Amerykański marzyciel

Amerykański marzyciel

Autorzy: Tommy Hilfiger Peter Knobler

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 59.90 zł

cena od: 28.70 zł

Tommy Hilfiger gwiazda biznesu i ikona mody po raz pierwszy ujawnia fascynującą historię swego życia, opowiadając o wzlotach i upadkach, porażkach i sukcesach.

Nie jest to tylko autobiografia celebryty. To także znakomity poradnik kreowania marki.

Tommy ujawnia kulisy podejmowanych decyzji i popełnionych błędów dzieli się nabytym

przez lata doświadczeniem w biznesie. Przedstawia też imponującą galerię postaci, z którymi

się spotykał i współpracował od Micka Jaggera i Davida Bowie po Ralpha Laurena i Calvina Kleina.

To historia Amerykanina z krwi i kości, opowiedziana szczerze i z humorem. Hilfiger zaraża nienasyconym apetytem na życie i przekonaniem, że aby osiągnąć coś wielkiego, trzeba mieć równie wielkie marzenia.                       

Przełożyli z angielskiego

Maria Grabska-Ryńska i Maciej Grabski

WROCŁAW 2017

Tytuł oryginału

AMERICAN DREAMER. MY LIFE IN FASHION & BUSINESS

Projekt okładki

© LAIRD + PARTNERS

Fotografia na okładce

© Richard Phibbs

Redakcja

BARBARA MAJEWSKA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2016 by Tommy Hilfiger

This translation is published by arrangement with of Ballantine Books, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC

All rights reserved

Polish edition © Publicat S.A. MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-245-8251-8

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Dedykacja

Przedmowa – Quincy Jones

Rozdział 1. Wyobraźnia

Rozdział 2. Uniformy

Rozdział 3. People’s Place

Rozdział 4. Sukces

Rozdział 5. Nowy rozdział

Rozdział 6. Jak przeżyć wiek dwudziesty

Rozdział 7. Bolączki

Rozdział 8. W świecie mody wszystko już było

Rozdział 9. Wisielec

Rozdział 10. Nowa ekipa

Rozdział 11. Większe i lepsze

Rozdział 12. Dzieci są super

Rozdział 13. High life

Rozdział 14. Synowie i Córki

Rozdział 15. Styl rockowy

Rozdział 16. Nadchodzi hip-hop

Rozdział 17. Plotka

Rozdział 18. Gwiazdy mają własne marki

Rozdział 19. Zespół się rozpada

Rozdział 20. Rodzina

Rozdział 21. Prywatyzujemy się

Rozdział 22. Krwawa łaźnia w zarządzie

Rozdział 23. Zwrot

Podziękowania

Źródła ilustracji

O autorach

FOTOGRAFIE: wkładka 1

FOTOGRAFIE: wkładka 2

Przypisy

Dedykuję tę książkę Virginii Gerrity Hilfiger,

Richardowi Congdonowi Hilfigerowi,

Williamowi Henry’emu Hilfigerowi,

Jamesowi Cironie,

Dee Ocleppo Hilfiger,

a także moim dzieciom:

Alexandrii, Richardowi, Elizabeth, Kathleen i Sebastianowi.

To one są solą mego życia.

Dzięki nim czuję się zawsze młody.

One dają mi siłę.

T.H.

Danielowi – P.K.

P R Z E D M O W A – Quincy Jones

Amerykański marzyciel. Podoba mi się tytuł, ponieważ ta książka, będąc swoistym hołdem dla miejsc i ludzi, którzy ukształtowali charakter Tommy’ego, mówi przede wszystkim o marzeniach i szansach, z których wszyscy możemy skorzystać, jeśli tylko mamy dość odwagi. Nie będę popuszczał cugli mojej jazzowej duszy; powiem tylko, że wiernie opisuje drogę, jaką Tommy zawsze podążał – krok za krokiem, ciągle naprzód. Nie respektując granic, mieszając i łącząc kultury, tworząc nowe zasady. To właśnie zbliżyło nas do siebie, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy dwadzieścia pięć lat temu.

Wracam myślą do lat dziewięćdziesiątych. To był prawdziwie rewolucyjny czas w muzyce. Pamiętam, że nagrywałem wtedy w Hit Factory ze swoimi muzykami i przyjąłem zaproszenie na obiad z Tommym. Poznała nas moja córka, Kidada. Zawsze miałem instynkt, a to był czas, kiedy hip-hop i cały ten miejski styl wprost kipiały. Niezwykłe talenty ludzi, z którymi współpracowałem w studiu i których przedstawiałem w „Vibe”, wyrażały się w bardzo oryginalny, szczery sposób. Kidada była częścią tego świata. Pracowała jako stylistka w redakcji, łowca trendów, a także muza Tommy’ego.

Tommy przykuwał uwagę swoim klasycznym stylem, wywodzącym się z czystych linii strojów międzyuczelnianej Ivy League i prostoty ubrań roboczych. Po szaleństwie lat osiemdziesiątych to było coś świeżego. Oczywiście, że projektanci już wcześniej współpracowali z muzykami. Znana z tego była na przykład wytwórnia Motown. Ale tym razem muzyka i moda zderzyły się w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie miały okazji. Zrozumcie mnie dobrze – nie mówię tu o scenicznych kostiumach, ale o dostępnych, osiągalnych ubraniach, z których każdy mógł stworzyć własną kreację, własny styl. Tommy dobrze wyczuł potęgę muzyki. Pojął, że ma ona moc, by wyrwać dziecko takie jak ja z rozpaczy getta i nadać jego życiu cel, wlać w nie nadzieję. Wiedział również, że muzyka jest koniem pociągowym, który powiezie jego markę w szeroki świat. Było w tym coś z magii. Tej nocy w Nowym Jorku, kiedy wsiadaliśmy do mojego lincolna, powiedziałem: „Człowieku, będzie o tobie głośno”.

Już od tego pierwszego spotkania Tommy i ja odnaleźliśmy wspólny język. Pochodziliśmy z różnych światów. Ja – czarny brat z Chicago i on – małomiasteczkowy dzieciak z prowincji. Ale obaj startowaliśmy od zera i obaj doskonale wiedzieliśmy, co znaczy ciężka praca nad swoim talentem i jak snuć wielkie plany. A ja, pokonawszy wiele przeszkód na drodze własnej kariery, wiedziałem, że chłopak z taką wizją i determinacją jest skazany na sukces.

Dorastał na obrzeżach stanu Nowy Jork jako jedno z dziewięciorga dzieci rodziców, którym nieobcy był codzienny trud. Głęboko zakorzeniona miłość do muzyki widoczna jest w pierwszych tworzonych przez niego kreacjach. Dżinsy dzwony z naszywkami, T-shirty z nadrukami i kolorowe kurtki – to wszystko był hołd dla artystów, których podziwiał. Odniósł najpierw sukces, a potem zaliczył porażkę. Zawsze powtarzam, że jest muzyka i jest muzyczny biznes. I jeśli chcesz przetrwać, musisz wiedzieć, jaka jest między nimi różnica. Niestety, to sprawdziło się również w przypadku Tommy’ego. Ale on zebrał swoje cięgi, przyjął lekcję, pokonał lęki, a co najważniejsze – nie poddał się.

Wtedy jeszcze nie znałem go osobiście, ale nie było chyba nikogo, kto odwiedzając Manhattan, nie widziałby wielkiego billboardu na samym środku Times Square, obwieszczającego, że w mieście jest nowy koleś. Napis wyglądał trochę jak gra w wisielca. To był śmiały ruch, niektórzy mogą powiedzieć nawet, że nierozważny. Ale przecież w życiu, a szczególnie w biznesie, należy podążać za marzeniami i robić to, co podpowiada serce. Nie ma tu miejsca na strach. Nie wolno myśleć o tym, jak osądzą cię inni, gdy chcesz stworzyć coś, co wcześniej nie istniało. Mówię o podejmowaniu ryzyka. Jeśli się go nie boisz, szansa na sukces rośnie. Wiele razy słyszałem, jak Tommy mówił, że przeciętność nie wchodzi w grę. To jest prawdą dzisiaj i było wtedy. Każdy, kto odniósł sukces, powie ci, że to trudne. Tommy nie lękał się trudności.

Widziałem, jak poświęca czas swoim dzieciom; zachęca je, by odnalazły swoją pasję w życiu. To samo robił dla mojej córki. Tommy dał Kidadzie pewność siebie, by podążała za tym, co podpowie jej instynkt. Dał jej również możliwość, by pokazała swój talent i stała się kobietą sukcesu, na którą została stworzona.

Wracam myślą do dnia, kiedy spotkałem Tommy’ego po raz pierwszy i rozpoczęliśmy współpracę. Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu. Razem z tymi wszystkimi wspaniałymi artystami zdołaliśmy stworzyć nowy, kultowy trend i rozpocząć prawdziwą rewolucję we współczesnym marketingu. Pomyślcie tylko: Michael Jackson w swetrze Tommy’ego Hilfigera na okładce „Vibe”... Andy Hilfiger i Kidada wożą busem Aaliyah, Marka Ronsona i Kate Hudson, dając pokazy mody, jak kraj długi i szeroki... Sheryl Crow, Britney Spears i The Rolling Stones noszą jego ubrania podczas tras koncertowych... Byliśmy pionierami. Obaj wyznawaliśmy filozofię, że sztuka i moda nie tylko są ściśle związane, ale wręcz nie mogą bez siebie istnieć.

Tommy znalazł się na samym szczycie, ale sądzę, że tym, co scementowało naszą przyjaźń, była jego potrzeba odwdzięczenia się za dary losu. Nigdy nie zapomniał, skąd wyszedł. Dobroczynność zawsze była i jest nadal ważnym aspektem jego życia. Razem wspieraliśmy Lifebeat, fundację We Are Family i Dream Concert na rzecz Martin Luther King Jr. Memorial Fund. Fundacja imienia Tommy’ego Hilfigera, a teraz fundacja Tommy Cares przez lata wspierała i wciąż wspiera niezliczone projekty i inicjatywy mające na celu poprawę życia tak wielu osób. Jego rola nie ogranicza się do złożenia podpisu na czeku. Osobiście zachęca i inspiruje swoich współpracowników, by poświęcili swój czas, by sami wsparli projekt finansowo. Wraz ze wszystkimi pracuje w pocie czoła.

Ktoś kiedyś powiedział, że w ludzkim życiu są trzy etapy: pogoń za bogactwem, następnie pogoń za władzą, aż w końcu osiąga się etap, kiedy dajemy innym coś od siebie, nie oczekując niczego w zamian. Wystarczy nam radość, którą z tego czerpiemy. „Amerykańskie marzenie” może się ziścić. Tommy jest tego dowodem.

Gratulacje, chłopie! Kocham cię jak brata!

Quincy Jones

R o z d z i a ł 1

WYOBRAŹNIA

Kiedyś będę duży!

Ucieczkę planowałem od zawsze. To znaczy w zasadzie głównie o niej marzyłem. Wyrywałem się z miejsca, gdzie byłem, i przenosiłem w inne. Jak się urwać ze szkoły? Gdzie się wybiorę w ten weekend? Gdzie będzie impreza? Marzyłem o supersamochodach, dziewczynach, sporcie. Chciałem robić wielkie pieniądze, korzystać z uroków życia, być gwiazdą rocka. Oczyma duszy widziałem się na pokładzie jachtu gdzieś na Bahamach. Czułem wiatr na twarzy, słyszałem łopot żagli. Gdy patrzyłem w górę, na maszt, widziałem białe obłoki na tle błękitnego nieba. I byłem tam naprawdę.

Miałem ośmioro rodzeństwa. Pewnego niedzielnego poranka ojciec wiózł nas wszystkich naszym kombi do Denton Hill, narciarskiego kurortu w Pensylwanii. Cały tył i bagażnik na dachu zajmowały nasze graty. Wszyscy rozglądali się z zainteresowaniem, więc i ja wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem domek na zboczu góry. Oczyma wyobraźni ujrzałem siebie w tym domku, z tym że w mojej wizji wyglądał niczym typowa alpejska chata. Na wielkim kamiennym kominku płonął ogień, a na werandzie czekały moje narty, gotowe do drogi. Zawsze chciałem zostać członkiem narciarskiego patrolu, wyobraziłem sobie więc plecak, a w nim szwajcarski scyzoryk, apteczkę, krótkofalówkę i składany namiot. Już czułem zapach sosen, widziałem oślepiającą biel śniegu, mogłem dotknąć strzelistych drzew. Sam nie wiem, skąd brały mi się te wszystkie szczegóły. Zawsze miałem hopla na punkcie filmów Disneya, więc pewnie z nich... a może z filmu Dźwięki muzyki? Tak często oddawałem się marzeniom, że wytrenowałem sobie wręcz fotograficzną pamięć. Widziałem jakąś scenę i klik – już zapisywała mi się w pamięci na zawsze. Kolor, dotyk, blask, patyna – wszystko.

Mój ojciec, Richard – zegarmistrz i jubiler – nie był typem marzyciela. Powtarzał ciągle, że muszę zdobyć jakiś fach, żeby znaleźć uczciwe zajęcie i zarobić na życie.

– Co to jest fach? – pytałem.

– Uczysz się na mechanika albo stolarza, pracujesz w warsztacie...

Nie chciałem stać się robotem: wstawać rano i co dnia wykonywać te same czynności. Warsztat był co prawda lepszy niż lekcje matematyki, ale i tak nudny. A ja chciałem się bawić.

W domu rzadko miałem okazję.

Urodziłem się w 1951 roku. Dorastałem w miejscowości Elmira w stanie Nowy Jork. Nasza rodzina zajmowała połowę bliźniaka przy Laurel Street 921, bocznej od Pennsylvania Avenue. Ojciec pochodził z niemiecko-szwajcarskiej rodziny, a korzenie mamy wywodziły się z Irlandii i Szkocji. Nazwisko panieńskie prababki od strony matki brzmiało Burns i podobno byliśmy spokrewnieni z poetą Robertem Burnsem. W domu nie mówiło się o tym głośno, gdyż Robbie Burns miał opinię kobieciarza i pijaka.

Cała jedenastoosobowa rodzina co wieczór jadła kolację przy wielkim stole. Chaos sięgał wtedy zenitu. Zawsze było jedno lub dwoje małych dzieci w wysokich krzesełkach, ja starałem się rozśmieszyć siostry albo im dokuczyć, któryś z braci lądował na podłodze, a nad wszystkim unosił się potężny, świdrujący hałas. Kiedy jednak do domu wracał ojciec i trzaskał pięścią w stół, wszystko milkło. Zasiadał do stołu ostatni i przeważnie w parszywym nastroju. Jego obecność bardzo nas stresowała i ze zdenerwowania zaczynaliśmy chichotać. Ojciec się wściekał, co powodowało, że chichotaliśmy jeszcze bardziej, a to jeszcze mocniej go wkurzało. Każdego wieczoru staraliśmy się ze wszystkich sił powstrzymywać i za każdym razem udawało nam się zirytować ojca.

Kiedy zostawaliśmy sami, pytaliśmy matkę: „Czemu tata jest taki zły?”.

Moja matka, Virginia, dyplomowana pielęgniarka, pracowała na nocną zmianę od osiemnastej do szóstej rano, a potem wracała do domu i robiła nam śniadanie. Przez całe życie brakowało jej snu. Mimo to potrafiła we wszystkim znaleźć ziarenko dobra. Była drobną kobietą o kasztanowych włosach, z jednym okiem zielonym, a drugim brązowym. Miła, ciepła, wrażliwa i kochająca. Tak, mama była naprawdę święta.

– Tatuś ma w sklepie klimatyzację, a w domu nie, i jest mu duszno, kochanie. – To był powód, dla którego ojciec był zły w lecie. – Nie odśnieżyliśmy podjazdu, jest śliski, skarbie. – Dlatego złościł się w zimie. Tata był w złym humorze niezależnie od pory roku. Prawdę mówiąc, wściekał się przez cały czas.

Lubił za to wychodzić ze swoimi kumplami. Grali w karty, strzelali do rzutków, przesiadywali w barze i robili zakłady sportowe. To życie poza domem go ekscytowało. Był przystojny, nienagannie się ubierał i kochali go wszyscy, którzy go znali. W kontaktach z sąsiadami, klientami czy przyjaciółmi był wprost czarujący. W domu stawał się kimś zupełnie innym – lecz nie wiedział o tym nikt oprócz nas. Dom z kredytem hipotecznym do spłaty i dziewiątką dzieci do ubrania to dość kosztowne hobby. Ojciec wychował się w protestanckiej rodzinie, a na katolicyzm przeszedł, żeniąc się z mamą. Trzymał się reguł, które wpoiła mu religia, ale nie sądzę, żeby był zadowolony ze swego życia. I mimo iż spłodzenie dziewiątki dzieci może być powodem do dumy, nie wydaje mi się, by chciał ich mieć aż tyle. Dla niego powrót do domu oznaczał zderzenie z szarą rzeczywistością. Kiedy jego auto zatrzymywało się na podjeździe, wszyscy wzdrygaliśmy się i zaczynaliśmy nawzajem uciszać.

Kiedy zostawiłem rower na podjeździe albo buty na schodach, zamiast w swoim pokoju (gdzie powinny się znaleźć), kiedy kopnąłem siostrę (co między piątym a jedenastym rokiem mojego życia zdarzało się średnio raz w tygodniu), ojciec mnie lał. I to mocno. Nienawidziłem go za to i bałem się, robiłem więc wszystko, żeby schodzić mu z oczu. Stałem się prawdziwym ekspertem w sztuce unikania go, kiedy był w domu. Umiałem być niewidzialny. Chowałem się przed ojcem, bo nigdy nie byłem pewien, do czego się przyczepi i czy spuści mi manto.

Mama była wrażliwa i kochająca. Nie pochwalała kar cielesnych. Starała się mnie chronić, mówiąc cicho do ojca: „Wystarczy”. Próbowała poprawić nasze wzajemne stosunki, ale ja wciąż się bałem, że znów wyprowadzę ojca z równowagi – i nie było tygodnia, żeby mi nie udowodnił, iż moje obawy były słuszne. Grzeczny czy nie, żyłem w ciągłym strachu.

Kiedy w domu jest dziewięcioro dzieci, wszystko staje się dość skomplikowane. Każde z nas miało inną rolę, inne obowiązki. Nie do końca rozumiałem, czy jest w tym podziale jakiś sens i jakie są jego kryteria. Kathy, najstarsza, była bardzo kreatywna i miała doskonałe wyczucie smaku. Bez przerwy przemeblowywała nam dom. Lampa tu, stolik tu, a kanapa pod drugą ścianę. Dbała o czystość i była wzorową uczennicą, jak sobie życzył tato. Doskonale rozumiała, jak ważne są pieniądze – może dlatego, że my nie mieliśmy ich zbyt wiele. Zwracała uwagę, jak ludzie są ubrani, gdzie i jak mieszkają: „O, zobacz! Ci to mają auto!”, „Tamci mają fantastyczny dom. Z basenem! Ich ojciec jest lekarzem. Muszą mieć kupę forsy!”. Mojej siostrze udało się zarazić mnie tą swoistą fascynacją. Obserwowaliśmy dzieci przedsiębiorców. Wszystkie były dobrze ubrane, zadbane i mieszkały we wspaniałych domach. Patrzyliśmy na nie i myśleliśmy: „Są super!”.

Kathy próbowała swych sił w szkolnej drużynie cheerleaderek. Były to czasy, kiedy cheerleaderka stanowiła dla dziewcząt synonim szczytu urody. Nie dostała się, co bardzo wytrąciło ją z równowagi. Ponieważ jednak była niezłą gimnastyczką, zaproponowano jej rolę maskotki – niebieskiego diabła drużyny Elmira Free Academy. Była bardzo atrakcyjną dziewczyną, choć nigdy tak o sobie nie myślała. Chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest piękna.

Ja, o dwa lata młodszy, byłem drugim dzieckiem w kolejności. Niestety, niezbyt udanym. W szkole mi zupełnie nie szło, a mimo że się starałem i wkładałem całe serce w grę, trudno mnie było nazwać wysportowanym. To bardzo bolało ojca. Charlie Collins, syn jego kumpla Maury’ego, był gwiazdą szkolnego futbolu. Maury bez przerwy opowiadał ojcu o jego sukcesach. A tatę to gryzło, bo on sam nie miał się czym pochwalić. Trenerzy mówili mi bez ogródek: „Jesteś za niski na koszykówkę” albo „Za drobny na futbol” – a baseballu nie cierpiałem. W niczym nie byłem dobry. Tato przez cały czas mówił o chłopakach z sąsiedztwa. Tommy Lynch jest świetny! Scotty Welliver to dopiero zuch! Jak ten Jimmy Rogers gra w baseball! Potem patrzył na mnie z wyrzutem i politowaniem. Nie do końca byłem pewny, czym go rozgniewałem, ale zanim skończyłem podstawówkę, stało się dla mnie jasne, że nigdy nie zdołam sprawić, żeby spojrzał na mnie przychylniejszym okiem – więc przestałem się starać.

Dorothy urodziła się rok po mnie i otrzymała imię po matce ojca. Wolała jednak imię Susie i uparła się, żeby tak się do niej zwracać. Odtąd wszyscy nazywali ją Susie. Była bystra. Ciekawska, żądna przygód i ogólnie lubiana. Mimo że nie była molem książkowym, zadziwiała rodzinę, nieustannie przynosząc ze szkoły znakomite stopnie. Miała cięty dowcip, tłum przyjaciół i gotową odpowiedź na wszystko. Ojciec żywił do niej szczególną słabość, ponieważ jako dziecko często chorowała. Później, gdy była nastolatką, zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane.

Ja tymczasem byłem marzycielem. Nie miałem innego wyjścia, ponieważ rzeczywistość mnie przerastała. To, co inni łapali w lot, dla mnie było kompletnie niezrozumiałe. Angielski, historia, matematyka – nie radziłem sobie nawet z czytaniem tekstu. Kiedy brałem książkę, czytałem dwie pierwsze strony, a potem od końca. Moje oczy skakały od linijki do linijki. Czasem lądowały na środku tekstu i zaczynałem czytać z dołu do góry. Innym razem od prawej do lewej. Nie potrafiłem nad nimi zapanować.

Chciałem się uczyć. Byłem ciekawy. Pewnie nazwalibyście mnie wścibskim, ale niesamowicie interesowało mnie wszystko, co się wokół mnie działo. A ponieważ nie potrafiłem zdobywać informacji w sposób, w jaki robili to inni – dysleksję stwierdzono u mnie dopiero znacznie później – skupiłem się na niuansach, półsłówkach, wyrazie twarzy, języku ciała. W ten sposób wykształciłem własny, osobisty radar, który miał mnie prowadzić. Co z tego, że po omacku.

Kiedy w szkole średniej siedziałem na matmie w klasie pana Hubera, myślałem o wszystkim, tylko nie o algebrze. 2 x/y, potęgi, pierwiastki kwadratowe – to była dla mnie czarna magia. Co gorsza, wiedziałem, że jeśli nawet przez to przebrnę, czeka mnie geometria. Nie potrafiłem się skupić, choć próbowałem. (Im bardziej próbowałem, tym mniej rozumiałem). Zrezygnowałem więc z nauki. Postanowiłem „strzelać” na testach i zobaczyć, co z tego wyniknie na koniec semestru.

Inni sobie radzili. Kiedy pan Huber rozdawał sprawdzone karty testów, zauważyłem, że większość klasy osiągnęła około dziewięćdziesięciu procent poprawnych odpowiedzi. Mój test był cały czerwony od poprawek i widniało na nim dumne 35%. Kiedy nauczyciel omawiał po kolei zadania, a uczniowie poprawiali je i robili notatki na przyszłość, ja gapiłem się na jego tanie buty, brązowe poliestrowe spodnie, koszulę non-iron i plastikowy krawat, myśląc sobie, że pan Huber musi być wiernym klientem sieci Sears.

Część nauczycieli darzyła mnie sympatią, może nawet trochę mi współczuli. Ale to dlatego, że mieli dobre serca, a mnie dało się lubić. Byłem typem wesołka. Miałem mnóstwo kumpli, z którymi wygłupiałem się na lekcji, ile wlezie – to znaczy, na tyle, by nie wyrzucono nas z klasy. Byłem niezłym naśladowcą i kiedy nauczyciel odwracał się do tablicy, parodiowałem dla hecy jego gesty, mimikę albo głos. Głównie po to, aby zatrzeć przykry fakt, że jestem matołkiem. Wiedziałem doskonale, co wszyscy myślą: nie ma dla mnie nadziei.

Tak więc siedziałem w klasie i gapiłem się na tablicę, nawet jej nie widząc. W czym tkwił problem? Nie radziłem sobie z czytaniem, za to dokładnie wiedziałem, co ma na sobie nauczyciel.

Jedno z największych upokorzeń spotkało mnie, kiedy musiałem powtarzać drugą klasę. Co gorsza, trafiłem do klasy mojej młodszej siostry Susie. Jeszcze gorzej, że ona miała same piątki, a ja byłem szczęśliwy, kiedy udało mi się dostać tróję.

Przy tym wszystkim Susie potrafiła się ubrać. Miała wyczucie. Wiedziała, które kolory do siebie pasują, znała się na markach i troszczyła o zawartość swojej szafy. Pieczołowicie składała każdy sweterek i zawsze doskonale wiedziała, co ma na półkach. To moje najwcześniejsze spotkanie z „kontrolą zapasów”. Zazdrośnie strzegła zawartości swojej szafy. Żadna z sióstr nie miała prawa dotknąć jej rzeczy. Dziewczyny w mojej rodzinie sporo rozmawiały o modzie, ciuchach i o tym, co się nosi. Bez nich pewnie nie zwracałbym na to uwagi, ale ciągłe wysłuchiwanie tych pogaduch z pewnością wywarło jakiś wpływ. Chłopak, który ma pięć sióstr, wie sporo rzeczy, których inni chłopcy nie wiedzą.

Elizabeth – Betsy – pojawiła się na świecie cztery lata po mnie. Wyglądała jak rasowy Hilfiger, z tym że była ruda, miała niebieskie oczy i piegi. Niewątpliwe miała bardziej wyrazistą urodę niż reszta rodzeństwa. Oprócz tego, że ładna, Betsy była miła, słodka i opiekuńcza. Niezwykle zdyscyplinowana i zorganizowana. Całkiem jak mama, nic więc dziwnego, że wkrótce stała się jej prawą ręką w domu. Kiedy wracałem ze szkoły, a na blacie stały świeżo upieczone ciastka albo placek, mogłem mieć pewność że Betsy maczała w tym palce. Została również kronikarzem i badaczem historii rodu Hilfigerów. Każdemu, kto miał pytanie dotyczące rodziny, Betsy potrafiła udzielić odpowiedzi.

Mój brat William Henry urodził się rok po Betsy. Już jako małe dziecko odznaczał się pedanterią. Uwielbiał rysować i był świetny z matematyki. Ja pierwszą wypłatę wydałem na ciuchy, tak jak moje siostry. Billy swoją odłożył. Oczywiście za jakiś czas my wszyscy byliśmy już bez grosza.

– Billy, pożycz dziesięć dolców!

– Jasne, tylko oddaj do środy, bo inaczej naliczę odsetki.

Dwa lata po Billym na świat przyszedł Bobby. Był dzieckiem o niespożytej wręcz energii. Zniszczył kilka łóżeczek: trząsł nimi i szarpał, aż się rozpadły. Po prostu nie chciał siedzieć w kojcu!

Pomimo to był dość chuderlawy i raczej słabowity, ale kiedy skończył podstawówkę, zaczął chodzić na siłownię i budować muskulaturę. W drugiej klasie liceum zrobił się z niego niezły byczek. Miał wrodzony talent do sportu i niczego się nie bał. Był wesoły i miły, ale kiedy podrósł, zaczął pokazywać różki. Mieliśmy mały motorek, ulubiony środek transportu wszystkich dzieciaków z okolicy. Ojciec zawsze powtarzał: „Nie wyjeżdżaj na drogę. Nie wolno ci nim jeździć po szosie”. Oczywiście Bobby nie miał zamiaru słuchać. Wsiadał i gnał, gdzie oczy poniosą. Kiedy wracał i ojciec chciał spuścić mu lanie, Bobby wyrywał się i zwyczajnie uciekał. Mnie nigdy się to nie udało.

Bobby grał w futbol amerykański i trenował zapasy. Już w młodszych klasach był gwiazdą. W starszych zdobył tytuł mistrza stanu Nowy Jork i stypendium Uniwersytetu Stanowego w Delhi. Jako zapaśnik dwukrotnie zdobył akademickie mistrzostwo kraju i ustanowił rekord liczby zwycięstw w tej lidze. Zdobył miejsce w drużynie marzeń Regionu III na lata siedemdziesiąte i plakietę w zapaśniczej hali sławy. Władze uczelni uznały go za najlepszego sportowca roku 1979. Potem przeniósł się do Boone w Północnej Karolinie na Uniwersytet Stanowy Appalachów, gdzie zdobył narodowe mistrzostwo pierwszej dywizji. Ojciec wreszcie miał syna, którym mógł się chwalić. Cieszyłem się razem z Bobbym (również dlatego, że ojcu wreszcie poprawił się humor).

Marie urodziła się rok po Bobbym. Siostra mojej mamy, ciotka Annie, która mieszkała wtedy z nami, pomagając przy dzieciach, doprowadzała małą do łez ze śmiechu, mówiąc: „D-d-d-d-d-d-dobra dziewusia!”. Wkrótce Marie została przechrzczona na Dee Dee. Wyrosła na duszę każdego towarzystwa, w jakim się znalazła.

Dee Dee, Kathy, Betsy i Susie pasjonowały się modą, której udało się w końcu przeniknąć do naszego domu. W tym czasie mieszkańcy zachodniej części Elmiry ubierali się bardzo „grzecznie”. Preferowali takie marki, jak Villager, Ladybug i John Meyer of Norwich, które kupowali w statecznych lokalnych sklepach – u Rosenbauma, Schwartza, Iszarda, w Gorton Coy lub Sportogs. Patrzyłem, jak siostry obnoszą się w nowych ciuchach, pożyczają je sobie i kłócą się zawzięcie:

– Rozciągnęłaś mi sweterek! – wrzeszczała Susie na Kathy.

– Wzięłam tylko na chwilę, nawet bym nie zdążyła!

– No to już więcej nie weźmiesz!

– A ty mojej spódnicy!

To były naprawdę bardzo istotne sprawy!

*

Dzieciaki rodziły się jedno po drugim. Nie lubiłem, kiedy mama zaczynała chodzić w ciążowej sukience, bo to oznaczało, że kolejny Hilfiger jest w drodze. A to z kolei – że mama będzie miała mniej czasu dla mnie, a w domu zapanuje jeszcze większy chaos. W sąsiedztwie była masa wielodzietnych rodzin. Katolicy uważali to wówczas za normę. Kiedy więc pani Hilfiger chodziła w ciąży po raz szósty czy siódmy, nikt nie mówił: „O mój Boże, ile oni mają tych dzieci?”. Bardziej prawdopodobne było, że usłyszy: „Tylko dziewięcioro? Sheehanowie mają jedenaścioro!”.

Mój brat Andy – ósme dziecko, które urodziło się w naszej rodzinie w ciągu dwunastu lat – był ode mnie młodszy o dekadę. Tato chyba niespecjalnie się z niego cieszył. Bardzo za to polubił Virginię – Ginny – o trzynaście lat młodszą ode mnie i ostatnią w kolejce. Ją najdłużej nazywaliśmy „małą”. Była rodzinną maskotką.

Ojciec miał swoich ulubieńców: Susie, Billy’ego, Bobby’ego, Betsy i Ginny. Z kolei Kathy, Andy, Dee Dee, no i ja oczywiście byliśmy pozbawieni jego względów. Wiele lat później odwiedziłem terapeutkę, panią Robertę Sorvino. Nigdy wcześniej nie byłem u terapeuty, a ona okazała się wspaniałą kobietą, pełną niezwykłej mądrości i współczucia. Jest moją przyjaciółką i powierniczką do dzisiaj, choć minęło trzydzieści pięć lat. Zwróciła uwagę na coś, na co sam bym nie wpadł: wszystkie dzieci, które tata faworyzował, nosiły imiona po kimś z jego rodziny, kogo lubił. Reszta, z wyjątkiem Kathy – po rodzinie ze strony mamy. Za nimi nie przepadał. Być może, z psychologicznego punktu widzenia, miało to wpływ na jego stosunek do nas, choć ja zawsze uważałem, iż nie znosi mnie dlatego, że nie dorastam do jego oczekiwań. (Nigdy nie udało mi się odkryć, dlaczego tak podle odnosił się do Kathy). Kiedy zauważyłem, że zaczyna traktować Andy’ego podobnie jak mnie, za każdym razem, kiedy auto ojca zatrzymywało się przed domem, brałem malca i starałem się usunąć go ojcu z drogi.

Nawet matka ojca była dla mnie niedobra. Babcia Dorothy mieszkała ze swoim drugim mężem w Jacksonville na Florydzie. Od czasu do czasu wsiadali do samochodu i przyjeżdżali z wizytą. Dla mnie babcia była oschła, opryskliwa i apodyktyczna, za to uwielbiała Betsy, która wyrosła na piękność.

– Wyjdź z pokoju – mówiła do mnie. – Rozmawiam z twoją matką. Dzieci powinno być widać, ale nie słychać. – (Moim siostrom wolno było z nimi siedzieć, mnie nie). – Idź bawić się na zewnątrz.

– Jest zimno! – protestowałem. – I spadł z metr śniegu.

– Trudno. Zmykaj na dwór.

A ja, będąc grzecznym chłopcem, wychodziłem. Kiedy już solidnie przemarzłem, łomotałem do drzwi, a mama wpuszczała mnie do środka. Babcia patrzyła na nią zła, że ma zbyt miękkie serce i tak szybko kapituluje.

Kiedy miałem jedenaście lat, Kathy, Susie i Betsy (wówczas lat trzynaście, dziesięć i osiem) zostały zaproszone na Florydę na wakacje. Mnie pominięto. Kiedy zapytałem, czy ja też mogę jechać, rozgorzała dyskusja i babcia w końcu się zgodziła. Ale nie była z tego powodu szczęśliwa. Ponieważ w tamtych czasach nie było nic dziwnego w tym, że dzieci podróżują bez opieki, wsadzono naszą czwórkę do autobusu linii Greyhound. Gdzieś w środku nocy dojechaliśmy do Charlestonu w Południowej Karolinie. Musiałem iść do toalety. Kiedy wysiadłem, zauważyłem kilku podejrzanych facetów, którzy mi się przyglądali. Nie wiedziałem wtedy jeszcze nic o zboczeńcach, ale ci porządnie mnie wystraszyli. Szybko załatwiłem, co miałem do załatwienia, i pędem wróciłem do autobusu. Moich sióstr nigdzie nie było widać. Czas mijał, autobus lada chwila miał ruszać, zacząłem się solidnie niepokoić. Byłem już prawie pewien, że coś im się stało. W końcu zobaczyłem, jak cała trójka maszeruje z toalety. Zapewne w połowie lat sześćdziesiątych wysłanie dzieci samych w ponadtysiącmilową podróż można było nazwać odpowiedzialnym rodzicielstwem, ale minęło pięćdziesiąt lat, a ja wciąż czuję ciarki na samo wspomnienie. To doświadczenie sprzed pół wieku wpłynęło na to, jakim jestem rodzicem: opiekuńczym, może aż do przesady. Nawet dziś chcę słyszeć swoje dzieci przynajmniej raz dziennie. Wiem, że może je to doprowadzać do szału, ale taki już jestem.

Spędziliśmy u babci sporą część lata. Pamiętam jednak tylko plewienie ogrodu. Na zewnątrz było ze czterdzieści stopni, a parne powietrze roiło się od owadów. Wyrwawszy kilka łodyg jakiegoś zielska, myślałem z wyrzutem: „Dlaczego ja to muszę robić? Moje siostry siedzą w domu, oglądają telewizję i jedzą słodycze, a mnie wysłała do plewienia chwastów!”. Nagle zacząłem się zastanawiać, jak wyglądało dzieciństwo mego ojca. Słyszałem od rodziny, że nieraz porządnie dostał w skórę od dziadka.

Ciocia Annie, siostra mamy, doskonale widziała, co się dzieje. Godzinami siedziała z mamą w kuchni, paląc papierosy, pijąc kawę i plotkując. (Mówiła głównie ciocia). Lubiłem ją, bo czułem, że naprawdę mnie kocha.

– Musisz w siebie uwierzyć – powtarzała mi zawsze. – Jesteś dobrym chłopcem. I mądrym. Tylko nie pchaj się ojcu przed oczy.

*

Elmira leżała w stanie Nowy Jork, ale równie dobrze mogłaby tkwić gdzieś w środku Kansas. Mieszkało się tu jak na prawdziwej prowincji. Miasto podzielone było na bogatą zachodnią część oraz robotniczy wschód i południe, gdzie mieszkaliśmy. Dorastałem, oglądając Klub Myszki Miki i Davy’ego Crocketta. Wszystkie dzieciaki bawiły się na ulicy.

Elliottowie, sąsiedzi, mieli trzech synów. Tommy, Dickie i Bobby byli starsi ode mnie. I twardsi. Naśmiewali się ze mnie, poszturchiwali i tłukli, a ja ich uwielbiałem. Byli moimi idolami. W soboty oglądaliśmy u nich kreskówki: Popeye, Myszkę Miki, Kaczora Donalda i Zwariowane melodie. A potem pędziliśmy na dwór grać w baseball i łazić po drzewach. Któregoś dnia zabrali mnie na tory kolejowe, a kiedy zatrzymała nas policja i spisano nasze personalia, miałem nieliche kłopoty w domu. Byłem w drugiej klasie, kiedy się wyprowadzili. Cały mój świat się zawalił.

Mama jeździła sponiewieranym pontiakiem z 1951 roku – kombi z drewnianymi panelami na bokach. Dziś to klasyk, ale nasz przypominał zwykłą kupę złomu. Był tak zniszczony, że wstydziłem się do niego wsiadać. Któregoś popołudnia, kiedy wracaliśmy ze sklepu, mama skręciła gwałtownie i torba z zakupami zsunęła się z tylnego siedzenia na podłogę. W podłodze była dziura, bo blacha przerdzewiała. Wszystkie pomarańcze i mandarynki potoczyły się po asfalcie. Mama zahamowała, wyskoczyła z samochodu i zaczęła zbierać owoce. Wydało mi się to bardzo zabawne.

– Dlaczego mamy samochód z dziurą w podłodze? – zapytałem.

– Bo nie stać nas na nowy – odparła mama.

Ojciec pracował w sklepie jubilerskim pana Shreibmana.

– Pan Hoffman kupił swojej żonie pierścionek z brylantem za pięć tysięcy dolarów – powiedział do mamy któregoś wieczoru. Jakim cudem kogokolwiek było na to stać?

Kathy wytłumaczyła mi wszystko.

– Jego rodzina ma kupę forsy – powiedziała. – Mają dom w Strathmont. A Hoffman Street wzięła nazwę właśnie od nich.

Wprost oniemiałem.

– Jak ludzie do tego dochodzą?

– Rodzą się już tacy.

– Dlaczego my się tacy nie urodziliśmy?

Tego dnia zyskałem wiedzę, że ludzie dzielą się na tych, których stać, i na tych, których nie stać. Jak zrozumiałem, ludzie, których stać na różne fajne rzeczy, mieszkają w lepszej dzielnicy, są lekarzami, prawnikami lub dobrze zarabiającymi specjalistami. I na ogół nie mają dziewięciorga dzieci. Zdałem sobie sprawę, że jeśli zamarzy mi się nowy rower, para lewisów albo nowe trampki, będę je musiał kupić sobie sam.

Jeden ze starszych chłopaków z sąsiedztwa, Terry Jones, zgodził się, żebym pomagał mu rozwozić gazety. Przemierzaliśmy na rowerach elitarne ulice Strathmont. Euclid Avenue, Hoffman Street, Upper Clinton, Foster Avenue, Garden Road, Fassett Road i Edgewood Drive, gdzie stały wspaniałe rezydencje. Wrzucałem gazetę przez ogrodzenie i myślałem sobie: „Rany! Ludzie naprawdę mieszkają w takich domach! Mają więcej niż jeden samochód, baseny, ogrodników i lokajów w liberiach, którzy otwierają drzwi... Też chcę kiedyś tak żyć!”.

Idea zarabiania pieniędzy bardzo mnie podniecała. Miałem już pewne doświadczenie w biznesie, ponieważ własnymi siłami rozpracowałem koncepcję wymiany barterowej. Oddałem koledze zepsuty rower i trochę gotówki w zamian za lepszy rower. Przehandlowałem zabawki i rękawicę do baseballu.

– Dam ci mój kask do futbolu i pięć dolców, a ty mi za to dasz swój kask – powiedziałem kiedyś do jednego z chłopaków i zrobiłem niezły interes. Grabiłem liście, odśnieżałem podjazdy i byłem dla sąsiadów chłopcem na posyłki. Nie wiedziałem, czy jestem dość bystry, aby zostać lekarzem, prawnikiem lub przemysłowcem, ale bez przerwy kombinowałem.

Kiedy Terry skończył szkołę i miał wyjechać do college’u, odsprzedał mi swój rejon za piętnaście dolarów. Tak zostałem gazeciarzem z prawdziwego zdarzenia. Ale nie poprzestałem na jednym źródle dochodu. Każdej soboty pukałem do drzwi tych wielkich domów, aby zebrać opłatę za prenumeratę. To nauczyło mnie rozmawiać z dorosłymi. Im zaś często potrzebny był ktoś taki jak ja.

– Co robisz w niedzielę? – pytali. – Może byś wpadł skosić trawnik?

Gdy więc moi przyjaciele radośnie, beztrosko oddawali się sportom, ja ciężko pracowałem. Zacząłem zarabiać. Mogłem wreszcie kupować ubrania! Mogłem chodzić do kina. Stać mnie było na lody i napoje. Któregoś dnia pomyślałem: „Może i ja kiedyś będę mógł zamieszkać w takim domu? Przecież ludzie naprawdę w nich mieszkają!”. Z początku ciężko mi było w to uwierzyć.

Któregoś wieczoru ojciec wrócił z pracy, zaprowadził mamę do kuchni i powiedział:

– Przeprowadzimy się do zachodniej dzielnicy.

– Przecież nas na to nie stać – usłyszałem obiekcje mamy.

– Art sprzeda nam swój stary dom za bardzo przystępną cenę. A ten możemy wynająć. Będzie dodatkowe źródło dochodu – tłumaczył tato.

Jego przyjaciel, Art Welliver, oddał mu zdaje się niezwykłą przysługę. Niewiele z tego rozumiałem. Następną rzeczą, jaką pamiętam, były ciężarówki zabierające nasze meble i wyposażenie domu. I nagle mieszkaliśmy przy West Clinton 606, w czymś, co zdawało się nam pałacem. Pięć sypialni!

Kiedy biegaliśmy, zwiedzając dom, Kathy zatrzymała mnie i powiedziała: „Tak mieszkają bogacze!”. Odtąd każde z nas dzieliło sypialnię tylko z jednym, a nie z trojgiem rodzeństwa.

W pobliżu płynął strumień. Domy były większe, ulice szersze i w ogóle cała okolica ładniejsza. Większe domy oznaczały większe rodziny, a że większość z nich stanowili włoscy i irlandzcy katolicy, w okolicy roiło się od dzieci. Sheehanowie z Logan Street mieli jedenaścioro i nikt nie śmiał zadrzeć z Jackiem albo Patem Sheehanem. To byli prawdziwi twardziele – do tego stopnia, że Pata nazywano „Bugsy”[1]. Inni Sheehanowie mieli dziesięć córek i jednego syna. (Cztery z tych dziewcząt pomagały mamie przy dzieciach). Rogersowie wychowywali piątkę, a państwo Cesari, nasi sąsiedzi, szóstkę. Doktor Cesari był chirurgiem szczękowym i najmilszym człowiekiem na świecie, a jego żona Lucy zajmowała się nami jak druga matka. Jej rodzice mieli kręgielnię i piekarnię, więc często dostawaliśmy od niej świeże ciastka. Longwellowie po drugiej stronie ulicy dochowali się siedmiorga dzieci, a Smithowie na rogu – tylko trójki. Na trawnikach grało się w softball, przy ulicach stały budki z lemoniadą. To było jak nieustające wakacje.

Miejscowe stowarzyszenie YMCA co roku organizowało obóz letni nad jeziorami Finger Lakes. Słyszałem o nich od lat – Camp Iroquois! Namioty, kajaki, pływanie – każdy rodzaj sportu i zabawy, jaki można sobie wymarzyć. Umierałem z pragnienia, żeby tam pojechać, ale rodziców nie było stać na to, żeby mi zafundować taki wyraj. Znalazłem rozwiązanie. Jedna z firm oferowała możliwość wyjazdu w zamian za sprzedaż cukierków toffi. Jeśli uda mi się zrealizować plan sprzedaży, będę mógł spędzić nad jeziorem cały tydzień. Odwiedziłem domy wszystkich moich gazetowych klientów, zapukałem do każdych drzwi i sprzedałem wszystko, do ostatniego kartonu. Miałem dwanaście lat i oto spełnił się mój sen. Nie tylko spędziłem fantastyczny tydzień na letnim obozie, ale nauczyłem się również, że dorośli szanują dzieciaki, którym zależy. I chcą je wspierać. Byłem z siebie dumny. Mój ojciec również.

Mój stryjeczny dziadek, Charlie Kromer, był dyrektorem Neighborhood House, centrum dla lokalnej społeczności wschodniej części miasta. Tu również prowadzono letnie obozy – darmowe. Byłem jednym z niewielu białych, którzy brali w nich udział. Poznałem mnóstwo czarnych chłopaków z naszego miasta i świetnie się razem bawiliśmy.

Każde dziecko w okolicy chodziło do szkoły pieszo, widywaliśmy się więc rano, w południe i po południu. Moi bracia i siostry zaczęli spędzać czas ze swoimi kolegami. Szefem mojej paczki był John Shingler. Dla nas wszystko, co robił, było super. John miał starszego brata, Roba – największego szpanera w okolicy. John się na nim wzorował, a my darzyliśmy go ślepym uwielbieniem. To on pierwszy przyniósł „Playboya” i papierosy. To on nam pokazał, jak wygląda prezerwatywa. Ubierał się w ekstraciuchy i miał najfajniejsze dziewczyny. Do naszej paczki należał jeszcze Andy Sleeper, Jeff Bloom, bliźniaki Jack i Jim Colgrove oraz Mike French, który był świetnym sportowcem i okropnym podrywaczem.

Skończyliśmy szóstą klasę i rozpoczęliśmy gimnazjum w Booth School. Tam poznaliśmy jeszcze więcej chłopaków z zachodniej Elmiry: Kevina Delaneya, Hirschów, Skibów, Jerome’ów, Dona Nowilla, Richiego Poesa, Mike’a Straighta i Tima Kennedy’ego. Postanowiłem zapoznać się z Larrym Stemermanem, gdyż nosił sztyblety w stylu Beatlesów. Pomyślałem sobie: „Mój ojciec nigdy by mi nie pozwolił nosić takich butów”. Od razu zostaliśmy przyjaciółmi. Od tej pory przesiadywałem u Stemermanów niemal bez przerwy. (Kiedy pierwszy raz zobaczyłem szmaragdowozielony dywan pani Stemerman, pomyślałem, że znalazłem się w pałacu). To z nimi po raz pierwszy byłem w restauracji. Z nimi spędzałem każde święto Paschy i Jamim Noraim. To było dla mnie istne objawienie: potrawy, których nigdy wcześniej nie jadłem, opowieści, których nie słyszałem, słowa, których nie znałem. Stali się dla mnie rodziną. Dosłownie mnie adoptowali.

W piątkowe wieczory Larry, ja i reszta chłopaków włóczyliśmy się po okolicy (Larry nie był na tyle religijny, by synagoga miała mu przeszkodzić w dobrej zabawie). Mówiliśmy rodzicom, że idziemy tam a tam, po czym rozbijaliśmy się po mieście, piliśmy piwo i włóczyliśmy się z dziewczynami – jeśli się jakieś trafiły. Któregoś razu Bloom, French, Shingler, bliźniaki Colgrove i ja dostaliśmy pozwolenie na nocleg w należącym do Shinglerów drewnianym domku, który nazywaliśmy „chatą”. Około jedenastej wieczorem postanowiliśmy się wymknąć i pokręcić po okolicy... w samych majtkach. Kryliśmy się właśnie w krzakach, kiedy usłyszeliśmy wrzaski z domu sąsiadów. W domu paliło się światło; widzieliśmy wyraźnie, jak wymachują rękami. Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem małżeńskiej awantury. Moi rodzice się nie kłócili.

Ukryci w krzakach, oglądaliśmy wojnę w domu naszych szkolnych kolegów, tymczasem gdzieś za naszymi plecami zatrzymał się samochód. Ktoś wezwał gliny. Nie wiem, czy z powodu zakłócenia ciszy nocnej, czy dlatego, że zobaczył bandę nastolatków czających się w krzakach w samej bieliźnie. Funkcjonariusze błysnęli latarkami, otoczyli nas, zadzwonili do rodziców i rozwieźli nas do domów.

Ojciec nie wiedział, gdzie podziać oczy ze wstydu. Był wściekły i dał mi to do zrozumienia, nie przebierając w słowach. Przysiągłem sobie, że taki numer więcej się nie powtórzy.

Rok później znów dostałem pozwolenie na nocleg w chacie. Rzecz jasna, znów się wymknęliśmy, jednak tym razem postanowiliśmy zostać w ubraniach. Udaliśmy się pod dom Lindy Stone na West First Street. Miała u niej nocować Sandy Van Gorder i dziewczyny obiecały, że wyjdą się z nami spotkać. Kiedy byliśmy już na podjeździe, z domu wypadł pan Stone wraz z synem Dickiem i zaczęli nas gonić. Dopędzili nas na rogu First Street i Hoffman. Sami zadzwonili do naszych rodziców.

Pan Stone powiedział ojcu, że znalazł na podjeździe wypalone zapałki. Z pewnością chcieliśmy podpalić mu samochód, wrzucając je do baku. Nawet nam to do głowy nie przyszło; paliliśmy po prostu papierosy. Ale to wcale nie udobruchało mojego taty.

R o z d z i a ł 2

UNIFORMY

Moja pierwsza inspiracja

Ojciec chciał mieć we mnie syna doskonałego. Chciał, żebym się dobrze uczył. Nie byłem orłem. Chciał zrobić ze mnie sportowca. Nic z tego. Nigdy nie byłem wystarczająco duży ani silny. W żadnej dyscyplinie nie błysnąłem talentem na tyle, żeby się wybić. Byłem mały i drobny jak na swój wiek. Kiedy w szkole rozdawali stroje sportowe małej ligi baseballu, wszystko było na mnie za duże. Trenerzy wskazywali mi drogę wprost na ławkę rezerwowych. Rzadko miałem kontakt z piłką. Jeszcze rzadziej udawało mi się ją odbić.

Za to uwielbiałem sportowe stroje, zawodnicze uniformy. Wciągałem w nozdrza zapach tuszu, którym wydrukowano na koszulkach numery i nazwę drużyny. Byłem przekonany, że jeśli nosisz numer, to wyglądasz na kogoś ważnego, więc nie opuszczałem drużyny. W juniorskich ligach zamiast krótkich spodni i getrów nosiliśmy spodnie ze strzemiączkami i białe skarpety. Do tego prawdziwe baseballowe koszule w prążki, na których litery były wyhaftowane, a nie drukowane. Koszulki meczowe miały złoto-niebieskie flokowane napisy! Nie martwiłem się więc, że siedzę na ławce rezerwowych dwa lata z rzędu. Trzeciego roku zacząłem trochę grać, ale wtedy w moim życiu pojawił się futbol i baseball poszedł w odstawkę. Futbol był fajniejszy. Na głowie nosiło się kask i zakładało spodnie z ochraniaczami, a także ochraniacze na ramiona.

Uwielbiałem Cleveland Browns. Mieli brązowo-pomarańczowe koszulki z pasami wokół bicepsów, białe spodnie i pomarańczowe kaski z białym pasem przez środek. Ich numer 32 – Jimmy Brown – był najlepszym graczem (wtedy jeszcze mówiono o nim Jimmy, a nie Jim). Green Bay Packers mieli Jima Taylora, a New York Giants – Y.A. Tittle’a i Franka Gifforda. To byli prawdziwi herosi. Dziadek wiedział o moich pasjach i podarował mi na święta album Roberta Rigera, zatytułowany Zawodowcy. Potrafiłem gapić się na zdjęcia graczy całymi godzinami.

Chciałem zagrać w lidze juniorskiej, ale ważyłem mniej niż wymagane dziewięćdziesiąt funtów[2]. Kolega napchał mi kamieni do kieszeni, ale wciąż byłem za lekki. Wtedy drugi pociągnął mnie w dół za nogawki i wreszcie się udało. Oczywiście, kiedy przyszło do wydawania strojów, mój okazał się jak zwykle o wiele za duży. Mimo to aż drżałem z niecierpliwości, żeby go włożyć. Na szczęście trener, przyjaciel ojca, Mickey Collins, był na tyle przytomny, by nie stawiać mnie w pierwszej linii, gdyż na boisku było dość krzepkich byczków, bym nie dożył do końca meczu. Grałem więc daleko z tyłu i modliłem się, żeby żaden z tych chłopaków na mnie nie wpadł.

Ale za to uwielbiałem strój futbolisty! Co to było za uczucie, kiedy miałem go na sobie jak prawdziwy profesjonalny gracz! Rozkładałem wszystko na łóżku, nie mogąc się doczekać wieczornego treningu czy niedzielnego meczu. Oczyma wyobraźni widziałem siebie w potężnych poduszkach naramienników, meczowej koszulce, spodenkach z ochraniaczami na udach i kolanach. Na koszulce wyszyta nazwa drużyny i numer zawodnika. Miałem buty z kolcami Riddella i kask z bajerancką osłoną twarzy. W rzeczywistości poduszki na ramionach były o wiele za duże, w kasku moja głowa wręcz tonęła, a krata na twarzy ważyła pewnie więcej ode mnie. Ale cały czas udawałem – marzyłem – że jestem prawdziwym mistrzem.

[...]

Przypisy

[1] Ben „Bugsy” Siegel – znany amerykański gangster z lat 30.-40. XX wieku.

[2] Czterdzieści kg.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Amerykański marzyciel 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia