Zobowiązanie (t.3)

Zobowiązanie (t.3)

Autorzy: Amy A. Bartol

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

cena od: 20.74 zł

Evie wraz z grupą przyjaciół ukrywa się w Chinach. Dziewczyna odnajduje w sobie nowe, jeszcze nie całkiem wykształcone umiejętności: potrafi upodobnić się do podłoża, a także emitować "klony", które wnikają w ciała innych ludzi, przekazując im myśli oraz stan emocji nadawczyni. Tymczasem Russell i Brownie na dobre utknęli na Ukrainie; Zefir i Buns zamierzają wyruszyć im z pomocą. Evie z przerażeniem dowiaduje się, że jej przyjaciółka Molly jest w rękach Brennusa, który grozi jej utratą ludzkiego życia i przemianą w wampira-ożywieńca. Czy Evie uda się w porę ostrzec Russella i ocalić przyjaciółkę? Czy w porę opanuje trudną sztukę wysyłania "klonów", żeby uchronić tych, których kocha, przed śmiertelnym niebezpieczeństwem?

Tytuł oryginału: Indebted

Ilustracja i projekt okładki: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Katarzyna Głowińska (Lingventa)

Copyright © 2012 Amy A. Bartol

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the Polish translation by Wiesław Łożyniak

ISBN 978-83-287-0757-3

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Molly – przyjaciółce z dzieciństwa, która towarzyszyła mi w pierwszych próbach bycia.

A także Maxowi i Jackowi, dla których warto być.

Spis treści

Rozdział 1 Góra Szmaragdowego Smoka

Rozdział 2 Brakujące fragmenty

Rozdział 3 Armia

Rozdział 4 Tortury

Rozdział 5 Echa

Rozdział 6 Ondyny i ifrity

Rozdział 7 Woda i ogień

Rozdział 8 Kamienny las

Rozdział 9 Nieświęty kościół

Rozdział 10 Przetrwanie

Rozdział 11 Transakcja

Rozdział 12 Kolesie

Rozdział 13 Królowa

Rozdział 14 Anioł i bratnia dusza

Rozdział 15 Magia przebaczania

Rozdział 16 Casimir

Rozdział 17 Wojna serc

Rozdział 18 Mój anioł

Rozdział 19 Dziewiętnastka

Rozdział 20 Dary

Rozdział 21 Plany w ramach planów

Rozdział 22 Puderniczka

Rozdział 23 Ocean

Rozdział 24 Wyspa

Rozdział 25 Nie ma już Persefony

Rozdział 26 Słońce nie świeci

Rozdział 1

Góra Szmaragdowego Smoka

EVIE

Nie zdoła się przede mną ukryć. Zresztą nie mogę powiedzieć, żeby kiedykolwiek próbował, ale po prostu: to niemożliwe. W każdej chwili wiem, gdzie jest. Dostroiłam się do jego głosu, zapachu… rytmu serca. W ostatnich dniach stało się to moją ulubioną rozrywką: śledzenie Reeda. To gra, którą podejmuję bezwiednie. Przez jakiś czas w ogóle nie zdaję sobie sprawy, że się w to bawię. Poluję na niego… a on mi na to pozwala.

Kiedy poruszam się po dziedzińcu otoczonym kamiennym murem, moje bose stopy nie wywołują niemal żadnego dźwięku. Przechodzę po kamiennym moście nad spokojnym basenem w środku ogrodu zen. W wodzie pode mną odbijają się galaktyki gwiazd, ale nie mogę skupić na nich uwagi. Niedaleko przede mną jest Reed, w sypialni w pagodzie zbudowanej w architektonicznym stylu ludu Naxi. Zajmujemy tę pagodę wspólnie. Reed ślęczy właśnie nad mapami okolicy. Często je studiuje, stara się dowiedzieć jak najwięcej o Lijiang i o Górze Szmaragdowego Smoka, która w zeszłym tygodniu, kiedy przybyliśmy do Chin, stała się naszą bazą operacyjną. Jest bardzo zajęty – za bardzo.

Przenoszę wzrok na rosnące w ogrodzie drzewo banian – przycupnęło akurat naprzeciwko szerokiego wejścia do naszej pagody. Na opadających gałęziach zawieszono oświetlone lampiony z czerwonego papieru. Gdy wślizguję się za poskręcany pień, w ich świetle moja blada skóra wydaje się różowa. Z ukrycia między liśćmi przyglądam się werandzie wyłożonej łupkowymi płytkami. Drzwi są otwarte, bryza może swobodnie przepływać przez pokoje znajdujące się po obu stronach wejścia. Reed siedzi za biurkiem, nie podnosi wzroku, ale to nie znaczy, że nie wie o mojej obecności. Nie potrafię powiedzieć, czy się zorientował, że go śledzę. Nigdy z niczym się nie zdradza.

Przez chwilę mu się przyglądam. Jego ciemnobrązowe włosy są teraz dłuższe niż w czasach Crestwood. Ale podobają mi się. Wygląda z nimi bardzo seksownie. Podziwiam zmysłową sylwetkę; mam ochotę go dotykać i poczuć nieokiełznaną siłę drzemiącą pod jego skórą. Skrzydła ma schowane, więc wygląda całkiem jak człowiek – no, w każdym razie na tyle, na ile Reed może tak wyglądać. Ponieważ jest istotą w pełni eteryczną, w gruncie rzeczy nie widzę w nim teraz niczego, co by nie było wyłącznie anielskie.

Podnoszę wzrok na łukowaty, pokryty szarymi płytkami dach pagody. Próbuję wybadać, czy jest jakaś inna droga do środka – bardziej podstępna, bo chcę zaskoczyć Reeda, wybić go ze spokoju rozważań poświęconych taktyce. Od naszego przyjazdu jest szczególnie skupiony: gromadzi anielską armię, dostatecznie silną, żeby rozprawić się z oddziałami Brennusa.

Na myśl o Brennusie przechodzi mnie dreszcz. Jeśli dopisze nam szczęście, okaże się, że on i jego armia Gankanagów są od nas oddaleni o pół świata. Reed nie szczędzi wysiłków, żeby ochronić mnie przed Brennusem. W tym celu udał się dosłownie na drugi koniec świata, przywiózł mnie do Chin, w rejon niezamieszkanych podnóży ogromnej, pokrytej śniegiem góry. Reed i Zefir nie zajmują się właściwie niczym innym, jak tylko utrzymywaniem bezpiecznej odległości między mną a przywódcą Gankanagów, który chciałby mnie uczynić swoją królową… swoją kochanką-ożywieńcem. Nie mogę pozwolić, żeby to się stało. Jeśli Brennus mnie znów dopadnie i ukąsi, będę miała niewielkie szanse, żeby nie paść ofiarą jego jadu i nie stać się jedną z nich. A przecież teraz, kiedy wróciłam do Reeda, pragnę pozostać z nim za wszelką cenę.

Głęboki, pierwotny pomruk dobiegający z dachu przede mną sprawia, że zamieram bez ruchu. Spoglądam za siebie w stronę pokoju i nagle wszystkie włoski na ramionach stają mi dęba. Łagodna bryza niesie ku mnie kolejny niski, dudniący pomruk, ta sama bryza, która rozwiewa mi wokół twarzy kosmyki kasztanowych włosów. Dźwięk ma przerażające natężenie, wszystkie instynkty każą mi uciekać. W tej samej chwili mój wzrok pada na zwierzę, które ten odgłos wydaje. Wpatrują się we mnie ogniste zielone tęczówki ogromnego kota o lśniącej sierści. Stoi przyczajony przede mną w pobliżu wejścia do pagody. Przechodzi mnie dreszcz niczym niemaskowanego lęku, odruchowo cofam się o krok od ogromnego czarnego zabójcy.

– Dobry kotek… – szepczę do niego. Robię kolejny niepewny krok w tył; na plecach czuję szorstką korę drzewa. Dalszy odwrót jest niemożliwy. – Reed! – cedzę przez zęby w panice, rzucając spojrzenia do wnętrza pokoju, ale Reeda nie ma już przy biurku. Przenoszę spojrzenie z powrotem na agresywne zwierzę, które wpatruje się we mnie, jakbym była naprawdę łakomym kąskiem. Pantera napina mięśnie, najwyraźniej w każdej chwili gotowa się na mnie rzucić. Gwałtownie rozglądam się wkoło, poszukując jakiejś drogi ucieczki, a jednocześnie kłębi mi się w głowie kilka scenariuszy zabicia zwierzęcia. Wolałabym jednak spróbować zwiać niż wcielać się w życie któryś z nich.

– Siedzieć! – rozkazuję i widzę, jak ogon pantery zamiata ziemię. Bestia przykuca niżej. Nie słucha mnie, wygląda, jakby się świetnie bawiła. Macha ogonem, tak jakby zabawiała się myszą albo czymś innym. „Ukryj się”, myślę, widząc, jak na lśniącej czarnej skórze jeży się sierść.

– Reed! – piszczę, gdy kot wybija się w powietrze i rzuca w moją stronę. Mocno zamykam powieki, wstrzymuję oddech i przywieram do drzewa, czekam, aż ostre zęby zatopią się w moim ciele.

– Evie! – krzyczy Reed, stoi tuż przede mną.

Otwieram oczy, nasze twarze dzieli nie więcej niż kilkanaście centymetrów. Reed patrzy na mnie z paniką. Jego silne antracytowe skrzydła tworzą wokół nas ochronny łuk. Wyciąga przed siebie dłoń i dotyka mojego policzka.

Próbuję odpowiedzieć dotykiem, ale wszystkie moje mięśnie całkiem zesztywniały i nie mogę nawet poruszyć ustami, żeby wypowiedzieć jego imię. Reed kładzie mi ręce na ramionach i wodzi dłońmi w górę i w dół, jakby mnie nie widział.

– Evie? – mówi znów, ale tym razem pochyla się ku mnie.

Czuję jego oddech przy swojej twarzy. Znów próbuję coś powiedzieć, ale nadal jestem jak z kamienia.

Dopiero po kilkunastu sekundach odrętwienie zaczyna ustępować. Mogę już zaczerpnąć tchu, patrząc w twarz, którą kocham bardziej niż wszystkie inne na świecie.

– Wielki kocur… – Próbuję oderwać się od drzewa; zauważam, że zaplątałam się w pnącza, które mnie przytrzymują przy pniu. Patrzę na swoje ramiona i dostrzegam, że nabrały szorstkiej faktury omszałej kory. Kiedy unoszę ręce do oczu, widzę, że zamiast palców mam witki. Macham nimi zdumiona i przerażona. – Co, do jasnej… – Nabieram powietrza, spoglądam na Reeda, który patrzy na mnie z przyjemnością i trwogą jednocześnie.

– Spokojnie, Evie, to przejdzie – mówi łagodnie. – Rozwijasz się. Na tym etapie już chyba jesteś w stanie zmieniać swój kształt. – Uśmiecha się, unosząc brew.

– Ale… wyglądam jak drzewo – szepczę do niego, przerażona swoją obecną formą.

Przyjęłam bowiem wygląd omszałego drzewa banian, przy którym stoję.

– Mhm, ale tak naprawdę nie jesteś drzewem, raczej czymś w rodzaju kameleona. – Przybliża twarz do mojego ucha i ociera swój policzek o mój.

Czuję gładkość jego skóry na szorstkiej chropowatości mojej obecnej zewnętrznej powłoki, która przypomina korę. Dzięki temu dotykowi lęk częściowo ustępuje.

– Buns twierdzi, że kiedy ta zdolność przyjmowania różnych kształtów w pełni mi się rozwinie, będę mogła na przykład zmieniać się w motyle… albo w inne rzeczy, tak jak ona.

Przypominam sobie, jak przyjaciółka na moich oczach przybrała kształt chmary motyli, żeby mi zademonstrować anielskie umiejętności. Zaczynam czuć się naprawdę rozczarowana swoim obecnym kłopotliwym wyglądem leśnego ludka. Miałam nadzieję, że w miarę ewolucji zacznę raczej przypominać swoich anielskich przyjaciół, a nie coraz bardziej różnić się od nich. Już i tak za bardzo się różnię, także tym, że jestem tylko półaniołem i zachowuję częściowo ludzką naturę. To przecież kolejna rzecz, przez którą nigdy nie będę uważana za jedną z nich.

– Tak jest dużo lepiej, nie widzisz tego? – pyta Reed z uśmiechem.

– Nie, z mojego punktu widzenia to całkiem do kitu – odpowiadam i robię krok do przodu, bo sztywność kolan trochę już ustępuje, przynajmniej na tyle, żeby zgiąć nogi i odsunąć się od drzewa, którego częścią stałam się zaledwie kilka chwil wcześniej.

Reed obejmuje mnie ramionami i mocno przytula do siebie.

– Nie, to, co ty potrafisz, jest dużo lepsze. My się musimy zmieniać w coś zdecydowanie ożywionego, na przykład w motyle czy w panterę, a ty potrafisz się upodobnić do otoczenia… zrobić taki kamuflaż. To wielka przewaga… – tłumaczy podekscytowany, ale mu przerywam.

– Więc to byłeś TY! – mówię oskarżycielsko. Moja skóra nabiera normalnego odcienia i znów zaczynam przypominać prawdziwą siebie. – Zmieniłeś się w panterę!

Słyszę, że chichocze, a jednocześnie obejmuje mnie jeszcze mocniej.

– Myślałem, że bez trudu się domyślisz. Ale nie załapałaś, prawda?

– A powinnam. Ten kocur miał oczy dokładnie tego samego koloru co ty. Zawsze mi się wydawało, że poruszasz się miękko jako kot. – Wpatruję się w jego idealnie kształtną twarz, zaledwie centymetry od mojej. – Czy to jedyna forma, którą potrafisz przyjąć, czy następnym razem będę musiała uciekać przed niedźwiedziem?

– Och, mogę przybierać wiele kształtów, ale nie potrafię tego, co ty: mogę się zmieniać tylko w rzeczy ożywione, to znaczy takie, które się poruszają. Muszę się przekształcać w zwierzę, a ty… Sądzisz, że zdołałabyś naśladować przedmioty? – pyta podekscytowany. – Myślisz, że to musi być coś stałego, czy mogłabyś na przykład stać się cieczą… powietrzem?

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– A o czym myślałaś tuż przed przemianą? Pomyślałaś sobie „drzewo”?

– Nie… pomyślałam „ukryj się” – wyjaśniam.

– Oczywiście! – wykrzykuje Reed. – Chciałbym, żebyś kogoś poznała. Ma na imię Wook i jest aniołem Cnót, podobnie jak Fedrus. Od kilku stuleci mieszka w pobliżu Naxi. Badał życie mnichów tybetańskich i mistyków z Naxi; poznał niektóre ich umiejętności. Być może potrafi cię nauczyć, jak doskonalić twoje ludzkie zdolności. Ja w tej sprawie na wiele ci się nie przydam, bo słabo się orientuję w ludzkich cechach twojej natury.

– A myślisz, że to właśnie ludzka cecha? – pytam Reeda ze sceptycznym wyrazem twarzy, bo nie jestem w stanie sobie przypomnieć jakiegokolwiek znanego mi człowieka, który potrafiłby się zmienić w drzewo.

Marszczy brwi, robiąc chytrą minę.

– Nie wiem, może to cecha mieszańca. Żaden znany mi anioł nie potrafi wykonać takiej wolty. To bardzo wyjątkowa umiejętność. – W jego głosie znów pobrzmiewa podziw.

– Reed, nawet nie wiem, czy potrafiłabym to powtórzyć. – Dziwnie się czuję z tym, co się wydarzyło przed chwilą.

Ta ewolucja, która ma ze mnie zrobić silniejszą istotę, jest naprawdę niepokojąca. Przez nią okropieństwa dojrzałości wznoszą się na całkiem nowy poziom – myślę.

– A może nie powinniśmy nikomu o tym mówić? – sugeruję.

– Dlaczego? – dziwi się Reed, ze zmarszczonym czołem wpatrując się w moją twarz.

– Bo to nienaturalne i takie… dziwaczne – odpowiadam możliwie zwyczajnym tonem, ale wciąż jestem zbyt sztywna, żeby zdobyć się na wzruszenie ramion.

– Evie, nie rozumiesz, to jest „mega spoko”, żeby użyć twoich własnych słów. Przez to robisz się jeszcze bardziej niebezpieczna! – Reed oddycha głęboko i widzę, że naprawdę się tą akcją nakręcił.

Wypatruję w jego twarzy oznak zniechęcenia, ale żadnych nie znajduję. Jest naprawdę szczęśliwy, że potrafię się przekształcać w coś innego. Widocznie musi się martwić, że nie zawsze będzie w stanie mnie bronić. I pewnie widzi w tym jeszcze jedną technikę unikania niebezpieczeństwa.

– Myślisz, że zmiana w drzewo to coś wielkiego? Zaczekaj, aż stanę się lawiną i osunę się po górskim zboczu. – Uśmiecham się, zarzucam mu ramiona na szyję i przyciągam do siebie jego twarz.

– Tak… to by było znakomite. – Kiedy jego oddech muska mi ucho, przechodzi mnie dreszcz.

– Więc nie uważasz, że to wszystko jest zbyt niezrozumiałe? – pytam z ulgą, że Reed nie czuje do mnie odrazy.

– Już nie podważam twojego istnienia. Cudownie, że tu jesteś, niezależnie od kształtu. – Bierze mnie na ręce, a potem niesie do sypialni.

Jak na zachodnie standardy pomieszczenie jest ciasne. Mieści się tam tylko biurko i wyściełane jedwabiem łoże na niskim drewnianym podeście, które znajduje się na środku pokoju. Harmonijkowe drzwi oddzielają pokój od świata zewnętrznego, więc po ich złożeniu sypialnia otwiera się na ogrody i dziedziniec. Wysokie kamienne mury zapewniają dyskrecję, ze wszystkich stron odgradzają naszą pagodę od innych.

– A czy twoja praca nie polega na tym, żeby podważać moje istnienie? – przekomarzam się z Reedem.

– Nie, moje jedyne zadanie to eliminacja upadłych aniołów, a ponieważ ty się do nich nie zaliczasz, nie mam cię w swoim zakresie obowiązków – odpowiada, muskając nosem moją szyję. Kładzie mnie na środku łóżka. Ląduje obok mnie i odgarnia mi włosy z czoła, patrząc w oczy. – Ale teraz, kiedy jesteśmy ze sobą tak ściśle związani, mam nowy zakres obowiązków.

– Naprawdę? Jaki? – pytam zafascynowana zmysłowym grymasem jego ust. A po chwili końcem palca wodzę po jego wargach, które już wróciły do zwykłego układu.

– Taki, żeby kochać Evie… – odpowiada, całując po kolei moje palce. – Żeby chronić moją odważną dziewczynę przed wszystkimi złymi istotami, które ośmielą się wymówić jej imię… – ciągnie dalej, przesuwa palcem od środka mojej dłoni do nadgarstka. – Sprawić, żeby wrogowie kłaniali się jej nisko… – mruczy, a jego wargi odnajdują moje.

Rozpoznaję te słowa, bo wcześniej tłumaczyła je dla mnie Buns, kiedy Reed składał mi ślubowanie w języku anielskim. Jego przysięga, że będzie mnie chronił, była sformułowana tak szczegółowo, jak to możliwe tylko u anioła Mocy. To dość oszałamiające usłyszeć te słowa, nawet jeśli Reedowi rzeczywiście przyjdzie robić to wszystko w ramach sprawowania nade mną opieki.

– Reed… – szepczę, czując na ustach dotyk jego warg – to trochę przerażające…

– Dziękuję. – Uśmiecha się z zadowoleniem, po czym jego pocałunek nabiera żaru.

Widocznie zupełnie nie tak zinterpretował moje słowa, wziął je za komplement. W tej chwili akurat nie mam ochoty korygować jego błędu. Oddaję pocałunek i wyciągam dłoń, żeby pogłaskać antracytowe skrzydła. Kiedy dotykam Reeda, z jego ust wydobywa się delikatny jęk. Uwielbiam to.

Reed powoli przesuwa ręce wzdłuż mojego ciała. Dotyk jego dłoni na mojej nagiej skórze, choć sprawia mi ogromną przyjemność, wywołuje nagły szok, bo uświadamia mi, że nie mam na sobie żadnego ubrania. Piszczę zaskoczona, a Reed odsuwa się trochę i pytająco spogląda w moje oczy.

– A moje ciuchy?

– Drzewa nie noszą ubrań – odpowiada. – Ta śliczna sukieneczka plażowa, którą miałaś na sobie, leży teraz w strzępach przy drzewie.

– O! No a gdzie twoje ubrania? – Kąciki ust unoszą mi się w uśmiechu. Badam spojrzeniem idealne kształty Reeda.

– Pantery też nie noszą ubrań. – Wzrusza ramionami.

– To bardzo… wygodne – wzdycham. Znów obejmuję go ramionami za szyję i przyciągam do siebie.

I właśnie wtedy, jak na złość, dzwoni komórka Reeda leżąca na biurku za nami. Sztywnieję i przyciskam go mocniej do siebie.

– Pod żadnym pozorem nie wolno ci odebrać tego telefonu – szepczę, a moje wargi prawie dotykają jego ust.

– Jakiego telefonu, kochanie? – mruczy.

Jego głowa wędruje niżej, wargi przesuwają się wzdłuż mojego obojczyka. Czuję, jak rozpala się we mnie pożądanie i przeszywa mnie dreszcz. Rozluźniam się, kiedy telefon przestaje dzwonić. Moja dłoń opada na włosy Reeda. Przeczesuję je, czuję ich miękkość.

Przesuwam palcami w dół po jego szyi aż do miejsca tuż nad sercem – tego miejsca, w którym moje skrzydła zostały symbolicznie wypalone na jego skórze. Wciąż jestem zafascynowana sposobem, w jaki to piętno pojawiło się po ceremonii połączenia życia Reeda z moim życiem. Nie potrafię ukryć uśmiechu satysfakcji, którą budzi we mnie ten znak na jego ciele, wyraźnie krzyczący: „mój”. Reed jest mój i nikt mi go teraz nie zabierze. Nasze losy są złączone. Wiem, że powinnam czuć się winna, bo tak mocno go ze sobą związałam. Mój los może się w każdej chwili odmienić. Większość aniołów, widząc mnie po raz pierwszy, uważa, że jest we mnie zło: przecież żaden anioł przede mną nie miał duszy. Ale w tym momencie czuję się po prostu szczęśliwa, że jesteśmy tu razem.

– O czym myślisz? – Reed wpatruje się w moją twarz.

– Hm, teraz? W tym momencie? – Staram się zyskać na czasie, bo akurat przyłapał mnie na rozkoszowaniu się świadomością, że należy do mnie. – Myślałam, jaka jestem szczęśliwa, po prostu… – odpowiadam i czuję, jak oblewa mnie rumieniec, bo wpatruję się w kształt swoich skrzydeł odciśnięty na jego piersi.

– To cię tak uszczęśliwia? – pyta, a kiedy przytakuję, szepcze coś do mnie po anielsku, czule całując symbol skrzydeł wytrawiony z kolei na mojej skórze tuż nad sercem.

– Co mówisz? – dopytuję cicho, ponieważ jeszcze nie opanowałam jego języka. Wciąż brzmi dla mnie jak jakaś melodia, hipnotyczna kołysanka.

– I mnie też – tłumaczy, uśmiechając się szeroko.

– O, to zabrzmiało całkiem jak „I mnie też” – mówię, a uśmiech Reeda robi się jeszcze szerszy. – Myślałam nie tylko o tym. Zastanawiałam się, jak mam cię nazywać. – Widząc jego zmieszanie, wyjaśniam: – Chodzi mi o to, że nie jesteś moim „mężem”, tylko kimś o wiele, wiele ważniejszym…

Przerywam, czekam, aż podrzuci jakieś określenie, kim dla siebie wzajemnie jesteśmy. Teraz, kiedy ślubowaliśmy sobie, że nasz związek będzie wieczny.

Reed niezwłocznie wypowiada jakieś niezrozumiałe dla mnie słowo, a ja się uśmiecham, bo przecież powinnam się spodziewać, że nie usłyszę nazwy angielskiej, tylko anielską. Brzmi to podobnie, jakby mówił „marzenie”, ale tak pięknie, że do oczu napływają mi łzy.

– To znaczy? – pytam zachrypniętym głosem.

Reed mruczy i marszczy czoło. Usiłuje naśladować język ludzki, więc czekam cierpliwie, aż mi coś odpowie.

– To znaczy… ukochany bardziej niż ktokolwiek inny… najbardziej szanowany, uwielbiany… ale to coś więcej. To też „najważniejszy dla mnie”, „część mnie samego”.

Nie mogę powstrzymać łez, jedna za drugą skapują mi z oczu.

– Marzenie – szepczę, kładąc mu dłoń na policzku.

Zamyka na chwilę oczy i smakuje mój dotyk.

Nagle czuję, że ciało Reeda sztywnieje. Mój ukochany otwiera oczy, robi gniewną minę, po czym mówi:

– Zefir, jesteśmy teraz zajęci. Przyjdź później.

Szybko okrywa mnie jedwabnym prześcieradłem.

– Nie mogę. To ważne – odpowiada Zefir z jakiegoś miejsca poza naszym pokojem.

Z oddali jego głos brzmi tak, jakby stał koło kamiennego mostu nad basenem, który znajduje się w ogrodzie i jest wyłożony szmaragdowymi kafelkami.

– Powinieneś odebrać telefon.

– Zee, ale on był zajęty czymś innym. Zresztą wciąż jeszcze jest… Czy to naprawdę ważne? – wtrącam się, usiłując ukryć irytację, którą można chyba wyczuć w moim głosie.

– Bardzo – odpowiada Zefir.

Kiedy słyszę surowość jego głosu, czuję, jak w moje ciało wsącza się lęk. Silniej obejmuję Reeda ramionami, przyciągam go bliżej siebie.

– Co się stało? – pytam wyraźnie przerażona.

Reed wydaje z siebie groźny pomruk i nachyla czoło w moją stronę.

– Evie, wszystko w porządku. Cokolwiek się dzieje, zajmę się tym – mówi kojącym głosem, próbuje mnie uspokoić.

Ale zbyt wiele ostatnio widziałam, żeby te słowa miały mi przywrócić spokój.

– Chodzi o Dominium? – pytam Zefira, a serce bije mi mocno.

Patrzę na Reeda, już zdążył się ubrać. Zdumiewa mnie, że nie zauważyłam nawet jego najdrobniejszego ruchu. Siadam w łóżku, podciągam prześcieradło i bezpiecznie się nim owijam. Wtedy do pokoju wchodzi Zefir; w ogóle na mnie nie patrzy i zwraca się bezpośrednio do Reeda. Mówi w języku anielskim, którego nie rozumiem. Moje przerażenie rośnie. Zefir nigdy się tak nie zachowuje. Kiedy jestem w pobliżu, zawsze posługuje się tylko angielskim, bo wie, że inaczej nic nie zrozumiem. Coś się musi dziać – coś ważnego – coś, co chciałby zachować przede mną w tajemnicy.

– O co chodzi, Zee? Co jest grane? – pytam obu, spoglądając na ich twarze.

Pogrążeni są w rozmowie o czymś istotnym. Jeśli o czymś, co ma związek z Dominium, to nie może oznaczać dla mnie nic dobrego. Naczelne dowództwo, stanowiące dla aniołów Mocy sąd najwyższy, zaledwie kilka dni wcześniej rozpoczęło proces, w którym osądza moje życie. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby przy okazji nie powiedziano mi, że w oczach sądu jedynym prawem, jakie mi przysługuje, jest prawo do modlitwy o śmierć.

Następna myśl, która przychodzi mi do głowy, sprawia, że z twarzy odpływa mi cała krew.

– Brennus… – szepczę.

– Nie, nie chodzi o Dominium ani o Gankanaga – rzuca szybko Zefir, żeby mnie uspokoić, ale wciąż wygląda ponuro.

Jeszcze tylko jedna rzecz mogłaby być dostatecznie poważna, by uzasadnić minę, jaką zrobił Zefir. Nie potrafię nawet wypowiedzieć imienia, które nieustannie dźwięczy mi w głowie jak modlitwa: Russell. Coś w moim sercu z bólem wzdryga się na tę myśl.

– A gdzie Brownie i Russell? – pytam, przyglądając się uważnie Reedowi i Zee.

Obaj mają skonsternowane miny, tak jakby celowo próbowali coś przede mną ukryć.

– Wciąż na Ukrainie – odpowiada Zefir spokojnym, kojącym głosem. – Zachowują maksymalną ostrożność i poruszają się bardzo wolno. Wiele, bardzo wiele królestw powstało i upadło w tamtej części świata. Wielu ludzi nadal nazywa ten obszar domem – tłumaczy cierpliwie Zefir.

Na te słowa wypuszczam powietrze, które nieświadomie wstrzymywałam przez dłuższą chwilę. Wiem, że nie zdołam się całkowicie rozluźnić, zanim oboje – Russell i Brownie – bezpiecznie do nas dotrą. Wciąż nie mam pojęcia, co powiem Russellowi o Reedzie i o mnie. Kazałam Buns i Zefirowi obiecać, że na temat naszej przysięgi nie puszczą pary z gęby ani Brownie, ani Russellowi – sama muszę go o tym poinformować, i na dodatek w trakcie spotkania twarzą w twarz. Nieważne, co powiem; i tak trudno mu będzie pogodzić się z tym, że jego bratnia dusza postanowiła związać swój los z losem kogoś innego, i to po wszystkich wcieleniach, które ze sobą dzieliliśmy. Chyba nie zdołam mu wyjaśnić swojego pociągu do Reeda, potrzeby bycia z nim. Sama tego zresztą nie rozumiem. Wiem tylko, że próbowałam wytrwać bez Reeda i okazało się to niemożliwe. Dzień w dzień czułam się tak, jakbym umierała.

– Może powinniśmy wybrać się do nich. Moglibyśmy ich przejąć i pomóc im dotrzeć tutaj – proponuję, bo okropnie się o nich martwię.

Brownie jest anielicą Kosiarzem i choć ma nieporównanie więcej siły niż człowiek, nie dysponuje brutalną potęgą anioła Mocy. Russell jest częściowo Serafinem, a częściowo człowiekiem, tak jak ja. Już niebawem zrówna się siłą z Reedem i Zefirem oraz innymi aniołami Mocy, ale jeszcze nie rozwinął się w pełni, więc byłby na przegranej pozycji, gdyby napotkał na swojej drodze upadłego anioła albo… Brennusa.

– Zee i Buns wybierają się na Ukrainę. Wyruszają za kilkadziesiąt minut – mówi Reed łagodnym głosem, a ja wyskakuję z wielkiego łoża i pędzę do łazienki owinięta w prześcieradło.

Po drodze łapię jakieś ubrania. Po kilku chwilach, już ubrana, wracam do pokoju. Szukam torby, w którą chcę spakować trochę ciuchów.

Kiedy podnoszę wzrok, widzę, że Zefir i Reed wpatrują się we mnie.

– Ile to potrwa, zanim się tam dostaniemy? – pytam, zastanawiając się, co może być w takiej podróży potrzebne.

Buns zrobiła zakupy dla wszystkich, ale Zefir próbuje trzymać ją pod kluczem. Stara się jej wytłumaczyć, że jako moja przyjaciółka też jest celem dla Gankanagów. Buns jednak nie chce go słuchać. Nigdy wcześniej nie musiała się przejmować takimi rzeczami, ponieważ jest boskim Kosiarzem. Jej praca polega na targowaniu się o ludzkie dusze, więc zawsze była w zasadzie obojętna na walki, jakie toczą się między aniołami Mocy a Upadłymi. Inne istoty również zostawiają ją w spokoju ze względu na jej boski status. Ale Gankanagowie przysięgli, że mnie znów dopadną. Posunęli się do tego, że zaatakowali gmach Dominium, kiedy tam byłam, żeby mnie „ratować”. Z pewnością nie zawahaliby się wykorzystać Buns, by dotrzeć do mnie. Nie mogłam do tego dopuścić.

– Na razie tutaj jesteś bezpieczniejsza, kochanie – mówi Reed, seksownie modulując głos.

Oczy mi się zwężają, bo wyczuwam, że zamierza mnie odwieść od wyjazdu.

– Ja też chcę jechać – oznajmiam. – Mogę pomóc, jeśli przytrafią się jakieś kłopoty.

– Nie, Evie, nie możesz, nie teraz – odpowiada Zefir cicho, łagodnie, jakby mówił do dziecka. – Podchodzisz do tego zbyt emocjonalnie.

– Zee, obiecuję, że zdołam sobie poradzić z każdą sytuacją, która się przydarzy. Nic złego się nie stanie, zaufaj mi, proszę. – Nie patrzę na niego, nadal pakuję ubrania do torby.

– Posłuchaj mnie, Evie – nalega Zefir. Podchodzi bliżej, chce mnie zmusić, żebym na niego spojrzała. – Widzę, że wierzysz w to, co mówisz, ale mogę ci udowodnić tu na miejscu, że nie potrafisz się uwolnić od swoich emocji.

– Zee, dam radę, naprawdę. Ruszajmy – upieram się, krzyżując ramiona na piersi na znak buntu.

– Brennus ma u siebie Russella – oznajmia Zefir niemal szeptem.

W jednej chwili ogarnia mnie panika, z trudem udaje mi się zaczerpnąć powietrza. Czuję, jak serce mi się kurczy, i słyszę jego głośne bicie. Wyciągam ręce i łapię Zefira za ramię, żeby nie upaść. Natychmiast stają mi przed oczami obrazy uśmiechniętego Russella, jego twarzy, spojrzenia, jakie na mnie rzuca, kiedy wchodzę do pokoju.

– Jak to? – Oddychając ciężko, wpatruję się w twarz Zefira. – Musimy natychmiast ruszać! Muszę porozmawiać z Brennusem… Na pewno mnie wysłucha…

– Ćśśś, Evie, uspokój się. Gankanagowie nie mają Russella – odpowiada Zefir łagodnym tonem. Obejmuje mnie ciepłym ramieniem i próbuje uspokoić. – Powiedziałem tak, żeby ci pokazać, o co chodzi. W tej chwili jesteś gotowa zrobić wszystko, na wszystko się zgodzić, żeby tylko zapewnić bezpieczeństwo tym, których kochasz. My nie możemy się tak zachowywać.

– To było podłe, Zee – rzucam ze wściekłą miną.

Trzęsą mi się ręce, Zefir nakrywa je swoimi ramionami. Reed krąży wokół mnie i z jego twarzy mogę wyczytać, że miałby ochotę przybliżyć się i mnie pocieszyć, ale dużym wysiłkiem woli powstrzymuje się od tego.

– Przykro mi, że tak uważasz – odpowiada Zefir spokojnie, a żal, który odczuwa, widać w jego niesamowitych niebieskich oczach. – Uznałem, że od teraz muszę stosować wobec ciebie inne metody.

– O, czyżbyś wybrał metodę „przestraszę ją na śmierć”? – pytam z sarkazmem, przeszywając Zee wzrokiem.

– Nie. Moja metoda będzie polegała na podkreślaniu tego, co dla ciebie najlepsze. Będę twoim nauczycielem, a pierwsza nauka, jaką ode mnie dostaniesz, brzmi: od teraz to my będziemy opiekować się tobą, a nie na odwrót – oznajmia. – Evie, wiadomość o tobie już się rozeszła i przesącza się jak deszczowe strugi aż do najniższych warstw świata demonów. Wielu z nich wybierze się po ciebie i zginie. Jesteśmy dobrze zorganizowani i wyposażeni we wszystko, co trzeba, żeby sobie z nimi radzić. Ale musisz nas słuchać i mieć do nas zaufanie: myślimy o tym, co dla ciebie najlepsze.

– Przecież ja już to wiem, Zee – odpowiadam szybko. – Ale wy musicie zrozumieć, że mnie z kolei chodzi o to, co najlepsze dla was.

Jego twarz nieco łagodnieje. Zefir spogląda na Reeda, potem znów patrzy na mnie.

– Evie, jako Serafin masz w swojej naturze nakaz strzeżenia i chronienia innych, ale my jesteśmy starymi wojownikami, a tobie wciąż brakuje doświadczenia i odpowiedniego przygotowania. Jesteś bardzo młoda. Urodziłaś się w sercu walki, której wciąż jeszcze nie potrafisz prowadzić. Przygotuję cię, żebyś pewnego dnia stanęła u mojego boku. Obiecuję, że nauczę cię wszystkiego, co sam umiem. W ten sposób zdobędziesz wielką moc, tak jak ja.

Słysząc jawną arogancję tego ostatniego zdania, pogardliwie wykrzywiam kąciki ust. Obejmuję Zefira w pasie i mocno ściskam.

– Mam kłopoty z zapamiętaniem, że jesteś przeraźliwie stary, Zee, bo wyglądasz równie młodo jak ja.

– Tak, jestem przeraźliwie stary, a ty od dziś będziesz się mnie słuchać. – Unosi mnie i ściska tak mocno, że o mało nie pękają mi kości.

– Będę przestrzegać wszystkich twoich poleceń, każdego słowa, jeśli pozwolicie mi wybrać się z wami na poszukiwanie Brownie i Russella – mamroczę cicho, bo trudno mówić normalnie bez powietrza. – Możesz mi wyjaśnić założenia strategii, którą przyjąłeś, żeby mnie chronić.

– Niezła próba – Zefir odstawia mnie z powrotem na podłogę – ale szansa, żebym cię zabrał z nami na Ukrainę, jest niewielka. Zostajesz tu z Reedem. Na pewno będziecie mieli co robić podczas naszej nieobecności.

– A jakim cudem Buns może z wami jechać, a ja nie? – Odsuwam się od niego.

– Pilnowanie jednej nieprzewidywalnej żeńskiej istoty wystarczy. Nie potrzeba drugiej – odpowiada Zefir.

– Zee, czy to na pewno prawdziwy powód, czy chodzi o to, że nie potrafisz się rozdzielić z Buns? – Przyglądam mu się uważnie.

– Czy to moja wina, że żadna z was nie szanuje autorytetów? – ripostuje szorstko, ale widzę po nim, że martwi się o Buns i nie chce jej na dłużej spuszczać z oka.

Od czasu, kiedy się tu zjawiliśmy, trudno spotkać jedno z nich bez drugiego. Zefir bardzo pilnie strzeże Buns. Zaczynam obmyślać rozmaite intrygi, które miałyby doprowadzić do tego, że Zefir zabierze mnie ze sobą na poszukiwanie Russella.

Wydaje się jednak, że Zefir potrafi czytać w moich myślach, bo po chwili mówi dalej:

– Reed zostaje tu sam. A jeśli będzie potrzebował twojej pomocy?

– Zee!

Wypuszczam gwałtownie powietrze, jakby zanurzył mnie w lodowatej wodzie. Zna mnie dostatecznie dobrze, żeby wiedzieć, że nie potrafię rozstać się na długo z Reedem. Przez cały czas nieustannie sprawdzam, co robi. Część mojego mózgu bez przerwy go śledzi. Reed wyjaśnił mi, że to leży w naturze Serafinów: muszą chronić wszystko, co uważają za swoje. Nie wydaje mi się, żebym była w stanie przestać się tak zachowywać, nawet gdybym chciała. Mimowolnie wyciągam rękę do Reeda i przyciągam go do siebie. Jego ramiona natychmiast zaplatają się wokół mnie, dając mi poczucie bezpieczeństwa.

Zefir mruczy z satysfakcją. Wie, że właśnie udało mu się mnie wymanewrować, ja też to wiem.

– Wkrótce wyruszamy, Reed. Chcę z tobą omówić parę rzeczy przed podróżą.

– Przyjdę za chwilę do twojego apartamentu – odpowiada Reed ponad moim ramieniem, mocniej mnie przytulając.

Zefir kiwa głową i w ułamku sekundy znika.

– Wszystko będzie dobrze – szepcze Reed z ustami tuż przy moich włosach.

Zachowuję spokój, bo dobrze wiem, co będzie. Dzięki snom z przejmującą jasnością uświadomiłam sobie, że nadchodzą ważne wydarzenia. Tak ważne i przerażające, że po przebudzeniu z trudem jestem w stanie sobie przypomnieć, co mi się przyśniło. Moja świadomość wciąż próbuje zatrzeć ślad po tych rojeniach i nie pozwala mi zobaczyć wyraźnie, co niesie ze sobą przyszłość. Do mojego umysłu wciąż przenika jakieś dziwne: kasim… kasim… mer.

– Znasz słowo kasim? – pytam Reeda, opierając policzek o jego ramię.

Sztywnieje.

– To znaczy „niszczyć” – wyjaśnia. – Gdzie to słyszałaś?

Nie zwracam uwagi na jego pytanie.

– A mer?

– Mer, czyli wielkie – odpowiada natychmiast. – O co chodzi?

– Nie wiem – mówię zgodnie z prawdą, uśmiechając się do niego.

Odsuwa się, żeby na mnie spojrzeć. Jego oczy się zwężają, nie dał się nabrać na próby ukrycia przed nim moich prawdziwych uczuć: wie, że jestem wystraszona.

– Więc jeszcze raz pytam: gdzie to słyszałaś? – nalega. Chciałby mnie w tej sprawie gruntownie przemaglować, ale nie mam mu dużo do powiedzenia.

– Może mi się przyśniło… – Znów opieram policzek na jego ramieniu.

– Co jeszcze ci się śniło? – pyta cicho, a jego dłonie delikatnie przesuwają się w górę i w dół po moich plecach.

– Nie pamiętam.

– Postaraj się. – Muska ustami moje włosy.

Odchylam twarz, żeby spojrzeć mu prosto w oczy.

– Postaram się, obiecuję – mówię z ustami tuż przy jego wargach, a po chwili go całuję.

Słyszę, że znów dzwoni jego telefon na biurku.

Reed nachyla czoło tak, żeby dotykało mojego, i zagląda mi w oczy.

– Dzwoni Zee. Pozwól mi z nim porozmawiać, potem do ciebie wrócę. I wtedy będziemy już sami… ty i ja.

Myśl o tym, że uda mi się zostać sam na sam z Reedem i nikt nie będzie nam przeszkadzał, jest cudowna.

– Okej – zgadzam się bez wahania, wywołując szeroki uśmiech na twarzy ukochanego.

Całuje mnie jeszcze raz i znika z mojego pola widzenia.

Zostaję sama. Zastanawiam się, czym mogłabym się zająć. W sąsiednim pokoju jest telewizor, ale chińskie programy są naprawdę dziwne i niewiele z nich rozumiem, bo tego języka też nie znam. Nawet reklamy są dziwaczne. Zawsze pojawia się w nich jakieś wielkie wypchane zwierzę w charakterze maskotki. Podskakuje i przemieszcza się to tu, to tam, a w ręku trzyma reklamowany przedmiot. Przypomina mi to stary kukiełkowy program telewizyjny Yo Gabba Gabba.

Widzę, że na biurku stoi nowy laptop Reeda. Otwieram go i wchodzę do internetu. Uwielbiam ten komputer, jest megaszybki. Przez chwilę surfuję po sieci i sprawdzam facebookowy profil Leandera Duncana. Russell używa go od czasu, kiedy mu ten profil założyłam, żeby mógł się porozumiewać z rodziną i ze mną. Zamieścił zdjęcia swoje i Brownie z zeszłotygodniowej podróży po Europie. Dołączył opisy tego, co widział. Szczególnie spodobały mi się ich fotografie z winnic na francuskiej prowincji. Russell wygląda na nich na zachwyconego.

Zamieszczam na jego tablicy wpis, że za nim tęsknię i że niebawem go zobaczę. Naprawdę za nim tęsknię. Jest moim najlepszym przyjacielem, ale nie wiem, co będzie do mnie czuł, kiedy mu powiem, co zrobiłam. Staram się o tym nie myśleć; przechodzę do innych stron w sieci. Naprawdę bardzo chętnie bym z kimś pogadała o tym, jak przekazać Russellowi to, co się wydarzyło między Reedem a mną, kiedy byliśmy w zamku Dominium. Potrzebuję rady. Chciałabym móc zapytać wujka Jima, co robić. Myśl o wujku napełnia mnie smutkiem, bo za nim też bardzo tęsknię. Muszę znaleźć kogoś, z kim mogłabym o tym porozmawiać.

Molly – myślę. Przychodzi mi do głowy moja przyjaciółka z lat szczenięcych. Lato już się prawie skończyło i niebawem Molly wróci do Notre Dame na drugi rok studiów. Nie kontaktowałam się z nią od czasu, kiedy wraz z Russellem opuściłam Crestwood. Bałam się odzywać, bo gdybym jej powiedziała, dokąd się wybieram, Reed mógł ją namówić, żeby podzieliła się z nim tą informacją. Molly na pewno nie zdołałaby się oprzeć jego pytaniom, bo Reed ma niezwykłą umiejętność operowania głosem w taki sposób, żeby przekonać ludzi do tego, na czym mu zależy. Gdyby moja przyjaciółka miała pojęcie, gdzie będę spędzać lato, natychmiast wyciągnąłby to od niej i zjawił się, żeby mnie zabrać do swojego domu.

Wtedy nie mogłam sobie na to pozwolić. Byłam pewna, że jedyny sposób, żeby uchronić Reeda przed oskarżeniami o zdradę ze strony aniołów Boskich, czyli jego własnej grupy, polegał na odejściu od niego. Jeśli wtedy schwytałoby mnie Dominium, Reed nie zostałby stracony za to, że mi pomaga. Nie wiedziałam, że Dominium i tak aresztuje Reeda i Zefira i będzie ich torturować, żeby sprawdzić, co o mnie wiedzą. Nie wiedziałam też, że w tym czasie, kiedy Reed był torturowany, namierzali mnie Gankanagowie – gatunek wampirów-ożywieńców, którzy chcą, żebym oddała im duszę i stała się jedną z nich. Może lepiej będzie nie mówić Molly, jak spędziłam „letnie wakacje”… Wzdrygam się na samą myśl o kłamstwach, które przyjdzie mi wymyślać, żeby ją przed tym wszystkim uchronić.

Przypuszczam, że Molly najpewniej wysłała mi już zylion e-maili, ale nie sprawdzałam poczty, bo bałam się, że Reed zdoła mnie odszukać, jeśli się zaloguję do swojej skrzynki. A teraz, kiedy wiem, że mam do czynienia z całą mocą Brennusa, który buszował zarówno w domu Reeda, jak i w mojej szafce i zabrał wszystko, co należało do mnie, jestem przekonana, że ten odrażający wampir przegląda też moją pocztę. Twarz Brennusa staje mi przed oczami, budząc obrzydzenie.

Może przegląda moją pocztę, ale to nie oznacza, że nie mogę wysłać Molly wiadomości z innego konta. Z tą myślą zakładam nową skrzynkę na fałszywe nazwisko i wysyłam krótkiego maila, że żyję i chciałabym z nią porozmawiać. Zastanawiam się, co jej powiedzieć, jeśli mi odpisze. Że trafiła mi się okazja odbycia podróży i nie potrafiłam odrzucić propozycji? Kiedy rozważam rozmaite wymówki, na ekranie wyskakuje mi powiadomienie o nowym mailu. Molly musi być akurat przy komputerze – myślę podekscytowana. Patrzę na temat otrzymanej wiadomości: „Tęsknię za Tobą”.

Szybko otwieram list, ale mail jest pusty. Znajduję załącznik – czekam przez chwilę, żeby filmik się załadował. Ze zdziwieniem patrzę, jak powoli wyostrza się zamglony obraz ciemnego pokoju. W tle słychać głośną, bębniącą muzykę, a kamera przesuwa się po kilku barwnych osobach. To wygląda jak scena z jakiegoś klubu nocnego pełnego ludzi. Kamera wędruje wzdłuż ponurego korytarza upstrzonego graffiti. Widać stojących pod ścianą ludzi wystylizowanych na emo – obserwują kapelę, która jest na scenie w głębi klubowej sali. Potem kamera przenosi się do baru, gdzie tłoczy się mnóstwo osób, a każda stara się zwrócić na siebie uwagę barmana.

Tracąc chwilami ostrość obrazu, osoba obsługująca kamerę używa zoomu, żeby pokazać tłum w pobliżu zespołu, który właśnie zaczął zawodzić jakiś cover. Dudnienie wzmacniaczy i błyski stroboskopowego światła wprowadzają dodatkowy chaos. Próbuję się zorientować, o co w tym filmie chodzi. Powoli wraca ostrość obrazu i kamera skupia się na jednej osobie, która kręci się wśród znajomych. Natychmiast rozpoznaję Molly. Ze skromną miną sączy drinka i śmieje się z czegoś, co mówi do niej ktoś, kto nachyla się w jej stronę. Nie widzę, kto to jest, bo ta osoba stoi tyłem do kamery.

Wyciągam drżącą rękę i dotykam ekranu w miejscu, gdzie widzę obraz Molly. Wygląda dokładnie tak samo jak dawniej, jakby nic się u niej nie zmieniło. Dostrzegam, że znów się śmieje z czegoś, co mówi nieznajomy obok niej. Nie wykonuje nawet najmniejszego ruchu, kiedy ten wysoki mężczyzna delikatnie dotyka jej policzka, głaszcze go palcami. Wyraz twarzy Molly powoli się zmienia: flirtujący uśmiech stopniowo zamiera na jej ustach. Czuję ucisk w gardle i z trudnością nabieram powietrza do płuc.

Mężczyzna odwraca się i patrzy w stronę znajdującej się za nim kamery. Podchodzi do niej ze zwinnością skradającego się drapieżnika, obdarzonego nadnaturalną mocą. Jego twarz dokładnie odpowiada obrazowi, jaki zachowałam w pamięci. Oczy błyszczą mu szczególnym przeszywającym blaskiem, wydobywającym się z wodnistozielonych głębin. Hebanowe włosy, starannie wystylizowane, opadają na łukowate brwi, a rysy twarzy są tak samo piękne jak wtedy, kiedy widziałam je poprzednio – równie cudowne i młodzieńcze jak w dniu, w którym Aodh, czyli będący jego władcą Gankanag, zamienił go – złośliwego duszka – w istotę o pasożytniczej naturze. Zbliża się do kamery, unosi twarz. Wygląda tak, jakby patrzył bezpośrednio na mnie.

– Mo chroí… – dyszy ciężko Brennus. Gdy słyszę jego głos… gdy mówi do mnie „moje serce”, czuję natychmiast, jak pali mnie jego jad i zatruwa krew w moim ciele.

Rozdział 2

Brakujące fragmenty

Kiedy słyszę przesłanie Brennusa płynące do mnie z wideowiadomości, czuję wszystkie blizny, jakie we mnie pozostawił.

– Tęskniłem za tobą w zamku i bardzo mi przykro z powodu tego błędu, jaki popełniłem. Powinienem przyjść po ciebie sam, a nie wysyłać swoich kolesi – mówi z żalem, nie odwracając wzroku od kamery. – Finn ostrzegał, że trzeba uważać. Powiedział, że powinniśmy wydelegować do ciebie ambasadora… Uważa, że jak próbowałem cię przemienić, mogłem cię skrzywdzić ociupinkę za bardzo. Myślę, że ma rację, ale jednak lepiej, żebym przyszedł do ciebie sam. Choćby po to, by ci pokazać, ile dla mnie znaczysz. Bez ciebie, Genevieve, jestem tylko cieniem na podłodze – mruczy dalej, a jego słowa ledwie daje się zrozumieć z powodu muzyki w tle. – Straciłem całe poczucie sensu poza jedną jedyną sprawą: żeby cię odnaleźć. Być już tak blisko ciebie i jednak cię utracić… Trudno mi to znieść.

Po tych słowach przerywa, a brak światła z kamery sprawia, że nie widać bladości jego skóry. Wygląda niemal normalnie, jeśli nie zwracać uwagi na to, że jest nieziemsko piękny. Powietrze w klubie jest lekko zamglone i w tych warunkach nikt nie powiedziałby, że Brennus to złośliwy duch-ożywieniec. Zwykły człowiek zobaczyłby po prostu supermodela i nie wyczułby słodkiego, wręcz przesłodzonego zapachu, który wydziela toksyczna skóra Gankanagów. Dla każdej młodej kobiety Brennus stanowi pokusę doskonałą: to jedyny w swoim rodzaju zabójca.

Przeciąga dłonią po ciemnych włosach i łapie się za kark, a na jego twarzy pojawia się wyraz cierpienia.

– Wiem, że mi nie uwierzysz, ale tym razem planuję zachować się inaczej. Nie będę próbował cię przemieniać. Możesz sama zdecydować, kiedy stać się jedną z nas…

Prycham drwiąco; nie wierzę mu ani przez chwilę.

Wciąż czuję ból w miejscach, w których mnie pokąsał. Pamięć podsuwa mi wspomnienie dręczącego głodu i związanej z nim udręki.

– Po prostu potrzebuję mieć cię przy sobie. Możesz teraz sama do nas wrócić albo możemy cię odnaleźć. Twój wybór, lecz jeśli zmusisz mnie, żebym po ciebie przyszedł i zabrał cię do domu, może ci się nie spodobać to, co się będzie działo. Kocham cię, mo chroí. Jesteś moja.

Ostatnie słowa wypowiada tak, jakby to w ogóle nie ulegało wątpliwości. I rzeczywiście jakaś część mnie w to wierzy. Nie wiem dlaczego, może to syndrom sztokholmski, ale czuję się jak jego własność, która czeka, aż on ją sobie odbierze.

– Zastanawiałem się trochę nad nami – ciągnie Brennus, od czasu do czasu spoglądając od niechcenia przez ramię w stronę Molly.

Ona z kolei wygląda na półprzytomną, jakby coś przed chwilą wzięła, ale to tylko obecność Brennusa ma na nią taki wpływ. Jego toksyczna skóra zawiera silny narkotyk, który uczynił z Molly niewolnicę. Jeśli jej dotknął, zrobi teraz wszystko, co jej każe – wszystko. Brennus znów spogląda w kamerę i mówi:

– Nie chcę, żebyś się czuła samotnie, kiedy do nas wrócisz, więc znalazłem dla ciebie przyjaciółkę. Przemienimy ją i wtedy będzie z tobą całą wieczność. Sama widzisz… Zamierzam dać ci wszystko, czego potrzebujesz… czegokolwiek pragnie twoje serce. Powiedz mi, gdzie jesteś, a ja cię sprowadzę do domu. Już pora, Genevieve. Takie jest twoje przeznaczenie.

Ekran robi się czarny, a po chwili znów pojawia się okno z pocztą elektroniczną. Patrzę na pustego maila; jestem w szoku.

Okłamywałam się. Albo może raczej udawałam, że to się nie zdarzy, że jakoś uda się temu zapobiec. Myślałam, że jeśli będę zachowywała się zwyczajnie, jeśli będę blisko osób, które kocham, zdołam je ochronić. Ale Brennus ma po swojej stronie wieczność. Może mi te osoby odbierać jedną po drugiej, aż nie zostanie nikt, kogo miałabym chronić. Czy wtedy zacznę go błagać, żeby mnie zabił, żeby przerwał ból wynikający z utraty najbliższych?

Nie wiem, kiedy zarejestrowano ten film. Czy jest już za późno, żeby ratować Molly? Gdy się nad tym zastanawiam, czuję, jak wsącza się we mnie panika. Rozum mówi mi, że odpowiedź na to pytanie brzmi „tak”. Było za późno już w momencie, w którym jej dotknął: Molly zaczęła go teraz pragnąć; stanie się jego psychofanką – o ile jej nie przemieni albo nie wypuści z niej całej krwi i jej nie zabije. Będzie się zachowywać jak ćpunka rozglądająca się za następną porcją toksyny, którą Brennus ma pod skórą – chyba że w jakiś sposób zostałaby uleczona; ale nie wiem nawet, czy w przypadku ludzi to możliwe. Udało mi się przeżyć jadowite ukąszenie Gankanaga, bo Russell podał mi sarnią krew, która stłumiła potrzebę napicia się krwi Brennusa. Ale jego skóra nie miała na mnie wpływu. Brennus może mnie dotykać, a ja i tak jestem niewrażliwa – inaczej niż inne istoty w pełni ludzkie albo całkiem anielskie.

Brennus się nie zatrzyma. Przyjdzie po mnie – ale o tym wiedziałam już wcześniej. Prowadzimy grę, która zakończy się śmiercią – jego albo moją. Koniec nastąpi wtedy, kiedy Brennus przestanie istnieć albo ja stanę się jego ożywieńcem – królową Gankanagów. Jedyne pytanie, jakie pozostało, to ilu jeszcze moich przyjaciół zginie, zanim ten koniec nadejdzie. Być może moja defensywna postawa nie jest właściwym podejściem w trakcie walki z Brennusem. Może powinnam go jak najszybciej odnaleźć i zniszczyć, zanim dopadnie kogoś innego? Gankanagowie nie szanują niczego poza czystą siłą. Może powinnam im pokazać, że ani prześladowanie moich najbliższych, ani mnie samej wcale nie leży w ich najlepszym interesie? Mając to wszystko na uwadze, klikam na pole „Odpowiedz” i zaczynam formułować wiadomość zwrotną:

Brennusie,

chyba zapomniałeś, że nie jestem taka jak inni i twoje uroki na mnie nie działają. Moja dusza nie jest na sprzedaż i nigdy jej nie oddam. Jeśli naprawdę chcesz mi dać to, czego pragnie moje serce, nie przemieniaj Molly. Jeśli to jest w Twojej mocy, to chcę, żebyś ją puścił wolno. NIE będę szczęśliwa, jeśli moja najlepsza przyjaciółka stanie się Gankanagiem. BĘDĘ szczęśliwa, jeśli sobie pójdziesz i nigdy więcej nie będziesz mnie niepokoił. Jeśli mnie nie posłuchasz, zmuszę Cię do tego, żebyś mnie zostawił w spokoju, a Tobie może się wcale nie spodobać, kiedy Ci pokażę, że i Ty jesteś istotą, która trwa tylko chwilowo. Jeśli nie zrobisz tego, o co Cię proszę, i zdecydujesz się przyjść po mnie, potraktuję to jako wypowiedzenie wojny i bez wahania Cię zabiję. Nie zmuszaj mnie do tego. Nie jesteś moim przeznaczeniem. Ja jestem Twoim wrogiem.

ABSOLUTNIE NIE TWOJA

Evie

PS Oddaj mi moje rzeczy, paskudny prześladowco.

Nie zastanawiając się nad konsekwencjami swojego działania, klikam „Wyślij” i odpowiedź leci do skrzynki Molly. Patrzę na ekran; czuję, jak coś mnie ściska w gardle. Z powodu łez widzę wszystko jak przez mgłę. A płaczę, bo uświadamiam sobie, co oznacza obraz, który mam przed sobą. Molly prawdopodobnie jest już martwa. A właściwie nie martwa, tylko stała się ożywieńcem – myślę, podczas gdy pamięć podsuwa mi wspomnienia ponurych cel znajdujących się pod kryjówką Brennusa. Chociaż teraz nie są już pewnie w Houghton, więc Brennus nie może przetrzymywać Molly w którymś z tych lochów, tak jak mnie. Ponieważ Dominium dowiedziało się o kopalni miedzi, którą Gankanagowie zamieszkali, lokatorzy prawdopodobnie opuścili ten teren. I tak zresztą nie mogliby zostać w kopalni, bo zniszczyły ją granaty wrzucone do niej przez Russella podczas akcji odbijania mnie.

Kiedy przypominam sobie Russella, jak wkracza do kopalni, żeby mnie ratować, znów napływają mi do oczu łzy. Był taki wspaniały… Ocieram je grzbietem dłoni. Dla mnie stanął do walki oko w oko z Brennusem i nie pozwolił mi się poddać. Zawdzięczam mu życie, a jednak zostawiłam go bez pomocy, żeby radził sobie sam. Tak samo zresztą zostawiłam Molly. Ogarnia mnie dojmujący smutek, czuję nieprzyjemny ucisk w piersi. Wciąż brakuje mi jeszcze doświadczenia. Jestem naiwna i głupia, ale nie mogę tłumaczyć się ignorancją. Zdaję sobie sprawę, do czego Brennus jest zdolny, a mimo to nie chciałam posłuchać wewnętrznego głosu, który mnie ostrzegał przed jego nadejściem.

Na ekranie znów pojawia się komunikat o nadejściu nowego maila. Patrzę na wyskakujące, jasno rozświetlone okienko i czuję, że włoski na rękach stają mi dęba. Przechodzi mnie dreszcz. Przesuwam kursor na przycisk „Odebrane” i klikam. W skrzynce znajduję jedną wiadomość. Też została wysłana z konta Molly, ale nie ma żadnego tematu. Z pewnością sprawdzają pocztę mojej przyjaciółki. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest wcześniej napisany list: Brennus czekał, aż się skontaktuję z Molly. Nagle czuję się jak motyl złapany w pajęczą sieć. Otwieram wiadomość.

Najdroższe serce,

gdybym już nie wiedział, że jesteś moim ideałem, upewniłaby mnie w tym przekonaniu Twoja kunsztownie skonstruowana wiadomość. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za złe: pokazałem ją kolesiom, którzy ogromnie teraz pragną odzyskać swoją królową. Po powrocie do domu będziesz chyba musiała znieść troszeńkę żartów z ich strony. Kolesie mogą się nie powstrzymać, bo jesteś po prostu zbyt kusząca.

Przykro mi, że Cię rozczaruję, mo chroí, ale odmieniliśmy Twoją przyjaciółkę Molly kilka dni temu. Nie było z tym żadnych problemów, bo sama bardzo chciała stać się Gankanagiem. Bardzo się cieszy, chociaż odrobinę się złości na Ciebie, że jej nie powiedziałaś, kim naprawdę jesteś. Wytłumaczyłem jej, że prawdopodobnie chciałaś ją ochronić. Nie zdawała sobie sprawy, że właśnie tym zajmują się Serafiny.

Jeśli chodzi o to, że ja trwam tylko przejściowo, mogę Cię zapewnić, że jestem bardzo trwały i stanowię Twoje przeznaczenie. Zapominasz, że poznałem Twój smak. Znam wszystkie Twoje najgłębsze pragnienia. Wiem o wszelkich potrzebach, które ukrywasz w głębi serca. Bardziej niż czegokolwiek innego pragniesz rodziny. A więc dzięki mnie będziesz miała rodzinę. Chcesz też innych rzeczy, takich, o których nigdy nikomu nie mówisz. Nigdy. Odnajdę dla Ciebie Twojego ojca, obiecuję. Trochę już o niego rozpytywałem. Jeśli tu gdzieś jest, to go znajdziemy.

Nie boję się Ciebie. Boję się o Ciebie. Stanęłaś po niewłaściwej stronie. Nie można ufać aniołom. Zwrócą się przeciwko Tobie. Jeśli zaistnieje choćby cień szansy, że można Cię potraktować jako coś złego, koniec z Tobą. A my zawsze będziemy gotowi Cię bronić.

To Ty nie chcesz mnie słuchać. Skończyłem już z prośbami, Genevieve. Teraz wydaję Ci polecenia. Przyjdź do mnie, zanim ja będę musiał przyjść po Ciebie. Nie jestem Twoim wrogiem. Kocham Cię, a Ty z czasem też mnie pokochasz.

Całkiem Twój

Brennus

PS Wszystkie rzeczy czekają na Twój powrót, mój piękny aniele.

Ogarnia mnie wściekłość na myśl o śmierci Molly. To uczucie podobne do gniewu, który mnie wypełnia na myśl o tym, co Alfred zrobił mojemu wujkowi. Brutalnie zabił wuja Jima, a ja nie potrafiłam go powstrzymać. Ten gniew trzymam w sobie w ukryciu, bo kiedy pozwalam mu się rozwinąć, mam wrażenie, że wywraca mi się żołądek. Drżącymi palcami przebiegam po klawiszach laptopa, wkładając w odpowiedź dla Brennusa całą nienawiść, jaką czuję.

Drogi Chodzący Trupie,

nigdy nie wybaczę ci Molly. Przyślij mi swoich zmarłych, a ja ich za ciebie pochowam. Koniec już z próbami przemówienia ci do rozumu. Przyjdź i zgiń.

Nienawidzę cię

Evie

Czekam nie dłużej niż parę minut, aż na ekran znów wskakuje okienko informujące o nowych wiadomościach. Dostaję odpowiedź od Brennusa.

Droga Najciemniejsza Nocy,

już jestem martwy, ale nie mogę się doczekać, żeby Cię zobaczyć… w Chinach. Niedługo tam będę.

Kocham Cię

Brennus

Chwytam laptop i rzucam nim na drugi koniec pokoju. Trafiam w ścianę, urządzenie się roztrzaskuje, kawałki spadają na podłogę. Uderzam pięściami w biurko. Drzazgi grubego, starego drewna spadają do moich stóp. Rozglądam się wkoło i wszędzie widzę twarz Molly, coraz bardziej zapadniętą po dotknięciu przez Brennusa. Nie pomyślałam o tym, że moja przyjaciółka potrzebuje ochrony. To oczywiste, że stanowiła łatwy cel. Brennus ma moje zdjęcia, a Molly jest co najmniej na połowie z nich.

Pokój zaczyna wirować mi przed oczami, które uciskam pięściami, żeby pozbyć się obrazów śmierci przyjaciółki. Musiała wyglądać przerażająco. Pewnie wypili jej krew, zanim któryś z nich pozwolił Molly skosztować swojej krwi. Ciekawe, który z nich ją przemienił. Brennus czy Finn…? A zresztą to mógł być każdy z nich… Declan albo Lachlan. Dowiem się i będę go mordować powoli… boleśnie. Kilka scenariuszy tego morderstwa pulsuje w mojej głowie, w której wszystko wiruje, jakby ktoś włożył mnie do blendera i włączył szybkie obroty.

Od tych zawrotów chwieję się na nogach. Odrywam dłonie od oczu i czuję gwałtowną potrzebę jakiegoś ruchu: muszę pędzić do Molly… pomóc jej… Nie, za późno, żeby jej pomóc. Muszę się wybrać do Brownie i Russella. Trzeba ich ostrzec, że Brennus jest już w drodze do Chin – wyśledził, skąd wysyłałam maile. Wie w każdym razie, gdzie się znajduje serwer poczty wychodzącej, którego użyłam, nadając wiadomość. Znajdzie mnie. Jeśli dotrze dostatecznie blisko, prawdopodobnie zdoła wywęszyć mój zapach… Czuję nasilające się mdłości. Trzeba ostrzec Zefira, Buns i Fedrusa – jeśli Brennus ich dotknie, oni też staną się jego niewolnikami.

Reed – przychodzi mi do głowy i czuję, że pokój znów zaczyna wirować i nie może przestać. Nie jestem w stanie powstrzymać tych obrotów. Przyklękam na jednym kolanie, opierając głowę na drugim. Kładę dłoń na podłodze, starając się odzyskać równowagę.

Muszę ostrzec Reeda… Russella… Zee… Pulsuje we mnie całkiem nienaturalne uczucie lekkości, rozchodzi się jak fala uderzeniowa, a jednocześnie coś we mnie się unosi. Patrzę ponad siebie i czuję się tak, jakby żołądek wywracał mi się na drugą stronę: widzę własny obraz. Przez kilka sekund krąży nade mną niczym świetlisty duch. Mrugam, wpatrując się w to idealne odwzorowanie mnie samej, i widzę, że moje lustrzane odbicie odwraca się od miejsca, w którym stoi, tuż przede mną. Po chwili mój świecący sobowtór z ponurym wyrazem twarzy rzuca się błyskawicznie naprzód i znika z pokoju z taką prędkością, że ledwo nadążam za nim wzrokiem. Zgrzytam zębami, czując, jak eksploduje we mnie kolejna fala uderzeniowa. Wyskakuje ze mnie drugi holograficzny obraz mnie – jak unosząca się do nieba dusza – i wylatuje z pokoju. A kiedy z mojego ciała wydobywa się trzecie rozświetlone „ja”, jak echo poprzednich, i opuszcza pokój, przechodzą mi wreszcie zawroty głowy, które mnie męczyły. Stoję na drżących nogach i próbuję zrozumieć to, czego przed chwilą doświadczyłam. Potykam się o łóżko i opieram o jego stelaż, żeby nie upaść.

Wdycham głęboko powietrze i unoszę do czoła dygocącą rękę. Nagle rozprasza mnie ruch w pobliżu drzwi. Wchodzi Reed i przygląda mi się uważnie. Jego twarz nie zdradza emocji, ale w oczach widać ból. Obejmuje mnie ramionami. Nie ma na sobie koszuli, więc widzę jego antracytowe skrzydła rozkładające się w groźnie wyglądający łuk. Kiedy Reed przyciska mnie do piersi, czuję jego seksowny, męski zapach.

– Żyjesz – szepcze mi do ucha, a jego ramiona otaczają mnie, jakbym była delikatną rośliną. Za sobą słyszę brzęk jakiejś broni, którą trzymał w ręce i teraz upuścił. Brzmi to jak miecz, który pada na podłogę z metalicznym szczękiem.

– Co takiego? – Krztuszę się i odsuwam tak, żebym mogła spojrzeć na jego twarz.

– Widziałem cię. Przeleciałaś przeze mnie. Poczułem ból i smutek, kiedy mnie przenikałaś, a zaraz potem po prostu zniknęłaś. – Reed mówi to ściszonym, ale podekscytowanym głosem. Trzyma mnie mocno i nie pozwala mi się odsunąć dalej.

– Kiedy to było? – Rezygnuję z prób zajrzenia mu w oczy. Zamiast tego odwzajemniam uścisk.

– Przed kilkoma sekundami. Myślałem, że… – Ostatnie słowa wypowiada ochrypłym głosem, potem milknie.

– Myślałeś, że nie żyję?

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zobowiązanie (t.3) Intuicja (t.2) Nieuniknione (t.1) 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów