Kiedy będziemy wolne: moja walka o prawa człowieka

Kiedy będziemy wolne: moja walka o prawa człowieka

Autorzy: Szirin Ebadi

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.99 zł

Szirin Ebadi opisuje szokujące losy ofiar religijnego państwa w czasach po rewolucji islamskiej i wprowadzeniu prawa szariatu w Iranie. Pierwsza w historii Iranka nagrodzona Pokojową Nagrodę Nobla relacjonuje masowe aresztowania, publiczne egzekucje i tortury na opozycjonistach. W migawkach z codziennego życia w Teheranie pisze zarówno o randkujących młodych Irankach, jak i policji moralnej, która decyduje o losie kobiety aresztowanej za wystający spod chusty kosmyk włosów.

Po raz pierwszy noblistka ujawnia swój osobisty dramat. Służby wewnętrzne terroryzują przyjaciół, współpracowników i córki aktywistki. Ukochany mąż zostaje uwiedziony przez podstawioną agentkę. Skazany na ukamieniowanie za cudzołóstwo prosi o pomoc zdradzoną żonę.

Kiedy będziemy wolne to przede wszystkim wspomnienia o kobietach – prawniczkach, feministkach, matkach i córkach – stających do nierównej walki z państwem w pełni kontrolowanym przez ekstremistycznych wyznawców islamu. 

A niebawem dowiedzą się ci,

którzy czynili niesprawiedliwość,

jakich przeciwności losu oni doznają!

Koran, XXVI, 2271

Toć wiadomo: nadziejami

karmi się wygnany człek.

Ajschylos, Agamemnon2

1 Koran, przeł. J. Bielawski, Warszawa 1986, s. 450.

2 Ajschylos, Agamemnon, przeł. S. Srebrny, w: Antologia tragedii ­greckiej, Kraków 1989, s. 139.

Prolog

LĘK O ŻYCIE

Nosiło mnie. Wieczór nie różnił się od innych – jedliśmy kolację u brata – ale odczuwałam dziwny, nieokreślony lęk. Przeszkadzała mi duchota, drażniło ostre światło, a dzieci wydawały się hałaśliwsze niż zwykle. Wyszłam na balkon odetchnąć. Niebo zasnuły chmury. Rozległ się grzmot i wreszcie na Teheran spadł upragniony deszcz, zmywając trujący smog. Oddychałam z trudem, choć przecież był kwiecień i wiatr powinien przepędzić już znad miasta zimowe, skażone powietrze. Niedawno jakiś urzędnik państwowy przyznał, że życie w tak zanieczyszczonym mieście należy porównać do „zbiorowego samobójstwa”.

Od tygodni ślęczałam nad raportem o wyrokach śmierci wykonywanych na dzieciach. Wszystkie inne państwa świata wycofały się z orzekania kary śmierci dla nieletnich, tymczasem Iran utrzymał ją za przestępstwa, takie jak morderstwo bądź nieumyślne zabójstwo w obronie własnej. W 2004 roku władze skazały 16-latkę na śmierć za seks przedmałżeński, czyli „zbrodnię przeciwko czystości”. Podobno sędzia wcielił się też w kata. Zaprowadził nastolatkę na szubienicę, przewiązał jej oczy i dał sygnał, by unieść ramię żurawia, na którym ją powieszono. Ciało dziewczyny wisiało jeszcze przez godzinę. Jej czarny czador powiewał na wietrze. Władze nie życzyły sobie, by sprawa nabrała rozgłosu – zwłaszcza w skali światowej – ale i ja, i moi koledzy usilnie zabiegaliśmy, by zwrócić uwagę na mechanizm tego zjawiska. Był to nasz bodaj najodważniejszy raport. Wkrótce mieliśmy go przedstawić Organizacji Narodów Zjednoczonych, gdzie – nie było co do tego żadnych wątpliwości – Republika Islamska spotka się z potępieniem. Zapewne stąd ten niepokój, próbowałam sobie tłumaczyć. Wystarczy, że wrócę do domu i z herbatą w ręku siądę nad tekstem – przejrzę literówki, sprawdzę, czy nie wkradły się błędy rzeczowe – a natychmiast się uspokoję.

Postanowiłam wyjść wcześniej, więc pożegnałam się z bratem i jego rodziną. Na zewnątrz prawie nikogo nie było. Powietrze pachniało spalinami, gnijącymi liśćmi i deszczówką. Wsiadłam do samochodu. Ruszając, w świetle ulicznej latarni i strugach deszczu zauważyłam na budynku napis, który miał rozdrażnić Amerykę i Zachód: „Śmiało, nakładajcie sankcje. I tak sobie poradzimy”.

Jechałam przez opustoszałe miasto. Spokój zakłócał tylko plusk wody pod oponami. Skręciłam w swoją zaciszną, boczną uliczkę. Ludzie schronili się w domach przed ulewą, okolica wydawała się opuszczona bardziej niż zwykle. Mój mąż, Dżawad, jeszcze nie wrócił. Okna naszego domu były ciemne. Pomyślałam o raporcie czekającym na mnie na biurku, o koszmarnych obrazach dzieci wiszących na żurawiach. Niespokojnie obracałam w kieszeni klucze. Skupiona na omijaniu kałuż, co chwila z obawą zerkając przez ramię, kartkę zobaczyłam dopiero, kiedy wyrosła mi przed nosem. Wisiała przyczepiona do drzwi wejściowych. Biała kartka z wiadomością od kogoś, kto mnie obserwował:

Jeśli dalej będziesz postępować tak jak teraz, będziemy zmuszeni pozbawić cię życia. Jeśli więc je cenisz, przestań oczerniać Republikę Islamską. Natychmiast skończ z rabanem, który podnosisz poza krajem. Zabić cię – to dla nas naprawdę banalnie proste.

Historia Iranu jest zarazem historią mojego życia. Czasem zastanawiam się, skąd właściwie u mnie to przywiązanie do kraju. Dlaczego linia wzgórz Elburs widocznych z Teheranu budzi we mnie tę samą czułość co miękka linia policzka córki? Dlaczego poczucie obowiązku w stosunku do rodaków bierze górę nad ­wszystkim? Pamiętam, jak w latach 80. – w czasie wojny z Irakiem, kiedy z nieba spadał grad bomb, a policja moralna nowego jeszcze rządu islamskiego organizowała pierwsze patrole – u wielu moich przyjaciół i krewnych zniechęcenie wzięło górę i opuszczali kraj. Choć nie oceniałam ich decyzji, nie rozumiałam jej. Czyż można opuścić miasto, w którym przyszły na świat twoje dzieci? Czyż można porzucić ogród, w którym co roku sadziło się ­drzewa, nie czekając, aż urodzą pierwsze ­granaty, orzechy i wonne jabłka?

Mnie nie mieściło się to w głowie. Kiedy weszłam do Sądu Najwyższego i nowe władze rewolucyjne oświadczyły, że kobieta nie może być już sędzią, zostałam. Zostałam, kiedy władze zdegradowały mnie do funkcji zwykłej urzędniczki w tym samym sądzie, któremu jeszcze niedawno przewodniczyłam. Zatykałam uszy, kiedy rewolucjoniści, którzy przejęli władzę nad sądownictwem, w mojej obecności powtarzali, jak płytkie i niezdecydowane są kobiety; jak nie nadają się do wymierzania sprawiedliwości, więc misja ta zostanie powierzona mężczyznom. Zostałam, kiedy irackie myśliwce bombardowały domy przy naszej ulicy, obracając je w ruinę. Zostałam, kiedy nowe władze obwieściły, że islam wymaga brutalnej sprawiedliwości; że w imię tej religii można wykonywać na dachach egzekucje na młodych mężczyznach i kobietach; że można wieszać ich za poglądy polityczne, a ciała wrzucać potem do zbiorowych grobów.

Tak jak nie potrafiłam opuścić Iranu, tak samo nie porzuciłam islamu. Gdybyśmy wszyscy spakowali się i wsiedli do samolotów, co zostałoby z naszej ojczyzny? Gdybyśmy pokornie schylili głowy i siedzieli w domach, pozwalając, by władza mówiła, że islam dopuszcza zabijanie pisarzy i wyroki śmierci na nastolatkach – co zostałoby z naszej wiary?

Na cienkiej przebitce, z której wtedy korzystało się, wysyłając listy pocztą lotniczą, pisałam długie listy do przyjaciół-emigrantów. Uspokajałam, że jakoś daje się przeżyć. W połowie lat 80. zrezygnowałam z pracy i wybrałam emigrację wewnętrzną, odcinając się od brutalnej polityki nowej władzy. Mimo nalotów i patroli moralności mąż i ja wychowywaliśmy swoje dwie córki, które – uczesane w kucyki – maszerowały do szkoły, gdzie uczyły się czytać. Co wieczór jedliśmy razem posiłek. Mąż, Dżawad, dalej pracował jako inżynier, ja zaś zajęłam się dziewczynkami, zastanawiając się, jaki nowy pomysł znaleźć na siebie, skoro sądownictwo stało się ­monopolem mężczyzn.

Na początku lat 90., kiedy wojna się skończyła, dzieci podrosły i już tak mnie nie potrzebowały. Przez jakiś czas próbowałam pracować w sądach rodzinnych, ale szybko zorientowałam się, że pod rządami Republiki Islamskiej działały one zupełnie inaczej niż za szacha. Choć kobiety mogły być adwokatami, nowy system i procedury całkowicie uniemożliwiały prowadzenie sprawy. Wielokrotnie nie mogłam nawet przejrzeć dokumentacji związanej z danym procesem. Kiedy urzędnik orientował się, że nie zamierzam wręczyć mu „napiwku” za przyniesienie akt (w krajach, gdzie kwitnie korupcja, lista eufemizmów na łapówkę jest doprawdy imponująca), oświadczał: „Przykro mi, gdzieś się zawieruszyły. Proszę wrócić jutro”. Następnego dnia oznajmiał: „Niestety, nie miałem kiedy poszukać”. Dopiero trzeciego, czwartego dnia docierało do niego, że się nie poddam, i wreszcie dawał mi papiery. Tyle że ja, nie chcąc „posmarować”, traciłam dwie albo trzy dniówki.

W sądach było jeszcze gorzej. Tam wygrywał ten, kto więcej zapłacił. O sprawiedliwość się nie walczyło ani się nie spierało. Kupowało się ją. Na znak protestu w końcu wywiesiłam przed swoim gabinetem wielką tablicę: „W związku z obecnym wrogim nastawieniem sądów przestaję brać klientów. Mogę jedynie udzielać porad prawnych”. Nie uważałam tego wówczas za żaden śmiały gest ani manifestację. Po prostu szczerze przedstawiałam sytuację. Nie występowałam przeciwko państwu. Teraz już wiem – stopniowo zaczęłam to dostrzegać – jak potężną bronią może być pozbawiony agresji akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Z czasem zaczęły do mnie trafiać osoby, które nie było stać na adwokata. Często byli to ludzie oskarżeni o przestępstwa polityczne.

Po rewolucji 1979 roku sytuacja w prawie karnym wyglądała bardzo poważnie. Republika Islamska zlikwidowała cywilny kodeks prawny obowiązujący za rządów szacha i oparła wymiar sprawiedliwości na szariacie – zasadach prawnych ukształtowanych w VII wieku zgodnie z naukami islamu. Do dziś pamiętam sprawę, która w pełni uświadomiła mi, jak chory i okrutny jest to system.

Zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, Szahla Szerkat, czołowa irańska feministka, pisarka i redaktor naczelna, prosząc, bym udzieliła porady rodzinie 11-letniej Leili. Pewnego dnia, kiedy dziewczynka zrywała kwiaty na wzgórzach w pobliżu wioski, z ukrycia wyskoczyło na nią trzech mężczyzn i zaatakowało ją. Napastnicy zgwałcili ofiarę, wielokrotnie też zadawali jej ciosy w głowę, a wreszcie zabili, zrzucając z pobliskiej skały. ­Zostali aresztowani przez miejscową policję. Jeden w tajemniczych okolicznościach powiesił się w celi. ­Pozostała dwójka stanęła przed sądem oskarżona o gwałt i morderstwo. Ponieważ obowiązujące wówczas prawo wyżej ceniło życie mężczyzny skazanego za zabójstwo niż dziewczynki zgwałconej i zrzuconej do przepaści, jej ­rodzina miała zapłacić rekompensatę za egzekucję. A kiedy okazało się, że jej na to nie stać, winnych wypuszczono. Republika Islamska tłumaczyła, że islamiczne prawo wymaga odszkodowania za przelaną krew; moim zdaniem jednak wypaczono tu myśl, która przyświecała twórcom szariatu.

Rodzina Leili straciła wszystkie pieniądze, szukając sprawiedliwości w sądzie. Zdesperowana matka co dzień siadała przed budynkiem ubrana na biało. W ręku trzymała tablicę, na której opisała historię córki. Dokładniej przedstawiłam ją w swojej książce Broniłam ofiar. ­Pamiętnik z Iranu: przyjęłam sprawę, a choć nie udało mi się wywalczyć nawet minimalnej sprawiedliwości, koszmar tej rodziny pomógł mi wypracować linię obrony, którą potem wykorzystywałam w innych procesach. Choć sędzia zarzucał, że wypaczam religię, kontrowałam jego argumenty, opierając się na islamskim prawie i zasadach wiary. Wtedy również uświadomiłam sobie, jak słabo znają założenia islamskiego prawodawstwa sędziowie Republiki Islamskiej. Dotarło też do mnie, że Iranki nie mają pojęcia, jak bezczelnie są dyskryminowane przez wymiar sprawiedliwości. Dopiero kiedy życie doprowadzało je na rozdroże i zderzało z mroczną rzeczywistością: rozwód, śmierć dziecka, walka o spadek – uświadamiały sobie, jak niewiele znaczą przed sądem.

Starałam się nagłośnić sprawę Leili: pisałam artykuły, przy każdej okazji mówiłam o tym publicznie. Historia nie schodziła z łamów irańskiej prasy, wywołując powszechne oburzenie. W jednym z tekstów przypomniałam, że w świetle obecnego kodeksu mężczyźnie, który doznał uszczerbku na zdrowiu obejmującego uszkodzenie jąder, przysługuje odszkodowanie identyczne jak za śmierć kobiety. A zatem, argumentowałam, jeśli ­kobietę z doktoratem przejedzie samochód, jej życie jest warte tyle samo, co jądra oprycha-analfabety, który wdał się w jakąś burdę. Czy naprawdę, pytałam, właśnie tak Republika Islamska postrzega kobiety?

Po raz pierwszy od rewolucji kwestia równości kobiet znalazła się w centrum uwagi. Zobaczyłam wtedy, jak bardzo irańskie społeczeństwo jest wyczulone na niesprawiedliwość i jaką moc ma powszechny wybuch niezadowolenia. Nic skuteczniej nie zmusza rządu, by zaczął się liczyć z głosem obywateli. Właśnie wtedy weszłam na ścieżkę, którą idę do dziś. Szukam sprawiedliwości, broniąc praw najsłabszych: kobiet, dzieci, dysydentów i mniejszości. W walce o zmianę prawodawstwa wykorzystuję siłę opinii publicznej.

Republika Islamska ma niezliczone słabości i wady. Sprawuje władzę absolutną za pośrednictwem przywódcy niewyłonionego w wyborach powszechnych. Prześladuje niezależnych duchownych, którzy ośmielają się podać w wątpliwość religijne korzenie jej surowych rządów; równocześnie prowadzi też politykę ideologicznego radykalizmu, sprzeczną z interesami narodu ­irańskiego. Jak każdemu reżimowi zależy jej przede wszystkim na utrzymaniu władzy, dlatego czasem reaguje na potępienie ze strony społeczności międzynarodowej i wrzenie własnych obywateli. System, który dziś obowiązuje, to owoc zmian dokonanych niechętnie w latach 90. i na początku XXI wieku. Uporczywa walka moja i moich kolegów o poszanowanie praw człowieka oraz aktywność środowisk kobiecych zmusiły ­Republikę Islamską do złagodzenia najokrutniejszych i najbardziej nieludzkich przepisów. Drążenie – innej drogi nie widzieliśmy. ­Alternatywą było spakowanie walizek i emigracja. W tamtym okresie kraj opuściło tysiące obywateli, ale zarówno ci, którzy wyjechali, jak i ci, którzy ­zostali, szczycili się, że noszą miano Irańczyków. Choć Iranem ­rządzili dyktatorzy, królowie, a teraz duchowni, nasza historia sięga korzeniami aż do Cyrusa II Starszego, twórcy imperium perskiego, który na glinianym cylindrze kazał zapisać pierwsze w dziejach naszej cywilizacji prawa obywatelskie. Z tym etapem naszej historii się identyfikowałam; czułam się dziedziczką wielkiej perskiej poezji epickiej, której fragmenty czytałam córkom na dobranoc. Jak większość rodaków byłam ogromnie rozczarowana dzisiejszym Iranem – właśnie dlatego, że taką miłością i podziwem darzyłam jego przeszłość.

W październiku 2003 roku otrzymałam Pokojową Nagrodę Nobla za walkę na rzecz demokracji i w obronie praw człowieka. Mogłoby się wydawać, że to wsparło moje działania w Iranie i zapewniło niechętny szacunek władz, tymczasem naciski i kontrola tylko przybrały na sile. Irański rząd robił, co w jego mocy, by wieść o wyróżnieniu mnie się nie rozniosła. W rządowych mediach nie mogło pojawić się moje nazwisko ani wzmianka o nagrodzie. Kiedy dziennikarz spytał ajatollaha Mohammada Chatamiego, ówczesnego prezydenta i przedstawiciela skrzydła reformatorskiego, dlaczego mi nie pogratulował, ten odparł: „To nie jest ważna nagroda. Liczy się wyłącznie Nobel w literaturze”.

Iran jednak, jak to Iran, zawsze znajdzie sposób, by ominąć oficjalną cenzurę. Ważne wiadomości jakoś docierają do tych, do których powinny. Na uroczystość wręczenia Nagrody Nobla zaprosiłam kurdyjski zespół muzyczny, by uświetnił ceremonię. Irański reżim od lat dyskryminował kurdyjską mniejszość, nie pozwalając jej uczyć się we własnym języku ani podkreślać w życiu publicznym swojej tożsamości. Za pośrednictwem telewizji satelitarnej irańscy Kurdowie w całym kraju oglądali występ swoich ziomków i płakali z dumy. To był drobny, lecz symboliczny gest. Wśród irańskich Kurdów zaczęła nawet krążyć plotka, jakobym miała kurdyjskie korzenie. Owszem, rząd ostentacyjnie ignorował moją Nagrodę Nobla – wyraz uznania dla wszystkich, którzy bronią praw obywateli i próbują w pokojowy sposób zmienić Iran od środka – ale na szczęście dożyliśmy czasów, gdy dzięki telewizji satelitarnej i mediom cyfrowym nie można już utrzymywać narodu w niewiedzy.

Moja nagroda nie umknęła też uwadze innych, zwłaszcza Iranek, które od lat zabiegały o równouprawnienie. W decyzji Komitetu Noblowskiego dostrzegały znak poparcia dla swoich zmagań; potwierdzenie, że świat widzi i docenia ich wysiłki. Zahra Rahnaward, rektor żeńskiego uniwersytetu noszącego imię córki Mahometa, poprosiła, żebym wystąpiła z wykładem na temat statusu prawnego kobiet. Rahnaward – pierwsza od rewolucji islamskiej kobieta-rektor uczelni wyższej – była cenionym naukowcem i aktywistką. Świat usłyszał o niej w 2009 roku, kiedy pojawiła się na pierwszych stronach gazet jako żona Mira Hosejna Musawiego, przywódcy opozycyjnego Zielonego Ruchu. Tamtego dnia, w 2003 roku, Rahnaward przywitała mnie przed wejściem do wysokiego budynku z żółtej cegły, w którym mieściła się aula. Wokół rozciągał się duży trawnik. Pod sykomorami siedziały młode dziewczęta pogrążone w lekturze. Przed aulą wiła się kolejka. Setki studentek chciało dostać się do środka, choć w pomieszczeniu pełnym rozgadanych kobiet nie dałoby się już wcisnąć szpilki. Rozmawiałyśmy, gdzie ustawić mój pulpit, kiedy drzwi w głębi gwałtownie się otworzyły i do środka wdarła się grupa może trzydziestu rozjuszonych kobiet w czarnych czadorach.

– Jeśli dziś przychodzicie na wykład Ebadi, jutro będziecie się domagać George’a Busha! – krzyczały, przepychając się w kierunku sceny, przed którą stałam z Rahnaward. Od razu było widać, że to nie studentki, tylko bojowniczki nasłane przez władze. – Wykład jest odwołany!

Studentki z pierwszego rzędu wstały i otoczyły mnie, zasłaniając przed prowokatorkami. Rahnaward zaś ruszyła w ich stronę z wściekłością.

– Ten wykład odbywa się za wiedzą i zgodą władz uniwersytetu. Nie macie prawa go zakłócać – oświadczyła. – Natychmiast opuśćcie salę.

Z grupy wyskoczyła kobieta i chwyciła czador Rahnaward.

– Nie zasługujesz, żeby go nosić! – krzyczała, szarpiąc za chustę przyczepioną do abai.

Natychmiast przyłączyły się do niej pozostałe prowokatorki. Krąg moich obrończyń ze mną w środku zaczął dyskretnie przesuwać się w głąb auli.

– Chanom Ebadi – ponaglały. – Trzeba panią stąd wyciągnąć. Niech pani idzie z nami.

Odgrodziły mnie i Rahnaward od napastniczek i przesuwały się, popychając nas do wyjścia, a potem na długi korytarz. Stamtąd zaprowadziły nas do niedużej sali wykładowej i zamknęły drzwi, które zabarykadowały krzesłami i stolikami. Wkrótce usłyszałyśmy krzyki, tupot i wołanie:

– Tu są! Schowały się w tej sali!

Po chwili rozległ się łomot. Napastniczki waliły w drzwi, próbując je wyważyć. Rahnaward z komórki zadzwoniła po policję.

– Zmusiły mnie do czegoś, czego nigdy nie chciałam zrobić. Uważam, że nie wolno wpuszczać służb bezpieczeństwa na teren uniwersytetu, ale nie miałam wyjścia.

Zjawili się policjanci i siłą usunęli prowokatorki. My w tym czasie ustaliłyśmy, że najbezpieczniej będzie odwołać wykład. Podziękowałam pani rektor i jej współpracownicom za zaproszenie, a także za szybką reakcję dziewcząt na atak. Pożegnałyśmy się serdecznie, po czym dwóch policjantów odeskortowało mnie z uczelni. Na tym sprawa się zakończyła. Nie doszło do aresztowań; nigdy też nie dowiedziałyśmy się, kto właściwie przysłał wichrzycielki. Rahnaward groziła dymisją, ­jeśli władze nie ustalą odpowiedzialnych za całe zajście i ich nie ukarzą. Te jednak pozostały głuche na jej apele. Po wygranej Ahmadinedżada pani rektor sama ustąpiła ze stanowiska lub została do tego zmuszona – tego do dziś nie wiem. Choć dyskusja na temat równouprawnienia kobiet w Iranie nigdy nie przebiegała łatwo, tamten incydent stanowił zapowiedź nowych metod zastraszania i prześladowania.

Choć mój Nobel rozdrażnił irańskie władze, pieniądze związane z nagrodą ogromnie się przydały. Kupiłam lokal, który stał się siedzibą Centrum Obrony Praw Człowieka. Organizację tę założyłam, by zjednoczyć irańskich prawników broniących więźniów politycznych oraz starających się upowszechnić wśród obywateli wiedzę o przysługujących im prawach i przywilejach. Ośrodek okazał się najskuteczniejszym narzędziem walki z prześladowaniami politycznymi. ­Pozwolił też uformować krąg obrońców, do których mogli zwracać się dysydenci i ofiary represji. Dzięki nagrodzie ­mogliśmy stawiać sobie znacznie ambitniejsze cele, realizować bardziej wymagające programy.

Część pieniędzy umieściłam na wysoko oprocentowanym rachunku w Iranie. Odsetki przeznaczałam na pomoc dla rodzin więźniów politycznych, które ogromnie potrzebowały wsparcia, zwłaszcza że najczęściej za kratkami lądował jedyny żywiciel. Odłożyłam też niewielką sumę na koncie we Francji, by w ten sposób sfinansować naukę córek. Kiedy w 1980 roku władze odebrały mi tytuł sędzi, przestałam zarabiać i nie mogłam oszczędzać na ich wykształcenie. Swoją działalność adwokacką, którą podjęłam w latach 90., broniąc dzieci i kobiet, prowadziłam zazwyczaj nieodpłatnie.

Jako adwokaci rezygnowaliśmy z honorarium przede wszystkim dlatego, że tak nakazywała zwykła przyzwoitość, to oczywiste. Ale przyświecał nam również inny cel: chcieliśmy zachęcić ludzi, by śmiało wyrażali swoje opinie. Zależało nam, by wiedzieli, że jeśli zostaną aresztowani na skutek działań w obronie demokracji albo za ostre wypowiedzi na temat praw człowieka lub w innych drażliwych kwestiach, będą mieli dostęp do prawników, którzy nie tylko mogą ich reprezentować pro bono, ale także zaopiekują się ich rodzinami. Mieliśmy na przykład zespół psychiatrów i lekarzy oferujących darmowe leczenie krewnym naszych klientów.

Drugi kluczowy element naszej pracy stanowiły cokwartalne raporty. Kosztowały nas sporo wysiłku, bo poświęcaliśmy im wiele czasu i uwagi. Umieszczaliśmy w nich wyłącznie dobrze udokumentowane i sprawdzone przypadki naruszenia praw obywatelskich, takie jak bezpodstawne zatrzymania i nękanie działaczy. Były to pierwsze raporty publikowane w Iranie, przez irańską organizację. Szybko stały się podstawowym źródłem ­informacji dla ONZ oraz innych międzynarodowych instytucji broniących praw człowieka, co z kolei sprowokowało władze do jeszcze ostrzejszej i agresywniejszej kontroli działań ośrodka. Organizowaliśmy szkolenia dla tych, którym – ze względu na pochodzenie lub działalność – szczególnie groziły aresztowania: działaczy studenckich, przedstawicieli mniejszości wyznaniowych i etnicznych oraz dziennikarzy. Informowaliśmy ich, jakie prawa im przysługują w razie aresztowania, a także jak wykorzystywać procedury sądowe, by wywalczyć sobie przepustkę lub, przy dużym szczęściu, przedterminowe zwolnienie.

Zakładając Centrum, nawet nie marzyliśmy, że będziemy się z tego utrzymywać. Olbrzymim wysiłkiem zapewniliśmy podstawową infrastrukturę: znaleźliśmy lokum, zdobyliśmy kilka biurek i sprawnych telefonów. Zależało nam tylko, by stworzyć miejsce, dokąd ludzie będą przychodzić ze swoimi smutnymi, tragicznymi życiorysami. Teraz, dzięki pieniądzom z Nagrody Nobla, nasi prawnicy wreszcie zyskali lokal, gdzie mogli się spotykać i pracować.

Tego samego roku, gdy zdobyłam Nobla, na burmistrza Teheranu wybrano mało znanego polityka. Większość Irańczyków – ba!, większość mieszkańców stolicy – ­nigdy wcześniej nie słyszała o Mahmudzie Ahmadineżadzie, inżynierze budownictwa pochodzącym z niezamożnej rodziny robotniczej mieszkającej na południe od Teheranu. Tamte wybory samorządowe miały bodaj najniższą frekwencję w historii miasta. Do urn udało się zaledwie 12 procent mieszkańców; niemal wszyscy oni należeli do radykalnej, bardzo konserwatywnej mniejszości przywiązanej do rządu. Większość Irańczyków, rozczarowanych biernością prezydenta Mohammada Chatamiego, który nie przeprowadził obiecanych reform, nie wzięła udziału w wyborach. Bez umiarkowanej większości konserwatyści mieli otwartą drogę do zwycięstwa. Rada miasta złożona z twardogłowych tradycjonalistów powierzyła ster miasta Ahmadineżadowi.

To, co się wydarzyło później, zdumiało wszystkich. Szczególnie zaś Irańczyków takich jak ja, którzy – choć w życiu prywatnym przestrzegali zasad islamu – ­uważali, że religia powinna pozostać kwestią osobistą i nie wolno jej wykorzystywać do jakichś szaleńczych gestów politycznych. Otóż Ahmadineżad ogłosił, że męczennicy wojny irańsko-irackiej zasługują na dobitniejsze podkreślenie ich zasług oraz pamięci. Dlatego rozkazał, by znalezione niedawno szczątki poległych pochować w 72 miejskich parkach i placach. Tak oto Teheran – miasto mojej młodości i studenckich lat, po którego parkach chodziłam na romantyczne spacery ze swoim przyszłym mężem, na którego place zabaw prowadzałam swoje córeczki – miał się zmienić w chaotyczne cmentarzysko.

Najbardziej oburzeni byli młodzi. Zielone parki stanowiły jedno z nielicznych miejsc, gdzie można było swobodnie się spotykać. A jeśli wziąć pod uwagę surowe normy społeczne wprowadzone przez państwo: embargo na zachodnie filmy i muzykę, kontrolę Internetu oraz częste naloty na kafejki, parki były wyjątkowo cenne. Mimo to Ahmadineżad nie zamierzał ustąpić. Wysyłał przykryte flagami trumny ze szczątkami poległych nawet na teherańskie uniwersytety, co doprowadziło do starć między wściekłymi studentami a policją i miejskimi przedsiębiorcami pogrzebowymi. Do największej konfrontacji doszło na elitarnym Uniwersytecie Technologicznym im. Szarifa, kuźni kadr amerykańskiego Uniwersytetu Stanforda i innych prestiżowych ­uczelni ­Zachodu. W Iranie, podobnie zresztą jak na całym świecie, uczelnie to miejsca, gdzie aż wrze od polityki. Studenci zdawali sobie sprawę, że pochówek jest przesłaniem skierowanym wprost do nich: swoboda intelektualna, edukacja i sam teren uniwersytetu stanowią własność rewolucji oraz jej męczenników.

Stopniowo Teheran zamieniał się w płótno, na którym Ahmadineżad malował swoją radykalną wizję państwa. Pewnego popołudnia, jadąc przez miasto, zauważyłam na ścianie budynku gigantyczny mural. Przedstawiał palestyńską bojowniczkę-samobójczynię, która w jednej ręce trzymała karabin, a drugą tuliła do siebie synka. Najwyraźniej państwo tylko w tej sferze opowiadało się za prawdziwą równością płci. W budynkach rządowych bowiem Ahmadineżad polecił wydzielić windy dla mężczyzn i kobiet. Masowo zwalniał też podległych sobie urzędników, którzy okazali się za mało religijni lub za słabo oddani ideologii.

Oczywiście Teheran zmieniał się już od zwycięstwa rewolucji w 1979 roku. Jednak sposób, w jaki Ahmadineżad przekształcał miasto, by odpowiadało jego ekstremistycznym poglądom, napełniał mnie smutkiem. Doskonale pamiętałam kosmopolityczną stolicę z lat 70.; z czasów moich randek z Dżawadem. Szykowne restauracje, wypieszczone ogrody może i odzwierciedlały nierówności społeczne, ale zarazem symbolizowały dążenia większości teherańczyków: ich marzenia o wygodnym, cywilizowanym życiu. Dżawad też z niepokojem obserwował to, co działo się teraz w mieście. Jako inżynier nadzorował liczne inwestycje budowlane. Jego największym marzeniem i ambicją było postawić nowoczesne miasto z jasnymi, przestronnymi szpitalami i masztami radiowymi.

Dżawada poznałam w 1974 roku u przyjaciół rodziny. Miałam wtedy 27 lat. Kilka tygodni później ubrany w biały garnitur wkroczył do mojej sali rozpraw pod pozorem szukania rady w jakiejś niejasnej kwestii prawnej. Był inżynierem elektrykiem. Jego zawód nie wymagał szczegółowej znajomości prawa karnego, ale zależało mu, byśmy lepiej się poznali.

Spodobała mi się jego postawa. W tamtych czasach wciąż często się zdarzało, że rodzice sami wybierali dzieciom partnerów. Moi jednak byli postępowi i niczego mi nie narzucali; pozwalali, bym sama o sobie decydowała. Już na początku znajomości, w czasie wieczorów spędzanych wspólnie w teherańskich restauracjach, widziałam, że Dżawadowi nie przeszkadza moja niezależność. Więcej, podoba mu się moja buńczuczna, niepokorna natura. To dużo dla mnie znaczyło, ponieważ niewielu Irańczyków potrafiło zaakceptować, że kobieta może realizować się zawodowo. W latach 70. sporo Iranek z zamożnej, wykształconej klasy średniej pracowało zawodowo, ale podejście do roli kobiety w życiu rodzinnym właściwie się nie zmieniło. Tymczasem Dżawad uważał za całkowicie naturalne, że pracuję jako sędzia. Cenił moją niezależność. Mnie zaś ­pociągała jego wiara w siebie. Pobraliśmy się pewnego wiosennego dnia. Jednym ze świadków był naczelny prokurator. Do ślubu szłam z bukietem białych róż.

Nasze małżeństwo wytrzymało liczne próby, na jakie zostało wystawione. Dżawad niezachwianie mnie wspierał. Zarówno wtedy gdy pozbawiono mnie tytułu sędziowskiego, jak i na początku lat 90., kiedy podejmowałam się obrony pokrzywdzonych. Łączyły nas dwie córeczki, które wspólnie wychowywaliśmy, i dom z niewielkim ogrodem – nasz azyl; mieliśmy też obowiązki wobec swoich rodziców i rodzeństwa. A choć dzieliły nas zainteresowania – Dżawad lubił sport i grę na tradycyjnych perskich instrumentach muzycznych, podczas gdy ja nocami przesiadywałam do późna nad dokumentami i chodziłam na górskie wyprawy z przyjaciółmi-poetami – nasz związek przetrwał, nawet kiedy córki już dorosły. Stało się tak zapewne dlatego, że opierał się na solidarności, którą oboje ceniliśmy, a także na skarbcu pełnym wspólnych trosk, doświadczeń i żartów zrozumiałych tylko dla nas.

W latach 90., gdy moja działalność na rzecz kobiet i dzieci zyskała ogólnokrajowy rozgłos, władze zaczęły bacznie mnie obserwować. Raz, kiedy nasza linia telefoniczna w biurze szwankowała, monter zajrzał do gniazdka w ścianie i zobaczył podsłuch: dwie pluskwy wielkości baterii do zegarka przyczepione do przewodów. Usunął je szczypcami i trzymał w powietrzu, przypatrując się z niedowierzaniem.

– Mam przejrzeć pozostałe gniazdka, chanom? – spytał.

– Nie, nie trzeba – odparłam. – Niech sobie słuchają.

Nie przeszkadzało mi, że władza podsłuchuje moje rozmowy służbowe. Nie miałam nic do ukrycia. Jeszcze zanim monter pokazał mi pluskwy, wiedziałam, że jesteśmy na podsłuchu. Kiedy w 2000 roku spędziłam trzy tygodnie w celi, przesłuchujący bezwstydnie odwoływali się do moich prywatnych spraw: kontaktów z przyjaciółmi i szczegółów koleżeńskich sprzeczek, które mogli poznać wyłącznie dzięki podsłuchowi. Po otrzymaniu Nobla nadzór się wzmógł. Państwo, rzekomo w trosce o moje bezpieczeństwo, przydzieliło mi dwóch ochroniarzy, którzy nie odstępowali mnie na krok. Formalnie mieli mnie chronić, ale wiedziałam, że tak naprawdę chodziło o to, by znać każdy mój ruch; wiedzieć, z kim się spotykam i z kim rozmawiam. Kiedy szłam z Dżawadem do restauracji, moi strażnicy też się tam udawali i siadali przy pobliskim stoliku.

Nadzór sprawiał, że coraz częściej zostawaliśmy w domu. Wieczorem szykowaliśmy sałatkę, siadaliśmy przy stole z laminatu i rozmawialiśmy o najnowszym zleceniu Dżawada – budowie szpitala Milad, największego w mieście – i o moich procesach. Zaraz po przyjściu do domu zdejmowałam z głowy chustę, a potem wyjmowałam z komórki baterię. Telefony komórkowe – nawet po wyłączeniu – mogą służyć do podsłuchu. Jak większość irańskich rodzin mieszkaliśmy w jednym budynku z krewnymi. Ilekroć odwiedzałam mamę, która zajmowała mieszkanie pod nami – a wpadałam do niej niemal co wieczór po kolacji – zastanawiałam się, czy tu też umieścili pluskwy, żeby poznać każdy ruch i zdanie 70-letniej kobiety.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Od autorki

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

O autorce

Dr Szirin Ebadi była jedną z pierwszych kobiet na stanowisku sędziego w Iranie. Stała się też pierwszą w historii kraju przewodniczącą Trybunału, zasiadała również w Sądzie Najwyższym, dopóki rewolucja islamska z 1979 roku nie pozbawiła jej urzędu sędziowskiego. W latach 90. Ebadi wróciła do praktykowania prawa jako obrończyni kobiet i dzieci. Zakładała ośrodki pomocy prawnej, które stały się bodźcem do reformy prawa i publicznej debaty o dyskryminacyjnych przepisach usankcjonowanych przez Republikę Islamską. Broniła najbardziej znaczących irańskich więźniów sumienia, a w 1999 roku na skutek swojej działalności spędziła miesiąc w więzieniu. Przez wiele lat angażowała się w oddolne ruchy walczące o równouprawnienie kobiet. W 2003 roku otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Od zamieszek w 2009 roku po wyborach prezydenckich mieszka na wygnaniu.

Tytuł oryginału

Until we are free

Copyright © 2016 by Shirin Ebadi

All rights reserved.

Projekt okładki, wyklejek i stron

tytułowych rozdziałów

Magdalena Danaj / porysunki.com

Opracowanie okładki

Adam Pietrzyk

Opieka redakcyjna

Natalia Gawron

Korekta

Irena Gubernat

Grażyna Rompel

Konsultacja merytoryczna

Jakub Szymczak

Opracowanie ilustracji

Katarzyna Leja

Copyright © for the translation by Anna Maria Nowak

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-4241-8

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2017.

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kiedy będziemy wolne: moja walka o prawa człowieka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI