Najbardziej pomysłowe fortele w II wojnie światowej

Najbardziej pomysłowe fortele w II wojnie światowej

Autorzy: William B. Breuer

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 17.40 zł

Autor militarnych bestsellerów sprzedanych w Polsce w blisko 130 000 egzemplarzy


Podstęp, kamuflaż, mistyfikacja, dezinformacja – najbardziej pomysłowe fortele 1939-45
• Brytyjski agent w niemieckiej szkole szpiegów i niemieccy szpiedzy w Białym Domu
• Kradzież planów Linii Maginota i tajnej broni Hitlera
• „Zdobycie” Belgradu przez dziewięciu Niemców
• Przemycanie okrętów do Wielkiej Brytanii
• Fałszywa flota podwodna i fikcyjny marszałek polny
• Tajna agentka Greta Garbo
• Plan porwania papieża

Sensacyjna książka wykorzystuje odtajnione dokumenty – materiały archiwalne, wypowiedzi uczestników i świadków wydarzeń, wspomnienia żołnierzy, agentów i cywilów. I odkrywa zakulisowe niekonwencjonalne i ryzykowne akcje, których celem było zmylenie wroga.

Redaktor serii Wojna i Militaria

Zbigniew Foniok

Redakcja stylistyczna

Jolanta Rudzińska

Korekta

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Everett Historical/Shutterstock

Tytuł oryginału

Deceptions of World War II

Poprzednie polskie wydania książki pod tytułem

Największe oszustwa w II wojnie światowej

Copyright © 2001 by William B. Breuer.

All Rights Reserved.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6513-1

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Książkę tę poświęcam Desmondowi Thomasowi Dossowi, który powodowany nakazami sumienia, odmówił noszenia broni, ale podczas II wojny światowej zgłosił się do ochotniczej służby jako sanitariusz.

Ciężko ranny na Okinawie, otrzymał za bezprzykładną waleczność najwyższe odznaczenie wojskowe, Congressional Medal of Honor.

Wstęp

Siła i podstęp to dwa podstawowe elementy sztuki wojennej. Nic się nie zmieniło pod tym względem od czasów Sun-tzu, słynnego chińskiego wodza, który na początku IV wieku p.n.e. podbił ogromne obszary Azji. W dziele Ping-fa (Sztuka wojenna) sformułował swą teorię militarną: „Osłabiaj wroga, oszukuj go i trzymaj w niepewności, podważaj jego morale, a będzie musiał się poddać”.

Ponad 2000 lat później obie strony walczące na frontach II wojny światowej powszechnie stosowały podstępy, intrygi, fałszerstwa i kłamstwa. Był to sposób na zyskanie militarnej, ekonomicznej, politycznej lub psychologicznej przewagi nad przeciwnikiem – zgodnie z opisywaną przez Sun-tzu doktryną oszustwa.

Zachodni alianci (zwłaszcza Brytyjczycy, później Amerykanie), a także Niemcy, umiejętnie łączyli zalecenia starożytnego chińskiego teoretyka ze zdobyczami najnowocześniejszej technologii, aby zyskać choćby nieznaczną przewagę. Jej zdobycie mogło przynieść zwycięstwo, utrata – klęskę.

Służby wywiadowcze obu obozów, jak również dowódcy wojskowi nieustannie obmyślali podstępy i pułapki, aby zdezorientować wroga, wykorzystać jego obawy i zniszczyć ducha bojowego żołnierzy. Oszustwa i intrygi miały skłonić dowódców wojsk przeciwnika, by skupili uwagę na tym, co stratedzy drugiej strony chcieli im zasugerować, nie dostrzegli zaś tego, co miało pozostać w ukryciu.

Sprytne machinacje, jeśli zostały uwieńczone sukcesem, mogły doprowadzić przeciwnika do podjęcia błędnej decyzji dotyczącej dyslokacji wojsk. A wtedy nie znajdowały się one tam, gdzie były najbardziej potrzebne. Efektem była strata czasu, ludzi i sprzętu.

Powstało wiele książek opisujących wielkie bitwy, strategiczne plany i podejmowane na najwyższym szczeblu decyzje, a także śmiałość i odwagę okazywane w walkach II wojny światowej. Zdecydowanie zbyt rzadko przedstawiono natomiast sytuacje, w których decydującą rolę odegrały oszustwo, intryga i podstęp. Ta książka ma wypełnić tę lukę.

Część I

U progu wojny

Brytyjski agent w niemieckiej szkole szpiegów

Na początku 1937 roku, cztery lata po zdobyciu pełni władzy w Niemczech, Adolf Hitler rozkazał Abwehrze, wywiadowi Wehrmachtu, rozbudować siatkę szpiegowską w Wielkiej Brytanii. Za realizację tego planu był odpowiedzialny pułkownik Karl Busch, doświadczony oficer wywiadu kierujący anglo-amerykańskim wydziałem Abwehry.

Działając z typowo niemiecką sprawnością, Busch zbudował w Wielkiej Brytanii dwie niezależne siatki wywiadowcze. Pierwsza składała się z mało znaczących agentów, wśród nich było wiele niemieckich dziewcząt. Trafiały one jako służące do rodzin brytyjskich prominentów, między innymi pracowały w domach dwóch admirałów.

Agentki, podobnie jak pozostałych niemieckich szpiegów, szkolono w zakonspirowanej szkole szpiegów działającej pod nazwą Zakład im. Klopstocka. Mieścił się on w wielopiętrowym gmachu obok komendy policji w Hamburgu. Adeptki uczyły się tam przyrządzać angielskie befsztyki, obsługiwać nadajniki radiowe i wykonywać zdjęcia miniaturowymi aparatami, które łatwo można było ukryć w kieszeni.

Szpiegowskie rzemiosło poznawały nie tylko kandydatki na pokojówki. Kształcono tam również mężczyzn, setki przyszłych szpiegów, a ich nauka niczym nie różniła się od zwykłych zajęć szkolnych. Wykładowcy stali na katedrze, na tle szkolnych tablic. Byli to przeważnie ukrywający się pod pseudonimami niemieccy szpiedzy, którzy podczas I wojny światowej zdobywali doświadczenia we Francji i w Wielkiej Brytanii.

Uczniowie zgłębiali tajniki szyfrowania, nowoczesne materiały wybuchowe i trucizny. Uczono ich obsługi nadawczo-odbiorczych urządzeń radiowych zwanych Agenten-Funk (w skrócie Afu), które ważyły zaledwie 15 kilogramów i mieściły się w podręcznej walizeczce. Przyswajali sobie także zasady posługiwania się aparatami Leica, wyposażonymi w specjalne obiektywy. Dowiadywali się również, jak przygotować mikrofilm – skrawek celuloidu o powierzchni mniejszej od połówki znaczka pocztowego. Ten wynalazek uważano wówczas za prawdziwy cud nowoczesnej techniki.

Ani niemieckie Mädchen służące w brytyjskich domach, ani inni agenci Pierwszej Siatki nie zdawali sobie sprawy, że zostali z góry spisani na straty. Wprawdzie część gromadzonych przez nich informacji okazała się przydatna oficerom Abwehry w Hamburgu, ale sam pułkownik Busch traktował Pierwszą Siatkę jako coś w rodzaju gigantycznej przynęty. W razie wybuchu wojny między Niemcami a Wielką Brytanią ich głównym zadaniem miało być przede wszystkim koncentrowanie na sobie uwagi wszystkich sił niezbyt rozbudowanego brytyjskiego kontrwywiadu MI-5 i szacownego Scotland Yardu. Zakładano, że brytyjscy funkcjonariusze będą uganiać się po całym kraju za szpiegowskimi płotkami. Umożliwiłoby to prowadzenie swobodnej działalności głęboko zakonspirowanym agentom Drugiej Siatki, którzy od wielu miesięcy, a nawet lat starali się wtopić w brytyjskie społeczeństwo. Udawali farmerów, jubilerów, kupców, robotników, a nawet prawników i lekarzy. Czekali w ukryciu, wcielając się na co dzień w rolę lojalnych poddanych Korony. Dopiero po wybuchu wojny mieli uruchomić ukryte radiostacje Afu i rozpocząć wysyłanie do hamburskiej centrali wartościowych informacji.

Na początku 1938 roku pułkownik Hinchley Cooke, ostrożny i zrównoważony oficer MI-5, nabrał przekonania, że penetracja Abwehry sięgnęła bardzo głęboko. Josepha Kelly’ego, brytyjskiego murarza, kontrwywiad złapał na gorącym uczynku, kiedy kradł plany nowych instalacji obronnych. Kelly sprzedał kilka ściśle tajnych dokumentów rzekomemu hitlerowskiemu agentowi, który w rzeczywistości był jednym z ludzi Cooke’a. Po aresztowaniu, w obliczu nieuchronnej kary, Kelly zdecydował się mówić. Wydał kilku współpracowników, a nawet swego zwierzchnika w Wielkiej Brytanii, agenta Abwehry Walthera Reinhardta, działającego oficjalnie w charakterze niemieckiego konsula w Liverpoolu.

Groźba wojny w Europie stawała się coraz bardziej realna, a gromadzone przez pułkownika Cooke’a kartoteki niemieckich agentów systematycznie rosły. Postanowiono nie niepokoić podejrzanych, bo wtedy zapewne zostaliby natychmiast wycofani do Niemiec, a ich miejsce zajęliby nowi szpiedzy, jeszcze nierozpracowani przez MI-5.

Mniej więcej w tym samym czasie Cooke dowiedział się, że Abwehra szkoli swoich agentów w hamburskim Zakładzie im. Klopstocka, i postanowił umieścić tam swojego szpiega. Zadanie wydawało się niemal niewykonalne, ale Cooke’owi udało się znaleźć młodego językoznawcę, który zdobył tam posadę. Miał uczyć przyszłych szpiegów codziennej angielszczyzny.

Od tej chwili MI-5 w Londynie otrzymywał od swojego agenta informacje i natychmiast przejmował wszystkich niemieckich „turystów” kierowanych do Anglii. Nie aresztowano ich, lecz jedynie dyskretnie obserwowano. W krótkim czasie każdy z niemieckich szpiegów miał już grube dossier z danymi nie tylko o swej działalności, ale także o pracy, domu, zainteresowaniach, rozrywkach itp.

Brytyjski agent z Hamburga wymyślił kilka sposobów informowania MI-5 o przybyciu niemieckiego szpiega. Każdy z agentów przed rozpoczęciem swojej misji przechodził u niego obowiązkowe szkolenie na temat zachowania się w Anglii, angielskich obyczajów i życia codziennego. Radził im wówczas, żeby zaraz po przyjeździe wpłacali otrzymane od Abwehry pieniądze na książeczkę oszczędnościową, co miało ich chronić przed utratą gotówki i stanowić zabezpieczenie na wypadek ewentualnych komplikacji, np. opóźnień w kolejnych wypłatach z Hamburga. Następnie sugerował, aby tuż po przybyciu zaprezentowali swoją pozycję i majątek. Ważne było, by policja dowiedziała się, że przybysz jest człowiekiem majętnym, a najłatwiej można było to osiągnąć, zgłaszając na komisariacie informację o zagubieniu książeczki oszczędnościowej.

Wszystkie te manipulacje zapewne wydałyby się Brytyjczykom co najmniej dziwactwem, ale niedostatecznie wyszkoleni niemieccy szpiedzy in spe gorliwie korzystali z udzielanych im rad, a ich zachowanie wkrótce po przyjeździe sygnalizowało brytyjskiemu kontrwywiadowi pojawienie się kolejnego agenta. Cudzoziemcy zgłaszający zaginięcie książeczki oszczędnościowej natychmiast trafiali na listę podejrzanych w MI-5.

Dzięki hamburskiemu agentowi, a także innym informatorom, MI-5 i zajmujący się szpiegostwem wydział specjalny Scotland Yardu dysponowały w przededniu wojny stosunkowo sporą wiedzą o obu niemieckich siatkach. Pierwszą tworzyło wówczas około 400 agentów, natomiast do drugiej należało 35 osób.

Tymczasem w Hamburgu kapitan Herbert Wichmann, szef brytyjskiego wydziału Abwehry, dowiedział się o wyznaczonym przez Hitlera terminie inwazji na Polskę. Miała ona nastąpić o świcie 1 września 1939 roku. Wysłał więc sygnał do swoich agentów na Wyspach Brytyjskich, żeby przygotowali się do podjęcia działań.

Wichmann, człowiek pracowity, lojalny, ale niezbyt bystry, przypominał hitlerowskich oficerów z hollywoodzkich filmów: krótko ostrzyżony, z monoklem i ze szramą po pojedynku na twarzy. To nie on jednak był twórcą niemieckiej siatki szpiegowskiej w Anglii. Od lat rozbudowywał ją mozolnie jego poprzednik – krępy, niechlujny, pozornie ospały kapitan Joachim Burghardt. Jednak w połowie 1939 roku w wyniku jakiejś rozgrywki personalnej został nagle usunięty w berlińskiej centrali Abwehry.

Potężna machina wojenna Hitlera ruszyła na Polskę zgodnie z planem i z trzech stron zbliżała się do Warszawy. Szybkość, siła i precyzja niemieckiej ofensywy nie miały precedensu, pod jej wpływem w wielu językach pojawiło się nowe określenie – Blitzkrieg (wojna błyskawiczna).

Hitler odrzucił brytyjskie ultimatum, a 3 września Anglia i Francja wypowiedziały wojnę III Rzeszy. Kilka godzin później funkcjonariusze MI-5 i Scotland Yardu, wyposażeni w informacje zebrane w ostatnich latach, rozpoczęli gigantyczną obławę na szpiegów.

W tym samym czasie w pilnie strzeżonym pomieszczeniu hamburskiej centrali kapitan Wichmann ponaglał łącznościowców, którzy raz po raz wysyłali agentom Pierwszej i Drugiej Siatki zakodowany sygnał: rozpocząć akcję. Wichmann nie mógł wiedzieć i nie miał powodu przypuszczać, że niemal cała jego wywiadowcza armia znajduje się już w więzieniu w Wormwood Scrubs, zarezerwowanym przez MI-5 na potrzeby tej operacji1.

Podstarzały niemiecki casanowa

Rudolf von Scheliha, podstarzały niemiecki arystokrata o nienagannych manierach, pracował w 1938 roku w niemieckiej ambasadzie w Warszawie. Układny, zawodowy dyplomata miewał kosztowne zachcianki. Mimo że miał stosunkowo zamożną żonę i otrzymywał sporą pensję, niemal bez przerwy tkwił w długach, głównie z powodu romansów ze znacznie młodszymi kobietami i kosztownego zamiłowania do hazardu.

Pewnej nocy Scheliha zwierzył się ze swoich kłopotów finansowych niemieckiemu dziennikarzowi. Kilka dni później odwiedził go sowiecki agent, kusząc sporą sumką. Przynęta chwyciła – Scheliha został zwerbowany przez sowiecki wywiad.

Dzięki swym wpływom w niemieckiej ambasadzie Scheliha miał dostęp do ściśle tajnych informacji, które skrupulatnie przekazywał swoim mocodawcom. Otrzymywał stosunkowo skromne honoraria, jednak pozwalały mu one nadal folgować zamiłowaniu do hazardu i erotycznych przygód.

Scheliha wdał się między innymi w burzliwy romans z atrakcyjną, znacznie od niego młodszą damą z warszawskich wyższych sfer. Romans wymagał dużych nakładów finansowych – dama miała kosztowne zachcianki, a dyplomata, starając się utrzymać ją przy sobie, udawał bardzo bogatego człowieka.

Pewnego wieczoru, pilnie potrzebując gotówki, zasiadł do całonocnej gry w karty w warszawskim hotelu Polonia. Przegrał ponad 50 000 złotych, a na spłatę długu miał tylko dwa tygodnie. Pod pierwszym lepszym pretekstem wyjechał do Berlina, gdzie rozpoczął gorączkowe poszukiwania informacji, które mogłyby skłonić Sowietów do hojniejszej zapłaty. Znalazł dowody, że Hitler przygotowuje się do zbrojnego zajęcia Austrii i Czechosłowacji, a po nich ma przyjść kolej na Polskę.

Po dostarczeniu do Warszawy tajnych dokumentów Scheliha skontaktował się ze swym sowieckim łącznikiem i zażądał od niego 10 000 dolarów gotówką, co stanowiło równowartość jego długu. Ten zaoferował mu tylko 1000 i transakcja nie doszła do skutku. Po tygodniu Scheliha dostał jednak wiadomość, że sowiecki partner zdecydował się znacznie podnieść stawkę i wyznaczył mu spotkanie w Zakopanem. Tam z kolei polecono mu udać się na nartach do pustego szałasu wysoko w Tatrach.

Scheliha, który mimo swego wieku zachował sprawność fizyczną, dotarł na wyznaczone miejsce. Ku jego zaskoczeniu, zamiast znanego mu łącznika z Warszawy, spotkał zupełnie obcego kuriera z Moskwy. Nie tracąc czasu na zbędne konwersacje, kurier zaproponował 6500 dolarów. Powiedział, że Moskwa traktuje tę ofertę jako ostateczną i niepodlegającą dalszej dyskusji. Radził też sprzedaż dolarów na czarnym rynku, co powinno przynieść zysk wystarczający na pokrycie długu.

Sowiecki agent bez owijania w bawełnę ujawnił w końcu instrukcje, jakie przekazano mu w Moskwie – gdyby Scheliha odrzucił ofertę, miał go natychmiast zabić. Niemiec zrezygnował z dalszych targów, przekazał przywiezione z Berlina dokumenty i wziął pieniądze. Stosując się do życzliwej rady, sprzedał dolary po czarnorynkowym kursie, biorąc za nie zresztą znacznie więcej, niż potrzebował na spłatę karcianych zobowiązań2.

Powrót „zwycięzcy”

Pierwszego czerwca 1937 roku, w piękny słoneczny dzień niemiecki transatlantyk „Europa” majestatycznie wypływał z nowojorskiego portu, kierując się do niemieckiego Bremerhaven. Doktor Ignatz Griebl oparty o reling patrzył na znikające w oddali zarysy budowli Manhattanu. U jego boku stała dobiegająca trzydziestki, wysoka, posągowej urody blondynka, znana w kręgach nowojorskiej elity jako Katherine Moog Busch.

Pyzaty okularnik Griebl był cenionym chirurgiem i położnikiem, z dochodową praktyką w Yorkville, zamieszkanej przez Niemców części Manhattanu nieprzypadkowo nazywanej Małym Berlinem.

Podczas I wojny światowej, zwanej wówczas Wielką Wojną, Griebl był oficerem armii niemieckiej, później ukończył medycynę na uniwersytecie w Monachium. W 1925 roku jako początkujący lekarz przeniósł się wraz z żoną Marią, byłą pielęgniarką w austriackiej armii, do Stanów Zjednoczonych, gdzie obydwoje uzyskali obywatelstwo amerykańskie.

Praktykującego w Yorkville Griebla zafascynowała postać Adolfa Hitlera i jego walka o „nowe Niemcy”. Wprawdzie w swym gabinecie wywiesił na ścianie nominację na stopień porucznika rezerwy w korpusie medycznym amerykańskich sił lądowych, nie przeszkodziło mu to jednak zwrócić się pod koniec 1935 roku do hitlerowskiego ministra propagandy, Josepha Goebbelsa, z ofertą agenturalnej współpracy. W odpowiedzi Goebbels wysłał przez kuriera sygnał, że oferta została przyjęta. Berlińska Abwehra zarejestrowała Griebla jako agenta A2339 (A oznaczało, że był aktywnym szpiegiem) pod kryptonimem Ilberg.

Ani małżeństwo, ani absorbujące obowiązki zawodowe nie przeszkadzały Grieblowi w jego licznych romansach. „Ignatzowi wydaje się, że jest darem niebios dla kobiet” – powiedział jeden z jego przyjaciół. Jego ówczesna przyjaciółka, Katherine Moog Busch, czyli Kate Moog, jak się przedstawiała, była nim po prostu urzeczona.

Moog wraz z sześcioosobową służbą mieszkała w luksusowym, 14-pokojowym apartamencie przy Riverside Drive 276 w Nowym Jorku. Pochodziła z zamożnej rodziny. Urodziła się w Niemczech, ale jeszcze jako mała dziewczynka przeniosła się z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. Sprawiała wrażenie beztroskiej kobietki, jednak były to tylko pozory. Bardzo zręcznie prowadziła rozliczne interesy, kierując kilkoma nowojorskimi przedsiębiorstwami.

Griebl, człowiek energiczny i pomysłowy, w ciągu dwóch lat zbudował rozległą siatkę wywiadowczą. Zadanie ułatwiał mu fakt, że Stany Zjednoczone nie prowadziły wówczas żadnej działalności kontrwywiadowczej. Nie funkcjonowała jeszcze jakakolwiek zajmująca się tym federalna agencja, a ludzie będący na kierowniczych stanowiskach w departamentach zajmujących się bezpieczeństwem kraju i przemyśle wojskowym wręcz lekceważyli elementarne wymogi bezpieczeństwa.

Griebl miał agentów w kluczowych dla amerykańskiego bezpieczeństwa miejscach, między innymi w Buffalo, Bostonie, Baltimore i Norfolk w Wirginii. Mieli oni dostęp do poufnych i tajnych informacji, na przykład dokumentacji wszystkich samolotów budowanych w zakładach Seversky Aero Corporation na Long Island, projektów modernizacji trzech niszczycieli, planów nowych lotniczych śmigieł o czterech łopatach, map instalacji obronnych i danych o składzie osobowym jednostek wojskowych.

Griebl i Kate Moog nie zdążyli się jeszcze rozgościć w luksusowym apartamencie F-21, który zajmowali na pokładzie „Europy”, gdy odwiedził ich ochmistrz Karl Schlueter. W rzeczywistości Schlueter był Ortstruppenführerem, czyli funkcjonariuszem NSDAP dysponującym nieograniczoną wręcz władzą. Jego polecenia musiał wypełniać nawet kapitan „Europy”. Griebl i Schlueter mieli wiele spraw do omówienia, a podróż liniowcem umożliwiała częste spotkania.

Kiedy „Europa” zacumowała w Bremerhaven, na nabrzeżu na Griebla i Kate Moog czekał uroczysty komitet powitalny z doktorem Erichem Pfeifferem, szefem bremeńskiego oddziału Abwehry na czele.

Pfeiffer był postacią dość zagadkową, człowiekiem o wielu nazwiskach. Agenci w terenie znali go jako „N. Spielmana”, „pana doktora” lub „doktora Endhoffa”. W Abwerze był oficerem prowadzącym Ignatza Griebla.

Kate Moog, przyjaciółka twórcy siatki wywiadowczej w Nowym Jorku. Nigdy nie została oskarżona („New York Post”)

Griebl przybył do Niemiec na „wakacje”, ale Abwehra zgotowała mu triumfalne przyjęcie z wszelkimi honorami. Kate Moog otwierała szeroko oczy ze zdumienia, olśniona tak godnym powitaniem. Jej przyjaciel okazał się personą o wiele ważniejszą, niż przypuszczała.

Griebl i Moog zostali natychmiast przewiezieni do Berlina ekspresowym pociągiem, w specjalnie zarezerwowanym przedziale, w którym dla ważnych gości serwowano nawet szampana z lodem. W stolicy zamieszkali w ogromnym, luksusowym apartamencie w Adlonie, jednym z najsłynniejszych hoteli w Europie.

Nie minęła godzina, kiedy usłyszeli energiczne pukanie do drzwi. Wszystko zostało zaplanowane z właściwą Niemcom precyzją. W pokoju pojawili się dwaj oficerowie Abwehry. Nie tracąc czasu na pogawędki, odstawili Griebla na ulicę Tirpitzufer 76/78, gdzie mieściło się dowództwo wywiadu. Kilka minut później doktor znalazł się w gabinecie samego szefa Abwehry, admirała Wilhelma Canarisa. W obliczu siwowłosego, nieprzeniknionego zwierzchnika wywiadu, którego już samo nazwisko brzmiało tajemniczo i intrygująco, Griebl poczuł respekt.

– Wezwałem tu pana, doktorze Griebl, ponieważ chciałem osobiście podziękować panu za cenną działalność w Stanach Zjednoczonych – powiedział niewysoki mężczyzna. Jego głos zdradzał lekką wadę wymowy. – Dobrze służy pan Führerowi i ojczyźnie. Jestem pewien, że będzie pan kontynuował, a nawet podwoi pan swoje starania.

Canaris przerwał na chwilę, uważnie obserwując Griebla. Po chwili podjął wątek i poinformował go, że Führer życzył sobie, by ryzyko podejmowane przez doktora w Stanach Zjednoczonych nie pozostało bez godnej rekompensaty. W związku z tym Griebl otrzymał dom w górskim rejonie Bawarii, gdzie wypoczywał także sam Führer. Miałoby to być miejsce zamieszkania Griebla po ewentualnym powrocie do Niemiec na stałe, z własnej woli lub dla uniknięcia kłopotów z amerykańskimi władzami. (Kilka tygodni później, w Nowym Jorku, kurier Abwehry doręczył Grieblowi dokumenty własności tej rezydencji, wcześniej wyeksmitowano stamtąd jej żydowskich właścicieli).

Szef hitlerowskiego wywiadu miał jeszcze jeden prezent dla swego wysoce użytecznego agenta. Griebl otrzymał stopień oficerski w niemieckich siłach powietrznych, z gażą gromadzoną na koncie berlińskiego banku do chwili, gdy powróciłby do Niemiec na stałe.

W taki oto sposób Ignatz Griebl stał się zapewne jedynym człowiekiem, który miał jednocześnie stopień oficera rezerwy w wojskach lądowych Stanów Zjednoczonych i rangę kapitana w Luftwaffe3.

Mała bogata dziewczynka

Na początku 1938 roku na koktajlu w eleganckim hotelu w Waszyngtonie Merry Fahrney, pełna życia i olśniewająco piękna młoda kobieta, sączyła szampana, lustrując wzrokiem tłum gości w poszukiwaniu doktora Herberta Scholza, konsula niemieckiej ambasady. Wysoki, przystojny Scholz, ożeniony z majętną córką członka zarządu potężnego niemieckiego koncernu chemicznego IG Farben, był na liście najbardziej pożądanych gości każdej gospodyni wytwornych waszyngtońskich salonów.

Fahrney, dziedziczka fortuny, którą jej ojciec zrobił w Stanach Zjednoczonych, prowadziła rozrywkowy tryb życia. Obracała się w kręgach intelektualnych, w których w dobrym tonie były ekscentryczne poglądy i nietuzinkowe sympatie polityczne. Tak więc jej nieskrywany podziw dla Adolfa Hitlera i nazizmu przyjaciele bagatelizowali, uważając go za kolejny kaprys zblazowanej, bogatej kobiety. Ale dla 30-letniej Merry nazistowskie przekonania nie były tylko kaprysem.

Herberta Scholza spowijała aura tajemniczości. W kołach towarzyskich stolicy szeptano, że pod maską kosmopolitycznego playboya o nienagannych manierach i wysmakowanym stylu kryje się w rzeczywistości funkcjonariusz wywiadu. Wizerunek tajnego agenta pełniącego w Stanach Zjednoczonych jakąś złowrogą misję dodawał mu jednak jedynie atrakcyjności w oczach gospodarzy i gości wszelkich przyjęć organizowanych przez wyższe sfery.

Była to trafna ocena niemieckiego dyplomaty. Scholz kierował w Stanach Zjednoczonych siatką Sicherheitsdienst (SD), służby bezpieczeństwa Schutzstaffel (SS), elitarnej formacji militarnej Adolfa Hitlera. Łączyła ona romantyczne tradycje teutońskie z twardą polityką siły, niestroniącą od krwawych rozstrzygnięć.

Szefem SD i zwierzchnikiem Scholza w Berlinie był Brigadeführer (generał brygady) SS Reinhard Heydrich, wysoki, jasnowłosy, wysportowany mężczyzna. Ten 34-letni, niesłychanie ambitny oficer dążył do skupienia wszystkich służb wywiadowczych pod jednym, własnym kierownictwem. Z powodu swojego okrucieństwa zdobył wśród podwładnych przydomek Blond Bestia.

Merry Fahrney zawsze działała szybko, dlatego przedstawiła się doktorowi Scholzowi i już kilka minut później umówiła się z nim na lunch, by przedstawić mu interesującą propozycję. Wytworny i czarujący szpieg, którego żona przebywała właśnie w Berlinie, często zapraszany przez piękne kobiety, składające mu interesujące propozycje, przyjął ofertę bez wahania.

Scholz orientował się, z kim ma sie spotkać, ponieważ Merry systematycznie pojawiała się w rubrykach towarzyskich i na pierwszych stronach gazet z racji swego ekscentrycznego trybu życia i dwóch głośnych rozwodów. Zaledwie oboje złożyli zamówienia u kelnera w wykwintnej restauracji Pierre’a na alei Connecticut, kiedy Merry wygłosiła nieco przydługą przemowę na temat swego podziwu dla Adolfa Hitlera. Na zakończenie natomiast złożyła ofertę podjęcia działalności szpiegowskiej. Scholz zdawał sobie sprawę z potencjału, jaki drzemał w dobrze zorientowanej i inteligentnej kobiecie, która obracała się w najwyższych sferach Waszyngtonu, skwapliwie więc przyjął propozycję.

Merry była zachwycona. Spotkania towarzyskie już ją znudziły. Teraz znów miała cel w życiu. Gorliwie przystąpiła do wypełniania swej tajnej misji, pragnąc udowodnić, że jest oddanym i potrzebnym szpiegiem hitlerowskich Niemiec.

Informacje zdobywała nie tylko na przyjęciach, od podchmielonych lub całkiem pijanych osobistości z kół rządowych i wojskowych. Często odwiedzała także placówki wojskowe na południu Stanów. Posługiwała się wizytówką z nazwiskiem Susan Wadsworth, specjalisty prowadzącego badania dla komisji odpowiedzialnej za nabór kandydatów do służby cywilnej. Wejście na teren obiektów wojskowych nie było trudne. Merry zniewalała oficerów zalotnym uśmiechem i zasypywała pytaniami. Ilu ludzi jest w garnizonie? Co to za jednostka? Jaką bronią dysponują? Odpowiadali chętnie, ujęci jej zainteresowaniem i chcąc podnieść własną pozycję w oczach atrakcyjnej kobiety.

Ale jako szpieg Merry miała zasadniczą wadę. Nie potrafiła zachować anonimowości, co w wypadku tajnego agenta jest koniecznością. Zależało jej na wizytach w ambasadzie niemieckiej, gdzie pławiła się w blasku pochwał Herberta Scholza i innych niemieckich dyplomatów.

Agenci Federalnego Biura Śledczego, którzy obserwowali ambasadę Niemiec, nie mogli nie zauważyć urodziwej, eleganckiej młodej kobiety. Jak większość mieszkańców Waszyngtonu, rozpoznali ją dzięki publikacjom prasowym. G-men, jak nazywano agentów FBI, poszli tropem Merry i zgodnie z oczekiwaniami dotarli do innych niemieckich szpiegów, których z kolei poddali inwigilacji. Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, FBI zajęło się agentami zidentyfikowanymi dzięki kontaktom Merry. Większość, chroniona przed aresztowaniem i oskarżeniem przez immunitet dyplomatyczny, została wydalona z kraju.

FBI nie było jednak w stanie zlokalizować samej Merry. Później dopiero okazało się, że SD nakazało jej wyjazd do Argentyny. Do końca wojny prowadziła działalność szpiegowską na rzecz Niemiec w Ameryce Południowej4.

Jak zamierzano „znazyfikować” 30 000 000 Amerykanów

Przez pięć lat Adolf Hitler rozbudowywał niemieckie siły zbrojne i teraz wreszcie był gotów do uderzenia. Rozpoczynał się pierwszy etap realizacji misternego planu zdobycia Lebensraum (przestrzeni życiowej) poprzez zagarnianie terytoriów należących do innych państw europejskich. Trzynastego marca 1938 roku Führer wysłał swoje wojska do Austrii. Małe państwo zostało zdobyte bez jednego wystrzału. Hitler nazwał tę akcję Anschluss (przyłączenie), a Austria stała się częścią Grossdeutschland (Wielkich Niemiec).

Pod koniec marca po drugiej stronie Atlantyku 18 dziennikarzy pracujących w redakcjach różnych gazet i czasopism ukazujących się w Stanach Zjednoczonych otrzymało zaproszenia na spotkanie w istniejącej jeszcze formalnie ambasadzie austriackiej w Waszyngtonie. Wszystkie koszty imprezy pokrywali organizatorzy. Nikomu nie wyjawiono rzeczywistych powodów zaproszenia. Ale honoraria dziennikarskie nawet w największych redakcjach były skromne, a propozycja opłaconej podróży i pobytu w Waszyngtonie, z programem zapewnionym przez gospodarzy, była niesłychanie atrakcyjna.

W austriackiej ambasadzie gości powitano z wszelkimi honorami. Dopiero wtedy zaproszeni zorientowali się, dlaczego to właśnie ich wybrano. Każdy z nich był amerykańskim obywatelem mającym niemieckie korzenie. Nikt nie wiedział, że wybór właśnie jego osoby był poprzedzony starannym przestudiowaniem jego przeszłości, pochodzenia i dorobku. Pracowali nad tym agenci Abwehry, oficjalnie zatrudnieni na stanowiskach attaché w ambasadzie.

Sprawa szybko się wyjaśniła. Każdemu z gości zaoferowano bardzo dobrze płatną pracę dla gazet hitlerowskich, których wydawanie planowano w 11 największych miastach Stanów Zjednoczonych. Miały to być oczywiście publikacje o charakterze propagandowym, adresowane do amerykańskiej opinii publicznej. Ich celem miało być powstrzymanie rządu amerykańskiego od ingerowania w poczynania Hitlera w Europie.

Dziennikarze byli wściekli. Słusznie podejrzewali, że za aprobatą Hitlera skarb III Rzeszy przeznaczy na realizację tego planu wielkie środki finansowe.

Żaden z gości nie przyjął oferty, która mogła nawet potroić ich aktualne dochody. Nie ukrywając niezadowolenia, opuścili ambasadę Austrii.

Szeroko rozpowszechniony przez propagandę niemiecką wizerunek Adolfa Hitlera jako rycerza stojącego na czele krucjaty (U.S. Army)

Za ambitnym planem stworzenia sieci hitlerowskich gazet w Stanach Zjednoczonych stał dr Ernst Böhle, młody intelektualista często podróżujący po świecie. Zaskarbił sobie sympatię Hitlera, gdy opracował zawiły plan nazyfikacji wszystkich osób pochodzenia niemieckiego mieszkających poza granicami III Rzeszy, zwłaszcza 30 000 000 Amerykanów, którzy mieścili się w tej kategorii.

Na początku 1938 roku, na wiecu tzw. Kongresu Niemców mieszkających poza granicami kraju, utworzonego przez Böhlego, ten dobrodusznie wyglądający okularnik powiedział: „Prawdziwy Niemiec, nawet jeśli jest obywatelem innego kraju, zawsze pozostaje Niemcem i tylko Niemcem!”

Jedna z nazistowskich publikacji, które miały odwieść Stany Zjednoczone od włączenia się w działania wojenne w Europie (zbiory autora)

Wymyśloną przez Böhlego operacją o zasięgu międzynarodowym kierował Deutsches Ausland Institut (Niemiecki Instytut Zagraniczny) w Berlinie. Podlegały mu dwie organizacje: Welt-Dienst (Służba Światowa) działająca w Erfurcie oraz Deutscher Fichte-Bund (Niemiecki Związek im. Fichtego), którego kierownictwo znajdowało się w Hamburgu. Zadaniem tych dwóch hojnie wspieranych finansowo instytucji było zaopatrywanie wywrotowych sabotażystów hitlerowskich w Stanach Zjednoczonych w ogromne ilości materiałów sabotażowych, zwłaszcza antysemickich. Za ich pomocą zamierzano wywołać zamieszki na tle rasowym, a nawet wojnę domową. Broszury, rozprawy, czasopisma i ulotki, wysyłane do Nowego Jorku w nieoznakowanych skrzyniach, były kolportowane w całym kraju przez niezliczonych sympatyków hitleryzmu.

Typowym przykładem takiego działacza hitlerowskiej propagandy prowadzonej w Stanach Zjednoczonych był Olov E. Tietzow, Szwed z pochodzenia, przywódca partii rasistowskiej, naturalizowany obywatel amerykański. Niczym wędrowny sprzedawca medykamentów zachwalał hitleryzm jako cudowny lek na wszystko. Jak niestrudzony misjonarz zalewał kraj broszurami, które zawierały przestrogi: „Walka, która nas czeka, toczyć się będzie nie na głosy wyborców, ale na kule”.

W ciągu dwóch lat Tietzow stworzył centra działania w Minneapolis, Chicago, Nowym Jorku, Bostonie, Buffalo, Pittsburghu i innych wielkich miastach amerykańskich. Zadanie miał o tyle łatwe, że – choć trudno w to dziś uwierzyć – rząd Stanów Zjednoczonych nie miał wtedy ani jednej instytucji powołanej do zwalczania działalności wywrotowej w państwie5.

Kleryk planuje zamach na Hitlera

Maurice Bavaud, 21-letni student teologii, pochodzący ze Szwajcarii, pożegnał się ze swym przyjacielem Marcelem Gerbohayem i opuścił prowincjonalne francuskie seminarium w Bretanii, w którym studiowali razem przez ostatnie trzy lata. Kolegom z roku Bavaud powiedział, że wyjeżdża do domu na letnie wakacje, ale wsiadając do pociągu, który miał go zawieźć do szwajcarskiego Neuchâtel, wiedział, że nigdy już nie wróci do seminarium. Był maj 1938 roku.

Wszystkie jego działania były podporządkowane jednemu celowi, który stał się dla niego ważniejszy nawet od kapłaństwa: Bavaud chciał zgładzić niemieckiego dyktatora, Adolfa Hitlera. Pomysł ten podsunął mu 24-letni Gerbohay, z którym mieszkali w seminarium we wspólnym pokoju. Gerbohay uważał Hitlera za wcielenie szatana, dążącego do unicestwienia Kościoła: mówił on wprawdzie o pokoju, ale szykował się do wojny.

Bavaud długo zmagał się ze swym sumieniem, zanim zdecydował się na tak drastyczny krok. Jako żarliwy katolik zdecydowanie potępiał zabójstwo, ale jak przekonywał sam siebie, tam gdzie w grę wchodziło zgładzenie antychrysta, mógł przecież liczyć na rozgrzeszenie.

Po powrocie do rodzinnego domu, w którym mieszkał z rodzicami i piątką rodzeństwa, Maurice rozpoczął przygotowania do realizacji czekającego go zadania. Doskonale zdawał sobie sprawę z piętrzących się przed nim trudności. Hitlerowi towarzyszyła zawsze kilkunastoosobowa uzbrojona ochrona. Poruszał się pancernym, 5-tonowym mercedesem, a czapka, w której zawsze występował publicznie, chroniła go przed zamachami grubą, bo aż 2-kilogramową warstwą metalu.

Dziewiątego października 1938 roku, kiedy Hitler zajął leżące na pograniczu Czechosłowacji Sudety, Bavaud uznał, że jego czas nadszedł. Opuścił dom, informując rodzinę, że wyjeżdża do Mannheim, gdzie będzie pracować jako kreślarz. Brzmiało to prawdopodobnie, gdyż przed wstąpieniem do seminarium w ten sposób zarabiał na utrzymanie.

Większość swych skromnych oszczędności wydał na zakup małego pistoletu automatycznego wraz z amunicją. Zamiast do Mannheim wyjechał do oddalonego o ponad 600 kilometrów Berlina, gdzie spodziewał się znaleźć Hitlera. Zaraz po przyjeździe przekonał się, że jechał na próżno – Hitler przebywał w tym czasie w odległej o 500 kilometrów na południe od stolicy Niemiec swej górskiej rezydencji w bawarskim Obersalzbergu, do którego jeździł regularnie od 1925 roku.

Bavaud dojechał pociągiem do położonego poniżej Obersalzbergu miasteczka Berchtesgaden i zarezerwował miejsce w tanim hoteliku. Udając turystę, starał się zbliżyć do leżącego 200 metrów wyżej pałacyku Berghof tak blisko, jak to było tylko możliwe bez wzbudzania podejrzeń. Rozległy teren rezydencji Hitlera otaczało prawie 3-metrowe ogrodzenie z drutu kolczastego. Wewnątrz, nieco bliżej Berghofu, wznosił się następny 2-metrowy płot, cały teren zaś patrolowała elitarna gwardia ubranych na czarno esesmanów. Bavaud przebrany za robotnika zamierzał przeciąć w nocy podwójne ogrodzenie i ukryć się w pobliżu rezydencji, oczekując na pojawienie się Hitlera.

Znów spotkał go zawód. W tym samym czasie, gdy Bavaud zjawił się w Berchtesgaden, specjalny pociąg zwany „Amerika” wiózł Hitlera do nowo zajętego Sudetenland. Wypytując się dyskretnie, niedoszły zamachowiec uzyskał jednak informację, że Hitler zamierzał wrócić do Berghofu. Bavaud postanowił na niego zaczekać.

W oczekiwaniu na powrót Führera Bavaud chodził na długie spacery po górach otaczających Berghof. Coraz częściej nękały go wątpliwości. Nie znał się na broni palnej, ale z przeprowadzanych na odludziu prób przekonał się, że chcąc zabić Hitlera z małego pistoletu, musi strzelać z odległości nie większej niż 8 metrów.

Pewnego dnia podczas posiłku w gospodzie udało mu się nawiązać rozmowę z siedzącym przy sąsiednim stoliku kapitanem Karlem Deckertem, oficerem lokalnej policji. Udając gorliwego nazistę, Szwajcar wypytywał go, czy mógłby spotkać się z Hitlerem. Policjant, który znał trochę system ochrony bezpieczeństwa Führera, wyjaśnił mu, że w Berghofie jest to zupełnie niemożliwe. Udzielił jednak Bavaudowi pożytecznej rady, aby poprzez kontakty partyjne próbował szukać do Hitlera dostępu podczas dorocznych obchodów monachijskiego puczu – podjętej w 1923 roku przez Hitlera i zakończonej jego uwięzieniem próby przejęcia władzy w Niemczech. Dziewiątego listopada, w 15. rocznicę nieudanego zamachu stanu, Führer wraz z dawnymi towarzyszami broni miał odbyć uroczysty przemarsz ulicami Monachium.

Kleryk przyjechał pociągiem do Monachium 31 października. Chciał mieć czas, by zapoznać się z trasą rocznicowego pochodu. Zadanie ułatwiła mu prasa – monachijska gazeta wydrukowała plan ulic, którymi uczestnicy parady mieli dotrzeć do ogromnego Odeonsplatz. W tym miejscu przed 15 laty Hitlera i jego zwolenników powitały kule policji, które zabiły 16 nazistów.

Bavaud musiał teraz wybrać miejsce, z którego będzie strzelał. Rozmawiając z monachijczykami, dowiedział się, że przy trasie pochodu wzniesiono specjalne drewniane trybuny dla prominentnych osobistości. Spróbował załatwić sobie miejsce na jednej z nich. Cywilowi stojącemu przy upatrzonej trybunie przedstawił się jako dziennikarz jednej ze szwajcarskich gazet, który zgubił legitymację prasową. Bez większych problemów udało mu się uzyskać kartę wstępu.

Dziewiąty listopada w Monachium był zimny i pochmurny. Bavaud wstał wcześnie, ubrał się i załadował pistolet siedmioma nabojami. Broń ukrył w kieszeni płaszcza. Chcąc zająć miejsce w pierwszym rzędzie na trybunie, przyszedł dużo wcześniej, jako jeden z pierwszych widzów. Czekał, a trybuna szybko się zapełniała. Panował odświętny nastrój. Po chwili rozległ się donośny okrzyk widzów: „Idzie Führer!”

Bavaud czuł w kieszeni płaszcza chłodną stal pistoletu. Tak jak wszyscy podniósł się, aby lepiej widzieć Hitlera, który miał otwierać pochód. Kiedy Führer w asyście Hermanna Göringa i Heinricha Himmlera podszedł do trybuny, zamachowcowi zamarło serce: jego niedoszła ofiara szła po przeciwnej stronie ulicy, poza zasięgiem małego pistoletu.

Bavaud był bliski paniki. Przebiegła mu przez głowę myśl, żeby przedrzeć się przez stojący po obu stronach ulicy szereg esesmanów, rzucić się na Hitlera i strzelić do niego z bliska, jednak natychmiast z niej zrezygnował. Nie zdołałby przecież sforsować kordonu strażników. Zdruzgotany patrzył bezsilnie, jak Hitler spokojnie się oddala.

Następnego dnia zdesperowany Bavaud wrócił pociągiem do Berchtesgaden, aby ponownie próbować zbliżyć się do Hitlera na odległość pozwalającą na oddanie celnego strzału. Po przybyciu do miasteczka dowiedział się, że Hitler postanowił zatrzymać się w Monachium na jeszcze jeden dzień, aby wygłosić przemówienie do funkcjonariuszy NSDAP.

Bavaud był coraz bardziej sfrustrowany, choć jego determinacja wciąż nie słabła. Wrócił natychmiast pociągiem do Monachium tylko po to, by dowiedzieć się, że Hitler dwie godziny wcześniej pociągiem specjalnym „Amerika” odjechał do Berchtesgaden, aby spędzić weekend w Obersalzbergu.

Bavaud był już bliski załamania. Od trzech dni prawie nic nie jadł i prawie nie miał już pieniędzy. Postanowił podjąć ostatnią próbę, ale w Berchtesgaden usłyszał, że Führer wyruszył rano pociągiem do Berlina.

Niedoszły zamachowiec skapitulował i postanowił wrócić do Neuchâtel. Bilet kolejowy, który kupił za resztę pieniędzy, wystarczył na przejechanie niewiele ponad 30 kilometrów, a do szwajcarskiej granicy było grubo ponad 200. Nie wiadomo dlaczego Bavaud wiózł ze sobą pistolet, zamiast natychmiast pozbyć się obciążającego go dowodu. Nie wysiadł na stacji, do której wykupił bilet, i kontynuował podróż, póki nie przyszedł konduktor. Nie miał pieniędzy, więc w Augsburgu został przekazany policji, ta znów z kolei rutynowo oddała go jako obcokrajowca do dyspozycji gestapo.

Funkcjonariusze gestapo udawali, że wierzą w jego tłumaczenia, dlaczego wiózł z sobą pistolet – opowiadał, że strzelanie do celu jest jego ulubioną rozrywką. Jako pasażer na gapę został znów wydany policji, a w tydzień później skazano go za to wykroczenie na dwa miesiące pozbawienia wolności. Karę odsiadywał w Augsburgu.

Miał – jak sądził – wszelkie powody, by odetchnąć z ulgą. Ujęto go niemal na gorącym uczynku, z ukrytą bronią, a przecież skończyło się na symbolicznym wyroku. Jednak w styczniu 1939 roku, kilka dni przed zwolnieniem, w celi odwiedziło go dwóch agentów gestapo. Okazało się, że tajna policja nie dała się nabrać na jego historię o strzelaniu do celu i wędrowała tropem niedoszłego zamachowca od miasta do miasta. Ostatecznie zdołano ustalić datę i miejsce zakupu broni. Po długich i brutalnych przesłuchaniach Bavaud przyznał się, że przybył do Niemiec, aby zgładzić antychrysta – Hitlera. Tak zwany sąd ludowy szybko wymierzył mu karę śmierci.

Jego rodzice w Neuchâtel dostali list od syna, który kończył się stwierdzeniem: „Gdybym pozostał w służbie Boga w seminarium, gdybym nie porzucił światła na rzecz ciemności, nie trafiłbym tutaj, gdzie dzisiaj się znalazłem”. Następnego dnia Maurice Bavaud został wyprowadzony ze swej celi i ścięty6.

Nazistowskie powiązania Standard Oil

Choć pod koniec lat 30. hitlerowskie Niemcy intensywnie przygotowywały się do wojny, w Stanach Zjednoczonych wiele firm wciąż jeszcze prowadziło interesy w Niemczech. Była wśród nich także Standard Oil Company, która utrzymywała ścisłe kontakty z ogromnym chemicznym koncernem IG Farben. Obie firmy zawarły szczególnie korzystną umowę: Standard miała wolną rękę w handlu ropą naftową na świecie, w zamian za co nigdzie nie konkurowała z Niemcami w branży chemicznej.

IG Farben, którego kierownictwo jednomyślnie poparło zwalczającą wolny rynek NSDAP, należała do 15 największych niemieckich koncernów tworzących zaplecze finansowe głoszonego przez Hitlera programu odrodzenia III Rzeszy. Wiele z tych firm prowadziło działalność w Stanach Zjednoczonych pod przykrywką przedsiębiorstw szwajcarskich.

Po wybuchu wojny w Europie we wrześniu 1939 roku Standard Oil negocjowała z IG Farben plan działania, który pozwoliłby na współpracę obu firm niezależnie od tego, czy Stany Zjednoczone zostaną włączone w europejski konflikt, czy też nie.

Co ciekawe, głównym oponentem współpracy handlowej Standard Oil z IG Farben był młody Nelson A. Rockefeller, urzędujący w Rockefeller Center w Nowym Jorku. W 1863 roku, kiedy w Stanach Zjednoczonych szalała wojna secesyjna, dziadek Nelsona, John D. Rockefeller wraz ze wspólnikami założył firmę Andrews, Clark and Company. Poprowadzona z wielkim rozmachem i na wielką skalę stała się później przedsiębiorstwem o nazwie Standard Oil Company.

Nelson Rockefeller z przerażeniem zauważył, że spółka, którą jego dziadek zakładał blisko 80 lat wcześniej, prowadziła interesy z niemieckim koncernem finansującym zbrodniczą machinę wojenną Hitlera. Wprawdzie młody absolwent Dartmouth nie miał możliwości wywarcia bezpośredniego wpływu na politykę firmy, postanowił jednak posłużyć się potężną bronią, która miała podważyć panującą w Standard Oil zasadę współpracy gospodarczej bez ideologicznych zahamowań. A bronią tą było światło jupiterów, tym skuteczniejsze, że płynące z ukrytego źródła.

Wkrótce po tym, jak prezydent Franklin D. Roosevelt mianował 32-letniego Rockefellera na stanowisko koordynatora polityki USA wobec państw kontynentu amerykańskiego, doszło do interesującego incydentu. W połowie 1940 roku kierownictwo Standard Oil Company wyznaczyło ogromną nagrodę pieniężną za ujawnienie nazwiska autora książki zatytułowanej Apokalipsy ciąg dalszy: jak twoje pieniądze finansują wojnę Hitlera. Dziełko dokładnie przedstawiało kontakty handlowe między Standard Oil i IG Farben.

Chętnych nie było, i to z oczywistego powodu. Nelson Rockefeller zadbał o to, by książka została napisana i wydrukowana w tajemnicy. Przedstawiała związki hitlerowskich Niemiec ze Standard Oil, z Ford Motor Company, a także z dziesiątkami fikcyjnych przedsiębiorstw w Stanach Zjednoczonych. Rockefeller zorganizował dystrybucję tysięcy egzemplarzy tej książki do amerykańskich ambasad w krajach Ameryki Południowej, skąd trafiały one do członków rządów, władz wojskowych i kręgów opiniotwórczych, zwłaszcza związanych z mediami. W ten sposób do środowisk tych docierały informacje o tym, że tankowce Standard Oil, które wypływały pod panamską banderą z portów Meksyku i innych państw Ameryki Południowej, formalnie kierując się do neutralnej Hiszpanii, w rzeczywistości przekazywały cenny ładunek niemieckim U-Bootom i innym okrętom hitlerowskim operującym na półkuli zachodniej.

W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych mnóstwo egzemplarzy tajemniczej książki dotarło do redakcji prasowych. W rezultacie w wielu gazetach i czasopismach pojawiły się krzyczące nagłówki i artykuły oskarżające Standard Oil. To spowodowało, że na początku 1941 roku śledztwo w sprawie działalności Standard Oil wszczęła komisja dochodzeniowa senatu. Na jej czele stanął krewki prawnik ze stanu Missouri, Harry S. Truman. Prowadzone przez niego śledztwo ustaliło, że pomimo ciągłych protestów Departamentu Stanu spółka Standard Oil sprzedawała paliwo niemieckim liniom powietrznym, a w Wenezueli udzielała specjalnych preferencji niemieckim firmom zajmującym się zagospodarowaniem pól naftowych.

Wprawdzie kampania Nelsona Rockefellera zmusiła Standard Oil do zerwania kontaktów z IG Farben i innymi koncernami hitlerowskimi, ale jednak dopiero na początku grudnia 1941 roku, kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, agencje federalne, działając na mocy uprawnień czasu wojny, nakazały Standard Oil natychmiastowe zakończenie jakiejkolwiek współpracy z IG Farben7.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Najbardziej pomysłowe fortele w II wojnie światowej Ściśle tajne w II wojnie światowej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie