Dwudziestolecie od kuchni

Dwudziestolecie od kuchni

Autorzy: Aleksandra Zaprutko-Janicka

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.99 zł

Kraj wyniszczony wojną, jakiej świat jeszcze nie widział. Miliony rodzin żyjące w skrajnej biedzie. Galopujące ceny, fałszerze żywności i oszuści żerujący na ludzkiej krzywdzie. Poznaj odarte z kłamstw i mitów oblicze niepodległej Polski. II Rzeczpospolita też była polem walki, a nowym frontem okazały się kuchnie, spiżarnie i miejskie targi.

 

Aleksandra Zaprutko-Janicka, autorka bestsellerowej Okupacji od kuchni, zabiera czytelników w czasy szokujących kontrastów. Arystokratyczne rauty zestawia z wielkim kryzysem, zmuszającym wiejskie rodziny do żywienia się trawą i korą. Pisze o niesamowitym postępie technicznym, który na zawsze odmienił życie gospodyń. Ale też o emancypacji polskich kobiet, które nie chciały, by dłużej mówiono im, że całe życie mają spędzić przy garach. Pokazuje niezwykłą zaradność, oszczędność i przedsiębiorczość naszych prababć. Zdradza tajniki dawnej gastronomii, wyjaśnia, czym był street food 80 lat temu i jak kobiety łączyły pracę zawodową z opieką nad domem i dziećmi.

 

Dwudziestolecie od kuchni to coś więcej niż książka o kulinarnych dziejach naszego kraju. To również zbiór wciąż aktualnych porad oraz dowód na to, że historia przedwojennej Polski nie należy wyłącznie do mężczyzn.

Kamilowi

Za to, że jeszcze mnie nie udusił

List zwyczajnej Polki / Prolog

W powiecie brasławskim panowała bieda. Gorzej. We wsiach i w miasteczkach szerzyła się prawdziwa nędza. Taka, która uczciwych ludzi pozbawia dachu nad głową, a nawet najbardziej pracowitych doprowadza do bankructwa, zwieńczonego licytacjami resztek dobytku. Osadniczka Zofia Pujszowa każdego dnia obserwowała, jak jej sąsiedzi tracą dorobek życia. Wszyscy toną w pożyczkach, które wzięli parę lat temu, gdy koniunktura zdawała się zwyżkować. Myśleli, że dzięki zastrzykowi gotówki unowocześnią swoje gospodarstwa, wybiją się, dorobią. Kredyty brali, gdy za jedną krowę dostawali kilkaset złotych. Teraz ta sama krasula była warta ledwie kilkadziesiąt. Skąd wziąć wobec tego pieniądze na kolejną ratę, gdy komornik łomocze do drzwi?

7 stycznia 1933 Zofia usiadła, wzięła głęboki oddech i zaczęła dyktować. „Najukochańszy Nasz Wodzu” – brzmiały pierwsze słowa jej listu. Zdesperowana kobieta, nie widząc innej nadziei, postanowiła błagać o pomoc najważniejszą osobę w państwie – Józefa Piłsudskiego. W głowie jej się nie mieściło, że Marszałek mógłby wiedzieć o nadużyciach aparatu państwowego i o sytuacji wsi polskiej. Przecież nie pozwoliłby na traktowanie chłopów w ten sposób! Biedna mieszkanka Brasławszczyzny uznała, że gdy wytłumaczy Wodzowi, co się dzieje, ten z pewnością zareaguje. I przebędzie z pomocą, zupełnie jak w roku 1918, gdy ważyły się losy polskiej niepodległości.

W liście opowiadała o tym, że rolnicy, chcąc sprzedać płody swojej ziemi, muszą uiszczać bandyckie opłaty za wjazd na plac targowy. Państwo wydzierżawiało rynki, a najemcy nie mieli litości – czy ktoś wiózł 300 kilogramów, czy 13 musiał wysupłać taką samą opłatę. Agronomowie jeździli na wieś, uczyć chłopów nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa, a ci prości ludzie nie mieli za co utrzymać tego, które już posiadali. Nawet jeśli hodowali i sprzedawali zwierzęta, to za doskonale odchowane dostawali śmieszne pieniądze, w żaden sposób nie rekompensujące nakładu sił i środków. Zofia Pujszowa przytaczała własny przykład. Porządnie utuczyła wieprza i sprzedała. W międzyczasie zdążył on pożreć paszy za 100 złotych, jako prosię kosztował 5, za możliwość sprzedania go na rynku gospodyni musiała zapłacić 50 groszy i jeszcze drugie tyle za świadectwo pochodzenia… Za dorosłego wieprza dostała tymczasem śmieszne 35 złotych, czyli równowartość sześciu litrowych butelek wódki! Za dużo, by od razu szykować się na konanie z głodu, za mało by normalnie żyć. Chyba zostawało tylko wziąć te sześć butelek wódki i zapić się na śmierć.

Zofia nie należała jednak do osób, które tak łatwo kapitulują. Podążała za wiedzą i bliskim dopomagała w tym samym. Trzy córki należały do Koła Młodych Polek, ojciec do Koła Rolniczego, a synowie do Związku Strzeleckiego. Każda z tych organizacji wiele dawała od siebie, jednak wymagała niemałych, jak na możliwości wiejskiej kobiety, składek. Do tego dochodziły podatki, spłata kolejnych rat pożyczek, odzież, żywność… Autorka listu do Marszałka wcale nie prosiła o jałmużnę ani o jakąkolwiek pomoc. Zamiast tego – bez owijania w bawełnę – opisywała sytuację, szczerze wierząc, że to nieuczciwi aparatczycy najniższego szczebla odpowiadają za tragiczną sytuację ludzi na wsi. Ufając Piłsudskiemu niczym Bogu, podkreślała, że choć jest „tylko kobietą”, widzi krzywdę wyrządzaną jej i jej podobnym i obawia się, że bez interwencji z samej góry czeka ich niechybny koniec. Swój list zakańczała słowami: „Piszę list i proszę Najwielmożniejszego Pana Marszałka odpisać listownie z łaski swojej, z prośby mojej. Czy wie o tym wszystkim rząd?”.

Rząd wiedział i to doskonale. Niewiele jednak ze swą świadomością robił. Polska, pogrążona w szalejącym od 1929 roku wielkim kryzysie gospodarczym, znajdowała się w dramatycznej kondycji. W wielu rodzinach, w szczególności na wsi, zdarzało się, że na 10 osób była tylko jedna para butów, a dzieci biegały tylko w jednej koszulinie z samodziału (i niczym więcej). Spano bezpośrednio na słomie, bo nie było nawet pieniędzy na płótno na siennik, a do łóżek kładziono się po zmroku, gdyż chłopów nie stać było na odrobinę nafty, o elektryczności nawet nie wspominając. Pod groźbą kar finansowych dla rodziców, dzieci musiały chodzić do szkoły. Tylko jak miały się skupić i pilnie powtarzać alfabet, skoro jedyne, o czym myślały, to jedzenie, bo ostatnim ich posiłkiem był skromny obiad połknięty pospiesznie poprzedniego dnia?

Żywność cały czas stała na pierwszym miejscu domowych budżetów. I była to żywność naprawdę najskromniejsza. Przedstawiciele prostych rodzin chłopskich, robotniczych czy pochodzących z niezamożnej inteligencji nie żywili się frykasami. Ich sytuacja materialna zmuszała kobiety do wznoszenia się na wyżyny kreatywności. Często musiały być lepsze niż Salomon, który nie był w stanie nalać z próżnego, i napełnić brzuchy swoich dzieci mimo spiżarni świecącej pustkami. Jednocześnie musiały tytanicznym wysiłkiem spinać domowy budżet, by zapłacić podatki, pokryć rachunki za mieszkanie, czynsz i przy tym nie umrzeć z głodu. Czasopisma wzywały swoje czytelniczki do gospodarności, podkreślając że to ich obowiązek. Reklamy zachęcające do zakupu kuchenek nęciły oszczędnością na opale. Książki kucharskie i poradniki pełne były sugestii zużytkowania wszystkiego do ostatniego okruszka, łącznie z odpadkami. Mężowie odliczali każdy grosz i bezradnie rozkładali ręce, gdy pieniędzy brakowało na najprostsze zakupy. Także oni oczekiwali, że to ich kobiety wyciągną rodzinę z opresji. I opanują do perfekcji sztukę zaciskania pasa.

Poleska kobieta w drodze na targ. Zabiera wszystko, co może spieniężyć, by kupić niezbędne rzeczy jak nafta czy sól.

Pisząc swoją pierwszą książkę, Okupację od kuchni, śledziłam losy Polek w czasie jednego z najtrudniejszych możliwych sprawdzianów, a więc w latach drugiej wojny światowej. Mimo trudów okupacji, ich wola walki i determinacja, także na kuchennym froncie, pozwoliły narodowi przetrwać. Ten niezwykły hart ducha objawił się w naszych babciach i prababciach już w pierwszych dniach kampanii wrześniowej i towarzyszył im aż do upadku hitlerowskiego imperium. Podczas jednego ze spotkań autorskich czytelniczka zadała mi pytanie o to, skąd ówczesne kobiety czerpały przykład i inspirację; skąd wiedziały, jak stanąć do walki i jak zadbać o rodziny, w sytuacji gdy Niemcy dążyli do zagłodzenia mieszkańców okupowanego kraju. Kiedy udzielałam jej odpowiedzi, w głowie zakiełkował mi pomysł na niniejszą książkę. Bo przecież polska sztuka przetrwania ma historię wykraczającą daleko poza lata globalnego konfliktu. Gdy w okupowanym kraju zaczęło brakować dosłownie wszystkiego, a kartkowy gliniasty chleb prędzej wywoływał sensacje żołądkowe niż uczucie sytości, nasze babcie sięgnęły po prostu do starych receptur i metod. Były, bez dwóch zdań, zaprawione w boju. Najpierw pierwsza wojna światowa, potem konflikty zbrojne z sąsiadami, wreszcie wielki kryzys. Nieważne, czy mierzyły się z kajzerem, głodem czy najazdem bolszewików, Polki na każdym froncie udowadniały, że są w stanie przetrwać wszystko.

Międzywojenna Polska była krajem kontrastów. Większość publikacji dotyczących tego okresu skupia się na pięknym micie dam i dżentelmenów, którzy chadzają na rauty, fajfy i dancingi. Kiedy myślimy o ówczesnej kuchni, natychmiast staje nam przed oczyma biesiada przy ziemiańskim stole w wiejskim dworku, gdzie całe towarzystwo występuje w strojach wieczorowych, a najlepszy i najdroższy alkohol leje się strumieniami po piramidzie kryształowych kieliszków. Tak żył jednak niewielki odsetek ludności; jeden procent z jednego procenta. Dwudziestolecie od kuchni traktuje nie o nim, ale przede wszystkim o zwyczajnych Polkach. O prababciach każdej i każdego z nas, a więc o kobietach, które wystawne kolacje w modnych miejscach widywały co najwyżej przez okno restauracji. Zamiast high life’u ich życiem rządziły trudy codziennej egzystencji. I tradycyjne rozumienie podziału płci, wedle którego wszelkie obowiązki domowe spadały tylko i wyłącznie na kobiety. Te Polki sprzed wieku to były prawdziwe supermenki. Łączyły pracę zawodową, zrozumienie najnowocześniejszych trendów, wynalazków i pomysłów na oszczędne prowadzenie domu. Dzięki niezwykłej zaradności zapewniały zdrowe i smaczne jedzenie sobie oraz swoim rodzinom nawet w miesiącach, gdy ich portmonetka świeciła pustkami. To nie jaśnie pani z ziemiańskiego pałacyku, w sukni ze złotej lamy, jest kwintesencją tamtej epoki, tylko one. I warto wreszcie oddać im głos.

I / „Kobieta nie potrzebuje odpoczynku”

Jak pogodzić pracę z prowadzeniem domu?

Był rok 1916, sam środek pierwszej wojny światowej. Właśnie wówczas jeden z socjalistycznych (a więc z pozoru postępowych) posłów do pruskiego parlamentu wygłosił mowę dotyczącą coraz szerszego zatrudniania kobiet. Sam fakt, że kobiety pracowały, rzekomo mu nie przeszkadzał. Bądź co bądź trwał globalny konflikt, a mężczyzn, walczących i ginących na froncie, trzeba było kimś zastąpić. Poseł podkreślał jednak, że sytuację trzeba traktować jako tymczasową. I – jak donoszono na łamach „Nowego Kurjera Łódzkiego” – protestował przeciwko temu, „aby stanowiska, opuszczone przez robotników i pracowników handlowych, stojących w polu, zostały na zawsze obsadzone przez kobiety”.

Mówca zwyczajnie się bał, że na jego oczach zawali się świat męskiej dominacji. Miał ku temu doskonałe powody. Od „dyrektora jednej z większych fabryk berlińskich” usłyszał właśnie, że należy uznać za „rzecz wątpliwą, czy robotnicy po powrocie z wojny będą nowo przyjęci, gdyż urządzenia fabryczne zostały zmienione i kobiety wdrożyły się do nowej pracy”. Grzmiał na czym świat stoi. Ale publicznie nie był gotów przyznać, że pod hasłem „kobiety wdrożyły się do nowej pracy” kryło się tak naprawdę stwierdzenie: mężczyźni wracać nie muszą, bo kobiety tę samą pracę wykonują równie dobrze, jeśli nie lepiej. A przecież jeszcze do niedawna twierdzono, że kobiety wymagają specjalnego dozoru, niezwykłych środków ochronnych. Że są zwyczajnie zbyt głupie, by pracować, nie robiąc sobie krzywdy.

Nie były. A wszelkiej maści fabrykanci, z każdej niemal gałęzi gospodarki, rzecz jasna potrafili rachować. Dziś sytuację, gdy kobietom za wykonanie identycznej pracy płaci się mniej niż mężczyznom, nazywamy wprost – dyskryminacją. Temat na forum publicznym podnoszą nawet laureatki Oscara, które dostają mniej pieniędzy od aktorów grających w tym samym filmie. Sto lat temu o różnicach w pensjach nikt by się nie zająknął. O zasadzie „równa praca – równa płaca” można było pomarzyć. A feminizacja kadry pracowniczej zwyczajnie się opłacała. Pruski poseł doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje niesie za sobą kobieca fala w przemyśle. I po latach mógł się tylko pocieszać, że okazał się prorokiem zupełnie nowej ery.

Popierające emancypację czasopismo „Bluszcz”, ukazujące się z przerwami od 1865 roku, tradycyjnie użyczało swych łamów zatroskanym publicystkom pochylającym się nad różnymi aspektami kobiecej codzienności. W jednym z numerów z 1921 roku publicystka gazety stanęła w obronie szeroko rozumianej „inteligencji zawodowej”. Stwierdziła, że jest to najbardziej „upośledzona” – czy też, jak powiedzielibyśmy dzisiaj: znajdująca się w najgorszej sytuacji – klasa społeczna. W jej poczet zaliczano ludzi, którzy zarabiali pracą umysłową. W felietonie O warsztat pracy produkcyjnej dla kobiet nakreślona została ich sytuacja:

Upośledzenie to posuwa się tak daleko, że nieliczne tylko jednostki pośród pracowników umysłowych (wyjąwszy oczywiście niektóre zawody, jak lekarzy, lub adwokatów) są w stanie zapewnić przez pracę umysłową byt rodzinie, nie tylko liczniejszej, ale nawet szczuplejszej. Objaw ten pociąga w następstwie fakt, że całe zastępy kobiet ze sfery inteligenckiej trudnią się dziś pracą zarobkową, zastępy niepomiernie liczniejsze, aniżeli spotykaliśmy przed wojną.

Zanim Europę ogarnął pierwszy konflikt totalny, podejmowanie pracy zarobkowej wśród kobiet z warstwy inteligenckiej należało do rzadkości. Jeśli już panie decydowały się na przyjęcie posady, na przykład nauczycielki, subiektki czy biuralistki, trudniły się nią tylko do zamążpójścia. Później ich utrzymanie miało być na głowie męża. Wojna zupełnie namieszała w porządku społecznym i teraz, by zapewnić jako taki byt rodzinie, kobieta i mężczyzna musieli pracować ramię w ramię. Z drugiej strony własne zarobki dawały paniom w pewnym sensie poczucie siły sprawczej. Jak podkreślała publicystka „Bluszczu”, to, że kobiety zaczęły pracować było krokiem w kierunku realnego równouprawnienia płci.

Odpowiednie zajęcie dla dziewczyny

Praca inteligentek była społecznie akceptowana, jeśli ograniczały się do kilku gałęzi typowo kobiecych. Wiele z nich, chcąc podreperować swój budżet, zwracało się ku modniarstwu, koronczarstwu czy hafciarstwu. Wolno im było, przynajmniej zdaniem moralistów, pracować w bibliotekach, na posadach telefonistek, buchalterek, udzielać lekcji gry na instrumentach i rysunku, oraz w zawodach medycznych – pielęgniarek, dentystek, a nawet lekarek. Co do ostatniej pozycji z tej listy, to nadal wzbudzała ona kontrowersje. W 1895 roku profesor Ludwik Rydygier, jeden z pionierów polskiej chirurgii, który dorobił się nawet szpitala własnego imienia, na łamach „Przeglądu Lekarskiego” pisał wprost, co myśli o mieszaniu się kobiet do medycyny. Maria Sikorska-Kowalska w swojej pracy Wizerunek kobiety łódzkiej przełomu XIX i XX wieku przytacza słowa, którymi ów niekwestionowany autorytet zakańczał swój tekst. „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”. W wolnej Polsce poglądy wielu medyków wcale nie złagodniały, jednak paniom nie rzucano już tak ogromnych kłód pod nogi. Początkowo przychylnie patrzono tylko na obierania przez nie „łagodnych” specjalizacji, w rodzaju dermatologii, pediatrii czy ginekologii. Z biegiem czasu i te obyczajowe restrykcje zaczęły ustępować. Według obliczeń zestawionych przez Dorotę Jołkiewicz w roku 1937 kobiety stanowiły już 25% wszystkich absolwentów kierunków medycznych w Polsce. To dopiero postęp!

Centrala telefoniczna w Warszawie. Pierwsza wojna światowa otworzyła kobietom drogę do kariery zawodowej, a rozwój techniki stworzył nowe zawody. Bycie telefonistką uznawano za typowo damską profesję.

Kobiety z wykształceniem lekarskim miały tę przewagę nad wieloma innymi paniami na rynku pracy, że mogły otwierać praktyki nawet we własnych domach. Taka ścieżka kariery pozwalała im z jednej strony nie porzucać zawodu, a z drugiej dzierżyć w ręku pewnie ster domowych rządów. Same podejmowały pracę i zarabiały, a jednocześnie stawały się pracodawczyniami, bo stać je było na zatrudnienie służącej. Jak zaznacza Marta Sikorska-Kowalska, nierzadko decydowały się one na związek z kolegą po fachu, co podnosiło ich prestiż w oczach środowiska. Praktyka lekarska pozwalała kobietom na niezależność finansową i prawdziwą emancypację. Także dentystki zarabiały dobrze jak na ówczesne warunki. Fenia Goldberg, Matka Ireny Krzywickiej zawodowo leczyła zęby. Jej pierwsze małżeństwo było mariażem ludzi pokrewnych zawodów. Ona była dentystką, a on lekarzem, oboje działali przy tym w organizacji żydowskiej, za co zostali zesłani na Syberię. Fenia pojechała „na białe niedźwiedzie”, zabierając ze sobą fotel dentystyczny. Najpierw pomagała spiąć budżet rodziny za kręgiem polarnym, a gdy po powrocie ze zsyłki owdowiała, także w Warszawie kontynuowała praktykę. Goldbergowa nie szastała pieniędzmi, a z przekonania była lewicową socjalistką. Jednocześnie prowadziła dom i leczyła zęby. Choć nie lubiła swojej pracy, to zapewniała jej ona dobre dochody. Jako jedyną żywicielkę rodziny było ją stać na wynajęcie kilkupokojowego mieszkania, utrzymanie służącej oraz posłanie jedynej córki najpierw do dobrej szkoły, a następnie na uniwersytet.

Bardzo niewiele kobiet miało jednak podobne możliwości, a studia – jakiekolwiek, nie tylko medyczne – pozostawały daleko poza zasięgiem typowej Polki. W początkach lat dwudziestych panie najchętniej pracowały więc nie w sterylnych gabinetach, ale w biurach. Społecznie akceptowanym zajęciem dla panny z dobrego domu niezmiennie było też nauczanie. Młode kobiety zatrudniały się w szkołach powszechnych, gimnazjach (głównie dla dziewcząt), jako guwernantki i korepetytorki. W międzywojennej Polsce stopniowo znoszono prawo zabraniające nauczania kobietom zamężnym, jeśli jednak niosąc kaganek oświaty pani zaszła w ciążę, musiała się pożegnać z posadą. I to nawet w przypadku, gdy sprawcą owego „nieszczęścia” był… jej własny mąż! Katarzyna Sierakowska w swojej książce Rodzice, dzieci, dziadkowie… Wielkomiejska rodzina inteligencka w Polsce 1918–1939 przytacza historię kształcącej młodzież Zofii Gruszczyńskiej. Kiedy nauczycielka poinformowała, z jakiego powodu pojawi się z powrotem w pracy najwcześniej w październiku (narodziny dziecka), a nie 1 września, nie spodziewała się żadnego oburzenia. Tymczasem dyrektorka szkoły, w której była zatrudniona, zastygła przerażona i zaczęła szeptać coś o skandalu…

Jeszcze w 1929 roku jedna z redakcji czasopism dla pań ustami profesor Heleny Spoczyńskiej oburzała się zawzięcie na ustawę o celibacie nauczycielek uchwaloną przez Sejm Śląski – jak podkreślano – wbrew konstytucji. Wyjątkowo dziwne wydawało się to, że w państwie demokratycznym, gdzie kobiety mają równorzędne prawo głosu, nie mogą one wybierać swobodnie posady. Polki paradoksalnie zazdrościły Francuzkom. Te, choć do wyborów iść nie mogły, nie miały podobnych ograniczeń na rynku pracy.

Oczywiście bezpośrednio po wojnie nie brakowało kobiet porzucających pracę i wracających do swoich wcześniejszych zajęć, to znaczy do bycia matkami, żonami, córkami, gospodyniami domowymi. Nie zawsze jednak czyniły to z własnej woli. Publicyści „Gazety dla Kobiet: tygodnika poświęconego sprawom ruchu kobiecego” podkreślali, że mimo braku kwalifikacji wszystkie panie sumiennie wywiązywały się z powierzonych zadań. W latach wojennych wykonywały różne zawody, nie zawsze przyszłościowe. Urzędniczek i biuralistek było pod dostatkiem, a kiedy po roku 1918 powrócili weterani chcący zająć swoje dawne stanowiska, nastąpił prawdziwy przesyt. Kobiety zaczęto zwalniać.

Pierwsze do zwolnienia

W 1921 roku publicystka „Bluszczu” narzekała na panującą niedorzeczność. Choć tak zwana „kwestia kobieca” i postulaty feministek były jej obce, tego zmilczeć nie mogła. Co tak oburzyło dziennikarkę? Nie istniała żadna podstawa prawna, którą „wyższe instancje” mogłyby podeprzeć swoją decyzję, jednak po kraju rozeszła się tajna instrukcja obejmująca dwa ważne punkty. Po pierwsze, jeśli w danym urzędzie państwowym planowano jakąkolwiek redukcję personelu, to bez względu na kwalifikacje, pracowitość, sumienność i inne równie mało – jak się okazywało – znaczące przymioty… na pierwszy ogień bezwzględnie miały pójść kobiety! Drugi punkt był równie niesprawiedliwy. Współcześnie słyszymy często o tak zwanym szklanym suficie, na jaki trafiają kobiety pnące się po szczeblach kariery. W początku lat dwudziestych ta bariera nie była umowna, a całkiem realna. Według wytycznych przekazanych jednostkom terenowym, nawet najlepiej wykwalifikowane urzędniczki mogły awansować tylko do określonego stanowiska. Później, choćby były tytanami pracy, uczciwości i wiedzy, mogły się tylko z pewnej odległości przyglądać kolejnym promocjom swoich kolegów po fachu.

W zaistniałej sytuacji najsprawniej radziły sobie kobiety, które postawiły na wytwórczość i po wojnie same zadbały o to, by zapewnić sobie miejsca pracy. Jak podkreślano na łamach „Gazety dla Kobiet” w 1924 roku:

Daleko lepiej powiodło się sprytnym pomocniczkom kupieckim, bieliźniarkom i szwaczkom, które pozakładały małe przedsiębiorstwa, otworzyły małe składziki, magazyny, szwalnie i stworzyły nowe warsztaty pracy. W tym leży ogromna ich zasługa, że zapewniwszy sobie byt, równocześnie dają pracę młodym dziewczętom.

Niestety panie, które chciały samodzielnie pracować na swoje utrzymanie lub były do tego zmuszone przez okoliczności, miały zwyczajnie pod górkę. „Gazeta dla Kobiet” pochylała się nad tym problemem wielokrotnie. Latem 1924 roku na jej łamach publicyści relacjonowali popłoch, jaki zapanował w szeregach pań pracujących. W powietrzu wisiała fala redukcji etatów państwowych, jaka miała dotknąć ponownie przede wszystkim kobiety. Do czystek przymierzano się chociażby w sądownictwie. Nie chodziło tu naturalnie o najważniejsze funkcje (pierwsza kobieta na stanowisku sędziego – Wanda Grabińska – otrzymała nominację dopiero w 1929 roku), a o szeregowe urzędniczki. Pracownice, które posiadały odpowiednie kwalifikacje, zdały egzamin, miały staż, charakteryzowały się nienagannym zachowaniem i dobrą wydajnością. Chociaż często utrzymywały swoich najbliższych, rodziców czy rodzeństwo, miały stracić źródło dochodu.

W nie lepszej sytuacji znalazły się nauczycielki. Jak donosiła gazeta, na 500 posad nauczycielskich w 1924 roku dla kobiet przeznaczonych było zaledwie 100. Nawet jeśli reprezentowały wyższy poziom wiedzy, jednego nie mogły przeskoczyć. Bariery płci.

Paradoksalnie, taka sytuacja samym kobietom wydawała się często… zupełnie naturalna! A wiele pań było wręcz zdania, że w obliczu nadmiaru domowych obowiązków, kobieta powinna rezygnować z zawodu. Nawet „Gazeta dla kobiet”, która krytykowała zwalnianie kobiet-urzędniczek czy dyskryminację płciową przy zatrudnianiu nauczycielek, nie miała absolutnie nic przeciwko temu, aby wyrzucać z pracy mężatki. Artykuł na pierwszej stronie grzmiał:

Godzimy się na to i uważamy za słuszne, aby w czasach obecnego bezrobocia usuwano z urzędów, a więc i ze szkół przede wszystkim kobiety zamężne, których mężowie pracują, zarabiając dostatecznie na utrzymanie rodziny.

Uważamy, że obowiązkiem kobiety zamężnej najpierwszym jest praca w domu, której bez uszczerbku dla dobra rodziny opuszczać nie wolno, przelewając ją na osoby obce.

Jedną z akceptowanych profesji dla panien z dobrego domu było nauczanie. Szczególnie w wiejskich szkołach nauczyciele cieszyli się ogromnym szacunkiem i autorytetem. Na zdjęciu szkoła powszechna w Czerwonym Krzyżu. Niemal wszystkie dzieci są bose, ponieważ rodzin nie było stać na obuwie dla najmłodszych.

Niektóre czasopisma posuwały się wręcz do twierdzenia, że panie dzielące z mężczyznami ciężar utrzymania domu, przejmują od nich wiele najgorszych nawyków. „Moja Przyjaciółka” w 1935 roku komentowała „upadek” kobiety zaznaczając, że „przyswoiła sobie i większość podniet, które przedtem były przywilejem wyłącznym męskiej niezależności i supremacji. Nie czyni już dzisiaj tego przez fanfaronadę pensjonarską, ale z potrzeby przemęczonych nerwów”.

Ludzie stawiający się w pozycji moralistów twierdzili, że kobiety wyrzucane są z pracy dla dobra rodziny. I, co ważne, to wciąż była dyskusja prowadzona między samymi kobietami. Waleria Matwicka z Kaliskiego opublikowała w 1929 roku na łamach „Bluszczu” tekst Czy mężatka ma pracować? W odpowiedzi p. St. J. P. i Częstochowiance. Aż kipiała z oburzenia, pisząc, że wymienione w tytule panie – a zarazem tysiące innych tradycjonalistek – chcą cofnąć postęp. Kobiety w Polsce długo walczyły o prawo do głosowania, nauki i właśnie pracy. To ostatnie udało im się uzyskać w dość dramatycznych okolicznościach, czy wobec tego miały rezygnować, gdy sytuacja się uspokoiła? Osoby marzące o powrocie dawnego porządku nie brały pod uwagę zmiany realiów gospodarczych. Zamiast tego twierdziły, że kobiety pracują, bo nie chce im się zajmować domem i wolą biuro, szpital czy fabrykę od prowadzenia gospodarstwa i wychowywania dzieci. Przykładowo wspomniana pani St. J. P. nie miała litości wobec zaniedbań, jakich – przynajmniej jej zdaniem – dopuszczały się pracujące mężatki i matki:

Gdy kobieta (…) pracuje zawodowo, to chyba musi mieć w domu kogoś z rodziny, bo inaczej służba ją okrada, dzieci są zaniedbane i dom w nieporządku.

Praktyka jednak pokazywała, że choć panie wzięły się do zarabiania, to gmach społeczeństwa nie runął z hukiem. A to z tego prostego względu, że godziły się one na pracę bez wytchnienia i na dwie pełne zmiany. Z typowo polską zaradnością i determinacją.

Praca na dwa etaty

Co właściwie wspólnego ma sytuacja kobiet na rynku pracy w początkach niepodległej Polski z książką o gotowaniu i prowadzeniu domu? Bardzo, bardzo wiele! Przecież to nie kto inny, a gospodynie domowe, które dotąd wykonywały swoje zajęcie siedem dni w tygodniu, dwanaście miesięcy w roku, zaczęły coraz szerzej podejmować pracę zarobkową. Przybyło im obowiązków, ale nikt nie godził się, by scedowały na rodzinę te dotychczasowe. Według ówczesnego, tradycyjnego podziału ról społecznych (który zresztą dotąd jest zakorzeniony w wielu głowach) opieka nad domem i dziećmi, pranie, sprzątanie, gotowanie i inne podobne aktywności należały do tak zwanych prac kobiecych. Tak więc jeśli dzieciata mężatka wykonywała jakiś zawód, to najczęściej pracowała na dwie pełne „zmiany”. Bo po powrocie z fabryki, sklepu czy innego zakładu pracy, zaczynała kolejny, nie mniej wymagający etat.

Choć pracujące kobiety można było liczyć w Polsce w milionach, taryfa ulgowa w kwestii prowadzenia gospodarstwa domowego dla nich nie istniała. Wszechstronnie wykształcona przedwojenna felietonistka, Maria Grossek-Korycka, w swojej książce Świat kobiecy wymieniła całą listę oczekiwań, jakim musiała sprostać zarabiająca pani, by moraliści nie odsądzali jej od czci i wiary. Na pierwszym miejscu pojawiło się dbanie o gospodarstwo. Przede wszystkim kobieta musiała umieć odnaleźć się w kuchni. Nawet jeśli miała do dyspozycji służącą lub inną pomocnicę, i tak społeczeństwo oczekiwało od niej, że będzie w stanie „przyłożyć rękę” do wszystkiego. Obok wprawnego gotowania, zakupów, przechowywania i tak dalej, musiała posługiwać się na przykład igłą i nitką, czy znać przepis na miksturę do łatania dziur w ścianach. Nie wymagano od niej kompleksowego szycia skomplikowanych elementów garderoby, jednak cerowanie czy przerabianie odzieży było niezbędną umiejętnością. Ponadto pracująca gospodyni powinna być w wypełnianiu swoich codziennych, domowych obowiązków porządną i akuratną.

Nie można też było zapominać o czystości. Nawet jeśli pod jednym dachem mieszkało dziesięcioro domowników, czyli na przykład mąż, żona, ciotka będąca starą panną posuniętą w latach i siedmioro dzieci w różnym wieku, odpowiedzialność za to, by lokal lśnił, spoczywała oczywiście na pani domu. Fakt przynoszenia cotygodniowej pensji i tak nie zdejmował z kobiety odium, jeśli w jej kuchni podłoga była brudna, a w pokoju czuć było zapach stęchlizny.

Na drugim miejscu „piramidy priorytetów” Grossek-Korycka wymieniała… dbałość o urodę. Choćby nie wiadomo jaka tragedia spotkała kobietę pracującą, nic nie zwalniało jej z dbania o siebie absolutnie każdego dnia. Ani w chorobie, ani na czas żałoby nie mogła o tym zapominać. Jak stwierdzała przedwojenna felietonistka:

Będą jej ogromnie współczuć, ale tylko wtedy, gdy będzie rozpaczać umyta i uczesana. Jeżeliby się ośmieliła nosić niemodnie, zagryzłyby ją kobiety, a mężczyźni odwróciliby się od niej ze wzgardliwą obojętnością.

Społeczeństwo było w tej kwestii absolutnie bezlitosne. „Porządna” Polka miała się odznaczać elegancją i w ubraniu i w manierach oraz nie mniej układnie się wysławiać. Biedne, czy bogate, musiały podporządkowywać się tym oczekiwaniom. W pewnym sensie taka postawa – umiejętność wzięcia się w garść w każdej sytuacji – pomogła Polkom w czasie drugiej wojny światowej. Warunki bytowania i represje ze strony Niemców stale się pogarszały, a tymczasem wychowane według przedwojennych zasad panie nosiły głowę wysoko, włosy miały perfekcyjnie ułożone, stare sukienki dopasowane i zacerowane, a buty wypastowane. Nawet wśród okupantów budziło to niekłamany podziw. Ot, stara przedwojenna szkoła.

Maria Grossek-Korycka przypominała, że mimo postępu we wszystkich dziedzinach życia, z kobiety nie zdjęto też obowiązku rodzenia i wychowywania dzieci oraz niemal wyłącznej opieki nad nimi. Nawet pracująca na pełen etat matka musiała być lekarzem, karmicielką, niańką, boną, fachowym pedagogiem i moralnym kompasem. Wszystko to nie wedle mądrości pokoleń i własnego instynktu, a podług najnowszych wskazań badaczy, na metry drukowanych we wszystkich gazetach kobiecych i w wychodzących jeden za drugim książkowych poradnikach. Oprócz odwiecznych obowiązków zawsze dotąd przypisywanych płci pięknej na kobietę mierzącą się ze światem czekały w międzywojennej Polsce nowe zadania.

Od dobrze urodzonej panny zaczęto wymagać wykształcenia, najlepiej zdobytego na akademii lub uniwersytecie, ewentualnie na politechnice. Z tym ostatnim pomysłem polemizowali jednak zajadli antyfeminiści twierdzący, że kobiety nie nadają się do poważnych zadań, bo nie mają odpowiedniego mózgu, a niebiosa niech mają w opiece laboratoria, do których wpuści się takie uczuciowe typy. Choć minęło niemal stulecie, do tej pory pojawiają się podobne głosy, i to nawet w parlamencie europejskim (niestety wypowiadane ustami polskiego [sic!] posła). Obok wyższego wykształcenia wśród wymagań wymienianych przez autorkę Świata kobiecego były jeszcze edukacja artystyczna (gra na instrumencie, malowanie, pisarstwo) oraz lingwistyczna, najlepiej obejmująca obowiązkowo angielski, a także niemiecki i francuski. Choć książka ukazała się w 1929 roku, lista brzmi zaskakująco współcześnie…

Społeczeństwo oczekiwało, że kobiety będą dbać o siebie w każdych okolicznościach, zarówno w domu, jak i w pracy. Na przedwojennych zdjęciach widzimy i chłopki i robotnice, które nawet jeśli są ubrane biednie, zawsze mają starannie ułożone włosy.

Najważniejszy punkt został jednak na sam koniec. Jeśli kobieta chciała pracować, to musiała rozumieć, co ma robić, gdy już powróci do domu po ciężkim dniu w biurze, szkole czy warsztacie. Po zakończonej dniówce pan domu zasiadał wygodnie i zaczynał swój odpoczynek, palił papierosy, czytał gazetę, czy drzemał sobie spokojnie. Pani przekroczywszy próg odbijała natomiast swoją drugą fabryczną kartę. I na nowo zabierała się do roboty. Grossek-Korycka relacjonowała:

Kobieta również zmęczona swoim zajęciem zarobkowym, pędzi do domu, by zakrzątnąć się około tego estetycznego podania posiłku. Doktór filozofii na gwałt sieka kotlety, poetka czym prędzej liczy brudną bieliznę. Ma parę godzin wolnych od biura, więc może zająć się dziećmi, szyciem itd. Kobieta z inteligencji pracuje dziś więcej niż włościanka, nie posiadając jej sił i zdrowia, a przecież wiejska kobieta w czterdziestu latach jest już staruszką od przepracowania. (…) Już dzisiaj urzędniczka, nauczycielka, literatka, choć nawet utrzymują służącą, wieczorem i w święto staje za nią do roboty. Służąca bowiem potrzebuje wieczorem i w święto odpocząć. Ona zaś?… ha, ona, widocznie, nie potrzebuje.

Kobiety doskonale potrafiły porachować ilość swojej codziennej pracy i porównać ją z mężowską. Profesor Helena Spoczyńska na łamach „Bluszczu” w 1929 roku przytaczała przykład Śląska. Z jednej strony ziemie te nazywała diamentem Polski i kresową zachodnią strażnicą, z drugiej zaś podkreślała, że tamtejsze społeczeństwo za grosz nie szanuje wysiłku pań. Jak zaznaczała publicystka, na Śląsku pokutowało niemieckie pojmowanie roli kobiety. Uważano, że jej miejsce jest w kuchni, a poza tym jest gorsza od mężczyzny, bo pracuje mniej wartościowo niż on i sama jest… mniej wartościowa. Jak stwierdzała Spoczyńska: „Jest w tym może obawa przed kobiecą inteligencją, wyższością, moment rywalizacji o stanowiska, ale praktycznie utrudnia to pracę kobietom, szczególnie pracę zawodową i na wybitniejszych stanowiskach”. Innymi słowy: idee, które pewien pruski poseł przedstawił w przemówieniu z 1916 roku, wciąż trzymały się mocno. A po prawdzie – wciąż się trzymają i dzisiaj, niemal w przededniu setnej rocznicy odzyskania niepodległości.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

II / „Trzy miliony głodują”

Polska w ruinie

Dostępne w wersji pełnej

III / „Gdy zaświta, musi być pierwsza na nogach”

Dzień w kuchni prababki

Dostępne w wersji pełnej

IV / „Lodownie bez motoru, bez dolewania wody, bez jakiejkolwiek pomocy”

Przedwojenne AGD

Dostępne w wersji pełnej

V / Pieczeń z koniny zamiast rostbefu

Zakupy, sklepikarze, oszustwa

Dostępne w wersji pełnej

VI / „Pani domu ugina się najczęściej pod tyranią służącej”

Służba domowa

Dostępne w wersji pełnej

VII / „Kolacja proszona ma swoje specjalne prawidła”

Przyjęcia i życie towarzyskie

Dostępne w wersji pełnej

VIII / „Wszystko smażą na fryturze, którą można by używać do smarowania osi samochodowych”

Gastronomia

Dostępne w wersji pełnej

IX / Wielkanoc bez święconki, cztery dania wigilijne

Tradycyjne polskie święta

Dostępne w wersji pełnej

Niezawodne porady sprzed wojny

Dostępne w wersji pełnej

Indeks nazwisk

Dostępne w wersji pełnej

Wybrana bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Źródła ilustracji

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Fotografia na pierwszej stronie okładki

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Opiekun serii

Kamil Janicki

Wybór ilustracji

Rafał Kuzak

Opracowanie ilustracji na stronach tytułowych rozdziałów

MELES-DESIGN

Adiustacja

Kamil Janicki

Korekta

Aleksandra Ptasznik

Grażyna Rompel

Indeks

Rafał Kuzak

Opracowanie ilustracji

Edycja

Copyright © 2017 by Aleksandra Zaprutko-Janicka

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-4235-7

Seria wydawnicza Ciekawostki Historyczne.pl

www.ciekawostkihistoryczne.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dwudziestolecie od kuchni Piękno bez konserwantów Okupacja od kuchni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie