Teatr lalek

Teatr lalek

Autorzy: Piotr Borlik

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.36 zł

Życie Konrada Małeckiego, psychologa prowadzącego prywatny gabinet, przewraca się do góry nogami, gdy odwiedza go prokurator z niepokojącą informacją o śmierci trzech pacjentek terapeuty. Kolejne osoby z jego otoczenia giną w makabrycznych okolicznościach, w każdym przypadku zaaranżowanych na samobójstwo, dokładnie dziesiątego dnia następujących po sobie miesięcy. W spokojne życie psychologa wdzierają się żądni sensacji reporterzy, podczas gdy Konrad doświadcza coraz dziwniejszych sytuacji, sugerujących, że on sam lub jego żona mogą okazać się kolejną ofiarą. Także pozbawiony skrupułów dziennikarz, próbując za wszelką cenę udowodnić winę psychologa, nieświadomie zostaje uwikłany w walkę z demonicznymi siłami przechodzącymi ludzkie pojęcie. Czas działa na ich niekorzyść…

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Ilu­stra­cja na okład­ce

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Piotr Bor­lik

ISBN 978-83-7835-633-2

Dla M.

Prolog

Syl­wia ni­g­dy nie lu­bi­ła ta­pet. Ko­ja­rzy­ły jej się z po­żół­kły­mi ścia­na­mi po­ko­ju, w któ­rym do­ra­sta­ła, z tym ohyd­nym od­cie­niem sta­rych wy­mio­cin. Wów­czas ra­dzi­ła so­bie, za­kle­ja­jąc uszko­dzo­ne lub za­bru­dzo­ne miej­sca pla­ka­ta­mi, przed­sta­wia­ją­cy­mi ulu­bio­ne ka­pe­le. Więk­szość po­wierzch­ni po­świę­ci­ła ze­spo­ło­wi Eu­ry­th­mics, choć z bie­giem cza­su jej gu­sta mu­zycz­ne ule­gły zmia­nie, zmie­rza­jąc w stro­nę co­raz cięż­szych kli­ma­tów – Guns N’Ro­ses czy Ae­ro­smith, zna­la­zło się na­wet miej­sce dla pol­skie­go Kry­zy­su.

Te­raz nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na taki ruch. Za­pła­ci­ła ma­ją­tek męż­czyź­nie ucho­dzą­ce­mu w War­sza­wie za naj­lep­sze­go de­si­gne­ra, by przy­go­to­wał dla niej in­dy­wi­du­al­ny pro­jekt aran­ża­cji wnętrz. Była za­do­wo­lo­na z więk­szo­ści jego po­my­słów, ale wy­ta­pe­to­wa­nie głów­nej ścia­ny sa­lo­nu prze­kra­cza­ło wszel­kie gra­ni­ce. Chcia­ła po­go­nić tego po­żal się Boże wi­zjo­ne­ra, lecz jej mąż piał z za­chwy­tu nad każ­dą przed­sta­wio­ną przez nie­go pro­po­zy­cją. W koń­cu po­szła na kom­pro­mis, uzy­sku­jąc w za­mian moż­li­wość wy­bo­ru miej­sca, gdzie spę­dzą nad­cho­dzą­ce wa­ka­cje. Od lat ma­rzy­ła jej się Bra­zy­lia, a te­raz mo­gła wresz­cie za­brać tam swe­go bo­jaź­li­we­go męża, któ­ry wciąż po­wta­rzał, że to nie­bez­piecz­ny kraj. Po po­wro­cie i tak ze­rwie ta­pe­tę i wszyst­ko wró­ci do nor­my.

Roz­sia­dła się wy­god­nie w ulu­bio­nym fo­te­lu. In­ten­syw­ny czer­wo­ny ko­lor i kla­sycz­na for­ma two­rzy­ły fan­ta­stycz­ne ze­sta­wie­nie, spraw­dza­ją­ce się nie­mal w każ­dych oko­licz­no­ściach – tak przy­naj­mniej twier­dzi­ła ko­bie­ta, od któ­rej ku­pi­ła go za pięć ty­się­cy zło­tych. Choć sło­no prze­pła­ci­ła, to lu­bi­ła te wy­so­kie pod­ło­kiet­ni­ki i mięk­kie sie­dze­nie, ide­al­ne do za­to­pie­nia się w lek­tu­rze.

Tym ra­zem jed­nak o czy­ta­niu nie mo­gło być mowy. Po mi­nu­cie sta­rań z wes­tchnie­niem odło­ży­ła naj­now­szą książ­kę Gro­cho­li na sto­lik. Jej wzrok wciąż ucie­kał w stro­nę na­roż­ni­ka, gdzie ciem­no­sza­re ro­ślin­ne wzo­ry, na­wią­zu­ją­ce do ba­ro­ko­wych or­na­men­tów, po­sta­no­wi­ły wła­śnie od­kle­ić się od ścia­ny. Sta­ra­ła się o tym nie my­śleć, sku­pić się na czymś in­nym, przy­go­to­wać plan wy­ciecz­ki. Mia­ła wie­le rze­czy do zro­bie­nia: zna­leźć od­po­wied­ni ho­tel, gwa­ran­tu­ją­cy trans­port z lot­ni­ska oraz peł­ną bazę SPA, wy­na­jąć prze­wod­ni­ka, któ­ry opro­wa­dzi ich po miej­scach nie­do­stęp­nych dla zwy­kłych tu­ry­stów, oraz naj­waż­niej­sze – do­ko­nać re­zer­wa­cji w naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych re­stau­ra­cjach, aby za­sma­ko­wać wszyst­kich kuch­ni Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Wszyst­ko to na­gle stra­ci­ło na zna­cze­niu. Każ­dy ko­lej­ny mi­li­metr od­cho­dzą­ce­go od ścia­ny ma­te­ria­łu zda­wał się wy­da­wać dźwięk zbli­żo­ny do skro­ba­nia pa­znok­cia­mi po po­wierzch­ni ta­bli­cy.

Pięć­dzie­siąt zło­tych za metr kwa­dra­to­wy. Staw­ka, któ­ra rze­ko­mo mia­ła gwa­ran­to­wać pro­fe­sjo­nal­ną usłu­gę, oka­za­ła się zwy­kłym zdzier­stwem. Od­wa­li­li fu­szer­kę, spar­ta­czy­li pro­stą ro­bo­tę, więc ona w za­mian za­fun­du­je im pie­kło. Re­kla­ma­cja to mało po­wie­dzia­ne, będą mu­sie­li zwró­cić pie­nią­dze i po­pra­wić ra­żą­ce za­nie­dba­nia. Już ona za­dba o to, by nikt z jej zna­jo­mych nie za­trud­nił ich do żad­nej pra­cy. Każ­dy dom, ga­raż, stu­dio, na­wet płot czy szo­pa nie będą dla nich do­stęp­ne. Niech szu­ka­ją zle­ceń na obrze­żach mia­sta, gdzie kon­ku­ren­cja zje ich ni­ski­mi ce­na­mi.

Na­roż­nik stał się na­gle punk­tem cen­tral­nym, ją­drem miesz­ka­nia, wo­kół któ­re­go ni­czym elek­tro­ny krą­ży­ły jej my­śli i emo­cje. Ujem­ny ła­du­nek two­rzył for­mę wciąż przy­bie­ra­ją­cej na sile wście­kło­ści. Na nic zda­ły się lek­cje ra­dze­nia so­bie ze stre­sem, warsz­ta­ty jogi z in­dyj­skim mi­strzem czy wie­lo­go­dzin­ne me­dy­ta­cje. Żad­na me­to­da nie mo­gła okieł­znać tego, co w niej na­ra­sta­ło. Wciąż wpa­trzo­na w od­cho­dzą­cy frag­ment ta­pe­ty, wbi­ła pa­zno­kieć wska­zu­ją­ce­go pal­ca w eko­lo­gicz­ną skó­rę fo­te­la, roz­ry­wa­jąc szew. Ko­lor pa­ste­lo­wej róży z jej ulu­bio­ne­go la­kie­ru zmą­cił ide­al­ną czer­wień po­wierzch­ni me­bla, któ­ra w po­łą­cze­niu z czar­ny­mi nóż­ka­mi mia­ła two­rzyć kla­sycz­ne ze­sta­wie­nie, ni­g­dy nie­wy­cho­dzą­ce z mody. Po­mi­mo opo­ru prze­cią­gnę­ła pal­cem wzdłuż dłuż­szej kra­wę­dzi pod­ło­kiet­ni­ka, two­rząc wą­ską szra­mę, spod któ­rej wy­ła­ził gąb­cza­sty ma­te­riał. Rzu­ci­ła okiem na swo­je dzie­ło, uno­sząc lek­ko ką­ci­ki ust. Wcze­śniej­sza złość znik­nę­ła, po­zo­sta­wia­jąc pust­kę. Żad­ne inne emo­cje nie zdo­ła­ły za­jąć jej miej­sca, jak­by wszyst­ko, co czu­ła, ulot­ni­ło się w po­wie­trzu. Po­wo­li wsta­ła. Ko­cie ru­chy i ku­szą­ce ko­ły­sa­nie bio­dra­mi nie zdo­ła­ły ukryć nie­na­tu­ral­nej sztyw­no­ści rąk, dło­ni zwi­sa­ją­cych tak, jak­by po­zba­wio­ne były ko­ści. Resz­ta syl­wet­ki pre­zen­to­wa­ła się nor­mal­nie. Atrak­cyj­na twarz, któ­ra po­mi­mo nad­cią­ga­ją­cej czter­dziest­ki nie wy­ma­ga­ła in­ge­ren­cji chi­rur­gicz­nej, jak za­wsze tęt­ni­ła aurą wy­nio­sło­ści, odzie­dzi­czo­ną po mat­ce.

Syl­wia od naj­młod­szych lat pre­zen­to­wa­ła się ni­czym człon­ki­ni ro­dzi­ny kró­lew­skiej, na­wet po domu cho­dząc z wy­pro­sto­wa­ny­mi ple­ca­mi i pod­nie­sio­ną bro­dą. Już jako szes­na­sto­lat­ka otrzy­my­wa­ła pro­po­zy­cje udzia­łu w po­ka­zach mody i se­sjach zdję­cio­wych, przez co rzu­ci­ła szko­łę na kil­ka mie­się­cy przed ma­tu­rą. Za­ra­bia­ła sama na sie­bie, więc groź­by ro­dzi­ców nie ro­bi­ły na niej naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Ko­le­żan­ki za­zdro­ści­ły jej uro­dy i po­wo­dze­nia, chłop­cy zaś tra­ci­li dla niej gło­wy. Po­tra­fi­ła to wy­ko­rzy­stać, dzię­ki cze­mu pię­ła się co­raz wy­żej, aż wresz­cie tra­fi­ła na wy­bieg w Me­dio­la­nie. Tam go po­zna­ła. Wy­so­ki, opa­lo­ny męż­czy­zna, ubra­ny w sza­rą spor­to­wą ma­ry­nar­kę od Er­me­ne­gil­do Ze­gny, któ­ra sta­no­wi­ła świa­dec­two do­bre­go sma­ku i wie­lu zer na kon­cie, ob­ser­wo­wał ją z szel­mow­skim uśmie­chem, za­re­zer­wo­wa­nym dla aman­tów fil­mo­wych. Czu­ła na so­bie jego wzrok, gdy pre­zen­to­wa­ła ko­lej­ne kre­acje wło­skie­go domu mody. Mia­ła wów­czas osiem­na­ście lat, on wy­glą­dał na trzy­dzie­ści. Mu­siał być kimś waż­nym, bo­wiem sie­dział na naj­lep­szym miej­scu, oto­czo­ny dwie­ma blon­dyn­ka­mi w ob­ci­słych kiec­kach eks­po­nu­ją­cych si­li­ko­no­we biu­sty. Wy­glą­da­ły jak ak­tor­ki fil­mów por­no, z war­ga­mi do­bry­mi tyl­ko do jed­ne­go. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go po­ka­zy­wał się z ta­ki­mi ko­bie­ta­mi. Zu­peł­nie nie pa­so­wa­ły do jego sty­lo­we­go wi­ze­run­ku. Krót­ko przy­strzy­żo­ne wło­sy z asy­me­trycz­nie unie­sio­ną grzyw­ką, od­sła­nia­ją­cą nie­wiel­ką bli­znę nad pra­wym okiem, mod­nie przy­cię­ty za­rost, do tego ko­szu­la i kra­wat zna­ne­go pol­skie­go pro­jek­tan­ta, z któ­rym kie­dyś współ­pra­co­wa­ła. Wszyst­ko two­rzy­ło zgra­ny ze­staw, ide­al­ny na okład­kę eks­klu­zyw­ne­go ma­ga­zy­nu. Za ku­li­sa­mi usły­sza­ła, jak inne mo­del­ki plot­ku­ją na jego te­mat i do­pie­ro wte­dy sko­ja­rzy­ła twarz z na­zwi­skiem. Był Po­la­kiem, zna­nym pro­jek­tan­tem mody, miesz­ka­ją­cym na sta­łe w War­sza­wie. Po­dob­no po­szu­ki­wał wy­róż­nia­ją­cych się ko­biet do na­wią­za­nia sta­łej współ­pra­cy. Po­czu­ła wte­dy, jak przy­śpie­sza jej ak­cja ser­ca. To był ten mo­ment i ten fa­cet, nie mo­gła tego za­prze­pa­ścić.

Trzy mie­sią­ce póź­niej po­je­cha­li ra­zem na Ma­jor­kę. Eks­klu­zyw­ne ho­te­le, wy­staw­ne ko­la­cje, rej­sy jach­ta­mi i dro­ga bi­żu­te­ria. Była w siód­mym nie­bie, a to­wa­rzy­szył jej anioł w ludz­kiej skó­rze, o obłęd­nej mu­sku­la­tu­rze i gru­bym port­fe­lu. Za­ko­cha­ła się bez­gra­nicz­nie. Był obiet­ni­cą speł­nie­nia ma­rzeń, wy­star­czy­ło tyl­ko zmu­sić go do mał­żeń­stwa, a ona zna­ła na to naj­lep­szą me­to­dę.

Kac­pe­rek uro­dził się dzie­więć mie­się­cy póź­niej. Dziś był już do­ro­słym męż­czy­zną, a ona mia­ła przed sobą ob­raz uzna­ne­go hisz­pań­skie­go eks­pre­sjo­ni­sty, któ­ry wraz z mę­żem ku­pi­li za, ba­ga­te­la, dwa­dzie­ścia ty­się­cy euro. Za­baw­ne, ni­g­dy wcze­śniej nie obej­rza­ła go do­kład­nie. Wpa­try­wa­ła się w ma­lo­wi­dło, nie po­tra­fiąc zro­zu­mieć, co au­tor miał na my­śli. Ko­bie­ta o zie­lo­nej skó­rze, któ­rej zde­for­mo­wa­na twarz wy­glą­da­ła, jak­by prze­sa­dzi­ła z bo­tok­sem, trzy­ma­ła w rę­kach bli­żej nie­okre­ślo­ny przed­miot. Ko­ja­rzył jej się ze skrzyp­ca­mi, ale rów­nie do­brze mo­gła to być broń lub su­cha ga­łąź. W tle z roz­ło­ży­ste­go drze­wa, po­wy­krę­ca­ne­go na wszyst­kie stro­ny, zwi­sa­ły po­ma­rań­czo­we owo­ce.

Na­wet nie zo­rien­to­wa­ła się, kie­dy wbi­ła pal­ce w płót­no, prze­dzie­ra­jąc twarz ko­bie­ty na dwie czę­ści. Po­now­nie unio­sła ką­ci­ki ust w lek­kim uśmie­chu. Czu­ła ulgę, choć wciąż było jej mało. Pra­gnę­ła, by cały po­kój wy­glą­dał jak na­de­rwa­na ta­pe­ta. Po­de­szła do drew­nia­ne­go sto­łu i prze­je­cha­ła po nim pa­znok­cia­mi, ła­miąc je­den z nich, lecz na­wet nie zwró­ci­ła na to uwa­gi. Wes­tchnę­ła z roz­ko­szą, pa­trząc na dwie płyt­kie rysy, któ­re uda­ło jej się wy­ko­nać w la­kie­ro­wa­nej po­wierzch­ni. Jej uwa­gę przy­ku­ła ulu­bio­na część po­miesz­cze­nia. Dwa me­try ścia­ny wy­ło­żo­nej czer­wo­ną ce­głą mia­ły do­da­wać ca­ło­ści kla­sycz­ny, su­ro­wy na­strój. Po­pa­trzy­ła chwi­lę na so­lid­ną kon­struk­cję, po czym z za­pa­łem za­czę­ła ją dra­pać, wy­ko­nu­jąc ru­chy ni­czym dziec­ko ko­pią­ce dziu­rę w pia­skow­ni­cy. Nie mia­ła przy so­bie ło­pat­ki ani wia­der­ka, zresz­tą i tak w ni­czym by nie po­mo­gły. Ce­gła była nie­na­ru­szo­na, a dło­nie ko­bie­ty szyb­ko po­kry­ła krew. Ona sama rów­nież spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by nic się nie sta­ło, choć po­ła­ma­ne pa­znok­cie i po­zry­wa­ny na­skó­rek świad­czy­ły o czymś in­nym.

Po kil­ku mi­nu­tach, gdy na pod­ło­dze po­ja­wi­ły się czer­wo­ne pla­my, a z jej pal­ców zwi­sa­ły ka­wał­ki skó­ry, uka­zu­jąc żywe mię­so oraz biel ko­ści, Syl­wia wy­da­ła z sie­bie gło­śny jęk. Nie był to jed­nak ob­jaw bólu, któ­ry po­win­na od­czu­wać. Wręcz prze­ciw­nie, za­czę­ła cięż­ko od­dy­chać, jak­by zbli­ża­ła się do osią­gnię­cia or­ga­zmu.

Pod­nio­sła dłoń, te­raz bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cą za­rdze­wia­łe gra­bie, i prze­je­cha­ła nią po twa­rzy, zo­sta­wia­jąc na skó­rze czer­wo­ne smu­gi. Za­trzy­ma­ła ją dłu­żej na ustach, by po chwi­li wbić w nie to, co zo­sta­ło z za­dba­nych pa­znok­ci. Gdy na dol­nej war­dze po­ja­wi­ła się pierw­sza kro­pla krwi, ko­bie­ta ryk­nę­ła, tym ra­zem wy­da­jąc od­głos w ni­czym nie­przy­po­mi­na­ją­cy ludz­kie­go. Brzmia­ła jak wilk, któ­ry po wpad­nię­ciu we wny­ki od­gry­za so­bie koń­czy­nę, by od­zy­skać wol­ność. Roz­kła­da­jąc ręce, pa­dła na wznak na par­kiet. Po­wie­ki wciąż mia­ła otwar­te, lecz za­miast tę­czó­wek i źre­nic w oczo­do­łach wi­dać było je­dy­nie prze­krwio­ne biał­ka. Le­ża­ła tak chwi­lę, a z le­we­go ką­ci­ka jej ust są­czy­ła się cien­ka struż­ka śli­ny, spły­wa­ją­ca wzdłuż po­licz­ka. Syl­wia dy­sza­ła, jak­by za­raz mia­ła się udu­sić. Za­mknę­ła wresz­cie oczy, lecz wca­le nie za­mie­rza­ła od­po­czy­wać. Z ca­łej siły wbi­ła pal­ce w par­kiet, szo­ru­jąc reszt­ka­mi po­ła­ma­nych pa­znok­ci i wy­sta­ją­cy­mi spod cia­ła ko­ść­mi o la­kie­ro­wa­ne klep­ki. Po­ru­sza­ła dłoń­mi w zsyn­chro­ni­zo­wa­ny spo­sób, jak­by ru­chy te ćwi­czy­ła la­ta­mi. Z jej ust zno­wu za­czął do­bie­gać co­raz gło­śniej­szy jęk, tym ra­zem jed­nak znacz­nie wyż­szy, prze­cho­dząc stop­nio­wo w pisk.

Pod­ło­ga wo­kół niej przy­po­mi­na­ła sty­lem ob­raz, któ­ry nie­daw­no znisz­czy­ła. Eks­pre­syj­na for­ma prze­ka­zu po­le­ga­ła na wy­dra­pa­niu dzie­się­ciu rów­no­le­głych row­ków o róż­nych głę­bo­ko­ściach, ozdo­bio­nych krwa­wy­mi smu­ga­mi. Być może znaw­cy sztu­ki do­szu­ka­li­by się weń ja­kiejś cie­ka­wej me­ta­fo­ry, lecz nikt nie zgadł­by, że au­tor­ka od­czu­wa­ła przy tym roz­ko­sze, któ­rych nie mógł za­pew­nić jej ża­den męż­czy­zna.

Choć daw­no po­win­na paść z wy­cień­cze­nia i skraj­ne­go bólu, to spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by wciąż było jej mało. Pod­nio­sła się i po­szła w stro­nę kuch­ni, zo­sta­wia­jąc za sobą ślad czer­wo­nych kro­pli ni­czym Jaś i Mał­go­sia zna­czą­cy w le­sie dro­gę po­wrot­ną okrusz­ka­mi. Ona jed­nak nie mia­ła za­mia­ru wró­cić do po­ko­ju z od­kle­ja­ją­cą się ta­pe­tą, do­pó­ki sama nie po­czu­je, jak to jest, gdy część cia­ła od­ry­wa się od ca­ło­ści.

Pod­ło­ga, wy­ło­żo­na płyt­ka­mi gre­so­wy­mi, spro­wa­dzo­ny­mi na za­mó­wie­nie z Fran­cji, two­rzy­ła bia­ło-czar­ną sza­chow­ni­cę. W cen­tral­nym punk­cie usta­wio­ny był wy­so­ki blat wy­ko­na­ny z he­ba­no­we­go drew­na, do­dat­ko­wo za­bez­pie­czo­ny szkla­ną po­wło­ką. Choć sama na­le­ga­ła na jego za­kup, ani razu nie mia­ła oka­zji z nie­go sko­rzy­stać. Była to stre­fa dla niej obca, za­re­zer­wo­wa­na dla lu­dzi z niż­szych klas. Opła­ca­li po­moc do­mo­wą, któ­ra prócz sprzą­ta­nia i prac w ogro­dzie rów­nież go­to­wa­ła, spe­cja­li­zu­jąc się w kuch­ni śród­ziem­no­mor­skiej. Wcze­śniej przez kil­ka mie­się­cy mie­li na­wet ku­cha­rza z Ko­rei, jed­nak Syl­wii szyb­ko zbrzy­dły tam­tej­sze sma­ki.

Te­raz była w domu cał­kiem sama, Na­ta­lia przyj­dzie do­pie­ro za go­dzi­nę. Byli z niej za­do­wo­le­ni, choć już dwu­krot­nie spóź­ni­ła się do pra­cy. Ostrze­gli ją, że ko­lej­na wpad­ka ozna­cza roz­wią­za­nie umo­wy, a że ko­bie­ta sa­mot­nie wy­cho­wy­wa­ła có­recz­kę, bar­dzo za­le­ża­ło jej na pra­cy. Za­wsze szu­ka­li tego typu lu­dzi, uwi­kła­nych w kło­po­ty fi­nan­so­we, da­wa­li bo­wiem gwa­ran­cję peł­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, nie jeź­dzi­li na urlo­py, bez sło­wa skar­gi przy­sta­wa­li na bez­płat­ne nad­go­dzi­ny. Wca­le nie trze­ba było się­gać po Ukra­iń­ców, co ostat­nio zy­ska­ło na po­pu­lar­no­ści wśród ich zna­jo­mych.

Syl­wia usia­dła na wy­so­kim sta­lo­wym stoł­ku i po­ło­ży­ła sto­py na chro­mo­wa­nym ste­la­żu. Jej oczy, w któ­rych bra­ko­wa­ło źre­nic, spra­wia­ły wra­że­nie śle­pych. Po chwi­li pod­nio­sła dło­nie, jak­by po­dzi­wia­jąc ma­ni­kiur. Przez kil­ka se­kund ob­ra­ca­ła nimi przed twa­rzą, po czym gwał­tow­nie wsta­ła i po­de­szła do okna, pod któ­rym znaj­do­wa­ły się szu­fla­dy ze sztuć­ca­mi. Otwo­rzy­ła pierw­szą z góry i chwy­ci­ła nóż do fi­le­to­wa­nia. Nie mia­ła po­ję­cia, że słu­żył wła­śnie do tego, lecz ide­al­nie pa­so­wał do jej pla­nów.

Ośmio­ca­lo­we ostrze wy­cho­dzą­ce z drew­nia­nej rę­ko­je­ści po­ły­ski­wa­ło w pro­mie­niach sło­necz­nych wpa­da­ją­cych przez okno. Przez krót­ką chwi­lę wy­glą­da­ła jak zwy­kła go­spo­dy­ni. Pod­nio­sła nóż wy­żej, jak­by chcia­ła w jego głow­ni zo­ba­czyć wła­sne od­bi­cie. Nie za­trzy­ma­ła się jed­nak, przy­kła­da­jąc ostrze do po­licz­ka i na­ci­ska­jąc, aż z gład­kiej skó­ry po­pły­nę­ła ciem­no­czer­wo­na krew. Kro­pel­ki opa­da­ły na bia­łe ka­fel­ki, ni­czym rosa z dłu­gich źdźbeł tra­wy. Gdy wbi­ła się do­sta­tecz­nie głę­bo­ko, prze­cią­gnę­ła nóż szyb­kim ru­chem w dół, a na­stęp­nie w stro­nę na­sa­dy nosa, two­rząc nie­zgrab­ną li­te­rę V. Na­stęp­nie za­czę­ła pod­wa­żać skó­rę, ni­czym wpra­wio­ny fi­le­ciarz, wy­ci­na­jąc kil­ku­cen­ty­me­tro­wy płat, któ­ry zwi­sał z jej twa­rzy tuż pod sta­ran­nie po­ma­lo­wa­nym okiem.

Cały czas pa­trzy­ła na ogród, oto­czo­ny mu­rem z sza­re­go łup­ku. Go­ście za­wsze kom­ple­men­to­wa­li bo­gac­two ro­ślin i ozdób, choć ona nie prze­pa­da­ła za prze­by­wa­niem na świe­żym po­wie­trzu. Iry­to­wa­ły ją mu­chy i ko­ma­ry, zaś pa­ją­ków bała się bar­dziej niż cia­snych po­miesz­czeń, w któ­rych od razu tra­ci­ła przy­tom­ność.

W za­my­śle­niu po­cią­gnę­ła za płat skó­ry na po­licz­ku, przy­glą­da­jąc się ide­al­nie zie­lo­nej tra­wie oraz buksz­pa­nom, rów­no przy­cię­tym w nie­wiel­kie pi­ra­mid­ki i ob­sy­pa­nym wo­kół bia­ły­mi ka­mycz­ka­mi. Kil­ka me­trów da­lej roz­po­ście­rał się trzy­po­zio­mo­wy skal­niak. Była z nie­go wy­jąt­ko­wo dum­na, sama wy­bie­ra­ła kwia­ty w ka­ta­lo­gu. U góry nie­bie­skie dzwon­ki, ró­żo­we goź­dzi­ki i bia­ła skal­ni­ca, po­środ­ku wrzo­sy oraz wrzo­ś­ce we wszyst­kich moż­li­wych ko­lo­rach. Dol­ną część zaj­mo­wa­ły więk­sze ro­śli­ny, któ­rych nazw nie po­tra­fi­ła spa­mię­tać, więc zwy­kle koń­czy­ła opis na wrzo­sach.

Wy­szła na ta­ras. Choć ogród pre­zen­to­wał się wspa­nia­le, to mia­ła te­raz na gło­wie inne za­ję­cia, waż­niej­sze niż po­dzi­wia­nie ro­ślin­no­ści. Mi­nę­ła kom­plet wy­po­czyn­ko­wy, na któ­rym jej mąż cza­sem za­sia­dał ze swy­mi zna­jo­my­mi, by przy dro­giej whi­sky grać w kar­ty na duże sumy. Ze­szła po schod­kach i skie­ro­wa­ła się do drew­nia­nej szop­ki z na­rzę­dzia­mi. Nie lu­bi­ła tego po­miesz­cze­nia, za­wsze ogar­niał ją tam dziw­ny nie­po­kój, a po dłuż­szej chwi­li prze­by­wa­nia w środ­ku ro­bi­ło jej się sła­bo. Była tam tyl­ko dwa razy w ży­ciu, gdy szu­ka­ła ob­ra­żo­ne­go Kac­per­ka. Jako chło­piec cza­sem by­wał na­bur­mu­szo­ny po­mi­mo ca­ło­do­bo­wej opie­ki gu­wer­nant­ki, po­tra­fił być wów­czas wy­jąt­ko­wo nie­zno­śny. Krzy­czał, ucie­kał z domu, otwar­cie ma­ni­fe­sto­wał nie­za­do­wo­le­nie. Psy­cho­log twier­dził, że wy­ni­ka­ło to z bra­ku ro­dzi­ciel­skiej mi­ło­ści. Nie ro­zu­mia­ła go, Kac­per miał prze­cież wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wał. Naj­lep­sze za­baw­ki, lek­cje an­giel­skie­go, te­ni­sa, jaz­dy kon­nej – wszyst­ko, o czym inne dzie­ci mo­gły je­dy­nie ma­rzyć. Ewi­dent­nie wdał się w ojca, któ­ry rów­nież nie po­tra­fił do­ce­nić szczę­ścia, ja­kie go spo­tka­ło, gdy po­znał ją w Me­dio­la­nie. Wy­ty­kał jej, że ca­ły­mi dnia­mi nic nie robi, choć sam w swo­jej fir­mie czę­sto się obi­jał, za­miast po­więk­szać ich wspól­ny ka­pi­tał.

Zwi­sa­ją­ca z po­licz­ka skó­ra pod­ska­ki­wa­ła z każ­dym jej kro­kiem. Syl­wia mi­nę­ła gra­ni­to­we kule, któ­re za­mó­wi­li przed laty. Chcie­li zro­bić z nich uni­ka­to­wą fon­tan­nę, lecz gdy zo­ba­czy­ła po­dob­ny po­mysł w te­le­wi­zji, za­nie­cha­ła go, uzna­jąc za do­bry dla mo­tło­chu. Mąż już daw­no miał się ich po­zbyć, ale jak za­wsze od­wle­kał wszyst­ko w nie­skoń­czo­ność. Otwo­rzy­ła drzwi szo­py, któ­re wy­da­ły przy tym nie­przy­jem­ny pisk. Ogrod­nik po­wi­nien do­stać po pen­sji za tak ra­żą­ce za­nie­dba­nie. Zaj­mie się tym póź­niej, te­raz mia­ła pil­niej­sze za­da­nie.

We­szła do środ­ka i ro­zej­rza­ła się po ciem­nym po­miesz­cze­niu. Było cia­sne i pa­no­wał tam za­duch, przez co ogra­ni­czy­ła swo­je po­szu­ki­wa­nia do pierw­sze­go z brze­gu se­ka­to­ra no­ży­co­we­go. Świet­nie nada­wał się do kon­ty­nu­owa­nia dzie­ła, któ­re roz­po­czę­ła w kuch­ni. Z no­ży­ca­mi w ręku wy­szła na ze­wnątrz. Opar­ła się ple­ca­mi o drew­nia­ną kon­struk­cję i pod­wi­nę­ła suk­nię od Eli­sa­bet­ty Fran­chi, ku­pio­ną dwa lata temu we flo­renc­kim bu­ti­ku. Szyb­ko jej się znu­dzi­ła, głów­nie przez zło­te zdo­bie­nia na ta­lii, któ­re po kil­ku mie­sią­cach za­czę­ły ją de­ner­wo­wać. Od tam­te­go cza­su za­kła­da­ła ją spo­ra­dycz­nie, głów­nie po to, by wi­dział to mąż, czę­sto na­rze­ka­ją­cy, że nie nosi rze­czy, na któ­re wy­da­je ma­ją­tek. Suk­nia była brud­na od krwi pły­ną­cej z jej twa­rzy i dło­ni. Pod­wi­nę­ła ją aż do pęp­ka, od­sła­nia­jąc ko­ron­ko­we majt­ki. Dru­gą ręką otwo­rzy­ła se­ka­tor i zbli­ży­ła go do cia­ła. Po­mi­mo co­dzien­ne­go ae­ro­bi­ku, cze­mu za­wdzię­cza­ła zgrab­ną syl­wet­kę, udo nie zmie­ści­ło się po­mię­dzy ostrza­mi, któ­rych roz­pię­tość była za mała. Prze­su­nę­ła se­ka­tor w dół, aż do ły­dek. Za­ci­snę­ła ra­mio­na na­rzę­dzia, lecz po prze­cię­ciu gład­kiej, wy­de­pi­lo­wa­nej skó­ry, zwy­kle pach­ną­cej wa­ni­lią, z któ­rej po­pły­nął stru­my­czek krwi, po­czu­ła opór. Z iry­ta­cją chwy­ci­ła rą­bek suk­ni w zęby. Po­trze­bo­wa­ła dru­giej dło­ni, by z od­po­wied­nią siłą ści­snąć se­ka­tor. Syk­nę­ła i upu­ści­ła na­rzę­dzie. Czer­wo­na ciecz try­ska­ła z jej łyd­ki ni­czym woda z węża ogro­do­we­go, pod­le­wa­jąc ide­al­nie przy­cię­tą tra­wę. Ko­bie­ta przy­glą­da­ła się temu przez chwi­lę, po czym wró­ci­ła do szo­py. Już nie prze­szka­dza­ła jej cia­sno­ta po­miesz­cze­nia. Była zbyt po­chło­nię­ta re­ali­za­cją pla­nu, by pa­mię­tać o ta­kich dro­bia­zgach. Gdzieś z ogro­du do­cho­dził de­li­kat­ny dźwięk dzwon­ków wietrz­nych.

Się­gnę­ła na pół­kę po trój­zęb­ne pa­zur­ki do pie­le­nia, na któ­rych z dez­apro­ba­tą stwier­dzi­ła śla­do­wą ilość czar­nej zie­mi. Ko­lej­ny błąd ogrod­ni­ka, o je­den za dużo. Być może za­ło­ży z ta­pe­cia­rza­mi spół­kę nie­udacz­ni­ków spe­cja­li­zu­ją­cych się w par­ta­cze­niu ro­bo­ty. Nie wy­czy­ści­ła za­bru­dzo­nej po­wierzch­ni, ry­zy­ko za­ka­że­nia nie mia­ło dla niej naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Przy­ło­ży­ła ostro za­koń­czo­ne kra­wę­dzie pa­zur­ków do łyd­ki i pod­wa­ży­ła nimi skó­rę, pró­bu­jąc ścią­gnąć ją z cia­ła, tak jak wcze­śniej na po­licz­ku. Od­dy­cha­ła gło­śno, lecz mia­ro­wo. Wy­pro­sto­wa­ła się i ci­snę­ła me­ta­lo­we na­rzę­dzie w kąt. Po­trze­bo­wa­ła cze­goś mniej­sze­go i ostrzej­sze­go. Nie mo­gła zna­leźć ni­cze­go od­po­wied­nie­go po­śród sprzę­tu ogrod­ni­cze­go, więc spo­koj­nym kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę domu. Do przyj­ścia Na­ta­lii po­zo­sta­ło jesz­cze oko­ło pół go­dzi­ny, mu­sia­ła dzia­łać spraw­nie.

Wró­ci­ła tą samą dro­gą. Za­trzy­ma­ła się do­pie­ro w sa­lo­nie, tuż przed ścia­ną z od­sta­ją­cą ta­pe­tą. Syk­nę­ła na nią jak dzi­ki kot, gło­sem peł­nym nie­na­wi­ści. Naj­chęt­niej ze­rwa­ła­by ją na miej­scu, lecz czas go­nił. Po­de­szła do bar­ku, z któ­re­go wy­ję­ła sta­lo­wy, po­kry­ty do­dat­ko­wą war­stwą te­flo­nu kor­ko­ciąg, pre­zent od jed­ne­go z kon­tra­hen­tów. Uśmiech­nę­ła się ostat­ni raz. Przy­ło­ży­ła spi­ra­lę do za­mknię­tej po­wie­ki i wbi­ła w nią ostrą koń­ców­kę. Nie wy­da­ła przy tym żad­ne­go od­gło­su, na­wet gdy prze­biw­szy po­wie­kę, sta­ran­nym ru­chem kie­ro­wa­ła za­krwa­wio­ną śru­bę wzdłuż brwi w stro­nę nosa. Jej twarz za­la­ła się czer­wie­nią. Gdy na­po­tka­ła opór, przy­ci­snę­ła me­ta­lo­wą koń­ców­kę moc­niej, aż z rany wy­ciekł ma­zi­sty płyn. Cia­ło szkli­ste oka wy­pły­nę­ło na ze­wnątrz ni­czym na wpół ścię­te biał­ko jaj­ka.

Ko­bie­ta za­to­czy­ła się, jak­by za­raz mia­ła stra­cić przy­tom­ność. Nie czu­ła bólu, było to coś bar­dziej zbli­żo­ne­go do iry­tu­ją­ce­go ła­sko­ta­nia. Wy­cią­gnę­ła kor­ko­ciąg z oczo­do­łu, wy­tar­ła do­kład­nie w za­krwa­wio­ną suk­nię i odło­ży­ła na miej­sce. W ustach czu­ła słod­ki smak, lecz wciąż nie osią­gnę­ła speł­nie­nia. Z przy­jem­no­ścią kon­ty­nu­owa­ła­by swe dzie­ło, ale mu­sia­ła się spie­szyć. Nie chcia­ła być na­kry­ta przez służ­bę, było to zbyt… in­tym­ne.

Wró­ci­ła do kuch­ni i chwy­ci­ła uży­wa­ny wcze­śniej nóż. Od­wró­ci­ła lek­ko gło­wę, po­now­nie sły­sząc dźwięk dzwon­ków. Mu­siał się roz­sza­leć wiatr, gdyż brzdę­ka­nie biło po uszach, de­ner­wu­jąc ją. Wzię­ła głę­bo­ki wdech, jak­by za­raz mia­ła za­nur­ko­wać pod wodę, przy­ło­ży­ła ostrze do szyi i szyb­kim ru­chem pod­cię­ła so­bie gar­dło.

Syl­wia, bądź to, co z niej po­zo­sta­ło, upu­ści­ła na­rzę­dzie zbrod­ni, by do­koń­czyć dzie­ła po­kie­re­szo­wa­ny­mi dłoń­mi. W po­wsta­łą ranę wsu­nę­ła pal­ce, by z ca­łej siły po­cią­gnąć skó­rę pod­bród­ka do góry, od­sła­nia­jąc mię­śnie i ścię­gna. Skó­ra trzy­ma­ła się moc­no, więc mu­sia­ła kil­ka razy szarp­nąć ją z ca­łej siły, aż do­tar­ła do sa­me­go czo­ła. Po­ru­sza­ła usta­mi, pra­wie nie­wi­docz­ny­mi w krwa­wej ma­sie, w któ­rą za­mie­ni­ła się jej twarz. Se­kun­dę póź­niej cia­ło ru­nę­ło na pod­ło­gę, a ode­rwa­ne frag­men­ty zwi­sa­ły z nie­go, ni­czym znie­na­wi­dzo­na ta­pe­ta. Te­raz mąż przy­naj­mniej zro­zu­mie, co mia­ła na my­śli, mó­wiąc, że jej nie cier­pi.

Rozdział I

„Po­ma­ga­my lu­dziom od­kry­wać za­so­by scho­wa­ne tak głę­bo­ko, że daw­no zdą­ży­li już o nich za­po­mnieć” – z uśmie­chem peł­nym po­li­to­wa­nia prze­czy­tał naj­now­szy slo­gan na stro­nie kon­ku­ren­cyj­ne­go ga­bi­ne­tu.

Od cza­su do cza­su war­to po­rów­nać ofer­ty ko­le­gów po fa­chu, wy­ra­sta­ją­ce ostat­nio jak grzy­by po desz­czu. Gdzie nie spoj­rzeć sami eks­per­ci, któ­rzy za je­dy­ne dwie­ście zło­tych po­mo­gą ci od­kryć ukry­ty po­ten­cjał, dzię­ki cze­mu do­sta­niesz upra­gnio­ny awans, a dziew­czy­ny w klu­bach będą usta­wiać się w ko­lej­ce, byle tyl­ko po­słu­chać twej elo­kwent­nej gad­ki. Gdy do­dać do tego be­st­sel­le­ro­we pod­ręcz­ni­ki sku­tecz­ne­go od­chu­dza­nia, za­rzą­dza­nia, uwo­dze­nia czy prze­wo­dze­nia, moż­na by po­my­śleć, że suk­ces mamy na wy­cią­gnię­cie ręki. Nie przy­pad­kiem jed­nak wszyst­ko to ry­mo­wa­ło się z „przy­ro­dze­nia”. Lata prak­ty­ki po­ka­za­ły Kon­ra­do­wi, że po­ra­dy te są war­te tyle, co ze­szło­rocz­ny śnieg.

Dum­ny z olśnie­wa­ją­ce­go od­kry­cia, roz­siadł się wy­god­nie w skó­rza­nym fo­te­lu. Urzą­dza­jąc ga­bi­net, do­ło­żył wszel­kich sta­rań, by te dwa­dzie­ścia me­trów kwa­dra­to­wych pre­zen­to­wa­ło się oka­za­le. Cer­ty­fi­ka­ty na ścia­nach, dro­gi eks­pres ci­śnie­nio­wy, aby klien­ci mo­gli przy­naj­mniej skosz­to­wać praw­dzi­wej kawy, i wresz­cie jego ulu­bio­ny ele­ment wy­po­sa­że­nia – nie­przy­zwo­icie wiel­kie dę­bo­we biur­ko, któ­re­go nie po­wsty­dził­by się ża­den eks­cen­trycz­ny mi­lio­ner. To nic, że me­bel zaj­mo­wał spo­rą część po­wierzch­ni. Ro­bił wra­że­nie i ko­ja­rzył się z do­bro­by­tem i pro­fe­sjo­na­li­zmem, co w tej bran­ży było rze­czą nie­zbęd­ną.

Na dzi­siaj już skoń­czył. To był cał­kiem do­bry dzień, ła­twe pie­nią­dze. Trzech sta­łych klien­tów, przy któ­rych na­wet nie mu­siał się sta­rać. Czy był cy­ni­kiem? Czy po­stę­po­wał wbrew ety­ce za­wo­do­wej? Ow­szem, ale mimo to lu­dzie – ku jego skry­wa­ne­mu zdu­mie­niu – po go­dzin­nych se­sjach wy­cho­dzi­li peł­ni ener­gii i wia­ry we wła­sne moż­li­wo­ści.

Za­sie­dział się. Już daw­no po­wi­nien opu­ścić ga­bi­net, zro­bić week­en­do­we za­ku­py i wró­cić do cze­ka­ją­cej w domu We­ro­ni­ki. Wciąż jed­nak tkwił w wy­god­nym fo­te­lu, ba­wiąc się mo­ne­tą ob­ra­ca­ną mię­dzy pal­ca­mi, pa­miąt­ką z za­gra­nicz­nych wa­ka­cji. Na­brał już w tym wpra­wy. Wy­ćwi­czo­ne ru­chy spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by mo­ne­ta sama pły­nę­ła od kciu­ka w stro­nę ma­łe­go pal­ca. Przy­spie­szał po każ­dej ko­lej­nej run­dzie, by wresz­cie ci­snąć nią wy­so­ko w po­wie­trze.

– Sów­ka, idę do baru. Węże – za­ku­py.

Zła­pał mo­ne­tę i z im­pe­tem prze­ło­żył na dru­gą dłoń. Węże. Skrzy­wił się z dez­apro­ba­tą i dłuż­szą chwi­lę pa­trzył na upar­te za­wi­ja­sy, któ­re za nic nie chcia­ły przy­brać kształ­tu sowy, po czym za­ci­snął pięść.

– No do­bra, do trzech razy sztu­ka.

Uśmiech­nął się, gdy w dwóch ko­lej­nych rzu­tach wy­padł ptak, lecz na­stęp­ne zno­wu były za­wi­ja­sy. Opusz­kiem kciu­ka po­gła­dził po­wierzch­nię mo­ne­ty, ni­czym gracz w ka­sy­nie mo­dlą­cy się o wy­rzu­ce­nie sió­dem­ki. Nie lu­bił ha­zar­du. Zbyt dużo wie­dział o psy­cho­lo­gicz­nych ha­czy­kach, za­rzu­ca­nych na ni­cze­go nie­świa­do­mych klien­tów, za­czy­na­jąc od naj­prost­sze­go pa­ra­dok­su ha­zar­dzi­sty, ina­czej złu­dze­nia gra­cza, któ­ry nie po­tra­fi roz­róż­nić zda­rze­nia lo­so­we­go od za­leż­ne­go. Po tym, jak koło ru­let­ki kil­ku­krot­nie za­trzy­ma się na czer­wo­nym polu, więk­szość bę­dzie prze­ko­na­na, że praw­do­po­do­bień­stwo wy­pad­nię­cia ko­lej­nej czer­wie­ni jest mniej­sze niż czer­ni, co było oczy­wi­stą nie­praw­dą. Na­stęp­nie wy­mie­nić mógł heu­ry­sty­ki do­stęp­no­ści i re­pre­zen­ta­tyw­no­ści, koń­cząc na efek­cie sub­ad­dy­tyw­no­ści, któ­ry prócz dziw­nej na­zwy opie­rał się na wy­świech­ta­nym fra­ze­sie, że ka­sy­no za­wsze wy­gry­wa.

Czę­sto po­wta­rzał klien­tom, by bra­li ży­cie we wła­sne ręce, by wy­szli z wy­god­nej stre­fy kom­for­tu i za­czę­li po­dej­mo­wać trud­ne de­cy­zje. Wy­pa­da­ło­by sa­me­mu za­sto­so­wać się do tych jak­że traf­nych rad.

– Re­mis, ze wska­za­niem na sowę – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie, wsta­jąc z fo­te­la. – Los tak chciał.

Wyj­rzał za okno, na uli­cę za­la­ną czerw­co­wą ule­wą. Nie­bo wy­glą­da­ło, jak­by ktoś przy­pad­kiem roz­lał na nim atra­ment. Kon­rad wy­obra­ził so­bie, jak chwy­ta jed­ną z chmur i wy­ży­ma ni­czym mo­kry ręcz­nik, fun­du­jąc mia­stu dar­mo­we ma­lo­wa­nie ulic na róż­ne od­cie­nie gra­na­tu. Lu­dzie tak na­rze­ka­ją na swo­je sza­re ży­cie, przy­naj­mniej na­bra­ło­by tro­chę ko­lo­rów.

Wciąż lu­bił fan­ta­zjo­wać, po­mi­mo prze­kro­cze­nia ma­gicz­nej ba­rie­ry czter­dzie­stych uro­dzin. Kre­atyw­ne my­śle­nie nie­raz przy­da­ło się pod­czas se­sji z klien­ta­mi. Na po­cze­ka­niu po­tra­fił wy­my­ślać nowe ćwi­cze­nia czy me­ta­fo­ry, uła­twia­ją­ce spoj­rze­nie na pro­blem z in­nej per­spek­ty­wy. Naj­czę­ściej jed­nak ko­rzy­stał z wy­obraź­ni, gdy tra­fiał na wy­jąt­ko­wo nud­ne­go klien­ta. Sie­dział wte­dy na­prze­ciw­ko ta­kie­go de­li­kwen­ta, po­ta­ku­jąc ze zro­zu­mie­niem i współ­czu­ciem, a w gło­wie ro­biąc prze­gląd śre­dnio­wiecz­nych tor­tur. Ła­ma­nie ko­łem, wy­ry­wa­nie pa­znok­ci, przy­pa­la­nie. Im bar­dziej nu­żą­cych zwie­rzeń wy­słu­chi­wał, tym okrut­niej­sze były wy­obra­że­nia.

Prze­kli­na­jąc w my­ślach brak pa­ra­so­la, uprząt­nął za­le­ga­ją­ce na biur­ku pa­pie­ry i wy­łą­czył kom­pu­ter. Po­wi­nien wy­słać choć­by la­ko­nicz­ną wia­do­mość do We­ro­ni­ki, żeby nie cze­ka­ła z ko­la­cją, ale wąt­pił, czy w ogó­le ją to in­te­re­so­wa­ło. Od wie­lu ty­go­dni uni­ka­li sie­bie wza­jem­nie, jak­by w oba­wie przed roz­pę­ta­niem ko­lej­nej kłót­ni. Wspól­ne śnia­da­nia sta­no­wi­ły szczyt ich sta­rań, choć za­zwy­czaj i tak koń­czy­ło się na tym, że on prze­glą­dał w te­le­fo­nie naj­now­sze wia­do­mo­ści spor­to­we, a ona wer­to­wa­ła stro­ny ko­lo­ro­wych pism. Sam już nie był pe­wien, czy wo­lał­by się z nią roz­stać, czy pró­bo­wać na­mó­wić do roz­wią­za­nia ich mał­żeń­skich pro­ble­mów. Naj­chęt­niej po­cze­kał­by, aż spra­wy uło­żą się same, ale ży­cie nie było ta­kie ła­twe.

Wziął do ręki te­le­fon, gdy usły­szał ci­che pu­ka­nie do drzwi ga­bi­ne­tu. Pod­niósł gło­wę, zer­ka­jąc na ka­len­darz i za­sta­na­wia­jąc się, czy aby przy­pad­kiem nie za­po­mniał o umó­wio­nym klien­cie. Tyl­ko raz do­pu­ścił do po­dob­nej wpad­ki, daw­no temu, lecz spra­wy z We­ro­ni­ką nie­co go de­kon­cen­tro­wa­ły, przez co nie mógł wy­klu­czyć ta­kiej ewen­tu­al­no­ści. Nie­mniej do­cho­dzi­ła już dwu­dzie­sta – mu­siał­by być strasz­nie roz­ko­ja­rzo­ny, żeby za­pla­no­wać spo­tka­nie z pa­cjen­tem o tak póź­nej po­rze.

Prze­le­ciał wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Lu­dzie przy­cho­dzi­li do nie­go po po­moc w upo­rząd­ko­wa­niu swo­je­go ży­cia, a nie­wie­le rze­czy mo­gło być gor­szych dla jego re­pu­ta­cji niż ba­ła­gan w ga­bi­ne­cie. Wszyst­ko jed­nak było na swo­im miej­scu. Na­ło­żył czar­ną ma­ry­nar­kę, wy­gła­dził spodnie, po czym z uśmie­chem pro­fe­sjo­na­li­sty pod­szedł do drzwi i je otwo­rzył.

– Do­bry wie­czór – po­wi­tał sto­ją­ce­go przed nim nie­zna­jo­me­go, tak­su­jąc go wzro­kiem. – W czym mogę po­móc?

Męż­czy­zna był niż­szy od nie­go o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Jego po­kry­ta kil­ku­dnio­wym za­ro­stem twarz nie wy­róż­nia­ła się ni­czym szcze­gól­nym. Wy­glą­dał na czter­dzie­sto­lat­ka, choć po­je­dyn­cze siwe wło­sy na skro­niach i wi­docz­ne w ką­ci­kach oczu ku­rze łap­ki rów­nie do­brze mo­gły ozna­czać, że miał już za sobą pięć­dzie­siąt­kę. Pa­trzył na Kon­ra­da z za­cie­ka­wie­niem. Pod­krą­żo­ne oczy i mo­kre od desz­czu, przy­le­ga­ją­ce do czasz­ki wło­sy nie wpły­wa­ły ko­rzyst­nie na jego wy­gląd, ale z pew­no­ścią We­ro­ni­ka okre­śli­ła­by go jako przy­stoj­ne­go. Do­ra­dzi­ła­by zmia­nę gar­de­ro­by, wy­po­mi­na­jąc ty­po­we mę­skie błę­dy, ta­kie jak spodnie moro, jej zda­niem za­re­zer­wo­wa­ne dla woj­sko­wych, a za­miast ko­szu­li w kra­tę za­su­ge­ro­wa­ła­by coś mniej wzo­rzy­ste­go. Na do­bre sło­wo mo­gły li­czyć je­dy­nie za­mszo­we buty, któ­re i tak nie sta­no­wi­ły naj­lep­sze­go wy­bo­ru ze wzglę­du na ulew­ny deszcz, i trzy­ma­na w ręku czar­na tecz­ka ze sztucz­nej skó­ry.

Za­klął w my­ślach, zo­rien­to­waw­szy się, że cały czas my­śli o We­ro­ni­ce i o tym, co by po­wie­dzia­ła o wy­glą­dzie jego go­ścia. Wpraw­dzie chwi­lę wcze­śniej za­mie­rzał po­in­for­mo­wać ją o swo­ich wie­czor­nych pla­nach, ale nie po­wi­nien tak się roz­pra­szać w obec­no­ści po­ten­cjal­ne­go klien­ta. Jako psy­cho­log nie mógł so­bie na to po­zwo­lić.

– Do­bry wie­czór. Prze­pra­szam, że tak bez uprze­dze­nia. – Męż­czy­zna, nie­świa­do­my jego my­śli, bacz­nie przy­glą­dał się te­ra­peu­cie. – Pan Kon­rad Ma­łec­ki?

– To za­le­ży.

Nie­zna­jo­my zmarsz­czył czo­ło w wy­ra­zie za­sko­cze­nia, a dło­nią od­su­nął wło­sy za ucho. Ten ruch był nie­kon­tro­lo­wa­ny, na co od­ru­cho­wo zwró­cił uwa­gę Kon­rad, au­to­ma­tycz­ne za­cho­wa­nie, z któ­re­go męż­czy­zna pew­nie nie zda­wał so­bie spra­wy, a co uła­twia­ło od­czy­ta­nie jego emo­cji.

– Je­śli Ma­łec­ki wisi panu ja­kieś pie­nią­dze lub jest pan nie­za­do­wo­lo­nym mę­żem jed­nej z klien­tek, to mu­szę pana roz­cza­ro­wać, ale po­je­chał już do domu. – Te­ra­peu­ta uśmiech­nął się sze­ro­ko, od­sła­nia­jąc zęby. – W każ­dym in­nym wy­pad­ku za­pra­szam do środ­ka. Ma pan ocho­tę na kawę?

Już w mo­men­cie wy­po­wia­da­nia żar­tu zdał so­bie spra­wę, że nie był to naj­lep­szy po­mysł. Każ­dy nowy klient po­trze­bo­wał tro­chę cza­su na oswo­je­nie się, za­rów­no z nim, jak i z samą sy­tu­acją uczest­ni­cze­nia w te­ra­pii, po­le­ga­ją­cej na po­wie­rze­niu swo­ich se­kre­tów zu­peł­nie ob­ce­mu czło­wie­ko­wi. Cza­sa­mi nie­ostroż­ny ko­men­tarz wy­star­czył, żeby ko­goś spło­szyć. Za­zwy­czaj za­czy­nał od ana­li­zy za­cho­wań pa­cjen­tów, ob­ser­wo­wał ru­chy, spo­sób sta­wia­nia kro­ków, ton gło­su czy ge­sty­ku­la­cję, na­śla­du­jąc ich, by czu­li się moż­li­wie jak naj­bar­dziej kom­for­to­wo. Tym ra­zem jed­nak nie miał na to siły ani ocho­ty. W gło­wie wciąż tkwi­ła mu We­ro­ni­ka.

Otwo­rzył sze­rzej drzwi i od­su­nął się na bok, wy­cią­ga­jąc dłoń w ge­ście za­pro­sze­nia. Męż­czy­zna prze­stą­pił próg, lecz za­miast przejść da­lej, sta­nął w ko­ry­ta­rzu i oglą­dał wi­szą­ce na ścia­nach cer­ty­fi­ka­ty. Nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, ale spra­wiał wra­że­nie, jak­by pró­bo­wał za­pa­mię­tać prze­czy­ta­ne in­for­ma­cje, a nie po pro­stu je przej­rzeć.

– Może po­dam panu ja­kiś ręcz­nik? – Kon­rad za­mknął drzwi. – Kto by po­my­ślał, że tak się roz­pa­da. Ja sam też nie wzią­łem ze sobą pa­ra­so­la.

– Nie, dzię­ku­ję. – Męż­czy­zna wresz­cie ode­rwał wzrok od ścian. – Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Ro­bert Ko­złow­ski, pra­cu­ję dla „Su­per Fak­tu”. Wiem, że już póź­no, ale mo­że­my za­mie­nić parę słów?

„Wła­śnie za­mie­nia­my” – po­my­ślał te­ra­peu­ta, że­gna­jąc wi­zję ko­lej­ne­go sta­łe­go klien­ta. Gość wy­glą­dał na sym­pa­tycz­ne­go, ale sam fakt pra­cy dla bru­kow­ca spe­cja­li­zu­ją­ce­go się w wy­le­wa­niu szam­ba na lu­dzi od­bie­rał mu pra­wo do życz­li­we­go trak­to­wa­nia. Nie­mniej nie wy­pa­da­ło wy­rzu­cić go­ścia na deszcz, tym bar­dziej że ta­kie za­cho­wa­nie mo­gło go spro­wo­ko­wać do na­pi­sa­nia wy­jąt­ko­wo ostre­go ma­te­ria­łu. A o taki nie­trud­no. Kon­rad był świa­dom, jak po­strze­ga­no jego za­wód. Sam czę­sto na­zy­wał sie­bie na­cią­ga­czem i szar­la­ta­nem. Co in­ne­go jed­nak ogól­na opi­nia o pro­fe­sji psy­cho­lo­ga, a per­so­nal­ny atak na ła­mach ogól­no­pol­skie­go pi­sma.

– Je­śli będę mógł ja­koś po­móc, to nie omiesz­kam tego uczy­nić. – Po­now­nie zga­nił się w my­ślach za nie­po­trzeb­ne wy­głu­py. Mu­siał bar­dziej zwa­żać na sło­wa, ma­jąc świa­do­mość, że jego roz­mów­ca no­tu­je w gło­wie każ­dą wy­po­wiedź te­ra­peu­ty. – To jak bę­dzie z tą kawą?

– Je­śli to nie pro­blem. – Męż­czy­zna roz­pro­mie­nił się w uśmie­chu. – Mam na­dzie­ję, że nie ode­rwa­łem pana od ni­cze­go waż­ne­go. Spró­bu­ję za­jąć jak naj­mniej cza­su.

„To po co chcesz kawę? Py­taj do woli, i tak póź­niej prze­krę­cisz wszyst­kie od­po­wie­dzi, by pa­so­wa­ły do wcze­śniej przy­go­to­wa­nej kon­cep­cji ar­ty­ku­łu. Usły­szysz: «W mo­jej pra­cy kła­dę na­cisk na zro­zu­mie­nie klien­ta», a na­pi­szesz: «Wy­ci­skam z klien­tów jak naj­wię­cej pie­nię­dzy»”.

– Mle­ko, cu­kier? – Psy­cho­log pod­szedł do eks­pre­su i za­czął pod­grze­wać fi­li­żan­ki.

– Czar­na, moż­li­wie nie za moc­na.

Kon­rad lu­bił za­pa­rzać kawę, lu­bił cały ten ry­tu­ał. Wy­glą­dał te­raz jak pro­fe­sjo­nal­ny ba­ri­sta. W rze­czy­wi­sto­ści wy­star­czy­ło je­dy­nie wło­żyć filtr ze zmie­lo­ną kawą i wci­snąć przy­cisk, ale moż­na było od­nieść wra­że­nie, że wy­ko­nu­je wy­jąt­ko­wo skom­pli­ko­wa­ne czyn­no­ści, wy­ma­ga­ją­ce nie lada wpra­wy.

Dzien­ni­karz za­czął po­wo­li spa­ce­ro­wać po ga­bi­ne­cie, wszyst­kie­mu uważ­nie się przy­glą­da­jąc. Jego uwa­gę przy­ku­ło dę­bo­we biur­ko, co zresz­tą było na­tu­ral­ną re­ak­cją więk­szo­ści go­ści. Kon­rad lu­bił my­śleć, że dzia­ło się tak za spra­wą sta­ran­nie wy­ko­na­nych szcze­gó­łów se­ce­syj­ne­go me­bla, tyl­ko po­zor­nie wy­glą­da­ją­ce­go na nie­zgrab­ny ko­los. Wpraw­ne oko do­strze­ga­ło pro­sto­tę sztu­ki użyt­ko­wej, któ­ra za­miast bo­ga­tych or­na­men­tów czy mo­ty­wów ro­ślin­nych, tak po­pu­lar­nych w ów­cze­śnie wy­twa­rza­nych me­blach, za­chwy­ca­ła mi­ni­ma­li­zmem i wy­czu­ciem sma­ku.

– Art no­uve­au – po­wie­dział z nie­skry­wa­ną dumą, wi­dząc za­in­te­re­so­wa­nie go­ścia. – Czy­li nowa sztu­ka. Na­mę­czy­łem się, żeby zna­leźć to cudo, cho­ciaż wtar­ga­niu go na dru­gie pię­tro to­wa­rzy­szy­ły praw­dzi­we męki.

– W sen­sie że an­tyk?

– Moż­na tak po­wie­dzieć – od­parł Kon­rad, czu­jąc się jak spo­licz­ko­wa­ny. Może nie było to dzie­ło sztu­ki, ale zna­leźć tak sto­no­wa­ne fran­cu­skie biur­ko se­ce­syj­ne sta­no­wi­ło nie lada wy­zwa­nie. – Pro­szę, usiądź­my wy­god­nie.

W po­wie­trzu roz­szedł się przy­jem­ny aro­mat, kie­dy na­peł­nił fi­li­żan­ki go­rą­cym, ciem­nym pły­nem, zwień­czo­nym de­li­kat­ną pian­ką o nie­co ja­śniej­szym od­cie­niu. Te­ra­peu­ta prze­szedł przez ga­bi­net i po­sta­wił fi­li­żan­kę na szkla­nym sto­li­ku, od­dzie­la­ją­cym dwa fo­te­le sto­ją­ce przy ścia­nie. Za­pach kawy wy­peł­nił całe po­miesz­cze­nie, po­ma­ga­jąc Kon­ra­do­wi roz­luź­nić mię­śnie, spię­te w ocze­ki­wa­niu na roz­mo­wę. Ku­si­ło go przez mo­ment, by do­lać odro­bi­nę trzy­ma­nej w szu­fla­dzie whi­sky, ale osta­tecz­nie uznał to za nie­sto­sow­ne. Usiadł na jed­nym z fo­te­li i dło­nią wska­zał go­ścio­wi dru­gi.

– Bar­dzo ład­ny ga­bi­net – sko­men­to­wał dzien­ni­karz, sia­da­jąc na wy­zna­czo­nym miej­scu. Tecz­kę po­ło­żył na zie­mi. – Mu­siał pan wło­żyć spo­ro wy­sił­ku w jego urzą­dze­nie.

– W rze­czy­wi­sto­ści to nie ja tar­ga­łem tego kla­mo­ta. – Te­ra­peu­ta za­żar­to­wał, za­po­mi­na­jąc o wcze­śniej­szym po­sta­no­wie­niu, by dow­ci­py ogra­ni­czyć do mi­ni­mum.

Dzien­ni­karz od­po­wie­dział uprzej­mym uśmie­chem i upił łyk kawy, wzro­kiem wciąż wo­dząc po po­miesz­cze­niu. Przez chwi­lę roz­ko­szo­wał się sma­kiem, co Kon­rad przy­jął za kom­ple­ment. Sza­no­wał lu­dzi, któ­rzy do­ce­nia­li do­brą kawę, za­miast za­le­wać ją mle­kiem i do­da­wać sy­ro­pów sma­ko­wych. Mógł wy­jąć jesz­cze ma­śla­ne cia­stecz­ka, ale uznał, że jego gość, jako oso­ba że­ru­ją­ca na ludz­kiej tra­ge­dii, nie za­słu­gi­wał na tak bo­ga­ty po­czę­stu­nek. Cho­ciaż jak­by spoj­rzeć na to z in­nej per­spek­ty­wy, mie­li ze sobą wie­le wspól­ne­go…

– Pa­nie Kon­ra­dzie… – Męż­czy­zna po­pra­wił się w fo­te­lu, a jego głos przy­brał jak­by bar­dziej ofi­cjal­ny ton. – Przejdź­my może do kon­kre­tów. Tak jak już wspo­mnia­łem, pra­cu­ję dla re­dak­cji „Su­per Fak­tu”, dla któ­re­go ak­tu­al­nie pi­szę se­rię ar­ty­ku­łów kry­mi­nal­nych.

– Kry­mi­nal­nych? – po­wtó­rzył ze zdzi­wie­niem te­ra­peu­ta.

Te­raz to on był zbi­ty z tro­pu. Spo­dzie­wał się stan­dar­do­wych py­tań o ety­kę za­wo­do­wą i rze­czy­wi­ste suk­ce­sy w do­tych­cza­so­wej pra­cy czy choć­by oskar­żeń o wy­ko­rzy­sty­wa­nie ludz­kich sła­bo­ści w ce­lach za­rob­ko­wych.

Dzien­ni­karz się­gnął po tecz­kę i po­ło­żył ją na ko­la­nach. Z im­pe­tem otwo­rzył za­mek i po­szpe­rał chwi­lę w środ­ku, by wy­jąć zeń dyk­ta­fon i kil­ka zmię­tych kar­tek.

– Ow­szem, kry­mi­nal­nych. – Spoj­rzał na Kon­ra­da py­ta­ją­cym wzro­kiem. – Nie bę­dzie panu prze­szka­dza­ło, jak na­gram na­szą roz­mo­wę?

– Wo­lał­bym tego unik­nąć – od­po­wie­dział ostroż­nie te­ra­peu­ta. – Za­in­try­go­wa­ło mnie to, ale oba­wiam się, że po­my­lił pan ad­res. Moi klien­ci to ra­czej prze­cięt­ni lu­dzie, nie­ra­dzą­cy so­bie z pro­ble­ma­mi mniej­sze­go ka­li­bru. Po­wi­nien pan po­roz­ma­wiać z psy­chia­trą, i to naj­le­piej wię­zien­nym.

Męż­czy­zna, jak­by nie zwra­ca­jąc uwa­gi na jego sło­wa, włą­czył dyk­ta­fon i roz­ło­żył pa­pie­ry na prze­szklo­nym bla­cie. Były to głów­nie zdję­cia przed­sta­wia­ją­ce za­krwa­wio­ne cia­ła. Kon­rad szyb­ko od­wró­cił wzrok, wo­ląc nie przy­glą­dać się im zbyt do­kład­nie.

– Pro­szę to wy­łą­czyć – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

– To tyl­ko for­mal­ność, pro­szę się tym nie przej­mo­wać. Z tego, co wiem, pan rów­nież czę­sto ko­rzy­sta z na­grań i na­wet uży­wa pan do tego ka­me­ry.

Te­ra­peu­ta zmarsz­czył czo­ło, pa­trząc na nie­go z roz­draż­nie­niem. Gość za­czy­nał dzia­łać mu na ner­wy. Nie dość, że za­bie­rał mu piąt­ko­wy wie­czór, to jesz­cze nic so­bie nie ro­bił z grzecz­nej proś­by, któ­ra za­raz za­mie­ni się w wy­pro­sze­nie z ga­bi­ne­tu. Wi­docz­nie dzien­ni­kar­skie hie­ny nie przy­wy­kły do uprzej­mych roz­mów, za­miast nich pre­fe­ru­jąc uciecz­ki przed ochro­nia­rza­mi ce­le­bry­tów przy­ła­pa­nych na al­ko­ho­lo­wych li­ba­cjach czy mał­żeń­skich zdra­dach.

– Pro­szę to wy­łą­czyć albo będę zmu­szo­ny za­koń­czyć na­sze spo­tka­nie. Za­wsze, kie­dy ko­goś na­gry­wam, jest to ele­men­tem te­ra­pii i ni­g­dy nie ro­bię tego bez wy­raź­ne­go przy­zwo­le­nia. – Kon­rad wy­pił ostat­ni łyk kawy i wy­pro­sto­wał się. – Pro­szę też scho­wać te ma­ka­brycz­ne zdję­cia.

– Jak pan so­bie ży­czy. – Dzien­ni­karz skrzy­wił się, ale wło­żył nie­wiel­kie urzą­dze­nie z po­wro­tem do tecz­ki, po­zo­sta­wia­jąc pa­pie­ry na sto­le. – Pro­szę na to spoj­rzeć. To są zdję­cia z miej­sca zbrod­ni, kon­kret­nie z dwóch miejsc. Te tu­taj… – Prze­su­nął kil­ka kar­tek w stro­nę te­ra­peu­ty. – …przed­sta­wia­ją pa­nią Syl­wię Kar­czew­ską, a po­zo­sta­łe inną pana klient­kę, nie­ja­ką Aga­tę Płoć.

Kon­rad po­czuł ciar­ki na ple­cach. Znał obie ko­bie­ty. Rze­czy­wi­ście uczęsz­cza­ły do nie­go na te­ra­pię, choć Aga­ta nie da­wa­ła zna­ku od po­nad mie­sią­ca, nie przy­cho­dząc na ostat­nie umó­wio­ne spo­tka­nie. Z Syl­wią z ko­lei roz­ma­wiał za­le­d­wie pięć dni temu, gdy wraz z mę­żem przy­szła na se­sję mał­żeń­ską. Było to do­pie­ro dru­gie spo­tka­nie, lecz ko­bie­ta oka­zy­wa­ła taką wy­lew­ność, że wie­dział już o niej wię­cej niż o więk­szo­ści swo­ich klien­tów.

– Pro­szę to scho­wać. – Kon­rad wstał i od­su­nął się od sto­li­ka. – Nie są­dzę, by to były zdję­cia po­wszech­nie do­stęp­ne i za­pew­ne po­li­cja nie by­ła­by zbyt­nio za­do­wo­lo­na z pań­skie­go po­stę­po­wa­nia, ale nie będę wni­kał, jak wszedł pan w ich po­sia­da­nie. Bę­dzie to jed­nak je­dy­ny ukłon w pana stro­nę.

– Chcę tyl­ko za­dać kil­ka py­tań. – Męż­czy­zna na­wet nie ru­szył się z miej­sca, uważ­nie spo­glą­da­jąc na te­ra­peu­tę. – Pro­szę mi opo­wie­dzieć o pro­ble­mach, z ja­ki­mi do pana przy­szły. To na­praw­dę zaj­mie za­le­d­wie kil­ka mi­nut.

Ży­cze­nie dzien­ni­ka­rza za­kra­wa­ło na bez­czel­ność. Kon­rad wpraw­dzie nie był dy­plo­mo­wa­nym le­ka­rzem, jed­nak obo­wią­zy­wa­ła go ści­sła ta­jem­ni­ca. Nie mógł z ni­kim roz­ma­wiać o prze­bie­gu te­ra­pii, tym bar­dziej w za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Zresz­tą te­ma­ty, któ­re prze­pra­co­wa­li, nie mo­gły mieć nic wspól­ne­go ze śmier­cią ko­biet. Dzien­ni­karz dał się po­nieść wy­obraź­ni, szu­ka­jąc za­leż­no­ści tam, gdzie ich nie było.

– Pro­szę opu­ścić ga­bi­net – po­wtó­rzył Kon­rad. – Ina­czej za­dzwo­nię do re­dak­cji i po­in­for­mu­ję pana prze­ło­żo­ne­go o pań­skim za­cho­wa­niu.

– Nie dzi­wi to pana? Dwie pań­skie pa­cjent­ki, obie za­mor­do­wa­ne w tak… – Dzien­ni­karz zna­czą­co pod­niósł brwi. – …spek­ta­ku­lar­ny spo­sób? To nie może być przy­pa­dek. Oba mor­der­stwa bez wąt­pie­nia zo­sta­ły do­ko­na­ne przez tę samą oso­bę. Pro­szę tyl­ko na to spoj­rzeć.

Chwy­cił zdję­cia, zwra­ca­ją­ce uwa­gę ko­lo­rem czer­wie­ni, i wy­cią­gnął w stro­nę te­ra­peu­ty. Kon­rad zi­gno­ro­wał ten gest, przy­glą­da­jąc się sie­dzą­ce­mu męż­czyź­nie i pró­bu­jąc od­czy­tać jego my­śli. O co wła­ści­wie mu cho­dzi­ło? Po­dej­rze­wał go o coś? Ra­czej nie, na­wet dzien­ni­ka­rze nie mie­li tak wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni. Więc o co? Po­szu­ki­wał se­ryj­ne­go mor­der­cy, wy­szu­ku­ją­ce­go ko­bie­ty zma­ga­ją­ce się z pro­ble­ma­mi współ­cze­sne­go świa­ta? Prę­dzej uwie­rzył­by w psy­cho­pa­tę, któ­ry uwa­ża­jąc sie­bie za głos spra­wie­dli­wo­ści, ata­ku­je psy­cho­lo­gów, psy­cho­te­ra­peu­tów, tre­ne­rów oso­bi­stych czy choć­by dzien­ni­ka­rzy, ka­rząc ich za nie­mo­ral­ność.

– Cze­go pan ode mnie ocze­ku­je? – spy­tał znie­cier­pli­wio­ny. – Na­wet gdy­bym coś wie­dział, nie mógł­bym o tym po­wie­dzieć. Do­sko­na­le zda­je pan so­bie z tego spra­wę. Gwa­ran­tu­ję, że zgło­sił­bym na po­li­cję, gdy­by co­kol­wiek za­gra­ża­ło moim klien­tom. Po­szedł pan nie­wła­ści­wym tro­pem, a te­raz pój­dzie do domu czy gdzie­kol­wiek bę­dzie pan wo­lał, byle da­lej ode mnie.

– Po­trze­bo­wał­bym za­po­znać się z ma­te­ria­ła­mi z se­sji. – Męż­czy­zna brnął w za­par­te. – Może ze­chce pan…

Kon­rad wy­rwał dzien­ni­ka­rzo­wi zdję­cia, chwy­cił tecz­kę i we­pchnął pa­pie­ry do środ­ka. Na­stęp­nie, moc­no za­ci­ska­jąc na niej dło­nie, prze­mie­rzył ga­bi­net w kie­run­ku wyj­ścia.

– Za­raz to samo zro­bię z pa­nem – po­wie­dział, otwie­ra­jąc drzwi i wy­rzu­ca­jąc tecz­kę na hol, przez co jej za­war­tość wy­le­cia­ła na wy­ło­żo­ną sza­rą wy­kła­dzi­ną pod­ło­gę. Część pa­pie­rów wy­pa­dła, a dyk­ta­fon prze­ko­zioł­ko­wał z grze­cho­tem, za­trzy­mu­jąc się do­pie­ro na ścia­nie. – Mam we­zwać ochro­nia­rza? Na­praw­dę tego wła­śnie pan chce?

Dzien­ni­karz ner­wo­wo po­de­rwał się z miej­sca i rzu­cił Kon­ra­do­wi groź­ne spoj­rze­nie. Wło­sy zdą­ży­ły już mu prze­schnąć, ale wciąż nie­dba­le opa­da­ły na czo­ło. Za­gnie­wa­na mina nie pa­so­wa­ła do jego twa­rzy.

– Jak pan chce – rzu­cił, pra­wie war­cząc, po czym wy­szedł na ko­ry­tarz i schy­lił się, by pod­nieść tecz­kę. – Ja tak tego nie zo­sta­wię, masz pan moje sło­wo. Wiem, że sie­dzisz pan w tym głę­bo­ko. Je­śli my­śla­łeś, że przy­sze­dłem tu, nie zba­daw­szy uprzed­nio spra­wy, to cóż, nie je­steś pan nie­omyl­ny.

Kon­rad nie miał ocho­ty na słow­ne prze­py­chan­ki. Z im­pe­tem za­mknął drzwi, za­głu­sza­jąc nie­wy­szu­ka­ne prze­zwi­ska, ja­ki­mi na po­że­gna­nie ob­da­ro­wał go dzien­ni­karz. Miał jed­nak na­dzie­ję, że za kil­ka dni nie uka­że się ar­ty­kuł o byd­go­skim te­ra­peu­cie, mor­du­ją­cym swo­je klient­ki w bru­tal­ny spo­sób. Swo­ją dro­gą, je­śli Aga­ta i Syl­wia nie żyły, w ga­ze­tach i w In­ter­ne­cie na pew­no znaj­dzie coś na ten te­mat. Sko­ro do­tarł do nie­go dzien­ni­ka­rzy­na z bru­kow­ca, to wi­zy­ta po­li­cji lub za­pro­sze­nie na po­ste­ru­nek po­zo­sta­wa­ły je­dy­nie kwe­stią cza­su. Wy­pa­da­ło po­znać choć­by pod­sta­wo­we in­for­ma­cje na te­mat ich spraw.

Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do nie­go to, co zo­ba­czył na zdję­ciach. Wstrzą­śnię­ty, za­mknął oczy i oparł się ple­ca­mi o drzwi ga­bi­ne­tu, wzdy­cha­jąc głę­bo­ko.

***

Osta­tecz­nie nie uprze­dził We­ro­ni­ki o swo­ich pla­nach. Sam zresz­tą nie wie­dział, gdzie po­nio­są go nogi, zwłasz­cza że deszcz wresz­cie dał za wy­gra­ną, a chmu­ry się roz­stą­pi­ły. Wy­szedł­szy z bu­dyn­ku, mi­nął wtu­lo­ną w sie­bie par­kę wpa­trzo­ną w nie­bo. On cza­ro­wał dziew­czy­nę opo­wie­ścia­mi o gwiezd­nych kon­ste­la­cjach, ona słu­cha­ła z fa­scy­na­cją. Kon­rad od­pro­wa­dził ich wzro­kiem. Sam co naj­wy­żej mógł­by opo­wie­dzieć krót­ką hi­sto­rię lo­tów na Księ­życ, któ­re in­te­re­so­wa­ły go, gdy był jesz­cze szcze­nia­kiem, lecz wąt­pił, by zdo­był nimi uwa­gę ja­kiej­kol­wiek ko­bie­ty.

Po­sta­no­wił przejść się na sta­rów­kę. Póź­niej zo­ba­czy, któ­ry lo­kal sku­si go bra­kiem ha­ła­śli­wych stu­den­tów i dud­nią­cej mu­zy­ki. Po sa­mo­chód wró­ci na­stęp­ne­go dnia, co da mu pre­tekst do wyj­ścia z domu.

Ode­tchnął głę­bo­ko. Wpraw­dzie nie mógł bez­tro­sko błą­dzić z gło­wą w chmu­rach – raz, że wiatr je prze­wiał, a dwa, że gro­zi­ło to wdep­nię­ciem w jed­ną z licz­nych ka­łuż – lecz przy­naj­mniej deszcz oczy­ścił po­wie­trze, na­da­jąc mu świe­żo­ści, tak po­trzeb­nej w miej­skich aglo­me­ra­cjach.

Do ści­słe­go cen­trum miał nie­co po­nad dwa ki­lo­me­try i wy­star­cza­ją­co cza­su, by po­ukła­dać my­śli. Te na­prze­mien­nie krą­ży­ły wo­kół We­ro­ni­ki i za­mor­do­wa­nych ko­biet. Wąt­pił, by dzien­ni­karz rze­czy­wi­ście dys­po­no­wał kon­kret­ny­mi do­wo­da­mi wią­żą­cy­mi obie zbrod­nie, lecz nie mógł wy­klu­czyć ta­kiej moż­li­wo­ści. Pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie prze­bieg ostat­nich se­sji z Syl­wią i Aga­tą. Z tą pierw­szą było ła­twiej, w koń­cu ich spo­tka­nie od­by­ło się za­le­d­wie przed pię­cio­ma dnia­mi. Wcze­śniej współ­pra­co­wał z jej mę­żem, któ­ry po osią­gnię­ciu suk­ce­su na ska­lę świa­to­wą nie po­tra­fił zmu­sić się do pro­jek­to­wa­nia ko­lej­nych wzo­rów. Spra­wy nie uła­twia­ła wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na żona i syn, ty­po­wy roz­piesz­czo­ny dzie­ciak, ob­wi­nia­ją­cy ro­dzi­ców za błę­dy wy­cho­waw­cze.

Po dzie­się­ciu se­sjach z Jac­kiem wspól­nie stwier­dzi­li, że czas roz­po­cząć mał­żeń­ską te­ra­pię wraz z Syl­wią. Była to ko­bie­ta eks­pre­syj­na. Pod­czas dwóch spo­tkań zdą­ży­ła wy­rzu­cić z sie­bie wię­cej niż prze­cięt­ny klient przez kil­ka mie­się­cy pra­cy z te­ra­peu­tą. Z ła­two­ścią przy­cho­dzi­ło jej ob­wi­niać męża za wła­sne nie­uda­ne ży­cie za­wo­do­we. Kon­rad do­sko­na­le pa­mię­tał spoj­rze­nie ko­bie­ty, peł­ne zło­ści ukie­run­ko­wa­nej na Jac­ka. Je­śli miał­by ob­sta­wiać, któ­re z tej dwój­ki za­mor­du­je mał­żon­ka, po­sta­wił­by w ciem­no na Syl­wię.

„Ile moż­na jeź­dzić do tych ma­ka­ro­nia­rzy? – przy­po­mniał so­bie jej sło­wa, gdy na pierw­szym spo­tka­niu, za­miast opo­wie­dzieć o so­bie, za­czę­ła na­rze­kać na wa­ka­cyj­ne pla­ny. – Rok w rok te same ho­te­le, pla­że, skle­py. Osza­leć moż­na”. Ja­cek wów­czas zer­kał na nią z po­li­to­wa­niem. Kon­ra­do­wi rów­nież na twarz ci­snął się po­dob­ny gry­mas, ale nie mógł so­bie po­zwo­lić na ten luk­sus. Przy­wo­łał ma­skę spo­ko­ju i wy­uczo­nym przy­ta­ki­wa­niem ka­mu­flo­wał po­gar­dę dla ko­bie­ty, któ­ra nic nie mu­sia­ła ro­bić w ży­ciu, tyl­ko ład­nie pach­nieć i za­kła­dać kre­acje od naj­droż­szych pro­jek­tan­tów.

Te­ra­peu­ta ro­zu­miał wcze­śniej­sze dy­le­ma­ty swe­go klien­ta, któ­ry za­mie­rzał ją zo­sta­wić. Osta­tecz­nie, w wy­ni­ku prze­pra­co­wa­nych se­sji, Ja­cek po­sta­no­wił dać jej jesz­cze jed­ną szan­sę i zgo­dził się na wy­lot do Bra­zy­lii, jako na osta­tecz­ną pró­bę, by wskrze­sić swo­je uczu­cie do niej. Czy był w sta­nie ją za­mor­do­wać? Czy swym nie­usta­ją­cym mo­no­lo­giem do­pro­wa­dzi­ła go do osta­tecz­no­ści? Kon­rad wes­tchnął. Wąt­pli­we.

Ze wspo­mnień wy­bi­ły go wi­bra­cje te­le­fo­nu, scho­wa­ne­go w we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Pew­nie We­ro­ni­ka so­bie o nim przy­po­mnia­ła. Jako te­ra­peu­ta do­ra­dził­by im od­być po­waż­ną roz­mo­wę, być może sko­rzy­stać z usług spe­cja­li­sty, jed­nak wie­dział do­brze z do­świad­cze­nia, że naj­pierw musi sam po­ra­dzić so­bie ze swo­imi uczu­cia­mi do żony.

– Szewc w dziu­ra­wych bu­tach cho­dzi – po­wie­dział pod no­sem, wyj­mu­jąc te­le­fon. Pla­no­wał wci­snąć czer­wo­ną słu­chaw­kę, jed­nak na ekra­nie wid­nia­ło zdję­cie Ty­mo­na, kum­pla jesz­cze ze stu­diów, któ­re­go lu­bił na­zy­wać swo­im naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Uśmiech­nął się i ode­brał po­łą­cze­nie. – Co tam, bra­cie?

– Co ty, za­ko­cha­ny czy ogłu­chłeś? – Ni­ski, chro­po­wa­ty głos roz­brzmiał w słu­chaw­ce. Jego wła­ści­ciel był lek­ko zdy­sza­ny, jak­by wła­śnie gdzieś biegł. – Od­wróć się, do cho­le­ry.

Kon­rad spoj­rzał za sie­bie. Po­tęż­ny męż­czy­zna we fla­ne­lo­wej ko­szu­li, na­su­wa­ją­cej sko­ja­rze­nie ze skan­dy­naw­ski­mi drwa­la­mi – co zresz­tą pa­so­wa­ło do jego po­stu­ry – szedł za nim szyb­kim kro­kiem i wy­ma­chi­wał dło­nią.

– Ech, trze­ba było nie od­bie­rać – te­ra­peu­ta rzu­cił do te­le­fo­nu. – Mu­szę pa­mię­tać, by zo­sta­wiać to ustroj­stwo w domu.

Roz­łą­czył się, nie da­jąc Ty­mo­no­wi szan­sy na ri­po­stę. Roz­my­śla­nia mu­sia­ły po­chło­nąć go do tego stop­nia, że nie usły­szał na­wo­ły­wań przy­ja­cie­la – tu­bal­nych na­wo­ły­wań, gdyż Ty­mon re­gu­lar­nie zdzie­rał so­bie gar­dło na sta­dio­nie byd­go­skie­go Za­wi­szy. Choć syl­wet­ką przy­po­mi­nał sta­dio­no­we­go chu­li­ga­na, to wy­star­czy­ło przyj­rzeć mu się bli­żej, by do­strzec in­te­li­gent­ne spoj­rze­nie, prze­świe­tla­ją­ce czło­wie­ka le­piej niż rent­gen. Fla­ne­lo­wa ko­szu­la była jego nie­od­łącz­nym atry­bu­tem, przez co Kon­rad nie­raz so­bie z nie­go żar­to­wał, jed­nak w po­łą­cze­niu z gra­na­to­wy­mi dżin­sa­mi i skó­rza­ny­mi pół­bu­ta­mi two­rzy­ło to na­wet nie­złe po­łą­cze­nie. Śmia­ło mógł ucho­dzić za wzór mę­skiej uro­dy, zwłasz­cza że za­wsze był sta­ran­nie ogo­lo­ny, a jego krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy wciąż tak gę­ste, jak dwa­dzie­ścia lat temu.

– Wo­łam cię i wo­łam – oznaj­mił zdy­sza­ny Ty­mon, gdy zna­leź­li się na­prze­ciw­ko sie­bie. – Od kie­dy tak szyb­ko cho­dzisz? Nie mo­głem cię do­go­nić.

– Boś skap­ca­niał jak sta­ry ra­mol. – Wpa­dli so­bie w ob­ję­cia, po­kle­pu­jąc się po ple­cach. Róż­ni­ca za­się­gu ra­mion spra­wia­ła wra­że­nie, że Ty­mon jest jego star­szym bra­tem. – Za­wsze by­łeś po­wol­ny, nie to co ja.

Kon­rad po­czuł kil­ka moc­niej­szych klep­nięć, po któ­rych za­pie­kły go ple­cy. Wcho­dze­nie w mi­sia z nie­mal dwu­me­tro­wym męż­czy­zną o kon­sty­tu­cji rug­by­sty nie było naj­lep­szym po­my­słem, ale zwy­kli się tak wi­tać od cza­sów stu­denc­kich. Zwy­kle ude­rzał swym wą­tłym cia­łem o umię­śnio­ny tors to­wa­rzy­sza, tym ra­zem jed­nak po­kaź­na opon­ka nie tyle za­mor­ty­zo­wa­ła ze­tknię­cie, co wręcz otu­li­ła go jak pu­cho­wa po­dusz­ka. Ty­mon rze­czy­wi­ście przy­tył ład­nych kil­ka ki­lo­gra­mów. Nie było tego wi­dać po twa­rzy, a luź­na ko­szu­la sku­tecz­nie ukry­wa­ła fałd­ki.

– Spa­słeś się jak świ­nia – oznaj­mił ra­do­śnie Kon­rad. – Nie spo­dzie­wa­łem się, że do­cze­kam tej chwi­li. Wresz­cie mo­że­my iść ra­zem na ba­sen i to ty bę­dziesz ten brzyd­szy.

– Chy­ba że ktoś spoj­rzy na za­war­tość na­szych ką­pie­ló­wek – od­po­wie­dział przy­ja­ciel, rów­nie roz­ba­wio­ny. – Przy­zna­ję się bez bi­cia, po­pa­dłem w syn­drom ku­wa­dy. Od­kąd Anka za­szła w cią­żę, to pa­ła­szu­ję ko­tle­ta za ko­tle­tem, że już o droż­dżów­kach i tor­tach nie wspo­mnę.

Jak na dwóch psy­cho­lo­gów przy­sta­ło, ich roz­mo­wa od razu zbo­czy­ła na za­wo­do­wy te­mat. Męż­czy­zna od­czu­wa­ją­cy ob­ja­wy cią­ży nie był ni­czym no­wym, jed­nak wi­dok przy­ja­cie­la ob­ro­śnię­te­go do­dat­ko­wą war­stwą tłusz­czu sta­no­wił dla Kon­ra­da nie lada za­sko­cze­nie. Zda­wał so­bie spra­wę, że to ob­jaw zmian hor­mo­nal­nych spo­wo­do­wa­nych sil­ny­mi emo­cja­mi. Wzrost es­tro­ge­nów i pro­lak­ty­ny kosz­tem te­sto­ste­ro­nu sta­no­wił pre­tekst do ko­lej­nych żar­tów, tak więc wie­czór za­po­wia­dał się na bar­dzo we­so­ły. Na­wet wi­zy­ta dzien­ni­ka­rza i szo­ku­ją­ce od­kry­cie fak­tu za­mor­do­wa­nia jego pa­cjen­tek wy­pa­dło mu te­raz z gło­wy.

– Sko­ro je­steś w cią­ży, to ro­zu­miem, że al­ko­ho­lu nie pi­jesz? – draż­nił przy­ja­cie­la, z uśmie­chem ob­ser­wu­jąc jego re­ak­cję. – Może cho­ciaż piwo z socz­kiem strze­lisz?

– I tak skoń­czy się na tym, że będę ci wzy­wał tak­sów­kę, bo sam do domu nie tra­fisz. Chodź do Lon­do­nu, sta­wiam pierw­szą ko­lej­kę.

Pub, usy­tu­owa­ny w piw­ni­cy sta­rej ka­mie­ni­cy, sta­no­wił jed­ną z ich ulu­bio­nych miej­scó­wek. Ka­me­ral­ny wy­strój, przy­jem­na, nie­za­głu­sza­ją­ca roz­mów mu­zy­ka, ścia­ny i su­fit wy­ło­żo­ne ce­głą na­da­ją­cą spe­cy­ficz­ny kli­mat, a do tego brak za­się­gu te­le­fo­nu gwa­ran­to­wa­ły uda­ny wie­czór. Kon­rad zgo­dził się więc bez opo­rów, w gło­wie ukła­da­jąc so­bie li­stę żar­tów z przy­ja­cie­la.

Po­mi­mo póź­nej pory i nie­daw­nej ule­wy po­wie­trze było cie­płe. Do­pie­ro te­raz Kon­rad spo­strzegł, że szyb­ki marsz zbyt­nio go zmę­czył, aż na skro­ni po­czuł kro­pel­ki potu. Zdjął ma­ry­nar­kę i prze­wie­sił ją przez ra­mię. Wcze­śniej­sza rześ­kość znik­nę­ła, ustę­pu­jąc miej­sca stan­dar­do­wej let­niej du­cho­cie, któ­ra na­wet póź­nym wie­czo­rem do­skwie­ra­ła miesz­kań­com du­żych miast. Ty­mon po­mi­mo nad­wa­gi nie wy­glą­dał na zzia­ja­ne­go, wręcz prze­ciw­nie, sta­wiał dłu­gie kro­ki, jak­by spie­szył się na pro­mo­cję piwa w ra­mach hap­py ho­urs.

***

Pierw­sze dwa ku­fle opróż­ni­li przy ba­rze. Brak re­zer­wa­cji w piąt­ko­wy wie­czór oka­zał się sta­no­wić nie lada pro­blem i gdy­by nie ich sil­na de­ter­mi­na­cja, by po­cze­kać na wol­ne miej­sce, pew­nie skoń­czył­by się przed­wcze­sną zmia­ną lo­ka­lu. Osta­tecz­nie uda­ło im się za­jąć sto­lik zwol­nio­ny przez grup­kę stu­den­tów, któ­rzy po­sta­no­wi­li przejść do bar­dziej mło­dzie­żo­we­go miej­sca, gdzie we­dług po­wta­rza­nych prze­chwa­łek pla­no­wa­li „wy­rwać tro­chę świe­że­go to­wa­ru”.

Kon­rad z ulgą przy­jął ewa­ku­ację ha­ła­śli­wej eki­py. Wy­so­kie ba­ro­we stoł­ki nie na­le­ża­ły do naj­wy­god­niej­szych, poza tym cią­gną­ce się przy kon­tu­arze ko­lej­ki nie po­zwa­la­ły na swo­bod­ną kon­wer­sa­cję. To – oraz fakt, że wy­pił już litr od­prę­ża­ją­ce­go na­po­ju – spra­wi­ło, że do­pie­ro przy trze­cim ku­flu Kon­rad od­wa­żył się opo­wie­dzieć przy­ja­cie­lo­wi o nie­ty­po­wym go­ściu, któ­re­go od­pra­wił w rów­nie nie­ty­po­wy spo­sób.

– Sły­sza­łeś o ja­kichś wy­jąt­ko­wo ma­ka­brycz­nych mor­der­stwach w ostat­nich dniach? – Zmarsz­czył brwi, sły­sząc wła­sne sło­wa. – W sen­sie u nas, w Byd­gosz­czy. Był u mnie fa­cet, po­da­wał się za dzien­ni­ka­rza i nie uwie­rzysz, cze­go ode mnie za­żą­dał.

– Zga­du­ję, że nie au­to­ry­za­cji wy­wia­du. – Ty­mon spoj­rzał na nie­go za­cie­ka­wio­ny i roz­siadł się na krze­śle spra­wia­ją­cym wra­że­nie wy­god­ne­go ni­czym fo­tel z ma­sa­żem. Wy­glą­dał na ocze­ku­ją­ce­go cie­ka­wej hi­sto­rii, któ­ra choć w ma­łym stop­niu ode­rwie go od my­śli la­wi­ru­ją­cych wo­kół przy­szłe­go po­tom­ka. – Mia­łem kie­dyś jed­ne­go klien­ta z ko­lo­ro­we­go pe­rio­dy­ku. Po kil­ku­na­stu la­tach pra­cy stwier­dził, że two­rze­nie in­for­ma­cji wy­ssa­nych z pal­ca rze­czy­wi­ście mo­gło być nie­etycz­ne, uwie­rzysz? To była jed­na z tych chwil, kie­dy na usta samo ci­snę­ło się: „No nie pier­dol, se­rio?”. Krew czło­wie­ka za­le­wa, gdy za­miast tego musi po­chwa­lić pie­przo­ne­go od­kryw­cę Ame­ry­ki za prze­ło­mo­wą myśl.

Kon­rad ro­zu­miał go aż za do­brze. Sam okre­ślał to cy­ni­zmem te­ra­peu­ty. Ob­co­wa­nie z dzie­sią­tym roz­wod­ni­kiem, któ­ry po la­tach od­kry­wa, że po­rzu­ce­nie ro­dzi­ny dla mło­dej stu­dent­ki wca­le nie było naj­lep­szym ży­cio­wym wy­bo­rem, wy­ma­ga­ło cza­sem od­re­ago­wa­nia. Pół bie­dy, je­śli ów nie­szczę­śnik po pro­stu ża­łu­je swo­jej de­cy­zji i pró­bu­je od­na­leźć się w no­wej sy­tu­acji, mo­zol­nie od­bu­do­wu­jąc re­la­cje z po­rzu­co­ny­mi dzieć­mi. Czę­ściej wy­stę­po­wa­ły jed­nak przy­pad­ki bar­dziej fru­stru­ją­ce, kie­dy tacy oj­co­wie, nie po­czu­wa­jąc się w naj­mniej­szym stop­niu do winy i wie­lo­let­nie­go za­nie­dba­nia swo­ich już do­ro­słych po­ciech, mają im za złe brak za­pro­szeń na świę­ta, ślu­by czy chrzci­ny ni­g­dy nie­wi­dzia­nych wnu­cząt.

– Ten był inny. – Kon­rad zro­bił pau­zę, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie na­zwi­sko męż­czy­zny. – Nie wie­dzia­łem na­wet, że bru­kow­ce mają swo­ich dzien­ni­ka­rzy śled­czych.

Wy­pi­ty al­ko­hol po­zwo­lił mu nie­co zdy­stan­so­wać się do ca­łej sy­tu­acji. Wcze­śniej­sze obu­rze­nie ustą­pi­ło miej­sca lek­kie­mu zro­zu­mie­niu, wszak sam na miej­scu re­dak­to­ra za wszel­ką cenę pró­bo­wał­by za­się­gnąć jak naj­wię­cej in­for­ma­cji. W ta­kich wy­pad­kach po­ję­cie ety­ki za­wo­do­wej scho­dzi­ło na bocz­ny tor.

– Cho­dzi o mor­der­stwa dwóch ko­biet – kon­ty­nu­ował. – Nie­wie­le wiem o spra­wie, ale obie ostat­ni­mi cza­sy przy­cho­dzi­ły do mnie na te­ra­pię. Nie mam po­ję­cia, jak ten fa­gas się o tym do­wie­dział, ale sko­ro on był w sta­nie, to tyl­ko cze­kać, aż ktoś jesz­cze mnie z tym po­wią­że.

– A co tu po­wią­zy­wać? Za­ku­py pew­nie też ro­bi­ły w jed­nym skle­pie, a ja­koś nikt nie fa­ty­gu­je się do ka­sje­ra.

W gło­sie przy­ja­cie­la sły­chać było drwi­nę, jak­by zu­peł­nie zba­ga­te­li­zo­wał pro­blem. Kon­rad nie wie­dział, cze­go ocze­ki­wał po tej roz­mo­wie, ale z pew­no­ścią li­czył na po­waż­ne po­trak­to­wa­nie spra­wy. Na­wet je­śli nic nie łą­czy­ło go z mor­der­stwa­mi, to każ­dy te­ra­peu­ta w ja­kiś spo­sób zwią­zy­wał się ze swo­imi klien­ta­mi, a dwie z nich zo­sta­ły nie­daw­no bru­tal­nie za­mor­do­wa­ne.

Ty­mon naj­wy­raź­niej do­strzegł w twa­rzy Kon­ra­da od­bi­cie tych my­śli, gdyż na­gle spo­waż­niał i przy­su­nął się bli­żej, opie­ra­jąc łok­cie na drew­nia­nym sto­le. Przez chwi­lę spo­glą­dał na nie­go uważ­nie.

– No do­bra – rzu­cił, pa­trząc mu pro­sto w oczy. – Mów do­kład­nie jak było, bo wi­dzę, że na­praw­dę cię to gry­zie, ale z góry uprze­dzam, że je­śli je­steś se­ryj­nym mor­der­cą, to wy­bra­łeś kiep­ski mo­ment na wyj­ście z cie­nia. Nie mo­żesz zo­stać u mnie, bo po dwóch dniach do­bro­wol­nie od­dasz się w ręce po­li­cji. Uwierz mi na sło­wo, z cię­żar­ną Anką nie wy­trzy­masz pod jed­nym da­chem. – Za­śmiał się i po­cią­gnął duży łyk piwa. – Prze­pra­szam, żar­to­wa­łem. A te­raz se­rio, mów, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

W nor­mal­nych wa­run­kach Kon­rad od­pła­cił­by przy­ja­cie­lo­wi ką­śli­wą ri­po­stą, jed­nak tym ra­zem wca­le nie było mu do śmie­chu. Dwie nie­win­ne ko­bie­ty zo­sta­ły za­mor­do­wa­ne, a spraw­ca naj­praw­do­po­dob­niej wciąż prze­by­wał na wol­no­ści. A co, je­śli dzien­ni­karz nie był w błę­dzie? Być może za­bój­ca rze­czy­wi­ście kie­ro­wał się ja­kąś po­kręt­ną lo­gi­ką, wziąw­szy so­bie na cel jego klien­tów? Co, je­śli nie za­re­agu­je i ży­cie stra­ci ko­lej­na z od­wie­dza­ją­cych go osób? Brzmia­ło to na tyle ir­ra­cjo­nal­nie, że Kon­rad nie mógł wy­po­wie­dzieć tej my­śli na głos.

– Za­sad­ni­czo wiem tyle, ile ci po­wie­dzia­łem – rzu­cił, od­ru­cho­wo się­ga­jąc po ku­fel. W środ­ku zo­sta­ła je­dy­nie reszt­ka piwa, choć go­tów był przy­siąc, że do­pie­ro co brał pierw­szy łyk. Wy­da­wa­ło się to praw­do­po­dob­ne, wszak na­czy­nie jego kom­pa­na było nie­mal peł­ne. – Dwie z mo­ich klien­tek zo­sta­ły za­mor­do­wa­ne. Pew­nie w In­ter­ne­cie moż­na zna­leźć wię­cej in­for­ma­cji, ale nie zdą­ży­łem po­czy­tać o tych spra­wach. Aku­rat za­mie­rza­łem wy­cho­dzić, gdy przy­szedł ten dzien­ni­karz. Po­ka­zał mi kil­ka zdjęć z miejsc zbrod­ni… – Wzdry­gnął się na to wspo­mnie­nie. – …ale wi­dać było je­dy­nie krew. Dużo krwi. Zresz­tą nie mia­łem ocho­ty na nie pa­trzeć. Póki co wiem tyle, co po­ru­sza­li­śmy z pa­cjent­ka­mi w trak­cie od­by­tych se­sji. A z tego, co pa­mię­tam, to ni­czym się nie wy­róż­nia­ły. Żad­na nie wspo­mi­na­ła o wro­gach, nikt ich nie śle­dził, nikt im nie gro­ził. Nic, co po­mo­gło­by po­móc w śledz­twie. Ale te zdję­cia… Mó­wię ci, były strasz­ne.

Ty­mon na­gle wy­pro­sto­wał się, a na jego twa­rzy za­go­ści­ło praw­dzi­we za­in­te­re­so­wa­nie. Wy­glą­dał, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale naj­pierw się­gnął po ku­fel i przy­ło­żył go do ust. Przez kil­ka se­kund, pod­czas któ­rych dusz­kiem opróż­nił jego za­war­tość, wy­glą­dał jak za naj­lep­szych stu­denc­kich lat, gdy na wy­ści­gi osu­sza­li bu­tel­ki z pi­wem. Wów­czas po­tra­fił nie uro­nić ani kro­pli, lecz tym ra­zem bro­da aż świe­ci­ła mu się od zło­ci­stych kro­pe­lek.

– Nie chcesz mi chy­ba po­wie­dzieć, że cho­dzi o tę bab­kę ob­dar­tą ze skó­ry? – po­wie­dział w koń­cu, nie­co za gło­śno, zwra­ca­jąc uwa­gę par­ki sie­dzą­cej przy są­sied­nim sto­li­ku.

Ko­bie­ta o krót­ko ostrzy­żo­nych blond wło­sach rzu­ci­ła im zdzi­wio­ne spoj­rze­nie, a jej part­ner z dez­apro­ba­tą po­krę­cił gło­wą. Pa­trzy­li tak na nich po­tę­pia­ją­co przez kil­ka se­kund, od­wra­ca­jąc wzrok do­pie­ro, gdy Ty­mon wy­dał z sie­bie do­no­śne bek­nię­cie, sły­szal­ne za­pew­ne na­wet na nie­wiel­kim, wy­dzie­lo­nym w są­sied­nim po­miesz­cze­niu par­kie­cie.

– Z dwoj­ga złe­go le­piej w tę stro­nę – rzu­cił, ocie­ra­jąc mo­krą bro­dę. – Za sta­ry na to je­stem. Czu­ję, jak­bym za­raz miał pu­ścić pa­wia.

Kon­rad otak­so­wał przy­ja­cie­la wzro­kiem, oce­nia­jąc, czy rze­czy­wi­ście gro­zi mu zwró­ce­nie za­war­to­ści żo­łąd­ka. Po­mi­ja­jąc ci­chą czkaw­kę, Ty­mon pre­zen­to­wał się nie go­rzej niż go­dzi­nę wcze­śniej. Jego wzrok był sku­pio­ny, a szel­mow­ski uśmiech zdra­dzał my­śli o za­mó­wie­niu jesz­cze jed­nej ko­lej­ki.

– Wy­cho­dzi na to, że wiesz wię­cej ode mnie. – Kon­rad ski­nął w stro­nę bar­ma­na, da­jąc mu znak, by ten przy­niósł dwa ko­lej­ne ku­fle. – Nim za­le­jesz się w tru­pa, uchyl mi choć rąb­ka ta­jem­ni­cy.

– W tru­pa, po­wia­dasz, le­piej bym tego nie ujął. Ty to chy­ba te­le­wi­zji w ogó­le nie oglą­dasz, trą­bi­li o tym na okrą­gło przez kil­ka ostat­nich dni. Ja­kaś wy­mu­ska­na żona uzna­ne­go pro­jek­tan­ta mody, wiesz, ta­kie­go, co to robi ubra­nia, w któ­rych nikt nor­mal­ny nie wy­szedł­by na uli­cę, zo­sta­ła na­pad­nię­ta w ich domu w Osiel­sku. Spra­wa jest o tyle nie­ty­po­wa, że jej cia­ło było po­ha­ra­ta­ne, jak­by ktoś urzą­dził so­bie na nim po­li­gon do­świad­czal­ny. Gdzieś czy­ta­łem, że ten sa­dy­sta naj­praw­do­po­dob­niej na­wet jej nie znie­czu­lił.

Urwał, gdy za­przy­jaź­nio­ny bar­man przy­niósł za­mó­wie­nie. Zło­ci­sty na­pój, zwień­czo­ny ide­al­nie wy­mie­rzo­ną ilo­ścią pia­ny, przy­cią­gnął jego wzrok ni­czym po­nęt­na dwu­dzie­sto­lat­ka w przy­krót­kiej spód­nicz­ce. Kon­rad uznał, że cię­żar­na żona naj­wi­docz­niej nie po­zwa­la na wie­le Ty­mo­no­wi, cze­go efek­tem było mię­dzy in­ny­mi wy­głod­nia­łe spoj­rze­nie, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla osób spusz­czo­nych ze smy­czy na je­den wie­czór. Za­zwy­czaj chęć od­re­ago­wa­nia koń­czy się bra­kiem umia­ru, cze­go wła­śnie przy­kład miał przed sobą.

– Może zlu­zuj tro­chę – po­wie­dział Kon­rad, gdy jego kom­pan łap­czy­wie po­cią­gnął dwa so­lid­ne hau­sty. – Tak za­pu­ści­łeś brzu­cha, że nie za­tasz­czę cię do domu.

– Nie ga­daj ta­kich bzdur, bo jesz­cze uznam, że się o mnie trosz­czysz. Na czym to ja skoń­czy­łem? – Ty­mon pod­niósł wzrok, gła­dząc się po bro­dzie. – No, ta ko­bit­ka po­noć była cię­ta na żyw­ca. Po­li­cja nie po­da­ła do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści do­kład­nych szcze­gó­łów, co z nią zro­bi­li, ale wia­do­mo, że bab­ka mia­ła po­ra­nio­ne pal­ce, roz­wa­lo­ne oko, no i przede wszyst­kim zdar­tą skó­rę z twa­rzy. Wy­obra­żasz to so­bie?

– Coś wia­do­mo o spraw­cy? Może było ich kil­ku?

– Pierw­sze­go dnia po­szu­ki­wa­li jej męża. Wca­le bym się nie zdzi­wił, gdy­by to wła­śnie on za tym stał. Zresz­tą całe to śro­do­wi­sko pro­jek­tan­tów jest nie­źle po­je­ba­ne. Wy­chu­dzo­ne mo­del­ki, uza­leż­nie­nie od pro­chów, roz­pa­sa­nie sek­su­al­ne. A te ich kre­acje? Ce­ki­ny, pa­wie piór­ka, węże boa, na­wet na po­tań­ców­kę w re­mi­zie bym cze­goś ta­kie­go nie za­ło­żył.

– Czy­li spraw­cy nie uję­li?

Ty­mon przez chwi­lę wy­glą­dał na zbi­te­go z tro­pu. Do­pie­ro po kil­ku se­kun­dach zre­flek­to­wał się, że jego wy­po­wiedź nie­co zbo­czy­ła z głów­ne­go te­ma­tu. Pró­bo­wał wpraw­dzie za­tu­szo­wać to szyb­kim to­a­stem za spo­tka­nie, ale Kon­rad do­sko­na­le wi­dział za­kło­po­ta­nie w oczach przy­ja­cie­la. Szyb­ko wy­pi­ty al­ko­hol naj­wy­raź­niej zdą­żył mu już lek­ko za­szu­mieć w gło­wie.

– Po­noć mąż sam zgło­sił się na po­li­cję na­stęp­ne­go dnia po na­gło­śnie­niu spra­wy. Był na ja­kimś za­gra­nicz­nym wy­jeź­dzie i o wszyst­kim do­wie­dział się od syna, tak przy­naj­mniej mówi ofi­cjal­na wer­sja. A tę dru­gą bab­kę to kie­dy za­bi­li?

Sie­dzą­ca przy są­sied­nim sto­li­ku ko­bie­ta pod­nio­sła się z krze­sła, przy­ku­wa­jąc uwa­gę Kon­ra­da. Pa­trzy­ła już na nich wcze­śniej, kie­dy za­czę­li roz­ma­wiać z Ty­mo­nem o mor­der­stwach, te­raz rów­nież rzu­ci­ła im ukrad­kiem dziw­ne spoj­rze­nie spod zmarsz­czo­nych brwi. To praw­da, nie krę­po­wa­li się zbyt­nio obec­no­ścią in­nych osób, a roz­mo­wa o zry­wa­niu skó­ry z twa­rzy nie­ko­niecz­nie na­le­ża­ła do te­ma­tów mile wi­dzia­nych w knaj­pie.

Kon­rad przez dłuż­szą chwi­lę za­wie­sił na ko­bie­cie wzrok, ko­rzy­sta­jąc z fak­tu, że od­wró­ci­ła się pro­fi­lem. Nie była prze­sad­nie atrak­cyj­na ani na­wet cha­rak­te­ry­stycz­na, ale mia­ła ład­ne rysy twa­rzy. Nie­co przy­po­mi­na­ła Syl­wię. Te­ra­peu­ta po­czuł dreszcz na ple­cach, wy­obra­ziw­szy so­bie, jak umar­ła jego pa­cjent­ka. Szyb­ko spu­ścił wzrok i skie­ro­wał go na przy­ja­cie­la. Py­ta­ją­cy wzrok Ty­mo­na przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści.

– O co py­ta­łeś? – rzu­cił za­kło­po­ta­ny. Do­pie­ro co wy­po­mi­nał ko­le­dze stan lek­kie­go upo­je­nia, pod­czas gdy naj­wy­raź­niej sam na­rzu­cił so­bie zbyt szyb­kie tem­po.

– No, ta dru­ga ko­biet­ka. Je­śli to ma być ten sam spraw­ca, to miej­sce zbrod­ni po­win­no się czymś wy­róż­niać. Ko­ja­rzysz, kie­dy do­szło do za­bój­stwa?

Ostat­ni raz wi­dział Aga­tę Płoć prze­szło mie­siąc wcze­śniej. Zwy­kle se­sje pla­no­wał z mi­ni­mum trzy­ty­go­dnio­wym od­stę­pem, by klient zdą­żył prze­pra­co­wać oma­wia­ne te­ma­ty i wy­cią­gnąć nowe wnio­ski. Ozna­cza­ło to, że rów­nie do­brze mo­gła zgi­nąć albo wczo­raj, albo mie­siąc temu. Być może umar­ła w tym sa­mym cza­sie co Syl­wia.

– Za­raz ci po­wiem, kie­dy do­kład­nie z nią roz­ma­wia­łem. – Kon­rad wy­jął z kie­sze­ni te­le­fon i na ekra­nie do­ty­ko­wym wszedł w apli­ka­cję ka­len­da­rza. Przy­ciem­nio­ne świa­tło utrud­nia­ło od­czy­ta­nie drob­nych iko­nek. – Dzie­sią­ty maja, go­dzi­na dwu­na­sta.

– Czy­li rów­no mie­siąc przed ma­sa­krą w domu tego pro­jek­tan­ta. Bę­dziesz mu­siał wpi­sać w prze­glą­dar­kę… – Ty­mon urwał, marsz­cząc czo­ło. Jego oczy na­gle roz­sze­rzy­ły się i przez chwi­lę wy­glą­dał, jak­by nad gło­wą roz­bły­sła mu ani­mo­wa­na ża­rów­ka, zwia­stu­ją­ca ge­nial­ną myśl. – Za­raz, za­raz… było coś w te­le­wi­zji. Zdą­ży­łem już za­po­mnieć, bo nie trą­bi­li o tym tyle, co o tej oskó­ro­wa­nej, ale rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nam so­bie spra­wę z Ku­jaw­sko-Po­mor­skie­go. Zna­leź­li ją w domu, mia­ła wy­rwa­ne wszyst­kie zęby, pa­znok­cie i wło­sy. Na­wet rzę­sy!

Sło­wa przy­ja­cie­la wpra­wi­ły Kon­ra­da w osłu­pie­nie. Je­śli rze­czy­wi­ście Aga­ta zo­sta­ła za­mor­do­wa­na w tak bru­tal­ny spo­sób, to nie mo­gło być mowy o przy­pad­ku. Aż dziw­ne, że jesz­cze nie od­wie­dzi­ła go po­li­cja. Po­czuł dresz­cze na ca­łym cie­le na myśl o psy­cho­pa­cie po­lu­ją­cym na jego pa­cjen­tów.

– Nie, to zu­peł­nie bez sen­su. – Sam sie­bie pró­bo­wał uspo­ko­ić. – Po co ktoś miał­by znę­cać się nad mo­imi klien­ta­mi? W imię cze­go, re­kla­ma­cji?

– A bo ja wiem – skwi­to­wał Ty­mon, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – To już prę­dzej po­wi­nien za­mor­do­wać cie­bie.

Je­śli to mia­ło uspo­ko­ić Kon­ra­da, to przy­nio­sło zgo­ła od­mien­ny efekt. Jak nic, wra­ca­jąc do domu, co rusz oglą­dać się bę­dzie za sie­bie, ni­czym sied­mio­la­tek pierw­szy raz idą­cy sa­mo­dziel­nie do szko­ły.

– Nie chcę o tym my­śleć – syk­nął, po czym wziął kil­ka ły­ków piwa. Tym ra­zem to on zo­sta­wał w tyle, a po­czu­cie cięż­ko­ści i ci­sną­cy pę­cherz pod­po­wia­da­ły, że stan ten ra­czej nie ule­gnie już zmia­nie. – Po­mów­my o czymś przy­jem­niej­szym. Ma­cie już imię dla dziec­ka?

– Weź mi na­wet nic nie mów. Anka wy­my­śla ja­kieś dzi­wac­twa, jak­by chło­pak nie mógł na­zy­wać się po pro­stu Pa­weł, Piotr albo Krzysz­tof. Nie masz po­ję­cia, jak świat po­szedł na­przód z imio­na­mi. Gdzie nie spoj­rzysz ja­kiś Cy­prian czy inny Oli­vier, a po­tem dzi­wią się, że toż­sa­mość na­ro­do­wa za­ni­ka po­śród…

Kon­rad ryt­micz­nie przy­ta­ki­wał gło­wą, choć w rze­czy­wi­sto­ści nie słu­chał przy­ja­cie­la. Jego pro­ble­my ro­dzin­ne, choć z pew­no­ścią bar­dzo istot­ne, były dlań je­dy­nie ilu­zo­rycz­ne. Choć nie chciał do­pusz­czać do sie­bie ta­kich my­śli, to w rze­czy­wi­sto­ści za­zdro­ścił mu uda­ne­go ży­cia mał­żeń­skie­go, na­wet je­śli Anka po­wi­ta pod­chmie­lo­ne­go męża z przy­sło­wio­wym wał­kiem w rę­kach. Przy­naj­mniej wciąż jej za­le­ża­ło na Ty­mo­nie, sko­ro ży­wi­ła do nie­go uczu­cia, któ­re sam wraz z We­ro­ni­ką nie wia­do­mo na­wet kie­dy utra­ci­li.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Teatr lalek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów