Jej ostatni oddech

Jej ostatni oddech

Autorzy: Robert Dugoni

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 34.50 zł

cena od: 17.70 zł

Północna część Seattle to rewir seryjnego mordercy, nazywanego przez policję Kowbojem. Poluje on na młode kobiety nocujące w tanich motelach. Tracy ma prawo przypuszczać, że będzie jego kolejnym celem... Ma do dyspozycji niezbyt jasne wskazówki, ale przeczuwa, że kluczem do powstrzymania szaleńca może być dochodzenie sprzed 10 lat. Okazuje się jednak, że kolegom Tracy bardzo zależy na tym, by tamta sprawa pozostała zamknięta. Czy nieustraszona policjantka zdoła znaleźć dowód, który pozwoli jej schwytać psychopatę, czy też sama wpadnie w jego sidła? Kowboj już rozpoczął łowy!

O książce

DRUGA KSIĄŻKA Z DETEKTYW TRACY CROSSWHITE

THRILLER MIESIĄCA WEDŁUG AMAZONA

POWIEŚĆ AUTORA DWUKROTNIE NOMINOWANEGO DO NAGRODY HARPER LEE

ALBO GO POWSTRZYMA, ALBO ZOSTANIE KOLEJNĄ OFIARĄ

Detektyw Tracy Crosswhite jeszcze nie zdążyła się otrząsnąć po dramatycznej konfrontacji z zabójcą jej siostry, a już czeka ją kolejne wyzwanie. Północna część Seattle to rewir seryjnego mordercy, polującego na młode kobiety w hotelowych pokojach. Policja nazywa go Kowbojem. Tracy ma prawo przypuszczać, że również jest jego celem… Szybko odkrywa, że klucza do rozwiązania tej sprawy należy szukać w dochodzeniu sprzed lat, które w wydziale uważają za zamknięte i najwyraźniej komuś bardzo zależy, aby tak pozostało. Upór Tracy może kosztować ją karierę. A nawet życie

ROBERT DUGONI

Amerykański pisarz urodzony w 1961 r. Po uzyskaniu licencjatu z dziennikarstwa na Uniwersytecie Stanforda współpracował m.in. z „Los Angeles Times”. Następnie ukończył prawo na Uniwersytecie Kalifornijskim i przez 13 lat pracował w kancelarii adwokackiej w San Francisco, zanim całkowicie poświęcił się pisarstwu. Autor trzynastu powieści, z których dwie były nominowane do Nagrody Harper Lee. Dwukrotnie wyróżniony przez Pacific Northwest Writer’s Association i zdobywca wielu innych prestiżowych nagród.

Książki Dugoniego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków i opublikowane w ponad 20 krajach.

Jej ostatni oddech jest drugą z cyklu książek z detektyw Tracy Cross­white. Pierwsza, Grób mojej siostry, nominowana do Nagrody Harper Lee, została uznana przez International Thriller Writers za najlepszą książkę w tym gatunku.

ROBERTDUGONI.COM

Tego autora

GRÓB MOJEJ SIOSTRY

JEJ OSTATNI ODDECH

Tytuł oryginału:

HER FINAL BREATH

Copyright © Robert Dugoni 2015

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2017

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: Pexels

Projekt graficzny okładki i serii: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-03-8125-085-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.

(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Wszystkim ludziom w mundurach i z odznakami policyjnymi, którzy w dzień i w nocy walczą z przestępczością, abyśmy mogli czuć się bezpiecznie. Za często jesteśmy skłonni ich krytykować i zbyt rzadko im dziękujemy.

Na psychopatów nie ma lekarstwa. Nie ma procedur leczniczych. Nie ma szans na wyleczenie. Są tylko więzienia.

dr Jeni Gregory, psycholog społeczny

Rozdział 1

Tracy Crosswhite przyglądała się parkującemu minivanowi, odnotowując w pamięci dziecięcy fotelik na tylnym siedzeniu i dyndającą za szybą żółtą wywieszkę Dziecko w samochodzie. Wysiadła z niego kobieta w czarnej kamizelce kuloodpornej, dżinsach i bejsbolówce z emblematem Seattle Mariners.

– Detektyw Crosswhite?

Tracy uścisnęła jej rękę, wyczuwając szczupłość i wiotkość jej dłoni.

– Po prostu Tracy. A ty jesteś posterunkową Pryor, tak?

– Katie. Jestem naprawdę bardzo wdzięczna. Przepraszam, że zajmuję ci czas po godzinach.

– Nie ma sprawy. Uczenie innych pozwala zachować formę. Masz okulary i nauszniki?

– Własnych nie mam.

Tracy nie przyszło nawet do głowy, że Pryor mogłaby mieć własny sprzęt.

– To trzeba ci je zorganizować.

Poprowadziła Pryor do przysadzistego betonowego budynku Towarzystwa Sportowego Policji Seattle. Jak większość strzelnic, ta też znajdowała się na uboczu, przy końcu wąskiej uliczki w przemysłowej dzielnicy Seattle, dwadzieścia minut od centrum.

Siedzący w dyżurce mężczyzna powitał Tracy, zwracając się do niej po imieniu, a ona dokonała prezentacji.

– Virgil, to jest posterunkowa Pryor. Potrzebujemy dla niej czegoś na oczy i uszy, a poza tym tarczy, paru pudełek amunicji i rolki taśmy.

– Ćwiczymy do testu kwalifikacyjnego? Zostało jeszcze ze dwa tygodnie, nie? – Virgil uśmiechnął się do Pryor. – Jesteś w dobrych rękach. – Zdjął z półki pudełka amunicji, z uchwytów na ścianie okulary i nauszniki. – Cały czas namawiamy Tracy, żeby zajęła się na stałe szkoleniem nowicjuszy. I co ty na to, Tracy?

– To co zawsze, Virgil. Zajmę się tym, jak ludzie przestaną się wzajemnie zabijać.

– Jasne, i jak pierdy przestaną śmierdzieć. – Rozejrzał się po półkach. – Muszę pójść do magazynku po taśmę.

– A po co nam taśma? – spytała Pryor po jego wyjściu.

– Do zaklejania dziur na tarczy – odparła Tracy.

– Nigdy wcześniej tego nie widziałam.

– Bo nigdy tyle się nie nastrzelałaś co dzisiaj.

Virgil wrócił i wręczył Tracy rolkę niebieskiej taśmy klejącej. Podziękowała, rzuciła do Pryor „Idziemy” i wyszła z budynku.

Wsiadły do jej forda pick-upa F-150 z 1973 roku. Po powrocie z Cedar Grove sprzedała subaru i byłoby ją stać na kupno czegoś lepszego, ale stary pick-up bardziej do niej pasował. Jego silnik dość długo się rozgrzewał, szczególnie w chłodne poranki, na obudowie było trochę wgnieceń i zadrapań, mimo to jak na swój wiek samochód prezentował się całkiem nieźle. A poza tym stary ford kojarzył się z pojazdem, którym ojciec woził ją i Sarę na zawody strzeleckie, gdy były jeszcze dziećmi.

Przejechała dwieście metrów wyboistą asfaltową drogą, zaparkowała przed wejściem na strzelnicę i zanurzyła się w dobrze jej znaną kakofonię wystrzałów i ujadania policyjnych psów. Nie wiedziała, co za geniusz wpadł na pomysł, by urządzić policyjną psiarnię tuż obok strzelnicy, ale współczuła zarówno mieszkającym w niej psom, jak i wszystkim, którzy musieli spędzić więcej niż minutę w ich jazgocie.

Na strzelnicę prowadziła bramka w wysokiej na dwa i pół metra stalowej siatce z ciągiem drutu żyletkowego na górze. Pogoda była typowo marcowa: siąpił lodowaty deszcz i było zimno. Czekając na posterunkową, Tracy pochuchała w dłonie, by je nieco rozgrzać. Idealne warunki na trening strzelecki.

– Od czego zaczniemy? – spytała Pryor.

– Ty strzelasz, ja patrzę – odparła Tracy.

W odległości dwudziestu pięciu metrów od osłoniętego metalowym daszkiem wału ziemnego, naszpikowanego pociskami, ciągnęło się piętnaście stanowisk strzeleckich odgrodzonych od siebie płytami sklejki. Tracy wybrała pierwsze od lewej, wprawdzie najbliższe psich bud, ale najdalsze od stanowisk zajętych przez dwóch mężczyzn w prawej części strzelnicy.

– Zaczniemy od ćwiczenia na pewność ręki z trzech metrów. Masz trzy sekundy na oddanie czterech strzałów, dwa w korpus, dwa w głowę.

– Jasne – rzuciła Pryor.

Przytwierdziły do płyty wiórowej tarczę z sylwetką „złoczyńcy” z masywnymi owłosionymi ramionami i ponurą miną, ustawiły go pod daszkiem i cofnąwszy się trzy metry od celu, stanęły na umieszczonym na ziemi znaku.

– Przygotuj się do strzału – zarządziła Tracy.

Pryor wyjęła z kabury glocka, skierowała lufę w ziemię i przyjęła postawę strzelecką: nogi rozstawione na szerokość ramion, lewa nieco wysunięta do przodu. Tracy postukała nogą w wewnętrzną stronę lewej stopy Pryor i o parę centymetrów powiększyła jej rozkrok.

– Ognia – rzuciła.

Posterunkowa uniosła pistolet, trzykrotnie wystrzeliła i po każdym strzale odruchowo się wzdrygnęła, przez co lufa każdorazowo lekko zeszła z celu. Był to typowy odruch wszystkich nowicjuszy, a jeszcze bardziej nowicjuszek, i Tracy wcale to nie zaskoczyło.

– Przygotuj się do strzału – powiedziała.

Pryor uniosła nausznik z lewego ucha.

– A nie sprawdzisz najpierw…

– Przygotuj się do strzału – powtórzyła Tracy.

Jej podopieczna opuściła nausznik i przyjęła odpowiednią postawę.

– Ognia.

Pryor wystrzeliła.

– Przygotuj się. Ognia.

Oddała kolejny strzał.

Strzelanie trwało aż do całkowitego opróżnienia magazynka. Pryor, lekko oszołomiona adrenaliną, opuściła broń.

– Dłonie i ramiona zaczynają boleć? – domyśliła się Tracy.

– Trochę.

– Ale idzie ci coraz lepiej.

– Lepiej – bąknęła Pryor, przypatrując się tarczy przez żółtawe okulary.

– Bo widzisz, ja mogę ci pomóc w tym, żebyś lepiej strzelała – powiedziała Tracy. – Ale nie mogę cię nauczyć strzelać. Sama musisz zapanować nad odruchem w chwili wystrzału. Wiesz, że huknie i będzie odrzut, więc się stresujesz i strzelasz niecelnie. Jedynym sposobem na opanowanie tego odruchu jest jak najwięcej strzelać. Jak często bywasz na strzelnicy?

– Staram się, jak tylko mogę, ale to dla mnie niełatwe – odparła Pryor. – Mam w domu dwie małe dziewczynki.

– Co robi twój mąż?

– Pracuje w firmie budowlanej.

– I chce, żebyś ty też pracowała?

– Oczywiście. Potrzebujemy pieniędzy.

– Więc musi się zająć córkami, żebyś ty mogła ćwiczyć. – Tracy wyciągnęła ku niej prawy kciuk. – Wiesz, od czego jest ten nagniotek?

– Od strzelania.

– Od ładowania magazynka. Przychodzę tu dwa razy w tygodniu w deszcz i upał, w dzień i w nocy. Żeby lepiej strzelać, trzeba ćwiczyć. A jeśli nie zaliczysz testu, możesz zapomnieć o pracy. Wyślą cię na dodatkowy kurs, ale będziesz już naznaczona. Wystarczy, że jesteś kobietą. Nie dawaj im kolejnych powodów, żeby mogli cię uważać za kogoś gorszego.

Pryor potrzebowała takich słów. A jej mąż pewnie jeszcze bardziej.

– To jak, chcesz się do tego przyłożyć?

Posterunkowa sięgnęła do tylnej kieszeni dżinsów i wyciągnęła telefon komórkowy.

– Pozwól, że zadzwonię do domu.

Odeszła parę kroków, a Tracy wykorzystała tę chwilę na załadowanie magazynka. Jeden z mężczyzn z drugiego końca strzelnicy przerwał strzelanie i podszedł bliżej.

– Widzę, że przyszłyście rozładować trochę tłumionej babskiej agresji – powiedział z przekąsem. Kapitan Johnny Nolasco jako szef Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych był zwierzchnikiem Tracy. A także wyjątkowym palantem.

– Tak sobie strzelamy, kapitanie.

– Zbliża się test kwalifikacyjny. – Mimo chłodu Nolasco miał na sobie obcisłą koszulę z krótkimi rękawami, co pozwalało mu prezentować wytatuowany na prawym bicepsie drut kolczasty. – Może dobrze byłoby go urozmaicić?

Tarcza Tracy z jej testu kwalifikacyjnego na zakończenie akademii policyjnej trafiła do ustawionej przy wejściu do szkoły gabloty chwały, zastępując w niej tarczę z wynikiem Nolasco. W ciągu dwudziestu lat, które minęły od tamtego wydarzenia, nikomu nie udało się powtórzyć wyczynu Tracy, a zranione ego Nolasco nigdy nie zostało w pełni zaleczone.

– Jestem dobra – rzuciła, nie przerywając ładowania.

– Ale nie aż tak – prychnął, obrzucił jej podopieczną uważnym spojrzeniem, po czym bez słowa odwrócił się i odszedł.

Pryor skończyła rozmowę i podeszła do Tracy.

– Kto to był? – spytała.

– Powód, dla którego musisz zaliczyć ten test.

* * *

Zapadł zmrok i powietrze zasnuła ciągnąca znad morza mgła, w której światło lamp na słupach nabrało żółtawej barwy i widoczność mocno się pogorszyła. Tracy dopingowała Pryor, by ta nie zwracała uwagi na pogodę i skupiła się na doskonaleniu technik strzeleckich, na przykład na prawidłowym korzystaniu z przyrządów celowniczych.

– Jeśli nauczysz się strzelać przy takiej pogodzie, będziesz swobodniejsza podczas testu.

– Jaki masz najlepszy wynik? – spytała Pryor.

– Sto pięćdziesiąt.

– To wspaniały wynik. Gdzie się uczyłaś strzelać?

– Jako dziecko brałam udział w zawodach strzeleckich. To była rodzinna tradycja. Oceniano na nich szybkość i celność strzelania. To tak jak ze wszystkim. Jeśli chcesz odnosić sukcesy, musisz się napracować. Dobrych nawyków nabierasz, jeśli często powtarzasz właściwe czynności.

Pryor pogimnastykowała palce i podmuchała na rękę.

– Drętwieją ci dłonie? – spytała Tracy.

– Trochę.

– Zdobądź gumową poduszeczkę z piaskiem i ugniataj ją przy każdej okazji. Jeżdżąc w patrolu, siedząc w domu przed telewizorem.

– Hej, Tracy!

Chociaż rysy twarzy były rozmyte we mgle, rozpoznała w wołającym Virgila. Stał w otwartych drzwiach swojego śliwkowego plymoutha, machając ręką, lampka we wnętrzu samochodu oświetlała go od tyłu, reflektory zalewały blaskiem gęstniejącą mgłę, z rury wydechowej dobywały się białe obłoki spalin.

– Ja już skończyłem. Jak będziecie wychodzić, zatrzaśnijcie za sobą bramkę.

– Nie ma sprawy, Virgil.

Raz jeszcze pomachał ręką, wsiadł do samochodu i utonął we mgle z tak głośnym warkotem, jakby odpływał motorówką.

Tracy zmusiła Pryor do wystrzelania do końca całej amunicji i gdy wreszcie ogłosiła koniec, na twarzy jej podopiecznej pojawił się wyraz ulgi. Trochę jej jeszcze brakowało, ale postęp w strzelaniu był już widoczny.

– Pomogę ci zebrać mosiądz – powiedziała, choć łuski od ćwiczebnej amunicji były tak naprawdę aluminiowe.

– Sama to zrobię. – Tracy czuła lekkie wyrzuty sumienia, że tak długo ją przetrzymała przy tak podłej pogodzie. – Lepiej wracaj do domu. Nie przesadźmy za pierwszym razem.

– A ty?

– Na mnie czeka tylko kot. Zbieraj się i wracaj do rodziny.

Wzięły tarczę i kiedy Tracy odprowadziła Pryor do wyjścia, ta wręczyła jej gogle i nauszniki do zwrotu Virgilowi.

– Słuchaj – powiedziała. – Naprawdę nie wiem, jak mam ci dziękować.

– Ależ wiesz. Po prostu zalicz ten test. A potem przekaż dalej to, czego cię nauczyłam.

Gdy ucichł szum silnika minivana posterunkowej, Tracy wyjęła dwudziestolitrowe wiadro spod wieżyczki kontrolera i wolnym krokiem ruszyła w stronę wału, wrzucając do wiadra puste łuski; zaczęły w nim pobrzękiwać jak garść bilonu. Psy, które ucichły po zakończeniu strzelania Pryor, znów się rozszczekały. Tracy zatrzymała się, bo nie bardzo chciało jej się wierzyć, by robiły to z powodu łusek w wiadrze. Zwłaszcza że dosłyszała jakby szum silnika samochodu. Popatrzyła w stronę drogi, ale we mgle nie dojrzała żadnych reflektorów. Nad jej głową coś pyknęło i zgasły wszystkie światła, pogrążając cały teren w kompletnych ciemnościach. Rzuciła okiem na wyświetlacz komórki. Punktualnie 21.00. Widać Virgil na tę godzinę zaprogramował gaszenie świateł na noc.

Usłyszała brzęknięcie bramki w ogrodzeniu i wydało jej się, jakby ktoś wszedł do środka, ale we mgle nic nie było widać. Odstawiła wiadro, położyła dłoń na rękojeści glocka i przekrzykując ujadanie psów, wrzasnęła:

– Jestem z policji i mam broń! Jeśli ktoś tam jest, niech się odezwie.

Odpowiedziała jej cisza.

Nie zdejmując ręki z rękojeści glocka, podniosła wiadro i poszła z nim do wieżyczki kontrolera. Zostawiła wiadro i zabrała okulary i nauszniki ochronne, by po drodze wrzucić je w szparę w drzwiach dyżurki. Ruszyła do wyjścia, czujnie się rozglądając.

Przechodząc przez bramkę, poczuła, jak coś smyrgnęło ją po głowie. Odskoczyła do tyłu, opędzając się ręką i drugą wyszarpując glocka z kabury. Nic się jednak nie wydarzyło, nikt się na nią nie rzucił, wyjęła więc z kieszeni telefon i zapaliła latarkę. Ostry snop światła odbił się od mgły niczym reflektory samochodu na szosie, jeszcze pogarszając widoczność. Podeszła do bramki i poświeciła w górę.

Z drutu żyletkowego zwieńczającego ogrodzenie zwisał sznur zakończony wisielczą pętlą.

Dokonała błyskawicznej oceny sytuacji. Była sama i dobrze widoczna w kręgu światła. Zgasiła latarkę.

Pętli z całą pewnością nie było w chwili, gdy Pryor odjeżdżała i paliły się jeszcze światła. Tracy nie miała omamów słuchowych czy wzrokowych i nie myliła się, sądząc, że słyszy jakiś samochód i widzi kogoś stojącego przy bramce. To nie lada wyczyn zawiesić stryczek na płocie policyjnej strzelnicy. Czy sprawca wiedział, że Tracy jest jeszcze w środku, czy sądził, że wszyscy już wyszli i na strzelnicy nikogo nie ma? W tej mgle mógł jej nie dostrzec. Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Byłby to nadmierny zbieg okoliczności, gdyby ktoś przypadkiem powiesił wisielczą pętlę akurat tego wieczoru. A więc ten ktoś ją śledził i wybrał porę nieprzypadkowo. Pytanie tylko, czy chodziło mu o coś osobistego, czy o coś związanego z jej pracą. Policja z Seattle znalazła się ostatnio pod ostrzałem mediów, bo organizacje kobiece były oburzone brakiem postępów w śledztwie w sprawie zabójstwa tancerki erotycznej, którą znaleziono z pętlą na szyi w pokoju motelowym w północnym Seattle. Śledztwo w sprawie śmierci Nicole Hansen prowadziła Tracy do chwili jej wyjazdu do Cedar Grove, gdzie pojechała w związku z toczącym się procesem, w wyniku którego wypuszczono na wolność skazanego za zabójstwo jej siostry1. Podczas jej nieobecności w Seattle kapitan Nolasco przekazał sprawę Hansen do wydziału spraw dawnych, co wywołało oburzenie rodziców ofiary i organizacji kobiecych.

Tracy wybrała numer na swojej komórce i podała operatorce nazwisko, numer służbowy i miejsce pobytu, po czym poprosiła o przysłanie patrolu interwencyjnego CSI2.

Rozłączyła się i zaczęła analizować sytuację. Nie podobało jej się to, że sterczy na otwartej przestrzeni. Jej pick-up stał tuż za bramką. Gdyby udało jej się wskoczyć do środka, mogłaby podjechać do bramy wjazdowej i tam poczekać na patrol.

Trzymając glocka w wyciągniętej ręce, zaczęła ostrożnie przesuwać się do przodu. Ominęła zwisającą pętlę i opierając się plecami o siatkę, przeszła przez bramkę. Chrzęszcząc nogami na żwirze, przesunęła się wzdłuż pick-upa – od końca skrzyni do kabiny kierowcy. Wyjęła z kieszeni kluczyk i spuszczając na chwilę wzrok, wypatrzyła szparkę zamka w drzwiach. Wetknęła w nią kluczyk i przekręciła. Blokada zamka puściła. Tracy chwilę odczekała i ostrożnie uchyliła drzwi. Już miała wsiąść, gdy nagle dostrzegła, że z paki coś wystaje. Ktoś uchylił okienko w jej osłonie.

Przeszła do tyłu, chwilę odczekała i zajrzała do środka. Pusto. Odwróciła się i omiotła wzrokiem teren wokół pick-upa. Poza rozmytymi we mgle słupami telefonicznymi nie było nic widać.

Zamknęła okienko, przekręciła klamkę i usłyszała szczęknięcie mechanizmu blokującego. Gdy zawróciła ku kabinie kierowcy, psy znów zaczęły ujadać.

Rozdział 2

Tracy wyjechała z terenu Towarzystwa Sportowego Policji Seattle na ulicę, chwilę potem pojawił się radiowóz. Poleciła umundurowanej załodze rozciągnąć żółto-czarną taśmę policyjną i zagrodzić wjazd na teren, po czym pogratulowała sobie przezorności, bo krótko po radiowozie nadjechała furgonetka z reporterem miejscowych wiadomości, a zaraz później jej bezpośredni przełożony, sierżant Billy Williams.

– Myślałem, że dzwoniłaś z komórki – powiedział, łypiąc okiem na reportera.

– Owszem – odparła.

Rozmowa z komórki nie powinna zostać przechwycona przez media, ale policja z Seattle od dawna przypominała sito. Szefostwo lubiło zaskarbiać sobie względy dziennikarzy przez podrzucanie im informacji i podejrzewano, że w Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych jest przeciek. Zresztą po tym wszystkim, co ją spotkało w Cedar Grove, sama Tracy stanowiła łakomy kąsek dla reporterów.

Williams poprawił na głowie włóczkową czapkę z daszkiem, która stała się jego znakiem rozpoznawczym od chwili, gdy ostatecznie uległ siłom natury i zgolił na zero resztki czupryny. Utrzymywał, że jesienią i zimą czapka chroni mu czaszkę od zimna, a latem od słońca, Tracy podejrzewała jednak, że po prostu uważał, że dobrze w niej wygląda. Zapuścił też wąsy – cieniutką kreskę – i kępkę zarostu pod dolną wargą, co upodabniało go do Samuela L. Jacksona.

Kinsington Rowe, partner Tracy, dotarł dziesięć minut później. Wysiadł ze swego wiekowego bmw i wciągnął na siebie skórzaną kurtkę.

– Przepraszam, ale byliśmy na kolacji u rodziców Shannah – rzucił. – To co my tu mamy?

– Chodź, pokażę ci – odrzekła Tracy.

Usiadł obok niej w kabinie pick-upa, Billy pojechał za nimi swoim jeepem.

– Nic ci nie jest? – upewnił się Kins.

– Mnie?

– Bo wyglądasz na spiętą.

– U mnie wszystko w porządku. A u rodziców Shannah? – dodała, by zmienić temat.

Skrzywił się.

– Staramy się jadać z nimi niedzielne kolacje w nadziei, że to coś pomoże. Wdałem się z jej ojcem w dyskusję o dostępie do broni.

– I jak ci poszło?

– Jak było do przewidzenia.

Tracy zatoczyła szeroki łuk i zaparkowała kawałek od wejścia. Włączyła wycieraczki na zaparowanych szybach i światłami drogowymi oświetliła zwisającą pętlę.

– I co o tym sądzisz? – spytał Kins.

– Sama nie wiem. Ktoś to musiał powiesić zaraz po tym, jak zgasły latarnie.

– Chciał, żebyś się na to natknęła?

– Tak to wygląda.

– Chyba masz rację.

Wysiedli i podeszli do stojącego kawałek dalej Williamsa.

– Sznur wygląda na identyczny – zauważył Kins. – Ten sam kolor, pętli dokładnie nie widzę.

Nicole Hansen tak zwyczajnie nie uduszono. Związano ją w kołyskę w tak perfidny sposób, że umierała w męczarniach. Przy próbie wyprostowania nóg sznur się naprężał i zaciskał pętlę na szyi. W końcu ofiara nie wytrzymała dłużej w skulonej pozycji i sama się udusiła. Tracy i Kins uznali jej śmierć za zabójstwo, choć nie wykluczyli też tego, że mogła się udusić w trakcie wynaturzonego seksu, podczas którego sprawy wymknęły się spod kontroli. Choć trudno było sobie wyobrazić, by kobieta mogła dobrowolnie poddać się takiej torturze, Tracy, która miała za sobą pracę w wydziale przestępstw seksualnych, widywała już gorsze rzeczy. Kiedy jednak badanie toksykologiczne wykazało w organizmie Hansen obecność rohypnolu, czyli tak zwanej tabletki gwałtu, ostatecznie zarzucili tę wersję.

– A zatem pierwsza możliwość: to ten sam sukinsyn, który załatwił Nicole Hansen – powiedział Kins. – Druga: to ktoś, kto jest oburzony odłożeniem śledztwa w sprawie Hansen na półkę i chce nam o tym powiedzieć.

– Albo jakiś naśladowca – wtrącił Billy.

– Możliwość numer trzy.

Podczas śledztwa w sprawie śmierci Hansen reporterka telewizyjna Maria Vanpelt dotarła do opinii rzeczoznawcy, że do uduszenia ofiary użyto sznura polipropylenowego ze splotem typu Z, i ujawniła to. Policja złożyła wówczas ostry protest na ręce prezesa stacji telewizyjnej, a ten gorąco przeprosił za niedopatrzenie i przyrzekł, że już nigdy się to nie powtórzy. Jego zapewnienia nie zrobiły specjalnego wrażenia na nikim w policji z Seattle.

– Bez względu na to, która z nich jest prawdziwa, sprawca zostawił pętlę w takim miejscu, byś musiała się na nią natknąć – powiedział Billy. – A to znaczy, że cię śledził i wiedział, że jesteś na strzelnicy. Wydam polecenie, żeby nasi ludzie mieli cię na oku.

– Niepotrzebna mi niańka, Billy.

– Tylko do czasu, aż ustalimy, co się za tym kryje.

– Podziurawię go na wylot, nim się zbliży do mnie na trzy metry – burknęła.

– Jasne, jest tylko jeden problem – zauważył Kins. – Nie masz pojęcia, kim on może być.

Rozdział 3

Skręcając w podjazd do domu w dzielnicy Admiral w zachodnim Seattle, Tracy minęła zaparkowany radiowóz z komisariatu Południowy Zachód. Pomachała policjantowi i wjechała do aż nazbyt czystego i zadbanego garażu na dwa samochody, tyle że na miejscu dla drugiego stała sterta kartonów z dobytkiem przewiezionym z jej poprzedniego mieszkania na Capitol Hill. Dom był wynajęty od zaprzyjaźnionego agenta FBI, który przeniósł się z żoną na Hawaje, ale nie chciał go sprzedawać, póki oboje ostatecznie nie upewnią się, że życie w raju im pasuje.

Weszła do małego przedpokoju przy kuchni, wyjęła z lodówki napoczętą butelkę chardonnay i napełniła kieliszek. Roger, pręgowany szaro-czarny kot, wbiegł za nią do kuchni, wskoczył na blat i zaczął miauczeć, co nie oznaczało przypływu miłości, a jedynie sygnał, że domaga się jedzenia. W kuchni stał automatyczny dozownik suchej karmy, ale Tracy rozpieściła Rogera, dając mu wieczorem puszki, a przez zamieszanie na strzelnicy dotarła do domu dużo później niż zwykle.

– Typowy chłop – mruknęła, drapiąc go za uszami i głaszcząc po grzbiecie. – Teraz będziesz już chciał co wieczór.

Wyjęła puszkę z szafki, przełożyła zawartość do miseczki i zaczęła się zastanawiać, co zrobić z resztą wieczoru. Myśli przerwało jej brzęczenie domofonu. Przeszła przez pokój z plączącym się przy nogach Rogerem i nacisnęła przycisk interkomu przy furtce w wysokim na prawie trzy metry ogrodzeniu z kutego żelaza, które oddzielało posesję od ulicy.

– To ja – powiedział Dan.

Tracy wcisnęła przycisk odblokowujący furtkę i wzięła Rogera na ręce. Został ostatnio mistrzem ucieczek, a o tej porze mógł też łatwo stać się łupem dla kojotów. Otworzyła drzwi i zamachała do policjanta w radiowozie na znak, że wszystko pod kontrolą. Dan pchnął furtkę i wpuścił przed sobą Rexa i Sherlocka. Psy, mieszańce mastiffa z rodezjanem, ważyły łącznie ponad sto trzydzieści kilo. Wparowały pędem na posesję, okrążyły z dwóch stron fontannę pośrodku patio i zbiegły się ponownie przy Tracy. Roger, który nie życzył sobie żadnych bliższych kontaktów z intruzami, wyrwał się jej z rąk i prysnął do domu, by umościć się gdzieś wyżej. Tracy chwyciła oba psy za pyski i poczochrała im sierść.

– Jak się macie, koledzy? Co u was, chłopaki?

– Czemu przed twoim domem siedzi gliniarz w radiowozie? – spytał Dan, położywszy torbę na stoliku z marmurowym blatem.

– Już ci mówiłam tyle razy. Nie musisz naciskać domofonu. Przecież znasz kod.

Po wprowadzeniu czterocyfrowego kodu przy furtce jej zamek się odblokowywał. Mimo że od trzech miesięcy ona i Dan byli w całkiem poważnym związku, jeszcze ani razu nie wszedł bez dzwonienia ani nie dał jej kluczy do swojego domu w Cedar Grove.

Zamknęła drzwi i psy ruszyły na poszukiwanie Rogera, który stał z grzbietem wygiętym w pałąk na szczycie regału z książkami i groźnie syczał.

– Co się dzieje? – powtórzył Dan.

Uniosła kieliszek w powitalnym geście i ruszyła do kuchni.

– Napijesz się? – spytała.

– Jasne, ale chyba najpierw je wypuszczę. – Cedar Grove, małe miasteczko, w którym oboje się wychowali i do którego Dan niedawno wrócił, leżało półtorej godziny jazdy na północ od Seattle.

Usłyszała kroki Dana na schodach prowadzących w dół i towarzyszące im drapanie psich pazurów. Dom był zbudowany tarasowo. Na górnym piętrze, na poziomie ulicy, mieściły się kuchnia, połączona z nią otwarta przestrzeń pełniąca funkcję jadalni i salonu, główna sypialnia oraz łazienka. Wszystko razem miało powierzchnię dwukrotnie większą od jej poprzedniego mieszkania na Capitol Hill. Do tego dochodziła dolna kondygnacja, z której Tracy prawie nie korzystała. Znajdowały się tam duży pokój z dobrze zaopatrzonym barem, skórzaną kanapą w kształcie litery L i płaskim telewizorem projekcyjnym, dwie sypialnie gościnne i druga łazienka. Prowadzące do tych pomieszczeń drzwi w dole schodów były na stałe zamknięte na zamek z bolcem, który bywał otwierany tylko po to, by Dan mógł wypuścić psy za dom.

Tracy wyszła na taras przy części jadalnej. Znad Zatoki Elliotta napływała gęsta szara mgła, w której tonęła większość miejskiej panoramy Seattle. W pogodne noce roztaczał się stąd wspaniały widok na przeglądające się w ciemnych wodach rozjarzone wieżowce centrum, a także na wodne taksówki ślizgające się po zatoce od przystani 50 po zachodnią część Seattle niczym owady wodne oraz rzęsiście oświetlone promy kursujące z przystani Colmana na wyspę Bainbridge i do Bremerton. To ten widok oraz poczucie bezpieczeństwa ostatecznie przekonały Tracy do wynajęcia tego domu.

Psy wypadły radośnie przez tylne drzwi, zalewając podwórko powodzią światła dzięki czujnikom ruchu, które Dan zainstalował, kiedy był tu ostatnio, i zabrały się do obwąchiwania kępek trawy na zboczu wzgórza, sześćdziesiąt metrów niżej przechodzącego w Harbor Way, drogę okrążającą całą Zatokę Elliotta. Ich wydłużone cienie kładły się na podwórko.

Gdy już załatwiły swoje potrzeby, Dan je przywołał, wszyscy trzej wbiegli na górę i lekko zdyszani dołączyli do Tracy.

– Czujniki ruchu działają jak trzeba – wysapał Dan, biorąc od niej kieliszek wina.

– Zauważyłam.

– Dobra, więc przestań mnie dręczyć i powiedz, co się stało. Skąd ten radiowóz przed domem?

Opowiedziała mu o sznurze z pętlą.

– I myślisz, że to mógł być ten sam bandzior, który zamordował tancerkę? – spytał Dan, odstawiając kieliszek na stół

– Tego nie wiem. Mógł się tylko na nim wzorować. Albo to ktoś, kogo oburzyło odstawienie śledztwa na półkę.

– Jakie, twoim zdaniem, są szanse, że to naśladowca?

– Duże po tym, jak Maria Vanpelt ujawniła, że Hansen została uduszona pętlą na szyi, i podała typ sznura.

– No cóż, uważam, że twój sierżant miał rację, przydzielając ci ochronę. Ktokolwiek powiesił ten stryczek na strzelnicy, musiał cię śledzić. A ludzie zwykle nie śledzą gliniarzy. Nie wolno lekceważyć tego psychola.

– Wiem. I dlatego cię prosiłam, żebyś przyjechał.

Dan przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, przede wszystkim dlatego, że Tracy rzadko przyznawała, że czuje się czymś zagrożona. Bycie śledzoną mogło się jej kojarzyć z dwiema wcześniejszymi sytuacjami z Cedar Grove. Pierwsza zdarzyła się pod przychodnią weterynaryjną, do której trafił postrzelony Rex. Zdawało jej się wtedy, że ktoś ją śledzi z zaparkowanego samochodu. Niestety, z powodu obfitych opadów śniegu nie udało jej się rozpoznać marki ani dojrzeć twarzy człowieka siedzącego za kierownicą i szybko o tym zapomniała. Bardziej ją poruszył drugi raz, gdy w nocy pod motelem dostrzegła zaparkowany samochód z oczyszczoną szybą przednią, choć od dłuższego czasu padał gęsty śnieg. Wróciła do pokoju po broń, ale gdy ponownie wyszła, samochodu już nie było.

– No tak – bąknął wreszcie. – Dobrze zrobiłaś.

Podeszła bliżej i wtuliła twarz w jego pierś okrytą miękkim kaszmirowym swetrem. Dan objął ją i pocałował w czubek głowy. Z dala dobiegł posępny dźwięk syreny mgłowej i Tracy znów stanęła przed oczami pętla.

Rozdział 4

Nie śpieszyło mu się z zabijaniem.

Przesunął nieco krzesło – tanie, w rodzaju tych, jakie mają w salach bankietowych – by lepiej widzieć ekran zamontowanego na suficie telewizora. Prawdziwego kolosa z wbudowanymi odtwarzaczami kaset wideo i płyt DVD. Już miał włączyć kasetę, gdy puszczono zwiastun czegoś, co miało lecieć po przerwie reklamowej. Bardzo go takie sztuczki irytowały. Wspomnieli coś o śledczej z wydziału zabójstw policji z Seattle, ale przedtem musiał obejrzeć reklamę tabletek Cialis, w której starsza para zanurzała się w jeziorze i wypływała splątana w miłosnym uścisku.

– Oglądasz te gówna? – spytał kobiety. – To przecież aktorzy. Od razu można poznać, że udają, nie? Płacą im, żeby mówili całemu światu, że już im nie staje albo mają hemoroidy. – Pokręcił głową. – Czego to ludzie nie zrobią za parę zielonych, co?

Kobieta zaczęła mamrotać coś zupełnie niezrozumiałego, ale się tym nie przejął, bo przerwa na reklamy na szczęście dobiegła końca i zaczynała się dalsza część wiadomości.

– Ciii – syknął.

Nad prawym ramieniem prezentera pojawił się rysunek sznura z wisielczą pętlą.

„Wiadomość z ostatniej chwili – powiedział prowadzący. – Detektyw z wydziału zabójstw policji w Seattle dokonała dziś makabrycznego odkrycia na policyjnej strzelnicy. Mamy połączenie na żywo z reporterką śledczą KRIX, Marią Vanpelt, która znajduje się na terenie Towarzystwa Sportowego Policji Seattle w Tukwila”.

Jasnowłosa reporterka stała w świetle reflektora punktowego; na jej fioletowo-czarnej kurtce z goreteksu lśniły kropelki deszczu.

„Wieczorem na strzelnicy za moimi plecami pojawiła się ekipa CSI” – zaczęła.

– Wszystko tak strasznie dramatyzują, prawda? – wtrącił mężczyzna.

Kobieta zignorowała jego uwagę.

„Stało się to po tym, jak korzystająca ze strzelnicy bojowej detektyw z wydziału zabójstw natknęła się na sznur z wisielczą pętlą”.

Mężczyzna usiadł.

„Być może pamiętają państwo mój reportaż – ciągnęła Vanpelt – w którym relacjonowałam śmierć tancerki erotycznej Nicole Hansen, uduszonej pętlą w pokoju motelowym przy Aurora Avenue. Dziś wieczorem dowiedzieliśmy się, że detektyw prowadząca śledztwo w tamtej sprawie i ta, która znalazła pętlę na strzelnicy, to jedna i ta sama osoba”.

Na ekranie pojawiła się grupka policjantów po cywilnemu, kilka radiowozów i furgonetka CSI.

„Rodzina zamordowanej Nicole Hansen oprotestowała decyzję policji z Seattle, która zaledwie po czterech tygodniach śledztwa przekazała jego akta do wydziału spraw dawnych. Protest złożyło też kilka organizacji dbających o prawa kobiet. Policja odmawia komentarzy odnośnie do ewentualnego związku między morderstwem Hansen i pętlą znalezioną dziś na strzelnicy, można jednak z dużą pewnością przyjąć, że dzisiejsze wydarzenie stanowi coś w rodzaju ostrzeżenia”.

Prezenter przełożył papiery na biurku.

„Dziękuję, Mario. Z całą pewnością będziemy dalej interesować się tą sprawą”.

– Ja nie – mruknął mężczyzna, wziął do ręki pilota i nacisnął PLAY. Magnetowid pyknął i szpulki zaczęły się obracać. Ekran poczerniał i zaczęły na nim latać czarno-białe esy-floresy. Chwilę później rozbrzmiała muzyka i zza czerwonej kotary wychynęli Królik Bugs i Kaczor Daffy jako wodewilowi tancerze w słomkowych kapeluszach i z laseczkami. Mężczyzna zaczął śpiewać razem z nimi, czując, jak całe ciało ogarnia miłe ciepełko.

Nie śpieszyło mu się z zabijaniem.

Spojrzał na zegarek. Aż tak dużo czasu jednak nie miał. Zapalił zapałkę, rozświetlając na moment mroczny pokój, przytknął niebiesko-żółty płomień do papierosa i pociągnął tak mocno, że jego koniec rozżarzył się na czerwono. Tak jak szacowny były prezydent Bill Clinton, on też się nie zaciągał. Dmuchnął dymem na plastikową wywieszkę z napisem ZAKAZ PALENIA przyczepioną do pożółkłej tapety obok drzwi łazienki.

– Czas zacząć zabawę – powiedział.

Przechylił się i przytknął rozżarzony koniec do gołej stopy kobiety.

Rozdział 5

Tracy zbudziła się tuż po czwartej rano, po kilku godzinach niespokojnego snu. Uważając, by nie obudzić Dana, wyślizgnęła się ostrożnie z łóżka. Rex i Sherlock usiedli na swoich posłaniach i czujnie się jej przyglądali. Zabrała ze stolika nocnego komórkę i glocka, z haczyka na drzwiach zdjęła szlafrok i wyszła z sypialni. Rex z ciężkim westchnieniem opadł z powrotem na posłanie, ale Sherlock rozprostował łapy, wygiął grzbiet i jakby gnany obowiązkiem, podreptał za Tracy.

Zamknęła za sobą drzwi sypialni i potarmosiła go po kościstym łbie.

– Jesteś dobry pies, wiesz o tym?

W kuchni zrobiła herbatę i nagrodziła Sherlocka sztuczną kością. Z myślą o wizytach Dana trzymała w spiżarce całą ich torbę. Pies poszedł za Tracy do jadalni i gdy usiadła przy stole, ułożył się przy jej nogach. Ponownie go pogłaskała i sącząc herbatę, zaczęła wolno rozbudzać ciało i umysł. Kiedy gdzieś w oddali znów zawyła syrena mgłowa, Sherlock na moment przestał gryźć kość i postawił uszy. Mgła za drzwiami tarasowymi nadal była gęsta; poza nią nie było prawie nic widać. Nie licząc chrupania kości i cichych trzasków w trzewiach konstrukcji, w domu panowała głucha cisza.

Tracy włączyła laptop i położyła palce na klawiaturze. Kiedy ekran rozbłysnął bladoniebieską poświatą, nacisnęła kilka klawiszy i otworzyła stronę Prokuratury Generalnej Stanu Waszyngton, po czym wpisała nazwisko użytkownika i hasło i weszła do programu HITS3. Baza zawierała opisy ponad dwudziestu dwóch tysięcy zabójstw i przestępstw o podłożu seksualnym, popełnionych w stanach Waszyngton, Idaho i Oregon. Użytkownicy mogli wpisywać hasła typu „sznur” czy „pętla” i wyciągać z bazy przestępstwa podobne do aktualnie badanych. Tracy udało się zawęzić listę najpierw do dwóch tysięcy dwustu czterdziestu, potem – po wpisaniu dodatkowego kryterium „ofiara niewykorzystana seksualnie” – do znacznie rozsądniejszej liczby czterdziestu trzech spraw.

Oboje z Kinsem byli zdumieni, gdy w protokole koronera przeczytali, że w ciele Nicole Hansen nie znaleziono nasienia, środków plemnikobójczych ani lubrykantów wskazujących na użycie prezerwatywy. Hansen nie została wykorzystana seksualnie, w każdym razie nie przez swego zabójcę. Tracy już w nocy przejrzała wstępnie czterdzieści trzy przypadki wskazane przez HITS, ale zagłębianie się w szczegóły było procesem powolnym i żmudnym. Wprowadzający dane funkcjonariusz musiał odpowiedzieć na ponad dwieście pytań o okoliczności śmierci ofiary i jej cechy wyróżniające, jak tatuaże czy znamiona, a także podać jej wyczerpujące dane osobowe. Robota papierkowa to zmora każdego śledczego i Tracy nie zdziwiło, że niektóre kwestionariusze nie zostały wypełnione do końca.

– Sherlock, co ty o tym myślisz?

Pies wypuścił z pyska kość, uniósł wielki łeb i wlepił spojrzenie w Tracy.

– Masz jakiś pomysł?

Brwi Sherlocka wygięły się w łuk, jakby się czemuś dziwił.

– Dobra, nieważne, wracaj do swojej kości.

Po godzinie ślęczenia wyeliminowała kolejne trzy przypadki, zrobiła sobie następną herbatę i zjadła dwa tosty. Pies, który uporał się już z kością, leżał na boku, cicho pochrapując. Tracy popatrzyła na niego z zazdrością. Gdy z mgły wiszącej nad miastem zaczynały się wyłaniać ciemne sylwetki budynków na tle rdzawego porannego nieba, niemal bezwiednie wymamrotała pod nosem powiedzonko, które zostało jej w pamięci z lat dzieciństwa: „Czerwone niebo wieczorem, dla marynarza wzloty, czerwone niebo rano, dla marynarza kłopoty”. Mogła tylko mieć nadzieję, że jej to nie dotyczy.

Zerknęła na godzinę u dołu ekranu i doszła do wniosku, że przed obudzeniem Dana ma czas na analizę jeszcze jednego przypadku z HITS. Zamierzała też wynieść kubek gorącej kawy policjantowi tkwiącemu w radiowozie pod domem. Zdarzyło jej się nieraz siedzieć na czatach i wiedziała, że to nic zabawnego, zwłaszcza jak się chce sikać. Faceci mogą się poratować butelką, ale dla niej to nie było takie proste.

Zaczęła przeglądać następny przypadek. Mieszkającą samotnie Beth Stinson zamordowano w jej własnym domu w północnej części Seattle. Tracy przewinęła tekst do opisu okoliczności śmierci i poczuła lekki dreszcz na widok wytłuszczonych słów „sznur” i „pętla”. Stinson znaleziono nagą na podłodze w sypialni. Miała pętlę na szyi, związane w nadgarstkach ręce wykręcono jej na plecy i połączono sznurem z kostkami nóg. Tracy poczuła, jak jej tętno przyśpiesza. Śledczy prowadzący sprawę zanotował, że łóżko Stinson było zasłane, co go zdziwiło, ponieważ śmierć nastąpiła wcześnie rano. Tracy i Kins z takim samym zaskoczeniem przyglądali się w pełni zasłanemu łóżku w pokoju motelowym Nicole Hanson.

Brak śladów włamania. Przebiegła wzrokiem dalszy ciąg tekstu. Brak dowodów na to, że morderca przeszukał dom lub coś z niego zabrał. Na blacie kuchennym znaleziono portmonetkę Stinson, a w niej trzysta pięćdziesiąt dolarów w gotówce. Z sypialni ofiary nie zabrano biżuterii. To nie był rabunek.

Tracy szybko przewinęła tekst do pytań o styl życia ofiary. Miała dwadzieścia jeden lat i pracowała w księgowości w supermarkecie w północnym Seattle. Żadna z informacji zawartych w kwestionariuszu nie wskazywała na to, by dziewczyna prowadziła bujne życie towarzyskie, sprowadzała do domu mężczyzn lub interesowała się seksem typu sado-maso.

Przeszła do pytania numer 102: Czy zbrodnia miała podłoże seksualne? W odpowiedzi zaznaczono kratkę „tak”. Przewinęła tekst do pytania numer 105.

Czy w zagłębieniach ciała ofiary znaleziono nasienie?

1. [X] Nie 2. [ ] Tak

– Co takiego? – zdziwiła się na głos.

Ponownie przeczytała oba pytania. W odpowiedziach brakowało sensu. Możliwe, że sprawca użył prezerwatywy, ale w protokole koronera nie było o tym mowy i nic na to nie wskazywało. Zważywszy zaś, że do morderstwa doszło dziewięć lat temu, nie mogła liczyć na znalezienie odpowiedzi w sieci.

Przewinęła tekst do części zawierającej pytania o sprawcę. Wayne Gerhardt, dwudziestoośmioletni hydraulik zatrudniony w firmie Roto-Rooter. Dzień przed zabójstwem był w domu ofiary, dokąd wezwano go do naprawienia jakiejś awarii. Poza jedną wpadką za jazdę po alkoholu miał czystą kartotekę policyjną. Na dywanie w sypialni Stinson były ślady zabłoconych butów, które pasowały do butów znalezionych w szafie Gerhardta. Ponadto w kuchni i łazience odkryto jego odciski palców. Tracy przewinęła tekst do pytania numer 135, dotyczącego znalezienia na zwłokach ofiary płynów ustrojowych sprawcy, jak krew czy nasienie, lub innych śladów, na przykład włosów. W odpowiedzi zaznaczono kratkę „nie”.

Wyprostowała się, bo to też wydało jej się dziwne. Dlaczego morderca miałby być na tyle nieostrożny, by zostawić odciski palców, jednocześnie nie zostawiając żadnych innych śladów? To nie miało sensu.

Uznawszy, że sprawa Stinson wykazuje wystarczająco dużo podobieństw do sprawy Nicole Hansen, by wyciągnięcie akt z archiwum i rozmowa ze śledczymi miały sens, przewinęła kwestionariusz do początku, żeby sprawdzić, kto się tym zajmował.

4. Nazwisko funkcjonariusza/śledczego: Nolasco

5. Imię: Johnny

– Niech to szlag – mruknęła. Nie było mowy, żeby Nolasco zgodził się, aby akurat ona zaczęła szperać w jednej z jego starych spraw.

Zawibrowała leżąca na stole komórka. Sherlock zerwał się jak na odgłos wystrzału. Numer widoczny na wyświetlaczu zaskoczył ją. Ona i Kins nie mieli dziś dyżuru telefonicznego.

Więc skąd ten nagły telefon od sierżanta na służbie?

Rozdział 6

Tracy zetknęła się z okolicami Aurory, patrolując je zaraz po ukończeniu akademii, kiedy przydzielono ją do rejonu północnego, a poznała je lepiej w ciągu ostatnich siedmiu lat, gdy przyszło jej prowadzić śledztwa w sprawie kilku popełnionych tam zabójstw, w tym morderstwa Nicole Hansen.

Aurora Avenue, będąca częścią drogi stanowej 99, niegdyś głównej szosy przelotowej w Seattle, była obecnie wielkomiejską arterią zabudowaną wieżowcami i oplecioną pajęczyną przewodów telefonicznych i energetycznych, pełną reklam salonów masażu i solariów, sklepów monopolowych i przybytków „tylko dla dorosłych”. Znajdowało się tu też wiele moteli, z których część pośpiesznie zbudowano na odbywającą się w 1962 roku wystawę światową w Seattle. Te z moteli, które pięćdziesiąt lat później jeszcze istniały i nie przegrały walki z nowocześniejszymi budowlami, odstawały wprawdzie wyglądem, ale nadal służyły klienteli odwiedzającej rejon Aurory w poszukiwaniu narkotyków i prostytutek i płacącej za wszystko gotówką.

Tracy zwolniła przed wjazdem do Aurora Motor Inn, okazała policjantowi odznakę i zjechała stromym zjazdem na parking. Motel był typowym przykładem tego typu jednopiętrowych budowli starszej generacji i został zbudowany na planie litery U otaczającej parking, co zapewniało gościom bezpośredni dostęp do pokoi. Kins stał na parkingu z rękami w kieszeniach kurtki i brodą wtuloną w postawiony kołnierz, obok stał Billy Williams jako szef ekipy. Obaj zmrużyli oczy przed rażącym blaskiem reflektorów pick-upa Tracy.

Zasunęła zamek kurtki i zanurzyła się w przenikliwy chłód poranka.

– No i znów mamy déjà vu – rzucił Kins.

Williams kiwnął głową i nałożył na koniec nosa zwisające na szyi okulary. Dygoczącymi z zimna rękami uniósł do oczu notes i zaczął czytać:

– Ofiarą jest Angela Schreiber, tancerka z Pink Palace. – Tracy spojrzała znacząco na Kinsa, a ten uniósł brwi. – Kierownik motelu mieszka w lokalu za biurem. – Williams wskazał oszklone drzwi pod daszkiem. – Twierdzi, że Schreiber zjawiła się sama około pierwszej w nocy i zapłaciła za pokój gotówką.

– Nikogo z nią nie było?

– Powiedział, że nikogo nie widział, ale specjalnie się nie rozglądał. Nie interesował się nią do chwili, gdy dobiegła końca doba motelowa, a ona nie oddała klucza.

– Znał ją wcześniej?

– Mówi, że zaczęła wpadać jakieś dwa miesiące temu. Ale zawsze sama, zawsze płaciła gotówką i zawsze zwracała klucz. Bardzo grzeczna i akuratna. Aż do dzisiaj. Kiedy nie oddała klucza, poszedł do pokoju i zapukał. Nikt się nie odezwał, więc wszedł do środka. Ale daleko nie zaszedł. Wrócił do siebie i zadzwonił pod dziewięćset jedenaście. Patrol opieczętował pokój. Ekipy CSI i koronera są już w drodze. Zapewne ktoś z PNNZ też.

W ramach tak zwanego Programu Najbardziej Niebezpiecznych Zbrodni do wszystkich szczególnie brutalnych morderstw w okręgu King wyznaczano dodatkowo jednego z najbardziej doświadczonych prokuratorów, który potem prowadził sprawę już do końca i był do dyspozycji policji we wszystkich kwestiach prawnych, co miało pomóc w szybszym i sprawniejszym przeprowadzeniu śledztwa. Niektórzy detektywi starszej daty byli niezadowoleni, że ktoś wtyka nos w ich pracę, ale dla Tracy nie stanowiło to żadnego problemu.

– Byłeś już w środku? – zwróciła się do Kinsa.

Kiwnął głową.

– Tak, to taki przypadek, kiedy jedno spojrzenie starcza za tysiąc słów.

Podeszła do ostatnich drzwi pod wąskim zadaszeniem. Williams kazał ogrodzić teren czerwoną taśmą, przed wejściem stał policjant z protokołem w ręce. Każdy przekraczający czerwoną linię miał obowiązek wpisać uwagi do protokołu i złożyć podpis. Szefostwo lubiło stwarzać pozory poważnego traktowania spraw, ale wszyscy szczerze nienawidzili wpisywania uwag.

– To ty przyjąłeś to zgłoszenie? – spytała Tracy funkcjonariusza.

– Tak.

– Straż pożarna już była?

– Odjechali z dziesięć minut temu.

– Zanotowałeś numer wozu strażackiego?

Policjant wyciągnął nieduży notes.

– Wóz strażacki numer dwadzieścia cztery.

Tracy zamierzała się z nimi skontaktować i uzyskać relację z pierwszej ręki. Zakrawało to na absurd, ale straż pożarna zawsze przybywała na miejsce zabójstwa, rzekomo na wypadek, gdyby ofiara jeszcze żyła lub by oficjalnie potwierdzić jej zgon. Najczęściej było to całkowicie zbędne, lecz strażacy i tak się zjawiali i pozostawiali w miejscu zdarzenia ślady buciorów, które trzeba było potem wyodrębniać i eliminować, rozdeptywali łuski pocisków, a czasem nawet ingerowali w ułożenie ofiary.

Spojrzała na koniec parkingu, gdzie szef ekipy kazał rozciągnąć żółto-czarną taśmę policyjną, na oznaczenie miejsca przestępstwa.

– Przenieście tę taśmę i zamknijcie nią wjazd na parking – poleciła.

– Właściciel będzie się pieklić.

– Jeśli będzie się stawiał, aresztujcie go.

Policjant odszedł wykonać polecenie.

– Miałaś ciężką noc? – spytał Kins, przyglądając się jej podejrzliwie.

– Miałam ciężki miesiąc. I coś mi się zdaje, że będzie jeszcze gorzej.

Weszła do pokoju. Angela Schreiber leżała skulona na boku w nogach łóżka; jej nagie ciało było skrępowane, głowę miała odrzuconą do tyłu, oczy otwarte. Jednym końcem sznura przewleczonego przez pętlę i przeciągniętego wzdłuż kręgosłupa związano jej nadgarstki, drugim – kostki u nóg. Nogi były tak mocno zgięte, że piętami niemal dotykała pośladków.

– Związana w kołyskę – zauważył Kins, stając w progu. – Jak zwierzę na jakimś sadystycznym rodeo.

– Na rodeo zwierząt się nie zabija – prychnęła Tracy.

Przeczesał palcami czuprynę i westchnął.

– Tak, no cóż, czyli wychodzi na to, że trafił nam się kowboj.

* * *

Źrenice Angeli Schreiber już poszarzały, tęczówki zmętniały. Na twarzy pojawiły się wybroczyny – niewielkie czerwone plamki spowodowane pękaniem naczyń krwionośnych, które nie wytrzymują zbyt wielkiego ciśnienia. Wskazywało to na zgon przez uduszenie, choć obecność pętli praktycznie tę kwestię i tak przesądzała. Tak jak w przypadku Nicole Hansen, Tracy oceniła wiek ofiary na dwadzieścia kilka lat. Angela była atrakcyjną drobną blondynką z włosami związanymi w koński ogon.

– Od początku leżała na boku? – spytała Tracy policjanta z patrolu, który do nich dołączył. – Czy może strażacy ją obrócili?

– Od początku tak leżała – odparł.

Przyklęknęła, by przyjrzeć się podeszwom stóp ofiary.

– A to co? Przypalenia papierosem?

Kins podszedł bliżej i pstryknął zdjęcie swoją komórką. Wiedział, że ludzie z CSI i tak wszystko obfotografują, ale lubił mieć własną dokumentację. Czasem obiektyw wychwytywał coś, co umykało oku.

– Nie pamiętam, żebyśmy to widzieli u Hansen – mruknął.

– Bo tego nie było. – Tracy ponownie przyjrzała się pętli i sznurowi na plecach Schreiber, po czym rozejrzała się po pokoju typowym dla moteli w tej części miasta: dwuosobowe łóżko z cienką kwiecistą kapą, meble z płyty wiórowej, tapeta żółta od dymu papierosowego, którego smród wisiał w powietrzu. Nigdzie nie było widać niedopałków ani spalonych zapałek.

– Pewnie trzeba będzie odgrzebać sprawę Hansen – zauważył Kins.

Decyzja Nolasco, by przekazać jej sprawę do wydziału spraw dawnych raptem miesiąc po wszczęciu śledztwa, była bardzo nietypowa i wskazywała na jego pasywno-agresywne podejście, co nie było dla Tracy zaskoczeniem. Oznaczało to, że na jej koncie zawiśnie nierozwiązana sprawa morderstwa oraz że jej szef nie wierzył, że sobie z nią poradzi. Odbiło mu się to jednak czkawką, gdyż jego decyzję oprotestowały zarówno rodzina, jak i organizacje kobiece, i zabójstwo tancerki erotycznej w podrzędnym motelu zamieniło się w groźną broń w rękach aktywistek, które rozdmuchały sprawę jako dowód na to, że policja z Seattle nie liczy się z losem kobiet. I nie mogły sobie wybrać gorszej chwili. Policja w Seattle już się chwiała w posadach w związku z dochodzeniem Departamentu Sprawiedliwości w sprawie nadużywania siły przez funkcjonariuszy oraz werdyktem sądu federalnego, który uznał, że szefostwo policji w Seattle świadomie zwleka z wprowadzeniem niezbędnych reform. W tej sytuacji grupy kobiet głośno skarżących się w mediach na postępowanie policji były potrzebne szefostwu jak dodatkowy wrzód na dupie.

Tracy spojrzała na przetartą szarą wykładzinę na podłodze i pomyślała o gąszczu włosów, krwi, nasienia i Bóg wie czego jeszcze, co ludzie z CSI ściągną z niej odkurzaczem. Nie zazdrościła im tego zadania.

– Zebranie śladów będzie tu koszmarem – powiedziała.

– Może właśnie to mieli na myśli, mówiąc o pięćdziesięciu odcieniach szarości.

Puściła do Kinsa oko i przeniosła wzrok na ofiarę. Chętnie przecięłaby krępujący ją sznur, ale zwłoki były w wyłącznej gestii Stuarta Funka, koronera okręgu King. Ani jej, ani Kinsowi nie wolno było ich tknąć. Wiedziała, że Funk każe przewieźć Schreiber do siedziby koronera w centrum miasta i w czasie transportu ofiara pozostanie naga, skrępowana i powykręcana.

Doznając ostatecznego upokorzenia.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jej ostatni oddech Grób mojej siostry 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny