Niebezpieczna dziewczyna

Niebezpieczna dziewczyna

Autorzy: K.L. Slater

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.39 zł

Miała piętnaście lat, kiedy na jej rodzinę spadła tragedia. Anna wini za to jedną osobę. Poczucie krzywdy stało się jej obsesją. Odsunęła się od ludzi. Jest sama. Nie radzi sobie z życiem.
Aż pewnego dnia jest świadkiem wypadku: samochód potrąca motocyklistę. Anna w mgnieniu oka rozpoznaję kierowcę. To Carla, kobieta, która zniszczyła jej życie.
Wreszcie ma szansę się zemścić.
Z zimną krwią, dokładnie planuje każdy krok. Ale żaden plan nie jest doskonały…
Zwłaszcza kiedy wokół wszyscy kłamią i nikt nie jest tym, kim się wydaje…

Redaktor serii thrillerów psychologicznych i kryminałów

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© conrado/Shutterstock

Tytuł oryginału

Safe With Me

Copyright © K. L. Slater 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6397-7

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Mojej córce, Francesce Kim.

Dziękuję ci za miłość i wsparcie

od samego początku.

Więc wreszcie leżą opatuleni w łóżku. Bierzesz garść zapałek i zapalasz po kolei, patrząc, jak spalają się na czarny, miałki proszek.

Popiół w otwartym palenisku kominka przygasa, ale w głębi nadal jest rozpalone do białości jądro, jeszcze na tyle mocne, żeby pomóc ci wreszcie załatwić sprawy na dobre.

„Dwie poduszki z gąbki na krześle, cztery poduszki z gąbki na krześle”. Ale fajnie, kiedy śpiewa się to na melodię Dziesięć butelek na murku.

Przysuwasz krzesło tak blisko nich, że tapicerki z krzesła i z łóżka stykają się. Szczypcami ostrożnie wyjmujesz z popiołu dwa kawałeczki rozżarzonego węgla, delikatnie kładziesz je pośrodku poduszek. Teraz rozsiadasz się i patrzysz, jak wtapiają się głęboko. Rozżarzone kule toną łapczywie w miękkiej piance, a przypalona powłoczka poduszek kurczy się, jakby próbowała uciec.

Nie ma hałasu, radujesz się ciszą.

Jesteś w transie, patrzysz, jak płomyki zaczynają tańczyć, migoczą ślicznymi, śmiercionośnymi językami. Ich siła zadziwia cię, przeraża i jednocześnie zaspokaja. Czujesz, jak warstwy ochronne, którymi próbowałeś się okryć przez całe lata, są teraz zrywane. Potrzebowałeś ich, żeby móc przetrwać dzień za dniem i noc za pijaną nocą, ale teraz jesteś bezpieczny. Płomienie dają ci bezpieczeństwo.

Jasne, wiele razy próbowałeś im powiedzieć, próbowałeś prosić o pomoc, ale nie rozumieli, co chcesz im przekazać. A teraz brutalność twojego strachu, twojego smutku jest tutaj, żeby każdy zobaczył ją w jaskrawości gęstego, zasiarczonego powietrza.

Nie wolno ci kaszleć. Nie chcesz ich obudzić, bo głupiątka zaczęłyby krzyczeć i płakać. Niech śnią, wkrótce się dowiedzą.

Płomienie rosną, potem się łączą. Wiesz, że to znak, że milcząc, obiecują ci pomoc, a jednak przez sekundę naprawdę zastanawiasz się, czy nie zmienić zdania. Mógłbyś stłumić płomienie i krzyczeć o pomoc. Mógłbyś ich obudzić.

Wtedy to słyszysz.

– Zróbmy swoje – szepczą płomienie. – Rano wszystko będzie lepsze.

I właśnie wtedy wreszcie postanawiasz odejść.

1

Teraz

Anna

Mały srebrny samochód nadjeżdżający z naprzeciwka jedzie za szybko i kiedy pokonuje zakręt, kierowca traci nad nim kontrolę i przejeżdża na przeciwległy pas.

Wszystko dzieje się tak szybko: nie ma czasu, żeby zwolnić ani nawet żeby wjechać na krawężnik.

Rozlega się mocny, stłumiony łomot i samochód uderza w jadący przede mną motocykl. Motocyklista wylatuje w powietrze, robi półobrót i ląduje twarzą na jezdni. Metal wygina się i skręca, skowycząc jak ranne zwierzę, ręce unoszą mi się do twarzy, próbując na próżno zdławić kwaśny smród płonącej gumy, który zaczyna wypełniać mi płuca.

Stopa wbija mi się w hamulec, wyskakuję, drzwi od strony kierowcy zostawiam szeroko otwarte, a samochód – na środku jezdni. Stoję, łykam obrzydliwy smak wlewający mi się w usta.

Wszystko jakby zastygło w czasie. Zapada cisza. Ma w sobie zdolność ogłuszania i przez chwilę jestem zagubiona w otaczającym mnie pustym ryku.

Potem czar pryska, otwierają się drzwi srebrnego samochodu i wytacza się kobieta około czterdziestki, w dżinsach i krótkiej różowej kurtce. Wymiotuje na poboczu. Odsuwa włosy z twarzy, jakby było dla niej ważne, żeby ich nie zabrudzić.

I w tym ułamku sekundy rozpoznaję ją.

Nie da się pomylić tej twarzy.

Przypominam sobie, że trzeba oddychać. Gardło mam spięte i suche, serce zaciska się mocno, prawie czuję, że wisi mi w piersi, jak wyschnięta pestka moreli.

Dwanaście lat temu, kiedy wyszłam ze szpitala, chociaż spotykałam ją krótko tylko przy paru okazjach, każdą wolną minutę poświęcałam, żeby znów ją odnaleźć.

Byłam wtedy taka młoda, zdesperowana i naiwna. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, waliłam głową w mur: po prostu rozwiała się w powietrzu.

W końcu musiałam przyjąć do wiadomości, że ją zgubiłam. Mogłam tylko się modlić, że przeznaczenie naprawdę istnieje i że ona dostanie to, co się jej należy za to, co nam zrobiła.

A teraz ona jest tutaj, tuż przede mną. Zniszczyła kolejne życie.

Patrzę, jak srebrnowłosy kierowca czarnego mercedesa, który zatrzymał się za mną, zrzuca z siebie drogą marynarkę i narzuca jej na ramiona. Pociesza ją, podając opiekuńczo ramię, i wszeptuje jej w ucho pocieszające słowa.

Ona ma w sobie coś, co przyciąga ludzi, daje im wrażenie, że jest porządną osobą.

Cóż za ironia.

Jakby znikąd pojawiają się grupki ludzi.

Myślę, żeby wsiąść do samochodu, odjechać stąd. Jakaś część mnie chce od niej uciec, ale oczywiście tak nie zrobię.

Nie pozwolę, żeby znowu odeszła.

W całym tym chaosie mój wzrok przyciągnął długi, połamany kształt leżący na drodze. Wokół niego rozsiane są kawałki motocykla, jak fragmenty wystrzępionego, chromowanego konfetti.

Ignoruję rosnący tłum po drugiej stronie ulicy i kucam przy nim, szukam pulsu. Ręka mi się trzęsie, kiedy łagodnie naciskam jego nadgarstek, i przez chwilę myślę, że ona znowu to zrobiła, bo pod palcami nie wyczuwam żadnego ruchu. Żadnego znaku życia.

Potem on mruga, a ja wypuszczam powietrze.

Ludzie wylewają się z małych szeregowych domów stojących wzdłuż Green Road, pokazują palcami, usta mają zastygłe, szeroko otwarte.

Znów na niego patrzę.

Wyczuwam, że trzyma się życia na jednej nitce. Jeśli teraz nitka się urwie, nigdy sobie tego nie wybaczę.

Już dawno nie ma przerażonej młodej dziewczyny, która nie wiedziała, jak postąpić, żeby było dobrze.

Może tym razem uda mi się.

Motocyklista upadł na twarz, na lewą stronę ciała. Gęsta kałuża, jak rubinowa melasa, wykwita spod jego głowy.

Chcę pogłaskać go po twarzy, ale nie puszczam jego ręki.

Wygląda na trochę starszego ode mnie: jakieś trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Ma gładką skórę, długie, ciemne rzęsy, które drgają, jakby śnił.

Po drugiej stronie drogi ona wyje, cała uwaga skupia się na tym.

Jest ledwie draśnięta, ale zawsze dobrze jej szło odgrywanie roli ofiary, więc chyba nie powinnam być zaskoczona.

Próbuję się nie gapić, żeby się nie zdradzić, ale nie muszę się martwić – ona nie zważa na nikogo poza sobą.

Nie ma pojęcia, kim jestem ani co mi zrobiła lata temu.

Prawda, teraz wyglądam inaczej. To było długie trzynaście lat. Mam ciemniejsze włosy i przybyło mi prawie dwadzieścia cztery kilogramy. Nie pozostał ślad po naiwnej, smukłej dziewczynie, która tak łatwo jej uwierzyła.

Rozumiecie, tacy jak ona nigdy nie zauważają mało znaczących ludzi wokół siebie.

Idą przez życie, podejmując samolubne decyzje, i zostawiają za sobą zniszczenia, które nic ich nie obchodzą.

Aż wszystko mściwie wraca, właśnie tak, żeby dobrze to odczuli.

Słyszę, jak ktoś woła.

– Karetka juz jedzie!

Teraz wokół są już tabuny ludzi, gapią się.

Ich oczy utkwione są w motocykliście, ale nie widzę wielkiego współczucia, raczej z lekka ukrywany głód krwawych szczegółów, które może się pojawią, jeśli dłużej postoją.

Sztywno wstaję z kolan, kucam i już mam wstać, żeby odejść, zanim nadjedzie karetka.

Wiem, że już nie spuszczę z niej oka, że znajdę ją w relacjach lokalnej prasy z wypadku, a później pójdę na policję jako świadek.

Bardzo chciałabym zostać, ale nauczyłam się mnóstwa rzeczy od mojej terapeutki. Na przykład, jak oderwać się od własnych myśli i ocenić sytuację spokojnie, logicznie, żeby podjąć najlepszą decyzję.

Gdybym została, chyba nie mogłabym zaufać sobie, że nie urządzę sceny. Tym razem muszę być pewna, że każde działanie, każdy mój krok będą starannie zaplanowane i przemyślane.

Nie chcę pomyłek.

Czuję, że coś ociera się o moją rękę, spoglądam w dół. Palce rannego motocyklisty zaciskają się wokół moich palców.

Jego niebieskoszare oczy są przekrwione i szeroko otwarte, ale chyba nie widzi wszystkich tych ludzi, którzy stoją wokół, jakby nie mógł zobaczyć niczego poza moją twarzą.

Robi ostry wdech, patrzy na mnie.

– Pomóż mi – szepcze.

2

Pracuję na poczcie już od pięciu lat.

Przez sześć dni w tygodniu ustawiam budzik na czwartą rano i jadę do placówki, żeby zacząć zmianę o piątej.

Moim pierwszym zadaniem jest zawsze ułożenie przesyłek według kodów pocztowych i adresów w moim rewirze. Potem wkładam listy do torby i dostarczam je mieszkańcom osiedla Clifton, wielkiej masy szarego betonu na przedmieściach Nottingham, która kiedyś szczyciła się wątpliwym przywilejem największego osiedla w Europie.

Łatwo to powiedzieć, ale dostarczenie poczty we właściwe miejsce i na czas nie jest takie łatwe i wymaga kwalifikacji. Ludzie najczęściej przywiązują wielką wagę do usług pocztowych.

Dla niektórych pracowników poczty to tylko praca, ale moim zdaniem nie to ma największy wpływ na życie ludzi.

Pani Gray na Beck Crescent ma owrzodzone nogi, więc w piątek rano zawsze najpierw wyrzucam jej śmieci. Tego lata w dzień wolny kosiłam trawnik pana Bagleya, kiedy dał mu się we znaki artretyzm.

Teraz, kiedy łapie mnie w drzwiach, opowiada bez przerwy o swoim jedynym synu, który mieszka w Australii. Często mam ochotę powiedzieć: „A gdzie jest ten pański wspaniały syn, kiedy trawa musi być skoszona, a panu trzeba przynieść lekarstwa?”.

Ale, oczywiście, nigdy tego nie mówię.

Moi koledzy z placówki są naprawdę w porządku, wiedzą, że trzeba zostawić mnie w spokoju i pozwolić, żebym robiła swoje.

Ludzie już od dawna nie próbują wciągać mnie w swoje niekończące się rozmowy na temat reality TV i Coronation Street, chociaż przyznaję, że przez jakąś dziwaczną osmozę mogłabym pewnie opowiedzieć, co dzieje się w każdym z tych programów, o których gadają.

W pracy wszystko szło doskonale, aż tydzień temu, znienacka, sytuacja się zmieniła. Kierownictwo uznało, że musimy dokonać ponownej oceny rewirów.

Kiedy przyszła moja kolej, Jim Crowe podszedł do mojego okienka.

– Anno, kończysz dopiero długo po trzeciej – powiedział, patrząc na podkładkę. – Myślimy, że tak jest, bo rewir może być dla ciebie za duży.

To Jim rozmawiał ze mną, kiedy pięć lat temu złożyłam podanie o pracę. Przedtem tak się zdenerwowałam, że wsiadłam nie w ten autobus i przyjechałam pięć minut za późno.

Pamiętam, jak Jim powtarzał pytania, kiedy się pogubiłam i mówił, żebym się nie spieszyła, kiedy zapomniałam, co chcę powiedzieć.

Wtedy zaryzykował, dał mi pracę. Od tamtego czasu chyba trochę mi się przyglądał. Jakby gdzieś z tyłu głowy rozumiał, że czasem sprawy są dla mnie za trudne.

Nie wiedział jednak, co mi się wcześniej przytrafiło. Żadne z nich nie wiedziało.

– Obchodzę cały rewir, prawda? – odpowiedziałam.

– Z jedną, dwiema nadgodzinami. Anno, nie możemy za to płacić. Nadgodziny są drogie, a ja mam polecenie, żeby obciąć grafik.

Patrzyłam, jak kropelki potu osadzają się w miejscach, gdzie włosy Jima przerzedziły się. Milczałam, czekałam, aż spojrzy mi w oczy, ale on przez cały czas tylko przerzucał papiery na podkładce.

W końcu Jim zgodził się, żebym na jakiś czas zatrzymała swój rewir, o ile nie wystąpię z żądaniem zapłaty za nadgodziny. Cóż za łaskawość.

– Zobaczymy, jak z tym będzie – powiedział. – Jeśli nie będziesz kończyć na czas, to może damy ci inny rewir, możliwe, że w Huntsmoor. Wybacz, Anno, tym razem to przekracza moje kompetencje.

Wzruszyłam ramionami i odeszłam, ale parzące gorąco przeniknęło mnie do szpiku kości. Nikt nie chciał rewiru w Huntsmoor i właśnie dlatego zawsze oddawali go personelowi agencji.

Budzące postrach Huntsmoor, morze brudnego betonu i zabitych deskami okien.

Cud, jeśli pocztowcowi udawało się przejść obok psów agresywnych, zakazanych ras napinających smycze i wrzaskliwej, zakapturzonej młodzieży, która wystawała przed gminnymi domami ze wspólną kuchnią od świtu po zmierzch, bez względu na pogodę.

Cierpła mi skóra na głowie, kiedy myślałam, że mogę skończyć w rewirze Huntsmoor, jeśli kierownictwo wprowadzi wielkie zmiany.

Praca trzymała mnie przy życiu, dzięki niej mijał dzień za dniem. Pomagała mi ujść przed mrocznymi czasami, do których nie chciałam wracać.

Natychmiast postanowiłam trzymać się zawodu listonosza, za wszelką cenę.

Jak się okazuje, nie muszę się martwić.

Począwszy od dzisiejszego dnia, kończę obchód na czas i tak jest dokładnie przez tydzień, bez konieczności dodawania nadgodzin.

Teraz kierownictwo nie ma wymówki, musi się wycofać i zostawić mnie w spokoju. Mogą poszukać kogoś innego, bo ja znalazłam sposób, żeby sobie poradzić.

W każdym razie na teraz.

Dziś rano skończyłam dokładnie o czasie i przyniosłam na pocztę pustą torbę. Postarałam się, żeby Jim widział, jak ją odwieszam.

Na początek, kto mógłby się domyślić, że rodzina Bensonów z Buxton Crescent każe dostarczać swoje zakupy internetowe pod numer 86, po drugiej stronie ulicy?

Skąd nowy pocztowiec mógłby wiedzieć, że nieskazitelny pan Staniforth, który dojeżdża do Canary Wharf i nie ma go w domu czternaście godzin dziennie, lubi, żeby jego poczta była obwiązana gumową przepaską, bo inaczej rozlatuje się po całym korytarzu.

Właśnie takie szczegóły liczą się u ludzi.

Kiedy dziś rano skończyłam zmianę, przymocowałam rower do stojaka na dworze i ruszyłam do domu samochodem. Nie zdjęłam odblaskowej kamizelki, a że nadal było ciepło, jak na październik, nie mogłam trochę się nie spocić.

Pamiętam, jak bardzo chciałam wrócić do domu, gdzie mogłam włożyć domowe ciuchy, pobawić się z moim kotem, Albertem, zrelaksować się gorącą czekoladą i nagranym odcinkiem Homes Under the Hammer.

To stało się, gdy odrobinę uchyliłam okno i skręciłam w Green Road.

Teraz, kiedy przypominam to sobie, dociera do mnie, że każda minuta, każda co do jednej, z ostatnich trzynastu lat ustawiła się w doskonałym szeregu do tej właśnie chwili – żeby sprowadzić ją z powrotem do mnie.

Chociaż już dawno temu straciłam nadzieję, że pewnego dnia będzie musiała zapłacić za to, co zrobiła, prawda była teraz czysta jak kryształ.

Było mi przeznaczone, że ją odnajdę.

3

Rano w „Nottingham Post” jest krótka wzmianka o wypadku.

Skandal, że nie podają nazwiska kierowcy, ale przecież znam jej prawdziwe nazwisko. To znaczy, zanim je zmieniła.

W każdym razie zakładam, że tak zrobiła. Miesiące spędzone na próbach znalezienia jej i ciągłe trafianie w ślepe uliczki zalatywało kimś, kto przybrał nową tożsamość i zniknął. Ale jeśli udało się jej uzyskać jakąś anonimowość, teraz, dzięki wypadkowi, straciła ją na dobre.

Całą noc dużo myślałam o tej sprawie i sądzę, że najważniejsze, co mogę zrobić, to pozostać w kontakcie z rannym motocyklistą.

Jeśli zdołam go utrzymać, to na pewno od razu znajdę ważne informacje. Zachowam trwałą więź z tą kobietą, nie uda się jej uciec, choćby bardzo próbowała. Nie teraz, kiedy wmieszała się w to policja.

Zanim wczoraj odjechałam z miejsca wypadku, policjantka dzielnicowa spisała moje dane. Powiedziała, że wkrótce policja skontaktuje się ze mną, żeby spisać zeznanie, a to będzie dla mnie szansa, żebym jako naoczny świadek przedstawiła najważniejsze dowody.

Wycięłam artykuł i położyłam go na stole, zanim zjadłam i wypiłam coś na śniadanie.

Na dworze, już w samochodzie, właśnie zapięłam pas, ale przypomniałam sobie, że nie sprawdziłam kuchenki. Nigdy za mało ostrożności, jeśli chodzi o urządzenia elektryczne. Zawsze lepiej być zabezpieczonym niż poszkodowanym.

Znowu otwieram drzwi do kuchni i wsadzam przez nie głowę, ale od razu widzę, że wyłączyłam kuchenkę i przylepiłam roześmianą buźkę na przełączniku.

Znów zamykam drzwi i ruszam do szpitala, obracając w myślach artykuł z gazety.

Podali pełne nazwisko motocyklisty, Liam Bradbury, napisali, że jest w stabilnym stanie mimo urazu głowy i obecnie leży w Queen’s Medical Centre, w Nottingham, nazywanym w okolicy QMC.

Dziś rano, kiedy zadzwoniłam do QMC, recepcjonistka wydawała się zaskoczona, kiedy powiedziałam, że jestem tą osobą, która siedziała na jezdni i trzymałam Liama za rękę, póki nie przyjechała karetka. Po tych słowach bez problemów podała mi numer jego sali.

Na drodze nie ma wielkiego ruchu i do szpitala dojeżdżam w niecały kwadrans.

Jadę obok takich samych galerii handlowych upstrzonych parami emerytów idących spokojnym krokiem od swoich samochodów. Młode kobiety spacerują chodnikami, zatopione w rozmowach telefonicznych popychają w stronę miasta ignorowane, znudzone dzieciaki w wózkach spacerowych.

Parkuję i zatrzymuję się przy szpitalnym sklepiku z zawyżonymi cenami, żeby wziąć koszyczek owoców. Potem idę do windy.

W oddziale ósmym wpuszczają mnie od razu, nie pytając, kim jestem. Muszę powiedzieć, że to kpina z systemu bezpieczeństwa.

Pytam pielęgniarkę za biurkiem, gdzie jest łóżko Liama.

– Pani jest krewną? – Spogląda na mnie zza biurka. – Chodzi o to, że on teraz odpoczywa, a pani przyszła poza godzinami odwiedzin.

Wyjaśniam, kim jestem.

– Chciałam tylko upewnić się, że z nim wszystko w porządku – mówię.

Idę za nią przez oddział do małej, prywatnej salki na końcu. Mało mi nie odbiera tchu, kiedy go widzę.

Chociaż jest posiniaczony, naszpikowany wąskimi plastikowymi rurkami, a maska tlenowa zakrywa większą część jego twarzy, nie mogę się powstrzymać przed myślą, że to całkiem atrakcyjny mężczyzna. Ta głowa porośnięta brązowymi włosami przeplatanymi rozświetlonym słońcem złotem, chociaż przyćmiona i matowa, rokuje nadzieje na lśnienie.

I wygląda jak Danny. Brzmi to dziwnie: złączenie słów „brat” i „atrakcyjny”, ale Danny był bardzo atrakcyjny, a kwadratowa szczęka Liama i szeroko rozstawione oczy sprawiają, że jestem coraz bardziej pewna, że to musiało się zdarzyć.

Stawiam koszyk z owocami na stoliku obok niego.

– Doznał poważnego urazu, ale już go ustabilizowaliśmy – mówi pielęgniarka, rozprostowując pościel. – Ale nie mam pojęcia, jak jego biedna babcia da sobie radę, kiedy wypiszemy go do domu.

Przychodzi mi do głowy, że jest trochę za stary, żeby mieszkać z babcią, ale myślę, że dzisiejsze ceny nieruchomości nie pozwalają wielu ludziom stanąć na drabinie prowadzącej do własnego mieszkania, więc nie osądzam go.

Myślę o moim własnym, skromnym domku szeregowcu. To przecież nic nadzwyczajnego, ale przynajmniej jest mój. Był mój od… hm, w każdym razie przez ostatnie trzynaście lat.

Chciałabym, żeby pielęgniarka zostawiła nas samych. Wtedy mogłabym odtworzyć w myślach wczorajsze wydarzenia.

Bezwładna dłoń Liama odcina się bielą od bladoniebieskiego szpitalnego koca, a jego powieki w ogóle się nie poruszają, nie mrugają tak, jak mrugały na drodze.

Kiedy pielęgniarka wychodzi, żeby z kimś porozmawiać, pojawia się moja szansa. Sięgam do torebki i wyjmuję telefon. Chwila i mam to, o co mi chodziło. Dobrze poszło, bo zaraz potem słyszę, jak pielęgniarka znowu szura za mną stopami.

– Zdaje się, że będę musiała już iść – mówię.

– Przepraszam, musimy wszystkich traktować jednakowo, jeśli chodzi o sprawy wizyt. – Patrzy na mnie i mina nieco jej łagodnieje. – Może przyjdzie pani trochę później, około szóstej? Będzie jego babcia i na pewno chętnie podziękuje za wszystko, co pani dla niego zrobiła.

Patrzę na dłoń Liama.

– Zrobiłam tylko to, co każdy by zrobił – mówię.

Wracam do samochodu w chłodnej, szarej mżawce.

Zazwyczaj, kiedy mam jakąś niezałatwioną sprawę, bo coś się zdarzyło, idę na spacer do Colwick Park, który znajduje się zaledwie o rzut kamieniem od Sneinton, gdzie mieszkam.

Lubię siedzieć i patrzeć, jak kaczki kołyszą się na jednym z jeziorek. Ich życie jest takie proste i spokojne. Wcześniej zabierałam z sobą chleb na trawiasty brzeg, ale tłoczyły się i rozrabiały, więc przestałam to robić.

Żeby wszystko działało, jak należy, trzeba zachowywać ścisłą kontrolę. Nic innego nie pomoże.

Dzisiaj jest za zimno na odwiedzanie parku, więc jadę z powrotem do domu, żeby poczekać, aż w szpitalu zaczną się o szóstej oficjalne godziny odwiedzin. Przed wejściem do domu zaglądam do sąsiadki, pani Peat.

Stukam w okienko z boku, a ona patrzy znad swojego ściegu krzyżykowego.

– Wszystko w porządku, proszę pani?! – wołam zza szyby.

Uśmiecha się i kiwa głową, macha do mnie leciutko mięsistą ręką.

Mamy kod: ja stukam w szybkę, a ona, jeśli chce, żebym weszła, przyzywa mnie ręką, a ja wtedy idę za dom i wchodzę, używając klucza schowanego pod zardzewiałym stojakiem na mleko przy drzwiach.

Czasem po prostu wchodzę, czy mnie potrzebuje, czy nie. Często piję z nią herbatę, żeby przerwać monotonię jej dnia. Jestem jej przynajmniej tyle winna.

– Mów do mnie po prostu Joan – strofuje mnie zawsze, ale ja nie jestem w stanie tego zrobić. Mieszkałam z nią po sąsiedzku przez całe życie i niektóre sprawy, cóż, są uświęcone, prawda?

W moich oczach pani Peat zawsze będzie panią Peat.

We dwie, z pielęgniarką społeczną Lindą, staramy się, żeby miała dobrą opiekę. Naprawdę nie sprawia żadnego kłopotu.

Jej nic niewarta córka, Janet-Mae, mieszka ponad osiemdziesiąt kilometrów stąd i składa wizyty raz na miesiąc, jeśli pani Peat ma szczęście. Sądzę jednak, że przyjechałaby szybko, gdyby któraś z nas znalazła jej biedną matkę sztywną jak deska w jej fotelu i nadszedł czas sprzedaży domu.

Oczywiście nigdy czegoś takiego nie powiem.

Kiedy wracam do domu, Albert siedzi przy tylnych drzwiach, czeka cierpliwie. Zawsze staram się po zmianie wracać prosto do domu, żeby nakarmić go codziennie o tej samej porze. Albert zdaje się rozumieć, jak cenną rzeczą jest rutyna.

Ludzie skłonni są myśleć, że koty nie są towarzyskimi zwierzętami, ale mylą się. Albert jest ode mnie uzależniony pod każdym względem. Oczywiście nie pozwalam mu wychodzić w nocy, myśl, że łazi po ulicach, wystarcza, żebym nie mogła zasnąć. Wiem, jacy okropni potrafią być ludzie, to nie zawsze obcy krzywdzą czyjeś zwierzę.

Zamykam oczy i wciskam bolesne wspomnienia z powrotem do wymyślonego pudełka z tyłu głowy, jak nauczyła mnie terapeutka. Teraz nie czas, żeby rozmyślać o przeszłości.

Kiedy nakarmiłam Alberta, przejrzałam inne lokalne gazety, które kupiłam, żeby sprawdzić, czy znajdę coś jeszcze na temat wypadku. Było parę wzmianek, zaledwie jeden, dwa wiersze, znacznie mniej niż w „Nottingham Post”. Ale i tak je wycięłam i włożyłam do teczki z innymi wzmiankami.

Otworzyłam w komputerze nowy folder i zrobiłam nowe wpisy, notując czas wizyty porannej w szpitalu i stan Liama. Nie omieszkałam zapisać tego, co powiedziała pielęgniarka, że mieszka z babcią.

Niczego nie zostawiam przypadkowi.

Wystawiam Alberta na korytarz, żeby mi nie przeszkadzał. Wyświetlam fotografię w telefonie. Okazuje się, że jest znacznie lepsza, niż się spodziewałam.

Pstryknęłam ją pospiesznie, kiedy pielęgniarka wyszła z sali, i nawet nie mogłam być pewna, czy aparat był prawidłowo zogniskowany. Ale obraz jest bardzo wyraźny, pokazuje Liama, jak leży blady i połamany na szpitalnym łóżku, pokryty rurkami i otoczony ekranikami monitorów.

Utworzyłam drugą teczkę na laptopie i w niej zachowałam zdjęcie, które wysłałam do siebie mailem.

Jaka szkoda, że nie pomyślałam, żeby zrobić zdjęcie, kiedy wczoraj leżał ranny na jezdni. Wyobrażam sobie, że Liam będzie się zapewne na mnie złościł, kiedy poczuje się lepiej.

Sprawy nie potoczyły się tak, jak chciałam, czy miałam nadzieję, że dziś się potoczą.

Jadąc rano do szpitala, wyobrażałam sobie, że zastanę Liama siedzącego w łóżku, gotowego, żeby opowiedzieć mi wszystko, czego policja dowiedziała się o kobiecie, która go skosiła.

Znów patrzę na zdjęcie, które mu pstryknęłam, i robi mi się ciężko na sercu. Nadal jest nieprzytomny po lekarstwach, które mu dali.

Nawet nie wie, że istnieję.

Słucham tykania zegara i drapania Alberta, który chce, żeby wpuścić go znowu do salonu.

Zaczynam żałować, że rano zgłosiłam przez telefon chorobowe. A jeśli kierownictwo znajdzie kogoś innego na mój rewir i ten ktoś będzie lepiej pracował?

Powinnam pójść. Nie mogę ryzykować, że odkryją, dlaczego naprawdę udaje mi się zakończyć obchód bez nadgodzin.

Kiedy odeszłam od stołu i usiadłam w fotelu, spojrzałam na wytarty tweed, gdzie przez lata spoczywały przedramiona mojej matki.

Z lodówki dochodzi nieprzerwanie niskie buczenie, ale poza tym w domu jest cicho. Powietrze jest gęste i ciężkie, jakby owijało się wokół mnie jak peleryna ociekająca nieprzyjemnymi wspomnieniami.

Kiedy byliśmy dziećmi, nie wolno nam było siadać w fotelu matki. Wiedziała, gdy jej poduszka została przesunięta choćby o centymetr.

Lubiła, żeby wszystko było w takim stanie, w jakim to zostawiła.

Zamknęłam oczy, czułam szorstką materię naciskającą na cienką, bladą skórę nadgarstków.

Nic nie może mi zrobić za to, że tutaj siedzę.

Nikt nie może mi nic zrobić.

4

Joan Peat

Zawsze zostawała w środkowym pokoju, kiedy Anna wychodziła do pracy.

Joan nie musiała jednak siedzieć przy oknie i patrzeć: wystarczało słuchanie.

Ich boczna uliczka była spokojna. Niewiele samochodów nią jeździło, zwłaszcza wcześnie rano, kiedy sąsiedzi szli do pracy.

Dzisiaj Anna złamała rutynę, wyszła z domu później, niż zazwyczaj chodziła do pracy, i wróciła znacznie wcześniej, niż kończyła się jej zmiana. A teraz Joan usłyszała właśnie, jak trzasnęły tylne drzwi – Anna znów wyszła.

Zaparkowała przed domem. Joan patrzyła, jak podchodzi do drzwi od strony kierowcy.

Przez ostatnie parę lat przybrała na wadze, zauważyła Joan. Ubierała się albo w pocztowy uniform, albo w dżinsy, buty i szary za duży sweter, który nadawał jej dość niechlujny wygląd.

Joan rzadko widywała Annę w makijażu, a przez ostatnie tygodnie dziewczyna zaczęła nosić nieładną ciemnobrązową czapkę baseballową, która tylko podkreślała bladość jej z lekka nalanej twarzy.

Jednak Joan niezmiennie wierzyła, że Anna, ta, którą wcześniej znała, nadal gdzieś tam jest, ukrywa się tylko, za bardzo się boi, żeby wyjść. Żyła nadzieją, że pewnego dnia ujawni się iskra tego entuzjazmu do życia, którą Anna miała za młodu.

Ledwie sąsiadka odjechała, Joan dźwignęła się z fotela i poszła do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę.

Zarówno Anna, jak i Linda, jej pielęgniarka środowiskowa, myślały, że Joan nie może się samodzielnie poruszać. Joan było obojętne, że to skończone kłamstwo. Mogła się poruszać. Po prostu nie powiedziała im prawdy. A to różnica.

W każdym razie często miała problemy i nawet w dobry dzień nie biegała po domu jak przełajowiec Mo Farah.

Więc Joan wolała myśleć o tym jak o niewinnym kłamstewku.

Ogólnie rzecz biorąc, było prawdą, że nadal potrafi poruszać się bez jakiejkolwiek pomocy. W niektóre dni udawało się jej wchodzić nawet na piętro, jeśli uważała, żeby się nie przemęczyć, i w drodze na górę od czasu do czasu robiła sobie przerwę na oddech.

To było takie miłe, widywać regularnie Annę i Lindę. Gdyby wiedziały, że Joan daje sobie radę, pewnie przestałyby wpadać tak często, a to była ostatnia rzecz, jakiej by chciała.

Oszukiwało się zdumiewająco łatwo: nawet pielęgniarkę okręgową, Jasmindę, która zachodziła do niej co parę miesięcy, żeby zbadać jej napuchnięte, owrzodzone nogi.

Wszystkie były takie ufne wobec Joan i całkowicie polegały na jej słowie. W końcu dlaczego miałaby je oszukiwać w takiej sprawie?

Hm, powodem była samotność.

Joan myślała, że bardzo często używa się tego słowa: samotność. Używają go ludzie, którzy nie mają pojęcia, jakie jest jego prawdziwe znaczenie. Ludzie, którzy nie doświadczyli duszącej płachty ciszy przylepiającej się do człowieka jak cienka przezroczysta folia od chwili, gdy się obudzi.

Używają go ludzie, którzy nie mają pojęcia, jak to jest, kiedy musi się ustawiać radio w innym pokoju, żeby udawać, że rodzina lub przyjaciele przyszli z wizytą.

Ale Anna i Linda to byli prawdziwi ludzie, z którymi Joan mogła rozmawiać prawie codziennie, i to pomagało jej oddychać. Pomagało jej przebrnąć, dzień po dniu, przez każdy długi tydzień.

Wszyscy ludzie, których Joan regularnie widywała, przychodzili do niej, bo myśleli, że nie potrafi się poruszać i nie da sobie rady bez ich pomocy. I na swój sposób mieli rację.

Prawdę mówiąc, nie dałaby sobie rady bez nich.

Joan czuła się szczęśliwa, że miała wokół siebie takie troskliwe dusze.

I wreszcie, w przeszłości zawsze próbowała robić coś podobnego, pomagała innym, robiąc co w jej mocy, żeby im ulżyć.

Weźmy Annę.

Były sąsiadkami od prawie trzydziestu lat i Joan praktycznie opiekowała się nią, kiedy wyszła ze szpitala. W każdym razie do osiemnastego roku życia.

Anna nie miała nikogo na świecie, na kim mogłaby się oprzeć.

Joan widziała to tak, jej nogi były na wykończeniu, ale pamięć i słuch miała w porządku, chociaż już dawno skończyła siedemdziesiąt lat.

Niestety, to znaczyło, że była w stanie przypomnieć sobie każdy szczegół z tego, co zdarzyło się po sąsiedzku przed trzynastu laty.

Cóż to był za koszmar!

Równie jasno pamiętała dzień, w którym Clarke’owie stali się jej sąsiadami.

W nocy z lekka sypnął śnieg, a rano Monica i Jack Clarke zamieszkali po sąsiedzku ze swoją dziewczynką Anną.

Joan i jej mąż Arthur słyszeli, że Jack Clarke pracował na ścianie w kopalni węgla w Annesley, ale podczas zmiany maszyna urwała mu ramię.

Clarke’owie wykorzystali odszkodowanie, żeby kupić domek szeregowy w sąsiedztwie Joan i Arthura, żeby być bliżej centrum, gdzie Monica mogłaby poszukać jakiejś pracy na część etatu.

Arthur wtedy oczywiście żył. Zdrów jak ryba, codziennie jeździł na rowerze prawie pięćdziesiąt kilometrów do fabryki. To było na dwa lata przedtem, jak zabrał go rak trzustki: sześć tygodni od diagnozy do śmierci.

Joan ostrożne postawiła filiżankę i spodek na stoliku i wyjrzała na ulicę.

Monica Clarke była bufonowata i nieprzyjazna od samego początku, chociaż Joan nie miała pojęcia, skąd bierze się ta jej pycha.

„Blondyna z butelki, bez manier, z za dużym dekoltem na pokaz”, tak Arthur opisał Monicę, ledwie wysiadła z ciężarówki do przeprowadzek, którą wynajął Jack.

Monica zignorowała ich powitalne machanie z właśnie tego okna. Arthur zawsze dobrze osądzał charaktery.

Inaczej z małą Anną: odwróciła się i uśmiechnęła do nich serdecznie.

Co za słodkie stworzenie. Cała w jasnych loczkach, z niebieskimi oczami, jak lalka z porcelany.

Córka Joan i Arthura, Janet-Mae, była wtedy na uniwersytecie, studiowała handel w Manchesterze. Przyjeżdżała do domu, kiedy mogła, ale nie zdarzało się to często.

Kiedy Joan ujrzała małą Annę, jej serce nabrzmiało od wspomnień małej Janet-Mae, kiedy jeszcze jej potrzebowała. To było bardzo dawno temu.

Teraz Joan patrzyła na miejsce, w którym Clarke’owie przed laty zaparkowali swoją ciężarówkę. W nocy padało i rynsztok był brudny, płynęło nim błoto, liście i zbity żwir, który przylepiał się do skraju krawężnika jak guzy rakowe.

Odwróciła wzrok i wspominała, jak Anna stała przed domem i machała do nich, póki Monica nie wyszła, nie chwyciła jej za ramię, mocno za nie szarpnęła i odprowadziła.

Wkrótce odkryli słabość Moniki do alkoholu i mężczyzn.

Jako osoba regularnie uczęszczająca do kościoła, Joan zdecydowanie unikała przyłączania się do sąsiedzkich plotek o barwnym nocnym życiu Moniki, szeptanych przez ogrodowe murki i w sklepie na rogu. Ale to nie było łatwe.

Z okna na piętrze późno w nocy Joan nie raz widywała Monicę w ramionach mężczyzny, który zdecydowanie nie był jej mężem. Znacznie bardziej prawdopodobne, że był mężem innej kobiety.

Clarke’owie mieszkali po sąsiedzku zaledwie rok, kiedy Monica zaszła w ciążę z Danielem.

Dobry Boże, kłótnie trwały tygodniami. Za pomocą odwróconej szklanki przytkniętej do ściany działowej Joan często słyszała słowo w słowo, co tam mówiono.

Wystarczy powiedzieć, że Jack Clarke był całkowicie przekonany, że to nie jego dziecko, i w ciągu miesiąca wyprowadził się z domu. Zostawił ciężarną Monicę i swoją córkę, Annę.

Wtedy Peatowie widzieli go po raz ostatni.

Pół roku później Jack Clarke nie żył. Słyszeli, że po pijanemu wdał się w mieście w bójkę z ciężarówką i, jak można było się spodziewać, przegrał.

Właśnie wtedy mała Anna zaczęła regularnie odwiedzać Joan i Arthura.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niebezpieczna dziewczyna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny