Yoro

Yoro

Autorzy: Marina Perezagua

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 44.00 zł

cena od: 28.16 zł

"Yoro" to niezwykłe świadectwo kobiety, która nie zamierza zaakceptować narzuconego jej tragicznego losu. Powieść ta czyni z tragedii swoiste wybawienie, a opowiada o kobiecie walczącej ze światem i o tym, jak odnosi ona, i za jaką cenę, końcowe zwycięstwo.
H, narratorka i bohaterka, już na wstępie wyznaje, że popełniła zbrodnię. I w prowokujących słowach zachęca czytelnika, aby ten ośmielił się przeczytać jej dzieje. W całej książce utrzymuje się to szczególne napięcie, ten sam wymiar tragiczności, to nieodparte wrażenie, że zarówno narratorka, jak i potencjalni czytelnicy grają w grę, której stawką jest życie lub śmierć. W tekście tętniącym ekstatycznym rytmem i zmuszającym do czytania ze wstrzymanym oddechem, H opowiada historię miłości do mężczyzny, historię miłości do dziewczynki Yoro, której nigdy nie widziała na oczy, historię poszukiwania tego wszystkiego, co tworzy podstawy ludzkiej istoty: tożsamości seksualnej, prokreacji, szaleństwa, nienawiści, miłości.

"Yoro" to również bezwzględna krytyka tego wszystkiego, co zamienia życie w koszmar: wojen, wszelkich form przemocy i gwałtu, ale również dogmatów naukowych i religijnych, które nie pozwalają nam być sobą.

"Yoro" to pierwsza powieść Mariny Perezagui, pisarki wyjątkowej i obdarzonej niezwykłą charyzmą, której dwa wcześniejsze zbiory opowiadań, "Criaturas abisales" i "Leche", zostały bardzo dobrze przyjęte, zbierając pochwały krytyki i wzbudzając zachwyt czytelników.

H była dzieckiem, kiedy Little Boy spadł na Hiroszimę. Wybuch bomby zmiótł z powierzchni ziemi całe  miasto, uśmiercił tysiące jego mieszkańców, dla niej jednak pod wieloma względami stał się wyzwoleniem. Jim to amerykański żołnierz torturowany w niewoli przez Japończyków, któremu po zakończeniu działań wojennych armia oddaje pod opiekę niemowlę. Gdy wyznaczony pięcioletni  termin opieki mija, dziecko zostaje mu odebrane. Najważniejszym celem i jedynym sensem życia staje się dla Jima odnalezienie dziewczynki, którą pokochał jak własną córkę. Gdy Jim i H poznają się w Nowym Jorku (czy stoi za tym wyłącznie przypadek?), rozpoczynają wspólne poszukiwania Yoro, które wypełnią im całe życie. Poszukiwania te zaprowadzą bohaterkę do wielu straszliwych miejsc w różnych zakątkach świata, ukazując okrutne formy współczesnego wyzysku, jak eksploatacja seksualna czy niewolnicza praca, a jej odyseja znajdzie swój finał w kopalniach i w obozie dla uchodźców w Afryce, w conradowskim jądrze ciemności. Opowieść ta jest również historią indywidualnej walki bohaterki znajdującej się o włos od psychicznej dezintegracji, zaangażowana w osobiste i etyczne poszukiwania będące w dużej mierze halucynacyjną podróżą w głąb ludzkiej duszy. Powieść opowiada o próbie przezwyciężenia ogromnego rozdarcia, jakim jest dla bohaterki i narratorki wielopłaszczyznowy status wykluczonej z podstawowych kategorii zapewniających tożsamość istotom ludzkim: od osobnika pozbawionego płci do ofiary, od ofiary do istoty wyrzuconej poza nawias społeczeństwa i wyzutej z ojczyzny.



Marina Perezagua jest absolwentką historii sztuki na Uniwersytecie w Sewilli. Przez pięć lat prowadziła zajęcia z języka hiszpańskiego, literatury, historii i kina latynoamerykańskiego na Uniwersytecie Stanowym w Nowym Jorku, gdzie obroniła doktorat z literatury. Po długim pobycie we Francji i pracy w Instytucie Cervantesa w Lyonie wróciła do Nowego Jorku, gdzie mieszka na stałe.
"Yoro" to jej pierwsza powieść. Wcześniej opublikowała dwa zbiory opowiadań: "Criaturas abisales" i "Leche" (obie pozycje opublikowane przez wydawnictwo Los libros del lince), które zostały bardzo dobrze przyjęte przez krytykę. José Ovejero włączył Marinę Perezaguę do swojego wyboru „pisarek drapieżnych” (Jot Down), w Babelii zauważono, że „kto nie zanurzył się w opowiadaniach Perezaguy, w tej głębokiej, pięknej i niepokojącej twórczości, nie może sobie wyobrazić, co się stało” (María José Obiol), zaś księgarnia Sintagma uznała zbiór opowiadań "Leche" za książkę roku.
Ten ostatni utwór tłumaczony jest na język japoński, podczas gdy na Kubie i w Peru są w przygotowaniu antologie opowiadań pochodzących z dwóch książek poprzedzających "Yoro".

Tytuł oryginału

YORO

Copyright © Marina Perezagua, 2015

All rights reserved

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce

© Lyn Randle/Trevillion Images; Dn Br/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-521-1

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Robertowi Wimmerowi

Szanowny Panie:

Poniższe stronice zawierają moje zeznanie wyjaśniające okoliczności, jakie skłoniły mnie do popełnienia przestępstw, za które będę sądzona – czynów, których nie żałuję.

Nie jest to w żadnym razie przyznanie się do winy. Przyznanie się nie jest bowiem niczym innym, jak narzędziem w rękach władzy, sprawiającym, że jego autor prędzej czy później się zdradza. Ja zdradzać siebie nie mam zamiaru. Jak się Pan przekona, uczyniłam wszystko, aby stawić opór władzy. Jeśli się skalałam, to nie w jej obronie.

Niniejszy tekst nie jest również usprawiedliwieniem.

To, co Pan przeczyta, to znak wypalony rozżarzonym żelazem na zadzie muła, szczelina w skale wyżłobiona deszczem, drzewo przygięte do ziemi podmuchami uporczywego wiatru. Innymi słowy, pozna Pan logiczną odpowiedź wrażliwej natury – moją historię. Historię, którą skreśliłam włas­ną ręką, będącą jednak zatrutym owocem nieuchronnego losu, jaki zgotowali mi rządzący tym światem.

W trakcie lektury ujrzy Pan portret któregoś z Pańskich kolegów, krewnego czy nawet swój własny. Jeśli nie spodoba się Panu ten obraz, może Pan rozbić lustro lub spalić to, co przeczytał, choć nie zdoła uwolnić się od infekcji, jaką skorumpowane jelito atakuje rzeki, morza, macice, pola. Nie zdoła mi Pan też wydrzeć radości, której mimo wszystko zaznałam.

Nazywam siebie H, ponieważ zawsze odmawiano mi prawa głosu, od pewnego Hiszpana zaś dowiedziałam się, że w jego języku litera „h” jest niema. Będę jej zatem używać jako swojego imienia, uznając je również za imię wszystkich niemych, którzy być może odnajdą tutaj swój głos.

Myślę, że wkrótce wpadną na mój trop. Nie będę stawiać oporu, moją formą oporu jest bowiem ta opowieść. Ten, kto po mnie przyjdzie, zobaczy tę samą brunatną rzekę, na którą w tej właśnie chwili patrzę z mego afrykańskiego azylu; to miejsce, w którym w ciągu ostatnich dni udało mi się przelać na papier moje świadectwo. Niewykluczone, że mój tropiciel jest już tak blisko, że widzi tego samego hipopotama, którego widzę i ja, znieruchomiałego w tej samej pozycji, z tym samym ptakiem na grzbiecie, obsychającego na słońcu, jakby nie było piekła.

Notkę tę kreślę już na koniec mojej historii. Jestem bardzo zmęczona, być może stąd ten chłodny ton wyczuwalny w ostatnich zdaniach. Proszę nie brać tego do siebie. Miłość zawsze brała we mnie górę. Kochałam i kocham, jak gdybym po to właśnie przyszła na świat. Czytając uważnie moje słowa, przekona się Pan, że za wszystkimi moimi czynami zawsze stała miłość. Niech mnie Pan sądzi zgodnie z literą swojego prawa, ale proszę potraktować poniższą prośbę jako moje ostatnie życzenie:

Gdyby przyszło Panu coś o mnie powiedzieć, kiedy na koniec również i Pan odbierze mi głos, proszę unikać słów o śmierci. Kiedy Pańska ręka uniesie moją głowę, wszyscy dowiedzą się, że zabiłam. Dlatego proszę o jedno: jeśli ktoś spyta, niech Pan pamięta, że ostatnie słowa H to:

„Bóg wie, jak bardzo broniłam życia”.

H

Demokratyczna Republika Konga

POCZĘCIE: 1942

Ludzie, którzy noszą w sobie tę bombę

Naprzeciwko nas płonął centralny namiot obozu dla uchodźców. Płomienie pożerały brezent z zadziwiającą łatwością, jakby to był skaj. Ściskałam dłoń Yoro. Czułam, jak drży w rytm huczącego pożaru. Jej drżenie zdawało się dopełniać ogień czymś, czego brakowało jego łoskotowi: materią. Yoro i płomienie – plecy i piersi tej samej istoty, dwie nierozerwalne części, jak bęben i uderzenie wydobywające dźwięk. Jej ciało było jak medium, za pośrednictwem którego czułam w mojej dłoni przedśmiertny jęk duszy stołu, cynowego kubka, metalowych stelaży namiotu. To, że zajmowały moją uwagę podobne niuanse, nie znaczyło, że nie obchodziły mnie rzeczy i ludzie palący się żywcem na naszych oczach, ale w sytuacjach nawet bardziej drastycznych nauczyłam się tłumić w sobie impuls, by rzucić się na pomoc, płakać, usiłować ocalić to, co skazane było na zagładę. Starałam się panować nad ruchliwością powiek. Nadmierne mruganie jest jak hiperwentylacja. Miarowy, spokojny ruch rzęs pozwalał zaoszczędzić tlen i energię, sprawiał, że nigdy nie uginały się pode mną kolana. Dzięki temu mogłam utrzymać się na nogach i zachować postawę wyprostowaną. Tak też zawsze patrzę. Oczywiście, że się bałam. Oczywiście, że współczułam. Ale trzymałam się, i nie tylko dlatego, że gdybym upadła, zostałabym pożarta przez innych, lecz dlatego, że nie mogłam dopuścić, aby choć jeden mój mięsień drgnął ponownie z wściekłości czy żalu. Ani jeden mięsień. Obiecałam mu to. Obiecałam Jimowi, że nigdy więcej nie drgnie mi żaden mięsień, ani z wściekłości, ani z żalu. Skupienie się na tych myślach, przyglądanie się z pewnego dystansu żarowi, lgnącemu do mnie niczym moja własna skóra, pomogło mi dotrzymać obietnicy. Na swój sposób szukałam spokoju w tej nitce pamięci, za którą pociągam zawsze, gdy pragnę odnaleźć jakieś doświadczenie mogące mi pomóc zachować chłodny dystans. Znalazłam ją. Nić. Nić, za którą pociągnęłam, to śmierć Quang Duca, sześćdziesięciosześcioletniego mnicha, który na jednej z ulic Sajgonu dokonał samospalenia na oczach moich i swoich braci. Podpalił się w imię wolności i kiedy ogarniały go płomienie, jego medytacyjnej postawy nie zmącił najdrobniejszy, najmniej uchwytny grymas czy gest. Zgromadzeni mnisi i ja sama lamentowaliśmy, płakaliśmy nad Quang Dukiem, nie próbując jednak przeciwstawić się jego decyzji; inni rozpaczliwie wołali o pomoc, aby ratować jego życie, walczyli o niego, choć jednocześnie przeciwko niemu, bo on musiał spłonąć, aby położyć kres prześladowaniom, aby zapewnić pokój swoim braciom, jak również wszystkim tym, którzy jak ja nie chcą zamykać oczu w obliczu pożaru. Z wolna spływał na mnie spokój. Żar bijący od płonącego brezentu oddalał mnie od tego miejsca, od bieżącej chwili, i wzmagał żar palącego się mnicha, którego autodafe byłam świadkiem w Sajgonie. I im chciwiej płonął brezent namiotu w obozie dla uchodźców, tym bardziej uciekałam, nie poruszając się na milimetr, do chwili, w której umierał Quang Duc. Podobnie jak drżenie Yoro zdawało się materializować huk płomieni, tak lament ludzi kochających mnicha zdawał się użyczać głosu jego milczeniu, on bowiem, płonący żywcem, nie wypowiedział żadnego słowa, z jego ust nie dobył się żaden krzyk, żaden jęk, który wyrażałby skargę, ból czy wyrzut.

Ten pożar był kresem poszukiwań, które rozpoczęły się dokładnie przed pięćdziesięciu pięciu laty, kiedy poznałam Jima. Historia Jima jest moją historią. Nie tylko dlatego, że jego historia wiąże się z moją, nie tylko dlatego, że miłość do niego wywarła decydujący wpływ na moje życie, ale dlatego, że bez niego nie byłoby mnie, i przez być rozumiem moment, w którym ośmieliłam się dostrzec to, czym zawsze byłam. Dostrzec, być – to właśnie zawdzięczam Jimowi. Pożegnałam się na zawsze z moim „ja” odartym ze skóry, z moim „ja” pozbawionym tego największego narządu ciała, z owym „ja”, które nie upomina się już nawet o tę jedyną darmową skórę, do której mamy prawo, i stopniowo przeobraziłam się w „ja” rzucające się w pościg za zdobyczą, którą wyrwano mi z zębów, w „ja” będące lwem, który pędzi, skacze, walczy o odzyskanie skradzionego mu mięsa, własnego mięsa, nie mięsa zebry, antylopy czy lwa, lecz swojego własnego. Byłam lwicą polującą na siebie samą. I dopadłam siebie. Swoim mięsem wypełniłam odnalezioną skórę. Tak stałam się obecnym „ja”, „ja” kompletnym, złocistym, złowrogim. Ręka Jima pierwsza zobaczyła i dotknęła prawdziwej skóry, w którą obleczona opuściłam brzuch matki, tę skórę, która przywróciła naturalną, należną mi ochronę. Dała mi tak wielką siłę, taką pewność siebie, że nawet dzisiaj, kiedy jestem całkowicie naga, czuję się tak, jakby mnie osłaniał twardy pancerz. W przeszłość odeszły dni, kiedy zaraz po przebudzeniu pragnęłam za wszelką cenę wcisnąć się w skorupę kogoś innego, a o zmierzchu kładłam się do łóżka przybita, z bólem w stawach. Jakże miały mi się nie zdeformować kości po tylu próbach dostosowania się do tych wszystkich wysuwanych wobec mnie oczekiwań? Ale teraz nic mnie już nie boli. Dzięki Jimowi zatrzymało się wyrodnienie moich palców usiłujących dosięgnąć owoców dojrzewających dla innych; za sprawą Jima również moje nogi zaczęły się prostować, gdy przestałam pokonywać zakręty obojętnych mi krajobrazów, i dzięki niemu wreszcie moje plecy są dzisiaj, w czas mej starości, o wiele prostsze niż wówczas, kiedy miałam dwadzieścia lat i musiałam dźwigać na swoich barkach brzemię cudzych wyobrażeń.

Przypuszczam, że świadoma znaczenia Jima od pierwszych chwil zaczęłam sporządzać notatki i robiłam je z przyzwyczajenia przez cały ten czas, kiedy byliśmy razem. Wszystko, co zapisywałam, odkładało się w naturalny sposób i nie przyszło mi do głowy, że mimowolnie gromadzę materiał, który kiedyś, może właśnie dzisiaj, posłuży mi do rekonstrukcji historii pozwalającej nadać sens pożarowi. Opierając się zatem na tych notatkach, spróbuję opowiedzieć o mojej długiej podróży, która, jak mniemam, dobiega kresu.

Zanim mnie poznał, zanim uświadomił sobie rolę, jaką odgrywałam w jego życiu, Jim był jednym z amerykańskich żołnierzy stacjonujących w okupowanej Japonii. Bardzo długo wiódł bezbarwną egzystencję na terytorium, które, jak każdy oficer, miał za zadanie po prostu okupować. Działania zbrojne praktycznie ustały i rozpoczęło się nudne administrowanie podbitym krajem. Nie działo się nic, co mogłoby urozmaicić monotonię życia żołnierza, czy to w trakcie prac związanych z pomocą humanitarną – która w tamtym czasie nie nosiła jeszcze tej nazwy – czy w sferze najściślej pojmowanego egoizmu indywidualnego czy narodowego.

Jim wtedy jeszcze nie wiedział, że w tamtych właśnie miesiącach, na długo przed naszym pierwszym spotkaniem, powstaną zręby naszego związku, dokładnie w maju 1950 roku, gdy dowództwo bazy wojskowej oddało mu pod opiekę niemowlę. Opowiadał mi, że stało się to nagle, że niemowlę przydzielono mu jak rutynowe zadanie, podobnie jak wcześniej przydzielono mu ziemię, którą miał okupować. Na początku wzbudziło to w nim pewien sprzeciw, jednak nie minął nawet dzień, a już wiedział, najnaturalniej w świecie, że to skośnookie dziecko w jego ramionach symbolizowało pojednanie, którego szukał niestrudzenie od sześciu lat, to jest od chwili, gdy Japończycy postanowili zmienić jego długoletnią, barbarzyńską niewolę w absolutne piekło i wraz z tysiącem sześciuset jeńcami amerykańskimi zaokrętowali go w Manili na statek. Wszystko, co Jim przeżył na pokładzie tego pływającego więzienia, wszystko, co wcześniej wycierpiał, prysnęło jak bańka mydlana, kiedy poczuł w rękach maleństwo ważące tyle co puch. Nigdy nie zapomniał doznanej udręki, ale ta dziewczynka, ofiara Ameryki Północnej, okazała się na szali wagi owocem, który podczas ważenia ciężaru zbrodni, jakich dopuściły się względem siebie obie strony, miał zrównoważyć bilans.

Statek, na którym uwięziono Jima, został zwodowany w Nagasaki w roku 1939 i w pierwotnym założeniu na tym luksusowym liniowcu miała zażywać relaksu ludność cywilna. Nazywał się „Oryoku Maru”. Gdy zamieniono go na więzienie, zyskał przydomek: „statek śmierci”. Od Jima nie dowiedziałam się zbyt wielu szczegółów o jego gehennie w czasie przeprawy, niewątpliwie z powodu bólu, jaki to wspomnienie w nim wzbudzało, ale niedawno ujrzały światło dzienne reportaże, które w swoim czasie kazał zniszczyć generał MacArthur, nie podejrzewając, że w szufladzie ich autora, George’a Wellera, zachowało się kilka kopii na kalce, które zostały odnalezione i opublikowane przez syna słynnego pisarza i dziennikarza. Część z tych reportaży posłużyła mi do wypełnienia luk w relacji Jima.

Podczas tego samego rejsu „Oryoku Maru” przewoził setki japońskich cywilów. Amerykańskich jeńców upchano w ładowniach. Rejs do Japonii, który, jak sądzili, miał potrwać dziesięć dni, wydłużył się do siedmiu tygodni. Jim wyznał mi, że gdyby wiedział, co go czeka, rzuciłby się na bagnety japońskich żołnierzy ustawionych w szpaler, kiedy wsiadał na statek. Gdyby tak się stało, gdyby Jim popełnił samobójstwo, byłabym tylko bojaźliwą, pogodzoną z losem smutną kobietą, dwudziestoletnim trupem czekającym na swój pogrzeb przez kolejnych czterdzieści, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Ale Jim nie wiedział, co go czeka, i przetrwał. Z tysiąca sześciuset dziewiętnastu jeńców do Japonii dopłynęło (nie ma dokładnych danych) około czterystu. Stu z nich było w tak złym stanie, że skonali, zanim przekazano ich władzom na lądzie. Stu kolejnych zmarło w japońskich obozach pracy. Szacuje się, że w sierpniu 1945 roku z początkowej liczby tysiąca sześciuset dziewiętnastu jeńców doczekało wolności zaledwie dwustu. Jim, liczący wówczas dwadzieścia dziewięć lat, był jednym z nich, i za to po dziś dzień jestem bezgranicznie wdzięczna.

Poznałam Jima w Nowym Jorku 27 kwietnia 1960 roku. W północnej części miasta, w Tryon Park, znajdują się fragmenty pięciu średniowiecznych klasztorów przetransportowanych z Francji. Tamtejszy zespół ogrodowy pielęgnowano – zarówno wówczas, jak i obecnie – zgodnie z tradycją ogrodnictwa antycznego Rzymu. Był to pierwszy bezchmurny dzień po kilku deszczowych tygodniach. Podążając za słońcem, spacerowałam wolno od klasztoru do klasztoru. Nie myśląc o niczym, usiłując jedynie ogrzać zziębnięte ciało, zdegradowałam się do roli słonecznika, kiedy usłyszałam czyjś głos:

– To słońce wzmacnia kości. Będziesz go potrzebować, jeśli przyjdzie ci spędzić zimę w tym mieście.

Odwróciwszy się, ujrzałam Jima siedzącego na ziemi, plecami opierającego się o kamienny mur. Patrzył na mnie. A więc słowa te skierowane były do mnie. Podeszłam do niego, a wtedy oznajmił, jakbyśmy kontynuowali jakąś wcześniejszą rozmowę, że już Egipcjanie, według Herodota, wiedzieli o zbawiennym wpływie słońca na kości; dzięki słońcu czaszki ich zmarłych miały być jakoby o wiele bardziej wytrzymałe od czerepów wrogich Persów, pękających pod uderzeniem byle kamienia jak gliniany garnek. Brało się to stąd, że Egipcjanie od dziecka chodzili z obnażoną głową, a Persowie używali turbanów, które neutralizowały wzmacniające promienie. Następnie ten nieznajomy mężczyzna przedstawił mi się, nie pytając o moje imię, i subtelnie zmienił temat rozmowy, zastępując kości Persów i Egipcjan niezwykłą różnorodnością ptactwa i kwiatów występujących w tej zielonej enklawie. Wprawił mnie w osłupienie znajomością tak wielkiej liczby gatunków, które dla mnie dzieliły się do tej pory tylko na dwa rodzaje: zwierząt i roślin.

Z podobną swadą opowiadał mi kilka godzin później w pobliskiej kawiarni, że on, jak ja, czegoś szuka. Kontekst poszukiwań był ten sam, II wojna światowa; dla niego wojna przegrana; dla mnie po części wygrana. Kluczowym słowem dla obojga było słowo córka, lecz gdy Jim tropił ślady zaginionej córki, ja poszukiwałam córki czy syna, których nigdy nie poczęłam. Kiedy wyszłam z kawiarni, spłynęło na mnie kojące domniemanie, że bliskość obu poszukiwań mogłaby połączyć dwie ścieżki w jedną.

Znalazłam rozwiązanie moich dociekań niemal natychmiast po wysłuchaniu jego historii. W tamtej chwili nie byłam tego świadoma, ale z czasem, poznawszy przyczynę jego bólu, którą była utrata pięcioletniej córki, zdałam sobie również sprawę, że w tych poszukiwaniach, w próbie przywłaszczenia sobie czyjejś córki, ja również mogłabym odnaleźć córkę, córkę, której nie mogłam mieć. Zawsze kiedy Jim o niej mówił, pragnienie odnalezienia jej rosło i rosło w mojej głowie, w sercu, a bardziej namacalnie w moich piersiach, doszłam bowiem do wniosku, sugerując się zwłaszcza ich nabrzmiałością, że odzyskanie nadziei wytwarza tę samą ilość mleka co bycie przy nadziei. Moje przewody mleczne wypełniły się po raz pierwszy białawym, generowanym pod wpływem pragnienia płynem, który po kilku tygodniach zanikł nagle, posłuszny zapewne sygnałom płynącym z mózgu, świadomego, że dziewięć miesięcy normalnej ciąży przeciągnie się grubo w czasie.

Nie wiedziałam natomiast, że ciąża ta, nazwana przez niektórych rzekomą, wyznaczy trasę podróży, która rozpoczęła się w Japonii, a skończyła w Afryce. Z jednej strony rącza główka plemnika – bomba atomowa w Hiroszimie, z drugiej jego witka – pożar w Demokratycznej Republice Konga. Z jednej strony tysiące ofiar pierwszej bomby atomowej, z drugiej niewielkie straty spowodowane pożarem, do którego jednak doszło na ziemi, gdzie liczba ofiar piętrzących się codziennie w stosy przesłaniające horyzont osiąga rozmiary – na skutek głodu, niewolnictwa, chorób – jakich nie powstydziłby się nalot dywanowy. A te dwa krańce, Japonię czasu wojny i współczesną Afrykę, dzieli siedemdziesiąt lat złączonych plemnikiem kometą, który objawił mi się w dniu ludobójstwa Japończyków w konkretnym punkcie geograficznym i który wyrzuca mnie teraz, jakby w swojej trajektorii niósł mnie wraz z odłamkami tamtej bomby na tej oto afrykańskiej ziemi, pulsującym życiem kontynencie, gdzie narodził się pierwszy człowiek, by nigdy nie przestać na nim umierać.

Usłyszałam kiedyś z ust specjalistki od leśnictwa, że drzewa w lesie nie są niezależnymi od siebie organizmami, lecz integralną całością połączoną w warstwie podglebia bulwami, włóknami grzybni i korzeniami, za pośrednictwem których przekazują sobie nawzajem dwutlenek węgla i azot. To, czym oddycha jedno drzewo, wydostaje się przez płuca innego. Kondycja i długowieczność każdego z nich uzależnione są od reszty drzewostanu. Tak jak moje życie zakorzenione jest w historii Jima – o czym mówiłam wcześ­niej – tak jego życie nosi piętno mojego. Jim i ja byliśmy – jesteśmy – częścią tego samego pędu, drzewami połączonymi grzybem pierwszej bomby atomowej. Około siedmiu miesięcy po załadowaniu Jima na „Oryoku Maru” dokonał się chrzest broni, która zasiała nas w tym samym lesie i zmieniła bieg Historii, a mnie osobiście dotknęła w taki sposób, że jeszcze dzisiaj bardzo trudno mi mówić o tej tragedii z dystansem, z jakim podchodzą do niej w swoich książkach historycy. Nie trafia do mnie ich narracja, nie robi na mnie żadnego wrażenia, nie wstrząsa mną. Czytając historyczne opracowania poświęcone temu epizodowi, nie dostrzegam w nich bólu i nie potrafię zrozumieć, jak ktoś może usiłować opowiedzieć o wojnie, nie sprawiając bólu, nie wywołując w czytelniku uczucia empatii. Nazywa się to bezstronnością, ale można przecież pokazać cierpienia, trzymając się zasady bezstronności. Ja to nazywam obojętnością, równoznaczną ze stronniczością na służbie zwycięzców. Na Pańskiej służbie. Zapisałam raptem kilka pierwszych stron i już zapomniałam, że piszę w głównej mierze dla Pana. W takim razie proszę mi pozwolić wyjaś­nić, dlaczego nie lubię książek o historii, bo też o historii traktuje przede wszystkim moja opowieść. Z pewnością słyszał Pan nieraz ludzi, którzy będąc naocznymi świadkami jakiegoś doniosłego, historycznego wydarzenia, posługiwali się zdaniem: „Mam przeświadczenie, że urodziłem się, aby opowiedzieć o tej chwili innym”. Można powiedzieć, że Historia, ta pisana wielką literą, wyznaczyła im w życiu misję. To, proszę Pana, nie jest mój przypadek. Ja nie przeżyłam Hiroszimy, żeby o tym opowiadać. Przeżyłam Hiroszimę, ponieważ moim obowiązkiem było przeżyć, być świadkiem własnego istnienia, po to wydała mnie na świat matka, abym mogła zobaczyć, co jest przede mną, bomba czy stado pasących się beztrosko owiec. Tylko tyle, a jednak nie wszyscy mogą to powiedzieć. Ludzie potrzebują spektakularnych misji. Ktoś rodzi się w małym prowansalskim miasteczku, w którym usycha z nudów. Cóż to za misja, wstawać codziennie rano i patrzeć na te same kamienie? Postanawia więc wziąć na warsztat hiszpańską wojnę domową. Odbywa kilka podróży do Hiszpanii, rozmawia z żyjącymi uczestnikami czy świadkami tamtych wydarzeń, roni kilka łez na wzmiankę o takim czy innym incydencie, zbyt barbarzyńskim dla jego poczciwej, prowincjonalnej duszy, połyka kilka książek albo nawet tony książek, po czym spędza resztę życia na płodzeniu elaboratów pisanych z perspektywy jednej ze stron konfliktu, z którą, z jakichś tam względów, jest mu po drodze. Znalazł swoje powołanie. Dokumentować. Puszczać w obieg swoje przemyślenia. Być może tego właśnie prag­nie historyk: być za wszelką cenę mesjaszem informacji. To dobrze, proszę Pana, to pożyteczne. Jednak coś Panu powiem: historia, która nie potrafi wyrazić ludzkiego bólu, jest nic niewarta. Wojna jest czymś więcej niż tylko zbiorem faktów, wykazem liczby zabitych, spisem potworności. Wojna jest głęboką raną zadaną godności człowieka, skazą, dziedziczną deformacją dowodzącą kolejnej klęski ludzkości. Jeśli historyk chce opowiedzieć o czymś, czego nie przeżył osobiście, powinien pisać z perspektywy wstydu i współczucia. Ja mogłabym napisać o Hiroszimie, ale nie dlatego, że tam się urodziłam, lecz dlatego że już wcześ­niej, pomimo młodego wieku, wyczuwałam przez skórę ten ludzki defekt, który niczym jad zatruwa codzienne życie, aż w końcu wybucha w Hiroszimie, w Wietnamie czy w jakimkolwiek innym zakątku, który nie jest niczym innym, jak tylko jednym z dopływów wezbranej rzeki wojny. Przypominam: drzewo nie jest niezależnym bytem. To, czym oddycha jedno drzewo, wydostaje się przez płuca innego drzewa. Dopóty, dopóki historyk tego nie pojmie, młodzież szkolna, co zrozumiałe, wciąż będzie nienawidzić tego przedmiotu i, co gorsza, coraz bardziej będzie o nim zapominać. Ponieważ jest mi całkowicie obca beznamiętność historyka opisującego historię w zaciszu biblioteki, spróbuję przedstawić wersję wydarzeń, tak jak je odczułam na własnej skórze, w okopach, jak to mówią. Nie mogę stwierdzić, i jest mi to w najwyższym stopniu obojętne, czy należę do ludzi, którzy wygrali czy przegrali wojnę. Wiem natomiast, że przeżyłam moją epokę osobiście, i to daje mi przewagę nad tymi, którzy pod koniec życia sądzą, że doświadczyli współczesnych sobie czasów, bo w każdą niedzielę kupowali gazetę.

Ale zaczęłam mówić o tym, że kilka miesięcy po załadowaniu Jima na statek przez Japończyków odbył się chrzest czegoś, co zmieniło Historię. Stało się to 6 sierpnia 1945 roku. Niepotrzebne były do tego ręce zdolne chwycić za broń, ale tamtego dnia to „coś” unicestwiło dwieście tysięcy ludzkich istnień, i chociaż nie miało ust, zmiot­ło za jednym podmuchem domy, drzewa i fabryki; mimo iż zostało poczęte bez udziału ludzkiego ciepła, stopiło żelazo, spopieliło parki, psy i ptaki. Nie miało płci, ale nadano mu dziecięce imię Little Boy i o 8.15 rano tamtego bezchmurnego, sierpniowego dnia artefakt ów został zrzucony na Hiroszimę.

Little Boy to kryptonim pierwszej bomby atomowej. Lecz przed jej narodzeniem, przed jej chrztem Little Boy był jedynie hieroglifem w głowach ludzi w wielu krajach starających się na wyścigi złamać ów szyfr. Moc bomby była tak niewyobrażalna i pociągnęła za sobą tak radykalną zmianę mojej tożsamości, że przez długi czas myślałam o niej, jakby to ona, a nie ludzie, którzy ją stworzyli, była żywą istotą. Wyobrażałam więc sobie jej poczęcie, odczuwane przez nią fale, którymi niesiona była z mózgu do mózgu usiłujących zamknąć ją w ostatecznej formule naukowców; jak dawała się nieść impulsom elektrycznym rywalizujących między sobą geniuszy, prądom wciągającym ją w neuronowe sieci mózgów najlepszych fizyków przekształcających swoje myśli w strugę, która zdeterminowana potężnym prag­nieniem skondensowania się w nowy twór, nie różniła się niczym od strugi prokreacyjnej, seksualnej. Fantazjowałam często na temat tomografii przedstawiających rozświetlone sukcesem przekroje mózgu zwycięzcy, który odkrył ostateczną formułę, tego, który wygrał wyścig, tego niezrównanego: mózgu Roberta Oppenheimera. Wyobrażałam sobie, w jaki sposób ta malutka organiczna lampka, niczym robaczek świętojański, uaktywniała obwody rozkoszy w mózgu usatysfakcjonowanego fizyka, inteligencji, która zapłodniła Amerykę Północną tworem o nazwie Little Boy, swoim ukochanym synem (córką), bombą atomową, która w tamtych trudnych czasach miała obronić aliantów i, co najważniejsze, pozwolić im wygrać wojnę.

Tę personifikację bomby, którą posługiwałam się przez pierwsze lata, uważając ją za część mojej tożsamości, należy złożyć na karb młodości, niedojrzałości, z czasem jednak przeniosłam odpowiedzialność na prawdziwego bohatera, człowieka, rodzaj ludzki, który potrafił stworzyć i zastosować w praktyce najbardziej śmiercionośne z wszystkich znanych do tej pory narzędzi. Ale nie opowiadam mojej historii po to, aby informować o tym znanym powszechnie tragicznym fakcie, i dotyczące go wzmianki służą wyłącznie naszkicowaniu scenerii, w którą wkomponuję osobiste doświadczenie: jeśli mi wolno wyobrazić sobie ofiarę, która zyskała na wybuchu bomby, to ofiarą tą jestem bez wątpienia ja. Straciłam członki, fragmenty ciała, rodzinę i nikt nigdy nie zadośćuczyni mi za te straty, ale zyskałam inne rzeczy, może nawet ważniejsze. I tak moje życie balansuje pomiędzy żałobą po tym, co bomba mi zabrała, a świętowaniem na cześć najcudowniejszego daru, jaki mogła mi ofiarować.

Poranek dnia, w którym na Hiroszimę spadł Little Boy, nie różnił się od innych zwykłych poranków. Był to jeden z tych pogodnych i cichych dni, które każą myśleć, że spokój panuje na całej planecie. Jak co dnia tysiące kobiet rozchylało nogi i rodziło dzieci, krzycząc z bólu, który torował drogę ich pociechom na zewnątrz, ku światłu. Ale dla Little Boya nie rozchyliły się nogi, tylko klapy luku bombowego bombowca B-29. I ból towarzyszący jego pojawieniu się na świecie nie został zadany jednej tylko matce, to bowiem, co wywołał, było kataklizmem wyższego rzędu. Nie zadał rany jednej kobiecie, ale wszystkim ludziom – kobietom i mężczyznom. Podczas gdy tyle kobiet koncentrowało się w owej chwili na skurczach porodowych, bombowiec przygotowywał się do skurczu o wiele bardziej bolesnego, bo jego skutkiem miało być rozdarcie globalne.

Little Boya zrodzono, ale i on urodził. Był jednocześnie położnicą i noworodkiem, ponieważ przychodząc na świat, dokonał najbardziej spektakularnego porodu pod postacią gigantycznej świetlnej chmury o kształcie grzyba. Dla jednych oznaczał on totalne zniszczenie, dla drugich pokój, dla wszystkich zaś bez wyjątku światło. Światło tak potężne, że ci, którzy zobaczyli wybuch sześćset metrów nad ziemią, nie tylko utracili wzrok, ale i oczy. Wielu mieszkańców miasta patrzyło w górę, kiedy spadał; on (nie potrafię powstrzymać się od personifikacji) widział wszystkich i był ostatnią rzeczą, jaką ujrzeli. Światło. Dlatego też jego ojciec, wyzwalając go z oków szarego atramentu równań, zmieniając w reakcję termojądrową, ofiarowywał światu wieczne światło. Mógł przedstawić swój wzór w sposób następujący: „Oto moje dziecko, światło świata”. Jednak do chwili eksplozji nawet on nie mógł sobie tego wyobrazić. Dopóki bomba nie została zdetonowana, nie można było ujrzeć blasku i dopiero po Hiroszimie stało się jasne, że dla naszej rasy na zawsze skończyła się ciemność. Niewątpliwie Oppenheimer zrealizował najbardziej radykalną obietnicę światła. Był ostatnim mesjaszem, najwyższym bogiem fizyki teoretycznej, który udostępnił światu wzór niemożliwy do wymazania, broń, której istnienie nie zakończyło się na Little Boyu ani na jego wybuchu, lecz którą, z kopulacyjnym wigorem królika, zostały zapłodnione inne państwa, zważywszy na to, że dzisiaj na Ziemi jest dwadzieścia tysięcy bomb straszliwszych od tej zrzuconej na Hiroszimę. Niektórzy twierdzą, że o wiele więcej. Tak czy inaczej w razie ponownej światowej draki co najmniej dwadzieścia tysięcy rozpustnych królików piromanów spowoduje pożar, który stopi cała planetę w ejakulacji tego samego słońca. Proszę zapomnieć o Hiroszimie. Little Boya sklonowano w tysiącach jego braci o stalowej skórze. Dopóki zgodnie z wolą swoich twórców przebywają w ukryciu, pogrążeni będą w letargu niczym niedźwiedzie w zimowym śnie, lecz gdy zabrzmi komenda pobudki, skumulowany żar letnich miesięcy napełni legowisko i wszystkie jaskinie, wszystkie domy, wszystkie usta sczernieją jak zwęglone drzwiczki piekarnika, który nie wytrzymał zbyt wysokiej temperatury. Hiroszima będzie wówczas zaledwie historycznym, zmechaconym supełkiem. Ten moment jeszcze nie nadszedł, dzisiaj ta planeta wydaje się Panu niewzruszoną, wieczną, dlatego niechybnie weźmie Pan moje świadectwo za fantastyczną, nierealną wizję. I mnie wydaje się ona fantastyczna, chociaż wiem, że mechanizm świata jest niestrudzenie oliwiony, aby uczynić z Hiroszimy co najwyżej kołtun włosów zalegający w najodleglejszym zakamarku tego zapuszczonego domostwa zwanego Historią.

Ponieważ moje życie i moje przestępstwo nierozerwalnie wiążą się z historią Jima, proszę pozwolić mi do niego wrócić, do osoby, która, jak ja, była jeszcze jedną ofiarą. Jim opowiadał, że duchota panująca w ładowniach „Oryoku Maru” była niewyobrażalna, ale trudno sobie wyobrazić gorąco zdefiniowane za pomocą tak nieprecyzyjnego przymiotnika, dlatego myślę, że łatwiej będzie Panu zrozumieć, jeśli podam wysokość temperatury w ładowniach statku za George’em Wellerem: pięćdziesiąt cztery stopnie Celsjusza. Pięćdziesiąt cztery stopnie Celsjusza. Piekielna, nieprawdaż, a jednak około 3946 stopni niższa od temperatury, jaka wytworzyła się przy ziemi w miejscu wybuchu bomby atomowej. To tak jakby porównać gotowanie na małym gazie i błyskawiczne spalenie. Gardła jeńców stłoczonych w ładowniach statku wysychały na wiór. Nie było żadnej wentylacji, gdyż Japończycy zasłonili większą część włazów grodziami. Ci, których upchnięto w głębi każdego przedziału, zaczęli mdleć pierwsi. Jedynie puls odróżniał omdlałego od trupa, ponieważ było tak straszliwie gorąco, że przez bardzo długi czas zwłoki nie styg­ły. Ale nikt nikomu nie sprawdzał pulsu. Im więcej trupów, tym więcej tlenu dla żywych. Opowiada Weller, że wszyscy rozebrali się do naga, aby oddychać przez skórę i w ten sposób dopomóc bezradnym płucom. Koncentracja tak wielkiej liczby ludzi sprawiła, że drewniane poszycie statku zaczęło wchłaniać wilgoć, oddając ją pod postacią kropli, na które składał się pot tych nieszczęśników. Umierający z pragnienia lizali drewno pokryte perełkami kolektywnego potu. Kiedy powietrze rozrzedziło się do tego stopnia, iż z trudem mogli oddychać, zaczęli wyć nieludzkim głosem, lecz pan Wada, kapitan statku, zagroził, że zamknie wszystkie włazy. Jim mówił, że gdy nad ich głowami przelatywały amerykańskie bombowce – których załogi były przekonane, że statek przewoził wyłącznie Japończyków – wszyscy usiłowali wykrzesać z siebie resztki energii potrzebnej człowiekowi do odczuwania strachu przed śmiercią, śmiercią, o ironio losu, z rąk swoich. Ale jednocześnie wstępowała w nich wątła nadzieja, bo w czasie bombardowań włazy podskakiwały, wpuszczając na krótką chwilę światło i powietrze. Według Jima naloty przynosiły jeszcze jedną korzyść: większość zalegających pokotem w ładowniach na wpół oszalałych i bredzących Amerykanów otwierała usta, aby chłeptać, sądząc, że to woda – a może zdawali sobie doskonale sprawę, z czym tak naprawdę mają do czynienia – krew leżących na pokładzie rannych Japończyków, która sączyła się do ładowni. Bez względu na to, jak było istotnie, orzeźwiał ich każdy płyn pochodzący z zewnątrz.

Dowiadujemy się od Wellera o innych epizodach obrazujących stopniowe popadanie w szaleństwo skrajnie odwodnionych i duszących się z braku powietrza jeńców. I tak na przykład czytamy, że Japończycy zgodzili się wrzucić do ładowni kilka wiader, do których więźniowie mieli załatwiać swoje potrzeby. Lecz gdy ciało słabnie, umysł szwankuje również i to, co kiedyś mogło być źródłem przerażenia, teraz okazywało się powodem do żartów. Grupka jeńców znalazła sobie rozrywkę polegającą na ciągłym podmienianiu wiader z jedzeniem na wiadra wypełnione ekskrementami. Ponieważ były identyczne, nikt nie wiedział, czy sięga ręką po jedzenie czy po odchody towarzysza, czy też po obie rzeczy naraz.

W tamtych chwilach Jim nie mógł przypuszczać, że piętnaście lat później wyruszy w prawdziwą podróż i że zrobi to u boku osoby pochodzącej z kraju, który przysporzył mu tylu cierpień. Myślę o sobie, w której żyłach płynie krew pozbawiona najmniejszej drobiny obcej domieszki mogącej odkazić, dla Jima, moje czyste japońskie pochodzenie. Niemowlę, które oddano mu pod opiekę, równie japońskie jak ja, przypieczętowało ostateczne pojednanie, jednak jestem przekonana, że maszyneria przebaczenia została wprawiona w ruch nieco wcześniej, już wówczas, kiedy Jim ujrzał tysiące ludzi, bezdomne dzieci, przez bardzo długi czas snujące się jak duchy wśród rumowisk swoich dawnych domów z wiadrami w rękach, do których wkładały rzeczy mogące im przypominać ukochane istoty. Jim mówił, że ludzie zbierali w zasadzie wszystko, co nie obróciło się w popiół. Myślę, że dotarło do niego, że w czasie, kiedy on cierpiał katusze w ładowni „Oryoku Maru”, preparowano już nieszczęście całego mojego narodu, najstraszliwszą tragedię, jaką widział do tej pory świat, i te wędrówki kilka miesięcy później pośród ruin miasta i ciał mieszkańców Hiroszimy zgładzonych przez jego rodaków napełniły go pewnym poczuciem sprawiedliwości, które, jak mniemam, przygotowało go do zaakceptowania w spokoju ducha najpierw córki, a potem mnie. Od Jima dowiedziałam się, że lekarze okupacyjnych wojsk amerykańskich nie znaleźli się tam po to, aby udzielać pomocy medycznej. Ich misja sprowadzała się wyłącznie do obserwacji i analizy konsekwencji promieniowania; nie interweniowali nawet w przypadku torsji czy dziecięcej biegunki. Tym samym niektóre ofiary nadal wnosiły swój wkład, całkiem nieświadomie, do badań związanych z Projektem Manhattan.

Mnie tragedia mojego narodu zastała z termometrem w ustach. Miałam dopiero trzynaście lat i moim obowiązkiem było słuchać matki, która zdecydowała, że z gorączką nie pójdę do szkoły. Ale ja za nic nie chciałam stracić dużej pauzy z moimi koleżankami, z którymi poprzedniego dnia nie dokończyłyśmy zabawy, i dotąd suszyłam mamie głowę, aż w końcu uległa. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że dzięki temu nieposłuszeństwu kilka miesięcy później postawię na swoim i stanę się kimś, kim zawsze chciałam być. Myśl o zabawie, o dużej przerwie wystarczyła, aby sprzeciwić się woli matki, i punktualnie o ósmej, po godzinnej jeździe samochodem, siedziałam w szkolnej ławce. Wszystko, co wydarzyło się potem, wymazało się na zawsze z mojej pamięci, ale Historia zwycięzców udostępnia nam precyzyjne fakty, na podstawie których mogę dokonać rekonstrukcji części zdarzeń zaistniałych w czasie, kiedy siedziałam w swojej szkolnej ławce, nie przeczuwając tego, co miało za chwilę nastąpić, czy wówczas gdy sekundy później leżałam nieprzytomna na podłodze. Dzięki tej rekonstrukcji wiem, w której dokładnie minucie pułkownik Thomas Ferebee, bombardier „Enola Gay”, uwolnił bombę i wbił wzrok w zegary pokładowe, śledząc sekundy odmierzające czas jej spadania z pułapu 9470 metrów, na którym znajdował się w tym momencie samolot, do wysokości 600 metrów nad ziemią, na której zaprogramowano wybuch. Wiem też, że członkowie załogi przewidywali eksplozję po upływie czterdziestu dwóch sekund i że w czterdziestej trzeciej sekundzie ogarnął ich niepokój. W najwyższym napięciu odliczali czas. Z opóźnieniem trzech sekund eksperyment się powiódł: w chwili kiedy ich usta bezgłośnie wymówiły „czterdzieści pięć”, brutalny podmuch cisnął mnie do sąsiedniej klasy. Kiedy odzyskałam przytomność, rozejrzałam się i nie było już wokół mnie nikogo i niczego, nawet ścian. Szkoła była jednym wielkim dziedzińcem, dziedzińcem, na którym nikt się nie bawił, otwartym na miasto zmienione w jednej chwili w pustynię. Ze stu pięćdziesięciorga dwojga uczniów znajdujących się tego dnia w szkole tylko ja, jak dowiedziałam się później, wyszłam na własnych nogach. W miejscu, gdzie przedtem była ubikacja, ujrzałam jakąś nieforemną, nagą postać. Poprosiła mnie o wodę. Przeraziłam się. Postać ta miała spuchniętą jak balon głowę, trzykrotnie przekraczającą normalną wielkość. Dopiero gdy postać wymówiła swoje imię, rozpoznałam w niej moją nauczycielkę. Rzuciłam się do mozolnej ucieczki.

Przez lata całe starałam się zdobyć szczegółowe informacje dotyczące tego, co działo się w powietrzu, podczas gdy my na ziemi rozpoczynaliśmy nowy, zwykły dzień. Pogłębiając swoją wiedzę na temat zrzucenia bomby, odnosiłam wrażenie, że w ten sposób mogę wypełnić luki w mojej własnej historii. Tą samą metodą próbowałam poznać przebieg wypadków, jakie miały miejsce w czasie, gdy po wybuchu leżałam nieprzytomna. To wszystko, na co przez wiele lat mogłam liczyć – uzupełnić wyrwy w pamięci za pomocą raportów sporządzonych przez ludzi, którzy te wyrwy spowodowali, osobników ponoszących winę za setki tysięcy zabitych, rannych, za choroby przekazywane z pokolenia na pokolenie do dnia dzisiejszego. Widzi Pan zatem, z jaką rozpaczą chwyciłam się tej brzytwy. Niewymownie smutna i nierealna była ta próba zrekonstruowania własnej historii na podstawie relacji tych, którzy byli odpowiedzialni za zniszczenia, jakie się we mnie dokonały. Jakim sposobem mogłam stanąć na nogi, używając tych samych narzędzi, które wymyślono po to, aby mnie unicestwić? Ale było to jedyne, co miałam, i tego uczepiłam się desperacko w nadziei, że wyleczę chociaż część mojej amnezji.

Po zrzuceniu bomby „Enola Gay” wykonał manewr odejścia, skręcając o 155° na północny wschód. Załoga założyła ochronne okulary i czekała na falę uderzeniową, która dosięgnęła samolot po minucie, kiedy ten znajdował się już w odległości dziewięciu mil. Dla mnie fakty były o wiele mniej precyzyjne. Nie wiedziałam, jak długo leżałam nieprzytomna ani kiedy wydostałam się z rumowiska szkoły. Pamiętam, że wszystkie napotykane po drodze zegary wskazywały tę samą godzinę: 8.16. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, w jaki sposób trafiłam do szpitala. Może ktoś mnie tam zaprowadził, ktoś, kto również nic nie pamiętał. Kolejne tygodnie pobytu w przepełnionych rannymi ruinach szpitala też pamiętam jak przez mgłę. Później okazało się, że na trzy tysiące ofiar przypadał jeden lekarz. Chociaż wówczas tego nie wiedziałam, doznałam poparzeń obejmujących siedemdziesiąt procent powierzchni ciała. Po kilku dniach skleiły mi się oczy. Nie mogłam ich otworzyć. Myślałam, że oślepłam. Nie było lekarstw ani środków przeciwbólowych, a ból był straszliwy. Jedynym środkiem leczniczym, jaki mi aplikowano, była zmiana pozycji. Ktoś zjawiał się od czasu do czasu i przekładał mnie na drugi bok. Ale wszystko bolało tak bardzo, że kiedy mnie odwracano, nie wiedziałam, czy leżę na plecach czy na brzuchu. Całe moje ciało płonęło w takim samym stopniu i nic już nie było w stanie spotęgować rozdzierającego mnie bólu: piersi, brzuch, kolana były tą samą, rozżarzoną do czerwoności blachą co plecy, pośladki i tylna część nóg. Czułam, że utraciłam wypukłość, że zgniatane bólem przód i tył mojego ciała stopiły się w jedną płas­ką płytę, od której biło jednolitym żarem. Zrozumiałam, że zaczynam powracać do zdrowia, kiedy pewnego dnia po raz pierwszy poczułam wilgoć własnego moczu. Wtedy mogłam odgadnąć, w jakiej znajduję się pozycji. Jeśli mocz spływał w dół, leżałam na plecach. Jeśli gromadził się w formie malutkiej płytkiej kałuży, leżałam na brzuchu. Kiedy przemywano mi oczy, otwierałam je, a gdy ból ustąpił na tyle, że mogłam się w końcu poruszyć, uniosłam głowę i ujrzałam żywe mięso mojego ciała. Odkryłam wtedy, że choć moje cztery kończyny ocalały, od podbrzusza do pachwin wszystko było jedną, trudną do zidentyfikowania miazgą. Opuchlizna była tak wielka, że w tamtej chwili nie mogłam mieć żadnej pewności, ale wszystko wskazywało na to, że bomba całą swoją furię wyładowała przede wszystkim na moich genitaliach.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

POCZĘCIE: 1942

MIESIĄC PIERWSZY: 1960. Człowiek i dżungla

MIESIĄC DRUGI: 1963. Śmierć o mnie zapomniała

MIESIĄC TRZECI: Interseks

MIESIĄC CZWARTY: 1965. Kwilisz jak strzyżyk

MIESIĄC PIĄTY: 1969. Lodowe piekło

MIESIĄC SZÓSTY: Zagubiona we własnym mózgu

MIESIĄC SIÓDMY: Liczba Niewymierna

MIESIĄC ÓSMY: 1978–1999

MIESIĄC DZIEWIĄTY: 1999–2011

PORÓD: 2011–2014

PODZIĘKOWANIA I ODNIESIENIA BIBLIOGRAFICZNE

Table of Contents

POCZĘCIE: 1942

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Yoro 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej