Aktorki

Aktorki

Autorzy: Łukasz Maciejewski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 29.99 zł

Błęcka-Kolska, Bohosiewicz, Budnik, Dancewicz, Gniewkowska, Grabowska, Gruszka, Hajewska-Krzysztofik, Kolak, Kulig, Kożuchowska, Kulesza, Kuna, Muskała, Nieradkiewicz, Ostaszewska, Preis, Trzepiecińska

 

Szczere rozmowy Łukasza Maciejewskiego z najważniejszymi polskimi aktorkami, które po raz pierwszy tak otwarcie opowiadają o swoich najszczęśliwszych i najtrudniejszych doświadczeniach.

18 historii o tym, jak nieprzewidywalne potrafi być życie.

A zwłaszcza życie gwiazd.

Co w karierze aktora przesądza o spełnieniu? Talent, determinacja, a może szczęście?

Jak pozostać sobą, gdy jest się nieustannie ocenianym przez innych?

 

Aktorki. Odkrycia to zbiór opowieści o kluczowych momentach w życiu bohaterek. O wydarzeniach, od których wszystko się zaczęło.

 

Życie aktorów jest podobne do naszego, ale wszystko w nim wydaje się intensywniejsze. Radości i splendor większe, stres i lęk przed porażką silniejsze, a los bywa jeszcze bardziej kapryśny.

Odkrycia do odkrycia

Czas na trzecią aktorską podróż. Dwa poprzednie tomy Aktorek – Spotkania i Portrety – wciąż są na rynku wydawniczym, a sprzedaż Portretów nawet stale rośnie… Z niektórymi bohaterkami obu książek, choćby z Danutą Stenką, Ewą Wiśniewską, Ewą Błaszczyk, Emilią Krakowską, Jolantą Fraszyńską i Małgorzatą Zajączkowską, zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, spotykając się wyłącznie z entuzjastycznym przyjęciem. Wobec tak życzliwej reakcji czytelników uznałem, że powinienem tę serię kontynuować.

Osiemnaście wyjątkowych kobiet. Lista moich marzeń. Do wspólnej przygody ponownie zaprosiłem artystki, które w ich pokoleniu cenię najwyżej. Szanuję za talent, konsekwencję, poglądy na sztukę i świetny gust. Żadna z pań mi nie odmówiła, kilka razy usłyszałem natomiast: „No nareszcie, a już myślałam, że nie doczekam się zaproszenia do twojej książki”.

Te rozmowy są jednak nieco inne. W przeciwieństwie do większości bohaterek pierwszego i drugiego tomu aktorki z Odkryć znałem wcześniej. Nie musiałem zatem walczyć z nieśmiałością, brakiem pewności siebie, czułem się bezpiecznie, mogłem zadawać trudniejsze, być może bardziej dociekliwe pytania.

Owszem, przyjaźnię się z Karoliną Gruszką i z Joasią Kulig, uwielbiam Agatę Kuleszę, Sonię Bohosiewicz, Gabrielę Muskałę, Kasię Gniewkowską czy Jowitę Budnik, a Iza Kuna to – w kategoriach czysto ludzkich – jedna z najważniejszych postaci w moim życiu. Mimo to prywatne kontakty na pewno nie były najważniejszym kryterium w doborze bohaterek i prowadzeniu rozmów. Liczyły się nade wszystko szacunek, uznanie dla talentu, dopiero na samym końcu sympatia czy wspólne wspomnienia.

Czasem chciałem złamać utrwalony stereotyp w postrzeganiu moich bohaterek. Udowodnić, że Renata Dancewicz – poza wybitną urodą i wdziękiem – jest jedną z najbardziej błyskotliwych kobiet, jakie znam, że Grażyna Błęcka-Kolska stworzyła w polskim kinie rzadko doceniany, unikatowy typ aktorski, a wyglądająca archanielsko Urszula Grabowska to dziewczyna z krwi i kości, nowohucianka o wyrazistych poglądach na życie i na sztukę. Inne są także proporcje zawodowe. Odkrycia to opowieść o aktorkach aktywnych, pracujących często od rana do nocy, a w niektórych przypadkach, co jest w Polsce rzadkością, przebierających w propozycjach filmowych czy telewizyjnych. Są krnąbrne, dociekliwe, mają mocny charakter. Odważnie mówią o swojej religijności (Grabowska, Kulesza, Kulig, Kożuchowska), ale i częściej niż bohaterki poprzednich tomów deklarują ukształtowane poglądy w kwestiach społecznych i politycznych. „Buntuję się przeciwko temu, co dzieje się w polityce, w sztuce, co zrobiono z naszym Starym Teatrem! Czuję się nabijana w butelkę albo ignorowana, uważana za nieszkodliwą kretynkę. Na to się nie zgadzam” – mówi Marta Nieradkiewicz. A Maja Ostaszewska dodaje: „Dziś nieangażowanie się wydaje mi się tak naprawdę obojętnością, przyzwoleniem. Nie można być oportunistą. Nie można godzić się na łamanie prawa, dyskryminowanie ze względu na płeć, pochodzenie czy orientację seksualną. Nie można dawać przyzwolenia na nacjonalizm, ksenofobię. Na znęcanie się nad zwierzętami”.

Maja Ostaszewska, Iza Kuna, Karolina Gruszka, Agata Kulesza i Kinga Preis są w zawodowym natarciu. Grają nawet w kilku filmach rocznie, mają plany na co najmniej dwa najbliższe lata. Z kolei Grażyna Błęcka-Kolska czy Katarzyna Gniewkowska wywodzą się z pokolenia czarnej dziury w polskim kinie po stanie wojennym, dlatego Gniewkowska, podobnie jak Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, swoją wybitną pozycję zawodową zawdzięcza przede wszystkim pracy w teatrze. Co ciekawe, dla obu aktorek mentorem był Krystian Lupa. „Koleżanki mówią często, że czekają na swoją rolę życia. Ja tego nie mam. Wiem, że taką rolę już zagrałam. To była właśnie Grusza” – opowiadała mi Katarzyna Gniewkowska, wspominając genialną rolę Gruszeńki w Braciach Karamazow Dostojewskiego w reżyserii Lupy w Starym Teatrze w Krakowie. Inaczej było w przypadku Joanny Trzepiecińskiej czy Renaty Dancewicz: na początku kariery grały w kinie jedną rolę po drugiej, ale od jakiegoś czasu film nie ma dla nich wartościowych propozycji. Czy im to doskwiera? Pewnie odrobinę, ale w żadnym razie nie miałem wrażenia, że rozmawiam z osobami sfrustrowanymi, nieszczęśliwymi, niezrealizowanymi zawodowo. Przeciwnie, kalendarz każdej z osiemnastu bohaterek wypełniony jest szczelnie: teatr, wyjazdy, radio, nagrywanie audiobooków, praca w szkołach artystycznych, recitale, telewizja, a jeszcze rodzina, jeszcze życie...

Poza tym zawód zawsze może przynieść nieoczekiwane niespodzianki. „Po tylu latach zdarzyło się coś, czego nie przewidywałam, nie brałam kompletnie pod uwagę, czyli że będę grała w filmach” – mówi Dorota Kolak. Z kolei również stosunkowo późno odkryta dla kina Agata Kulesza opowiada: „Lata posuchy zapracowały w moim przypadku na rodzaj dojrzałości i dystansu, i tego, że dzisiaj wiem, jak wygląda ten zawód w momencie, kiedy nie za bardzo cię kocha”. Małgorzata Kożuchowska, jej koleżanka ze studiów, ma status medialnej gwiazdy. W poświęconym Małgosi eseju piszę: „Tak, jest popularna, owszem, gra w serialach, ale jest też świetną aktorką. Jedną z najciekawszych w swoim pokoleniu”. A sama bohaterka pyta: „Jak obronić się przed popularnością, rozpoznawalnością, jak w tym pięknym, ale trudnym zawodzie zachować godność, mieć cały czas jasno określone kryteria, nie rozmieniać się na drobne, nie zagubić wartości, którym jestem wierna. Zmagam się z tym codziennie. Ciężko pracuję na to, żeby Kożuchowska nie była tylko twarzą z okładki”.

Spotykaliśmy się w różnych miejscach: w kawiarniach, klubach, ale także w garderobach teatralnych, hotelowych lobby, na wspólnych spacerach, najczęściej jednak w domach aktorek. Drewniany stół, sery i wino w mieszkaniu Izy Kuny, rozmowa na bajecznym tarasie domu Urszuli Grabowskiej, fajerwerki śmiechu w domach Joanny Kulig, Agaty Kuleszy i Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, piękne wnętrza mieszkań Joanny Trzepiecińskiej i Katarzyny Gniewkowskiej. To wszystko już ze mną zostanie, zapisało się w pamięci. Częściej niż dotychczas w naszych rozmowach pojawiał się Kraków: miasto, które sam wybrałem, na swój chropowaty sposób pokochałem i w którym mieszkam. To właśnie w Krakowie spotykałem się z Ulą Grabowską, Katarzyną Gniewkowską, Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik i z Martą Nieradkiewicz, to z Krakowem kojarzą mi się, mieszkające tu całe lata, absolwentki PWST – Joasia Kulig, Sonia Bohosiewicz, Maja Ostaszewska.

Wiele moich bohaterek bardzo się przede mną otworzyło; pojawiają się również wyznania prawdziwie przejmujące – jak w eseju o zbyt mocno doświadczonej przez los Grażynie Błęckiej-Kolskiej. Ale w Odkryciach, podobnie jak w Spotkaniach i Portretach, najważniejszy jest zawód. Tytuł zobowiązuje. Chodzi o aktorstwo, nie o plotki. Mówimy o twórczych spotkaniach, kolejnych rolach, wyzwaniach teatralnych, filmowych i telewizyjnych. Nie zawsze są to opowieści spełnione, nierzadko sukcesom teatralnym towarzyszą krew, pot i łzy. Albo konflikty z reżyserem. „Kiedy byłam młoda, wydawało mi się, że wszystko powinno rozgrywać się tu i teraz, że w zawodzie muszę czerpać przede wszystkim z siebie. Dzisiaj interesuje mnie psychologiczna wiarygodność tego, czego nie potrafię – praca nad bohaterkami, które przy pierwszej lekturze scenariusza wydają się obce” – opowiadała mi Iza Kuna. „Aktorstwo to profesja, w której musisz wybierać, i łatwo się w tych wyborach pomylić. Słucham intuicji, ale ona nie jest niezawodna. Na pewno trzymam się jednej, podstawowej zasady. Nie pracuję wyłącznie dla pieniędzy. Nie chciałabym się pod tym względem ugiąć” – to Karolina Gruszka. A Gabriela Muskała dodaje: „Pojawiła się nowa, nieoczekiwana dla mnie barwa. Ja, od zawsze kłębek nerwów, niepokojów, niedowartościowań i znaków zapytania, powoli orientuję się, że to wszystko minęło. Jest mi ze sobą dobrze”.

A nam jest dobrze z wami. Wspaniałe, utalentowane, błyskotliwe. Najlepsze z najlepszych. Aktorki znane z kina, teatru, telewizji, również z wielu wywiadów, chyba jednak nigdy wcześniej nie powiedziały o sobie tak wiele i tak pięknie. Są do odkrycia – w tej książce. Odkrycia do odkrycia.

Łukasz Maciejewski

Nakarmić kamień

Grażyna Błęcka-Kolska

„Wszystko jest, jak było. Nic się nie zmieniło. Świat żywy dokoła. […] Śpiewa ptak na niebie. Ja idę do ciebie. […] Łzy mi się skończyły. Bardzo gorzkie były. Jańcio miły, nie mam siły. Tak na ciebie czekać”.

W telewizyjnym widowisku Piosenki polne i okoliczne z 1996 roku nieruchomo wpatrzona w kamerę Grażyna Błęcka-Kolska śpiewa piękną pieśń Weronki z Jańcia Wodnika: „Wszystko jest, jak było. Wszystko jest, jak było”.

Ale wszystko się zmieniło.

Dwadzieścia lat później rozmawiam z człowiekiem złamanym. I obawiam się tej rozmowy, i nie wiem, jak ją poprowadzić. Chciałbym być delikatny, pytać o pracę, wiem jednak, że wcześniej czy później wypłynie temat związanego z pracą życia. I dramatu życia.

W Piosenkach polnych i okolicznych wystąpiła również Zuzanna Kolska. Pogodna, urodziwa, o wibrującym spojrzeniu.

„Łzy mi się skończyły. Bardzo gorzkie były. […] nie mam siły. Tak na ciebie czekać”.

Zima, przeczucie wiosny, godzina popołudniowa. Przyszedłem na nasze spotkanie wcześniej, żeby poukładać sobie w głowie pytania, niczego ważnego nie pominąć, nie zapomnieć.

To moje pierwsze spotkanie z Grażyną od najtrudniejszego wydarzenia w jej życiu – śmierci córki. Szum w głowie, znikąd pomocy. Nie jestem chyba najlepszym psychologiem, średnio radzę sobie w podobnych sytuacjach. Jak zacząć, jak zagaić rozmowę, jak sprostać wyzwaniu?

Jak na złość wszystko dookoła zdaje się rodzić do nowego, do życia. Świeża zieloność kontra zmęczona, znoszona już szarość. W tej powtarzalności naturalnego rytmu zawsze jest jakaś niespodzianka, niespodzianka mimo wszystko. Świat odradza się ni stąd, ni zowąd, za chwilę będzie maj, a za rok ktoś – kto? – znowu spowije nas spalinami, smogiem i dla niepoznaki przysypie śniegiem z bitą śmietaną. Czekam na Grażynę i już wiem. Od tego wystartujemy: od życia, działania, od pracy. Od tego, co jest, a nie tego, co było. Nie trzeba nikogo na siłę zmuszać do uśmiechu, zwłaszcza gdy raczej chce się płakać. Wymuszanie optymizmu za wszelką cenę to rzadki stopień okrucieństwa, można jednak, a prawdopodobnie nawet trzeba, starać się szukać lepszych stron, nawet jeśli proporcje nie są sprawiedliwe. Tych ciemnych stron jest więcej, jasnych zdecydowanie mniej. Zaczniemy od wiosny, tak myślę. Od działania.

Wiosna już tu jest. Właśnie przyszła Grażyna.

***

Filmy Kolskiego, ale nie tylko. Są i tacy – i nie chodzi wcale o małą grupę widzów – dla których Grażyna Błęcka-Kolska to przede wszystkim Kasia z Kogla-mogla Romana Załuskiego.

Ile razy można obejrzeć jeden film? Sądząc z liczby powtórek Kogla-mogla i drugiej części komedii – Galimatiasu, czyli kogla-mogla II – oraz widowni telewizyjnej, którą każdorazowo gromadzą owe repetycje, mówimy wręcz o fenomenie socjologicznym. Kevin sam w domu na Boże Narodzenie, Trędowata na Wielkanoc, Pan Wołodyjowski, Sami swoi i Kogel-mogel przez cały rok. Tak mniej więcej wygląda u nas ranking evergreenów.

Jak to często bywa, film Załuskiego spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem widzów i mocno sceptyczną opinią krytyki. „Och, jak trudno ukręcić!”, już w samym tytule recenzji ironizował Oskar Sobański. Na Błęcką-Kolską zwrócono jednak uwagę. Większość krytyków oceniła ją życzliwie: „Stworzona przez nią sylwetka jest bliższa życiu niż farsie. Ot, taki szczegół: biegnąc, wiejska dziewczyna wtula głowę w ramiona – ile aktorek ma o tym pojęcie?”, pisano.

Premiera Kogla-mogla odbyła się w sierpniu 1988 roku. W trzydziestą rocznicę tego wydarzenia ma powstać trzecia część kultowej serii.

Tamte dwa filmy stały się swoistymi fenomenami, ponieważ twórcom udało się chyba dotknąć czegoś prawdziwego, co się w Polsce dopiero budowało: druga połowa lat osiemdziesiątych, starannie odmalowana małomiasteczkowość, kobiety marzące o wyjeździe do dużego miasta, do centrum. Dalej: zdobywanie upragnionego samochodu, marzenia o meblościance i wyjeździe za granicę, chęć studiowania, ambicje. Plus talent scenarzystki Ilony Łepkowskiej do wyłapywania językowej melodii tamtego okresu. Nie tylko języka zresztą: tak się naprawdę wtedy ubierało, malowało. Często podchodzą do mnie kobiety, dziewczyny i mówią: „Wie pani, kiedy jest nam smutno, zawsze oglądamy Kogel-mogel. Ten film działa na nas jak najlepszy antydepresant”.

Jak trafiłaś do obsady Kogla-mogla?

Z castingu. Wygrałam, bo podobno miałam najlepszy kontakt z dziećmi.

Wcześniej miałaś bardzo niewielkie doświadczenie filmowe. Wystąpiłaś w kilku etiudach oraz w dwóch odcinkach serialu familijnego Rozalka olaboga w reżyserii Jadwigi Kędzierzawskiej.

Na studiach w Łodzi poznałam Dorotę Kędzierzawską, zaprzyjaźniłyśmy się. Zagrałam w serialu w reżyserii jej mamy, ale to było jakieś maleństwo. Większe rzeczy grałam w szkolnych etiudach Doroty Kędzierzawskiej, Jana Jakuba Kolskiego, Bogdana Kowalika. W Koglu… nikt ze mną niczego nie przygotowywał, nie omawiał. Od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Pamiętam pierwszy dzień zdjęciowy – reżyser Roman Załuski powiedział: „To jest twój ojciec, to jest twoja matka. Gramy!”. No i jakoś zagraliśmy.

Znowu zagrasz Kasię Solską?

Zagram, jeśli scenariusz będzie dobry, a w tym przypadku musi być świetny. Trudne zadanie. Ilonie Łepkowskiej udało się przed laty zarejestrować nowy wówczas język ulicy, fantastycznie wyłapać wszelkie neologizmy, zbitki językowe, oddać ducha tamtych czasów. Dzisiaj mówimy inaczej, rzeczywistość jest kompletnie inna, ludzie się zmienili. Nie ma już tak dużych różnic między miastem a wsią. I nie ma też wielu aktorów, z którymi wtedy występowałam. Przed panią Iloną trudne wyzwanie. Ale ona lubi wyzwania.

***

Natasza, Chanutka, Kuśtyczka, Kostucha, Weronka, Afonia. Imiona jej bohaterek w filmach Jana Jakuba Kolskiego brzmią jak z Kraszewskiego, Márqueza, Iwaszkiewicza, z Tokarczuk. Są z dobrej literatury. I z dobrego kina.

Sceny z aktorstwa Grażyny:

Zdziwione spojrzenie Andryszkówny w Cudownym miejscu. W tym spojrzeniu jest jednak dzikość, dzikość, z której sama bohaterka nie zdaje sobie sprawy.

Kadr z Pornografii – Maria jest w cieniu, niemal w mroku. Ale widać to, co niewidoczne: łkanie do wewnątrz. Mówi, że nie jest w stanie uporać się z lękiem, że się boi. Dlatego pije. Dookoła noc się stała. Na zewnątrz i wewnątrz niej.

Moja ulubiona scena z Pogrzebu kartofla – szalona dziedziczka po prostu idzie drogą i trzyma w dłoni kamień. Niby nic, bardzo zwyczajna sytuacja. Ona i kamień. A jednak w tej scenie jest wszystko, co u Kolskiego ważne. Symboliczny skrót i egzystencjalne rozwidlenie. Niepojęte rymuje się z typowym, szaleństwo staje się komponentem normalności. Chodzi o to, żeby – jak w tytule wybitnego, nagrodzonego literacką nagrodą Nike tomu wierszy Bronki Nowickiej – „nakarmić kamień”. Błęcka-Kolska wiedziała, jak to zrobić.

Grażyna karmicielka.

Kino Kolskiego to właśnie ona: tragiczna dziedziczka w Pogrzebie kartofla, naiwna wiejska dziewczyna w Jańciu Wodniku, kelnerka z przeszłością – i ze złowróżbnymi stygmatami – w Cudownym miejscu, Kostucha z kamieniem w miejscu serca w Grającym z talerza, wieloznaczna amantka z Afonii i pszczół.

Stała się symbolem oryginalnego filmowego świata. Oniryczna i realna, plebejska i tajemnicza, pani z kosą z Malczewskiego i puszczalska święta.

W połowie lat dziewięćdziesiątych Jacek Tabęcki pisał w „Filmie”: „Gra wyłącznie w filmach Kolskiego. Na szczęście ma w czym grać, bo Jan Jakub niemal nie schodzi z planu; na jeszcze większe szczęście ich filmy są tak różne od siebie, pełne zaskoczeń pod względem fabularnym i olśnień pod względem artystycznym, że aktorce ani widowni nie grozi monotonia”.

„Jej aktorstwo jest z pewnością inne. Pozbawione nadmiaru gestów, szarży. Potrafi dać klucz do postaci jednym nieefektownym gestem, spojrzeniem, jakąś bladą z pozoru ekspresją”, Jan Jakub Kolski opowiadał Pawłowi T. Felisowi w „Gazecie Wyborczej”.

A Grażyna w tym samym wywiadzie dodawała:

Lubię granie dokumentalne, lekko gburowate, jakby plecami.

W 1984 roku zagrała Matkę Boską w Małym dekalogu, szkolnej etiudzie studenta Wydziału Operatorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi – Jana Jakuba Kolskiego. I tak się zaczęło.

Najpierw Mały dekalog, potem kolejne ćwiczenia, krótkie formy: między innymi głośny film Ładny dzień, etiuda Nie zasmucę serca twego, nakręcony dla Wytwórni Filmów Oświatowych paradokument Słowiański świt.

W kinie Kolskiego stworzyła w sumie kilkanaście zazwyczaj pierwszoplanowych kreacji, zagranych jak gdyby na wdechu, jedna za drugą – to były role w spektaklach Teatru Telewizji: Opiekunka w Skrzypkach, Kobieta w Wyspie róż, Malina w Bajce o bardzo lekkim chlebie, role w filmach telewizyjnych: Lena we francusko-polskim Magneto oraz Kuśtyczka w Pograbku, wreszcie pamiętne kreacje w najgłośniejszych fabułach męża: dziedziczka Lachowiczowa w Pogrzebie kartofla, Weronka w Jańciu Wodniku, Grażynka Andryszkówna w Cudownym miejscu (nagroda aktorska Złote Lwy na festiwalu w Gdyni), Marianna w Szabli od komendanta, Kostucha w Grającym z talerza, Chanutka V w Historii kina w Popielawach, a po kilku latach przerwy: żona Hipolita w Pornografii według Gombrowicza, Natasza w niezmiernie popularnym Jasminum (Złota Podkowa za najlepszą rolę kobiecą na festiwalu w Cieszynie), tytułowa Afonia w filmie Afonia i pszczoły (Złoty Rycerz za główną rolę kobiecą na festiwalu w Moskwie) oraz Weronika w Wenecji na podstawie opowiadania Włodzimierza Odojewskiego.

„Każdą z tych ról aktorka wystylizowała inaczej – głosem, spojrzeniem, ruchem ciała, wkomponowaniem się w kadr – eksponując to wartości archetypiczne, to indywidualne, to biologię, to znowu poezję, przekształcając »żywą« bohaterkę w znak i odwrotnie”, pisał „Film”.

O pracy z Janem Jakubem Kolskim Grażyna mówi:

To naprawdę długa wspólna droga: i zawodowa, i prywatna. Tysiące wspomnień. Pograbka nakręciliśmy w ciągu siedmiu dni zdjęciowych. Siedem dni, wyobrażasz sobie? Mieliśmy tak mało taśmy, że musiał wystarczyć jeden dubel techniczny i jeden dubel aktorski. Nie można się było pomylić. Jańcio Wodnik to z kolei polski Kusturica. Film, który w dużym stopniu stworzył kino Kolskiego. Obejrzałam Jańcia… niedawno, po wielu latach przerwy; dobrze mi się oglądało. Myślę, że film ma pewne słabości, ale jest odrębnym zjawiskiem w polskiej kinematografii. Tam była znakomita atmosfera na planie. Kino rynkowe, producenckie dopiero raczkowało, i to był może ostatni moment, kiedy dla nikogo nie liczyły się jeszcze pieniądze. Wokół Janka pojawiła się grupa pasjonatów, dla których liczył się tylko film.

To był rzeczywiście stały team: grupa aktorów – z tobą, Franciszkiem Pieczką, Mariuszem Saniternikiem, a potem jeszcze z Krzysztofem Majchrzakiem na czele – kompozytor Zygmunt Konieczny, operator Piotr Lenar. Wszyscy o was pisali, mówili. Filmy Kolskiego były zapraszane do Wenecji i Cannes. Rzadko się dzisiaj o tym wspomina.

Mariusza Saniternika, muszę przyznać, sama odkryłam podczas spektaklu Słobodzianka w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Mówię do męża: „Jasiek, musisz go zobaczyć. To jest Pasiasia z Pogrzebu kartofla”. Zobaczył i obsadził w swoim debiucie fabularnym. Kiedy pojawiliśmy się w Cannes z Pogrzebem…, nikt nie dbał o promocję filmu, nikt się nami nie zajmował. Już na miejscu z Jaśkiem i z Piotrkiem Lenarem robiliśmy jakieś ulotki na ksero i wkładaliśmy do boksów dziennikarskich. Z jednej strony wielki świat, największy festiwal w Europie, z drugiej pełna partyzantka.

Filmy Kolskiego oglądało się w latach dziewięćdziesiątych zrywami, tym bardziej że kręcił jak szalony. Nawet dwie fabuły w ciągu roku, do tego dochodziły jeszcze widowiska telewizyjne, teledyski. Był na ustach wszystkich i każdy chciał o nim mówić. Dla mnie kino Jana Jakuba, a także rola, jaką odgrywała w nim Grażyna Błęcka-Kolska, znaczyły bardzo dużo, ponieważ były w pewnym sensie filmową inicjacją. Być może jedną z wielu, ale niezmiernie ważną.

Doskonale pamiętam tamte nastoletnie euforie. Najważniejszy był oczywiście Jańcio Wodnik, tuż za nim Pograbek, a potem debiutancki – odkryty przeze mnie dopiero kilka lat po Jańciu… – Pogrzeb kartofla, i dalej Cudowne miejsce (po premierze byłem sceptyczny, ale dziś uważam, że to jeden z najważniejszych filmów w dorobku Kolskiego). Pamiętam pierwsze wyjazdy na festiwale, pierwsze wywiady.

W 1993 roku, jako laureat gdańskiego Konkursu Wiedzy o Filmie, pojechałem do Łagowa na Lubuskie Lato Filmowe. Jan Jakub przyjechał z żoną i córką. Pokazywali Jańcia Wodnika. To była jedna z pierwszych zawodowych rozmów w moim życiu, wywiad dla tarnowskiego miesięcznika „Tarniny”. Siedzieliśmy w słynnym łagowskim Zamku, przez lata centrum dowodzenia wakacyjnej integracji środowiska filmowego w Polsce, w cieniu Baszty. Obaj dobrze zapamiętaliśmy tamto spotkanie.

Jan Jakub Kolski mówił mi wtedy: „Świat jest w swojej emanacji tak różnorodny, że możemy poznać zaledwie fragment, urywek. Nie ma powodu, żeby opowiadać o świecie nierozpoznanym; lepiej, gdy chcemy mówić o tym, który jest nam bliższy. Ja właśnie troszczę się o to, żeby mój widz w »mój świat« uwierzył. Żeby jednak przekonać widza, nie wystarczą zwykłe umiejętności zawodowe, których się nabywa w szkole filmowej, trzeba samemu ten świat rozpoznać. I ja go rozpoznałem. A że jest to wieś, to właśnie o niej chcę opowiadać. Na szczęście mam widzów dla swoich filmów – widzów, którzy chcą wierzyć w ten świat, którzy się w nim dobrze czują. A nie jest to przecież świat w potocznym rozumieniu normalny. Są tam postaci mitologiczne i realne, cuda w tym świecie przeganiają się z normalną rzeczywistością. Zresztą moje filmy nie są filmami wiejskimi, nie są filmami o wsi, lecz tam się rozgrywającymi. Wieś stanowi zatem tylko rodzaj dekoracji, która daje możliwość mówienia szeptem. Ja w ogóle nie lubię mówić głośno, krzyczeć. Mówiąc szeptem, w moim mniemaniu, mówimy uważniej i dokładniej. W filmie kręconym w mieście po prostu trzeba mówić głośniej i to tuszuje sedno tego, co naprawdę mamy do powiedzenia. Wieś to rodzaj dekoracji bez szumu, dlatego moje filmy są z horyzontem, z tajemnicą. Poza tym ja lubię pokazywać swój świat albo z bardzo wysoka, albo z niska. Próbując ustawiać nisko kamerę w mieście, zobaczyłbym nogi, koła samochodów, fasady budynków. Gdybym zaś ustawił kamerę wysoko, miasto pokazałoby mi dachy. Na wsi natomiast zobaczyć można horyzont – gdy ustawiam kamerę nisko, widzę rośliny, zwierzęta, a kiedy ustawiam kamerę bardzo wysoko, widzę cały świat”.

Pytałem dalej: „Jańcio Wodnik w ostatniej sekwencji na pytanie swojej żony Weronki, czy warto było czekać pięć lat na cofnięcie czasu, wiedząc, że jest to niemożliwe, odpowiada twierdząco. Wydaje mi się, że pańskie filmy są właśnie taką Jańciową próbą cofnięcia, zatrzymania czasu. Uchwycenia na taśmie filmowej klimatu małych społeczności dręczonych wielkimi problemami”.

I usłyszałem: „Tak to jest istotnie. Tylko proszę zauważyć, że w tych »małych ojczyznach« przegląda się cały świat, jak w lustrze. Pan Bóg z równym brakiem troski pilnuje wszystkich miejsc na świecie – tych małych i tych dużych. To dlatego w takich małych miejscach w moich filmach rozgrywają się tak wielkie dramaty. Pańskie pytanie skłoniło mnie zresztą do jeszcze jednej refleksji. Politycy nie dają sobie żadną miarą rady z naprawianiem świata, zatem powinni to za nich zrobić artyści. Oczywiście za jednym zamachem nie da się naprawić świata. Trzeba go naprawiać pomalutku i myślę, że artyści mogą to zrobić – każdy z osobna, po trochu, naprawiając go w swoim filmie, książce, w swojej muzyce. Mam nadzieję, że moja córka będzie żyła już w lepszym świecie”.

Dwadzieścia trzy lata później na festiwalu w Jeleniej Górze prowadziłem spotkanie z Janem Jakubem Kolskim. Podczas rozmowy z publicznością, po projekcji filmu Serce serduszko, reżyser mówił: „Ten film w jakimś stopniu mnie uratował, praca mnie uratowała. Stracić dziecko to znaczy stracić wszystko”. Potem usiedliśmy na chwilę w klubie festiwalowym. Zapytałem: „Panie Jakubie, pamięta pan nasze pierwsze spotkanie, wiele lat temu, w Łagowie?”.

„Pamiętam. Zuzia była z nami”.

***

Grażyna Błęcka-Kolska wystąpiła w zdecydowanej większości projektów Jana Jakuba Kolskiego. To miało przede wszystkim dobre, ale także złe strony. Uznanie krytyki i widzów, ale i pewne ograniczenie emploi do ról zagubionych dziewczyn ze wsi, w barchanach, lnianych koszulach, z wiankiem we włosach.

Magdzie Jaros-Kropidłowskiej z „Twojego Stylu” tłumaczyła:

Nie ma kina wiejskiego, tak jak nie ma miejskiego. Są tylko historie o ludziach.

Przełomem była rola w Pornografii. Grażyna pokazała, że aktorsko świetnie czuje się w roli kobiety dojrzałej, spełnionej i świadomej swojej kobiecości. Już nie rustykalna baba-dziwo, tylko neurotyczna szlachcianka, oderwana od rzeczywistości, przyklejona do gustownej buteleczki z alkoholem.

Chociaż Kolski zdominował jej filmografię, to gdy dobrze poszukać, można znaleźć kilka niespodzianek. Zagrała na przykład w Hotelu, dyplomowej etiudzie Karoliny Bielawskiej, autorki znakomitych dokumentów, w tym głośnego Mów mi Marianna.

Dla mnie udział w Hotelu był ważny również dlatego, że w Karolinie odnalazłam nie tylko wrażliwego artystę, ale i świetnego człowieka.

W 2000 roku Andrzej Wajda zaprosił ją na plan filmu Wyrok na Franciszka Kłosa według powieści Stanisława Rembeka. To bodaj jedyny w polskim kinie ślad fenomenu, jakim dwie dekady temu był manifest Dogmy proklamowany między innymi przez Larsa von Triera i Thomasa Vinterberga.

Błęcka-Kolska ma na koncie kilkadziesiąt ról filmowych – w fabułach, serialach, etiudach, krótkich metrażach. Grała i u debiutantów, i u mistrzów: Skolimowskiego, Krzystka, Wosiewicza, Dejczera, Wojtyszki.

***

Dzieciństwo spędziłaś w miejscowości o pięknej, nieco tajemniczej nazwie Kolumna – wypoczynkowej dzielnicy Łasku, na trasie z Łodzi do Wrocławia. Nie tylko nazwa jest piękna, również okolice. Wszędzie zielono. Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Kolumna-Las to najstarsza tego typu forma ochrony przyrody w województwie łódzkim: trzysta sześćdziesiąt pięć hektarów lasów z wyróżniającym się starodrzewem sosnowym oraz historyczną drewnianą zabudową letniskową. Ta zabudowa to wielkiej urody domy z wymyślnymi wieżyczkami, rozległymi tarasami, oryginalnymi łukami.

Kolumna to rzeczywiście piękna miejscowość usytuowana w sosnowym lesie, zaprojektowana w latach dwudziestych przez najlepszych architektów. W Kolumnie po wojnie zatrzymywały się transporty ze Wschodu. Wysiadali tam przesiedleńcy z Wilna, wśród nich moja babcia Wiktoria Plawgo, która przyjechała jednym z ostatnich transportów – z synami Piotrem i Pawłem oraz moją mamą Leonardą. Mój tata, Konstanty Błęcki, poznał mamę właśnie w Kolumnie.

Dzieciństwo wspominam bardzo zmysłowo. Truskawkowe pola, jak z piosenki Beatlesów, albo zbierane w lesie jagody, potem jedzone z cukrem. Język był cały fioletowy, fioletowy albo granatowy. Latem siadywałyśmy z koleżankami nad rzeką Grabią, czas się wydłużał, zdawał się nie mieć końca. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam fascynację Kościołem, ale to chyba nie była kwestia wiary, tylko dotknięcia czegoś niesamowitego. Rodzaj iluminacji. Kolegiata w Łasku to stare tajemnicze obrazy i siostra zakonna Mariola grająca na organach Bacha – to było misterium. Druga moja ucieczka: świat przyrody, natura. W Kolumnie wystarczyło zamknąć drzwi, przejść kilka kroków i już można było funkcjonować w innym, lepszym świecie drzew, zwierząt, pohukiwań, pomrukiwań.

Myślę, że tam zbudowałam swoją tożsamość, właśnie w Kolumnie. Chodzi nie tylko o las, ale też o drewnianą architekturę. Kolumna przypomina trochę podwarszawski Świder, szlachetne drewniane domy na linii otwockiej. Przed wojną to było miejsce, do którego przeprowadzali się ludzie z Łodzi czy z Pabianic. Piękne widoki, świeże powietrze, kontakt z naturą. W willach mieszkali Żydzi, Polacy, trochę Niemców i Rosjan. Styk kultur, koegzystencja. No a potem, wiadomo, wybuchła wojna. I koniec szczęścia.

Jako dziewczynka intuicyjnie czułam, że chcę robić coś więcej niż moi rówieśnicy. Szukałam siebie. Zapisywałam się na wszystkie możliwe kursy – malowałam i robiłam lalki, śpiewałam, rysowałam, uprawiałam sport. Dokądś na pewno mnie gnało, choć nie wiedziałam jeszcze dokąd. Aktorstwo też mnie fascynowało, może nawet nie tyle samo aktorstwo, ile wiersz, poezja, recytacja. Zapisałam się do kółka recytatorskiego w Łaskim Domu Kultury, prowadzonego przez pana Wiktora Jarzębskiego. Do dzisiaj pamiętam jego uwagi. Mówił mi na przykład: „Powiedz ten tekst tak, jakbyś biegła przez szpitalny korytarz – nocą, w ciemności”. To do mnie trafiało. To właśnie pan Jarzębski namówił mnie, żebym pojechała na tak zwane dni otwarte do Szkoły Filmowej w Łodzi. Byłam wtedy zupełnie zielona. Telewizora się nie oglądało, bo nie było czego oglądać – dwa programy zaledwie, marny repertuar. Moim jedynym oknem na świat było kino. W Kolumnie mieliśmy kino Leśne, a w Łasku aż dwa kina – Bałtyk i Garnizonowe. Dzisiaj nie ma po nich śladu. Jednym słowem, o aktorstwie miałam pojęcie dosyć mgliste.

Twoje lata studiów to stan wojenny, początek bojkotu aktorskiego, zupełny marazm w kinie i w teatrze.

W stanie wojennym wydział na jakiś czas zamknięto. Potem wróciliśmy do zajęć. Musieliśmy rozmawiać o polityce, na pewno były jakieś dyskusje, ale przede wszystkim ciężko się pracowało. Od rana do nocy. W nocy zresztą też. Mieszkałam w akademiku na drugim końcu Łodzi. Po wieczornych czy nocnych zajęciach wracaliśmy pieszo, bo autobusy już nie jeździły, a na taksówki nie było nas stać. W pokojach byliśmy o pierwszej lub drugiej w nocy. A rano: świeża bułka i mleko ze sklepu i pędem na zajęcia. I ciągle zajęcia, od rana do wieczora. Nie pamiętam, żeby w tym czasie polityka była na pierwszym miejscu, ja tego nie czułam, być może byłam zbyt młoda, za mało doświadczona. Ważyłam wtedy czterdzieści siedem kilogramów, miałam blond włosy do pasa – po prostu dziewczyneczka, chucherko takie.

***

Wiesz, ja byłam taką osobą, której wydawało się, że świat przerzuci na drugą stronę.

Co to znaczy?

Że masz takiego silnego ducha i taką energię w sobie, że możesz wszystko.

W 2003 roku w rozmowie w „Twoim Stylu” Grażyna Błęcka-Kolska mówiła, że chciałaby podarować córce przede wszystkim miłość, bezgraniczną. Żeby zawsze wiedziała, że miłość matki jest „jak mur za jej plecami”.

Po dwudziestu pięciu latach małżeństwa Grażyna rozstała się z Janem Jakubem Kolskim.

A 24 lipca 2014 roku to najważniejsza, najciemniejsza data.

Wstrętna pogoda, zacinający deszcz, śliska nawierzchnia. Toyota, którą prowadzi aktorka, wpada w poślizg. Samochód uderza w latarnię, ląduje na poboczu.

W tym dniu zginęła jedyna ukochana córka Kolskich – Zuzanna.

***

Dzisiaj rano, przygotowując się do naszej rozmowy, wpisałem twoje nazwisko do wyszukiwarki Google. Prawie nic o twoich rolach, o filmach, za to dziesiątki artykułów o wypadku, o śmierci córki. Nie wiem, co jest w tym gorsze: tabloidyzacja czegoś bardzo intymnego, prywatnego czy fałszywe, podbijające tak zwaną klikalność współczucie płynące z tych tekstów i komentarzy.

„Zabrali nam wszystko, co się należy człowiekowi w takich dniach: godność, prywatność, intymność, żałobę. Wszystko”, mówił w głośnym wywiadzie dla „Polityki” Jan Jakub Kolski.

Ani wtedy nie zaglądałam do internetu, nie sprawdzałam, nie czytałam, ani teraz tego nie robię. Zawsze jednak czuję, kiedy ukaże się coś nowego, ponieważ widzę to w spojrzeniach ludzi.

Kostucha w Grającym z talerza miała kamień zamiast serca. Twój kamień to serce bijące, serce zranione. Skamieniałe, a przecież jednak żywe. Karmisz kamień działaniem i smutkiem.

Chciałabym, żebyś na koniec napisał tak:

Grażyna Błęcka-Kolska

Mama Zuzy

Zuzanny Jagody Kolskiej

(3 V 1991–24 VII 2014)

I nic więcej.

Na niedzielę trzeba upiec ciasto

Sonia Bohosiewicz

Dostępne w wersji pełnej

Supermenka z supersamu

Jowita Budnik

Dostępne w wersji pełnej

Córa marnotrawna

Renata Dancewicz

Dostępne w wersji pełnej

Stalowa Magnolia

Katarzyna Gniewkowska

Dostępne w wersji pełnej

Wszystko za sprawą precli

Urszula Grabowska

Dostępne w wersji pełnej

Kopnąć głębiej

Karolina Gruszka

Dostępne w wersji pełnej

Smażone zielone pomidory

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik

Dostępne w wersji pełnej

Perkozy w trzcinach

Dorota Kolak

Dostępne w wersji pełnej

Księżniczka na opak

Małgorzata Kożuchowska

Dostępne w wersji pełnej

Pani Energia

Agata Kulesza

Dostępne w wersji pełnej

Już wiem, że chcę

Joanna Kulig

Dostępne w wersji pełnej

Głośny śmiech

Iza Kuna

Dostępne w wersji pełnej

Głową w dół na mokrą szmatę

Gabriela Muskała

Dostępne w wersji pełnej

Dzika róża

Marta Nieradkiewicz

Dostępne w wersji pełnej

Ja się angażuję

Maja Ostaszewska

Dostępne w wersji pełnej

Wiszę na makatce

Kinga Preis

Dostępne w wersji pełnej

Poukładałam sobie świat

Joanna Trzepiecińska

Dostępne w wersji pełnej

Spis fotografii

Grażyna Błęcka-Kolska, fot. POLFILM / East News

Sonia Bohosiewicz, fot. Daniel Duniak

Jowita Budnik, fot. Olga Majrowska (zdjęcie pochodzi z sesji dla magazynu „Viva”)

Renata Dancewicz, fot. Wojciech Olszanka / East News

Katarzyna Gniewkowska, fot. Iza Grzybowska (zdjęcie pochodzi z sesji dla „Twojego Stylu”)

Urszula Grabowska, fot. PULTYN / KORSAK / East News

Karolina Gruszka, fot. Wojciech Szlaga / Fotonova / East News

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, fot. Anna Włoch

Dorota Kolak, fot. Edyta Bartkiewicz / Anywhere.pl

Małgorzata Kożuchowska, fot. Marlena Bielińska/MOVE Picture

Agata Kulesza, fot. Album Online / East News (kadr z filmu Ida)

Joanna Kulig, fot. Adam Pluciński/MOVE Picture (zdjęcie pochodzi z sesji dla miesięcznika „Uroda Życia”)

Iza Kuna, fot. Grażyna Gudejko

Gabriela Muskała, fot. Maciej Zienkiewicz

Marta Nieradkiewicz, fot. Anna Powałowska

Maja Ostaszewska, fot. Adam Pluciński / TVN/MOVE Picture

Kinga Preis, fot. Bartek Wieczorek/LAF (zdjęcie pochodzi z sesji do magazynu „Uroda Życia”)

Joanna Trzepiecińska, fot. Michał Pasich / Teatr Polski w Warszawie

Copyright © Łukasz Maciejewski

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Yauganov Konstantin / Shutterstock.com

Redakcja

Ewa Kielan

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Projekt typograficzny

d2d.pl

Copyright © by Autor Książki XXXX

ISBN 978-83-240-4694-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Aktorki Aktorki: Portrety Flirtując z życiem Aktorki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia