Rodzinne więzy

Rodzinne więzy

Autorzy: Julie Lawson Timmer

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 21.30 zł

Po tragicznej śmierci męża Char Hawthorn niespodziewanie musi przewartościować całe swoje życie. W sennym miasteczku właściwie nic już jej nie trzyma poza pasierbicą, która nagle stała się jej obca.

Char Hawthorn mieszka wraz mężem i pasierbicą, energiczną piętnastolatką, w niewielkim miasteczku w Michigan, szczęśliwa, że znalazła równowagę między pracą i życiem rodzinnym. Kiedy jednak jej mąż nieoczekiwanie ginie w wypadku samochodowym, Char nagle odkrywa, że jako macocha ma niewiele do powiedzenia – w świetle prawa bowiem tylko Lindy, pochłonięta swoimi sprawami biologiczna matka Allie, może decydować o jej losie. A Lindy chce, by córka zamieszkała razem z nią w Kalifornii.

Tymczasem Allie opuszcza się w nauce i coraz częściej kłóci się z macochą. Jedynym stałym punktem w jej życiu pozostaje przyjaźń z Morgan, dziesięciolatką, której Allie udziela korepetycji. Pewnego dnia Morgan, która od urodzenia tułała się po rodzinach zastępczych i dopiero dwa lata temu wreszcie została adoptowana, znika. Char musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak będzie wyglądać jej przyszłość bez Allie i co powinna zrobić w sprawie Morgan, dziewczynki wciągniętej w tryby okrutnego systemu.

Julie Lawson Timmer próbuje odpowiedzieć na pytanie o istotę prawdziwej rodziny i o miłość, która czasem nie zna granic.

Złożona opowieść o nietypowej, a jednak jakże prawdziwej rodzinie. (…) Timmer traktuje trudny, wywołujący ogromne emocje temat z szacunkiem i otwartością, unikając ostrych sądów. "Rodzinne więzy" to przepiękna mozaika złożona z wielu aspektów miłości,  choćby najbardziej potrzaskanej.

"Shelf Awareness"

Przedstawia ludzkie relacje oraz ideę rodziny w bardzo współczesnej, bliskiej czytelnikowi scenerii.

"REDBOOK"

Wciągająca, przemyślana powieść.

Emily Giffin

Cudowne postacie i fabuła sprawią, że będziecie niecierpliwie przewracać kolejne kartki aż do klimatycznego zakończenia.

„RT Book Reviews”

Przepięknie napisana, podnosząca na duchu pochwała rodzin złączonych nie więzami krwi czy zasadami prawa, ale miłością.

„Kirkus Reviews”

Harper Lee napisała kiedyś, że wybiera się przyjaciół, ale nie rodzinę. W powieści "Rodzinne więzy" Julie Lawson Timmer obala to anegdotyczne stwierdzenie i udowadnia, że współczesna rodzina w istocie składa się z często obcych sobie ludzi, którzy jakimś cudem odnaleźli się w tym wielkim świecie, choćby najbardziej okrężnymi drogami. Sedno tej opowieści to niezwykła podróż, której celu nikt z nas do końca nie zna. Jeśli chcecie polecić znajomym z klubu książki jakąś nietypową historię, wzruszająca powieść Timmer z pewnością okaże się świetnym wyborem.

Elisabeth Egan

Julie Lawson Timmer wychowała się w Stratford w prowincji Ontario (Kanada). Uzyskała licencjat na McMaster University i dyplom wydziału prawa na Southern Methodist University. Pracuje jako etatowy radca prawny firmy motoryzacyjnej w Michigan. Mieszka w Ann Arbor z mężem i czwórką dzieci. "Ostatnie pięć dni" to jej pierwsza powieść.

Tytuł oryginału

UNTETHERED

Copyright © 2016 by Julie Lawson Timmer

All rights reserved including the right of reproduction

in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement

with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin

Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Projekt okładki

Justyna Tarkowska/mile widziane

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-519-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Moim rodzicom

Rozdział 1

Char skuliła się w ławce. Nadal gryzła się z powodu tej trumny. Chwilę trwało, zanim jej brat, Will, zorientował się, co się dzieje. Podobnie jak reszta zgromadzonych po ostatnich słowach księdza podniósł się z miejsca. Czekał teraz z wyciągniętą ręką, żeby pomóc siostrze wstać i odprowadzić ją do sali spotkań.

– Daj mi chwileczkę – szepnęła Char.

– Spokojnie, nie musisz się spieszyć. – Will usiadł z powrotem obok niej i otoczył ją ramieniem. – Zaczekamy.

Ze względu na prognozy pogody – rano piętnaście centymetrów śniegu, a w okolicach południa marznący deszcz – pastor zaprosił żałobników na skromny poczęstunek od razu po ceremonii pogrzebowej. Nikt nie wybierał się na cmentarz, by uczestniczyć w składaniu trumny do grobu, ale przecież nie warto było ryzykować wypadku. Na razie ciało miało więc pozostać w kościele.

– Trzeba było wybrać ciemniejsze drewno – mruknęła Char. – Bradley byłby oburzony na widok tego obrzydlistwa.

Dopiero dwie godziny przed mszą zauważyli, że wybrana przez nich trumna ma z boku ogromny sęk.

– Wydaje mi się, że bardziej przeszkadzałoby mu co innego – odparł Will. – Na przykład fakt, że sam znajduje się wewnątrz tej skrzyni.

– Will, mówię poważnie.

– Nieprawda, Charlotte. Nie możesz na serio sądzić, że twój mąż przejąłby się takim malutkim sękiem z boku trumny. Nawet by go nie zauważył.

– Wcale nie jest taki malutki. A Bradley na pewno by go zauważył. Zawsze był perfekcjonistą. Ostatecznie pracował w kontroli jakości. Był…

– Uwielbiał łazić po lesie z żoną i córką – przerwał jej Will. – Chyba zdawał sobie sprawę, że las składa się z drzew. A te z kolei mają sęki.

– Pamiętasz, mieli też na stanie czarne trumny – ciągnęła Char. – Zrobione z syntetycznego… czegoś tam. Założę się, że któraś z nich byłaby znacznie lepsza, taka idealnie gładka. Bez żadnych skaz. Źle wybrałam…

– A ja dam sobie głowę uciąć, że tamte też miały sztuczne sęki, celowo zrobione w warstwie farby, żeby wyglądały jak z prawdziwego drewna – wytknął Will, rysując palcem kółko na ramieniu siostry. – Gdzieś tam, w jakimś innym amerykańskim kościele inna wdowa wyrzuca sobie właśnie, że wybrała trumnę z czegoś równie sztucznego zamiast takiej z prawdziwego drewna. Z cudownie naturalnym sękiem pośrodku. – Przyciągnął siostrę do siebie i mocno przytulił, kładąc kres dalszym dywagacjom. Ale Char doskonale wiedziała, że tak naprawdę miał ochotę zdzielić ją przez głowę, by wreszcie dała spokój z tym cholernym sękiem. Rozmawiali już o tym co najmniej trzy razy.

Poklepała brata po kolanie, by podziękować mu za cierpliwość, i westchnęła:

– Ja tylko… Po prostu jestem zła na samą siebie, że nie sprawdziłam wszystkiego, rozumiesz? Dokładnie tak, jak on by zrobił. Zawsze był taki skrupulatny. We wszystkim. Gdyby w mojej trumnie znajdował się sęk, on na pewno wiedziałby o tym zawczasu i zaaprobował go wystarczająco wcześnie. Dzięki temu nie gapiłby się potem na niego przez całą mszę, zastanawiając się, jakim cudem… – Uniosła ręce zniecierpliwionym gestem, a potem zasłoniła dłonią usta. – Nigdy by nie… – Spróbowała jeszcze raz, ostatecznie jednak zrezygnowała i zwyczajnie wybuchnęła płaczem.

– Już dobrze. – Will cmoknął ją w skroń. Sięgnął po jej torebkę i wyjął z niej chusteczkę, którą następnie wcisnął Char do ręki.

Otarła nos i osunęła się jeszcze niżej w ławce, wciąż wtulona w brata.

– Wiem, że muszę się wziąć w garść i tam wyjść, ale zwyczajnie nie potrafię…

Skrzypnęły drzwi kaplicy. Poczuła, że Will się obraca.

– Cześć, Allie – powiedział.

Char wyprostowała się gwałtownie i ponownie wydmuchała nos, a potem otarła oczy rękawem i wykrzywiła twarz w namiastce uśmiechu. W samą porę, bo piętnastolatka właśnie podeszła do ich ławki.

– Allie! Chyba się o nas nie martwiłaś? Ja tylko… – Char urwała, rozpaczliwie szukając w głowie jakiejś wymówki – …rozmawiałam z wujkiem Willem o tym, czy przypadkiem nie odwołają mu jutro lotu powrotnego. Sama rozumiesz, pogoda. – Postawiła torebkę na podłodze i gestem wskazała miejsce obok siebie.

Allie popatrzyła na nich, zanim opadła ciężko na siedzenie obok Char i poklepała ją po kolanie.

– Gapiłaś się na trumnę taty.

– Nie – zaprzeczyła natychmiast Char. – Właściwie to nie do końca. Ja po prostu…

– Ciągle nie możesz przeżyć tego cholernego sęka.

Will zachichotał cicho, Allie mu zawtórowała, a Char posłała bratu pełen wdzięczności uśmiech.

Telefon zadzwonił w poniedziałek wieczorem. Na autostradzie US-127 North doszło do wypadku. Oblodzona szosa, karambol czternastu aut. Sześć karetek. Trzy ofiary śmiertelne. Char i Allie praktycznie nie ruszały się z kanapy w salonie, jeśli nie liczyć wizyt w toalecie, dopóki Will nie złapał pierwszego lotu z Karoliny Południowej i nie zjawił się u nich we wtorek po południu.

Gdyby nie kazał im się umyć i przebrać, bardzo możliwe, że ciągle by tam tkwiły, wczepione w siebie, zapłakane. Zresztą nawet po jego przyjeździe nie przestały szlochać. Ale dzięki niemu udało się przynajmniej wszystko jakoś zorganizować. Powiadomić krewnych i znajomych. Coś zjeść. Umyć i uczesać włosy. Wreszcie – podzielić się wspomnieniami o zmarłym Bradleyu Hawthornie, także tymi zabawnymi.

– Uważaj na słowa, młoda damo – zgromiła ją szeptem Char. Dotąd zawsze to Brad upominał w ten sposób córkę. Uparł się, że będzie jedyną nastolatką w całej Ameryce, która nie przeklina.

– Przepraszam, tato – rzuciła Allie w stronę trumny, a potem przysunęła się bliżej Char i położyła głowę na jej ramieniu.

Char natychmiast ją objęła i cmoknęła w skroń.

– Trzymasz się jakoś?

Allie skinęła.

– Jestem z ciebie dumna. Tata też by był.

– Wiem.

– Naprawdę powinniśmy już się zbierać. Ludzie nie odpuszczą, dopóki nie zamienią paru słów z krewnymi zmarłego, a przy tej pogodzie nie powinnyśmy ich tu za długo trzymać.

Allie wtuliła się w nią mocniej i poprosiła:

– Jeszcze pięć minutek?

Char wtuliła policzek w jej włosy.

– Dobrze, ale tylko pięć.

Will pogładził siostrzenicę po karku, a potem zastygł nieruchomo. Char wsłuchiwała się w szum grzejników, w cichy, równy oddech Allie, w brzęk klepaków w kieszeni brata, który właśnie poprawił się na swoim miejscu. Niewielkie kinkiety, które podświetlały kościelne witraże, rzucały pomarańczowe światło, dodając miękkości barwom szybek, co tworzyło kojącą atmosferę.

Tak chyba będzie lepiej, pomyślała Char. Czy piętnastolatka naprawdę potrzebuje, by ostatnim wspomnieniem o jej ojcu był obraz trumny spuszczanej do grobu? Czy istnieje bardziej posępne, samotne miejsce niż cmentarz w jakimś zasypanym śniegiem miasteczku w Michigan? Wyobrażała sobie grupkę pracowników domu pogrzebowego, skulonych w swoich czarnych płaszczach wokół prostokąta wykutego w zmarzniętej ziemi, pozbawione liści drzewa, które nie dawały żadnej osłony przed lodowatym wiatrem i śniegiem, zasnute chmurami niebo, puste i niedostępne. Lepiej, żeby ich ostatnie spotkanie z Bradleyem odbyło się tutaj – w ciepłej, łagodnie oświetlonej kaplicy. Char przytuliła Allie tak mocno, że dziewczynka westchnęła.

Obie podskoczyły nerwowo, gdy nagle za ich plecami rozległ się hałas. Ciężkie podwójne drzwi otworzyły się na oścież, wpuszczając do środka gwar i światło. Wszyscy troje obejrzeli się, mrużąc oczy. Jakaś kobieta przestępowała z nogi na nogę w progu, otrzepując z butów bure błoto. Energicznie zatarła dłonie w rękawiczkach, strząsnęła płatki śniegu z włosów i zabrała się do poprawiania loków.

– Nie zdążyłam! – krzyknęła dramatycznie, rozglądając się po pustych ławkach. – Cholera! Tak mi przykro, ale na drogach prawdziwa ślizgawica! Spróbujcie złapać taksówkę w Detroit przy takiej pogodzie! I znaleźć taksówkarza, który zgodzi się na przejażdżkę aż do Mount Pleasant!

Zatupała ostatni raz i nachyliła się, żeby otrzepać z butów resztki śniegu. Potem podeszła parę kroków, odłożyła na ławkę torebkę, wyjęła z niej parę szpilek z odkrytymi palcami i ustawiła je na podłodze przed sobą. Ściągnęła rękawiczki i schowała je do torebki, zanim ostatecznie przerzuciła starannie złożony płaszcz przez oparcie ławki. Dopiero wtedy zdjęła kozaki, wsunęła stopy w szpilki i wygładziwszy mocno dopasowaną sukienkę, która nie sięgała jej nawet kolan, raz jeszcze poprawiła włosy. W końcu, z uśmiechem wystarczająco szerokim, by było widać wszystkie jej wybielane zęby, rozłożyła szeroko ramiona.

– Kochanie!

Allie podniosła się z miejsca.

– Cześć, mamo.

Rozdział 2

– Nie przywitasz się z matką?

Allie ruszyła powoli w jej stronę. Lindy – pierwsza żona Bradleya – potrząsnęła niecierpliwie rękami, ale nie zrobiła nawet kroku, by zmniejszyć dzielącą je odległość. To Allie musiała podejść do niej i pozwolić zamknąć się w objęciach.

– Kochanie!

Char widziała, jak Lindy szepcze coś córce do ucha, nie zdołała jednak nic dosłyszeć. Nastolatka tylko pokiwała głową i otarła oczy, by zaraz na powrót zanieść się szlochem.

– Moja maleńka – rzuciła Lindy, całując jej włosy.

Kiedy Allie wreszcie się uspokoiła, Char i Will zdecydowali się do nich dołączyć. Lindy wypuściła córkę z ramion i chwyciła dłonie Char.

– Charlotte! – Przechyliła głowę, jakby nad czymś się zastanawiała, po czym najwyraźniej uznała, że samo trzymanie za ręce to za mało, bo puściła dłonie Char i objęła ją. Char musiała udawać, że nagły atak kaszlu to skutek przemożnej rozpaczy, a nie działania duszącej mieszaniny lakieru do włosów, olejku kokosowego i perfum.

– Biedactwo! – westchnęła Lindy, przyciskając ją jeszcze mocniej. – Jak się czujesz?

– Wszystko w porządku – mruknęła Char. Kiedy wreszcie udało się jej wyswobodzić, stanęła obok brata. – Chociaż nie, nic nie jest w porządku. Ale chyba sama rozumiesz. – Ujęła dłoń Allie. – W każdym razie jakoś sobie radzimy. A ty jak się trzymasz? Wiem, że ostatnio nie układało się między wami, ale przecież kiedyś byliście sobie bliscy.

– Och, to prawda. Bez dwóch zdań. Na tyle bliscy, by powołać na świat tę oto ślicznotkę.

Wyrwała Char rękę córki i zamknęła ją w swoich dłoniach. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ich splecione palce, po czym dotknęła opuszkiem paznokcia na kciuku córki. Lakier był odpryśnięty. Allie natychmiast schowała rękę za plecami.

Lindy popatrzyła ponad ramieniem Char na trumnę i przycisnęła dłoń do piersi.

– Był moją pierwszą miłością. Po prostu nie mogę uwierzyć, że… mój Bradley… – Uniosła rękę do ust. – A ja spóźniłam się na jego pogrzeb. Musielibyście słyszeć, jak wrzeszczałam na taksiarza, żeby się pospieszył…

– Dlatego prosiłam, żebyś przyjechała wcześniej – przerwała jej Allie. – Jesteśmy w Michigan i jest styczeń. Każdy by się domyślił, że…

– Mamusia już przecież jest. – Lindy posłała córce blady uśmiech i przeczesała jej włosy, a potem potarła w palcach ich końcówki, marszcząc brwi.

Allie szarpnęła głową i pasmo jasnych włosów wysunęło się z palców matki.

– Ale mogłaś tu być na czas…

– A kim jest twój przystojny towarzysz, Charlotte? – Lindy wyciągnęła do Willa dłoń, która nagle zawisła w powietrzu, kompletnie bezużyteczna.

– To mój brat, Will – wyjaśniła Char. – Will, poznaj Lindy.

– A więc to jest wujek Will? Miło mi pana poznać. – Lindy przytrzymała dłuższą chwilę rękę Willa w swoich dłoniach. – Allie wspominała, że przez ten tydzień był pan dla nich prawdziwą opoką.

– To prawda – przytaknęła Char, kątem oka obserwując, jak jej pasierbica otwiera, a zaraz potem zamyka usta. Była gotowa założyć się o każde pieniądze, że dziewczyna miała ochotę wytknąć matce: „Wujek Will przyleciał parę dni temu”.

Will zbył pochwały lekceważącym gestem, a potem położył dłoń na plecach siostry.

– Możecie się mną pozachwycać przy kolacji, ale teraz lepiej chodźmy już do gości.

– Jedną chwileczkę – rzuciła Lindy i wskazując na trumnę, dodała: – Zaraz was dogonię. To byłoby chyba zbyt gruboskórne z mojej strony, gdybym zażartowała, że wreszcie to do mnie należy ostatnie słowo.

– Nam też zdarzyło się parę niezbyt stosownych żartów – uspokoiła ją Char. – Na pewno nie miałby nic przeciwko temu. – Posłała Lindy uśmiech, a potem okręciła się na pięcie. Allie i Will ruszyli za nią.

– Och, wspólną kolację zjemy jutro – zawołała za nimi Lindy. Wszyscy troje przystanęli i popatrzyli na nią pytająco, Char usłyszała, jak Allie gwałtownie wciąga powietrze. – Na dzisiejszy wieczór jestem już umówiona ze znajomymi, którzy zaraz potem muszą jechać na lotnisko. O ile ich lotu powrotnego też nie odwołają. Większość z nas zdołała się stąd wyrwać całe wieki temu, sami rozumiecie. – Lindy zatoczyła ręką wokół, ale z pewnością nie chodziło jej wyłącznie o kościół pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela, tylko o całe Mount Pleasant, Char nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

– Ale mamo! – obruszyła się Allie. – Przecież dopiero co przyjechałaś! A jutro po południu wujek Will wyjeżdża!

Will przysunął się bliżej siostrzenicy.

– Nie ma sprawy, Allie – szepnął. – Przynajmniej miałem okazję poznać twoją mamę.

– Zostaję do środy. – Lindy posłała córce równie blady uśmiech, co poprzednio, jakby to ostatecznie kończyło dyskusję. – Zjemy razem kolację przy innej okazji. A z wujkiem Willem zdążę przecież się zobaczyć jutro, prawda?

– Oczywiście – zapewnił Will. – Lot mam dopiero o czwartej.

– Cudownie – dodała Lindy.

– Ale mamo… – Allie zrobiła krok w jej stronę, ale Lindy ruszyła już w stronę trumny, zawodząc:

– Och, mój biedny Bradley!

– Mamo!

Nie zwolniła kroku. Jej głośny szloch zagłuszył słowa córki.

Rozdział 3

Char stała z Willem tuż przy drzwiach, obok stołu z przekąskami.

– Doskonałe rozwiązanie. Ludzie mogą wziąć kawę i ciastko, złożyć wdowie kondolencje i dyskretnie się zmyć – mruknął Will, wskazując za siebie.

Stolik przy wejściu uginał się od brudnych naczyń, pod nim umieszczono kosz na śmieci.

– Świetnie pomyślane. Niczym linia produkcyjna w fabryce. Bradley na pewno pochwaliłby takie rozwiązanie.

Char uśmiechnęła się lekko. Bradley miał błyskotliwy umysł, cudownie zgryźliwe poczucie humoru i wręcz nieprzebrane pokłady oddania dla rodziny – ale i tak wszyscy zawsze bezlitośnie żartowali z jego zamiłowania do porządku. Zresztą sama Char nieraz mu z tego powodu dokuczała, choć w głębi ducha uważała tę jego cechę za nieprawdopodobnie seksowną. Jej zdaniem było coś pociągającego w mężczyźnie, który przejmował się nawet najdrobniejszymi szczegółami i dbał o to, by były one zorganizowane tak, jak sobie tego życzył.

Jakość, precyzja, skuteczność i perfekcja w działaniu, biegła znajomość metody Six Sigma: to nie były dla niego jedynie gładkie zwroty opisujące zajmowane przez niego stanowisko, ale sposób na życie. A czternastogodzinny dzień pracy w fabryce General Motors w Lansing stanowił bardziej przywilej niż obowiązek. Miałby wyjść wcześniej (czy nawet o czasie), podczas gdy tyle niedoróbek ciągle czekało na wykrycie i naprawienie? Nigdy w życiu!

Char często żartowała: „Zachowujesz się jak dzieciak szukający czekoladowych jajek na Wielkanoc. Czy po tych wszystkich latach naprawdę ciągle czujesz podekscytowanie na myśl, że możesz »wprowadzać szybkie i trwałe zmiany w procesie produkcji«?”. To był tajemny język świata Six Sigma – którym zresztą zarówno Char, jak i Allie potrafiły się świetnie posługiwać. A Bradley, który zawsze z wdziękiem znosił ich docinki, w takich momentach śmiał się tylko i odpowiadał, że to na pewno jedynie pytanie retoryczne.

Char przyjrzała się stołowi, na którym w krzywych stosach piętrzyły się brudne filiżanki i talerzyki. Niektóre się powywracały, tworząc na ceracie bure plamy rodem z testu Rorschacha. Obok naczyń, nie znalazłszy swej drogi do kosza na śmieci, walało się parę zmiętych serwetek i trochę okruchów.

– Miałby używanie – rzuciła pod nosem. – Pewnie przerwałby imprezę w połowie, podzieliłby wszystkich na podgrupy i zaczął analizować, co poszło nie tak. Każda grupa musiałaby złożyć stosowny raport z zestawieniem danych wyjściowych i końcowych, raczej nie obyłoby się bez tabelek w Excelu. Wspominałam ci o naszym najnowszym, udoskonalonym i usprawnionym systemie przygotowywania kolacji i sprzątania po niej? Zapytaj Allie. To było prawdziwe szaleństwo.

– Tak się zastanawiam, czy nie powinniśmy przestać żartować sobie z jego niewzruszonego perfekcjonizmu – odparł Will półgłosem. – Biedak nie może się już nawet bronić.

– Ale przecież on to uwielbiał – rzuciła Char, po czym odwróciła się w stronę swojej przyjaciółki Colleen, która właśnie do nich podeszła.

– Na pewno rozmawiacie o Bradleyu. – Colleen pocałowała Char, a później cmoknęła w policzek Willa. – Słyszałam coś o niewzruszonym perfekcjonizmie.

Podobnie jak Bradley i Lindy, Colleen wychowała się w Mount Pleasant. Uwielbiała powtarzać, że Bradley był taki poukładany i pedantyczny już jako przedszkolak, podczas gdy Lindy, trzy lata młodsza od niej i Bradleya, twierdziła, że w szkolnych czasach jej mąż był zupełnie inny. Dopiero jego decyzja o pozostaniu w rodzinnym miasteczku i podjęciu pracy w branży, o której słuchanie szybko ją znudziło, stała się tak naprawdę przyczyną ich rozwodu. W głębi duszy Char podejrzewała obie o dość rewizjonistyczne podejście do przeszłości.

– A kiedy to nasza gwiazda raczyła się zjawić? – Colleen wskazała podbródkiem Lindy, która w drugim końcu sali opowiadała grupce żałobników jakąś ewidentnie zabawną historyjkę.

Wszyscy zaśmiewali się z jej słów, tylko nie Allie, stojąca spokojnie obok matki. Lindy cały czas trzymała dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna miała mocno niepewną minę. Char nie wiedziała, czy pasierbica myśli właśnie nad ucieczką, czy też raczej marzy o tym, by matka wreszcie ją do siebie przytuliła. Ciekawe, czy sama zdawała sobie sprawę z tego, czego tak naprawdę pragnie.

– Jakieś piętnaście minut temu – rzuciła Char. – Opóźniony lot. Nie zdążyła na połączenie do Lansing, więc musiała wziąć taksówkę z Detroit. Wygląda na to, że przeżyła niezły koszmar. Sytuacja na drogach jest naprawdę tragiczna…

– Nawet gdybyśmy mieli słoneczny lipcowy dzień, Lindy zachowywałaby się tak, jakby powrót tu stanowił najgorszy koszmar w jej życiu – odparła Colleen.

– Nie bądź złośliwa.

Tymczasem Lindy delikatnie dotknęła ramienia córki, a ta natychmiast się wyprostowała. Dopiero wtedy kobieta lekko skinęła głową i cofnęła dłoń.

– No i te ciuchy – dodała Colleen.

Lindy miała na sobie sukienkę krótszą o dobre piętnaście centymetrów od spódnic i sukienek jakiejkolwiek innej kobiety po dwudziestce, a podczas gdy większość pań w pewnym wieku zdecydowała się na ciemne rajstopy, długie opalone nogi Lindy były gołe.

– Równie dobrze mogłaby sobie wytatuować na czole napis: „Na szczęście już tu nie mieszkam”. Na pewno można wstrzyknąć tusz jednocześnie z botoksem. Opowiadałam ci już, jak któregoś razu zjechała do miasta w futrze? W samym środku sierpnia?

Char uszczypnęła ją w ramię.

– Przestań. Przynajmniej włożyła czarną sukienkę. Musisz to przyznać.

Do tej pory za każdym razem, kiedy widziała Lindy, czy to na żywo, czy na zdjęciu, kobieta była ubrana na różowo. Był to jej znak rozpoznawczy. „Trzeba samemu tworzyć swoją markę”, lubiła powtarzać. „A róż to kolor miłości”. Pracowała jako konsultantka ślubna w Hollywood. „Miłość w stylu Lindy: wy mówicie »tak«, resztą zajmuję się ja”.

– W porządku. Postaram się być grzeczna przez… hm… ile czasu ma zamiar zostać?

– Do środy.

– Mój Boże, aż pięć dni? Chyba jednak będę potrzebowała paru przerw.

– A moim zdaniem to wspaniale, że zostanie tu tak długo, ze względu na Allie. – Char pociągnęła przyjaciółkę za ramię, aż ta wreszcie na nią spojrzała. – To wspaniale, że zostanie tu tak długo, ze względu na Allie, prawda? – powtórzyła z naciskiem.

Colleen popatrzyła w sufit.

– Colleen.

– Jakże stosownie postanowiłaś zignorować fakt, że istnieje jakieś „gdzieś tam”, skąd musiała przyjechać, żeby zobaczyć się z własną córką.

– Colleen.

– No dobra. To wspaniale, że przyjechała tu, ze względu na Allie.

– Grzeczna dziewczynka. Możesz sobie wziąć ciasteczko. – Char machnęła ręką w stronę stołu.

– Jeśli jeszcze jakieś zostały – wtrącił Will, wskazując na dziewczynkę pędzącą w ich stronę z kilkoma ciastkami w dłoniach.

– CC! – zawołała amatorka ciasteczek chropawym głosem, który Char tak lubiła.

Użyła przezwiska, które Allie wymyśliła dla macochy wiele lat temu. W chwilach wzruszenia czasem jeszcze go używała. Zaczęło się od zwrotu „CharChar”, ale w którymś momencie Allie uznała go za zbyt dziecinny i skróciła do znacznie bardziej „odlotowej” wersji.

– Morgan! – Char nachyliła się i złapała dziesięciolatkę w szeroko otwarte ramiona. Pod naporem jej ciałka aż się zachwiała. – To Morgan Crew – wyjaśniła bratu. – No wiesz, dziewczynka, której Allie udziela korepetycji w poniedziałkowe popołudnia – dodała, po czym zwróciła się do małej: – Nie miałam pojęcia, że przyjdziesz! Chyba zakradłaś się tu, kiedy na moment się odwróciłam. Allie tak się ucieszy…

Popatrzyła ponad głową Morgan, żeby sprawdzić, czy pasierbica zauważyła swoją podopieczną. Oczywiście, że zauważyła – podobnie jak pozostali otaczający Lindy żałobnicy, którzy odwrócili się w ich stronę z chwilą, gdy mała minęła ich pędem, wołając głośno Char. Kiedy dorośli wrócili do przerwanej rozmowy, Allie podkradła się do Morgan i poklepała ją po ramieniu.

– To napad. Oddawaj wszystkie ciastka.

– Allie! – Morgan okręciła się na pięcie i objęła starszą przyjaciółkę z jeszcze większym entuzjazmem niż w przypadku Char.

Char dostrzegła wśród gości Dave’a Crewa, ojca Morgan. Zmierzał w ich stronę, ubrany w płaszcz, kapelusz i rękawiczki. Obok niego dreptał czteroletni braciszek Morgan, Stevie, również opatulony stosownie do mroźnej aury. Musiał szybko przebierać nóżkami, by nadążyć za ojcem. Pochód zamykała matka Morgan, Sarah. W jednej ręce ściskała okrycie córki.

– Dzień dobry! – powitała ich Char. – Właśnie mówiłam Morgan, jak bardzo ucieszyła mnie wasza obecność!

– Zwyczajnie musieliśmy tu być – odparła Sarah. – Wasza rodzina jest dla nas tak ważna.

Dave uśmiechnął się na potwierdzenie tych słów i położył dłoń na głowie synka. Maluch próbował się wymknąć, żeby dołączyć do dziewcząt, które szeptały do siebie, obejmując się, ale ojciec szybko powstrzymał jego zapędy:

– Daj im się zająć babskimi sprawami.

Stevie podjął jeszcze jedną próbę ucieczki, zanim ostatecznie się poddał.

– Miło cię widzieć, Stevie. – Char chciała nieco osłodzić maluchowi konieczność pozostania w towarzystwie dorosłych.

Wyciągnęła rękę, a chłopczyk wyprostował się jak struna, żeby przybić jej piątkę – jak zawsze z odrobinę zbyt dużym entuzjazmem. A ona, jak zawsze, jęknęła i zaczęła udawać, że ogląda swoją dłoń, sprawdzając, czy przypadkiem nie połamał jej kości.

Stevie roześmiał się radośnie. Uwielbiał takie interakcje bez słów, bo właściwie tylko takie był w stanie przewidzieć i powtórzyć. Morgan wytłumaczyła to Char z pełną powagą podczas ich pierwszego spotkania we wrześniu, podczas inauguracji programu korepetycyjnego, dzięki któremu dziewczynki się poznały. Kiedy Char wymyśliła rytuał z przybijaniem piątki i sprawdzaniem, Morgan zaklaskała i szepnęła bezgłośnie „Dziękuję!” ponad głową brata.

– Dziękuję, że przyszliście – rzuciła teraz Char, patrząc na malca.

– W! – krzyknął Stevie. Oczy błyszczały mu za grubymi szkłami, kiedy rączką wskazywał stół obok drzwi, a może coś zupełnie innego.

Char uśmiechnęła się zachęcająco, czekając, aż chłopiec doda coś więcej, ale on najwyraźniej powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia, i teraz wpatrywał się w nią, jakby czekał na odpowiedź.

– W… kościele? – rzuciła pytająco.

Pokiwał głową, ale Char nie wiedziała, czy rzeczywiście udało się jej odgadnąć, czy też może chłopczyk zwyczajnie nie miał ochoty próbować ponownie. Zresztą zawsze tak się czuła, kiedy rozmawiała z braciszkiem Morgan. Zastanawiała się, jak często w ciągu dnia zdarza mu się, że ktoś niewłaściwie go zrozumie.

– Tak, jesteśmy w kościele – dodała, wybierając łatwiejsze rozwiązanie. Obiecała sobie w duchu, że następnym razem, kiedy spotka go przed korepetycjami, postara się bardziej, a potem zwróciła się w stronę jego rodziców: – To naprawdę bardzo miłe z waszej strony, że przyszliście pożegnać Bradleya. Niepotrzebnie robiliście sobie kłopot.

– Ależ skąd – Sarah pospieszyła z zapewnieniami. – Allie tyle dla Morgan robi, że naprawdę musieliśmy tu być.

Specjalny program korepetycyjny łączył w pary wyjątkowo uzdolnionych licealistów z uczniami podstawówki, którzy nie radzili sobie z nauką. Korepetycje odbywały się co poniedziałek po lekcjach i trwały dwie godziny. Niektóre z takich dwuosobowych zespołów spotykały się co dwa tygodnie, inne się rozpadły, a poza tym jak w przypadku każdego innego szkolnego przedsięwzięcia co tydzień zdarzało się sporo nieobecności. Morgan i Allie od pięciu miesięcy nie opuściły żadnego spotkania.

Char popatrzyła na objęte dziewczynki, szepczące coś do siebie. Z tyłu wyglądały zupełnie jak siostry – obie miały proste, jasne włosy, teraz prawie identycznej długości – odkąd kilka miesięcy temu Morgan zaczęła zapuszczać swoje, tak by sięgały jej za łopatki, zupełnie jak u Allie. Poza włosami podobieństwo nie było już tak uderzające – Morgan była znacznie bledsza, a na każdy pieg Allie u niej przypadało co najmniej dziesięć.

Najbardziej rzucało się jednak w oczy, że Allie była wyjątkowo wysoka jak na swój wiek, miała też szczupłe i muskularne nogi, podczas gdy wystający brzuszek niewysokiej Morgan sprawiał, że wyglądała na znacznie młodszą niż swoje dziesięć lat. Jeszcze większe zdziwienie budził jej chrapliwy głos – godny nałogowego palacza, jak lubił żartować Bradley.

– Nie gadaj! – rzuciła nagle Allie, podczas gdy Morgan pokiwała głową z przejęciem. – Och, Morgan! – Allie zmierzwiła jej włosy. – Nigdy nie wiem, czy na pewno mogę ci wierzyć. Czasem opowiadasz takie niestworzone historie. – Ponownie przeczesała palcami fryzurę młodszej przyjaciółki i parsknęła śmiechem.

Tymczasem Char zwróciła się do Sarah:

– Nie wydaje mi się, żebyś była Allie cokolwiek winna. Moim zdaniem korzyści z tych spotkań są obustronne.

– W końcu są parą – przytaknęła Sarah. – Tak czy inaczej uznaliśmy, że to naprawdę ważne, żeby Morgan tu przyszła i złożyła wyrazy szacunku. My zresztą też. Chcieliśmy wam powiedzieć, że modlimy się za was. – Przy tych słowach dotknęła ramienia Char. – „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni”1.

Jej mąż mruknął potakująco.

– Dziękuję. – Char zastanawiała się, czy to właściwa odpowiedź. Sarah nieraz cytowała jej Pismo Święte, a ona testowała rozmaite reakcje, z których żadna nie wydawała się stosowna. W tym przypadku „dziękuję” było chyba jednak całkiem rozsądnym wyborem.

– Moim zdaniem Ewangelie są źródłem wielkiej otuchy – dodała Sarah. – W Ewangelii świętego Jana też można znaleźć sporo interesujących wersetów: „Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was”2.

Char chciała jeszcze raz podziękować, ale wtedy Dave poinformował żonę scenicznym szeptem, że już na nich pora. Sarah skinęła głową i odwróciła się w stronę córki, wyciągając płaszczyk.

– Morgan, kochanie, ubieraj się.

Morgan, która była akurat w połowie jakiejś interesującej opowieści, rzuciła matce zbolałe spojrzenie, na co Sarah opuściła rękę.

– W porządku, jeszcze chwileczkę – ustąpiła, a kiedy mąż popatrzył na nią, wzruszyła ramionami i mruknęła: – Przynajmniej jest szczęśliwa. Poza tym jesteśmy tu przecież ze względu na Allie – dodała, po czym rzuciła do córki: – Pięć minut i ani sekundy dłużej. Tata się martwi, bo drogi są naprawdę śliskie. – Zanim mąż albo córka zdążyli cokolwiek powiedzieć, odwróciła wzrok. Wygładziła nieistniejące zmarszczki na klapach płaszcza, strzepnęła z rękawów mikroskopijne pyłki, zawiązała raz i drugi szalik, dopóki nie była w pełni zadowolona z węzła, a potem wyjęła z torebki dopasowane do reszty stroju rękawiczki i uważnie obejrzała każdą z nich, zanim je włożyła.

Char widywała ją od września co tydzień i ani razu się nie zdarzyło, by matka Morgan nie wyglądała jak spod igły.

Dave przestąpił z nogi na nogę i poluzował kołnierzyk koszuli. Sarah już dawno wyjaśniła Char, że oboje z mężem nie ubierają się szczególnie odświętnie do kościoła, a że Dave pracował jako mechanik, był przyzwyczajony raczej do luźnego kombinezonu, wkładanego na wysłużone dżinsy i T-shirt. Pewnie to jego jedyny garnitur, na dodatek wyciągany z szafy wyłącznie z okazji ślubów i pogrzebów.

– Allie bardzo wyrosła, odkąd ją ostatnio widziałem – odezwał się. Na początku roku szkolnego rzeczywiście wziął udział w zebraniu organizacyjnym, podobnie zresztą jak Bradley, ale od tamtej pory to Char i Sarah – w towarzystwie Steviego – czekały co tydzień pod salą, w której odbywały się korepetycje. – Ale przecież ma już prawie szesnaście lat, niedługo zrobi prawo jazdy. W każdym razie tak mówiła Morgan. W czerwcu, zdaje się? To naprawdę wielki krok, prawda?

Char pobladła.

– Ja… – Nagle zabrakło jej słów.

Zupełnie zapomniała. Nie o urodzinach Allie, ale o fakcie, że do tego czasu może już nie być częścią życia pasierbicy.

Z Bradleyem i Allie rozmawiali o tych konkretnych urodzinach znacznie częściej niż o którychkolwiek z pięciu wcześniejszych, w których Char brała udział. Allie miała się zapisać na egzamin z prawa jazdy w pierwszym możliwym terminie tego dnia, a potem całą trójką wybierali się na brunch. Właściwie to rozmawiali o tym nie dalej jak w zeszłym tygodniu. Allie zjawiła się z laptopem w salonie, gdzie Char i Bradley, przytuleni na kanapie, oglądali jakiś film. Chciała im pokazać wiadomość na stronie szkoły jazdy, że zapisy na egzamin jeszcze się nie rozpoczęły.

„Jak oni zamierzają utrzymać się na rynku, skoro kompletnie nie mają pojęcia o planowaniu?”, żołądkowała się.

„Przecież to dopiero za pięć miesięcy, Allie”, uspokajał Bradley. „Większość dzieciaków w twoim wieku nie wybiega z planami do następnego tygodnia. Pewnie umieszczą rozpiskę z terminami w kwietniu albo maju”.

„Ale w Stanley’s pozwolili mi już zarezerwować termin na brunch tego dnia”.

„Zarezerwowałaś już knajpę na swój urodzinowy brunch?”. Mina córki wystarczyła za całą odpowiedź, więc Bradley tylko się roześmiał. „Podaj mi tego laptopa. Lepiej od razu zaklepię salę w moim klubie golfowym na imprezę z okazji ukończenia przez ciebie szkoły za dwa i pół roku. I może też na kolację po zakończeniu studiów. 2030 to chyba będzie dobra data”, dodał, a potem lekko szturchnął żonę łokciem. „Masz wtedy wolne?”.

Allie, która zdążyła już odwrócić komputer w jego stronę, natychmiast cofnęła rękę.

„Ha, ha, ha. Ładnie to tak stroić sobie żarty z superzorganizowanej córki, ojcze roku? Za chwilę zaczniesz narzekać, że mam za dobre oceny. »Zwolnij trochę, mała«”, próbowała naśladować ton ojca. „»Mniej się ucz, za to więcej pal i pij«”.

„Nic ponad osiemdziesiąt procent”, Bradley ostrzegawczo uniósł palec. „I tylko fajki z filtrem. Ostatecznie jestem twoim ojcem – muszę stawiać jakieś granice”.

„Może w ogóle nie zaproszę cię na swój urodzinowy brunch”, rzuciła Allie z udawaną złością, odwracając się do wyjścia. „Urządzimy sobie z CC babską imprezę”.

Char pacnęła roześmianego Bradleya w ramię.

„I tak jestem pełen podziwu dla twojej przedsiębiorczości”, zawołał Bradley w ślad za córką.

Na to wspomnienie Char zaszkliły się oczy. Przez ostatnich parę dni w ogóle nie rozmawiały z Allie o tamtym wieczorze. Pospiesznie otarła łzę. Will delikatnie dotknął jej ramienia, tymczasem Dave przeniósł wzrok z zapłakanej wdowy na jej brata.

– Och, przepraszam. Chyba powiedziałem coś nie tak.

Will mocniej uścisnął ramię siostry, po czym rzekł:

– Jeszcze nie zapadła decyzja, czy Allie zostanie tu do czerwca, czy może wyjedzie z matką do Kalifornii.

– Z matką? – Dave odwrócił się w stronę żony, która rzuciła mu wymowne spojrzenie. – A, tak – mruknął, po czym dodał, wskazując Lindy kciukiem: – Zdaje się, że poznaliśmy ją wcześniej. Ta… hm, wyjątkowo energiczna kobieta, zgadza się? Linda?

Colleen z trudem ukryła rozbawienie tym opisem, a Sarah natychmiast poprawiła męża:

– Lindy.

– Ale przecież ona mieszka w Hollywood, tak? – ciągnął Dave. – Albo gdzieś w pobliżu. A tam tylko pracuje czy coś w tym rodzaju? I tak było przez cały ten czas, kiedy Allie mieszkała tu z wami? Wydawało mi się, że to układ na stałe, więc…

– Tak było – przerwała mu Char. – Ale teraz sprawy się pokomplikowały. Ostatecznie jestem dla Allie jedynie macochą. – Przez chwilę zastanawiała się nad własnymi słowami, by ostatecznie się poprawić: – To znaczy byłam. Byłam jej macochą. Łączyło mnie z nią jedynie małżeństwo z jej ojcem. Po jego śmierci nie mam… – Urwała, zanim zdążyła dodać „nic”.

To sformułowanie wydawało się takie melodramatyczne, ale nie było stosowniejszego, więc pozwoliła niedokończonemu zdaniu zawisnąć w powietrzu.

Raz zapytała Bradleya o to, czy chciałby, żeby przeprowadziła prawną adopcję Allie. W odpowiedzi usłyszała, że to niemożliwe, dopóki jego była żona oficjalnie nie zrzeknie się praw rodzicielskich, a na to się nie zanosiło. Brak zainteresowania sprawami córki to jedno – Lindy zawsze miała świetną wymówkę, że ze względu na karierę musi mieszkać w Kalifornii, a Allie najlepiej będzie w starym dobrym Michigan, razem z ojcem. Ale żeby oficjalnie zrzekać się praw do córki? To oznaczałoby przyznanie się do czegoś, do czego Lindy nigdy by się nie przyznała. Wtedy Char nie nalegała. Nie było powodu, żeby to robić. Przecież nie miało znaczenia, że prawnie nie była matką Allie, jedynie jej macochą. Drobny szczegół, nic więcej. I tak cały czas miała być obecna w jej życiu. I tylko to się liczyło.

To było oczywiste.

Dopóki żył Bradley.

Opuszkami palców dotknęła kącików oczu i odwróciła się, żeby popatrzeć na smukłą nastolatkę, która bawiła się z Morgan w jakąś grę w klaskanie, radośnie przy tym chichocząc. Nastolatkę, która formalnie rzecz biorąc, nigdy nie stała się jej córką, a teraz, formalnie rzecz biorąc, nie była już nawet jej pasierbicą. Niestety, nie udało się jej powstrzymać łez, a jak ostatnia idiotka wyrzuciła chusteczkę higieniczną, którą wcześniej dał jej brat. Wyciągnęła rękę za siebie i natychmiast poczuła, jak Colleen wciska jej w dłoń świeżą chusteczkę. Osuszyła oczy, gromiąc się w duchu, że powinna wziąć się w garść, zanim Allie cokolwiek zauważy.

Dotąd starała się nie myśleć o swojej przyszłości z Allie. Wszystko było takie niepewne, wziąwszy pod uwagę ciągłe wahanie Lindy w ciągu ostatnich paru dni. Może Allie zostanie tu jeszcze pięć miesięcy, dopóki nie skończy drugiej klasy. A może dwa i pół roku, aż do końca liceum. Niewykluczone jednak, że Lindy zabierze ją ze sobą do Kalifornii już w przyszłym tygodniu.

W jednej chwili Char była żoną, macochą, jedną trzecią rodziny, by za moment stać się nikim. Od trzech ważnych ról do zera w ciągu zaledwie jednego dnia. W poniedziałkowy ranek była niczym nadmuchany, szybujący po niebie balon. Wieczorem tego samego dnia przypominała skrawek wystrzępionej gumy – pozbawiony powietrza, bezużyteczny. A wszystko to, co w sobie miała, nie uszło z niej stopniowo, lecz wyrwało się na zewnątrz z nagłym, gwałtownym świstem. Od pełni do nicości w ostatnim błysku samochodowych reflektorów.

Przez cały ranek ludzie powtarzali, jak bardzo współczują jej straty. Ale mieli na myśli wyłącznie Bradleya. Jej błyskotliwego, zabawnego, perfekcjonistycznego Bradleya. I owszem, rzeczywiście go straciła – Bóg jeden wiedział, jak bardzo cierpiała. Ten ból zdawał się ją trawić, wypalać do głębi, pozostawiając jedynie pustą skorupę. Już nigdy nie będzie w stanie poczuć nic podobnego do żadnego mężczyzny. Nie chodziło jednak wyłącznie o to, że w jednej chwili z żony stała się wdową. Nie straciła jedynie męża. Na tamtej autostradzie los odebrał jej Bradleya, ale w tej samej sekundzie rozpadła się też jej rodzina. Dziewczynka, z którą mieszkała przez ostatnich pięć lat, którą kochała jak własną córkę, w oczach prawa wcale tą córką nie była.

Do tej pory Char odgrywała w życiu Allie rolę matki. To ona była przy niej dzień w dzień przez ostatnich pięć lat, pomagała jej w lekcjach, szykowała drugie śniadanie, kupowała pierwszy stanik i pierwsze pudełko tamponów. To wszystko związało je ze sobą, ale nie dawało Char żadnych praw. Podczas gdy Lindy, która nigdy nie pragnęła być nikim więcej niż tylko miłą gospodynią w trakcie krótkich wizyt Allie w Kalifornii, teraz miała te prawa na wyłączność.

Tylko dlatego że to jej imię widniało w akcie urodzenia nastolatki. Char zaś okazała się jedynie kobietą, która przez jakiś czas była żoną ojca Allie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Mt 5,4. Wszystkie cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia.

2 J 14, 18.

Table of Contents

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rodzinne więzy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej