Prawie siostry

Prawie siostry

Autorzy: Joshilyn Jackson

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.73 zł

Superbohaterowie od zawsze byli słabością Lei Birch Briggs. Pewnego zakrapianego tequilą wieczoru podczas zlotu fanów komiksów ta rozsądna zazwyczaj rysowniczka daje się uwieść przystojnemu i anonimowemu Batmanowi.

Okazuje się, że ten odziany w pelerynę obrońca ludzkości zostawił po sobie coś więcej niż miłe, niewyraźne wspomnienie. Leia spodziewa się dziecka – co dla trzydziestoośmiolatki jest zaskoczeniem, ale wcale nie nieprzyjemnym. Nim jednak wiadomość o czekającym ją samotnym macierzyństwie (oraz tym, że jej dziecko jest dwurasowe) przekaże swojej konwencjonalnej rodzinie z Południa, sypie się małżeństwo przyrodniej siostry, Rachel. Co gorsza, okazuje się, że ukochana, dziewięćdziesięcioletnia babcia, Birchie, traci rozum, ukrywając demencję z pomocą Wattie, najlepszej przyjaciółki od czasów dzieciństwa.

Leia wraca do Alabamy, aby zająć się wszystkim, uporządkować wielki dom w stylu wiktoriańskim, od pokoleń należący do rodziny Birch, oraz poinformować rodzinę o ciąży. Kiedy jednak wydaje jej się, że wszystko ma już pod kontrolą, przekonuje się, że choroba to nie jedyne, co ukrywa Birchie. Na strychu kryje się niebezpieczny sekret, korzenie którego sięgają wojny secesyjnej. Jego ujawnienie zagraża wolności i przyszłości jej rodziny oraz zmienia to, w jaki sposób Leia postrzega siebie i swoją siostrę, swojego syna i jego nieobecnego ojca oraz świat, który wydaje jej się, że zna.

 

The Almost Sisters to książka, którą napisać mogła tylko Joshilyn Jackson… Od pierwszej strony dałam się ponieść jej niepodrabialnemu stylowi: sprawnie łączy tak nieoczekiwane tematy, jak superbohaterowie, samotne macierzyństwo, rasizm i wpływ sekretów z przeszłości.

- Karen Abbott, bestsellerowa autorka Liar, Temptress, Soldier, Spy

Snując opowieść o niezwykłej miłości i odwadze, [Jackson] lawiruje pośród zakurzonych tradycji współczesnego Południa oraz w genialny sposób prezentuje jego komiksowy dualizm… Wyobraźcie sobie Flannery O’Connor w kostiumie Wonder Woman, a zbliżycie się do sedna tej znakomitej książki.

- Lydia Netzer, autorka Shine Shine Shine i How to Tell Toledo from the Night Sky

Tytuł oryginału: The Almost Sisters

Copyright © by Joshilyn Jackson, 2017

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Monika Wiśniewska

Redakcja: Magdalena Binkowska

Korekta: Olga Gorczyca-Popławska, Zofia Kozik

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Anna Pol

Zdjęcie na okładce: Jill Battaglia/Arcangel

ISBN: 978-83-8053-291-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

Podziękowania

O autorce

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Jacques’a de Spoelbercha

1

Mój syn Digby zaczął istnieć dokładnie o trzeciej dwie nad ranem w pierwszy piątek czerwca. Nie chodzi mi o moment jego poczęcia czy narodziny. Chodzi mi o chwilę, w której zaczął istnieć dla mnie, co stało się pomiędzy tymi dwoma ważnymi zdarzeniami. Jego początek był tak nieśmiały, że niemal go przeoczyłam. Byłam bardzo, ale to bardzo zajęta panikowaniem z powodu pracy.

Zdążyłam skończyć rysowanie i wypełnianie tuszem limitowanej serii dla DC Comics, co stanowiło ostatnie zlecenie stojące pomiędzy mną a prequelem mojej powieści graficznej zatytułowanej Violence & Violet. Każde słowo i każda kreska zostały napisane, narysowane i pokolorowane przeze mnie. Dumna z niej byłam jak nie wiem co, ale nie stworzyłam kontynuacji. Nie mogłam. V & V zakończyła się apokalipsą. W świecie Violence nie mogło się wydarzyć dosłownie nic, ponieważ niczego już w nim nie było. Nastąpił koniec i trwał, dopóki wydawnictwo Dark Horse Comics nie zgłosiło się do mnie z propozycją stworzenia tego prequela. Chcieli poznać historię pochodzenia Violence.

Tak się dzieje z każdym superbohaterem. Peter Parker zostaje ukąszony przez radioaktywnego pająka, Bruce Banner ma do czynienia z promieniowaniem gamma. Dark Horse chciało ode mnie historii wyjaśniającej, skąd się wzięła Violence.

Zgodziłam się niemal od razu, podekscytowana perspektywą nowego projektu. Tym sposobem mogłam wejść tylnymi drzwiami do wymyślonego przez siebie świata i mieć okazję do ponownej pracy ze swoimi bohaterami. Po raz pierwszy miałabym też pełną twórczą kontrolę zarówno nad scenariuszem, jak i rysunkami. Byłam wręcz uradowana. Do czasu, kiedy rzeczywiście musiałam się do tego zabrać.

Kochałam Violence – na tyle, na ile da się kochać fioletową samozwańczą obrończynię prawa i kanibalkę – ale nigdy nie wyjaśniłam, czym była ani skąd się wzięła, nawet samej sobie. Była po prostu piersiastym żywiołem z szalonym wzrokiem i srebrnymi kozakami do ud, mszczącym się krwawo w imieniu wszystkich, którym wyrwano serce i zdeptano je bez pardonu. Teraz musiałam się dowiedzieć, skąd się wzięła. Podpisałam umowę, w której zobowiązałam się, że to wyjaśnię, a dla rysowników komiksów deadline to świętość.

Najlepsze pomysły przychodziły mi do głowy wieczorami, kiedy balansowałam na granicy jawy i snu. W mojej branży historię tworzyły obrazki i to od nich zawsze zaczynałam. Zamykałam oczy i czekałam, aż bezimienne kolory rozleją się w konkretne kształty pod moimi powiekami i stworzą obrazy, które staną się sekwencją scen. Tym razem nie potrafiłam zapaść w ten stan przypominający sen, podczas którego rodziły się najlepsze pomysły. Kiedy zamykałam oczy, widziałam jedynie deadline. Miałam wrażenie, że zbliża się stanowczo za szybko. Że na mnie naciera i wcale nie ma dobrych zamiarów.

Walnęłam pięścią w poduszkę, przekręciłam się na bok i oto się stało. Zaczął istnieć Digby.

Oczywiście wiedziałam już o nim tamtego późnego czerwcowego wieczoru. Pierwsze podejrzenia miałam w marcu, kiedy nie dostałam okresu. Dwa tygodnie po tym, jak wzięłam udział w zlocie fanów komiksów w Atlancie, i doszło do tej całej klapy z Batmanem. W zasadzie było to więc możliwe. W zasadzie.

Miałam już jednak trzydzieści osiem lat, nie byłam hiperpłodną dwudziestoparolatką, która może zaciążyć równie łatwo, jak zarazić się grypą. Kiedy okres spóźniał się dziesięć dni, tłumaczyłam sobie, że powinnam przywyknąć, iż mój cykl nie będzie już regularny. I tak musiałam wyskoczyć do sklepu po maszynki do golenia, więc dorzuciłam do koszyka colę i test ciążowy. Tę pierwszą wypiłam w drodze do domu, gdzie wykonałam ten drugi.

Oparta o umywalkę czekałam, aż minie odpowiednia liczba minut. Test leżał na zamkniętej desce sedesowej, na widoku, na chusteczce, jednak na niego nie zerkałam. Wzrok miałam utkwiony w dwóch steampunkowych rybach, które powiesiłam na ścianie nad wanną. Miejscowy artysta wykonał je z „przedmiotów znalezionych”, czyli krótko mówiąc, ze śmieci. Pordzewiały sprzęt elektroniczny, gwoździe, sprężyny i fragmenty uszkodzonych narzędzi dostały drugie życie. Te ryby zawsze mi się podobały, ale teraz miałam wrażenie, że się we mnie wpatrują. Miały okrągłe oczy z fragmentów starych teleskopów i grube usta z gumowych rur.

– Och, zamknijcie się – rzuciłam. Nie miałam pojęcia, że ryby mogą być tak krytyczne.

Dwie minuty później zobaczyłam różowy plusik.

Stałam tam i mrużyłam oczy, jakby coś się z nimi stało i raptem przestały działać. Znajdowałam się w wielkiej, przylegającej do sypialni łazience, która razem z wyposażonym w świetlik gabinetem na piętrze sprawiła, że zakochałam się w tym domu w stylu georgiańskim. Teraz to pomieszczenie wydawało się ogromne; gdybym krzyknęła, mój głos mógłby się odbić echem od ścian. Różowe opakowanie po teście, leżące na zlewie, wyglądało niepoważnie i stanowczo zbyt błaho jak na zwiastuna tak istotnych wieści.

Nie chciałam się umawiać na wizytę do ginekologa, u którego bywałam zazwyczaj, jakby chodziło o zapalenie dróg moczowych czy cytologię. Zamiast tego zadzwoniłam do przyjaciółki, Margot Phan.

– Mogłabyś mnie pilnie przyjąć? Teraz? – zapytałam.

Ona i jej mąż od dwunastu lat należeli do mojego kręgu wtorkowych graczy, ale nie chodziłam do niej po poradę. Była pediatrą.

– Poczekalnię mam pełną kilkulatków z katarem. Mamy tu żółty alert, Leia – odparła.

– U mnie żółty był już dawno temu. Teraz jest ogniście czerwony – oświadczyłam. – Leczysz nastolatki, prawda? Dasz radę sprawdzić, czy jestem w ciąży?

– O w mordę! – zawołała Margot. – Batman? Jaja sobie robisz? Natychmiast przyjeżdżaj!

Zainstalowała mnie w maleńkim gabinecie wyklejonym tapetą w leśne zwierzątka. Jeszcze raz nasiusiałam; oczywiście wynik okazał się pozytywny, a potem, na skutek moich nalegań, ze skrępowaniem obejrzała moją szyjkę macicy.

– Leia, kotku. Zaciążyłaś – rzekła.

– Tak na sto procent? – zapytałam, choć przecież Margot należała do moich najbliższych przyjaciół. Nie wkręcałaby mnie, niemniej odnosiłam wrażenie, że cała ta historia to jeden wielki psikus. – Może powinnaś mi zrobić badanie krwi?

– To niepotrzebne – rzuciła Margot, po czym wstała i ruszyła w stronę drzwi.

Usiadłam i okryłam się prześcieradłem.

– Ubierz się, a potem przyjdź do mojego gabinetu, dobra? Pogadamy. Nie jesteś sama.

Tak mnie zatkało, że w pierwszej chwili sądziłam, że chodzi jej o to, iż mam u boku Batmana. Tego prawdziwego. Nie jednorazowego superbohatera w kominiarce, który ma na imię Matt albo Mark. Albo Marcus. Nie mogłam sobie przypomnieć.

Pamiętałam za to, że pochodził z jakiegoś miejsca kończącego się na literę a. Floryda? Filadelfia? A może Kanada, tak jak kraj pochodzenia tego piwa, które piliśmy pomiędzy shotami tequili. Był wyższy ode mnie, ale to nic wyjątkowego. Możliwe, że był naprawdę zabawny; wtedy taki mi się z całą pewnością wydawał. Był ciemnoskóry – akurat co do tego mam pewność – i miał przepiękne uśmiech oraz linię żuchwy. W pewnym momencie musiał zdjąć tę swoją maskę ze spiczastymi uszami, bo mętnie pamiętam duże, brązowe oczy, mrugające i nieśmiałe, okolone firanką rzęs. Dzięki nim jego twarz wyglądała uroczo.

Pamiętałam także, że uwielbiał Violence & Violet. Rozpoznał mnie w hotelowym barze i podszedł, aby opisać wszystkie swoje ulubione sekwencje. Wypatrzył ptaki i małe zwierzęta, które poukrywałam na rysunkach jako cienie lub loki Violence. Zapytał, kiedy ukaże się prequel, i oświadczył, że nie może się doczekać. Jego podziw był jak balsam na moją duszę. Balsam, którego bardzo potrzebowałam. Wcześniej tego dnia cholernie się sparzyłam. Poza tym tequila nigdy nie okazywała się pomocna w podejmowaniu właściwych decyzji. Zaprosiłam go do swojego pokoju.

Całować zaczęliśmy się już w windzie; chwycił moje długie włosy i odchylił mi głowę w sposób, który bardzo mi się spodobał. Pamiętałam, że moje dłonie wślizgnęły się pod górną część jego kostiumu w poszukiwaniu ciepła. Pamiętałam jego nagie ciało rozciągnięte na hotelowym dywanie obok mojego, także nagiego, piwo lejące się strumieniami, siebie w pozycji na jeźdźca z odchyloną głową. Czy miałam na sobie jego batmańską pelerynę i nakrycie głowy?

Tak. Ze wstydem przypomniałam sobie, jak zakładałam jedno i drugie, śmiejąc się przy tym jak szalona.

Obudziłam się skacowana i sama. Batman zostawił na poduszce liścik – „Jesteś niesamowita. Czekam z niecierpliwością na prequel” – wraz z numerem telefonu, którego prefiks z całą pewnością nie był z Wirginii. Pewnie go zmyślił, zresztą za kilka godzin czekał mnie lot powrotny do Norfolk. Nie mogłam zadzwonić i spróbować jakoś odkręcić tę przygodę na jedną noc. Wyrzuciłam liścik, a razem z nim potencjalną szansę na odnalezienie tego faceta. Tożsamość Batmana pozostanie niewiadomą.

Ubrałam się, ale nie poszłam do gabinetu Margot. Siedziałam ze wzrokiem wbitym w ścianę, z której uśmiechały się króliczki i sarenki w pastelowych kolorach. Szopy pracze patrzyły triumfująco, jakby się ze mnie śmiały.

No bo czemu miałoby być inaczej? Nieplanowana ciąża to tragedia, kiedy mama sama jest dzieckiem. W moim wieku to wszystko zahaczało o komedię. Czy nie powinnam była wykazać się większym rozsądkiem i nie zaciągać do pokoju anonimowego Batmana? Co jak co, ale chyba powinnam już rozumieć zasadę działania prezerwatywy… Ludzie może i nie będą mówić mi tego w twarz, ale między sobą na pewno. Głośno.

I jeszcze rodzice! Ukryłam twarz w dłoniach i wzdrygnęłam się na myśl o ich reakcji. Byli drobnomieszczańskimi metodystami pochodzącymi z małych miejscowości. Już widziałam, jak matka cmoka z niezadowoleniem i wykręca ręce, gdy tymczasem mój ojczym, Keith, stoi zakłopotany za nią i próbuje mi jakoś wcisnąć pieniądze. Poza tym poinformowanie Keitha jest równoznaczne z poinformowaniem Rachel, a to było najgorsze.

Moja przyrodnia siostra nigdy nie miała nawet stłuczki, nie mówiąc o wpadce związanej z reprodukcją. U niej wszystko działo się w odpowiedniej kolejności, jak w tej piosence dla dzieci: „Najpierw miłość, potem wesele, a potem dzidziuś w wózku się śmieje”. Nie tak jak u mnie.

Ostatnie, czego chciałam, to aby Rachel dowiedziała się o mojej wpadce. Tak cholernie irytująco by się nade mną litowała. Usprawiedliwiałaby mnie przed rodzicami: „Nie możemy winić Lei. Na pewno jest bardzo samotna. W przeciwnym razie nie doszłoby do tego desperackiego, żałosnego incydentu z niemożliwym do odnalezienia Batmanem”. Niemal słyszałam, jak to mówi. A najgorsze, że naprawdę próbowałaby mi pomóc. Rachel zawsze mi pomagała, czasami tak niepowstrzymanie, że żałowałam, iż nie ustaliłyśmy jakiegoś hasła, którym mogłabym to skończyć.

Rozległo się szybkie pukanie do drzwi i pojawiła się w nich głowa Margot.

– Założyłaś już majtki? Długo nie wychodzisz.

Przed uchylone drzwi było słychać dzieci bawiące się w poczekalni. Piski. Dudniące odgłosy biegania. Gdy tu przyszłam, musiałam się przedrzeć przez tłum małych zasmarkanych ludzi i ich matek. Tylko matek, choć przypuszczalnie każde dziecko miało ojca. Gdzieś tam. Wtedy ledwie zwróciłam na nie uwagę, bo spieszyłam się do gabinetu i Margot, by naprawiła oczywisty błąd domowego testu ciążowego. Teraz jednak zaczęłam je słyszeć.

Dziecko w sąsiednim gabinecie wybuchło głośnym, zawodzącym płaczem.

– Co tam się dzieje? – zapytałam.

Margot wzruszyła ramionami i zatknęła pasma atramentowych włosów za ucho.

– Biedaczek jest szczepiony.

Zamknęła drzwi, ale ja i tak go słyszałam. W jego płaczu pobrzmiewało tyle oburzenia. Trzydzieści sekund temu był równie niewinny jak te różowe króliczki na tapecie. Nie miał pojęcia, że coś może sprawić mu ból. Ktoś powinien był go ostrzec, że świat jest pełen kłujących przedmiotów i że dorośli będą mu je aplikować w dotąd niczym nieskalane uda. Z premedytacją.

Szybko jednak się uspokoił. Wtulony w matkę, pewnie zaczynał już zapominać. Prawdziwe, żywe ludzkie dziecko. Położyłam dłoń na brzuchu. Był miękki, nieco okrąglejszy, niżbym sobie życzyła, dokładnie taki jak zawsze. Mimo to w środku nie było już tak samo. W tym pełnym zawstydzenia szoku, jakiego doznałam na wieść o ciąży, w ogóle nie pomyślałam o dziecku. Ale tak się przecież kończy każda ciąża.

– Będzie dobrze – zapewniła mnie Margot, po czym usiadła obok i mnie objęła.

– Niesamowicie dziwnie jest myśleć, że seks rzeczywiście ma konsekwencje – stwierdziłam.

„Reprodukcja” była słowem z licealnego podręcznika, jak fotosynteza i utlenianie. Po prostu kolejny proces, który musiałam zapamiętać, żeby zaliczyć biologię. A teraz biologia, ta prawdziwa i istotna, odprawiała swoje czary w czeluściach mojego ciała. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, na świecie pojawi się nowy, całkiem niezależny człowiek. Maleńki człowiek, który powstał w moim ciele. Mój człowiek. Mój syn albo moja córka.

– Chcesz porozmawiać o tym, jakie masz możliwości? – zapytała Margot, ale ja od razu pokręciłam głową.

– Mam trzydzieści osiem lat – odpowiedziałam, powoli i z powagą. – Nie jest tak, że kończą mi się możliwości?

Margot była moją przyjaciółką. Widziałam, że chce mi powiedzieć, iż to nieprawda. Ale była także lekarzem, a ja singielką, której za rok z hakiem stuknie czterdziestka. Odeszłam od każdego mężczyzny, z którym mogłam wziąć ślub. Nie, uciekłam. Znowu usłyszałam w głowie dziecięcą piosenkę: „Najpierw miłość, potem zdrada, a po niej bezkresny smutek wymagający kosztownej terapii”. Beznadziejny kawałek. Nawet się nie rymował, ale był mój. Nie założyłam rodziny, mimo że tego pragnęłam.

To nie uległo zmianie. Nadal chciałam się zakochać, poślubić idiotę mojego pokroju, wyprodukować kolejnych idiotów. Marzyły mi się wieczory z planszówkami, wypady na letnie festyny i do Orlando, pieczenie muffinów z lepszego powodu niż własne łakomstwo. Wyobrażałam sobie, jak by to było dzielić z kimś życie. Robić dzieci, które są połączeniem nas dwojga. Czymś magicznym byłoby stworzenie potomka z nosem męża i moimi głęboko osadzonymi oczami.

A to dziecko? Może i przyjdzie na świat z nosem Batmana, ale skąd będę to wiedzieć? Nie pamiętam, jaki miał nos. Będzie dwurasowe; może i odziedziczy po mnie głęboko osadzone oczy, ale dla rasistowskiego sąsiada i tak nie będzie wyglądać jak moja rodzina. Albo dla czyjegokolwiek rasistowskiego sąsiada, jako że świat jest ich pełen. Poza tym będę je wychowywać zupełnie sama. Trudno w takim przypadku mówić o spełnieniu marzeń.

Nie miało to znaczenia. Bez względu na to, jak żenująca historia łączyła się z jego poczęciem, bez względu na potencjalne ryzyko, w mojej macicy pojawił się zalążek rodziny.

– Rośnie we mnie dziecko – powiedziałam przerażona do Margot, jednak oprócz strachu usłyszałam w swoim głosie radość. Ona najwyraźniej także, gdyż uśmiechnęła się szeroko i mocno mnie przytuliła.

– No tak, mamuśko – rzuciła i wypisała mi receptę na suplementy dla ciężarnych.

Przez kilka pierwszych miesięcy był to sekret dzielony z Margot i moim ginekologiem. Kupiłam książkę Późne kwiaty: poradnik dla kobiet w ciąży po 35. roku życia, w której sugerowano, aby dobrą nowinę zachowywać dla siebie przynajmniej do końca pierwszego trymestru. Uznałam, iż ma to sens, i to nie tylko dlatego, że na myśl o powiedzeniu o ciąży siostrze ogarniał mnie strach. Miałam jeszcze jeden, ważniejszy powód. W moim wieku ciążę kwalifikowano jako tę o podwyższonym ryzyku. Chodziłam na dodatkowe wizyty lekarskie, robiono mi więcej badań, a w głębi duszy żywiłam przekonanie, że to się nie uda. Że to nie jest coś, co będzie mi dane.

Tak więc pracowałam, spotykałam się z przyjaciółmi, wykładałam jedzenie dla nieufnego bezpańskiego kota, który mieszkał w moim ogrodzie. Chodziłam do kościoła i organizowałam u siebie wtorkowe wieczory z planszówkami. Segregowałam śmieci. Wszystko wydawało mi się dokładnie takie samo, jak podczas tych tysięcy razy, kiedy nie byłam w ciąży. Brakowało mi kieliszka wina do kolacji, ale nie licząc nocy z Batmanem, nie byłam jakąś wielką fanką alkoholu. Nie dokuczały mi mdłości ani nie stałam się bardziej humorzasta niż zazwyczaj. Nie soliłam lodów ani nie wcinałam kredy. Po kilku tygodniach musiałam wyciągnąć z dna szafy większe dżinsy, ale nie było to niczym nadzwyczajnym – działo się tak po każdym Bożym Narodzeniu.

Podczas czwartej wizyty krwinki płodowe powiedziały nam, że moje dziecko jest genetycznie zdrowe i że to z całą pewnością chłopiec. Oficjalnie rozpoczął się drugi trymestr.

Według Późnych kwiatów to właśnie teraz to cholerstwo stawało się realne. Może nie użyto konkretnie tych słów, niemniej autorzy poradnika i zdrowy rozsądek zgadzali się co do tego, że pora przerobić sypialnię dla gości na pokój dla dziecka, kupić trochę pieluch oraz przeznaczony na nie kosz i hej, może napomknąć o ciąży rodzinie i znajomym. Nie zrobiłam tego. Nosiłam w sobie prawdziwego, zdolnego do życia człowieka, tyle że dla mnie wciąż wydawał się niematerialny. Był niczym rysunek, który miałam już w głowie, ale którego nie zdążyłam jeszcze naszkicować.

Nie powiedziałam nawet babci, jedynej żyjącej krewnej ze strony ojca. Dzieliło nas ponad tysiąc kilometrów, bo mieszkała w Birchville w stanie Alabama. Była zajęta dbaniem o to, aby jej klomby z bratkami wyglądały perfekcyjnie, odnoszeniem się z dezaprobatą do młodych ludzi i własną rasistowską sąsiadką. W sumie powinnam zacząć od niej, bo po pierwsze, nie doniosłaby na mnie mamie, Keithowi i Rachel, a po drugie, cholernie mnie kochała.

Przypominałam jej mojego tatę, który był niski, miał ciemne włosy i krępą budowę, zupełnie jak ja. I jak ja uwielbiał buszować w antykwariatach, był fanem sera topionego w tubce i planszówek. Na moim ulubionym zdjęciu, tym, które noszę w portfelu, miał uszy Spocka. Imię dla dziecka wybrał, kiedy byłam zaledwie kilkucentymetrowym płodem, ale nigdy się nie dowiedział, czy jestem Leią czy Solo. Trzy tygodnie przed moim przyjściem na świat zabił go pijany kierowca, co stało się największym nieszczęściem w i tak niełatwym życiu babci.

Zasługiwała na to, aby się dowiedzieć, że niedługo zostanie prababcią, ale chociaż dzwoniłam do niej co najmniej dwa razy w tygodniu, nie pisnęłam na ten temat słowa. Poród – taki, którego efektem końcowym jest dziecko – wydawał mi się mało prawdopodobny i odległy. Powiedzenie o nim babci oznaczało dla mnie złożenie obietnicy, której mogłabym nie dotrzymać. Nie wierzyłam w niego – w Digby’ego – aż do tego pierwszego piątku czerwca, trzeciej dwie nad ranem, kiedy cierpiałam na bezsenność i nie przychodził mi do głowy ani jeden pomysł na prequel do Violence & Violet.

Może dlatego, że V & V napisałam tak dawno temu? Pierwsze szkice zaczęłam tworzyć przed dwiema dekadami, w ostatniej klasie liceum, kiedy właściwie sama byłam jeszcze płodem. Dzięki tym rysunkom dostałam się do Akademii Sztuk Pięknych w Savannah, a kompletna powieść graficzna była moją pracą zaliczeniową na tytuł licencjata sztuk pięknych o specjalizacji sztuka sekwencyjna.

Powieść zabrałam ze sobą na nieduży zlot w Memphis, gdzie pokazałam ją facetowi, który zatrudniał rysowników. Spodobał mu się mój styl cieniowania i zaproponował mi pracę. V & V schowałam do pudełka i wzięłam się do roboty, a dzięki tej pierwszej posadzie krok za krokiem zbliżałam się do kariery wolnego strzelca. Byłam dobra w swoim fachu, sukcesywnie poprawiałam warsztat i zawsze dotrzymywałam terminów. Na przestrzeni lat pracowałam dla każdego większego wydawcy, szkicując i wypełniając tuszem przeróżne postacie, od Ant-Mana do Generała Zoda.

Sześć lat temu, kiedy aktualizowałam swoją witrynę internetową, zeskanowałam i wgrałam kilka pierwszych stron V & V. W ciągu pierwszego miesiąca pobrano je dwieście razy. W ciągu dwóch kolejnych – tysiąc. Nim lato dobiegło końca, miałam ponad dwadzieścia tysięcy udostępnień i podlinkowań, a serwer nie radził sobie z ruchem na stronie. Moje konta w mediach społecznościowych zalała fala próśb o całą historię.

Wydałam ją własnym sumptem jako e-book, a w papierowej wersji jako tak zwany druk na żądanie. Tylko w pierwszym roku kupiono ponad sto tysięcy egzemplarzy. V & V nadal dobrze się sprzedawała i teraz otrzymywałam honoraria za wygłaszanie prelekcji na organizowanych w całym kraju zlotach dla wielbicieli komiksów oraz literatury fantasy i science fiction. Kiedy brałam udział w rysowaniu innych serii, moje nazwisko na okładce gwarantowało świetną sprzedaż; w końcu Dark Horse złożył mi naprawdę motywującą propozycję narysowania prequela. Jedynym problemem było to, że nie miałam na niego pomysłu.

Walnęłam pięścią w poduszkę i próbowałam się skupić na swojej antybohaterce. Jak to się stało, że Violence nauczyła się latać, gryźć, sprytnie się posługiwać zakrzywionymi nożami? Kiedy dwadzieścia lat temu zaczęłam tworzyć tę powieść graficzną, skoncentrowałam się na Violet, załamanej dziewczynie, którą bierze pod swoje skrzydła Violence. Jej postać wzorowałam na sobie, znałam więc jej charakter na wylot. Violence była jedynie środkiem prowadzącym do celu. Do bardzo krwawego celu, jeśli mam być szczera, i nigdy nie wychylałam się ponad to. Teraz musiałam wypełnić puste strony jej historii. Zatopiłam się jeszcze głębiej w swoim mrocznym wnętrzu i czekałam na początek opowieści, na kolory i kształty, które mi go zaprezentują. Niemal już drzemiąc, przekręciłam się na bok.

Kiedy w końcu znieruchomiałam, jakaś maleńka część mnie nie przestawała się wiercić w środku. Czułam to. To było niczym bezgłośne trele czegoś na kształt dźwięku. Maleńki kluczyk przekręcający się w zamku, o którego istnieniu nie miałam dotąd pojęcia.

Czułam ten ruch w sobie, ale to nie byłam ja. To było coś innego, ktoś inny, uparcie wymachujący płetwowatymi rękami albo tym, co już się w nim rozwinęło. Czułam to w sobie, należało do mnie, ale nie miałam nad tym kontroli.

W tym momencie zaczął istnieć mój syn. Stał się realny w sensie, w jakim nie było go jeszcze pięć sekund wcześniej. Znacznie bardziej realny niż przed niemal czterema miesiącami, kiedy podczas sprzątania hotelowego pokoju w Atlancie znalazłam tylko jedną zużytą prezerwatywę, a w pamięci miałam dwa numerki. Druga gumka leżała na stoliku obok łóżka, pełna dobrych zamiarów, ale ciągle w foliowej paczuszce. Teraz czułam, jak syn podejmuje w moim ciele własne małe decyzje, no i znałam już jego imię. Skojarzenie było tak niemądre i niejasne, że tylko ja mogłam je pojąć.

– Hej, Digby? To ty? – zapytałam, nasłuchując tego przedziwnego dźwięku, który wcale nie był dźwiękiem.

Znowu się pojawił, jakby w odpowiedzi na pytanie. W innych okolicznościach w ogóle nie zwróciłabym na niego uwagi.

– Och, rzeczywiście tu jesteś – oświadczyłam, mimo że w Późnych kwiatach twierdzono, iż zacznie mnie słyszeć dopiero za kilka tygodni.

W książce nazywano to przyspieszaniem, co doskonale oddawało stan rzeczy, bo kiedy on przyspieszał, działo się tak z całym moim życiem. Byłam w ciąży, a to dziecko nie dostało nawet swojego łóżeczka. W tej chwili miało tylko mnie. Musiałam przekazać innym wielką nowinę. W mojej grupie wtorkowych graczy przyjęło się, że obdarzaliśmy jedzeniem tych, którym urodziło się dziecko albo którzy zachorowali. Na przestrzeni lat przyrządziłam niezliczoną ilość zapiekanek i zup; teraz mogłam liczyć na rewanż.

Przede wszystkim musiałam jednak powiedzieć rodzinie, i to szybko. Rodzicom jest potrzebny czas na otrząśnięcie się z szoku, tak żeby mama nauczyła mnie, jak się karmi piersią, a Keith pokazał, jak zamontować fotelik samochodowy, którego jeszcze nie miałam.

W każdą niedzielę po kościele Rachel urządzała u siebie uroczysty rodzinny obiad. Gościłam u niej kilkanaście razy, odkąd zaszłam w ciążę, jedząc za dwoje krewetki czy wołowe medaliony i nie puszczając pary z gęby. Postanowiłam, że w najbliższą niedzielę po prostu o wszystkim powiem.

„Mmm, pięknie pachnie, i wiecie co? Zaciążyłam”. I już.

Z góry wybaczyłam mamie i Keithowi ich niezbyt wymarzone pierwsze reakcje. Na pewno poczują się zażenowani. Przedstawię im wszystko w pozytywnym świetle, zapewnię, że jestem zdrowa i szczęśliwa, i przypomnę, iż po raz drugi zostaną dziadkami. Skończy się tak, że nie będą kochać Digby’ego mniej za to, że nie ma ojca albo ma ciemniejszą karnację, ale od tego dzieli mnie jeszcze długa droga.

Rachel będzie mnie wspierać, ale kiedy zostaniemy same, ona także natrze mi uszu. Będzie wkurzona za dawanie złego przykładu jej trzynastoletniej córce. Jej mąż pewnie też, ale pieprzyć go. Ze wszystkich stąpających po Ziemi durni Jake Jacoby jest ostatnim, któremu wolno wyrażać opinię na mój temat.

Przełknę wszystko, co będą mi musieli przekazać, a potem zapewnią mi wsparcie. Nam. Nie mają innego wyjścia: Rachel ich do tego zmusi. Ona sama potrafi zapewnić tyle wsparcia, że na to także muszę się przygotować. Do niedzieli muszę zamówić przez internet wszystko, co jest potrzebne do urządzenia błękitnego pokoju małego Supermana, nim Rachel wyskoczy z modnymi kolorami neutralnymi, surowym drewnem i tymi potwornymi szwedzkimi pluszowymi zwierzętami z Goop.

W niedzielę wieczorem zadzwonię do mieszkającej w Alabamie babci. Gdyby Birchie była typową dziewięćdziesięciolatką z małego miasteczka na Południu, pewnie wzdrygałabym się już na samą myśl o tym, że muszę jej powiedzieć o ciąży, ale ona to egzemplarz jedyny w swoim rodzaju. Zgoda, Birchie przestrzegała w życiu całej listy zasad, ale to była lista, którą sama stworzyła. Telefon do niej postrzegałam bardziej jako nagrodę za stawienie czoła Rachel i rodzicom.

Wiedziałam, że kiedy powiem Birchie o Digbym, moja sztywna i pruderyjna babcia będzie uradowana. Uradowana faktem, że linia rodziny Birchów nie zakończy się na niej i na mnie. Uradowana w ten sam niesamowity, sekretny sposób jak ja, kiedy czułam – teraz także? – jak mój syn się porusza. Przyprawiało mnie to niemal o zawrót głowy. Leżałam w ciemności, upajając się trzepotaniem tego maleńkiego, każącego na siebie długo czekać, niedoskonałego czegoś, czego zawsze pragnęłam.

Właściwie to nie mogłam się już doczekać, kiedy zadzwonię do babci. Jej życie wyglądało trochę podobnie: jeden syn, który przyszedł na świat, kiedy była już po trzydziestce, i którego wychowywała sama. Zgoda, młodo owdowiała, a w poczęciu brał udział prawowity mąż, niemniej jednak Birchie zrozumie lepiej niż ktokolwiek inny, że mam wrażenie, jakby wraz z początkiem istnienia mojego syna moje życie także dopiero się zaczynało.

Tym, o czym nie miałam bladego pojęcia, gdy nie mogłam się doczekać rozmowy z babcią, od której dzieliło mnie ponad tysiąc kilometrów, był fakt, że jej życie nieuchronnie zbliża się ku końcowi.

2

Historia Birchville w stanie Alabama była tak nierozerwalnie związana z historią mojej babci, że nie da się opowiedzieć jednej bez drugiej. Samo miasteczko zostało założone przez dziadka Birchie, Ethana, najstarszego syna starej charlestońskiej rodziny, zajmującej się przewozem morskim, której okrętom udało się w czasie wojny secesyjnej przedrzeć przez blokadę. Swoje pieniądze ulokowali bezpiecznie poza granicami kraju, dzięki czemu ich majątek, w przeciwieństwie do reputacji, przetrwał wojnę bez szwanku. Kręgi ich znajomych zostały zdecydowanie uszczuplone, jako że mało który południowiec bardziej cenił roztropność od patriotyzmu.

W 1874 roku Ethan, który w czasie wojny był jeszcze dzieckiem, cieszył się co prawda dobrami materialnymi, ale musiał się mierzyć z potępieniem ze strony starej gwardii. Miał ochotę zacząć od nowa i nie był jedynym młodym człowiekiem w Charleston, który tego pragnął. Wyjechał, a razem z nim kilku synów starych rodzin: Darian, Alston oraz dwóch zubożałych chłopaków od Macka. Mackowie utopili cały majątek w obligacjach rządu Konfederacji i czuli ogromne rozgoryczenie.

Ethan założył Birchville na zgliszczach jednego z miasteczek, które wojna pozbawiła praw miejskich. W pierwszej kolejności zajął się odbudową kościoła, a zaraz potem na wzgórzu po drugiej stronie drogi wzniósł wielki biały dom w stylu wiktoriańskim. Kiedy oba budynki były gotowe, posłał do Charleston po swoją dziewczynę, aby poślubić ją w jednym i zamieszkać razem z nią w drugim. W tym domu przyszedł na świat mój pradziadek Ellis Birch. A później także moja babcia.

O dziewiątej rano w każdą niedzielę Birchie siadywała w tym właśnie domu w wytwornej jadalni i przez duże okno wykuszowe obserwowała, jak jej miasteczko budzi się ze snu. Za plecami miała portrety dziadka i ojca, którzy także obserwowali swoje miasto, poważni, acz dobrotliwi. Na twarzy Ethana malowała się duma, co stanowiło cechę charakterystyczną ówczesnych portretów. Ellis wyglądał na jeszcze bardziej dumnego, do tego miał przyprawiające o gęsią skórkę oczy Wuja Sama, które zdawały się omiatać całe pomieszczenie. Nigdy nie lubiłam jeść posiłków w jadalni pod jego namalowanym spojrzeniem, no ale to był dzień pański. Birchie w niedzielę nie korzystała z przytulnej wnęki jadalnej, tak samo jak nie uprawiała prancercise1. Oczami wyobraźni widziałam, jak siedzi wyprostowana, nogi ma skrzyżowane w kostkach i raczy się jajkiem i kawą w towarzystwie Wattie Price.

Nie musiałam wyobrażać sobie tych okropnych wydarzeń, które tego akurat ranka czekały na nie po drugiej stronie ulicy, w Pierwszym Kościele Baptystów. Całą historię mogłam poznać pod każdym możliwym kątem, jako że wszyscy parafianie, którzy byli obecni – a także kilku, których tam w tym czasie nie było – zapoznali mnie potem z drastycznymi szczegółami.

Kiedy kościelne dzwony oznajmiły, że jest kwadrans po dziesiątej, Birchie i Wattie ostrożnie zeszły po szerokich schodach, które prowadziły na werandę. Te dwie staruszki, korpulentne, niskie i wątłe, wyglądały jak solniczka i pieprzniczka z tego samego kompletu, kiedy tak niepewnie dreptały w dół wzgórza, kierując się ku świątyni, równie punktualne jak przypływ i odpływ.

Populacja Birchville była nieco mniejsza, a średnia wieku wyższa niż za czasów mojego dzieciństwa, nadal mieszkali tu jednak Darianowie oraz całe mnóstwo Alstonów i Macków. Moja babcia była jedynym żyjącym Birchem, a wszystkie rodziny noszące stare nazwiska należały do Pierwszego Kościoła Baptystów. Kiedy Birchie i Wattie dostojnie mijały rzędy ławek po lewej stronie nawy, wierni rozstępowali się, obdarzając je uśmiechami i pozdrowieniami. Birchie traktowała to jako coś, co jej się należy, i zatrzymała się, by wymienić znaczące spojrzenie z Wattie, tylko wtedy, gdy Martina Mack wparowała do kościoła w swoim ogromnym niedzielnym kapeluszu. Zasłaniał innym widok i krzyczał czerwienią ponad pierzastymi siwymi włosami właścicielki, ale ta nie zamierzała go zdjąć ani usiąść gdzieś z tyłu. Musiała siedzieć w drugiej ławce, dokładnie po przeciwnej stronie niż Birchie.

Wattie miała problemy z kolanami, więc Birchie najpierw pomogła jej zająć miejsce, a dopiero potem sama usiadła. Kilkoro parafian odwróciło na ten widok wzrok. Zdawali się nie pamiętać o tym, że Wattie wcale nie pracuje dla Birchie. Właściwie to nigdy dla nas nie pracowała. Robiła to matka Wattie, Vina. To ona była gospodynią Birchów. Kiedy matka Birchie zmarła tuż po porodzie, Vina kołysała małą, uczyła ją piosenek i układała do drzemki w kojcu ustawionym w kuchni. Miała jeszcze mleko po najmłodszym synu, karmiła więc Birchie własną piersią. Mniej więcej rok później urodziła Wattie, która dla Birchie stała się jak siostra. Obie każdego sierpnia brały udział w produkcji dżemów: jako przyglądające się oseski, zbyt małe, aby stanowić rzeczywistą pomoc, potem jako młode dziewczęta, mężatki i w końcu jako mistrzynie zapraw, regularnie zdobywające nagrody podczas dorocznego jarmarku.

Dwanaście lat temu zaczęłam się martwić tym, że Birchie – która miewała problemy z utrzymaniem równowagi, a do tego pogarszał jej się wzrok – mieszka sama w tym wielkim domu pełnym schodów. Chciałam, żeby przeprowadziła się do Wirginii i zamieszkała w prywatnym ośrodku opieki niedaleko mnie, ale ona nie chciała nawet o tym słyszeć.

Tymczasem umarł mąż Wattie, a obaj jej synowie mieszkali daleko: Stephen w Chicago, Sam w Houston. Oni także się martwili. Dom Wattie stał przy odludnej drodze za miastem. Niemal codziennie jeździła do Birchville, coraz mniejszą uwagę zwracając na to, na którym pasie znajduje się jej samochód. Ona i Birchie przesiadywały na werandzie podczas dobrej pogody, a kiedy padało, zajmowały fotele naprzeciw dużych okien w salonie. Robiły na drutach, rozmawiały i nadzorowały życie miasteczka. Wszystkim ulżyło, kiedy Wattie oblała testy dla kierowców i przeprowadziła się do domu Birchie. Spacerkiem chodziły razem do salonu piękności, biblioteki, trzech restauracji i pasmanterii. W Piggly Wiggly nie oferowano dostawy, ale dla Emily Birch Briggs? Artykuły spożywcze wędrowały prosto do jej domu.

Im dłużej razem mieszkały, tym większa stawała się ich symbioza. Ostatnim spoiwem okazał się Kościół. Na papierze Wattie nadal pozostawała członkiem Kościoła pod wezwaniem Chrystusa Odkupiciela, a niedaleko jej dawnego domu stał zbór. Birchie także nie wypisała się z Pierwszego Kościoła Baptystów, ale od lat razem uczęszczały na nabożeństwa, raz do baptystów, raz pozwalając, aby jeden z diakonów zawoził je do Odkupiciela. Ten akurat tydzień należał do baptystów i obie siedziały teraz pochylone nad parafialnym biuletynem.

Birchie robiła staranne notatki na marginesie planu nabożeństwa, wyprostowana i uważna, z godnością kiwając głową Wattie, kiedy pastor postąpił zgodnie z planem, marszcząc zaś lekko brwi, kiedy tego nie zrobił. Skinień głową było dzisiaj doprawdy niewiele.

Wattie zachowywała stoicki spokój. Jej duże oczy z ciężkimi powiekami zdawały się ledwie mrugać, ale bystry obserwator dostrzegłby, że pełne usta zaciska za każdym razem, kiedy Birchie kręci głową. Wielebny Richard Smith był młody, służył w parafii od niedawna i miał skłonność do gadania o ośmiu błogosławieństwach. Kazał się nazywać pastorem Rickiem, a czasami, kiedy wspominał o piekle, niemalże czynił w powietrzu cudzysłów. Gorzej, że nie robił tego, gdy napomykał o dinozaurach. Ani Birchie, ani Wattie nie pochwalały takiego zachowania.

Stary pastor – należycie zasuszony przedstawiciel ich pokolenia – zmarł. Zamiast awansować Jima Campbella, nudnie przystojnego pastora w średnim wieku, władze kościelne oddelegowały do Birchville tego nowego chłopaka. Co prawda urodził się w Alabamie, jak należy, ale do seminarium uczęszczał w Kalifornii.

Z tego, co mi było wiadomo, wrócił wciąż przepełniony doktrynami baptystów z Południa, ale miał także sandały, no i nie jadał czerwonego mięsa. Co gorsza, nakłaniał parafian do założenia konta na Facebooku. Zrobiły to nawet Birchie i Wattie, z czystej grzeczności. Parafialny newsletter zaczął się ukazywać wyłącznie w wersji elektronicznej. Pastor Rick twierdził, że to dlatego, by ratować drzewa, to jednak oznaczało, iż musiały się nauczyć uruchamiać sprezentowany przeze mnie komputer. Dla mojej babci to wszystko świadczyło o tym, że pastor jest teraz z Kalifornii, czyli właściwie z Babilonu – miejsca akcji tysięcy filmów o cudzołóstwie, przed których oglądaniem zdecydowanie się wzbraniała.

– No i poci się podczas modlitwy – powiedziała mi kiedyś przez telefon. W jej małych, zaciśniętych ustach brzmiało to jak przekleństwo.

– Jestem pewna, że nic nie może na to poradzić – odparłam.

– A właśnie, że może. W kościele jest klimatyzacja.

Kto jak kto, ale Birchie doskonale o tym wiedziała, jako że w latach siedemdziesiątych sama za nią zapłaciła.

– Ambona stoi tuż pod nawiewem, ale on nie stamtąd głosi Słowo Boże – wtrąciła Wattie. Miały włączony głośnik. Zawsze lubiły towarzyszyć sobie wzajemnie w rozmowach, ale przez dwa ostatnie lata coraz częściej używały głośnika. Obecnie razem odbierały każdy telefon. – Zakłada takie słuchawki z mikrofonem, jak jakaś gwiazda pop, wymachuje rękami i skacze tam i z powrotem.

– To prawda! – potwierdziła Birchie. – Kiedy się wygina na tych… ekranach, czuję się tak, jakbym oglądała komunistkę Fondę na jednej z tych tandetnych kaset z aerobikiem.

– Wszyscy korzystają teraz z monitorów – oświadczyłam. – I nikt nie ogląda kaset. Ani nie ćwiczy aerobiku.

Usłyszałam sceptyczne „hmm”, ale nie wiedziałam, czy to Birchie, czy Wattie.

– Na tym ekranie wyświetlają tylko słowa – rzekła Wattie. – Jak można śpiewać bez nut?

– Od czasu, kiedy wprowadzili te ekrany, Lois Gainey strasznie fałszuje. Twierdzi, że to wina zniszczonych śpiewników, ale zaproponowałam, że kupię nowe. Dwa razy. – Z jej tonu wywnioskowałam, że Birchie nie skorzystała ze swoich zasobów finansowych, aby pomóc w zainstalowaniu ekranów.

Mimo tych wszystkich zmian ciągle lubiła siedzieć w swojej ławce. Dzisiaj w parafii organizowano Piknik Rybny na początek lata. Była to tradycja równie stara i otoczona niemal taką czcią jak sama Birchie.

Gdy byłam mała, co roku brałam udział w pikniku. Każde wakacje spędzałam w Birchville. Nie byłam fanką futbolu ani ryb, ale i tak uwielbiałam rodzinne miasteczko babci. Birchie kupowała mi kolorową kredę; rysowałam nią na chodniku komiksy, a każda płyta stanowiła osobną scenę. Na papierze milimetrowym babcia kreśliła motywy graficzne z Batmana i Gwiezdnych wojen, by nakłonić mnie do nauki haftowania, i nie potrzebowałam innej nagrody oprócz ciasta, żeby chcieć, aby Wattie nauczyła mnie piec swój perfekcyjny kruchy placek. Co roku szyły mi nowy kostium Wonder Woman. Wolno mi było biegać w nim po miasteczku i odgrywać z miejscowymi dzieciakami scenki z Super Friends, dopóki Birchie nie wezwała mnie wiszącym na werandzie dzwonkiem na kolację. W Norfolk mogłam nosić ten strój tylko w domu. „To krępuje Rachel”, tak mi powiedziała mama, a rumieniec na jej policzkach stanowił potwierdzenie tego, że nie tylko Rachel czuła się skrępowana.

Dla mnie lato zaczynało się smakiem suma obtoczonego w mące kukurydzianej i gruboziarnistej soli, chrupiącego i gorącego, serwowanego na papierowych talerzykach. Do tego słodka herbata w papierowych kubkach. Sałatka z sałaty lodowej i pomidorków koktajlowych, hojnie skropiona domowym dressingiem. Smażona okra. Duże kawałki ciasta na deser. Do dzisiaj właśnie tak smakuje dla mnie wolność.

W tym roku mżyło – do czego przez wiele dekad nie dopuszczały tego dnia modlitwy Birchie (pewnie Bóg wziął pod uwagę zachowanie pastora Ricka) – nie było jednak mowy o odwołaniu czy przełożeniu pikniku. Grupa młodzieży porozstawiała stoły w sali parafialnej. Kiedy jej próg przekroczyły Birchie i Wattie, od razu przywitał je pastor Rick.

– Drogie panie, nie będziecie przecież czekać w kolejce. Proszę, siadajcie. Zaraz wam wszystko przyniesiemy.

To akurat robił jak trzeba. Podczas kościelnych imprez w kolejce nie musiały stać żadne staruszki ani kobiety w ciąży. Pastor Rick zaprowadził Birchie i Wattie do swojego stołu, przy którym siedzieli już diakoni, pastor Campbell i jego żona Myrtle. Birchie zajęła miejsce naprzeciw Franka Dariana, swojego prawnika, który mieszkał i pracował w dużym niebieskim domu niemal po sąsiedzku. Był jedynym mężczyzną przy tym stole, który nie sprawował żadnej funkcji kościelnej. Jeannie Anne, jego żona, zajmowała się duszpasterstwem dziecięcym. Była to praca w niepełnym wymiarze godzin, wymagająca częstej zabawy z pacynkami, dlatego można ją było powierzyć kobietom.

Pastor Rick położył przed staruszkami papierowe talerze i powiedział:

– Proszę bardzo! Smacznego!

Tuż za nim pojawiła się jego żona z herbatą i serwetkami.

Coś się jednak nie zgadzało. Na talerzach nie było suma. Ani smażonej okry. Ani sałaty lodowej. Zamiast tego leżało na nich coś, co według Birchie wyglądało jak paczuszka gotowa do wysłania pocztą – kwadrat pergaminu przewiązanego sznurkiem.

– A co to takiego? – zapytała Wattie.

– Łosoś. Gotowany na parze, ze świeżymi ziołami i wiosennymi warzywami – wyjaśnił pastor Rick.

Cisza. Wattie odwróciła głowę i coś szepnęła, a jej usta niemal dotknęły ucha Birchie. Wiele rozmów odbywało się w taki sposób, że ona szeptała, a jej oddech poruszał śnieżnobiałymi kosmykami, które wymykały się z koka Birchie. Ostatnimi czasy ten widok był tak częsty, że nikt nie zwrócił na nie większej uwagi. To znaczy nie w tamtym momencie.

– Ale to piknik ze s m a ż o n y m i rybami – oświadczyła Birchie, kładąc nacisk na słowo „smażonymi”.

– Ta potrawa nazywa się łosoś en papillote – rzekł pastor Rick.

– Brzmi z francuska – stwierdziła ponuro Birchie, ale biedny Rick nie wyłapał jej tonu.

– Tak! To danie francuskie – przytaknął radośnie. – I znacznie zdrowsze.

Birchie wyglądała, jakby miała ochotę coś dodać, ale uspokajająco podział na nią cichy głos Wattie. Po chwili spuściła wzrok i rzuciła:

– Cóż, wobec tego spróbujmy.

Wattie popatrzyła na swoją paczuszkę. Pełne usta zacisnęła w cienką linię. Co prawda uspokoiła Birchie, ale sama nie zrobiła nic, aby posmakować tego niewłaściwego jedzenia.

Birchie rozwinęła papier, a jej oczom ukazały się intensywnie zielone szparagi i kilka pomidorków koktajlowych ze skórką pomarszczoną od pary. Złożyła usta w dziubek. Jej mina wyrażała to samo co zaciśnięte usta Wattie.

Pastor Rick zwrócił się do Jeannie Anne Darian:

– Udało się pani znaleźć dwóch ostatnich ochotników do wakacyjnej szkółki niedzielnej?

Jeannie Anne zaczęła coś mówić, ale w tym momencie wtrąciła się Birchie.

– Nie ma chleba kukurydzianego?

– Cóż, nie… uznaliśmy… Węglowodany są… – dukał pastor Rick, ale także jemu Birchie weszła w słowo.

– I herbatników też nie?

– Możliwe, że w spiżarni znajdą się jakieś krakersy.

– Co za bzdura – oświadczyła Birchie, a Wattie ponownie nachyliła się ku niej i coś szepnęła. Brak herbatników okazał się jednak kroplą, która przelała czarę goryczy, bo Birchie odwróciła się do niej i rzekła: – Nie, Wattie, tak być nie może.

Przy stole zapadła cisza. Pastor Rick był tu nowy, ale nawet on rozumiał potęgę tych słów, wypowiedzianych przez Bircha panującego w Birchville. Niemal się wzdrygnął.

– Powinna pani najpierw spróbować! To takie zdrowe. I pyszne. Wiem, że będzie pani smakować.

Birchie odsunęła głowę od uspokajających szeptów Wattie. Plastikowym widelcem rozsunęła warzywa i jej oczom ukazał się łosoś. Błyszczał od oliwy i soku z pomidorków; był posypany czarnym pieprzem i ziołami.

– Och, mój drogi, w żadnym razie tego nie zjem – rzekła, a ton jej głosu stał się niebezpiecznie słodki. Słodki jak ciasto. Słodki niczym herbata. Wattie nachyliła się bardziej, jej szepty stały się ponaglające, ale Birchie nie zwracała na nią uwagi. Jej niebieskie oczy błyszczały na tle upudrowanej twarzy. – Wygląda jak penis pastora Campbella, cały różowy i piegowaty.

Powiedziała to tonem tak pogodnym i rzeczowym, że do zgromadzonych dopiero po kilku sekundach dotarło znaczenie jej słów. Diakon Lester aż się zakrztusił. W tej zaszokowanej ciszy starał się kaszleć jak najciszej. Anna Gentry oblała sobie bluzkę herbatą i nawet nie pisnęła. Jeannie Anne Darian znieruchomiała z kęsem ryby w połowie drogi do ust, wybałuszając przy tym oczy.

Nie wydawało się możliwe, aby Emily Birch Briggs wypowiedziała na głos słowo „penis” czy choćby uznała istnienie czegoś takiego. Gdyby po przykościelnym trawniku zaczął biegać dwumetrowy penis, wszyscy by się spodziewali, że panna Birchie pozostanie na niego zupełnie ślepa. „Śliczny zachód słońca”, tak mogła to skomentować, patrząc przez niego na boską panoramę. Teraz jednak w sali parafialnej potwierdziła istnienie męskich genitaliów; co więcej, głośno powiedziała, że pastor Campbell też je ma. Opisała je z takimi szczegółami, że mogło się wydawać, iż rzeczony członek miała okazję poznać osobiście, co było przecież zupełnie nieprawdopodobne. Na czoło pastora Ricka wystąpiły krople potu, a wszyscy diakoni mieli oczy wielkie jak spodki. Pastor Campbell, słysząc to szkalowanie tak ważnej części swojej anatomii, otwierał i zamykał usta, ale nie wydostawały się z nich ani żadne słowo, ani nawet oddech.

Wattie, jedyna niezaszokowana osoba na sali, wstała i powiedziała:

– Birchie, musimy wracać do domu. Ale już.

Babcia pogardliwym gestem wbiła plastikowy widelec w rybę i oświadczyła:

– No ale przecież tak wygląda, Wattie! Zapytaj Jeannie Anne. Ona widuje ten penis ze znacznie mniejszej odległości. Raczej nie tak należy wykorzystywać schowek na stroje dla chóru, choć pewnie nie ja powinnam się wypowiadać na ten temat.

Atmosfera na sali, i tak już pełna iskier, nagle ożyła od elektryczności. Zapadła taka cisza, że osoby siedzące najbliżej usłyszały, jak Wattie szepcze gorączkowo do Birchie:

– Wstawaj! Wstawaj! Wychodzimy!

Do zgromadzonych na sali w końcu dotarło, o czym mówiła Birchie, i teraz wszyscy z przerażeniem wpatrywali się w moją babcię. Birchie znała co prawda wszystkie grzechy tego miasta, ale plotkarzy słuchała tak jak królowa wysłuchuje pokornych suplikantów. O tym, co w miasteczku określano mianem „wieści”, nie rozmawiała z nikim oprócz Wattie, natomiast do grzeszników z Pierwszego Kościoła Baptystów udawała się sama, niczym apostoł Piotr, tyle że z domową zupą. Jej surowe nakłanianie do tego, aby odrzucić gniew, odpowiednio się ukorzyć albo przestać pożądać żony bliźniego swego odbywało się za zamkniętymi drzwiami. Birchie stanowiła uosobienie dobrych obyczajów i słowa, które przed chwilą wydostały się z jej ust, okazały się równie szokujące jak samo cudzołóstwo. Wtedy Jeannie Anne się zarumieniła.

Nie był to delikatny rumieniec, który mógłby się pojawić na policzkach damy po usłyszeniu tak obrazowego języka. Ten akurat był szkarłatną oznaką wstydu; zaczynał się od czoła, a kończył nawet nie na szyi, bo dekolt widoczny w wycięciu dzianinowej bluzki także zrobił się czerwony. Jej skóra stała się szkarłatnym tłem dla kawałka ryby błyszczącego różowością i posypanego pieprzem.

W tym momencie dostrzegła, jak niewiele dzieli ten kęs od jej ust, i gwałtownym gestem odsunęła go od siebie. Najpierw na stole wylądował z hałasem plastikowy widelec, a zaraz po nim nieszczęsny łosoś. Przy sąsiednich stołach rozległy się szepty i przemieszczały się coraz dalej i dalej, niczym szeleszcząca fala odpływu.

Franka Dariana oświeciło jako ostatniego. Dopiero kiedy jego żona odsunęła się z krzesłem i wstała od stołu, szok malujący się na jego twarzy zastąpiło coś okropnego. Niedowierzanie. Zdumienie, po którym przyjdzie pora na ból.

– Jeannie Anne? – zapytał, a ona zaczęła się oddalać. – Jeannie Anne?

Nie odwróciła się ani nie zatrzymała; lawirowała między stolikami, gdy tymczasem otaczały ją coraz głośniejsze szepty.

Birchie przyglądała się jej wyjściu z osobliwym uśmiechem i błyszczącymi oczami. Obserwowała, jak wypowiedziane przed chwilą słowa miażdżą dwa kluczowe kościelne małżeństwa. Wattie stała bezradnie u jej boku. Już nie szeptała ani nie ponaglała. Sprawiała wrażenie dziwnie zrezygnowanej i przeczesywała palcami krótkie siwe włosy, jakby jej głównym zmartwieniem było przywrócenie ich do porządku.

– Jak pani mogła? – wychrypiał pastor Campbell, po czym wstał i mocno uderzył dłońmi w stół. Nachylił się ku niej, niemal groźnie, i powtórzył z wściekłością: – Jak pani mogła!

– Jak ty mogłeś? – szepnęła jego żona, ale zdawał się jej nie słyszeć.

– Birchie – powiedziała spokojnie i stanowczo Wattie. – Potrzebna mi twoja pomoc.

Ale Birchie już się odsuwała razem z krzesłem, następnie wstała, wyprostowała swoje całe metr pięćdziesiąt i spiorunowała wzrokiem Campbella.

– Nie podnoś na mnie głosu, ty jurny capie. Przełożę cię przez kolano i spiorę ci to obwisłe dupsko – oświadczyła.

Ton jej głosu był lodowaty i władczy. Ale te słowa! To nie były słowa, które mogłyby zostać wypowiedziane przez Emily Birch Briggs, a do tego po nich rozległ się szaleńczy chichot.

Pastor Campbell zrobił krok w tył, by odsunąć się od tego dezorientującego dźwięku, a na jego twarzy wściekłość walczyła o palmę pierwszeństwa z niedowierzaniem. Niemal w tym samym momencie zwrócił uwagę na żonę, płaczącą na sąsiednim krześle.

Kiedy Birchie w końcu przestała rechotać, Wattie dotknęła jej ramienia, a moja babcia odwróciła się do niej, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z jej obecności.

– Widziałaś jego obwisły tyłek, Wattie? Widziałaś? – zapytała, po czym udała, że kopuluje ze stołem.

Trzystu wiernych siedziało bez ruchu i patrzyło, jak Emily Birch Briggs przeżywa załamanie nerwowe. Odezwała się tylko Wattie:

– Pewnie, że widziałam, ale, Birchie, Mercy Lester kroi paprykę obok masy na kukurydziane ciasteczka.

Na twarzy Birchie pojawiła się konsternacja. Przestała obscenicznie kołysać biodrami. Kilka lat temu Mercy Lester sprawiła, że Piknik Rybny znalazł się na drodze ku apostazji, kiedy próbowała dodać do masy ser i papryczki jalapeño. W porę zauważyła to Birchie. Wattie szybko zgarnęła z wierzchu te obraźliwe składniki, a ona sama wybaczającym gestem objęła drżące ramiona Mercy, niczym Jezus rozgrzeszający kobietę przyłapaną na cudzołóstwie. Zamiast kazać temu, który jest bez winy, rzucić kamieniem, Birchie przypomniała oburzonym wiernym, że nim Mercy wyszła za Daveya Lestera, wychowywała się w rodzinie prezbiteriańskiej. Czy można było od niej oczekiwać czegoś lepszego?

Wspomnienie o tym teraz było takim non sequitur, że można by sądzić, iż razem z Birchie rozum traci Wattie, ale moja babcia powiedziała:

– Dobry Boże, ta dziewczyna! Chodźmy ją powstrzymać.

Tak jakby Mercy i Davey nie przeprowadzili się przed trzema laty do Montgomery.

Z kamienną twarzą, z której nie dało się nic wyczytać, Wattie zaczęła wyprowadzać Birchie z sali.

– No dobrze. No dobrze. Cóż. No dobrze – plątał się pastor Rick.

Kiedy dwie staruszki powoli wychodziły z sali parafialnej, wierni uświadomili sobie jedno: uspokajające szepty Wattie i jej uwagi na stronie od dawna ukrywały stan Birchie.

To było nieprawdopodobne. Panna Birchie, jak ją wszyscy nazywali, pachniała płatkami róż i historią. Była ostatnim Birchem żyjącym w Birchville, miała dziewięćdziesiąt lat, ale trzymała się prosto, interesowała życiem dookoła i miała starą jak świat kolekcję Bardzo Ładnych Torebek. Dla wielu mieszkańców to Birchie była miasteczkiem, uosobieniem miasta takiego, jakim było kiedyś, w utopii Starego Południa, która istniała, jeśli się było białym i zamożnym baptystą, niezwracającym uwagi na innych ludzi. Esemesy do mnie zaczęli wysyłać jeszcze przed opuszczeniem sali, a kiedy zamknęły się za nimi drzwi, zaczęli także wydzwaniać.

Nie odbierałam. Zdążyło minąć południe, a ja jechałam właśnie do domu Rachel. Telefon był wyłączony, decyzja podjęta. Zdecydowałam się zrzucić bombę i szykowałam się na wielkie bum.

3

Zajechałam pod należący do Rachel nieskazitelny dom w stylu kolonialnym przy East Beach. Miał czarne okiennice i brzydkie jak noc kolumny w stylu Tary. Zjawiłam się jako pierwsza, ale i tak zaparkowałam na ulicy. Jeśli zostawiłabym auto na podjeździe, możliwe że mama i Keith by mnie zablokowali; znalazłabym się wtedy w pułapce bez drogi ucieczki, gdyby przesłuchanie zrobiło się nie do zniesienia. Upiekłam ciasto biszkoptowe z pekanami, żeby wszyscy przystąpili do rozmowy zadowoleni i zacukrzeni. Nie miałam złudzeń, i tak będą się chcieli dowiedzieć, kiedy, gdzie i jak do tego dopuściłam. Zwłaszcza Rachel. Ona potrafi być naprawdę namolna.

Zdecydowanie za długo rysowałam i kolorowałam, scenariusze zostawiając innym. Nie potrafiłam wymyślić porządnego początku Digby’ego, tak samo jak Violence. Sam Digby, choć bardzo młody, może nawet ucieszyłby na wieść o tym, że jest owocem nocnej schadzki z Batmanem. Ale co z jego starszą wersją? Nie chciałam mówić rodzicom, Rachel i przede wszystkim mojemu dziecku, że nie znam imienia jego ojca. Ani zawodu. Ani historii medycznej. Ani nawet nie wiem, czy jest przyzwoitym człowiekiem.

Miał dobry gust, jeśli chodzi o komiksy, to mogłam powiedzieć. No i świetnie całował się z języczkiem.

Gdy wchodziłam po schodach wiodących na dużą białą werandę, w drzwiach pojawił się Jake, mąż Rachel. Wypadł na dwór, trzasnął drzwiami, po czym niemal mnie stratował. Próbowałam się uchylić i się potknęłam. Upuścił torbę trzymaną w ręce i złapał mnie, żebym razem z pojemnikiem z ciastem nie spadła ze schodów.

– Do cholery, Lay! – rzucił.

Oblałam się rumieńcem, a on znieruchomiał z dłońmi na moich ramionach. Od lat tak mnie nie nazywał.

Zdążyłam już odzyskać równowagę, zrobiłam więc krok w bok, by uniknąć jego uścisku. Nie podobało mi się, że mnie dotyka. Na ogół traktowałam go jako dodatek do Rachel, używany codziennie, ale w sumie mało istotny, jak zegarek.

Przez chwilę jego dłonie wisiały w powietrzu, puste i zakłopotane, po czym opuścił je wzdłuż tułowia.

– Do cholery, JJ – odezwałam się w końcu, także przywołując jego dawną ksywkę, na tyle lekkim tonem, na ile zdołałam.

Te dwie literki sprawiły, że w ustach poczułam gorzki smak i niełatwo mi było połączyć je ze stojącym przede mną mężczyzną. Myślałam o nim jako o Jake’u albo panu Rachel. Lay i JJ’em nie byliśmy dla siebie od dzieciństwa. Od trzeciej klasy popołudnia spędzaliśmy u mnie, w pokoju rekreacyjnym w piwnicy, dosłownie pożerając nowe komiksy. Jedliśmy karmelowy popcorn i snuliśmy domysły, czy nasi ulubieńcy przeżyją zakończenia trzymające w napięciu. Każdy komiks wkładaliśmy do plastikowej koszulki, którą umieszczaliśmy w odpowiednim kartonie. Ciągle rozprawialiśmy o tym, jaką chcielibyśmy mieć supermoc: błyskawiczne przemieszczanie się czy latanie, teleportację czy telekinezę.

Nigdy o tym nie mówiłam, ale jak większość dziewcząt chciałam być superładna. Ta moc była jednak zarezerwowana dla Rachel. W jej obecności każdy znany mi chłopak zaczynał się jąkać, nawet JJ. A może zwłaszcza JJ, który się rumienił za każdym razem, kiedy pojawiała się w piwnicy. On sam najbardziej chciał być Superdzieciakiem, Który Wcale Nie Jest Gruby, choć też nie mówił o tym głośno. Takie rzeczy wiedzieliśmy o sobie bez słów.

Kiedy chodziliśmy do ostatniej klasy liceum, jego ojciec przeszedł udar i zmarł. W rezultacie wszystko się między nami poplątało, a on rzucił szkołę, żeby pomóc mamie w prowadzeniu Jacoby Motors, komisu z używanymi samochodami. Od tamtej pory nasze ścieżki już się nie skrzyżowały. Ani razu. Nasze domy dzieliła odległość, którą dało się pokonać rowerem, więc musiał to robić celowo.

Cztery lata później zjawił się na dorocznej imprezie bożonarodzeniowej organizowanej przez mamę i Keitha. Miałam dyżur przy drzwiach, ale go nie poznałam. Był wysokim, jasnowłosym nieznajomym, który wręczył mi z uśmiechem butelkę rieslinga.

– Wesołych świąt! – powiedział.

Nachylił się, aby cmoknąć powietrze obok mojego ucha, i w tym momencie go sobie przypomniałam. Po zapachu. Był o niemal dziesięć centymetrów wyższy, miał ciało wyrzeźbione na siłowni, delikatne pasemka, a możliwe, że nawet nowy nos. A już na pewno zrobił coś z zębami, jak ci wszyscy aktorzy. Równe i przesadnie białe sprawiały, że jego uśmiech wydawał się nieszczery. Mimo subtelnej wody toaletowej wyczułam zapach dawnego najlepszego przyjaciela.

– JJ? – zapytałam w osłupieniu.

– Teraz używam imienia Jake – odparł i klepnął mnie w ramię. Serdecznie, jakbym była jego kumplem w reklamie piwa. – Dobrze cię widzieć, Leia! Musimy nadrobić zaległości.

Wcisnął mi w dłonie schłodzone wino i ruszył prosto ku Rachel. Towarzyszył jej przez cały wieczór, opierając się o ścianę i opowiadając o tym, jak uratował rodzinny biznes, a za trzy lata planuje otworzyć salon nissana. Był zawdzięczającym wszystko sobie Kenem, zawracającym w głowie upojonej szampanem Barbie.

Nazwał mnie Leią, bo nie zwraca się ksywką z dzieciństwa do pierwszej dziewczyny, z którą uprawiało się seks. Nie, kiedy ta ksywka brzmi Lay2. Nie, kiedy zawsze się kochało w jej przyrodniej siostrze.

Teraz stałam, przyciskając do piersi pudełko z ciastem i wyczuwając w powietrzu dziwny, nieprzyjemny zapach. Jake przykucnął i do upuszczonej torby wcisnął rozrzucone ubrania. To była jedna z tak lubianych przez Rachel toreb z Whole Foods.

– Wybierasz się do sklepu Goodwill3? – Głupie pytanie, ale jedyne, które mi przyszło do głowy.

– Nie. Co tu robisz? – Odgarnął z czoła pasmo jasnych włosów i się wyprostował.

– Jest niedziela – odparłam. – Gdzie indziej miałabym być?

Uniósł brwi.

– Rachel odwołała obiad. Wysłała ci e-mail.

Z torby wystawała nogawka spodni w kolorze khaki z idealnie zaprasowanym kantem. Wsunęłam ją z powrotem i dostrzegłam niebieską koszulę w prążki. To był właściwie uniform Jake’a. Nagle uświadomiłam sobie, że to coś szare na wierzchu to bokserki. Zarumieniłam się i zmusiłam, aby przyjrzeć się jego twarzy. Tak na serio.

Miał cienie pod oczami i napuchniętą twarz. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że widzę okrągłą, smutną buzię mojego dawnego przyjaciela JJ’a. Twarz widma, przezroczystą i bladą, nałożoną na regularne rysy szwagra.

– Co ty robisz? – zapytałam jak człowiek człowieka.

Skrzywił się i odparł:

– Nic. Muszę lecieć.

Minął mnie, zszedł po schodach i ruszył spiesznie w stronę czerwonego nissana armady.

– Lecieć dokąd? – zawołałam za nim.

Nawet się nie obejrzał. Wrzucił torbę do SUV-a i usiadł za kierownicą.

Stałam niepewnie na werandzie, z pudełkiem z ciastem w ręce, a moją misję diabli wzięli. Część mnie miała ochotę wrócić do domu, ale po tym dziwacznym zachowaniu Jake’a musiałam sprawdzić, co z Rachel i Lavender. Nacisnęłam klamkę. Drzwi były otwarte.

Weszłam do holu ze sklepionym sufitem i w tym samym momencie moja siostra wybiegła z kuchni z krzykiem:

– Kazałam ci się wynosić, ty skurwyyyyy…

Urwała w połowie przekleństwa, kiedy zobaczyła, że to ja. Stała boso, co było anomalią. Tak samo jak potargane włosy. I podbite oczy.

– Rachel!

Serce waliło mi jak młotem. Nie zdążyłam przyswoić jeszcze tej nagłej, alternatywnej rzeczywistości, w której Rachel bluzga na męża słowem na „s”, a ja znalazłam się w zupełnie niewiarygodnym wszechświecie, takim, w którym JJ miałby uderzyć moją przyrodnią siostrę.

Rachel zamrugała i choć oczy miała spuchnięte, dotarło do mnie, że te czarne obwódki to tylko rozmazany tusz i eyeliner. Znowu mogłam oddychać. Ale ledwo, ledwo. Biedny Digby, na pewno oszołomiły go wyrzucone do mojego krwiobiegu substancje chemiczne wywołane paniką. Zatrzepotał niczym kieliszek wypełniony 7 Upem.

Po pełnej napięcia chwili dłonie Rachel uniosły się ku włosom. Ciężko oddychając, starała się je przygładzić. Na swój okropny sposób było to zabawne, bo fryzura to ostatnie, czym się powinna przejmować. Gdziekolwiek spojrzałam, coś było nie tak. Wielkie lustro było roztrzaskane, a na jego odłamkach leżały kawałki zielonego szkła i czegoś, co wyglądało jak czerwone wino. Jedno z krzeseł w jadalni leżało na podłodze, pozostałe stały w nieładzie. Zazwyczaj cała ósemka z matematyczną precyzją okalała stół.

Rachel dała sobie spokój z fryzurą i podeszła do mnie. Wzięła pudełko z ciastem, odwróciła się, postawiła je na stole i zdjęła pokrywkę.

– Z przepisu twojej babci? – zapytała.

Kiedy przytaknęłam, wsadziła rękę do pudełka i odłamała spory kawałek. Z niedowierzaniem przyglądałam się tej dziwnej osobie z czarnymi obwódkami wokół oczu, która zastąpiła moją przyrodnią siostrę. Zaczęła metodycznie jeść ciasto, jakby to była jakaś kara.

Wtedy już wiedziałam, że Jake ją zdradza.

Nie do pomyślenia. Rachel była cenną zdobyczą, upragnioną, wyczekaną, w końcu w zasięgu ręki. Szesnaście lat po ślubie, a nie dalej jak tydzień temu Jake wciąż błądził za żoną wygłodniałym wzrokiem. Patrzył na nią tak, jakby w każdej chwili miał chwycić jej smukłą kibić, unieść i postawić na gzymsie kominka – w centralnym miejscu, jako największe dzieło sztuki. Ale ją zdradzał. Gotowa byłam się założyć o milion dolców.

Być może tylko dlatego, że nazwał mnie Lay. Wraz z tą jedną sylabą wróciła historia tak zamierzchła, że wydawała się mitem. Wiedzy dostarczył mi ten jeden spocony, szybki numerek, do którego kiedyś między nami doszło.

Dzień po śmierci swojego taty zapłakany JJ przyszedł do mnie do piwnicy. Wzięłam go w ramiona, a on wtulił gorącą, mokrą od łez twarz w moją szyję. Był smutnym, miękkim zwierzęciem, posapującym i lgnącym do mnie, przepełnionym zaszokowanym bólem. Przytuliłam go jeszcze mocniej, tak mocno, jakbym próbowała przejąć od niego całą rozpacz i zapewnić mu ukojenie. Bez względu jednak na to, jak silnie oplatałam go ramionami i nogami, jego niezgrabne ciało przelewało się przez nie, a ból był zbyt dojmujący, aby dało się sprawować nad nim kontrolę. I wtedy zaczęliśmy się całować. Twarz miał mokrą od łez i smarków, ale mnie to nie przeszkadzało. Moje serce przepełniała wielka, coraz większa miłość.

Część ubrań podciągnęliśmy, część odsunęliśmy na bok, napierając na siebie coraz mocniej, aż w końcu wsunął się we mnie. Trochę bolało, ale czułam spokój i coś jeszcze. Czułam, że mam władzę. Władzę, ale nie przewagę. Nie nad nim.

Odniosłam wrażenie, że przekroczyłam krawędź klifu i znalazłam się w powietrzu. Jakbym zawsze miała w sobie tę sekretną moc i korzystała z niej bezwiednie, nie mając świadomości, że to robię. Pomyślałam, że wykorzystam ją w dobrym celu, aby pomóc cierpiącemu przyjacielowi.

Nie było w tym nic romantycznego. Nigdy się w nim nie durzyłam w taki niemądry, dziewczęcy sposób. Ja go po prostu kochałam, całego. Był moim najlepszym przyjacielem. Znał moje wszystkie tajemnice i zdradził mi swoje. To znaczy wszystkie oprócz jednej. To jemu się wypłakiwałam po śmierci mojego kota. To on był ostatnią osobą, z którą co wieczór rozmawiałam przed pójściem spać, i pierwszą, którą miałam ochotę widzieć co rano; prowadziliśmy niemające końca rozmowy w autobusie, na przerwach między lekcjami, w szkolnej stołówce i po szkole w moim domu. A teraz był w mojej piwnicy, załamany, a ja obejmowałam go opiekuńczo, kiedy tak wtulał się we mnie, napierał i szlochał.

W pewnym momencie wciągnął głośno powietrze i zesztywniał, a ja poczułam, że wszystko z niego wychodzi. Cały dojmujący żal przemieścił się z jego ciała do mojego. Napięcie przekształciło się w rozluźnienie, a mnie rozpierała duma, że mogłam to zrobić dla przyjaciela.

Przez kilkanaście uderzeń serca leżeliśmy w bezruchu w swoich ramionach. W tamtej ciszy poczułam, że coś się zaczyna, że to początek mnie i JJ’a.

Chwiałam się na duchowej krawędzi, czując, że zmierzamy ku początkowi czegoś kompletnego, prawdziwego życia. Pierwsza przychodzi miłość, pomyślałam, i choć miałam zaledwie siedemnaście lat, wiedziałam, co pojawi się potem. Oczami wyobraźni widziałam nas na studiach, w pracy, na naszym ślubie – tę całą drogę prowadzącą do dziecka, które stworzymy w taki właśnie sposób. Dziecko z jego nosem i moimi głęboko osadzonymi oczami. Te wszystkie etapy nastąpią jeden po drugim, w sposób tak prosty i oczywisty, że nie było po co się spieszyć. Wszystko na nas czekało, a my byliśmy w stanie zawieszenia, złączeni ze sobą, na skraju naszego początku.

A potem on wyplątał się z moich objęć i zaczął poprawiać ubranie. Kiedy na wewnętrznej stronie mojego uda dostrzegł krew, jego policzki oblał jeszcze ciemniejszy rumieniec. Mruknął coś o tym, że musi wracać do domu. Nie patrzył mi w twarz.

Większość mojego ciała nadal zakrywał standardowy uniform – sukienka z lumpeksu, a do niej wojskowe buty – ale poczułam się bardzo naga. Musiałam usiąść, przełożyć lewą nogę przez nogawkę majtek, zapiąć górne guziki, zawiązać lewy but, obciągnąć sukienkę. Kiedy podniosłam głowę, jego już nie było. Nazajutrz nie zjawił się w szkole. Nigdy do niej nie wrócił, nie odbierał także moich telefonów. Byłam w jego domu cztery razy, ale do mnie nie wyszedł. Nie dawał znaku życia do czasu tamtej świątecznej imprezy, na której się zjawił z powodu Rachel.

Nie zaszłam wtedy w ciążę, więc jeśli chodzi o seks bez zabezpieczenia, mój życiowy wynik to jeden do jednego. Nikomu nie powiedziałam o sobie i JJ’u. Ani Rachel, ani mamie i Keithowi, ani małej grupce dziewczyn przy moim stole w szkolnej stołówce. Zbyt wielki czułam ból; najlepszy przyjaciel zdegradował mnie do roli chusteczki.

To wydarzenie coś we mnie zniszczyło. Zresztą to właśnie tego roku zaczęłam rysować Violence. Zaczęło się od zabawnego komiksu z bohaterką o imieniu Violet, która wyglądała jak ja i niechcący psuła szyki przestępcom. Po tej historii z JJ’em gdzieś na marginesie zaczęły się ukrywać prototypy Violence. Violet także się zmieniła i przekształciła w wersję mnie, której siłą stało się bycie superładną, a każdy, kto z nią zadarł, miał do czynienia z Violence. Ona pożerała mężczyzn, jakby to były krakersy, i nigdy, ale to nigdy nie dręczyły jej wyrzuty sumienia. Tak właśnie wyglądała prawdziwa historia narodzin Violence. Pojawiła się, kiedy w niecałe siedem minut zdeptano mi serce, ale nie była to opowieść, którą mogłam się podzielić z Dark Horse.

Później, kiedy JJ na nowo pojawił się w moim życiu, a Rachel zaczęła poważnie o nim myśleć, nakazałam sobie wierzyć, że to zupełnie nowy facet – ktoś, kogo dopiero co poznałam. Zwłaszcza po tym, jak wzięli ślub, a na świat przyszła Lavender. Rozdzieliłam Jake’a i JJ’a, dawnego najlepszego przyjaciela, który kiedyś mnie wykorzystał, przelewając swoje smutki do mojego ciała, a serce zostawiając na później dla Rachel. To był tego rodzaju fragment niefajnej historii, dzięki któremu teraz miałam pewność, że Jake jest zdolny do beznadziejnego zachowania, jeśli chodzi o seks.

– To ciasto jest niesamowite – powiedziała Rachel z pełnymi ustami. I wzięła jeszcze jeden kęs.

– Gdzie Lavender? – zapytałam.

Posłała mi spojrzenie pełne irytacji; usta miała zbyt pełne, żeby udzielić odpowiedzi. Stała do mnie bokiem, przeżuwając i głośno oddychając przez nos. Kiedy przełknęła, resztę kawałka ciasta rzuciła na podłogę i otrzepała dłonie.

– Poszła do Olivii. Chyba nie sądzisz, że pozwoliłabym dziecku być świadkiem tego wszystkiego.

Powiedziała to spokojnie, wręcz beznamiętnie, ale po ostatnich pięciu minutach niczego już nie byłam pewna. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w takim stanie. Nigdy. Nie było mi wolno. Nawet kiedy mogłam się okazać pomocna. Jako dziecko wypłakiwała sobie oczy w pralni, gdzie jedynym świadkiem jej łez był Thimble, pluszowy królik. Wtedy jednak przynajmniej wiedziałam, kiedy cierpi. W milczącej solidarności siadywałam pod drzwiami pralni, a kiedy wychodziła, starałam się być wyjątkowo miła. Kiedy dorosłam, nie mogłam robić nawet i tego. Nigdy nie widziałam u niej rozmazanego tuszu. Ani razu.

– Co on zrobił? – zapytałam.

Miałam na myśli to, w jaki sposób Rachel o wszystkim się dowiedziała. I czy to był prawdziwy romans? Przygoda na jedną noc? Dziwka?

W zasadzie to było bez znaczenia. Stałam po jej stronie, kropka, dlatego że „przyrodnia” była dla mnie tylko z nazwy. Obie miałyśmy ledwie po trzy lata, kiedy mama i Keith wzięli ślub. Właściwie to nie miałam żadnych konkretnych wspomnień z życia przed nią. Była rodziną, a Jake jej szopą w ogrodzie, wyprodukowaną zupełnie gdzieś indziej, a potem tu postawioną. A chłopak, którym kiedyś był? JJ? To kula, przed którą przed laty się uchyliłam.

Rachel się wyprostowała. Była ode mnie wyższa o ponad dziesięć centymetrów, nawet na bosaka. Przyglądałam się, jak próbuje zebrać do kupy okruchy swojej chłodnej godności. Nie bardzo jej wychodziło. Przeszkadzały jej w tym oczy pandy i trzęsące się ręce.

– Co tu w ogóle robisz, Leia? Nie dostałaś mojego e-maila? – Drżenie głosu zagłuszyło nutkę rozdrażnienia.

Próbowała udawać, że jej jadalnia nie jest wcale pełna potłuczonego szkła i wywróconych mebli. Jakby problemem była moja niemożność sprawdzania skrzynki mailowej.

– Zaraz zerknę – powiedziałam i poczułam ulgę, kiedy mogłam odwrócić wzrok od rozstrojonej Rachel. Wyjęłam z torebki telefon i go włączyłam. – Właśnie o tym chcesz ze mną rozmawiać?

– W ogóle nie chcę rozmawiać – warknęła, a w jej głosie pojawiła się nuta takiej zaciekłości, że odruchowo uniosłam głowę. Palce zaciskała na potarganych włosach.

Telefon w moich dłoniach zawibrował i piknął. Dostałam esemes. I kolejny. I jeszcze jeden. W pełnej napięcia ciszy rozległ się wesoły motyw przewodni z filmu Ultrapies. Polly Fincher, członkini Pierwszego Kościoła Baptystów z Birchville. Pozwoliłam, aby włączyła się poczta głosowa, i zaczęłam pytać Rachel, czy mogę jej przynajmniej pomóc w ogarnięciu tego bałaganu przed powrotem Lavender. Wypowiedziałam zaledwie dwa słowa, kiedy rozległy się sygnały kolejnych esemesów. Chwilę później mój telefon się rozdzwonił.

– Co się dzieje? – zapytała Rachel.

Uruchomiłam Messenger i zobaczyłam znajome nazwiska. Lois Gainey, Chester Beckworth, Alston Rhodes, pastor Rick i wiele, wiele innych. Sami mieszkańcy Birchville. Z sercem w gardle zaczęłam odczytywać wiadomości. Wszystkie stanowiły wariację tego samego:

„Co się dzieje z panną Birchie?”

„Och, skarbie, strasznie się martwimy!”

„Co mówi lekarz?”

„Od jak dawna to się dzieje?”

A od Martiny Mack, tej złośliwej wiedźmy: „Twoja babcia dała dziś rano popis w kościele…”.

Spojrzałam z lękiem na Rachel.

– No co? – zapytała. – Leia, co się dzieje?

– Birchie – odparłam. – Coś się stało z Birchie.

Coś niedobrego, bo telefon znowu zaczął dzwonić. Pastor Rick, ale nie chciałam z nim teraz rozmawiać. Musiałam skontaktować się z Wattie. Ponownie pozwoliłam, aby nagrał się na pocztę głosową. Tymczasem przychodziły kolejne esemesy.

Nie licząc wakacji, nigdy nie mieszkałam w Birchville. Od czasu ukończenia liceum nie jeździłam tam na dłużej niż tydzień. Ale byłam Birchem. Ostatnim Birchem, z tego, co im było wiadomo. Oto, jak brzmiała dalsza część wiadomości:

„Przyjedź tutaj”.

„Przyjedź do domu”.

„Musisz tu przyjechać”.

Zrobiłam krok w stronę Rachel, a ona w jednej chwili zapomniała o własnym dramacie. Było tak, jakby teleportowała się znad tego całego bałaganu, gotowa, aby mi pomóc, naprawić i przejąć kontrolę nad tym, co się stało. Właśnie na tym od zawsze polegała jej rola. Reszta nas była zwykłymi śmiertelnikami brnącymi przez grząskie błoto. Bywało to wkurzające, ale okazywało się bardzo, ale to bardzo pomocne, kiedy świat wypadał ze swojego toru.

– Przewróciła się? – zapytała teraz, obejmując mnie pocieszająco ramieniem i zerkając razem ze mną na ekran telefonu.

Upadkiem martwiłam się już od wielu lat. Te cholerne schody w całym domu!

– Nie wiem, nie wiem – odparłam.

Otworzyłam pocztę i okazało się, że czekają już na mnie pierwsze wersje dzisiejszych wydarzeń. Przeczytałyśmy je razem. Byłam zbyt przerażona, żeby poczuć ulgę, że Birchie nie złamała kości biodrowej. To byłoby gorsze. Tak wiele udało jej się przetrwać. Była uparta, miała swoje zdanie, które często przeczyło jej wizerunkowi nobliwego bastionu Starego Południa. Ale teraz z otrzymanych wiadomości mogłam wywnioskować jedno: że dopadła ją demencja starcza albo choroba Alzheimera.

– Muszę tam jechać. Muszę!

To mnie teraz trzęsły się ręce i nie mogłam utrzymać telefonu. Birchie nie zgodziła się opuścić miasteczka, nie mówiąc o swoim domu, a zanim wprowadziła się do niej Wattie, przepędziła całą armię zatrudnionych przeze mnie pielęgniarek. Wyrzuciła brelok Life Alert4, bo twierdziła, że tylko psy noszą obroże; do tego rzadko pamiętała o naładowaniu telefonu komórkowego, który jej kupiłam. Jej jedynym wsparciem była równie wiekowa Wattie.

– Oddychaj, skarbie. Dopóki tam nie pojedziesz, nie możemy mieć pewności, co konkretnie się dzieje. Zajmij się pakowaniem, a ja zarezerwuję ci bilet – rzekła Rachel.

Kochałam ją za tych „nas”. Była to wypowiedziana szybko, nieświadoma deklaracja tego, że moje zmartwienia są także jej zmartwieniami.

– Ale ty też masz sporo na głowie. Z Jakiem – powiedziałam. Ja także chciałam dzielić jej troski. – Nie chcę…

– Ćśś, mną zajmiemy się później.

Nie protestowałam. Moja kochana, stara Birche przebiła to, co Jake wyprawiał ze swoim penisem.

Otwierałam kolejne e-maile i im więcej wersji czytałam, tym większa ogarniała mnie złość. Te dwie sprytne staruszki kryły się nawzajem przed całym miastem Bóg jeden wie od jak dawna, uśmiechając się, robiąc frywolitki i pojawiając się na kościelnych festynach. Nie chciały, aby ich życie uległo zmianie, z premedytacją ukrywały więc prawdę – och, ależ byłam wkurzona! A ostatnie wiadomości tylko spotęgowały moją złość.

Tak wielu przyjaciół naszej rodziny zakładało, że ja wiem. Pytali, co mówią lekarze, od jak dawna to trwa i co planuję zrobić. Tylko Martina Mack słusznie uznała, że o niczym nie mam pojęcia. W ostatniej wiadomości nazwała mnie „nieodpowiedzialną i albo ślepą, albo bardzo głupią” za to, że zostawiłam „biedną, obłąkaną staruszkę” pod „fatalną opieką starej, kolorowej służącej”. Początkowo nie miałam pewności, która część jej wywodów zdenerwowała mnie najbardziej, ale chwilę później już wiedziałam.

Ta pierwsza. Wycelowana we mnie. Dlatego że w tym akurat oskarżeniu tkwiła nutka prawdy. Byłam odpowiedzialna. Byłam i ślepa, i głupia.

Wina nie leżała po stronie miasteczka ani nawet obłudnych staruszek. Powinnam była to dostrzec. Powinnam była coś zauważyć. Byłam najbliższą krewną Birchie. Jedyną krewną. Kto jak kto, ale ja nie mogłam się dać oszukać.

– Powinnam była ją zabrać tutaj, blisko mnie, gdzie zdołałabym jej pomóc – powiedziałam i pożałowałam tych słów od razu, kiedy spojrzenia moje i Rachel się skrzyżowały.

Mogła mnie teraz uraczyć tysiącem „a nie mówiłam”. Od dawna była zdania, że moja babcia nie powinna mieszkać w miasteczku, które nazywała „zaściankiem mającym tylko punkt medyczny i wiejskiego weterynarza”. Widziałam, że stara się właściwie dobrać słowa, które najlepiej wyrażą to, jak wielką miała przez cały czas rację. Jak zawsze. I w tym momencie to usłyszałyśmy. Cichy, stłumiony dźwięk, dochodzący gdzieś z góry.

Podniosłyśmy głowy i naszym oczom ukazała się Lavender. Siedziała skulona na balkonie nad holem. Dłonie miała zaciśnięte na białych szczebelkach i wyglądała, jakby była w więzieniu. Kiedy skończyła trzynaście lat, Rachel zabrała ją do stoiska Clinique, aby poznała tajniki makijażu i pielęgnacji cery. Teraz wokół jej oczu widniały takie same ciemne obwódki jak u matki.

To, co Rachel miała mi powiedzieć, uwięzło jej w gardle. Wciągnęła głośno powietrze.

– Olivii nie było w domu – odezwała się Lavender.

– O nie – powiedziała cicho Rachel.

W tym momencie przekonałam się, że mam matczyne dłonie. Odruchowo dotknęły mojego brzucha, by ochronić Digby’ego przed całym złem, jakie może go kiedyś zranić. Później, kiedy już wydostanie się ze mnie i stanie się osobnym istnieniem. Dłonie Rachel także się poruszyły i uniosły w kierunku Lavender. Dostrzegłam potrzebę przytulenia dziecka, zasłonięcia mu oczu i uszu.

Za późno. Bez względu na to, co potwornego rozegrało się między JJ’em a Rachel, świadkiem tego stała się moja siostrzenica. Lavender widziała i słyszała to wszystko.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Prawie siostry Inna niż wszystkie Historia pewnej miłości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej