Jaka piękna iluzja

Jaka piękna iluzja

Autorzy: Justyna Dąbrowska Magdalena Tulli

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 17.99 zł

O tym, że może się tak zdarzyć, że jakaś część życia upłynie bez miłości. I o tym, że to nie zniszczy doszczętnie.

O relacji z samym sobą, wyrozumiałości, przyglądaniu się sobie uważnie i z cierpliwą czułością.

O smutku nierównym rozpaczy.

O dzieciach, które biorą rodziców na wychowanie.

O równowadze, którą można pochwycić jak rzuconą z drugiego brzegu linę o mocnym splocie.

 

W tej rozmowie są emocje i stany, których nazwania się bałam. Niepotrzebnie. Magdalena Tulli i Justyna Dąbrowska opowiadają je dla mnie na głos. Smutek, miłość, strata, dźwiganie ciężarów (własnych i odziedziczonych), macierzyństwo, umieranie – dobrze nazwane – stały się częścią mnie, już nie obcą, nie groźną. Kiedy skończyłam czytać, świtało. Chociaż pokój był pusty, nie czułam, że jestem w nim sama.

 

Magdalena Kicińska

 

Magdalena Tulli – jedna z najważniejszych polskich pisarek, autorka m.in. powieści Sny i kamienie, Włoskie szpilki, Szum. Finalistka Nagrody Literackiej Nike, otrzymała m.in. Nagrodę Literacką Gdynia, Nagrodę Fundacji im. Kościelskich i Nagrodę Literacką im. Juliana Tuwima. Jej książki przetłumaczono na 15 języków.

 

Justyna Dąbrowska – psychoterapeutka i autorka wywiadów, laureatka m.in. Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej. Wydała między innymi Spojrzenie wstecz. Rozmowy oraz Nie ma się czego bać. Rozmowy z Mistrzami.

 

Książka z fotografiami Mikołaja Grynberga

O WYCHOWANIU DZIECI

Z dzieckiem jest jak z pudełkiem. Trudno wyjąć coś, czego się nie włożyło.

Szum

Wybrałam taki cytat na początek.

Ale pocieszające jest to, że kiedy dzieci się rodzą, biorą nas na wychowanie.

Na wychowanie?

Na przykład od pierwszej chwili próbują się z nami porozumieć. Jeśli nie umiemy, nauczą. Nie trzeba się przed tym bronić. To szansa.

Pierwsze dziecko zmienia wszystko. Zgodzisz się z tym?

Tak właśnie było. W ciąży od razu rzuciłam palenie. Wtedy to było bardzo łatwe: przestałam brać papierosy do ręki. Nie brałam do ręki, więc nie paliłam. Robię tak do dziś. To pierwsza rzecz, którą zawdzięczam moim dzieciom, ale z nich najmniejsza. Nie wiedziałam, czy zdołam się porozumieć z małym dzieckiem, bo i z dorosłymi nie szło mi łatwo, takie były wtedy moje doświadczenia. Żeby się porozumiewać z innym człowiekiem, potrzeba trochę empatii, ale jeśli chodzi o dorosłych, to także znajomości umownego języka zachowań. Im bliższy związek, tym mniej ważny ten język, ale nigdy nie jest całkiem bez znaczenia, jeśli pominąć relację z własnymi dziećmi: ta może działać, nawet kiedy go nie znamy. Z tym tylko, że jeśli nie znamy, to nie nauczymy. I dzikość może przejść na dzieci.

No więc ciąża. Musiałam iść na zwolnienie, bo to, co wtedy robiłam, nie było zajęciem dla kobiet w ciąży. Szpital, system dyżurowy, dużo ciężkich pozaplanowych operacji serca, podczas których prowadziłam sztuczne krążenie.

Lubiłaś być w ciąży?

Była w tym nadzieja na coś wspaniałego i bardzo dużo niepokoju. Że jak mam kogoś nauczyć życia na tym świecie, kiedy sama tego dobrze nie umiem? W połowie ciąży pojechałam z moim mężem na wakacje do Włoch. Z różnymi ludźmi byłam przedtem blisko, ale nigdy się nie zdarzyło, żebym kogoś tam zabrała. Pokazałam mu rodzinę w Mediolanie, przyjaciół, różne swoje miejsca. We Włoszech moja „aspołeczność” nigdy mi nie przeszkadzała – nie wiem dlaczego. Myślę, że życie tam było pogodniejsze, zaszłości nie tak tragiczne, i dlatego w ludziach było mniej sztywności, więcej tolerancji. Kimś innym byłam w Warszawie, kimś innym w Mediolanie, do tego stopnia, że Mediolan i Warszawa to w moim życiu od zawsze były dwa osobne światy, nigdzie się nie łączyły. Ale kiedy przywiozłam tam mojego męża, nagle zobaczyłam swoje życie – podzielone na dwie części, polską i włoską – jako całość, zobaczyłam siebie jako całość. Od tamtej pory te dwa światy są dla mnie całością i ja też jestem całością.

A potem wróciliśmy i w planie był poród.

Dlaczego chciałaś rodzić w domu?

Odkąd pamiętam, obawiałam się instytucji, w których najważniejszy jest porządek, takich jak szkoła czy kolonie. Ten rodzaj porządku opiera się na łagodnej przemocy. Szpital położniczy wymaga od swoich pacjentek stuprocentowego przystosowania i karze kobiety za jego brak. Ma skłonność do histerycznych reakcji, jeśli wyczuje choćby cień oporu. Nie bałam się pracować na kardiochirurgii, ale pójść do szpitala położniczego jako pacjentka – tego bałam się bardzo. Wtedy w tych szpitalach było więcej przemocy niż teraz, każde głupstwo mogło je wyprowadzić z równowagi. Znałam opowieści, wiedziałam, jak to wygląda, i że nie jest tam łatwo nawet tym dziewczynom, które w zwyczajnych sytuacjach dobrze sobie radzą, a ja radziłam sobie średnio. Więc bałam się porodówki.

Wiedziałaś, czego konkretnie się boisz?

Kiedy mamy do czynienia z regulaminem, który daje innym prawie absolutną władzę nad nami, trzeba mieć pewne cechy, które pomogą bezpiecznie przez to przejść. Nie miałam ich, za to miałam inne, które przeszkadzały: jakiś rodzaj nieprzytomności i coś, co odczytywano jako upór. Krótko mówiąc, łatwo popadałam w tarapaty, więc dobrze to znałam. Instytucje oparte na łagodnej przemocy bardzo takich ludzi nie lubią, bo czują się wobec nich bezradne. Najchętniej by się ich pozbyły, ale nie mogą. Za to, że nie mogą, trochę się mszczą. Teraz inaczej wyglądają moje sprawy, dużo się zmieniło. Ale w tamtym czasie miałam dopiero mętne wyobrażenie o tym, czego mi brakuje. Wyczuwałam niebezpieczeństwo. Bałam się, że nie dadzą mi spokojnie urodzić, że ktoś zacznie ze mną walczyć i nie będę wiedziała dlaczego, i że zapłaci za to moje dziecko.

Znałaś kogoś, kto rodził w domu?

Szukaliśmy takich rodzin i poznaliśmy kilka. Jedna z tych dziewczyn obiecała, że będzie przez cały czas naszego porodu siedzieć przy telefonie. Stacjonarnym. W użyciu nie było jeszcze komórek. Miał też być z nami znajomy lekarz, nie położnik. Ale kiedy przyszło co do czego, on akurat zaczynał dyżur, a zszedł z dyżuru już po wszystkim.

W tamtych czasach poród domowy to było coś bardzo radykalnego.

Widziałam to inaczej: jako rozsądny wybór mniejszego niebezpieczeństwa. Nie byliśmy szaleni, miałam zrobione wszystkie badania, wiedzieliśmy, że sytuacja wyjściowa jest bardzo dobra. Tam, gdzie pracowałam, nasz pomysł wywołał wzburzenie wśród lekarzy i pielęgniarek. Powtarzano mi, że podczas porodu sytuacja może nagle się skomplikować i dojdzie do tragedii. Słuchałam tego, ale myślałam sobie, że już prędzej w szpitalu sytuacja się skomplikuje. We Włoszech spotkaliśmy się z lekarzem położnikiem, znajomym znajomych. Pracował w Turynie, w miejskim szpitalu, który głównie nadzorował porody domowe, i ten lekarz opowiadał nam, jak to działa. Uważał, że podczas domowego porodu wstępnie nieobciążonego żadnym czynnikiem ryzyka nic nie powinno stać się „nagle”. Po powrocie z Włoch mój mąż wkręcił się na zajęcia na porodówce dla studentów medycyny, wszedł tam w zielonym ubraniu pożyczonym z mojego szpitala. Zobaczył poród, wrócił mocno zaniepokojony. Morze krwi, powiedział. Mój mąż widział krwotok, jaki zdarza się przy rozerwaniu łożyska. To właśnie jest specyfika szpitalnych porodów, to tam jest tyle krwi, w domu prawie jej nie ma, bo w domu nikt się nie spieszy, żeby to zakończyć i odfajkować. W Turynie z założenia wysyłano położną do ludzi takich jak my, z dobrymi wynikami badań, chyba że sami woleli szpital. Większość wybierała dom, z możliwością wezwania karetki. I karetka prawie nigdy nie wyjeżdżała.

W Polsce nawet dziś poród domowy jest traktowany jak rebelia, choć przy bezproblemowej ciąży jest równie bezpieczny jak szpitalny.

Bałam się szpitalnych komplikacji, a w domu czułam się bezpiecznie. Poród był długi, ale zostaliśmy uprzedzeni, że tak może być.

Jak długo trwał?

Dwadzieścia trzy godziny. Więc w szpitalu nie mogłabym spokojnie urodzić, tam obowiązywał ścisły rozkład jazdy: każdej fazie porodu przypisano limit czasu, a na dodatek usiłowali tak tym sterować, żeby poród w miarę możności skończył się na tym samym dyżurze, na którym się zaczął. Kiedy coś się opóźniało, dawali kroplówkę z oksytocyną dla przyśpieszenia i jeszcze więcej oksytocyny, jeśli nie zadziałała od razu. Nie mogłabym liczyć na to, że wszystko pójdzie naturalnym trybem, bez pośpiechu i bez zbędnych interwencji. W pierwszej fazie dużo spacerowaliśmy po parku, był listopad, ale ładna pogoda. Po powrocie do domu mój mąż zadzwonił do tej dziewczyny, która obiecała nas wspierać, opowiedział, jak wygląda sytuacja. Dzwonił do niej potem co jakiś czas i składał sprawozdanie. A ona, matka szóstki dzieci, w tym czwórki urodzonych w domu, za każdym razem powtarzała, że doskonale, że tak powinno być. Byliśmy zupełnie spokojni.

A ty rodziłaś w szpitalu?

Tak. Obie o mało nie umarłyśmy. Dlatego odtąd zajmuję się wspieraniem kobiet przed porodem.

Takiemu miejscu można się narazić byle głupstwem. A wtedy strofowanie, wymówki, personel się obraża, podejmuje niepotrzebne decyzje, no i robi się coraz gorzej. Ci sami ludzie, którzy wiedzieli, że rodzącej suki lepiej nie ruszać z miejsca, szastali kobietami bez obaw, że im zaszkodzą, bo przecież zdobycze medycyny są pod ręką.

Mnie od dawna zastanawia, dlaczego na oddziałach położniczych, i to nie tylko w Polsce, jest tyle przemocy wobec kobiet.

Tradycja każe widzieć w młodej kobiecie dziewczynkę, za dużą, by mogła liczyć na wyrozumiałość, za głupią, by miała prawo do własnych racji, taką, której kaprysy należy ukrócić dla jej własnego dobra. Prawdziwe dziecko czasem wzruszy i wytrąci z rutyny, ale młodą kobietę na porodówce przede wszystkim chce się „zdyscyplinować”. Jak poborowego w koszarach.

Pamiętasz pierwsze chwile po tym, jak się Jasiek urodził?

Tego się nie zapomina. Czas wtedy zwolnił, płynął w takim tempie, jakie pamiętałam tylko z wczesnego dzieciństwa. Każda minuta trwała i trwała. Pojawił się nowy człowiek, krzyknął raz porządnie, a potem leżał na moim brzuchu, miał otwarte oczy i patrzył. Mój mąż zadzwonił do naszej opiekunki, że już. Spytała, kto się urodził, chłopiec czy dziewczynka. „Kto się urodził?” – zawołał do mnie od telefonu. Przede wszystkim musieliśmy do niej zadzwonić, przecież ona na to piękne zakończenie czekała pod telefonem przez pół dnia i całą noc. „Chłopiec!” – odpowiedziałam. Byliśmy zmęczeni i szczęśliwi.

Nie czułaś niepokoju?

Kiedy już był na świecie, obawa, że się z nim nie porozumiem, z miejsca zniknęła. Od razu był w tym świetny. Niewykluczone, że później zdołałam go jakoś zarazić swoją „aspołecznością” albo i z innych powodów w nią popadł. Ale w końcu wyszliśmy z tego oboje. Więc pierwsza doba. Trwała długie tygodnie. Zadzwoniliśmy do przychodni, żeby powiedzieć, że dziecko urodziło się w domu i prosimy o wizytę pediatry. Nikogo nie przysłali, zamiast tego za naszymi plecami zawiadomili pogotowie, że urodziło się dziecko, nie wiadomo w jakich warunkach, nie wiadomo w jakim stanie, pod takim i takim adresem. Nagle dzwonek do drzwi i wpada do nas lekarka z pogotowia. Zdenerwowana. Jechała do udaru czy zawału, zawrócono ją z drogi.

Może myślała, że ją wysłali do rodziny patologicznej?

Może. Za lekarką wbiegli sanitariusze w zabłoconych butach, bo przez noc pogoda się popsuła, ale co tam błoto, zachowywali się, jakby ktoś umierał, jakby liczyła się każda minuta. Ona od progu woła: „Zabieram panią razem z dzieckiem do szpitala”. No nie, nie po to urodziłam w domu, żebyśmy po wszystkim i tak trafili do szpitala, dziękuję pięknie. Mój mąż poprosił, żeby mnie po prostu zbadała. Narobiła krzyku, że „to wygląda okropnie”, „skończy się tragedią!”. Ale jak na tragedię czułam się zbyt dobrze, byłam na nogach, nic mnie nie bolało, więc nabrałam podejrzeń, że robi nas w konia. Rozdrażnionym tonem spytała, gdzie jest łożysko. Mój mąż wyjął je z lodówki: śliczne, zapakowane w przezroczysty plastik, wyglądało jak piłka i było widać na pierwszy rzut oka, że jest całe, nienaruszone. W szpitalach to się raczej nie zdarza, łożyska wychodzą poszarpane, więc często na wszelki wypadek szuka się resztek w ciele. Lekarka obejrzała łożysko podejrzliwie, zaczęła w nim dłubać palcem, rozdłubała całe, aż wyglądało tak samo jak te łożyska po szpitalnych porodach, i w końcu mówi do mojego męża: „Można to zabrać”. A on na to, żartowniś: „Dziękuję, ale teraz już nikt tego nie zje”. Wtedy czym prędzej wystawiła zaświadczenie o urodzeniu żywego dziecka płci męskiej i uciekła. Trzeba jej oddać sprawiedliwość, że nie szantażowała nas zdrowiem dziecka, przynajmniej w tej sprawie nie próbowała siać paniki.

Wytarliśmy błoto z podłogi i żeby uspokoić mojego męża, że jednak nic złego się nie dzieje, poszliśmy do ginekologa, do sąsiedniego domu, jego tabliczka wisiała od frontu. Niemowlę było z nami, nie zostawilibyśmy go samego. Wchodzimy na czwarte piętro, opowiadamy o porodzie, o lekarce. Miała niespotykane, hiszpańskie nazwisko. Okazało się, że ginekolog ją zna, pokiwał tylko głową, nie komentował. „To kiedy był poród? Tej nocy? – spytał, bardzo zdziwiony. – I pani weszła po schodach o własnych siłach? Jeśli tak, to tragedii nie ma”.

Ale zbadał mnie. Wszystko było w najlepszym porządku, chwalił nas, zwłaszcza męża.

I co było potem?

Potem musieliśmy iść z tym zaświadczeniem od lekarki do urzędu stanu cywilnego po metrykę. Nie chcieliśmy się rozdzielać, więc razem, niemowlę też. Tam zażądano informacji, w jakim szpitalu dziecko się urodziło, bo na naszym zaświadczeniu nie było szpitalnej pieczątki. Za ten nienaprawialny brak pieczątki jakby się chcieli na nas odegrać. Czasy były takie i takie zwyczaje. Wyglądało na to, że nie widzą możliwości wystawienia metryki, więc mój mąż mówi do mnie: „Idziemy stąd. Najwyżej państwo straci poborowego”. Urzędniczka wyskoczyła za nami na korytarz, żeby nas wciągnąć z powrotem. Ton zmienił się od razu. Mój mąż nie lubił być poniewierany.

Nikt nie lubi.

Też nie lubiłam, ale nie umiałabym się wtedy obronić. Teraz lepiej sobie radzę.

Chciałaś karmić piersią?

Chciałam i karmiłam w sumie ponad trzy lata, najpierw jednego, potem drugiego. Niektórym się to wtedy wydawało dziwaczne. Ale było takie proste i miało tyle zalet, na przykład tę, że dzieci nigdy nie chorowały. Kiedy urodził się Piotruś, dalej trochę karmiłam Jaśka. Uważaliśmy, że po niespodziance, jaka go spotkała, nie można mu tego nagle odebrać.

Podobało ci się to matkowanie dwójce malutkich dzieci?

Zaraz po urodzeniu Piotrusia były takie momenty, kiedy nas ogarniało przerażenie. W domu było dużo krzyku, każdy z nich chciał dostać swoje. Mój mąż dowcipkował, że założyliśmy sobie stereo. Nie zawsze zgadywałam, czego te dzieci chcą. Ale wszystko wtedy robiłam spokojną ręką, nie byłam świadoma, że mogę błądzić.

Już wtedy wiedziałaś, że one cię biorą na wychowanie?

Z początku jeszcze mi się wydawało, że to ja będę wychowywać. Może nie byłam wzorową matką, zwłaszcza obcy ludzie mieli dużo komentarzy na ten temat i nie wszystkie bez sensu. Ale i tak szło dziwnie dobrze, jak na to, czego mogłabym się po sobie spodziewać. Coś dostały, coś same sobie wzięły. A czegoś zabrakło.

Skąd wiesz?

Domyśliłam się w końcu.

Nie może być idealnie.

No i nie było.

Czego zabrakło?

Czasem się wycofywałam. Wydawało mi się, że tak można. Robiłam to, kiedy czułam, że mam dość takiego życia dla kogoś przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przychodziły chwile, że chciałam sobie pożyć dla siebie. Zdarzało się to zwłaszcza przy karmieniu i usypianiu. On ssał i przysypiał na przemian, ani jedno, ani drugie porządnie. Mówiłam sobie w końcu: wystarczy, dość tego karmienia, niech teraz śpi. On był urażony, zawiedziony, widział, że nie może na mnie polegać w stu procentach, więc zaczynał płakać. Płaknął raz, drugi i w końcu zasypiał. Teraz mi przykro. Nie wiedziałam, że będę żałować. Wszystkiego się nie wie.

Może miałaś dość tego, że domagają się opieki tak bezkompromisowo?

Pewnie tak. Ta bezkompromisowość czasami jest nie do zniesienia, ale dzieci potrzebują naszej najdalej posuniętej uprzejmości. Bywało też tak, że zasypiały i spały przez długie godziny, aż zaczynałam tęsknić.

Mówi się, że z pustego i Salomon nie naleje. A jednak w tych sprawach z dziećmi da się nalać z pustego, choć niestety nie do pełna. Jest coś oprócz nabytych w dzieciństwie zasobów własnych, czym matka może dysponować i z czego może nalać. Gdyby tak nie było, świat już dawno by się zawalił. Z drugiej strony, jeśli nie mogę nalać do pełna, to czegoś brakuje. Ten brak może jeszcze zostać naprawiony, druga szansa przychodzi wtedy, kiedy dziecko stoi na własnych nogach i używa własnego rozumu. A trzecia wtedy, kiedy życie zacznie je wychowywać, więc ta trzecia jest zawsze otwarta. Wtedy nie widziałam jasno, czego mnie samej brakuje, i nie byłam świadoma, że u moich dzieci w tym miejscu też będzie czegoś brakowało. Na szczęście one też dysponowały czymś więcej niż tym, co dostały ode mnie. Przez pierwsze dwa, trzy lata byłam przekonana, że wszystko robię najlepiej, jak tylko można. Pewnie potrzeba takiej pychy, żeby błędy popełniać ze spokojem? Bo przecież spokój też był tym dzieciom potrzebny.

A jak urodziłaś Piotrusia?

W domu. Z Jaśkiem poszło świetnie, więc byłam dobrej myśli. Znowu miałam zrobione wszystkie badania. Było lato, żadnego błota, i już nie dzwoniliśmy do przychodni, pogotowie do nas nie przyjechało. Nawet urząd za drugim razem wszystko łyknął gładko.

Doświadczenie kazało nam się nastawić na długi poród. A tu raptem trzy godziny wszystkiego od pierwszych skurczów aż do łożyska, ledwie zdążyliśmy się zorganizować. Nazajutrz Jasiek usiadł na Piotrusiu. A mój mąż, który miał młodszą siostrę i pamiętał, co przeżył, kiedy się urodziła, podszedł do Jaśka, bardzo łagodnie go podniósł, wziął na ręce i przytulił. Rzuciłam się sprawdzać, czy Piotrek jeszcze żyje. Żył, ma się rozumieć.

Noworodki nie są takie kruche.

Muszą mieć elastyczne kości, żeby wyjść cało z takiej burzy jak poród. Jasiek miał rok i osiem miesięcy, nie ważył dużo. Scena wyglądała na groźniejszą, niż była naprawdę. Jestem dumna z tego, że nie usłyszał od nas za to złego słowa.

Nie powiedzieliście, żeby już tak nie robił?

Przecież nie zrobił tego z niewiedzy. Raczej z rozpaczy. Nie wygłosiliśmy kazania. Nigdy się to nie powtórzyło – sprawdził, czy wszystko stracone, i zadowolił się tym, czego się dowiedział.

Musiało być ci ciężko, miałaś noworodka i malucha.

Jeszcze nie było w użyciu pampersów, więc miałam do czynienia z górą tetrowych pieluch, kupionych na specjalny talon. Nie nalegaliśmy na to, co się nazywa treningiem czystości, czuliśmy, że uprzejmiej będzie zdobyć się na cierpliwość. Nocnik był i stał, zrobiłam nawet okolicznościową książeczkę z obrazkami, więc Jasiek wiedział, jak się go używa i czekaliśmy, aż wyrazi zainteresowanie. Za to w innych sprawach ułatwialiśmy sobie życie. Na przykład nie wpuściliśmy się w żaden wózek, ani głęboki, ani spacerowy. Mieliśmy dwa nosidełka, przednie i tylne, dobrej włoskiej firmy. Wydaje mi się, że byliśmy pierwsi. Nikt ze znajomych wtedy nie nosił dzieci w ten sposób.

Skąd wiedzieliście, że fajnie jest nosić?

Wiedzieliśmy, nie wiem skąd. Służyły te nosidełka u nas do upadłego, a potem jeszcze służyły znajomym.

Spaliście razem z dzieciakami?

Do pewnego momentu, bo taki mały domaga się karmienia po kilka razy każdej nocy, a jeśli go nakarmić od razu i przytulić, będzie łatwiejszy. Zresztą spróbowaliśmy młodszego wysypiać w łóżeczku niemowlęcym. Dostaliśmy łóżeczko od znajomych, postawiliśmy w drugim pokoju, położyliśmy go tam i zamknęliśmy drzwi. To było niesprawiedliwe, z Jaśkiem nie próbowaliśmy takich eksperymentów. No, zrobiliśmy Piotrusiowi świństwo.

Skąd mogliście wiedzieć.

Kiedy ludzie popełniają świństwa? U kresu wytrzymałości. Byliśmy zmęczeni, niewyspani. Pomyśleliśmy sobie, wszyscy tak robią, spróbujmy. Próbowaliśmy parę nocy z rzędu, uparliśmy się. Bardzo mi przykro. On też się uparł, płakał na okrągło, nie dawało się spać. Jakby skądś wiedział, że jego brat śpi z nami. Musieliśmy się poddać i spać z obydwoma.

Kiedy masz noworodka i nieco ponad półtoraroczne dziecko, łatwo znaleźć się u kresu.

W tamtym czasie siedziałam z nimi przez cały dzień. Mój mąż wracał do domu i rzucał się prać pieluchy. A potem szedł do dzieci. Umiał i lubił się z nimi bawić.

Mieliście jakąś pomoc?

Moja rodzina przyszła obejrzeć jednego, przyszła obejrzeć drugiego, ale jakoś nie szukałam jej towarzystwa, ona naszego też nie. Niespecjalnie się tym wszystkim interesowała.

Dopiero później zauważyłam, że te moje momenty odmawiania dzieciom uwagi i obecności to było coś znanego mi z dzieciństwa, tak robiła moja matka. Ale nie wszystko, co mi pokazała, robiłam potem swoim dzieciom. Na przykład miała w sobie surowość, której od niej nie przejęłam, dawałam się wciągać w różne zabawy i nie chciałam raz na zawsze oduczyć wszelkich roszczeń. Co prawda, oni dotąd nie mówią do mnie „mamo”.

A jak?

Od zawsze po imieniu. Mówienie „mamo” wcale nie jest wrodzone, trzeba tego nauczyć, sama nie byłam nauczona. Dla mnie łatwiejsze od matkowania było kolegowanie się. Nie mówię, że tak powinno być, nie uważam, że tak jest lepiej. Dużo wtedy myślałam o tym, co bym mogła z nimi razem robić ciekawego. Zanim doszło do poważniejszych projektów, chciałam się bawić drewnianymi klockami. Kupiłam dwa wielkie komplety. Można było z nich zrobić niezwykłe rzeczy. Myślałam, że będziemy budować, ale oni lubili rozwalać. Tośmy budowali i rozwalali. Potem już tylko budowaliśmy. Ogromne budowle. Do środka wstawialiśmy latarkę, gasiliśmy światło w pokoju. Pierwsze porządne klocki w moim życiu. Nie jest trudno robić coś razem z dziećmi. Czułam się szefową tej ekipy, ale nie autorytarną. I nie było mi na to szkoda czasu ani energii.

Na takie niepoważne sprawy.

Na prowadzenie życia towarzyskiego z dziećmi.

Ale to nie do końca prawda, życie towarzyskie było jednak dawkowane. W jakimś momencie zachciało mi się nowych studiów. Nie chodziłam na wszystkie zajęcia, mogłam się zwolnić i zaliczać, zaliczałam z fasonem, bez jęków, że dzieci. Ale brakowało mi tego, żeby pochodzić z innymi przynajmniej na niektóre, co ciekawsze ćwiczenia. Spróbowaliśmy zapisać Jaśka do żłobka. Zaniosłam go tam w tylnym nosidełku, bo Jasiek długo nie trzymał się zbyt pewnie na nogach. Tam go posadziłam i sama też usiadłam, mając w planie jechać na pierwszą na zajęcia. Siedziałam z nim i siedziałam, bo za nic w świecie nie chciał się ze mną pożegnać. Panie najpierw mnie wypraszały łagodnie, potem zawstydzały, mówiły, że jeśli będę tak robić, to nigdy się nie usamodzielni. Usamodzielni! Nie miał jeszcze trzech lat. Pewnie i one wiedziały swoje, ale ich patent był instrumentalny, pomagał przeprowadzić plan, podczas gdy mój chronił zaufanie. Pokazano mi dziewczynkę, którą mama właśnie zostawiła i poszła. Dziewczynka podobno trochę popłakała i uspokoiła się. Siedziała na ławce, smutna, ale rzeczywiście całkiem spokojna. Za bardzo liczyłam się z Jaśkiem, żeby go posadzić na ławce i zniknąć. Czułam, że decyzja o pożegnaniu należy do niego, nie do mnie. Musiałam już iść, więc wsadziłam go w nosidełko i tak pojechaliśmy na moje zajęcia. Powinnaś teraz zapytać, gdzie wtedy był Piotrek, półroczny. Mój mąż z nim został, miał go w przednim nosidełku. Wyjmował go do zmiany pieluch i wsadzał znowu.

No i Jasiek znalazł się na uczelni. To był wyłom w obyczajach tego konwersatorium. Ale siedział u mnie na kolanach, nic strasznego się nie wydarzyło, a kiedy wyłom już został zrobiony, mogłam z niego dalej korzystać.

Były takie jedne ćwiczenia, na których Jasiek zawsze się ożywiał i mówił pełnymi zdaniami, tylko nie na temat. Nie bardzo to przeszkadzało. Mówił swoje, ale innym też pozwalał powiedzieć. Na koniec dostał wpis zaliczający na łapce. Chyba za to, że znał umiar. Potem już obu zabierałam i byli tolerowani, jeden głównie spał, drugi miał papier, kredki i rysował. Myślę, że wszyscy nas tam pamiętają. Daliśmy radę bez żłobka, z pomocą siostry mojego męża, która też miała małe dzieci.

A co to właściwie znaczy, że dzieci wzięły cię na wychowanie?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

O DŹWIGANIU CIĘŻARÓW

Dostępne w wersji pełnej

O SZUKANIU ZAWODU

Dostępne w wersji pełnej

O PISANIU KSIĄŻEK

Dostępne w wersji pełnej

O MUZYCE

Dostępne w wersji pełnej

O TRZYMANIU KSIĄŻEK W DOMU

Dostępne w wersji pełnej

O SMUTKU I GNIEWIE

Dostępne w wersji pełnej

O WOLNOŚCI

Dostępne w wersji pełnej

O PRZEMOCY

Dostępne w wersji pełnej

UCHODŹCY. O LICZENIU NA CUD

Dostępne w wersji pełnej

O MIŁOŚCI

Dostępne w wersji pełnej

OSTATECZNA NIESPODZIANKA

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Justyna Dąbrowska i Magdalena Tulli

Projekt okładki i fotografia na okładce

Magda Kuc

Redakcja

Marianna Sokołowska

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Agata Pieniążek

Opracowanie tekstu

Wydawnictwo JAK

ISBN 978-83-240-4719-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jaka piękna iluzja Nie ma się czego bać Matka młodej matki Spojrzenie wstecz. Rozmowy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia