Jak schudnąć gdy dieta nie działa

Jak schudnąć gdy dieta nie działa

Autorzy: Anna Powierza

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.48 zł

Chorujesz na insulinooporność i nie możesz schudnąć?Twoja chora tarczyca nie pozwala Ci zrzucić zbędnych kilogramów?Jeśli przeczytasz tę książkę, schudniesz!Nie będzie łatwo. Twój organizm jako pierwszy stanie z tobą do walki. Twoi bliscy będą robić wszystko, byś przegrała. Nie dlatego, że cię nie kochają, wręcz odwrotnie, będą to robić z miłości.Ale dasz radę. Wiesz dlaczego?? Bo tak naprawdę, to bardzo proste.Anna Powierza, znana aktorka serialowa i filmowa dzieli się swoim doświadczeniami w walce ze zbędnymi kilogramami. Po urodzeniu córeczki ważyła 95 kilogramów. Mimo codziennych wysiłków, restrykcyjnej diety i godzin spędzanych na siłowni waga stała w miejscu. Dlaczego? Odpowiedzi udzielił jej pewien mądry lekarz?Jak schudnąć, gdy dieta nie działa? to praktyczny i dowcipny poradnik, jak znaleźć sposób na pozbycie się nadwagi. Sprawdzone zasady, podpowiedzi dietetyczne, a przede wszystkim potężna dawka motywacji, by znaleźć odwagę do zmiany.Wchodzisz w to?

Au­tor: Anna Po­wie­rza

Re­dak­cja: Pra­cow­nia Co­gi­to

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Anna Jam­róz

Skład: Ja­ro­sław Hess

Zdję­cie na okład­ce: Naj­ka Pho­to­gra­phy, www.naj­ka.pl

Se­sja okład­ko­wa: fry­zu­ra: To­masz Za­per­ty, ma­ki­jaż: Mał­go­rza­ta Bał­dow­ska, sty­li­za­cja: KOLA-SZYK Stu­dio Grze­gorz Bloch

Po­zo­sta­łe zdję­cia: ar­chi­wum pry­wat­ne Anny Po­wie­rzy, Ma­riusz Kon­fi­szer, Ka­ta­rzy­na Mic­kie­wicz, wła­sność Ma­cie­ja Mu­szyń­skie­go, Olga Sta­chwiuk

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

© Co­py­ri­ght by Anna Po­wie­rza

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-155-4

Przy­go­to­wa­ie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Wstęp

Je­śli prze­czy­tasz tę książ­kę, schud­niesz.

Nie, nie dla­te­go, że chud­nie się od czy­ta­nia. Nie ofe­ru­ję tu rów­nież ma­gicz­nych prosz­ków, ziół, ta­ble­tek czy cze­go­kol­wiek, co za­ła­twi ro­bo­tę za Cie­bie. Wręcz od­wrot­nie. Schud­niesz dla­te­go, że bę­dziesz wie­dzia­ła, jak to sku­tecz­nie zro­bić… I po pro­stu to zro­bisz.

Nie twier­dzę, że bę­dzie ła­two. Nie bę­dzie.

Twój or­ga­nizm bę­dzie pierw­szym, któ­ry sta­nie z Tobą do wal­ki.

Twoi bli­scy, ro­dzi­na i przy­ja­cie­le będą ro­bić wszyst­ko, byś prze­gra­ła. Nie, nie dla­te­go, że Cię nie ko­cha­ją. Wręcz od­wrot­nie. Będą to ro­bić dla Cie­bie, z mi­ło­ści. Pew­nie też tro­chę z głu­po­ty na po­cząt­ku nie będą umie­li Ci po­móc ani na­wet Cię zro­zu­mieć. Za­sa­dy od­ży­wia­nia pro­po­no­wa­ne w tym po­rad­ni­ku mogą być inne od tych, do któ­rych Two­ja ro­dzi­na zdą­ży­ła się przy­zwy­cza­ić.

Nie ukry­wam – przez to rów­nież bę­dzie cho­ler­nie trud­no!

Ale dasz radę. Wiesz, dla­cze­go? Bo tak na­praw­dę jest to bar­dzo pro­ste.

Wy­star­czy trzy­mać się kil­ku za­sad… i vo­ilà!

I tak samo jak ja je­stem szczę­śli­wą, ko­cha­ją­cą ży­cie i sie­bie, po­sia­dacz­ką fi­gu­ry roz­miar 36, Ty tak­że bę­dziesz. Ulu­bio­ny roz­miar wy­bierz sama. Ja wy­bra­łam 36, bo taki mia­łam, za­nim za­czę­łam nie­kon­tro­lo­wa­ne ty­cie.

Wiesz, dla­cze­go tak się sta­nie?

Bo je­ste­śmy ta­kie same. Ni­czym się nie róż­ni­my. Na­sze or­ga­ni­zmy są po­dob­ne. Przez to, przez co ja prze­szłam, przej­dziesz rów­nież Ty. Bę­dzie Ci na­wet ła­twiej niż mnie – bo bę­dziesz wie­dzia­ła, na co zwra­cać uwa­gę, cze­go się wy­strze­gać i co zro­bić, aby so­bie po­móc.

Ale, ale! Uwa­ga! Nie zro­bię tego za Cie­bie. Czar­ną ro­bo­tę bę­dziesz mu­sia­ła od­wa­lić sama.

To za­sa­da nu­mer 0:

Nie schud­niesz, je­śli na­praw­dę nie bę­dziesz tego chcia­ła.

Ode mnie do­sta­niesz na­rzę­dzie. Od Cie­bie bę­dzie za­le­ża­ło, czy go uży­jesz.

Za­sta­nów się więc jesz­cze raz, czy na pew­no tego chcesz.

Je­śli nie chcesz schud­nąć i czu­jesz się do­brze z tym, jak wy­glą­dasz i jaka je­steś… po pro­stu odłóż tę książ­kę. Je­śli mimo to za­czniesz ją czy­tać, nie bę­dzie to stra­co­ny czas. Za­wsze, w każ­dej chwi­li, bę­dziesz mo­gła za­nie­chać jej czy­ta­nia. Je­śli jed­nak prze­czy­tasz ją w ca­ło­ści i do koń­ca… Licz się z tym, że w Two­jej gło­wie, w two­im po­strze­ga­niu je­dze­nia, spo­so­bu od­ży­wia­nia, w two­im sty­lu ży­cia na­stą­pi zmia­na.

Oczy­wi­ście, że na­dal nikt i nic nie bę­dzie Cię zmu­szać, aby schud­nąć. Może się jed­nak oka­zać, że to się po pro­stu dzie­je.

De­cy­zja na­le­ży do Cie­bie.

Od­kła­dasz… Czy wcho­dzisz w to?

Moja hi­sto­ria

Opo­wiem Ci jak było ze mną. Do bólu szcze­rze, bez owi­ja­nia w ba­weł­nę. Ro­bię to dla­te­go, że­byś nie my­śla­ła so­bie: „o, ona jest sław­na, jej było ła­twiej”.

Te­raz pew­nie wła­śnie tak my­ślisz. Wy­obra­żasz so­bie moją wal­kę z nad­wa­gą i wi­dzisz ar­mię spe­cja­li­stów. Le­ka­rza, die­te­ty­ka, ku­cha­rza, któ­ry przy­rzą­dzał mi sma­ko­wi­te po­sił­ki, tre­ne­ra oso­bi­ste­go, mo­ty­wu­ją­ce­go do ćwi­czeń. Ale przede wszyst­kim wi­dzisz kasę. Na tych­że spe­cja­li­stów, na ba­da­nia, na je­dze­nie. Wi­dzisz fir­my i kor­po­ra­cje, któ­re wpom­po­wa­ły ogrom­ne pie­nią­dze w to, że­bym schu­dła i aby­śmy wszy­scy na tym mo­gli jesz­cze wię­cej za­ro­bić.

Przy tym wszyst­kim wi­dzisz sie­bie. Zmę­czo­ną po pra­cy, któ­ra musi ugo­to­wać obiad chło­pu, dziec­ku i być może jesz­cze te­ścio­wej. Oni wca­le nie są na die­cie, wręcz od­wrot­nie – żą­da­ją od Cie­bie ziem­nia­ków, scha­bo­we­go i cia­sta na de­ser. O ile, oczy­wi­ście, masz w ogó­le ro­dzi­nę. Bo może jest od­wrot­nie, je­steś sa­mot­na, pies z ku­la­wą nogą się Tobą nie in­te­re­su­je ani two­im ży­ciem, a już w ogó­le tym, co i kie­dy zja­dłaś. No, może poza mamą, któ­ra z nie­po­ko­jem dzwo­ni i mar­twi się, czy zja­dłaś cie­pły obiad na­wet w środ­ku upal­ne­go lata. Ta sama, któ­ra w week­end daje Ci do­kład­kę de­se­ru, za­uwa­ża­jąc po chwi­li, że znów uty­łaś.

W każ­dym ra­zie, wiem, że jest Ci trud­no. Co­dzien­nie. Je­śli po­dej­miesz się wy­zwa­nia, bę­dziesz chcia­ła schud­nąć, bę­dzie Ci jesz­cze trud­niej. Bę­dzie Ci trud­no na­wet kil­ka razy dzien­nie. Bę­dziesz mu­sia­ła zmie­nić tyle rze­czy! Nie tyle całe ży­cie, ile po­strze­ga­nie tego ży­cia. Bę­dziesz uwa­ża­ła, że Cię na to nie stać z wie­lu, na­praw­dę wie­lu waż­nych po­wo­dów. Z po­wo­du bra­ku kasy, ma­łej ilo­ści cza­su, z przy­czyn or­ga­ni­za­cyj­nych, ro­dzi­ny, cho­ro­by, trud­nych chwil, kło­po­tów, przy­krych wy­da­rzeń lo­so­wych. Wy­mó­wek bę­dziesz mia­ła ty­sią­ce. Ja też mia­łam, wierz mi.

Dla­te­go na po­czą­tek opo­wiem Ci, jak było ze mną. Być może nie bę­dziesz już na mnie pa­trzeć jak na ce­le­bryt­kę, któ­rej wszyst­ko po­da­no na ta­le­rzu.

Je­stem taka jak Ty. Też było mi trud­no. Też mu­sia­łam wal­czyć. Co­dzien­nie, a na­wet kil­ka razy dzien­nie. Z ty­sią­cem wy­mó­wek i uspra­wie­dli­wień.

Nie wiem, jak to jest tyć po­wo­li dzień po dniu i ty­dzień po ty­go­dniu, aż sta­je się na wa­dze i ze zdu­mie­niem od­kry­wa „ojej, ważę 35 kilo wię­cej niż w li­ceum!”.

U mnie trwa­ło to za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy. Na po­cząt­ku cią­ży ty­łam i ow­szem, kilo albo dwa. Wte­dy jesz­cze bar­dzo ak­tyw­nie upra­wia­łam sport, by­łam na bar­dzo zdro­wej (tak uwa­ża­łam) i zbi­lan­so­wa­nej die­cie, mia­łam się świet­nie. Ty­łam wię­cej, niż po­win­nam, ale le­karz nic nie mó­wił, wy­ni­ki mia­łam do­bre, a prze­cież w cią­ży się tyje, ­praw­da?

W siód­mym mie­sią­cu cią­ży za­czę­ły się de­li­kat­ne pro­ble­my. Żeby nie ku­sić losu, prze­sta­łam się ak­tyw­nie ru­szać. Gru­dzień, świę­ta, tro­chę cią­żo­wych za­chcia­nek i w pierw­szych dniach no­we­go roku prze­ży­łam szok: po­nad 7 kilo wię­cej! Uspo­ko­iłam się z za­chcian­ka­mi, wró­ci­łam do die­ty i… nie­wie­le to po­mo­gło. Waga le­cia­ła w górę z za­wrot­ną pręd­ko­ścią. „Łat­wo przy­szło, ła­two pój­dzie!”. Po­cie­sza­łam się, bo nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia. Do­brze, że pod wpły­wem hor­mo­nów by­łam szczę­śli­wa jak ni­g­dy i nie przej­mo­wa­łam się tym zbyt­nio. Po­tem jed­nak uro­dzi­łam, przez ja­kiś mie­siąc by­łam cał­ko­wi­cie od­re­al­nio­na, a po­tem znów sta­nę­łam na wa­dze.

95 kilo.

Ma­sto­dont.

Spoj­rza­łam w lu­stro.

Ga­pi­ła się na mnie ja­kaś obca baba.

Wro­go się ga­pi­ła, więc spło­szo­na ucie­kłam. Gdy bie­głam, trzę­sły się zie­mia i oko­licz­ne bu­dyn­ki, a w ra­dio i te­le­wi­zji ostrze­ga­li, że zbli­ża się ka­ta­klizm…

Żar­tu­ję oczy­wi­ście. Ale to wła­śnie ta­kie żar­ty, mó­wio­ne gło­śno, śmia­nie się z sa­mej sie­bie, z mo­jej tu­szy, po­mo­gło mi wy­trwać w ca­łej tej sy­tu­acji. Al­ter­na­ty­wą było to, że zwi­nę się w kłę­bek, będę ry­czeć i ni­g­dy, ale to ni­g­dy nie wsta­nę z łóż­ka.

Nie ukry­wam, ta­kie roz­wią­za­nie ku­si­ło.

Zwłasz­cza kie­dy oglą­da­łam moje ko­le­żan­ki ce­le­bryt­ki, któ­re przed cią­żą, w cią­ży oraz po cią­ży nie­stru­dze­nie wy­glą­da­ły jak mi­lion do­la­rów. Kwi­tły, pro­mie­nia­ły i wy­glą­da­ły tak, że za­zdro­ści­łam im z ca­łej mocy. I nie­na­wi­dzi­łam jed­no­cze­śnie, nie będę tego ukry­wać. Naj­bar­dziej nie­na­wi­dzi­łam oczy­wi­ście sie­bie, ale to na nich sku­pi­łam całą swo­ją fru­stra­cję.

Pra­sy, in­ter­ne­tu i ma­ga­zy­nów te­le­wi­zyj­nych z ce­le­bryt­ka­mi uni­ka­łam jak ognia. Nie­ste­ty, nie wiem dla­cze­go, za­wsze mu­sia­łam na ja­kąś tra­fić! Wcho­dzi­łam do zna­jo­mych, te­le­wi­zor włą­czo­ny i bach. Ja­kaś cud pięk­ność roz­miar 34 z ma­leń­stwem na rę­kach. Wi­zy­ta u fry­zje­ra, przy­pad­ko­wo roz­ło­żo­na ga­ze­ta, link na fej­sie, re­kla­ma przy ma­ilu… Wszę­dzie ce­le­bryt­ki tuż po po­ro­dzie. No prze­śla­do­wa­ły­ście mnie dziew­czy­ny – pięk­ne, za­dba­ne, olśnie­wa­ją­ce!

Mnie. Wiel­ką, gru­bą, tłu­stą i za­sa­pa­ną. Wiecz­nie zmę­czo­ną. Obo­la­łą. Uśmiech­nię­tą, na hor­mo­nal­nym haju, z pla­ma­mi po zu­pie na biu­ście, bo nie by­łam przy­zwy­cza­jo­na, aby łyż­kę od ta­le­rza prze­su­wać na ta­kie od­le­gło­ści.

– Mi­secz­ka HH – po­wie­dzia­ła pani bra­fit­ter­ka, gdy już po po­ro­dzie wy­bra­łam się do skle­pu ku­pić od­po­wied­ni dla sie­bie sta­nik.

HH! Na­praw­dę HH!

Na­wet nie jed­no H, a dwa!

Po­wie­dzia­ła, a ja my­śla­łam, że pani jest lek­ko na­wie­dzo­na. Prze­cież ja w naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych po­ry­wach mia­łam C, i to ta­kie tro­chę na wy­rost! B+, nie wię­cej! Ow­szem, po po­ro­dzie przy kar­mie­niu biust się tro­chę po­więk­sza, E by­ło­by mega wiel­kim roz­mia­rem, ale HH?! Czy ta baba w ogó­le wie, co mówi?

– Nie – jak­by czy­ta­jąc w my­ślach, od­po­wie­dzia­ła pani bra­fit­ter­ka. – Jed­nak nie HH, bo za małe dla pani. Roz­miar J bę­dzie lep­szy…

Nio­sąc do domu na­rzę­dzie bar­dziej od­po­wied­nie do tasz­cze­nia dwóch spo­rych ar­bu­zów, by­łam z sie­bie tro­chę dum­na. Wy­kłó­ci­łam się o HH. Tyl­ko HH. Bra­fit­ter­ka krę­ci­ła no­sem, mó­wi­ła, że nie bę­dzie pa­so­wa­ło, że za małe. Nie mia­ła ra­cji. HH było pra­wie w sam raz. Poza tym nie będę ku­po­wać sta­ni­ka na góra dwa mie­sią­ce. No, może trzy. Z pew­no­ścią nie wię­cej, bo prze­cież szyb­ko schud­nę…? Praw­da…? Ła­two przy­szło, ła­two pój­dzie… – mó­wi­łam so­bie, no i moc­no w to wie­rzy­łam. Se­rio.

Prze­śla­du­ją­ce mnie ce­le­bryt­ki po­wo­do­wa­ły, że nie czu­łam się naj­le­piej rów­nież z in­ne­go po­wo­du. Niby jak mia­łam wró­cić do pra­cy taka wiel­ka jak hi­po­po­tam? Nie daj Bóg, usiąść przy ja­kiejś na ka­na­pie w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej i ry­zy­ko­wać, że prze­wa­żę kadr i całą sub­tel­ną ka­na­po­wą kon­struk­cję…

Nie.

Ta wi­zja była prze­ra­ża­ją­ca!

Na ra­zie da­łam więc so­bie czas. Ale tak na­praw­dę… ucie­kłam od pro­ble­mu.

Rok ma­cie­rzyń­skie­go – po­sta­no­wi­łam ofi­cjal­nie. To bę­dzie mój czas, aby dojść do sie­bie, zmie­nić się w mi­lion do­la­rów i z try­um­fem wró­cić na sa­lo­ny.

To była ofi­cjal­na wer­sja. Mniej ofi­cjal­na była taka, że… nie mia­łam pra­cy. Żad­nej. Tro­chę oszczęd­no­ści. Ma­leń­kie dziec­ko. Kupę stra­chu. I świa­do­mość, że taka wiel­ka i gru­ba na żad­ną pra­cę w swo­im za­wo­dzie nie mam naj­mniej­szej szan­sy!

Prze­li­czy­łam środ­ki i za­in­we­sto­wa­łam.

Pierw­szy naj­waż­niej­szy ruch: w die­te­ty­ka.

Naj­lep­sze­go. Ta­kie­go, któ­ry jest ab­so­lut­nym mi­strzem w swo­im fa­chu, któ­ry na te­mat ży­wie­nia wie wszyst­ko, któ­ry jest w sta­nie od­chu­dzić każ­de­go, bez wzglę­du na wiek, cho­ro­by, styl ży­cia. Mistrz, któ­re­go zna­łam do­sko­na­le i z któ­rym współ­pra­co­wa­łam już od lat.

– Pro­szę się ni­czym nie mar­twić! – po­wie­dział, gdy mnie zo­ba­czył, co od razu po­pra­wi­ło mi hu­mor. Przede wszyst­kim dla­te­go, że w ogó­le mnie roz­po­znał. Więk­szość lu­dzi kom­plet­nie nie wi­dzia­ła mnie w tej gru­bej ba­bie, któ­rą by­łam. Poza tym bar­dzo, ale to bar­dzo po­trze­bo­wa­łam się nie mar­twić.

– Moja żona też uty­ła w cią­ży po­nad 30 kilo, a te­raz pro­szę spoj­rzeć, jak wy­glą­da. – Po­ka­zał zdję­cie prze­ślicz­nej dziew­czy­ny o fi­gu­rze ta­kiej, że nie­jed­na ce­le­bryt­ka zwi­nę­ła­by się z za­zdro­ści.

Przez ko­lej­ne dwa mie­sią­ce pięć razy dzien­nie skru­pu­lat­nie od­mie­rza­łam, od­wa­ża­łam i li­czy­łam każ­dy kęs je­dze­nia, któ­ry bra­łam do ust.

Za­pi­sa­łam się na si­łow­nię, żeby od­zy­skać mię­śnie i przy­spie­szyć me­ta­bo­lizm.

Po dwóch mie­sią­cach sta­nę­łam na wa­dze.

– Świet­nie! pół kilo mniej! – Mó­wił die­te­tyk, kie­dy ja prze­ży­wa­łam pierw­sze za­ła­ma­nie ner­wo­we.

Pół kilo! Pół kilo! Czy­li gdy­bym nie zro­bi­ła siku przed wej­ściem do ga­bi­ne­tu, ani by drgnę­ła!!!

Zmo­dy­fi­ko­wał die­tę – na mniej. Ja zmo­dy­fi­ko­wa­łam ilość ćwi­czeń – na wię­cej.

Ko­lej­na wi­zy­ta u die­te­ty­ka.

– Świet­nie! Ki­lo­gram!

– W tym tem­pie do wła­snej wagi wró­cę w oko­li­cach osiem­dzie­siąt­ki! – jęk­nę­łam, prze­ży­wa­jąc ko­lej­ne za­ła­ma­nie ner­wo­we.

Die­te­tyk zmo­dy­fi­ko­wał die­tę – na mniej, ja zmo­dy­fi­ko­wa­łam ćwi­cze­nia – na wię­cej, ko­lej­na wi­zy­ta. Efekt: 800 g.

Klę­łam jak szewc. Na wagę, któ­ra mimo mo­ich wy­sił­ków i sta­rań z taką po­wol­no­ścią peł­za­ła w dół. O ile w ogó­le peł­za­ła! Były ta­kie wi­zy­ty, gdzie z przy­czyn nie­wy­tłu­ma­czal­nych pod­sko­czy­ła o 1, a raz na­wet o 2 kilo! Klę­łam, pła­ka­łam.

Ob­wi­nia­łam się. Cią­gle mia­łam wra­że­nie, że jem za dużo. Że źle zmie­rzy­łam, zwa­ży­łam i zja­dłam wię­cej, niż po­win­nam. Cią­gle uwa­ża­łam, że po­win­nam wię­cej ćwi­czyć. Cią­gle tra­fiał się ktoś, kto z miną znaw­cy twier­dził, że źle za­bie­ram się za całą spra­wę. Po­win­nam od­chu­dzać się za po­mo­cą die­ty są­siad­ki ku­zyn­ki jego zna­jo­mej, któ­ra w mie­siąc schu­dła 100 kilo i wy­glą­da te­raz le­piej niż An­ge­li­na Jo­lie… Na szczę­ście z upo­rem trzy­ma­łam się za­le­ceń mo­je­go die­te­ty­ka. W tam­tym mo­men­cie nie wi­dzia­łam jed­nak żad­ne­go swo­je­go szczę­ścia; by­łam na skra­ju za­ła­ma­nia ner­wo­we­go, a może na­wet i nie na skra­ju.

Prze­ży­wa­łam kla­sycz­ną, praw­dzi­wą de­pre­sję.

Było źle. Na­praw­dę źle.

Nie­na­wi­dzi­łam sie­bie. Nie by­łam w sta­nie na­wet na sie­bie pa­trzeć. Ubie­ra­łam sza­re, bez­kształt­ne wor­ki, by­le­by tyl­ko stać się nie­wi­dzial­ną.

Nie­na­wi­dzi­łam za­ku­pów. Pró­by ku­pie­nia so­bie cze­goś ład­ne­go do ubra­nia pod­ję­łam dwie. Obie skoń­czy­ły się tak, że bez­głoś­nie ry­cza­łam w przy­mie­rzal­ni nad roz­mia­rem 48, w któ­ry się nie mie­ści­łam, i nad tym, że co­kol­wiek na sie­bie za­kła­dam, wy­glą­dam jak kupa.

Sy­tu­acji nie wy­trzy­my­wał krę­go­słup. W krót­kim cza­sie zo­stał moc­no ob­cią­żo­ny, bo­lał. Ćwi­cze­nia na si­łow­ni, ae­ro­by, za­miast po­ma­gać, tyl­ko po­gar­sza­ły sy­tu­ację. Po ćwi­cze­niach, gdy wsia­da­łam do sa­mo­cho­du, łzy same cie­kły mi z bólu. I tak krót­ką już noc prze­ry­wał nie tyl­ko płacz mo­je­go dziec­ka, ale i rwą­cy ból, bie­gną­cy od krę­go­słu­pa do stóp.

Wie­cie, jak wy­glą­da­ło moje ży­cie?

Nie­prze­spa­ne noce, po­bud­ki do dziec­ka prze­pla­ta­ne po­bud­ka­mi wy­wo­ła­ny­mi bó­lem. Wiecz­ne zmę­cze­nie. De­pre­sja. Brak ener­gii. Po­nad­to psu­ła mi się sy­tu­acja ro­dzin­na. Mój part­ner cał­ko­wi­cie się ode mnie od­su­nął. Roz­sta­li­śmy się. Do tego do­szła cho­ro­ba w naj­bliż­szej ro­dzi­nie; dwie oso­by wy­ma­ga­ły co­dzien­nej, sta­łej opie­ki. Rów­nież moja uko­cha­na su­nia, Moja, któ­ra we wszyst­kich nie­do­lach po­cie­sza­ła mnie bez mała od pięt­na­stu lat, oka­za­ła się bar­dzo cho­ra. Wy­ma­ga­ła trzy­go­dzin­nych kro­pló­wek każ­de­go dnia. Koń­czy­łam stu­dia lo­go­pe­dycz­ne, ostat­nie eg­za­mi­ny, pi­sa­nie i obro­na pra­cy dy­plo­mo­wej.

To był hor­ror.

W tam­tym cza­sie nie wie­dzia­łam, jak się na­zy­wam. Na­wet mnie to nie ob­cho­dzi­ło. Sta­ra­łam się po pro­stu ja­koś prze­trwać dzień. Po­tem ko­lej­ny. I ko­lej­ny. Nie za­ła­mać się, tyl­ko wy­ko­ny­wać czyn­ność po czyn­no­ści. Jak ro­bot. Bez my­śle­nia, zwłasz­cza o przy­szło­ści.

Po­ma­ga­ła mi, jak mo­gła, moja mama. Gdy bie­głam na za­ję­cia, co dru­gi week­end opie­ko­wa­ła się moją cór­cią. Wię­cej nie mo­gła; sama cięż­ko pra­co­wa­ła i zwy­czaj­nie nie mia­ła już sił. Od cza­su do cza­su przy­jeż­dża­ła do He­len­ki cio­cia i to wszyst­ko. Na ni­ko­go nie mo­głam li­czyć. Nie mia­łam nia­ni, bo zwy­czaj­nie nie było mnie na nią stać. Co­kol­wiek kto­kol­wiek my­śli o ak­tor­kach z te­le­no­we­li, musi wie­dzieć, że jak nie pra­cu­je­my, to nie za­ra­bia­my. A je­śli na­wet za­ra­bia­my, to nie ta­kie pie­nią­dze, żeby żyć w nie­wia­ry­god­nym luk­su­sie. Moje oszczęd­no­ści dość szyb­ko za­czę­ły się koń­czyć.

Pro­po­zy­cje pra­cy… Cóż. Nie ma co ukry­wać, że w moim za­wo­dzie wszyst­ko co po­wy­żej roz­mia­ru 36 zwy­czaj­nie nie mie­ści się w ka­drze. Nie twier­dzę, że nie ma ak­to­rek o peł­nych kształ­tach, tyl­ko że pra­cy dla nich jest na­praw­dę nie­wie­le. Wi­dzo­wie ko­cha­ją pięk­ne dziew­czy­ny i pro­du­cen­ci chcą im to dać. Ja nie­ste­ty nie by­łam pięk­na. Pra­cy dla mnie nie było.

Wresz­cie sta­nę­łam pod ścia­ną: z ma­leń­kim dziec­kiem na ręku, sama, bez pra­cy i pie­nię­dzy, za to z dłu­ga­mi, spo­rą nad­wa­gą, de­pre­sją i kom­plet­nym bra­kiem po­my­słu co da­lej.

By­łam wte­dy ab­so­lut­nie prze­ko­na­na, że jest ze mną coś nie tak. Ba­łam się cho­ro­by psy­chicz­nej (i z pew­no­ścią by­łam cho­ra, tyl­ko zu­peł­nie nie tak, jak po­dej­rze­wa­łam). Cały czas wie­rzy­łam, że coś ro­bię źle. Za­pi­sy­wa­łam wszyst­ko, co tyl­ko zja­dłam – bo wy­my­śli­łam so­bie, że może wca­le nie jem tak mało, tyl­ko sku­tecz­nie wy­pie­ram fakt je­dze­nia i wy­rzu­cam z pa­mię­ci, że za­miast list­ka sa­ła­ty po­chło­nę­łam furę ziem­nia­ków i dwa scha­bo­we…? Kła­dąc się spać, fo­to­gra­fo­wa­łam wnę­trze lo­dów­ki, po czym rano po­rów­ny­wa­łam zdję­cie ze sta­nem fak­tycz­nym. Ro­bi­łam to na wy­pa­dek, gdy­bym żar­ła w nocy przez sen, a rano ni­cze­go nie pa­mię­ta­ła. Nie mia­łam go­tów­ki, pła­ci­łam tyl­ko kar­tą i zbie­ra­łam wszyst­kie ra­chun­ki, a po­tem po­rów­ny­wa­łam je z wy­dru­kiem z kom­pu­te­ra. Spraw­dza­łam samą sie­bie, czy nie ku­pu­ję cze­goś na mie­ście i nie zże­ram! No i uni­ka­łam jak ognia spo­tkań ze zna­jo­my­mi. Sy­tu­acji, że do ko­goś idę, a ta oso­ba sta­wia ciast­ka na stół… Do sie­bie rów­nież nie za­pra­sza­łam ni­ko­go. Było mi głu­pio czę­sto­wać… No właś­nie, czym mia­łam czę­sto­wać? Ka­wał­ka­mi po­mi­do­ra? Szpi­na­kiem i sa­ła­tą?

Oczy­wi­ście, w pew­nym mo­men­cie nad­szedł czas, gdy za­czę­łam szu­kać po­mo­cy spe­cja­li­stów.

Do en­do­kry­no­lo­ga szłam z mie­sza­ni­ną lęku i nie­śmia­łej na­dziei. Na­dzie­ja była oczy­wi­sta – tak bar­dzo chcia­łam do­stać ma­gicz­ną ta­blet­kę, któ­ra od­mie­ni moje ży­cie i na­gle spra­wi, że będę szczu­plu­teń­ka!

Lęk jed­nak był więk­szy. Po wie­lu mie­sią­cach bar­dzo bez­względ­nej wal­ki, gdy uda­ło mi się zrzu­cić za­le­d­wie kil­ka kilo, by­łam bar­dzo przy­wią­za­na do my­śli, że je­stem obrzy­dli­wa i ni­g­dy się to nie zmie­ni. Bar­dzo chcia­łam, żeby sta­ło się ina­czej… Ale bar­dzo, bar­dzo ba­łam się, że to nie­moż­li­we.

Do­brze wie­dzia­łam, że ma­gicz­ne ta­blet­ki nie ist­nie­ją.

Pani en­do­kry­no­log wy­słu­cha­ła w sku­pie­niu mo­jej smut­nej hi­sto­rii i zle­ci­ła ba­da­nia krwi.

– Wszyst­ko w nor­mie! – Od­kry­łam po ja­kimś cza­sie, gdy ode­bra­łam wy­ni­ki. Na­dzie­ja, wiel­ka, roz­pacz­li­wa na­dzie­ja umar­ła.

Nie je­stem cho­ra. Nie do­sta­nę ma­gicz­nej ta­blet­ki. Ni­g­dy nie wró­cę do swo­jej wagi. Już do koń­ca ży­cia będę na dra­stycz­nej die­cie, na do­da­tek, wy­łącz­nie po to, by… utrzy­mać wagę w miej­scu!

Do en­do­kry­no­lo­ga na na­stęp­ną wi­zy­tę wlo­kłam się, właś­ci­wie nie wie­dząc po co. Aby wy­pła­kać się w ra­mię? Wy­krzy­czeć, że to nie­spra­wie­dli­we? Za­żą­dać cudu…? Sama nie wie­dzia­łam. Szłam, bo się za­pi­sa­łam, a bra­ko­wa­ło mi ener­gii, woli, wszyst­kie­go, aby od­wo­łać wi­zy­tę.

Wie­dzia­łam jed­no: moje ży­cie nie mia­ło sen­su. A ja mia­łam wszyst­kie­go dość.

– Ojej, za wy­so­kie TSH! – po­wie­dzia­ła pani dok­tor, oglą­da­jąc wy­ni­ki ba­dań. – Ma pani nie­do­czyn­ność tar­czy­cy, nic dziw­ne­go, że nie może pani schud­nąć…

Wie­cie, jak się wte­dy czu­łam? Gdy ktoś po­wie­dział mi, że nie mogę schud­nąć nie dla­te­go, że źle jem albo za mało ćwi­czę, tyl­ko dla­te­go, że coś temu prze­szka­dza??? Jak­bym sły­sza­ła pieśń anio­ła! Har­fy! Moje nie do zli­kwi­do­wa­nia scha­by sta­ły się lek­kie jak piór­ko, a ja mia­łam wra­że­nie, że uno­szę się w po­wie­trzu! Na­dzie­ja po­ja­wi­ła się na ho­ry­zon­cie, wez­bra­ła, wy­peł­ni­ła cza­so­prze­strzeń!

– Jak za­cznie pani brać leki, to bę­dzie pani chu­dła tak z kilo…

Mina mi tro­chę zrze­dła. Pra­wie kilo w mie­siąc uda­wa­ło mi się chud­nąć już te­raz…

– Coś nie tak? – za­uwa­ży­ła moją minę pani dok­tor. – Kilo w ty­dzień to nie jest taki zły wy­nik…

Boże! Kilo w ty­dzień! To 4 kilo w mie­siąc! Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie ze szczę­ścia. Trzy mie­sią­ce męki i za­cznę wy­glą­dać jak czło­wiek! Pół roku, wy­glą­dam jak la­ska! Jesz­cze tro­chę, a mi­lion do­la­rów przy mnie bę­dzie wy­pa­dać bla­do!

To był pierw­szy mo­ment od daw­na, kie­dy znów za­chcia­ło mi się żyć.

Wal­czyć o sie­bie. Dzia­łać!

Do­sta­łam re­cep­tę na ma­gicz­ną ta­blet­kę i po­pę­dzi­łam pro­sto do ap­te­ki.

Tak! Te­raz wresz­cie za­cznę chud­nąć w oczach!

– Pój­dzie jak bły­ska­wi­ca! – po­twier­dził die­te­tyk, zmo­dy­fi­ko­wał die­tę i uszczę­śli­wio­ną, jak ni­g­dy, pu­ścił do domu.

Już czu­łam się chud­sza, zgrab­niej­sza i bar­dziej po­wab­na, co naj­mniej o 10 kilo! Co bę­dzie, gdy leki za­czną dzia­łać? No baj­ka bę­dzie, praw­dzi­wa baj­ka!

Kie­dy mi­nę­ło pół­to­ra mie­sią­ca, wy­pa­dła ko­lej­na wi­zy­ta u die­te­ty­ka.

– Świet­nie! – krzyk­nął z za­chwy­tem. – Po­nad kilo do przo­du!

Kilo… Znów tyl­ko kilo? – Unie­sie­nie za­czę­ło jak­by opa­dać. Ale… mia­łam okres, przy­szłam do die­te­ty­ka nie rano, a wie­czo­rem, przed wej­ściem na­pi­łam się wody i nie zro­bi­łam siu­siu…

Do li­cha. Dół wra­cał. Nie było sen­su szu­kać ko­lej­nych po­wo­dów, dla któ­rych nie schu­dłam. Po pół­to­ra mie­sią­ca tych zrzu­co­nych ki­lo­gra­mów po­win­no być co naj­mniej pięć!

Nie było.

Po trzech mie­sią­cach bra­nia le­ków na tar­czy­cę schu­dłam nie­ca­łe 2 kilo. Nie było źle, bo prze­cież nie przy­ty­łam, ale… Wy­ni­ki krwi mia­łam jak ano­rek­tycz­ka. Ja­dłam bar­dzo mało, ru­chu mia­łam bar­dzo dużo. Albo leki nie dzia­ła­ły, albo coś było nie tak.

– Wy­ni­ki tar­czy­co­we (TSH, FT3 i FT4) ide­al­ne! – z za­do­wo­le­niem po­wie­dzia­ła pani dok­tor i od tego mo­men­tu at­mos­fe­ra za­czę­ła już tyl­ko sia­dać.

– Mało chud­nę… – za­uwa­ży­łam nie­śmia­ło.

– Hor­mo­ny tar­czy­cy ma pani usta­bi­li­zo­wa­ne – od­po­wie­dzia­ła pani dok­tor.

– Coś jest nie tak… – cią­gnę­łam, czer­wie­niąc się nie­co.

– Za­le­cam przej­ście na die­tę – upo­mnia­ła mnie pani dok­tor, jak­by chłod­niej­szym to­nem.

– Je­stem na die­cie! – Ci­śnie­nie mi się nie­co pod­nio­sło, by­łam już cała w pą­sach.

– Jest pani zdro­wa – po­wie­dzia­ła pani dok­tor. Lo­do­wa­to.

I wi­dać zu­peł­nie ina­czej zin­ter­pre­to­wa­ła moje ko­lo­ry, bo na do wi­dze­nia usły­sza­łam jesz­cze:

– Pro­szę ogra­ni­czyć sło­dy­cze.

Ogra­ni­czyć? Mia­łam ogra­ni­czyć?!! Prze­cież od wie­lu, wie­lu mie­się­cy nie mia­łam w ustach żad­nych sło­dy­czy!!!

Gdy­bym nie była tak wście­kła, za­ła­ma­ła­bym się. Może zro­bi­ła­bym na­wet coś głu­pie­go. Na przy­kład w dro­dze do domu zżar­ła ta­blicz­kę cze­ko­la­dy mlecz­nej, ba­to­ni­ka z kar­me­lem, ku­pi­ła pu­deł­ko lo­dów i jesz­cze ka­wa­łek ser­ni­ka. Na szczę­ście by­łam wście­kła, więc lody od­da­łam ma­mie, a ser­nik po­dzie­li­łam spra­wie­dli­wie po­mię­dzy mamę, sie­bie i cór­kę. Wspo­mnie­niem cze­ko­la­dy i ba­to­ni­ków roz­ko­szu­ję się do tej pory, zwłasz­cza w słab­szych mo­men­tach.

Jed­nak po ta­kiej ku­ra­cji na do­bre sa­mo­po­czu­cie, zwa­żyw­szy na mój pół­to­ra­rocz­ny od­wyk cu­kro­wy, że mdli mnie okrut­nie. Jezu, jak bar­dzo. Było mi źle wie­lo­wy­mia­ro­wo; cier­pia­ła du­sza i cia­ło, osią­gnę­łam stan bez­na­dziei ab­so­lut­nej.

Czu­łam się bez­sil­na. Od­ży­wia­łam się zdro­wo, by­łam na die­cie, mia­łam dużo ru­chu, unor­mo­wa­ne hor­mo­ny tar­czy­cy… i chud­łam, ale bar­dzo, bar­dzo po­wo­li. Coś było nie tak, ale wszy­scy, łącz­nie ze mną, uwa­ża­li, że po pro­stu za dużo jem…

Do­kład­nie wte­dy zda­rzył się cud. Cho­ciaż, uczci­wie mó­wiąc, że to cud, prze­ko­na­łam się ja­kiś czas póź­niej.

„Wi­tam, Pani Aniu, wi­dzę, że nie może Pani zrzu­cić ki­lo­gra­mów. Mia­łam ten sam pro­blem. Po­mógł mi dok­tor…”.

Otrzy­ma­łam na Fa­ce­bo­oku wia­do­mość tej tre­ści.

W tam­tym cza­sie otrzy­my­wa­łam wie­le po­dob­nych. In­for­ma­cje o die­tach cud, o ma­gicz­nych prosz­kach, ta­blet­kach, zio­łach, mik­stu­rach, urzą­dze­niach, pły­nach i wszel­kie­go ro­dza­ju rze­czach, któ­re po­wo­du­ją, że mo­żesz jeść czte­ry pącz­ki dzien­nie, a jak bę­dziesz uży­wać tego cze­goś i tak schud­niesz.

Pod­skór­nie czu­łam, że jak będę jeść czte­ry pącz­ki dzien­nie, to na­wet uży­wa­jąc tych wszyst­kich ma­gicz­nych rze­czy na­raz, w bar­dzo krót­kim cza­sie będę mo­gła star­to­wać w kon­kur­sie Naj­grub­sza Ko­bie­ta Świa­ta. Nie ukry­wam – tro­chę ku­si­ło. Ni­g­dy w ni­czym nie by­łam naj­lep­sza. Być może była to je­dy­na szan­sa w moim ży­ciu, by co­kol­wiek w czym­kol­wiek wy­grać.

Nie­ste­ty, szan­sę za­prze­pa­ści­łam.

Ola­łam wszel­kie sztucz­ki ma­gicz­ki i kur­czo­wo trzy­ma­łam się za­le­ceń die­te­ty­ka. On w die­cie nie wi­dział miej­sca na czte­ry pącz­ki.

Tym­cza­sem w ak­cie roz­pa­czy uda­łam się na kon­sul­ta­cję do in­ne­go en­do­kry­no­lo­ga.

Wizyta u endokrynologa

– Pro­szę pani – po­wie­dzia­ła pani dok­tor en­do­kry­no­log, le­d­wo rzu­ciw­szy okiem na kar­tę z ba­da­nia­mi – musi się pani przy­zwy­cza­ić, że w pew­nym wie­ku po pro­stu się tyje…

– No tak, ale mało jem i dużo ćwi­czę, no i…

– No, pro­szę pani, no! Pew­ne skłon­no­ści są ge­ne­tycz­ne! Ja na przy­kład jem wszyst­ko, co chcę, a pro­szę spoj­rzeć, jak wy­glą­dam…

Pani en­do­kry­no­log wsta­ła i za­pre­zen­to­wa­ła ide­al­ną fi­gu­rę.

– Eeee…

– Na­stęp­ny!

Tak, to praw­dzi­wa hi­sto­ria.

Tak, za­bo­la­ła.

Tak, po ja­kimś cza­sie (te­raz) się z niej śmie­ję.

Tak, gdy wy­szłam z przy­chod­ni, po­ry­cza­łam się. Jak bóbr. Wy­łam przez całą po­dróż do domu, bo tam mu­sia­łam prze­stać. Nie chcia­łam stra­szyć dziec­ka dra­ma­tem tej hi­sto­rii. Na­uczy­ła mnie ona jed­ne­go: le­karz le­ka­rzo­wi nie­rów­ny, na­wet jak ma trud­ną do wy­mó­wie­nia spe­cja­li­za­cję.

Jesz­cze trzy razy kon­sul­to­wa­łam wy­ni­ki ba­dań. Nie­ste­ty, ko­lej­ni le­ka­rze twier­dzi­li, że wy­ni­ki są w po­rząd­ku. Jed­nak ja czu­łam, że coś jest nie tak. Czu­łam się rów­nież jak hi­po­chon­drycz­ka, któ­ra na siłę wy­szu­ku­je u sie­bie cho­ro­by. Czy­ta­łam dużo ksią­żek i ar­ty­ku­łów me­dycz­nych, mia­łam co­raz więk­szą wie­dzę na te­mat scho­rzeń me­ta­bo­licz­nych i co­raz więk­sze po­dej­rze­nia co do mo­ich pro­ble­mów. Kla­sy­ka. Z tego ro­dza­ju, że czy­tasz o ja­kiejś cho­ro­bie, na­tych­miast czu­jesz, że właś­nie ją masz…

Wła­ści­wie nie wiem, z ja­kie­go po­wo­du w wy­szu­ki­war­kę in­ter­ne­to­wą wpi­sa­łam na­zwi­sko po­le­ca­ne­go w wia­do­mo­ści na Fa­ce­bo­oku dok­to­ra.

Był z Wro­cła­wia. Pięk­ne mia­sto, ale od War­sza­wy bar­dzo da­le­ko. Zwłasz­cza gdy się jest bez­ro­bot­ną sa­mot­ną mat­ką z ma­łym dziec­kiem u boku. Po­ko­na­nie ta­kiej od­le­gło­ści to jak po­dróż do od­le­głej ga­lak­ty­ki.

Tym bar­dziej więc nie wiem, co mnie pod­ku­si­ło, by na­pi­sać do nie­go wia­do­mość.

Na­pi­sa­łam.

Dok­tor od­pi­sał… I roz­po­czę­ło się praw­dzi­we le­cze­nie!

Skru­pu­lat­nie obej­rzał wszyst­kie wy­ni­ki ba­dań, ja­kie ro­bi­łam do tej pory. Było mu mało. Zle­cił furę ko­lej­nych!

Z pa­nia­mi z la­bo­ra­to­rium pra­wie się za­przy­jaź­ni­łam, tak czę­sto cho­dzi­łam na po­bra­nie krwi. Wy­klu­cze­nie ja­kie­goś scho­rze­nia owo­co­wa­ło tym, że ro­bi­łam ko­lej­ne ba­da­nia, by być może zdia­gno­zo­wać ko­lej­ne. Dok­tor, ni­czym Sher­lock Hol­mes, tro­pił każ­dą ano­ma­lię mo­je­go or­ga­ni­zmu, ba­dał przy­czy­ny i szu­kał roz­wią­zań.

– In­su­li­no­opor­ność – pa­dła wresz­cie kon­kret­na dia­gno­za. Po­dej­rze­wa­łam to, więc nie po­czu­łam się za­sko­czo­na.

Do­sta­łam ko­lej­ne ma­gicz­ne ta­blet­ki. Ły­ka­łam je już czte­ry razy dzien­nie, na czczo, po śnia­da­niu, po obie­dzie i po ko­la­cji. Po bab­ci odzie­dzi­czy­łam pu­deł­ko na leki; roz­kła­da­łam ta­blet­ki na cały ty­dzień i tyl­ko dla­te­go nie my­li­łam się, co, kie­dy i po czym po­łknąć. Czu­łam się jak scho­ro­wa­na eme­ryt­ka. Ktoś ze zna­jo­mych za­pro­po­no­wał, bym bra­ła jesz­cze ja­kiś lek na po­pra­wę na­stro­ju. Nie zde­cy­do­wa­łam się – moje pu­deł­ko na leki mo­gło­by już nie zmie­ścić do­dat­ko­wej ta­blet­ki .

Pan dok­tor za­or­dy­no­wał mi też nową die­tę. Po­mi­mo że die­te­tyk ro­bił świet­ną ro­bo­tę, to le­cze­nie tego scho­rze­nia wy­ma­ga­ło pew­nych mo­dy­fi­ka­cji.

Ko­lej­ny raz mu­sia­łam prze­or­ga­ni­zo­wać swo­je ży­cie pod wzglę­dem je­dze­nia. Zro­bi­łam to, bo nie wi­dzia­łam in­ne­go wyj­ścia. Wy­le­czyć się, a na pew­no nie do­pro­wa­dzić do po­głę­bie­nia cho­ro­by i do po­wi­kłań, to sta­ło się moim głów­nym ce­lem. Schud­nię­cie było waż­ne. Jed­nak oka­za­ło się, że nie jest naj­waż­niej­sze. Ow­szem, wcze­śniej wie­dzia­łam, że jest na­praw­dę źle… Ale jak za­wsze, oka­za­ło się, że może być dużo, dużo go­rzej.

Mu­sia­łam przede wszyst­kim wal­czyć o po­wrót do zdro­wia. Nie wie­dzia­łam, czy to w ogó­le moż­li­we. Mia­łam je­dy­nie na­dzie­ję. Ogrom­ną! Więk­szą na­wet niż moje cia­ło. Za­ufa­łam dok­to­ro­wi, pod­ję­łam wy­zwa­nie.

Nie było ła­two.

– Pro­szę się uzbro­ić w cier­pli­wość – po­wie­dział pan dok­tor. – Trze­ba bę­dzie do­brać od­po­wied­nie leki, one mu­szą za­cząć dzia­łać. Kon­tro­la za trzy mie­sią­ce.

Mimo wszyst­ko była to naj­lep­sza de­cy­zja, jaką pod­ję­łam w moim ży­ciu.

Na ko­lej­ną wi­zy­tę do die­te­ty­ka szłam ze stra­chem. Gulą w gar­dle. Ści­skiem w żo­łąd­ku.

Wizyta u dietetyka

Każ­da wi­zy­ta u nie­go jest dla mnie ogrom­nym stre­sem.

Dwa dni wcze­śniej już za­czy­nam to prze­ży­wać. Boję się. Ro­bię się przy­gnę­bio­na. Boli mnie żo­łą­dek, nie mogę nic jeść. Mam zły hu­mor, ła­two wy­bu­cham. W nocy naj­pierw dłu­go nie mogę za­snąć, po­tem się bu­dzę.

Stres po­ura­zo­wy nor­mal­nie!

Tak wie­le razy szłam peł­na na­dziei, opty­mi­zmu, wia­ry, z po­czu­ciem do­brze speł­nio­ne­go obo­wiąz­ku i prze­strze­ga­nia die­ty. Tak wie­le razy się roz­cza­ro­wa­łam. Waga spa­da­ła o 500 g. Albo sta­ła w miej­scu. Albo, nie wie­dzieć dla­cze­go, le­cia­ła w górę!

Tak bar­dzo za­le­ża­ło mi na schud­nię­ciu, po­świę­ca­łam tej spra­wie tak dużo wy­sił­ku, tak wie­le mnie to kosz­to­wa­ło…, że te 500 g. było jak po­li­czek. A ki­lo­gram wię­cej… do­ło­wał, osła­biał mnie na dłu­go!

Jej! To już 2 kilo z ha­czy­kiem mniej!

Schu­dłam po­nad 2 kilo… By­łam tak szczę­śli­wa, jak­bym wspię­ła się na Mo­unt Eve­rest! Nie było wi­dać, że schu­dłam – przy ta­kiej ma­sie, jaką mia­łam, 2 kilo to tyle co nic – a ja czu­łam się, jak­bym schu­dła co naj­mniej o po­ło­wę. Te 2 kilo to chy­ba była fru­stra­cja, nie­moc, brak ener­gii, otę­pie­nie… Czu­łam w so­bie siłę! Czu­łam moc!

I chy­ba inni też za­czę­li czuć to ode mnie.

– Będę chu­dła! – od­waż­nie po­in­for­mo­wa­łam pro­duk­cję w moim se­ria­lu. I jesz­cze od­waż­niej za­pro­po­no­wa­łam, by od­chu­dzać moją bo­ha­ter­kę, Cze­się. Nie wie­dzia­łam, czy się uda. Nie wie­dzia­łam, czy schud­nie­my – ja, ona i obie na­raz. Je­dy­ne, co wie­dzia­łam, to to, że nie od­pusz­czę, będę wal­czyć o każ­dy ko­lej­ny gram. Po­nie­waż mia­łam na­stęp­ne­go, ogrom­ne­go so­jusz­ni­ka – mo­je­go pana dok­to­ra, zy­ska­łam wia­rę w to, że tym ra­zem uda się na pew­no!

W pro­duk­cji uwie­rzy­li. Wie­cie, co to dla mnie zna­czy­ło? Po­wrót do pra­cy! Po­wrót do se­ria­lu! Hur­ra!

Na­stą­pi­ło to w ostat­nim mo­men­cie. Za­po­ży­czy­łam się już wszę­dzie, gdzie mo­głam. Gdy­by nie po­wrót do se­ria­lu… w na­stęp­nym mie­sią­cu nie mia­ła­bym za co żyć.

Czesia staje na wagę

Kie­dyś z prze­ra­że­niem prze­czy­ta­łam w sce­na­riu­szu, że moja bo­ha­ter­ka musi sta­nąć na wa­dze. Przy eki­pie, przed obiek­ty­wem ka­me­ry, na oczach co naj­mniej trzech mi­lio­nów wi­dzów mia­łam zro­bić coś, co na­wet w za­ci­szu ga­bi­ne­tu die­te­ty­ka było dla mnie nie­zwy­kle trud­ne! Nie, nie dla­te­go, że ktoś bę­dzie pa­trzył, oce­niał i ana­li­zo­wał. Przede wszyst­kim dla­te­go, że sama by­łam zmu­szo­na zmie­rzyć się z moją wła­sną wagą!

Zro­bi­łam to! Waga po­ka­za­ła wię­cej, niż po­win­na. 2 kilo wię­cej niż ostat­nim ra­zem u die­te­ty­ka. Co naj­mniej 3 kilo wię­cej, niż po­win­nam wa­żyć w tam­tym mo­men­cie.

Dół, przy­gnę­bie­nie – to mało po­wie­dzia­ne! Mia­łam ocho­tę zwi­nąć się w kłę­bek i nie prze­sta­wać ry­czeć.

– Wię­cej ener­gii, ra­do­śniej! – krzy­czał re­ży­ser z re­ży­ser­ki, kom­plet­nie nie wie­dząc, co się dzie­je w mo­jej du­szy.

Za­gra­łam. Nikt się nie zo­rien­to­wał, ja­kie to było dla mnie trud­ne. Z tak ba­nal­ne­go, głu­pie­go po­wo­du jak sta­nię­cie na wagę!

Za­czy­na­my!

Chud­nij po­wo­li

Do­bra, dość ga­da­nia! Za­bie­ra­my się za ro­bo­tę!

I pierw­sze za­da­nie dla Cie­bie. Na­praw­dę tego chcesz?

Pa­mię­taj, nie mu­sisz. Je­śli nie czu­jesz się na si­łach, je­że­li nie je­steś go­to­wa, by ko­lej­ny raz pod­jąć ja­ką­kol­wiek wal­kę, daj so­bie czas. Mo­żesz odło­żyć tę książ­kę… i wró­cić do niej w każ­dym in­nym mo­men­cie. Albo w ogó­le. To Two­ja de­cy­zja i tyl­ko Ty mo­żesz ją pod­jąć.

Z pew­no­ścią nie­raz sły­sza­łaś, żeby nie spie­szyć się z chud­nię­ciem. Że zrzu­ce­nie w mie­siąc 10 kilo jest nie­zdro­we i ab­so­lut­nie nie wol­no tego ro­bić. Z pew­no­ścią ki­wasz te­raz gło­wą, zga­dza­jąc się z każ­dym moim sło­wem. Ab­so­lut­nie nie chcesz chud­nąć nie­zdro­wo, w ży­ciu nie zgo­dzi­ła­byś się na coś tak nie­od­po­wie­dzial­ne­go, zdro­wie to wła­ści­wie Two­je dru­gie imię!

I dam so­bie rękę, dwie, ba, na­wet nogi i gło­wę uciąć, że gdy­by ktoś w tym mo­men­cie ofia­ro­wał Ci ma­gicz­ną ta­blet­kę, dzię­ki któ­rej schud­niesz 10 kilo w go­dzi­nę… po­łknę­ła­byś ją na­tych­miast!

No, cóż. Ta­kie je­ste­śmy. Każ­da z nas by to zro­bi­ła. Pal li­cho zdro­wie, je­śli by­śmy mo­gły tyl­ko do­brze wy­glą­dać!

Nie­ste­ty, ma­gicz­ne ta­blet­ki nie ist­nie­ją.

Cu­dow­ne książ­ki od­chu­dza­ją­ce też nie – nikt nie zro­bi tego za ­Cie­bie.

Nie, nie chcę, że­byś prze­cho­dzi­ła na die­tę, bo żad­nej dla Cie­bie nie mam. Nie po­wiem Ci ani razu w tej książ­ce, abyś na śnia­da­nie zja­dła dwa jaj­ka na twar­do z po­mi­do­rem czy go­to­wa­ne­go dor­sza na sa­ła­cie. Za­po­mnij. Będę na­to­miast chcia­ła, byś krok po kro­ku zmie­ni­ła swo­je na­wy­ki. Po­wiem Ci, co do­brze by było ro­bić, ale Ty sama bę­dziesz mu­sia­ła to zro­bić. Opo­wiem Ci, jak ja so­bie ra­dzi­łam, co mi po­mo­gło, a co upro­ści­ło ży­cie… Ale nie dam Ci gwa­ran­cji, że to samo po­mo­że i upro­ści ży­cie tak­że To­bie. Nie­ste­ty bę­dziesz mu­sia­ła ra­dzić so­bie rów­nież sama.

Nie bę­dzie ła­two. Wręcz od­wrot­nie. Je­śli chcesz schud­nąć, je­śli chcesz być zdro­wa… Cze­ka Cię na­praw­dę duży wy­si­łek. Jak to się mówi – praw­dzi­wa orka na ugo­rze.

Die­ty, mniej lub bar­dziej czy jak­kol­wiek szcze­gó­ło­we, już sto­so­wa­łaś. I co?

No wła­śnie.

Tu do­sta­niesz coś in­ne­go. Coś, co w świe­cie zdro­we­go, czy ra­czej, ra­cjo­nal­ne­go od­ży­wia­nia, na­zy­wa się die­to­te­ra­pią. Będę chcia­ła, byś zmie­ni­ła swo­je po­dej­ście nie tyl­ko do je­dze­nia, bo pro­blem oty­ło­ści to nie tyl­ko to, co i kie­dy masz na ta­le­rzu.

Oty­łość to styl ży­cia. Pod ko­niec XX wie­ku, przede wszyst­kim w kra­jach roz­wi­nię­tych, za­czął po­ja­wiać się pro­blem oty­ło­ści. Głów­ną przy­czy­ną tej ro­sną­cej ten­den­cji jest zmia­na sty­lu ży­cia: co­raz mniej ru­chu idzie w pa­rze z dra­stycz­ną zmia­ną spo­so­bu od­ży­wia­nia. Po­la­cy są tego do­sko­na­łym przy­kła­dem. W PRL-u pro­blem oty­ło­ści do­ty­czył nie­wiel­kie­go od­set­ka spo­łe­czeń­stwa. Je­dli­śmy do­mo­we obiad­ki, przy­go­to­wa­ne z na­tu­ral­nych pro­duk­tów, któ­re ma­mie, bab­ci czy są­siad­ce pod­stę­pem uda­ło się zdo­być. Żyw­ność wy­so­ko prze­two­rzo­na za­czę­ła za­le­wać ry­nek po 1989 roku i od tego cza­su od­se­tek osób oty­łych wzra­sta z roku na rok!

W tej chwi­li to pod­sta­wo­wy pro­blem, sta­wia­ny na pierw­szym miej­scu we­dług wszyst­kich in­sty­tu­cji me­dycz­nych w Eu­ro­pie, Ame­ry­ce i Au­stra­lii! Oty­łość jest przy­czy­ną wie­lu cho­rób, po­wo­du­je licz­ne kom­pli­ka­cje zdro­wot­ne i unie­moż­li­wia le­cze­nie więk­szo­ści cho­rób! Roz­wią­za­nie pro­ble­mu oty­ło­ści jest więc naj­pil­niej­szym za­da­niem, sta­wia­nym przed me­dy­cy­ną w na­szym świe­cie.

Chud­nij po­wo­li nie ozna­cza tyl­ko tego, ile ki­lo­gra­mów zrzu­cisz w mie­siąc. Ozna­cza coś o wie­le, wie­le waż­niej­sze­go: daj so­bie czas. W gło­wie. Po­mi­mo tego, jak bar­dzo nie­na­wi­dzisz swo­ich ga­ba­ry­tów, nie myśl o tym, jak szyb­ko się ich po­zbę­dziesz. To nie­istot­ne. Im szyb­ciej to zro­zu­miesz, im prę­dzej się z tym po­go­dzisz, tym ła­twiej bę­dzie Ci je zrzu­cić. Se­rio, se­rio. Dla­te­go, na ra­zie, w ogó­le nie myśl o od­chu­dza­niu. Nie myśl o die­cie, o tym, ile schud­niesz w ty­dzień, mie­siąc czy rok. Za­nim za­czniesz die­tę, ze­staw ćwi­czeń, co­kol­wiek, chcia­ła­bym, że­byś się do niej do­brze przy­go­to­wa­ła. Nie na ura bura, od ju­tra za­czę­ła ma­niac­ko li­czyć ka­lo­rie, gło­dzić się, ży­wiąc li­ściem sa­ła­ty. Wy­trzy­masz tak dwa ty­go­dnie, po czym pęk­niesz i bę­dzie po die­cie. To nor­mal­ne, nie Ty jed­na, nie pierw­sza i nie ostat­nia. Już tak ro­bi­łaś, te­raz więc zrób­my ina­czej.

Ile masz lat? Dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści?? Wię­cej? Do­kład­nie tyle lat pra­cu­jesz nad swo­ją nad­wa­gą. Nie da się tego zmie­nić w je­den dzień. Dla­te­go pro­szę Cię, za­nim za­czniesz choć­by my­śleć o od­chu­dza­niu, skup­my się na Two­ich na­wy­kach. Moż­na je zmie­nić w 70 dni. Tak twier­dzą na­ukow­cy. To śred­ni czas, jaki jest po­trzeb­ny, żeby zmie­nić na­wy­ki, za­po­mnieć o sta­rych i wpro­wa­dzić nowe. 70 dni. Do­kład­nie o tyle Cię pro­szę, że­byś po­wo­li, ty­dzień po ty­go­dniu, wpro­wa­dzi­ła nowe za­sa­dy, we­dług któ­rych bę­dziesz te­raz jeść. Po 70 dniach… Nie, nie prze­sta­niesz sto­so­wać za­sad, o któ­re Cię po­pro­szę. Po pro­stu bę­dzie Ci z nimi dużo ła­twiej. Na­wy­ki, za­sa­dy i zwy­cza­je, któ­re wy­pra­cu­jesz pod­czas czy­ta­nia tej książ­ki, niech to­wa­rzy­szą Ci przez resz­tę ży­cia.

Zdro­we­go i szczu­płe­go ży­cia, ale… cały czas Two­je­go ży­cia. To Ty mu­sisz zde­cy­do­wać, czy na­praw­dę tego chcesz, czy je­steś prze­ko­na­na, że chcesz w nim zmian. Je­śli ich nie po­trze­bu­jesz, bo tak na­praw­dę nie prze­szka­dza Ci Two­ja waga, pa­mię­taj, że nic nie mu­sisz. Je­śli po­dej­miesz ja­kie­kol­wiek dzia­ła­nie, to dla sie­bie, bo tego chcesz. Z cał­ko­wi­tym prze­ko­na­niem i po­wa­gą.

Chud­nij po­wo­li, czy­li daj so­bie czas. Nie ocze­kuj efek­tów już po­ju­trze, bo to nie­re­al­ne. Zmień spo­sób ży­cia, a efek­ty same na­dej­dą, i to bez ry­zy­ka efek­tu jo-jo, po­wro­tu wagi, stre­su.

W tej książ­ce nie na­pi­szę Ci, co masz zjeść w po­nie­dzia­łek, wto­rek czy śro­dę. Sama so­bie bę­dziesz spo­rzą­dzać ja­dło­spis, we­dług pew­nych za­sad oczy­wi­ście.

Po­dam Ci ko­lej­no te za­sa­dy i po­pro­szę o czas.

O to, byś po­świę­ci­ła im tyle cza­su, ile trze­ba. Przy­go­tuj się na to – inny styl ży­cia ozna­cza, że bę­dziesz w cen­trum swo­jej uwa­gi, po­trze­by Two­je i Two­je­go or­ga­ni­zmu będą waż­ne. Bę­dziesz mu­sia­ła się na nich sku­pić.

Na po­cząt­ku będą cza­so­chłon­ne – przy­go­tuj się na to. Po­tem się przy­zwy­cza­isz… I już nie bę­dziesz na­wet pa­mię­ta­ła, że kie­dy­kol­wiek było ina­czej.

Zmia­na sty­lu ży­cia za­bu­rzy zwy­cza­je w Two­jej ro­dzi­nie. Za­pew­ne nie­raz usły­szysz, że to, co ro­bisz, jest bez sen­su, głu­pie, inni się na to nie go­dzą, nie po­do­ba im się to i z pew­no­ścią nie przy­nie­sie żad­nych efek­tów.

Nie miej do bli­skich ura­zy – nikt nie lubi zmian.

Na to rów­nież mu­sisz być przy­go­to­wa­na.

Pa­mię­taj. 70 dni.

Je­śli nie chcesz schud­nąć, jest Ci do­brze, bę­dąc taką, jaką je­steś… po pro­stu odłóż tę książ­kę. Je­śli mimo to za­czniesz ją czy­tać, nic stra­co­ne­go. Za­wsze, w każ­dej chwi­li i w każ­dym mo­men­cie bę­dziesz mo­gła tego za­nie­chać. Je­śli jed­nak prze­czy­tasz ją w ca­ło­ści i do koń­ca… Licz się z tym, że w Two­jej gło­wie, w two­im po­strze­ga­niu je­dze­nia, spo­so­bie od­ży­wia­nia, w two­im sty­lu ży­cia na­stą­pi zmia­na.

Oczy­wi­ście, że na­dal nic nie bę­dzie Cię zmu­szać, aby schud­nąć. Może się jed­nak oka­zać, że to się po pro­stu dzie­je.

De­cy­zja na­le­ży do Cie­bie.

Wcho­dzisz w to?

Ty­dzień pierw­szy:

od­staw cu­kier!

Za­da­nie 1

Cie­szę się, że je­steś! I gra­tu­lu­ję – naj­trud­niej­sza rzecz wła­śnie zo­sta­ła zro­bio­na!

De­cy­zja pod­ję­ta! Bra­wo! Pierw­szy, naj­trud­niej­szy krok jest już za Tobą… Cho­ciaż te­raz też nie bę­dzie z gór­ki. De­cy­zja pod­ję­ta, ale… pa­mię­taj, że za­wsze mo­żesz ją zmie­nić. Nic na siłę. Za­da­nia do wy­ko­na­nia przez Cie­bie będę sta­wiać w tem­pie jed­no na ty­dzień. Je­śli bę­dzie to dla Cie­bie zbyt trud­ne, je­śli nie dasz rady wpro­wa­dzić pro­po­no­wa­nych zmian, je­śli się po­gu­bisz albo nie bę­dziesz w sta­nie zor­ga­ni­zo­wać, za­wsze mo­żesz wy­dłu­żyć ten czas. Do dwóch ty­go­dni, trzech… Ile po­trze­bu­jesz. Naj­waż­niej­sze jest, byś się z nimi po­go­dzi­ła i oswo­iła… Po­ko­chasz też, ale nie­co póź­niej.

No do­brze. Sko­ro do­tar­łaś aż tu­taj, wi­dać na­praw­dę za­le­ży Ci na tym, aby zrzu­cić parę kilo.

Spró­buj­my.

Po ko­lei.

Chcia­ła­bym, abyś przez ten ty­dzień pod­ję­ła się jed­ne­go wy­zwa­nia. Okej?

Tyl­ko pa­mię­taj, układ jest taki, że

albo ro­bisz coś na 100%, albo na­sza współ­pra­ca nie przy­nie­sie żad­nych efek­tów.

Spró­buj przez ten naj­bliż­szy ty­dzień nie jeść cu­kru. W ogó­le. Nie słodź kawy ani her­ba­ty. Nie do­pra­wiaj bu­racz­ków, su­rów­ki ani sera do na­le­śni­ków. Nie jedz sło­dy­czy, na­wet gdy bar­dzo kor­ci. Gdy ko­le­żan­ka w pra­cy po­czę­stu­je Cię ciast­kiem, od­mów. Od­mów sło­dy­czy u mamy, na we­se­lu, są­siad­ce. Od­mów na­wet wte­dy, gdy ktoś Ci po­wie: „no prze­cież jed­no nie za­szko­dzi”. No pew­nie, że nie za­szko­dzi. Jed­no ciast­ko ra­czej ni­ko­go jesz­cze nie za­bi­ło. Tyl­ko że chy­ba nie cho­dzi Ci o to, żeby prze­żyć, tyl­ko o to, żeby schud­nąć, praw­da?

ZA­SA­DA 1: NIE JEDZ CU­KRU

Je­śli wcze­śniej ja­dłaś cu­kier w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci, cał­ko­wi­te od­sta­wie­nie bę­dzie dla Cie­bie nie lada wy­zwa­niem.

Pierw­sze trzy dni będą bar­dzo trud­ne. Tyle nasz or­ga­nizm uwal­nia się od tok­syn i uza­leż­nień. Tak, tak. Nie po­my­li­łaś się, do­kład­nie to prze­czy­ta­łaś. Od uza­leż­nień. Cu­kier jest naj­więk­szym nar­ko­ty­kiem na­szych cza­sów, dużo więk­szym niż ko­ka­ina, al­ko­hol, ty­toń, ha­zard, seks czy gry kom­pu­te­ro­we. Wiesz, że jest to sub­stan­cja, któ­rej je­dze­nie kom­plet­nie ni­cze­go nie wno­si do na­sze­go or­ga­ni­zmu? Nie ma wi­ta­min, mi­ne­ra­łów, nic. Je­dy­nie do­star­cza ener­gii, a co za tym idzie: uru­cha­mia ośro­dek przy­jem­no­ści w na­szym mó­zgu. To dla­te­go cu­kier jest dla nas taki WOW! Uwiel­bia­my cu­kier, bo czer­pie­my z nie­go ener­gię bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku. To tak, jak­by szef pła­cił Ci pen­sję za nic­nie­ro­bie­nie – kto by nie chciał ta­kie­go sze­fa? Nie­ste­ty, hi­sto­ria z cu­krem nie koń­czy się hap­py en­dem. Ten hoj­ny szef po ja­kimś cza­sie za­żą­da od Cie­bie gi­gan­tycz­ne­go ha­ra­czu. Nie ma nic za dar­mo. Oka­zu­je się wręcz, że z cu­krem jest go­rzej niż z kre­dy­tem we fran­kach: rata wciąż ro­śnie, a spła­tom nie ma koń­ca. Nie tyl­ko ty­je­my; cu­kier po­wo­du­je całą li­stę cho­rób. Cu­kier me­ta­bo­li­zo­wa­ny jest w wą­tro­bie, co po­wo­du­je jej prze­cią­że­nie, otłusz­cze­nie i scho­rze­nia ty­po­we dla al­ko­ho­li­ków w cią­gu!

Ale to jesz­cze nie całe nie­bez­pie­czeń­stwo – me­ta­bo­li­zo­wa­nie cu­kru głów­nie w wą­tro­bie, a nie w ko­mór­kach, po­wo­du­je, że do or­ga­ni­zmu nie do­cie­ra in­for­ma­cja o do­star­czo­nym po­ży­wie­niu. Jemy, do­sta­je­my ogrom­ną ilość ka­lo­rii, w mó­zgu wy­dzie­la­ją się hor­mo­ny szczę­ścia, czy­li se­ro­to­ni­na i do­pa­mi­na… i cią­gle chce­my wię­cej, i wię­cej!

Fakt, że cu­kru nie me­ta­bo­li­zu­ją ko­mór­ki, pro­wa­dzi do za­bu­rzeń pra­cy trzust­ki. Pierw­szym symp­to­mem jest czę­sto za­bu­rze­nie wchła­nia­nia in­su­li­ny, tak zwa­na in­su­li­no­opor­ność. Kon­se­kwen­cją nie­le­cze­nia in­su­li­no­opor­no­ści, poza oty­ło­ścią, któ­rej nie moż­na się po­zbyć, jest cu­krzy­ca. Za­bu­rze­nia w pro­duk­cji in­su­li­ny, prze­cią­że­nie trzust­ki nie po­zo­sta­ją bez echa. Wpły­wa­ją na pra­cę tar­czy­cy i nad­ner­czy. Cho­ro­by za­czy­na­ją mno­żyć się i po­stę­po­wać la­wi­no­wo: cho­ro­by tar­czy­cy, jaj­ni­ków, pro­ble­my z płod­no­ścią, wresz­cie cho­ro­by ukła­du tra­wien­ne­go. Cho­ro­by o pod­ło­żu au­to­im­mu­no­lo­gicz­nym to nie tyl­ko cho­ro­by z ze­spo­łu me­ta­bo­licz­ne­go. To rów­nież cho­ro­by skór­ne, łusz­czy­ca, a na­wet rak. Nie cho­dzi tu o stra­sze­nie, ale… lu­dzie, któ­rzy cier­pią na cho­ro­by au­to­im­mu­no­lo­gicz­ne, sto­ją w pierw­szym sze­re­gu, je­śli cho­dzi o za­gro­że­nie cho­ro­ba­mi no­wo­two­ro­wy­mi. Tym­cza­sem na kon­fe­ren­cji me­dycz­nej w Ło­dzi w 2016 roku, po­świę­co­nej cho­ro­bom on­ko­lo­gicz­nym, pro­gno­zo­wa­no, że za pięt­na­ście lat z po­wo­du raka umrze co trze­ci Po­lak. Umrze. Bio­rąc pod uwa­gę co­raz więk­szy pro­cent przy­pad­ków wy­le­czal­no­ści raka, mo­że­my się spo­dzie­wać, że unik­ną tej cho­ro­by na­praw­dę nie­licz­ni. Je­śli nie zmie­ni­my na­sze­go po­dej­ścia mię­dzy in­ny­mi do je­dze­nia, ro­ko­wa­nia są na­praw­dę przy­kre. Pa­mię­tasz, jak to było w epo­ce na­szych dziad­ków? Rak? Ow­szem. Zda­rzał się. Aler­gie? Cza­sa­mi. Wi­dy­wa­ło się też na uli­cy oty­łe oso­by. Jed­nak nie były to czę­ste przy­pad­ki! Co się zmie­ni­ło od cza­sów na­szych dziad­ków? To, co jemy i spo­sób, w jaki to ro­bi­my!

Oczy­wi­ście, mam na­dzie­ję, że wszyst­kie ne­ga­tyw­ne kon­se­kwen­cje nie będą Cie­bie do­ty­czy­ły ani te­raz, ani ni­g­dy. Z pew­no­ścią zmia­ny w spo­so­bie ży­cia i od­ży­wia­nia po­mo­gą Ci uchro­nić się przed więk­szo­ścią cho­rób i po­wi­kłań!

Je­śli wal­czysz z oty­ło­ścią, któ­ra nie pod­da­je się żad­nym die­tom, i nie je­steś w sta­nie sku­tecz­nie schud­nąć, na 99% przy­czy­ną tego sta­nu rze­czy jest cu­kier.

To przez nie­go się­gnę­łaś po tę książ­kę.

Dla­te­go naj­waż­niej­szym, naj­trud­niej­szym i pierw­szym za­da­niem, któ­re przed Tobą po­sta­wię, bę­dzie od­sta­wie­nie cu­kru.

Przy­kro mi. Albo cu­kier, albo su­per­li­nia. Albo dzia­ła­my, albo da­lej wci­na­my pącz­ki i pła­cze­my w po­dusz­kę, że su­kien­ka z wio­sny nie do­pi­na się je­sie­nią.

To jak? Po­dej­mu­jesz dzia­ła­nie? Trzy dni wal­ki z po­ku­sa­mi, tyl­ko Ty kon­tra cu­kier? Nie, nie chcę, że­byś mnie źle zro­zu­mia­ła – to nie tak, że pro­szę Cię o od­sta­wie­nie cu­kru na trzy dni, a po­tem wszyst­ko wró­ci do nor­my. Po­pro­szę Cię, byś zo­sta­wi­ła cu­kier na tro­chę dłu­żej (ale być może nie na za­wsze!), tyl­ko na trzy naj­bliż­sze dni zo­sta­niesz z tym sama.

Je­śli nie czu­jesz się na si­łach, uwa­żasz, że bę­dzie to zbyt duże po­świę­ce­nie, na­wet dla tego, by schud­nąć, jest to właś­ciwy mo­ment, by odło­żyć tę książ­kę. Może mu­sisz to jesz­cze prze­my­śleć i być może kie­dy in­dziej wró­cić do te­ma­tu?



Jed­nak zo­sta­łaś? Je­stem z Cie­bie na­praw­dę dum­na!

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Moja hi­sto­ria

Za­czy­na­my! Chud­nij po­wo­li

Ty­dzień pierw­szy: od­staw cu­kier!

Ty­dzień 2: jak tam Two­je zdro­wie?

Ty­dzień 3: je­dze­nie prze­two­rzo­ne i sól

Ty­dzień 4: jak jesz?

Ty­dzień 5: wa­rzy­wa i owo­ce

Ty­dzień 6: tłusz­cze, jaj­ka i orze­chy

Ty­dzień 7: sen i stres

Ty­dzień 8: ruch

Ty­dzień 9: pij wodę

Ty­dzień 10: po­zwól so­bie na sła­bość, aby być jesz­cze sil­niej­szą!

Ty­dzień 11: je­śli zdia­gno­zo­wa­no u Cie­bie cho­ro­by…

Epi­log

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jak schudnąć gdy dieta nie działa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia