Swing Time

Swing Time

Autorzy: Zadie Smith

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 464

Cena książki papierowej: 35.70 zł

cena od: 20.99 zł

Dwie przyjaciółki marzą o karierze tancerek, choć tylko jedna z nich – Tracey – ma prawdziwy talent. Drugą pasjonuje rytm, zachwycają ciemnoskóre ciała i czarna muzyka, fascynuje prawdziwa wolność. Skomplikowana, napędzana rywalizacją przyjaźń niespodziewanie się kończy. Dziewczyny nigdy już nie będą ze sobą blisko, ale też nigdy o sobie nie zapomną.

 

Po latach Tracey udaje się spełnić marzenie z dzieciństwa, ale boryka się z dorosłym życiem, podczas gdy jej przyjaciółka, jako asystentka słynnej gwiazdy, wkracza w świat blichtru i sukcesu. W podróży między Londynem, Nowym Jorkiem i zachodnią Afryką odkrywa, że życie to nieustanny taniec, którego rytm dyktują zmieniające się czasy.

Wibrującą muzyką, roztańczoną powieść o przyjaźni, pasji i poszukiwaniu korzeni nazwano najlepszą książką Zadie Smith.

 

„Najbardziej poruszająca powieść Zadie Smith od dekady”. – Alexandra Schwartz, „The New Yorker”

 

„To piąta powieść Zadie Smith i według mnie najlepsza”. – „The Guardian”

 

„Wirtuozerska powieść, pełna wnikliwych i subtelnych obserwacji na temat tańca, koloru skóry, klasy społecznej, globalnej kultury, a przede wszystkim wyjątkowych więzi, które łączą najlepsze przyjaciółki, a także matkę i córkę”. – BBC.com

 

Zadie Smith – jedna z najważniejszych współczesnych pisarek. Każda jej książka trafia zarówno na listy bestsellerów, jak i do zestawień najważniejszych książek roku. Autorka m.in. Białych zębów, O pięknie, Londyn NW. Mieszka w Londynie i Nowym Jorku.

 

 

Tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski

Mojej matce Yvonne

Kiedy zmienia się muzyka, zmienia się też taniec.

Przysłowie ludu Hausa

Prolog

To był pierwszy dzień mojego poniżenia. Wsadzili mnie do samolotu, odesłali do Anglii i zakwaterowali w dzielnicy St. John’s Wood, w wynajętym apartamencie na ósmym piętrze. Z okien roztaczał się widok na boisko do krykieta. Mieszkanie wybrano chyba ze względu na portiera, który potrafił stawić czoła wszelkim natrętom. Na początku nigdzie nie wychodziłam. Telefon w kuchni dzwonił bez przerwy, ale uprzedzono mnie, żebym go nie odbierała i wyłączyła też własną komórkę. Obserwowałam grę w krykieta, chociaż nie znam jej reguł, nie było to zbyt zajmujące, lecz ciekawsze niż gapienie się na luksusowe, perfekcyjnie bezosobowe wnętrze, w którym projektant zaokrąglił wszystkie kąty na wzór iPhone’a. Kiedy mecz się skończył, wpatrywałam się w lśniący ekspres do kawy wbudowany w ścianę i w dwie fotografie posągów Buddy – jeden był mosiężny, drugi drewniany – oraz na zdjęcie słonia klęczącego przy małym hinduskim chłopcu, który również klęczał. Pokoje – urządzone ze smakiem w odcieniach szarości –połączono nieskazitelnie czystym korytarzem wyłożonym jasnobrązową wykładziną. Przyglądałam się jej prążkowanej fakturze.

W ten sposób minęły dwa dni. Trzeciego dnia zadzwonił portier i powiedział, że w holu na dole jest już pusto. Spojrzałam na swoją komórkę. Leżała na półce i miała włączony tryb samolotowy – już od trzech dni byłam offline. Pomyślałam, że powinno to zostać uznane za jeden z niezwykłych przykładów stoicyzmu, zwycięskiej próby cierpliwości i siły charakteru, nieczęstych w naszych czasach. Włożyłam żakiet i zeszłam na dół, gdzie w holu czekał na mnie portier. Skorzystał z okazji, żeby ponarzekać („Nie ma pani pojęcia, co tu się działo przez ostatnich kilka dni – bajzel jak na cholernym Piccadilly Circus!”), chociaż było jasne, że te zdarzenia wzbudziły w nim sprzeczne emocje i nawet był rozczarowany, kiedy zamieszanie już się skończyło – przynajmniej przez te dwie doby mógł się poczuć ważny. Oznajmił z dumą, że kilku osobom kazał „spadać”, a innym powiedział: „Jeśli myślicie, że zdołacie mnie wykołować, to się natniecie”. Słuchałam oparta o jego biurko. Od tak dawna nie byłam w Anglii, że niektóre potoczne brytyjskie frazy brzmiały dla mnie egzotycznie, nieomal niedorzecznie. Zapytałam, czy jego zdaniem wieczorem znów zjawią się tu jacyś ludzie. Odpowiedział, że nie, od wczoraj nikt już nie przyszedł. Chciałam się upewnić, czy mogę bez ryzyka przenocować dzisiaj kogoś u siebie. „Nie widzę problemu – odrzekł tonem, który sprawił, że poczułam się jak idiotka. – Zawsze pozostaje tylne wyjście”. Westchnął. W tym momencie podeszła do niego jakaś kobieta i spytała, czy mógłby odebrać rzeczy, które przyślą jej z pralni chemicznej, bo ona musi teraz wyjść. Zachowywała się nieuprzejmie, była zniecierpliwiona, a mówiąc, patrzyła nie na niego, tylko na stojący na biurku terminarz, szary klocek z cyfrowym ekranem, który pokazywał czas (z dokładnością co do sekundy) każdemu, kto zechciał rzucić okiem. Był dwudziesty piąty października 2008 roku, godzina dwunasta trzydzieści sześć i dwadzieścia trzy sekundy. Odwróciłam się do wyjścia. Portier skończył rozmawiać z kobietą i wybiegł zza biurka, żeby otworzyć mi drzwi. Zapytał, dokąd idę. Odpowiedziałam, że nie wiem. Ruszyłam do centrum. Było cudowne jesienne londyńskie popołudnie: chłodno, pogodnie, gdzieniegdzie pod drzewami leżały już złote liście. Minęłam boisko do krykieta i meczet, a potem muzeum Madame Tussaud; przeszłam Goodge Street, Tottenham Court Road i dalej przez Trafalgar Square, aż dotarłam do rzeki i na most. Przypomniałam sobie (często w tym miejscu nachodzą mnie takie wspomnienia) o dwóch młodych mężczyznach, studentach, którzy przechodzili tędy późną nocą. Zaatakowano ich, pobito i wrzucono do Tamizy. Jeden przeżył, drugi zginął. Nie mieściło mi się w głowie, jak ten jeden zdołał przetrwać: ciemność, potworne zimno, szok, woda, a on przecież był w butach. Myśląc o chłopaku, trzymałam się prawej strony mostu i szłam blisko torów, starając się nie patrzeć na rzekę. Kiedy dotarłam na południowy brzeg, zobaczyłam plakat, który reklamował spotkanie („dyskusję”) z austriackim reżyserem filmowym w Royal Festival Hall. Zaczynało się za dwadzieścia minut. Pod wpływem nagłego impulsu postanowiłam, że spróbuję zdobyć bilet. Miałam szczęście i udało mi się kupić miejsce w ostatnim rzędzie na galerii. Nie oczekiwałam nadzwyczajnych atrakcji, chciałam tylko na chwilę oderwać się od kłopotów, posiedzieć w ciemności i posłuchać dyskusji o filmach, których nigdy nie widziałam. W połowie spotkania reżyser poprosił prowadzącego, by pokazał fragment Swing Time, filmu, który znałam bardzo dobrze, przecież tyle razy oglądałam go w dzieciństwie. Wyprostowałam się w fotelu. Przede mną na wielkim ekranie Fred Astaire tańczył z trzema cieniami. Nie mogąc za nim nadążyć, cienie zaczynają gubić rytm. Wreszcie poddają się, lewymi dłońmi pokazują ten specyficzny amerykański gest oznaczający „a co mi tam” i schodzą ze sceny. Astaire tańczy dalej sam. Zrozumiałam, że te trzy cienie to także Fred Astaire. Czy wiedziałam o tym, kiedy byłam dzieckiem? Nikt inny nie potrafił tak się poruszać, żaden inny tancerz nie miał tak giętkich kolan. Reżyser zaczął mówić o swojej teorii „czystego kina”, które definiował jako „interakcję pomiędzy światłem a ciemnością, wyrażoną rytmem upływającego czasu”, ja uznałam tę kwestię za nudną i zbyt skomplikowaną. Za jego plecami, na ekranie, ten sam fragment filmu z niewiadomych dla mnie przyczyn wyświetlono jeszcze raz. Dostrajając się do muzyki, zaczęłam rytmicznie uderzać stopami w oparcie siedzenia przede mną i nagle moje ciało stało się cudownie nieważkie i przepełniło mnie zupełnie niespodziewane uczucie szczęścia. Niedawno straciłam pracę, sposób na życie, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa, ale kiedy patrzyłam na ten taniec, ogarnęło mnie radosne uniesienie i wszystko wydało mi się nieistotne. I kiedy próbowałam powtórzyć ten finezyjny rytm, miałam wrażenie, że wzlatuję ponad własne ciało i mogę spojrzeć na swoje życie z dystansu, zupełnie jakbym szybowała gdzieś w górze. Przypomniałam sobie opowieści ludzi, którzy opisywali swoje doświadczenia z halucynogenami. W jednej chwili zobaczyłam wszystkie przeżyte lata, które nie układały się w logiczny ciąg, cykl następujących po sobie zdarzeń budujących coś trwałego – wręcz przeciwnie. Wreszcie zrozumiałam: nigdy nie świeciłam własnym światłem, zawsze krążyłam wokół blasku innych. Byłam tylko cieniem.

Po spotkaniu wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam do Lamina, który czekał w pobliskiej kawiarni, i powiedziałam mu, że droga jest już wolna. Jego też wylali, ale nie pozwoliłam mu wrócić do Senegalu, zabrałam go do Londynu. Zjawił się o jedenastej, w bluzie z naciągniętym kapturem (na wypadek kamer). Hol był pusty. Z zasłoniętą głową Lamin wyglądał jeszcze młodziej i piękniej – jaka szkoda, że nie potrafiłam zdobyć się wobec niego na prawdziwe uczucie. Później leżeliśmy obok siebie, każde ze swoim laptopem. Nie chciałam sprawdzać maili, więc googlowałam, początkowo na chybił trafił, potem w konkretnym celu: szukałam tego fragmentu ze Swing Time. Chciałam go pokazać Laminowi, byłam ciekawa, jakie zrobi na nim wrażenie, jest przecież tancerzem, lecz powiedział, że nigdy nie słyszał o Fredzie Astairze. Kiedy puściłam mu film, usiadł na łóżku i zmarszczył brwi. Wtedy dotarło do mnie, co oglądamy: Fred Astaire miał uczernioną twarz. W Royal Festival Hall siedziałam na galerii, nie założyłam okularów, a scena rozpoczyna się od dalekiego ujęcia. Nic jednak nie tłumaczyło tego, jak zdołałam wyprzeć wspomnienia z dzieciństwa: przewracanie oczami, białe rękawiczki, uśmiech Billa „Bojanglesa” Robinsona, słynnego czarnego tancerza zabawiającego białych. Poczułam się głupio, zamknęłam laptop i poszłam spać. Następnego ranka obudziłam się wcześnie, zostawiłam Lamina w łóżku, wśliznęłam się do kuchni i włączyłam komórkę. Spodziewałam się setek, może nawet tysięcy wiadomości. Miałam nie więcej niż trzydzieści. A przecież Aimee wysyłała mi setki maili dziennie. Teraz zrozumiałam, że już nigdy nie przyśle mi żadnego. Nie wiem, dlaczego tak długo musiałam uświadamiać sobie taką oczywistość. Przejrzałam przygnębiającą listę nadawców: daleka kuzynka, kilku przyjaciół, paru dziennikarzy. Zauważyłam jeden mail zatytułowany KURWA. Miał absurdalny adres składający się z szeregu liter i cyfr oraz załącznik wideo, który nie chciał się otworzyć. Treść była prosta, zawierała się w jednym zdaniu: „Teraz wszyscy wiedzą, kim jesteś”. Taką korespondencję można dostać od złośliwej siedmioletniej dziewczynki, która ma już ugruntowane poczucie sprawiedliwości. I tak właśnie należało to odczytać – gdyby tylko dało się zapomnieć o czasie, jaki przeminął.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Czas dojrzewania

Jeden

Gdyby wszystkie soboty 1982 roku dało się potraktować jak jeden dzień, nie miałabym kłopotu z datami, uznałabym po prostu, że pierwszy raz spotkałam Tracey o dziesiątej rano w sobotę. Szłyśmy po wysypanej drobnym żwirem przykościelnej alejce i trzymałyśmy nasze matki za ręce. I chociaż było tam jeszcze wiele innych dzieci, z oczywistych przyczyn zwróciłyśmy na siebie uwagę, dostrzegając – jak to dziewczyny – zarówno podobieństwa, jak i różnice. Nasza skóra miała identyczny odcień – jakby wykrojono nas z jednego kawałka jasnobrązowego materiału – byłyśmy podobnego wzrostu, a i nasze piegi układały się w takie same wzory. Co prawda, ja miałam grube rysy i dość melancholijny wyraz twarzy, wydatny nos, smutne oczy i opadające w dół kąciki ust, a Tracey wesołą okrągłą buzię – wyglądała jak ciemniejsza wersja Shirley Temple. Tylko jej nos był równie niezgrabny jak mój. Dostrzegłam to od razu – idiotyczny nos, zadarty jak u małego prosiaka, uroczy i jednocześnie nieprzyzwoity, do którego każdy mógł zajrzeć. W nosach był remis, ale włosami biła mnie na głowę. Miała długie, opadające na plecy spiralne loki, zaplecione w dwa grube warkocze. Błyszczały natłuszczone jakąś oliwką, związane żółtymi kokardami z atłasu. Żółte atłasowe kokardy były osobliwością nieznaną mojej matce. Moje kręcone włosy matka ściągała w jeden pęk i spinała czarną gumką. Matka była feministką. Na idealnie sklepionej czaszce miała krótkie (na pół cala) afro, nigdy się nie malowała i zawsze ubierała się z największą prostotą. Kiedy wyglądasz jak Nefretete, nie musisz przejmować się fryzurą. Nie potrzebowała makijażu, sztucznych rzęs, biżuterii ani drogich ubrań, dlatego jej sytuacja materialna, poglądy polityczne i gusta były doskonale – i bardzo świadomie – zgrane. Wszelkie dodatki tylko ograniczały jej styl, a zaliczała się do nich – przynajmniej wtedy tak czułam – krocząca u jej boku siedmiolatka z końską twarzą. Patrząc na Tracey, zdiagnozowałam odwrotny problem. Jej matka była biała, otyła i miała trądzik, a rzadkie blond włosy bardzo mocno ściągała do tyłu – moja matka nazywała to „liftingiem z przedmieścia”. Jedynym ratunkiem był urok Tracey – to ona stanowiła dla matki najbardziej atrakcyjny dodatek. Styl tej rodziny, chociaż całkowicie sprzeczny z gustem mojej matki, urzekał mnie: koszulki z nadrukami, metalowe bransolety i wielkie kolczyki – wszystko obsypane cyrkoniami – i drogie tenisówki, jakie moja matka uważała za kompletną bzdurę: „To nie są buty” – mówiła. Jednak pomimo pozorów nie było między nami większych różnic. Mieszkałyśmy w blokach i nie przysługiwały nam żadne świadczenia społeczne. (Powód dumy mojej matki i oburzenia mamy Tracey, która tyle razy próbowała – bez powodzenia – „załapać się na niepełnosprawność”). Właśnie dlatego moja matka przywiązywała wagę do z pozoru nieistotnych drobiazgów, kwestia smaku była dla niej istotna. Ubierała się w oczekiwaniu przyszłości, która jeszcze nie nadeszła, miała dopiero się ziścić. Dlatego nosiła proste białe płócienne spodnie, marynarskie podkoszulki w biało-niebieskie pasy i postrzępione espadryle, dlatego wybrała tę surową i piękną afrykańską fryzurę – wszystko jak najbardziej zwyczajne, powściągliwe, na przekór duchowi naszych czasów i miejscu, w którym żyłyśmy. Pewnego dnia „wyniesiemy się stąd”, ona dokończy studia, zostanie kobietą naprawdę radykalną, rzecz jasna, z klasą, być może jej nazwisko będą wymieniać jednym tchem obok Angeli Davis i Glorii Steinem… Buty na słomianej podeszwie były częścią tej przebojowej wizji, wskazywały, bardzo subtelnie, że osoba, która je nosi, ma wyższe cele. Ja też byłam dodatkiem, bo skromność, z jaką mnie ubierano, świadczyła o godnym podziwu matczynym umiarze. W kręgach, do których matka aspirowała, córkę wystrojoną jak mała kurwa uznano by za przejaw złego gustu. Tracey była bezwstydnym odbiciem pragnień swojej matki, jej awatarem, jedyną radością, z tymi fascynującymi żółtymi kokardami, w szeleszczącej wielowarstwowej spódniczce i krótkiej bluzeczce odsłaniającej kilka cali dziecięcego brązowego brzucha, i kiedy tłoczyłyśmy się razem z innymi rodzinami w wąskich drzwiach kościoła, obserwowałam z uwagą, jak matka Tracey ustawia córkę przed sobą – i przed nami wszystkimi – jak chroni ją własnym ciałem, odpycha nas masywnymi ramionami i w końcu wkracza do sali zajęć panny Isabel z wyrazem dumy i zaniepokojenia na twarzy, gotowa na chwilę oddać swój drogocenny skarb w obce ręce. Moja matka zachowywała się zupełnie inaczej: przybrała pozę znużonej, na wpół ironicznego poświęcenia, uważała kurs tańca za idiotyzm, miała ważniejsze sprawy na głowie i po kilku sobotnich zajęciach – podczas których siedziała przygarbiona na jednym z plastikowych krzeseł ustawionych pod ścianą i z trudem ukrywała pogardę dla naszych ćwiczeń – doszło do zamiany, stery przejął mój tata. Czekałam, że to samo uczyni ojciec Tracey, ale tak się nie stało. Okazało się – matka od razu się tego domyśliła – że nie ma żadnego „ojca Tracey”, przynajmniej nie w konwencjonalnym „ślubnym” znaczeniu. To też było w złym guście.

Dwa

Chcę teraz opisać kościół i pannę Isabel. Skromny dziewiętnastowieczny budynek miał fasadę wyłożoną wielkimi piaskowymi płytami, dość podobnymi do pospolitych elewacji brzydkich kamienic – chociaż materiał musiał być całkiem inny – solidną spiczastą wieżę i proste wnętrze przypominające stodołę. Kościół był pod wezwaniem Świętego Krzysztofa. Wyglądał dokładnie jak konstrukcja, którą układaliśmy z własnych palców, śpiewając dziecięcą rymowankę:

Oto jest nasz kościół

A to jego wieża

Otwórzmy podwoje

Wejdźmy tam oboje

Witraż przedstawiał świętego Krzysztofa, który przenosi na ramionach Dzieciątko Jezus przez rzekę. Robota była kiepska: święty wyglądał na okaleczonego, jakby miał tylko jedno ramię. Stary witraż stłukł się podczas wojny. Naprzeciwko kościoła znajdowało się blokowisko o złej reputacji, i tam właśnie mieszkała Tracey. (Moje osiedle przy sąsiedniej ulicy było ładniejsze, z niską zabudową). Wzniesione w latach sześćdziesiątych blokowisko zastąpiło rząd wiktoriańskich kamienic zniszczonych podczas tego samego bombardowania, w którym ucierpiał kościół, i tu kończyły się wszelkie związki pomiędzy tymi dwoma miejscami. Parafia nie potrafiła zainteresować mieszkańców z naprzeciwka Bogiem, więc podjęła pragmatyczną decyzję, by rozszerzyć działalność na inne pola. Przykościelne przedszkole, nauka angielskiego dla obcokrajowców i kursy na prawo jazdy od dawna cieszyły się powodzeniem, natomiast kurs tańca w sobotnie ranki był nowością i nikt nie wiedział, co o tym sądzić. Uczestnictwo w zajęciach kosztowało dwa i pół funta, ale matki były zaniepokojone pogłoskami o cenach baletek: jedna słyszała coś o kwocie trzech funtów, inna o siedmiu, niektóre zarzekały się, że baletki można dostać jedynie u Freeda w Covent Garden, gdzie z miejsca zdzierają za nie dziesięć funciaków – a co z obuwiem do stepowania i tańca nowoczesnego? Czy baletki też się do tego nadają? Co to znaczy „taniec nowoczesny”? Nie było kogo zapytać, nikt się na tym nie znał, to był trudny orzech do zgryzienia. Nieliczne matki zdobywały się na odwagę i dzwoniły pod numer podany na porozwieszanych w okolicy ulotkach domowej roboty. Wiele dziewcząt, które mogłyby zostać dobrymi tancerkami, nigdy nie skorzystało z tej szansy z obawy przed niebudzącym zaufania ogłoszeniem.

Moja matka była inna, ulotki jej nie przerażały. Miała niesamowite wyczucie obyczajów klasy średniej. Na przykład wiedziała, że giełda rzeczy używanych, które sprzedaje się prosto z samochodowych bagażników, choć nie wygląda zbyt zachęcająco, jest miejscem, gdzie można spotkać ludzi lepszej kategorii, oferujących książki w miękkich okładkach (najczęściej wydawnictwa Penguin, rzadziej Orwella), stare porcelanowe puzderka, popękaną ceramikę z Kornwalii czy zużyte koła garncarskie. Nasze mieszkanie było pełne takich przedmiotów. Żadnych plastikowych kwiatów lśniących od sztucznej rosy, żadnych szklanych figurek. To była część przemyślanego planu. Wszystko, czego nie lubiłam – jak espadryle matki – okazywało się atrakcyjne dla ludzi, których chciałyśmy przyciągnąć, więc nauczyłam się nie kwestionować jej metod, nawet jeśli napełniały mnie wstydem. Tydzień przed początkiem zajęć usłyszałam, jak mama rozmawia z kimś w kuchni tym swoim snobistycznym tonem, a kiedy odłożyła słuchawkę, znała wszystkie odpowiedzi: pięć funtów za baletki – jeśli pojechało się po nie do centrum handlowego, a nie do śródmieścia – a z zakupem butów do stepowania można się wstrzymać. Baletki nadawały się też do tańca nowoczesnego. Co ten termin oznaczał? O to nie spytała. Mogła udawać zatroskaną matkę, ale przenigdy ignorantkę.

Po buty wysłała ojca. Skórzane baletki nie były tak intensywnie różowe, jak się spodziewałam, przypominały barwą brzuszek małego kociaka, a podeszwy – szary język dorosłego kocura i niestety, nie miały też długich różowych atłasowych tasiemek do obwiązywania kostek, jedynie żałosne gumowe paski, które ojciec sam musiał przyszyć. Byłam gorzko rozczarowana. Może, podobnie jak espadryle, były umyślnie „proste”, w dobrym guście? Mogłam się tak oszukiwać do chwili, kiedy weszłyśmy do sali, gdzie polecono nam się przebrać w strój do tańca przy rzędzie plastikowych krzeseł, a następnie podejść do drążka przy ścianie. Prawie wszystkie dziewczynki przyniosły różowe atłasowe baletki, nie jakieś skórzane pantofelki w prosięcym kolorze, z jakimi wylądowałam ja, a niektóre – wiedziałam, że nie mają ojców lub ich rodziny są na zasiłku albo wszystko naraz – miały nawet długie atłasowe tasiemki oplatające im kostki u nóg. Tracey – stała obok mnie z lewą stopą wspartą o dłoń matki – miała jedno i drugie: intensywnie różowe baletki i długie tasiemki, a także tutu, choć nikt inny nawet nie pomyślał o takim stroju, przecież nie przychodzi się na pierwszą lekcję na pływalni w piance do nurkowania. Panna Isabel miała miłą twarz i była sympatyczna, ale stara, liczyła sobie chyba ze czterdzieści pięć lat. Co za rozczarowanie! Mocno zbudowana, przypominała bardziej żonę farmera niż baletnicę i była cała w różach i żółcieniach, dosłownie. Miała żółte włosy, nie blond, lecz żółte jak kanarek, a skórę mocno zaróżowioną – chyba cierpiała na trądzik różowaty. Nosiła różowy trykot, różowe spodnie od dresu i moherowy sweter w tym samym kolorze, tylko jej atłasowe baletki były żółte jak jej włosy. O to też miałam żal. Nikt mi nie powiedział, że żółty kolor także wchodzi w grę! Obok niej, w kącie, stary biały mężczyzna w filcowym kapeluszu grał na pianinie Night and Day, piosenkę, którą bardzo lubiłam, i byłam dumna, że ją rozpoznałam. Starych utworów uczyłam się od taty, bo jego ojciec uwielbiał śpiewać w pubach, był typem drobnego złodziejaszka, którego przestępstwa – w co chciał wierzyć tata – w jakimś stopniu rekompensowały mu niezrealizowane ambicje artystyczne. Pianista nazywał się pan Booth. Nuciłam głośno, kiedy grał, i w nadziei, że mnie usłyszy, przesadzałam z vibrato. Lepiej śpiewałam, niż tańczyłam – w ogóle nie potrafiłam tańczyć – chociaż zbytnio się tym szczyciłam, co matka uważała za okropne. Śpiew był dla mnie czyś naturalnym, ale to, co nie sprawiało trudności kobietom, zupełnie nie robiło na niej wrażenia. Jej zdaniem równie dobrze można by się przechwalać, że się oddycha, chodzi lub rodzi dzieci.

Matki pomagały nam utrzymać równowagę, służyły za podpórki dla naszych stóp. Opierałyśmy jedną dłoń na ich ramionach, a nogę na ich ugiętych kolanach. Moje ciało już po chwili znajdowało się całkowicie w rękach matki – unosiła mnie gwałtownie i opuszczała, podtrzymywała, prostowała i odsuwała – a ja bez przerwy myślałam o Tracey i o skórzanych podeszwach jej baletek, na których wyraźnie widać było wytłoczony napis „Freed”. Jej stopy o wysokim podbiciu wyglądały jak unoszące się w powietrzu kolibry. Moje były prostokątne i płaskie, stawiałam je topornie, przybierając kolejne pozycje. Czułam się jak przedszkolak, który układa drewniane klocki tak, aby leżały w stosunku do siebie pod kątem prostym.

– Macie trzepotać jak ptaki skrzydłami, bardzo dobrze, Tracey – mówiła panna Isabel.

Pod wpływem komplementów Tracey odchylała głowę do tyłu i okropnie wydymała swój świński nosek. Poza tym była doskonała. Patrzyłam na nią w odurzeniu. Jej matka wydawała się równie zauroczona. Zaangażowanie w kurs tańca było jej jedynym realnym wkładem w to, co nazywa się dziś „wychowaniem dziecka”. Przychodziła na zajęcia częściej niż inne matki i niewiele rzeczy mogło odciągnąć jej uwagę od stóp córki. Moja matka koncentrowała się na innych sprawach. Nigdy nie mogła usiąść gdzieś z boku i zwyczajnie czekać, zawsze musiała się czegoś uczyć. Przynosiła – dajmy na to – książkę C.L.R. Jamesa Czarni jakobini i kiedy podchodziłam do niej, żeby zmieniła mi baletki na buty do stepowania, była już sto stron dalej. Ojciec, który po pewnym czasie ją zastąpił, albo spał, albo „szedł na spacer”, co było eufemizmem stosowanym przez rodziców palących papierosy na dziedzińcu kościoła.

Na tym etapie Tracey i ja nie byłyśmy przyjaciółkami, wrogami ani nawet znajomymi, prawie wcale ze sobą nie rozmawiałyśmy, zawsze jednak byłyśmy świadome swojej obecności. Połączyła nas niewidzialna nić, która zapobiegała nawiązywaniu większej zażyłości z innymi. Co prawda, ja plotkowałam często z Lily Bingham – chodziłam z nią do jednej klasy – a koleżanką Tracey była żałosna Danika Babić, która mieszkała na tym samym piętrze co ona i nosiła podarte rajstopy. Wprawdzie żartowałyśmy i chichotałyśmy z tymi dziewczynami podczas zajęć i miały prawo uważać, że znajdują się w centrum naszego zainteresowania – sądząc po pozorach, byłyśmy ich najlepszymi przyjaciółkami – ale kiedy na przerwie piłyśmy sok i jadłyśmy herbatniki, Tracey i ja zawsze trzymałyśmy się blisko siebie, niemal mimowolnie, jak dwa opiłki żelaza przyciągane przez magnes.

Okazało się, że Tracey zaciekawili moi rodzice, tak jak i jej rodzina zaciekawiła mnie. Tracey dowodziła, że „u nas wszystko jest na odwrót”. Pewnego dnia podczas przerwy maczałam herbatniki w soku pomarańczowym i z zainteresowaniem słuchałam jej teorii. „U wszystkich innych czarny jest tata, a nie mama” – powiedziała, a ponieważ w zasadzie się z nią zgadzałam, żaden komentarz nie przyszedł mi do głowy. „Kiedy ojciec jest biały, to znaczy…”, ale w tym momencie Lily Bingham stanęła obok nas i nie dowiedziałam się, co to znaczy, kiedy ojciec jest biały. Lily była jak tyczka, o trzydzieści centymetrów wyższa niż inne dziewczynki. Miała długie, idealnie proste blond włosy, różowe policzki i wesołe, przyjazne usposobienie, które zarówno mnie, jak i Tracey wydawało się następstwem tego, że jej rodzina posiadała własny dom na Exter Road 29 (zostałam do niego zaproszona, a później ochoczo zdałam relację z tej wizyty – Tracey nigdy tam nie bywała), prywatny ogród, wielki słój na „niepotrzebne drobniaki” i zegar Swatch na ścianie sypialni, ogromny jak dorosły mężczyzna. Były więc sprawy, o których nie należało rozmawiać w obecności Lily Bingham. Tracey zamilkła, jeszcze bardziej zadarła nos i poszła do matki na drugi koniec sali po swoje baletki.

Trzy

Czego żądamy od naszych matek, kiedy jesteśmy dziećmi? Całkowitego oddania.

No tak, to bardzo ładnie, racjonalnie i przyzwoicie twierdzić, że kobieta ma pełne prawo do własnego życia, zaspokajania ambicji, potrzeb i tak dalej – chociaż tego właśnie domagałam się zawsze dla siebie – jednak kiedy jesteśmy dziećmi, wszystko wygląda inaczej. Prawda jest taka, że to wojna na wyniszczenie, rozsądek nie ma z tym nic wspólnego, nic a nic, od matki żąda się, by raz na zawsze przyznała, że jest naszą matką, tylko i wyłącznie naszą, a jej własna walka już się skończyła. Musi złożyć broń i się poddać. Jeśli tego nie zrobi, wtedy zaczyna się prawdziwa batalia. Dopiero gdy dorosłam, zaczęłam ją naprawdę podziwiać – zwłaszcza pod koniec jej życia, kiedy tak cierpiała – za to, jak wyrwała pazurami kawałek tego świata dla siebie. Gdy byłam mała, jej niechęć, by mi się podporządkować, raniła mnie i deprymowała, zwłaszcza że nie trafiały do mnie argumenty, dlaczego tak postępuje. Byłam jej jedynym dzieckiem, nie pracowała – jeszcze nie wtedy – i prawie nie utrzymywała kontaktów z resztą rodziny. Według mnie miała mnóstwo wolnego czasu. A pomimo to nie chciała mi się całkowicie podporządkować! Od najmłodszych lat odnosiłam wrażenie, że próbuje uciec – ode mnie, od roli matki. Współczułam ojcu. Był jeszcze dość młodym człowiekiem, kochał ją, pragnął mieć więcej dzieci – codziennie się o to sprzeczali – lecz w tej kwestii, podobnie jak w innych, nie chciała ustąpić. Jej własna matka urodziła siedmioro, a babka jedenaścioro. Nie miała zamiaru iść w ich ślady. Uważała, że ojciec w ten sposób próbuje ją uwięzić, i w zasadzie miała rację, chociaż w tym wypadku słowo „uwięzić” oznaczało miłość. Jak on ją kochał! Bardziej, niż mogła lub chciała sobie wyobrazić. Zawsze żyła we własnym świecie przekonana, że wszyscy czują dokładnie to co ona. Kiedy więc zaczęła – najpierw powoli, a później coraz szybciej – przerastać ojca intelektualnie i duchowo, zakładała, że i on podobnie się rozwija. Ale tata był taki jak dawniej. Opiekował się mną, kochał ją i starał się jej dorównać, czytał Manifest komunistyczny na swój powolny, skrupulatny sposób. „Niektórzy ludzie nie rozstają się z Biblią – powiedział mi z dumą. – To jest moja biblia”. Takie słowa mogły robić wrażenie – i miały zaimponować matce – ale zdążyłam już zauważyć, że czytał wyłącznie tę książkę, żadnych innych, zabierał ją na wszystkie zajęcia baletowe, a mimo to nie zdołał dobrnąć dalej niż do dwudziestej strony. Biorąc pod uwagę, w jakich okolicznościach się poznali, był to romantyczny gest: spotkali się po raz pierwszy w Dollis Hill na mityngu trockistowskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. Nawet to było swego rodzaju nieporozumieniem, bo ojciec zjawił się tam w poszukiwaniu ładnych lewicowych i niereligijnych dziewczyn w minispódniczkach, a matka przyszła dla Karola Marksa. Moje dzieciństwo przypadło na czasy, kiedy ta przepaść zaczynała się pogłębiać. Obserwowałam, jak matka, prawdziwy samouk, szybko i bez wysiłku przerasta ojca. Półki w naszym salonie – które on zbudował – wypełniały książki z tanich antykwariatów, skrypty kursów samokształcenia, tomy poświęcone polityce, historii, problematyce rasowej i gender. „Te wszystkie izmy”, jak określał je mój ojciec, kiedy jakiś sąsiad wpadał z wizytą i oglądał ten dziwny zbiór.

Sobota była dla matki „dniem wolnym”. Wolnym od czego? Od nas. Musiała poczytać o swoich izmach. Kiedy ojciec odbierał mnie po skończonych lekcjach tańca, trzeba było czymś się zająć, dokądś pójść, nie mogliśmy wrócić do domu przed kolacją. Jeździliśmy więc autobusem z wieloma przesiadkami (traktowaliśmy to nieomal jak rytuał) na południe miasta, daleko za rzekę, do wujka Lamberta, brata matki i powiernika ojca. Najstarszy z rodzeństwa, był jedynym krewnym mamy, którego poznałam. Wychował moją matkę i resztę jej braci i sióstr na starej wyspie, kiedy ich matka wyemigrowała do Anglii, żeby pracować jako sprzątaczka w domu opieki. Wiedział, z czym ojciec musi się zmagać.

– Ustępuję jej – skarżył mu się ojciec pewnego dnia w środku lata – ale ona tego nie docenia!

– Nicz sze nie da zrobicz. Zawsze taka była.

Spacerowałam w ogrodzie, pomiędzy krzakami pomidorów. To była działka uprawna, nie siano tam niczego dla ozdoby, nie hodowano roślin, by je podziwiać, wszystko było jadalne i rosło na długich, równych grządkach, a łodygi podwiązywano do bambusowych tyczek. Na końcu stał wychodek, ostatni, jaki widziałam w Anglii. Wujek Lambert i ojciec na leżakach palili marihuanę. Byli starymi przyjaciółmi – wujek był jedyną oprócz moich rodziców osobą uwiecznioną na ich ślubnej fotografii – i łączyła ich praca: Lambert był listonoszem, a ojciec kierownikiem biura przesyłek Poczty Królewskiej. Cechowało ich podobne, podszyte ironią poczucie humoru, nie mieli za grosz ambicji, co w obu przypadkach matka oceniała negatywnie. Kiedy palili i narzekali na matkę, zanurzałam ręce w pnączach pomidorów i owijałam je sobie wokół przegubów. Większość roślin wujka wydawała mi się groźna, były dwa razy wyższe ode mnie. Wszystko, co uprawiał, rosło gwałtownie: gąszcz winorośli, bujna trawa i nieprzyzwoicie nabrzmiałe dyniowate tykwy. Ziemia w południowym Londynie jest lepszej jakości – w północnym jest za bardzo gliniasta – jednak wtedy o tym nie wiedziałam i mieszało mi się w głowie: myślałam, że kiedy przychodzę do Lamberta, odwiedzam Jamajkę, jego ogród był dla mnie jak ta wyspa, pachniał podobnie jak ona, jadało się tam lody kokosowe i nawet teraz w moich wspomnieniach na działce wujka zawsze jest gorąco, chce mi się pić i przerażają mnie owady. Parcela była długa i wąska, skierowana na południe, a wychodek przylegał do ogrodzenia po prawej stronie, więc słońce zachodziło dokładnie za nim i wydawało się wtedy, że promienie prześwitujące przez deski marszczą otaczające je powietrze. Bardzo chciałam skorzystać z toalety, ale postanowiłam wytrzymać, dopóki nie wrócimy do północnego Londynu, bo bałam się tego wychodka. Miał drewnianą podłogę, w szparach rosły różne zielska, kłująca trawa, osty i dmuchawce, które brudziły kolana, gdy trzeba było przykucnąć. Pomiędzy ścianami rozciągały się pajęczyny. Ogród stanowił symbol obfitości i rozkładu: pomidory były zbyt dojrzałe, marihuana za mocna, pod każdym liściem kryły się stonogi. Wujek mieszkał sam, a dla mnie pachniało tu śmiercią. Byłam jeszcze mała i dziwiłam się, że tata jedzie całe osiem mil, żeby Lambert go pocieszył, chociaż wujek już wtedy doznawał tego rodzaju opuszczenia, którego ojciec tak bardzo się obawiał.

Zmęczona wędrówką pomiędzy grządkami warzyw, wróciłam przed dom i patrzyłam, jak ci dwaj mężczyźni niezdarnie ukrywają w dłoniach jointy.

– Nudy, czo? – spytał Lambert.

Przyznałam, że tak.

– Dawno temu dom był pełen czeczarni – powiedział – no, ale one tera mają już swoje małe.

Wyobraziłam sobie dzieci w moim wieku, które niańczą niemowlęta: taki los kojarzył mi się z dzielnicami południowego Londynu. Wiedziałam, że matka opuściła rodzinny dom, by uniknąć czegoś takiego, nie chciała, żeby jej córka została „dzieckiem z dzieckiem”, bo powinna nie tylko przetrwać – tak jak ona – ale też odnosić sukcesy i uczyć się wielu niepotrzebnych rzeczy, na przykład stepowania. Ojciec wyciągnął do mnie ręce, a ja wdrapałam mu się na kolana, objęłam dłońmi jego łysinę (szybko się powiększała) i wyczułam cienkie wilgotne pasemka zaczesanych na nią włosów.

– Wstydżysz się, co? Boisz się wujka Lamberta?

Miał przekrwione oczy i takie same piegi jak ja, tylko jego były wypukłe, miłą okrągłą twarz i jasnobrązowe oczy, które rzekomo świadczyły o domieszce chińskiej krwi w rodzinie. A jednak mnie onieśmielał. Matka, która z wyjątkiem świąt Bożego Narodzenia nie widywała Lamberta, z zadziwiającym uporem nalegała, żebyśmy z ojcem go odwiedzali, chociaż ostrzegała, że mamy zachować czujność i nie dać się „wciągnąć”. W co? Okręciłam się wokół ojca i weszłam mu na plecy, obserwowałam długi kosmyk włosów opadający na kark, którego za nic nie chciał obciąć. Chociaż miał dopiero trzydzieści kilka lat, nigdy nie widziałam ojca bez łysiny, nie pamiętałam go z czasów, gdy był blondynem, i nie dane mi było doczekać jego siwizny. Znałam tylko te farbowane na brązowo włosy – brudziły palce, jeśli się ich dotknęło – i prawdziwe źródło ich barwy, niewielką okrągłą puszkę, którą tata zostawiał otwartą na brzegu wanny, z tłustą brązową otoczką wokół krawędzi, prawie pustą, z prześwitującym pośrodku gołym denkiem przypominającym czubek głowy ojca.

– Przydałoby ci się towarzystwo – powiedział z troską w głosie. – Książki są na nic, prawda? Filmy też. Potrzebujesz czegoś prawdziwego.

– Nicz sze nie da zrobicz z tą kobietą. Widżałem już, jak była mała. Ma żelazno wole.

To była prawda. Nic się nie dało z nią zrobić. Kiedy wróciliśmy do domu, oglądała wykład uniwersytetu otwartego, w dłoni miała długopis i kartkę, piękna i pogodna siedziała na sofie z podkurczonymi bosymi stopami. Kiedy się odwróciła, widziałam, że jest poirytowana. Przyjechaliśmy za wcześnie, chciała mieć więcej czasu dla siebie, więcej spokoju i ciszy, by się uczyć. Byliśmy jak barbarzyńcy w świątyni. Studiowała socjologię i nauki polityczne. Nie wiedzieliśmy po co.

Cztery

Jeśli Fred Astaire reprezentował arystokrację, ja byłem przedstawicielem proletariatu – powiedział Gene Kelly, Według tej logiki Bill „Bojangles” Robinson powinien być moim typem tancerza, ponieważ tańczył dla elegantów z Harlemu, dzieciaków z getta i ubogich dzierżawców – dla najrozmaitszych potomków niewolników. Dla mnie jednak tancerze byli ludźmi znikąd, bez rodziny, kraju i narodowości, bez żadnych zobowiązań, i właśnie za to ich kochałam. Reszta, wszystkie te drobiazgi, nie miała znaczenia. Nie obchodziła mnie idiotyczna fabuła filmów, w których grali: operowe qui pro quo, nagła odmiana losów, nieprawdopodobne spotkania i zbiegi okoliczności, wędrowni pieśniarze, pokojówki i kamerdynerzy. Dla mnie był to tylko pretekst do tańca. Akcja filmu to cena, którą trzeba było zapłacić za rytm. „Czy pan już był w miasteczku Chattanuga czu czu?” Każda sylaba odpowiadała określonym tanecznym krokom, ruchom tułowia, głowy i nóg. Na kursach baletu tańczyłyśmy tylko do muzyki klasycznej – „białej muzyki”, jak bez ogródek nazywała ją Tracey – którą panna Isabel przegrywała z radia na kasety. Ledwo rozpoznawałam w tym muzykę, nie potrafiłam uchwycić rytmu i chociaż panna Isabel starała się nam pomóc, odliczając głośno kolejne takty, nie mogłam przypisać tych liczb do fali dźwięków, które wydobywały się ze skrzypiec, ani do gwałtownego grzmotu sekcji dętej. A jednak wiedziałam o czymś, o czym Tracey nie miała pojęcia: przeczuwałam, że coś jest nie w porządku z tym bezwzględnym podziałem na czarną muzykę i białą muzykę, że musi gdzieś istnieć świat, w którym obie się łączą. W filmach i na fotografiach widywałam białych ludzi przy fortepianach, a obok nich czarne piosenkarki. Tak bardzo chciałam być jedną z nich!

Kwadrans po jedenastej, tuż po zajęciach z baletu, w trakcie naszej pierwszej przerwy pan Booth wkraczał do sali ze swoją wielką czarną torbą, podobną do tych, z którymi niegdyś podróżowali wiejscy lekarze, a on nosił w niej swoje nuty. Jeśli byłam wolna – to znaczy, jeśli udało mi się oderwać od Tracey – podbiegałam do niego i gdy powoli sadowił się za pianinem, ustawiałam się obok w pozie, jaką podpatrzyłam na filmach, i prosiłam go, żeby zagrał All of Me, Autum in New York czy 42nd Street. Na lekcjach stepowania wygrywał w kółko kilka tych samych utworów i wtedy musiałam do nich tańczyć, ale podczas przerwy – kiedy reszta osób rozmawiała, jadła i piła – mieliśmy czas dla siebie, więc prosiłam go, by przećwiczył ze mną jakąś piosenkę, i jeśli czułam się skrępowana, śpiewałam cicho zagłuszana przez dźwięki pianina, a jeśli nabierałam odwagi, robiłam to trochę głośniej. Czasami, kiedy śpiewałam, rodzice palący na zewnątrz pod drzewami wiśni przychodzili, by mnie posłuchać, a dziewczynki, które przygotowywały się do zajęć: wkładały trykoty i zawiązywały tasiemki baletek, przerywały swoje czynności i odwracały się, żeby na mnie popatrzeć. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mój głos – jeśli nie śpiewałam za cicho – miał w sobie coś magicznego, przyciągał uwagę. To nie był żaden wielki dar: technicznie byłam słaba, dysponowałam niewielką skalą. Sekret krył się zapewne w emocjach. Wszystko, co odczuwałam, potrafiłam wyrazić jasno i precyzyjnie, umiałam „trafić do słuchaczy”. Z melancholijnych piosenek wydobywałam smutek, z pogodnych radość. Kiedy nadszedł czas „występów” na egzaminie, nauczyłam się już używać głosu w celu odwrócenia uwagi, jak magik, który sprawia, że patrzy się na jego usta, a nie na ręce. Lecz nie oszukałam Tracey. Kiedy schodziłam ze sceny, widziałam, że stoi za kulisami, zakłada ręce na piersi i zadziera nos. Pomimo że zawsze górowała nad wszystkimi, a tablica korkowa w kuchni jej matki była ciężka od złotych medali, nigdy nie miała dosyć, chciała złota także i w „mojej” kategorii – w śpiewie i tańcu – chociaż okropnie fałszowała. Trudno to było zrozumieć. Gdybym ja tańczyła tak jak Tracey, nie pragnęłabym już niczego innego. Niektóre dziewczynki świetnie poruszały nogami, inne biodrami albo swoimi małymi tyłeczkami, ale ona miała wyczucie rytmu w każdym ścięgnie, pewnie nawet w każdej komórce ciała. Jej ruchy były precyzyjne i eleganckie, mogłyśmy tylko marzyć o czymś takim, potrafiła dopasować się do każdego, nawet najbardziej złożonego, metrum. Można jej zarzucić, że bywała zbyt pedantyczna, że brakowało jej kreatywności czy artystycznej duszy. Jednak nikt nie mógł jej wypomnieć braku techniki. Byłam – i jestem – pełna podziwu dla jej sprawności. Zawsze wiedziała, co i kiedy zrobić.

Pięć

Koniec lata, niedziela. Stałam na balkonie i obserwowałam kilka dziewczyn z naszego piętra, które w takt rymowanek bawiły się skakankami przy śmietniku. Usłyszałam, że woła mnie matka. Wychyliłam się i zobaczyłam, jak wchodzi na nasze osiedle razem z panną Isabel. Pomachałam im, matka podniosła głowę i krzyknęła: „Nie ruszaj się stamtąd!”. Nigdy nie widziałam jej z panną Isabel poza salą zajęć i nawet z takiej odległości mogłam się domyślać, że nauczycielka tańca daje się wciągnąć w jakąś podejrzaną intrygę. Chciałam pójść naradzić się z ojcem, który malował ścianę w salonie, ale wiedziałam, że matka, tak miła dla obcych, porywczo traktuje swoich bliskich i słowa: „Nie ruszaj się stamtąd!”, należy rozumieć dosłownie. Patrzyłam, jak ta dziwna para przemierza podwórze i wchodzi na klatkę schodową, a w szybach przeciwległego budynku odbijają się rozproszone żółcienie, róże i mahoniowe brązy. Tymczasem dziewczyny przy śmietniku zaczęły kręcić skakankami w przeciwną stronę, nowa zawodniczka dzielnie wskoczyła pomiędzy wirujące pętle i zainicjowała kolejną rymowankę – o małpie, która się udławiła.

Kiedy matka wreszcie stanęła przy mnie, obejrzała mnie dokładnie – miała zagadkowy wyraz twarzy – i powiedziała:

– Zdejmij buty.

– Nie musimy tego robić od razu – szepnęła panna Isabel.

Matka odparła:

– Im szybciej, tym lepiej.

Zniknęła w mieszkaniu, po czym wróciła z dużą torbą mąki i rozsypała ją na balkonie, który już po chwili wyglądał tak, jakby pokryła go cienka warstwa świeżego śniegu. Miałam przejść po nim na bosaka. Pomyślałam o Tracey. Zastanawiałam się, czy panna Isabel odwiedza po kolei wszystkie dziewczynki. Tyle mąki, co za marnotrawstwo! Panna Isabel przykucnęła, by obserwować moje kroki. Matka oparła się łokciami o barierkę, w kąciku ust miała papierosa, a na włosach beret, jakby takie nakrycie głowy było czymś zupełnie naturalnym. Zerkała na mnie ironicznie spod oka. Przeszłam przez balkon, odwróciłam się i spojrzałam na swoje ślady.

– No tak, teraz wiemy, na czym stoimy – powiedziała panna Isabel.

Co to miało znaczyć, na czym niby stoimy? Na płaskich stopach. Nauczycielka zdjęła pantofel i dla porównania odcisnęła swoją stopę obok mojego śladu: u niej widoczne były tylko palce, kłąb palucha i pięta, a u mnie cała płaska stopa. Matka z zainteresowaniem oglądała rezultat tej próby. Panna Isabel dostrzegła moją minę i powiedziała:

– Baletnica musi mieć wysokie sklepienie, to prawda, ale z płaskostopiem można stepować, oczywiście, że można.

Nie za bardzo jej wierzyłam, ale pomyślałam, że to miłe z jej strony, i uchwyciłam się tych słów, nadal chodziłam na kurs tańca, spędzałam mnóstwo czasu z Tracey i dopiero później oświeciło mnie, że temu właśnie chciała zapobiec matka. Stwierdziła, że skoro uczymy się w różnych szkołach w różnych dzielnicach, tylko lekcje tańca umożliwiają nam kontakt, lecz przecież kiedy nadeszło lato i zajęcia się skończyły, nie miało to znaczenia, stawałyśmy się sobie coraz bliższe i w sierpniu spotykałyśmy się już prawie każdego dnia. Z balkonów widziałyśmy nasze osiedla, nie musiałyśmy do siebie dzwonić ani specjalnie się umawiać i chociaż nasze matki witały się na ulicy zdawkowo i ozięble, bez przerwy odwiedzałyśmy się nawzajem.

Sześć

W każdym z mieszkań zachowywałyśmy się inaczej. U Tracey bawiłyśmy się i wypróbowywałyśmy nowe zabawki – ich dostawy zdawały się nie mieć końca. Katalog wysyłkowego sklepu Argos, z którego mogłam wybrać trzy niedrogie prezenty na Gwiazdkę i jeden na urodziny, był dla Tracey codzienną lekturą, przeglądała go z nabożną czcią, zakreślała to, na co miała ochotę, często w mojej obecności, używając przeznaczonego specjalnie do tego celu małego długopisu z czerwonym wkładem. Jej sypialnia była dla mnie objawieniem, zmieniła wszystko, co do tej pory myślałam o naszej rzekomo identycznej sytuacji. Było tam łóżko w kształcie różowego kabrioletu Barbie, firanki ozdobione falbankami, białe lśniące szafki, a dywan na środku pokoju wyglądał tak, jakby Święty Mikołaj opróżnił tam cały swój worek. Dosłownie brodziło się w zabawkach. Stare i zniszczone, tworzyły coś w rodzaju fundamentów, na nich umieszczano nowe partie zakupów, które przypominały kolejne warstwy archeologicznych wykopalisk, odpowiadające mniej więcej temu, co w danym okresie reklamowano w telewizji. Tego lata panowała moda na sikające lalki. Poiło się je wodą, a one sikały. Tracey miała kilka modeli tego oszałamiającego wynalazku i przydzielała im różne dramatyczne role. Czasami biła lalkę, bo się zmoczyła. Innym razem sadzała ją w kącie, nagą i zawstydzoną, z wypiętym małym tyłeczkiem. My dwie odgrywałyśmy rodziców nieszczęsnego dziecka, a w kwestiach, które Tracey mi podsuwała, czasami pobrzmiewało dziwne, niepokojące echo jej domowego życia, a może oglądanych przez nią z pasją oper mydlanych – nie byłam pewna.

– Twoja kolej. Powiedz: „Ty szmato, to nawet nie jest mój dzieciak! Czy to moja wina, że się zsikała?”. Zaczynaj, teraz twoja kolej!

– Ty szmato, to nawet nie jest moja córka! Czy to moja wina, że się zsikała?

– Słuchaj, człowieku, ty się nią zajmij! Zobaczymy, jak sobie poradzisz! A teraz ty: „Jeszcze czego, słonko!”.

Pewnej soboty z obawą wspomniałam matce o sikającej lalce, uważając, żeby mówić „siusia”, a nie „sika”. Matka właśnie się uczyła. Podniosła głowę znad książek, w jej spojrzeniu zobaczyłam mieszaninę niedowierzania i odrazy.

– Tracey ma taką lalkę?

– Ma cztery.

– Chodź tu na chwilę.

Przytuliła mnie i poczułam na policzkach skórę jej piersi, jędrną i ciepłą, pulsującą energią, jakby we wnętrzu matki siedziała inna, pełna wdzięku młoda kobieta i starała się wydostać na zewnątrz. Matka ostatnio zapuszczała włosy i zrobiła sobie nową fryzurę: splotła je z tyłu w oszałamiający kok przypominający wielką muszlę, jakby nosiła na głowie rzeźbę.

– Wiesz, o czym teraz czytam?

– Nie.

– Czytam o Sankofie. Wiesz, co to jest?

– Nie.

– To ptak, który ogląda się za siebie, o tak. – Przekręciła piękną głowę w tył tak mocno, jak potrafiła. – Pochodzi z Afryki. Patrzy w przeszłość i w ten sposób uczy się na błędach. Niektórzy ludzie tego nie potrafią.

Ojciec siedział w maleńkiej kuchni, gotował w milczeniu – był naszym kucharzem – i te słowa były przeznaczone dla niego, miał je usłyszeć. Rodzice kłócili się teraz tak zażarcie, że często bywałam jedynym przekaźnikiem informacji pomiędzy nimi, czasem napastliwych – „Wyjaśnij swojej matce” albo „Powiedz ojcu ode mnie” – a czasem właśnie takich subtelnych, podszytych ironią.

– Och – powiedziałam. Nie widziałam związku pomiędzy Sankofą a sikającą lalką. Wiedziałam, że matka ma zamiar, a przynajmniej stara się, zostać „intelektualistką”, ponieważ ojciec często używał tego słowa jako obelgi podczas ich sprzeczek. Tak naprawdę nie rozumiałam, co to znaczy, poza tym że intelektualistka to ktoś, kto studiuje na uniwersytecie otwartym, nosi berety, często używa zwrotu „Anioł Historii”, wzdycha, kiedy rodzina chce oglądać telewizję w sobotni wieczór, i dyskutuje z trockistami z Kilburn High Road, chociaż wszyscy na ich widok przechodzą na drugą stronę ulicy. Dla mnie główną konsekwencją jej przemiany był ten nowy, zagadkowy i wymijający sposób, w jaki ze mną rozmawiała. Rzucała trudne do zrozumienia żarty, jakby chciała rozbawić samą siebie albo zdenerwować ojca.

– Kiedy jesteś z tą dziewczynką – wyjaśniła – grzeczność nakazuje, abyś się z nią bawiła, pamiętaj jednak, że została wychowana inaczej niż ty, prezenty są wszystkim, co posiada. Ja chcę cię nauczyć czegoś innego, nie zapominaj o tym. Te głupie zajęcia baletowe są dla niej całym światem. To nie jej wina, to wpływ domu. Jesteś mądra. Nie ma znaczenia, że masz płaskostopie, bo jesteś bystra, wiesz, skąd pochodzisz i dokąd zmierzasz.

Skinęłam głową. Słyszałam, jak ojciec ostentacyjnie hałasuje patelnią.

– Nie zapomnisz tego, co ci powiedziałam?

Obiecałam, że nie.

W naszym mieszkaniu nie było lalek, więc kiedy przychodziła Tracey, byłyśmy zmuszone bawić się inaczej. Pisałyśmy z zapałem w żółtych liniowanych brulionach formatu A4, które ojciec przynosił z pracy. To był nasz wspólny projekt. Tracey z powodu dysleksji – chociaż w tamtych czasach nie używaliśmy jeszcze tego słowa – wolała dyktować, a ja próbowałam nadążyć za melodramatycznymi zwrotami akcji, które bez wysiłku rodziły się w jej głowie. W prawie wszystkich naszych historiach pojawiała się okrutna rozkapryszona primabalerina z „Oksford Street”, która w ostatniej chwili przed premierą łamie nogę, co pozwala naszej dzielnej głównej bohaterce – najczęściej skromnej garderobianej lub pokornej sprzątaczce z teatru – przejąć jej rolę i uratować przedstawienie. Zauważyłam, że te odważne dziewczyny zawsze były blondynkami, miały „jedwabiste” włosy i wielkie niebieskie oczy. Kiedy raz spróbowałam napisać „brązowe oczy”, Tracey zabrała mi długopis i zamazała to określenie. W trakcie pisania leżałyśmy na brzuchach w moim pokoju, a gdy matka zaglądała tam i widziała nas rozciągnięte na podłodze, były to jedyne chwile, kiedy patrzyła na Tracey z odrobiną czułości. Korzystałam z tych przebłysków sympatii, by wywalczyć kolejne ustępstwa na rzecz przyjaciółki – Czy Tracey może zostać na podwieczorek? Czy Tracey będzie mogła u nas przenocować? – chociaż wiedziałam, że jeśli matka posiedzi z nami dłużej i poczyta nasze żółte bruliony, już nigdy nie wpuści mojej koleżanki do mieszkania. W kilku historiach afrykańscy mężczyźni „czaili się w mroku” z żelaznymi prętami, żeby połamać kolana białych jak lilie tancerek; w jednej opowieści primabalerina ukrywała straszliwą tajemnicę: była „mieszańcem”, a ja bałam się zapisać to słowo, bo z doświadczenia wiedziałam, w jaką furię wprawia matkę. Chociaż odczuwałam zażenowanie związane z tymi drobiazgami, było ono niczym w porównaniu z przyjemnością, jaką czerpałam z naszej współpracy. Historie Tracey urzekały mnie, byłam zauroczona odwlekaniem finału w nieskończoność, czego przyjaciółka prawdopodobnie nauczyła się podczas oglądania oper mydlanych lub w trakcie trudnych lekcji, jakich nie szczędziło jej życie. Kiedy już spodziewałam się szczęśliwego zakończenia, znajdowała jakiś cudowny sposób, by je udaremnić, albo zmieniała bieg akcji tak, że moment spełnienia – a dla nas obu wyznaczała go chwila, kiedy publiczność zrywała się z miejsc do owacji – nigdy nie nadchodził. Szkoda, że nie mam już tych brulionów. Z tysięcy słów o tancerkach uwikłanych w przeróżne niebezpieczeństwa zapamiętałam tylko jedno zdanie: Tiffany wspięła się na palce, by pocałować swego księcia, och, jakże seksownie wyglądała na puentach, ale w tym momencie kula przeszyła jej udo.

Siedem

Na jesieni Tracey wróciła do szkoły dla dziewcząt w Neasden, gdzie prawie wszystkie uczennice były Hinduskami albo Pakistankami, no i były rozwydrzone: widywałam starsze z nich na przystanku autobusowym w odpowiednio dostosowanych mundurkach – rozpiętych bluzkach, podciągniętych spódnicach – jak wykrzykiwały sprośne teksty do przechodzących białych chłopaków. To było miejsce dla twardzielek, często zdarzały się tam bójki. Moja szkoła w Willesden była bardziej umiarkowana i mieszana: połowa czarnych, jedna czwarta białych, a reszta z Azji Południowej. Wśród czarnych co najmniej jedną trzecią stanowili „mieszańcy”, mniejszość wśród mniejszości, chociaż muszę przyznać, że ich widok mnie irytował. Chciałam wierzyć, że Tracey jest dla mnie jak siostra, że łączy nas pokrewieństwo dusz i oprócz siebie nie mamy nikogo innego na świecie, dlatego tak bardzo się potrzebujemy. Nie mogłam jednak udawać, że nie dostrzegam dzieci, do których towarzystwa matka zachęcała mnie podczas wakacji, dziewczynek z podobnych jak my środowisk, ale – jak twierdziła mama – o „szerszych horyzontach”. Na przykład Tasha, pół Gujanka, pół Tamilka, której ojciec był prawdziwym Tamilskim Tygrysem, co bardzo imponowało matce i w związku z tym utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie chcę już mieć nic wspólnego z tą dziewczynką. Albo Irie z wystającymi zębami, klasowa prymuska, której rodzina była w podobnej sytuacji do naszej, lecz wyprowadziła się z osiedla i mieszkała teraz w eleganckim mieszkaniu na Willesden Green. No i Anoushka – z ojcem z Saint Lucii, a matką Rosjanką – której wujek, jak utrzymywała moja mama, był „najważniejszym poetą rewolucyjnym na Karaibach”, chociaż prawie każde słowo tej rekomendacji było dla mnie niezrozumiałe. Nie zaprzątałam sobie głowy szkołą ani ludźmi, których tam spotykałam. Na boisku wciskałam pinezki w podeszwy butów i czasem przez całą półgodzinną przerwę tańczyłam sama zadowolona, że nie mam żadnych przyjaciółek. A kiedy wracaliśmy do domu – matka przychodziła później i jej władza jeszcze mnie nie obejmowała – odkładałam tornister, zostawiałam ojca w kuchni (musiał przygotować obiad), biegłam prosto do Tracey i razem na balkonie ćwiczyłyśmy stepowanie, po czym zjadałyśmy po miseczce przypominającego ptasie mleczko deseru Angel Delight, który dla mamy „nie był jedzeniem”, według mnie zaś był pyszny. Kiedy znów pojawiałam się w domu, kłótnia rodziców – zupełnie nie potrafili się teraz dogadać – trwała już w najlepsze. Ojciec skupiał się na drobnych domowych sprawach: kto ostatnio odkurzał, kto zrobił lub powinien zrobić pranie. Matka ripostowała, posługując się zupełnie innymi argumentami: mówiła o potrzebie rewolucyjnej świadomości lub relatywnie małym znaczeniu seksu w porównaniu z walką klasową albo o dziedzictwie niewolnictwa, które zatruwa serca i umysły młodych ludzi, i tak dalej. Ukończyła już kursy szkoły średniej i zapisała się na Politechnikę Middlesex w londyńskiej dzielnicy Hendon, teraz więc zupełnie nie byliśmy w stanie za nią nadążyć, ciągle sprawialiśmy jej zawód, musiała nam wyjaśniać znaczenie skomplikowanych terminów, jakich używała.

U Tracey podniesione głosy dobiegały jedynie z telewizora. Wiedziałam, że powinnam jej współczuć z powodu braku ojca – była to plaga, która nękała większość moich sąsiadów – i być wdzięczna za oboje moich rodziców (którzy na dodatek byli małżeństwem), ale kiedy siadałam na wielkiej białej skórzanej kanapie z miseczką Angel Delight i oglądałam Paradę wielkanocną z Fredem Astairem i Judy Graland albo nagrodzone Oscarami Czerwone trzewiki – matka Tracey tolerowała tylko stare musicale w technikolorze – nie mogłam nie dostrzec spokoju, jaki panował w tym małym kobiecym mieszkanku. W domu Tracey już dawno pogodzono się z brakiem mężczyzny: wcześniej i tak nie mogły na niego liczyć, bo prawie nigdy nie bywał w domu. Nikogo tu nie dziwiło, że ojciec Tracey nie wznieca rewolucji ani w ogóle niczego nie robi. A jednak moja koleżanka pozostawała wierna jego pamięci i chociaż ją opuścił, była gotowa go bronić, bardziej niż ja mojego taty, który poświęcał mi tyle uwagi. Za każdym razem kiedy jej matka mówiła o nim źle, Tracey zabierała mnie do swojego pokoju albo w inne ustronne miejsce i szybko przerabiała słowa matki na własną wersję: ojciec nie odszedł, no jasne, że nie, był po prostu zajęty, ponieważ wchodził w skład zespołu tanecznego Michaela Jacksona. Niewielu ludzi potrafiło nadążyć w tańcu za Michaelem – właściwie nikt, no, może ze dwudziestu tancerzy na świecie. Jednym z nich był ojciec Tracey. Nawet nie musiał kończyć swojego przesłuchania – od razu się zorientowali, jaki jest dobry. Dlatego prawie nie pokazywał się w domu: przebywał na niekończącym się tournée. W Londynie miał się pojawić na przyszłe Boże Narodzenie, kiedy Michael będzie występował na Wembley. W pogodne dni widziałyśmy ten stadion z balkonu Tracey. Trudno mi dziś powiedzieć, w jakim stopniu wierzyłam w te opowieści – niewątpliwie musiałam słyszeć, że Michael Jackson uwolnił się wreszcie od swojej rodziny i tańczy sam – ale podobnie jak Tracey, nigdy nie poruszałam tego tematu w obecności jej matki. Pewnie w głębi duszy uważałam to jednocześnie za prawdę i kłamstwo, bo chyba tylko dzieci są zdolne pogodzić takie sprzeczne fakty.

Osiem

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Swing Time

Copyright © Zadie Smith 2016

Projekt okładki oryginalnej

gray318

Projekt polskiej wersji okładki

Monika Klimowska

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Redakcja

Anna Skucińska

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Barbara Wójcik

Copyright © for the translation by Tomasz Kłoszewski

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-5031-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Swing Time Białe zęby Lost and Found. Opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej