Brat Albert

Brat Albert

Autorzy: Natalia Budzyńska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 28.99 zł

Zniszczony habit jest przewiązany w pasie sznurem. Prawą rękę opiera na lasce, w lewej trzyma papierosa. Nie jest ckliwym staruszkiem. Miłość, jaką otaczał ubogich i wszystkich dookoła, była męska i radykalna. Wymagająca i wybaczająca. Po prostu ojcowska.

(fragment książki)

 

 

Święty człowiek z krwi i kości

 

Brat Albert, jakiego znamy z obrazów i świątobliwych opowieści, jest czuły, miłosierny i troskliwy, ale jednocześnie bardzo nieprawdziwy. Nastoletni Chmielowski napadł przecież na pocztowy furgon, a z oddziałem powstańców „komandosów” atakował Moskali, walcząc o życie i wolność. W czasie potyczki z nimi stracił nogę. Uciekając przed represjami, zamieszkał aż w Paryżu, gdzie klepał biedę, mogąc jedynie pomarzyć o życiu wyższych sfer. Po ogłoszeniu amnestii dla powstańców wrócił na ziemie polskie.

 

Był utalentowanym malarzem, który dopiero z czasem zaangażował się w pomoc najbiedniejszym. To jednak nie było łatwe. Musiał mierzyć się z odtrąceniem przez dotychczasowych przyjaciół, nie rozumiejących jego oddania się pracy na rzecz ludzi najuboższych, i niechęcią duchownych, którzy traktowali to jako fanaberię artysty.

 

Natalia Budzyńska przedstawia nam człowieka z krwi i kości. Uczłowiecza Świętego i pokazuje go takiego, jaki był naprawdę – surowego, bezpośredniego, twardego, ale równocześnie bezgranicznie kochającego.

 

Natalia Budzyńska – dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”, matka Niny i Staszka oraz żona Tomka. Pisała m.in. o ks. Kaczkowskim, Wojciechu Smarzowskim i mamie Jaśka Meli. W Wydawnictwie Znak ukazała się jej książka Matka męczennika, opowiadająca o Mariannie Kolbe.

Siwa przystrzyżona broda, na głowie jasny kapelusz, może słomkowy? Z pewnością jest lato. Sądzę, że to słoneczne przedpołudnie, bo cień na drewnianej ścianie w tle jest ostry. Ta ściana w tle – co to może być? Może budynek pustelni na Kalatówkach? Albo jeden z budynków gospodarczych w Kuźnicach? Brat Albert patrzy wprost w obiektyw, ale wydaje się zaskoczony albo niezadowolony. Nie uśmiecha się, nie pozuje. Jego zniszczony habit przewiązany jest w pasie sznurem, do którego przytroczony jest ledwo widoczny na zdjęciu różaniec. Prawą rękę opiera na lasce. W lewej trzyma papierosa.

Lubię to zdjęcie. Nie widziałam go w żadnej biografii, w żadnym opracowaniu. Dziwne, bo zdjęć Brata Alberta jest w ogóle niedużo, więc fakt niewykorzystania tego tym bardziej zastanawia. Nie lubił fotografowania i nie pozwalał sobie robić zdjęć. Unikał tego, jak mógł, i trzeba powiedzieć, że skutecznie. No bo jakie fotograficzne portrety Adama Chmielowskiego znamy? Najczęściej reprodukowane są cztery. Adam Chmielowski jako malarz i artysta, z długim włosem zaczesanym do tyłu, ufryzowaną i modnie przystrzyżoną bródką, rozmarzonym wzrokiem. Ubrany jest w marynarkę, kołnierzyk białej koszuli przewiązany wstążką. Adam Chmielowski apostoł Podola, z bujną brodą, czarną i gęstą, w baraniej czapce na głowie, patrzy stanowczo i zuchwale prosto w obiektyw. W podolskim kożuchu wygląda, jakby dopiero co zsiadł z konia. Brat Albert cztery lata przed śmiercią na tle jakiejś grubo tkanej zasłony. Całkiem siwa broda, binokle, wzrok zatroskany, jakby trochę zagubiony, wyraz twarzy jakiś taki… niemy. I jest jeszcze zdjęcie z urzędowej legitymacji z 1915 roku, ustawione przez fotografa: Brat Albert bez okularów, w płaszczu – pelerynie zapiętej pod szyją na kołek, z kapturem. Poza tym dosłownie kilka zdjęć zbiorowych, pozowanych, tylko jedno w habicie. Mało znany portret z młodości uczniowskiej i jeszcze jeden sprzed 1883 roku, z okresu bardzo dramatycznego, co widać po oczach: rozbieganych, wyostrzonych, uważnych. Nam utrwalił się jednak wizerunek z obrazu namalowanego przez osiemdziesięcioletniego Leona Wyczółkowskiego, który wprawdzie znał Adama Chmielowskiego, ale portret ten malował już po jego śmierci, korzystając z ostatnich fotografii. Na tym obrazie Brat Albert przytula dziecko. No i patrzy na nas tym zatroskanym wzrokiem. Tak bardzo smutnym i smętnym. Wyczółkowski malował ten portret w latach 1932–1933 na zlecenie związane z rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego. Zanotował: „Brat Albert ma dobry wyraz. Do farb lawendowy olejek, bo oleju nie znoszę, drażni mnie. Habit Brata Alberta jak wór, dziecko tuli się”. Obraz nie jest dokończony i nie jest zbyt udany. Jego druga wersja przedstawia zakonnika już bez dziecka; właściwie jest to malarski odpowiednik fotografii z 1912 roku.

Brat Albert w Zakopanem, ok. 1915.

autor nieznany, źródło: archiwum sióstr albertynek w Krakowie

Te wizerunki nijak mi nie pasowały do Brata Alberta, jakiego zaczęłam poznawać. Nie był przecież ani przez chwilę ckliwym staruszkiem. Miłość, jaką otaczał ubogich i wszystkich dookoła, była męska i radykalna. Wymagająca i wybaczająca. Po prostu ojcowska. Dlatego tak podoba mi się zdjęcie z papierosem. Brat Albert jest na nim bliski, realny, prawdziwy. Patrząc na tę fotografię, czuję ciepło słońca, zapach traw i dymu papierosowego. Słyszę szumiący potok i opędzam się od much. Wydaje mi się, że kiedy dotknę habitu, poczuję jego szorstkość. Mogłabym usiąść na ławce pod tą drewnianą ścianą i po prostu pogadać. Ciekawa jestem, czy to jest ta fotografia zrobiona z zaskoczenia przez fotografa generałowej Zamoyskiej. Podobno znając niechęć Brata Alberta do aparatu fotograficznego, generałowa zorganizowała podstęp. Wiedząc, że będzie u niej z wizytą, kazała fotografowi stanąć w konkretnym miejscu i zrobić zdjęcie bez pytania, znienacka. Brat Albert był bardzo niezadowolony, był na nią zwyczajnie zły. Ale może dzięki temu podstępowi mamy Brata Alberta takiego na wyciągnięcie ręki, bliskiego i ludzkiego. Zaraz pochyli głowę, spojrzy gdzieś w bok, strzepnie popiół z papierosa, odwróci się i pójdzie dalej, poza kadr.

I

1845–1863

1. Rodzice

Rodzice Adama Chmielowskiego, Wojciech i Józefa, poznali się najprawdopodobniej w Warszawie. On mieszkał sam przy ulicy Leszno, ona jakiś czas z rodzicami przy ulicy Świętojerskiej. Potem razem z nimi wyprowadziła się z miasta, ale niedaleko, mogli się więc widywać z Wojciechem na przykład w niedziele na proszonych obiadach. Wyobraźmy sobie niedzielne letnie przedpołudnia w podwarszawskim Brwinowie. Dworek, w którym mieszkała rodzina Borzysławskich: białe wiklinowe fotele, bladoróżowe malwy pod oknami, herbaciane róże na stole, motyle, brzęczące owady. Podjeżdża bryczka, wysiada z niej młody mężczyzna. Możliwe, że przybywało ich z Warszawy dwóch, bo w domu w Brwinowie były dwie panny i obie w tym samym roku wyszły za mąż. Musieli przyjeżdżać bryczką albo jakimś powozem, skoro Kolej Warszawsko-Wiedeńską przez Brwinów poprowadzono dopiero w 1845 roku. A tymczasem był rok, powiedzmy, 1837. Za rok ślub. Tak to właśnie mogło wyglądać. Jak inaczej mogli się bliżej poznać kawaler z Podola i panna z Warszawy? Nie odkryta pozostaje reszta okoliczności: kto ich ze sobą poznał, kiedy i jak się sobą zachwycili. Nie było żadnego mezaliansu. Oboje pochodzili z tej samej grupy społecznej: ze szlachty, która już nic nie miała. Może jakiś kawałek ziemi, który był tylko wspomnieniem dawnej świetności rodu. Herby na ścianach, drzewa genealogiczne w szufladach. I tyle. Trzeba było wiele sprzedać, żeby jakoś żyć, a co gorsza, trzeba było pracować dla innych. To była ta zubożała szlachta, której synowie zaczynali kariery urzędnicze z powodzeniem większym lub (niestety, częściej) mniejszym.

Zacznijmy od Wojciecha Chmielowskiego. Urodził się albo w Miropolu, albo we wsi Czartorya, w każdym razie z pewnością w powiecie żytomierskim, hen, na wschodzie dawnej Rzeczpospolitej Polskiej. Jeszcze wtedy, w 1811 roku, Chmielowscy posiadali tam majątek, który musieli potem sprzedać lub zwyczajnie go stracili i z Wołynia przenieśli się na Podole, najpierw do Jaryszowa, a potem do malowniczej wsi Kudryńce w zakolu rzeki Zbrucz. W Kudryńcach minęło dzieciństwo i młodzieńcze lata ojca przyszłego Brata Alberta, a i on sam w przyszłości spędzi tam wiele dobrych chwil z rodziną. Kudryńce będą bliskie i jemu, i jego braciom, i całej rodzinie, ale to dopiero później. Na razie nie żyje już ojciec Wojciecha, Franciszek, a matka, Felicjanna z Kwaśnickich, wychowuje siódemkę dzieci, z których Wojciech jest prawdopodobnie najstarszy, a Petronela najmłodsza. Petronela jest ważna, bo z nią Adam Chmielowski będzie miał bardzo dobry kontakt i to ją będzie z całej rodziny wspominał najczęściej. Wprawdzie w niektórych biografiach pisanych wiele lat później można się natknąć na stwierdzenie, że „Chmielowscy mieli wielkie dobra na Podolu”, ale to nie do końca prawda. Nie mogli mieć zbyt dużego majątku w Kudryńcach, bo tam właścicielami ziem byli niemal wyłącznie hrabiowie Koziebrodzcy. I w końcu właśnie im Felicjanna Chmielowska sprzedała to, co miała, i wyjechała z powrotem do Jaryszowa. Tam pochowany był jej mąż.

Więcej o młodości Wojciecha Chmielowskiego nie wiemy, niż wiemy. Nie brał udziału w bitwach, nie miał żadnego majątku, nie był karany i kto to wie, do jakich szkół chodził. Nigdzie nie przedstawiał żadnych świadectw, więc może uczył się w domu? Kiedy miał dwadzieścia lat, zaczął pracować jako cywil w wojsku. Będąc szlachcicem (herbu Jastrzębiec), miał pewne przywileje, na przykład omijał go pobór do wojska carskiego. Zajmował się intendenturą i szybko awansował, bo wiemy, że już w 1834 roku nie musiał dostarczać żywności do oddziałów stacjonujących w miastach Królestwa Polskiego, jeżdżąc od jednego do drugiego, ale mógł prowadzić życie bardziej ustabilizowane i osiadłe, pracując w Komisji Głównej Intendentury Armii Czynnej w Warszawie. Zamieszkał przy ulicy Leszno, numer posesji 744. Spokojna okolica, wysokie kamienice. To wtedy po raz pierwszy zobaczył Józefę Borzysławską. On miał lat dwadzieścia siedem, a ona dwadzieścia dwa, kiedy w czerwcu 1838 roku wzięli ślub w kościele Świętego Floriana w Brwinowie. Józefa od co najmniej dwóch lat mieszkała z rodzicami i młodszą o rok siostrą w tej podwarszawskiej wsi, gdzie jej stryj dzierżawił majątek. Na ślub i wesele nie przyjechał nikt z rodziny Wojciecha. Jego matka i rodzeństwo mieszkali wtedy w Jaryszewie w guberni podolskiej. Dzisiaj tereny te leżą w Ukrainie, przy granicy z Mołdawią. Od Warszawy jakieś osiemset kilometrów przez Tarnopol, Lwów, Lublin. Kawał drogi. Świadkami na ślubie byli członkowie rodziny Józefy: Maksymilian Borzysławski, brat ojca, oraz Jan Kłodnicki, brat matki. Józefa urodziła się w 1816 roku we wsi Hordzież na Podlasiu niedaleko Kocka. W dobrach serokomelskich należących do jej ojca spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Kiedy je sprzedano, rodzina Borzysławskich na krótko przeniosła się do Warszawy, a zaraz potem właśnie do Brwinowa.

Po ślubie Wojciech i Józefa zamieszkali wspólnie przy ulicy Leszno. Nie czuli się osamotnieni, bo Warszawa była przecież rodzinnym miastem Józefy. Jej matka była urodzoną warszawianką, do dziadka należała kamienica przy ulicy Świętojerskiej (numer posesji 1774). Teraz była własnością wuja Józefy Jana Kłodnickiego i jego młodej żony Kamili, z którą miał już dwoje dzieci. Z pewnością Chmielowscy często u nich bywali. W październiku 1838 roku do Warszawy sprowadziła się też siostra Józefy Aleksandra, która zaraz po ślubie zamieszkała ze swoim mężem przy ulicy Solec. I jeszcze w tym samym roku, po śmierci ojca Józefy i Aleksandry, znalazła się w Warszawie ich owdowiała matka. Aż dwadzieścia lat mieszkała w kamienicy przy ulicy Nowy Świat. Życie towarzyskie Wojciecha i Józefy Chmielowskich obracało się więc w gronie rodziny i znajomych Borzysławskich i Kłodnickich. A mogli być to znajomi z dość wysokich kręgów urzędniczych Królestwa Polskiego, bo przecież Jan Kłodnicki piastował niczego sobie stanowisko. Był sędzią Sądu Kryminalnego Guberni Mazowieckiej i Kaliskiej. To pewnie stąd wzięła się znajomość Chmielowskich z Hilarym Ostrowskim, radcą stanu i dyrektorem Wydziału Dochodów Stałych w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Ostrowski zostanie potem jednym z chrzestnych pierworodnego syna Wojciecha i Józefy – Adama. Tymczasem Wojciech odszedł z pracy w wojsku i zatrudnił się jako „rewizor okopów w Warszawie”. Miał nawet konie, na których utrzymanie dostawał odpowiedni fundusz. W tym czasie okopy wokół Warszawy miały charakter przede wszystkim militarny: były to umocnienia wzniesione wokół miasta. Już dwa lata później znajomość z Hilarym Ostrowskim okazała się pomocna. Ostrowski, któremu podlegały komory celne w całym Królestwie Polskim, załatwił Wojciechowi nową posadę w służbie celnej. Zastanawia jednak trochę fakt, że jako pracownik w służbie celnej Wojciech Chmielowski zarabia mniej i na dodatek musi opuścić z żoną Warszawę.

Naczelnik izby celnej w Sierosławicach. Czy taki urząd był do pozazdroszczenia? Po pięciu latach życia w Warszawie, w samym centrum wydarzeń politycznych, towarzyskich i kulturalnych, Wojciech i Józefa, wciąż bezdzietni, przenoszą się na zapadłą wieś, trzysta kilometrów na południe od Warszawy. Po drugiej stronie Wisły była Galicja, a przepisy regulujące handel z nią skomplikowane do tego stopnia, że nielegalne interesy po prostu kwitły. Na takim pokątnym handlu miał zamiar wzbogacić się Cziczikow z powieści Gogola Martwe dusze. Wykombinował sobie, że najpierw będzie na wskroś uczciwy, wręcz nadgorliwy, żeby w ten sposób zdobyć awans, a potem już będzie mógł robić, co chciał. A więc przymykać oko na kontrabandę w zamian za ogromne łapówki. Jeśli Gogol wymyślił sobie takiego bohatera, to znaczy, że podobne praktyki miały miejsce dosyć często na granicach Cesarstwa. Nie wierzę jednak, żeby takie cele przyświecały Wojciechowi Chmielowskiemu. Musiał być człowiekiem bardzo prawym i uczciwym, a szlachectwo wciąż coś dla niego znaczyło. Dla takich jak on Polaków granica między zaborami znaczyła coś więcej niż możliwość pokątnych interesów, oddzielała bowiem rodaków od siebie. Podobno w tej sytuacji Polacy nawet ubiegali się o posady celników, bo dawało im to możliwość utrzymywania kontaktów ekonomicznych, rodzinnych i politycznych między trzema zaborami. Wojciech Chmielowski rozpoczął swoją karierę od razu jako Naczelnik Komory Celnej drugiej klasy w Sierosławicach w powiecie miechowskim, w kwietniu 1843 roku. Jako carski urzędnik musiał znać bardzo dobrze język rosyjski i niemiecki oraz orientować się doskonale w rosyjskim systemie miar i wag. Mieszkania dla pracowników celnych znajdowały się blisko komór celnych.

W Sierosławicach Chmielowscy mieszkali tylko rok, a potem zaczęły się awanse Wojciecha i coraz to nowe miejsca pracy: jedne ważniejsze od drugich. Już w lipcu Wojciech i Józefa pakują swoje rzeczy i przenoszą się zaledwie kilkanaście kilometrów na zachód, wzdłuż Wisły w kierunku Krakowa. Do Igołomi. To awans, bo w Igołomi znajduje się komora celna pierwszej klasy, co oznacza, że ruch tam jest większy, no i sama wieś, wydawałoby się, bardziej znacząca. Jest tam i dwór murowany, i park „w rozkosznem położeniu, skąd wspaniały roztacza się widok na w oddaleniu płynącą Wisłę i widniejące z dala Niepołomice i gęsto poza Wisłą rozsiane wioski, a ponad tem sinieją wyniosłe grzbiety Karpat”1 (to opis ze Słownika geograficznego Królestwa Polskiego). Chmielowscy oczywiście we dworze nie mieszkają, tylko w domu należącym do zespołu budynków celnych. Obok komory celnej znajdowało się „osiedle cła”, czyli domów mieszkalnych i gospodarczych. Te mieszkalne były wyższe i większe niż inne zabudowania we wsi, postawione z jodłowego drzewa, pokryte strzechą, ale z murowanymi kominami. Przy każdym domu stał chlewik, stajnia i obora. Chmielowski dzierżawi kawałek ziemi, na której uprawia żyto, pszenicę i jęczmień. Igołomia okazuje się szczęśliwa przynajmniej pod jednym względem: Józefa nareszcie zachodzi w ciążę. Pod koniec roku 1844 modlitwy czekającego od siedmiu lat małżeństwa zostają w końcu wysłuchane i kolejne miesiące „Janinka”, jak mówił do niej Wojciech, chodzi w ciąży.

Dzisiaj trudno się wczuć w klimat Igołomi. Niestety współczesne podkrakowskie wsie bywają brzydkie. Chaotyczna rozbudowa i nagromadzenie fatalnych reklam skutecznie psują krajobraz. Ale wtedy nie było aż tak źle, mimo że w jedynym zachowanym liście napisanym stamtąd do matki Wojciech Chmielowski nazwał Igołomię po prostu „dziurą”. Może Józefa była bardziej wrażliwa na krajobraz i zgodziłaby się z opisem, którego autor (Ludwik Hieronim Morstin) porównuje te okolice do Umbrii: „Urodzajność czarnoziemu sprawia, że w epoce kwitnienia i dojrzewania wszystkie jej miedze i wąwozy są jak grzędy kwiatów, powietrze pachnie od ziół, pola złocą się od kłosów pszenicznego ziarna. (…) Pagórki wznoszące się nad doliną Szreniawy mają łagodne linie konturów. Słońce ubiera je w kolory pastelowe, delikatne, przeźroczyste. Jest nad nimi w pogodny dzień błękitne zadumanie, mieniące się tęczami. Coś, co przypomina szklaną Umbrię – ziemię świętego Franciszka”.

2. Dziecko

Dla Adama, który urodził się 20 sierpnia 1845 roku, krajobraz Igołomi nie był ważny ani wtedy, ani w ogóle chyba nigdy. Za krótko tam Chmielowscy mieszkali, żeby to miejsce miało mieć dla nich jakieś znaczenie, nawet sentymentalne. Istotny był tylko ten jeden dzień. Była środa. Lato niezbyt upalne. Chłopiec urodził się o piątej rano. Sześć dni później Wojciech przyniósł dziecko do księdza Józefa Stanki, plebana igołomskiej parafii pod wezwaniem Narodzenia Matki Bożej. Przy chrzcie z wody obecni byli także obowiązkowi świadkowie. Chmielowski poprosił o tę przysługę kolegów z pracy, swoich podwładnych: Sylwestra Reisa, poborcę komory celnej, i Marcina Lipińskiego, kontrolera komory celnej. Niemal w samo południe ksiądz ochrzcił dziecko z wody, „z przyczyny odległości chrzestnych rodziców”. Chrzest właściwy z rodzicami chrzestnymi odbył się dopiero półtora roku później. Nie było jednak nic dziwnego w takim obrocie spraw. W rodzinach szlacheckich często najpierw, niemal zaraz po urodzeniu, chrzczono dziecko tylko z wody, by po jakimś czasie, gdy było już starsze, celebrować prawdziwą uroczystość z wielką pompą i gośćmi.

Kościół w Igołomi jest nieduży, murowany, w gotyckim prezbiterium ogromny krucyfiks, na nim umęczony Chrystus broczący z boku krwią. Robi wrażenie. Już wtedy od dawna mówiono, że słynie łaskami, na dowód czego ludzie zostawiali tam liczne wota. Wieszali wokół niego blaszane dłonie, serca błyszczące srebrem, tabliczki, medaliony, krzyżyki. Wnętrze lśni złotem, rokokowym bogactwem wiejskiego kościoła. A na ścianach – wszystkie kolory tęczy. Ciekawe jest to, że o tym swoim chrzcie nie wiedział sam Brat Albert, bo wypis z akt metrykalnych odnaleziono dopiero w latach czterdziestych XX wieku. I dopiero wtedy stała się znana prawdziwa data urodzenia syna Wojciecha i Józefiny. Dokument stanowi tak:

„Działo się w Igołomi dnia dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc osiemset czterdziestego piątego roku o godzinie pierwszej z południa. Stawił się Wielmożny Pan A[da]lbert Chmielowski, naczelnik Komory Celnej I Klasy Igołomia i tu zamieszkały katolik lat trzydzieści cztery mający, w obecności Wielmożnych Jaśnie Panów Sylwestra Reis[a], poborcy Komory Celnej I Klasy Igołomia, lat trzydzieści osiem, tudzież Marcina Lipińskiego, kontrolera Komory Celnej I Klasy Igołomia, obu katolików w Igołomi zamieszkałych, i okazał nam dziecię płci męskiej tu w Igołomi urodzone pod numerem domu pięćdziesiątym trzecim dnia dwudziestego bieżącego miesiąca i roku o godzinie piątej rano, z jego małżonki Wielmożnej Pani Józefy z Bor[z]ysławskich lat dwadzieścia cztery mającej2. Dziecięciu temu na chrzcie świętym w dniu dzisiejszym jedynie z wody, z przyczyny odległości chrzestnych rodziców, nadane zostały imiona ADAM BERNARD. Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany wraz z ojcem i świadkami. Podpisany został: ksiądz Józef Stanko – pleban igołomski, Adalbert Chmielowski – ojciec, Reis, Lipiński”.

Dziecko ochrzczone z wody – a zatem bezpieczne – rośnie zdrowo, czas leci. W marcu i kwietniu 1846 roku coś zaczyna zgrzytać. Wojciech Chmielowski ma problemy w pracy, tak poważne, że zostaje zawieszony i przez jakiś czas, do wyjaśnienia sprawy, nie odbiera pensji. Jeden z pracowników oskarżył go o coś przed zwierzchnikami. Na szczęście sprawa została wyjaśniona, choć życie w Igołomi i praca wśród nieprzyjaznych ludzi nie były już tak przyjemne jak dawniej. Wojciech pisał o tym w liście do swojej matki, sióstr i brata, do Jaryszewa na Podolu:

„Dziękuję Wam, dziękuję Wam, żeście zawiadomili nas o swoim zdrowiu; Bogu niech będą dzięki, żeście zdrowi, bo teraz najważniejsze jest zdrowie, o resztę już nie pytam; długo już, bardzo długo, jak żadnej wiadomości od Was nie miałem, ostatnią odebrałem przy końcu marca, zdaje mi się, czyli na początku kwietnia, ale cóż miałem odpisać, kiedy ja wtedy byłem bardzo nieszczęśliwy, byłem pozbawiony kawałka mojego chleba przez zazdrość, przez złość ludzi łajdaków, a osobliwie mojego jednego podwładnego, który mię oskarżył przed władzą. Lecz [jest] sprawiedliwość rządu naszego: po rozpoznaniu mojego usprawiedliwienia natychmiast mnie przywrócono, a tak byłem bez posady tutaj miesiąc. Przywrócono mnie nazad do Igołomi, lecz Jaśnie Oświecony Książę Namiestnik Królestwa Polskiego dozwolił mi starać się o translokację i w tym tygodniu odebrałem nowe przeznaczenie do Komory I Klasy Słupce – z czego bardzo jestem zadowolniony.

Komora ta położona jest od strony Prus na trakcie poznańskim, wielkie są przejazdy, a nawet często i Najjaśniejszy Cesarz przejeżdża, może przecież jakoś w czem będę się mógł odznaczyć – bo tu była straszna dziura, przeprowadzenie się nasze tylko jest przykre, bo przeszło 40 mil drogi jest od nas. Trakt ten jest od Warszawy do Kalisza, a dopiero na kilka mil przed granicą rozchodzi się do Słupcy, lecz komunikacja będzie łatwiejsza, bo pomimo że do Warszawy jest przeszło mil 40, jednakże w 12 godzin można zajechać, bo blisko pół drogi jest kolej żelazna, którą w przeciągu trzech godzin się przejeżdża. Najtrudniej mi jest urządzić się z moją dzierżawą, dzięki Bogu już żyto i pszenicę, i część jęczmienia sprzątnąłem, odstępować mi się na ten rok nie chce, a nie mam komu oddać pod zarząd. Janinka moja ciągle gospodaruje, przykro by było tak komu swojej pracy odstąpić – a że wiem już, co zrobi[ć], w przeszłym roku wyszedłem bardzo dobrze i w tym także, chociaż taniej, ale mi się więcej urodziło, to także mogę wyjść dobrze; polecenie dostałem, abym z dniem 3/153 sierpnia nową posadę objął, z tego tytułu za tydzień wyjechać zmuszony jestem”.

Wygląda na to, że Wojciech pojedzie do Słupcy sam, bo nie można tak ziemi w gorącym okresie żniw zostawić bez żadnego nadzoru. Spadnie to na głowę żony, która przecież musi równocześnie opiekować się małym synkiem. Roczne dzieci bywają bardzo ruchliwe. W tym samym liście Chmielowski pisze też o nim – raczej żartem niż na serio, bo kto by uwierzył w to, że takie dziecko może w czymkolwiek pomagać: „Żonę moją zostawiam z synem, który jej bardzo wiele dopomaga w dozorze żniwa i młocki do czasu, póki zupełnie sprzętu nie uskuteczni. Mój syn jest to tęgi mężczyzna i zupełnie na niego we wszystkim spuścić się mogę; przy tem bardzo roztropny, wszystko rozumie i pojmuje, chodzi sam, chociaż go za jedną rękę prowadzą. Śliczny dzieciak; nie patrzę na niego oczami ojca, ale jak Was wszystkich kocham, tak jest ładny i to do podziwienia, kto go tylko zobaczy, to każdy powiada, że podobnego dziecka, tak ładnego, jeszcze nikt nie widział; w tym roku będę go miał zaszczyt zaprezentować Najdroższej Babce i Wam, Kochane Ciotki i Wujaszku – to jest święta prawda, że Was w tym roku widzieć będziemy”. A pod spodem kilka zdań dopisuje Józefa, gratulując nie poznanej dotąd szwagierce córeczki („Cieszę się, że Anusia ma córkę, ja kocham dzieci, mam tylko jedno”) i podając kilka informacji o Adamie: „Wnuczek rośnie, zupełny ojciec z podobieństwa, aby tylko i charakter miał tak piękny jak ojciec. Miał koklusz, ale mu się skończył, ma już ośm zębów. Petronelcia czy ma kawalera? Bo u nas chłopcy żenią się na umór. Całuję nóżki Najdroższej Mamie, kiedy my się też poznamy, ale ja i tak Mamę kocham, bo Wojtunio ma być podobny ze wszystkiego, z duszy i z serca”.

Czy udało się Felicjannie poznać swojego wnuka i synową – nie wiadomo. Raczej nie, bo wkrótce zmarła. Po żniwach Józefa bierze syna i wyjeżdża do Słupcy. Czterysta kilometrów to daleka i z pewnością uciążliwa droga. A sama Słupca jest nieporównywalnie większa od Igołomi, z jeziorem, rynkiem, kościołami, cerkwią. W Słupcy Chmielowscy mieszkali rok, ale zanim Wojciech otrzymał przeniesienie do Szczypiorna, postanowili ochrzcić Adama. Uczynią to w czerwcu 1847 roku w Warszawie, z przyjęciem, podwójną parą chrzestnych, po prostu hucznie, po szlachecku. Chmielowscy przyjechali do Warszawy na kilka dni, może na trochę dłużej, a gościła ich ciotka Józefy Marianna w kamienicy przy Rynku Nowego Miasta. Uroczystość odbyła się w czwartek wieczorem, o godzinie dziewiętnastej, w pobliskim kościele pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Z tym wydarzeniem łączy się bardzo piękna legenda powtarzana przez kolejnych biografów Brata Alberta, choć do końca nie wiadomo, czy prawdziwa. Ale o niej zaraz. Z metryki za to wynika, że chrzestnych miał Adam Chmielowski czworo. Mimo że od soboru trydenckiego liczba chrzestnych miała zmaleć do dwóch osób, a ukaz carski wymagał, żeby byli to (jako świadkowie) mężczyźni, to wiele rodzin wybierało kilka par chrzestnych. Zdarzały się przypadki, szczególnie na wschodnim pograniczu, że odnotowywano ich nawet dziesięć! Taki zwyczaj był częsty szczególnie wśród szlachty. Dlaczego? Może chodziło o to, by ceremonia chrztu była naprawdę niezapomnianym wydarzeniem, a może o to, by dziecku zagwarantować więcej protektorów, albo też o to, by związać z rodziną osoby, na których rodzicom zależało? W metryce warszawskiego chrztu jest wyraźnie zaznaczone, że świadkami są mężczyźni, a potem jako rodzice chrzestni wymienione zostają dwie pary. A więc przede wszystkim Hilary Ostrowski, wysoki urzędnik, któremu rodzina Chmielowskich musiała być za coś mocno wdzięczna. Na jego cześć zmieniono dziecku drugie imię. Jan Kłodnicki to z kolei wuj Józefy, zdaje się, że człowiek, z którego zdaniem bardzo się w rodzinie liczono, majętny i władczy. Matki chrzestne to Joanna Borzysławska, babka Józefy, oraz Aleksandra Grabowska, siostra Józefy. Dokument brzmi tak:

„Działo się w mieście Warszawie dnia siedemnastego czerwca tysięcznego ośmset czterdziestego siódmego roku, o godzinie siódmej po południu. Stawił się Adalbert Chmielowski, naczelnik Komory Celnej Słupca i tamże zamieszkały, czasowo zaś pod liczbą trzysta osiemnaście bawiący, lat trzydzieści pięć liczący, w obecności Hilarego Ostrowskiego, radcy stanu, dyrektora Wydziału Dochodów stałych w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu, lat sześćdziesiąt, i Jana Kłodnickiego, sędziego apelacyjnego, lat czterdzieści ośm mających, w Warszawie zamieszkałych, i okazał nam dziecię płci męskiej, urodzone we wsi Igołębie, powiecie miechowskim, dnia dwudziestego sierpnia roku zeszłego, o godzinie dziewiątej rano, z jego małżonki Józefy z Borzysławskich, lat dwadzieścia siedm mającej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym odbytym w dniu dzisiejszym nadane zostały imiona ADAM HILARY BERNARD, a rodzicami jego chrzestnymi byli wyżej wymieniony Hilary Ostrowski i Joanna Borzysławska, Jan Kłodnicki i Aleksandra Grabowska. Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany, który wraz z nimi podpisali: w zastępstwie proboszcza ksiądz Józef Brocki, prefekt kościoła parafialnego Panny Maryi, Adalbert Chmielowski, Jan Kłodnicki”.

Tą metryką posługiwał się potem Adam Chmielowski, a przecież, jak teraz jasno widać, zawierała kilka błędów. Nie ma co zwracać uwagi na podany wiek rodziców i świadków, pewnego rodzaju zaokrąglenia często się zdarzały. Ale na rok urodzenia dziecka to już powinniśmy. Nie zgadza się ani rok, ani godzina (powiedzmy, że dziewiąta to wciąż rano, Wojciech mógł już zapomnieć, jak to rzeczywiście było), przekręcona nazwa Igołomi to już drobiazg.

Legenda mówi o tym, że do chrztu Adama trzymali żebracy stojący wcześniej pod kościołem. Faktem jest, że taki zwyczaj istniał, i to nie tylko wśród ludzi prostych, ale także wśród szlachty. Uważano, że to przyniesie dziecku szczęście, zdrowie i błogosławieństwo. Ksiądz Czesław Lewandowski4, spowiednik i przyjaciel Brata Alberta, kiedy spisywał wspomnienia o nim, zanotował także taką opowieść. Podobno usłyszał ją od samego Brata Alberta. Można powiedzieć, że z pewnością taka anegdota krążyła w rodzinie, ale czy była prawdziwa? Bardzo możliwe, że w kościele w tym czasie byli obecni jacyś żebracy i ich obecność zainspirowała taką ciekawą historię. Ksiądz Lewandowski pisał, że byli to „dziadek i babka spod kościoła”, a Brat Albert w związku z tym mówił, że „ponieważ zawdzięcza swe doczesne życie ubogim, więc ma obowiązek oddawać je na usługi tymże nędzarzom i biedakom, że jego życie do nich należy”. Po uroczystościach w kościele goście poszli na Rynek Nowego Miasta i tam świętowano dalej. Kto mógł być obecny na kolacji? Na pewno Hilary Ostrowski z żoną. Prababka Adama, jego chrzestna – sama, bo kilka lat wcześniej pogrzebała swojego drugiego męża. Babka Adama od strony matki – Józefa Borzysławska. Jego wuj i drugi chrzestny – Jan Kłodnicki z żoną i dwójką dzieci. Druga matka chrzestna – ciotka Aleksandra z mężem i dziećmi. Na pewno ciotka Petronela Chmielowska, która po śmierci matki przyjechała do Warszawy i zamieszkała przy ulicy Konwiktorskiej, a więc zupełnie po sąsiedzku. No i oczywiście gospodyni, ciotka Marianna z Kłodnickich Kobylańska, siostra Jana Kłodnickiego, i jeszcze jej mąż, wuj Karol. Co było na stole? Mięsa i sery oraz ciasta specjalnie na tę okazję upieczone. Na pewno czereśnie, bo właśnie pojawiły się na warszawskich straganach, o czym donosiła prasa. Bardzo obrodziły też nowalijki: „szpinaku i sałaty nie brakuje wszędzie; ogórki tegoroczne z inspektów, pokazują się także. Zieleniny i wczesne ogrodowiny na wsi przednówek znośniejszym czynią. Rzodkwi radiską zwanej teraz nadzwyczajne jest mnóstwo w Warszawie; pęczek z 30 sztuk złożony za grosz dostać można”. Takie informacje można wyczytać w „Kurierze Warszawskim”, podobnie jak to, że 17 czerwca był najpogodniejszym dniem tej wiosny.

Ksiądz Czesław Lewandowski.

autor nieznany, źródło: misjonarze.pl

Po tej krótkiej wizycie w Warszawie Chmielowscy wrócili do Słupcy, ale tam mieszkali już na walizkach, bo od sierpnia Wojciech awansował na naczelnika komory celnej w Szczypiornie (dzisiaj dzielnica Kalisza), gdzie znajdowało się jedno z najważniejszych przejść granicznych w Imperium Rosyjskim. Było to miejsce szczególnie ważne, a nawet dość niebezpieczne, bo granica była tam nieszczelna – zaznaczano, że w obie strony szedł ogromny szmugiel mięsa i wędlin, a nawet bydła i oczywiście spirytusu. Okoliczne miasteczka i wioski z tego przemytu żyły. Zdaje się, że ufano, iż Wojciech Chmielowski jakoś temu zaradzi.

Komora celna w Szczypiornie.

pocztówka, źródło: fotopolska.eu

Budynek komory celnej zachował się do dziś. Solidny, piętrowy. Adam Chmielowski wychowywał się więc w pobliżu przejść granicznych, a przez okno widział budkę strażniczą. Nastąpiły trzy lata, o których nic nie wiadomo: żadnych szczególnych wydarzeń, żadnych zachowanych listów. Oprócz tego, że 9 listopada 1848 roku urodził się Stanisław. Adam miał trzy lata, gdy na chrzciny przyjechała babcia Borzysławska. Jeszcze kilka lat i będzie miał kolejnego brata: w styczniu 1851 roku na świat przychodzi Marian i przez krótki czas w Szczypiornie pomaga Józefie ciotka Petronela. Chmielowskim powodzi się coraz lepiej i Wojciech słusznie myśli, że rodzinie dobrze zrobi, gdy od tej budki wartowniczej na granicy trochę się oddali. Ciągnie go do ziemi, przenoszą się więc na wieś. Czernice nad Wartą oddalone są od Szczypiorna osiemdziesiąt kilometrów, końmi to jakieś cztery godziny drogi na południowy wschód. Do Warszawy nadal daleko. Czy Wojciech ciągle pracuje w Szczypiornie? W pośmiertnym zaświadczeniu o przebiegu jego służby zawodowej napisano tak: „Najwyższym rozkazem z 14 stycznia 1850 roku nr 10 posunięty na sekretarza kolegialnego ze starszeństwem od 3 lutego 1842 roku. Takimże ukazem z dn. 30 października 1850 roku za nr. 215 posunięty na radcę honorowego ze starszeństwem od 3 lutego 1846 roku. Przy organizacji służby celnej w Królestwie przeznaczony na członka kasjera nowo urządzonej Komory Celnej Rosyjskiej I Klasy 1/13 stycznia 1851 roku”. Trochę to zagmatwane. W każdym razie w czerwcu 1852 roku w Czernicach przychodzi na świat Jadwiga Chmielowska i zostaje ochrzczona w pobliskim Osjakowie w kościele Świętej Jadwigi, po drugiej stronie Warty. Niedaleko mieszkają Madalińscy, w których rodzinę wżeni się wkrótce syn wujka Kłodnickiego, więc życie towarzyskie ma szansę się toczyć. To oni zwrócili uwagę Chmielowskich na Czernice. Wojciech i Józefa z dziećmi zamieszkają w majątku, najpierw go dzierżawiąc, ale zaraz kupią go na własność od sędziego Sądu Pokoju w Pyzdrach Jana Nepomucena Chmielewskiego. Mieli całkiem sporo: folwark Jasień, pustkowie Jasień, Smolary, Bielany i Piskornik z przyległościami i przynależnościami. Tyle można się dowiedzieć z aktu notarialnego. Mieszkali w ładnym drewnianym dworku otoczonym ogrodem, przy wjeździe do którego stała murowana kaplica. Majątek kupiony został za „cenę dobrowolną, umówioną i postawioną 63 000 [złotych] reńskich”. Niedaleko rósł wyniszczony las, który całkiem nie tak dawno słynął z pięknych dębów.

We wrześniu 1852 roku życie płynie więc rodzinie sielsko anielsko, mimo że Wojciech zaczyna niedomagać. Troje dzieci biega przed domem: Adam ma lat siedem, Stanisław cztery, Marian półtora roku, a czwarte, trzymiesięczna Jadwiga, zasypia w kołysce przy trelach słowika. Przez chwilę Chmielowskim wydaje się, że będą wieść życie swoich przodków, które barwnie i trafnie opisała Maria Dąbrowska, zaczynając sagę rodzinną Niechciców: „Dawnymi czasy Niechcicowie żyli mniej więcej tak, jak żyją wszyscy po dworach na wsi. Utrzymywali zażyłe i urozmaicone stosunki z całą, nawet najdalszą, rodziną siedzącą przeważnie na takich samych jak i oni folwarkach lub na związanych źródłami dochodów ze wsią pańskich posesjach śród ogrodów na skrajach wsi. Czuli się organiczną częścią potężnego jakby plemienia, które wystarczało samo sobie, miało własną rodzinno-przyjacielską gwarę, zastanawiało się, w jaki sposób wychowywać swe dzieci, aby je raz na zawsze uchronić przed wpływami z zewnątrz, załatwiało wszystkie sprawy życiowe, prawie że nie wychodząc poza granice środowiska, a nawet zgoła poza granice narastającego ciągle od wszystkich stron rodu”.

Wiele lat później Stanisław Chmielowski będzie przeglądał papiery po ojcu i natknie się na plany reorganizacji majątku. Wojciech Chmielowski był zapewne dobrym urzędnikiem, ale serce jego należało do ziemi. Miał czterdzieści lat, kiedy zaczął chorować i przez kilka miesięcy nie mógł się stawić do pracy, a miejscowi lekarze nic nie potrafili na tę chorobę poradzić.

Wojciech Chmielowski zmarł 25 sierpnia 1853 roku w mieszkaniu swojej siostry Petroneli przy ulicy Konwiktorskiej w Warszawie. Chorował tak długo, że rodzina przyjechała do stolicy szukać pomocy u tutejszych lekarzy. Mieszkali u Petroneli co najmniej od maja. Brat Albert lubił wspominać, że rodzice podczas tego pobytu w Warszawie zabierali dzieci na spacery do folwarku Koszyki, a nawet, że wynajmowali dla nich ogród owocowy. Spędzali tam wszyscy pół dnia, zajadając się owocami zrywanymi prosto z drzew, a smak ich był wyborny. Ciekawe, czy pamięć o tym czasie mieszała mu się ze wspomnieniami z innych wizyt w Warszawie, czy też rzeczywiście ojciec jego nie był tak od razu obłożnie chory. Józefa zajęła się sprzedażą Czernic – Chmielowscy nie mieli już nadziei, że tam wrócą, że choroba minie. W czerwcu majątek kupił baron Tomasz Dangel, a dokument u notariusza podpisała tylko Józefa Chmielowska; jej mąż już nie opuszczał domu ani pewnie nawet łóżka. Sprzedaż odbyła się ze stratą, a pieniądze wypłacane były w trzech ratach. Pierwsza, 4500 rubli, przydała się na opłacenie lekarzy i pogrzebu. Kolejną wdowa dostała we wrześniu, a ostatnią i największą, bo aż 16 000 rubli – dopiero pięć lat później. „Majątek ruchomy”, czyli meble i ubrania Chmielowskich, nowy właściciel miał dowieźć furmankami do najbliższej stacji kolejowej. Kiedy dorosły Adam był hospitalizowany, powiedział lekarzom, że ojciec jego zmarł z powodu tętniaka aorty. Objawy choroby, takie jak duszność, kaszel, bóle klatki piersiowej czy zaburzenia przełykania, mogą się utrzymywać aż do momentu pęknięcia tętniaka i śmierci.

„Działo się to w Warszawie dnia dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc osiemset pięćdziesiątego trzeciego roku o godzinie ósmej rano. Stawili się Hugo Grabowski, urzędnik Komisji Skarbu, lat czterdzieści, i Jan Klejna, urzędnik konsumpcyjny, lat trzydzieści cztery liczący, w Warszawie zamieszkali, i oświadczyli, że w dniu onegdajszym o godzinie dziewiątej rano umarł Wojciech Chmielowski, żonaty, obywatel tu w Warszawie przy ul. Konwiktorskiej pod liczbą dwa tysiące sto sześćdziesiąt osiem, lat czterdzieści dwa mający, urodzony we wsi Czartorya Guberni Wołyńskiej z Franciszka i Felicji małżonków Chmielowskich, zostawiwszy po sobie żonę Józefę z Borzysławskich”. No i dzieci, z których najstarsze miało osiem lat, a najmłodsze rok.

Dwa dni po śmierci Wojciecha jego pogrzeb na Powązkach zgromadził całą warszawską część rodów Chmielowskich i Borzysławskich. Na nagrobku Józefa kazała napisać: „Najgodniejszy człowiek, najlepszy mąż i ojciec, żył jak dobry chrześcijanin”. Nabożeństwo żałobne zapowiadane było dopiero na dwudziestego pierwszego października w kościele Bernardynów. Własnością tego zakonu był wówczas dzisiejszy kościół Świętej Anny.

Portret Wojciecha Chmielowskiego.

obraz, autor nieznany, źródło: archiwum sióstr albertynek w Krakowie

Bardzo dobrze pisze o Wojciechu Chmielowskim także radca stanu w atestacie wydanym na prośbę wdowy przez Komisję Rządową Przychodów i Skarbu. Zmarły odznaczał się „zdolnościami, gorliwością w wykonywaniu swoich obowiązków, moralnym postępowaniem i w ogólności dobrymi pod każdym względem przymiotami”. Zachował się wizerunek ojca Adama Chmielowskiego w mundurze carskiego urzędnika. Przez ramię przerzucone ma jakieś futro, na piersi odznaczenia, oprawa oczu i spojrzenie – zupełnie jak u najstarszego syna.

3. Petersburg

Adam podczas spacerów ze swoją opiekunką w parku Saskim robił podobno furorę. Józefa Chmielowska po śmierci męża mieszkała z dziećmi u Petroneli na Konwiktorskiej. Zatrudniła do pomocy dziewczynę z podkrakowskiej wsi, która chodziła ubrana w krakowski strój. A mały Adam Chmielowski przez pewien czas ubierany był podobno w mnisi czarno-biały habit. Ten dziwny zwyczaj miał związek z pielgrzymką do Mogiły, nieznana jest tylko jej data. Jedne źródła podają, że pielgrzymkę obiecała Józefa po wielu latach oczekiwania na dziecko i gdy urodził się Adam, wypełniła obietnicę. Inne z kolei wspominają o jakiejś dziecięcej uporczywej chorobie, która cudownie minęła i pielgrzymka dziękczynna miała związek właśnie z tym. Tak czy inaczej, z pielgrzymki dziecko powróciło w mnisim habicie, w którym na pamiątkę tego wydarzenia przez jakiś czas chodziło. Takie były zwyczaje, że w podziękowaniu za, na przykład, uzdrowienie ubierano dziecko w habit tego czy innego zakonu. W tym wypadku był to habit cysterski, bo sanktuarium w podkrakowskiej Mogile należało do cystersów. Do słynnego sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego od wieków przybywali chętnie pątnicy, szczególnie w czasie odpustu, we wrześniu. Najbardziej prawdopodobne jest, że Chmielowscy poszli z Adamem do Mogiły w czasie, gdy mieszkali w Igołomi. To zaledwie piętnaście kilometrów obok. Potem, z guberni kaliskiej, było im znacznie dalej, szczególnie daleko na podróż z małym dzieckiem. Ale trzeba przyjąć też i taką możliwość, że Adam wyzdrowiał z choroby i zgodnie z obietnicami złożonymi Bogu Józefa zabrała go na pielgrzymkę do miejsca, o którym wiele słyszała i które dobrze znała z czasów igołomskich. Dziewczyna w krakowskim stroju mogła opiekować się Adamem w czasie podróży, a potem widocznie przez jakiś czas mieszkała z Chmielowskimi w Warszawie. A dlaczego data tego wydarzenia jest taka niepewna? Bo w księdze sanktuarium długo nie było śladu takiej wizyty. Zapis podający rok 1851, na którym opierają się biografie, powstał dopiero w 1965 roku, prawdopodobnie po tym, jak pielgrzymkę Józefy Chmielowskiej z dzieckiem opisał ksiądz Konstanty Michalski w książce Brat Albert.

O spacerach w dziwnych strojach wspominał jednak sam Brat Albert, bo skąd inaczej wiedziałby o nich jego przyjaciel i pierwszy biograf, ksiądz Czesław Lewandowski? Skądś wiedziała o tym także Pia Górska, która wprawdzie Brata Alberta spotkała tylko raz w życiu, ale obracała się w środowisku, gdzie go dobrze znano. Opisała to później w literackiej próbie jego biografii. Ale być może to tylko legenda.

O pierwszej komunii świętej Adama Chmielowskiego nic nie wiemy, ale można przypuszczać, że przystąpił do niej w kościele Nawiedzenia NMP na Nowym Mieście, w tym samym, w którym był ochrzczony. Niedaleko Konwiktorskiej. Tymczasem Adam ma osiem lat i czas pomyśleć o nauce. Materiał szkoły elementarnej przerabiał w domu, o czym świadczy świadectwo napisane w żartobliwym tonie. Wniosek z niego jest taki, że uczyła go nie żadna opłacona nauczycielka, ale matka i ciotka Petronela. „Pan Adam Chmielowski nauczył się przez 10 miesięcy całe religij elementarnej, i całe historyj świętej, geografij czterech części świata umie, tylko piątej części świata nie umie. Czyta po polsku jeszcze niepłynnie, to samo po niemiecku i po łacinie. Tabliczkę mnożenia umie porządkiem, tylko wyrywka błądzi nieco. Zaczął się uczyć czterech działań rachunkowych. Ministranturę umie i służył już do mszy świętej. Pisze ze wzorów i nieco z głowy. Po niemiecku nauczył się 4 arkuszy rozmów, rozumie już dosyć mówiących, lecz słabo mówi, i umie różne bajki. Trzeba mu się nauczyć po rosyjsku czytać i płynnie po polsku, i dyktando pisać”. Daty ani podpisu żadnego nie ma, i tak cud, że taka pamiątka rodzinna się zachowała. Zwykły świstek papieru, nic oficjalnego. Ale z takim zasobem wiadomości Adam mógł iść już do gimnazjum.

Wiązał się z tym jednak pewien kłopot natury materialnej: otóż nauka w gimnazjum kosztowała, a Józefa wciąż nie dostała trzeciej raty za sprzedany majątek. To jej wuj, Jan Kłodnicki, wpadł na pomysł wysłania Adama do darmowej dla carskich urzędników szkoły do Petersburga. Z jednej strony, była to szansa otrzymania porządnego wykształcenia, ale z drugiej strony – Adam miał dopiero dziesięć lat! Usłuchano jednak rady wuja, który miał, zdaje się, spory wpływ na rodzinę, być może pomagał Józefie finansowo, no i był chrzestnym Adama. Potem rodzina chyba miała do niego o ten Petersburg pretensje. U księdza Lewandowskiego czytamy: „Ów zakład naukowy w Petersburgu przysposabiał przeważnie młodzież na inżynierów, a wówczas w Polsce być inżynierem było marzeniem warstw oświeconych”. Co to była za szkoła, dzisiaj nie wiadomo, ale i tak nic z tego nie wyszło, bo Adam za słabo znał rosyjski. Po oblanym egzaminie wstępnym wuj Kłodnicki szybko zorganizował zupełnie nowe gimnazjum: szkołę kadetów, czyli coś jakby gimnazjum połączone z ćwiczeniami wojskowymi praktycznymi i teoretycznymi. W Petersburgu takich korpusów kadetów było kilka, nauka w nich trwała sześć lat i miała dawać wiedzę ogólną plus oczywiście umiejętności wojskowe. Zdarzało się, że uczyła się w nich polska młodzież, historycy mówią nawet o kilkuset takich osobach rocznie pod koniec XIX wieku. Mały Adam Chmielowski minął się z dziewiętnastoletnim Jarosławem Dąbrowskim, który akurat wtedy ukończył petersburski Korpus Kadetów w stopniu chorążego.

W „Tygodniku Petersburskim” i „Gazecie Urzędowej Królestwa Polskiego” z kwietnia 1855 roku matka Adama przeczytała zasady przyjmowania „małoletnich synów szlachty Królestwa Polskiego do Korpusu Kadetów”:

„Szlachta Królestwa Polskiego, życząca sobie umieścić swych synów lub krewnych w korpusach kadetów, powinna podać w tej mierze na imię Namiestnika Królestwa formalną prośbę na stemplu ceny 60 kop. srebr. Przy prośbach załączone być mają co do każdego małoletniego następne dowody z przekładem na język rosyjski:

a. Metryka urodzenia i chrztu, poświadczona przez Konsystorz Duchowny;

b. Świadectwo urzędu lekarskiego o zaszczepieniu ospy z dobrym skutkiem, o zdrowej budowie ciała i zdatności do wychowania wojskowego;

c. Świadectwo pochodzenia szlacheckiego, wydane przez Heroldyę na imię kandydata mającego wejść do korpusu kadetów;

d. Świadectwo z Gimnazjum Gubernijalnego lub Szkoły Powiatowej wydane, jako małoletni, mający wieku [od] 9 i pół do 11 i pół lat czytają i piszą dobrze po rosyjsku, posiadają znajomość w języku rosyjskim pierwszych czterech działań arytmetycznych i umieją główne modlitwy: Ojcze nasz, Skład apostolski i Dziesięć przykazań Boskich, według wyznawanej przez nich religii;

e. Jeżeli ojciec kandydata do korpusu kadetów pozostaje w służbie rządowej lub wziął z takowej uwolnienie, w takim razie do próśb tego rodzaju winien być dostarczony stan służby ojca”.

Pałac Woroncowa, siedziba Korpusu Kadetów w Petersburgu, 1860.

autor nieznany, źródło: [CC-PD] via Wikimedia Commons

Jak poradził sobie Adam z rosyjskim? Jakoś się udało, a najważniejsze, że szkoła kadetów była dla niego darmowa – dzięki wieloletniej pracy ojca na stanowisku rządowym i dzięki temu, że był najstarszym synem, jako że młodsi nie mieli już takich przywilejów. Inni musieli za naukę płacić dwieście rubli oraz przedstawić poręczenie osoby „znanej i zamieszkałej w bliskości tego miasta lub w samem mieście, w której znajduje się korpus, z zapewnieniem, iż osoba ta odbierze do siebie małoletniego z korpusu, w razie gdyby ustanowiona za utrzymanie jego opłata nie była regularnie wnoszona”.

Jak wyglądała podróż dziesięcioletniego Adama do Petersburga, z kim tam jechał – nie wiemy. Podróż trwała co najmniej cztery dni, a po drodze była minimum jedna przesiadka. Nie wierzę, że był dzielny i się nie bał. Tysiąc kilometrów od domu, wśród chłopców, których nie znał, w zupełnie nowym otoczeniu, gdzie na dodatek wszyscy mówili po rosyjsku, w którym nie czuł się – jak wiemy – najlepiej. Został skoszarowany i oddany pod opiekę korpusu, przez najbliższe miesiące nie miał zobaczyć nikogo bliskiego. Nie zachowała się korespondencja małego Adama Chmielowskiego z matką, ale wspominał potem, że każdego wieczora, zanim zasnął, specjalnie rozmyślał o matce, rodzeństwie, babci i każdym przedmiocie domowym, zmuszał się do tęsknoty i płakał w poduszkę, dopóki nie usnął. Wiemy też, że uczył się całkiem nieźle i podczas wizytacji w szkole Aleksander II kazał mu w dowód uznania nosić na mundurku honorowe pagony. Latem 1856 roku przyjechał do domu na wakacje i do Petersburga już nie wrócił. Legenda hagiograficzna mówi, że jego matka zrozumiała, iż dziecko ulega coraz większej rusyfikacji, gdy Adam zawołał do niej „maminka”. Nie spodobała jej się także duma syna z powodu uznania otrzymanego od „Najjaśniejszego Pana”, jak mówiono na cara. Chcąc ocalić polskość syna, zdecydowała się zatrzymać go w Warszawie, przy sobie. Opowiadał też, że gdy podbiegł zaraz po przyjeździe z Petersburga do swojej babci, ta odepchnęła go, krzycząc z odrazą: „Jakże on śmierdzi, co wyście zrobili, dziecko zapaskudzone, dziegciem nasmarowane!”.

4. W gimnazjum

Myślę sobie, że matka z pewnością bardzo za nim tęskniła, a i on nie znosił za dobrze takiego oddalenia od kraju i najbliższych. Czyżby też było im lepiej finansowo? W roku szkolnym 1856/1857 Adam zostaje zapisany do Gimnazjum Realnego w Warszawie. Gimnazjum Realne było jedną z najlepszych szkół średnich w Królestwie Polskim. Kształcono w nim przyszłych inżynierów, bo jego ukończenie dawało możliwość studiowania w wyższych szkołach technicznych. Gimnazjum mieściło się przy Krakowskim Przedmieściu w Pałacu Kazimierzowskim, w którym kiedyś mieściła się słynna Szkoła Rycerska, a dzisiaj rektorat Uniwersytetu Warszawskiego. W pałacu znajdowała się aula, biblioteka oraz gabinety dyrektora i inspektora, a na piętrze mieszkanie prywatne i gabinet miał margrabia Aleksander Wielopolski, dyrektor Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego. Lekcje odbywały się w salach i laboratoriach sąsiedniego budynku. Inspektorem, a potem dyrektorem tej szkoły był Jan Pankiewicz, nauczyciel przedmiotów matematycznych. Niemal w tym samym czasie co Chmielowski uczył się w tej szkole Henryk Sienkiewicz, na dodatek mieszkali prawie obok siebie. Adam Chmielowski na Konwiktorskiej za Rynkiem Nowego Miasta, a Sienkiewicz gdzieś na Starym Mieście. Pisarzowi zawdzięczamy krótki opis drogi do szkoły, drogi, którą chadzał i Adam. Sienkiewicz pisał we Wspomnieniu tak:

Pałac Kazimierzowski w Warszawie, siedziba Gimnazjum Realnego w latach 1841–1862.

fot. Zdzisław Marcinkowski, źródło: Warszawa, stolica Polski, Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, wyd. II, Warszawa 1949, s. 30

„Było to przed laty. Chodziłem wówczas do klasy pierwszej i stałem na stancji na Starym Mieście, w pierwszym z brzegu domu za Świętojańską. Przez tę też ulicę wiodła najprostsza droga do gimnazjum, które mieściło się tam, gdzie dziś uniwersytet. Ale wolałem chodzić przez Piwną z powodu sklepów z ptakami. Istniało tych sklepów kilka obok siebie, po lewym boku ulicy. Na zewnątrz wisiały klatki, a w nich czyże, zięby, szczygły, słowiki i gile, niekiedy nawet sowy, sójki i kraski. Byli to dobrzy moi znajomi, których widok przypominał mi wieś, a zwłaszcza wakacje na Boże Narodzenie, gdy z powodu mrozów to ptactwo, które nie odlatuje na zimę, zbliża się do zabudowań. Wystawałem nieraz przed tymi klatkami tak długo, że spóźniałem się na lekcje, co jak wiadomo, pociąga za sobą rozmaite niemiłe następstwa”.

I jeszcze taki staromiejski obrazek:

„(…) Świętojańska miała swoje ponęty, z których największą była fara. Między uczniami panowało wówczas przekonanie, które podzielali z nami zapewne wszyscy mieszkańcy Starego Miasta i ulic przyległych, że jest to jeden z najwspanialszych kościołów na świecie. Co, którzy słyszeli coś o kościołach rzymskich, przyznawali, że tam, gdzie mieszka papież, może jest jaki równie okazały; ale poza tym, gdyby kto chciał zaprzeczyć pierwszeństwa naszej farze, miałby był z nami do czynienia. Nie zaglądałem jednak do fary przez pobożność, mieliśmy bowiem nasze własne gimnazjalne nabożeństwa, tylko przez ciekawość. Gotyckie żebrowania kościelnej nawy, pomniki, portrety, a zwłaszcza posągi rycerzy w zbrojach – oto, co ciągnęło mnie nadzwyczajnie. Nie przeczuwałem wówczas, patrząc na śpiących obok siebie ostatnich książąt mazowieckich, że będę opisywał ich przodków w Krzyżakach”.

Tymi samymi ulicami co dwaj uczniowie szkoły realnej przechadzał się Karol Beyer, właściciel zakładu fotograficznego przy Nowym Świecie i słynny fotograf, słusznie nazywany „ojcem polskiej fotografii”. Na szybkach dagerotypowych uwiecznił Warszawę lat pięćdziesiątych XIX wieku. Dzięki jego fotografiom łatwo jest mi przenieść się do Warszawy kilkunastoletniego Adama. Te same ulice, te same budynki, ci sami ludzie. Oto scena z Krakowskiego Przedmieścia, sprzed kościoła Świętego Krzyża: jakieś wozy z ogromnymi beczkami. To woziwoda, rok 1858. A oto procesja z relikwiami świętego Wiktora Męczennika, tłum wiernych idzie z kościoła Kapucynów przy Miodowej. Chyba pada deszcz, wszyscy chowają się pod czarnymi parasolami. Może gdzieś wśród nich jest i Adam?

Krakowskie Przedmieście, widok od skrzyżowania z ul. Tokarzewskiego-Karaszewicza w kierunku kościoła Świętego Krzyża, 1868.

fot. Karol Beyer, źródło: fotopolska.eu

Wróćmy do szkoły. Nauka w gimnazjum trwała osiem lat, a począwszy od rocznika Adama Chmielowskiego, ze względu na wprowadzoną reformę Wielopolskiego, już tylko sześć. Opis nauki w szkole realnej zawdzięczamy Aleksandrowi Krausharowi, rocznik 1843, późniejszemu adwokatowi, który był świetnym historykiem samoukiem i publicystą. W wydanej w 1910 roku książeczce Kartki z pamiętnika Alkara przed stroną tytułową zamieszczona została fotografia autora jako młodzieńca z 1861 roku. Kto wykonał zdjęcie? Oczywiście Karol Beyer. Wspominając swoje szkolne lata, Kraushar pisał: „Realne gimnazyum miało lampas ciemnoniebieski na czapce, kołnierz mundurowy czerwony. Mundurki żołnierskim krojem ozdobione były dwoma rzędami guzików posrebrzanych, z orłem dwugłowym w pośrodku. Na daszkach czapek obowiązkowo miało być wydrukowane złotem malarskiem nazwisko ucznia i klasa, do której uczęszczał. Służyło to za kontrolę przy częstych aresztowaniach sztubaków za ulicach za niesalutowanie oficerom lub też za niezapięty na wszystkie guziki mundurek”.

Szkoła była świetnie wyposażona w laboratoria chemiczne, gabinety fizyczne, warsztaty mechaniczne (budynki warsztatów: stolarskiego, tokarskiego, kowalskiego i ślusarskiego znajdowały się przy ulicy Królewskiej). Uczniowie w planie mieli zapisane lekcje: religii i historii świętej, rosyjskiego, polskiego, niemieckiego i francuskiego, arytmetykę, algebrę, „buchhalteryę” i arytmetykę handlową, historię naturalną, mechanikę ogólną, fizykę eksperymentalną, historię powszechną, geografię matematyczną, chemię agronomiczną, chemię rękodzielniczą, geografię i statystykę, rysowanie przedmiotów mechanicznych, architekturę z zastosowaniem do rękodzielnictwa, rysunki ręczne i topograficzne oraz kaligrafię. O atmosferze panującej w szkole tak pisał Aleksander Kraushar:

„Pamiętna była dla mnie ta chwila, gdy »szkapa« Pankiewicz zaprowadził mnie do oddziału B klasy V. Dzieliło się gimnazyum na oddział chemiczny i mechaniczny. Wybrałem pierwszy i wtedy to po raz pierwszy poznałem urok nauki w ogóle, a w szczególności nauk przyrodniczych i matematycznych, prowadzonych pod kierunkiem najznakomitszych podówczas w kraju pedagogów, w języku ojczystym, gdy tajemnice natury zaczęli nam wyjaśniać tacy specyaliści jak: Skłodowski, Łoś, ma foi – Jurkiewicz, Teofil Rybicki, »Książę Jerzy« [Aleksandrowicz]; matematykę zaś »saper« Wrześniowski, »papa« Rogiński, »grubas« Łopuski, »chuderlak« Puchewicz i wielu, wielu innych zasłużonych pedagogów”.

I jeszcze:

„Uczyliśmy się dobrowolnie i z zapałem, bez żadnych zgoła środków przymusu, a nawet zachęty. Przestaliśmy upatrywać w nauczycielach nieprzyjaciół (…). Nie czuwali nad nami diad’kowie, nie wiedzieliśmy, co znaczy kontrola nad rozmowami i rozrywkami uczniów w szkole i poza szkołą, nie słyszeliśmy przykrego słowa od naszych profesorów, nie doznawaliśmy w ogóle żadnego rygoru. Gdy się czasem któremu z żartownisiów zdarzyło, podczas lekcyi fizyki eksperymentalnej zacnego Teofila Rybickiego, stojącego na izolowanej przy maszynie elektrycznej podstawie, urządzić skrycie łącznik z jego nogami i wywołać przez to uderzenie elektryczne wśród ogólnego wesołości wybuchu, zacny Rybicki groził jedynie trzymaną w ręku linijką, wołając: Dziateczki! Spokojnie! Nie hałasować, bo się rozgniewam!”.

Adam Chmielowski w czasach gimnazjalnych.

autor nieznany, źródło: archiwum sióstr albertynek w Krakowie

Kraushar akurat miał co porównywać, bo przez kilka lat chodził najpierw do zwykłego gimnazjum, zanim trafił do Pałacu Kazimierzowskiego. Brat Albert jednak chyba nie miał aż tak dobrych wspomnień z lat szkolnych, bo zaznaczał, że najgorsze, co może spotkać ucznia w szkole, to nuda, której on sam doświadczył. Podczas rozmowy na tematy pedagogiczne snuł wizję szkoły umieszczonej w ogrodzie, gdzie lekcje trwałyby najwyżej dwie godziny dziennie, a potem uczniowie mieliby indywidualne zajęcia laboratoryjne z nauczycielami. Resztę dnia dzieci powinny spędzać na grach sportowych na świeżym powietrzu… Ale wróćmy do Warszawy. Kraushar, trzy lata starszy od Adama Chmielowskiego, świetnie potrafił oddać klimat panujący wówczas wśród uczniów. A klimat był wybitnie patriotyczny, tak bardzo, że do Gimnazjum Realnego przeniósł się z tego powodu z Instytutu Szlacheckiego Leon Frankowski, późniejszy dowódca Adama w powstaniu styczniowym. Przez rok mieli szansę mijać się na korytarzach szkoły. „Gimnazjum Realne warszawskie – pisał dalej Kraushar – stało [się] środowiskiem budzenia w sercach jego wychowańców patryotyzmu (…), w dziejach następnych ruchu narodowego, który się rozpoczął w roku 1860 i doprowadził do wypadków roku 1863”.

Na razie jest jednak rok 1857 i dwunastoletni Adam Chmielowski z matką i rodzeństwem mieszka albo na Konwiktorskiej u ciotki Petroneli, albo na Nowym Świecie u babci Borzysławskiej. Czy interesuje się, jak jego starsi koledzy ze szkoły, polityką? Zajmuje go matematyka i mechanika czy raczej literatura? Chyba jednak jest jeszcze za młody, żeby przeżywać tak jak Aleksander Kraushar czy Leon Frankowski fakt wydania w Warszawie pism Mickiewicza. Kraushar przyznaje, że czytając wiersz Powrót taty, nie mieli bladego pojęcia o tym, kto był jego autorem, nie wiedzieli nawet, kto kryje się za inicjałem M. Dzieła Mickiewicza były dotąd zakazane, a trzymanie ich w domu mogło ściągnąć karę na posiadacza. „Do wyjątkowych zuchwalców należeli ci, którzy, pozyskawszy szczęśliwie książkę polską, wydaną w Paryżu, własnoręcznie ją przepisywali i uczyli się jej na pamięć”. Czasami Kraushar widywał także poprzepisywaną na wymiętych już od używania kartkach Dziadów część III. „Trudno opisać radość ogólną na wiadomość o zapowiedzianem wydaniu w Warszawie pism Mickiewicza. W naszem gimnazyum byliśmy wprost oszołomieni tym doniosłym przypadkiem. Nikt z nas – oprócz ballady Powrót taty – nic z utworów Adama nie czytał; drukowanego jego imienia i nazwiska w całości nie spotykał, aż tu naraz dowiedzieliśmy się, że pism wieszcza wyjdzie tomów dziesięć, z życiorysem pióra Kazimierza Władysława Wójcickiego, który dla nas, młodych, był powagą literacką pierwszorzędną i w piśmiennictwie warszawskim za głębokiego badacza literatury uchodził. (…) Poezye Mickiewicza budziły w nas uczucia dotychczas nieznane – patryotyzmu polskiego. Otworzyły się oczy nasze na dostojeństwo należenia do narodu, którego dzieje były nam dotychczas obce” – pisał, ale dodawał: „nowy widnokrąg wrażeń otworzył nam dopiero Kordian Słowackiego, dostarczony nam, nie wiedzieć skąd, przez Leona Frankowskiego”.

W takich to okolicznościach wyrastał Adam w Gimnazjum Realnym. Był coraz starszy i coraz bardziej zainteresowany ważnymi sprawami, w tym oczywiście sprzeciwem wobec zaborcy. Tym bardziej że – jak wspominał Kraushar „uczniowie gimnazyum, w ściśle określonej normie liczebnej, podlegali najsurowszej kontroli szkolnej i policyjnej. Mieszkania ich często rewidowano nocną porą, a w razie znalezienia jakiej książki zakazanej wypędzano ich ze szkół, aresztowano i wysyłano na Sybir”. Takie opowieści musiały krążyć wśród młodzieży i podniecać młode umysły.

Tymczasem jednak Adam ma inne problemy na głowie. Najpierw jego matka dzięki ostatniej spłacie raty za Czernice i z pomocą finansową swojej matki kupuje w lipcu 1858 roku od Edwarda Rutscha kamienicę na ulicy Książęcej na rogu Nowego Światu. To pokaźny dom, narożny, z ogrodem i sadem. Według Warszawskiej Hipoteki składał się z dwóch części: od strony Nowego Światu był piętrowy, od Książęcej parterowy. Podpiwniczony i z zagospodarowanym poddaszem. Na podwórzu, w które wjeżdżało się od ulicy Książęcej, stała wozownia, stajnia, wychodek oraz oczywiście studnia. Całość otoczona była drewnianym parkanem. Józefa Chmielowska zapłaciła za posesję 162 tysiące złotych polskich, czyli 24 tysiące rubli srebrnych. Rodzina przeprowadziła się tam w sierpniu 1858 roku i zajęła część pokoi, resztę podnajmując. W ten sposób Józefa zapewniła sobie stałe dochody. Nie cieszyła się tym zbyt długo, zaledwie rok.

Lato 1859 roku nie było szczęśliwe. Najpierw, na początku lipca, zmarła babcia Borzysławska. Trzy tygodnie później sama Józefa. Miała czterdzieści trzy lata i zostawiła czternastoletniego Adama, jedenastoletniego Stanisława, ośmioletniego Mariana i siedmioletnią Jadwigę. Umarła w niedzielę, późnym wieczorem, w domu swojego brata, o czym można się dowiedzieć z aktu zgonu: „Działo się w Warszawie w parafii Świętego Aleksandra dwudziestego dziewiątego sierpnia tysiąc osiemset pięćdziesiątego dziewiątego roku o godzinie jedenastej rano – stawili się Julian Borzysławski, brat stryjeczny zmarłej, kontroler Teatru Warszawskiego, lat czterdzieści pięć, i Antoni Piotrowski, urzędnik Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, lat dwadzieścia sześć mający, obydwaj tu w Warszawie zamieszkali – i oświadczyli, że dnia wczorajszego o godzinie jedenastej wieczór umarła tu w Warszawie przy ulicy Aleja pod liczbą tysiąc siedemset trzynaście litera b Józefa z Borzysławskich Chmielowska, wdowa rodem z miasta Serokomli Guberni Lubelskiej, lat czterdzieści mająca”5. Niedziela 28 sierpnia była ładna, ciepła i pogodna. „Kurier Warszawski” w poniedziałkowym wydaniu donosił na pierwszej stronie: „Wczorajsza pogoda przyłożyła się niemało do zwiedzenia przez liczne tłumy Powązek, gdzie w ostatnią niedzielę przed pierwszym odprawione było nabożeństwo odpustowe. Przez cały dzień z tej okoliczności snuły się po smętarzu miejscowym rodziny tych wszystkich, których zwłoki tam spoczywają. Wiele bardzo mogił przystrojono w świeże kwiaty i wianki, skropione łzą ojca lub matki, syna lub córki, wreszcie siostry lub brata, nad drogim ich sercu skarbem, który ziemia w łonie swojem zamknęła”.

Rodzina Chmielowskich raczej się po Powązkach tej niedzieli nie snuła, choć niedawno pochowano tam obok Wojciecha Chmielowskiego babcię Borzysławską. Wygląda bowiem na to, że Józefa nie zmarła nagle, ale chorowała wcześniej i na czas tej choroby zamieszkała u stryjecznego brata. W ten piękny dzień rodzina była więc zgromadzona wokół łóżka cierpiącej. Wieść niesie, że przed śmiercią Józefa podarowała Adamowi obrazek z Matką Boską Częstochowską, który nosił potem zawsze przy sobie, a w chwili wstąpienia do jezuickiego nowicjatu ofiarował Józefowi Chełmońskiemu. Podobno Adam opowiadał księdzu Lewandowskiemu, że martwą matkę zobaczył w trumnie, kiedy wrócił ze szkoły. Była ubrana w habit, z czego wynika, że należała do trzeciego zakonu świętego Franciszka.

Ze śmiercią matki w życiu dzieci wszystko się zmienia. Teraz są całkowitymi sierotami. Faktyczną opiekę przejmuje nad nimi siostra ojca, ciotka Petronela, trzydziestodziewięcioletnia panna. Wciąż mieszka na ulicy Konwiktorskiej. Ale nie chodziło tylko o przytulanie dzieci i pilnowanie, żeby się uczyły, ani o ciepłe łóżko i gorące kakao. Trzeba było zadbać o nie finansowo i tym zajęła się rada opiekuńcza złożona z wujków i dalszych krewnych oraz przyjaciół rodziny. Na jej czele stał Włodzimierz Kłodnicki, syn Jana, cioteczny brat Józefy. Oto, co pozostawiła dzieciom Józefa: łóżko, dwie sofy, komódkę i biurko mahoniowe, trzy portrety familijne, trzy święte obrazki, dwa świeckie, dagerotyp Chrystusa, pięć familijnych dagerotypów, książki do nabożeństwa i naukowe, kolczyki brylantowe, kolię z broszką turkusową, złotą dewizkę, cztery sznurki pereł, srebrną tabakierkę, dwa złote pierścionki i obrączkę z turkusikiem, krzyż Virtuti Militari, miednicę i srebrny kubek. I dwie męskie koszule. Wyliczone wszystko dokładnie w spisie Warszawskiej Hipoteki. Reszta przedmiotów poszła na licytację. To, co uzyskano, stało się funduszem, który (jak napisano w aktach Hipoteki Warszawskiej) „po zaspokojeniu corocznych ciężarów i podatków od wierzytelności, pozostawał pod dyspozycją Opieki i obracany był zgodnie z wolą Rady Familijnej, na potrzeby i edukację nieletnich oraz koszta ich kuracji”. Pozostała jeszcze kamienica, a dzięki stałym z niej dochodom dzieci będą finansowo zabezpieczone. Wiadomo nawet, co w budynku na Książęcej się działo: na przykład pomieszczenia na parterze wynajęto Żydowi Szlomo Hertzowi, który prowadził tam wyszynk piwa. Potem był tam sklep z winami i „towarami kolonialnymi” Ignacego Szczerbińskiego, a jeszcze później urządzono tam kawiarnię.

Dzięki wspomnieniom Brata Alberta przekazanym przez Celinę Bzowską (córkę zaprzyjaźnionego z nim Ludwika Dębickiego) i opublikowanym w „Przewodniku Katolickim” w 1928 roku wiemy, że Adam Chmielowski bywał zapraszany do majątków swoich szkolnych kolegów. Być może spędzał tam wakacje i ferie. Pewnego lata odwiedził jednego z wujów. Nie potrafił za dobrze obchodzić się z dubeltówką, choć – jak twierdził – do celu, to znaczy z pistoletu do wróbli, trafiał całkiem dobrze. Taką anegdotę lubił opowiadać Brat Albert (a Celina Bzowska powtórzyła i spisała):

„Kuropatw było dużo – mówił – pies je ciągle wystawiał, a ja wytrwale pudłowałem. Zmęczony chodzeniem, prawie z pustą torbą, mam bardzo kiepską minę. Wystrzelane naboje będą świadczyć o fuszerce; co będzie docinków! (…) Nero wystawia ponownie i ten sam skutek, co poprzednio: nagle furkot skrzydeł, moja gorączka i nowe pudło! Ale tym razem widzę dokładnie po rozwianiu się dymu, że jedna kuropatwa usiadła na drzewie. Tak, na drzewie! Rad byłem niezmiernie, że tam usiadła, nie będzie już tak przeraźliwie furkotać. Podchodzę ja ostrożnie, mierzę jak do celu ostatnim nabojem, trafiam, kuropatwa spada. Nero nie chce aportować, nie zajmuje się moją zdobyczą. To się zdarza, że nawet dobry pies nie aportuje. Podejmuję sam ptaka; wspaniały! Ma pyszny grzebień na głowie, widocznie kogut.

Dobrze zziajany wracam do domu. Zastaję wujostwo i domowników siedzących przed gankiem i takim niedbałym ruchem, jak ten, dla kogo to żadna nowina przynosić zwierzynę z polowania, pokazuję moją kuropatwę. Dodaję przy tym techniczno-myśliwską uwagę o psie, że się gorączkuje, przez co kuropatwy zrywają daleko i więcej nie można było ubić. Gram doskonale rolę pewnego siebie bohatera.

– Brawo, chłopcze! Tę twoją pierwszą kuropatwę upolowaną każemy ci upiec na wieczerzę.

Uważam, że się wszyscy jakoś zbytnio cieszą; nie podoba mi się też, iż wuj zmiarkował, że to moja pierwsza kuropatwa; niepokoi mnie osobliwy uśmieszek wuja. Ciotka kazała przywołać kucharza. Wuj z naciskiem daje zarządzenie:

– Przyrządzicie tę kuropatwę paniczowi na wieczór.

Kucharz ma ten sam drażniący mnie uśmiech. Ogląda ptaka i melduje służbiście:

– Postaram się, żeby smakowała.

Podczas wieczerzy wnoszą zwykłe potrawy, a przede mną stawiają pieczyste z kuropatwy. Ceremoniuję się, częstuję ciotkę i wuja, ale wuj stanowczo wyrokuje, że to jest myśliwski obyczaj i że należy, abym niepodzielnie spożył pierwszą upolowaną przez siebie zwierzynę. Dziwnie niemiłą woń ma ta kuropatwa. Jest twarda jak żelazo; nie mogę jej przekroić. Gdy ostatecznie wsuwam pierwszy kęs do ust, wszyscy wkoło stołu zaczynają klaskać w ręce z okrzykiem:

– Du! du! du! Dudek! – Tak, ta kuropatwa ustrzelona na drzewie to był prosty dudek, a ja byłem drugim dudkiem”.

To właśnie w czasie jednego z takich wyjazdów doszło do wypadku, w którym Adam stracił palec. Zapalony proch rozsadził strzelbę w jego ręku. Polował z kolegami – zwykłe rozrywki leniwych letnich dni w polskich majątkach. Środkowy palec prawej ręki został wyszarpnięty tak, że trzeba go było amputować, a podczas odcinania palca Adam podobno połknął papierosa.

5. Nowa Aleksandria

W Warszawie za to czasy niespokojne, choć dla szesnastolatka nadzwyczaj ciekawe. I tak w trzydziestą rocznicę powstania listopadowego zgromadzony przed kościołem Ojców Karmelitów na Lesznie tłum wiernych patriotów po raz pierwszy odśpiewał hymn Boże, coś Polskę. Miesiąc później, w Boże Narodzenie 1860 roku, Kraushar pisze we wspomnieniach, jak upamiętniano bitwę grochowską: „otrzymaliśmy w gimnazjum polecenie zgromadzenia się między godziną 5 a 6 po południu przed kościołem oo. Paulinów na ulicy Freta, wprost Mostowej. Już o tej porze grupa młodzieży, między innemi marymontczycy, otrzymała z piwnic kościoła pochodnie i drzewce z chorągiewkami o kolorach narodowych. Zanim to nastąpiło, przejechał w dorożce, stojąc i trzymając się kozła, ówczesny oberpolicmajster warszawski Trepow. Wtedy to trafił go w czoło rzucony z tłumu pocisk zamarzniętego błota. (…) Tymczasem rozpoczął się pochód manifestantów przy zapalonych pochodniach, chorągiewkach i bezładnym śpiewie chóralnym: Boże coś Polskę, podówczas jeszcze dokładnie wśród młodszego pokolenia nie znanym. Szliśmy ku Staremu Miastu. Było już ciemno. Pochód przedstawiał się uroczyście, przy oświetlonych oknach na ulicy Freta i dzisiejszej Nowomiejskiej. Na rogu tej ulicy i Starego Miasta zatamował pochód oddział dość liczny żandarmów, podówczas kijowskimi zwanych. (…) Nastąpiło starcie. Broniły się tłumy zapalonemi pochodniami, któremi rażono w ślepia wystraszone konie żandarmskie, żołnierzy zaś drzewcami chorągiewek…”. Ciotka Petronela z pewnością nie pozwalała Adamowi wychodzić na te manifestacje, ale czy nie o takich właśnie okazjach marzy młody chłopak, uczeń gimnazjum, w którym aż wrze od dyskusji i lektur wieszczy? Tym bardziej że wydarzenia miały miejsce właściwie pod jego nosem. Ta akurat opisywana manifestacja skończyła się aresztowaniami kilkunastu osób i wieloma rannymi.

25 lutego 1861 roku kolejna wielka manifestacja uliczna zostaje rozpędzona przez żandarmów. Starszy kolega Adama, Kraushar, znów wspomina, tym razem wydarzenia z 27 lutego 1861 roku: „otrzymaliśmy wezwanie, aby udać się o południowej porze do kościoła Karmelitów na Lesznie, tam uczcić pamięć bojowników i ofiar niepodległości, następnie gremialnie skierować się w stronę Starego Miasta. Zgromadziło się nas liczne koło uczniów, akademików i rzemieślników”. I znów cała ta masa ludzka idzie w kierunku Starówki. „Przy wejściu w ulicę Świętojańską tłum powiększył się znacznie przyłączeniem się staromiejskiego ludu. Wszystkie okna i lufciki domostw Starego Miasta i ulicy Świętojańskiej naraz się rozwarły, a z trzeciego piętra domu wprost katedry spuszczono obraz z wizerunkiem Chrystusa. Podjął go kolega Leon Frankowski i podniósłszy wysoko, skierował się wraz ze śpiewającymi hymn Święty Boże w stronę kolumny Zygmunta”. I wtedy naraz przeciwko manifestującym, a właściwie już procesji ze świętym obrazem niesionym przez ucznia Gimnazjum Realnego, wyruszył oddział kozaków z nahajkami. Żeby tylko z nahajkami! W końcu kozacy zaczęli strzelać. Zginęło pięć osób, w tym jeden gimnazjalista. 2 marca zorganizowano publiczny pogrzeb ofiar strzelaniny. Znów Kraushar: „Kto widział Warszawę w owym pamiętnym dniu, ten zachował na zawsze w duszy wspaniały obraz tłumów, posłusznych skinieniu malców pilnujących porządku pochodu pogrzebowego przez żałobnie przystrojone ulice. Kobiety, wszystkie bez wyjątku, nosiły strój czarny, mężczyźni – w cylindrach do połowy pod włos nastroszonych, co zastępowało kryzę żałobną. Chłopcy i dziatwa w sukniach żałobnych”. Nazajutrz w „Gazecie Codziennej” pisał Kraszewski: „Byliśmy świadkami fenomenu rzadkiego w dziejach: połączenia się wszystkich klas i stanów kraju, ucichnięcia namiętności, zwyciężenia uprzedzeń, cudownego podania sobie rąk i zbliżenia serc. Ten widok pamiętny nam będzie, lecz bodaj pozostał nie chwilowym objawem, ale trwałym początkiem tej zgody i braterstwa, w których imię przemawialiśmy zawsze i odzywamy się dzisiaj”.

Atmosfera była podniosła, młodzież podniecona. Patriotycznych zgromadzeń organizowano coraz więcej. W kwietniu znowu tłum zebrał się na placu Zamkowym. Tym razem ofiar było ponad sto. Na ulicach zrobiło się niebezpiecznie, więc zaczęto spotykać się w kościołach. Śpiewano hymny patriotyczne i czytano narodowe poezje podczas nabożeństw „za przyszłość Ojczyzny”, których odprawiano coraz więcej, coraz więcej.

Wrzało. Przypuśćmy, że latem Adam wyjechał gdzieś na wieś. Kiedy tylko wrócił do szkoły, znowu zaczęło się dziać. W październiku, w przeddzień rocznicy śmierci Kościuszki, wprowadzony został stan wojenny. Czy potrzeba było lepszego pretekstu niż zakaz zgromadzeń? Mieszkańcy Warszawy i tak poszli do kościołów, a gubernator warszawski nakazał aresztować wszystkich z nich wychodzących. W katedrze oraz w kościele Ojców Bernardynów wierni postanowili zostać na noc. Wojska carskie weszły do kościołów i aresztowano wtedy trzy tysiące osób, które następnie zostały uwięzione w Cytadeli. Nastroje panowały takie, że w reakcji na profanację miejsc kultu wszystkie świątynie warszawskie: katolickie, protestanckie i żydowskie, zamknęły swoje drzwi.

Zajęcia w szkołach już dawno zostały zawieszone. Uczniowie mieli wyjechać z Warszawy.

Edukację w Gimnazjum Realnym Adam Chmielowski skończył na klasie szóstej, a nie na ósmej, jak poprzednie roczniki. Już teraz otrzymał patent ukończenia szkoły, który uprawniał go do ubiegania się o przyjęcie do szkoły wyższej. W grę wchodziła tylko uczelnia techniczna, bo zawód inżyniera wiązał się z dobrą przyszłością. Nie wiadomo, czy Adam już wtedy interesował się sztuką i miał większą ochotę malować niż liczyć. W Warszawie miał kontakt ze studentami Szkoły Sztuk Pięknych przyłączonej w tym czasie do Gimnazjum Realnego, którzy byli bardzo aktywni politycznie i grali pierwsze skrzypce podczas manifestacji. Był chyba jednak za młody, żeby poznać się z którymś z nich bliżej i polubić artystyczny styl życia. Podejrzewam, że wybór szkoły o profilu technicznym stanowił naturalną kolej rzeczy. Jak zawsze chodziło o solidny zawód, który zagwarantuje dobrą pracę i przyniesie spokojną przyszłość. I w Warszawie była taka szkoła: marymoncki Instytut, którego studenci także przejawiali ogromną patriotyczną aktywność. Właśnie z tego powodu i w następstwie reformy przeprowadzonej po niespokojnych wydarzeniach ostatnich dwóch lat margrabia Aleksander Wielopolski kazał przenieść Instytut z Warszawy do Puław, czyli Nowej Aleksandrii. Myślał, że w ten sposób usunie z Warszawy młodzież odpowiedzialną za patriotyczny ferment, że odsunie ją od tajnych stowarzyszeń i spiskowców. Że ją unieszkodliwi. Do Nowej Aleksandrii przenosi się więc szkoła marymoncka, kilku nauczycieli Gimnazjum Realnego i wielu jego absolwentów. Egzaminy do Instytutu Politechnicznego i Rolniczo-Leśnego odbywały się jesienią 1862 roku, ale było tak wielu chętnych, że nabór musiano przedłużyć. „Gazeta Warszawska” z 18 października 1862 roku wspomina o trzystu sześćdziesięciu studentach, którzy zostali na podstawie egzaminów przyjęci, ale zastrzega, że to wcale nie jest liczba ostateczna, ponieważ „z racji na wielką liczbę garnącej się do nauki młodzieży, na przykładne jej sprawowanie i niemożność poddania wszystkich pod egzamin do dnia 15 października, p.o. dyrektora głównego termin zakończenia egzaminów do dnia 1 listopada przedłużył”.

W nowym Instytucie trwał nabór na pięć wydziałów: mechaniczny, leśny, inżynierii cywilnej, rolniczy i chemiczno-górniczy. Adam Chmielowski wybrał mechaniczny. Podobnie jak rok od niego młodszy Maks Gierymski6, którego Adam znał już z Gimnazjum Realnego. Szkoła mieściła się w przejętym po powstaniu listopadowym przez carski rząd pałacu Czartoryskich. Dopiero co wyniosła się stamtąd elitarna szkoła dla dziewcząt – Instytut Wychowania Panien. Wykłady prowadzone miały być w języku polskim, kadra była świetna, okolice urocze, otoczone legendą oddanych narodowi Czartoryskich, kilkaset osobników młodzieży męskiej, wszyscy z gorącymi głowami. Nie było przy szkole internatu dla takiej ilości młodzieży, więc studentów rozlokowano po domach w okolicy i po wsiach, u chłopów, ci bogatsi mieszkali nawet w odległej o siedem kilometrów Końskowoli, skąd dojeżdżali codziennie na zajęcia końmi.

Pałac Czartoryskich w Puławach (dawniej: Nowej Aleksandrii), siedziba Instytutu Politechnicznego i Rolniczo-Leśnego w latach 1862-–1869.

autor nieznany, źródło: archiwum Centralnej Biblioteki Rolniczej Oddział w Puławach

Bolesław Prus, który był w Puławach dziesięć lat później, napisał o ogrodzie Czartoryskich spory reportaż. Jego fragmenty choć trochę pokażą, jak zmieniło się otoczenie Adama Chmielowskiego:

„Tuż przed instytuckimi budowlami aleja przecina się z ulicą Lipową, wiodącą z miasta na Marynki i Włostowice. Przeszedłszy ją, jesteśmy już na terytorium pałacowym. Zaraz na pierwszym kroku napotykamy oryginalność, mianowicie fosę murowaną, zabytek prawdopodobnie z czasów, kiedy na miejscu dzisiejszej akademii gospodarstwa wznosił się obronny zamek Sieniawskich. Fosa jest niedługa, lecz parę łokci głęboka; na końcach jej stoją murowane domki, przez środek zaś idzie mostek. Dwie filigranowe, żelazne kolumny wysokie na dwunastoletniego chłopca są szczątkami ozdobnych żelaznych wrót, które istniały jeszcze za pamięci Instytutu Wychowania Panien. Od ulicy funkcję słupów wjazdowych pełnią dwie armaty, paszczami wkopane w ziemię. Za fosą ciągnie się spory kwadratowy dziedziniec gęsto zasadzony lipami (…).

Następuje rząd sztachet okrągłych i wysokich jak lance ułańskie i brama, której skrzydła wiszą na dwu murowanych słupach. Słupy te słuszne, kwadratowe i żółte, zamiast daszków mają na szczytach śliczne, wyrobione z gipsu grupy dzieci podających sobie ręce do wstania lub zakładających hełm na głowę. Rzeźby owe, białe niegdyś jak śnieg, dziś poszarzały dzięki deszczom.

Weszliśmy na dziedziniec główny. Pałac jest zbudowany w formie podkowy. Front pałacu zwrócony prawie ku północy ma dwa piętra, skrzydła i oficyny po jednym. Przez całą długość korpusu środkowego, dwupiętrowego, idzie podsień wsparta na ośmiu kolumnach, a nad nią balkon z poręczą w piaskowcu wykutą. Całość budowli ładna, pokryta żelaznym, na czerwono malowanym dachem, nad którym mnóstwo piorunochronów sterczy; szkoda tylko, że ściany gmachu od dawna zresztą barwią się na żółto, co im daje pozór czysto szpitalny, w części kryminalny. (…)

Wyjścia z angielskich schodów pilnują niewysokie słupy z popielatego marmuru tudzież ławka piaskowcowa, na której znać głębokie ślady ostrzenia kozików. Tu możemy odpocząć. O parę kroków przed nami na pagórku ładnie wygiętym stoją, niby witające dawnych magnatów sługi, dwa potężne dęby, najdawniejsze i najtrwalsze pamiątki po Czartoryskich”.

I Świątynia Sybilli, rotundowa budowla ufundowana przez Izabelę Czartoryską na wzór świątyni Westy w Rzymie, i pałac stoją na wzgórzu, a raczej wiślanej skarpie. Pełno tam w całym parku zakamarków, ścieżek nagle skręcających, opadających w dół albo wznoszących się łagodnie. Dróżki tworzą „gzygzak formy złożony z siedmiu czy ośmiu kawałków” – jak pisze Prus.

A więc dookoła park, romantyczne budowle, legendarny budynek Sybilli, Domek Gotycki, łachy nadwiślańskie, dzikie zakątki, w których nic, tylko spotykać się i spiskować, spiskować, spiskować. Podobno już pierwsze tygodnie pokazały, że młodzieży w głowie nie tyle nauka, co raczej innego rodzaju sprawy. Podobno nauczyciele patrzyli na to ich niezdyscyplinowanie przez palce. Podobno szybko powstał Komitet Korporacji Studenckiej. Mianowano setników i dziesiętników. Podobno po powrocie ze świątecznych ferii już nic nie miało być takie samo. A w wiecu pod Świątynią Sybilli wszyscy ci nastolatkowie (najmłodsi mieli lat szesnaście, większość była przed dwudziestką) przysięgali wierność idei narodowej.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Cytaty z materiałów archiwalnych zachowano w oryginalnym brzmieniu z drobnymi korektami interpunkcyjnymi bądź ortograficznymi (przyp. red.).

2 Z tymi przeżytymi latami jest spory bałagan, często w metrykach podawano je w dużym przybliżeniu. Z rachub wynika, że rodząc Adama, Józefa miała lat dwadzieścia dziewięć. Podobnie w dalej cytowanej późniejszej metryce warszawskiego chrztu wiek Józefy zostanie zaniżony.

3 Podwójne datowanie związane jest z reformą kalendarza, a dokładniej z różnicą w czasie przyjmowania jej przez różne kraje Europy (w Polsce był to rok 1582, w Rosji dopiero 1918). Nowo wprowadzony kalendarz gregoriański niwelował różnicę pomiędzy rokiem kalendarzowym a rokiem zwrotnikowym spowodowaną minimalnie krótszym, niż dotąd sądzono, czasem, jaki Ziemia potrzebuje na pełne okrążenie Słońca. W wyniku reformy kraje, które wprowadziły zmianę już w 1582 roku, musiały ominąć dziesięć dat dziennych, by skorygować tę różnicę, która zresztą z biegiem lat narastała. W XIX wieku wynosiła już dwanaście dat dziennych, dlatego też w cytowanych dokumentach podawane są dwie daty przesunięte względem siebie o dwanaście dni. Pierwsza z nich jest datą kalendarza starego porządku, druga – kalendarza nowego porządku.

4 Ksiądz Czesław Lewandowski (1864–1934) – w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy od 1886 roku, ojciec duchowny seminarium w Krakowie, wieloletni superior, profesor teologii moralnej, spowiednik Brata Alberta i stały spowiednik oraz kierownik duchowy siostry Bernardyny Jabłońskiej. Napisał nieopublikowaną biografię Brata Alberta, do której zbierał materiały do końca życia. Prowadził zapiski dotyczące historii zgromadzenia albertynek.

5 Znów bałagan: z metryki urodzin wynika, że w chwili śmierci miała ona lat czterdzieści trzy, a nie czterdzieści.

6 Maksymilian Gierymski (1846–1874) – powstaniec styczniowy, malarz, pierwszy polski realista, najwybitniejszy przedstawiciel tzw. szkoły monachijskiej, odnosił sukcesy na wystawach międzynarodowych, w 1873 roku na Wystawie Powszechnej w Wiedniu odznaczony złotym medalem, rok później został przyjęty w poczet członków Akademii Sztuki w Berlinie. Starszy brat Aleksandra Gierymskiego, także malarza.

6. Puławiacy

Dostępne w wersji pełnej

7. Żuawi śmierci

Dostępne w wersji pełnej

8. Ucieczka

Dostępne w wersji pełnej

9. W oddziale Chmieleńskiego

Dostępne w wersji pełnej

10. Rana

Dostępne w wersji pełnej

II

1864–1877

Dostępne w wersji pełnej

1. W Paryżu

Dostępne w wersji pełnej

2. Rodzina zastępcza

Dostępne w wersji pełnej

3. Monachium

Dostępne w wersji pełnej

4. Stimmung

Dostępne w wersji pełnej

5. Lucyna

Dostępne w wersji pełnej

6. Maks

Dostępne w wersji pełnej

7. Powrót

Dostępne w wersji pełnej

8. Hotel Europejski

Dostępne w wersji pełnej

9. Helena

Dostępne w wersji pełnej

10. O sztuce

Dostępne w wersji pełnej

III

1878–1884

Dostępne w wersji pełnej

1. Lwów

Dostępne w wersji pełnej

2. U jezuitów

Dostępne w wersji pełnej

3. Kulparków

Dostępne w wersji pełnej

4. Przebudzenie

Dostępne w wersji pełnej

5. Podole

Dostępne w wersji pełnej

IV

1884–1916

Dostępne w wersji pełnej

1. Kraków nędzy

Dostępne w wersji pełnej

2. Ogrzewalnie

Dostępne w wersji pełnej

3. Habit

Dostępne w wersji pełnej

4. Tercjarstwo

Dostępne w wersji pełnej

5. Przytulisko

Dostępne w wersji pełnej

6. Bracia

Dostępne w wersji pełnej

7. „Podlasianki”

Dostępne w wersji pełnej

8. Jeszcze o sztuce

Dostępne w wersji pełnej

9. Ecce Homo

Dostępne w wersji pełnej

10. Człowiek ciekawy

Dostępne w wersji pełnej

11. Jego opuchlaki

Dostępne w wersji pełnej

12. Brat starszy

Dostępne w wersji pełnej

13. Ubóstwo

Dostępne w wersji pełnej

14. Rekolekcje

Dostępne w wersji pełnej

15. Rozmyślania

Dostępne w wersji pełnej

16. Pustelnie

Dostępne w wersji pełnej

17. Kalatówki: bracia…

Dostępne w wersji pełnej

18. … i siostry

Dostępne w wersji pełnej

19. Goście

Dostępne w wersji pełnej

20. Dynka

Dostępne w wersji pełnej

21. Siostra starsza

Dostępne w wersji pełnej

22. Współzałożycielka

Dostępne w wersji pełnej

23. Wojna

Dostępne w wersji pełnej

24. Choroba

Dostępne w wersji pełnej

25. Ostatnie dni

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarium

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

Źródła ilustracji zamieszczonych w książce

Dostępne w wersji pełnej

Ilustracje

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Fotografie na okładce

z archiwum sióstr albertynek w Krakowie

Opieka redakcyjna i wybór zdjęć

Adam Gutkowski

Korekta

Klaudia Dróżdż/e-DYTOR

Katarzyna Onderka

Indeks

Iwona Karwacka/e-DYTOR

Copyright © by Natalia Budzyńska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-5028-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Brat Albert Matka męczennika 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia