Star Wars. Koniec i początek. Kres Imperium

Star Wars. Koniec i początek. Kres Imperium

Autorzy: Chuck Wendig

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 17.03 zł

Trzecia część serii Koniec i początek.

Kolejna część cyklu, którego akcja rozgrywa się pomiędzy Powrotem Jedi a Przebudzeniem mocy.
Po raz pierwszy w tej generacji w galaktyce została przywrócona demokracja. Nowa Republika jest wyczerpana po ataku Imperium – dopóki trwa wojna, nie ma mowy o bezpieczeństwie.
Na dalekiej planecie Jakku, poza zasięgiem wzroku Republiki, ukrywający się Gallius Rax buduje swoją armię, by odtworzyć potęgę Imperium. Wkrótce jego mroczne plany pokrzyżuje była wielka admirał – Rae Sloane.
Tymczasem, nie wiedząc nic o Raksie, Nora Wexley i jej załoga poszukują jakichkolwiek informacji o zbiegłej Sloane. Przekonani, że Sloane zna tajemnicę upadku Imperium, nieświadomie zbliżają się na Jakku, gdzie niebawem losy Imperium rozstrzygną się po raz kolejny.

Chuck Wendig

STAR WARS. KONIEC I POCZĄTEK: KRES IMPERIUM

Tom III

przełożyła Anna Hikiert

Tytuł oryginału: Aftermath: Empire’s End

Aftermath: Empire’s End is a work of fiction.

Names, places, and incidents either are products of the author’s imagination or are used fictitiously. Any resemblance to actual events, locales, or persons, living or dead, is entirely coincidental.

Copyright © 2017 by Lucasfilm Ltd.® & TM where indicated.

All rights reserved.

Book design by Christopher M. Zucker

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Wydanie I

Warszawa, MMXVII

Spis treści

Dedykacja

Preludium. Druga Gwiazda Śmierci, nad Endorem

Część pierwszaRozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Interludium. Kashyyyk

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Interludium. Theed, Naboo

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Część drugaRozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Interludium. Tatooine

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Interludium. Christophsis

Rozdział siedemnasty

Część trzeciaRozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Interludium. Coruscant

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Część czwartaInterludium. Devaron

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Interludium. Miasto w chmurach, Bespin

Rozdział trzydziesty pierwszy

Część piątaInterludium. „Imperialis”, dwadzieścia pięć lat wcześniej

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Interludium. „Wolność rozpasania”

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Epilog. Nieznane regiony

Podziękowania

O Autorze

Luke’owi S. – gdziekolwiek jesteś.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce….

Po raz pierwszy od wielu lat do galaktyki powróciła demokracja. Chociaż Nowa Republika wciąż jeszcze nie do końca pozbierała się po miażdżącym ciosie, jakim był dla niej imperialny atak, zdołała rozgromić niedobitki Imperium, zmuszając je do ukrycia się. Mimo to w powietrzu wciąż wisi widmo wojny, okrucieństwa i przemocy.

Na odległej planecie Jakku, z dala od oczu Republiki, prowadzący do niedawna swoje działania w ukryciu Gallius Rax próbuje odbudować walące się w gruzy Imperium wedle własnej wizji. Jego plany może jednak wkrótce pokrzyżować była wielka admirał Rae Sloane, która zamierza zniszczyć Raksa i zawłaszczyć Imperium dla siebie, wydzierając je z trybów jego mrocznych knowań.

Norra Wexley wraz ze swoim zespołem nie jest świadoma spisku Raksa i nie ustaje w poszukiwaniach wszelkich informacji, które mogłyby ją doprowadzić do zbiegłej Sloane. Przekonana, że to właśnie była imperialna admirał jest kluczem do pokonania Imperium, Norra coraz bardziej zbliża się do ukrytej armii Raksa. Bo to nie gdzie indziej, ale na Jakku Imperium przygotowuje się do ostatniej walki, która zadecyduje o losie galaktyki.

Preludium

Druga Gwiazda Śmierci, nad Endorem

Admirał Gallius Rax nie kryje podziwu na widok architektonicznego cudu, jakim jest Gwiazda Śmierci – nawet w swojej nieukończonej postaci. To świat sam w sobie, a gdy Rax idzie korytarzem w stronę turbowindy, eskortowany przez dwóch gwardzistów w czerwonych hełmach i szatach, zauważa, że stacja bojowa wokół niego cała aż wibruje przy akompaniamencie cichego buczenia i szumu. Brzmią one w jego uszach niczym jakaś szalona pieśń – pieśń potęgi, siły… i zniszczenia. Imperialna opera, ponura melodyjna opowieść grozy.

Nigdy nie miał okazji postawić stopy na pokładzie pierwszej Gwiazdy Śmierci. Nie pozwolono mu na to – miał trzymać się na uboczu, czekając na przeznaczenie, co do którego nie mógł mieć pewności, że w ogóle nadejdzie. A jednak oto jest tutaj teraz – zaproszony na pokład, by móc wszystko zobaczyć na własne oczy. Co oznacza jedno z dwojga: albo jego przeznaczenie już wkrótce się wypełni, albo wcześniej zginie, nim w ogóle zdoła się ono wyklarować.

Gwardziści postępują naprzód, wzywając windę migoczącą białymi i czerwonymi światełkami. Jej czarna podłoga jest tak gładka i ciemna, że przypomina obsydianowe lustro (pokryte patyną moralnej zgnilizny). Gestem dają Raksowi znak, by wszedł do środka, jednak nie idą w jego ślady.

Wjeżdża na górę sam.

W końcu drzwi turbowindy się otwierają.

Na przeciwległym końcu sali tronowej czeka Imperator – starzec w ciemnych szatach zasiada na tronie, przypatrując się lśniącej krzywiźnie księżyca Endora, majaczącej za okrągłym iluminatorem. Fotel powoli się obraca…

W nikłym blasku widać tylko połowę twarzy mężczyzny. Przecinające ją bruzdy zmarszczek zdecydowanie się pogłębiły od ostatniego razu, gdy Rax go widział. Skóra na szczęce i grdyce zwisa, a usta wykrzywia upiorny grymas, będący jednocześnie niepokojącym uśmiechem. Ta twarz i te usta przypominają przegniły sak, przecięty nożem. Resztę fizjonomii Imperatora skrywa cień czarnego kaptura.

Minęło wiele lat, odkąd Rax widział Palpatine’a z tak bliska. Okrucieństwo, które dostrzegł kiedyś wypisane na jego twarzy, odcisnęło na niej trwale swoje piętno, wżerając się głęboko w jego rysy.

Sam widok Imperatora sprawia, że oddech więźnie Galliusowi w gardle. Wysysa z niego całą siłę, aż uginają się pod nim kolana. Palpatine przypomina na swój sposób spadającą gwiazdę oraz pochłaniającą wszystko pustkę, którą zostawia ona po sobie: próżnię, która wciąga. Która coś ci odbiera. Jest jak zatrważająca siła, przed którą nie ma ucieczki.

Jednak Rax stoi, wyprężony, tak jak niegdyś na Jakku.

– Podejdź – mówi Palpatine, przyzywając go do siebie gestem szponiastej dłoni.

Rax spełnia jego żądanie.

– Mój Imperatorze… – Skłania z szacunkiem głowę.

– Na Księżycu Sanktuarium wylądował prom – podejmuje starzec. Rax nie wie, co na to odpowiedzieć: słowa brzmią niczym oskarżenie, chociaż niekoniecznie skierowane przeciwko niemu. – Temu statkowi towarzyszy… przeznaczenie. Na jego pokładzie znajduje się ten, który stanie na drodze przeznaczenia, jakie oglądałem.

– Mam zniszczyć ten prom… – To raczej stwierdzenie niż pytanie.

– O, nie, mój drogi chłopcze. Mam wobec niego większe plany, nie umiem jednak na razie zdecydować, czy stanie się narzędziem demonstracji mojej potęgi, czy może… niewolnikiem, mającym zastąpić tego, który mnie zawiedzie. Ta kwestia wciąż pozostaje otwarta. Zostaliśmy jednak doprowadzeni do ważkiej chwili w nurcie czasu, do momentu decydującej niepewności. Wszystko, co do tej pory się wydarzyło, wiodło właśnie do niego. – Głos Imperatorowi łagodnieje, a głowa cofa się w głąb kaptura. – Wyczuwam… chaos. Słabość. Wyczuwam punkt przełomu.

Rax podnosi dumnie podbródek i wypina pierś.

– Powiedz tylko, czego ode mnie żądasz, panie.

– Chcę, byś był gotów.

– Zawsze jestem gotów.

– Możliwe, że jest jeszcze za wcześnie na Plan Awaryjny…

Na dźwięk tych słów Raksa ściska w gardle. „Moje przeznaczenie…” – myśli.

Palpatine ciągnie tymczasem:

– Udasz się daleko stąd. Weźmiesz „Ravagera” i ukryjesz się wraz z nim w mgławicy Vulpinus, dopóki wydarzenia, które doprowadziły do tego punktu przełomu, nie rozegrają się do końca.

– Skąd będę wiedział, kiedy to nastąpi?

– Będziesz wiedział. Wyślę do ciebie strażnika.

Rax kiwa głową.

– Dobrze, mój panie.

Palpatine mierzy go przez chwilę wzrokiem. Rax nie widzi oczu Imperatora, jednak czuje na sobie wyraźnie jego spojrzenie. Ma wrażenie, że świdruje go ono niczym tysiące małych szpileczek. Rozszczepia go na kawałki.

– Mój chłopcze. Mój cenny chłopcze… – nuci śpiewnie Imperator. – Czy jesteś gotów na to, by stać się… wyrzutkiem? Czy jesteś przygotowany na bycie Planem Awaryjnym, gdy zajdzie taka konieczność? Będziesz musiał wezwać do siebie innych…

– Wiem – potwierdza Rax. – I jestem gotów.

„Jestem gotów wrócić do domu” – dopowiada w myśli. Bo właśnie tyle to oznacza, prawda? Oznacza, że pewnego dnia wróci do piasków Jakku. Do Obserwatorium. Do wszystkiego, czego nienawidzi, a co trwa w miejscu, w którym kotwiczy jego przeznaczenie – a zarazem przeznaczenie całej galaktyki.

– W takim razie odejdź. Czas jest cenny. Wkrótce czeka nas walka.

– Z pewnością ją wygrasz.

Kolejny złowróżbny uśmiech.

– W ten czy inny sposób, na pewno.

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Ta część Taris to pustkowie, a Mercurial Swift przemyka przez nie niczym szczur pośród labiryntu nor. Łowca nagród przedziera się przez gruzy starego budynku mieszkalnego, pełnego dawno zrujnowanych apartamentów o ścianach odsłaniających labirynty zapadlisk. Jednak nawet na tak potwornie okaleczonym świecie życie uparcie opiera się procesowi zniszczenia: tu cherlawe drzewko wczepia się korzeniami w gruz, tam pną się powykręcane pnącza winorośli, jeszcze gdzie indziej pełznie obślizgła grzybnia. I chociaż ogólne spustoszenie to maskuje, to mieszkają tu ludzie. Gnieżdżą się stłoczeni w kontenerach i zawalonych korytarzach, ukryci pod powierzchnią spękanych uliczek i na szczytach budynków tak chwiejnych, że słaniają się one niczym senni pijaczkowie w najlżejszych nawet podmuchach wiatru.

Jego zwierzyna jest tutaj. Gdzieś w pobliżu.

Vazeen Mordraw, szalona dziewczyna, która ukradła Gangowi Gindar kasetkę identyfikatorów – dokładnie tych samych, które zostały skradzione oficjelom Nowej Republiki. Takich, które pozwoliłyby każdemu bez trudu poruszać się po terenie znanych światów, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Gindarowie chcą je odzyskać. A dodatkowo zależy im na dziewczynie.

Najlepiej żywej, jednak martwą również nie pogardzą, jeśli nie będzie innego wyjścia.

Mercurial zamierza schwytać ją żywcem. Choćby dlatego, że znacznie łatwiej będzie stąd zabrać kogoś, kto jest w stanie samodzielnie iść – targanie trupa przez takie pobojowisko jak Taris skończyłoby się co najmniej skręceniem kostki. A to tylko niepotrzebnie utrudniłoby mu pracę.

O, tak – o to właśnie chodziło. Tam, nieco dalej, Mercurial widzi osobę, której szukał. Jakąś małą łajzę – dziecko rolnika, trzymające się w cieniu zawalonej ściany, zdrapujące z kamienia mech; może, aby nakarmić swoją rodzinę, może na sprzedaż. Chłopak, z ogoloną głową, o brudnych policzkach, z rozszczepioną wargą wskazującą na to, że do kogoś należy, podskakuje, zaskoczony, i odwraca się, żeby dać nogę. Swift jednak woła za nim:

– Hej! Spokojnie, młody. – I potrząsa niewielką sakiewką. Słychać brzęk wypełniających ją kredytów. – Szukam kogoś.

Dzieciak milczy, ale przynajmniej przestaje uciekać. Ostrożny i czujny, podnosi brew. Mercurial bierze to za dobrą monetę: oznakę zainteresowania. Łowca nagród stuka palcem w karwasz i w powietrzu nad jego nadgarstkiem pojawia się lśniący hologram: postać dziewczyny, Vazeen.

– Widziałeś ją może?

– Może.

– Nie bój się. – Ponownie potrząsa mieszkiem. – Tak czy nie?

Chłopak chwilę się waha.

– Tak.

– Gdzie?

– Niedaleko.

O, tak. Mercurial wie, że ona musi gdzieś tu być. Stary Ithorianin w kosmoporcie ocknął się z przyprawowego haju na chwilę dość długą, żeby potwierdzić, iż zna ją i że gówniara powinna się ukrywać w pobliżu swojej rodziny. Jej wuj zaś mieszka właśnie tu, w szczątkach starej dzielnicy Talinn (Swift nagle czuje ulgę, iż siksa nie ma rodziny na drugiej półkuli – tam, gdzie zamożni zamieszkują w strzelistych wieżowcach, superbezpieczni, strzeżeni przez zastępy prywatnych ochroniarzy).

– Niedaleko?

Chłopak strzela oczami na lewo i prawo, jakby nie był pewien, jak odpowiedzieć. To każe Mercurialowi podejrzewać, że gnojek ją zna.

– Ja…

– Młody, albo dam ci te kredyty, albo wrzucę cię w tę dziurę w ścianie, o, tam. Możesz trochę zarobić lub skończyć z połamanymi nogami. Może nawet dodatkowo rękami, kto wie? – Błyska zębami w drapieżnym uśmiechu. – Głęboko tam trochę.

Mimo to chłopak dalej się waha. Rozważa w myśli dostępne możliwości. W zawalony korytarz wdzierają się gwałtowne podmuchy cuchnącego bagnami wiatru.

– Nie zrobię jej krzywdy – zapewnia go Mercurial. Cóż, to w zasadzie prawda. Swift z doświadczenia wie, że ludzie są samolubni, ale chcą się przy tym czuć, jakby byli wielkoduszni. Potrzebują wymówek. A on chętnie zapewni chłopakowi dobre samopoczucie podczas robienia złej rzeczy, jeśli tylko pomoże to jego interesom. – Lepiej, bym to ja ją znalazł niż ktoś inny, wierz mi.

O, tak. To decydujący moment. Chłopiec lekko przymyka oczy. Już postanowił.

– Jest o jeden budynek stąd – mówi wreszcie. – W starej odlewni Palmyra. Vazeen ma tam taką… bazę. Kryjówkę.

– Gratulacje – mówi Mercurial, wkładając mieszek w wyciągniętą dłoń chłopaka, który patrzy na nią z mieszaniną chciwości i podniecenia. Szkoda, że nie wie, iż kredyty są warte ledwie tyle co metal, z którego je wykonano. Imperialna waluta spadła ostatnio na łeb na szyję, z impetem uderzającego w ziemię meteorytu. Wszyscy wiedzą, że już wkrótce Imperium runie w gruzy – a wtedy… no właśnie, co?

Cóż, tym Mercurial będzie się martwił później.

Chłopak daje nogę.

Mercurial rusza na łowy.

Kilka godzin później łowca nagród leży na brzuchu, podnosząc do oczu quadrolornetkę. Patrzy przez obiektyw, kliknięcie za kliknięciem powiększając obraz, dopóki nie wyostrza go na tyle, że widzi wszystkie niezbędne szczegóły. Dach odlewni jest płaski i – jak wszystko w pobliżu – zawalony. Na odlewnię runęła wieża pionu wentylacyjnego, łącząc dwa budynki – i Mercurial obiera ją na punkt odwrotu, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Aczkolwiek ciężko mu sobie wyobrazić, co w tak prostym zleceniu mogłoby się nie udać…

Nagle kątem oka dostrzega na dachu jakiś ruch. Błyskawicznie skupia się na poruszającym się obiekcie i widzi, jak na bok przesuwa się arkusz blachy. W niknącym już świetle dnia dostrzega błysk różowych włosów.

Cel namierzony.

Jakaś cząstka jego samego cieszy się, że ją znalazł, jednak jednocześnie Mercurial czuje na sercu dziwny ciężar. Oczyma duszy widzi przyszłość i czekającą go niezbyt imponującą zapłatę. Złapie młodą. Zabierze ją do zbirów Gindara. Dostanie za to garść kredytów – nie imperialnych, już nie, ale kwity, które będzie mógł dostarczyć konkretnym kupcom na pewnych światach i kupić za nie sprzęt lub amunicję czy posiłek… Oczywiście nie każdemu i nie wszędzie, zaś wartość każdego z kwitów będzie wahała się znacznie w zależności od tego, kto będzie wystawcą waluty. W tym konkretnym przypadku to Gindarowie, którzy przynależą do Konfederacji Frillian, ta zaś jest własnością Czarnego Słońca. A Czarne Słońce nie jest na niczyich usługach. Jeszcze nie. Jednak dzień, w którym ktoś je przejmie, może wkrótce nadejść – teraz, gdy Imperium sięga po władzę, a Nowa Republika umacnia swoją pozycję, syndykaty wiedzą, że na tych, którzy w tych czasach chaosu zechcą przejąć władzę w galaktyce, czeka ocean nowych możliwości. Tylko… kto to będzie? Kto jako pierwszy skorzysta z szans? Zanosi się na nieuchronną walkę. Syndykaty dążą do dominacji jeden nad drugim, starając się zdobyć przewagę nad konkurencją. Wojna o wpływy właśnie się zaczyna. Walczący będą chcieli kontrolować przepływ waluty i kierować przestępczym procederem w galaktyce. Czarne Słońce. Syndykat Cienia. Huttowie. Czerwony Klucz. Crymorah. Suwerenna Strefa Maracavanyi. Co za cholerny bajzel…

Mercurial wie, że w końcu ktoś spróbuje zawładnąć także i nim. On jednak nie ma ochoty być chłopcem na posyłki.

Łowca nagród wstaje i wynurza się z kokpitu powgniatanego, poobijanego starego frachtowca, który musiał się rozbić na dachu budynku mieszkalnego całe eony temu i stanowi teraz tylko skupisko przerdzewiałych dźwigarów. Wyciąga swoje pałki i szybko, zwinnie rusza do akcji: biegnie i zeskakuje ze skraju dachu, posyłając do plecaka odrzutowego dwa krótkie impulsy. Powietrze tuż za nim skrzy od energii, niosąc go naprzód, wprost ku szybko zbliżającemu się dachowi odlewni. Swift dociera na dach i odtacza się na bok, a kiedy wstaje, błyskawicznie zawija pałkami i biegnie prosto do prowizorycznego schronienia Vazeen.

Dziewczyna wychodzi ze środka. Widzi go. Mercurial widzi zaś, że ona go zauważa, a jednak laska stoi tam bez ruchu. Wie, że gra skończona, więc… o co chodzi? Przecież się ukrywa. To jej rewir. Powinna się spłoszyć. Powinna uciekać. Każdy ucieka.

Mimo to Vazeen stoi tam, patrząc wprost na niego.

I nagle do Mercuriala dociera, jakby dostał obuchem w łeb: dziewczyna nie ucieka, bo jest przynętą.

Szlag by to!

Upada ponownie i przetacza się na bok w tej samej chwili, w której powietrze nad jego głową ze świstem przeszywają strzały z blastera nastawionego na ogłuszanie. Swift zrywa się na równe nogi, spodziewając się zobaczyć kogoś, kogo zna, kogoś, kto po niego przyszedł – dawnego wroga, zdradzonego przyjaciela, byłą dziewczynę ze złamanym sercem i karabinem blasterowym w dłoni – jednak zamiast tego dostrzega nieznajomą kobietę. Jest starsza od niego, wiatr mierzwi jej srebrne włosy. Kimkolwiek jest, wydaje się znajoma, jednak Mercurial nie ma czasu na dopasowywanie jej twarzy do wizerunków znanych mu ludzi, bo patrzy wprost w wylot blasterowej lufy, z której właśnie mknie w jego stronę kolejny strzał…

Jednak Swift jest szybki niczym gwałtownie rozprężająca się sprężyna. Zgrabnie okręca się na prawej stopie i podczas obrotu bierze zamach jedną z pałek, która wyfruwa mu z palców i mknie przez powietrze…

Szczęk! Uderza w przednią część blastera. Kobieta wydaje okrzyk, a broń wylatuje jej z dłoni, upadając z brzękiem na dach. Nieznajoma potrząsa ręką – zderzenie musiało nieźle dać jej się we znaki − próbuje złagodzić ból, jednak mimo to nie rezygnuje z ataku z twarzą ściągniętą grymasem determinacji.

Mercurial jest pod wrażeniem, jednak wie też, że kobieta go nie dostanie.

Zwija rękę w pięść, wciskając przycisk umieszczony na środku dłoni. Prostowniki na koniuszkach jego palców buczą cicho i ciśnięta pałka podrywa się z ziemi… a potem leci z powrotem, prosto do jego wyciągniętej ręki.

Kobieta rzuca się w jego stronę, a gdy wyhamowuje, wyprowadza cios: porządny, solidny cios, jednak łowca nagród jest na niego przygotowany, bo jej ciało wysyła z wyprzedzeniem sygnały informujące go o nim. Mercurial uchyla się w bok, a jej pięść trafia w powietrze, co daje mu sposobność do wrażenia pałki pod jej pachę. Przeszywa ją elektryczny impuls. Zęby szczękają głośno, a oczy otwierają się szeroko, gdy całe jej ciało sztywnieje, wstrząsane drgawkami. Kiedy pada na ziemię, Mercurial słyszy za sobą szuranie butów i myśli: „Szlag. Jestem zbyt rozkojarzony!”. Ta praca uczyniła go zbyt ociężałym, zbyt pewnym siebie – i teraz czyjaś pięść wbija się boleśnie w jego nerkę, zmuszając go do opadnięcia na kolana.

Swift wydaje z siebie zduszony krzyk i pochyla się, żeby przypuścić kolejny atak: zawija pałką nisko, trafiając drugiego napastnika pod kolano. Jego przeciwnik, wysoki mężczyzna o ciemnych oczach i haczykowatym nosie, klnie brzydko i upada na ziemię, uderzając w nią mocno kością ogonową. Wydaje się Mercurialowi znajomy. To jakiś imperialny… Nie – były imperialny. Pracujący obecnie dla Nowej Republiki. To daje Swiftowi do myślenia: czy chodzi może o tamto zlecenie z Perwinem Geddem? I nagle sobie przypomina: Zwinął im sprzed nosa ich cel. Ale czego teraz chcą? Kredytów? Zemsty? Czy może jest na ich liście…?

Cóż, to nie ma właściwie żadnego znaczenia. „Nie mam na to czasu” – myśli zniecierpliwiony Mercurial. Dziewczyna nie jest tego warta. Zapłata za nią jest w najlepszym razie marna. Czas się stąd zabierać. Przewrócona wieża systemu wentylacji to jego droga ucieczki, więc zrywa się na równe nogi i pędzi przez dach. Powietrze wokół niego faluje od kolejnego strzału ogłuszającego (srebrnowłosa kobieta odzyskała blaster i władzę w członkach), ale Swift odskakuje na bok i ślizgiem dopada do przewróconej wieży, służącej mu teraz za most. Prostuje się i biegnie; stopy bębnią o metal. Perforowana durastal daje dobre oparcie dla nóg, więc gna co tchu dalej, byle dalej, ku widniejącej w oddali szczelinie w sąsiedniej ścianie fabryki. Nikt nie podejmuje pościgu. Jego przeciwnicy są wolni – zbyt wolni. „Bo – przypomina sobie Mercurial – nikt nie jest tak szybki jak ja. Mercurial Swift znowu jest górą”.

Skacze w stronę szczeliny…

Gdzieś przed nim pojawia się nagle ramię i czyjaś dłoń uderza go mocno w tchawicę. Jego stopy ślizgają się, pozbawione kontroli, i upada na plecy. Powietrze ucieka mu z płuc z paskudnym świstem, gdy uderza z impetem w ziemię…

– Witaj! – słyszy czyjś głos. Kobiecy głos. Głos, który zna.

Łowczyni nagród, płatna zabójczyni i egzekutorka długów, tak jak on. Zabraczka, Jas Emari. Staje nad nim okrakiem, a jemu udaje się skupić wzrok na chwilę dość długą, by dostrzec, że Emari żuje wykałaczkę. Przechyla głowę na bok i krótka czupryna opada jej z jednej strony najeżonej krótkimi rogami głowy na drugą.

– Emari – dyszy Mercurial, z najwyższym trudem starając się złapać oddech.

Nie marnuje czasu. Szybko podrywa jedną z pałek…

Ale ona jest szybsza. Niewielki blaster w jej dłoni wydaje cichy wizg i wszystko pochłania mrok.

Pochwycenie Swifta zajęło im wiele miesięcy.

Miesięcy poświęconych na wykradzenie kart identyfikacyjnych Gangowi Gindar, przypisanie winy za ten proceder młodej kobiecie (która na szczęście chętnie zgodziła się na współpracę, gdy dowiedziała się, że Imperium na tym ucierpi) i sfingowanie nagrody ustanowionej przez Gindarów (musieli o to zadbać, gdy łowcy zaczęli się do nich dobijać, waląc drzwiami i oknami, żeby wziąć to zlecenie). Dopilnowali, żeby wszystko wyglądało wiarygodnie i kusząco dla łowców pokroju Swifta – jednak nie zanadto kusząco, bo Jas zapewniła ich, że gdy robota wygląda na podejrzanie łatwą, odstrasza skutecznie potencjalnych zleceniobiorców. Nie można było go spłoszyć, więc wszystko trzeba było zorganizować powoli, na spokojnie, z wielką dbałością o detale i ostrożnością. A przez cały ten czas Norra miała żołądek ściśnięty w węzeł ciasny niczym zwoje akivańskiej żmii, prześladowana przez jedną paskudną myśl: podczas gdy oni marnują czas, Rae Sloane coraz bardziej im się wymyka. Wraz z nią zaś jej szansa na dopilnowanie, by sprawiedliwości stało się zadość.

Dobrze, że Mercurial Swift wpadł w ich małą zasadzkę – to jedyny łowca nagród znany ze współpracy ze Sloane. Jednak radość z tego faktu mąci świadomość, że jest tylko drobną zwierzyną, szczebelkiem w drabinie, po której wspinają się po prawdziwy cel ich polowania.

„Proszę – myśli Norra. – Niech to będzie przynajmniej ostatni szczebel…”.

Jest zmęczona i ciągnie resztką sił, na oparach gniewu. A to wypala ją i wyczerpuje, pozostawiając w sercu bolesną ranę.

Ale przynajmniej go mają.

Mercurial Swift zwisa z wygiętej rury w starej fabryce amunicji, z nadgarstkami skutymi wysoko nad głową. Na Taris zapadł już zmrok. Na zewnątrz rozmyte błyskawice malują ciemne chmury na kolor ochry, w dole zaś prychające smykoskoczki przemykają chyłkiem i uwijają się pośród wraków zaściełających ten brzydki świat, polując na swój przysmak: owady.

– Nienawidzę go – mówi Sinjir Rath Velus, pochylając się i piorunując wzrokiem ich ofiarę. Marszczy przy tym nos, jakby wyczuwał jakiś brzydki zapach. – Nawet nieprzytomny wygląda na cholernie zadowolonego z siebie. A możecie mi wierzyć: znam ten stan aż za dobrze.

Jas wprawnie obraca w dłoni jedną z pałek Swifta i dźga nią na próbę w powietrze.

– Jest zadowolony z siebie, ale też podstępny. Te pałki to właściwie małe dzieła sztuki. Jeden koniec działa udarowo, drugi razi impulsami elektrycznymi. Zabij lub ogłusz. A drugą można wyposażyć w hipoiniektor z trucizną.

– Obudźmy go – rzuca Norra, nagle zniecierpliwiona. – Chciałabym uzyskać kilka odpowiedzi na nasze pytania, a mam już dość czekania.

– Czekaliśmy tak długo – przypomina jej Jas. – Możemy poczekać jeszcze trochę.

– Chcę dorwać Sloane. Chcę sprawiedliwości.

– Chcesz zemsty – poprawia ją zabracka łowczyni nagród.

Rozmawiały już o tym wcześniej. Wiele razy. Wałkowali wszyscy to samo aż do znudzenia. Sinjir wzdycha tylko i kręci głową, gdy Norra odpowiada:

– Zemsta i sprawiedliwość to dwie strony tej samej monety.

– No, nie wiem, czy powiedziałabyś tak przed Chandrilą.

– Wiesz, to odrobinę irytujące, że to właśnie ty mnie oceniasz – odwarkuje Norra.

Jas podnosi ręce do góry w geście kapitulacji.

– Żadnego oceniania. Zdecydowanie preferuję jako motyw zemstę. Sprawiedliwość to ruchomy cel. A zemsta jest czymś osiągalnym, jest cały czas tutaj, na wyciągnięcie ręki. – Uderza się rozpostartą dłonią w pierś. – Zemsta budzi podziw. Jest czysta. Poza tym to zazwyczaj właśnie dzięki niej zarabiam. Sądzę po prostu, że dobrze jest wiedzieć, co jest co i dlaczego robimy to, co robimy.

„Mylisz się” – myśli Norra. Tamten dzień na Chandrili był koszmarem: jej własny mąż, dołączający do reszty jeńców z Kashyyyka o wypranych mózgach, aby dopuścić się wraz z nimi zabójstw na scenie i placu… Uroczystości pogrzebowe trwały wiele dni. Teraz, kilka miesięcy później, wciąż trwa żałoba. To jeden z tych momentów, kiedy potrzeba sprawiedliwości i pragnienie zemsty pokrywają się ze sobą idealnie, kompatybilne niczym lunetka i lufa blastera rozpryskowego. Zresztą czy „sprawiedliwość” nie jest formalną nazwą zemsty? Popełniasz zbrodnię, płacisz za nią. Proste. Kara zostaje wymierzona – niezależnie od tego, czy z ręki organu rządowego, czy samotnego żołnierza.

A przynajmniej tak wmawia sobie Norra. I właśnie ma powiedzieć o tym reszcie, kiedy Sinjir wydaje z siebie zduszony jęk i oświadcza:

– Rany, proszę, przestańcie wreszcie ględzić! Łeb mi od tego pęka. Obudźmy lepiej naszego nowego przyjaciela, żebym mógł dla odmiany posłuchać, co ma do powiedzenia ktoś inny niż wy. – Z tymi słowy wyciąga rękę i wsadza w nozdrza nieprzytomnego łowcy nagród dwa palce, a potem gwałtownym ruchem wsuwa je głębiej. Powieki Mercuriala trzepocą i mężczyzna otwiera szeroko oczy, z sykiem zaczerpując tchu.

– Pobudeczka! – woła Sinjir, stanowczo zbyt radośnie. – Wstawać, nie udawać! – Półgębkiem zaś dodaje: – Moja mama tak mówiła. Słodka kobieta. Jeśli jednak nie wstałem z łóżka dość szybko, jej słodycz zmieniała się w gorycz i obrywałem miotłą. – Po tej dygresji informuje Mercuriala: – Ja nie muszę chyba jednak prać cię miotłą, co? Obudziliśmy się?

– Jasne, jasne – zapewnia go pospiesznie łowca nagród, szarpnięciem głowy starając się pozbyć z nozdrzy jego palców. Wodzi wzrokiem dookoła i zatrzymuje go na Jas. – Ty…!

– Witaj, Mercurialu.

Swift parska krótkim, bezradosnym śmiechem.

– Co cię tak bawi? – pyta go Jas.

– Przypomniałem sobie coś, co ktoś mi kiedyś powiedział. Dengar, jeśli chodzi o ścisłość. – Błyska zębami w uśmiechu. – Stwierdził, że nadejdzie kiedyś dzień, gdy za łowców nagród będą wyznaczane nagrody. Wygląda na to, że ten dzień właśnie nadszedł.

– Dengar – powtarza Jas i Norra ma wrażenie, że wypluwa to słowo, jakby zgryzła właśnie coś gorzkiego i paskudnego. – Z żalem to przyznaję, ale ta cuchnąca bryła skrzepniętego tłuszczu mogła mieć rację: za mnie w każdym razie wyznaczono już nagrodę.

– Zgadza się. Pamiętam, że Rynscar twierdziła, iż szef Gyuti obiecał za ciebie okrągłą sumkę. Ostatnio zresztą ją podwoił, mam rację?

– Potroił – poprawia go Jas, a w jej głosie niemal słychać dumę. Cóż, może rzeczywiście tak jest. – To niezła kasa. Za ciebie jednak nikt nic nie daje.

Mercurial unosi wysoko brwi.

– W takim razie czemu tu jestem?

– Bo mamy do ciebie kilka pytań – wyjaśnia spokojnie Norra.

– Chodzi o tamto zamieszanie na Vorlagu? Tak mi się wydawało, że to ciebie widziałem na dachu odlewni. Gedde był stanowczo zbyt łatwym celem.

– Wiedziałam, że to była twoja sprawka – mówi Jas. – Mykotoksyna cię zdradziła.

– Wcale nie starałem się tego ukryć.

– Nie interesuje nas Vorlag – wtrąca Norra. Ma wrażenie, że misję wytropienia Geddego (który zginął prawie na ich oczach z powodu wolno działającej trucizny przemyconej mu do przyprawy) wypełniali całe wieki temu. Tak wiele się od tamtej pory zmieniło… – Tylko ten, kto zapłacił ci za jego zlikwidowanie. Interesuje nas Sloane. Wielka admirał Imperium Galaktycznego, przebywająca obecnie w bliżej nieokreślonym miejscu. Daleko stąd. Pośród gwiazd.

– Nie znam żadnej Sloane – zapewnia ją Swift, jednak drgnięcie kącika ust go zdradza. – Przykro mi.

Sinjir zerka na Norrę, która kiwa przyzwalająco głową.

Widząc to, Jas wycofuje się na ubocze, Sinjir zaś zajmuje jej pozycję przy wiszącym w powietrzu Mercurialu Swifcie. Były imperialny oficer cmoka z namysłem, a potem przystępuje do dzieła:

– Gdybym zadał ci pytanie, jaka jest najważniejsza część twojego ciała, narcyz o przerośniętym ego taki jak ty odpowiedziałby, że…

– Mój umysł – odpowiada Swift.

– Umysł – wtóruje mu Sinjir. – Zgadza się. Wówczas ja przewróciłbym oczami, o, tak jak teraz… Spójrz tylko, przewracam oczami. – I przewraca. – Powiedziałbym: „Nie, głuptasku. Chcę, by twój umysł pozostał przytomny i sprawny, tak byś był w pełni świadom tego, co zamierzam zrobić i co się dzieje, gdy się do tego zabiorę”, i zauważyłbym, że tym, co dla ciebie najcenniejsze, są twoje ręce. Twoje szybkie rączki, wywijające tymi sprytnymi małymi pałeczkami niczym u cyrkowca z Nal Hutta. Zauważyłbym też, że jest w tych rączkach tak wiele maleńkich kostek, znacznie słabszych niż twoje pałki, które okropnie łatwo byłoby połamać, jedna po drugiej – zupełnie jakbym grał na klawiszach melodium. A ty byś wrzeszczał…

– Dalej, połam mi ręce – syczy Swift. – Zrób to. Możesz mi je nawet poobcinać. Stać mnie na ich zastąpienie protezami. Metalowe dłonie spokojnie…

– …pomogłyby ci wykonywać lepiej twój zawód, zgadza się. Wiem o tym. I masz rację. Kostki w twoich dłoniach to błahostka. Ba! Całe twoje ciało to błahostka! Cóż za amatorszczyzna. Ach, czas więc posunąć się w naszym przesłuchaniu dalej. Myśleć bardziej dalekowzrocznie. Zapomnieć o cielesności. O ciele i krwi. Zaraz. Krew. O, to ciekawe. – Sinjir zbliża twarz do twarzy Mercuriala, tak że stoi z nim niemal nos w nos. Swift zaczyna się szarpać. Norra ma ochotę ostrzec Velusa, żeby zachował ostrożność, jednak Sinjir jest jak hipnotyzujący ofiarę wąż: Mercurial nie jest w stanie nic zrobić. Jeszcze nie. Nie teraz. Jest zbyt zaaferowany. Tajemnica zagrożenia, którego jeszcze nie zna, zaciska się na jego szyi niczym obroża, a przyczepiona do niej smycz ciągnie go naprzód. – Tak naprawdę nie nazywasz się wcale Mercurial Swift, prawda, Gebie? Geb Teldar, mam rację?

Mercurial wzdryga się, jakby to imię było uprzykrzoną muchą, brzęczącą mu koło ucha.

– Nigdy o kimś takim nie słyszałem – cedzi, jednak to blef. Nawet Norra to widzi.

– Cóż, na pewno nie brzmi tak chwytliwie jak Mercurial Swift, co? – drwi Sinjir, wydymając wargi. – Bo i jakże to? Geb Teldar – powtarza, zniżając głos i rozciągając wargi, aby nadać swoim słowom płaskie, bełkotliwe brzmienie. – Och, nazywam się Geb Teldar! Jestem hydraulikiem z Avasta. Jestem Geb Teldar, prosty zamiatacz ulic. Jestem Geb Teldar, profesjonalny czyściciel droidów! To brzmi bardzo… no, słabo, nie?

– Idź do diabła.

– Chodzi o to… Geb? Geb, chodzi o to, że gdy już poznaliśmy twoje prawdziwe imię, bardzo łatwo było nam dowiedzieć się o tobie i innych rzeczy. Jesteś z Korelii, prawda?

Swift – czy może raczej Teldar – milczy, jednak w jego oczach lśni coś, co zdaniem Norry jest bardzo bliskie strachowi.

W dłoni Sinjira pojawia się płaski dysk – holoprojektor. Gdy były oficer śledczy wciska umieszczony z boku guzik, w powietrzu rozbłyskuje obraz: miły, mały domek w stylu vereniańskim, przysadzisty i prosty, ale obrośnięty na rogach kwitnącymi pnączami, otoczony misternie kutym trachitowo-metalowym ogrodzeniem. Drzwi są wąskie i wysokie, a przy nich stoi droid, którego zna większość z tu zgromadzonych.

Na policzku Mercuriala drga mięsień.

– Czy to…

– Droid bojowy typu B1 – odpowiada Sinjir. – Właśnie tak. Jestem pewien, że kiedyś miał stosowne oznaczenie, jednak my nazywamy go Panem Bonesem, po części dlatego, że świetnie sobie radzi z usuwaniem kości z ludzkich ciał. Och, a może chcesz zapytać o coś innego? Jeśli tak, to odpowiedź na twoje pytanie brzmi: zgadza się, Gebie Teldarze, to dom Tabby Teldar, która, o ile mamy dobre informacje, jest… twoją matką?

Twarz łowcy nagród wykrzywia kwaśny, bolesny grymas. Mercurial obnaża zęby i cedzi ze złością i strachem:

– Jak ją znaleźliście?

– To nie było łatwe – zapewnia go Norra. – Ale nastręczyło mniej problemów, niż przypuszczasz. Jesteś arogancki i ludzie cię nie lubią. Wystarczyło pogadać z bramkarzem w jednej z szemranych spelun, by dowiedzieć się, że czasem wysyłasz nieco kredytów komuś w Coronet City. Potem zajrzeć do wciąż rosnącej bazy Nowej Republiki, połączonej teraz z zapisami SPiBCC… I tak trafiliśmy na Tabbę Teldar. Nic więcej nie było nam potrzebne.

– Reprezentujecie Nową Republikę – mówi Swift, nagle znów denerwująco pewny siebie, krzywiąc się z bólu w wyciągniętych nad głową rękach. – Nie zrobicie jej nic. Macie zasady. Musicie postępować zgodnie z prawem.

Sinjir patrzy na Jas, a potem oboje wybuchają śmiechem. Norra się nie śmieje, bo nie jest w nastroju – nie stara się nawet udawać rozbawienia. Jednak Mercurial najwyraźniej kupił ich blef. Skończywszy się śmiać, Sinjir ociera łzy rozbawienia i mówi z nagłą powagą:

– To wszystko jest bardzo… nieprzepisowe, Gebbo, stary druhu. Nowa Republika nie wie nawet, że tu jesteśmy. Jesteśmy jak torpeda protonowa bez naprowadzania, wystrzelona w kosmos, pędząca samopas. Jas, jak wiesz, jest łowczynią nagród. Jeśli chodzi o mnie… a przy okazji, mów mi Sinjir, Sinjir Rath Velus… byłem niegdyś imperialnym oficerem śledczym, co oznacza, że dbałem o ład i kontrolowałem lojalność moich kolegów po fachu. W sposób maksymalnie motywujący – zarówno dla nich, jak i dla mnie.

– Jedynymi zasadami, jakich przestrzegamy, są nasze własne – dodaje Jas.

Mercurial przełyka głośno ślinę.

– Nie róbcie jej krzywdy…

– Nie zrobimy – obiecuje Norra. – O ile powiesz nam to, co chcemy wiedzieć.

Opór Swifta pęka i słowa zaczynają wylewać się z niego wartkim potokiem, napędzane desperacją; nie ma śladu po rozbuchanym ego i wybujałej pewności siebie.

– Nie miałem ze Sloane kontaktu od wielu miesięcy. Ostatnim razem przesłała mi tylko wiadomość. Szukała statku na Quantxi. „Imperialisa”. Współrzędne miejsca dokowania tego statku były powiązane z… ee, imperialnym oficerem. Wysoko postawionym. Admirałem nazwiskiem Rax. Gallius Rax. Chciała o nim wiedzieć wszystko – skąd pochodzi, z jakiego układu, z jakiego świata.

Sinjir chwyta go za szczękę i zaciska dłoń.

– Co to za świat?

– Jakku.

Cała trójka wymienia spojrzenia. W ich oczach lśni zakłopotanie. Norra nigdy nie słyszała o takiej planecie. Nie, żeby była jakimś galaktycznym obieżyświatem – w kosmosie są tysiące układów i miliony światów… Swift dodaje jednak szybko:

– To na Zachodnim Krańcu. Nie wiem nic więcej, bo nie miałem powodu, żeby się tym interesować.

– Czy ona… czy tam poleciała? – pyta Norra.

– Ja… Tak. Tak sądzę. Nie wiem.

– Nie mówisz wszystkiego – syczy Sinjir. – Widzę to w twoich oczach. Coś przed nami taisz, Gebby. Nie każ mi fatygować naszego droida.

– Sloane nie była sama – dodaje szybko Swift.

– Mów.

– Była… ranna. I leciała statkiem. Chyba jakimś skradzionym chandrilańskim transportowcem. Był z nią jakiś mężczyzna. Nie znam jego nazwiska. Ledwie go widziałem.

– Czy to ktoś z Imperium? – indaguje Sinjir.

– Nie wiem, przysięgam!

– Wierzysz mu? – pyta Sinjira Norra.

– Tak.

– W takim razie jesteśmy kwita. Wezwę Temmina.

Młodszy Wexley, jej syn, jest na orbicie nad Taris, za sterami „Ćmy”, w towarzystwie swojego droida bojowego B1, ochroniarza imieniem Bones.

– Moglibyśmy wyekspediować Swifta na Chandrilę – proponuje Jas. – Pracował dla Imperium. Może wie więcej niż to, o co go pytamy.

– Nie – decyduje Norra. – Nie ma na to czasu.

– Nie ma czasu? I tak będziemy tam lecieć…

– Nic z tego. Polecimy prosto na Jakku.

Jas robi kwaśną minę.

– Nie jesteśmy gotowi na to… cokolwiek nas tam czeka. Nie wiemy nawet, gdzie to jest! Norro, nie możemy się spieszyć. Powinniśmy to dobrze zaplanować…

– Nie! – odwarkuje Norra. – Żadnego planowania. Żadnego marnowania czasu. I tak już dość go zmarnowaliśmy na niego… – Dźga palcem Swifta w pierś w celu podkreślenia swoich słów. – Nie zamierzam go więcej trwonić. Nie wiemy nawet, czy Sloane wciąż jest na Jakku, więc musimy złapać jakiś trop, nim będzie za późno.

– W porządku – odpowiada dziwnie głucho Jas.

W głowie Norry zapala się lampka alarmowa: „Zluzuj, Norro. Jas może mieć rację, a nawet jeśli nie, nie musisz na nią warczeć. Nie jesteś taka, prawda?”. Jednak pozostaje spięta, naelektryzowana niczym iskrzący przewód. Jakby nie była w stanie się kontrolować, powstrzymać.

– Co w takim razie zrobimy ze Swiftem? – pyta Jas. – Mogłabym się nim… zająć.

– Emari – mówi błagalnym tonem Swift. – Nie ma za mnie nagrody, nie ma sensu mnie zabijać. To nie jest warte całego tego…

Norra wyczuwa swoją szansę. Wyszarpuje jedną z pałek Swifta z palców Jas i obraca nią w dłoni, a potem szybkim ruchem kciuka aktywuje elektroogłuszanie. Końcówka trzeszczy wyładowaniem i między widełkami na końcu tańczą niebieskie iskry.

Pilotka wraża broń w bok Swifta, który pod wpływem wstrząsu elektrycznego wydaje z siebie zdławione stęknięcie. Głowa mu opada, a podbródek uderza w pierś, z której wydziera się niski, senny jęk.

– W porządku – mówi Norra. – Ruszajmy.

Na Taris wstaje nowy dzień. Podczas gdy lokalni padlinożercy, smykoskoczki i chmury turzycomuszek wycofują się, kryjąc przed nadchodzącym światłem dnia, Mercurial budzi się, odzyskując przytomność.

Zabiera mu to trochę czasu, jednak w końcu udaje mu się poderwać dolną część ciała i owinąć nogi wokół rury, do której przykuto go za nadgarstki. Wisi tak przez chwilę, a potem skręca ciało i szarpie nim, raz za razem, dopóki plastobeton na drugim końcu nie pęka, uwalniając rurę, która opada wraz z nim.

Jego mięśnie krzyczą z bólu, ale Mercurial usuwa się spod rury. Przywołuje wspomnienia z innego życia, kiedy był młodym tancerzem w koreliańskiej trupie, i robi salto w tył, ponad swoimi skutymi rękami.

Próbuje znaleźć swoje pałki – udarowa końcówka świetnie poradziłaby sobie z kajdankami magnetycznymi – jednak najwyraźniej Emari zabrała je ze sobą.

Trudno. Wróci w takim razie na statek i użyje przecinarki. Nim jednak to zrobi… odgina kciuk, nawiązując połączenie z wiceszefową Rynscar z Czarnego Słońca. Gdy Rynscar odbiera, w powietrzu pojawia się jej prawdziwa twarz, zazwyczaj skryta pod pordzewiałą maską demona: blada, o ciemnych oczach i ustach pomalowanych kredką w kolorze brudnego szmaragdu, rozciągniętych w paskudnym uśmieszku.

– O co chodzi, Swift?

– O Jas Emari.

– Wymawiasz to nazwisko, jakby było kluczem otwierającym jakieś drzwi. Co z nią?

– Czy to prawda? Czy za jej głowę wyznaczono nagrodę?

Rynscar unosi brew.

– Prawda.

– Co zrobiła?

– Nic nie zrobiła. I właśnie o to chodzi. Ma długi. Teraz większe niż ostatnio, zważywszy na to, co się wydarzyło na Nar Shaddaa.

– Gyuti chce jej głowy? – pyta Mercurial.

– Zgadza się.

– I dobrze za nią zapłaci?

– Dobrze. Pięćdziesiąt tysięcy kredytów.

– Nie zależy mi na pieniądzach.

Rynscar wyraźnie się waha.

– Chcesz powiedzieć, że… masz Emari?

Jeszcze nie.

– Będę ją miał.

– Powiedzmy, że tak będzie. Czego chcesz w zamian?

Swift uśmiecha się – krzywym, złośliwym uśmieszkiem.

– Kasetkę kryształów nova.

– Tuzin – proponuje Rynscar.

– Dwa razy tyle. – Gdy nie odpowiada, dodaje: – Znam Gyutiego i wiem, że to dla niego sprawa osobista. Denerwuje go, że Emari wciąż mu się wymyka. To sprawia, że źle wypada w oczach Huttów. W oczach wszystkich. A ja wiem, gdzie Zabraczka się wybiera, więc dorwę ją, ale potrzebuję twardej waluty.

– Dlaczego aż tyle?

W uszach Mercurialowi znów dźwięczą słowa Dengara: „Musimy trzymać się razem. Stworzyć porządny sojusz”.

– Do załatwienia tej sprawy potrzebny mi będzie zespół.

Rynscar milczy przez chwilę, aż wreszcie mówi:

– W takim razie załatwione.

– Dostanę moje kryształy?

– Dostaniesz swoje kryształy.

Mercurial rozłącza się i chichocze cicho. Czas odebrać zapłatę, bo wie, gdzie wybiera się Jas Emari: do zapiaszczonej dziury zwanej Jakku.

Rozdział drugi

Leia aż się wzdryga na dźwięk głośnego łomotania do drzwi i uderza kolanem w stolik, nad którym w powietrzu wisi lśniąca gwiezdna mapa. Mapa migocze, a wówczas zza drzwi dobiega wołanie:

– Leia? Leia!

Leia zrywa się od stołu, niemal zapominając o dodatkowym żywym ciężarze, który dźwiga przed sobą w brzuchu. Dziecko w jej brzuchu kopie i obraca się, podczas gdy ona usiłuje się wyprostować. „Spokojnie, mały aniołku – mówi w myśli do swojego nienarodzonego syna. − Wkrótce wyfruniesz na wolność”.

– Mamo? – zagaduje jej droid protokolarny, T-2LC. – Ktoś chyba przyszedł…

– Tak, Elsie, słyszałam. – Krzywi się, obchodząc kanapę. To draństwo miało być wygodne, a zamiast tego, gdy na niej siada, połyka ją jak wygłodniały sarlacc. – To tylko Han.

– Czy grozi mu niebezpieczeństwo, mamo? Jego głos brzmi, jakby Han był w niebezpieczeństwie. Czy powinnam otworzyć drzwi? Nie chciałabym doprowadzać do niebezpiecznej sytuacji, ale…

– Leio, otwieraj te cholerne drzwi! – żądaniu Hana towarzyszy seria nowych uderzeń i łupnięć. Do Lei dociera, że jej mąż kopie w drzwi.

– Idę! – odkrzykuje, a potem zapewnia droida: – Otworzę.

– Ale w twoim stanie, mamo…

– Nie umieram, tylko jestem w ciąży! – odwarkuje Leia, a potem otwiera drzwi. Han nie marnuje czasu: wpada do środka jak burza, trzymając w ramionach jakiś tobół.

– Długo ci to zajęło – mówi z uśmieszkiem, starając się złapać równowagę, a gdy mija Leię, składa na jej policzku szybkiego całusa.

– Dziwisz się? – prycha, zerkając z ukosa na T-2LC. – Jestem przecież w odmiennym stanie.

– Elsie, ile razy mam ci powtarzać: Leia nie jest w żadnym cholernym odmiennym stanie – beszta droida Han, jednak za chwilę dodaje nieco ciszej i poważniej: – Musisz trochę przystopować. – Wskazuje na mapę gwiezdną. – Na przykład z tym…

– Jestem zdrowa na ciele i umyśle, dziękuję – odgryza się Leia.

– Powiedz to temu małemu bandycie – kwituje Han, kładąc torbę na ladzie kuchennej. „Mały bandyta” to przydomek, jaki Solo nadał dziecku, które właśnie entuzjastycznie wierzga w jej brzuchu.

– Chciałeś powiedzieć małemu aniołkowi. – Leia idzie za nim do kuchni, a wizg serwomotorów, który słyszy za plecami, mówi jej, że T-2LC depcze jej po piętach – bo ktoś (w domyśle: Han) kazał jej trzymać się blisko niej, na wypadek gdyby księżniczka się przewróciła. Tymczasem dzięki temu, że droid nie odstępuje jej na krok, nieomal przewróciła się o jego metalowe nogi już co najmniej kilka razy. – Co to? – pyta, wskazując na tobołek.

Han mruga do niej, wsuwa ręce do torby i wyciąga jogana.

– Spójrz tylko! – Ściska sugestywnie owoc.

Leia wzdycha, zrezygnowana.

– Tylko nie mów, że przytargałeś znów całą torbę joganów.

– Zgadza się. A co?

– Nie przełknę już ani kawałka więcej.

– Bez przesady.

– Pozwól, że powtórzę: nie mam ochoty jeść więcej joganów. Nigdy więcej.

– Ale jogany są zdrowe.

– Nie aż tak!

– Lekarze…

– Doktor Kalonia zasugerowała, żebym włączyła je do swojej diety, a nie ograniczyła ją wyłącznie do joganów!

Han jest przy niej w dwóch susach; ujmuje jej twarz w swoje szorstkie dłonie i gładzi czule po policzku.

– Dobrze już, dobrze. Staram się po prostu o was dbać…

– Wiem, Han.

– Robię, co mogę. Chcę dla ciebie i naszego syna jak najlepiej. Wiesz o tym, prawda?

Leia parska śmiechem.

– Wiem.

Zdaje sobie z tego sprawę, podobnie jak z faktu, iż Hanowi nie jest lekko. Nie powiedziałby tego głośno za nic w galaktyce, jednak ona widzi to wyraźnie: jej mąż potrzebuje czegoś do roboty, musi się czymś zająć. Nudzi się. Chewbacca wrócił do domu, żeby odszukać swoją rodzinę. Luke z kolei przemierza galaktykę w poszukiwaniu dawnych nauk Jedi. Han Solo nie ma zaś nic do przemycania, nie ma gdzie się oddawać hazardowi, nie ma Rebelii, o którą mógłby walczyć…

Jest jak „Sokół”: odstawiony do hangaru, czekający, aż coś – cokolwiek – się wydarzy.

A więc kupuje owoce.

Całe mnóstwo owoców.

I, oczywiście, martwi się o nią. Odwraca ją delikatnie w stronę stolika i mapy gwiezdnej.

– Chyba nie ślęczysz wciąż nad… tym?

– Nad czym?

– Leio, Kashyyyk to był fuks. Mieliśmy szczęście.

– Przy tobie zawsze mam swoje szczęście u boku, łajdaku.

Han kręci głową.

– Żartujesz sobie, ale to wszystko to… szaleństwo.

– Żadne szaleństwo! – protestuje Leia, nagle poirytowana. – To, co zrobiliśmy na Kashyyyku, było właściwe. I doskonale o tym wiesz. Gdybyśmy mogli to… sformalizować, gdyby udało się zająć innymi planetami, których senat boi się wyzwolić, może moglibyśmy – przy cichym błogosławieństwie naszej zaprzyjaźnionej pani kanclerz – znaleźć jakiś sposób na zatroszczenie się o ich losy. To oznacza nie tylko szansę na ocalenie całych układów, ale może i okazję do tego, by przekonać je do naszej sprawy i nakłonić do dołączenia do Nowej Republiki.

Han wzdycha ostentacyjnie.

– No, nie wiem. Czy nie mógłby się tym zająć ktoś inny? Tak dla odmiany, na razie…

– Posłuchaj mnie – wchodzi mu w słowo Leia, podchodząc do mapy. – Tatooine. Kerev Doi, Demesel, Horuz. Wszystkie te światy są wciąż zniewolone przez niedobitki imperialnych sił albo syndykaty przestępcze lub nękane przez gangi. Rebelia… to działa. Widzieliśmy to na własne oczy. Sami do niej doprowadziliśmy.

– Wiesz, że Mon na to nie pójdzie…

– Już poszła. No, w pewnym sensie.

Atak na Chandrili był dla Nowej Republiki druzgocącym ciosem. Podniosło się już sporo głosów, szepczących: „Nowa Republika nie jest w stanie chronić samej siebie. Jak w takim razie zdoła ochronić nas?”. Mon Mothmę zarzucono już gradem oskarżeń, wymierzonych w nią niczym lufy dział: jest zbyt słaba, ma zbyt łagodne podejście do spraw militarnych. A teraz, gdy została ranna, jak może nam przewodzić? Leia i Han zdołali zapewnić Nowej Republice tak bardzo niezbędne – nawet jeśli nieoczekiwane i osiągnięte w sposób nie do końca legalny – zwycięstwo w chwili, gdy najbardziej go potrzebowała. Zgadza się, Chandrila stała się celem ataku, jednak im udało się oswobodzić Kashyyyk. Przepędzili stamtąd Imperium i wyzwolili Wookieech. To był ważny triumf. Nie mówiąc już o tym, że powstrzymał potok opuszczających senat senatorów.

– Gdybyśmy mogli pomóc rebeliantom na wszystkich tych światach… – zaczyna Leia.

– Mamo? – przerywa jej T-2LC, wtykając między nią a Hana swoją lśniącą miedzianą głowę. – Połączenie przychodzące.

– Odbiorę tutaj.

Leia siada z powrotem na kanapie i wyłącza projekcję mapy gwiezdnej. Zastępuje ją nowy obraz: twarz Norry Wexley, latającej dawniej dla Rebelii pilotki, od jakiegoś czasu stojącej na czele zespołu polującego na niedobitki Imperium, tropiącego licznych przestępców wojennych, którzy poumykali w różne zakątki galaktyki. Pomogła Lei także, odnajdując jej męża i wspierając go podczas próby uwolnienia Chewbacki oraz jego planety spod jarzma Imperium. Teraz jednak Norra szuka innego celu, zwierzyny znacznie bardziej nieuchwytnej i cennej: wielkiej admirał Rae Sloane.

Sloane jest zagadką, nie daje Lei spokoju niczym włókienko, które utknęło między zębami i nie sposób się go pozbyć. Zaczęło się od tego, że wielka admirał utrzymywała, jakoby to ona była „Operatorem”, wysoko postawionym imperialnym oficjelem, który potajemnie pomógł Nowej Republice wygrać mające kluczowe znaczenie bitwy z walącym się w gruzy Imperium. Następnie zaproponowała rozmowy pokojowe i przybyła na Chandrilę, aby w nich uczestniczyć. Gdy zaś już się zjawiła, doszło do tragedii: jeńcy uwolnieni ze statku więziennego, na którym przebywał Chewbacca, zwrócili się przeciwko Nowej Republice, dopuszczając się licznych zabójstw jej przedstawicieli wysokiego szczebla i raniąc wielu innych. Lista ofiar tamtego zamachu jest długa. Stanowczo zbyt długa: senatorowie, dyplomaci, doradcy, generałowie, admirałowie…

„Czy i ja byłam pośród jego celów?” – wciąż zastanawia się Leia. Czy gdyby nie zrządzenie losu, wskutek którego wyruszyła wówczas, aby ratować z opałów swojego męża, starającego się uwolnić na własną rękę całą planetę, znalazłaby się pośród osób zaproszonych na scenę w Dniu Wyzwolenia?

Cóż, chyba nigdy się tego nie dowie. Lista celów pozostała zapisana w miniaturowych czipach kontrolnych, wszczepionych w mózgi uwolnionych więźniów – zbyt małych, by wykrył je pobieżny skan, i zbyt sprytnie zaprojektowanych, by w ogóle myśleć o tego typu zagrożeniu, dopóki nie było zbyt późno. Gdy odkryli czipy, kilka tygodni po Dniu Wyzwolenia, było już po wszystkim; plamy krwi usunięto z kamiennych płyt placu, a same czipy uległy zniszczeniu, usmażone wskutek zaprogramowanej autodestrukcji. Nawet zatrudniony przez Leię haker, Conder Kyl, nie zdołał nic z nich wydobyć. A jeśli on nie był w stanie nic wskórać, to mało prawdopodobne, by cokolwiek dało się odzyskać.

Problem w tym, że Sloane zdołała wymknąć się z Chandrili, a w tym samym czasie – tak się złożyło – Imperium… zniknęło, rozproszyło się. Zostały co prawda jakieś marne resztki sił, jednak generalnie wróg jakby zapadł się pod ziemię.

To bardzo Leię niepokoi.

– Norra! – wita pilotkę.

Ma wobec tej kobiety dług. Własny mąż Norry był pośród zabójców, którzy dopuścili się zamachu w Dniu Wyzwolenia, a Leia nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak kobieta musi się z tym czuć. Tym bardziej jako żona i matka (ostatnio, co nie jest zbyt zaskakujące, Leia bardzo dużo myśli o macierzyństwie). To, przez co Norra przeszła dla Rebelii i własnej rodziny, jest równie godne podziwu co… niepokojące. Czy Leia zdobyłaby się na to samo? Czy zdołałaby przekroczyć granice? I pozostaje też to trudne pytanie, na które Leia niemal boi się odpowiedzieć przed sobą samą: komu dochowałaby w tej sytuacji wierności? Ma rodzinę, o którą powinna się troszczyć, jednak ma też obowiązki wobec galaktyki… – Powiedz, proszę, że masz jakieś dobre wieści…

– Znaleźliśmy Swifta.

– Tego łowcę nagród? Świetnie. Czy coś od niego wyciągnęliście?

– Owszem. Twierdzi, że Sloane udała się na planetę na Zachodnim Krańcu, na świat o nazwie Jakku. Wiesz coś na jego temat?

Leia nie wie. Ogląda się na Hana, który odchrząkuje i kiwa hologramowi ręką.

– Cześć, Norra. Jakku, hę? Znam to miejsce. Byłem tam kiedyś, dawno temu. Wiesz, to samo co zwykle: robiłem krzywdę złym ludziom. Nic tam nie ma. Górnicy, złomiarze, straceńcy. Na południu wyznają jakąś głupią religię, a na północy organizowane są zawody maszyn kołowych. Poza tym… cóż, to totalne pustkowie. Tatooine to przy nim tętniąca życiem oaza.

– Ale po co Sloane miałaby tam lecieć? – zastanawia się głośno Leia.

– Nie mam pojęcia – wyznaje Han. – Może po prostu szuka kryjówki? Miejsca, w którym mogłaby się zaszyć. Nikt nie będzie jej szukał na Jakku.

– Swift twierdzi – wtrąca Norra – że to ma coś wspólnego z kimś innym z Imperium. Człowiekiem nazwiskiem Gallius Rax.

Leia nigdy nie słyszała o kimś takim i mówi o tym Norze. Ma wrażenie, że coś tu jest bardzo, ale to bardzo nie w porządku. Jakby pod skórą pełzały jej robaki niepokoju.

– Norro, wracaj. Może powinniśmy powiedzieć o tym wszystkim pani kanclerz…

– Z całym należnym szacunkiem – nie daje jej skończyć Norra. – Chciałabym najpierw zbadać tę planetę. Straciliśmy już zbyt wiele czasu, a ja wolałabym nie trwonić go ani chwili więcej. Po tym, co wydarzyło się na Chandrili, musimy mieć do przedstawienia pani kanclerz coś więcej niż tylko zapewnienia jakiegoś łowcy nagród. Pozwól nam przynajmniej tam polecieć i sprawdzić, czy trafimy na coś… cokolwiek.

Leia znów ogląda się na Hana, który obdarza ją krzywym uśmiechem.

– Hej, nie patrz na mnie! Wiesz, co bym zrobił na ich miejscu.

– Tak, poleciałbyś tam z wywieszonym jęzorem.

Solo wzrusza ramionami.

– Za dobrze mnie znasz.

To tylko kolejny powód, by spróbować odwieść Norrę od tego pomysłu. Każdy plan, który zdobędzie aprobatę Hana Solo, oznacza poważne kłopoty. Mimo to… Norra to nie Han. Jest od niego mądrzejsza. Prawda?

– W porządku – wzdycha wreszcie Leia. – Lećcie. Sprawdźcie, czy zdołacie się czegoś dowiedzieć. Wtedy będziemy mogli przekazać Mon jakieś wieści.

– Jak czuje się pani kanclerz? – pyta Norra. – Jak jej… rana?

– Rany w większości się pogoiły. – A przynajmniej te fizyczne. Pozostają jednak znacznie głębsze: moralne i te polityczne. – Czuje się dobrze. Przekażę jej, że o nią pytałaś. A potem powiemy jej o tym, czego się dowiedzieliśmy.

– Dziękuję, Leio. Doceniam twoją pomoc.

– To ty mi pomagasz, Norro. Przysłużysz się mi, a także całej galaktyce, jeśli zdołasz trafić na ślad Sloane. Bądź tylko ostrożna. Jeśli wpadniesz na trop sił Imperium, nie angażuj się. Czy to jasne?

– Jak słońce – zapewnia ją Norra. – Do zobaczenia wkrótce.

Połączenie dobiega końca.

Rozdział trzeci

„Ćma” dryfuje nad Taris.

Długonogi Sinjir Rath Velus siedzi na niższej koi na tyłach swojej kajuty, bawiąc się wibronożem: przesuwa go zręcznie między palcami, tuż nad kostkami, z jednej ręki do drugiej. Ostrze tańczy w jego dłoniach, fruwa w nich zwinnie i tak szybko, że trudno nadążyć za nim wzrokiem. Wokół na statku wre życie. Norra rozmawia z Leią, informując ją o postępach („Znaleźliśmy Swifta”). Jas chodzi od przedziału do przedziału, szukając swojego pasa z amunicją („Przysięgam, jeśli okaże się, że ten droid znów go gdzieś wtrynił, przetopię go na amunicję!”). Temmin snuje się korytarzami, narzekając na to, jak to jego matka każe mu wiecznie tkwić na pokładzie i trzymać się z dala od niebezpieczeństw („Jestem już właściwie całkiem dorosły, wiecie, i potrafię sam o siebie zadbać…”), zaś Pan Bones nuci pod nosem, stepując i wirując w upiornym tańcu do wtóru huttyjskiej melodii:

La yama beestoo, la yama beestoo

Cheeskar goo, cheeskar goo

Wompity du wermo, wompity du wermo

Mi killie, mi killie…

Sinjir siedzi w ciszy. Nóż prześlizguje się i obraca między jego palcami. Co jakiś czas były imperialny oficer spuszcza wzrok i widzi na dłoniach krew: prawdziwą, świeżą krew. Ma od niej mokre opuszki palców. „Skaleczyłem się – myśli. − Ostrze się wysunęło i się skaleczyłem”. Jednak wówczas krew znika. To tylko iluzja. Sen. Złudzenie.

W końcu obok kajuty przechodzi Jas, pas z amunicją przewiesiła przez ramię; na widok Sinjira zawraca, wpada do środka i oświadcza z pretensją w głosie:

– Był w kuchni! Co on robił w kuchni?

Sinjir jednak nie zna odpowiedzi na jej pytanie, więc wzrusza tylko ramionami, nie przestając bawić się ostrzem.

Jas mruży oczy i patrzy na niego podejrzliwie.

– Masz jakiś problem?

– Żadnych problemów – zapewnia ją Sinjir. – Jestem człowiekiem wolnym od brzemienia konfliktów.

– Taa, a ja jestem słodkim Hutciątkiem.

– No, bez przesady. Jesteś obślizgła, ale nie aż tak…

Jas kopie go w kolano, jednak niezbyt mocno.

– Aua!

– Nie no, serio: co cię gryzie?

– Zacznijmy od tego, że nie mam co pić.

Emari siada obok niego.

– Myślałam, że rzuciłeś picie.

– Obawiam się, że nie. To znaczy tylko kowakiański rum, bo chociaż smakuje jak słodka, gęsta kwintesencja płynnego pyłu gwiezdnego, to wywołuje kaca, podczas którego czujesz się, jakby dobierał się do ciebie wyjątkowo namolny rankor. Kaca, który sprawia, że błagasz o śmierć, chowając się w bezpiecznej ciemności pośród pościeli albo nawet pod samym łóżkiem. Nigdy więcej kowakiańskiego rumu. – Pociąga nosem. – Cała reszta dozwolona.

– Znowu to robisz.

– Co robię?

– Używasz drwiny i lekkiego tonu, żeby uniknąć odpowiedzi na trudne pytanie.

– Ach, o tym mówisz. To bardzo przydatne.

– Nie będę cię ciągnąć za język. Jeśli nie chcesz powiedzieć mi, co się dzieje, nie będę naciskać…

– Takask wallask ti dan – mówi Sinjir, wzdychając. – Pamiętasz, jak mi to powiedziałaś? Na Kashyyyku, gdy było już po wszystkim?

– Nie powiedziałam ci tego, tylko cię tak nazwałam – poprawia go z naciskiem Emari. – Człowiekiem bez gwiazdy.

Sinjir wreszcie przestaje bawić się ostrzem, pochyla się, wspierając łokciami o kolana, i trze oczy dłońmi.

– Chyba nie miałaś racji.

– Rzadko się mylę, więc słucham, rozwiń, proszę.

Odwraca się w jej stronę.

– To moja gwiazda – mówi. – Nie ten statek, ale to życie. Życie, w którym grożę ludziom i zmuszam ich, by robili to, czego od nich chcę. Mówię im, że połamię im ręce, pozabijam ich matki, zniszczę wszystko, co jest im drogie. Wiem, jak znajdować ich słabe punkty. Jak je wykorzystać. I… – Urywa, a gdy podejmuje, jego głos jest dziwnie głuchy: – Chyba to lubię.

– Gdybyś to lubił, nie mówiłbyś mi o tym.

– Być może.

– A poza tym mogłeś naprawdę zrobić Swiftowi krzywdę. Nikt by palcem nie kiwnął. A jednak nie zrobiłeś tego. Użyłeś słów, nie przemocy.

– Słowa też są w pewnym sensie przemocą.

Jas wzrusza ramionami.

– Sinjir, za dużo myślisz. Ten twój ptasi móżdżek sprawia ci mnóstwo problemów.

– Teraz już wiesz, dlaczego piję.

– Jesteś gotów na to, co nas czeka na Jakku? – pyta Emari, zmieniając temat.

Sinjir wie, że ta rozmowa nie jest zbyt wygodna również dla niej. Jas nie martwi się zbytnio o zdanie innych na swój temat. Jest nie tylko kobietą, która posiada gwiazdę – Sinjir podejrzewa, że sama jest dla siebie tą gwiazdą. Niewzruszoną, skupioną na samej sobie, obojętną na dyskusje o dobru czy złu. „To nie ona orbituje wokół kogoś – uświadamia sobie. − Tylko inni wokół niej”.

Postanawia pójść jej na rękę, pozwalając, by prąd rozmowy zabrał ich tam, gdzie chce Jas.

– Jeśli dobrze słyszałem, na Jakku nie ma za bardzo czego szukać.

– To nie o Jakku się martwię. Tylko o Norrę.

– Norze nic nie będzie.

– Jest na granicy.

– A kto nie jest?

Jas uściśla:

– Jest coraz bardziej podobna do mnie.

– Nikt ci nie dorówna, złotko. A poza tym zauważyłem, że to ty radziłaś jej ostrożność.

– Ktoś musi być głosem rozsądku – wzdycha Emari. – Norra jest dla siebie zbyt surowa. Nie w ujęciu fizycznym, ale emocjonalnym. Jej mąż znów zniknął. Ścigamy wielką admirał, której pozwoliła zwiać na Akivie. Jej syn jest razem z nią, teoretycznie narażony na niebezpieczeństwo… Kierują nią poczucie winy i gniew. Jest przekonana, że to wszystko to jej wina. – Przygryza dolną wargę – na tyle mocno, że Sinjir jest zaskoczony, iż nie przegryzła jej do krwi. – Po prostu się martwię.

Rath Velus wzrusza ramionami i wzdycha.

– Widzisz? Jesteś dobrą osobą, bo martwisz się o innych. A ja jestem dobrą osobą, bo nie zrobiłem krzywdy Gebowi Teldarowi. A Norra jest dobrą matką, Temmin zaś dobrym synem, natomiast Pan Bones bardzo, bardzo dobrym droidem zabójcą; wszyscy jesteśmy dobrymi ludźmi – i droidami – robiącymi dobre rzeczy, więc może lepiej zamknijmy się i dajmy temu wszystkiemu spokój, co?

– Znów uciekasz się do sarkazmu, ale wiesz co? To cholernie rozsądne. – Emari klepie go w kolano. – Całkiem możliwe, że masz rację.

– Podobnie jak ty rzadko się mylę, Jas Emari.

– Miejmy nadzieję, że Jakku niczym nas nie zaskoczy – kwituje Zabraczka, wstając.

– Och, nie liczyłbym na to. Obawiam się, że galaktyka dziwnie lubi nas zaskakiwać.

– Umiem o siebie zadbać – mówi do matki Temmin. Cóż, przynajmniej zaczekał ze zgłoszeniem obiekcji, aż Norra skończy rozmawiać z Leią. Jednak w chwili, gdy się rozłączyła, przeszedł od razu do rzeczy. – I doskonale o tym wiesz.

Lekko zaskoczona, ogląda się na niego.

– Słucham?

– Wiesz, o czym mówię. – Temmin siada w fotelu drugiego pilota i zapina uprząż. – A jednak znów zeszliście na planetę beze mnie. Znowu zostawiliście mnie na pokładzie z Panem Bonesem. Zaczęło się na Kashyyyku i jest coraz gorzej. Ord Mantell, Korelia, stacja Jindau…

– Tem, nie mamy na to czasu.

Palce Norry tańczą nad kontrolkami, gdy wklepuje współrzędne planety na Zachodnim Krańcu: Jakku. Gdziekolwiek to jest. Jakaś sterta piachu, której Tem nawet nie zobaczy, bo matka znów każe mu zostać na pokładzie „Ćmy”. Taa…

– Ktoś musi zostać na statku i dopilnować, by był gotowy do lotu – dodaje przepraszająco jego matka.

– Bones może się tym zająć. Pozwól mi z wami zejść. Na Jakku.

– Nie.

– Mamo…

– Powiedziałam: nie. – Norra rzuca mu surowe spojrzenie. – Współrzędne sprawdzone?

Temmin przewraca oczami i pobieżnie przegląda dane.

– Wszystko w porządku – melduje, chociaż przyznaje sam przed sobą, że przeprowadził kontrolę bardzo niechlujnie. Nawigacja jest taaaka nudna! Pilotowanie – o, to co innego. Frachtowiec typu MK-4 jest smuklejszy niż większość podobnych jednostek, a poza tym wprowadzono do niego całe mnóstwo modyfikacji, które czynią go zwrotniejszym, jednak nie umywa się on nawet do kanonierki Jas, „Halo”. Nie mówiąc już o takim na przykład X-wingu. Temmin marzy, by zasiąść jeszcze raz za sterami któregoś z nich.

Norra aktywuje hipernapęd. Gwiazdy rozmywają się w świetliste smugi, a żołądek Temmina kurczy się, gdy statek przyspiesza do nadświetlnej. Siedzą przez chwilę w milczeniu, obserwując przemykające za iluminatorami ściany lśniącego tunelu. W końcu Temmin krzywi się i zerka z ukosa na matkę.

– Znowu to robisz, prawda? To tak bardzo w twoim stylu…

– Skakanie w nadświetlną? O czym ty mówisz?

– Wydaje ci się, że wszystko musisz robić samodzielnie. Tak jak wtedy, gdy dołączyłaś do Rebelii. Zostawiłaś mnie, żeby wyruszyć na jakąś krucjatę i znaleźć tatę.

– Nie szukamy twojego ojca – mówi Norra cicho, tak cicho, że chłopiec niemal nie słyszy jej przez szum systemów statku. – Tu chodzi o coś innego, Tem.

– Wiem, wiem. Szukamy Sloane. Ale to z powodu taty, prawda? Tego, co zrobił. Co ona zrobiła. A ty myślisz, że ona pomoże ci go znaleźć. I to naprawdę super! To mądre. Ale nie wykluczaj mnie z tego. Chcę wziąć w tym udział. Chcę być przy tobie, chcę pomóc.

– Ja też jestem bardzo pomocny – melduje Bones zza ich pleców, wkraczając tanecznym krokiem do sterowni.

– Widzisz? Możemy pomóc – dodaje z nadzieją Temmin.

Wie, że to dla niej niełatwe. Wie, że jego matka budzi się w nocy, wykrzykując imię jego albo jego ojca. Domyśla się, że ma koszmary, jednak ona nic mu nie mówi. Czasem w ogóle nie sypia. Czuwa przy konsoli, jakby spodziewała się, że lada chwila Brentin Wexley zgłosi się, przeprosi ją i wszystko będzie już w porządku. Tak naprawdę to nie była nawet wina taty. Powiedzieli, że miał coś w głowie, kontrolujący go bioczip, taki jak te, które wszczepili Wookieem na Kashyyyku, tyle tylko że bardziej skomplikowany. Takie czipy nie tylko uniemożliwiają pewne zachowanie – wymuszają inne, złe.

Zmieniły jeńców w zabójców. Zmusiły dobrych ludzi do robienia złych rzeczy.

– Ja też tam byłem – dodaje cicho Temmin. – Widziałem, co zrobił tata. – W myśli dopowiada zaś: „Próbował się zabić”. Tuż po tym, jak spróbował zabić jego, Temmina. Tak naprawdę, gdyby Tem nie interweniował, jego ojciec zrobiłby to, co zamierzał. Czy zmusił go do tego czip? Czy tata starał się po prostu mu oprzeć?

– Nie chcę stracić i ciebie – mówi Norra.

– Nie stracisz – zapewnia ją. – Obiecuję. Pozwól mi wziąć w tym udział.

– Ja… – zaczyna Norra, jednak urywa w pół słowa. Zamiast dokończyć myśl, prostuje się w fotelu pilota i kręci głową. – Jesteśmy. To Jakku. Wychodzimy z nadprzestrzeni. Gotów?

– Mamo…

– Nie teraz, Tem. Później. W porządku?

– Tak. Jasne. Nieważne. Wychodzimy z nadprzestrzeni na… trzy…

– Dwa – odlicza Norra.

– Jeden.

Skaczą.

I wtedy wszystko zaczyna iść nie tak.

Rozdział czwarty

Gdy tylko „Ćma” wyskakuje z nadprzestrzeni, na pokładzie rozdzwaniają się sygnały alarmowe; sterownię zalewa czerwone, pulsujące światło, syreny wyją, a ekrany zaczynają ostrzegawczo rozbłyskiwać. Jednak Norra nie potrzebuje wyświetlaczy, żeby wiedzieć, co jest nie tak: nie ma szans, by przeoczyli kabałę, w jaką się właśnie wpakowali.

Po wydarzeniach na Chandrili Imperium zniknęło, zapadło się pod ziemię. Zupełnie jakby jednego dnia istniało, a drugiego wszelki ślad po nim zaginął.

Wszystko wskazuje jednak na to, że nie do końca.

Imperium najwyraźniej zaszyło się właśnie tutaj.

„O, nie… O co tu chodzi? To niemożliwe…”.

Wzrok Norry podąża przez przestrzeń kosmiczną ku jałowej powierzchni planety Jakku. Wisi nad nią co najmniej kilkanaście gwiezdnych niszczycieli, zaś nieco dalej majaczy potężny klin superniszczyciela typu Executor. Kolejne alarmy ostrzegają, że systemy imperialnej broni aktywują się i biorą ich na cel. Co gorsza, czujniki „Ćmy” wykrywają nowe jednostki: myśliwce TIE. Cały ich rój nadlatuje szybko, kierując się prosto na nich.

Jak przez mgłę do Norry docierają okrzyki Temmina i niespokojne pytania Sinjira, który chce się dowiedzieć, o co chodzi. Jednak ona ani przez chwilę się nie waha: stąpa po linie i nie może sobie pozwolić na żaden fałszywy krok wynikający z niezdecydowania.

Nie ma czasu na pytania. Nie ma czasu na niepewność.

Błyskawicznie i bez reszty skupia się na konsoli, wklepując współrzędne, które zabiorą „Ćmę” i jej załogę z powrotem na Chandrilę. Podczas gdy jej palce najszybciej, jak potrafią, tańczą nad klawiaturą, Norra krzyczy do syna:

– Zabierz nas stąd, jak najdalej od nich! Skok w nadprzestrzeń za dwie minuty!

A potem rozpina uprząż i wstaje z fotela.

– Dokąd idziesz?! – woła za nią Temmin, jednak Norra nie ma czasu na wyjaśnienia.

Zresztą jej odpowiedź i tak by mu się nie spodobała.

Myśliwce TIE są szybkie. Pędzą wprost na nich w zwartym szyku, aby za chwilę otoczyć „Ćmę” pierścieniem; frachtowiec kołysze się gwałtownie, zasypywany salwami z laserowych działek, które rozbijają się o przednie pola. Temmin krzyczy coś i popycha drążek sterowniczy do oporu. Statek mknie ku planecie, naprzód, szybko, podczas gdy Temowi w głowie pulsuje tylko jedna myśl: „Unik! Unik! Unik!”.

Mrok wokół MK-4 przecinają rozbłyski laserowego światła. Statek trzęsie się i grzechocze niczym kopnięta puszka, gdy Temmin wprowadza go w korkociąg, aby za chwilę skierować go z dala od planety i od floty.

„Imperialna flota tu jest! – jęczy w duchu pełen niedowierzania. − Cała. Cholerna. Imperialna. Flota!”.

Nie jest na to gotów. Nagle niedawne pragnienie, by znaleźć się w samym środku wartkiej akcji, wydaje mu się głupią dziecięcą zachcianką: jak marzenie o przygodzie, która okazuje się znacznie niebezpieczniejsza, niż sobie wyobrażał. Temmin nie chce być duży, nie chce dorosnąć, a już z całą pewnością nie ma ochoty znaleźć się na pokładzie samotnego statku, osaczonego przez wcale nie tak niepozorną, jak mogłoby się zdawać, flotę szczątków Imperium.

Ktoś uderza dłonią w oparcie jego fotela; w uszach dzwoni mu okrzyk Sinjira:

– Co tu się, do jasnej cholery, wyprawia? Gdzie jesteśmy? Gdzie Norra?

– Nie wiem! – Temmin gryzie się w policzek, desperacko starając się nakierować frachtowiec dziobem ku wolnej przestrzeni… jednak imperialne statki są wszędzie. Wszędzie! Tak wiele statków! Kosmiczną próżnię wypełniają myśliwce TIE. Gwiezdne niszczyciele otaczają ich niczym ostre kły w zamykającej się szybko paszczęce. Światełka czujników zaczynają migotać szybciej, a ekrany zgłaszają coraz bardziej ponuro brzmiące komunikaty. Superniszczyciel właśnie wystrzelił w ich stronę trzy torpedy. „Nie zdołam ich zgubić – myśli gorączkowo Tem. − Nie jestem aż tak dobry. Nie jestem jeszcze gotów…!”. W kierunku Sinjira krzyczy zaś: – Potrzebny mi strzelec! Siadaj i zrób użytek z działek!

Sinjir wskakuje niezgrabnie za stery, opadając na fotel jak worek połamanych patyków, i gapi się na kontrolki, jakby patrzył na instrukcję obsługi spisaną odciskami szponów Wookieech.

– Nie wiem, jak się to obsługuje!

– Witaj w klubie! – odwarkuje Tem i woła Norrę: – Mamo? Mamo! Gdzie ona polazła?! Co się dzieje?

Nad jego głową zaczynają pobłyskiwać lampki: na żółto, potem na zielono.

To sygnał: aktywowano właśnie jedną z kapsuł ratunkowych.

O, nie…

Znowu to zrobiła…!

Jas słyszy wyraźnie: szczęk i klekot zdejmowanego ze stojaka w korytarzu karabinu blasterowego; gdy zwraca się w stronę źródła dźwięku, widzi mijającą ją pospiesznie Norrę. Z karabinem w dłoni i skórzaną torbą przewieszoną przez ramię.

– Co się dzieje? – pyta ją Jas w tej samej chwili, gdy statek obrywa, a wstrząs posyła ją wprost na gródź. Jej ramię przeszywa błyskawica bólu, jednak nie zwraca na nią uwagi, spiesząc w ślad za Norrą.

– Imperium – wyjaśnia krótko pilotka. – Są tu.

– Kto? Sloane?

– Najwyraźniej wszyscy.

Norra kopie czubkiem buta w metalowy przycisk i drzwi rozsuwają się pośród kłębów pary. Drzwi prowadzące do jednej z kapsuł ratunkowych.

– Co robisz? – pyta ją Jas. – Chyba nie porzucamy statku! Ewakuujemy się? Norro, zaczekaj…

Norra jednak jakby jej nie dosłyszała; ignorując jej pytania, przypina się do fotela w kapsule.

– Dopilnuj, by byli bezpieczni. Szczególnie Temmin. Zadbaj o to, proszę.

Norra odlatuje. Nie trzeba być agentem wywiadu, żeby to stwierdzić. Brzemię obowiązków i presja dały się jej tak bardzo we znaki, że się załamała. Postanowiła ich porzucić i odlecieć, sama. Jak wolny strzelec zostawia wszystko za sobą.

„Zupełnie jak ty” – szepcze Jas do ucha jakiś cichy głosik.

Emari świetnie sobie radzi, takie życie jej pasuje. Jednak Norra – o, Norrę to z dużą dozą prawdopodobieństwa zabije.

Właz kapsuły zaczyna się już zamykać, jednak Jas uderza w przycisk dłonią i drzwi ponownie się rozsuwają. Znowu oberwali i pod wpływem wstrząsu zabracka łowczyni wpada do kapsuły, uderzając całym ciałem w przyjaciółkę. W plątaninie kończyn pilotka syczy, wrażając jej łokieć pod żebra:

– Wynocha! Wracaj na pokład! To rozkaz!

– Nie jesteś moją matką! – cedzi Jas.

– Ale jestem twoją dowódczynią! Czy kim tam…

Jas niezdarnie sięga do uprzęży Norry i szarpie ją, próbując rozpiąć pasy. Zamierza wyciągnąć ją z kapsuły – za cokolwiek, co zdoła złapać: za szyję, uszy, kostkę, wszystko jedno.

Jest jednak pewien problem: Norra okazuje się silniejsza, niż Jas sądziła. Jest szczupła, żylasta i najwyraźniej nie należy do osób, które mają w zwyczaju obrastać w tłuszczyk w wygodnym fotelu pilota. Jej ciało jest twarde jak skała, nie do ruszenia z miejsca. Co gorsza, Norra Wexley się broni: celnie wpycha kolano w żołądek Jas.

Norra zaciska zęby i Jas widzi w jej oczach determinację, zaciekłą niezłomność.

– Zamierzam tam lecieć. I znaleźć Sloane – cedzi kobieta. – Możesz albo wyjść z tej kapsuły po dobroci, albo zostać i zabrać się ze mną na przejażdżkę.

Jas nie musi się zastanawiać. Nie ma nad czym deliberować. Bez wahania wyciąga rękę i uderza w czerwony przycisk po prawej stronie drzwi.

– Lecę z tobą, Norro.

Światła przygasają. Właz zaczyna się zamykać. Kapsuła opuszcza gniazdo na pokładzie „Ćmy” i wystrzeliwuje w przestrzeń kosmiczną, niosąc je przez chaos walki ku powierzchni planety.

„Znów mnie zostawiła. Znów postanowiła działać na własną rękę i tym razem ją to zabije”. Temmin stara się wyplątać z uprzęży i wstać z fotela, chociaż widzi, że komputer nadprzestrzenny niezmordowanie mieli parametry ścieżki nawigacyjnej, cyfra po cyfrze, podczas gdy trzy torpedy z każdą sekundą docierają bliżej, wciąż bliżej.

Światełko nad głową Tema czerwienieje.

Kapsuła została wystrzelona.

Widzi to na ekranach: rozmyty, nikły ślad. Łatwą do przeoczenia smugę na wyświetlaczu zalanym falą czerwieni. Z gardła wydziera mu się nieartykułowany jęk.

– Siadaj! – powarkuje Sinjir. – Zaraz skaczemy!

Rozwścieczony Temmin sięga do kontrolek nawigacji nadprzestrzennej, zdeterminowany ją wyłączyć… jednak ta jest zablokowana. Szlag!

„Niech cię szlag, mamo!”.

Zrobiła to celowo, a on nie zna kodu zwalniającego blokadę. Zaraz… Do głowy przychodzi mu pewien pomysł. Jest jeszcze druga kapsuła. Gdyby zdołał do niej dotrzeć na czas, gdyby szybko do niej dobiegł i ją odpalił…

Ale Sinjir nie zdoła pilotować statku. Ani Bones.

Każda komórka w jego ciele aż rwie się do opuszczenia statku i wyruszenia w ślad za matką, jednak trzeźwy, skupiony do granic umysł wie, że to niemożliwe. Ktoś musi ich zabrać z powrotem na Chandrilę. Ktoś musi powiedzieć o tym Lei. Imperium tu jest…

Temmin uderza dłonią w oparcie fotela i wślizguje się z powrotem na swoje miejsce. Jedną ręką chwyta za drążek sterowniczy, a drugą podnosi do ust komunikator, krzycząc do mikrofonu:

– Bones! Czy zdołasz dotrzeć do drugiej kapsuły?

Z głośnika dobiega zniekształcony głos droida:

– Rozkaz-rozkaz, panie Temminie!

– Leć! Szybko! Zapewnię nam nieco czasu… – przynagla go Tem. Sinjir łypie na niego spode łba, jednak chłopiec nie zwraca na niego uwagi. – Wsiadaj do kapsuły i kieruj się na Jakku – instruuje gorączkowo droida. – Znajdź mamę. Chroń ją. Za wszelką cenę!

– Rozkaz-rozkaz! Nikt nie waży się jej skrzywdzić, inaczej zostanie zmieniony w śliczną krwawą mgiełkę!

– Leć!

Temmin zaciska zęby tak mocno, że jest pewien, iż lada chwila popękają. Zawija frachtowcem, prowadząc go zakosami, podczas gdy jego strzelec, były imperialny oficer, bez większego powodzenia stara się strzelać do kluczących wokół myśliwców. Do chóru alarmów dołączają nowe sygnały, rozbrzmiewające w coraz szybszym tempie, w miarę jak torpedy docierają coraz bliżej: skwierczące strzały złowrogiej błękitnej energii, która lada chwila może przepołowić kadłub „Ćmy”.

„Jednak tak się nie stanie, jeśli tylko dam z siebie wszystko” – myśli Temmin, popatrując na światełka nad głową.

Nadal nic. Nadal ciemno.

Jedna z torped jest już tuż-tuż, nadlatując od strony rufy.

– Trzymajcie się! – krzyczy Temmin i wprowadza statek ostrym szarpnięciem w odwróconą beczkę, podrywając go do góry i opuszczając gwałtownie w pętlę wywracającą żołądek na lewą stronę. Torpeda mija ich, nie robiąc im najmniejszej krzywdy, a potem znika z ekranów, zabierając ze sobą jednego z myśliwców TIE. Jedna mniej, jednak dwie kolejne szybko się zbliżają; Temmin widzi je, mkną przez przestrzeń niczym drapieżniki, które obrały sobie „Ćmę” za cel: świetlisty, zimny błękit przeszywający mrok niczym oczy przerażającej, mściwej, żądnej śmierci istoty…

Światełko nad jego głową rozbłyskuje żółcią, która przechodzi w zieleń.

„Szybko, Bones, szybko!”.

Sinjir maltretuje działka „Ćmy”, starając się trafić z nich pozostałe torpedy – bezskutecznie. Były imperialny oficer krzywi się i wydaje z siebie okrzyk bezgranicznej frustracji.

Światełko czerwienieje.

Kapsuła została wystrzelona.

Temmin skacze w nadprzestrzeń – w tej samej chwili, w której torpedy przeszywają punkt, w którym jeszcze przed chwilą wisiała „Ćma”.

Rozdział piąty

Gdzieś z tyłu czaszki Norry pulsuje rytmiczny dźwięk: nikłe miarowe brzęczenie. Pod powiekami rozbłyskują w czerni urywki wspomnień, niczym klatki wyświetlanego w ciemnym pokoju filmu: jej but trafiający w przycisk; wstrząs i szarpnięcie, gdy kapsuła została uwolniona z gniazda w burcie frachtowca; uczucie bezwładności, gdy wystrzeliła w kosmos…

A potem światło. Atmosfera. Żar. Kapsuła trzęsąca się niczym zabawka w dłoniach rozzłoszczonego dziecka. Wydaje się, że lada chwila wszystko wokół się rozpadnie. Czerń błękitnieje. Noc zmienia się w dzień. Bezwładność znika, zastąpiona uczuciem spadania: niekontrolowanego lotu w dół, w dół… Ktoś krzyczy. Norra czuje na gardle czyjś łokieć. Czyjeś kolano uwiera ją pod pachą…

Nagłe szarpnięcie repulsorów odrzutowych i silne wibracje, a potem znów wstrząs, towarzyszący otwarciu dwóch spadochronowych czasz.

Za późno. Zbyt szybko.

Łup!

Mrok. Cisza. Norra ma wrażenie, że te wszystkie wspomnienia lada chwila przytłoczą ją, złamią…

Zaczerpuje gwałtownie tchu i sięga do zasuwy, a potem pociąga dźwignię ciężkiego mechanizmu zapadki w dół. Właz odskakuje gwałtownie i pokrywa z głuchym łupnięciem opada na piasek.

Norrę oślepia blask odbity od piasków Jakku. Wszystko płonie w migotliwej, rozedrganej chmurze żaru. Jej dłonie natrafiają na twardą skałę i ustępujący pod naporem palców piach. Trzewia skręca jej nagła fala mdłości i nim się spostrzega, zwraca tę odrobinę jedzenia, którą dziś w siebie wmusiła.

Pod przymkniętymi powiekami znów przesuwają się wspomnienia: labirynty rur wewnątrz wskrzeszonej Gwiazdy Śmierci, bitwa nad Akivą, podczas gdy ściga Sloane w skradzionym myśliwcu TIE, szok na widok własnego męża celującego z blastera do kanclerz Mon Mothmy…

Otwiera znów oczy i widzi własne wymiociny.

Świat, który rozciąga się przed jej oczami, jest jaskrawym przeciwieństwem wilgotnej, tętniącej życiem Akivy: martwy i suchy. Jedyną ich wspólną cechą jest upał, jednak tu przypomina raczej żar wewnątrz pieca: w mgnieniu oka wysusza on wszystko na wiór. Spieka na skwarkę. Norra kaszle. Z gardła wydziera jej się okrzyk rozpaczy. „Jestem sama” – myśli z desperacją.

Chwileczkę… Nie.

Nie sama.

Jas!

Przetacza się na plecy i widzi kapsułę, która krzywo zaryła w wydmę. Właz stoi otworem, z klapą wyrwaną z montażu, a w nim, wsparta kończynami o framugę, słania się na nogach Jas Emari. Spomiędzy jej szczątkowych rogów ścieka strużka krwi, ma rozciętą wargę, a obnażone w gniewnym grymasie zęby pokrywają czerwone plamy.

Norra zaczyna coś mówić – próbuje wykrztusić jakieś nieporadne powitanie, nieskładne zapewnienia o tym, jak bardzo się cieszy, że Jas nic nie jest, jednak łowczyni nagród odpowiada na jej bełkotliwe wysiłki bez ceregieli: podchodzi do niej, podrywa ją z ziemi i ciska z całej siły o bok kapsuły. Dość mocno, by Norra zobaczyła przed oczami gwiazdy – i na tyle gwałtownie, że kapsuła odtacza się nieco na bok, wzbijając w powietrze chmurę pyłu i skalnych okruchów.

– Dlaczego? – pyta z wyrzutem Jas. Głos ma schrypnięty i szorstki jak papier ścierny.

– Zaatakowano nas… Imperium… Nie było czasu – zaczyna się jąkać Norra.

– Nie było czasu! – powtarza za nią Jas, a potem jeszcze raz i znowu, dopóki jej słowa nie toną w fali bełkotliwego śmiechu. – Nie było czasu! Nie było czasu. W kółko to powtarzasz, Norro Wexley. Jak jakiś pieprzony przedrzeźniacz! Nie ma czasu, skwiirk! Nie ma czasu! Ja też nie miałam czasu. Nie miałam czasu zabrać strzelby. Ani quadrolornetki. Ani nawet cholernego proteinowego batonika! Nie było czasu na nic poza zapakowaniem się z tobą do kapsuły ratunkowej i wystrzeleniem jej na planetę – tę planetę! Martwe miejsce, o którym nie wiemy kompletnie nic! – Bierze zamach i uderza pięścią w burtę kapsuły, która wydaje z siebie głuche szczęknięcie, a potem łowczyni nagród bezwładnie opada całym ciałem na metalową ścianę; wspiera czoło o burtę, a podbródek na ramieniu Norry.

Bojowy nastrój ją opuścił. Norra odsuwa ją od siebie.

– Nie jest mi wcale przykro z tego powodu – mówi.

– Oczywiście, że nie.

– Przykro mi tylko, że się w to wpakowałaś.

Jas wzdycha.

– Oszczędź sobie swoich nieszczerych przeprosin i zostaw je na chwilę, gdy zdechnę pośród tych gorących piasków.

– Dzień Wyzwolenia – mówi Norra łamiącym się głosem. – Mój mąż… Walczyłam ze Sloane i… muszę to zrobić.

– Jasne – mamrocze Jas. – A więc do dzieła. Od czego zaczniemy?

– Zostałaś ranna. – Norra sięga do twarzy przyjaciółki, a gdy cofa palce, jest na nich krew. – Podczas lądowania…

– Nic mi nie będzie.

– W kapsule jest zestaw pierwszej pomocy. Medpakiet. Mogę…

Jas odsuwa się od niej, a gdy się odzywa, jej głos brzmi surowo, jak u krnąbrnego dziecka, sprzeciwiającego się rodzicowi:

– Nic mi nie będzie.

Dokładnie tak, jak powiedziałby w tej sytuacji Temmin… Myśli Norry nieuchronnie wędrują ku synowi. „Mam nadzieję, że mu się udało… – wzdycha w duchu pilotka, a potem dociera do niej: − Znów odeszłam i go porzuciłam, prawda?”.

Wyciąga szyję i patrzy w niebo. Tam, wysoko, pośród przestworu błękitu, majaczą sylwetki wiszących na orbicie gwiezdnych niszczycieli – półprzejrzyste, jakby nierealne. Jakby były zwidami albo flotą mściwych statków widm, które przybyły tu, by wywrzeć swoją zemstę.

– Wygląda na to, że znaleźliśmy Imperium – stwierdza Jas, zlizując z warg krew i krzywiąc się.

– Ale… dlaczego tu? Co oni tu robią?

– Nie mam pojęcia. Może się ukrywają? Jesteśmy dość daleko od tego, co można by uznać za cywilizację. Z dala od szlaków handlowych czy znanych światów. W pobliżu granicy Nieznanych Regionów. Może przybyli tu, by lizać rany, licząc na to, że Nowa Republika ich nie znajdzie…?

– Cóż, właśnie ich znalazła.

„To znaczy, jeśli Temminowi udało się uciec…” – dodaje w myślach.

– Jaki jest plan, szefowo? – Jas wyrzuca ręce nad głowę. – Pytam jeszcze raz: od czego zaczniemy?

– Słucham?

– Wybrałaś się tutaj przekonana, że przyjdzie ci działać samotnie, ale teraz masz mnie. To ty dowodzisz naszą małą ekspedycją. Masz jakiś plan?

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział szósty

Darmowy fragment

Rozdział siódmy

Darmowy fragment

Rozdział ósmy

Darmowy fragment

Rozdział dziewiąty

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział dziesiąty

Darmowy fragment

Rozdział jedenasty

Darmowy fragment

Część druga

Darmowy fragment

Rozdział dwunasty

Darmowy fragment

Rozdział trzynasty

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział czternasty

Darmowy fragment

Rozdział piętnasty

Darmowy fragment

Rozdział szesnasty

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział siedemnasty

Darmowy fragment

Część trzecia

Darmowy fragment

Rozdział osiemnasty

Darmowy fragment

Rozdział dziewiętnasty

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty pierwszy

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty drugi

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty trzeci

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty czwarty

Darmowy fragment

Część czwarta

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty piąty

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty szósty

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty siódmy

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty ósmy

Darmowy fragment

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty pierwszy

Darmowy fragment

Część piąta

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty drugi

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty trzeci

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty czwarty

Darmowy fragment

Interludium

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty piąty

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty szósty

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty siódmy

Darmowy fragment

Rozdział trzydziesty ósmy

Darmowy fragment

Epilog

Darmowy fragment

Podziękowania

Darmowy fragment

O Autorze

Darmowy fragment

Redaktor inicjujący: Katarzyna Gąsińska

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzeszkowska

Przekład: Anna Hikiert

Konsultacja merytoryczna: Jacek Drewnowski

Redakcja: Magdalena Adamska

Korekta: Julia Michalska, Maria Żbikowska

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

al. 3 Maja 12, 00-391 Warszawa

Tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4770-9

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Star Wars. Koniec i początek. Kres Imperium Star Wars. Koniec i początek. Tom 2. Dług życia Star Wars. Koniec i początek Drozdy. Posłaniec śmierci Drozdy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona