiem widzieć tego problemu w kategoriach czegoś nadzwyczajnego, egzotycznego. Przeciwnie: dla mnie to, że jestem obywatelem i mam powinności, jest sprawą więcej niż oczywistą, to kanon. I wcale nie chodzi o kraj, w którym się żyje, podkreślam to celowo i mówię otwarcie w stronę Polski: demokracja będzie tylko wówczas silna i trwała, i na tyle silna i trwała, na ile zabiegać będą o nią właśnie sami obywatele. Nie mogą się ograniczać jedynie do wypełnienia raz na cztery lata obowiązku głosowania, nie zajmując się potem tym, co robią ich przedstawiciele, zezwalając im na wszystko. Im trzeba stale deptać po piętach, wciąż marudzić, być krytycznym i nieufnym. Tylko wówczas demokracja będzie naprawdę silna, a przy tym osiągnie stan, w którym będzie się mogła nadal rozwijać.

Ale czy literatura może wpłynąć na rozwój społeczeństwa? Czy może je zmienić?

Zmienić go nie jest w stanie. Wpłynąć na społeczeństwo natomiast może, ale to jest proces niezwykle długotrwały. Jeśli pomyśli pan, ile czasu zabrało literaturze europejskiego Oświecenia, zanim ostatecznie jego ideały nie tylko się przebiły, ale i zostały uznane za normę. To są trwające latami procesy i takimi trzeba je widzieć, a przy tym nie wolno uznać ich za zakończone. To dotyczy także Polski. Będziecie przecież musieli dojść do rozdziału państwa od Kościoła. Kościół katolicki wykazuje przecież wielki głód władzy. Ale Kościołowi trzeba pokazać, gdzie jest jego miejsce, gdzie przebiega granica. To są procesy, których nigdy nie można uznać za zamknięte, one muszą być wciąż i wciąż odnawiane.

Pańska generacja doznała doświadczeń, które zaprzeczyły ideałom europejskiego Oświecenia. Mimo że były one okrutne, miały też znaczenie wzbogacające, bo ujawniały prawdę o istocie ludzkiej, prawdę bolesną. Miał Pan więc z czego czerpać. Moja generacja, pozbawiona tych straszliwych doświadczeń, ma kłopoty w znalezieniu nie tylko ideału, ale i formuły przyzwoitego życia. Czy w tych poszukiwaniach może nam pomóc literatura?

Mam ośmioro dzieci i dwanaścioro wnucząt. Jestem więc związany w dość istotny sposób z młodszymi generacjami. A to nie jest prosta sprawa. Kiedy miałem 17 lat, stałem przed gruzami domów i gruzami świata. Było to też doświadczeniem Polaków z mojej generacji. Ale wówczas mieliśmy przynajmniej nadzieję, perspektywę, mieliśmy przede wszystkim nasze iluzje. Istniało coś takiego jak przyszłość. Przyszłość, w której chcieliśmy wszystko zrobić znacznie lepiej, niż zrobili to nasi poprzednicy. To nam się po części udało, a po części pozostały z tego nadal tylko iluzje.

Dzisiejsi młodzi mają przed sobą przyszłość, która jest już tylko dokładnie zapisaną kartą papieru. Wszystko jest obliczone i przewidziane. Wiadomo przecież, że nadchodzące stulecie upłynie pod znakiem technologii genetycznej, że dzięki nowym mediom będzie naznaczone masową komunikacją, dzięki mediom, które wprawdzie obiecują globalną łączność i komunikację między ludźmi, ale które także zredukują lub wręcz uniemożliwią bezpośredni kontakt człowieka z człowiekiem. To jest niepokojące.

Istnieje przy tym – całe szczęście – zjawisko przeciwne. Nie wiem, jak to jest obecnie w Polsce, ale w przeciwieństwie do średniego pokolenia w Niemczech, które nie wyobraża sobie życia bez telewizora, najmłodsza generacja Niemców ogląda już tylko to, co ją naprawdę interesuje, a potem telewizor po prostu wyłącza. Poza tym właśnie w tej generacji obserwuję zjawisko powrotu do książki i jest to zjawisko, które napawa mnie nadzieją. A ponieważ literaturę zawsze czytała mniejszość, nie przejmuję się za bardzo przyszłością książki. Pod warunkiem że literatura pozostanie wywrotowa, a nie koncentrująca się na dostarczaniu rozrywki. Naturalnie, pisarze mogą być dostarczycielami także i rozrywki, ale muszą to czynić tak, że śmiech stanie nam w gardle. Apostoł Tomasz, jedna z moich ulubionych postaci, musiał wkładać palce do rany, by uwierzyć. To jest właśnie powinność pisarza i każdego intelektualisty – trzeba ją tylko praktykować.

Ale skąd dzisiaj pisarz ma brać tworzywo? Z bólu, którego Pan doświadczył?

Doświadczenia wojny, kiedy traci się wszystko, to przeżycia, które wżerają się w życiorys. Nie napisałem jednak żadnej autobiograficznej powieści. Przed wieloma laty prowadziłem w BBC rozmowę z Salmanem Rushdiem, w trakcie której doszliśmy do tego tematu. Stwierdziliśmy, że utrata czegoś ważnego, wręcz najważniejszego w życiu, prowadzi w prostej linii do wręcz obsesyjnego pisarstwa, nie pozwala od niego odejść, uchwyt tego doświadczenia po prostu nie popuszcza. Prowadzi do zaklinania tego, co zostało stracone. W moim przypadku był to Gdańsk, w jego przypadku – Bombaj. Nie chciałbym uogólniać, ale literatura, tak jak ją rozumiem, literatura, która związana jest z pasją, obsesją, w wielu przypadkach jest rezultatem utraty czegoś naprawdę istotnego. Literatura bowiem dostarcza możliwości odtworzenia w nowej postaci tego, czego już nie ma, przywrócenia tego do życia, powiązania czasowo oddalonych rzeczy i zjawisk w nowy sposób, gdy tymczasem zwykłe spisywanie historii sprowadza się jedynie do chronologicznego porządkowania faktów.

Czy Günter Grass bez polskich naleciałości byłby innym Grassem?

Nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Twórcza pasja pojawiła się u mnie, kiedy miałem 12 lat. Niezależnie od miejsca, nic by się tu pewnie nie zmieniło.

Ale może dzięki Panu staliśmy się – Polacy i Niemcy – nieco innymi narodami? Może jesteśmy dla siebie lepsi, bardziej wyrozumiali?

Przypominam sobie w tym miejscu zabawną anegdotę. Przed wieloma laty w Gdańsku brałem udział w spotkaniu z niemieckimi i polskimi intelektualistami. Już wkrótce doszło do ostrego sporu – czy Kopernik był Niemcem, czy Polakiem. Słuchałem tych bzdur jakiś czas, ale w końcu nie wytrzymałem i powiedziałem: Wszyscy, jak tu siedzicie, mylicie się. Kopernik był po prostu Kaszubem. I zaraz na poczekaniu wymyśliłem dowody na rzekome kaszubskie pochodzenie Kopernika. Sytuacja zmieniła się o tyle, że teraz miałem przeciw sobie obie strony – Polaków i Niemców. To było naprawdę zabawne.

Myślę jednak, że się do siebie rzeczywiście zbliżyliśmy. W Niemczech mamy do czynienia z coraz większym otwarciem na Polskę. To samo ma miejsce także w odwrotnym kierunku, również w literaturze. Pojawiły się w niej tematy, które były przecież do niedawna tematami tabu, takie jak sprawa wypędzonych Niemców, ich losów, doświadczeń, przeżyć.

Znam to wszystko z własnego doświadczenia. To mój los. Moja rodzina musiała opuścić Gdańsk z jedną walizeczką. W dodatku została w drodze obrabowana przez jakąś bandę młodocianych. Przeżyła straszne rzeczy, które pozostawiły trwałe rany. Dzisiaj można już w Polsce pisać o tych sprawach – i to dobrze. Fakt ten w niczym jednak nie zmienia innego, że to my, Niemcy, rozpoczęliśmy zbrodnie, wysiedlania i prześladowania.

Kiedy byłem w Gdańsku po raz pierwszy, w 1958 roku, w poszukiwaniu materiałów do Blaszanego bębenka, najlepiej porozumiałem się z nowymi gdańszczanami, tymi, którzy przybyli tam z Wilna i Grodna jako wygnańcy. Oni zrozumieli, co się we mnie dzieje. Między nami zawiązały się przyjaźnie, które trwają do dziś.

Zjednoczenie Niemiec, udaną w końcu politycznie operację, poddał Pan krytyce, zadając pytania o prawa „tych innych Niemców”. Z dzisiejszego punktu widzenia – „ci inni Niemcy” zyskali na tej operacji czy też stracili?

Napawa mnie prawdziwym optymizmem, że po latach wschodnioniemieccy intelektualiści znów zabierają głos. Doświadczenia pierwszych lat, kiedy w Niemczech wschodnich pojawili się Niemcy z Zachodu, bogaci i pełni samouwielbienia, niczym kolonialiści, i powiedzieli im: Zapomnijcie o tych 40 latach, to było przecież nic, róbcie tak jak my, a będzie wam się żyło lepiej. Tak jakby te 40 lat życia w dyktaturze nie miało żadnego znaczenia. Na skutek tych doświadczeń wschodnioniemieccy intelektualiści zostali pozbawieni głosu, po prostu stracili ten głos. Zabierałem więc głos niejako w ich imieniu – czułem, że tak właśnie muszę zrobić, czyniłem to zresztą chętnie.

Ale teraz muszą być już pełnoletni, muszą pokazać swoją osobowość, samoświadomość, brać udział w debatach.

Sam proces zjednoczenia nie jest jeszcze zakończony i nie będzie jeszcze bardzo długo. Miało miejsce wiele zdarzeń i spraw, których nie da się, niestety, już cofnąć: Wschód należy po prostu do Zachodu. Za to ponoszą polityczną odpowiedzialność wszystkie partie, w tym i moi socjaldemokraci, ponieważ niewystarczająco sprzeciwiali się tym zjawiskom.

Wraz z przeprowadzką władz do Berlina zmieniają się także istotne cechy niemieckiej polityki. Czy podziela Pan obawy związane z tą zmianą? Czy może pojawić się inna republika aniżeli Republika Federalna? Na przykład – tak zwana Republika Berlińska?

Już sam ten termin jest dla mnie czymś wyjątkowo denerwującym, nie mówiąc już o samej jego pozbawionej substancji zawartości. Oczywiście chodzi tu o nawiązanie do Republiki Weimarskiej. Z tym że republika nazywała się wtedy „Weimarska”, ponieważ uchwalono tam nową konstytucję, tymczasem dla „Berlińskiej” nie ma żadnego uzasadnienia. Chociaż konstytucja RFN nakazywała uchwalenie nowej ustawy zasadniczej z chwilą zjednoczenia Niemiec, to znaczy dopuszczenie do debaty także głosów z Niemiec wschodnich. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Dlatego używanie samego terminu „Berlińska” to po prostu szwindel. A przy tym wyraźne osłabienie podstaw niemieckiego federalizmu. Już bowiem w samej nazwie – Bundesrepublik – zawarte jest przepiękne pojęcie federalizmu.

Polska to kraj zwrócony głową w stronę stolicy, Warszawy, to kraj, gdzie prowincja pozostaje zawsze prowincją. I słusznie, że niektórzy przeciw temu protestują. Mogę tylko sobie życzyć, by Polska znalazła kiedyś swoją drogę do nowoczesnego federalizmu. Dlatego mówię: skończcie wreszcie z tym pojęciem Republika Berlińska, ponieważ ten kraj nazywa się Republika Federalna, i tak musi pozostać. Tym bardziej że całkiem słusznie stolicę i urzędy przeniesiono do Berlina. Fakt ten zobowiązuje właśnie, by akcentować nasz federalizm, redukować obawy, że wraz z przeprowadzką pojawi się jakaś nowa forma centralizmu.

Akurat my, Niemcy, mamy z centralizmem swoje problemy. A najlepsze to, co mamy, to różnorodność, wielobarwność, odmienność. Wystarczy choćby pojechać do Bawarii. Na granicy nie ma przecież żadnych słupów granicznych, a przecież to inny kraj.

Nigdy nie ukrywał Pan swoich lewicowych przekonań. Ale czy można mieć wciąż te same poglądy? I czy nie może wpłynąć na nie czas? Czy, tak jak w przypadku Oskara Lafontaine’a, byłego szefa SPD, Pańskie serce nadal bije po lewej stronie?

O Lafontainie nie chcę mówić. Wspierałem go przez wiele lat, ale sposób, w jaki zszedł z politycznej sceny, jest odpychający. Obecnie publikuje w gazetach należących do prawicowego koncernu Springera. W tych gazetach mojemu wydawcy (Steidl) nie wolno zamieścić ani jednego ogłoszenia. Pamiętam jeszcze, jak prasa Springera maltretowała Heinricha Bölla. W takich przypadkach mam pamięć słonia. Oskar Lafontaine pożegnał się z polityką raz na zawsze.

Jestem socjaldemokratą. Wystąpiłem wprawdzie z szeregów SPD po tym, jak ta zawarła z CDU konstytucyjny kompromis w sprawie przyznawania azylu politycznego, kompromis, który jest niegodny wielkiej tradycji tej partii, ale przecież jestem nadal socjaldemokratą. To jest moja polityczna postawa, która z literaturą nie ma nic wspólnego. Jeśli chodzi o literaturę, to jestem raczej anarchistą. Obie postawy, jak sądzę, świetnie się tolerują i nawet uzupełniają.

Trzeba pamiętać, że z wielu ideologii, które dominowały w naszym stuleciu i w straszliwy sposób wpłynęły na nasze losy, pozostał jedynie kapitalizm. A ten zachowuje się jak szaleniec. Jeśli spojrzy pan na to, co dzieje się na giełdach, co wyprawia się pod hasłem globalizacji – termin ten zresztą brzmi jak dogmat wiary – to dojdzie pan do wniosku, że kapitalizm, który się ostał, przeżywa dokładnie ten sam proces samozniszczenia, samodestrukcji, który przed nim unicestwił też i komunizm. Oba doświadczają klęski dzięki swoim dogmatom. Obserwacja tego zjawiska jest nie tyle interesująca, co przerażająca, ponieważ po prostu nie wiemy, co przyjdzie po kapitalizmie.

W Niemczech, Skandynawii, a także innych państwach europejskich mieliśmy po wojnie długą fazę rozwoju i wzrostu dobrobytu, ponieważ kapitalizm udało się trzymać w ryzach i nieco go ucywilizować – dzięki pomocy społecznej gospodarki rynkowej. Dzisiaj mamy do czynienia z kapitalizmem, który powołuje się na kapitalizm wyzysku z XIX wieku. Naturalnie wiem, że w Polsce wielu ludzi zafascynowanych jest tą właśnie formą kapitalizmu. Mogę ich tylko ostrzec przed jego skutkami – i to jest moja lewicowa postawa, przy której byłem, jestem i pozostanę. Nie mam nic przeciwko gospodarce rynkowej, ale musi ona być skrępowana społecznymi, socjalnymi zobowiązaniami, musi posiadać takie ograniczenia. To jest w końcu wielka koncepcja byłego kanclerza Niemiec i reformatora gospodarki Ludwiga Erharda, która była powojenną receptą na sukces.

Jak Pan sądzi, dlaczego w takim razie politycy odeszli od tej koncepcji?

Po upadku komunizmu niektórzy doszli do wniosku, że teraz mogą sobie na wszystko pozwolić. Pojawili się neoliberałowie, dla których takie paradygmaty jak liberalizm prawa, szeroko pojęta tolerancja, po prostu straciły na znaczeniu. Dla nich liczy się tylko liberalizm gospodarczy. To wybór, z którego skutkami będziemy mieli bardzo długo do czynienia.

Na swoją nagrodę czekał Pan bardzo długo. Ale przecież nie narzeka Pan, że aż tak długo.

Jestem nawet zadowolony, że nie dostałem tej nagrody, kiedy miałem 40, 45 lat. W takim momencie nagroda może być dla pisarza obciążeniem. Zostaje się przecież w jakiś sposób „ostemplowanym”, a tymczasem pisarz znajduje się dopiero w fazie rozwoju. Teraz, kiedy jestem już po siedemdziesiątce, mogę się z tej nagrody naprawdę cieszyć, a przy tym i spoglądać na to wszystko trochę z przymrużeniem oka. Oczywiście, nagroda jest dla mnie dużą satysfakcją. Prosiłem nawet swoich przeciwników, by przynajmniej trochę cieszyli się wraz ze mną, a nie tylko z zażenowania ogryzali paznokcie. Pewnie im się to nie uda. Ale niech próbują.

GÜNTER GRASS urodził się w Gdańsku w 1927 roku. Był członkiem literackiej Grupy 47. Debiutował jako poeta w 1956 roku, międzynarodową sławę przyniosła mu wydana w 1959 roku powieść Blaszany bębenek, będąca – obok powieści Kot i mysz (1961) i Psie lata (1961) – częścią trylogii gdańskiej. Inne jego powieści to m.in. Miejscowe znieczulenie (1969), Z dziennika ślimaka (1971), Turbot (1977), Spotkanie w Telgle (1979), Szczurzyca (1986), Wróżby kumaka (1992) i Rozległe pole (1995). Jego najnowszą książką jest zbiór opowiadań Mój wiek.

1999

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Europolis, czyli diabeł mieszka w Brukseli Mój sąsiad islamista. Kalifat u drzwi Europy Holandia. Presja depresji Belgijska melancholia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI