Reifstein albo Podróż Trzech Króli

Reifstein albo Podróż Trzech Króli

Autorzy: Michał Kruszona

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 22.40 zł

Andrzej, pochodzący z małego miasteczka Reifstein, jak tysiące Wielkopolan trafia na front pierwszej wojny światowej. Chęć zysku okazuje się dla niego ważniejsza od narodowej solidarności i Andrzej staje się denuncjatorem jednego z polskich towarzyszy broni. W nagrodę za wzorową postawę pruskiego żołnierza zostaje zabrany z frontu i skierowany do Iłowej, do majątku księcia Hochberga. Stamtąd, poprzez Rumunię i Turcję, jedzie do Afryki, gdzie ma dbać o interesy Hochberga. Tak zaczyna się jego podróż…

Opowieść jest pretekstem do ukazania niełatwych relacji polsko-niemieckich. Jest też ważnym głosem przypominającym o poległych w czasie pierwszej wojny światowej Wielkopolanach i Ślązakach.

Michał Kruszona

Reifstein albo Podróż Trzech Króli

ISBN

Copyright © by Michał Kruszona, 2017

All rights reserved

Redaktor

Witold Kowalczyk

Projekt okładki

Tobiasz Zysk

Na okładce wykorzystano grafikę z 1914 roku.

Opracowanie graficzne i techniczne

Dymitr Miłowanow

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

POSŁOWIE

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Nastały czasy, w których ludziom od wilgoci zaczęły się skręcać włosy, a i to nie wszystko. Rozmiękały nawet paznokcie, wcześniej przybierając siny kolor. Mieszkańcy miasteczka, znani dotąd z włosów prostych jak druty, budzili się zaskoczeni zwijającymi się na głowach kędziorkami. Włosy większości ludzi przypominały sprężynki, kłębiły się w puklach, a te rzadziej rosnące wiły się niczym perz. Paznokcie zaś nie nadawały się do niczego, nie przykręcono by nimi nawet najmniejszej śrubki, wyginały się i boleśnie pękały. Nie dziwota, padało już szósty tydzień. Powietrze przesiąkło wilgocią, dawno przestały się jej opierać drzewa, drogi i domy. Woda szczególnie dawała się we znaki ceglanym murom, odparzała tynki, drążyła kanaliki w miękkich fugach. Wilgoć tworzyła na fasadach budynków plamy i zacieki niczym liszaje zdradzające obecność toczącej miasto zakaźnej choroby. Belki podtrzymujące na strychach dachowe więźby ledwie opierały się wodzie, chłonąc ją nie tylko z powietrza. Leniwie, wąskimi strumyczkami, woda płynęła bezpośrednio po nieheblowanym drewnie, kapiąc na utwardzone gliną stropy. Kropelka po kropelce wodę wchłaniała sucha zazwyczaj glina, teraz z każdym kolejnym jesiennym dniem powoli zmieniająca się w błotnistą, żółtą maź.

Była stosowna pora na miejskie śniadanie, kiedy z podwórza należącego do kowala Eugena Jankego wytoczył się wóz zaprzężony w jednego kroczącego pomiędzy dwoma dyszlami konia.

— Hüh, Hans! — Woźnica, będąc już dawno po solidnym wiejskim śniadaniu, niedbale machnął batem, koń szarpnął wozem i wyciągnął go na bruk ulicy Kościelnej. Koła zaturkotały z przeraźliwym hałasem i potoczyły się po czerwonobrązowych kamieniach, które wymyte w wielotygodniowym deszczu mieniły się niczym opale. Niejeden przybrał odcień fioletu, inny uciekał swą barwą w stronę bordo. Hans idealnie wkomponowywał się w owe kamienie swoim nieokreślonym umaszczeniem. Patrząc z góry, z okien którejkolwiek kamienicy, można było rzec, że koń zlewał się z brukiem. Trzeba było wytężyć wzrok, by z tła wydobyć kontury zwierzęcia. Koń powolnie reagował na komendy woźnicy, przyzwyczajał się do nowych podków, co chwila któraś z nich ślizgała się na mokrym bruku, wprawiając pociągowe zwierzę w konsternację. Przyjechał do miasteczka przed dwoma godzinami aż z Lindenhöhe. Polacy nazywali jego wieś nieco prześmiewnie — Peterkowo. Faktycznie od dwustu lat najpopularniejszym męskim imieniem nadawanym we wsi było imię Peter. Wyjechali o świcie. Gospodarz, jak wszyscy mieszkańcy wioski z wyjątkiem jednego, był Niemcem. Ludzie z pobliskiego miasteczka chwalili sobie sąsiedztwo. W miasteczku większość ludzi, podobnie jak kowal Eugen Janke, mówiła naprzemiennie po polsku lub po niemiecku. Było to tak: Polak spotykał Polaka — zagadywał do niego po polsku, Niemiec Niemca — to rzecz jasna „szprechali” po niemiecku, problem pojawiał się, gdy Polak spotykał Niemca. W takiej sytuacji przyjęło się, że gdy Polak przychodził w interesie do Niemca, mówił po niemiecku, a jak Niemiec do Polaka, to rozmawiali po polsku. Nie inaczej było w urzędach. Tam Polak zawsze przychodził do Niemca, dlatego używał w nich niemieckiego, co — prawdę mówiąc — nikomu zbytnio nie przeszkadzało. Nawet to, że w szkole uczono dzieci po niemiecku, nikogo wielce nie dziwiło. Utarło się przekonanie, że niemiecki lepiej się nadaje do czytania i pisania.

Wóz przetoczył się w poprzek ulicy Szerokiej. Żydzi mieli na niej swoją synagogę. Pozostało ich w miasteczku niewielu, większość dawno wyjechała w głąb Niemiec. Tutejsza dawidowa świątynia chyliła się ku upadkowi. Jej dach ledwie chronił przed deszczem wnętrze z Arką Przymierza i osadzoną w niej Torą. Dzisiaj Żydzi mieli święto, nieliczni ciągle zamieszkujący miasteczko za chwilę udadzą się do synagogi. Za Szeroką dobrze już było widać gotycki ceglany kościół — najokazalszy budynek w mieście. Wzniesiony z cegły niczym czerwona piramida górował majestatycznie nad miastem. Był schronieniem sów, nietoperzy i pustułek. Przy okazji służył też katolikom, choć przed wiekami modlili się w nim protestanci, a nawet bracia czescy. Miasteczko było otwarte dla wszystkich. W czasach naznaczonych początkiem tej historii tradycyjna lokalna otwartość chyliła się ku końcowi. Winne temu były rozmaite ideologie. Nacjonalizmy schowane pod pozornie niewinnym mianem patriotyzmu. Woźnica jeszcze tego nie wiedział, ani miejscowy fryzjer, rymarz, piekarze, rzeźnicy, bednarz, kołodziej i kilku murarzy. Był osiemnasty dzień października 1914 roku, niedziela. W miasteczku nie było wielu młodych mężczyzn, od czerwca wyjeżdżali na front jeden po drugim, w transportach po kilku, kilkunastu, a ostatnio nawet po trzydziestu naraz. Niemcy i Polacy ramię w ramię jechali bić Francuzów, szerzących, jak powszechnie mówiono, czerwoną, bezbożną zarazę. Mieszkańcy pamiętali, jak przed laty w nieodległej Lipnicy zamieszkała pewna polska rodzina. Byli to osadnicy, wrócili z tułaczki, poszukiwanie chleba rzuciło ich do Francji. Dokładnie przyjechali z Lille, tam pracowali w fabryce, tutaj pomagali w majątku — mówiono o nich, że to komuniści. Nikt nigdy nie widział ich w kościele, a niemiecka policja raz po raz robiła w ich niewielkim mieszkaniu rewizje. Polacy sprzyjali policji, niechby coś znalazła i pognała precz obce tałatajstwo. Podobnie myślący mieszkańcy miasteczka chętnie jechali na front walczyć z francuską czerwoną zarazą, ciesząc się przy tym, że za darmo poznają kawał świata. Do tego pobiją komunistów i wolnomyślicieli, od lat niebojących się Boga. Cokolwiek by mówić, Niemcy mieli przed Bogiem respekt i nosili go w sercu, stąd Bóg darzył im nie najgorzej.

Tymczasem koń doczłapał przed kościelną bramę. Woźnica uwiązał go do jednego z kilkunastu specjalnie w tym celu wbitych w mur haków. Każdy zwieńczony był kółkiem, to także była kowalska robota. Koń uderzał okutym kopytem o bruk, jakby chciał dopasować nowe podkowy, a może po prostu wystukiwał sobie jakąś końską melodię, tym sposobem łatwiej znosił padający deszcz i uciążliwie spływające do oczu krople wody. Skórzane orenklapy ograniczające koniowi widoczność były dla niego wystarczająco dokuczliwe. Gospodarz nazywał się Peter Handke, nie był katolikiem, nic nadzwyczajnego u miejscowych Niemców. W żadnym jednak razie nie przeszkadzało mu to sprzedawać na probostwo ziemniaki. Czyste, umyte, jak to u Niemców. Było świeżo po wykopkach.

— Szczęść Boże — powiedział do kościelnego, który najwyraźniej ucieszył się na jego widok. Wypakowali dwa pękate i ciężkie jutowe worki, wcześniej podobny został u kowala jako zapłata za podkucie konia.

— A pamiętał pan o specjalnych okazach?

— Ja, ja — odparł Peter, wynosząc z wozu wiklinową kuszkę pełną nieforemnych, ogromnych pyrek.

— Ale pyry — zachwycił się kościelny, przestając z przejęcia dłubać w nosie. — Te wielkie będą na plendze… dla proboszcza — dodał po chwili, choć było widać, że sam czuł już smak plendzów ze świeżych pyrów.

— Mam coś jeszcze dla waszego księdza — to mówiąc, Peter wyjął z wozu kolejną wiklinową kuszkę pełną dorodnych rudych rydzów. — To z naszego lasu — powiedział, dodając, że w tym roku grzybów jest tyle, że nie nadążają ich zbierać. W tamtych czasach okolice Peterkowa słynęły z grzybów. Lasy ciągnęły się od wioski do samej Warty, hen, aż po Oborniki, w górę rzeki, albo do Obrzycka wraz z jej biegiem. Starczyło wyjść ze wsi wzdłuż rzeczki, aby nazbierać wszystkiego, co las dawał w wielkiej obfitości. Padający deszcz sprzyjał grzybom, a widać nie za bardzo przeszkadzał ziemniakom.

— Szczęść Boże, Piotrze! — Z sieni wyłoniła się korpulentna, zdecydowanie pucołowata postać proboszcza. — A wejdziecie na małą herbatę? — Proboszcz skrzyżował ręce na opasłym brzuchu.

— Bóg zapłać — odpowiedział po chrześcijańsku Niemiec. — Nie będę robił nieporządku. — Cały przemoczony, niemal ociekał wodą. — Ksiądz pozwoli, wejdę na chwilę do kościoła, popatrzę na nasze obrazy. — Mówiąc „nasze”, nie wiadomo, co miał na myśli, czy to, że były nasze wspólne, miejscowe, czy może ich, niemieckie. Pewne było, że nie były protestanckie, skoro niemal na co drugim z nich widniała postać Matki Bożej, przez protestantów zwanej zwyczajnie Marią. Mogło jednak być i tak, że namalowano je jeszcze przed Lutrem.

— A, idź, idź, może będzie z tego co dobrego. — Ksiądz stracił zainteresowanie dla gościa, z ulgą przyjąwszy wiadomość, że jednak na herbatę nie wejdzie i nie nabrudzi w sieni, dalej musiałby, rzecz jasna, zzuć buty. Obficie ociekającego deszczówką nawet nie byłoby gdzie posadzić, bo przecież nie przy stole w jadalni, a i w kuchni gosposia nie pozwoliłaby mu usiąść przy stole, nie dość, że mokremu, to jeszcze luterańskiemu innowiercy, co to pewnie diabła w zadek całuje.

Z plebanii Peter poszedł wprost do kościoła. Nad chodnikiem rozrosły się wyniosłe cisy. Ich trzystuletnie gałęzie słaniały się pod ciężarem wody. To, że nie zalegały wprost na chodniku, zawdzięczały solidnemu ogrodzeniu, stanowiącemu teraz podporę dla nasiąkłych wodą konarów. Ogrodzenie także było dziełem kowala, jednak nikt nie pamiętał jakiego. Stało tu od zawsze, było pewnie stare niemal jak ceglany kościół. W kruchcie minął wiekowy jak świątynne mury krucyfiks. Cofnął się, dotknął prawą ręką stóp Chrystusa i przeżegnał po chrześcijańsku. Nie tknął jednak święconej wody zebranej w kamiennej misie. Z kruchty wszedł do pierwszej z trzech kościelnych naw. Siedziało w niej kilkanaście otulonych w chusty kobiet, same staruszki. Nie wszystkie milczały, niejedna modliła się głośno o wspomożenie dla dopiero co wysłanych na front synów i wnuków. „Wyglądają jak czarne kukły” — pomyślał Peter, nie zważając na obraz zwany cudownym. Przedstawiał Matkę Boską Kazańską. Peter nijak nie mógł pojąć, jak można się do niego modlić. Było to dla niego bałwochwalstwo w czystej postaci.

— Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną — wyszeptał po niemiecku i przeszedł do głównej nawy kościoła. To tu znajdował się jego ulubiony obraz. Zatrzymał się przed ołtarzem, wpatrując w namalowany na okazałej desce pokłon Trzech Króli. Wiedział, że obraz ma pięćset lat, podobnie jak pozostałe osadzone w ołtarzu dzieła. Średniowieczne, barwne malowidło przywodziło mu na myśl Niemcy, ich kulturę i chwalebną gotycką przeszłość. Od obrazu tchnęło Dürerem, Cranachem, Holbeinem, Grünewaldem. Peter znał ich wszystkich z książek przywożonych do szkoły parafialnej przez protestanckiego księdza, prawdziwe uduchowione perełki, nie jakieś płaskie malowidło z wyobrażeniem twarzy śniadej kobiety. „To tak, jakby kantaty Bacha porównywać do jarmarcznych ludowych tańców. Nie ma czego porównywać, Niemcy dawały tej ziemi to, na co sama nigdy by się nie zdobyła” — medytował Peter. Odwrócił się w stronę wyjścia. Tymczasem koń moknął na deszczu, pożółkłe liście klonów i kasztanów spadały jeden po drugim, niektóre niesione wiatrem przyklejały się do dziwnie umaszczonej sierści zwierzęcia wzdrygającego się co jakiś czas, aby zrzucić z siebie owe oznaki jesieni. Z rynku dochodził śpiew kadetów, kolejny oddział maszerował na front, kierując się w stronę dworca kolejowego.

Cmoknął na konia.

— Hans — ledwie mruknął Peter.

Nie musiał wymawiać imienia, zwierzę samo wiedziało, że nareszcie nadszedł czas powrotu do odległej stajni. Rozmoknięte kopyta ledwie utrzymywały nowe podkowy, dopiero gdy wyschną, gwoździe szczelniej zakleszczone zostaną w stwardniałej tkance. Wracali do domu, mieli do przejechania kilka kilometrów polem i lasem, bardziej zmoknąć już się nie dało. O ile na Hansa czekała gwarna stajnia z meczącymi kozami, świniami kwiczącymi za ścianą, dwiema muczącymi krowami i cielakiem stojącym przy jednej z nich, o tyle na Petera nie czekał nikt. Od przeszło roku był wdowcem, żona umarła, rodząc martwego chłopca, ta podwójna tragedia dotknęła go do tego stopnia, że od tego czasu nieraz wahał się, rozmyślając nad sensem wiary. Kobieta nie mogła urodzić źle ułożonego w łożysku dziecka. Przyjechał felczer, rozciął jej podbrzusze niczym rzeźnik naostrzonym na podwórkowym kamieniu metalowym nożem. Polała się krew, a kobieta umierała w męczarniach. Nie było rady, Bóg zawiódł oczekiwania Petera. Został sam, i nie za bardzo wiedział, czy potrafi ten nienaturalny stan rzeczy zmienić. Wracając z miasteczka, mijał położony przy wjeździe do wsi cmentarz. Skręcił w jego stronę. Cmentarz przypominał dworski park, kasztany i lipy zasypały go już liśćmi. Padający deszcz spowodował, że tego dnia stał przy grobie krócej niż zwykle. Wiedział, że zmarła życzyłaby sobie, aby jak najszybciej ktoś zajął jej miejsce przy kuchennym piecu. Tymczasem kobieta, którą sobie upodobał, była Polką, do tego mieszkała w mieście i rzecz jasna wychowano ją na katoliczkę. Takie załatwienie sprawy na pewno nie ucieszyłoby nieboszczki. Wypierał zatem z głowy wszelką myśl o swej wybrance, aby nie urazić spoczywającej w grobie. Peter wiedział, że wypatrzona Polka nie stanie u jego boku, póki żyje jej brat. Po cichu liczył, że ten nie wróci z frontu, na którym walczył od kilku tygodni. Coraz częściej się zastanawiał, czy sam nie powinien wyjechać, odnaleźć go w okopach i zamordować bagnetem. Nie miał jednak żadnej pewności, że uda mu się trafić do tej samej jednostki, w której służy brat Marianny. Poza tym jak po zamordowaniu jej brata mógłby palić z nią w jednym piecu, siadać przy tym samym stole i kłaść się do jednego łóżka? Z siostrą swej ofiary! Myśl o takim załatwieniu sprawy nie dawała mu jednak spokoju. Prześladowała go w dzień i co mniej dziwne, w nocy. Mariannę postrzegał przede wszystkim jako kobietę, gospodynię i przyszłą matkę swoich dzieci, a jej brata wyłącznie jako Polaka, w najlepszym razie parobka. Takie postawienie sprawy przynosiło mu ulgę. Młodzi mężczyźni z miasteczka i okolicznych wiosek niemal w komplecie walczyli już w okopach, strzelając do Francuzów, Anglików, a czasem także do Polaków służących we francuskiej armii. Peter jako gospodarz sam doglądający gospodarstwa dotąd nie został powołany. Oprócz podobnych jemu przypadków poborowi do wojska opierali się jedynie mieszkańcy okolicznych dworów. Hrabiostwo nie garnęło się do wojenki, nie dlatego, że było zbyt patriotycznie nastawione. Mający oficerskie szarże ziemianie chętniej widzieli się na defiladach niż na froncie. Teraz wykpiwali się od służby, wynajdując choroby. Nie był to z ich strony wielki wysiłek, w dużej części byli oni admiratorami nowej angielskiej mody polegającej na paleniu opium, wybredniejsi wstrzykiwali sobie morfinę. Ta ostatnia przypadłość wprowadzała w ich życie wieczną senność i ospałość, choć skutecznie leczyła z biegunki. Ogólnie rzecz biorąc, organizmy doprowadzili do stanu degeneracji, przez co na nic zdałyby się na wojnie. Mogliby co najwyżej doglądać chorych w lazaretach, ale to była domena kobiet pochodzących najczęściej z zamożnych niemieckich rodzin. Słowem — nawet tam się nie nadawali.

Pozbawiony uprzęży Hans sam powędrował do stajni. Peter napalił w kuchennym piecu. Naukładał pod fajerkami drewna, ile tylko się dało. Suche, smoliste szczapy szybko zaczęły dawać oczekiwane ciepło. Ułożone w drewutni zapasy gwarantowały ciepło najmniej do połowy zimy. Reszta opału trafiała tam zazwyczaj w czasie mroźnych dni lutego, kiedy z lasu można koniem wyciągnąć sztywne od mrozu drewno. Nim rozgrzały się białe kafle, z których zbudowany był piec, żar jął buchać od metalowej płyty z ułożonymi na środku okrągłymi fajerkami. Otworzył wmurowany w piec szamotowy piekarnik, ciepłe powietrze zaczęło wypierać z kuchni wilgoć. Mokre ubranie rozwiesił na przytwierdzonej do pieca mosiężnej poręczy. Kraciasta koszula, czarne spodnie, lniana bielizna, poprzecierane onuce, wszystko zawisło, napełniając kuchnię mdłym zapachem schnącej odzieży. Na otwartej klapie piekarnika postawił skórzane buty. Wcześniej rozwiesił w sieni namokniętą lnianą pelerynę i nasiąknięte wodą koce, którymi obłożył nogi w czasie podróży. Uchylił okno, zaparowane szyby zaczęły odzyskiwać swoją chwilowo utraconą przezroczystość. Peter mieszkał w typowej niemieckiej chałupie. We wsi było ponad dwadzieścia podobnych. Porządne, murowane domy z czerwonej cegły były centralnym miejscem zadbanych gospodarskich obejść. Oprócz sieni i kuchni domy miały po dwa pokoje: jadalnię i sypialnię, do tego były podpiwniczone. Nad mieszkaniami znajdowały się rozległe strychy, wchodziło się na nie po stabilnej drabinie ze szczeblami z desek, co czyniło z nich stopnie niby-schodów. Od śmierci żony Peter praktycznie mieszkał w kuchni, rzadko wchodził do pokoju, a z sypialni nie korzystał w ogóle. Można by rzec, że jadł w kuchni, spał w pokoju jadalnym, a sypialnia była terenem zakazanym, niczym ziemia skalana jakimś przekleństwem — to w niej zmarła Gizela. W sypialni, oprócz zrobionego przez stolarza podwójnego łóżka, stała pokaźnych rozmiarów szafa. Peter bał się tej pełnej materialnych pamiątek zamkniętej przestrzeni. Jadalnia była podobnie prosto urządzona: stół, kredens i sześć krzeseł, nie wiadomo dla kogo. Starczyłoby ich dla małżeństwa i czwórki dzieci. Podobnie schludne było gospodarskie obejście. Czyste i uporządkowane nie dawało po sobie poznać, że brakuje w nim gospodyni. Może tylko rzucało się w oczy, że nie było w nim tego roku młodych kurek, kaczek i gęsi — przychówku, o który tradycyjnie dbały żony gospodarzy.

Na rozgrzany do czerwoności piec powędrował garnek z namoczoną dzień wcześniej fasolą. Na stole pojawiła się słonina, która pokrajana zaskwierczy za chwilę na patelni. Jedzenie gotowe. Kupiony w mieście bochen chleba był tak nasiąknięty wodą, że nie nadawał się do jedzenia. Położył go na brzegu otwartego piekarnika. Wysunął schowaną w kuchennym stole szufladę. Wyjął z niej rulon sztywnego papieru i kopiowy ołówek, napluł na szklany podstawek i zamoczył w ślinie jego końcówkę. Zaczął z pamięci odtwarzać to, co widział rano w kościele — pokłon Trzech Króli. Powoli zaznaczał, gdzie stoi każda z pięciu postaci, nanosił na kartkę zapamiętane z obrazu fragmenty architektury, zaznaczył miejsce, gdzie w tle głównej sceny wznosiła się góra z ruinami zabudowań. Po prawej stronie wprawnie narysował kontur licho wyglądającego drzewa. Na dworze deszcz wbijał kolejne krople w błoto. Zwierzęta pochowały się każde na swoje miejsce. Zaczynało się sobotnie popołudnie. Rozleniwiony ciepłem bijącym od pieca Peter musiał jeszcze, jak co dzień, oporządzić inwentarz. Postanowił, że fasolę ze słoniną zje później i dopiero solidnie najedzony zajmie się rysowaniem. Tymczasem odłożył kartkę i ołówek. Wzuł na bose stopy buty, nakrył się peleryną i poszedł do stajni. Nasypał koniowi obroku, poklepał go po zadzie, sprawdził ilość wody w poidle, wygarnął świeży koński nawóz. Ze świniami obszedł się bez sentymentu, nakarmił je i tyle. Kozy były niemal samowystarczalne. Podobnie jak krzątające się wszędzie odchowane kaczki, kury i gęsi. Kury zniosły w czasie jego kilkugodzinnej nieobecności kolejne cztery jajka. Pozostało mu jeszcze wydoić jedną krowę, druga stojąca z cielakiem dojenia nie wymagała. W myślach ponarzekał na wojnę, wymiotła ze wsi większość parobków, poszedł na nią nawet jego Maryś. „Jak takiego głupka mogli wziąć do wojska, postrzeli kogoś albo sam się zabije” — myślał, zastanawiając się, w co schować jajka. W niedzielę pojedzie do miasta wprost do protestanckiego kościoła i ogłosi, że sprzedaje cały przychówek. To będzie inna podróż niż ta dzisiejsza. Hansa zaprzęgnie do bryczki, będą jechać szybciej i bardziej dostojnie, nawet jeśli ciągle w deszczu. Chętni do kupna inwentarza zawsze znajdowali się bez problemu. Wszystko zależało od żądanej ceny, nie mógł liczyć na wiele, była wojna i ludzie stawali się oszczędniejsi i bardziej wyrachowani, choć z drugiej strony inwentarz gwarantował stabilny byt i wielu z jego sąsiadów chciało go pomnażać. Postanowił, że pieniędzy w żadnym wypadku nie odda bankowi. Włoży je do słoja, zalakuje, owinie grubą szmatą i włoży do grobu Gizeli Handke, swojej przedwcześnie zmarłej żony. Gdyby nie wrócił z wojny, nikt nie będzie miał z nich pożytku, gdy zaś przeżyje, wyciągnie je spod nagrobnego kamienia i zakupi nowy przychówek. Zdecydował wyruszyć na wojnę w ślad za bratem Marianny. Wcześniej jednak chciał dokończyć rysunek.

Sąsiedzi nie musieli na razie o niczym wiedzieć, zresztą i tak się dowiedzą, pewnie zaskoczy ich swą decyzją. Nigdy nie wspominał o wojnie, a co dopiero o swoim w niej udziale. Klucze do chałupy przekaże sołtysowi, ziemię wydzierżawi pod sołecką kuratelą. Jak dobrze pójdzie, wojna mu się całkiem opłaci.

Późnym popołudniem Peter zasiadł przy stole. Rozwinięty zwój papieru zdążył się już nieco wyprostować. Przyduszony trzema słojami z ogórkami nadawał się do rysowania lepiej niż jeszcze przed dwiema godzinami. Zaznaczone miejsca, w których zgodnie z planem pojawi się pięcioro postaci, nie licząc Dzieciątka, które narysowane będzie w obrębie Marii, i wątłe drzewo — tyle widniało na papierze do tej pory. Tym razem na szklanym spodku zamiast śliny znajdowało się kilka kropel wody. W sam raz tyle, aby można było zwilżać nią sam koniec ołówka. Na stole leżał jeszcze scyzoryk przywieziony z Hamburga, idealny do ostrzenia, i jeszcze jeden nienaostrzony ołówek, tak na wszelki wypadek. Ekscytacja zamiarem odtworzenia pięknego wizerunku sprawiła, że omal nie zapomniał o prześladującym go od jakiegoś czasu głodzie. Podszedł do pieca, zdjął wiszącą nad paleniskiem patelnię i wrzucił na nią pokrojoną słoninę. Zaskwierczało, izba zapachniała dostatkiem. Łyżką wyjął miękką fasolę, nałożył ją do brązowej michy, postawił na brzegu pieca, by się nagrzała i trzymała temperaturę. Po chwili polał fasolę tłuszczem ze skwarkami. Z dzbanka nalał do kubka mleka, resztę białego płynu tradycyjnie pozostawił w dzbanku, nieopodal pieca, żeby zsiadło. Zrobi z niego biały jak śnieg, słodki w smaku ser. Gdy tego będzie zbyt dużo, pozwoli mu sfermentować i przetopi go, smażąc na patelni z dodatkiem kminku. Mleko, twaróg, smażony ser — taka była kolej rzeczy w jego niemieckiej, oszczędnej i wydajnej kuchni. Teraz jednak jadł fasolę, skwapliwie wyszukując skwarki. Każdy kęs popijał świeżym mlekiem. Fasola była nie tylko pożywna, ale i bardzo smaczna. Żółtawozielony kolor obłych ziaren podkreślony był przez nadający mu połysk gorący tłuszcz. Woń ziaren została wyparta przez zapach wysmażonej słoniny. Peter mógł być szczęśliwym człowiekiem, gdyby nie to nieszczęście, które za jednym razem zabrało mu dziecko i żonę. Do tego męczyła go poddana braterskiej woli Marianna i ten jej brat. Bezczelny Polak, któremu nie w smak niemiecka krew w żyłach siostrzeńców. Pojedzie, zabije go dla dobra cesarza i młodego państwa. Potem posiądzie nieświadomą jego zbrodni Mariannę.

Ustawił na stole lampę naftową i dwie świece, na razie nie musiał ich zapalać. Wcześniej starannie wyczyścił zakopcony podłużny klosz nakładany na dymiący knot. Na stole postawił też wyjęty z szafy słoik ulubionego dżemu z rabarbaru. Dotąd konfitury te otwierał tylko na specjalne okazje. Z pewnością należały do nich świąteczne dni Wielkiejnocy, ale także dzień Nowego Roku. Rabarbar w Nowy Rok smakował wyjątkowo dobrze, był jak obietnica słodkiego dostatku. Za to Wielkanoc wypadała na przednówku, kiedy nie było już obaw, że zapasy ulubionej konfitury skończą się przed pierwszymi ciepłymi, słonecznymi dniami. Wówczas, często jeszcze pod ostatnią warstwą śniegu, przebijały się do światła zabarwione karminowo młode łodygi smacznej rośliny. Nieco odurzony rabarbarowym aromatem mógł się wreszcie skupić na rysunku. Tak to sobie wymyślił, że bez niego nie może wyjechać na wojnę. Czuł, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych nie uda mu się stworzyć skomplikowanej kompozycji. Czekał zatem, aż wydarzy się coś niezwykłego.

Niezwykłe rzeczy działy się w Europie na przełomie piętnastego i szesnastego wieku. Nim do nich doszło, Jan Gutenberg musiał wynaleźć druk, co samo w sobie było niezwykłością. Wszystko, co stało się później, było konsekwencją tego genialnego wynalazku. Niemcy i ich sąsiedzi powoli zmieniali swoje oblicze. Zaczęli od czytania Biblii, dotąd niedostępnej nie tylko prostemu ludowi, ale także książętom i zwykłej szlachcie. Teraz wystarczyło ją już przetłumaczyć na niemiecki, no może nie tylko, ludzie ze wsi i miast musieli się jeszcze nauczyć czytać. Upłynie sporo czasu, zanim do tłumaczenia natchnionej księgi zabierze się inny geniusz, wyśmiewany i posądzany o konszachty z szatanem Marcin Luter. Według części katolików kolportujących oszczerstwa Luter był nikim innym jak dzieckiem diabła. Szatan począł go, jak twierdzili, w miejskiej łaźni. Matka Lutra była w tejże łaźni służącą. Takie brednie wygadywali katolicy o wielkim doktorze tylko dlatego, że ujął w jednym z postulatów, że nie warto ostatniego grosza wydawać na Kościół. Kazał go mądrze zainwestować, a w ofierze złożyć dopiero część zarobionych zysków.

„Niech jego geniusz poprowadzi teraz moją dłonią, niech ołówek sam stworzy dzieło tkwiące w mojej pamięci” — modlił się, sam nie wiedział do kogo. Do Boga? Do Lutra? Do kogokolwiek? Przyłożył ołówek do papieru i stał się cud. Czerwono zabarwione drewienko wypełnione cienkim alchemicznym pręcikiem prowadziło jego dłoń po twardym niczym karton papierze. Spod jego dłoni zaczęły się wyłaniać kształty murów i postaci. Peter miał łzy w oczach, po raz pierwszy został wysłuchany, jego modlitwa nie została odrzucona. Wysłuchano jej od razu, bez zbędnej zwłoki. Cud. Takie rzeczy mogą się dziać tylko w samotności, jeśli już się zdarzają, to najpewniej w przededniu wyjazdu na wielką wojnę. Tam, gdzie nikt podobnych gestów nie będzie w stanie docenić, wobec ogromu bólu i w obliczu tańcującej dookoła, hulającej jak nigdy dotąd śmierci. Obraz powstawał samoistnie, sam z siebie, Peter wiedział, iż rzecz ma się nijak do jego miernego talentu, tak naprawdę nie umiał rysować. Od dawna, chyba nawet od początku stycznia, może nawet od samego dnia Trzech Króli wzmagała się w nim obsesyjna myśl nakazująca mu wykonanie rysunku. Nauczył się na pamięć fragmentu Ewangelii Świętego Mateusza, jedynej, która wspomina o podążających w stronę gwiazdy mędrcach ze Wschodu:

Oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. […] Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś, wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny1.

Mędrcy odjechali, nie zdając Herodowi relacji z tego, co ujrzeli, ten wpadł więc w szalony gniew i kazał wymordować niewiniątka. „Może byłoby lepiej, gdyby do niego wstąpili?” — zastanawiał się Peter. Postąpiliby wówczas wbrew anielskiemu poleceniu. „Tak miało być” — uciął heretyckie myśli i chwycił w dłoń ołówek. Rysował fioletowe postaci na tle kamiennych murów, zostawiając miejsce ledwie na fragmenty nieba. Kolejno ukazywali się stojący po lewej stronie, nieco słabo wyeksponowany Józef, dalej Madonna z Dzieciątkiem i oni — Trzej Królowie — których imion nie podaje żadna ewangelia. Zachodnia tradycja dawno już obdarowała ich mianami: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Protestanci lubili konkretne sytuacje, bardziej mistyczni chrześcijanie na Wschodzie odprawiali w dzień Trzech Króli epifanię, zwaną świętem Jordanu. Peter rysował znanych sobie z imienia władców. Spod ołówka wyłaniał się klęczący przed Marią z Dzieciątkiem siwobrody król odziany w złotą szatę, jaką nosili możni panowie. Ołówek rysował misterne ogniwa złotego łańcucha zawieszonego na szyi monarchy. Łysy, acz brodaty król, będący wedle Petera Kacprem, darował Dzieciątku złoto. Za nim z okazałym naczyniem na kadzidło stał kruczowłosy Melchior. Był równie brodaty, choć sprawiał wrażenie o wiele młodszego od klęczącego przed Marią Kacpra. Odziany w zieloną opończę Melchior też miał zawieszony na szyi łańcuch, ale inny od dwóch pozostałych, jakby bogatszy, z całych złotych sztabek, wyglądający na drogocenny. Ostatni z darczyńców to ciemnoskóry Baltazar z naczyniem w kształcie rogu napełnionym mirrą — wonnościami nie mniej cennymi niż złoto. Jego łańcuch podobny był do tego na szyi Kacpra. Mędrzec nie miał długiej powłóczystej szaty, raczej dworski strój, pełen modnych dodatków, widać było nawet jego zapinane na spinkę buty. Krótkie, kędzierzawe włosy, hiszpańska bródka sprawiały, że podobny był do wyobrażenia ciemnoskórego Maura. Tym razem, jak wszystkie postaci na powstającym rysunku, miał fioletowy kontur, ale i tak widać było, ponad wszelką wątpliwość, że jest Murzynem. Wszystko sprawnie wychodziło spod samoprowadzącego się ołówka, gdy nagle pękł barwiący na fioletowo czubek. Trach i koniec, rysunek skończony był ledwie w połowie. Peter niespokojnie sięgnął po nóż, żeby naostrzyć kopiowy rysik. Nie był pewien, czy cud będzie trwał dalej. Miał już narysowane wiążące serce człowieka, odporne na ogień i rdzę złoto. Kadzidło zgromadzone w Melchiorowym naczyniu, choć nie było go widać, przybrało w wyobraźni rysownika postać tysięcy przezroczystych złotawych kropli balsamicznej żywicy. Wreszcie mirra, ukryty w złotym rogu, mile pachnący gorzki olejek służący do namaszczania ciała, dający nie tylko przepyszny zapach, ale i wytchnienie dla suchej od słońca skóry, a nawet ulgę dla zmysłów. Częstokroć ponad miarę wytężone wzrok i słuch potrzebowały wytchnienia, dawała je wonna mirra. Pozostały do narysowania Maria i Dzieciątko. Peter zanurzył w rabarbarowej konfiturze metalową łyżkę. Słodki smak i aromat czerwcowego poranka rozpłynął się w ustach. Uspokoiło to jego nerwy. Wróciła pewność siebie rysownika czerpiącego talent bezpośrednio od… no właśnie, od kogo? Miał nadzieję, że od tego samego Anioła, który we śnie nakazał Mędrcom ze Wschodu pominąć w drodze powrotnej Heroda. Zaczął od gwiazdy. Ołówek narysował ją bezpośrednio nad miejscem, w którym za chwilę na papierze wyłoni się postać Dzieciątka Jezus. Niezwykłość trwała dalej, choć ołówek stawiał już nieco większy opór, nie zachowywał się tak lekko i swobodnie, jak przed przerwą. W mokrym powietrzu roznosił się po okolicy głos gawroniego krakania. Stado tysiąca ptaków jak każdego wieczora wracało z miasta do lasu. Pracowicie oczyściwszy miejskie śmietniki, będzie teraz odpoczywać do wschodu słońca. Tego dnia Peter pracował dłużej niż ptaki. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku gotowe były wszystkie postaci i najważniejsze elementy krajobrazu. W zasadzie fioletowe kopiowanie było gotowe, starczyło teraz skupić się na detalach, a do tego nie był już potrzebny żaden cud. Peter ponownie posilił się rabarbarem. Tym razem jedna łyżka nie wystarczyła, był bardzo zadowolony. To, co się stało, przerastało jego ziemską wyobraźnię, działo się poza nim. Odebrał to jako znak, że w niebie (jeśli to było niebo) pochwalono jego decyzję udania się na front. Zapalił lampę i kilka świec, nie było po co oszczędzać paliwa. Rozświetlił całą kuchnię, miał ochotę na prawdziwą iluminację. Przemył twarz w emaliowanej miednicy. Użył do tego świeżej studziennej wody, stojącej nieopodal pieca w dużej blaszanej kance. Podostrzył ołówek. Po raz trzeci i ostatni zasiadł przed rysunkiem. Teraz już własną wolą spokojnie nanosił detale, fugi na murze, budynki na wzgórzach, liście na głowicy kolumny, uzupełniał szczegóły stroju młodziutkiej, może szesnastoletniej twarzy Marii. Za oknem odezwała się sowa. Deszcz delikatnie uderzał o szyby. W stajni i w oborze dawało się słyszeć nerwowe potupywanie i rżenie, zwierzęta czuły, że wydarzy się coś tak bardzo nieprzewidywalnego jak zmiana gospodarza. Pójdą na sprzedaż. Peter po raz drugi, tym razem specjalnie, złamał ołówek. Rysunek był gotowy. Wziął lampę i wyszedł na podwórze. Zasyczały spadające na gorący klosz krople deszczu. Brama była zamknięta, spojrzał w niebo — nic, żadnej gwiazdy, śladu księżyca, tylko deszcz, rzęsisty, jesienny deszcz. Ile razy zatęskni za tym podwórzem? Sam się sobie dziwił, że porzucił kochający spokojne życie racjonalizm. Marianna też była samotna. Układała swoją głowę do snu w nieodległym mieście. A może w blasku kopcącej świecy pisała list do brata? Marianna miała jasne włosy i szaroniebieskie oczy, niespełna dwadzieścia pięć lat przeżyła u boku starszego o dwa lata brata. Nie pamiętała rodziców. Siostrzana miłość, jedyna, jaka przypadła jej w udziale, była totalna i ślepa. Andrzej, czy jak o nim myślał Peter, Andreas zastępował jej ojca i matkę. Utrzymywał ją ze swojej rymarskiej pensji. Andrzej praktykował u jednego z dwóch rymarzy na ulicy Poznańskiej. Umiał zrobić nie tylko lejce i całą uprząż, ale nawet siodło. Wysokie, pięknie profilowane, gdy było trzeba, z herbem albo monogramem klienta. Jakby tego było mało, uczył się w niemieckich szkołach, był zdolnym uczniem, nauczyciele mówili, że powinien wyjechać na dalsze nauki do Poznania, a może nawet do Berlina. Andrzej i Marianna nazywali się Ghirus i choć nazwisko nosili ni to polskie, ni niemieckie, oboje byli polskimi katolikami. Andrzej rzecz jasna nie poszedł na wojaczkę jako ochotnik. W przeciwieństwie do o dziesięć lat starszego niemieckiego bauera z Lindenhöhe nie miał powodów, by z własnej, nieprzymuszonej woli wybrać się na wojnę. Peter pożegnał się z Hansem, prosząc go o zrozumienie. Jeszcze jutro zaprzęgnie go do bryczki. Hans pociągnie ją w stronę protestanckiego kościoła. Co będzie dalej… Peter wsłucha się w to, co ma mu do powiedzenia cudownie narysowany obraz.

2

Skoro świt Peter pracował w stajni i w oborze. Gawrony przebudziły się krótko po nim, przywitały go krakaniem, przelatując kilkadziesiąt metrów nad jego głową. Wydawało mu się, że niektóre z ptaków szczególnie mu się przyglądały, odrywając się od czarnej chmury i spoglądając w stronę podwórza. Splunął w błoto, chcąc odegnać zły omen. Z nieba leniwie siąpiła gęsta mżawka. Zastąpiła deszcz, potęgując odczuwalną wszechobecność zgnilizny pożerającej wszystko, co pozostało po minionym lecie. W niedzielę wstawał wcześniej, niż miał w zwyczaju w dzień powszedni. Musiał obejść całe gospodarstwo i oporządzić zwierzęta. Trzeba to było zrobić sprawniej niż zwykle, później należało jeszcze nabrać ze studni wody, tak by starczyło jej do poniedziałku. Jeszcze tego samego ranka zrobi z tej świeżej wody użytek, myjąc się i goląc staranniej niż zwykle. Brzytwa jak należy naostrzona na pasku, pachnące piżmem mydło, to wszystko przynależało do niedzieli. Na koniec brązowym żywicznym grzebieniem ułoży sobie dokładnie włosy. W niedzielę czynność ta nie jest zwykłym czesaniem, przemieniając się w prawdziwe misterium. Kaftan, kapelusz, ciemne pumpiaste spodnie w drobne, gęsto ułożone wąskie paski, wpuszczone wprost w wysokie cholewy butów też nie były przypisane do zwykłych dni. Kapelusz miał na tyle szerokie rondo, aby nieco zachodząc na czoło, czynić z Handkego bauera jak się patrzy. Nawet bat, osadzony w bryczce, w niedzielę był inny niż co dzień. Wypleciony z wąskich pasków czerwono barwionej skóry uchwyt przechodził w czarno zabarwiony drzewiec zakończony pojedynczym skórzanym rzemieniem. Bryczka wyposażona była w podnoszony daszek, niewiele chroniący siedzącego na koźle woźnicę. Można jednak było powozić z ławki dla pasażerów, nie dbając o fason nakazujący świątecznie wystrojonemu woźnicy siedzieć na koźle, tuż za końskim zadem. Bat osadzony w specjalnej metalowej tulei był dopełnieniem wystroju, w żaden sposób nie służył poganianiu Hansa, który sam doskonale wiedział, co ma robić i dokąd jechać. Skórzane klapki na oczach powodowały, że skupiał się wyłącznie na jeździe, nie zauważał mijanych ludzi, psów, a nawet chłopców rzucających za bryczką ogryzkami dzikich jabłek i krzyczących: „szwaby, szwaby”. Czasem Peterowi chciało się wziąć do ręki bat i świsnąć nim w powietrzu, pokazując, jak mają się szwaby wobec obszarpanych, obutych w drewniaki dzieciaków. Miał jednak dość litości dla tych małych analfabetów, niewiedzących nawet, jak wiele zawdzięczają niemieckim kolonizatorom — tak sobie myślał, gdy zatrzymał go patrol policji. Przed wojną to się nie zdarzało. Policjant przywitał gospodarza.

— Spokojnie we wsi?

— No spokojnie, a co?

— Jak to co, wojna, a wy tam pod lasem. Może być, że ktoś nie chce tu widzieć Niemców, wówczas meldujcie. Chodzą słuchy, że niektórzy Polacy dezerterują albo co gorsza buntują się, zawiązują organizacje narodowe. Gdyby kręcił się ktoś obcy pod lasem albo cokolwiek działo się inaczej niż dotąd, meldujcie.

Peter przytaknął.

Jechał dalej do rynku, mijając dostojnie ubranych wąsatych mężczyzn. Niejeden przypominał siedzącego w zimie na gałęzi gila, w czerwonej jace, czarnej katanie i takim kapeluszu. Młode kobiety niebieściały w błękitnych spódnicach, stare zaś były czarne niczym te gawrony, które dwa razy dziennie przelatywały nad jego gospodarstwem. Wszyscy oni szli w kierunku kościoła, tego dużego, z czerwonej cegły, z ołtarzem i jego ulubionym obrazem, którego wierny rysunek zostawił na kuchennym stole. Wśród młodych panien była zapewne Marianna, której niezdolność do podejmowania samodzielnych życiowych decyzji utwierdzała go w przekonaniu co do podrzędnej wobec Niemców roli, jaką mieli do odegrania Polacy. Dość powiedzieć, że choć w mieście dwóch na trzech mieszkańców było Polakami, zajmowali oni raczej niższe miejsca od Niemców. Byli robotnikami w cukrowni, w młynach, najczęściej stanowili zwykłą najemną siłę roboczą zatrudnianą w sezonie, choćby na jego ziemi. W najlepszym razie Polacy byli rzemieślnikami — dla nich miał szacunek, żyli z pracy swoich rąk, udoskonalając otrzymane od Boga talenty. Gdyby nie plany rychłej wojaczki, sam zatrudniłby na zimę nowego parobka. Maryś, półgłówek dochodzący do gospodarstwa z sąsiedniego Mutowa, od dwóch tygodni walczył już pewnie gdzieś nad Marną. Poszedł do wojska na własne życzenie, właściwie to uciekł, pożyczywszy od niego dzień wcześniej rower. Odjechał na tym rowerze i już się więcej nie pokazał. Pewnie sprzedał za parę marek. Gdy Peter się dowiedział, że Maryś poszedł na wojnę, zaniechał szukania roweru. Teraz sam chciał pójść w ślady Marysia. Tak rozmyślając, zauważył kroczącą na tle murów miłą mu postać. Wstrzymał konia, Hans spokojnie stanął, nowe podkowy nie drażniły go już tak jak wczoraj.

— Marianno! Podwieźć cię do kościoła? Siadaj obok mnie.

— Nie, Peter, mam blisko.

— Siadaj.

— Nie, Peter, proszę cię. Nie wolno ci podwozić mnie gdziekolwiek.

— Przyjdę na herbatę w południe.

Po raz pierwszy tego dnia użył bata. Strzelił nim Hansowi nad głową, koń mimo nowych podków poślizgnął się z wrażenia na bruku. Marianna nic nie odpowiedziała, a może odpowiedziała, ale on już tego nie słyszał. Hans szarpnął i żwawym kłusem pociągnął bryczkę w stronę zamku, nieopodal którego stał otoczony platanami niemiecki kościół. Zamkiem zwano w miasteczku cały przylegający do parku folwark. Jego najokazalszymi budynkami była stara baszta i zamieniona na siedzibę zarządców majątku otynkowana budowla o pięćsetletnich, porośniętych dzikim bluszczem murach. Kościół i budynki parafialne sąsiadowały z gospodarstwem, dalej były już tylko cmentarze protestancki i żydowski, z kolei za nimi miasto się kończyło, nagle przechodząc w pola uprawne. To właśnie przy cmentarzu niemieccy gospodarze najchętniej stawiali swoje bryczki. Konie spotykały się co niedziela i zdawało się, że poznawały się nawzajem, można było sądzić, że tak jak ludzie miały swoje antypatie i sympatie. Hans zdecydowanie lubił, gdy gospodarz stawiał go koło przyjeżdżającej ze Szczuczyna białej klaczy zwanej Weisstern. Na tym w zasadzie kończyła się ich znajomość, uwięzione w uprzężach konie co najwyżej mogły dotknąć się pyskami, a i to rzadko.

Towarzystwo zebrane w protestanckim kościele wyglądało zamożniej od tego schodzącego do katolickiej kolegiaty. Gospodarze i gospodynie pełną gębą, do tego urzędnicy, policjanci, zdarzali się nawet wojskowi. Do niedawna spotkać tu było można Maxa Rabesa, malarza i hedonistę, tak przynajmniej od kilku lat postrzegano go w Berlinie. Zdobył sławę jako profesor tamtejszej akademii. Zanim trafił do stolicy, mieszkał w Reifsteinie przy Bahnhofstrasse. Każdej niedzieli chodził z rodzicami na mszę przez rynek i dalej ulicą Wroniecką, wprost do kościoła ewangelickiego w Nowym Mieście, jak zwano część miasteczka wokół niemieckiej świątyni. Nie było to żadne nowe miasto, lecz kwartał kamienic wybudowanych przez niemieckich przedsiębiorców. Tej jesiennej niedzieli wszyscy zebrani mieli dość kiepskie humory, wojna rozkręcała się pomyślnie, ale dochodziły wieści o coraz częstszych ofiarach. Zdarzały się pierwsze płaczące matki i żony, do tego ciągle padające z nieba deszcz lub — tak jak tej niedzieli — gęsta mżawka kazały z troską myśleć o tych, którzy poszli na front. Po nabożeństwie Peter za zgodą protestanckiego księdza zwrócił się do wszystkich zebranych w kościele. Czas był niezwyczajny, dlatego duchowny nie robił żadnych problemów parafianinowi, który chciał się pożegnać przed wyjazdem na wojnę. Peter był osobą znaną, a po śmierci żony powszechnie mu współczuto.

— Będę mówił krótko, spieszę się na herbatę. Moi drodzy, kocham naszą ojczyznę ani więcej, ani mniej od was. Chciałem wam powiedzieć, że idę na wojnę. Czynię to z własnej woli, tak pokierowało mną życie i innego miejsca dla siebie nie widzę. Nie mam nikogo w gospodarstwie, dlatego wysprzedaję inwentarz. Zapraszam wszystkich do Lindenhöhe. We wtorek wystawię na sprzedaż dwie krowy, w tym jedną z cielaczkiem, kozy, sześć świń, konia Hansa, mądrego i zmyślnego towarzysza, i co tam jeszcze. Kury, gęsi i kaczki wydam darmo najbiedniejszym z was, niech ich wskaże ksiądz, do niego idźcie po prośbie. Bóg wam zapłać za dobre sąsiedztwo i oby nam wszystkim Bóg błogosławił!

Krótka, lecz dosadna przemowa zrobiła spore wrażenie, ludzie wzdychali, niektóre kobiety uroniły nawet łzę. Była w tej mowie jakaś zapowiedź kończącego się świata. Ksiądz Helmut Dorth podszedł do Petera i westchnął.

— Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

— Tak, długo o tym myślałem.

— Kobieta, do tego katoliczka, nie będzie na ciebie czekała. Wojna nie potrwa krótko, może trwać nawet dwa lata.

— To nie ma znaczenia. Mam pewien cudowny rysunek, będzie mnie strzegł…

— Słyszałem, że zachodzisz do ich kościoła.

— Tylko dlatego, że mają tam te obrazy. To cudowne wizerunki.

— Nie chcę nawet tego słuchać. Boga nie ma w obrazach, jest w nas.

— Te obrazy są nami, to wszystko nasze wspólne, nikomu nie wolno zawłaszczać historii dla siebie.

— Kiedyś byliśmy w tamtej świątyni. Pięćset lat temu jej gospodarzami byli luteranie.

— Ale na obrazach jest Maria. Widział je ksiądz?

— Wtedy nie miało to dla nikogo znaczenia, kto jest na obrazach. A obrazy widziałem, piękne. Marcin, Stanisław, Wniebowzięcie, Anna pod Krzyżem, to wszystko ich. Jest też pokłon Trzech Króli…

— No tak, jest, to właśnie ten obraz mnie prowadzi…

— Na wojnę?

— Najpierw na wojnę.

— A dalej dokąd?

Peter nie odpowiedział.

— Jedź zatem z Bogiem — zakończył ksiądz Dorth.

Peter uścisnął księżą dłoń i spojrzał w stronę cmentarza. Nie miał na nim bliskich sercu zmarłych, wszyscy krewni spoczywali na małym wiejskim cmentarzu w Lindenhöhe. Wsiadł do bryczki. Dopiero teraz ze zdziwieniem stwierdził, że przestało padać. Przejechał przez miasteczko. „Wypiękniało ostatnio” — pomyślał. Wcześniej jakby tego nie zauważał. Niemcy zbudowali wodociągi, linię kolejową, uregulowali i pogłębili rzekę, tak że miasteczku przestały zagrażać częste kiedyś powodzie. Od dziesięciu lat w mieście była nawet elektryczność. No i drogi, wybrukowali ulice, Polacy nie muszą już taplać się w błocie, nawet po dwóch tygodniach nieustannego deszczu. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że wszystko to zbudowano polskimi rękami. Zatrzymał się przed domem Marianny. Nie zastanawiał się, co nim kierowało: miłość, pragmatyzm czy zwyczajne pożądanie. Pragmatyczna była chęć posiadania gospodyni i przezwyciężenia samotności, tej dojmującej, dopadającej człowieka na starość. Miłość i pożądanie nie wymagały refleksji, były uzasadnione fizjologicznie.

Marianna miała w domu kran z bieżącą wodą, tylko tego, jak mu się błędnie wydawało, mógł jej zazdrościć, reszta sprzętów ustępowała tym, które zgromadził w swoim domu. Kilku skromnych mebli nie można było określić solidnymi. Jedyny stół miał nie do końca oheblowane nogi. Proste drewniane krzesła, no i ceglany piec kuchenny. Gdzież mu tam było do kaflowego pieca z jego kuchni! Było jeszcze coś, z czego Marianna, wychodząc za mąż, zrezygnować za żadne skarby nie chciała — na suficie wisiała żarówka. Marianna mieszkała na piętrze kamienicy. Z ciemnego korytarza wchodziło się wprost do wymalowanej niebieską olejną farbą kuchni. Dalej był jeden pokój, nazwijmy go sypialnią. Całe dzienne życie toczyło się między piecem a kuchennym stołem. Przy piecu stała skrzynia z drewnem i pojedynczymi grudkami węgla, co łatwo mogło doprowadzić do pożaru. Marianna nie była zachwycona wizytą, wiedziała jednak, że musi odbyć spotkanie, wszak była kobietą. Kobiety pokornie biorą od życia to, co dostają, to mężczyźni i wyłącznie oni mieli dar kreowania rzeczywistości. Życie kobiet było według niej jedynie wynikiem mniej lub bardziej udanych działań męskich. Podobnie było z Polakami i Niemcami, w tym związku Polska odgrywała rolę kobiety.

— Dużo płacisz za mieszkanie? — Peter zaczął od bardzo konkretnego pytania.

— Dzięki Bogu niedużo. Sprzątam gospodarzom, piorę ich rzeczy, ostatnio podnieśli mi czynsz, muszę prasować także rzeczy trojga ich dzieci. Podobno wkrótce kupią mi żelazko elektryczne, będę mogła dorabiać i prasować dla innych.

— U mnie nie musiałabyś tak ciężko pracować.

Marianna nie odpowiedziała, stawiając przed nim herbatę.

— Codziennie modlę się, by Bóg dobrze pokierował moim losem, będzie tak jak On zechce. Na razie każe mi czekać na brata.

— Wcześniej nie wyjdziesz za mąż?

— Dopóki on nie wróci, nie wyjdę za nikogo.

— A jeśli w ogóle nie wróci?

— Co też ty mówisz? — przeraziła się, kryjąc twarz w dłoniach.

— Ucieczka do Boga jest tchórzostwem. Usprawiedliwione są tylko kobiety, one muszą wychować dzieci, im Bóg jest potrzebny.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Że ja też jadę na wojnę, jutro idę się zgłosić do komendanta landwery.

Peter nie usiłował wymóc na Mariannie niczego szczególnego. Wszelkie obietnice miałyby lichą szansę spełnienia. Nie mógł liczyć na nic poza dobrym słowem i prośbą, aby przekazała mu list do brata. Miał zamiar z nim porozmawiać, jeśli tylko uda mu się go znaleźć — tak powiedział Mariannie. Nie było to działanie pozbawione sensu, dzięki listowi wiedział już, gdzie szukać Andreasa. Nie musiał specjalnie o to wypytywać. Na kopercie, jak to w czasie wojny bywa, nie było miejsca zakwaterowania, było jednak coś o wiele cenniejszego — numer jednostki. Dzięki temu Peter dowiedział się, do której jednostki będzie chciał być przydzielony. To był warunek jego ochotniczego zrywu pozornie odpowiadającego na wezwanie ojczyzny. Andreas Ghirus — 12 Komp. Füsiliers — Regiment 1 — tak było napisane. Gdziekolwiek znajduje się dwunasta kompania pierwszego regimentu fizylierów, musi tam dotrzeć. Służba w piechocie nie bardzo go przerażała. Mało to razy chodził pieszo z wioski do kościoła? Hans nie zawsze zaprzęgany był do wozu, po ciężkiej pracy w polu Peter pozwalał mu odpoczywać w stajni, a sam skrajem lasu i dalej łąkami szedł do miasta. Po drodze przeprawiał się przez rzekę. Bywało, że w głębszych miejscach na zakolach, gdzie woda podmywała stromy brzeg, stawiał w niej więcierze. Wracając, wyciągał z nich płocie i karasie. Wczesną jesienią trafiało się, że wpadła do siatki płynąca na tarło troć. To zdarzało się jednak bardzo rzadko, za swego życia Peter pamiętał ledwie trzy takie połowy. Za to wszystkie trzy rzadkie ryby były dorodne, blisko dwukilogramowe.

Podziękował Mariannie za herbatę, wyraził przekonanie, że niebawem się zobaczą. Schował list do skórzanej sakwy. Wojna według niego mogła się zakończyć do Wielkiejnocy, to ledwie pół roku. Niemcy były silne i miały najnowocześniejszą armię. Jako przyszły fizylier widział się już z karabinem maszynowym — to była nowa broń. Taki karabin zabijał kilkudziesięciu ludzi na minutę. W parę godzin sam mógł położyć trupem kilka tysięcy Francuzów. A przecież takich karabinów Niemcy mają na froncie setki, jeśli nie tysiące. Francja padnie, nim skończy się zima. Był o tym przekonany. Wyobrażał sobie rychły ślub z Marianną. Na Boże Narodzenie tysiąc dziewięćset piętnastego roku może będą się już nawet spodziewać potomka. Małego fizyliera.

Niedzielne popołudnie spędził w gospodzie z innymi bauerami. Panował tam nastrój powszechnego optymizmu. Podawano sobie z rąk do rąk przywieziony koleją z Poznania egzemplarz berlińskiej gazety. Gdzie jak gdzie, ale w stolicy wiedzą najlepiej co i jak. Wszystko, co przeczytał, potwierdzało jego myśli związane z rychłym powrotem z frontu. Wraz z gazetą podawano sobie ociekające piwną pianą kufle. Piwo wypełniało niebieskawe szklane naczynia, solidniejsze od jakichkolwiek innych szklanych naczyń. Mężczyźni poklepywali Petera po plecach. Wcześniej nikt nie podejrzewał, że będzie z niego ochotnik. Przy drewnianym stoliku, kiedyś naprawdę eleganckim, toczono rozmowy nie tylko o wojnie. Gospodarze, także Polacy, nieśmiało podpytywali Petera o wtorkową wyprzedaż żywego dobytku.

— Przy piwie niczego nie będę obiecywał. — Peter odtrącał ich niczym namolnych zalotników. — Zresztą dziś niedziela, ostatni dzień do interesów.

Ostatecznie zaprosił wszystkich na wtorek.

— Będzie licytacja. — Myśl o tym pojawiła się w jego głowie nagle, potraktował ją jako znakomity pomysł. Licytacja — słowo to przebiegło po gospodzie od stołu do ławy, od ławy do baru.

— Licytacja — powtarzano przy każdym kuflu piwa. Biało-czarno odziany barman, zadowolony z niedzielnego utargu wzniósł toast za zdrowie Petera. Wszyscy wstali. Wtenczas zabrzmiał głos starego Zeuschnera, weterana jeszcze z czasów wojny francusko-pruskiej:

— Ich bin ein Preuße! Kennt ihr meine Farben? Die Fahne schwebt mir weiss und schwarz…

Tymi słowami zaczynała się marszowa pieśń Preußen Gloria, znali ją wszyscy, nawet Polacy. Szyby zadrgały w oknach. Cała zielono wymalowana gospoda zahuczała od śpiewu blisko trzydziestu gardeł. Polacy, z wyjątkiem kilku, choć znali słowa, milczeli. Demonstracyjnie sięgali do kieszeni swych marynarek, wyciągając z nich metalowe puszeczki, częstowali się tabaką, kichając jeden przez drugiego.

Peter wrócił do swego gospodarstwa porządnie podpity, nie miał zamiaru iść spać. Zdjął klosz i zapalił lampę naftową. Zazdrościł Mariannie tej małej, żarzącej się pod sufitem szklanej bańki — żarówki.

— Jak skończy się wojna, doprowadzą prąd i na wieś. Postęp musi być, gdzie jak gdzie, ale w niemieckiej wiosce prąd na pewno się pojawi — mruczał pod nosem.

Tymczasem nadeszła pora oporządzenia zwierząt. Dziś zwłaszcza należało z nimi porozmawiać, pożegnać się. Został im jeszcze ledwie jeden dzień wspólnego gospodarowania.

— Prawda, Hans? Prawda? — wypytywał konia, sam nie wiedząc o co. Wieczorem rozłożył na stole rysunek z wizerunkiem Trzech Króli. Pomodlił się. Postanowił, że będzie to jedyna rzecz, jaką zabierze z domu na żołnierską tułaczkę. Wypadało więc zrobić futerał. Początkowo nie miał na to pomysłu, póki jego wzrok nie napotkał stojącego w kącie solidnego kostura. Był nim wycięty niedawno, okorowany jesion, z którego miał zrobić nowe, twarde jak stal uchwyty do narzędzi. Poszedł po piłę i uciął spory kawałek jesionowego drewna. Teraz starczyło wsadzić do rozpalonego pieca gruby pręt. Gdy ten rozgrzał się do czerwoności, wyjął go spomiędzy węgli żelaznymi obcęgami. Zaczął mozolnie wypalać rdzeń twardego drewna. Co chwila dmuchał, gasząc pojawiające się i chcące strawić drewno płomienie. Cała ta misterna robota trwała ponad godzinę. Pręt co jakiś czas wracał między węgle dla nabrania czerwonego koloru. Była to żmudna praca, dawała jednak podwójną gwarancję. Po pierwsze, wsunięty w miejsce wypalonego rdzenia obrazek będzie zabezpieczony od wilgoci i doskonale chroniony przed zniszczeniem. Po drugie, nie trzeba będzie rysunku składać, wystarczy, że zwinie go w rulonik i wsunie do drewnianej tuby. Trzydziestocentymetrowy kawałek jesionu stał się wykonanym domowym sposobem futerałem. Będzie jego jedynym bagażem, o nic innego nie będzie musiał dbać, no, może jeszcze o list, ale to tylko do czasu spotkania z Andrzejem. List i rysunek obrazu szybko zwabią brata Marianny w jego pobliże. Peter miał plan.

Nazajutrz w końcu przestało padać. Pojechali do komendy stawić się do wojska. Okazało się, że Hans też będzie zaciągnięty. Nie pojedzie walczyć razem z Peterem, będzie służył na tyłach, na co Peter otrzymał kwit. Po powrocie z wojny dostanie od państwa nowego konia. Taki los, nie lepszy od swojego, zgotował Hansowi. Do głowy nie przyszło mu najgorsze dla Hansa rozwiązanie. W razie przedłużającej się wojny Hans mógł trafić do kotła jako prowiant dla wiecznie głodnych żołnierzy. Tak też się stało, o czym gospodarz nigdy nie miał się dowiedzieć.

Wszystko zaczęło się od kłopotów z przydziałem wybranej jednostki. Komendant nie chciał nawet słyszeć, aby Peter sam wybrał sobie miejsce służby. Wszystkich obowiązywało losowanie, o tym, gdzie kto trafił, decydować miał ślepy los. Francja, Karpaty, Prusy Wschodnie — wszędzie toczyły się walki. Ostatecznie komendant, niczego nie obiecując, wypisał Peterowi kartę mobilizacyjną do walczącej we Francji dwunastej kompanii fizylierów. Było wielce prawdopodobne, że gdzieś tam Peter natknie się na Andrzeja. Nakazano, aby stawił się w środę w południe. Zapewniono, że w wojsku niczego mu nie zabraknie, zostanie należycie wyekwipowany. Zafasuje mundur i buty. Później przyjdzie czas na szybkie przeszkolenie. Czekał go obóz, gdzie oprócz musztry wpajano umiejętności strzeleckie i technikę walki bagnetem. Obóz miał przypomnieć rekrutom dwa lata służby wojskowej, Peter odbył ją przed piętnastu laty w Duisburgu nad Renem. Dzięki szybkiemu szkoleniu rekruci orientowali się w nowej technice wojskowej — poznawali zasady działania karabinu maszynowego, maski przeciwgazowej i słuchali wykładów o taktyce walki u boku czołgu — ruchomego bunkra, nowej, niepokonanej dotąd broni. Dalej, już u boku innych, marsz na front! W środę miał po prostu przybyć, z domu niczego nie musiał zabierać, oprócz, rzecz jasna, rysunku, ale to stanowiło jego tajemnicę.

Fakt chętnego przejęcia przez wojsko Hansa powinien wzmóc czujność gospodarza. Koń na tak nowoczesnej wojnie ostatecznie i tak musiał trafić do żołnierskich menażek. Nie wzbudziło to w nim jednak żadnych podejrzeń. Peter marzył o wojnie i rychłym spotkaniu z Andrzejem Ghirusem. Pozostały mu niecałe dwa dni poza wojskowym drylem. Nie bał się musztry i ślepego posłuszeństwa rozkazom. Cesarz Wilhelm dbał o żołnierzy, w wojsku od dawna nie było kar cielesnych, a doświadczona na wojnach kadra oficerska wyzbyta była odruchów sadyzmu. W zamian oczekiwała jednego — właśnie ślepego posłuszeństwa i bezwzględnego wykonywania rozkazów. Można nawet powiedzieć, że gospodarz z Lindenhöhe nie mógł się już doczekać chwili, kiedy przywdzieje granatową kurtkę i ciemnoszare spodnie, a na głowę nałoży dumę Prus — pikielhaubę. Do tego zafasuje na zbliżającą się zimę długi ciemnoszary płaszcz. Będzie wyglądał tak, jak dotąd nikt w gospodzie. Powiesi na haku roboczą kufajkę, kapelusz wymieni na pikielhaubę, widły zastąpi karabinem, do tego ten piękny płaszcz! Dlaczego zdecydował się na to tak późno? Pytał o to sam siebie.

Tymczasem trzeba było sprzedać inwentarz, co w obliczu przekazania Hansa wojsku wydawało się łatwiejsze.

3

We wtorek, już z samego rana, niemały ruch zapanował w Lindenhöhe. Przed Peterowe obejście podjeżdżały bryczki z wąsatymi gospodarzami. Przyjechał nawet Józef Golisz z Ruksu. To u jego ojca, świętej pamięci Ludwika, pomieszkiwał sam wielki Scharwenka. Kompozytor, ten sam, który w Nowym Jorku założył konserwatorium dla muzyków. Dotarł też ksiądz Dorth. Wszyscy mieli ochotę na zakup Hansa. Z wielkim żalem przyjęli wiadomość, że koń jest już własnością cesarza Wilhelma i jako taki wyjęty został spod licytacji. Wobec takiego obrotu sprawy nikt nie śmiał protestować, choć miny mieli nietęgie. Większość przyjechała specjalnie po niego. Nawet ci, co nie chcieli go licytować, mieli nadzieję na to, że popatrzą na zaciętą walkę. Byłoby o czym opowiadać w gospodzie, a tak — prawdziwa klapa!

O przeprowadzenie licytacji Peter poprosił sołtysa Jürgena Hanekego. Wszystko musiało się odbyć w majestacie prawa. Sołtys doglądać będzie pustych budynków, ustanowi stróżujących gospodarzy. Na zmianę obchodzić będą puste gospodarstwo frontowego żołnierza. Najpierw wszystko dokładnie spisano. Nie tylko oporządzone kozy, umyte krowy, w tym jedną z cielaczkiem, i nakarmione świnie. Także podwórzowe łopaty, wiadra, widły i mnóstwo innych zbytecznych ruchomości. To, co potrzebne, zostało w domu, będzie czekało pod kluczem. Jako się rzekło, drób poszedł pod kuratelę księdza, z pewnością trafi dzięki niemu do najbiedniejszych parafian. Licytacja, wbrew oczekiwaniom, nie trwała długo. Peter był zadowolony z jej przebiegu. Gospodarze, kupując, starali się wyrazić swym gestem wsparcie dla przyszłego obrońcy ojczyzny. Czasami ku radości właściciela nawet nieco przepłacali. Robili to tym chętniej, że widzieli aprobatę księdza Dortha. „Skoro nawet konia oddał w służbę, trzeba go wspomóc” — myśleli. Nie wiedzieli, że w dokumentach Peter miał kwit nakazujący mu, gdy tylko powróci z wojny, wydanie nowego konia. Potwierdziła to wojskowa landwera, zobowiązując do tego magistrat.

A jednak pieniądze nie na długo ucieszyły Petera. Gdy koło południa wszyscy rozjechali się do swoich domów, został sam. Poczuł się skończenie samotny. Tym bardziej prześladowały go myśli o Mariannie. Bez brata nie będzie miała dokąd pójść. Praktyczna kobieca dusza każe jej wyjść za mąż. Ta sama praktyczność musi spowodować, że zmieni kościół, stając u jego boku w protestanckiej świątyni. Przewędrował przez puste podwórze. Pustka była mniej przerażająca od ciszy. Nic nie gdakało, nic nie muczało ani nie beczało. Nie było nawet psa przy budzi1e, tego pozbył się już wcześniej, jeszcze zanim postanowił wyruszyć na wojnę. Pies ujadał bez przerwy z byle powodu. Peter odpiął mu obrożę i kazał się wynosić. Nawet nie musiał tego mówić, uwolniony z łańcucha pies wybiegł z podwórza i nigdy już nie wrócił. Pędził przed siebie, jakby jakaś siła nakazywała mu najszybszą z możliwych ucieczkę z gospodarstwa. Mimo że było jeszcze wcześnie, gospodarz zapalił świecę i ustawił ją na kuchennym stole. Wyjął z szuflady laseczkę laku. Twardy materiał połyskiwał szkliście, podkreślając swoją wiśniowobrązową barwę. Peter, nie przeliczywszy pieniędzy, włożył je do słoja, przykrył szklanym wiekiem i uszczelnił gumą. Tak jak się to robiło przy zaprawach na zimę. Wziął do ręki lak i uniósł go nad płomieniem świecy. Twarda skorupa szybko zaczęła mięknąć, a za chwilę się topić, niemal gotując na powierzchni. W kuchni zapachniało alchemiczną substancją. Kropla po kropli lak kapał na słój, uszczelniając go w miejscu, gdzie szklane wieko dotykało gumowej uszczelki. Po chwili Peter podziwiał efekt swojej pracy. Znalazł drugą laseczkę laku i stopił ją, pokrywając mazią całą szklaną przykrywkę słoja. Teraz, jak mniemał, mógł swój skarb przechować nawet na dnie studni.

Znużony wrażeniami poszedł na cmentarz. Liście zasypały nie tylko ścieżki, ale także całe groby. Między liśćmi błyszczały kasztany. Uprzątnął jedne i drugie z mogiły Gizeli, uklęknął i pomodlił się o spokój jej duszy. Dopiero po tym geście z wielkim wysiłkiem uniósł dużych rozmiarów, przełupany na pół polny kamień z wykutym imieniem i nazwiskiem zmarłej. Wygrzebał motyką spory dołek i umieścił w nim starannie zalakowany słoik z pieniędzmi. Grzebanie w zimnej ziemi nie było łatwe. Rozkrzewiły się w niej korzenie grabów i pokrywającego cały grób barwinka. Barwinek pięknie otulał grób, przyozdabiając go latem niebieskimi kwiatkami, jednak teraz przedarcie się gołą dłonią przez jego splątane kłącza stanowiło nie lada problem.

— Pilnuj ich, będą potrzebne na dobry początek — powiedział ni to do zmarłej, ni to do barwinka. Ciężki kamień ustawił ponownie do pionu, choć śliski i mokry opierał się Peterowi jak tylko mógł. Niemal za karę uderzył go metalową motyką w miejscu nad utworzoną właśnie skrytką. Kawałek minerału odprysnął, pozostawiając świeżą bliznę. Wszystko starannie zamaskował na powrót rzuconymi liśćmi kasztanowców, lip i grabów. Peter dobrze to obmyślił, w czasie wojny nie warto było ufać bankom, a tym bardziej żadnemu z sąsiadów. Gdyby, co nie daj Boże, nie wrócił, nikt nie będzie się cieszył z łatwo zdobytych pieniędzy. Majstrując przy grobie, nie odbierał żadnych sygnałów ze strony nieboszczki. Najwyraźniej jeszcze go do siebie nie wzywała — tak to sobie wytłumaczył, co w obliczu wyjazdu na wojnę nie było bez znaczenia.

Do zacienionego stuletnimi lipami cmentarza od wschodniej strony przylegało jego pole. Kiedyś wydarto je lasowi, teraz las cofnął się kilkaset metrów poza wieś. Podczas jego nieobecności będzie o nie dbał księżowski parobek, co ziemia urodzi, pójdzie na rzecz parafii. Zresztą do żniw na pewno wróci z wojny, wówczas obgadają z księdzem, ile kto komu jest winien. Ksiądz Dorth szczególnie był mu rad za podjęcie takiej decyzji, jakby wiedział, że wojna może jednak potrwać dłużej. Peter położył się na nasiąkniętej wodą ziemi. Czuł zimno bijące z jej wnętrza. Zatopił palce w brunatnej bryi, zacisnął pięści, ziemia z trudem przeciskała się między palcami, oddając przy tym nadmiar wody. Leżał tak kilka minut, nim podniósł się zdrętwiały z zimna i ociekający wodą. Wrócił do domu. Po drodze zebrał kilka dorodnych sów. Obtoczy je w jajkach, posoli i rzuci na tłustą patelnię. Kiedy znów przyjdzie mu jeść miejscowe sowy? A rydze? A zalane octem prawdziwki? Grzyby spowodowały, że przez chwilę pożałował pochopnej decyzji o zaciągnięciu się do wojska. Nie trwało to zbyt długo, szybko wspomnienie ich smaku zostało przesłonięte przez uczucie pożądania odczuwanego wobec Marianny. Bez wojny nie miałby najmniejszych szans na spełnienie swego pragnienia. Nie wiedzieć dlaczego, akurat teraz z obrzydzeniem pomyślał o jedzących żaby Francuzach. Przypomniały mu o tym trzymane w dłoniach sowy o pokaźnych kapeluszach. Przytknął grzyby do twarzy i zaciągnął się ich wonią. Uwielbiał ten przejmujący zapach ni to lasu, ni to pleśni, a może po prostu leśnej pleśni. Zdecydowanie był w nim ukryty jesienny zapach jego domostwa.

Po raz pierwszy, odkąd sięgał pamięcią, nie musiał oporządzać przychówku. Zajął się porządkowaniem rzeczy, przy okazji udoskonalił jesionowy futerał na obrazek. Wyczyścił otwór ze śladów spalenizny. Nietkniętą prętem stronę podobnie jak wcześ­niej słoik zabezpieczył lakiem. Teraz był to kawałek drewna z podłużną norką dla Trzech Króli. Otwór zatkał korkiem tak, jak to się robi z butelką. Trzej Królowie byli gotowi do drogi. Zgodnie z wiszącymi wszędzie obwieszczeniami o werbunku do wojska należało się stawić należycie umytym i chędogo ubranym. Peter potraktował to wezwanie bardzo poważnie, zamierzał mu się całkowicie podporządkować. Długo się wahał, czy pójść do fryzjera, czy poczekać i oddać się w ręce wojskowego balwierza. Ostatecznie postanowił wstąpić w szeregi armii wzorowo przygotowany do służby — fryzjera odwiedzi nazajutrz.

Rano nie miał już czasu na żadne zbędne sentymenty. Naniósł wody, dwa pełne wiadra wlał wprost do drewnianej balii, zawartość trzeciego przelał do miski ustawionej na gorącym, świeżo rozpalonym piecu. Odnalazł dawno nieużywaną ryżową szczotkę. Przynajmniej od śmierci Gizeli nie była ani razu do niczego potrzebna. Przez to wydawała się sztywna i twarda w dotyku. Gizela brała ją w ręce każdej soboty. Szczotka nie zdążyła dobrze wyschnąć, kiedy znów była zanurzana w namydlonej wodzie. Teraz była sucha na przekór wszechobecnej wilgoci. Uszykował czyste, ale nie najlepsze ubranie. Trzeba je będzie zostawić w wojskowym magazynie, miał to na uwadze. Spodnie w ledwo widoczne brązowe pasy, choć lekko cerowane, mogły jeszcze uchodzić za całkiem eleganckie, przynajmniej w jego oczach. Nalał do balii podgrzaną wodę, wziął do ręki pachnące piżmem mydło i ostrożnie stanąwszy nago na dnie balii, rozpoczął staranne, niemal symboliczne ablucje. Wyobrażał sobie, że z pomocą szczotki zmywa nie tylko brud z ciała, lecz także wraz z nim wszystkie grzechy z duszy. Nie znał się dobrze na technice mycia, dopiero na sam koniec polał sobie głowę mydlinami. Wytarł się dokładnie starym prześcieradłem, które od dłuższego czasu służyło mu właśnie do tego celu. Teraz miał zamiar się ogolić, jednak szybko porzucił ten pomysł, przypomniawszy sobie, że jedzie przecież do balwierza. Do torby wziął kawałek chleba, po słoiku smalcu i ogórków oraz futerał z obrazem. Nic więcej. Wyszedłszy z domu, włożył kapelusz, nie chciał się z nikim żegnać. Klucz zostawił w drzwiach. Sołtys Haneke będzie wiedział, co z nim zrobić, był tego pewien. Kapelusz, stary bat i jazda. Hans po raz ostatni wiózł Petera w stronę miasta. Jasno określony plan nie pozwalał na ckliwe rozglądanie się po okolicy. W końcu miał zamiar niebawem tu wrócić, z nowym koniem, a może przy odrobinie szczęścia Hans doczeka jego powrotu. W mieście było kilka zakładów fryzjerskich, on wybrał ten u Neumana. Z reguły chodził właśnie do niego, choć nie lubił zdziwaczałego fryzjera opowiadającego w kółko o tym, co się komu przytrafiło na polu miłosnych podbojów. Niepowodzenia, jakie notował w zalotach do Marianny, powodowały, że Peter uciekał od podobnych tematów. Neuman był Niemcem i jako takiego należało go jednak wspierać. Poza tym był niezłym fachowcem.

— Dzień dobry, panie Handke, wiem, wiem, wiem — niemal wykrzykiwał podekscytowany fryzjer.

— Skoro pan wiesz, to zabierz się pan do roboty, czasu wiele nie mam.

Peter usiadł w wygodnym zielonkawym fotelu ustawionym na wprost dużego lustra. Z wnętrza zwierciadła spoglądał na niego siedzący na fotelu mężczyzna osłonięty przez fryzjera białym fartuchem. Jego blond włosy były wypłowiałe od słońca. Zaczesane do tyłu zakrywały uszy i zachodziły na silny kark. Szaroniebieskie oczy nie miały w sobie nic poza zwyczajną tajemnicą, jaką nosi każdy człowiek. Nigdy nie wiemy, co tak naprawdę widziały w trakcie żywota oczy drugiego człowieka. Nikt nie wie, na co się drugi w życiu napatrzył w ciągu długich dni i nocy. Teraz oczy Petera spoglądały w swoje własne lustrzane odbicie. Nie przejawiając przy tym samozadowolenia z niskiego czoła i dużego, płaskiego nosa skutecznie uniemożliwiającego zapuszczenie modnych w tamtym czasie wąsów. Gdyby je zapuścił, wyglądałby jak jakiś borsuk albo co gorsza małpa z książkowej ilustracji.

— Wiem, wszystko wiem — powtarzał fryzjer, ostrząc na pasku brzytwę.

— Co pan takiego wiesz?

— Idziesz pan do wojska, bohater. Płakać będą panny po takim gospodarzu, a wdowy to pomdleją.

— A która tam by po mnie mdlała? — zapytał Peter, miło połechtany wyznaniem fryzjera.

— A choćby Inga po starym Schneiderze, niczego sobie i z kamienicą jak się patrzy, przy samym rynku.

— Przecież ona ma dwójkę dzieci — zaniepokoił się propozycją takich swatów Peter.

— Zaraz dzieci, chłopak pójdzie w świat, a córkę wydacie za mąż. — Fryzjer mydlił już pędzel na sztyfcie, snując życiowe plany dla klienta.

— Daj pan spokój, obce, stać mnie na własne, do tego one miastowe, nie z roli. — Chciał jeszcze coś dodać, ale namyd­lony pędzel przemykający po twarzy, nie wyłączając okolic ust, skutecznie odebrał mu możliwość mówienia. Był to ulubiony moment fryzjera, który miał w ten sposób klienta niemal na łopatkach, mógł spokojnie mówić, a klient zmuszony był do słuchania, bez szansy protestu.

— O, widzę, dzieci się marzą, dzieci urodzić to musi młoda kobieta. Taka rzecz. No, no, to będzie wesele z Heike albo z młodą Haneke, to sąsiadka. Ma już chyba czternaście lat, a zanim szanowny pan wróci z wojny, to będzie jak znalazł. Jeśli nie jesteście już po słowie z sołtysem, to ja mu tę myśl podsunę, będzie dbał o wasze gospodarstwo jak o swoje.

Peter drgnął, balwierz wyczuł jego zdenerwowanie i natychmiast przerzucił rozmowę na techniczną stronę zabiegu.

— Wyżej broda, wyżej — brzytwa dotknęła gardła — jeszcze trzy, cztery ruchy i golenie będzie zakończone.

Wytarł klientowi twarz ręcznikiem i spryskał wodą kolońską. Peter nie chciał komentować tego, co usłyszał. Powiedział tylko mocno i zdecydowanie, tak aby przeciąć wszelkie spekulacje:

— Wrócę z wojny z żoną, tak postanowiłem.

— Ooo, po żonę na wojnę, żeby tylko nie była to Francuzka, bo zamiast na grzyby, będzie szanowny pan chodził na żaby. Choć mówią, że te Francuzki, ho, ho, panie Handke, co też o nich mówią! — podniecał się fryzjer, operując przy tym grzebieniem i nożyczkami. Na podłogę spadały kolejne obcięte blond włosy.

— No, co mówią?

— No, jak by to powiedzieć… że jak pan się z taką zadasz, to żadna już panu nie dogodzi.

— Tak samo gadają o pasterzach, co to z owcami chodzą od wiosny do jesieni, że niby nie ma jak owca — śmiał się Peter. — Bzdury pan klepiesz, będę miał żonę taką, jaka mi się widzi, a dogadzać nikt inny nie będzie mi już musiał. — Peter podniósł się z fotela i chciał zapłacić.

— Mowy nie ma, oddasz pan, jak wrócisz z wojny.

— Chociaż tyle mądrego pan wymyślił. Dziękuję, oddam, jak wrócę — powiedział Peter i wyszedł z zakładu szczęśliwy, że rozmowa dobiegła końca. „Dobrze, że nic nie wiedzą o Mariannie” — pomyślał. „Gdyby mówili o tym w mieście, fryzjer na pewno zagadnąłby cokolwiek na ten temat”.

Wymyty, ogolony, z przyciętymi włosami, do tego pachnący mydłem i wodą kolońską udał się Peter do dwóch kościołów. Postanowił się przespacerować. Nie tyle, żeby coś widzieć, ile żeby być widzianym. Może nawet spotka przed którymś ze sklepów Mariannę, na pewno nie pójdzie do niej, dość tego. Teraz to ona będzie prosić jego, niech no tylko wróci z wojny. Konia zostawił na rynku, przekazawszy kilka najdrobniejszych monet przypadkowemu parobkowi, by ten dał zwierzęciu obroku i dopilnował bryczki. Najpierw poszedł do swojego pomodlić się o pomyślność i rychły powrót do domu. Idąc w stronę rynku, wstąpił do gotyckiego katolickiego. Żal mu było, że taka świątynia służy katolikom, ale przecież było ich w mieście dużo więcej. Wszedł tu w jednym celu — popatrzeć na obraz i porównać go z tym, co cudownie narysował kopiowy ołówek. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jego rysunek jest idealny. Nie tylko wiernie oddaje postaci, ale także wyziera z niego nastrój całości. Żeby się o tym przekonać, wyjął go z drewnianej osłony i starannie rozwinął na jednej z ławek. Uradowany tym, co zobaczył, schował go ponownie do wnętrza jesionowego kołka.

— Jedziemy do Niemiec — wyszeptał.

Wrócił na rynek, wsiadł do bryczki i wolno pojechał w stronę sierocińca. To właśnie w tym nowym, solidnym budynku na skraju miasteczka ulokowały się niemieckie władze wojskowe. Pod ich okiem sierociniec przekształcany był na lazaret. Jak na Niemca przystało, Peter dotarł tam punktualnie. Było dokładnie południe.

Peter był sam, żadnego innego poborowego nie było w zasięgu wzroku. Przyjął go czekający specjalnie na niego cywilny urzędnik. Oczekiwał go w przeszklonym pomieszczeniu, założył monokl i milcząc wymownie, wypełnił dokumenty szczegółowo opisujące tryb przejęcia konia, który odtąd przestał być Hansem, a został zwykłym koniem pociągowym, dopóki nie trafi do polowej kuchni. Urzędnik sporządził też staranny kwit na czasowe przejęcie bryczki. Urzędnicze milczenie sugerowało, że żadnych pytań nie przewiduje. Oba dokumenty wystawione zostały w dwóch egzemplarzach, po jednym dla każdej ze stron. Dopiero po tym notarialnym doświadczeniu rekrut trafił w ręce wojskowych. Ci siedzieli w surowym, pomalowanym do połowy zielonkawą farbą olejną pomieszczeniu. Ponad trzema wąsaczami w mundurach wisiał portret czwartego. Jegomość przedstawiony na portrecie też był wąsaty. Był to cesarz Wilhelm II Hohenzollern, to on podtrzymywał modę na okazałe wąsy. Siedzący za drewnianym stołem mundurowi wąsacze od razu spostrzegli, że Peter wąsów nie posiada. Wobec tego ustalenia szczegółowo przeglądali akta i sprawdzili jego aktualne badania lekarskie zawarte w specjalnej kartotece. Po tych czynnościach przeprowadzili z ochotnikiem krótką rozmowę, wykluczając przy okazji ewentualne choroby psychiczne kandydata na żołnierza, w tym skłonności homoseksualne, uchodzące w tamtych czasach za poważną chorobę. Wszystkiemu służyły nie byle jakie pytania, wymyślono je w samym Berlinie, jedno nawet dotyczyło stolicy.

— Od czego pochodzi nazwa Berlin? Od słowiańskiego „berlo” czy germańskiego „Ber” — pytał stary porucznik, pamiętający dawne pruskie wojny.

Miał kłopoty z prawidłowym wymówieniem słowa „berło”, tym samym sam sugerował, jak powinna brzmieć prawidłowa odpowiedź. Peter przyznał, że zna herb Berlina, bywało, że widniał on na urzędowych dokumentach, żadnego berła na nim nie było, stał na nim wzniesiony na dwóch łapach niedźwiedź — Ber. Zwierzę gotowe było do ataku niczym prawdziwy wojownik. Już ta jedna odpowiedź nadto starczyła, żeby jechać się bić za cesarza Wilhelma.

— A dlaczego golisz wąsy? — padło na koniec, jakby poza protokołem.

— Zgoliłem, bo nie mam żony, sam sobie robię pranie i jak tak się pochylam nad wyżymaczką, to sami wiecie, mogą się w nią… — Peter nie dokończył rezolutnej odpowiedzi.

— Pojedziesz do koszar, do Poznania, jeszcze dzisiaj z naszą pocztą, wyjazd za niecałą godzinę — zakomenderował stary porucznik.

To było wszystko, żadnego fasowania munduru, przymierzania butów, pikielhauby. Kompletnie nic. Peter był poważnie zawiedziony. Po mniej więcej dwóch kwadransach wsiadł na wóz. W zaprzęgu nie starczyło miejsca dla Hansa. Jego koń przepadł gdzieś w budynku stajni. W tej bardzo logicznej, zgodnej z regułami z góry nakreślonego planu podróży, towarzyszyło mu dwóch kurierów. Eskortowali zielony worek pełen listów ze stemplami poczty polowej. Skład załogi wozu uzupełniał woźnica. Konie zaprzęgnięte dwa razem zaciągnęły wóz z workiem i pasażerami pod stojący na końcu lipowej alei budynek dworca.

Niemcy nie były jeszcze über alles, jednak dystans dzielący je od krain leżących we wschodniej Europie nigdy wcześniej nie był aż tak ogromny. Przepaść cywilizacyjna była na tyle duża, że urzędnicy zapominali o konieczności samoograniczenia własnej polityki względem wschodnich krain. Zachłanność sprowadziła na nich nieszczęście, zachłysnęli się, dławiąc Polakami. Bismarck był ostatnim, który wiedział, że z polityki wschodniej więcej dla Niemiec wycisnąć się nie da. Nie pamiętano o tym po jego śmierci, zwłaszcza nie zdawał sobie z tego sprawy militarysta Wilhelm, cesarz o mentalności kaprala. Prawdziwie karykaturalny kapral miał dopiero wziąć sprawy w swoje ręce, śniąc urojony sen o tysiącletniej Rzeszy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 Cytat pochodzi z Biblii Tysiąclecia, wyd. IV, Poznań 2003.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Reifstein albo Podróż Trzech Króli Czarnomorze Uganda. Jak się masz, muzungu?. Jak się masz, muzungu? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej