Masz na imię Camille

Masz na imię Camille

Autorzy: Agnieszka Stabro

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 27.48 zł

Historia Camille Claudel opowiedziana jej samej przez Autorkę. Dzieciństwo na prowincji Francji, pobyt w Paryżu, którego barwne opisy przenoszą czytelnika do XIX wieku, kiedy przy kawiarnianych stolikach w oparach absyntu artyści dyskutowali o sztuce oraz życiu, pełen namiętności, a zarazem cierpienia związek z Auguste’em Rodinem, kariera artystyczna Claudel, wreszcie jej pobyty w szpitalach psychiatrycznych tworzą niesamowitą mozaikę zdarzeń, uzupełnioną o nietłumaczoną dotąd korespondencję rzeźbiarki. Drugoplanowymi bohaterami książki stają się Paryż XIX wieku – fascynujące miasto pełne sprzeczności – oraz prace Camille Claudel. Przeanalizowane i zinterpretowane przez autorkę, osadzone w kontekście losów artystki, a jednocześnie przedstawione w szerokiej perspektywie, zyskują na kartach powieści nowe życie.

W zaskakującej, wciągającej narracji Agnieszka Stabro stawia również pytania o pozycję kobiet w ówczesnym społeczeństwie, opisując ograniczenia i nakazy, którym były poddawane. Camille Claudel nieustannie zdaje się przekraczać restrykcyjne normy społeczne, płacąc za to najwyższą cenę…

Czy to zakazana namiętność artystki i Auguste’a Rodina zaprowadziła ją za szpitalne mury? Czy jej postępujący obłęd był wynikiem społecznej presji, z którą nieustannie musiała walczyć? A może właśnie geniusz Camille Claudel oraz wychodzenie poza normy oraz schematy narzucane kobietom uznano za oznakę szaleństwa?

W Masz na imię Camille przeszłość spotyka się z teraźniejszością, wciągając czytelnika w pozornie niemożliwy dialog…

 

WSTĘP

Pisząc niniejszą książkę, korzystałam m.in. z dzieła pt. Kobieta. Camille Claudel Anne Delbée (tłumaczenie z francuskiego oryginału pt. Une femme), będącego jedyną dotąd polską biografią Camille Claudel. Książka ta była pomocna w rekonstrukcji poszczególnych etapów życia rzeźbiarki, jednakże wydała mi się niepełna. Postanowiłam zatem zaproponować własną wizję życia artystki i uzupełnić ją o jej listy, częściowo nieprzetłumaczone dotąd na język polski.

Warto zaznaczyć, że życie Camille Claudel do dzisiaj stanowi zagadkę, istnieją bowiem różne przekazy dotyczące tych samych zdarzeń z biografii artystki. Listy rzeźbiarki, poprzez stosowanie przez korespondentów tylko sobie zrozumiałych skrótów myślowych, powiedzeń etc., nie zawsze przynoszą odpowiedź na pytanie: „Jak było naprawdę?”. W wielu miejscach są one niejasne i komplikują obraz sytuacji. Trzeba również pamiętać, że Camille Claudel nieraz celowo wprowadzała adresatów w błąd co do wydarzeń z jej życia. Należy mieć na uwadze jej pogarszający się stan psychiczny, co często znajduje odbicie właśnie w korespondencji.

W niniejszej książce przyjęłam ramy wydarzeń zaproponowane przez Anne Delbée, miejscami je modyfikując w oparciu o korespondencję oraz inne, obcojęzyczne książki na temat życia zarówno Camille Claudel, jak i Auguste’a Rodina.

Książka Masz na imię Camille jest zatem oparta na faktach, lecz równocześnie przedstawia moje wyobrażenie na temat tego, jak mogło wyglądać życie rzeźbiarki, stworzone na podstawie zarówno dostępnych materiałów, jak i własnej wyobraźni.

CZĘŚĆ I

KOCHAĆ TO ZNACZY WIDZIEĆ W KIMŚ

RZECZY NIEWIDZIALNE DLA INNYCH OCZU.

Pokazałem jej, gdzie ma szukać złota, lecz złoto, do którego dochodzi, jest jej własne.

Auguste Rodin o Camille Claudel

I

WRZOSY I RÓŻE

Jeleń schwytany w potrzask pachniał niewyobrażalnym, panicznym strachem, a jego oczy były pełne obłędu. Nozdrza zwierzęcia pracowały szybko, wdychając mroźne, zimowe powietrze, czarne jak węgiel ślepia, w których przeglądało się poranne słońce, patrzyły niespokojnie.

Camille, widziałaś wyraźnie drżenie mięśni jego ciała, czułaś zapach sierści oraz potu, obserwowałaś ze łzami w oczach jego nerwowy bieg w małym kwadracie lasu, słyszałaś coraz ostrzejsze szczekanie psów. Zwierzę pozbawione drogi ucieczki znalazło się w pułapce, a tobie pozostało czekać i podziwiać lśniące w słońcu brązowe futro, porastające majestatyczną sylwetkę ze wspaniałym porożem.

Gdy tylko ojciec spuścił cię z oczu, zaczęłaś biec w stronę jelenia, chcąc objąć rączkami jego potężną szyję i wytrzeć małe kryształki łez, płynące z jego ślepi, jednak Louis Prosper Claudel niemal natychmiast cię dogonił, złapał mocno za rękę i kazał wracać do domu, nie zważając na twój krzyk, szamotanie, zapieranie się rękami o ziemię. Zanim zdążyłaś się odwrócić, padł strzał; zobaczyłaś na śniegu czerwoną kałużę krwi, a jeleń osunął się powoli, by za sekundę z potężnym hukiem runąć na ziemię. Podrygiwał przez moment przednimi kopytami, patrząc tępo w pustkę przed sobą, aż zamarł całkowicie.

Na pewno często zastanawiałaś się, Camille, dlaczego ojciec znajduje przyjemność w polowaniach, prawda? Z jakiego powodu podoba mu się naganianie zwierząt, zabijanie ich w nierównej walce, pozbawianie szansy na ucieczkę? Nie rozumiałaś, jak twój ukochany papa może karmić się przerażeniem danieli schwytanych w potrzask. Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa – odgłos jelenia upadającego na śnieg, radość mężczyzn, triumf siły nad bezbronnością, zwycięstwo mordu nad życiem – niczym cień unosiło się nad twoim ukochanym lasem, którego zapachu próżno szukałaś przez długie lata. Patrząc na drzewa opierające się o siebie, oplatające nawzajem jak kochankowie, zastanawiałaś się, gdzie się kończy i zaczyna miłość, czym są przywiązanie, tęsknota, bliskość…

– Mój mały Paul! – krzyczałaś, śmiejąc się jednocześnie. – Mój mały Paul, gdzie jesteś?

Pamiętasz, jak często biegłaś przed siebie, szukając brata w krzakach i leśnych jamach? Myślę o twoich dziecięcych, leśnych eskapadach i jestem niemal pewna, że twój wzrok przykuwały przede wszystkim skały, kamienie o zadziwiającym, wspaniałym kształcie, jakby wyrzeźbione ludzką ręką. A kiedy znajdowałaś kawałek gliny, spod twoich dłoni wyrastały figurki, mali bogowie, zwierzęta, rośliny. Twój las zamieszkiwały nimfy wodne, chochliki kryjące się za drzewami, wróżki tańczące w powiewach wiatru, złote żuki wygrzewające się na słońcu; tworzyły królestwo, do którego nikt inny, oprócz ciebie i Paula, nie miał wstępu.

Sądzę, że nie wszyscy domownicy podzielali twoją fascynację przyrodą. Gdy często prosto z pola wbiegałaś do biblioteki ojca w sukience pobrudzonej ziemią, słyszałaś dobiegający z kuchni, karcący głos matki:

– Bój się Boga, jak ty wyglądasz!? Jak ty przychodzisz do domu!? To nie jest obora!

Jak się wówczas zachowywałaś, Camille? Brałaś sobie do serca słowa Louise-Athanaïse czy nie reagowałaś na jej krzyk i ukrywałaś się w gabinecie ojca, gdzie pod jego troskliwym wzorkiem czytałaś baśnie i legendy?

„Mała Camille, kim kiedyś będzie? – Ojciec coraz częściej niepokoił się o twoją przyszłość. – Już teraz jest inna niż jej siostra Louise – myślał. – Ucieka w samotność, glinę. Chce rzeźbić. Kobieta? To niemożliwe. Trzeba jej znaleźć inne zajęcie. Damskie, kobiece. Paul wciąż powtarza jej opowieści. – Martwił się. – O tajemnicach lasu, o królach i królowych drzew, o glinie, z której można zrobić wszystko, ulepić, stworzyć od nowa. Dlaczego nie może być taka jak jej siostra?”

Na te pytania nieustająco odpowiadała mu głucha cisza. Coraz częściej z głębokiego zamyślenia wyrywał go twój wrzask, dobiegający z odległych części domu:

– Tatusiu! – krzyczałaś, kiedy matka siłą wyrywała ci przyniesione do domu wyrzeźbione figurki. – Oddaj, to moje! – zwracałaś się do niej. – Nie masz prawa, oddawaj!

Pamiętasz, Camille, jak w napadach dziecięcej furii obrzucałaś ją błotem, drapałaś, gryzłaś, szarpałaś, ciągnęłaś za suknie, zostawiając ślady czerwonej gliny?

– Ja oszaleję z tą dziewczyną. – Kobieta w bezsilności załamywała ręce. – Dlaczego Bóg nas tak pokarał? Może trzeba ją oddać do jakiegoś internatu? – mówiła swoim metalicznym, bezbarwnym głosem.

– Przesadzasz. To jeszcze dziecko, wyrośnie z tego. Podłubie trochę w glinie i znudzi jej się zwykła, dziecięca zabawa. – Ojciec zawsze brał cię w obronę, prawda, Camille?

– To nie dziecko, a diabeł, nie widzisz, jak nas traktuje? Gotowa jest pozabijać za kawałek ziemi. Nie lubię, kiedy tak na mnie patrzy. Nie ma w sobie nic z siostry… jak to się mogło stać? Dlaczego?

Camille, gdy tylko pomyślę o łzach płynących po twojej twarzy, kroplach, które zastygały na policzkach i powoli stawały się murem oddzielającym cię od matki…

Niezaspokojona potrzeba ciepła, nieudane próby zaskarbienia sobie chociażby cienia jej uśmiechu owocowały obojętnością, oddaleniem, niechęcią. Coraz bardziej irytowało cię silne poczucie odpowiedzialności i obowiązku, które usiłowała ci wpoić; coraz rzadziej dostrzegałaś smutek, ból, niespełnienie czające się w jej spojrzeniach. Ilekroć mówiłaś o rzeźbie, widziałaś w jej oczach złość, rozczarowanie, a nawet przebłyski nienawiści, co musiało zniechęcać cię do jakichkolwiek prób podejmowania tematu.

Gdybyś widziała, jak Louis Prosper Claudel z niepokojem patrzył na grymas wykrzywiający twoją twarz, na której niechęć mieszała się ze strachem, obcość ze wzgardą… Obserwował, jak bardzo się od siebie oddalacie i nie potrafił zapobiec wzajemnej wrogości; z bólem stwierdzał, że nie lubiłaś przebywać ani z matką, ani z siostrą, która marzyła jedynie o wyjściu za mąż oraz poświęceniu się rodzinie. Ojciec wiedział, że najbardziej lubisz spędzać czas z nim i z Paulem, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że pomimo miłości, którą ich darzyłaś, najlepiej czułaś się sama ze swoimi myślami. Potrzebowałaś samotności, aby kawałek gliny pod naciskiem palców stał się dokładnie tym, czego pragnęłaś.

Tak niewiele wiadomo o twoim dzieciństwie, Camille, czy zatem uda mi się ciebie kiedykolwiek dobrze poznać? Kto odpowie mi dzisiaj na pytanie, jaka była zima 1864 roku, kiedy przyszłaś na świat? Mroźna, śnieżna, a może łagodna, pełna grudniowego, przyblakłego słońca? Jak uda mi się opowiedzieć o tobie na kartach tego najdłuższego listu, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się napisać? Jak uda mi się opowiedzieć tobie samej twoją historię?

Mogę się jedynie domyślać, że rodzinna wieś Villeneuve z biegiem czasu stawała się dla ciebie za ciasna, a ty uciekałaś coraz dalej od domu i od miejsc, do których wiele lat później tak bardzo pragnęłaś powrócić. Twoje poczucie niezależności z pewnością irytowało Louise-Athanaïse, która nie potrafiła znaleźć do ciebie drogi, nie miała z tobą wspólnego języka, a gdy obserwowała, jak wspaniale dogadujesz się z ojcem, zżerała ją nigdy nieuświadomiona zazdrość.

Matka była zawistna nie tylko o twoje kontakty z ojcem, lecz również o relację z bratem; doskonale musiałaś zdawać sobie z tego sprawę. Z przerażeniem słuchała Paula powtarzającego twoje słowa i poprzysięgła sobie, że jej syn nigdy nie będzie taki jak ty. Ganiła go, ilekroć w spojrzeniu chłopca dostrzegała twoją pogardę w stosunku do prostych, bogobojnych ludzi, oddanych rodzinie, codziennemu życiu, jednak jej wysiłki były daremne; Paul mówił tylko o twoich rzeźbach, glinie, wędrówkach. Patrzył na ciebie z podziwem, uwielbieniem, zachwytem, musiało ci to imponować, czyż nie?

„Wspaniała, posągowa Camille. Uparta, harda, wyniosła, nie taka jak Louise” – myślał.

Fascynowało go, że potrafiłaś rozmawiać z lasem, z wróżkami. Kiedy zabierałaś Paula na spacery, czułaś strach w silnym uścisku małej rączki, dostrzegałaś jego lęk przed nieznanym i zarazem wyczuwałaś całkowitą ufność, pewność, że nic złego nie może się przydarzyć, kiedy jesteście we dwoje.

Uczucie bliskości w miarę upływu czasu ustępowało trwodze oraz dystansowi, a matka po latach starań osiągnęła swój cel. Paul wymykał ci się w stronę jej silnych objęć, z których już nigdy nie miała go wypuścić. Zwracając się ku matce, oddalał się od ciebie w stronę Boga, Kościoła, żarliwej wiary, fanatyzmu. Bardzo musiało cię boleć, że przestawał cię rozumieć, że zniknęła łącząca was więź, że patrzył z niezrozumieniem i przerażeniem, gdy wpadałaś we wściekłość, furię, gdy ogarniał cię gniew, którego nie potrafiłaś powstrzymać. Latami nie rozumiał, co się z tobą dzieje, dlaczego pragniesz tak wiele, aż uznał, Camille, twoje szaleństwo za diabelski obłęd, a artystów za upadłe dusze, obezwładnione ciemnością, słuchające podszeptów i głosów sił nieczystych, co zaprowadziło cię wiele lat później do samych bram piekieł.

Rodzina lekceważyła twoje zamiłowanie do rzeźbienia, jednak dla ojca stawało się oczywiste, że dziecięce zabawy gliną są nie tylko sposobem na zabicie czasu. Było w tobie zbyt wiele powagi, skupienia na pracy, a za mało beztroski towarzyszącej psotom, by uznać je za młodzieńczą fanaberię. Czy zdawałaś sobie sprawę, Camille, że twoja miłość do tworzenia, objawiająca się stopniowo, napawała Louisa Prospera jednocześnie lękiem i dumą, wielką obawą, ale też nadzieją, strachem i radością? Obracał się w świecie, znał status kobiet artystek, wiedział, jak ciężka fizycznie jest praca rzeźbiarza. Środowisko bohemy było hermetyczne, brutalne, rządzone przez mężczyzn; modelki, panie lekkich obyczajów, młode dziewczyny do towarzystwa stanowiły jedynie obiekty pożądania, nigdy nie stały na równi z artystami.

„Co ona zrobi w tej jaskini lwów? Mała Camille. Jest taka niezależna i wolna, a jednocześnie tak bardzo potrzebuje aprobaty, uznania, ciepła, miłości” – martwił się ojciec.

Dalsze przebywanie w rodzinnym miasteczku nie miało sensu. Czy wiesz, Camille, że czasem, kiedy już spałaś, ojciec przyglądał się figurkom postawionym na parapecie pracowni? Ostrożnie brał je do ręki, oglądał kształty, postaci, zachwycając się uchwyconym ruchem, próbami odwzorowania tańca liści na drodze, podobiznami głów Paula i twojej siostry. Rozmyślał przez długie godziny; nie miał wątpliwości, że masz talent. Gdyby tylko udało ci się zdobyć to, co nieosiągalne, gdybyś zyskała sławę, nawet matka przekonałaby się do rzeźbienia…

Niebawem nadarzyła się okazja, aby sprawdzić twoje zdolności, gdyż w Villeneuve zamieszkał znany i ceniony na świecie, a przede wszystkim w Paryżu, rzeźbiarz Alfred Boucher. Słyszał o rodzinie Claudelów, o uzdolnionej muzycznie Louise, przejawiającym literackie zdolności Paulu, o tobie, twoim rzeźbieniu i ucieczkach. Gdy ojciec udał się do artysty z prośbą o wyrażenie opinii na temat dziecięcych rzeźbiarskich prób córki, Alfred Boucher pokiwał w zamyśleniu głową i po chwili namysłu powiedział, że chętnie cię odwiedzi, by rzucić okiem na skarby z namaszczeniem chowane do pudełek. Pamiętasz jego wizytę? Nie? Przypomnę ci…

– Camille! Camille, masz gościa! – krzyczał Louis Prosper, stojąc w progu małej szopy, w której urządziłaś warsztat pracy.

„Stało się, ktoś będzie mnie oceniał, oglądał moje prace, wydawał wyroki. A jeśli nie zrozumie?” – zmartwiłaś się.

Kiedy Boucher wszedł do małego, zagraconego i ciemnego pomieszczenia, z mroku wyłoniły się dziwne kształty; głowy, ręce, nogi były poustawiane w rzędach na oknie, na podłodze jawił się zarys jakiejś sylwetki. Stałaś obok niej z pewnością i dumą w oczach, w których odbiło się zaskoczenie artysty – nie spodziewał się, że zobaczy aż tak dojrzałe prace.

„Młoda, w zasadzie samouk, z powodzeniem mogłaby studiować w Académie des beaux-arts – zastanawiał się. – Jeśli teraz tak rzeźbi, mając zaledwie niecałe dwanaście lat, co będzie później? Dziecko z oczami dorosłego” – trochę się przeraził.

– Musicie wyjechać do Paryża. To dla niej jedyne właściwe miejsce. Może nie teraz, jest jeszcze za wcześnie. Za parę lat, ja do tego czasu wszystko odpowiednio przygotuję. Camille ma niewątpliwy talent. Dawno już nie widziałem tylu dobrych szkiców i prac – powiedział do Louisa Prospera.

– Poradzi sobie?

– Na pewno. Tutaj już nic więcej nie osiągnie, na razie niech rzeźbi dalej, lecz z pewnością czeka na nią Paryż.

Od wizyty Alfreda Bouchera rodzice często się kłócili, pamiętasz, Camille? Matka nie chciała słyszeć o wyjeździe, lecz ojciec uparł się i nie przyjmował żadnych argumentów, a ty już wiedziałaś, że będziesz kształcić się w dalekim, obcym, a jednocześnie dziwnie znanym Paryżu. Wielkim, niebezpiecznym mieście, w którym nareszcie byłabyś wolna. Widzę oczami wyobraźni, jak w czasie długich, jesiennych wieczorów siedzisz z Louisem Prosperem przy kominku w rodzinnym domu, słuchając opowieści o stolicy, wielkomiejskim życiu, atrakcjach oferowanych przez Paryż. Nabierasz rumieńców, oczy zaczynają ci się świecić, jesteś podekscytowana, nie potrafisz ukryć emocji.

– Po co to wszystko? Opowiadasz jej o Paryżu, a nie obchodzi cię, jak ja sobie tam poradzę? Skąd weźmiemy na to pieniądze? – Matka niecierpliwiła się, słysząc Louisa Prospera.

– Nie martw się. Zarobię na to. Camille musi rzeźbić. – Ojciec podjął ostateczną decyzję.

– Będziesz finansował wszystkie jej fanaberie? Ta dziewczyna wpędzi nas do grobu, przekonasz się.

Louis Prosper przestał zwracać uwagę na pretensje żony. Starał się zrozumieć jej zachowanie, jednak w głębi duszy wiedział, że nie ma racji. Czuł bardzo wyraźnie, że nie da się odbudować waszych relacji, gdyż zbyt wiele was dzieliło, a miało różnić jeszcze więcej; powstała przepaść, której już nic nie zdołało zasypać.

Oglądam twoje fotografie, Camille, i zastanawiam się, jak wyglądała twoja młodość… Czy miałaś przyjaciół, czy spędzałaś czas samotnie? Patrzę na twoje zdjęcia i myślę, że kolejne lata poświęciłaś przede wszystkim intensywnemu rzeźbieniu, które szło ci coraz lepiej; odkrywałaś nowe formy oraz możliwości materiału. Ruch stawał się najważniejszy, chciałaś zatrzymać świat i zamknąć go w ułamku sekundy.

„Jak dużo zależy od wzroku. Spojrzenie nadaje materii kształt, a wyraz rzeźbie wzrok, w oczach kryje się cała tajemnica” – rozważałaś.

Nie tylko tworzenie zajmowało twoje myśli. Paryż, o którym marzyłaś, tęsknie patrząc w okno, rozpalał wyobraźnię. Coraz silniej pragnęłaś przeprowadzki do stolicy; im byłaś starsza, tym bardziej rodzinne otoczenie stawało się dla ciebie zbyt ciasne.

Próbuję odnaleźć na mapie Francji Villeneuve – miejsce, które kochałaś i którego nienawidziłaś zarazem, ziemię twoich ucieczek i nigdy nieziszczonych marzeń o powrocie. Wodzę palcem po atlasie, mijając w wyobraźni kolejne miasta i miasteczka. Czy to prawda, że żyjąc wiele lat w stolicy, z żalem wspominałaś prowincję na północy Francji, pachnącą wrzosem, lawendą, świeżo skoszoną trawą, zbożem, słońcem, gdzie rytm dnia i życia mieszkańców wyznaczały kościelne dzwony? Znajduję twoje rodzinne miasteczko, oglądam je, szukam twoich miejsc, śladów, tropów. Myślę, Camille, że będąc w Paryżu, bardzo tęskniłaś za rozległymi jeziorami Villeneuve, które dawały ochłodę latem oraz ukojenie wiosną… Powiedz, czy stworzyło cię otoczenie, pełne erozyjnych skał, jaskiń i zagłębień? Wyobrażam sobie, jak godzinami obserwowałaś wyłaniające się zza horyzontu olbrzymie powierzchnie, gładkie niczym tafla jeziora, na których tańczyła twoja dziecięca wyobraźnia, otoczona rzeźbami i rozpadlinami…

Camille, czy wrzos zaczął cię dusić i postanowiłaś od niego uciec? Czy zaczęły przeszkadzać ci róże z rozległych ogrodów kościelnych, zakwitające na chwałę miasteczka i odurzające zapachem mieszkańców oraz przyjezdnych? Nie odpowiadasz… Tak już będzie wyglądać ta nasza dziwna rozmowa; ja będę mówić, a ty jedynie słuchać; będzie musiało mi wystarczyć twoje chmurne spojrzenie, baczny wzrok, którym patrzysz na mnie ze zdjęcia w kolorze sepii. Czy tam, gdzie teraz jesteś, kiwasz głową w zamyśleniu, czy raczej oburzasz się, słysząc moje słowa?

Odtworzyć czyjeś spojrzenia… czy to możliwe? Spróbuję.

Gdy biegałaś z Paulem dookoła kościelnego dziedzińca, stuletnie lipy dawały cień oraz schronienie przed upałami, a świątynia budziła twoją trwogę i zdumienie.

„Tyle wieków temu ludzie potrafili wznieść coś nieskończenie wspaniałego, doskonałego… Jak to możliwe?” – zastanawiałaś się.

Chrystus, zerkający z ołtarza i z naw bocznych, cierpiący, przypięty do krzyża z grymasem bólu na twarzy, budził zarówno współczucie, jak i złość. Nie rozumiałaś, dlaczego dał się tak poniżyć, po co nadstawił drugi policzek, czemu chciał cierpieć. Paul w przeciwieństwie do ciebie był oczarowany, pełen szacunku i jednocześnie dziecięcego lęku przed Nienazwanym. Ty patrzyłaś hardo prosto w oczy postaciom świętych, figurom Matki Bożej, zapamiętując każdy szczegół dłuta, oczu, fałdy szat, podczas gdy twój brat w nabożnym skupieniu chylił przed nimi głowę.

„Kiedyś też tak będę rzeźbić – myślałaś. – Ludzkie ciało jest najwspanialszą rzeźbą świata, tylko je warto uwieczniać”.

Wracam wyobraźnią do twojego rodzinnego miasteczka. Społeczność Villenueuve, licząca około trzystu mieszkańców, znała się doskonale i żyła własnym rytmem, nie interesując się obcym, dalekim światem; we wsi panowała cisza i spokój. Krajobraz przecinały rozległe pola i łany zbóż, sięgające po horyzont, wśród których, niczym wstęga, wiła się kręta, polna droga. Długo po wyjeździe do Paryża wracał do ciebie niepowtarzalny zapach piachu wymieszany z wonią łąk, świeżej trawy, pola i pasących się zwierząt. Przez lata czułaś na twarzy ciepło słońca, wiatr smagający cię po policzkach, jak wtedy, gdy snułaś marzenia o przyszłości, leżąc w świeżo skoszonym zbożu i obserwując płynące leniwie chmury, przybierające kształty bajecznych postaci.

Przeglądam archiwa oraz stare, wyblakłe fotografie. W wiosce znajdowały się niewielkie zabudowania, parterowe lub jednopiętrowe domki, nieduży kościół. Kobiety zakładały długie suknie, najlepsze kapelusze i buty na mszę, a po nabożeństwie rodziny szczelnie wypełniały niewielki ryneczek. Nie potrzebowano wiele do życia, nie wymagano zbyt dużo od losu; ludzie pragnęli być zdrowi i syci, znaleźć porządnego męża lub żonę, mieć gromadkę dzieci. O wielkim Paryżu nie śmiano marzyć, a wśród mieszkańców krążyły tajemnicze historie o stolicy; ciebie one jednak nie przerażały. Wierzyłaś, że posiądziesz to miasto, słyszałaś, jak woła cię tysiącami ulicznych latarni i szmerem małych kawiarenek. Zanim wyjechałaś, wiedziałaś, że Paryż jest twój.

W miarę upływu czasu relacje z matką układały się coraz gorzej, prawda? Nie rozumiała cię, a ty nawet nie próbowałaś zrozumieć jej, nie widziałaś cierpienia w jej oczach, nie dostrzegałaś nadziei na pojednawczy gest. Camille, byłaś zbyt porywcza, nie analizowałaś rzeczywistości, nie zastanawiałaś się nad racjami drugiej strony, zawsze zajmując bezkompromisowe stanowisko. Ponieważ Louise-Athanaïse nie znała innego sposobu życia, nie potrafiła docenić twoich aspiracji, a twój talent budził w niej przerażenie i strach o przyszłość. Twój świat zbyt różnił się od rzeczywistości, którą znała, by mogła go zaakceptować; gubiła się w fachowych terminach z zakresu historii sztuki, rodzajach gliny, dziejach rzeźby. Zajmowały ją bieżące problemy oraz rozpamiętywanie przeszłości – wczesnego wyjścia za mąż za dużo starszego Louisa Prospera Claudela i straty rok po ślubie pierwszego, parodniowego dziecka.

„Czy kochała ojca, wychodząc za niego?” – czasem przemknęło ci przez głowę.

Ty nie marzyłaś o małżeństwie, nie pragnęłaś dzielić losu z innym człowiekiem, już we wczesnej młodości chciałaś być samodzielna, mieć własną przestrzeń. Louise-Athanaïse, w przeciwieństwie do ciebie, nigdy nie miała wpływu na własne życie i nie kontrolowała go. Złość i frustracja, tajone całymi latami, skupiały się na tobie, Camille, ponieważ śmiałaś sięgać po pragnienia, po które ona nie miała odwagi wyciągnąć ręki, łamałaś wszelkie możliwe bariery i granice.

Sądzę, że drażniła cię uległość oraz pokora wobec życia, otoczenia, którą wykazywała matka. Louise-Athanaïse nie przejawiała woli walki; była zmęczona codziennością i przeszłością, nieustannie powracającą w snach. Śmierć Henriego była ogromnym ciosem dla obojga rodziców, nie potrafili o nim zapomnieć. Dwanaście miesięcy po tragedii urodziłaś się ty, Camille, i liczono, że zapełnisz pustkę, że zabliźnisz ranę powstałą po utracie pierwszego dziecka. Jednak trauma związana z przedwczesnym odejściem pierworodnego nie zniknęła, bowiem zamiast syna rodzice powitali na świecie dziewczynkę. Ojciec długo nie potrafił pogodzić się z przewrotnością losu; zabierał cię na polowania i pozwalał na więcej, aniżeli przystało panienkom. Był dla ciebie pobłażliwy, z jednej strony chcąc wynagrodzić ci początkowe rozczarowanie, niewystarczającą miłość matki, jej chłód i surowość, z drugiej – skupiając na tobie ambicje oraz oczekiwania, które miały przypaść w udziale męskiemu potomkowi.

Louise, która urodziła się dwa lata po tobie, była córką idealną, musisz przyznać sama. Świat sukien, salonowych rozmów, kokieterii, różu do policzków oraz jedwabnych tiuli był jej wymarzoną i jednocześnie ziszczoną rzeczywistością. Potrafiła pięknie grać na fortepianie i gdyby nie wpajane jej przez matkę uległość, konieczność skrywania emocji i właściwego zachowywania się na salonach, z pewnością zostałaby muzykiem. Brak odrobiny fantazji i szaleństwa sprawił, że talent twojej siostry stał się jedynie dodatkiem do jej posagu. Był umiejętnością stojącą na równi z zarządzaniem domem, haftowaniem, dzierganiem; zajęciem, które sprawi, że jej mężowi czas będzie płynął w przyjemnej atmosferze. Louise, w przeciwieństwie do ciebie, nigdy się nie buntowała, nie podważała słuszności matczynych nauk i zasad. Przypominała ci marionetkę, poruszaną za pomocą sznurków, z blond lokami, ubraną w różowe suknie, na które matka oszczędzała całymi miesiącami. Bezwolna, przestawiana z kąta w kąt, stanowiła zaprzeczenie niezależnego, autonomicznego człowieka.

Louis Prosper Claudel z dziećmi

A potem urodził się Paul. Domyślam się, jak cię bolało, że rodzina miała do chłopca zgoła inny stosunek aniżeli do ciebie. Twój brat szybko stał się ich dumą i chlubą, zarówno matka, jak i ojciec pokładali w nim wielkie nadzieje. Pisarstwo, którym się zaczął potem parać, było męskim zajęciem, stojącym na pograniczu artyzmu oraz przyzwoitego życia, nie wiązało się ze skandalami obyczajowymi jak malarstwo czy rzeźbiarstwo. Paul pisał, siedząc przeważnie w domu, w zaciszu swojego pokoju i matka nie traciła nad nim kontroli, a twórczość literacka, chociaż posiadająca swoją tajemnicę, łatwiej dała się oswoić. Często zastanawiałaś się, dlaczego z bratem oddalaliście się od siebie, z jakiego powodu nie potrafiliście znaleźć wspólnego języka, mimo że rozumieliście się jak artyści o nieograniczonej wyobraźni i pasji tworzenia.

Wyjazd do Paryża miał służyć rozwojowi jego talentu. Paul cieszył się, że zobaczy stolicę, którą dotychczas oglądał tylko na fotografiach, że będzie mógł przechadzać się bulwarami Montparnasse i spędzać czas na Montmartre. Zaczął dokładnie studiować mapy i śledzić trasy ulic. Zastanawiał się, które z nich prowadzą nad brzegi Sekwany, które do bibliotek oraz czytelni, które do zakazanych dzielnic miasta, gdzie mrok rozjaśniały szyldy domów uciechy, a do bram zapraszały skąpo ubrane panie lekkich obyczajów, kuszące bezczelnym spojrzeniem i pewnym siebie gestem. Pamiętasz, jak przyłapałaś Paula oglądającego w starym albumie zdjęcie łuku tryumfalnego przy Saint-Denis okwieconego girlandami różowych kwiatków?

– Zerwę je wszystkie dla ciebie – powiedział ze śmiesznym, dziecięcym akcentem. – Potem pojedziemy omnibusem prosto do ZOO. Camille, czy w Paryżu jest ZOO? – mówił, pokazując małym paluszkiem konny omnibus na ulicy Saint-Denis.

– A po co ci ZOO, głuptasie? – roześmiałaś się. – W Paryżu jest wiele innych ciekawych rzeczy. Są pracownie, malarze, rzeźbiarze, artyści, akademia, uniwersytet, są piękne panie i dostojni panowie, są wystawy obrazów i rzeźb, są piękne dworce i ogromne ulice, jest życie, cała feeria barw i dźwięków, nie będzie ci już potrzebne żadne ZOO, zobaczysz, mój mały Paulu.

Paul cieszył się z przeprowadzki, a zarazem bał się hałasu, pośpiechu miasta, o którym ty opowiadałaś z radością i przejęciem. Twój brat wiedział, że opuszczenie Villeneuve jest nieuniknione; to ty się uparłaś, a ojciec cię poparł i rodzina przestała protestować.

Pomału zaczęliście się pakować; walizki, torby, pudła na kapelusze i suknie, zapakowane apaszki i halki piętrzyły się przed domem. Matka musiała być bardzo podenerwowana; martwiła się o porcelanę oraz srebra, drżała, aby nic się nie potłukło. Chcąc odwrócić swoje myśli od niedorzeczności przeprowadzki, dbała o każdy drobiazg, jakby w przedmiotach gromadzonych latami zamknęła cząstkę siebie. Nie podejrzewałaś nawet, że stałaś się jej wrogiem, ponieważ przez ciebie musiała odmienić swoje życie. Louise-Athanaïse nienawidziła zmian, w stagnacji upatrywała szczęścia, bezpieczeństwa, w pewności każdego następnego dnia równowagi, harmonii, spokoju. Nie znosiła miasta, związanego z nim zgiełku, szumu, wiecznego niepokoju, rzeki ludzi płynącej ulicami, wylewającej się z bram w słoneczne dni, potrącania, przepychania się. Zmiany, których chciała uniknąć, jednak nadchodziły, były na wyciągnięcie ręki, zbliżały się wielkimi krokami; w końcu cała rodzina w 1880 roku przeprowadziła się na stałe do Paryża, traktując odtąd dom w Villeneuve jako letnią, wiejską rezydencję.

II

OTO JESTEM, PANIE RODIN

Kiedy otworzyłaś na oścież drzwi balkonowe w salonie, uderzył cię podmuch ciepłego powietrza, które wpadło prosto z gwarnego, kolorowego miasta. Matka kazała ci zamknąć okna, ponieważ od przyjazdu cierpiała na potworną migrenę, która czyniła hałasy donośniejszymi i sprawiała, że dzienne światło kłuło w oczy niczym rozżarzone węgle. Nie posłuchałaś jednak jej próśb i stałaś na balkonie, chłonąc Paryż. Kiedy się z nim złączyłaś, zrozumiałaś, że on od zawsze był w tobie, płynął w twojej krwi, wołał ledwie słyszalnym szeptem.

„Jestem w domu” – pomyślałaś, zanim w końcu z niechęcią zamknęłaś balkon.

Jaki był Paryż w dniu waszego przybycia do miasta? Czy mam opowiedzieć ci, jak wyglądały twoje pierwsze tygodnie w stolicy?

Metropolia była w pełnym rozkwicie, a na ulicach panował ruch oraz przyjemny, przedpołudniowy gwar. Konie spokojnie ciągnęły omnibusy wypełnione śmiechem kobiet i rozmowami mężczyzn; stukot ich kopyt słychać było nawet przy zatrzaśniętych okiennicach. Wiejskie dziewczyny trzymały w rękach kosze pełne jajek oraz świeżych warzyw, po ulicach spacerowały dystyngowane pary. Szumiały drzewa, równo posadzone wzdłuż bulwarów, kusił szmer kawiarni, a tobie nagle wydało się, że czujesz woń prażonych orzechów.

– Papo, czy możemy iść na spacer? – zapytałaś ojca z nadzieją w głosie. – Niedaleko, chcemy zobaczyć najbliższą okolicę.

– Pójdę z wami, chętnie pokażę to, co w Paryżu najpiękniejsze.

– Tu wszystko jest piękne – szepnęłaś, wkładając jedyny wyjściowy kapelusz, który miałaś. W Villeneuve uważałaś go za elegancki; w Paryżu wydał ci się żałosną imitacją prawdziwego nakrycia głowy. Przełknęłaś gorycz, odgoniłaś czarne myśli.

„Kiedyś kupię sobie piękny kapelusik” – pomyślałaś i zbiegłaś wesoło po schodach.

Po chwili we trójkę spacerowaliście bulwarami. Każde z was zachowywało się inaczej: Paul oglądał się za atrakcjami oferowanymi przez miasto, ty szłaś jak zahipnotyzowana, patrząc w zachwycie na mijane budynki, kamienice, wystawy sklepowe. Kopuła kościoła Inwalidów błyszczała w słońcu złotem, rozjaśniając niebo dookoła, kładąc cień na wszystkie okoliczne budynki, wznosząc się dumnie ku górze, jakby będąc zesłaną z innej, lepszej rzeczywistości. Paryż nie był stolicą Francji, lecz centrum świata; roześmiany, rozkrzyczany, czekający na ciebie, Camille, jak na brakujący element układanki, istotny szczegół, mający dopełnić całości.

„Tylko tutaj można tworzyć” – rozmyślałaś, przyglądając się artystom wystawiającym obrazy na zużytych sztalugach nad brzegami Sekwany.

Zachwycona miastem, nie zwracałaś uwagi na ojca, lecz Louis Prosper uważnie przyglądał się podczas spaceru dwójce swoich dzieci.

„Są tak różni – zastanawiał się. – Paul chłonie wszystko, co widzi, i od razu chce się tym podzielić, Camille chowa w sobie emocje i odczucia, ale oczy świecą się jej jak nigdy. Tak różni i zarazem tak sobie bliscy”.

Paryż powitał was piękną pogodą. Ciepłe słońce i lekki wiatr sprawiały, że miasto wyglądało piękniej, dostojniej. Z kawiarnianych ogródków dobiegały fragmenty rozmów, gwar oraz śmiech, nad Sekwaną na różnokolorowych kocach porozkładane były piknikowe koszyki. Na ławkach siedzieli starsi mężczyźni, czytali gazety i palili fajki, żywo komentując polityczną rzeczywistość oraz obserwując dzieci bawiące się dookoła nich. Zza żywopłotów lub gęsto porośniętych bluszczem bram prześwitywały zarysy lekko zniszczonych przez czas budynków, z dużymi, półokrągłymi oknami, za którymi piętrzyły się sztalugi, blejtramy, formy do rzeźb, odlane sylwetki. Metropolia była w ciągłym ruchu; wąskie uliczki, wypełnione ludźmi jak rwąca rzeka, porywały was co chwila, by wyrzucić na kolejnym zakręcie. Otaczające cię zewsząd bogactwo, zdobione suknie, niebotyczne kapelusze tak bardzo kłuły cię w oczy, że pomyślałaś, że nie pasujesz do Paryża w czarnej, skromnej sukience, ze swoją prostotą i prowincjonalizmem, jednak po chwili przestałaś zwracać uwagę na ubrania kolorowego tłumu; widziałaś już tylko Paryż, dumny, otwarty, wyjątkowy.

Szybko straciłaś poczucie czasu, wędrując z ojcem i bratem ulicami oraz bulwarami, mijając lokale, które wprawiały cię w nieustanne zdziwienie. Wiedziałaś, że jesteście w mieście kawiarni i małych kafejek, lecz nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałaś, że jest ich aż tak wiele. Zza rogów ulic wyłaniały się przepiękne, błyszczące szyldy restauracji czy piwiarni, a w każdej tłoczył się roześmiany, rozdygotany tłum, zajmujący tarasy i barowe kontuary, przy których siedziały zarówno kobiety w sukniach od najmodniejszych projektantów, jak i ubogo ubrani mężczyźni, palący papierosy, toczący żywe dyskusje przy szklaneczkach absyntu; gestykulujący, przekrzykujący się, skupieni na sobie.

„Czy tutaj nikt nie spędza czasu w domu?” – zastanawiałaś się.

Byłaś tak podekscytowana pierwszym spacerem po mieście, że od razu po powrocie chciałaś o nim opowiedzieć matce, lecz ona nie podzielała twojego zachwytu Paryżem; metropolia ją przerażała. Nieraz słyszała, jak odwiedzający stolicę nazywali ją współczesnym Babilonem, Sodomą i Gomorą, siedliskiem grzechu oraz miejscem wszelkiego występku. W trakcie rozmów pojawiał się na jej twarzy uprzejmy uśmiech, wyrażający niedowierzanie; po przeprowadzce przyznawała w duchu, że w istocie mieli oni rację.

Miasto było inne od jej dotychczasowego świata; ogromne, hałaśliwe, natrętne. Imponowały jej wyższe sfery, a jednocześnie czuła strach i zdziwienie panującą swobodą obyczajową. Od czytania gazet dostawała napadów migreny, od salonowych konwersacji rozstrojenia nerwów. Romanse, skandale, dwuznaczne znajomości, dziwne sytuacje towarzyskie przyprawiały ją o zawrót głowy. Świat artystów wydawał jej się najbardziej podejrzany, mroczny, tajemniczy. O wielkich sławach, jak Alfred Boucher czy Auguste Rodin, mówiono z olbrzymią atencją, jednocześnie z pobłażaniem traktując powszechnie znaną skłonność Rodina do romansów z modelkami, ironicznie podsumowując pęd Alfreda do kariery i śmiechem kwitując doniesienia o związkach wielkich intelektualistów epoki. Twojej matce trudno było odnaleźć się w konglomeracie osobliwości, odszukać swoje miejsce pośród ludzi, których język stanowił dla niej zagadkę. Długo łudziła się, że pobyt w Paryżu będzie trwał tyle co twoja nauka, przez wiele lat miała nadzieję, że wrócicie do Villeneuve, w którym życie było proste, zwyczajne. W Paryżu jego mieszkańcy wciąż sobie zaprzeczali, trudno było stwierdzić, co jest prawdą, a co plotką, co żartem, a co pewnikiem, co kokieterią, a co szczerością.

Kiedy Louise-Athanaïse wylewała mężowi swoje żale, ty przysłuchiwałaś się rozmowom rodziców, nie rozumiejąc obaw matki. Myślałaś o Paryżu jak o spełnionym marzeniu, chciałaś zdobyć miasto, bo tylko to, co osiągnięte w stolicy, liczyło się naprawdę. Jednak po paru nieudanych próbach więcej nie podejmowałaś już przy matce ani tematu miasta, ani swojej w nim przyszłości. Przestałyście ze sobą rozmawiać, wchodzić do własnych światów, stając się dla siebie coraz bardziej obce.

Od momentu przyjazdu do stolicy dni mijały na rozpakowywaniu kufrów i skrzyń, urządzaniu się i organizacji życia na nowym miejscu. Gdy emocje już opadły, a większość problemów związanych z przeprowadzką została rozwiązana, Louis Prosper Claudel skontaktował się z Alfredem Boucherem i dzięki jego wstawiennictwu, mając siedemnaście lat, po raz pierwszy przekroczyłaś próg Académie Colarossi – jednej z niewielu placówek, która wówczas kształciła artystycznie kobiety.

Zajęcia na Académie Colarossi

Camille, tak szybko poczułaś się dorosła i niezależna, pamiętasz? Zaledwie po paru tygodniach od przyjęcia na uczelnię wynajmowałaś z innymi uczennicami wspólne atelier, w którym rozdzielałaś zadania oraz pomału pracowałaś na osobiste uznanie. Czy wiedziałaś, że wówczas w stolicy było około dwustu artystek parających się rzeźbą? A jednak to wasza pracownia stała się najsławniejsza; z czasem zyskałyście rozgłos nie tylko ze względu na fenomen, jakim była artystyczna praca kilku młodych kobiet, lecz również z powodu wysokiego poziomu wykonywanych dzieł. Liczba zamówień stale rosła, a ty, Camille, dzieliłaś swój czas pomiędzy akademię, pracownię i Paryż.

Z radością poznawałaś miasto i wytyczałaś w nim własne ścieżki. Oczyma wyobraźni widzę, jak wymykałaś się z domu późnymi wieczorami, by wrócić nad ranem, jak uciekałaś wczesnym popołudniem, by niepostrzeżenie pojawić się, gdy zapadł zmierzch, jak po wschodzie słońca biegłaś prosto na akademię. Fascynowały cię mosty, ciemne zaułki, małe uliczki, knajpki otwarte do późnego wieczora, w których dyskretnie podpatrywałaś artystów, przysłuchując się ich rozmowom i nie mając śmiałości, by do nich dołączyć. Na pewno godzinami snułaś się bez celu po mieście, podziwiając Łuk Triumfalny, Pałac Inwalidów, przechadzałaś się kilometrami wzdłuż Sekwany, zapamiętując ruch, zapach, dźwięki miasta. Ponaglana świadomością uciekającego czasu, którego, jak ci się zdawało, miałaś mniej niż inni, pragnęłaś go wyprzedzić, chciałaś zapamiętać Paryż na zawsze. Zachodziłaś do Luwru i do kościołów, patrzyłaś na rzeźby; gdy nikt nie widział, dotykałaś ich, uczyłaś się rozpoznawania faktury materiału, badałaś rzeźbienia mięśni i rąk, wykończenia stóp, obserwowałaś napięcie wyrażone w pozycji, sylwetce, ułożeniu ciała.

Po nocnych wyprawach zazwyczaj udawało ci się wracać, kiedy wszyscy domownicy już spali i nie budząc ich, ukradkiem wchodziłaś do swojego pokoju. Pewnego razu jednak matka przyłapała cię w holu. Potrafisz wydobyć z mroków pamięci tamto wspomnienie? Czy twojemu pojawieniu się mogła towarzyszyć kłótnia?

– Gdzie się znowu włóczyłaś? – zapytała matka, a jej głos przypominał syk.

– Byłam na spacerze z dziewczętami. Chciałyśmy się trochę przejść po zajęciach. Musiałyśmy odpocząć – odparłaś zdecydowanym tonem.

– Odpocząć? – matka szyderczo wydęła usta. – Niby po czym? Cóż może być ciężkiego w zajmowaniu się sztuką? To tylko zabawa i dziecinada. A ty w dodatku wypuszczasz się wieczorami, przynosisz nam wstyd tą całą akademią, a teraz jeszcze to! Jak śmiesz wracać o tej porze do domu!

Kurczowy uścisk matki, trzymającej cię za łokieć, zabolał.

– Nie tak mocno, to boli! – krzyknęłaś.

Słysząc twój podniesiony głos, Louise przypomniała sobie chwile, gdy wyrywałaś jej z rąk gliniane figurki i uciekałaś z nimi z domu na wrzosowiska. Najgorsze było wspomnienie sytuacji, gdy spróbowała pogłaskać cię po głowie, tak jak to robił ojciec, a ty przestraszona cofnęłaś się przed jej dotykiem. Zanim poszła na górę, zamknęła się w sypialni i wybuchnęła płaczem, zdążyła jeszcze powiedzieć:

– Zobaczysz, ja cię kiedyś zamknę na zawsze! I już nigdy stamtąd nie wyjdziesz, nigdy nie będziesz rzeźbić!

Czy mogłaś przypuszczać, Camille, że dochowa obietnicy rzuconej w gniewie, złości, rozgoryczeniu? Czy pomyślałaś wtedy, że słowa te stanowią zapowiedź twojego przyszłego losu, czy, jak matka, zamknęłaś się w pokoju i wtuliłaś zapłakaną twarz w poduszkę?

Sądzę, że narastające z czasem rodzinne konflikty były przyczyną tego, że unikałaś przebywania w domu, większość czasu spędzając w akademii. Rok nauki obfitował w nowe doznania, intensywne przeżycia, związane z poznawaniem miasta i siebie samej, odkrywaniem tajemnic rzeźby oraz tajników sztuki.

Académie Colarossi, jedna z wielu prywatnych uczelni artystycznych na Montparnasse, w której kształcili się adepci sztuki niemający wstępu do École national supérieure des beaux-arts de Paris z powodu złych wyników na egzaminie lub społecznych barier, była prawdziwą kuźnią talentów. Dzięki niej młodzi ludzie mogli nie tylko uczyć się u prawdziwych sław, lecz również podpatrywać pracę twórców mieszkających na Montparnasse lub w artystycznej kolonii La Ruche. Myślę, Camille, że bardzo kochałaś swobodną atmosferę dzielnicy, do której uciekałaś z mieszczańskiego domu, pełnego sztywnych zasad. Pociągała cię śmiałość, z jaką zachowywali się twórcy w pracowniach i kawiarniach, fascynowała wolność, unosząca się niczym opar absyntu nad Montparnasse, kusiły tajemnicze zaułki, nieodkryte zakamarki, zapach terpentyny i świeżo kładzionych farb oraz pośpiech na głównym bulwarze.

Kolonia artystyczna La Ruche, skryta za bramą porośniętą bluszczem, przyciągała cię niczym magnes i szybko stała się jednym z twoich ulubionych miejsc w Paryżu, nie mylę się, prawda? Wejścia pilnowały greckie posągi ustawione przy głównych drzwiach, w ogrodzie tu i ówdzie stały figurki greckich bogiń. Przy passage de Dantzig Alfred Boucher wynajmował za symboliczne opłaty malutkie pracownie pozbawione gazu, bieżącej wody, elektryczności, a jednak cieszące się wielką popularnością. Atelier mieszczące się na terenie kolonii, zawalone sztalugami i farbami, zdawały się wieść własne, utajone życia, jakby mając w pogardzie zewnętrzny świat. Uwielbiałaś wieczorami patrzeć w okna budynku i obserwować pracę artystów. Widzę cię, Camille, oczami wyobraźni, jak przechadzasz się bulwarem w swojej długiej, czarnej sukni, ze szkicownikiem w ręce, w którym szybkimi ruchami kreślisz kształt i zarys budynku. Czy już wtedy wiedziałaś, że zostaniesz wielką artystką? Może nie śmiałaś jeszcze marzyć o sławie i rzeźbiarskich sukcesach? Czy kiedykolwiek znajdę odpowiedzi na te pytania, podążając twoimi śladami, patrząc na zniszczoną przez czas La Ruche?

Gdybyś, Camille, widziała Montmartre teraz… Kiedy ty odkrywałaś tajemnice artystycznej dzielnicy, stanowiła ona połączenie sielskiego przedmieścia z polami uprawnymi, ogrodami, rozległymi winnicami, dobrze prosperującymi folwarkami; była kwartałem, z którego blisko było do pałacu Luksemburskiego, Sorbony, Saint-Germain czy Luwru. Część miasta, jedną nogą tkwiąca jeszcze w prowincjonalnej, spokojnej rzeczywistości, drugą doganiająca wielką metropolię; oferująca nie tylko ciszę pól i winnic, lecz również zgiełk kawiarni, a przede wszystkim bliskość najważniejszych kulturowych i intelektualnych ośrodków stolicy, szybko stała się mekką twórców. Przechadzając się po Montparnasse, obserwowałaś ciężkie warunki życia początkujących artystów, którzy zdecydowali się na samodzielną egzystencję, i z pewnością czułaś ukłucie zazdrości, patrząc na tętniące życiem lokale.

„Oni są wolni, naprawdę wolni” – myślałaś.

Czy omijałaś, Camille, teatry rewiowe, z których słynął Montparnasse, i szukałaś swojego miejsca w kawiarniach, gdzie artyści, siedząc godzinami przy jednym kieliszku anyżówki lub filiżance kawy, szukali ciepłego schronienia oraz towarzystwa? Obserwowałaś, jak literaci gorączkowo zapisywali wiersze na serwetkach, które następnie przy najbliższej okazji gubili? Podobnie jak teraz, tak i przed stu laty w kafejkach prowadzono rozmowy o artystycznych salonach, dyskusje na temat nowych prądów kulturalnych przeplatały się z plotkami o romansach popularnych malarzy. Z łatwością potrafię sobie wyobrazić, jak zaciekawiona przysłuchujesz się tym dysputom, siedząc w kącie sali, przy małym stoliku, i starając się nie zwracać na siebie uwagi.

Z racji wykonywanego zawodu oraz zajęć na uczelni musiałaś zachodzić czasami na targ modelek, myślę jednak, że szybko spuszczałaś oczy pod ich wyzywającym wzrokiem. W ich bezczelnych spojrzeniach duma mieszała się ze wstydem, świadomość upadku była połączona z próbą wywyższania się, a pewność siebie przeplatała się z kokieterią. Nie domyślałaś się, że specyficzne zachowanie pozujących dziewcząt wynikało z ich statusu społecznego; z jednej strony modelki nie były obdarzane szacunkiem, z drugiej malarze oraz rzeźbiarze nie mogli się bez nich obyć, co stanowiło źródło ich siły.

Nie poznawałaś miasta sama, Camille. Przewodnikiem po artystycznym Paryżu, doradcą w twórczych poszukiwaniach oraz rzeźbiarskich próbach, które szły ci coraz lepiej, był twój przyjaciel Alfred Boucher. Pamiętasz, jak zaznajamiał cię z ważnymi osobistościami? Godzinami opowiadał zarówno o wydarzeniach w sferze towarzyskiej, jak i twórczej, nie dając ci dojść do słowa.

W jego barwnych relacjach coraz częściej pojawiała się postać niemłodego już, lecz ciągle mało znanego rzeźbiarza Auguste’a Rodina, którym Boucher był zachwycony. Prace artysty tak bardzo spodobały się Alfredowi, że ujął się za Rodinem, gdy rzeźbiarz został oskarżony o wykonywanie odlewów wprost z ludzkich ciał, a następnie wystawianie ich jako własnych rzeźb. Opinia publiczna podzieliła się na dwa wrogie obozy – jeden obrzucał Rodina błotem, drugi wywyższał go nad innych rzeźbiarzy, których miałby prześcigać talentem i zdolnościami. Alfred Boucher należał do grupy gorących zwolenników Rodina, doceniał kunszt rzeźb, cenił warsztat i nie sądził, by artysta naraził się świadomie na tak poważną krytykę. Poznał w nim przyszłego mistrza; szczerze wierzył, że za jego pracami stoi prawda ciężkiego wysiłku połączona z ogromnym talentem. Postanowił oczyścić Rodina z zarzutów, jednak wcześniej pokazał ci Wiek brązu, abyś wyrobiła sobie zdanie na jego temat.

W chwili gdy go zobaczyłaś, od razu wiedziałaś, że dzieło Rodina nie jest odlane, ale wyrzeźbione, prawda, Camille? Musiałaś dostrzec najmniejsze pociągnięcie dłuta, każdy wysiłek ręki, walkę artysty z materią, zmaganie z sobą samym. Myślę, że patrząc na Wiek brązu, przez ułamek sekundy wydawało ci się, że widzisz w dziele Rodina swoje ślady. Odniosłaś wrażenie, że kiedy w czasie pracy dłuto w dłoniach Auguste’a osunęło się nieco za nisko, twoja ręka paręnaście ulic dalej w czasie ćwiczeń z rzeźby wykonała niekontrolowany ruch. Wiek brązu zachwycił cię i ujął za serce; zanim Boucher doprowadził do waszego spotkania, stałaś się zwolenniczką i obrończynią Rodina.

„Ktoś, kto tak pięknie rzeźbi, nie jest człowiekiem zdolnym do ogromnego oszustwa, wszystko tu jest doskonałe, lecz jest to perfekcja osiągnięta ciężką, morderczą pracą, każdy mięsień, każde ścięgno tak wspaniale odwzorowane, i ten ruch…” – myślałaś i długo stałaś przed rzeźbą, nie mogąc pozbyć się wrażenia, jakbyś już kiedyś widziała to dzieło.

Czy przy okazji Wieku brązu doszło, Camille, do twojego pierwszego spotkania z Rodinem? Staram się przenieść myślami w tamten czas, zobaczyć go twoimi oczami.

Kiedy parę tygodni później w jednej z paryskich kawiarni Boucher przedstawił cię Rodinowi jako początkującą rzeźbiarkę i jego zagorzałą zwolenniczkę, myślałaś, że ze wstydu zapadniesz się pod ziemię. Zapewne nie potrafiłaś wyksztusić nic poza grzecznościowymi, konwencjonalnymi zwrotami, co spowodowało, że zazwyczaj rozmowny Rodin także milczał, obserwując cię z zainteresowaniem i nie wdając się w dyskusje z Boucherem. Twoje nietypowe jak na Paryż zachowanie musiało go zdziwić; zazwyczaj kobiety prowadziły z nim ożywioną konwersację, wypytywały go o szczegóły pracy, w odurzającym zapachu perfum składały niedwuznaczne propozycje, którym towarzyszył nachalny wzrok zza firanek gęstych rzęs; tymczasem ty uparcie milczałaś, zerkając z ukosa, nie narzucając się, nie zmuszając go do rozmowy.

Camille, czy wiedziałaś, że Rodina od razu zafascynowała nie tylko twoja tajemnicza osobowość, ale również nieoczywista uroda, niewymuszona skromność, symbolizująca dystans do świata i pogardę dla wartości, którym współczesny Paryż hołdował? Przeczuwał bardzo wyraźnie, że rzeźba nie jest dla ciebie fanaberią, lecz namiętnością, życiowym celem, stanowi o tobie i jest ci najbliższa. Szybko zrozumiał, że wyrażany przez ciebie sprzeciw wobec stawianych mu zarzutów brał się z głębokiej świadomości wartości jego pracy, rzeźby, materii, procesu tworzenia.

Wasze spotkanie zbiegło się z otrzymaniem przez Rodina zamówienia na Bramę piekieł i Auguste już w trakcie tego popołudnia w kawiarni zastanawiał się, jak zaproponować ci współpracę, ale tak, aby cię nie urazić. Camille, to było źródłem jego milczenia, którego ty nie potrafiłaś pojąć; Rodin dostrzegał twoją dumę, a jednocześnie wrażliwość i bał się skrzywdzić cię źle postawionym pytaniem, niewłaściwą propozycją, nieopatrznym słowem; wolał zachować powściągliwość. Byłaś w jego oczach tak krucha, delikatna; jakby ze szkła, które łatwo potłuc.

Jednak po jakimś czasie przestało ci przeszkadzać zachowanie Auguste’a, prawda, Camille? Czytam twoją korespondencję, kartkuję list po liście i wiem już, że nie ceniłaś słów. W czasie waszego spotkania ważne były spojrzenia, gesty, cisza; rozmowy gubiły się w szmerach, a wrażenie, jakbyście znali się od dawna, powstałe w czasie pamiętnego pobytu w kawiarni, nie opuszczało was przez długie lata. Szybko porzuciliście grzecznościowe formy i odnosiliście się do siebie, jakby wasza znajomość trwała niemalże od zawsze.

Camille, długo musiałaś pamiętać tamto pierwsze popołudnie z Rodinem, pełne niedopowiedzeń, zaskoczeń, niedokończonych zdań oraz niewypowiedzianych słów…

Lato chyliło się ku końcowi, ciepły wiatr poruszał drzewami, plątał się we włosy. Słońce przesuwało się po wyblakłych parasolach na tarasie kafejki, oświetlało twarz Auguste’a, wydobywając z niej rysy, blask oczu, zatrzymując się na czającym się w kącikach warg lekkim uśmiechu. Ciszę przerywało od czasu do czasu bicie kościelnych dzwonów, krzyki dzieci. Pamiętasz, jak nie potrafiłaś oderwać wzroku od dłoni Auguste’a? W nich zakochałaś się niemalże natychmiast. Delikatne, a zarazem mocne, jakby ukształtowane przez czyjeś inne ręce, duże i bezpieczne, wydawały ci się nieskończenie piękne, o idealnych proporcjach i kształcie. Dostrzegałaś w nich fizyczny trud pracy, połączony z wrażliwością materii, którymi się zajmowały, siłę i czułość. Czy ciepła właśnie tych dłoni szukałaś, Camille, przez całe życie, przed i po spotkaniu Auguste’a, czy o nich myślałaś w chwilach smutku oraz desperacji?

Staram się wyobrazić sobie wasze pierwsze spotkanie; nie jestem pewna, czy Auguste wówczas zdobył się na odwagę i zaproponował ci współpracę, jednak wszystko na to wskazuje. Myślę, że zrobił to w charakterystyczny dla niego sposób.

Po ciągnącym się w nieskończoność dudnieniu palcami o stół i uciekaniu wzrokiem z ust Rodina padła propozycja pracy przy Bramie piekieł, której nie przyjęłaś od razu i speszona spuściłaś oczy. Chwilę później, tak aby Alfred niczego nie zauważył, na kawiarnianej serwetce napisałaś drżącą ręką: „chyba tak, zgadzam się”, co Rodin przyjął z wielką radością, pokrytą natychmiast lekkim zakłopotaniem, cieniem zdziwienia. Czas mijał niezwykle szybko; gdy wszystkie kwestie zostały już omówione, a spotkanie zbliżało się do końca, Auguste niespodziewanie, przyciszonym głosem wyrzucił z siebie:

– Może poszłaby pani z nami na spacer bulwarami Sekwany?

Propozycja, złożona tak niewyraźnym głosem, że aż nachyliłaś się nieco bliżej, by ją usłyszeć, musiała cię zaskoczyć i wprawić w zakłopotanie. Jego wzrok, pełen nadziei, a jednocześnie lęku, sprawił, że jeszcze trudniej było ci odmówić.

– Bardzo chętnie udałabym się z panami, ale niestety muszę wracać na obiad do domu. Rodzice czekają – odpowiedziałaś.

– Ach tak, no cóż, w takim razie oczekuję pani w moim atelier, do zobaczenia – powiedział cicho Rodin, starając się zamaskować rozczarowanie uśmiechem.

Mężczyźni spokojnym krokiem udali się w stronę rzeki, a ty stałaś jeszcze przez chwilę przy kawiarnianym stoliku, patrząc na znikającą sylwetkę rzeźbiarza. Propozycja spaceru bardzo cię zaskoczyła i pragnęłaś z niej skorzystać, lecz spóźnienie skończyłoby się kolejną awanturą, krzykami matki, zakazami, niewygodnymi pytaniami. Wróciłaś zatem do domu, nie wspominając nikomu ani słowem o spotkaniu w kawiarni.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

III

PARASOLKA OPARTA

O KAMIENNĄ ŁAWKĘ

Dostępne w wersji pełnej

IV

SAMOTNOŚĆ WE DWOJE

Dostępne w wersji pełnej

V

WYSPA SZCZĘŚCIA

Dostępne w wersji pełnej

VI

OSTATNIE DNI W FOLIE-NEUBOURG

Dostępne w wersji pełnej

VII

ODZYSKANA WOLNOŚĆ

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Z MROKU WYŁANIAJĄ SIĘ TYLKO KONTURY

Dostępne w wersji pełnej

IX

TAK BLISCY I TAK DALECY ZARAZEM

Dostępne w wersji pełnej

X

OSTATNIA PODRÓŻ

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

TRZYDZIEŚCI LAT SAMOTNOŚCI.

Dostępne w wersji pełnej

Był taki czas, kiedy męski głos

Tak wytworny miał ton

Miłe słowa szeptał

Był taki czas, kiedy serca głos

Tak pogodny miał ton

Lekkie słowa śpiewał

Był taki czas, lecz ten sen już zgasł.

(…)

I wraca sen – znów ze mną jest

Razem spędzamy długie lata

Lecz to trucizna jest nie sen

A burza każdą tęczę zmiata

Ja los wyśniłam, który jest

Tak inny niż to piekło wkoło

Tak inny niż ten nędzny świat

Życie zdeptało

Dobry sen1

1 Piosenka Wyśniłam sen z musicalu Nędznicy w przekładzie Daniela Wyszogrodzkiego; źródło: www.tekstowo.pl/piosenka,les_miserables,wysnilam_sen.html.

Dostępne w wersji pełnej

I

RĘCE DRĄŻĄCE CISZĘ

Dostępne w wersji pełnej

II

FAŁSZYWA NADZIEJA

Dostępne w wersji pełnej

III

TWOJA SIOSTRA NA WYGNANIU

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

MOJE ŻYCIE BYŁO SPEŁNIONYM MARZENIEM, TERAZ JEST KOSZMAREM.

Dostępne w wersji pełnej

Nie z kwiatami do ciebie przychodzę, ale ze łzami w oczach. Łzami wygnania (…).

Camille Claudel

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © 2017, Agnieszka Stabro

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-428-9

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska

Na okładce znajduje się fotografia Camille Claudell w wieku ok. 18 lat, fot. Photographie Cesar

Korekta: Jolanta Stal

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Masz na imię Camille Życie listami pisane 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej