Daleka droga do małej, gniewnej planety

Daleka droga do małej, gniewnej planety

Autorzy: Becky Chambers

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 20.10 zł

 Pełna przygód kosmiczna wyprawa, w trakcie której zuchwała młoda

podróżniczka wraz z barwną załogą stawiają czoło niezwykłym wydarzeniom w odległych zakątkach wszechświata.

Kiedy Rosemary Harper dołącza do załogi starzejącego się „Wędrowca”, nie spodziewa się wiele. Połatany statek, który okres świetności ma już za sobą, daje jej wszystko, czego mogłaby zapragnąć: małe, spokojne miejsce, które przez jakiś czas może nazywać domem, przygodę w odległych zakątkach galaktyki oraz możliwość ucieczki od niespokojnej przeszłości. Szybko okazuje się, że Rosemary nie jest jedyną osobą na pokładzie statku, która ma coś do ukrycia, a załoga wkrótce się przekona, że przestrzeń kosmiczna może i jest ogromna, lecz statki kosmiczne są bardzo małe…

„O ludziach i obcych, przygodowa i głęboka, pełna rozmachu i cudownie osobista pod

względem tworzonych postaci. Lecz nade wszystko jest radośnie napisana. Czyta się tę powieść wręcz z rozkoszą!”.

Claire North, autorka powieści Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta

Daleka droga do małej, gniewnej planety jest uznawana za arcydzieło współczesnej SF. Została umieszczona na liście najlepszych książek roku science fiction i fantasy magazynu „Library Journal” i blogu Barnes & Noble, wygrała plebiscyt czytelników na stronie Tor.com oraz została nominowana do ARTHUR C. CLARKE AWARD, THE KITSCHIES GOLDEN TENTACLE i BAILEY WOMEN'S PRIZE

Załoga „Wędrowca” to mieszanina ras i osobowości, poczynając od Sissix, przyjaznej gadziej pilotki, a kończąc na Kizzy i Jenksie, wciąż kłócących się inżynierach, dzięki którym statek jest na chodzie. Życie na pokładzie statku jest chaotyczne, lecz mniej więcej spokojne – dokładnie takie, jakiego pragnie Rosemary.

Do czasu, kiedy załoga otrzymuje wymarzoną pracę: okazję zbudowania tunelu

czasoprzestrzennego prowadzącego do odległej planety. Jej członkowie zarobią dość pieniędzy, by przez kilka lat wygodnie żyć… jeśli przetrwają długą podróż przez rozdzieraną wojną przestrzeń międzygwiezdną, nie zagrażając przy okazji kruchym sojuszom, dzięki którym w galaktyce panuje spokój.

 „Jedna z najprzyjemniejszych, najbardziej błyskotliwie napisanych powieści SF

rozgrywających się w kosmosie, jakie czytałem”.

 James Smythe, autor powieści The Echo i The Explorer

Becky Chambers

Daleka droga do małej, gniewnej planety

Tytuł oryginału

The Long Way to a Small, Angry Planet

ISBN

Copyright © Becky Chambers 2014

First published by Hodder & Stoughton, An Hachette UK Company

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Redakcja

Zofia Domańska

Projekt graficzny okładki

www.designpartners.pl

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Dzień 128., 306 standard WG

Dzień 129., 306 standard WG

Dzień 130., 306 standard WG

Dzień 130., 306 standard WG

Dzień 130., 306 standard WG

Dzień 130., 306 standard WG

Dzień 131., 306 standard WG

Dni 132.-145., 306 standard WG

Dzień 163., 306 standard WG

Dzień 180., 306 standard WG

Dzień 245., 306 standard WG

Dzień 249., 306 standard WG

Dzień 251., 306 standard WG

Dzień 335., 306 standard WG

Dzień 397., 306 standard WG

Dzień 45., 307 standard WG

Dzień 121., 307 standard WG

Dzień 157., 307 standard WG

Dzień 157., 307 standard WG

Dzień 158., 307 standard WG

Dzień 158., 307 standard WG

Dzień 169., 307 standard WG

Dzień 214., 307 standard WG

2 lipca 2015

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Mojej rodzinie, z całym lęgiem i wszystkimi piórami

Z ziemi się podnosimy;

Na naszych statkach żyjemy;

Z gwiazd czerpiemy nadzieję.

Przysłowie exodańskie

Dzień 128., 306 standard WG

Podróż

Kiedy obudziła się w kapsule, pamiętała trzy rzeczy. Po pierwsze, podróżowała w otwartej przestrzeni kosmicznej. Po drugie, miała zacząć nową pracę, której nie mogła spieprzyć. Po trzecie, przekupiła urzędnika rządowego, żeby dał jej nowy plik identyfikacyjny. Żadna z tych informacji nie była nowa, ale nie było miło się budzić, wiedząc to wszystko.

Nie miała jeszcze się budzić, nie miała się budzić przez co najmniej jeden dzień, ale tak się kończyło rezerwowanie taniego transportu. Tani transport oznaczał tanią kapsułę lecącą na tanim paliwie i tanie leki usypiające. Od startu kilka razy na krótko wracała jej świadomość — zdezorientowana wynurzała się na powierzchnię i zapadała pod nią w chwili, kiedy właśnie odzyskiwała władze umysłowe. W kapsule panowała ciemność, nie było też ekranów nawigacyjnych. Nie można było określić, ile czasu mijało między wybudzeniami ani jak daleko zaleciała, a nawet czy w ogóle leci. Na tę myśl z niepokoju robiło jej się niedobrze.

Wzrok poprawił jej się na tyle, że mogła go skupić na oknie. Żaluzje były opuszczone i blokowały ewentualne źródła światła. Wiedziała jednak, że nie ma żadnych źródeł światła. Znajdowała się w otwartej przestrzeni kosmicznej. Żadnych kipiących życiem planet, żadnych szlaków transportowych, żadnych mieniących się sztucznych satelitów. Tylko pustka, straszna pustka, w której znajdowała się ona sama i od czasu do czasu jakaś skała.

Silnik z jękiem przygotowywał się do kolejnego skoku podwarstwowego. Leki wciągały ją w niespokojny sen. Tracąc świadomość, znowu myślała o pracy, kłamstwach, zadowolonej minie urzędnika, z jaką patrzył, jak przelewała kredyty na jego konto. Zastanawiała się, czy kwota była wystarczająca. Musiała taka być. Musiała. Za dużo zapłaciła już za błędy, których nie popełniła.

Zamknęła oczy. Zawładnęły nią leki. Kapsuła zapewne leciała dalej.

Dzień 129., 306 standard WG

Zażalenie

Życie w przestrzeni kosmicznej wcale nie oznaczało życia w ciszy. Gruntowcy się tego nie spodziewali. Wszyscy, którzy wychowali się na planecie, potrzebowali trochę czasu, żeby się przyzwyczaić do trzasków i szumów statku, do wszechobecnego poczucia, że się mieszka w maszynie. Dla Ashby’ego jednak te odgłosy były tak zwyczajne jak bicie własnego serca. Po szumie filtra powietrza nad łóżkiem poznawał, że czas się budzić. Po znajomym grzechocie kamieni o zewnętrzny kadłub umiał ocenić, które są na tyle małe, że można je zignorować, a które oznaczają kłopoty. Po trzaskach zakłóceń w ansiblu był w stanie określić, jak daleko od niego znajduje się rozmówca. To były dźwięki życia astronauty, wyznaczniki odległości i stopnia narażenia na niebezpieczeństwo. Przypominały, jak kruche jest życie. Lecz dźwięki te oznaczały także bezpieczeństwo. Brak odgłosów świadczył, że powietrze już nie płynie, silniki już nie działają, a siatki sztugrawitacyjne już nie przyciągają stóp człowieka do podłogi. Cisza to cecha próżni na zewnątrz statku. Cisza to śmierć.

Były także inne dźwięki, dźwięki wydawane nie przez sam statek, lecz przez mieszkających w nim ludzi. Nawet w niekończących się korytarzach statków osadniczych słyszało się echo toczonych niedaleko rozmów, kroki na metalowych podłogach, głuche stukanie technika przeciskającego się między ścianami, żeby naprawić jakiś niewidzialny obwód. Statek Ashby’ego, „Wędrowiec”, był dość przestronny, lecz w porównaniu ze statkiem osadniczym, na którym się wychował, maleńki. Kiedy kupił „Wędrowca” i wypełnił go załogą, nawet on musiał się przyzwyczaić do ciasnoty. Lecz ciągłe odgłosy pracy, śmiechu i kłótni otaczających go osób zaczęły dodawać mu otuchy. Przestrzeń kosmiczna była pusta i czasami nawet najbardziej doświadczony astronauta patrzył na upstrzoną gwiazdami nicość z pokorą i poczuciem grozy.

Ashby lubił te dźwięki. Dobrze było wiedzieć, że nigdy nie jest sam, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, czym się zajmował. Budowanie tuneli przestrzennych nie było szczególnie wspaniałym zajęciem. Korytarze międzyprzestrzenne przecinające Wspólnotę Galaktyczną były tak zwyczajne, że traktowano je jak coś oczywistego. Ashby wątpił, czy przeciętny osobnik poświęcał budowaniu tuneli więcej uwagi niż parze spodni czy gorącemu posiłkowi. Lecz jego praca wymagała, by on myślał o tunelach, i to intensywnie. Jeśli siedziało się i rozmyślało o nich zbyt długo, wyobrażało sobie, jak statek nurkuje w przestrzeni i wyskakuje z niej jak igła z nitką… Cóż, takie myśli sprawiały, że człowiek cieszył się z hałaśliwego towarzystwa.

Ashby siedział w swoim biurze i przy kubku meku czytał serwis wiadomości, lecz nagle wzdrygnął się, usłyszawszy pewien szczególny dźwięk. Kroki. Kroki Corbina. Pełne gniewu kroki Corbina zbliżające się do jego drzwi. Ashby westchnął, przełknął irytację i stał się kapitanem. Przybrał neutralny wyraz twarzy i nadstawił uszu. Rozmowa z Corbinem zawsze wymagała chwili przygotowania i sporego dystansu.

Artis Corbin był utalentowanym algologiem i kompletnym dupkiem. To pierwsze na statku dalekiego zasięgu takim jak „Wędrowiec” miało zasadnicze znaczenie. Zbrązowienie partii paliwa mogło sprawić, że zamiast przybyć do portu, statek dryfował w nieznane. Połowę jednego z dolnych pokładów „Wędrowca” zajmowały kadzie z algami, które potrzebowały kogoś, kto by obsesyjnie regulował zawartość obecnych w nich składników odżywczych i zasolenie wody. Na tym polu brak towarzyskiej ogłady Corbina był jego atutem. On wolał zamykać się na cały dzień w komorze z algami i mamrocząc nad odczytami, poszukiwać tego, co nazywał „warunkami optymalnymi”. Ashby’emu warunki zawsze wydawały się optymalne, ale jeśli chodziło o algi, nie zamierzał wchodzić Corbinowi w drogę. Od kiedy Ashby sprowadził go na pokład, koszty paliwa obniżyły się o dziesięć procent, a było bardzo niewielu algologów, którzy w ogóle chcieliby przyjąć posadę na statku budującym tunele. Algi potrafiły być dość kapryśne podczas krótkiej podróży, a utrzymywanie ich w zdrowiu podczas podróży dalekiego zasięgu wymagało skrupulatności, a także wytrzymałości. Corbin nie znosił ludzi, ale uwielbiał swoją pracę i był w niej cholernie dobry. W przekonaniu Ashby’ego to czyniło go nadzwyczaj cennym. Nadzwyczaj cennym utrapieniem.

Drzwi się okręciły i Corbin wpadł do środka jak burza. Czoło miał jak zwykle zroszone potem, a siwiejące włosy na jego skroniach sprawiały wrażenie przylizanych. Ze względu na ich pilota na „Wędrowcu” trzeba było utrzymywać ciepło, lecz Corbin od pierwszego dnia wyrażał dezaprobatę dla panującej tu temperatury. Jego ciało jakby z czystej złośliwości nie chciało się zaaklimatyzować nawet po wielu latach spędzonych na statku.

Corbin miał czerwone policzki, ale czy spowodował to jego nastrój, czy wysiłek wejścia po schodach, można się było tylko domyślać. Ashby nie mógł się przyzwyczaić do widoku tak czerwonych policzków. Większość żyjących ludzi wywodziła się z Floty Exodusu, która wypłynęła daleko poza zasięg ich rodzimego słońca. Wielu z nich, jak Ashby, urodziło się na tych samych statkach osadniczych, które należały do pierwotnych uchodźców z Ziemi. Jego gęste czarne kędziory i bursztynowa skóra stanowiły rezultat mieszania się ludzi na tych ogromnych statkach na przestrzeni pokoleń. Na ogół ludzie, bez względu na to, czy urodzili się w przestrzeni kosmicznej, czy w koloniach, charakteryzowali się ponadnarodową exodańską mieszanką cech.

Natomiast Corbin niewątpliwie pochodził z Układu Słonecznego, chociaż ostatnie pokolenia ludzi z rodzimych planet zaczęły przypominać Exodan. Przy takiej mieszance genetycznej czasem pojawiały się tu i tam jaśniejsze odcienie, nawet we Flocie. Lecz Corbin był różowy. Jego przodkami byli naukowcy, wcześni badacze, którzy umieścili na orbicie wokół Enceladusa pierwsze satelity badawcze. Tkwili tam przez całe stulecia i czuwali nad bakteriami prosperującymi w lodowatych morzach. Ponieważ Sol stanowił nikły krążek wielkości odciska kciuka nad Saturnem, badacze z każdą dekadą tracili coraz więcej pigmentu. Efektem był Corbin, różowy człowiek wyhodowany do żmudnej pracy w laboratorium i życia pod niebem pozbawionym słońca.

Corbin rzucił na biurko Ashby’ego swój notek. Cienka, prostokątna tabliczka przepłynęła przez podobny do mgły pikselowy ekran i wylądowała z trzaskiem przed Ashbym. Kapitan machnięciem ręki nakazał pikselom się rozproszyć. Nagłówki informacji unoszące się w powietrzu rozwiały się w kolorowe smużki, a piksele spłynęły jak roje maleńkich owadów do skrzynek projekcyjnych umieszczonych po obu stronach biurka. Ashby spojrzał na notek i uniósł brwi.

— To chyba jakiś żart — odezwał się Corbin, kościstym palcem pokazując na notek.

— Niech się domyślę — powiedział Ashby. — Jenks znowu bawił się twoimi notatkami?

Corbin zmarszczył czoło i pokręcił głową. Ashby skupił wzrok na noteku, starając się nie roześmiać na wspomnienie ostatniego razu, kiedy Jenks włamał się do noteka Corbina i zastąpił staranne notatki algologa trzystoma sześćdziesięcioma dwoma ­różnymi fotograficznymi przedstawieniami samego siebie nagiego jak w dniu narodzin. Ashby pomyślał wtedy, że to z Jenksem niosącym sztandar Wspólnoty Galaktycznej jest szczególnie dobre. Mimo wszystko miało w sobie pewną dramatyczną godność.

Ashby wziął notek, obracając go ekranem do góry.

Do: Kapitan Ashby Santoso („Wędrowiec”, licencja WG na budowanie tuneli nr 387-97456)

Dot.: Życiorys Rosemary Harper (certyfikat administracji WG nr 65-78-2)

Ashby rozpoznał ten plik. To był życiorys ich nowej urzędniczki, która miała przybyć następnego dnia. Prawdopodobnie otrzymała już środki usypiające na czas długiej podróży i została przypięta we wnętrzu ciasnej kapsuły.

— Dlaczego mi to pokazujesz? — zapytał.

— Ach, więc już to czytałeś — rzekł Corbin.

— Oczywiście. Dawno temu kazałem wam wszystkim przeczytać ten plik, żebyście ją chociaż trochę poznali przed jej przybyciem.

Ashby nie miał pojęcia, do czego zmierza Corbin, ale to była zwykła procedura działania Corbina. Najpierw zażalenie, potem wyjaśnienie.

Jego odpowiedź była łatwa do przewidzenia, zanim jeszcze otworzył usta.

— Nie miałem czasu. — Corbin miał zwyczaj ignorowania zadań, które nie miały źródła w jego laboratorium. — Co ty sobie, u diabła, myślisz, sprowadzając na pokład takie dziecko?

— Myślałem, że potrzebuję dyplomowanego urzędnika — odparł Ashby.

Polemizować nie mógł z tym nawet Corbin. W dokumentach Ashby’ego panował bałagan i chociaż statek do budowania tuneli w zasadzie nie potrzebował urzędnika, aby utrzymać licencję, to procesy rozstrzygane przed Komisją Transportu WG stanowiły wyraźną oznakę, że wiecznie spóźnione raporty Ashby’ego nie zyskiwały mu przychylności. Karmienie i opłacanie dodatkowego członka załogi stanowiło nie lada koszt, lecz po starannym rozważeniu sytuacji i lekkim nacisku ze strony Sissix Ashby poprosił Komisję o przysłanie kogoś z uprawnieniami. Gdyby nie porzucił prób wykonywania dwóch prac naraz, jego firma mogłaby zacząć odczuwać bolesne tego skutki.

Corbin skrzyżował ręce na piersi i pociągnął nosem.

— Rozmawiałeś z nią?

— W zeszłym dziesięciodniu odbyliśmy rozmowę przez sib. Wydaje się w porządku.

— Wydaje się w porządku — powtórzył Corbin. — To krzepiące.

Następne słowa Ashby dobrał staranniej. Przecież miał do czynienia z Corbinem. Królem semantyki.

— Komisja ją zatwierdziła. Ma pełne kwalifikacje.

— Komisja pali łomot. — Znowu dźgnął palcem powietrze nad notekiem. — Dziewczyna nie ma doświadczenia w rejsach dalekiego zasięgu. Na ile się zorientowałem, nigdy nie opuściła Marsa. Niedawno skończyła uniwersytet…

Ashby zaczął odliczać na palcach. On też mógł się w to bawić.

— Ma dyplom uprawniający do obróbki formularzy WG. Odbyła staż w naziemnej firmie transportowej, co wymagało od niej tych samych podstawowych umiejętności, jakich szukam u niej ja. Posługuje się płynnie hanto, co naprawdę mogłoby otworzyć przed nami parę drzwi. Ma list polecający od jej profesora stosunków międzygatunkowych. I, co najważniejsze, z tej krótkiej rozmowy, którą z nią przeprowadziłem, wynika, że jest to ktoś, z kim mógłbym pracować.

— Nigdy wcześniej tego nie robiła. Jesteśmy w środku otwartej przestrzeni kosmicznej w drodze do przebicia się na ślepo, a ty sprowadzasz nam na pokład dziecko.

— Ona nie jest dzieckiem, jest po prostu młoda. I każdy kiedyś dostaje pierwszą pracę, Corbinie. Nawet ty musiałeś gdzieś zacząć.

— Wiesz, jaka była moja pierwsza praca? Szorowanie szalek w laboratorium ojca. Mogłoby ją wykonywać tresowane zwierzę. Tak powinna wyglądać pierwsza praca, a nie… — Ze wzburzenia zaczął bełkotać. — Mogę ci przypomnieć, co tu robimy? Latamy i przebijamy w przestrzeni dziury, bardzo dosłowne dziury. To nie jest bezpieczna praca. Kizzy i Jenks i tak śmiertelnie mnie przerażają swoją nonszalancją, ale oni przynajmniej mają doświadczenie. Nie będę mógł wykonywać swojej pracy, jeśli cały czas będę się martwił, że jakiś niekompetentny żółtodziób wciśnie niewłaściwy guzik.

To był sygnał ostrzegawczy, transparent z napisem „w tych warunkach nie mogę pracować”, że Corbin zaraz odleci. Nadszedł czas ustawić go z powrotem na torach.

— Ona nie będzie wciskać żadnych guzików. Nie robi niczego bardziej skomplikowanego niż pisanie sprawozdań i wypełnianie formularzy.

— A także kontaktuje się ze strażnikami na granicach, patrolami planetarnymi i klientami, którzy spóźniają się z zapłatą. Nie wszyscy ludzie, z którymi musimy współpracować, są mili. Potrzebujemy kogoś, kto potrafi się postawić, kto potrafi usadzić jakiegoś karierowicza, który myśli, że zna przepisy lepiej od nas. Kogoś, kto potrafi odróżnić prawdziwy stempel bezpieczeństwa żywności od przemytniczej podróbki. Kogoś, kto naprawdę wie, jak tu wszystko funkcjonuje, a nie jakiejś absolwentki o tępym spojrzeniu, która zmoczy się za pierwszym razem, kiedy zatrzyma się obok nas queliński egzekutor.

Ashby odstawił kubek.

— A ja potrzebuję kogoś, kto będzie utrzymywał porządek w moich dokumentach — rzekł. — Potrzebuję kogoś, kto będzie umawiał nas na spotkania, pilnował, żebyśmy przed przekraczaniem granic otrzymywali wszystkie wymagane szczepionki i wykonywali skany, i kto uporządkuje moje dokumenty finansowe. To skomplikowana praca, lecz nie trudna, jeśli nasza urzędniczka okaże się tak zorganizowana, jak przedstawia ją list polecający.

— Bardziej standardowego listu nie widziałem. Mogę się założyć, że ten profesor wysyła dokładnie taki sam list na prośbę wszystkich mięczaków, którzy miauczą mu pod drzwiami.

Ashby uniósł brew.

— Studiowała na uniwersytecie w Alexandrii, tym samym co ty.

Corbin prychnął drwiąco.

— Ja byłem na wydziale nauk przyrodniczych. To jest pewna różnica.

Ashby parsknął śmiechem.

— Sissix ma rację, Corbinie, ty naprawdę jesteś snobem.

— Sissix może iść do diabła.

— Zeszłego wieczoru słyszałem, że tak właśnie jej powiedziałeś. Słyszałem was z korytarza.

Któregoś dnia Corbin i Sissix pozabijają się nawzajem. Nigdy nie byli ze sobą w dobrych stosunkach i żadne z nich nie zamierzało szukać płaszczyzny porozumienia. Po tym gruncie Ashby musiał stąpać bardzo ostrożnie. Przyjaźnił się z Sissix jeszcze sprzed czasów „Wędrowca”, lecz od kiedy przyjął rolę kapitana, musiał traktować ich oboje tak samo jak członków załogi. Łagodzenie ich częstych utarczek wymagało delikatności. Na ogół starał się trzymać od nich z daleka.

— Czy w ogóle powinienem pytać?

Corbinowi drgnęły wargi.

— Zużyła resztkę moich dentbotów.

Ashby zamrugał.

— Przecież wiesz, że mamy w ładowni wielkie skrzynie pakietów z dentbotami.

— Nie z moimi dentbotami. Kupujesz te tanie partactwa, które drażnią dziąsła.

— Używam tych botów codziennie i moje dziąsła mają się świetnie.

— Mam wrażliwe dziąsła. Jeśli mi nie wierzysz, możesz poprosić Doktora Kucharza o moje dane dentystyczne. Muszę kupować własne boty.

Ashby miał nadzieję, że wyraz jego twarzy nie zdradzał, jak niskie miejsce zajmuje ta jeremiada na jego liście priorytetów.

— Zdaję sobie sprawę, że jest to denerwujące, ale my tu mówimy o jednym pakiecie dentbotów.

Corbin był oburzony.

— One nie są tanie! Ona to zrobiła tylko po to, żeby mnie rozzłościć, ja to wiem. Jeśli ta samolubna jaszczurka nie może…

— Hej! — Ashby się wyprostował. — To nie jest w porządku. Nie chcę więcej słyszeć tego słowa z twoich ust.

Jeśli chodzi o obelgi rasowe, „jaszczurka” nie była najgorszą z nich, ale była dość paskudna.

Corbin zacisnął wargi, jakby nie chciał, by wyrwały mu się dalsze niezręczności.

— Przepraszam.

Ashby się zirytował, ale, szczerze mówiąc, to był idealny przebieg rozmowy z Corbinem. Odciągnąć go od załogi, pozwolić mu się wyładować, zaczekać, aż przekroczy jakąś granicę, i skarcić go, póki nie poczuje skruchy.

— Porozmawiam z Sissix, ale musisz być uprzejmiejszy. I nie obchodzi mnie, jak bardzo jesteś wściekły; na moim statku takiego języka się nie używa.

— Ja tylko straciłem panowanie nad sobą i tyle.

Corbin wyraźnie nadal był zły, ale nawet on wiedział, że nie należy kąsać ręki, która go karmi. Wiedział, że jest cenny, ale w ostatecznym rozrachunku to Ashby wysyłał kredyty na jego konto. „Cenny” to nie to samo co „niezastąpiony”.

— Utrata panowania nad sobą to jedno, ale stanowisz część wielogatunkowej załogi i musisz mieć tego świadomość. Zwłaszcza wtedy, kiedy przyjmujemy na pokład nową osobę. A skoro już o tym mówimy, to przykro mi, że masz co do niej obawy, ale, szczerze mówiąc, to nie twój problem. Rosemary zaproponowała Komisja, lecz decyzja o zaangażowaniu jej należała do mnie. Jeśli okaże się, że popełniłem błąd, zatrudnimy kogoś innego. Do tego czasu wszyscy będziemy się trzymać zasady, że wątpliwości przemawiają na jej korzyść. Bez względu na to, co o niej sądzisz, spodziewam się, że serdecznie ją powitasz. Właściwie…

Po twarzy Ashby’ego rozlał się uśmiech.

Corbin spojrzał na niego nieufnie.

— Co?

Ashby odchylił się na oparcie fotela i splótł palce.

— Corbinie, chyba przypomniałem sobie, że nasza nowa urzędniczka przybędzie jutro około siedemnastej trzydzieści. Otóż mam umówionego siba z Yoshim punktualnie o siedemnastej, a wiesz, jak on uwielbia mówić. Wątpię, czy skończę, zanim Rosemary zadokuje, a będzie potrzebowała kogoś, kto ją oprowadzi.

— O, nie. — Corbin zrobił zbolałą minę. — Zleć to Kizzy. Ona uwielbia takie zadania.

— Kizzy ma pełne ręce roboty przy wymianie filtra powietrza przy ambulatorium i wątpię, czy skończy do jutra. Będzie jej pomagał Jenks, więc on też odpada.

— A więc Sissix.

— Sissix ma mnóstwo przygotowań przed jutrzejszym przebiciem. Zapewne nie będzie miała czasu. — Ashby uśmiechnął się szeroko. — Jestem pewien, że będziesz wspaniałym przewodnikiem.

Corbin spojrzał złowrogo na swojego pracodawcę.

— Czasami jesteś strasznie upierdliwy, Ashby.

Ashby wziął do ręki kubek i wypił do dna.

— Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Daleka droga do małej, gniewnej planety 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów