Dziesięć tysięcy słońc nad tobą

Dziesięć tysięcy słońc nad tobą

Autorzy: Grey Claudia

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 24.75 zł

 

 

Drugi tom trylogii Firebird Claudii Grey – bestsellerowej autorki New York Timesa

DZIESIĘĆ TYSIĘCY ŚWIATÓW

DZIESIĘĆ TYSIĘCY WROGÓW

JEDNA MIŁOŚĆ

Niezwykła podróż po złożonych wszechświatach, gdzie los jest nieunikniony, prawda nieuchwytna, zaś miłość pozostaje największą z tajemnic.

 

Marguerite Caine wyruszyła w podróż do innych wymiarów za pomocą Firebirda – genialnego wynalazku jej rodziców, jej chłopaka Paula i ich przyjaciela Theo. Zwróciła jednak także uwagę wrogów, gotowych porywać, szantażować lub nawet zabijać ludzi, by wykorzystać Firebirda do swoich celów.

Gdy dusza Paula zostaje rozszczepiona na cztery odłamki, uwięzione w jego wersjach z innych wymiarów, Marguerite gotowa jest zrobić wszystko i udać się w każde miejsce, by go ocalić. Ale cena za jego bezpieczny powrót jest wysoka. Jeśli nie zniszczy dzieła życia swoich rodziców w innych wszechświatach, Paul przepadnie na zawsze.

Marguerite, nie chcąc poświęcać swojej rodziny, prosi o pomoc sprytnego Theo. We dwoje układają plan uratowania Paula, ale aby odnieść sukces, muszą przechytrzyć geniusza i zaryzykować nie tylko własnym życiem, ale także życiem ich odpowiedników w innych wymiarach.

Ta misja zaprowadzi ich do najbardziej niebezpiecznych z poznanych dotychczas wszechświatów: do zniszczonego przez wojnę San Francisco, do kryminalnego półświatka Nowego Jorku, a nawet do pełnego świateł Paryża, gdzie inna Marguerite skrywa szokujący sekret. Każdy skok przybliża Marguerite do uratowania Paula – ale ta podróż odsłania mroczną prawdę, nakazującą zwątpić w jedyną rzecz, jaka wydawała się niezmienna w każdym świecie: łączącą ich miłość.

 

Tytuł oryginału: Ten Thousand Skies Above You

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Ewa Mościcka, Elżbieta Śmigielska

Copyright © 2015 by Amy Vincent

Jacketws art © 2015 by Craig Shields

Jacket design by Sarah Creech

Typografia w języku polskim Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-623-9

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Rozdział pierwszy

Podczas mojej pierwszej podróży do innego wymiaru zamierzałam odebrać komuś życie. Teraz starałam się je ocalić.

Ale nie mogło mi się to udać, jeśli sama się nie uratuję. W tym momencie biegłam krętymi uliczkami średniowiecznego Rzymu i starałam się uniknąć spalenia na stosie.

Witamy w ekscytującym świecie podróży po alternatywnych rzeczywistościach.

– To córka czarowników! – krzyknęła jakaś kobieta. – Ma ze sobą ich czarnoksięskie narzędzia! – Jej głos odbijał się echem od bruku, podobnie jak szydercze wrzaski otaczającego ją tłumu. Część osób niosło płonące pochodnie, by łatwiej ścigać mnie w ciemnościach nocy.

Moi rodzice byli naukowcami, nie czarownikami. Najwyraźniej w tym wszechświecie nikomu nie robiło to różnicy.

To, co niosłam w kieszeni płaszcza, opończy czy jak tam nazwiecie, ten bezkształtny czerwony worek, nie miało nic wspólnego z czarnoksięstwem. To była luneta, bardzo prymitywny rodzaj teleskopu. Piętnastocentymetrowy przedmiot wyglądający jak rekwizyt do steampunkowego cosplayu: obudowa z szylkretu, brązowe okucia, ręcznie szlifowane soczewki. Ale ów przyrząd miał szansę wyciągnąć ten wymiar z wieków ciemnych – o ile wcześniej nie doprowadzi do śmierci całej mojej rodziny.

Zadyszana skręcałam raz za razem w kolejne ulice, nie zwracając uwagi na to, dokąd biegnę. Ostatecznie i tak nie miałam pojęcia, gdzie właściwie jestem. Kiedy przeskakuję do moich innych wersji – innych Marguerite, żyjących w równoległych wymiarach – nie mam dostępu do ich pamięci. Zachowuję część ich wiedzy i umiejętności, ale tylko tych na głębszym, nie do końca świadomym poziomie. Mogłam jedynie pomarzyć o informacji, gdzie właściwie jestem w tej wersji Rzymu.

Wiedziałam na pewno, że muszę uciekać. Znalezienie Zamku Świętego Anioła – i Paula, który powinien tam być – cóż, to musiało zaczekać, aż będę bezpieczna.

Oczywiście mogłam w każdej chwili uciec z tego wymiaru dzięki ciężkiemu wisiorowi na szyi. Dla każdego w tym świecie i prawie każdego w naszym wyglądałby on najwyżej jak duży, bardzo misternie zrobiony medalion – o ile w ogóle zostałby zauważony, co wydawało się mało prawdopodobne.

To nie był jakiś tam naszyjnik. To rzecz nienależąca do tej rzeczywistości – Firebird.

Firebird – jedyne w swoim rodzaju urządzenie pozwalające ludzkiej świadomości podróżować między wymiarami. Wynalazek mojej matki, doktor Sophii Kovalenki, przy współpracy mojego ojca, doktora Henry’ego Caine’a. Przedmiot mogący błyskawicznie i całkowicie przenieść mój umysł z tego wszechświata i odesłać mnie do własnego ciała, własnego domu, w bezpieczne miejsce. Nawet teraz, kiedy biegłam przez alternatywny Rzym w sięgającej do kostek wełnianej sukni i płaszczu, a moje sztywne buty ślizgały się na mokrych od deszczu kocich łbach, ściskałam Firebirda w ręce. Jeślibym go zgubiła, byłoby po mnie.

Ale nie zamierzałam stąd zniknąć. Nie mogłam opuścić tego wymiaru, dopóki nie zrobię tego, po co tu przybyłam.

Muszę uratować Paula Markova.

Po kilku kolejnych zakrętach w mrocznych zaułkach udało mi się w końcu zgubić ścigający mnie tłum. Chociaż nadal słyszałam w oddali pomruki i okrzyki, miałam teraz chwilę na złapanie oddechu. Gwałtowne uderzenia mojego serca zaczęły zwalniać. Opierałam się o ścianę w kolorze terakoty, a jedynym źródłem światła były latarnie i świece widoczne przez pozbawione szyb okna. A także, oczywiście, gwiazdy. Popatrzyłam w górę, na moment oszołomiona tym, o ile więcej gwiazd można zobaczyć na niebie nieskażonym sztucznym oświetleniem.

Widok wokół mnie mógłby się znaleźć na każdym z setek wczesnych włoskich obrazów, jakie oglądałam. To był świat bez elektryczności, gdzie po zmroku tylko ogień oświetlał ludziom drogę. W oddali turkotał wózek ciągnięty przez osła i załadowany workami czegoś, prawdopodobnie zboża. Mniejsza już o Wi-Fi, tablety czy samoloty – ten świat całe wieki dzieliły nawet od maszyny parowej. Nie oznaczało to jednak, że przeniosłam się w przeszłość. Firebirdy tego nie potrafiły. Po prostu niektóre wymiary rozwijały się szybciej, a inne wolniej. Odwiedziłam już futurystyczny świat, gdzie ludzie rozmawiali za pośrednictwem hologramów i podróżowali pojazdami latającymi. Znalezienie się w świecie, gdzie wciąż kwitł Renesans, było tylko kwestią czasu.

Ten Renesans różnił się jednak nieco od naszego – ubrania przypominały mi bardziej dziesiąty lub jedenasty wiek, a z kolei wynaleziony przez moich rodziców teleskop pojawił się w naszym świecie o wiele później. Z jakiegoś powodu nie było tu tradycyjnego podziału ról na męskie i kobiece, a właściwie żadnego widocznego podziału ról płciowych. Księdzem, który wskazał mnie jako cel tłumowi, była kobieta. Później będę wiwatować na cześć równości.

Mężczyzna, z którym rozmawiałam, powiedział mi, że znajdę Paula Markova z Rosji w Zamku Świętego Anioła. Wyobrażałam sobie Paula skutego w zamkowych lochach, pobitego lub torturowanego, i chciało mi się płakać.

Nie miałam czasu na łzy. Paul mnie potrzebował. Płakać będę mogła później.

A kiedy już zajmę się wszystkim innym, policzę się z Wyattem Conleyem.

Gniewne pomruki tłumu ucichły. Gdzie się teraz znalazłam? Otaczały mnie ciemne, kręte uliczki oraz labirynt budynków pełnych ludzi, którym nie mogłam ufać. Powiedzieli, że Zamek Świętego Anioła jest w zachodniej części miasta, ale w którą stronę był zachód? Bez słońca pozwalającego to oszacować, nie miałam pojęcia, dokąd powinnam iść. Mimo to musiałam od czegoś zacząć. Jeszcze jeden głęboki oddech i ruszyłam wąskim zaułkiem, prowadzącym do szerszej, na oko pustej ulicy…

…i zachłysnęłam się z przerażenia, gdy na moim ramieniu zacisnęła się czyjaś ręka.

– Nie tędy – wyszeptała kobieta. Zobaczyłam, że musi być szlachetnie urodzona, a jej twarz zasłaniał kaptur płaszcza z niebieskiego aksamitu. – Mogą się zgromadzić przy Panteonie.

Nie wiedziałam, co to jest, ale skoro tłum się tam kierował, postanowiłam pójść w inną stronę.

– Dziękuję.

(Powyższa konwersacja nie została przytoczona dosłownie. Zarówno moja nowa znajoma, jak i ja sama mówiłyśmy w języku będącym albo późną formą łaciny, albo wczesną odmianą włoskiego. Nie wiem, jak należałoby go nazwać, ale dzięki głęboko zakorzenionej wiedzy Marguerite z tego świata, potrafiłam się nim posługiwać).

– Twoi rodzice prowadzą nas do oświecenia – oznajmiła cicho arystokratka. – Inni boją się tego, czego nie rozumieją.

Podeszła bliżej na tyle, by jej twarz stała się widoczna w słabym świetle – gęste złociste włosy, mocno zarysowana szczęka – a ja mogłam tylko otworzyć usta ze zdziwienia na jej widok.

Spotkałyśmy się już wcześniej.

Nazywała się Romola. Nawet jeśli słyszałam kiedyś jej nazwisko, nie pamiętałam go. Poznałam ją w pierwszym alternatywnym wszechświecie, jaki odwiedziłam: futurystycznym Londynie, w którym była córką księżnej. Rozpuszczona, bogata, napruta narkotykami i pijana szampanem Romola ciągnęła mnie od jednego nocnego klubu do drugiego, a ja piłam tyle samo, co ona. Byłam zmęczona, przestraszona i zrozpaczona, ponieważ minęły zaledwie dwa dni od chwili, gdy policja powiedziała mojej rodzinie, że mój ojciec nie żyje. Okazało się, że tata jest cały i zdrowy – jeśli zmieścimy w tej definicji „porwany do alternatywnego wymiaru”. Wtedy jednak tego nie wiedziałam, dlatego te odrealnione, chore i ponure godziny w towarzystwie Romoli wydawały się w moich wspomnieniach dłuższe niż w rzeczywistości. Miałam wrażenie, że znałam ją całe życie, a nie tylko jeden dziwaczny dzień.

Nie powinnam być zaskoczona tym, że ją znowu widzę. Przekonaliśmy się, że ścieżki tych samych ludzi krzyżują się w wielu wymiarach – że niezależnie od tego, jak różne mogą być światy, los przyciąga nas do siebie nawzajem.

– Dobrze się czujesz? – Romola położyła rękę na moim czole, tak jak robiła to mama, kiedy byłam mała. – Wyglądasz na oszołomioną. Trudno ci się dziwić po tym, przez co przeszłaś.

– Nic mi nie jest, naprawdę. – Postarałam się wziąć w garść, zanim zacznę dalej uciekać. – Muszę się dostać do Zamku Świętego Anioła. W którą stronę mam iść?

Romola udzieliła mi wskazówek. Nie znałam większości wymienionych przez nią punktów orientacyjnych (Via Flaminia?), ale wskazała właściwy kierunek. Podziękowałam jej, pomachałam i ruszyłam przed siebie biegiem.

W domu mogłam przebiec chyba kilka kilometrów bez zadyszki. Ta Marguerite wyraźnie nie ćwiczyła aż tyle. Kłucie w boku sprawiało, że żołądek mi się zaciskał, oddychałam zbyt szybko. Pomimo chłodnego powietrza początku kwietnia moja skóra była mokra od potu. Miałam wrażenie, że to grube wełniane ubranie jest dodatkowo obciążone, jeśli zaś idzie o buty… Powiedzmy, że technologie szewskie w moim świecie były zdecydowanie lepsze. Miałam już pęcherze na piętach i palcach.

Musiałam jednak dotrzeć do Paula tak szybko, jak się dało. Mógł się znajdować w okropnym niebezpieczeństwie…

Może nic mu nie grozi. Może jest jednym ze strażników na zamku. Mógłby być nawet księciem! Pewnie przeszkodzę mu podczas jakiejś uczty.

Od jak dawna tu był? Staraliśmy się nie panikować, kiedy nie powrócił do naszego wymiaru po dwudziestu czterech godzinach. Po czterdziestu ośmiu wiedzieliśmy, że coś się stało. Naprawdę zaczęliśmy się bać, kiedy poszukaliśmy go w Uniwersum Triadu i okazało się, że przeskoczył stamtąd, ale nie wrócił do domu. Mama i Theo przeszli samych siebie, żeby znaleźć sposób na wyśledzenie kolejnego skoku Paula – właśnie do tego wymiaru.

Paul nie miał powodów, żeby tu przeskakiwać. Gdyby znalazł to, czego szukał – lekarstwo dla Theo – wróciłby prosto do domu. Dlatego wiedzieliśmy, że został porwany. Od tej chwili nie byłam w stanie zmrużyć oka.

Muszę go odzyskać. Resztą zajmiemy się później – tym, jak uratować Theo i jak pokonać Triad. To wszystko może zaczekać, aż sprowadzę Paula do domu.

Rozpoznałam Zamek Świętego Anioła, gdy tylko go zobaczyłam: gigantyczną kamienną budowlę na szczycie wzgórza, oświetloną przez płonące pochodnie. W blasku ognia widać było matowe lśnienie czarnych dział wystających przez otwory w murze. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że zamkowi strażnicy mają na sobie mundury jednocześnie komiczne i onieśmielające – pasiaste pludry, jaskrawożółte kaftany z bufiastymi rękawami, metalowe napierśniki i hełmy, a także miecze, które wyglądały, jakby mogły w mgnieniu oka przeszyć człowieka. Chociaż żołnierze unieśli broń, kiedy się zbliżyłam, widać było, że raczej nie uważają zadyszanej nastolatki za zagrożenie.

A jeśli Paul był tutaj więźniem? Nie miałam pojęcia, jak zareagują strażnicy, ale istniał tylko jeden sposób, by się przekonać. Odetchnęłam kilka razy głęboko i powiedziałam tak stanowczo, jak tylko potrafiłam:

– Przybyłam, by się spotkać z Paulem Markovem z Rosji.

Strażnicy popatrzyli na siebie i nic nie powiedzieli. Szlag. Czy powinnam nazywać go Paolem, włoską wersją jego imienia? A może Pawłem, wersją rosyjską? A może jest więźniem… albo w ogóle go tu nie ma…

– Chodź ze mną – powiedział jeden ze strażników. – Zaczekasz w tej komnacie, co zawsze.

Tej komnacie, co zawsze? Musiałam stłumić uśmiech, kiedy weszłam za nim do małej komnaty z kamiennymi ścianami. Oczywiście, że Paul i ja znamy się także w tym świecie.

Zawsze się znajdujemy.

W moim świecie Paul był jednym z asystentów moich rodziców i robił doktorat na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Przez pierwsze półtora roku, odkąd go poznałam, uważałam go głównie za dziwaka – milczącego, wiecznie skrępowanego, za dużego jak na pomieszczenia, w których się znajdował. Kiedy się odzywał, nie owijał niczego w bawełnę. Zwykle w ogóle nic nie mówił. Ale z czasem zaczęłam rozumieć, że ta bezceremonialność nie bierze się z chamstwa czy nieżyczliwości – że jest to nieporadna szczerość, coś, czego czasem trudno słuchać, ale zawsze jest prawdziwe. Skrępowanie brało się z nieśmiałości i przekonania Paula, że na świecie nie ma miejsca, do którego by pasował, ponieważ nikt wcześniej go nie akceptował. Nie miał do czynienia z rodziną, która byłaby ze sobą blisko związana, nie miał prawdziwego przyjaciela, dopóki nie poznał drugiego asystenta moich rodziców, Theo.

Nigdy też nie był zakochany, dopóki nie poznał mnie. Po prostu nie wiedział, jak ma to wyrazić.

Odwiedziłam już tuziny wymiarów. W większości z nich Paul i ja się znaliśmy, w wielu byliśmy już razem. Los i matematyka zbliżały nas do siebie raz za razem. Doktorat Paula zawierał serię równań dowodzących, że przeznaczenie istnieje… ale ja nie potrzebowałam matematyki, by się o tym przekonać. Widziałam to na własne oczy wiele razy, poczynając od Rosji, w której nie obalono caratu.

Przez chwilę myślałam o poruczniku Markovie, Paulu, którego tam poznałam, i moje gardło się zacisnęło. Ale właśnie w tym momencie w kamiennym łuku drzwi pojawiła się sylwetka w czarnym płaszczu.

Paul podszedł bliżej i popatrzył na mnie z takim smutkiem, że zabolało mnie serce, chociaż jeszcze nie wiedziałam dlaczego.

– Wiesz, że nie powinnaś tu przychodzić – powiedział cicho.

– Musiałam.

Blefowanie w alternatywnych wymiarach bywało czasem zawodne. W razie wątpliwości najlepiej było milczeć tak długo, jak to możliwe, i pozwolić, by mówili miejscowi.

W tym momencie rozmawiałam z Paulem z tego świata. Kilka detali podpowiedziało mi różnice – subtelne rzeczy, łatwe do przeoczenia dla kogoś innego, takie jak sposób chodzenia, albo swoboda, z jaką czuł się w tej średniowiecznej komnacie. Świadomość mojego Paula – jego dusza – musiała być w tym ciele, ale na wpół uśpiona i niezdolna do działania, niezdolna do myślenia, z trudem rejestrująca, co się dzieje. Na pewien czas zapomniał, kim jest. To właśnie dzieje się z większością ludzi, którzy podróżują po innych wymiarach – zostają wchłonięci przez swoje inne wersje, niezdolni do ucieczki ani nawet myślenia o tym, że powinni uciekać.

To jak bajka na opak. Książę śpi w szklanej trumnie, a ja go muszę obudzić.

Gdyby tylko wystarczył pocałunek.

Paul podszedł do mnie, a migocząca latarnia oświetliła jego twarz złotym blaskiem. Był wysoki, niemal onieśmielający – prawie metr dziewięćdziesiąt, i szeroki w ramionach. Ta wersja nie miała równie imponujących mięśni, albo może nie umiałam tego dostrzec pod czarną sutanną.

Zaraz. Czy to sutanna duchownego?

– Modliłem się i modliłem – wyszeptał Paul. Jego szare oczy spojrzały prosto na mnie, a ja wolałabym nie widzieć w nich takiego zagubienia i samotności. – Wiem, że nie mogę złamać przysięgi danej Bogu. A jednak, gdyby On nie chciał, bym się ożenił, jak każdy mężczyzna – bym czuł pożądanie i miłość – dlaczego sprowadziłby mnie do ciebie?

Chociaż nie wiedziałam nic więcej, to wystarczyło, żeby moje serce zrobiło się całkiem miękkie. Marguerite z tego świata musiała go kochać tak samo, jak on ją, bo inaczej ta rozmowa nigdy by nie miała miejsca. Dlatego mogłam powiedzieć:

– Złączyły nas moce o wiele od nas potężniejsze. Potężniejsze nawet od naszego świata.

To nie była tylko romantyczna metafora, ale fakt naukowy.

Paul oddychał ciężko, jakby walczył ze sobą. Zastanawiałam się, jak wyglądało jego życie tutaj – z pewnością urodził się w Rosji. W średniowieczu wiele dzieci było oddawanych Kościołowi, więc nie miały właściwie innego wyboru, jak zostać księżmi lub zakonnikami. Skoro Paul złożył już śluby kapłańskie, chociaż od jego dwudziestych urodzin minął zaledwie miesiąc, tak właśnie musiało być w jego przypadku. Być może przyjechał do Rzymu, by służyć papieżowi, a potem poznał córkę wynalazców i wszystko się zmieniło.

Miałam nadzieję, że Paul i Marguerite z tego świata będą mieli szansę być razem. W innych okolicznościach kusiłoby mnie, żeby zostać tu dłużej i pomóc im, na ile to możliwe. Teraz jednak nic nie było ważniejsze niż uratowanie mojego Paula i sprowadzenie go do domu.

– Paul? – Zbliżyłam się do niego. Blask ognia wydobył leciuteńkie rudawe refleksy w jego jasnobrązowych włosach. – Podejdź do mnie.

– Nie powinniśmy – powiedział jak człowiek rozpaczliwie pragnący, by mimo to tak się stało.

– Nie o to chodzi. Wszystko będzie dobrze. – Spojrzałam mu w oczy i uśmiechnęłam się tak ciepło, jak tylko potrafiłam. – Zaufaj mi.

Na te słowa Paul wyprostował się, skinął głową i stanął tuż przede mną. Byłoby tak łatwo go objąć, jemu byłoby tak łatwo wziąć mnie w ramiona…

…ale gdy moja dłoń musnęła jego pierś, wyczułam pod ubraniem metal. Sięgnęłam pod kołnierz jego sutanny i wyciągnęłam Firebirda.

Nadal go miał? Zabrałam ze sobą zapasowy, ponieważ byłam przekonana, że Conley ukradł ten należący do Paula. Może się zepsuł. To by wiele wyjaśniało.

Paul patrzył na naszyjnik, który, jak właśnie się przekonał, miał na szyi. Z jego punktu widzenia wisior musiał się pojawić jakby za sprawą magii. Najwyraźniej nie miał pojęcia, co zamierzam zrobić, ale milczał, całkowicie mi ufając. To sprawiło, że trochę trudniej było mi ustawić w Firebirdzie sekwencję wyzwalającą przypomnienie, ponieważ przypomnienia bolały.

Paul krzyknął z bólu i szarpnął się do tyłu. Ale to był ten moment, w którym miał się w nim obudzić mój Paul, kiedy znowu będziemy razem i wrócimy do domu.

Tyle że przypomnienie nie zadziałało.

– Dlaczego to zrobiłaś? – Ojciec Paul uniósł Firebirda i zmarszczył brwi. – Co to za mechanizm wisi mi na szyi?

Nie wiedział. Naprawdę nie miał pojęcia. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się nic podobnego. Jak przypomnienie mogło po prostu… nie zadziałać?

Przeczesałam palcami kręcone włosy, starając się coś wymyślić.

– To najnowszy wynalazek moich rodziców. Nie powinien był zrobić ci krzywdy, pewnie się popsuł. Pozwól mi rzucić okiem.

Paul oddał mi wisior – nadal mi ufał, ale odnosił się teraz ostrożnie do samego Firebirda. Nie dziwiłam mu się. Gdybym tylko była kolejnym maniakiem naukowym zamiast rodzinną artystką, może potrafiłabym to sama naprawić. W tej sytuacji nie wykluczałam, że będę musiała wrócić do domu bez Paula. Chociaż wiedziałam, że mogę ponownie tu przybyć, może już za kilka minut, nie potrafiłam znieść myśli, że znowu go stracę.

Jesteś cudem nauki dwudziestego pierwszego wieku! – pomyślałam, patrząc na Firebirda. – Jak możesz tak po prostu przestać działać? Może zrobił to Conley. Ale po co zawracałby sobie głowę psuciem Firebirda, skoro mógł go ukraść i wykorzystać we własnych celach?

Firebird nie przestał działać. Nie był popsuty. Wszystkie kontrolki wyglądały normalnie, chociaż kiedy sprawdziłam je dokładniej, zobaczyłam odczyt, jakiego nie widziałam nigdy wcześniej.

Do komnaty wszedł mężczyzna, a ja otworzyłam szeroko oczy.

– Pozwól, że udzielę wyjaśnień – oznajmił z krzywym uśmieszkiem. – Tak właśnie działa rozszczepienie.

Czerwona sutanna przynależała do tego dziwnego średniowiecznego świata, ale twarz mężczyzny była znajoma. Zbyt znajoma.

Los i matematyka nie zbliżają cię tylko do ludzi, których kochasz. Zbliżają cię także do tych, których nienawidzisz.

W tym świecie skierowały mnie do Wyatta Conleya.

Rozdział drugi

Kim jest Wyatt Conley i dlaczego jest takim sukinsynem?

Rodzice wyjaśnili to naprawdę dobrze dzień po tym, jak sprowadziłam mojego ojca do domu z naszej pierwszej przygody w innych wymiarach. Wieczorem wszyscy płakaliśmy i byliśmy zbyt szczęśliwi i wytrąceni z równowagi, żeby jasno myśleć, a kiedy się obudziliśmy, nie mogliśmy przestać opowiadać o naszych przygodach. O wszystkim, co widzieliśmy i zrobiliśmy. O wszystkich, którymi byliśmy.

Okazało się, że przed południem odbywa się spotkanie rady wydziału fizyki. Mama stwierdziła, że to tak samo dobre miejsce na wyjaśnienia, jak każde inne, więc moi rodzice, Paul, Theo i ja pojechaliśmy na uniwersytet. Jak zawsze czułam się nie na miejscu, kiedy szliśmy korytarzami gmachu fizyki. Prawie że można wyczuć tam matematykę.

Weszliśmy jednocześnie, przerywając trwające spotkanie. Wszyscy profesorowie, siedzący wokół długiego owalnego stołu, wyprostowali się i popatrzyli na nas.

– Przepraszamy za spóźnienie – powiedziała moja matka. Nawet w spłowiałym swetrze i domowych dżinsach w jednej chwili objęła przywództwo. Mama tak działa na ludzi. – Muszę poruszyć pilną kwestię, która nie znalazła się w planie tego zebrania, dotyczącą roli Triad Corporation w finansowaniu badań nad Firebirdem.

– W sensie, że nie powinni już mieć żadnej – wtrącił Theo. – Musimy się od nich uniezależnić, i to natychmiast.

Tata zrobił krok naprzód.

– Triad sprowadził agentów z innych wymiarów do naszego świata. Zajmowali się oni szpiegowaniem oraz starali się kierować naszymi badaniami i kontrolować postępy w budowie Firebirdów. Ich prezes, Wyatt Conley, jest w to zaangażowany osobiście, praktycznie można go nazwać głównym organizatorem, w obu wymiarach. Aby osiągnąć swoje cele, zmodyfikował rezonans wymiarowy mojej córki Marguerite, żeby mogła podróżować między wymiarami łatwiej niż ktokolwiek inny na tym świecie.

Oczy mamy rozbłysły gniewem, kiedy mu przerwała.

– Tę procedurę można przeprowadzić tylko raz w każdym wymiarze. Wybierając naszą córkę i stawiając ją w tak niebezpiecznej sytuacji, Conley zamierzał nas kontrolować.

– Conley miał także nadzieję, że szantażem skłoni Marguerite do pracy dla niego i działania jako szpieg w niezliczonych wymiarach. Dlatego właśnie zostałem porwany do alternatywnego wszechświata – oznajmił tata.

Zapadła cisza. Wszyscy w sali gapili się na nas, widziałam morze ogromnych oczu za grubymi okularami. Zaczęłam się zastanawiać, czy uważają, że moi rodzice w końcu zwariowali. To, o czym właśnie opowiedzieli mama i tata, brzmiało jak czysta fantastyka, ale wszyscy fizycy na tym wydziale (a prawdopodobnie także na świecie) wiedzieli, że moi rodzice są na krawędzi przełomu w badaniach i że podróże wymiarowe mogą stać się rzeczywistością.

Theo zrobił gest, jakby prosił o czas w trakcie meczu.

– Yyy, chyba powinniśmy dodać parę rzeczy. Okazało się, że Firebirdy działają! Podróże międzywymiarowe są możliwe! Chyba technicznie rzecz biorąc, pierwszym podróżnikiem był doktor Caine, potem Paul, a potem Marguerite… Ale chodzi o to, że przetestowaliśmy urządzenia. Firebird okazał się sukcesem. Tak, chyba od tego powinniśmy zacząć.

– Nie od tego – stwierdził Paul ponuro.

Uświadomiłam sobie, o co mu chodzi, i otwarłam szeroko oczy. Ups…

Paul zrobił krok do przodu i oznajmił oficjalnym tonem, jakby bronił swojej rozprawy doktorskiej:

– Powinniśmy zacząć od poinformowania zebranych, że doktor Caine żyje.

– Och! – powiedział tata, a mama zasłoniła dłonią usta. – Prawda! Myślałem, że to oczywiste, ale powinienem coś o tym wspomnieć mimo wszystko. Nie jestem martwy! Moje ciało nie zostało zabrane przez morze czy rzekę, czy gdzie tam miało być. Zostałem porwany do innego wymiaru. Zapomnieliśmy o tym ważnym szczególe, prawda?

– Ponadto większość z państwa musiała słyszeć, że to ja zabiłem doktora Caina, podczas kiedy zostałem o to fałszywie oskarżony. Jestem niewinny – ciągnął Paul. Spojrzał na mojego tatę i dokończył: – To chyba oczywiste.

– Ponieważ ja żyję. – Tata klasnął w dłonie, jednocześnie rozbawiony i zawstydzony. – Oczywiście. Nic dziwnego, że jesteście tacy zaskoczeni, skoro z waszego punktu widzenia właśnie wstałem z grobu! Trudno mi się dziwić. Powinniśmy byli zadzwonić do paru osób, kiedy wczoraj wieczorem wróciłem, ale trochę nas poniosło ze świętowaniem. Ale nie, nie jestem martwy. Jestem cały i zdrowy. W życiu nie czułem się lepiej. – Profesorowie nadal milczeli, a ja zauważyłam, że część z nich pobladła z szoku. Tata przerwał niezręczną ciszę. – No to jak się macie? O, Terry! Jak widzę, nowa fryzura? Świetnie wyglądasz.

Właśnie w tym momencie ktoś zemdlał.

Możecie mi wierzyć albo nie, ale to należałoby uznać za pozytywną reakcję. Przez całe lata społeczność akademicka uważała moich rodziców za wariatów i wiele osób chętnie by do tego wróciło. Ich koledzy naukowcy przyjęli w końcu do wiadomości, że podróże międzywymiarowe są możliwe – ale szpiedzy z innych światów? Wyatt Conley, wynalazca i przedsiębiorca, mózgiem tajemniczego spisku? Triad produkował najbardziej zaawansowane elektroniczne gadżety do użytku osobistego na świecie i sprzedawał je w sklepach, które można znaleźć w każdym centrum handlowym. Optymistyczne reklamy i szmaragdowe logo nie wyglądały, jakby należały do korporacji będącej własnością superzłoczyńcy jak z przygód Jamesa Bonda. I co niby takiego miałby mi zrobić Conley? „Zmienił” mnie? „Szantażował” mnie? Dlaczego potężny multimilioner w ogóle miałby szantażować zwyczajną osiemnastolatkę?

Mniej więcej taki mógł być ich tok myślowy.

Kiedy ratownicy medyczni cucili profesora Xaviera, moi rodzice, Theo i Paul musieli odpowiadać na pytania rady wydziału fizyki przez prawie trzy godziny. Rektor ubłagał rodziców, żeby na razie nie ogłaszali niczego publicznie w sprawie projektu Firebird. Zgodzili się na to, chociaż dziennikarze uparcie dzwonili, a ich pytania stawały się coraz ostrzejsze, co podpowiadało, że nastrój opinii publicznej zmienił się z oczekiwania z zapartym tchem w zwątpienie. Wyatt Conley także nie wydał żadnego oficjalnego komunikatu. W oczach całego świata był taki sam jak zawsze, trzydziestoletni prezes w dżinsach zamiast w formalnym garniturze. Jego chłopięca twarz uśmiechała się spod kręconych rdzawych włosów na okładkach magazynów biznesowych. Zgodził się nawet nadal finansować badania moich rodziców – a przynajmniej tak powiedział dziekanowi, który przekazał nam tę wiadomość, zapewne w nadziei, że przestaniemy się zachowywać wobec tego faceta jak paranoiczni idioci.

Drugie oblicze Conleya kryło się tuż pod tą błyszczącą powierzchnią.

Niedługo po zebraniu rady wydziału fizyki zostaliśmy odwiedzeni po raz pierwszy przez głównego radcę prawnego Triad Corporation.

Nazywała się Sumiko Takahara. Wyatt Conley mógł prowadzić firmę o zasięgu globalnym ubrany w dżinsy, ponieważ miał za sobą ludzi, uzbrojonych w oficjalny strój i żargon prawniczy. Pani Takahara stała w naszym domu, jakby nie mogła uwierzyć, że została wysłana z tak błahą sprawą. Bez wątpienia więcej czasu spędzała na pozywaniu megakorporacji niż na rozmawianiu z naukowcami siedzącymi za stołem, który został pomalowany w tęczowe plamy przeze mnie i Josie, kiedy byłyśmy jeszcze małe. Mimo wszystko ani na moment nie straciła profesjonalnego podejścia.

– W tych teczkach znajdą państwo najbardziej korzystną ofertę pana Conleya – powiedziała. Materiał jej szarej garsonki połyskiwał leciutko, jak skóra rekina. – Dołączyliśmy do niej wyciągi ze szwajcarskich kont bankowych, po jednym dla każdego z państwa. Zdeponowane na nich kwoty pieniężne…

– Oszołomiłyby maharadżę – dokończył za nią Theo i zagwizdał, jakby był pełen podziwu. Paul spiorunował go wzrokiem, ale Theo wzruszył ramionami. – To prawda.

Pani Takahara uznała to za zachętę.

– Jeśli panna Caine przyjmie ofertę zatrudnienia przez Triad, będę mogła niezwłocznie przekazać państwu dostęp do tych kont.

Moja matka oddała jej teczkę bez otwierania.

– Innymi słowy, taką właśnie cenę Wyatt Conley proponuje za naszą córkę – powiedziała. – Odrzucamy jego ofertę.

Chłód w głosie mamy zmroziłby nawet Syberię w zimie. Trzeba przyznać, że pani Takahara nie dała nic po sobie poznać. Popatrzyła na mnie.

– To panna Caine może zaakceptować lub odrzucić tę ofertę.

Przesunęłam teczkę po stole do prawniczki.

– W takim razie proszę powiedzieć panu Conleyowi, że panna Caine odmawia.

Pani Takahara w końcu się zawahała. Na pewno rzadko widywała ludzi odmawiających przyjęcia takich pieniędzy.

– Czy to wszystko, co mam przekazać w odpowiedzi?

Przemyślałam sprawę.

– Może pani jeszcze powiedzieć Conleyowi, że może mnie cmoknąć.

Tak właśnie zakończyło się tamto spotkanie.

Pani Takahara przyniosła kolejną ofertę bezpośrednio do moich rodziców na uniwersytet, jak rozumiem po to, by przekazali ją mnie. Tym razem Conley starał się przekupić ich czymś, co cenili znacznie bardziej od pieniędzy – obiecywał im informacje.

– Wszystkie dane z projektu Firebird w Uniwersum Triadu – powiedziała moja matka wieczorem, kiedy stałyśmy w kolejce po pizzę w Cheese Board Collective. – Obiecał, że podzieli się z nami całą wiedzą, jaką do tej pory zgromadzili. Dane eksperymentalne, prace teoretyczne, absolutnie wszystko.

Tamte badania przyniosły mojej matce z Uniwersum Triadu Nagrodę Nobla.

– Co odpowiedzieliście?

– Ten facet jest naprawdę skrajnie bezczelny. Uniwersum Triadu wyprzedza nasze najwyżej o kilka lat. Nadrobimy to. – Mama dodała jeszcze spokojnym, precyzyjnym tonem: – Dlatego też powiedzieliśmy Conleyowi, żeby się wypchał.

Chciałam się roześmiać, ale nie mogłam nie myśleć o tym, że Conley tym razem bardziej inteligentnie dobrał przynętę. Dla moich rodziców nowa wiedza byłaby najsilniejszą pokusą.

– Jesteś pewna? Moglibyście się wiele dowiedzieć.

– Marguerite, nawet przez moment nie braliśmy tego pod uwagę. – Mama złapała mnie za ręce i pociągnęła tak, że obejmowałam ją od tyłu. Jej dłonie ścisnęły moje. – Nie miałoby znaczenia, nawet gdyby Conley obiecywał nam teorię wszystkiego z zimną fuzją jako wisienką na torcie. Nic nie jest ważniejsze od naszych córek. Nie istnieje żadna informacja ważniejsza niż nasza miłość do was.

Objęłam ją mocniej i tego wieczora nie myślałam już o Conleyu.

Conley, ze swojej strony, nie przestawał jednak myśleć o nas. Niecałe sześć tygodni temu ponownie przysłał panią Takaharę. Tym razem nie próbowała się nawet uśmiechać.

– Pan Conley ulepszył swoją ofertę – zaczęła.

– Mówiła pani poprzednio, że to „najbardziej korzystna oferta” – przypomniał Paul.

– Zastanowił się nad tą kwestią i zachęca, by postąpili państwo podobnie. Dostałam instrukcje, by nie przyjmować dzisiaj od państwa żadnej ostatecznej odpowiedzi. – Pani Takahara nie patrzyła na nikogo z nas przy tęczowym stole, bo gdyby to zrobiła, zobaczyłaby „ostateczną odpowiedź” malującą się na naszych twarzach. Mówiła dalej. – Proszę się nie spieszyć. Proszę to przejrzeć i przedyskutować w swoim gronie. Pan Conley zamierza na razie pozwolić państwu prowadzić dalsze badania w spokoju i prosi o podobną uprzejmość. Ściślej rzecz biorąc, żąda, żeby nie próbowali państwo podróżować do wymiaru opisanego współrzędnymi podanymi w załączonej dokumentacji, nazywanego „Uniwersum Triadu”. Takie działania będą stanowić pogwałcenie jego prośby. Mam także przekazać ostrzeżenie, że konsekwencje mogą być ryzykowne.

– Czy chodzi o „ryzyko” w rozumieniu naukowym? – zapytał Paul. – Czy też Conley po prostu nam grozi?

– Na pewno nie przekazywałabym gróźb – prychnęła pani Takahara. Najprawdopodobniej uważała, że mówi prawdę. Conley mógł jej powiedzieć o podróżach międzywymiarowych, ale z całą pewnością nie wyjaśnił jej wszystkiego. – Mam tylko przekazać państwu tę niezwykle szczodrą ofertę Triad Corporation. Proszę się nad nią zastanowić bez pośpiechu. Skontaktuję się z państwem, kiedy pan Conley będzie chciał poznać odpowiedź.

Po jej wyjściu mama, tata, Paul i Theo wdali się w długą, ożywioną dyskusję o tym, co może zrobić Conley, kiedy w końcu zrozumie, że nigdy się nie zgodzę dla niego pracować.

– Po marchewce przyjdzie kolej na kij – stwierdził tata. Wtedy właśnie rozpoczęli prace nad ulepszoną technologią lokalizowania Firebirdów, żebyśmy, jeśli Conley spróbuje znowu porwać któreś z nas do innego wymiaru, mogli z łatwością znaleźć tę osobę, śledząc jej kolejne przeskoki między wszechświatami niezależnie od tego, jak długa lub złożona mogłaby to być ścieżka. Paul i Theo skoncentrowali się na znalezieniu sposobu na rejestrowanie międzywymiarowych działań Conleya. Paul stwierdził, że może przyjść taki dzień, kiedy będziemy musieli zgłosić sprawę do odpowiednich władz.

– Jakich władz? – zapytałam. Byłam dziwnie pewna, że zwykła policja nie ma uprawnień do aresztowania ludzi w innych wymiarach. – FBI? Interpolu?

– Trudno będzie ustalić właściwą jurysdykcję – przyznał Paul. Jego dłoń zamknęła się na mojej ręce, ciepła i uspokajająca. – Ale jeśli on zacznie ci grozić, zrobimy wszystko, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo.

Uściskałam go wtedy, chociaż właściwie w tamtym momencie czułam się całkiem bezpieczna. Poza tym „warunki” postawione przez Conleya wydawały się niezbyt restrykcyjne. Z całą pewnością nie spieszyło mi się, żeby wracać do Uniwersum Triadu i odwiedzić Theo, który oszukał nas wszystkich.

(Albo do Uniwersum Londyńskiego, gdzie moje inne ja piło za dużo, częściowo po to, żeby zagłuszyć wspomnienia mamy, taty i Josie, którzy zginęli w okropnej katastrofie. Albo do Uniwersum Oceanicznego, które w sumie było całkiem fajnym miejscem, ale gdzie pewnie musiałam odpowiadać karnie za uszkodzenie łodzi podwodnej. Uniwersum Rosyjskie – to, w którym byłam wielką księżną Margaritą, a porucznik Markov był moim osobistym strażnikiem i potajemną miłością – do tego świata mogłabym wrócić. Nie zrobiłam tego jednak. Powrót tam oznaczałby odświeżenie wspomnień o śmierci tamtego Paula).

Jednakże Conley wiedział coś, o czym my nie mieliśmy pojęcia. Wiedział, że niedługo będziemy musieli wrócić do Uniwersum Triadu, że bez względu na wszystko złamiemy warunki zawieszenia broni.

Wiedział, co się niebawem stanie z Theo.

Rozdział trzeci

– Oszukałeś nas – powiedziałam do Conleya, kiedy staliśmy w trójkę w kamiennej komnacie włoskiego zamku w innym świecie. Paul patrzył na przemian na Wyatta Conleya i na mnie, niczego nie rozumiejąc. – Powiedziałeś, że pozwolisz nam to przemyśleć…

– Przecież pozwoliłem. Mieliście całe tygodnie. – Conley wygładził czerwoną szatę kardynalską, którą miał na sobie, jakby był z niej dumny. – A potem Paul Markov pojawił się w moim wymiarze, chociaż zostaliście ostrzeżeni, że to będzie ryzykowne. Zapłacił za to. Bardzo proste.

Powiedział „w moim wymiarze”. To oznaczało, że miałam do czynienia z wersją Conleya z Uniwersum Triadu. Nie, żeby to robiło większą różnicę, obaj Conleyowie współpracowali, tworząc jednoosobowy spisek.

– Wasza Eminencjo, ja nic nie rozumiem. – Paul wyglądał na kompletnie zagubionego. – Jakie prawo złamałem?

Conley uśmiechnął się, pełen życzliwości i dobrej woli.

– Ojcze Paulu, to sprawa między mną i tą nadobną damą. Możesz z nią porozmawiać później, na razie musimy zamienić kilka słów w cztery oczy.

Paul stanął między nami. Było całkiem oczywiste, o ile wyższy i silniejszy jest od Conleya.

– Wasza Eminencja nie może jej obwiniać o moją słabość. Tylko na mnie ciąży cała odpowiedzialność.

Czy on był tak niesamowity w każdym wszechświecie? Położyłam rękę na plecach Paula, chcąc mu podziękować tym dotknięciem.

Jednakże Conley pozostawał w trybie fałszywej życzliwości.

– Nie zostanie za nic ukarana. Co więcej, słyszałem, że lokalni księża potępili jej rodziców za ich badania. Wieczorem poproszę Jej Świątobliwość, by wydała oficjalne oświadczenie, iż znajdują się oni pod jej ochroną. Widzisz? Wszystko będzie dobrze. A teraz idź już.

Paul mimo to się zawahał, więc mruknęłam cicho:

– Wszystko dobrze, za chwilę z tobą porozmawiam. Con… Jego Eminencja i ja nie mamy sobie wiele do powiedzenia.

W końcu Paul skierował się do drzwi, ale rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie pełne takiej tęsknoty, że moje serce się ścisnęło. Jednak kiedy tylko wyszedł, Conley zaczął się śmiać.

– Och, Marguerite… Mamy sobie tak wiele do powiedzenia.

– Co mu zrobiłeś? – zapytałam gwałtownie. – Wiem, że Paul przeskoczył tutaj z twojego wszechświata. Użyłam na nim przypomnienia i wydaje się, że Firebird działa…

– Cóż za niedogodność, prawda? To, że większość ludzi zapomina siebie w innym wymiarze. Nie doceniasz swojego daru.

Tak to wygląda w przypadku wszystkich podróżników między wszechświatami. Bez stałych przypomnień szybko stają się milczącymi, biernymi świadkami, gdy ich wersje z danego wymiaru znowu odzyskują władzę nad ciałem. Z punktu widzenia mamy i taty to nie ma znaczenia, ponieważ podróżnicy pamiętają wszystko, czego doświadczyli za pośrednictwem swoich „innych wersji” w każdym świecie. Dopóki masz Firebirda i użyjesz przypomnienia, możesz wrócić do domu i przeanalizować zdobytą wiedzę.

Jednak podczas pierwszej podróży odkryłam, że ta procedura ma poważne wady. Na przykład można zgubić Firebirda. Może się popsuć albo zostać ukradziony. A jeśli nie masz Firebirda, który przypomina ci, kim jesteś, pozostaniesz w tym alternatywnym wymiarze, w swojej innej wersji – nieprzytomna, sparaliżowana i uwięziona – na zawsze.

Dlatego dobrze było mieć „podróżnika doskonałego”, kogoś, kto zawsze pamięta, kim jest, kto niezależnie od wszystkiego zachowuje władzę nad ciałem.

Dlatego Triad zrobił ze mnie kogoś takiego.

Nadal nie do końca rozumiem, co się ze mną stało. Urządzenie, które wypożyczył nam Triad, wyglądało jak każdy inny przyrząd naukowy, a w momencie przemiany poczułam tylko chwilowe zawroty głowy. Paul i rodzice tłumaczyli mi to tuziny razy, ale był to ten rodzaj wyjaśnień, które do pełnego zrozumienia wymagają stopnia naukowego z fizyki.

Wiedziałam tylko, że mogę się przenieść do dowolnego wymiaru i zachować całkowitą kontrolę nad sobą. Tylko ode mnie zależało, dokąd pójdę, z kim się spotkam, co zrobię. Wiedziałam także, że w każdym wszechświecie można stworzyć tylko jednego takiego podróżnika jak ja. (Okazuje się, że stworzenie więcej niż jednego wyjątku od praw fizyki może poważnie zdestabilizować rzeczywistość).

Nadal jednak nie rozumiałam, dlaczego Wyattowi Conleyowi tak na tym zależało.

– Inni ludzie także mogą podróżować między wymiarami! Dobra, to trochę bardziej kłopotliwe, ale to nieważne. Możesz użyć Włamywacza na dowolnej osobie, już to przecież udowodniłeś. Potrafisz też podróżować tak samo łatwo jak ja, więc sam możesz odwalać swoją brudną robotę! Dlaczego się przy mnie upierasz?

– Niedługo będzie do zrobienia coś bardzo ważnego. – Conley przestał się uśmiechać. – Delikatne zabiegi, częściowo we wszechświatach, do których nie mam dostępu. Triad cię potrzebuje, i to szybko. Przyznaj uczciwie, że próbowałem łagodniejszej perswazji, prawda? Gdybyś dla mnie pracowała, zostałabyś wynagrodzona w sposób przekraczający twoje najśmielsze sny. Ale najwyraźniej potrzebne były bardziej drastyczne metody, żeby włączyć cię do naszego zespołu.

– Takie jak porwanie Paula do tego wymiaru, tak jak wcześniej mojego taty?

Ku mojemu zaskoczeniu Conley potrząsnął głową. Migoczące pomarańczowe światło pochodni rzucało upiorne cienie na jego twarz.

– Nie do końca. Tym razem zamierzam cię postawić przed wyzwaniem.

– Dlatego, że przypomnienie nie zadziałało? – Jak Conley zdołał sprawić, że Paul się nie obudził? Firebird wydawał się działać normalnie, poza tym dziwnym, nietypowym odczytem, którego nie rozumiałam.

Conley podszedł do łukowatego okna i wyjrzał na zewnątrz, chociaż w świecie bez elektryczności nie bardzo było na co patrzeć. Światło księżyca słabo oświetlało miasto, bezładne skupisko domów rozciągające się u stóp wysokiego zamkowego wzgórza.

– Już ci mówiłem, ale jak przypuszczam, byłaś zbyt zdenerwowana, żeby mnie słuchać – powiedział.

– Co takiego mówiłeś?

Odwrócił się do mnie, znowu całkowicie pewny siebie, i oparł się o kamienny mur, splatając ręce na piersiach.

– Czy twoi rodzice nie odkryli jeszcze zagrożenia? Ryzyka rozszczepienia?

Moi rodzice ani słowem nie wspomnieli o „rozszczepianiu”, chyba że mówili akurat o materiałach rozszczepialnych. Otworzyłam usta, żeby powiedzieć Conleyowi, że ma przestać udawać…

…i uświadomiłam sobie, że rodzice mówili mi o tym. Nie mieli jeszcze na to nazwy, ale zaczęli dostrzegać niebezpieczeństwo. Nie wiedzieliśmy, jak niewiele nas od niego dzieli.

Czy ta rozmowa miała miejsce zaledwie pięć dni temu? Odnosiłam wrażenie, że od tamtego czasu minęło kilka długich i trudnych lat.

– Powinniśmy byli wcześniej wziąć pod uwagę potencjalne ryzyko – powiedziała mama o tym, co, jak teraz wiem, nazywało się rozszczepieniem. – Świadomość to forma energii. Energia składa się z pakietów falowych. To logiczne, że takie pakiety mogą zostać… rozproszone.

– Pofragmentowane – uzupełnił ponuro Paul. – Niebezpieczeństwo…

– Jest mało prawdopodobne – wtrącił mój ojciec. Siedzieli w trójkę przy tęczowym stole, a stosy papierów i włączony laptop świadczyły o tym, że pracują ciężko nawet po obiedzie w weekend.

Zazwyczaj Theo pracował razem z nimi, ale na mnie wypadło zmywanie naczyń, a on zaproponował, że mi pomoże. Nie mógł jednak się powstrzymać.

– Jesteś pewien, Henry?

– Wyjątkowo pewien. Prawdopodobieństwo, że tak się nie stanie, jest przytłaczające. Trzeba by to zrobić specjalnie, a trudno się spodziewać, żeby ktokolwiek spróbował czegoś tak głupiego. – Tata zaczął pisać na laptopie z taką energią, że wiedziałam, że stara się znaleźć coś podobnie mało prawdopodobnego, by użyć porównania.

– Świetnie – mruknął Theo, wycierając łyżki do sałaty. – Jakby Firebirdy koniecznie musiały się stać bardziej niebezpieczne.

Spróbowałam użyć zdrowego rozsądku.

– Jesteś jak jedna z tych osób, które bardziej się boją lecieć samolotem niż jechać samochodem, chociaż o wiele więcej osób ginie w wypadkach samochodowych.

– Tak, ale gdybym zginął w moim pontiacu z 1981 roku, to przynajmniej odszedłbym z klasą – odparł Theo, a ja się roześmiałam.

Paul ze swojego miejsca, po drugiej stronie jadalni, w której siedział z moimi rodzicami, rzucił mi spojrzenie – nie zazdrosne, ale pełne nadziei. Chciał, żeby nasze kontakty z Theo wróciły na dawne tory. To zawsze wiązało się ze śmiechem.

Od początku byli wyjątkowo dobrymi przyjaciółmi. Wydawało się, że niewiele mają wspólnego poza zamiłowaniem do fizyki – Paul ubierał się w przypadkowe ciuchy z second handu i nie miał pojęcia o kulturze popularnej, podczas gdy Theo nosił fedory i T-shirty Mumford & Sons. Obaj byli młodzi jak na doktorantów – Theo miał teraz dwadzieścia dwa lata, a Paul właśnie skończył dwadzieścia. Obaj jako jedni z nielicznych wierzyli w prowadzony przez mamę i tatę projekt Firebird. I obaj stali się częścią naszej dziwnej rodziny. Przez ten czas – kiedy wszyscy pracowali nad pisaniem na nowo praw naturalnych znanego nam wszechświata – pogubiliśmy się trochę w naszych uczuciach.

– Powinniśmy się byli tego spodziewać – powiedziała moja matka, kiedy po raz pierwszy rozmawiałam o tym z rodzicami. – Długoterminowe izolowanie jednostek od innych potencjalnych partnerów romantycznych, szczególnie na tym wyjątkowo aktywnym etapie rozwoju seksualnego… Powstanie silnych więzi emocjonalnych było w zasadzie nieuniknione.

– Nie zaczęło nam na sobie zależeć tylko dlatego, że spędzaliśmy razem tyle czasu! – zaprotestowałam.

– Oczywiście, że nie, kochanie. – Tata poklepał mnie po ręce. – Musisz jednak przyznać, że to na pewno pomogło.

Zarówno Paul, jak i Theo zakochali się we mnie. Ja zakochałam się w Paulu.

To nie tak, że nie zależało mi na Theo – lubiłam go, i to bardzo. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie ciągnęło mnie czasem do niego. Przez krótki czas – kiedy Paul został fałszywie oskarżony o zamordowanie mojego ojca, a ja czułam się chora z rozpaczy i zdradzona – zastanawiałam się, czy to nie Theo jest mi przeznaczony.

Ale Paul i ja wróciliśmy do siebie, a Theo został z boku jako obserwator. Chociaż wszyscy troje wiedzieliśmy, że w tym scenariuszu żadne z nas nie zrobiło nic złego, zarówno Paul, jak i ja nie mogliśmy nie czuć się niezręcznie, kiedy Theo widział nas razem.

Tego wieczoru mogłabym jednak uwierzyć, że nic się nie zmieniło. Nasz dom w Berkeley Hills wyglądał zupełnie tak samo, z roślinami w każdym kącie i na każdej półce, korytarzem pomalowanym na czarno farbą tablicową i zapisanym gęsto równaniami, tęczowym stołem dokładnie tam, gdzie być powinien, i stosami książek prawie tak wysokimi jak otaczające nas meble. Niepozorny plecak Paula i podniszczona torba na ramię Theo stały przy drzwiach, obok mojej dżinsowej kurtki i hełmu motocyklowego mamy. Chłopcy nadal mieszkali z nami, podobnie jak wielu asystentów moich rodziców na przestrzeni lat.

Jednakże Paul i Theo zawsze różnili się od reszty. Byli nam bliżsi, ważniejsi dla nas. Wiedziałam o tym, nawet zanim został ukończony pierwszy Firebird.

– Myślałem, że Josie przyjedzie dzisiaj wieczorem – powiedział Theo. – Nie miała przylecieć z San Diego?

– Nie, powiedziała, że fale są dzisiaj za dobre do surfowania, żeby zmarnować taką okazję. – Nalałam do zlewu jeszcze trochę płynu do mycia naczyń. Moje gumowe rękawiczki były jaskraworóżowe, Theo nie zawracał sobie głowy rękawiczkami, więc jego mokre ręce pokrywała piana. Bąbelki pachniały cytrynowo. – Przyleci jutro.

Theo potrząsnął głową.

– Skoro fale są takie dobre, to aż dziwne, że w ogóle przyjeżdża. To niepodobne do niej, stracić okazję do surfowania.

– Po tym, co stało się z tatą, albo raczej po tym, co myśleliśmy, że stało się z tatą… – Nie musiałam kończyć zdania, Theo rzucił mi spojrzenie mówiące, że doskonale rozumie. Nasza rodzina zawsze była mocno ze sobą związana, ale teraz cały świat zwrócił się przeciwko nam, a my wiedzieliśmy, co to znaczy stracić kogoś z nas. Wydawało nam się, że zawsze jesteśmy niedostatecznie blisko. Dodałam z uśmiechem: – Więc tak będą wyglądać jej wiosenne ferie. A twoje? Zamierzasz się jakoś rozerwać?

– Dostałem już nauczkę – odparł.

W zeszłym roku Theo zawlókł Paula do Las Vegas. Paul został wyrzucony z Caesars Palace za liczenie kart, ponieważ nie mógł zrozumieć, że kasyno uważa mistrzowskie opanowanie rachunku prawdopodobieństwa za formę oszukiwania. Pozwolono mu zatrzymać wygraną, ale musiał wydać całą gotówkę na wykupienie należącego do Theo samochodu, będącego stawką w przegranej partii bakaratu. Wrócili do domu jako jeszcze lepsi przyjaciele, ale Paul oznajmił, że nie rozumie idei ferii wiosennych.

Theo zawsze widział sens w imprezowaniu. Ale niezależnie od tego, jak bardzo obojętnie się zachowywał w naszym domu, on także chciał być blisko nas.

Były jednak też inne sposoby podróżowania…

Miałam o to zapytać od jakiegoś czasu, ale tego wieczora wreszcie czułam się na tyle swobodnie, żeby poruszyć tę kwestię.

– Kiedy sam wybierzesz się w podróż? Zobaczysz inne wymiary na własne oczy?

Milczał, kiedy wkładał kolejny talerz do zmywarki. W końcu powiedział:

– Nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię.

– Nigdy?

Przez ostatnie dwa lata Theo bardziej niż ktokolwiek był podekscytowany myślą o zobaczeniu nowych światów.

Spojrzał na mnie – nie wiem, czy widziałam go tak poważnego.

– Wiem, jak to wygląda od drugiej strony, Marguerite. To nie było aż takie przyjemne.

Jesienią i zimą, podczas rozmów z Theo, kiedy on nas przekonywał do zrobienia czegoś – nie rozmawialiśmy tak naprawdę z naszym Theo. To było jego ciało, ale świadomość należała do Theo Becka z innego wszechświata – działającego jako sprzymierzeniec i szpieg Conleya. To tamten Theo zaaranżował porwanie mojego ojca i rzucił podejrzenia na Paula. To on zmienił mnie w „podróżnika doskonałego” dla Conleya, a potem przekonał, żebym udała się w pierwsze podróże za pomocą Firebirda.

To do niego tuliłam się, kiedy myślałam, że mój tata nie żyje – jego pocałowałam w innym wymiarze i w chwili słabości mało brakowało, a przespałabym się z nim – i to jego Theo obwiniał o zniszczenie tego, co mogłoby zaistnieć między nami.

W tym miejscu Theo się mylił. Dla mnie istniał tylko Paul, to nie mógłby być nikt inny. Ale cień tamtego Theo nadal towarzyszył nam uporczywie.

– Nadal czasem czuję głód tego. – Theo popatrzył przez kuchenne okno w ciemność. – Włamywacza.

Włamywacz to jedna jedyna metoda na obejście reguł podróży między wszechświatami. To narkotyk – szmaragdowozielony, wstrzykiwany, wymyślony w Uniwersum Triadu – pozwalający podróżnikowi międzywymiarowemu na zachowanie świadomości. Widzicie, osoba, która bierze Włamywacza, ma wszystko pod kontrolą, tak jak ja. Ale narkotyk ma poważne efekty uboczne. Po pierwsze, jest uzależniający i może powodować atak padaczki. Po drugie, Włamywacza można zrobić z tego, co dla nas jest popularnie używaną chemią domową, ale jeśli znajdziesz się we wszechświecie, w którym nie ma czegoś takiego, nie będziesz w stanie przygotować odpowiedniej porcji. (Wprawdzie świadomość może z łatwością podróżować między wymiarami, ale jest to bardzo, bardzo trudne dla materii. Dlatego nawet nie myślcie o zabraniu Włamywacza ze sobą). Po trzecie, jego działanie słabnie po mniej więcej dniu, zatem jeśli nie masz więcej pod ręką, twój pech.

Kiedy tamten Theo przejął ciało naszego, brał ten narkotyk całymi miesiącami. Mój Theo – ten, który stał koło mnie tego wieczora tak blisko, że nasze łokcie się muskały – cierpiał na objawy głodu narkotykowego. Co gorsza, musiał żyć ze wspomnieniami innego Theo wykorzystującego jego ciało, by zagrozić nam i zdradzić nasze zaufanie.

– Nie zawsze tak jest – powiedziałam cicho. – Paul i ja troszczymy się o nasze inne wersje. Staramy się żyć ich życiem na tyle, na ile to możliwe. Nie zmuszamy ich nigdy do zrobienia czegoś, czego sami z siebie nie chcieliby zrobić.

Chociaż raz, w Uniwersum Rosyjskim, mogłam przekroczyć granicę.

– Nie potępiam was przecież. Wiem, że ty i Paul inaczej się zachowujecie podczas podróży. Po prostu… – Theo znieruchomiał na chwilę. – Widziałem, jaki jestem jako podróżnik. Usprawiedliwiałem najgorsze rzeczy, jakie można komuś zrobić, ponieważ wmawiałem sobie, że cię „chronię”, kiedy tak naprawdę kierowałem cię prosto w ręce Conleya.

– Hej, nikomu nic się nie stało. – Prawie dotknęłam jego ramienia, ale przypomniałam sobie, że mam mokre gumowe rękawiczki.

Potrząsnął głową, a jego uśmiech był bardzo wymuszony.

– Mnie tego nie zawdzięczasz. Daj spokój, pomogłem im porwać Henry’ego. – Theo wskazał mojego ojca, który w tym momencie mógłby być równie dobrze jego przybranym ojcem. – Wrobiłem mojego najlepszego przyjaciela w morderstwo i pociągnąłem ciebie w skrajnie niebezpieczną podróż tylko po to, żeby sprawdzić, czy Wyatt Conley może cię w ogóle wykorzystać do swoich celów.

– To nie ty to zrobiłeś!

– Inna wersja mnie to zrobiła. Powtarzałaś setki razy, że każda z naszych wersji jest taka sama pod najważniejszymi względami. Mamy taką samą konstrukcję, esencję czy duszę, jak byś tego nie nazwała. – Theo oparł się o lodówkę i westchnął. – Posłuchaj mnie: kiedy fizyk zaczyna mówić o duszach, wkraczamy na całkowicie niezbadane tereny.

– Nie uważam, żeby rozmawianie o duszach było głupie albo nienormalne. – Nigdy właściwie tak nie uważałam, ale kiedy zaczęły się te podróże, przekonałam się, jak bardzo prawdziwe są dusze i ile znaczą.

Theo wzruszył ramionami.

– Chodzi mi o to, że wszyscy widzieliśmy potencjalne zagrożenie. Najwyraźniej kiedy dostanę trochę władzy, uderza mi do głowy. Nigdy, przenigdy nie chciałbym się zmienić w gościa, który potrafiłby zrobić cokolwiek takiego jak to, co tamten Theo zrobił wam wszystkim. Dlatego myślę, że będzie lepiej, jeśli poobserwuję wszystko z boku.

Chociaż chciałam dodać mu otuchy, nie potrafiłam tego zrobić. Zaczęłam wierzyć, że naprawdę istnieje coś, co wplata się w każdą wersję nas, wspólna tożsamość, która jest ważniejsza od najróżniejszych sytuacji, w jakich się znajdujemy w poszczególnych światach. Bezwzględność i umiejętność oszukiwania samego siebie tamtego Theo musiały istnieć także w tym Theo, prawda?

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wiedziałam, że potrafił odgadnąć, o czym myślałam. Opuścił wzrok, wstydząc się za rzeczy, których nie zrobił z własnej woli.

Cień, który prześladował nas przez ostatnie trzy miesiące, znowu nas rozdzielił. Theo odwrócił się do talerzy i zaatakował je z nową energią, ja zajęłam miejsce koło niego, tak jak wcześniej. Żadne z nas się nie odezwało, ponieważ nie było nic więcej do powiedzenia.

Później Theo zabrał laptop na tylną werandę, żeby popracować.

– Muszę pobyć trochę w ciszy – powiedział, a moi rodzice byli na tyle wyrozumiali, żeby nie pytać dlaczego. Paul wyszedł jednak razem z nim, a ja potrzebowałam całej samokontroli, żeby nie podsłuchiwać ich rozmowy.

Kiedy tylko drzwi na werandę się zamknęły, mama zapytała beztrosko:

– Czy Paul będzie nocował?

– Mamo!

– Do niczego się nie wtrącam. – Usiadła znowu przy tęczowym stole, gotowa wrócić do pracy. – Muszę tylko wiedzieć, co mam zaplanować na śniadanie.

Nasz salon mógłby równie dobrze zostać uznany za nieoficjalny akademik. Kiedy doktoranci pracowali z moimi rodzicami, tak naprawdę się tu wprowadzali.

Ale mama nie pytała, czy ma przynieść koce i przygotować kanapę.

Większość rodziców wpadłaby w panikę na samą myśl o tym, że ich nastoletnie dzieci uprawiają seks. Moi nie dotarli jeszcze do etapu paniki, ponieważ nie posiadali się ze szczęścia, że Paul i ja jesteśmy razem.

W styczniu, podczas pierwszej rozmowy z rodzicami o moim świeżym związku z Paulem, mama – notabene absolutnie niczym przeze mnie nie sprowokowana – wyszła z propozycją.

– Powinnaś zacząć używać antykoncepcji. Musimy porównać procenty skuteczności prezerwatyw, tabletek, wkładek hormonalnych…

– Mamo… – Moja twarz była chyba karmazynowoczerwona. – To… My nie… to na razie nie jest problem.

Nie uwzględniałam tego, co wydarzyło się w Uniwersum Rosyjskim, ale tamto pozostało między mną a Paulem. A także inną Marguerite, kilka światów stąd.

– Kiedyś nim będzie – wtrącił gładko tata. – Ty i Paul jesteście młodzi, zdrowi, wyraźnie ciągnie was do siebie… To tylko kwestia czasu. Nie chciałabyś na tak wczesnym etapie życia zajść w ciążę, prawda?

Mama popatrzyła na tatę roziskrzonym wzrokiem.

– Ale pomyśl tylko, Henry, o tej genetycznej kombinacji, ich zróżnicowanych talentach i potencjale. Jeśli się rozmnożą, nasze wnuki będą nadzwyczajne.

– Owszem, to prawda. – Tata oparł się wygodniej na kanapie, na której oboje odpoczywali, podczas gdy ja patrzyłam na nich z niedowierzaniem. – Koniecznie powinniście mieć dziecko. Tylko nie teraz.

– Rany, powoli! – Podniosłam ręce, jakbym mogła fizycznie ich powstrzymać przed ciągnięciem tego tematu. Nie słuchali mnie.

– Ciąża i wychowywanie dziecka poważnie zakłóciłyby tok twoich studiów, a także postępy pracy doktorskiej Paula, przynajmniej w najbliższej przyszłości – stwierdziła z namysłem mama. Podejrzewałam, że gdybym jej podała kalendarz, zaczęłaby wyliczać miesiące do idealnej daty poczęcia.

Tata wziął ją za rękę.

– Wiesz, Sophio, moglibyśmy im pomagać. Nawet zostać głównymi opiekunami do czasu, aż Marguerite i Paul ukończyliby studia. Zawsze chcieliśmy mieć jeszcze jedno maleństwo, więc w sumie dzieci mogłyby się zacząć już pojawiać.

Mama uśmiechnęła się do niego promiennie, jakby to był najlepszy pomysł na świecie.

Kiedy już odzyskałam zdolność mówienia, oznajmiłam:

– Jesteście… jesteście… Oboje dajecie dzieciom najgorszy przykład.

– Nieprawdaż? – Uśmiech mamy stał się tak przebiegły, że w końcu zrozumiałam, że mnie podpuszczają, przynajmniej w większości. Zwinęłam w kłębek zapomniany T-shirt Josie i rzuciłam w nich, a oni zaczęli się śmiać.

Później tego wieczoru, kiedy siedziałyśmy z mamą na werandzie z tyłu domu, zaczęła wreszcie mówić znacznie poważniej.

– Wiesz, jak bardzo twój ojciec i ja lubimy Paula. Więcej, jak bardzo go kochamy.

Skinęłam głową. Siedziałyśmy obok siebie na drewnianych schodach prowadzących do małego, opadającego stromo ogródka. Światło zapewniał sznur lampek w kształcie tropikalnych rybek, zawieszony dawno temu przez Josie.

– To nie skomplikuje układów między nami wszystkimi, prawda?

Mama objęła mnie ramieniem.

– Marguerite, chociaż Paul jest mi bardzo bliski, ty jako moja córka zawsze będziesz ważniejsza. Jeśli pojawią się między wami jakieś problemy albo zerwiecie ze sobą, stanę po twojej stronie. Nawet jeśli nie będziesz miała racji! Wiesz, że jesteś na pierwszym miejscu.

To było naprawdę kochane, ale nie o to pytałam. Rozstanie z Paulem – coś takiego nigdy się nie zdarzy. Tak naprawdę martwiłam się o Theo.

Mama mówiła dalej.

– Wszyscy w dużej mierze uczestniczymy nawzajem w swoim życiu i pracy. Do pewnego stopnia to zawsze będzie prawdą. Niezależnie od tego, co w przyszłości wydarzy się między tobą a Paulem, ta więź pozostanie. – Przeczesała palcami moje włosy, niemal tak kręcone i nieposłuszne jak jej własne. – Związki na całe życie są skomplikowane. To bardzo duże obciążenie dla świeżego romansu.

– Wiem – powiedziałam. Rozumiałam już jednak, że Paul i ja byliśmy sobie naprawdę przeznaczeni w dosłownym, dającym się udowodnić znaczeniu tego słowa. Nie można walczyć z przeznaczeniem, a ja nie zamierzałam nawet próbować.

Paul nie nocował u nas, od kiedy postanowiliśmy być razem w tym świecie. Po części dlatego, że mieliśmy poczucie, że każdy nasz ruch jest śledzony, po części ze względu na uczucia Theo, ale przede wszystkim dlatego, że postanowiliśmy się nie spieszyć. Mieć pewność, że to właściwy moment.

W Uniwersum Rosyjskim powiedzieć, że się spieszyliśmy, to nic nie powiedzieć.

Tego wieczora, kiedy rodzice odkryli ryzyko rozszczepienia, tata wszedł do dużego pokoju akurat wtedy, kiedy Paul wrócił z werandy. Paul wziął mnie za rękę.

– Chcecie, żebyśmy jeszcze raz sprawdzili obliczenia? – zapytał moich rodziców.

Mama i tata wymienili spojrzenia.

– Mamy już dość na dzisiaj – powiedziała mama. – Jutro rano sprawdzimy to w laboratorium i będziemy kontynuować. – Uniosła brew. – Innymi słowy: tak, macie chwilę czasu dla siebie.

To nie była tak wspaniała propozycja, jak im się wyraźnie wydawało. Robienie czegokolwiek w moim pokoju nie było takie super, kiedy musiałam się zastanawiać, czy rodzice czegoś nie słyszą, albo, co gorsza, czy nam nie kibicują. Dawniej słuchałam muzyki na słuchawkach, żeby im nie przeszkadzać. Ostatnio rozkręcałam głośniki na cały regulator.

Paul stał koło mnie, skrępowany. Nadal jeszcze nie był pewien, jak znaleźć złoty środek między szacunkiem, jaki czuł do swoich mentorów, a pożądaniem, jakie czuł do ich córki. Dlatego to ja mówiłam.

– Dobra, to my…

W tym momencie usłyszeliśmy łomot na werandzie.

– Theo? – Wypuściłam rękę Paula i podeszłam do przesuwanych drzwi, ale tata mnie wyprzedził. Kiedy je otworzył, zaklął z zaskoczenia i wybiegł na zewnątrz. Pobiegłam za nim, ale stanęłam jak wryta, zdrętwiała z przerażenia.

Theo leżał jak długi na werandzie. Laptop był porzucony tam, gdzie upadł, kawałek dalej, a blask ekranu oświetlał twarz Theo – pustkę w oczach, zwiotczałe wargi.

Boże, czy on nie żyje? Wygląda, jakby nie żył…

Ciało Theo zadrżało i szarpnęło się konwulsyjnie. Jego kończyny zesztywniały, a potem zaczęły się trząść tak mocno, że uderzały o deski werandy.

– On ma atak padaczki – jęknęłam.

– Zadzwoń pod 911 – powiedział Paul, stojący tuż za mną. Usłyszałam, że mama pobiegła po komórkę.

– Co mamy zrobić? – zapytał tata, kiedy oboje uklękliśmy koło Theo. – Czy powinniśmy włożyć mu coś w usta, żeby nie zadławił się językiem?

– Nie! Absolutnie nie należy tego robić. – Słyszałam, że to zły pomysł w przypadku pacjentów z padaczką, ale nie wiedziałam, co innego mogłoby pomóc. – Wystarczy, że… będziemy przy nim. – Czy Theo nas słyszał? Nie miałam pojęcia. Wiedziałam tylko, że mam wrażenie, jakby moja krew na przemian stawała się gorąca i lodowato zimna. Ręce mi się trzęsły. Chociaż przerażona, byłam pewna, że Theo musi się bać o wiele bardziej, więc szepnęłam: – Wszystko będzie dobrze. Zawieziemy cię do szpitala, zgoda? Pomożemy ci, Theo.

– Czy on kiedyś wspominał o czymś… o jakiejś chorobie, wcześniejszych atakach? – zapytał cicho tata.

– Nie. – Paul patrzył na nas ponuro.

Czy on zachorował? Błagam, niech to będzie po prostu choroba. Wszyscy jednak wiedzieliśmy, że Theo nie ma padaczki. Zdawaliśmy sobie sprawę, co jest za to odpowiedzialne.

Włamywacz. Narkotyk, który szpieg Wyatta Conleya wlewał w ciało Theo raz za razem, przez całe miesiące – świństwo, od którego, jak mi powiedział, nadal miał dreszcze – poczynił większe spustoszenia, niż przypuszczaliśmy. Stan Theo się nie poprawiał, tylko pogarszał.

Conley powiedział nam, że nie chce polegać na Włamywaczu używanym przez jego podróżników międzywymiarowych. Wiedzieliśmy, że ten środek może być szkodliwy, ale wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak bardzo poważna jest sprawa.

Po raz pierwszy dotarło do mnie, że Theo może umrzeć.

Tamtego wieczora Paul postanowił zrobić wszystko, co będzie konieczne, żeby go uratować.

Rozdział czwarty

Wiatr, wpadający przez pozbawione szyb okna Zamku Świętego Anioła, poruszał welonem, który nosiłam na kręconych włosach.

– Wiedziałeś, że Paul będzie musiał przeskoczyć do Uniwersum Triadu – powiedziałam do Conleya. – Żeby poszukać lekarstwa dla Theo.

– To także mogę ci dać. Możesz uratować ich obu. – Conley roześmiał się cicho. – Ocalisz w ten sposób Theo przed efektami podróży jego wersji z Uniwersum Triadu do waszego wymiaru… A Paula przed konsekwencjami podróży do mojego.

– Celowo… rozszczepiłeś Paula?

Conley uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Przyznaję się do winy.

Teraz już wiedziałam, dlaczego przypomnienie nie zadziałało. Mogłoby obudzić duszę Paula tylko… tylko jeśli cała jego dusza była wewnątrz wersji z tego świata.

Ale Wyatt Conley rozerwał duszę Paula na kawałki.

Nic, co mogłabym wykrzyczeć, nie byłoby dostatecznie wulgarne. Nie istniały przekleństwa zdolne oddać szok i furię w moim sercu.

Dlatego rzuciłam się na niego.

Nasze ciała zderzyły się, kiedy popchnęłam Conleya na ścianę tak mocno, że z zaskoczenia stracił oddech. Oboje się zachwialiśmy, ale ja pierwsza odzyskałam równowagę. On poleciał na kamienną podłogę, a szata utworzyła wokół niego czerwoną plamę. Żałowałam, że to nie krew.

Ogarnął mnie upiorny spokój. Może właśnie tak się czują ludzie, zanim popełnią morderstwo.

– Zabiłeś Paula.

– Nie zabiłem go – wysapał Conley. Nadal starał się uspokoić oddech. – Rozszczepiłem go. To nie to samo.

– Rozdarłeś jego duszę na kawałki! Rozerwałeś go!

Uśmiech Conleya nie był tak pełen pewności teraz, kiedy leżał rozciągnięty na podłodze.

– Ale ty możesz go znowu poskładać w całość.

Co miał na myśli? Popatrzyłam znowu na Firebirda, na ten odczyt, którego nigdy wcześniej nie widziałam.

– Okazało się, że przypomnienie może mieć dodatkową funkcję – oznajmił Conley. – Może obudzić czyjąś duszę albo przechwycić pojedynczy jej odłamek. Myślałaś, że straciłaś Paula, ale już go uratowałaś. W każdym razie część jego.

Nosiłam na szyi fragment duszy mojego Paula.

Pochyliłam się nad Conleyem i ścisnęłam jego szatę drugą ręką.

– Mów, gdzie ukryłeś pozostałe odłamki duszy Paula.

– Jeśli chcesz tej informacji – powiedział Conley – będziesz musiała na nią zapracować.

Pięć dni temu, w szpitalu, moim rodzicom pozwolono zostać z Theo, podczas gdy Paul i ja musieliśmy siedzieć w poczekalni oddziału ratunkowego. Gdybym to ja była właścicielką szpitala, zadbałabym o to, żeby takie miejsce było bardziej przytulne. To pomieszczenie wydawało się zaprojektowane tak, żeby nas ukarać: ostre fluorescencyjne światło, niewygodne krzesła, stos czasopism z pozawijanymi rogami, sprzed co najmniej roku, a w kącie nastawiony na cały regulator telewizor, z którego jakiś nieznośny sędzia telewizyjny wrzeszczał na ludzi na tyle głupich, żeby zgłosić się do jego programu.

Trzymaliśmy się z Paulem za ręce, ale byliśmy zbyt wytrąceni z równowagi, żeby się nawzajem pocieszać. Po prostu czekaliśmy.

– Theo nie powiedział ani słowa o tym, że dalej się czuje źle – szepnęłam. – Przyznał, że nadal go ciągnie do Włamywacza, ale nic więcej.

– Niewiele mi się ostatnio zwierzał. – Paul popatrzył na swoje zniszczone szare tenisówki; nawet buty kupował w second handzie. – Myślałem, że to z twojego powodu. Z naszego powodu. Nie przyszło mi do głowy, że może się bardziej przejmować czymś innym.

Całe to skrępowanie z ostatnich trzech miesięcy – dziwne milczenie, chwile, kiedy Theo nie pojawiał się tam, gdzie się go spodziewaliśmy – dlaczego założyłam, że chodziło tylko o mój związek z Paulem? Nie zwróciłam na to większej uwagi, ponieważ myślałam, że Theo czuje się zazdrosny albo przynajmniej zraniony. Nie zadawałam pytań, które powinnam była zadawać. Przez cały ten czas Theo cierpiał w milczeniu.

– Powinienem był się domyślić – mruknął Paul.

– Nie spędzał z nami dostatecznie dużo czasu, żebyśmy mogli to zauważyć. – To była prawda, ale zaskakujące, jak niewiele nam pomagała.

– Oznaki były widoczne. Nie potrafiłem połączyć ich w całość. – Paul skulił się na krześle, z opuszczonymi ramionami, jakby właśnie podniósł coś ciężkiego. – Zauważyłem, że rzadziej prowadzi samochód. Że nie tak często wychodzi na miasto. Myślałem… po tym, co się stało, myślałem, że Theo potrzebuje po prostu czasu, żeby się pozbierać. Ale powinienem był wiedzieć, że nie przepuściłby wyjazdu na ferie wiosenne.

Paul ukrył twarz w dłoniach, a ja oparłam się o jego ramię. Nie wiem, czy próbowałam dodać mu otuchy, czy zaczerpnąć jej trochę od niego. Tak czy inaczej to nie działało.

Moi rodzice pojawili się dopiero rano. Światło dnia wydobywało ich zmęczenie, podkreślało każdą zmarszczkę i siwy włos, ale to nie dlatego wydawało się, że w trzy godziny postarzeli się o dziesięć lat. Spowodował to drążący ich lęk.

– Co z nim? – zapytałam łamiącym się głosem.

– Niedobrze. – Tata usiadł ciężko na krześle naprzeciwko nas. – Życie Theo nie jest w tym momencie zagrożone, ale jego funkcje życiowe, morfologia… Lekarze nie mają pojęcia, jak to interpretować.

Mama zaczęła odliczać na palcach, spacerując między rzędami krzeseł.

– Ma anemię. W płucach widać uszkodzenia, jakby od lat cierpiał na gruźlicę, co oczywiście nie miało miejsca. Jeśli chodzi o mięśnie stóp i dolnej części nóg, stopień degeneracji sprawił, że jeden lekarz zasugerował wczesną fazę miopatii dystalnej.

Przygryzłam dolną wargę z nadzieją, że ból pozwoli mi powstrzymać łzy. Paul zapytał zduszonym głosem:

– Theo nie choruje na to, prawda?

Moja matka potrząsnęła głową.

– To możliwe, ale bardzo wątpliwe. Wszyscy znamy najbardziej prawdopodobną przyczynę.

Włamywacz.

– Negatywne efekty, jakie narkotyk wywierał na ciało Theo, nie skończyły się, kiedy przestał go brać – powiedziała mama. – Najwyraźniej uszkodzenia przekroczyły już punkt krytyczny.

Mówiła całkowicie jasno, ale ja nie rozumiałam. Nie pozwalałam sobie rozumieć. Coś w moim mózgu sprzeciwiało się przyswojeniu tych słów.

– Ale jego stan się poprawi. Prawda? Teraz, kiedy jest pod opieką lekarzy?

– Obecnie tego nie wiemy – powiedział łagodnie tata. – Zespół medyczny nie miał do czynienia z jego chorobą, a to oznacza, że nie potrafią postawić diagnozy na przyszłość. Ale fakt, że jego stan pogarsza się tak długo po ostatniej dawce Włamywacza… cóż, to mnie niepokoi.

Mama wydała cichy dźwięk – taki jak wtedy, gdy nie pozwalała sobie na płacz z rozpaczy. Słyszałam go tylko raz, kiedy otworzyła drzwi i zobaczyła policjanta z czapką w ręku. Zupełnie jakby wiedziała, że zaraz usłyszy o śmierci mojego ojca, ale odmawiała uwierzenia w to aż do momentu, gdy nie będzie innego wyboru.

Tego dnia przypuszczała, że Theo grozi to, co najgorsze.

Może umrzeć, ponieważ Wyatt Conley wysłał szpiega, który faszerował go narkotykiem, raz za razem, przez całe miesiące. Z powodu ambicji Wyatta Conleya. Z powodu jego ogromnych planów zdominowania multiwszechświata.

Nie przypuszczałam, że mogłabym nienawidzić Wyatta Conleya bardziej niż do tej pory. Myliłam się.

Zadręczałam się tym przez całą noc.

Dlaczego zachowywałam się tak głupio wobec Theo? On zaakceptował, że wybrałam Paula, i ani razu nie próbował tego kwestionować wobec żadnego z nas. Gdybym uwierzyła mu na słowo, że pogodził się z naszym związkiem, może spędzalibyśmy z nim więcej czasu. Wtedy może zauważyłabym, że coś jest nie tak.

Kiedy następnego dnia przyjechała Josie, powiedziałam jej to wszystko, ale ona się ze mną nie zgodziła.

– Posłuchaj, Marguerite. – Josie stała w kuchni i piła trzeci kubek kawy. Kofeina miała pomóc na to, że przełożyła swój lot na szóstą trzydzieści rano, żeby dotrzeć do domu jak najprędzej. – Nie wiedziałaś, ponieważ Theo nie chciał, żebyś wiedziała. Ukrywał objawy przed wszystkimi na własną odpowiedzialność.

– To do niego niepodobne, żeby trzymać coś takiego w tajemnicy – zaprotestowałam. Paul? Jasne. On zamykał w środku swoje uczucia i lęki, czasem nazbyt długo. Ale Theo miał zwyczaj narzekać na wszystko, od drużyn hokejowych po parkowanie w Berkeley. – Gdyby nie czuł się niezręcznie w towarzystwie moim i Paula, coś by powiedział.

Josie odstawiła kubek i położyła mi ręce na ramionach.

– Wiem, że ostatnio łatwo o tym zapomnieć, skoro Triad traktuje cię jak Święty Graal, ale nie cały świat kręci się wokół ciebie.

To zabolało.

– No to dlaczego Theo nagle przestał nam mówić o wszystkim?

– Szczerze? Podejrzewałabym, że objawy go przerażały. Prawdopodobnie starał się nie dopuszczać do siebie, że dzieje się coś poważnego. Nie mógł wam o tym powiedzieć, skoro nie przyznawał się do tego przed sobą.

Zastanowiłam się nad jej słowami i zauważyłam, że jest w nich sporo racji. Nie, to nie było wszystko, ale przynajmniej czułam, że mogę znowu oddychać.

– Kiedy będziemy mogli zajrzeć do Theo? – zapytała Josie. – Chyba już teraz są godziny odwiedzin? Kiedy jego rodzice przyjadą z Waszyngtonu?

– Theo nic ci nie mówił? Nie ma ich w tej chwili w Waszyngtonie.

Państwo Beck należeli do korpusu dyplomatycznego, co oznaczało, że podróżowali po całym świecie. Większość czasu spędzali w Waszyngtonie – uczyli się nowych języków, załatwiali sprawy dyplomatyczne – ale Theo urodził się w Chile, chodził do przedszkola na Filipinach, a do gimnazjum na Islandii. Czasem myślałam, że właśnie dlatego został takim hipsterem. Starał się udowodnić, że jest niezrównanym znawcą kultury amerykańskiej, że jest w tym lepszy od nas wszystkich.

– Dwa miesiące temu jego rodzice zostali skierowani do Mongolii. To nie jest miejsce, z którego można szybko wrócić. Będą tu dopiero za kilka dni.

– Jego mama i tata na pewno są przerażeni – westchnęła Josie i potarła skronie. – Cóż, możemy opiekować się Theo, dopóki nie przyjadą. No to gdzie twój amant?

– Przestań tak nazywać Paula.

– Dlaczego? – Josie uśmiechnęła się po raz pierwszy, odkąd odebraliśmy ją z lotniska. – Nie jest jeszcze twoim amantem?

Postępy mojego życia seksualnego nie były sprawą Josie. Chociaż mogłam jej mówić prawie o wszystkim, Josie nie rozumiała, dlaczego Paul i ja nie chcieliśmy się spieszyć. Jej romanse były zawsze krótkie i intensywne.

Dlatego tamtego dnia powiedziałam tylko:

– Zawstydzisz go. On nadal nie do końca wie, jak sobie radzić… w takiej sytuacji. – Zrobiłam nieokreślony gest, obejmujący dom, poplątane relacje między nami, wszystko.

– Paul nigdy nie miał nikogo, prawda? – zapytała Josie.

Potrząsnęłam głową. Przyznał mi się, że przede mną całował się tylko z dwiema dziewczynami, a jeden z tych pocałunków to było zetknięcie na sekundę zaciśniętych warg, więc właściwie trudno go liczyć. Tak właśnie się kończyło, kiedy ktoś trafiał na uniwersytet, zanim jeszcze wszedł w okres dojrzewania. Paul większość ostatniej dekady spędził w otoczeniu dziewczyn starszych od niego pięć do dziesięciu lat.

Mimo to bardzo, bardzo szybko nauczył się świetnie całować.

Josie pokiwała spokojnie głową z całkowicie niewinnym wyrazem twarzy.

– A ty i Paul… układa wam się dobrze?

– Tak, dobrze.

Paul zawiózł mnie raz do Muir Woods, gdzie trzymaliśmy się za ręce, podczas kiedy on opowiadał o początkach wszechświata. Ja zabrałam go do San Francisco, na drag show, które zdumiało go prawie tak, jak zaskoczyłoby kosmitę po raz pierwszy odwiedzającego Ziemię. Pojechaliśmy autobusem do Oakland, żeby pójść na film w eleganckim starym kinie w Grand Lake, a potem na kawę i pączki w niesamowitej zabytkowej cukierni. Jak widać, przeżywaliśmy niepowtarzalne chwile. Ale na swój sposób najlepsze było, że Paul i ja mogliśmy po prostu być razem. Czasem wieczorem malowałam przez kilka godzin, podczas gdy on czytał albo pracował nad równaniami, a rozmowa nawiązywała się i urywała z łatwością, w naturalny sposób. Układało nam się dobrze – lepiej, niż mogłabym marzyć sześć miesięcy temu.

– Nadal nie potrafię tego zrozumieć – przyznała Josie i wyminęła mnie, żeby usiąść ciężko na kanapie. Miała na sobie ten sam wełniany sweter i legginsy, które włożyłaby na bieg na pięć kilometrów. – Nie mogłaś znieść tego faceta, a teraz jesteś w nim zakochana.

– To nieprawda.

Josie uniosła brew.

– „Nie mogłaś znieść” to za mocne określenie. Po prostu myślałam, że jest… trochę dziwaczny. To wszystko.

– Paul jest trochę dziwaczny – powiedziała Josie. – Ale w dobrym znaczeniu tego słowa.

– To dlaczego takie dziwne ci się wydaje, że z nim jestem?

Zamiast odpowiedzieć od razu, Josie napiła się kawy, zamyślona. W końcu stwierdziła:

– Zaraz po tym, jak wróciliście do domu z tatą, kiedy przyznałaś, że zakochałaś się w Paulu, powiedziałaś mi, że uświadomiłaś to sobie, kiedy byliście w Uniwersum Rosyjskim.

Przypomniałam sobie porucznika Markova, tańczącego ze mną walca w ogromnej, bogato zdobionej sali w Pałacu Zimowym, przy muzyce stojącego w kącie fonografu, i ciepło jego dłoni na moich plecach.

– Tak, mówiłam.

– Okej. – Zawahała się, a ja zrozumiałam, że rozważa, czy mnie nie urazi. Josie zazwyczaj nie przejmowała się tym, że może urazić kogokolwiek. Wiedziałam, że nie jest dobrze. – Jesteś pewna, że nie kochasz tylko Paula z tamtego świata? Kiedy mi o tym opowiadałaś… Marguerite, zakochałaś się naprawdę mocno w poruczniku Markovie. Nawet jeśli on jest inną wersją Paula, to nie jest ten sam człowiek.

Wyraźnie spodziewała się, że wybuchnę, ale ja nie byłam zła. Josie jeszcze nie podróżowała do innych wymiarów. To oznaczało, że nie mogła pojąć tego, co ja zrozumiałam.

– Porucznik Markov nie jest identyczny z moim Paulem Markovem – powiedziałam. – Wiem o tym. Mimo to coś w nich pozostaje takie samo. Coś w środku, najgłębsza, najbardziej istotna część tego, kim jesteśmy, ta właśnie część istnieje w każdym wszechświecie. W każdej osobie, jaką moglibyśmy być. Zakochałam się w tamtym Paulu i w moim Paulu, ponieważ zakochałam się w tym, co jest w ich wnętrzu. W ich duszach, jeśli chcesz to tak nazwać. Albo duszy. Pojedynczej.

Moja siostra nie sprawiała wrażenia przekonanej.

– Naprawdę w to wierzysz? Że kochasz każdego Paula, wszędzie?

– Nie wierzę w to – odpowiedziałam. – Ja to wiem.

Kiedy po południu odwiedziliśmy Theo w szpitalu, wszystko w jego pokoju było przygnębiające: puste, ponure ściany, zawieszony na ruchomym ramieniu z czarnego metalu telewizor, wyświetlający sztampowy film akcji z kablówki, a przede wszystkim regulowane łóżko szpitalne na plastikowej ramie. Theo oparł się na poduszkach i powitał nas uśmiechem, ale nadal był okropnie blady. Mimo to, ze względu na nas, starał się brzmieć pogodnie.

– Najwyższy czas, żebyście się pojawili.

– Przyniosłem trochę rzeczy z twojego mieszkania – powiedział Paul.

– Chociaż nie będziesz tu przecież aż tak długo! – dodałam szybko. – Ale możesz chcieć mieć coś znajomego.

– Domowe wygody, tak? – Theo się uśmiechnął. Boże, wszyscy staraliśmy się brzmieć optymistycznie i kompletnie nam to nie wychodziło. – Dobra, strzelajcie.

– Po pierwsze – zaczęłam – ta niebieska koszula szpitalna jest okropnie nietwarzowa. Masz. – Wyjęłam z pudła słomkowy kapelusz Theo, który kupił sobie na plaży w zeszłe wakacje.

Pozwolił, żebym mu go wsadziła na głowę, a potem przekrzywił go zawadiacko.

– Nie potrzebuję nawet lustra, żeby wiedzieć, o ile lepiej wyglądam.

– Prawdziwe ciacho – zapewniłam go.

Paul nie zawracał sobie głowy poprawianiem mu nastroju, tylko od razu przeszedł do rzeczy.

– Przywiozłem też twój czytnik e-booków, komórkę, słuchawki i parę skarpetek.

– Skarpetek? – zapytał Theo, marszcząc brwi.

– Na wypadek gdyby ci marzły stopy – wyjaśnił Paul, jakby to powinno być oczywiste.

Theo westchnął.

– Boisz się, że będzie mi zimno w palce, braciszku? Uwierz mi, mamy poważniejsze problemy na głowie.

Myślę, że to miał być żart, ale Paul i ja popatrzyliśmy na siebie z narastającą obawą.

Wiedzieliśmy już, co musimy zrobić. Później, w samochodzie, nie rozważaliśmy nawet innych opcji, kłóciliśmy się tylko, kto będzie ratować Theo.

– Wiesz, że to powinnam być ja – powiedziałam.

– Nie – stwierdził Paul tym swoim nieznoszącym sprzeciwu tonem, który czasem doprowadzał mnie do szału.

– Twoja wersja z Uniwersum Triadu uciekła do Ameryki Południowej, pamiętasz?

Pojawiamy się w naszych alternatywnych wersjach, gdziekolwiek się znajdują, i musimy sobie radzić z dowolną sytuacją, jaką zastaniemy. Mnie zdarzyło się spaść ze schodów i obudzić się pod wodą – do wyboru, do koloru.

Paul nie ustępował.

– Nie muszę być w siedzibie Triadu, żeby zdobyć informacje. Potrzebuję tylko komputera, internetu mobilnego i umiejętności przedostania się przez zabezpieczenia Triadu.

– Wiesz, że Conley na pewno od tamtej pory uszczelnił systemy.

– Tak, to by było logiczne posunięcie.

– Czyli widzisz, gdzie leży problem?

– Może nie jestem idealnym kandydatem, ale ty jesteś jeszcze gorszym.

Szczerość Paula była jak policzek, ale nauczyłam się już, że nie powinnam od razu uznawać tego za chęć zranienia moich uczuć. Paul nigdy nie zamierzał być za ostry, po prostu nie wiedział, jak formułować różne kwestie.

– Możesz wyjaśnić? – powiedziałam tylko.

– Ja przynajmniej mam szansę zdobyć informacje i uniknąć wykrycia – stwierdził Paul. – Ty nie masz żadnej.

Nie chciałam mu przyznawać racji, ale nie miałam wyboru. Moja wiedza o komputerach zaczynała się i kończyła na: „nacisnąć przycisk Start i magiczne pudełko ożyje”. Dlaczego musiałam być jedyną osobą w rodzinie z lepiej rozwiniętą prawą półkulą? Paula trudno było nazwać zawodowym hakerem, ale wiedział to i owo o przedostawaniu się przez firewalle.

– Kiedy zrobiłeś się ekspertem od zabezpieczeń komputerowych?

Paul westchnął.

– Theo mnie nauczył.

Jego jedna ręka opierała się na mojej nodze. Splotłam palce z jego palcami.

– Od samego początku się tobą opiekował.

– Nie od samego początku. Ale bardzo szybko po tym, jak wskazałem błąd w jednym z jego równań. Początkowo był wściekły, ale następnego dnia powiedział, że woli mnie mieć po swojej stronie.

To by się zgadzało. Theo miał ego rozmiarów mostu Golden Gate, ale ratowało go to, że był tak samo skłonny podziwiać zarówno innych, jak i samego siebie.

Paul mówił z wahaniem, jakby nigdy wcześniej nie starał się tego ubrać w słowa i nie wiedział, jak to zrobić.

– Nigdy nie byłem w klubie, dopóki Theo nie wziął mnie ze sobą. Nigdy nawet nie piłem piwa. Więc mnie zabierał. Nazywał to „poprawką z dorastania”.

Nic dziwnego, że Paul podziwiał Theo. Nie znał jednak tego innego Theo, nie tak, jak ja. To ja zostałam zaprowadzona do siedziby Triadu, żeby Wyatt Conley mógł mnie uwięzić, to ja zostałam zaatakowana fizycznie w łodzi podwodnej. To mnie Theo całował i przysięgał, że zależy mu na mnie, podczas gdy jednocześnie upozorował śmierć taty i rzucił na Paula fałszywe oskarżenie o morderstwo.

Theo miał w sobie tyle dobra – ale była w nim także ciemność. Nawet tamtego dnia, kiedy bałam się o niego jak nigdy przedtem, nie mogłam przestać się zastanawiać, ile wspólnego mają Theo z Uniwersum Triadu i ten nasz.

Paul nie miał takich wątpliwości. Jego lojalność wobec Theo była i pozostawała absolutna. Jeśli musiał złamać warunki umowy z Wyattem Conleyem, żeby ratować Theo, nie zamierzał się nad tym zastanawiać.

Conley powiedział tylko, że mamy się trzymać z dala od Uniwersum Triadu. Ale to tam wynaleziono Włamywacza – co oznaczało, że jeśli istniały jakieś lekarstwo lub kuracja, był to jedyny świat, w którym mogliśmy je znaleźć.

Najpierw pojechaliśmy razem do pokoju Paula w akademiku. Ponieważ nie mieliśmy pojęcia, ile potrwa jego podróż, musieliśmy dopilnować, by wyruszył z pomieszczenia, które może być zamknięte, tak by nikt nie znalazł się w tym miejscu, kiedy Paul powróci, a jego ciało znowu wejdzie w interakcję z naszym wszechświatem. Gdyby w chwili przeskoku siedział na kanapie, a potem ktoś zajął to samo miejsce w momencie jego powrotu… Moi rodzice nie byli na sto procent pewni, co by się stało, ale mogłoby się to zakończyć złączeniem obu ciał w nieodwracalny, najprawdopodobniej śmiertelny i zdecydowanie odrażający sposób.

Paul rozpoczynał podróż z pokoju w akademiku, a ja miałam zamknąć za nim drzwi na klucz, żebyśmy nie musieli sprawdzać, czy taka fuzja zaszłaby rzeczywiście.

Paul położył się na łóżku i wyciągnął się wygodnie. Po paru twardych lądowaniach w innych wymiarach zaczynasz doceniać wartość komfortowego powrotu. Usiadłam koło niego i pochyliłam się tak, że nasze twarze niemal się stykały.

– Jeśli zaczniesz podejrzewać, że Conley się czegoś domyśla, jeśli chociaż przez moment będziesz miał wątpliwości, wracaj – poprosiłam. – Wymyślimy inny sposób na znalezienie lekarstwa.

– Wtedy będziemy się musieli o nie targować, a to nie wchodzi w grę. – Paul odgarnął pukiel włosów z mojego policzka. Niemal szeptem powiedział: – Kocham cię.

– A ja kocham ciebie. W każdym świecie, w każdym wszechświecie.

Uśmiechnął się trochę przekornie.

– Wystarczy w tym świecie. – Zaraz jednak spoważniał. – Czasem patrzę na ciebie i myślę… Gdybym nie wiedział, że łączy nas przeznaczenie, gdybym nie widział na własne oczy dowodów, nie uwierzyłbym, że to się dzieje naprawdę. Że możesz mnie kochać tak mocno, jak ja ciebie.

Ja czułam się dokładnie tak samo.

– Łączy nas przeznaczenie. Jest nam pisane być razem. A to znaczy, że tobie jest pisane do mnie wrócić. Jasne?

– Jasne. – Paul położył dłonie na piersi i dotknął palcami Firebirda. Popatrzyliśmy sobie w oczy i…

I nic się nie stało. Paul nie zniknął, nie było żadnego światła, dźwięku, znaku, że kiedykolwiek tu był. Oczywiście jego ciało pozostawało w naszym wymiarze, nadal tam pozostaje, na łóżku w jego pokoju, ale jest niewidoczne i nienamacalne. Żaden przyrząd pomiarowy na Ziemi nie zdołałby go wykryć.

Powoli oparłam dłoń w miejscu, gdzie leżał, gdzie zaledwie chwilę wcześniej mogłabym wyczuć bicie jego serca. Jego koc nadal był ciepły. Powiedziałam sobie, że Paul potrafi wszystko, że uratuje Theo i wróci do domu.

Ale Conley czekał już na niego. Kiedy ja czułam na dłoni ciepło pozostawione przez Paula, jego dusza była rozrywana na części.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziesięć tysięcy słońc nad tobą Złotowidząca. Księga 1. Ucieczka Tysiąc odłamków ciebie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę