Na kogo wypadnie, na tego śmierć

Na kogo wypadnie, na tego śmierć

Autorzy: Liselotte Roll

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 424

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 23.99 zł

Nad jeziorem Valsjön policja odnajduje zwłoki młodego mężczyzny. W pobliskim lesie natrafia zaś na błąkającego się Andersa Levandera, który znajduje się w szoku. Gdy Linn Kalo, terapeutka i żona inspektora Magnusa Kalo, próbuje z nim rozmawiać, mężczyzna staje się agresywny. Kilka dni później zostaje zamordowany. Magnus Kalo odkrywa, że członkowie rodziny Levander od miesięcy po kolei znikają bez śladu.

Na kogo wypadnie, na tego śmierć to druga książka z serii o Magnusie i Linn Kalo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PROLOG

Poniedziałek 30 kwietnia

Wtorek 1 maja

Środa 2 maja

Czwartek 3 maja

Piątek 4 maja

Sobota 5 maja

Niedziela 6 maja

Poniedziałek 7 maja

Wtorek 8 maja

Czwartek 10 maja

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

OLE DOLE DÖD

Redakcja językowa:

Robert Sudół

Projekt okładki:

JCR SOLUTIONS Pola & Daniel Rusilowicz

Zdjęcie na okładce:

© Yuriy Mazur / Shutterstock

Korekta:

Beata Wójcik

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Głodowska

Text by © Liselotte Roll and Alfabeta Förlag 2014

Published by arrangement with agentur literature Gudrun Hebel, Germany

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-432-2

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Lo Rolla

1939–2013

Co byś zrobił, gdybym cię poprosiła, żebyś zdradził swoją największą tajemnicę, coś, o czym nikt nie wie? Byłby to nasz mały sekret, tylko twój i mój. Zbliżyłby nas do siebie jak nic innego na świecie. Tak mówiła. A on nie potrafił się oprzeć. Tak bardzo pragnął to komuś powiedzieć.

PROLOG

Pierwsze ptaki zaczęły spadać tuż po północy. Na początku tylko kilka, lądowały na ziemi jak piórka, potem coraz więcej. Ich ciemne sylwetki wyglądały w nocy jak cienie. Wkrótce na szutrowej drodze leżało ich ze dwadzieścia. Stanowiły osobliwy kontrast dla okalających drogę, kwitnących na biało krzaków tarniny. Choć jeszcze przed chwilą ptaki leciały na łeb na szyję ku śmierci, to teraz większość leżała jak w spokojnym śnie, ze starannie złożonymi skrzydłami.

Mężczyzna stojący pośrodku drogi wyglądał jak posąg. Ledwo go było widać w słabym świetle księżyca. Gdyby go ktoś teraz obserwował, zobaczyłby, że zasłania dłonią usta, żeby nie krzyczeć, ale był sam, a jedynym odgłosem, który dało się usłyszeć, był szum wiosennego wiatru wprawiającego w drżenie listki.

Powoli wzniósł oczy do nieba. Pomyślał, że wyglądały jak liście w piękny jesienny dzień. Tyle że to nie były liście, a jesień już pewnie nigdy nie nadejdzie, nie mówiąc o innych porach roku. Przynajmniej nie dla niego, zwłaszcza po tym, co zrobił. Przestał być człowiekiem. Wszystko, co stanowiło o jego człowieczeństwie, właśnie prysło. Zakrwawiona siekiera wypadła z odrętwiałej dłoni.

Wybuchy fajerwerków mieszały się z dalekim śpiewem chóru. Witaj, cudny maju.

Poniedziałek 30 kwietnia

1

Oni umrą, on umrze, wszyscy umrą i nic na to nie można poradzić.

Friedrich Steuer spoglądał z ukosa na kobietę stojącą obok niego w kolejce. Położyła torebkę na taśmie, wyjęła z niej komórkę i klucze i włożyła je do szarego plastikowego pojemnika. W pewnej chwili odwróciła do niego opaloną twarz, uśmiechnęła się, a potem przeszła przez bramkę i zaczęła wyciągać swoje rzeczy z pojemnika. Serce biło mu jak oszalałe, jak u śmiertelnie wystraszonego zająca. Teraz jego kolej. Miał nadzieję, że sprawia wrażenie człowieka nonszalanckiego, ostentacyjnie żuł gumę. Najbardziej na świecie chciałby uniknąć pytań, które mogłyby go wytrącić z równowagi.

– Ma pan przy sobie jakieś ostre przedmioty? Płyny?

Rudowłosy funkcjonariusz bezpieczeństwa patrzył na niego z wyraźnym znudzeniem.

– Nie, nic.

Bo faktycznie nic nie miał, wszystko było już w Szwecji. Był tylko ramieniem śmierci, niechętnym narzędziem, którego nie da się wykryć prymitywnym urządzeniem rentgenowskim. Mogliby porozcinać jego walizkę na kawałki, a i tak znaleźliby tylko slipki i podkoszulki.

– Na pewno?

– Na pewno. – Friedrich nie przestawał żuć gumy, skupiony na jej miętowym smaku, żeby nie zdradziło go spojrzenie. Plan nie przewidywał porażki. Odsunął na bok myśli o żonie i synu, Catherine i Saschy.

– Wybiera się pan na urlop?

– Tak, w odwiedziny do przyjaciół.

Rudowłosy mężczyzna po drugiej stronie stołu spokojnie wyprostował plecy i podał mu paszport.

– W takim razie przyjemnej podróży – powiedział.

Friedrich Steuer wiedział, że to nie będzie przyjemna podróż, nic nie było łatwe i przyjemne od dnia, gdy wszedł do kafejki internetowej w Kolonii. Jak to możliwe, że okazał się takim idiotą? Takim naiwnym pajacem? Odpowiedź była prosta. To przez trawiące go pragnienie, potrzebę potwierdzenia, a gdy już zaczął, to nie mógł przestać wchodzić na tę stronę. Niewinna rozmowa na czacie z dziewczyną ze Szwecji bardzo szybko przekształciła się w koszmar. Ciągle jeszcze pamięta pierwsze słowa, które pojawiły się na ekranie. „Jesteś przystojny?”

Odpowiedział oczywiście, że tak, choć miał świadomość, że niewielu by się z nim zgodziło. Jego kanciasta twarz nie była ani przyjemna, ani przyciągająca ludzi. Opadające kąciki ust i zapadnięte policzki sprawiały, że wydawała się dłuższa, niż była. Na pierwszy rzut oka mógł uchodzić za twardziela. Dopiero uważne spojrzenie w głąb wąskich oczu pozwalało dojrzeć strach przed krytyką i odrzuceniem. Nikt jednak nie znał powodów, nawet Catherine czy Sascha. Wszystkie jego tajemnice poznała tylko ta Szwedka ze strony internetowej. Była tak daleko, obcy, anonimowy głos z innego świata, jakby ją sobie wymyślił. Nigdy by nie przypuszczał, że stanie się kiedyś tak realna.

Wcisnął bagaż podręczny do schowka nad fotelem i usiadł na swoim miejscu. Na szczęście tylko połowa miejsc w samolocie była wypełniona, więc liczył na to, że uda mu się uniknąć pustej gadki z sąsiadem podczas lotu.

Musiałaby to zresztą być rozmowa w oparach absurdu. – Hm, nazywam się Friedrich Steuer i lecę do Szwecji, żeby zabić kilku… nie, właściwie to nawet nie wiem, kim ci ludzie są…

Zastanawiał się, czy zostawić list pożegnalny do Catherine, bądź co bądź żyli razem przez dwanaście lat, ale nie miał pojęcia, co mógłby napisać.

I tak by mu nie wybaczyła. Nigdy w życiu.

2

Catherine Steuer otworzyła drzwi domu z czerwonej cegły przy Bussardweg w Kolonii i wyjrzała na ulicę. Była to jej jedenasta próba, ale tym razem miała pewność, że słyszała kroki. Wpatrywała się w mrok przymrużonymi oczami, ale nie mogła zobaczyć całej ulicy.

Teraz, gdy wszyscy sąsiedzi już spali, maleńkie ogródki przy domach były żałośnie wymarłe. Po niskim murku spacerował nonszalancko czarny kot, którego łapy zręcznie wybierały drogę po czarnych cegłach. Catherine nie słyszała, kiedy miękkie poduszki dotknęły ziemi, choć z całych sił wsłuchiwała się w noc. Było tak cicho, że aż nierealnie.

Friedrich zaginął, a ona miotała się pomiędzy niepokojem a złością. Zgłosiła jego zaginięcie dokładnie o dziesiątej. Czyli dziewięć godzin po tym, jak zjedli razem lunch w stołówce w pracy.

Wtedy nie zauważyła nic niezwykłego. Może był jeszcze bardziej oschły niż zwykle. Ale przecież zawsze był milczący i zamknięty w sobie. Gdy patrzył na nią, w jego oczach rzadko pojawiał się błysk zainteresowana, zawsze chodziło o seks. Rzeczywiście był świetny w łóżku, najlepszy ze wszystkich, których miała, a było ich wielu.

Jego powściągliwość ją podniecała. Chciała go złamać, doprowadzić do dzikiej, bezgranicznej ekstazy, ale zazwyczaj sama w nią wpadała.

Pomyślała, że to dziwne, że w takiej chwili przychodzą jej na myśl tak mało istotne sprawy. Przecież to kryzys, prawdziwa katastrofa.

Otuliła się ciaśniej różową koszulą nocną i uparcie wpatrywała w noc.

Nie potrafiła sobie wyobrazić, że odszedł od niej dobrowolnie. Zawsze widział w niej trofeum, czemu nawet się nie dziwiła, patrząc na siebie w lustrze. Zalotne dołeczki w policzkach, kręcone brązowe włosy i idealna figura czyniły z niej obiekt westchnień wielu mężczyzn. Poza tym Friedrich był starszy o dziesięć lat, niespecjalnie przystojny i pozbawiony talentów towarzyskich. Był jednak inteligentny. Jej ojciec zasugerował kiedyś, że Friedrich ją musztruje, ale ona tego tak nie odbierała. Miała do niego zaufanie, wierzyła, że jest od niej mądrzejszy, i dlatego robiła to, co jej powiedział.

W oknie domu stojącego trochę dalej przy ulicy zapaliło się światło, więc wróciła do siebie i zamknęła drzwi.

W holu paliły się wszystkie lampy, a brązowa dębowa boazeria zlewała się z dębową podłogą w tym samym kolorze. Zamierzali zrobić remont, ale jakoś się nie składało. Teraz to już bez znaczenia, bo i tak nikt nigdy do nich nie przychodził. Dawniej uwielbiała imprezy, na których zwykle kroczyła dumnie, otoczona orszakiem mężczyzn. Teraz byli tylko ona i on. A może tylko ona?

Zaczęła przygryzać skórki przy paznokciach.

Jak mógł ją zostawić bez słowa?

A co jeśli, mimo wszystko, znalazł jakąś inną? Kogoś, komu udało się wśliznąć pod tę bezbarwną fasadę, którą pokazywał światu?

Tam było prawdziwe niebo, to pewne, poczuła ucisk w żołądku na myśl, że komuś innemu udało się wydobyć na światło dzienne to, czego ona szukała już od ponad dekady.

Weszła do kuchni i pochyliła się nad zlewem. Uderzył ją odór ryby. Brudne naczynia stały w zlewie, więc zaczęła niezdarnie, jakby we śnie, wkładać je do zmywarki. Poczuła przypływ mdłości.

Na szczęście Sascha miał wrócić od jej rodziców dopiero za kilka dni. Oby Friedrich już był wtedy w domu. Bo inaczej co powie synkowi? Niespełna dziesięciolatek uwielbiał swojego ojca. Oczekiwałby odpowiedzi, a ona nie potrafiłaby powiedzieć nic ponadto, że Friedrich poszedł na lunch, potem powiedział, że musi coś kupić, wyszedł i więcej się nie pokazał. To bez sensu.

Wtorek 1 maja

3

Porozrzucane fragmenty zwłok i martwe ptaki wyglądały makabrycznie.

Inspektor Magnus Kalo przykucnął, a jego cielesną powłoką wstrząsnął dreszcz obrzydzenia. Widok był koszmarny, ale policjant nie mógł oderwać wzroku od nieruchomych dwudziestu czarnych ptaków leżących na ziemi. Wyglądały tak spokojne, tak naturalnie, jakby w każdym momencie miały się obudzić i pofrunąć dalej. Właśnie minęła ósma. Popatrzył dalej na ciągnącą się przed nim szutrówkę.

Trzeba było podejść aż tu, żeby zobaczyć fragmenty ludzkich zwłok, głowę, która jakby dotoczyła się na skraj drogi, i zmasakrowane ciało częściowo przykryte przez krzaki w rowie.

Teoretycznie był przygotowany na najgorszą makabrę, a mimo to poczuł potężny ucisk w dołku.

Kawałek dalej na skraju drogi stał samochód strawiony przez ogień, a smród spalonej gumy przesycił chłodne i wilgotne powietrze wiosennego poranka. Czarny wrak wydawał się większy na tle młodziutkiej zieleni.

Co za kontrast. Ten bestialski czyn nie pasował do ciszy lasu i wiosennego świergotu ptaków.

Magnus odwrócił wzrok, spojrzał w stronę wody widocznej między drzewami. Była tam piękna plaża, szkoda tylko, że taka mała, bo dwie rodziny jednocześnie oznaczały już ciasnotę. Kępy trzcin dobrze chroniły przed wiatrem, tak jak wtedy, gdy wybrali się tutaj na piknik z grillem, on, Linn i dziewczynki, mniej więcej przed rokiem, niedługo po tym, jak przeprowadzili się do Åkersbergi.

Podniósł się powoli, przełamując opór zesztywniałych nóg. Przeszedł kilka kroków drogą, z ręką podniesioną do czoła, żeby osłonić oczy od słońca. Z tej wysokości widział prawie całe jezioro, otoczone ze wszystkich stron lasem, na tyle małe, że dobry pływak bez problemu mógł przepłynąć wpław na drugą stronę. W kilku miejscach spomiędzy świerków dyskretnie prześwitywał zarys jakiegoś domu, ale na tym kończyły się oznaki cywilizacji.

Znowu odwrócił się w stronę śladów zbrodni. Jeszcze wczoraj panowała tu idylla, teraz miejsce zostało zbrukane. Wkrótce teren zapełni się technikami kryminalistyki i innymi policjantami. A jezioro Valsjö już nigdy nie będzie takie samo, przynajmniej dla niego.

Magnus podszedł do głowy leżącej na skraju drogi. Pochylił się. Nie dało się stwierdzić, czy należała do mężczyzny, czy kobiety, za to insekty widać było bardzo wyraźnie. Małe kropki poruszające się pracowicie po kałużach zastygłej krwi. Był pewien, że zaczęły już składać jaja.

Słyszał dalekie nawoływania miejscowych policjantów, stojących na drodze asfaltowej kilkaset metrów stąd. Chyba postanowili odjechać z powrotem na komisariat w Åkersberdze.

Magnus ocenił, że fachowo oddzielili to miejsce taśmą,, a potem znowu popatrzył na głowę.

Cała ta sytuacja była nadzwyczaj nieprzyjemna, zaczął się nawet zastanawiać, czy znowu poczuje ten skurcz w ręce, który go od jakiegoś czasu prześladuje. Nie wiadomo, dlaczego pojawiał się zawsze w sytuacjach bardzo stresujących.

Rozczapierzył palce, a potem zamknął dłoń, bo usłyszał jadący zboczem samochód Rogera Ekmana. Przez szybę zobaczył bladą, jak to po długiej zimie, pyzatą twarz kolegi i rękę machającą do niego radośnie.

Uśmiech zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko Roger wysiadł z samochodu i spojrzał zaskoczony na miejsce przestępstwa.

Magnus podszedł do niego.

– Niefajnie, co?

– Mmm… Technicy przyjadą?

– Tak, wyjechali z miasta równo ze mną, więc lada chwila tu będą. Poleciłem im zaparkować na asfalcie, żeby tu nic nie zepsuli.

Roger spojrzał z zażenowaniem na swój samochód zaparkowany kilka metrów wyżej, na ścieżce spacerowej.

– Podobno woda jest tu wyjątkowo ciepła – powiedział Magnus, pokazując ręką plażę. – Myślałem, że latem będę tu przyjeżdżał się kąpać.

– Ale teraz ci się odechciało, co? – Roger wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wytarł nos.

– Tutejsi policjanci twierdzą, że dostali w nocy telefon. Dzwonił facet, który mieszka gdzieś tam w lesie. – Magnus pokazał brodą jezioro. – Podobno słyszał potężny wybuch.

– Kiedy? – Roger schował chusteczkę do tylnej kieszeni.

– Koło północy. Ale tego podobno nie widział. – Magnus kiwnął głową w stronę drogi. – Tylko dym, co nie jest takie znowu dziwne w noc Walpurgii, bo wszyscy wtedy palą ogniska na potęgę. Właściwie to aż dziwne, że facet zadzwonił.

Roger wykonywał ćwiczenia rozciągające szyję.

– Może pójdziemy z nim pogadać i wrócimy tu później? Wydaje mi się, że właśnie przyjechali technicy, pewnie zaraz będzie tu też przewodnik z psem.

– Jasne, chodźmy – rzucił Magnus z wyraźną ulgą, że nie musi tam dalej stać. Od szosy dochodziły odgłosy zatrzaskiwanych drzwi samochodu.

– Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha – stwierdził Roger, gdy ruszyli w dół w kierunku jeziora.

– Dzięki, nie jest źle. – Magnus nie potrafił wymówić tych słów na tyle pewnie, żeby zabrzmiały wiarygodnie. Ciągle nie mógł się pozbierać po tej cholernej wizycie u lekarza. Najpierw miesiąc badań i dopiero wtedy dowie się, dlaczego nocą nogi mu podrygują, a całe ciało atakują skurcze i inne boleści. Cały miesiąc niepewności. Był przerażony, choć nawet przed sobą nie chciał się do tego przyznać. Nie tylko przez wzgląd na siebie, ale również z powodu Moi i Elin i tego, co będzie z jego córeczkami, jeśli się okaże, że jest poważnie chory. Lekarz nawet nie próbował go uspokajać, przeciwnie, przedstawił całą listę okropnych diagnoz. Parkinson, stwardnienie rozsiane, uszkodzenie systemu nerwowego. I jeszcze to najgorsze, to, na myśl o czym robiło mu się niedobrze: nowotwór mózgu. W głowie kłębiło się od lęków, miał wrażenie, jakby leciał w dół bez spadochronu.

4

Przed swoim domem z czerwonej cegły Bosse Brovall ustawił kolekcję białych volvo 240. Co prawda, niektóre nie miały kół, ale karoserie lśniły czystością i połyskiem. Magnus oglądał je z lekkim zachwytem, ale w jednym z okien zauważył nagle okrągłą, rumianą twarz. Chwilę później w drzwiach ganku pojawił się mężczyzna w białym kombinezonie roboczym, podejrzanie opiętym w pasie. Był wysoki i mocno zbudowany, miał wielkie, grube dłonie i sporą porcję snusu wciśniętą pod górną wargę.

– Halo! – zawołał. – Jesteście z policji? Wasi koledzy już tu byli!

Magnus i Roger stanęli na schodach, kilka stopni niżej.

– Oni byli z tutejszego komisariatu, a my jesteśmy z wydziału kryminalnego. – Magnus pokazał legitymację.

Mężczyzna pochylił się i przyjrzał jej dokładnie.

– Aha, czyli wy ze sobą nie gadacie, tak? Bo jesteście takimi szychami z góry, którzy przejmują śledztwo, tak? – Głośno zarechotał, wyraźnie zadowolony z takiego zainteresowania ze strony policji, odsłaniając żółte zęby.

– Można tak powiedzieć – odparł z uśmiechem Magnus.

Roger się nie uśmiechał.

– Pan się nazywa Bosse?

Mężczyzna kiwnął głową.

– Słyszał pan w nocy jakiś huk. O której to było?

– Kilka minut po północy. Oglądałem telewizję, przecież to noc Walpurgii, nie da się, kurna, pójść spać o ludzkiej porze, bo wszędzie strzelają fajerwerki. Jakby Sylwester im nie wystarczał. Pies tak się zestrachał, że całą noc przesiedział schowany za kiblem… Te tumany mają zwierzęta gdzieś. Co oni takiego fajnego widzą w…

Magnus mu przerwał:

– Co pan wtedy zrobił?

– Jak to? Gdy usłyszałem ten huk? – Bosse machnął ręką w stronę lasu. – Tak, walnęło tak mocno, że aż poszedłem tam, na tamtą górkę, żeby sprawdzić, co to mogło być. Zobaczyłem tylko dym, czarny jak smoła, tam na dole. I tyle, nic więcej… Tamtego nie widziałem. Że tam był jakiś trup. Tego dowiedziałem się rano od policjantów. – Pokręcił głową. – Coś strasznego.

– Czyli policjanci przyjechali tu dopiero rano, tak?

Roger zmarszczył nos.

– Nie wiem, powiedzieli, że niedawno tam byli, ale to zrozumiałe, mieli przecież od cholery roboty z pijanymi i rozróbami w centrum, więc pewnie myśleli, że to tylko dym z pokazu fajerwerków.

Roger zadał kolejne pytanie:

– Może zwrócił pan uwagę na coś nietypowego?

Na policzku mężczyzny widać było język poruszający się w ustach.

– Nie, pomyślałem, że to jacyś gówniarze. Czasami przyjeżdżają tu na motorynkach, więc pomyślałem, że urządzili sobie jakąś cholerną zabawę. Dlatego zadzwoniłem.

Magnus przeczesał włosy ręką. Leżąca w trawie głowa, dziwaczne ptaki, to na pewno nie była robota nastolatków na motorynkach.

– Czym pan się zajmuje? Hoduje pan zwierzęta?

– Hmm, niby mam trochę owiec, ale grzebię też przy samochodach. Do owiec trzeba teraz prawie dopłacać, głównie przez te pieprzone wilki.

– Miał pan tu problem z wilkami? – Magnus prychnął, żeby usunąć z nosa smród zwierzęcego łajna, przyniesiony przez powiew chłodnego porannego powietrza.

– Nie, ale ogrodzenie trzeba było musowo poprawić – odparł Bosse. – W zeszłym roku wilki porwały psa, tu, u nas, w Åkersberdze, same jelita zostały! A jeden chłop z Norrtälje stracił trzydzieści dwie owce. Aż trzydzieści dwie! Te przeklęte bydlaki trzeba powystrzelać jak kaczki!

Na krótkiej szyi Rogera pojawiły się czerwone plamy.

Magnus patrzył na niego z niepokojem. Chyba trzeba zrobić odwrót, nie miał dzisiaj siły wyrywać się z przemówieniem w obronie wilków.

– W takim razie dziękujemy za pomoc. Chodź, Rogerze – powiedział krótko, jakby uciszał psa, który zamierza zaszczekać.

Roger kiwnął głową.

Magnus podał mężczyźnie wizytówkę.

– Proszę o kontakt, gdyby się panu coś przypomniało.

– Jasne.

Nie zdążyli zejść do końca po schodach, gdy ponownie usłyszeli ochrypły głos Bossego:

– A właśnie, czy przypadkiem pana tu wczoraj nie było?

Roger się odwrócił.

– Nie, jak to?

– Eh, no to może mi się pomyliło, może tylko był do pana podobny.

– Chce pan powiedzieć, że wczoraj widział pan kogoś w lesie?

– Tak, nad moim domem, tam w górze, widziałem niskiego faceta.

– Podobnego do mnie? – spytał Roger.

– No właśnie.

– A co było najbardziej podobne?

– Włosy i wzrost.

– Czyli niski, przy kości i siwy – westchnął Roger.

Bosse się uśmiechnął.

– Która mogła być godzina? – zapytał Magnus.

– Nie wiem, chyba w okolicy lunchu.

– Ktoś tu jeszcze mieszka oprócz pana? Po tej stronie jeziora?

– Jasne, tam wyżej, na prawo od szosy, jest całe osiedle szeregowców, chyba ze sto, musieliście je mijać po drodze.

– Nikt poza tym?

– Owszem, jest jeszcze parę domków. Najbliżej jeziora mieszka para młodych ludzi, mają żółty drewniany dom na zboczu, blisko wody. Dojdziecie do nich, idąc brzegiem od kąpieliska.

Magnus i Roger pożegnali się, zostawili za plecami Bossego i jego kolekcję volvo. Szli w milczeniu. Zapowiadał się piękny dzień, ciepły i bezwietrzny. Mógłby być dniem idealnym.

5

Mężczyzna zdarł z siebie kurtkę i dopiero teraz zauważył, że jest poplamiona zakrzepłą krwią. Przez twarz przebiegł mu cień strachu. Siedział oparty o zimny kamień, który utrzymywał go w pozycji pionowej. Miał wrażenie, że kręgosłup gdzieś zaniknął, słyszał swoje oddechy, krótkie i gorące. Biegł już tak długo, trzymając się ciągle jak najdalej od drogi, ale zdawał sobie sprawę, że na dłuższą metę to niemożliwe. Musiał przecież wrócić do domu. Potrzebowali go, nie poradzą sobie sami.

Nagle poczuł skurcz krtani, miał wrażenie, że zaraz się udusi. Był zszokowany swoją reakcją, a gdy chciał zawołać po pomoc, wydobył z siebie tylko cichy syk. Upadł na twarz, ciałem wstrząsnęły drgawki, w szeroko otwartych nozdrzach poczuł woń wilgotnych liści i ziemi.

W głowie gonitwa myśli, jakby jechał na karuzeli po pijaku. Wszystko do niego wróciło: mężczyzna ukryty w cieniu, strach, siekiera połyskująca w jego dłoniach. I jego własna wściekła złość, która przesłoniła wszystko.

Jak mógł to zrobić? Ciężko dyszał, pamiętał pierwszy list, który przyszedł kilka miesięcy wcześniej i wszystko zmienił: „Musicie umrzeć”. Krótkie, suche stwierdzenie.

Najpierw poczuł zdziwienie, potem panikę, w końcu wyrzucił list do śmieci. Później przez pewien czas nie przychodziły żadne wiadomości. Aż nastał dzień, gdy wszystko wróciło, jeszcze bardziej intensywnie… Prawie codziennie nowa wiadomość: „Zostało trzydzieści dni”, „Dwadzieścia dziewięć dni”, „Dwadzieścia osiem… „Niedługo wasza kolej…”.

Wytarł zimy pot z czoła. Wysoko nad jego głową kołysały się korony sosen. Dopiero teraz poczuł tętniący ból w podudziu, położył się na boku i niezdarnie podciągnął do góry nogawkę. Nacięcie w łydce było tak głębokie, że zobaczył fragment białej kości. W gardle poczuł intensywny smak żelaza. Utrata krwi. Mózg wszczął alarm. Spojrzał na paznokcie – były sine. Z wielkim wysiłkiem przekręcił się na plecy. Wiedział, co zrobić, żeby poprawić krążenie krwi, próbował podnieść nogi w stronę wierzchołków drzew. Udało mu się do połowy, potem zabrakło prądu i wszystko zniknęło w czerni.

6

– Chętnie zaciągnąłbym cię do łóżka. – Mattias Carlén uśmiechał się zadowolony z siebie. Linn Kalo oderwała wzrok od karty pacjenta i niechętnie spojrzała na dobrze ubranego młodego człowieka. Prowokował ją, domagał się reakcji.

Westchnęła; była zmęczona, wręcz wypompowana. Potrzebowała spokoju. Wewnętrznego i zewnętrznego. Bez napastliwych, męczących ludzi, którzy próbują coś od niej uzyskać.

Prawdę mówiąc, do tej pory nie pozbierała się po tamtym, prowadzonym przez Magnusa dochodzeniu, w które została wciągnięta. Musiała zabić człowieka. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że był psychicznie chory, że bez wahania zabiłby i ją, i całą jej rodzinę, gdyby tylko mógł, ale nadal nie udało jej się uciszyć wyrzutów sumienia. Chciała, żeby jej pięcioletnie córeczki, Moa i Elin, nie zauważyły, że jest w kiepskim nastroju, ale trudno było oszukać ich wyjątkową intuicję.

Młody człowiek poprawił przekrzywiony krawat. Na jego twarzy malowało się pożądanie; wpatrywał się w sutki Linn lekko widoczne pod białą bluzką. Dyskretnie skrzyżowała ręce na piersiach. Pracowała jako terapeutka i potrafiła kontrolować odruchowe reakcje na czyjeś zachowanie, choć czasami bywało trudno.

Patrzyła prosto w jego lekko zamglone oczy. Jakby niewidzące, jakby ich właściciel był teraz w zupełnie innym miejscu. Nie miała wątpliwości, o czym myśli. Ani przez moment nie kwestionowała wcześniejszej diagnozy postawionej przez jej koleżankę Lenę Ek. Spojrzała ukosem na podsumowanie w karcie pacjenta:

„Seksoholik, zachowania autodestrukcyjne stanowiące zagrożenie dla zdrowia, anormalna i wzmagająca się potrzeba czynności seksualnych”.

Pytanie tylko, czy Mattias jest w tej chwili zdolny skorzystać z terapii. Jego zachowanie zupełnie na to nie wskazywało. A jednak tu przyszedł; to krok w dobrym kierunku.

– Domyślałem się, że to jakaś pomyłka w dacie, przecież dzisiaj święto – powiedział. – Lena musiała myśleć o czymś innym, gdy robiła rezerwację, ale cieszę się, że mogła mnie pani przyjąć.

– Nie ma problemu. – Linn spojrzała na niego uważnie. Uznała, że nie powinna w ostatniej chwili odwoływać wizyty nowego pacjenta, a Magnus i tak był w pracy, gdzieś nad Valsjön.

– No w każdym razie dziękuję.

Linn kiwnęła głową, odsuwając od siebie myśli o Moi i Elin, które poszły do nowej sąsiadki, starszej pani o imieniu Monika.

– Chcesz? – spytał przebiegle Mattias.

Zignorowała to pytanie.

– Ile czasu poświęca pan na seks i pornografię? – spytała.

– Mogę ci wsadzić. Będziesz jęczeć z rozkoszy – zamruczał ochryple.

Poczuła, że zaczyna się w niej gotować.

– Wydawało mi się, że przyszedł pan tutaj po pomoc, prawda? Więc może darujemy sobie takie idiotyzmy?

Mattias zaczął bezwiednie przeczesywać jasne włosy palcami.

– Rozumiem, że ma pan problem z relacjami? – Głos Linn brzmiał lodowato.

Opuścił rękę i spojrzał niepewnie przez okno za jej plecami. Przez chwilę wyglądał jak skarcone dziecko, a nie dwudziestosiedmioletni bankowiec. Linn znała jego słabe punkty, pod żadnym pozorem nie miała zamiaru go teraz wypuszczać z rąk.

– Panie Mattiasie, czytałam pańską kartę pacjenta. Wydaje pan wszystko na seks i panicznie się pan boi, że koledzy się dowiedzą o pana nałogu – powiedziała bez ogródek.

Zbladł jeszcze bardziej; wydawało się, że walczy ze sobą. Prawie zrobiło jej się go żal, ale czekała na jego odpowiedź, a panująca między nimi cisza wydłużała się w wieczność. Wreszcie otworzył usta i stwierdził:

– No dobra, niech będzie. Mam problem. Nie wiem, co robić.

Linn oparła się plecami o krzesło. Teraz mogli zacząć.

Pół godziny później, kiedy lekko utemperowany Mattias Carlén wsiadł do swojego jasnoniebieskiego mercedesa i pojechał do domu, pochyliła się nad jego kartą pacjenta i napisała:

„Niekontrolowane zachowania autodestrukcyjne, nasilające się w ostatnim roku. Nic innego go w życiu nie interesuje, ogląda filmy pornograficzne i onanizuje się nawet w pracy. Pierwotna strategia obronna to fantazje seksualne. Autodestrukcyjny. Sprawia wrażenie, jakby chciał, żeby te wstydliwe zachowania się skończyły, ale przeszkadza mu w tym silnie rozbudowany system oszukiwania samego siebie i zakłamywania rzeczywistości”.

„Przypuszczalnie powodem są nieudane relacje z rodzicami”.

Linn odchyliła krzesło do tyłu i położyła nogi na biurku; była prawie pewna, że uda jej się doprowadzić Mattiasa Carléna do porządku, a przynajmniej sprawić, żeby poczuł się lepiej. To trochę potrwa, ale nie powinno być z tym żadnych problemów. Jeśli będzie taka potrzeba, można przecież przedłużyć terapię.

Splotła dłonie za głową. Dobrze się złożyło, że mogła odejść z kliniki w szpitalu w Huddinge. Nie tylko dlatego, że prywatna klinika w Täby znajdowała się bliżej domu, ale również dlatego, że tamtejsze tempo pracy było wolniejsze. Miała teraz o połowę mniej pacjentów, co pozwalało na głębsze zaangażowanie, nawet w przypadkach mniej naglących niż Mattias Carlén.

7

Porastający brzegi jeziora Valsjön sosnowy las był bardzo gęsty, a pozbawione światła poszycie składało się wyłącznie z butwiejących igieł.

Przez utrzymany w brązowej tonacji krajobraz wiodła wąska ścieżka, zapaskudzona gdzieniegdzie puszkami po piwie i innymi śmieciami pozostawionymi przez imprezującą nad wodą młodzież, która z tego lub innego powodu korzystała również z mroku lasu.

Roger odsunął ze złością suchą gałąź, która uderzyła go w twarz.

– Wiemy, jak duże może być osiedle domków szeregowych po drugiej stronie? – zawołał.

Magnus odwrócił się, nie przerywając marszu.

– Myślę, że ogromne, gigantyczna sypialnia z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych.

– Nigdy nie lubiłem miejsc, gdzie wszystkie domy są takie same – wymamrotał Roger za jego plecami.

– Chyba nikt nie lubi. Z wyjątkiem dzieci, bo jest się z kim bawić i… Moa i Elin na pewno by się cieszyły.

– Przecież mieszkacie w szeregowcu, nie?

– Tak, tyle że tak naprawdę to tylko pięć starych, połączonych ze sobą domków, a to co innego. A na dodatek we wszystkich mieszkają emeryci. To dziwne, ale odkąd mieszkamy w Österskär, nie widziałem tam ani jednego bawiącego się dziecka, Linn chyba też nie.

Roger prychnął.

– To wcale nie dziwne, teraz są inne czasy, żyletki w jabłkach i takie tam.

– Jakie żyletki w jabłkach? – Magnus postanowił zrobić krótki postój i odwrócił się do kolegi.

– A tam… widziałem w telewizji. W Stanach. Dzieci, które bawiły się w Halloween na jakimś przyjęciu, dostały od kogoś jabłka z żyletkami w środku. Rodzice zaczęli się bać wypuszczać dzieci na podwórko.

– No tak, oni mają chyba jeszcze więcej szaleńców niż my. – Magnus ruszył dalej.

– Wiesz co? – zagaił Roger. – Słyszałem, że w niektórych miejscach w Stanach spędzają pedofilów do kościołów na Halloween i każą im robić rachunek sumienia, a dzieci w tym czasie chodzą od drzwi do drzwi za słodyczami.

– Niezły pomysł. – Magnus chciał zamknąć temat, ale Roger uparcie ciągnął: – Jak to dobrze, że nie mam dzieci. Wygląda na to, że wszystko radykalnie się zmieniło. Za moich czasów siedziało się na podwórku do oporu.

– No.

– A wy z Linn jaki macie plan, co zrobicie, gdy Moa i Elin podrosną? Pozwolicie im ganiać po podwórku do woli?

Magnus przyśpieszył. Nadal miewał koszmary senne po ubiegłorocznych wydarzeniach, gdy całej rodzinie zagrażał szaleniec. Od tego czasu nie opuszczał go niepokój o córki.

– Z czasem trzeba im będzie pozwolić na trochę swobody – mruknął i kopnął kamyczek. – Ale pomyślimy o tym dopiero za parę lat.

– Pamiętaj, żyletki w jabłkach! – zawołał za nim Roger.

Magnus się potknął, te cholerne nogi znowu go zawiodły.

Krajobraz wokół radykalnie się zmienił, las był bardziej urozmaicony i rzadszy. Kojąca zieleń poprawiła Magnusowi nieco nastrój, choć ciągle nie potrafił się wyrwać z odrętwienia. Przecież niespełna godzinę temu widział na własne oczy piekło w postaci ludzkich szczątków. Czy to normalne, że nie wywołało to w nim żadnych uczuć?

Zacisnął wargi. Nikt nie rozumiał, czym jest ta praca, jak potrafiła wykańczać. Musiał zrobić wielki krok, żeby ominąć porośnięty mchem pień drzewa, a trzymający skórzaną kurtkę pod pachą Roger podążał za nim, postękując. Roger oczywiście powinien to wiedzieć, a jednak Magnus nie do końca go rozgryzł. Czy u niego te granice też się pozacierały?

Magnus zrobił głęboki wdech i poczuł w płucach zapach wilgotnego lasu. Wreszcie zobaczył żółty dom, o którym mówił Bosse. Świetna lokalizacja, na polance, rzut beretem do brzegu. Szarobiały dym z komina żwawo unosił się do góry pomiędzy czubkami drzew i rozpływał bez śladu na błękitnym niebie. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli na podwórku krępą młodą kobietę z ufarbowanymi na czarno włosami, rąbiącą drewno. Była zaskoczona, kiedy wyszli z lasu prosto na nią. Z wnętrza domu też zostali zauważeni, bo gdy tylko dotarli na szczyt wzgórza, otworzyły się drzwi i w promieniach słońca stanął chwiejący się na nogach trupioblady mężczyzna.

Kobieta uśmiechnęła się do nich z pytaniem w oczach, a pryszczaty młodzieniec stanął obok niej.

– Dzień dobry, nazywam się Magnus Kalo. Jesteśmy z policji kryminalnej.

– Oskar Wallgren – przedstawił się młody człowiek. – A to Jossan. – Kiwnął głową w stronę kobiety, w zasadzie dziewczyny. Magnus ocenił ją na jakieś osiemnaście, góra dziewiętnaście lat.

– Niedaleko stąd doszło w nocy do przestępstwa, więc chcieliśmy zapytać, czy państwo czegoś dziwnego nie widzieli, a może coś państwo wiedzą na ten temat?

– Co takiego się stało? – spytała kobieta.

– Popełniono morderstwo – odpowiedział Roger.

Dziewczyna jęknęła i zasłoniła ręką usta. Jej chłopak też się spłoszył.

– Coś słyszeliście? – Magnus patrzył na nich ze zdziwieniem.

– Widzieliśmy… Hm, widzieliśmy w nocy jednego gościa – odparła kobieta.

– Kogo? – Głos Magnusa zabrzmiał teraz natarczywie.

Zdenerwowany młodzieniec zaczął się jąkać.

– Tru… trudno powiedzieć, nie zdawaliśmy sobie sprawy, ale był tu jakiś dziwny koleś.

Magnus uniósł brwi.

– Było chyba po dwunastej. Mieliśmy imprezkę. Młodsza siostra Jossany z chłopakiem i jeden mój kumpel. Chcieliśmy sprawdzić, czy da się już wykąpać, ale woda była masakrycznie zimna, więc wróciliśmy do domu i zobaczyliśmy obcego faceta. Na schodach, jakby na wpół leżał.

– Jak wyglądał?

– Dość niski, niższy ode mnie, tak koło czterdziestki. Bo ja wiem. A kiedy podeszliśmy bliżej, pobiegł w las.

Roger spojrzał na Magnusa, a potem znowu na chłopaka.

– Był podobny do mnie?

– Nie jestem pewien. Może i tak.

– Co robił?

– Nie wyglądał za dobrze, był taki jakiś skulony, jakby go coś bolało.

– Ale nagle wstał i pobiegł? – spytał Roger.

Chłopak był zakłopotany.

– Tak, chociaż chyba trochę kulał.

Roger odchrząknął.

– A w którą stronę pobiegł?

– Tam. – Młodzieniec wskazał na las za domem.

– A jak pójdę w tę stronę, to gdzie zajdę?

– Do Skärgårdsstad, to taka nowa dzielnica domków jednorodzinnych, wielki teren – wtrącił Magnus. – Jakiś kilometr stąd, po drugiej stronie lasu. – Odwrócił się do tej dwójki. Co zrobiliście, gdy mężczyzna uciekł?

Dziewczyna wyglądała na zawstydzoną.

– Nic, nic nie zrobiliśmy. A co mieliśmy zrobić?

8

Wiele godzin później, gdy Magnus wrócił do domu, lodowaty wiatr szarpał liśćmi na drzewach otaczających różowy szeregowiec. Otworzył drzwi kluczem i wszedł do mrocznego holu. Bezgłośnie zamknął za sobą drzwi i nie zapalając światła, powiesił kurtkę w garderobie.

Choć sumiennie obeszli wszystkich sąsiadów wokół Valsjön, wyniki rozmów były mizerne, nie mieli zbyt wielu tropów, nad którymi mogliby pracować, czekając na zakończenie czynności techników. Magnus pokładał wielkie nadzieje w spalonym samochodzie i zakrwawionej siekierze, którą technicy znaleźli na szutrówce. Zeznania młodych ludzi i Bossego też były interesujące, szczególnie jeśli chodzi o opis mężczyzny, którego widzieli w okolicy.

Najbardziej dziwiło go, że było tak niewielu świadków. Noc Walpurgii to przecież jedno z takich świąt, kiedy ludzie bawią się na świeżym powietrzu, ale może trzymali się blisko dających ciepło ognisk i oświetlonych osiedli?

Nie opuszczało go poczucie wstrętu. Widział wcześniej ofiarę ataku siekierą, ale żeby odrąbywać głowę? To groteskowe. Kompletny odlot.

Odwrócił się i raczej usłyszał, niż zobaczył zbliżającą się Linn.

– Cześć, kochanie.

Objęła go ramionami, a jej miękki dotyk rozproszył niewesołe myśli.

– Jak ci poszło nad Valsjön? W porządku?

– Tak sobie. Na razie nie mamy zbyt wielu punktów zaczepienia. – Pocałował ją. – Siedzisz w ciemnościach jak sowa?

– Nie, w salonie mam zapalone światło, oglądałam wiadomości.

– Kiedy zasnęły Moa i Elin?

– Jeszcze nie śpią, coś tam sobie rysują w łóżku Moi. Pozwoliłam im posiedzieć dłużej.

Magnus zobaczył smugę światła pod drzwiami pokoju Moi, podszedł i zajrzał do środka. Dziewczynki siedziały skulone w jednym rogu łóżka, zanurzone myślami w jakimś lepszym świecie.

– Cześć, tato. – Zdziwione spojrzenie Elin spod ciemnej grzywki zatrzymało się na nim tylko na chwilę i wróciło do rysunku.

Moa machnęła tylko ręką.

– Co rysujecie?

Nie przerywając pracy, mruknęły coś o sokole z Gwiezdnych Wojen. Wycofał się do salonu i usiadł na kanapie obok Linn.

Oparła głowę na jego ramieniu.

– To nie był miły dzień, kochanie – powiedział zmęczonym głosem. – Prawdziwa rzeź, a do tego leżące wokół martwe kosy, jak posypka na ciastku. W życiu czegoś takiego nie widziałem.

Linn spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Ptaki? Dlaczego zginęły?

Magnus wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia. Zobaczymy, co powie weterynarz, który dostał je do zbadania. Musimy czekać na wynik pracy techników. Na pewno coś znajdą, nie wyobrażam sobie, że można ganiać po okolicy jak berserk z siekierą w garści i nie zostawić żadnych śladów.

Linn ściszyła głos w telewizorze.

– Więc tym razem siekiera?

– Na to wygląda. Na szutrówce znaleźli siekierę. Na miejscu był jeszcze spalony samochód, tablic rejestracyjnych nie dało się odczytać.

Linn się zaciekawiła.

– Kim jest ofiara?

– Nadal nie wiemy. Młodzi ludzie, którzy mieszkają w pobliżu, widzieli w nocy koło swojego domu jakiegoś czterdziestolatka, może sprawcę. Chyba był ranny, więc może chodziło o jakieś porachunki.

Magnus wstał gwałtownie.

– O rany, zapomniałem sprawdzić pocztę.

Linn spojrzała na niego ze smutkiem.

– Nie bierz na siebie wszystkiego, wiesz, jak to się może skończyć.

Magnus pomachał uspokajająco ręką.

– Nie martw się, jestem teraz ostrożny za dwóch.

– Jasne – mruknęła Linn, zwiększając głośność w telewizorze.

Magnus wyszedł do kuchni.

Dwie godziny później, po przejrzeniu wszystkich zeznań świadków, które wprowadzono do systemu, leżał w łóżku z szeroko otwartymi oczami. Czuł się tak, jakby wypił pięć kaw. Mrowienie doskwierało mu nawet w ramionach. Linn zasnęła, miarowo unosząc klatkę piersiową w rytm spokojnego oddechu. Zwyczajowo wcisnął twarz w jej ramię, poczuł jej słodki zapach, ale i tak nie mógł zasnąć. Przeszkadzało mu nie tylko mrowienie w nogach. Gdy zamykał oczy, wracały obrazy: głowa, która potoczyła się do rowu i czarne ptaki leżące dookoła. Co się stało tym kosom? Umarły ze strachu przed fajerwerkami? Kiedyś czytał o tym w jakiejś gazecie. Artykuł nosił tytuł „Mityczna śmierć ptaków”, ale chodziło chyba o wrony.

Jak długo uda się utrzymać to spektakularne zdarzenie w tajemnicy przed mediami? „Znaleziono zwłoki mężczyzny obsypane martwymi ptakami”. Już widział, jak nakręcają się najprzeróżniejsze spekulacje.

Uderzyła go jeszcze jedna rzecz, brak obrażeń u ptaków. Na drodze leżało ich ze dwadzieścia, ale żaden nie krwawił ani nie miał widocznych ran.

Wpadł w odrętwienie, jego myśli coraz bardziej upodabniały się do snu. Przypomniał mu się film dokumentalny o żabach spadających z nieba. Aż tu nagle stał na plaży nad Valsjön i obserwował wodę, która poruszała się, wypuszczała bąble jak gotujący się burzliwie czarny sos. To żaby, pomyślał. To na pewno żaby.

Przez całą noc miał takie sny, o dziwnych gadach, ptakach i nowotworze, który brał w posiadanie całe ciało. Był coraz bardziej przerażony. Obudził się kilka razy zlany potem i nawet dotyk ciepłych pleców Linn na piersiach nie przynosił ukojenia.

Środa 2 maja

9

Friedrich Steuer zawsze marzył o rodzinie, mimo to sam był zdziwiony, gdy pewnego dnia zaczął się spotykać z kobietą. Nie był rozmowny. Na skutek palenia papierosów jego skóra nabrała szarożółtego odcienia już w wieku dwudziestu lat. Jedynym przejawem romantyzmu, na jaki potrafił się zdobyć, była pojedyncza róża wręczana z okazji walentynek. Bez reszty potrafił poświęcić się wyłącznie pracy. Świetnie rozumiał, że nie jest obiektem pożądania.

Był szanowanym profesorem archeologii na uniwersytecie w Kolonii i właśnie tam spotkał przyszłą żonę Catherine. Gdyby nie bliska współpraca przy pewnym projekcie, nawet by nie zauważył jej zainteresowania. Kto by pomyślał, że tak atrakcyjna kobieta może zwrócić uwagę na przywiędłego starego kawalera. Przecież mogła mieć każdego, miała fantastyczną figurę i była obdarzona pięknym, zmysłowym uśmiechem. Nigdy nie dało mu to prawdziwej radości, bo za każdym razem, gdy rozmawiała z innym mężczyzną, jego zazdrość wypuszczała kolejne dzikie pędy. Czekał nieustannie na dzień, w którym ona się zorientuje, że jej facet jest tylko parodią człowieka, symulantem pragnącym zauważenia, ale kompletnie pozbawionym wnętrza. Był przygotowany na chwilę, w której żona go opuści.

Już wkrótce nie będzie się musiała z nim dłużej męczyć. Odzyska wolność i wreszcie będzie mogła rzucić się w ramiona kogoś pewnego siebie i bardziej atrakcyjnego. Zacisnął zęby. Właśnie oddaje za nią życie, ale ona nigdy tego nie zrozumie, ani nie doceni, ani się tym nie przejmie.

Zrzucił buty i wyciągnął się na łóżku. W normalnych okolicznościach czułby litość dla siebie, objąłby to uczucie jak przytulankę, ale teraz był po prostu zmęczony. Wyłączył wszystkie uczucia, przechodząc przez szwedzką kontrolę graniczną. W tym momencie liczył się spokój. Trzeba zrobić to, co konieczne. Catherine i Sascha unikną publicznego upokorzenia. Będą mogli go dalej kochać i szanować.

Zamknął szaroniebieskie oczy. Przez ostatnie dwadzieścia lat robił wszystko, żeby zobaczyć triumfującego Friedricha Steuera, i teraz nie zamierzał tego schrzanić.

Wiedział, że paczka zostanie dostarczona w ciągu dnia i że będzie w niej broń. Na samą myśl ścierpła mu skóra. Otworzył oczy i zaczął się wpatrywać w drzwi, odmawiając przy tym cichą modlitwę. „Boże, spraw, żeby to był pistolet albo karabin, a nie nóż”. Wolałby się zbytnio nie zbliżać do osoby, którą ma zlikwidować, o nie, w ogóle nie chciał o tym myśleć. Jednak niezależnie od tego, jaką broń dostanie, zamierzał zrobić, co trzeba. Alternatywna droga była nie do zniesienia. Całkowite poniżenie. Kompletne upokorzenie. Wszystko musi się odbyć czysto i sterylnie, bez żadnych emocji, jak w pracy.

Poczuł pieczenie w oczach, ale wcisnął łzy z powrotem. Skoro nie płakał już tyle lat, to tym bardziej teraz, w zapyziałym hotelowym pokoju przy dworcu centralnym w Sztokholmie.

Od samego początku był zepsutym ziarnem, a teraz kiełkujące z niego zło uderzyło w niego samego. Tak jak przewidział ojciec. Za sprawą tego bezwartościowego człowieka, którym był dotychczas, straci teraz życie, a co najgorsze, sprawiedliwości stanie się w ten sposób zadość. Wcisnął twarz w poduszkę. Zaraz powinien usłyszeć pukanie do drzwi.

Tik-tak, tik-tak. Paczka była w drodze. Niesiona przez nieznane ręce, podczas gdy on leżał odrętwiały, na wpół żywy na hotelowym łóżku.

Ocknął się przerażony. Jakim cudem udało mu się zasnąć? Ostry dźwięk dzwonka przewiercał się do samego środka mózgu. Usiadł. Znowu dzwonek. Miał wrażenie, że brzęczenie wprawiało w drganie całe jego wnętrze. Wolno opuścił chude stopy na podłogę i spojrzał z przerażeniem na klamkę. Znowu dzwonek. Wstał i podszedł do drzwi, a każdy krok zajmował mu wieczność. Chaotycznym ruchem poprawił krawat; rytualny gest, który miał go uspokoić. Wreszcie uchylił drzwi i wyjrzał przez szparę na zewnątrz.

– Pan Friedrich Steuer? – Stała tam nieznana kobieta w średnim wieku.

Potwierdził.

– Wszystkiego najlepszego, mam dla pana prezent – powiedziała bezbłędnie po niemiecku.

Z szerokim uśmiechem wręczyła mu podłużną paczkę owiniętą niebieskim papierem. Niepewnie przyjął od niej pakunek.

– Cieszy się pan? – spytała zachęcająco, widząc jego minę.

– T…tak… – wydukał, wpatrując się w plakietkę z nazwiskiem na jej prawej piersi. Tekst był zakryty włosami, widział tylko literę K na początku.

– No właśnie. Domyślam się, że ma pan urodziny, więc chciałam złożyć najlepsze życzenia!

Dalej wpatrywał się w plakietkę.

– Nie mam urodzin – mruknął wreszcie.

– Aha, no cóż, i tak wszystkiego najlepszego – powiedziała kobieta, robiąc krok w tył. Świetnie ją rozumiał. Na pewno wygląda okropnie, nie potrafił już ukryć przerażenia. Przeciągnął nerwowo ręką po niewygolonej brodzie, zamknął drzwi na klucz i wrócił do łóżka.

Paczka była za mała, żeby mógł się w niej zmieścić oczekiwany przez niego karabin, zastanawiał się więc, czy może znajdzie w niej pistolet. Drżącymi rękami położył niebieski pakunek na łóżku i rozwiązał wstążkę owiniętą kilkakrotnie wokół owalnej skrzyneczki. Kiedy podniósł wieczko, zamarł.

Patrzył przerażony. Ma kogoś zabić śrubokrętem? Położył się na boku, nie bardzo wiedząc, czy się śmiać, czy płakać. To jakiś okrutny żart czy co? Nagle łzy znalazły drogę na pooraną zmarszczkami twarz, popłynęły po brodzie aż na białe prześcieradło. Głośno wytarł nos w poduszkę. Dostrzegł jeszcze coś, zwiniętą kartkę, która musiała wyfrunąć na łóżko, gdy otwierał pokrywkę. Wyciągnął rękę, podniósł leżącą na narzucie kartkę i rozwinął ją. Od razu rozpoznał spiczasty charakter pisma.

„Będziesz go potrzebował. Zdemontuj kratkę wentylacyjną za łóżkiem. A potem czekaj, wiesz, o który dzień chodzi”.

Friedrich patrzył na kartkę z głupią miną, jakby oczekiwał po niej czegoś więcej, jakby między wierszami kryły się jeszcze jakieś informacje. Zastanawiał się, jak ta suka wygląda. Zdjęcia, które mu przysłała, były oczywiście fałszywe, tak jak wszystkie miłe słowa, którymi go na początku urabiała. O miłości, seksie i podziwie. Jak właściwie wygląda zło? Pewne było tylko jedno: noce pełne koszmarów i zdjęć studni, czarnej dziury, w której dokona się jego życie, gdy wykona swoje zadanie. Gdy straci już resztki godności.

Wzdrygnął się, słysząc głuchy odgłos śrubokrętu zrzuconego na podłogę.

Podniósł go i potrzymał w dłoni, wyobrażając sobie, jak wbija stalowy szpikulec w czyjeś ciało, w sam środek zła, które zaczynało się rozpływać w chmurze białego kurzu. Ściskał go tak mocno, że zabolały go palce, wreszcie odłożył na łóżko. Nie może się rozpraszać. Potrafił się skoncentrować i dzięki temu jakoś sobie do tej pory poradził, teraz też tak będzie. Nie ma innego sposobu.

Jego rodzina nigdy niczego się nie dowie, będą go wspominać jako dobrego ojca i męża. Będą go kochać. Zrobi wszystko, jak należy. Najważniejsze to zachować kontrolę, trzymać nerwy na wodzy.

Friedrich wstał, żeby odsunąć łóżko od ściany. Rozpakowanie paczki sporo go kosztowało. Teraz znowu potrzebował odwagi.

Powtarzał sobie, że musi się zebrać w garść, choć cel był coraz bliżej, choć wiedział, że jest o włos od wybuchu i kompletnego szaleństwa.

10

Birgitta Johanssen włożyła zieloną obrożę swojemu owczarkowi, który radośnie machał ogonem. Był sporo za duży, a do tego już chyba za stary, żeby kręcić się w kółko jak szczeniak, ale świetnie rozumiał, co się zaraz wydarzy.

Popiskiwał niecierpliwie, a ona podrapała go uspokajająco za uchem.

– Tak, tak, Elvis, zaraz idziemy na spacerek.

Każdego przedpołudnia niezależnie od pogody Birgitta wychodziła na godzinę do lasu. Jesienią zbierała grzyby, a wiosną zawilce, potem zazwyczaj szli do przebudowanego domku letniego i odpoczywali razem na kanapie, okryci szarym wełnianym kocem. Często nachodziła ją myśl, że ma lepszy kontakt z psem niż z Claesem, czyli mężem, którego ostatnio prawie nie widywała. Jak nie wyjeżdżał swoją ciężarówką w trasę, to siedział w piwnicy pod garażem i coś dłubał, nie bardzo wiedziała co, ale włożył mnóstwo pieniędzy w nowe maszyny, narzędzia i takie tam. Odkąd dzieci się wyprowadziły, żyli każde swoim życiem i chyba za bardzo im to nie przeszkadzało. Nie naskakiwali na siebie z powodu byle pierdół, nie kłócili się. Ona sobie tkała, a on… używał tych maszyn w piwnicy, coś tam sobie robił.

Zziajany Elvis wyrywał się w stronę drzwi.

– Dobrze, dobrze, piesku… – Wzięła dziergany beret. – Muszę jeszcze włożyć buty, prawda?

Pies wpatrywał się w klamkę.

– Tyle razy już tam byłeś, Elvis, w lesie nic się nie zmienia. – Wciągnęła zielone gumowce. – Nic a nic.

Wyszła na ganek i stwierdziła ze smutkiem, że niebo zniknęło za grubą warstwą chmur. Termometr na ścianie pokazywał ledwie dwanaście stopni, więc podciągnęła suwak wiatrówki aż do samej szyi.

Elvis ruszył zdecydowanym krokiem w stronę lasu przez trawnik, obok karmnika i porozsypywanych na ziemi ziaren, którymi zajadały się nornice, i skręcił jak zwykle w ścieżkę biegnącą za altanką. Wszystko wyglądało jak zawsze, choć ten dzień różnił się od pozostałych. Zupełnie nieoczekiwanie coś się zmieniło w lesie.

11

Nie wiadomo, jak długo Catherine siedziała zgięta wpół na ławce w parku, wreszcie postanowiła się wyprostować. Przyszła do miejskiego parku Rheinpark, licząc na to, że znajdzie spokój, ale myliła się, bo mimo że był zwykły dzień, wszędzie kręciło się sporo ludzi. Właśnie przebiegł obok niej młody mężczyzna w spodenkach kolarskich, więc żeby nie musieć na niego patrzeć, wyjęła z torebki kanapkę owiniętą w folię. Co prawda niezbyt świeżą, ale postanowiła się zmusić do jedzenia, choć głowa cały czas zajęta była spekulacjami na temat Friedricha. Nic się nie zgadzało. Przecież to niemożliwe, że znalazł inną. Oczywiście w ich życiu były okresy, gdy stawali się dla siebie prawie obcy, ale nigdy by tak nie odszedł, bez słowa. Jeśli nawet mu na niej już nie zależało, to bardzo kochał Saschę. Spędzał z nim tyle czasu, budowali coś z klocków Lego, szukali czegoś w internecie. Sascha był dla niego ważniejszy od niej, ale jej to nie martwiło. Dla dobra syna chętnie odsuwała się na dalszy plan.

Z powrotem zawinęła kanapkę w folię i położyła ją obok siebie na ławce. Policjanci powiedzieli, że wszczęli dochodzenie, ale nie wyglądali na zbytnio przejętych.

Zagryzła wargi. Że też Friedrich miał czelność narazić ją na coś takiego. Jak śmiał jej to zrobić? Powinien być wdzięczny, że mógł z nią być. Jeśli naprawdę nie rozumiał, że był prawdziwym szczęściarzem, to znaczy, że ma coś nie tak z głową.

Wspomnienia chwil, gdy zakradała się do niego w nocy, a on odprawiał ją z kwitkiem, uwierały jak igiełki ostu pod paznokciem. Podobnie jak ojcowskie całusy składane na czole, które miały znaczyć „nie kochanie, nie teraz”. Stoicko zaakceptowała to, że on nie zawsze miał ochotę, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że to mógł być znak zbliżającego się odejścia. Jej nieomal idealne ciało mogło być powodem westchnień wielu mężczyzn i miała już dosyć bycia traktowaną jak trędowata. Czego on mógł chcieć? Czyżby już jej nie kochał? O to chodziło? Dlatego zniknął? Pieprzony Friedrich, cholerny popapraniec!

Wyjęła telefon i zadzwoniła na policję.

– Dzień dobry, mówi Catherine Steuer. Chciałabym zapytać, czy coś już wiadomo o moim mężu Friedrichu?

Zapadła cisza, potem usłyszała jasny męski głos Helmutha Schenkego.

– Nie, pani Steuer, niestety nadal niczego nie udało się ustalić.

– Ale szukacie, tak? Co właściwie robicie w tej sprawie?

Catherine była świadoma, że w jej głosie brzmi desperacja, a nawet histeria.

– Robimy, co w naszej mocy, możemy spróbować poszukać śladów logowania jego telefonu.

– Boże! To jeszcze tego nie zrobiliście?

– Hm… nie. Ale zajmiemy się tym. Proszę nie wyłączać telefonu, pilnować, żeby był naładowany, żeby mąż mógł się dodzwonić w razie czego.

– W tym problem, że nie dzwoni! Ani nie odbiera, gdy ja dzwonię! – krzyknęła.

– Odezwiemy się, gdy tylko uda nam się coś ustalić. Musi pani zachować spokój.

Rozłączył się.

Zachować spokój?

Mąż nie dawał znaku życia od dwóch dni, a oni zalecają jej spokój.

Gwałtownie wstała i rzuciła z wściekłością kanapkę w krzaki. Ani myśli być spokojna. Czerwona na twarzy biegła do wyjścia z parku.

12

– Zgodnie z twoimi przypuszczeniami, Magnusie, głowę odcięto tą siekierą, którą znaleźliśmy kawałek dalej na drodze. Będziemy wiedzieć więcej, gdy przyjdą raporty z badań z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego.

Ukryta w lateksowej rękawiczce dłoń lekarki sądowej Evy Zimmer dotykała pozostałości po szyi ofiary.

Zazwyczaj kobieta tryskała radością, ale tego dnia była zmęczona i zmartwiona.

– Co o tym myślisz, Evo? – spytał stojący za jej plecami Magnus.

– Trudno powiedzieć… Wygląda na czyn szaleńca, ciężko coś takiego zaplanować. Po prostu uderzenie przypadkiem trafiło nie tam, gdzie trzeba.

– Ale… – przerwał jej Magnus. – Jakiś plan musiał przecież być, bo normalnie człowiek nie zabiera ze sobą nad jezioro siekiery w środku nocy.

Eva spojrzała na niego i ciężko westchnęła.

– No tak, musisz poszukać wyjaśnienia. Ale na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby ktoś rzucił się na ofiarę w napadzie szału. Raczej zabójstwo w afekcie niż przemyślane działanie.

Magnus mimowolnie spojrzał na wpół otwarte usta denata.

– Kiedy ustalisz jego tożsamość?

– Mam nadzieję, że niedługo. Jak widzisz, ofiara jest mężczyzną, dość młodym. Sądzę, że miał nie więcej niż dwadzieścia lat. – Eva zdjęła rękawiczki i wrzuciła je do kosza. – Dam znać.

Magnus patrzył na parking.

– Wzrost i tego typu szczegóły masz tutaj. – Eva wręczyła mu kartkę, którą wyjęła z kieszeni na piersiach.

– Poczekaj, muszę się umyć. – Magnus podszedł do umywalki i zdezynfekował ręce. Niczego nie dotykał, a jednak czuł się brudny. Najchętniej wziąłby prysznic przed pójściem do biura, ale nie było na to czasu.

Wziął kartkę i kiwnął Evie głową na pożegnanie. Gdy odchodził, wkładała już nowe rękawiczki.

13

Birgitta stała na polanie pomiędzy wielkim kamieniem, przy którym jesienią zawsze znajdowała kurki, a rzędem wysokich sosen. Ręce luźno zwisające wzdłuż boków, posiwiałe włosy rozwiane lekko przez chłodny wiosenny wiatr. Elvis węszył w pożółkłej suchej trawie u jej stóp. Spojrzała w górę, ponad wyniosłymi pniami drzew, na niebieskoszare niebo. Wyglądało jak niebieskie jezioro otoczone zielonymi koronami drzew. Przez moment rozkoszowała się niesamowitym poczuciem wolności, jakiego można doświadczyć na łonie natury, ale już po chwili ruszyła przed siebie.

– Elvis! – zawołała. – Elviiis!

Pies zniknął. Przecież był tu jeszcze przed sekundą. Odwróciła się. Drzewa stały gęsto jedno obok drugiego. Żadnych odgłosów z wyjątkiem łagodnego szumu wiatru.

– Elvis! – Jej głos zabrzmiał żałośnie i wkrótce ucichł w gęstwinie lasu. Pierwszy raz w życiu poczuła się tu niepewnie.

– Wracaj natychmiast! – wrzasnęła.

Ale psa nie było widać. Ruszyła między drzewa, na próżno nasłuchując dyszącego oddechu, głośno gwiżdżąc, żałując, że nie ma przy sobie komórki i nie może zadzwonić po pomoc. Wiatr nie był już taki przyjemny jak wcześniej; zadygotała.

Jeden kalosz ugrzązł po cholewę we mchu i zamoczyła się skarpetka.

– Elvis!!! Elvis!!!

14

Niewielka, choć kompletna grupa dochodzeniowa pod wodzą Arnego Normana zgromadziła się przy stole konferencyjnym. Było kilka minut przed wpół do jedenastej.

– Pracowaliśmy już razem wcześniej – odchrząknął Arne – więc wszyscy wiedzą, co trzeba robić…

Kiedy zamilkł, popatrzyli na niego wyczekująco.

– Znaczy… Przepraszam, nabawiłem się boreliozy, czuję się paskudnie. – Machnął ręką, jakby oczekiwał gwałtownej reakcji, po czym kontynuował wypowiedź, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać: – Niebezpieczeństwa nie ma, diagnoza była szybka, teraz biorę penicylinę.

Sofie Eriksson opuściła głowę i wpatrzyła się w stół, a Magnus zauważył, że się uśmiechnęła.

– Może wrócimy do Valsjön? – zaproponował. – Chciałbym pogadać o zeznaniach świadków, znaczy tej pary i rolnika, którzy mieszkają najbliżej. Wszyscy widzieli niewysokiego czterdziestoletniego mężczyznę, nordycki wygląd, rozczochrane blond włosy, ewentualnie siwe i…

Roger wszedł mu w słowo:

– Z tym że nie wiemy, czy ten człowiek ma jakikolwiek związek ze sprawą. Ani czy widzieli tego samego osobnika.

– Nie, to fakt, ale facet, którego widzieli młodzi ludzie, był ranny i biegał po lesie tuż po północy, więc, do cholery, raczej powinniśmy się nim zainteresować – stwierdził Magnus.

– No jasne… pewnie że tak.

– Ciągle mamy na miejscu ludzi, którzy przeszukują okolicę, ale tamten gość pewnie już dawno zniknął – stwierdził Arne.

– Żaden szpital nie przyjął w nocy rannego o takim wyglądzie – dorzuciła Sofie. – Sprawdziłam.

Magnus się zamyślił.

– To spory las, miejscami bardzo gęsty. Facet może tam ciągle być. Ciężko tam kogoś zobaczyć, chyba że się na niego wpadnie.

Roger kiwnął głową.

– To prawda, sami się wczoraj przekonaliśmy. Aha, sprawdziłem ruch w sieci telefonicznej i też nic.

– A spalony samochód, ten, co eksplodował, wiemy coś o nim? – Arne miał coraz bardziej zniechęconą minę. Sofie oderwała spojrzenie od notatek.

– Przed chwilą dostałam wiadomość, że wyszukiwanie po numerze karoserii dało wynik. Właściciel samochodu nazywa się Tomas Nellert i pracuje jako ochroniarz w centrum handlowym w Göteborgu, tym wielkim… Nordstan, o ile mnie pamięć nie myli.

– I dopiero teraz to mówisz? – wypalił Arne. – Myślisz, że nasza ofiara to Tomas Nellert?

Sofie wzruszyła ramionami.

– Może tak. Zobaczymy. Wysłałam prośbę o sprawdzenie tego do policji w Göteborgu. Na razie nie udało się z nim skontaktować, więc sprawa jest podejrzana. Wyślą zdjęcie do zakładu medycyny sądowej… Aha, karta pacjenta od dentysty też jest już w drodze.

– Tak czy inaczej, zacznijmy go sprawdzać. Ja mogę się tym zająć. – Magnus zamknął notatnik.

Zatrzasnął za sobą drzwi i usiadł przed komputerem. W rejestrze przestępstw nie było nic na Tomasa Nellerta. Nawet mandatu za złe parkowanie. Wyglądało na to, że był niewinny jak baranek i nie udzielał się w sieci. Jedyne znalezione informacje to dane adresowe, którymi dysponował urząd skarbowy.

Trochę rozczarowany wyłączył komputer i zadzwonił na komisariat w Åkersberdze. Kobiecy głos w słuchawce był tak matowy i zachrypnięty, jakby jego właścicielka wypaliła rano całą paczkę papierosów albo nawet dwie.

– Vibeke Ljunggren, rejon policji Roslagen.

– Cześć, mówi inspektor Magnus Kalo z wydziału kryminalnego. Wydaje mi się, że widzieliśmy się przez chwilę nad Valsjön?

– Tak, pamiętam, ty jesteś ten wyższy, z rozczochraną czupryną i wąsami, tak? Przyjechałeś pierwszy?

– Tak, to ja. Chciałem zapytać, czy nie pojawiło się coś nowego? Jakieś informacje od mieszkańców?

– Niestety nie – odpowiedziała Vibeke bezbarwnym tonem. – Tutejsze tam-tamy milczą jak zaklęte. Myślisz, że to morderstwo może mieć związek z narkotykami?

Magnus popatrzył na wyludnioną o tej porze ulicę Kungsholmsgatan i przeciągnął dłonią po zakurzonej futrynie.

– Bo ja wiem? Też o tym myślałem, sprawca działał jak w ataku furii. Mieliście ostatnio problemy z gangami? Może pojawił się jakiś nowy narkotyk?

– Hm… – Przerwała na chwilę, a Magnus usłyszał mlaskanie, jak przy żuciu gumy. – Od wielu lat przestępczość nam się tu nasila, pojawiają się gangi z zewnątrz, z Vallentuny, Sumpan i innych miejsc, dochodzi do awantur, a w tle są oczywiście narkotyki. Tylko w ostatnim roku mieliśmy dwa morderstwa związane z narkotykami. Pierwsze w okolicy Hacksta, facet zastrzelony przez kilku kolesi, i drugie w domku letniskowym. Więc problem istnieje. Trudno udawać, że nie.

– A w tych dwóch przypadkach skończyło się wyrokiem skazującym?

– Nie, znamy sprawców, ale nie zostali osądzeni… jak na razie. Tam mieliśmy młodzież z kryminalną przeszłością, sporo o nich wiemy, ale to nad Valsjön to zupełnie inna historia.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Hm… tak czuję, bo to takie okrutne. À propos, pytałeś, czy nie pojawiły się jakieś nowe dragi. Nic o tym nie wiem, chociaż w sieci można znaleźć mnóstwo różnego gówna. Parę miesięcy temu słyszeliśmy, że zbliża się fala 5 IT.

Magnus przekładał długopis między palcami. Słyszał o tym narkotyku. W ubiegłym roku ślady tej substancji znaleziono we krwi czternastu młodych mężczyzn badanych w zakładzie medycyny sądowej, ale tylko w kilku przypadkach udało się udowodnić, że przyczyną zgonu było zażycie 5 IT.

– Słyszałaś coś jeszcze?

– Niestety nie.

Magnus chciał się pożegnać.

– Okej, w takim razie…

– Tak sobie pomyślałam, że to zabrzmiało, jakbyśmy mieli tu w Åkersberdze prawdziwy Dziki Zachód. Nie jest tak źle, takie samo miejsce jak każde inne, przynajmniej w dzień – powiedziała przepraszająco Vibeke.

– Wiem, wiem. Mieszkam w Åkersberdze.

– Naprawdę? Gdzie? – Słychać było, że jej ulżyło.

– Österskär.

– No proszę… Tutejsze Beverly Hills. Tam żadnych gangów nie uświadczysz. – Zabrzmiało to trochę ironicznie. Magnus był pewien, że dziewczyna się uśmiechnęła.

– A właśnie, Vibeke, może kojarzysz Tomasa Nellerta?

– Moment.

Usłyszał stukanie klawiatury, potem chrząknięcie.

– Nie, nic mi się nie wyświetla pod tym nazwiskiem. Młody czy stary?

– Dość młody, dwadzieścia cztery lata.

– Hmm… Mocno pracujemy z młodzieżą, mamy w bazie dokładne dane około dwustu okolicznych kolesi, ale o nim nic nie mam.

– No tak, bo on nie jest tu…

Weszła mu w słowo.

– Wiesz, wdrożyliśmy model z Linköping, przy najmniejszym podejrzeniu chodzimy do domów, ale jak widać, na niewiele się to zdaje. – Vibeke wydawała się sfrustrowana. – Szczerze? Nie da się zrobić więcej. Jest nas pięcioro w rejonie. To jakby próbować złowić całą ławicę ryb gołymi rękami.

– No, skąd ja to znam? Ale nie zdążyłem ci powiedzieć, że Tomas Nellert jest z Göteborga i że właśnie na niego jest zarejestrowany ten spalony samochód nad Valsjön. Chciałem tylko na wszelki wypadek sprawdzić, czy go nie znacie.

– Jasne. – Vibeke straciła zainteresowanie.

– Bardzo dziękuję za pomoc. I daj znać, jakby coś się pojawiło.

– Oczywiście, jakby co będę się odzywać.

15

Linn szczelnie owinęła się swetrem. Choć przychodnia znajdowała się na siódmym piętrze ogromnego półkolistego kompleksu budynków, to nie docierało tu ciepło z mieszkań leżących na niższych poziomach.

Uśmiechnęła się do siedzącej naprzeciwko kobiety.

– Ale, jak już mówiłam, musi pani przestać myśleć o tym w kategoriach winy. Wina nie leży po pani stronie. To rodzice w pewnym sensie panią zawiedli.

– Mimo to czuję, że to przeze mnie. Chcę, żeby zrozumieli, że…

– Próbuję pani wytłumaczyć, że nie ma sensu znowu im tego wyjaśniać. I tak tego nie zrozumieją, przynajmniej dopóki nie poradzą sobie z własnymi problemami, a to być może nigdy nie nastąpi. Może to zabrzmi brutalnie, ale czasami trzeba po prostu porzucić marzenie o idealnej relacji i pójść dalej.

– No to już nie wiem, co robić… – Kobieta głośno smarkała w podaną przez Linn chusteczkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Magnus Calo. Tom 2. Na kogo wypadnie, na tego śmierć Na kogo wypadnie, na tego śmierć Trzeci stopień 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny