Małżeństwo doskonałe

Małżeństwo doskonałe

Autorzy: Julia Quinn

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.39 zł

Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności!
Elizabeth Hotchkiss natrafi a w bibliotece na książkę pod obiecującym tytułem „Jak poślubić markiza”. Napisaną jakby specjalnie dla niej.
Bo Elizabeth musi wyjść bogato za mąż. Jako skromna dama do towarzystwa nie zdoła zapewnić przyszłości trójce rodzeństwa.
Drugim szczęśliwym trafem jest pojawienie się Jamesa Sidwella, zarządcy majątku chlebodawczyni Elizabeth. Ma on tajne zadanie: zdemaskować podły szantaż. Jego pierwszą podejrzaną staje się… Elizabeth.
A równocześnie James jest zaintrygowany piękną dziewczyną.
Szarmancko oferuje jej swą pomoc w znalezieniu męża. Proponuje, by praktykowała na nim zaczerpnięte z książki wskazówki. Lecz zbyt doskonała praktyka niesie zgoła nieoczekiwane niebezpieczeństwa.
Zwłaszcza że Elizabeth nie jest tym, kim się Jamesowi wydaje. A on nie jest tym, kim wydaje się jej...

Korekta

Halina Lisińska

Agnieszka Pyśk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Boiko Olha/Shutterstock

Tytuł oryginału

How to Marry a Marquis

Książka wydana w Polsce w 2000 roku pod tytułem Jak poślubić markiza.

Copyright © 1999 by Julie Cotler Pottinger

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6511-7

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1

Surrey, Anglia, sierpień 1815

Cztery dodać sześć, dodać osiem, dodać siedem, dodać jeden, dodać jeden, dodać jeden. Osiem, dwa w pamięci…

Elizabeth Hotchkiss zsumowała rządek liczb po raz czwarty, doszła do takiego samego wyniku, jak za każdym poprzednim razem, i jęknęła głośno.

Podniosła wzrok znad słupków i zobaczyła przed sobą trzy poważne twarze – twarze wpatrzonego w nią młodszego rodzeństwa.

– Coś nie tak, Lizzie? – spytała dziewięcioletnia Jane.

Elizabeth uśmiechnęła się blado, zastanawiając się, jak zdoła odłożyć dostatecznie dużo pieniędzy, żeby starczyło na ogrzanie ich niewielkiego domu przez całą zimę.

– Obawiam się, że… hm… nie mamy zbyt wiele funduszy.

Susan, czternastolatka, najbliższa Elizabeth wiekiem, zmarszczyła brwi.

– Jesteś całkiem pewna? Musimy coś mieć. Kiedy papa jeszcze żył, zawsze…

Elizabeth uciszyła ją jednym wymownym spojrzeniem. Było wiele rzeczy, których im nie brakowało, kiedy papa jeszcze żył, ale umarł, nie zostawiając im niczego poza odrobiną oszczędności w banku. Żadnych dochodów, żadnego majątku. Tylko wspomnienia. A one – przynajmniej te, które zachowała Elizabeth – nie należały do takich, od których robiło się ciepło na sercu.

– Teraz jest inaczej – powiedziała z naciskiem, kończąc temat. – To dwie różne rzeczy i nie można ich porównywać.

– Zawsze zostają nam pieniądze, które Lucas chomikuje w pudełku z żołnierzykami. – Jane wyszczerzyła zęby w krzywym uśmiechu.

Lucas, jedyny chłopiec w klanie Hotchkissów, aż pisnął.

– Czego szukałaś w moich rzeczach? – Odwrócił się do Elizabeth z miną, którą – gdyby nie gościła na twarzy ośmiolatka – można by nazwać pełną oburzenia. – Czy w tym domu nie można zachować nawet odrobiny prywatności?

– Najwyraźniej nie – rzuciła z roztargnieniem Elizabeth, wpatrzona w otwartą księgę rachunkową. Parę razy skrobnęła coś ołówkiem, zajęta główkowaniem nad nowymi sposobami ograniczenia domowych wydatków.

– Siostry – wymamrotał Lucas, wyraźnie przybity – jakżeż one mnie dręczą!

Susan zajrzała w rozłożone przed Elizabeth rachunki.

– A nie można skądś ująć i gdzieś przełożyć? No wiesz, żeby wystarczyło?

– A z czego tu przekładać? Bogu dzięki, że czynsz za dom opłacony, bo wylądowalibyśmy na bruku.

– Naprawdę jest aż tak źle? – wyszeptała Susan.

Elizabeth kiwnęła głową.

– To, czym dysponujemy, starczy nam do końca miesiąca, a jak odbiorę pensję od lady Danbury, to jeszcze na trochę, ale potem…

Głos odmówił jej posłuszeństwa i odwróciła głowę, by Jane i Lucas nie widzieli, jak łzy napływają jej do oczu. Opiekowała się trójką rodzeństwa od pięciu lat, kiedy to sama skończyła osiemnaście. Od niej zależało, czy mieli co jeść, gdzie mieszkać i – co ważniejsze – czy mogli czuć się bezpiecznie.

Jane szturchnęła brata w bok, a gdy nie zareagował, dźgnęła go palcem w bark.

– No co?! – wybuchnął. – To boli!

– Nie mówi się „co”, to nieuprzejmie – zauważyła machinalnie Elizabeth – lepszym słowem byłoby „przepraszam”.

Mały aż zatrząsł się z oburzenia.

– Nie było uprzejme z jej strony, że mnie tak szturcha! I z całą pewnością nie będę jej za to przepraszał!

Jane przewróciła oczami i westchnęła.

– Nie można zapominać, że on ma dopiero osiem lat.

– A ty dopiero dziewięć – skrzywił się Lucas.

– I tak zawsze będę starsza od ciebie.

– Tak, ale ja niedługo będę większy i wtedy popamiętasz. Elizabeth uśmiechnęła się przez łzy, obserwując ich kłótnię. Słyszała już tę sprzeczkę jakiś milion razy. Ale też i nie raz widziała, jak wieczorem Jane zakrada się na paluszkach do pokoju Lucasa, żeby mu dać buziaka na dobranoc.

Może i nie stanowili typowej rodziny – było ich przecież tylko czworo i od lat wychowywali się bez rodziców. Ale ich klan miał w sobie coś wyjątkowego. Kiedy przed pięciu laty zmarł ich ojciec, Elizabeth udało się utrzymać rodzinę razem i za żadne skarby nie pozwoliłaby, żeby brak pieniędzy stał się teraz przyczyną rozłąki.

– Powinieneś dać Lizzie swoje pieniądze, Lucas – stwierdziła Jane. – Nie bądź chytrusem. Tak nie można.

Przytaknął ponuro i wyszedł z pokoju, nisko zwieszając jasną główkę. Elizabeth zerknęła na Susan i Jane. One też miały jasne włosy i błękitne oczy po matce. Tak zresztą jak i ona sama. Stanowili małą blond armię, ot co. Z tym że bardzo biedną.

Westchnęła znowu i zmierzyła siostry poważnym spojrzeniem.

– Będę musiała wyjść za mąż. Nie ma innego rozwiązania.

– Och, nie, Lizzy! – wykrzyknęła Jane rozdzierająco, zrywając się z krzesła i gramoląc siostrze na kolana. – Tylko nie to! Wszystko, tylko nie to!

Elizabeth spojrzała na Susan ze zdziwieniem, pytając wzrokiem, dlaczego Jane tak bardzo się tym przejęła. Susan pokręciła głową i wzruszyła ramionami.

– To nic strasznego – powiedziała Elizabeth, głaszcząc Jane po włosach. – Jak wyjdę za mąż, będę pewnie miała własne dzieci, a wtedy ty zostaniesz ciocią. Prawda, że będzie miło?

– Ale przecież o rękę prosił cię tylko pan Nevins, a on jest ohydny! Po prostu ohydny!

Elizabeth uśmiechnęła się bez przekonania.

– Z pewnością uda się nam znaleźć kogoś innego. Kogoś mniej… ohydnego.

– Nie będę mieszkać z nim pod jednym dachem – oznajmiła buntowniczo Jane, krzyżując ręce na piersiach. – Nie będę i już! Raczej pójdę do sierocińca. Albo do jakiegoś obskurnego przytułku.

Elizabeth dobrze ją rozumiała. Pan Nevins był stary, gruby i wstrętny. I zawsze gapił się na nią w sposób, który sprawiał, że oblewał ją zimny pot. Prawdę mówiąc, nie za bardzo też podobał jej się także sposób, w jaki patrzył na Susan. I na Jane.

Nie, nie mogła wyjść za pana Nevinsa.

Lucas wrócił do kuchni z małym metalowym pudełkiem w ręku. Wyciągnął je w stronę Elizabeth.

– Uzbierałem sporo ponad funt. Chciałem za to kupić… – głośno przełknął ślinę. – Nieważne. Masz, weź sobie. Dla rodziny.

Elizabeth w milczeniu wzięła pudełko i zajrzała do środka. Były w nim pieniądze Lucasa, funt czterdzieści, prawie same drobniaki.

– Lucas, skarbie – powiedziała miękko. – To twoje oszczędności. Tak długo je gromadziłeś.

Broda mu zadrżała, ale w końcu udało mu się wyprężyć małą pierś, aż stanął wyprostowany jak jeden z jego ołowianych żołnierzyków.

– Teraz jestem jedynym mężczyzną w domu. Muszę was utrzymywać.

Elizabeth skinęła ponuro głową i przesypała monety do skrzynki z pieniędzmi na domowe wydatki.

– Dobrze więc. Kupimy za nie jedzenie. Może pójdziesz ze mną po zakupy w przyszłym tygodniu, to wybierzesz coś tylko dla siebie.

– Niedługo będzie można zacząć sprzątać warzywa z ogródka – powiedziała Susan z nadzieją w głosie. – Dla nas starczy. A jak trochę zostanie, to będziemy mogli sprzedać albo wymienić na coś we wsi.

Jane zaczęła wiercić się Elizabeth na kolanach.

– Proszę cię, tylko nie mów, że znowu zasadziłaś rzepę. Nienawidzę rzepy.

– Jak my wszyscy – odparła Susan – ale tak łatwo ją uprawiać.

– Tylko jeść nie tak łatwo – mruknął Lucas.

Elizabeth westchnęła ciężko i przymknęła oczy. Na co im przyszło? Należeli do starej, szacownej rodziny – mały Lucas nawet był baronetem! I co? Musieli w przykuchennym ogródku uprawiać warzywa, w dodatku najbardziej przez nich znienawidzone.

Zawiodła. Kiedyś łudziła się, że zdoła sama wychować brata i siostry. Najciężej, wręcz nie do zniesienia, było tuż po śmierci ojca. Jedyne, co nie pozwalało się jej załamać, to myśl, że musi chronić rodzeństwo. Zadbać, by byli bezpieczni, by było im ciepło. By byli razem.

Musiała walczyć z ciotkami, wujkami i kuzynami, którzy ofiarowywali się przyjąć pod swój dach jedno z dzieci Hotchkissów. Najchętniej małego Lucasa, który dzięki swojemu tytułowi mógł mieć nadzieję na poślubienie w przyszłości dziewczyny z nie najgorszym posagiem. Ale Elizabeth obstawała przy swoim, nawet wtedy gdy przyjaciele i sąsiedzi usilnie ją namawiali, by się poddała.

Powiedziała wówczas, że chce, by rodzina została razem. Czy prosiła o tak wiele?

Nie sprostała sytuacji. Zabrakło pieniędzy na lekcje muzyki, na prywatnych nauczycieli, w ogóle na którąkolwiek z rzeczy, które wydawały się jej oczywiste, gdy sama była dzieckiem. Bóg jeden wie, jak miałoby się jej udać wysłać Lucasa do szkoły w Eton. A przecież powinien tam pójść. Od prawie czterystu lat uczęszczał do niej każdy mężczyzna z rodziny Hotchkissów, choć nie wszystkim udawało się ją ukończyć.

Będzie musiała wyjść za mąż. A jej wybranek musi mieć dużo pieniędzy. I tyle.

– Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci…

Elizabeth chrząknęła cichutko i podniosła znad książki pełne nadziei spojrzenie. Czyżby lady Danbury już spała? Dziewczyna nachyliła się i przyjrzała badawczo twarzy leciwej damy. Trudno powiedzieć.

– Juda zaś był ojcem Faresa i Zary… Fares był ojcem Ezrona…

Oczy starszej pani pozostawały zamknięte już od dłuższej chwili, ale odrobina ostrożności nigdy nie zawadzi.

– Ezron ojcem Arama…

Czyżby to było chrapnięcie? Głos Elizabeth przeszedł w szept.

– Aram ojcem Aminadaba; Aminadam ojcem Naassona…

Zamknęła Biblię i zaczęła się chyłkiem wycofywać z salonu. W zasadzie nie miała nic przeciwko zabawianiu lady Danbury czytaniem. Właściwie był to jeden z przyjemniejszych obowiązków, jakie niosła ze sobą jej pozycja – pozycja damy do towarzystwa u wdowy po hrabim. Ale dziś śpieszyło się jej do domu. Czuła się naprawdę okropnie, kiedy musiała wyjść i zostawić Jane przerażoną myślą, że pan Nevins mógłby stać się częścią ich małej rodziny. Co prawda zapewniła siostrzyczkę, że nie wyszłaby za niego, nawet gdyby był jedynym mężczyzną na ziemi, ale Jane nie była do końca przekonana, czy ktoś inny poprosi Elizabeth o rękę i…

Łup!

Serce o mało nie wyskoczyło Elizabeth z piersi. Nikt nie potrafił narobić tyle hałasu za pomocą zwykłej laski i kawałka podłogi, co lady Danbury.

– Nie śpię! – rozległ się gromki okrzyk.

Elizabeth obróciła się na pięcie i uśmiechnęła z przymusem.

– Przepraszam najmocniej. Przykro mi, że…

– Nie jest ci ani odrobinę przykro! Proszę mi tu zaraz wrócić!

Dziewczyna zdławiła jęk, który cisnął się jej na usta, i posłusznie wróciła na swoje krzesło. Nie żeby hrabiny nie lubiła. Przeciwnie, lubiła ją szczerze. I z utęsknieniem czekała dnia, by jak ona móc mówić, co myśli, prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, używając wieku jako wymówki. Tyle tylko że śpieszyła się do domu i…

– Sprytna z ciebie pannica, ot co.

– Przepraszam?

– Te wszystkie „ten był ojcem tamtego”. Celowo wybierałaś usypiające fragmenty.

Elizabeth wiedziała, że się rumieni, czuła ciepło oblewające policzki. Włożyła sporo wysiłku w to, by jej słowa nie zabrzmiały jak przyznanie się do winy.

– Nie rozumiem…

– Przeskakiwałaś fragmenty. Ciągle jeszcze powinnyśmy być przy Mojżeszu i tym całym potopie. Nie przy tym, kto był czyim ojcem.

– To chyba nie był Mojżesz, ten od potopu.

– Nonsens! Oczywiście, że Mojżesz!

Elizabeth uznała, że Noe zrozumiałby jej pragnienie uniknięcia dłuższej dyskusji na tematy biblijne z lady Danbury, i zasznurowała usta.

– Tak czy inaczej, nieważne, kto się plątał po tej całej powodzi. Rzecz w tym, że z rozmysłem opuściłaś kilka fragmentów, żeby mnie uśpić.

– Ja…

– Och, po prostu się przyznaj, dziewczyno! – Usta lady D. rozciągnęły się w szelmowskim uśmiechu. – Zresztą podziwiam cię za to. W twoim wieku i na twoim miejscu zrobiłabym dokładnie to samo.

Elizabeth przewróciła oczami. I tak źle, i tak niedobrze, pomyślała. Westchnęła więc tylko i wzięła do ręki Biblię.

– Który fragment przeczytać?

– Żadnego. Diabelnie nudna lektura, ot co. Nie mamy w bibliotece czegoś bardziej porywającego?

– Jestem pewna, że tak. Sprawdzę, jeśli pani sobie życzy.

– Sprawdź, sprawdź! Ale zanim to zrobisz, podaj mi, proszę, księgę rachunkową. Tak, tę, która leży na sekretarzyku.

Elizabeth podeszła do sekretarzyka, podniosła oprawioną w skórę księgę i podała ją lady Danbury z grzecznym „proszę!”. Ta otworzyła ją z wojskową wręcz precyzją, by ponownie podnieść wzrok na dziewczynę.

– Dziękuję ci, moje dziecko. Dzisiaj przyjeżdża nowy zarządca i muszę to wszystko spamiętać. Nie mogę mu się przecież dać oskubać do gołej skóry.

– Lady Danbury – powiedziała Elizabeth zupełnie szczerze – sam diabeł nie ważyłby się oskubać pani do gołej skóry!

Lady D. grzmotnęła laską o podłogę, co miało wyrażać aplauz, i roześmiała się.

– Dobrze powiedziane, moje dziecko. Serce rośnie, kiedy widzi się taką młodą osóbkę z głową nie od parady. Moje rodzone dzieci… No cóż, nie będę wchodzić w szczegóły. Powiem ci tylko tyle, że największym sukcesem mojego syna było to, że kiedyś utknął z głową między sztachetami ogrodzenia wokół zamku Windsor.

Dziewczyna przycisnęła dłoń do ust, próbując stłumić chichot.

– Och, ależ chichocz sobie, ile ci się podoba – powiedziała z westchnieniem lady Danbury. – Doszłam do przekonania, iż jedynym sposobem uniknięcia rodzicielskich frustracji jest upatrywanie w moim synu źródła rozrywki.

– Cóż – zaczęła ostrożnie Elizabeth – to wydaje się rozsądnym rozwiązaniem…

– Lizzie Hotchkiss, byłby z ciebie świetny dyplomata – zachichotała lady D. – Gdzie jest moje dzieciątko?

Elizabeth nawet nie mrugnęła okiem. Zdolności hrabiny do przeskakiwania z tematu na temat zdążyły już przejść do legendy.

– Pani kot – rzekła z naciskiem, wskazując przeciwległy kąt pokoju – śpi na otomanie od przeszło godziny.

Malcolm uniósł puchatą głowę barwy ecru, spróbował zogniskować spojrzenie swoich niebieskich, nieco zezowatych oczu, doszedł do wniosku, że rzecz niewarta jest zachodu, i ponownie opadł na otomanę.

– Malcolmie – gruchała lady Danbury – chodź do mamy!

Malcolm wykazywał doskonałą obojętność.

– Mam dla ciebie coś pysznego…

Kot ziewnął szeroko i wobec takiego argumentu swojej – było nie było – głównej żywicielki poczuł się bardziej skory do posłuszeństwa i zeskoczył na podłogę.

– Lady Danbury – powiedziała Elizabeth z przyganą w głosie – sama pani wie, że ten kot jest za gruby.

– Nonsens!

Elizabeth pokręciła głową. Malcolm ważył dobre sześć kilo, chociaż sporą z tego część stanowiło futro. Miała powody, by tak sądzić – codziennie po powrocie do domu spędzała część wieczoru, czyszcząc szczotką ubranie z jego sierści.

Co było zresztą godne uwagi, zważywszy, że ten koci snob nie dał się jej wziąć na ręce ani razu przez całe pięć lat.

– Dobry kiciuś – mruczała lady, wyciągając ręce.

– Głupie kocisko – mruknęła pod nosem Elizabeth, gdy kot się zatrzymał i rzucił jej bezczelne spojrzenie, by następnie spokojnie ruszyć w dalszą drogę.

– Taki jesteś słodki – lady pogłaskała swego pupila po brzuchu – taki słodki…

Kot wyciągnął się jej na kolanach. Ułożył się na grzbiecie z luźno zwisającymi łapami.

– To nie kot – zauważyła kwaśno Elizabeth – to jakaś szmatka.

Lady Danbury uniosła brew.

– Wiem, że tak nie myślisz, Lizzie Hotchkiss.

– Owszem, myślę.

– Nonsens! Przepadasz za Malcolmem.

– W równym stopniu jak za szarańczą.

– W każdym razie Malcolm przepada za tobą.

Kot uniósł głowę. Elizabeth mogłaby przysiąc, że pokazał jej język. Zerwała się z krzesła, krzycząc oburzona:

– Ten kot jest gorszy od zarazy! Idę do biblioteki!

– Dobry pomysł. Znajdź mi jakąś książkę.

Elizabeth zrobiła parę kroków.

– Tylko bez żadnych „ten był ojcem tamtego”!

Dziewczyna zaśmiała się mimo woli i ruszyła przez hol do biblioteki. Stukot jej obcasów urwał się, kiedy zaczęła stąpać po dywanie. Zatrzymała się i westchnęła. Boże drogi, ileż tu książek! Od czego, na miłość boską, zacząć!

Wybrała kilka powieści, potem zdjęła z półek komedie Szekspira. Po chwili dołączył do nich cienki zbiorek poezji. Miała właśnie wracać do salonu, gdy jej wzrok przyciągnęła inna książka.

Niezwykle mały tomik oprawiony w jaskrawoczerwoną skórę o najbardziej krzykliwym odcieniu, jaki Elizabeth widziała w życiu. A już najdziwniejsze wydało się jej, że leżał na płask. Na płask w bibliotece, która świetnie mogłaby ilustrować znaczenie słowa „porządek”. Nawet kurz nie ważył się tu osiadać, a już na pewno nic nie mogło sobie tak po prostu leżeć.

Odłożyła naręcze książek, zdjęła tomik z półki i obróciła go, by odczytać tytuł.

Jak poślubić markiza.

Upuściła książkę z niejasnym przeczuciem, że za chwilę uderzy w nią grom. Ktoś sobie musiał z niej zadrwić. Przecież nie dalej jak dzisiaj postanowiła wyjść za mąż, i to wyjść za mąż dobrze!

– Susan? – zawołała. – Lucas? Jane?

Potrząsnęła głową. Teraz to się dopiero wygłupiła! Żadne z jej rodzeństwa, choć tupetu im nie brakowało, nie odważyłoby się zakraść do domu hrabiny, żeby podłożyć książkę i…

Ale z drugiej strony, pomyślała, obracając w palcach cienki czerwony tomik, książka nie wyglądała, jakby zrobiono ją dla głupiego dowcipu. Oprawę miała solidną, z dobrej skóry. Dziewczyna rozejrzała się ukradkiem, żeby upewnić się, czy nikt jej nie obserwuje – chociaż sama nie wiedziała, dlaczego czuje się tak zakłopotana – i ostrożnie otworzyła ją na pierwszej stronie.

Książkę napisała niejaka pani Seeton, a wydano ją w roku 1792, a więc w roku, w którym Elizabeth przyszła na świat. Zabawny zbieg okoliczności, pomyślała dziewczyna. Nie należała jednak do osób przesądnych. I z całą pewnością nie było konieczne, żeby jakaś książczyna dyktowała jej, jak kierować swoim życiem.

Poza tym, co mogła o markizach wiedzieć jakaś pani Seeton? Przecież gdyby jej samej udało się któregoś poślubić, byłaby lady Seeton.

Elizabeth zamknęła książkę zdecydowanym ruchem i starannie odłożyła na miejsce, upewniając się, że leży na płask, dokładnie tak, jak przedtem. Nie chciała, by ktoś pomyślał, że interesuje się czymś równie niepoważnym.

Podniosła przygotowany stosik i pośpieszyła z powrotem do salonu. Lady Danbury wciąż siedziała na fotelu, głaszcząc kota i wyglądając przez okno.

– Przyniosłam kilka książek – powiedziała głośno Elizabeth. – Nie sądzę, żeby można w nich znaleźć wiele „ten był ojcem tamtego”, chociaż może u Szekspira…

– Mam nadzieję, że to nie tragedie.

– Nie, pomyślałam sobie, że w pani obecnym nastroju bardziej odpowiadałyby pani komedie.

– Dobra dziewczyna – mruknęła hrabina z aprobatą. – Coś poza tym?

Elizabeth zamrugała i zerknęła na stos tkwiący w jej ramionach.

– Kilka powieści i trochę poezji.

– Do pieca z poezją!

– Przepraszam?

– No dobrze, nie do pieca. Te książki są na pewno więcej warte niż drewno na opał. Ale nie mam ochoty na poezję. Ten zbiorek musiał kupić mój nieżyjący mąż. Był z niego straszny marzyciel.

– Rozumiem – bąknęła Elizabeth, głównie dlatego, iż miała poczucie, że powinna coś powiedzieć.

Lady Danbury podskoczyła nagle, chrząknęła i nerwowo zamachała ręką.

– A może byś tak poszła wcześniej do domu?

Elizabeth usta otworzyły się ze zdumienia. Lady Danbury nigdy nie zwalniała jej wcześniej.

– Muszę się spotkać z tym piekielnym zarządcą, a do tego z pewnością nie jesteś mi potrzebna. Poza tym, jeśli ma oko na ładne młode dziewczyny, nie będę mogła z nim spokojnie porozmawiać, jak mi się tu będziesz kręcić.

– Lady Danbury, nie wydaje mi się, żebym…

– Nonsens! Jesteś całkiem niebrzydka. Mężczyźni przepadają za jasnymi włosami. Już ja to wiem. Miałam włosy tak jasne, jak twoje teraz.

Elizabeth uśmiechnęła się.

– Dalej są jasne.

– Są siwe, ot co! – odparła ze śmiechem lady Danbury. – Jesteś taka słodka! I zamiast siedzieć tu ze mną, powinnaś się rozejrzeć za jakimś mężem.

– Ja… och!

Co można odpowiedzieć na taką uwagę?

– To bardzo szlachetne z twojej strony, że poświęcasz się rodzeństwu, ale przecież tobie też się coś od życia należy.

Elizabeth wpatrywała się w chlebodawczynię, czując z przerażeniem, że do oczu napływają jej łzy. Pracowała u hrabiny od pięciu lat, ale nigdy wcześniej nie rozmawiały o takich sprawach.

– To ja już… ja już sobie pójdę, skoro pani mówi, że mogę wyjść wcześniej.

Lady Danbury skinęła głową z wyrazem dziwnego rozczarowania na twarzy. A może miała nadzieję, że Elizabeth będzie chciała dalej roztrząsać temat?

– Tylko odłóż zbiorek poezji na swoje miejsce, zanim wyjdziesz – poleciła. – Na pewno nie będę do niego zaglądała, a nie mam co liczyć na to, że służba będzie umiała utrzymać porządek w mojej bibliotece.

– Już odkładam. – Elizabeth zostawiła resztę książek na końcu stołu, zebrała swoje rzeczy i pożegnała się jak zwykle. Kiedy szła do wyjścia, Malcolm zeskoczył z kolan lady Danbury i ruszył za nią.

– Widzisz? – zapiała lady D. – A nie mówiłam, że on za tobą przepada?

Idąc przez hol, Elizabeth mierzyła kota podejrzliwym spojrzeniem.

– Czego chcesz, Malcolmie?

Kot obnażył zęby i stojąc z rozedrganym nagle ogonem, prychnął dziko.

– Och! – wykrzyknęła Elizabeth, upuszczając tomik poezji. – Ty mała bestio! Żeby tak leźć za kimś tylko po to, by na niego prychać…

– Czyś ty rzuciła w mojego kota książką? – rozległo się gniewne pytanie.

Elizabeth postanowiła je zignorować. Wymierzyła w Malcolma palec i syknęła ze złością:

– Wracaj do pani, ty podłe stworzenie!

Malcolm oddalił się z godnością, dumnie dzierżąc ogon wysoko w powietrzu.

Elizabeth odetchnęła głęboko i weszła do biblioteki. Zbliżyła się do półek z poezją, celowo ustawiając się tyłem do małej czerwonej książki. Nie chciała o niej myśleć, nie chciała jej widzieć…

Do diabła, przecież to szkaradzieństwo wydawało się wręcz emanować żarem! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by Elizabeth równie silnie uświadamiała sobie obecność jakiegoś przedmiotu.

Odłożyła tomik poezji i podeszła do drzwi, czując, jak narasta w niej złość. Ta śmieszna książczyna nie ma prawa tak na nią działać! To właśnie stroniąc od niej jak od zarazy, przyznawała jej nad sobą władcę, której książka mieć nie mogła…

– Och, skaranie boskie! – wybuchła wreszcie.

– Mówiłaś coś? – zawołała lady D. z głębi mieszkania.

– Nie, nie! Ja tylko… hm… potknęłam się o brzeg dywanu.

Wymamrotała pod nosem przekleństwo i na palcach wróciła do biblioteki. Czerwony tomik leżał sobie spokojnie na miejscu, by pod dotknięciem jej ręki obrócić się nagle i zakłuć w oczy nienawistnym tytułem.

Jak poślubić markiza.

Nic się nie zmieniło. Książka wyglądała dokładnie tak samo jak przed chwilą. Wydawała się patrzeć na Elizabeth bezczelnie, szydzić z niej, jakby już samą swoją obecnością dowodziła, że dziewczynie zabraknie tupetu, by ją przeczytać.

– To tylko książka. Tylko głupia, mała książka w tandetnej oprawie – mruknęła Elizabeth.

Ale tak bardzo potrzebowała pieniędzy. Lucasa trzeba będzie wysłać do Eton. Jane płakała przez okrągły tydzień, kiedy skończyła się jej ostatnia tubka pasteli. A oboje rośli jak na drożdżach. Dla Jane mogłaby przerobić stare sukienki Susan, ale Lucas potrzebował ubrań stosownych do swojej pozycji.

Do dostatku mogło prowadzić tylko małżeństwo, a ta bezczelna książczyna obiecywała mariaż, i to mariaż niebanalny. Elizabeth nie była naiwna. Nie sądziła, że zdoła zainteresować sobą jakiegoś markiza. Uważała jednak, że kilka mądrych porad mogłoby jej pomóc złowić przyjemnego ziemianina – z wcale przyjemnym majątkiem. Wyszłaby nawet za mieszczanina. Ojciec przewróciłby się w grobie, ale cóż… Elizabeth była przekonana, że znalazłby się niejeden zamożny kupiec, skłonny poślubić zubożałą córkę baroneta.

Poza tym to przez ojca znalazła się w takich opałach. Gdyby nie…

Potrząsnęła głową. Też sobie znalazła moment na wspominanie! Powinna się raczej skupić na dniu dzisiejszym.

Mężczyźni. Prawdę mówiąc, nie znała ich wcale. Nie wiedziała, o czym z nimi rozmawiać czy jak się zachowywać, by ich w sobie rozkochać.

Wpatrzyła się w książkę z namysłem.

Rozejrzała się. Czy aby ktoś nie nadchodzi?

Wzięła głęboki wdech. Błyskawicznym ruchem wrzuciła książkę do torebki.

A potem wybiegła z domu.

James Sidewell, markiz Riverdale, lubił unikać rozgłosu. Nic nie sprawiało mu większej przyjemności, niż wtapianie się w tłum i przysłuchiwanie rozmowom ludzi. I prawdopodobnie właśnie dlatego tyle satysfakcji dawała mu praca w ministerstwie wojny.

Był w niej zresztą piekielnie dobry. Ta sama twarz i postura, które skupiały na sobie tyle uwagi w londyńskich salach balowych, gubiły się w tłumie ze zdumiewającą łatwością. Wystarczało, żeby z jego oczu zniknął władczy błysk, ramiona pochyliły się lekko, i już nikt nie domyślał się w nim człowieka ze szlachetnego rodu.

Rzecz jasna, brązowe oczy i ciemne włosy czyniły sprawę jeszcze łatwiejszą. Nie wyróżniały się. James podejrzewał, że rudowłosi agenci mieli przed sobą dużo trudniejsze zadanie.

Mimo to rok wcześniej został zdemaskowany. Rozpoznał go jeden z napoleońskich szpiegów. A teraz ministerstwo odmawiało przydzielenia mu zadań bardziej ekscytujących niż wyłapywanie drobnych przemytników.

James poddał się losowi z ciężkim westchnieniem i pozorną rezygnacją. Zapewne i tak była najwyższa pora, żeby zająć się majątkami i tytułem. No i powinien się wreszcie ożenić – choć wizja ta nie wydawała się mu szczególnie kusząca – i zadbać o następcę. Dlatego też całą swoją uwagę poświęcił londyńskiej socjecie, w której pojawienie się markiza, zwłaszcza młodego i przystojnego, nie mogło przejść bez rozgłosu.

Jego odczucia oscylowały między obrzydzeniem, nudą a rozbawieniem. Obrzydzenie budził fakt, że młode damy – i ich szacowne rodzicielki – widziały w nim jedynie zwierzynę łowną, którą należy jak najszybciej upolować. Znudzenie – po latach politycznych intryg kolor wstążek czy krój płaszcza nie jawił się mu jako szczególnie fascynujący temat do konwersacji. I wreszcie rozbawienie, gdyby bowiem nie jego poczucie humoru, chyba by oszalał.

Kiedy specjalny posłaniec doręczył mu list od ciotki, James nie posiadał się z radości. Teraz, gdy zbliżał się do jej domu w Surrey, wyjął pismo z kieszeni i ponownie je przeczytał.

Riverdale!

Pilnie potrzebuję Twojej pomocy. Staw się niezwłocznie w moim domu. Podróżuj skromnie. Zapowiem Cię wszystkim jako mojego nowego zarządcę. Od teraz nazywasz się James Siddons.

Agatha, lady Danbury

James nie miał pojęcia, jakie sprawy mogły wymagać jego natychmiastowego przyjazdu. Wiedział jedno: wezwanie to stanowiło najlepsze lekarstwo na nudę oraz idealną wymówkę, która pozwoli mu wymknąć się z Londynu bez wyrzutów sumienia.

Podróżował wynajętym powozem; zarządcy nie byłoby stać na konie tak szlachetne jak te, które posiadał. Ostatnią milę od centrum miasta do siedziby lady Danbury przebył piechotą. Wszystko, czego potrzebował, mieściło się w jednej torbie.

W oczach świata był zwyczajnym panem Jamesem Siddonsem, dżentelmenem, rzecz jasna, ale niezbyt zamożnym. Odpowiednie ubrania znalazł gdzieś w głębi szafy – nie najtańsze, ale wytarte na łokciach i o nie najmodniejszym kroju. Parę ciachnięć kuchennymi nożycami wystarczyło, by elegancka fryzura, którą zafundował sobie zaledwie tydzień wcześniej, znikła bez śladu. Praktycznie rzecz biorąc, markiz Riverdale przestał istnieć i James nie mógłby być z siebie bardziej zadowolony.

Naturalnie, w planach lady Danbury istniało jedno poważne niedopatrzenie, ale czegóż innego można spodziewać się po amatorce. James nie był w Surrey od blisko dziesięciu lat; służba nie pozostawiała mu wiele wolnego czasu, poza tym nie chciał ciotki narażać na niebezpieczeństwo. Mimo to istniało pewne ryzyko, że ktoś go rozpozna, jakiś stary służący, lokaj na przykład. U ciotki się przecież wychowywał.

Z drugiej strony ludzie zazwyczaj widzieli to, co spodziewali się zobaczyć. I jeśli James będzie zachowywał się jak zarządca, będą widzieli w nim zarządcę.

Był tuż-tuż – właśnie miał wejść na schody – gdy drzwi frontowe otworzyły się nagle i wybiegła z nich drobna blondynka ze spuszczoną głową i oczami wbitymi w ziemię. Poruszała się tak szybko, że James nie zdążył nawet ust otworzyć, a już wpadła na niego z całym impetem.

Ich ciała zderzyły się z głuchym pacnięciem. Dziewczyna pisnęła cienko, odbiła się od niego i wylądowała niezgrabnie na ziemi. Z jej jasnych, złotych włosów zsunęła się wstążka, spinka czy jak to tam kobiety nazywają, uwalniając jedno grube pasmo, które opadło dziwacznie na jej ramię.

– Najmocniej przepraszam – powiedział James, wyciągając rękę, żeby pomóc jej wstać.

– Nie, nie – zaprotestowała, otrzepując spódnice – to moja wina. Nie patrzyłam przed siebie.

Podniosła się sama i James poczuł się dziwnie zawiedziony. Jak on nie miała rękawiczek i poczuł nagłą ochotę, by dotknąć jej dłoni.

Oczywiście nie mógł tego powiedzieć. Mógł tylko pomóc pozbierać drobiazgi, które wysypały się z jej torebki. Dziewczyna zaczerwieniła się, gdy wyciągnął w jej stronę rękawiczki.

– Tak dzisiaj gorąco… – tłumaczyła się, patrząc na nie z rezygnacją.

– Niech ich pani nie zakłada – rzucił swobodnie. – Jak pani widzi, sam potraktowałem pogodę jako wymówkę, by nie zakładać swoich.

Na chwilę zatrzymała wzrok na jego dłoniach, pokręciła głową i powiedziała półgłosem:

– To chyba najdziwniejsza rozmowa w moim życiu.

Uklękła, by pozbierać resztę rzeczy, a James poszedł w jej ślady. Podniósł z ziemi chusteczkę i sięgał właśnie po książkę, gdy dziewczyna wydała z siebie przedziwny odgłos – jakby stłumiony szloch – i wyrwała mu ją spod palców.

James poprzysiągł sobie w duchu, że dowie się, co to za książka.

Usłyszał kilka nerwowych pokasływań i ciche:

– Dziękuję za pomoc. Bardzo pan uprzejmy.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział machinalnie, szukając wzrokiem książki. Ale Elizabeth zdążyła już ją schować.

Uśmiechnęła się, zażenowana, i dyskretnie wsunęła rękę do torebki, żeby upewnić się, czy tomik jest nadal na miejscu, bezpiecznie ukryty przed wzrokiem mężczyzny. Gdyby ją przyłapano na czytaniu podobnych głupstw, spaliłaby się ze wstydu. W tym, że niezamężne kobiety szukają męża, nie było niczego niezwykłego, ale tylko najżałośniejsza dałaby się przyłapać na takiej lekturze.

Milczał, taksując Elizabeth wzrokiem, a ona zdenerwowała się jeszcze bardziej. W końcu nie wytrzymała:

– To pan jest nowym zarządcą? – spytała.

– Owszem.

– Rozumiem – zakasłała nerwowo. – Zatem powinnam się przedstawić. Zapewne będziemy się często spotykać. Jestem Elizabeth Hotchkiss, dama do towarzystwa lady Danbury.

– Ach, tak. Siddons, prosto z Londynu.

– Miło mi pana poznać, panie Siddons – odparła z uśmiechem, który wydał mu się dziwnie ujmujący. – Jeszcze raz przepraszam, ale muszę już iść.

Odczekała chwilę, by się odkłonił, i oddaliła się pośpiesznie, zaciskając rękę na torebce, jakby od tego zależało jej życie.

James patrzył za nią, nie mogąc oderwać wzroku od jej niknącej w dali sylwetki.

2

James!

Nieczęsto się zdarzało, by Agatha Danbury wydawała z siebie radosny pisk, ale James był jej ukochanym siostrzeńcem. Prawdę mówiąc, lubiła go chyba bardziej niż którekolwiek z rodzonych dzieci. On przynajmniej był na tyle rozsądny, by nie wtykać głowy między metalowe sztachety.

– Jak cudownie cię widzieć!

James pochylił się i nadstawił policzek.

– Cudownie, powiadasz? – zapytał. – Można by wręcz pomyśleć, że mój przyjazd cię zaskoczył. A przecież świetnie wiesz, że nie mógłbym zignorować wezwania od ciebie. To tak, jakby nie stawić się na wezwanie samego księcia regenta.

– Tak, tak.

Zastanowiła go ta ogólnikowa odpowiedź.

– Agatha, nie próbujesz chyba prowadzić ze mną jakichś dziwnych gierek?

Wyprostowała się majestatycznie w fotelu.

– Mógłbyś mnie podejrzewać o coś takiego?

– Bez mrugnięcia okiem – rzekł z beztroskim uśmiechem, siadając. – Wszystkich najlepszych sztuczek nauczyłem się od ciebie.

– Cóż, prawda. Ktoś musiał cię wziąć pod swoje skrzydła – odpowiedziała. – Biedne dziecko! Gdybym tego nie zrobiła…

– Agatha – rzucił James oschle. Nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje na temat swojego dzieciństwa. Zawdzięczał ciotce wszystko – nawet swoją duszę. Ale nie chciał o tym rozmawiać. Nie teraz.

– Akurat tak się składa – oznajmiła, pociągając nosem – że nie bawię się w żadne gierki. Padłam ofiarą szantażu.

James aż pochylił się w jej stronę. Agatha szantażowana? Starsza pani miała swoje wady, ale też była z gruntu uczciwa i po prostu nie umiał sobie wyobrazić, by mogła popełnić coś, czego można by użyć przeciwko niej.

– Możesz to w ogóle pojąć? Żeby ktoś okazał się na tyle bezczelny, by mnie szantażować?! Hm. Gdzie jest kot?

– Gdzie jest kot? – powtórzył jak echo.

– Maaaalcooolm!

James zamrugał i przyglądał się, jak do pokoju wtacza się monstrualnie otyłe kocisko. Następnie ruszyło w jego stronę, by wreszcie wskoczyć mu na kolana.

– Prawda, jaki przyjazny? – zakwiliła Agatha.

– Nie znoszę kotów.

– Malcolma pokochasz.

Uznał, że łatwiej mu będzie znieść zachowanie kota niż kłótnię z ciotką.

– Masz jakieś podejrzenia co do tego, kto mógłby cię szantażować?

– Żadnych.

– A można wiedzieć, czym cię szantażuje?

– To takie krępujące – powiedziała cicho, a jej bladoniebieskie oczy zalśniły od łez.

James poczuł niepokój, ciotka Agatha nigdy nie płakała. Niewiele było w jego życiu rzeczy, które można by nazwać całkowicie i ostatecznie niezmiennymi – ale charakter ciotki należał do nich bezsprzecznie. Nie owijała niczego w bawełnę, miała osobliwe poczucie humoru, kochała go ponad miarę i nigdy nie płakała. Nigdy.

Chciał do niej podejść, ale zatrzymał się w pół kroku. Ciotka nie życzyłaby sobie słów otuchy. Odebrałaby je jako dowód swojej słabości. Poza tym kot nie wykazywał najmniejszej ochoty, by zeskoczyć z jego kolan.

– Masz list? – zapytał miękko. – Zakładam, że jakiś dostałaś.

Skinęła głową, podniosła książkę, która leżała na stoliku obok, i wyjęła spomiędzy jej stronic pojedynczą kartkę papieru. Podała mu ją w milczeniu.

James delikatnie zepchnął kota na podłogę i wstał. Podszedł do ciotki, wziął list i nawet nie siadając, przeczytał go szybko.

Lady D!

Znam Pani tajemnice. I tajemnice Pani córki. Moje milczenie będzie Panią kosztować.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Małżeństwo doskonałe Oświadczyny Jeden pocałunek Miłosne tajemnice Sekrety małżeństwa Wszystkie nasze pocałunki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy