Dokąd prowadzi pamięć. Moje życie

Dokąd prowadzi pamięć. Moje życie

Autorzy: Saul Friedländer

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 26.21 zł

Saul Friedländer, wybitny historyk, zdobywca Nagrody Pulitzera, w książce Dokąd prowadzi pamięć. Moje życie powraca do swych korzeni i opisuje proces poszukiwania tożsamości, intelektualnego dojrzewania i krystalizacji poglądów. Bada, jak stał się „człowiekiem o wielu domach i językach, który jest równocześnie wszędzie żydowskim outsiderem”.

Friedländer doświadczył utraty pamięci, co uzmysłowiło mu, jak bardzo jest ona ulotna i zwodnicza. Dlatego warto ją ćwiczyć, przypominając sobie brzmienie i znaczenie słów, nazywając rzeczy i uczucia. Na kartach tych niezwykłych wspomnień przewijają się miejsca, ludzie, refleksje, a także powracające obrazy z okresu Holokaustu. Friedländer potrafi we wzruszający sposób tchnąć życie w opisywane historie. Bystry obserwator rzeczywistości nikogo nie oszczędza, także samego siebie, dociekając, w jaki sposób łączyły się w jego życiu różne elementy: utrata rodziców, nawrócenie na katolicyzm i żydowskie korzenie, kształtując takiego człowieka, jakim jest dzisiaj. Ta książka to także ostre spojrzenie na historię Izraela, a zwłaszcza powojenną politykę wobec świata arabskiego i Palestyńczyków. Autor w niezwykle inspirujący i świeży sposób wyjaśnia zaszłości historyczne, odważnie wytyka politykom błędy, wskazuje powody narastającego nacjonalizmu, zawsze broniąc racji ludzkiej, a nie ideologicznej.

Lektura wspomnień Friedländera  to niezwykłe doświadczenie: obcowanie  z tekstem, który  przepełniają uczucia, ale osadzonym na mocnej podstawie  intelektualnej, z opowieścią równie wrażliwą, jak wnikliwą.

Doskonała pozycja dla fanów biografii, książek historycznych i socjologicznych.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

CZĘŚĆ I. ZAMIANA

Rozdział pierwszy: Nira

Rozdział drugi: Paryż

Rozdział trzeci: Szwecja

Rozdział czwarty: Nowe horyzonty

Rozdział piąty: Genewa

Rozdział szósty: Wrzawa

CZĘŚĆ II. ROZWIĄZANIE SNU

Rozdział siódmy: Odgłos kroków Mesjasza

Rozdział ósmy: Nieposkromiona pycha

Rozdział dziewiąty: Ekspiacja

Rozdział dziesiąty: Góra błogosławieństwa

CZĘŚĆ III. NIEMCY

Rozdział jedenasty: Niezdolność do żałoby

Rozdział dwunasty: Berlin

CZĘŚĆ IV. AMERYKA

Rozdział trzynasty: Poczucie wygnania?

Rozdział czternasty: Dylematy

Rozdział piętnasty: Czas, który pozostał

Przypisy

Tytuł oryginału: WHERE MEMORY LEADS. MY LIFE

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Korekta: MARIA WOLAŃCZYK, LIDIA TIMOFIEJCZYK, KRZYSZTOF LISOWSKI

Projekt okładki: KATHLEEN DIGRADO

Fotografie na okładce: Saul Friedländer, Los Angeles, 12 lutego 2008 Gilles Mingasson / Getty Images, Greg Wright / Alamy

Opracowanie okładki według oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © Saul Friedländer, 2016

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Michał Romanek

© Copyright for this editon by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05989-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Orny

Prolog

Jak po hebrajsku mówi się na bakłażany? W ciągu całego życia zjadłem setki, może tysiące dań z bakłażanów, szczególnie w Izraelu, a tu nagle nie mogę znaleźć słowa, którym się to warzywo nazywa. O dziwo, natychmiast przyszła mi do głowy ich nazwa w amerykańskiej odmianie angielskiego – eggplant. Ale angielski mnie nie obchodził; to potrzeba odszukania właściwego słowa po hebrajsku nie dawała mi zasnąć.

Była to nasza ostatnia noc w Paryżu. Parę dni wcześniej, w październiku 2012 roku, świętowaliśmy moje osiemdziesiąte urodziny. Nazajutrz mieliśmy wracać do Los Angeles. Na kolację, którą jedliśmy w niewielkiej restauracji w pobliżu hotelu, była salade d’aubergines; północ dawno minęła, a ja wciąż jak opętany szukałem tego słowa. Zauważyłem, że żona jakby na chwilę się przebudziła.

– Jak się nazywa po hebrajsku ta sałatka, którą jedliśmy wieczorem?

Na wpół śpiąca Orna wyszeptała:

– Hacilim.

Oczywiście, hacilim! Cóż za ulga! Wreszcie będę mógł zasnąć. Niech to szlag! Jak brzmiało to angielskie słowo, które wcześniej tak łatwo przyszło mi do głowy? A, już wiem: eggplant. Pewnie tak właśnie czują się Holendrzy, kiedy udaje im się otoczyć groblami i osuszyć z morskiej wody kolejny skrawek lądu: zwycięstwo nad naturą!

Rozpoczynanie książki o charakterze wspomnieniowym od epizodu utraty pamięci może wyglądać na żart. Ale to nie żart; to prawdziwa sytuacja, z którą jednakże można sobie poradzić, jak pokażę pod koniec prologu.

Trzydzieści osiem lat temu opublikowałem książkę When Memory Comes, zawierającą wspomnienia z dzieciństwa i wieku dojrzewania. Skupiłem się w niej na pierwszych latach życia spędzonych w Pradze, okresie wojny przeżytym we Francji, dorastaniu w Paryżu oraz wyjeździe do Izraela w czerwcu 1948 roku. Dołączyłem do tego trochę migawkowych opisów wydarzeń z lat późniejszych – aż do roku 1977.

Na kartach niniejszej autobiografii wracam do zdarzeń, o których pisałem niewiele albo – w większości – nie pisałem wcale, z okresu od mojego powrotu do Paryża na studia w 1953 do roku poprzedzającego publikację pierwszych wspomnień, czyli do 1977. Następnie kontynuuję narrację aż do teraźniejszości (2015). Często opisuję własne reakcje na wydarzenia ze sfery publicznej, a czasem także swój udział w tych wydarzeniach, dlatego dla większej klarowności postanowiłem trzymać się relacji zasadniczo chronologicznej. Tak się składa, że będę przywoływał serie zdarzeń, które następowały po sobie; mój tekst ukazuje zatem taką ich kolejność, jaką miały w czasie rzeczywistym.

Najpierw wspominam lata „przyuczania się do zawodu”, kiedy w poszukiwaniu tożsamości i powołania przenoszę się z miejsca na miejsce, z kraju do kraju. Druga część dotyczy Izraela, w samych jego początkach, a potem mniej więcej od 1967 roku – kiedy zacząłem uczyć w Jerozolimie – do wczesnych lat osiemdziesiątych oraz (w mniejszym stopniu) w okresie późniejszym. Potem kolej na Niemcy, poczynając od wycinków mojego wczesnego życia aż do teraźniejszości, głównie jednak będzie to opis moich doświadczeń z lat osiemdziesiątych. W czwartej części zajmę się życiem w Stanach Zjednoczonych.

Ludzkie życie nigdy nie trzyma się tak wyraźnych podziałów, a sprawy dominujące w jednym okresie mogą rzutować na wszystko, co przychodzi potem. Zwłaszcza w tych wspomnieniach widać, jak pewne główne kwestie przeplatają się w całym moim życiu (być może mniej dotyczy to moich doświadczeń z pobytu w Ameryce). Krótko mówiąc, wprowadzony podział przedstawia tymczasowe uwypuklenie się jakiejś jednej kluczowej sprawy w danym okresie – uwypuklenie, o którym często opowiadam w kontekście drobnych wydarzeń życia codziennego.

Moja książka ukazuje wpływ Szoa (Holokaustu) na to, jak odbierałem Izrael, Niemcy, a w końcu Amerykę. Ponadto w miarę rozwoju narracji coraz bardziej skupia się ona na pisaniu i nauczaniu historii, szczególnie historii Holokaustu, czyli na zasadniczym dziele mojego życia. A zatem powracającym motywem w każdej kolejnej części, nawet w pierwszej, jest pisanie tej historii oraz – w moim wypadku – nieunikniony związek pamięci z historią.

Poza tym głównym tematem rozmaite okoliczności sprawiały, że brałem udział w wielu znaczących do dziś wydarzeniach i zajmowałem się kwestiami, które nadal cieszą się powszechnym zainteresowaniem; przedstawiam je tu z perspektywy subiektywnej, staram się jednak robić to jak najbardziej otwarcie i szczerze, ukazując je na tyle bezstronnie, na ile jestem w stanie tę bezstronność zachować. Będę również dzielił się z czytelnikiem swoimi wątpliwościami, opisywał wewnętrzne rozterki i poczucie żalu spowodowane przyjęciem takiej czy innej postawy, podjęciem takiej czy innej decyzji. Opowiem wreszcie o nieodłącznych od procesu pisania historii falstartach i trafnych przeczuciach.

Kiedy zacząłem spisywać te wspomnienia po osiemdziesiątych pierwszych urodzinach, nieustannie towarzyszyła mi świadomość, że coś mogło ulecieć mi z pamięci. Jednak w moim wieku pamięć długotrwała nie znika, zwykle jest nawet jeszcze wyraźniejsza, natomiast czasami odchodzi w zapomnienie niedawna przeszłość. Na temat niektórych ostatnich wydarzeń robiłem notatki, które włączyłem do tekstu; zawsze to jakieś rozwiązanie, ale ogólnie rzecz biorąc, obejmują one tylko maleńką część późniejszego okresu, zaledwie go muskając, i nie ukazują pełnego biegu tych lat.

CZĘŚĆ I

Zamiana

W hołdzie

Davidowi Lodge’owi

Rozdział pierwszy

Nira

„Szanowny Panie, kiedy ten list dotrze do Pana, będę już w drodze z Paryża do Palestyny...” – tak zaczynał się list, który w pierwszych dniach czerwca 1948 roku wysłałem do swojego opiekuna prawnego, Isidore’a Rosemblata.

Pewnie będzie Pan zaskoczony, ale proszę się nie martwić: jestem z grupą Betarim [członków prawicowego Betaru, młodzieżowego ruchu powiązanego z półtajną organizacją Menachema Begina o nazwie Irgun], całkowicie bezpieczny. Przede wszystkim niech Pan nie powiadamia policji ani żadnej innej tego rodzaju organizacji; to by tylko przysporzyło dodatkowych problemów i nic by nie dało, bo kiedy Pan dostanie tę wiadomość, ja będę już na statku.

Proszę się nie martwić, co na to powiedzą moi wujowie, bo zanim zdąży Pan do nich napisać, ja już do nich dotrę i na pewno nie będą aż tak strasznie niezadowoleni.

A teraz, przechodząc do spraw konkretnych: zabrałem do plecaka całą pościel, a także garnitury, szary i beżowy, oraz skórzaną kurtkę. Przed wyjazdem zaniosłem żółtą walizkę, teczkę i podręczniki do kolegi, który przekaże je Panu, jak tylko się da najszybciej.

Muszę też Pana prosić o napisanie do liceum i poinformowanie ich, że opuszczam tę placówkę i że nie pojawię się na bakalaureacie [pierwsza część egzaminu kończącego naukę w szkole średniej, zdawanego pod koniec jedenastej klasy]. W ten sposób wszystko zostanie załatwione.

Gdy tylko dotrę na miejsce, przyślę Panu długi list; chciałem się pożegnać i podziękować osobiście za wszystko, co Pan dla mnie zrobił, ale obawiałem się, że może mi to przeszkodzić w wyjeździe. W każdym razie niech Pan nie traktuje tego jako niewdzięczności z mojej strony. W oczekiwaniu na ponowne spotkanie, już w Palestynie, przesyłam serdeczne ucałowania,

Paul[1]

PS (bardzo ważne): Proszę uiścić opłatę za mój trzeci kwartał w internacie, ponieważ nie zwrócą 2 prześcieradeł, 2 koszul, 2 par slipów i 2 par skarpetek, które zostawiłem w liceum.

5 czerwca, dwa dni po napisaniu przeze mnie tego listu, dyrektor paryskiego Lycée Henri IV (w którego internacie mieszkałem) pisał do mojego opiekuna prawnego:

Drogi Panie,

z przykrością zawiadamiam, że młody Friedländer, przebywający w naszym internacie uczeń klasy pierwszej A [jedenastej o profilu tradycyjnym], ukradkiem opuścił liceum wczoraj o 16.30, wykorzystując moment, gdy wychodzą uczniowie miejscowi. Według przeprowadzonego przez nas dochodzenia zamierza wstąpić do żydowskich sił zbrojnych w Palestynie.

Proszę wybaczyć, że przy tej okazji przypominam o nieopłaceniu kwartału od kwietnia do czerwca. Proszę przyjąć [...].

P. Camenen, Dyrektor

Wieści szybko się rozchodzą.

1

A zatem w czerwcu 1948 roku, parę tygodni po proklamowaniu niepodległości Izraela, wysiadłem na ląd w tym nowym kraju. Udało mi się dodzwonić do jednego z moich wujków, Paula Glasera, który przyjął mnie pod swój dach. Paul mieszkał w Nirze, niewielkim miasteczku na równinie Szaron, niedaleko od Netanji. Nirę założyli przybysze z Pragi i innych czeskich miast, którzy podobnie jak wuj wyemigrowali do Palestyny w 1939 roku, mniej więcej wtedy, gdy Niemcy zajęli czeską część Czecho-Słowacji (dywiz dodano po układzie monachijskim, w 1938 r.).

W tym samym roku, mając sześć lat, wyjechałem wraz z rodzicami z Pragi do Francji. Uciekaliśmy z jednego tonącego okrętu na inny – chociaż wówczas nikt nie mógł o tym wiedzieć. Zbliżający się Niemcy przerwali naszą niepewną egzystencję w Paryżu, która trwała od kwietnia 1939 do czerwca 1940 roku. Nie mam pojęcia, jak ojcu udało się dokonać rzeczy niemożliwej: na początku czerwca kupił dla matki i dla mnie dwa bilety na pociąg jadący na południe, a parę dni później jeszcze jeden dla siebie. To musiało kosztować majątek.

Dotarliśmy do tej części Francji, która została strefą „nieokupowaną”, i osiedliśmy w opustoszałym z powodu wojny, niewielkim kurorcie Néris-les-Bains. Miejscowa ludność wciąż zamieszkiwała Néris, lecz zamiast zwykłych gości uzdrowiska wkrótce zaczęli pojawiać się tu uchodźcy, głównie żydowscy. Część Żydów pochodziła z Francji, jednak większość przybywała z zagranicy. Ostatecznie różnica między tymi dwiema grupami miała oznaczać różnicę między życiem a śmiercią.

Kiedy latem 1942 roku w naszej strefie zaczęły się łapanki wymierzone przeciw Żydom z zagranicy, moi rodzice, z pomocą katolickich przyjaciół, ukryli mnie w seminarium znajdującym się w pobliskim Montluçon, a sami podjęli próbę przekroczenia granicy ze Szwajcarią. Szwajcarzy ich aresztowali, przekazali Francuzom, a ci Niemcom. W listopadzie 1942 roku rodzice zostali przewiezieni do Auschwitz i tam zamordowani. Francuscy Żydzi byli pariasami, ale większości z nich udało się ukryć; Żydzi z zagranicy byli „żywymi trupami”.

Jak opisałem to jakieś czterdzieści lat temu, w seminarium mnie ochrzczono i stałem się zagorzałym katolikiem. Na początku 1946 roku tymczasowy opiekun prawny, wyznaczony przez moich wujków (trzech braci matki), zmusił zakonnice, by mnie wypuściły. Najpierw zamieszkałem w internacie przy prowincjonalnym collège’u w Saint-Amand-Montrond, niewielkim miasteczku w środkowej Francji. Po roku nauki w Saint-Amand przeniosłem się do kolejnego internatu, tym razem przy Lycée Henri IV w Paryżu. W tym czasie utraciłem wiarę katolicką, na parę miesięcy stałem się komunistą, a potem syjonistą.

Z paryskiego liceum namiętnie śledziłem wydarzenia rozgrywające się w Palestynie i wkrótce postanowiłem, że zamiast przystąpić do pierwszej części bakalaureatu, dostanę się jakoś do Erec Israel (Ziemi Izraela). 14 maja państwo Izrael proklamowało niepodległość i natychmiast zostało zaatakowane przez armie sąsiednich państw arabskich; szanse na jego przetrwanie były niewielkie. Chciałem walczyć. Gdy jeden z syjonistycznych ruchów młodzieżowych odrzucił mnie ze względu na zbyt młody wiek, przerobiłem w dokumencie tożsamości datę urodzenia z roku 1932 na 1930 i zostałem przyjęty do Betaru, młodzieżówki prawicowego Irgunu. Nie miałem najmniejszego pojęcia, kim byli tworzący go ludzie ani jakie stawiali sobie cele, ale w odpowiedzi na pytanie: „Co chcemy zdobyć?”, wyrecytowałem slogan, który kazał mi powtórzyć jeden z przyjaciół: „Oba brzegi Jordanu”. To wystarczyło. Ale co do diabła znaczyło „oba brzegi Jordanu”?

Na początku czerwca, otrzymawszy wiadomość od organizatorów, ukradkiem opuściłem liceum, poszedłem na Gare de Lyon i dołączyłem do grupy. Dotarliśmy do Marsylii, a potem do pobliskiego Port-de-Bouc. Po dwudniowym oczekiwaniu wsiedliśmy na pokład statku „Altalena” (przerobionego z liberciaka z okresu lądowania w Normandii), który pływał pod banderą panamską, a został zakupiony przez amerykańskich zwolenników Irgunu. Popłynąłem wraz z dziewięciuset towarzyszami i setkami ton broni ofiarowanej przez francuski rząd. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem morze.

Ówczesny premier Izraela, Dawid Ben Gurion, uważał Irgun za grupę terrorystyczną. Obawiał się, że przybycie kolejnych bojowników Irgunu i napływ dodatkowej broni doprowadzi do zamachu stanu. Jeszcze gdy „Altalena” stała na kotwicy w Port-de-Bouc, zażądał od kierownictwa ruchu, by nie dopuściło do wyjścia jednostki w morze. Przywódca Irgunu, Menachem Begin, chciał uniknąć konfrontacji i ustąpił, ale gorące głowy w Paryżu nie zastosowały się do jego rozkazów; statek wypłynął z portu i tak oto 20 czerwca 1948 roku rzuciliśmy kotwicę u wybrzeży Izraela. Nikt z nas nie miał pojęcia, co nas tam czeka.

Na brzegu w pobliżu osady Kefar Witkin – gdzie „Altalena” wyładowała sterty broni i amunicji oraz wysadziła na ląd większość pasażerów (w tym mnie) – czekały oddziały izraelskiej armii. Parę godzin później, gdy upłynął czas ultimatum przeznaczony na poddanie się, Izraelczycy otworzyli ogień. Statek popłynął do Tel Awiwu, a nas zawieziono do obozu Irgunu. Pod koniec tego dramatycznego dnia Irgun się rozwiązał. Dla mnie oznaczało to koniec całej sprawy. Wujek Paul, do którego – jak wspomniałem – udało mi się dodzwonić, zabrał mnie z obozu. Zamiast realizować swój pierwotny plan wstąpienia do wojska, zamieszkałem z wujkiem w Nirze. Jeśli chodzi o statek, to pociski artyleryjskie zatopiły go u wybrzeży Tel Awiwu. Zabito szesnastu pasażerów, którzy zostali na pokładzie – część podczas próby dopłynięcia do brzegu. Chyba przez jakieś dwa lata, spacerując brzegiem morza w Tel Awiwie, widziało się wystający z płytkiej wody potężny kadłub „Altaleny”. Potem go odholowano i sprzedano na złom.

Być może w poprzednich wspomnieniach życie w Nirze i jej mieszkańców opisałem nieco zbyt idyllicznie. Tak to wówczas postrzegałem. Nie pisałem także za wiele o wujku Paulu, który do Izraela przybył bezpośrednio z Pragi w 1939 roku. W położonym w rejonie Sudetów mieście Rochlitz (Rokitnice nad Izerą), w którym mieszkali Glaserowie, przed 1938 rokiem Paul kierował rodzinną fabryką włókienniczą. Po przybyciu do Niry przejął zarządzanie niedużą miejscową wytwórnią głównie siatek maskujących dla Brytyjczyków, a po roku 1948 dla wojska izraelskiego.

Paul, najstarszy z rodzeństwa Glaserów, był kawalerem i z upływem lat stał się człowiekiem dość ponurym. Gdy przyjechałem do Niry, był tuż po pięćdziesiątce. Prawdopodobnie po pewnym czasie uznał, że jestem dla niego obciążeniem, więc wyprawił mnie do szkoły rolniczej, żebym nauczył się jakiegoś zawodu, z którego miałbym pożytek w nowym życiu. „Starczy już intelektualistów w tej rodzinie”, mawiał (podejrzewałem, że myślał o moim ojcu; mimo że miałem mu za złe te uwagi, nie odzywałem się).

Ben Szemen – tak nazywała się ta szkoła – była znakomitą placówką kształcącą w zakresie wiedzy technicznej i rolniczej, ja jednak nie przejawiałem najmniejszych uzdolnień do żadnej z nauczanych tam umiejętności: najwyraźniej zostałem obdarzony dwiema lewymi rękami. Poza tym rozpaczliwie chciałem wrócić do zwykłego liceum. Moje błagania nie robiły wrażenia na wujku. Po pewnym czasie postanowiłem zaryzykować działanie na własną rękę i – wiedząc, że mogę nie zostać przyjęty – złożyłem wizytę Szaulowi Lewinowi, dyrektorowi liceum w Netanji. Udało mi się go przekonać, żeby porozmawiał z wujkiem, i wiosną 1949 roku dołączyłem do jedenastej klasy liceum imienia Saula Czernichowskiego. Po dziś dzień jestem wdzięczny Lewinowi.

Moje stosunki z wujkiem Paulem nie uległy poprawie. W 1950 roku poddał się operacji usunięcia prostaty w szpitalu Hadassa w Jerozolimie; nastąpiły powikłania i wujek nie mógł kontrolować oddawania moczu. Sprawiło to – co zrozumiałe – że stawał się coraz bardziej nieprzyjemny. Mniej więcej dwa lata później rozwinęła się u niego mocznica, która najwyraźniej wywoływała urojenia paranoiczne: nabrał przekonania, że wydaję jego pieniądze i że żywię wobec niego wrogie zamiary. Na szczęście byłem wówczas w wojsku i nie mieszkałem już w Nirze.

2

Podczas gdy Izrael wygrywał swoją wojnę o niepodległość, moją rodzinną Pragą wstrząsały wydarzenia wielkiej wagi: do władzy doszli wspierani przez Związek Sowiecki komuniści. Wkrótce z kraju ruszyła fala uchodźców i do Izraela przybyły tysiące czeskich Żydów, z których część znalazła się w naszym miasteczku. Jedną z tych rodzin wujek przyjął nawet pod swój dach.

Właśnie wtedy, wiosną 1949 roku, złożono mi niespodziewaną wizytę. Zdążyłem już zapomnieć, jak wyglądał mój gość i jak się przedstawił. Pamiętam tylko, że przyjechał na potężnym motocyklu. Poprosił mnie, abym odszedł z nim na bok, a kiedy upewnił się, że nikt nas nie usłyszy, powiedział mi, że pracuje dla rządu. Znaczyło to oczywiście tyle, że ma coś wspólnego ze służbami bezpieczeństwa. „Przypłynąłeś na «Altalenie» – powiedział, nie bawiąc się w wymyślne wstępy. – To niedobrze. Jeśli chcesz to naprawić, musisz nam pomóc. Wśród nowych olim (imigrantów) z Czechosłowacji są komunistyczni agenci. Chcę, żebyś słuchał rozmów i zgłaszał mi wszystko, co mogłoby brzmieć podejrzanie”. Dał mi swój adres – niezbyt daleko, parę przystanków autobusem – i odjechał.

Zrozumiałem, że aby wymazać swój grzech pierworodny, aby stać się prawdziwym Izraelczykiem, takim, który nie będzie zarażony wirusem „Altaleny”, muszę obserwować i donosić. Więc to robiłem...

Ktoś może zapytać, jak taki potencjalny informator mógł rozumieć, co się mówi po czesku. Po dwóch czy trzech tygodniach słuchania na nowo przez cały dzień rozmów prowadzonych w tym języku wróciła mi znajomość czeskiego, podobnie jak to wcześniej było z niemieckim. Moja misja jednak wkrótce się zakończyła, ponieważ przekazywałem całkowicie nieistotne szczegóły i wykazywałem zupełny brak talentu do tej roboty. Ale rzeczywiście obserwowałem – a chociaż miałem wówczas szesnaście lat i byłem kompletnie zdezorientowany, do dzisiaj nie mogę tego przeboleć.

Moją gotowość do „obserwowania” może wyjaśniać silne pragnienie, by przynależeć do społeczeństwa, do którego tak entuzjastycznie się przyłączyłem. Ta potrzeba miała jednak prawdopodobnie głębsze korzenie: po zniknięciu rodziców (powinienem dodać, że byłem ich jedynym dzieckiem) zaakceptowałem swoją nową tożsamość – katolicyzm oraz ukrywające mnie seminarium – z całym przejęciem dziesięciolatka, który trafił pod dach silnej, dającej opiekę i wychowanie zbiorowości. Raz, na samym początku, uciekłem, ale sprowadzono mnie z powrotem i dałem za wygraną; ostatecznie całkowicie się podporządkowałem. Zakonnice uważały, że przede mną już tylko prosta droga do kapłaństwa.

Na początku 1946 roku opuściłem jednak seminarium, a po okresie flirtu z komunizmem znalazłem inną społeczność, jeszcze bardziej fascynującą, do której zacząłem odczuwać nieprzeparty pociąg. Opowiadałem się całym sercem za ideą Izraela i pragnąłem bezwzględnej akceptacji. W tych okolicznościach przybycie do kraju na pokładzie „Altaleny” mogło wyglądać jak grzech, który wymagał odkupienia; przecież przekonałem się na własne oczy, że nie byliśmy mile widziani i że Irgun został rozwiązany.

Pomimo początkowego entuzjazmu i chęci zapuszczenia korzeni w „ojczyźnie przodków” czułem jednak coraz silniejsze pragnienie powrotu do Francji – przynajmniej na jakiś czas. Wówczas tego nie rozumiałem (a pojąłem to dopiero po latach), że w równej mierze łaknąłem przynależności i obawiałem się jej. W czasie wojny wiedziałem, że katolickie środowisko, z którym się zasymilowałem, nie jest w naturalny sposób moim własnym i że jeśli nie przystosuję się corps et âme (ciałem i duszą), mogę zostać odrzucony, a być może nawet przekazany w jakieś „inne miejsce”, śmiertelnie niebezpieczne. Moja uległość była autentyczna, ale nie mogłem pozostawać całkowicie nieświadomy tego, że jest ona gwarancją przetrwania.

Większość mojego życia w ciągu kolejnych dziesięcioleci miała określać swego rodzaju huśtawka między tymi dwoma przeciwstawnymi dążeniami: z jednej strony gorącym oddaniem, a z drugiej – ciągłym poszukiwaniem drogi ucieczki. Prawdopodobnie dlatego właśnie przez znaczną część kariery uniwersyteckiej piastowałem – jednocześnie – stanowiska wykładowcy w dwóch krajach. Nigdy nie znalazłem żadnego argumentu, który by wyjaśnił tę dziwną prawidłowość.

A zatem w tych pierwszych latach w Izraelu robiłem wszystko, co mogłem, by stać się Izraelczykiem w każdym calu. Byłem wzorowym uczniem w liceum, pracowałem jako goniec w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, na pół roku zostałem pracownikiem cywilnym w wojsku, po czym przez kolejne dwa i pół roku służyłem w tej samej ściśle tajnej jednostce wywiadu (Intelligence 2, najwcześniejszej postaci agencji, która miała stać się Jednostką 8200, izraelskim odpowiednikiem amerykańskiej National Security Agency, NSA).

Mimo to jednak pragnienie powrotu do Francji narastało. (W czasie służby wojskowej sporządziłem z pamięci plan paryskiego metra i w pewnej części był on całkiem dokładny). Ta moja nostalgia za Francją od czasu do czasu urzeczywistniała się na dziwne sposoby. Kiedy na przykład oglądałem film dokumentalny pokazujący piscine Deligny (basen Deligny’ego, być może najsłynniejszy z paryskich basenów), z tęsknoty poczułem tak niespodziewany ścisk serca, że pamiętam to doskonale po dziś dzień. Ponieważ nigdy nie pływałem w tej piscine – ani zresztą w żadnym innym basenie (z wyjątkiem basenu w Pradze, gdy miałem pięć lat), jako że nigdy nie nauczyłem się pływać – ta reakcja była szczególnie niedorzeczna.

Wyjaśnienie, jakie znalazłem dla powrotu do Francji, brzmiało dość przekonywająco: poziom nauczania politologii był wówczas wyższy w Paryżu niż na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie.

3

Przez całe życie moja tożsamość kulturowa pozostała zasadniczo francuska. Z okazji przypadających w 2006 roku sześćdziesiątych piątych urodzin mojego niemieckiego wydawcy Wolfganga Becka większość jego autorów napisała krótkie teksty na temat książek, które zmieniły ich życie. Te szkice złożyły się na tom zatytułowany Ein Buch, das mein Leben verändert hat. W akapicie rozpoczynającym mój tekst wspomniałem – za bardzo się nad tym nie zastanawiając – że nie będę pisał o książkach z kanonu literatury, które czytałem po wielekroć, na przykład o Recherche (W poszukiwaniu...) Prousta czy o Éducation (Szkoła uczuć) Flauberta, lecz zamiast tego wolę opowiedzieć o pewnej krótkiej powieści, która w moim pokoleniu i w pokoleniu je poprzedzającym wyznaczała obszar młodzieńczych marzeń: o Le Grand Meaulnes (Mój przyjaciel Meaulnes) Alaina-Fourniera. Nawet nie zauważyłem, że zaraz na początku szkicu wymieniłem trzy książki, które – każda na swój sposób – są typowo francuskie.

W tamtym tekście moim bardzo konkretnym „miejscem pamięci” stała się szkoła podstawowa w Sainte-Agathe – skąd narrator oraz główny bohater, Meaulnes, rozpoczynali swoją odrealnioną przygodę. Widziałem w niej wzór école communale, do której uczęszczałem przez dwa lata w Néris-les-Bains, od lata 1940 roku do 1942 (pół wieku po Meaulnesie). Chcąc to podkreślić, zatytułowałem swój szkic L’École communale. Moją école, podobnie jak tę w Sainte-Agathe, a prawdopodobnie również i inne szkoły w całej ówczesnej Francji, stanowił jeden długi budynek podzielony na trzy części: la petite classe (klasy młodsze), le cours moyen (klasy średnie) i le cours supérieur (klasy najstarsze); z budynku wychodziło się na spory dziedziniec, którego część była zadaszona (le préau); chcąc wyjść przez bramę na ulicę, trzeba było przemierzyć ów dziedziniec.

Nie zdążyłem dojść do cours supérieur, ale w petite classe i w cours moyen stałem się nieodwołalnie Francuzem. Francuskie szkolnictwo było (w każdym razie w owym czasie) niezwykle autorytarne; czy dzieci tego chciały, czy nie (a ja z pewnością tego chciałem), krok po kroku uczyło je jedynego w swoim rodzaju sposobu postrzegania i wyrażania się. (Obecnie z przyczyn praktycznych piszę po angielsku, ponieważ mieszkam w Stanach Zjednoczonych, ale nadal myślę po francusku – i lepiej by mi szło pisanie po francusku).

W rzeczywistości tego rodzaju przywiązanie do kultury wykracza daleko poza kształcenie na poziomie podstawowym. Przynajmniej w moim wypadku było tak, że zapałałem miłością do czystego piękna języka francuskiego. Już na wczesnym etapie nauki – być może od drugiego roku w école primaire, ale z pewnością w okresie spędzonym w seminarium – co tydzień musieliśmy pisać dictée, dyktando, które sprawdzało nasze postępy w zakresie ortografii. Dla mnie dictée to była szczególna chwila: uwielbiałem te teksty, czerpane z jakiegoś zbioru fragmentów wybranych dla zobrazowania idealnego stylu. Nie interesowało mnie, czy było to z Poil de Carotte (Rudzielca) Jules’a Renarda, czy Oraisons funèbres („Mów pogrzebowych”) Bossueta; po prostu uwielbiałem ten styl: „Madame se meurt, Madame est morte” (Madame umiera, Madame nie żyje). A skoro o tym mowa, to zamiłowanie do pięknego francuskiego stylu podzielał również Kafka; pisząc do swojej przyjaciółki Felice Bauer, cytował zdania zaczerpnięte zwłaszcza z Éducation sentimentale Flauberta – zdania, które uważał za doskonałe zarówno pod względem stylu, jak i budowy.

Perypetie pamięci, których doświadczam, są dla mnie o wiele bardziej tajemnicze, niż o tym pisałem w prologu. W ciągu ostatnich paru miesięcy zauważyłem, że nasila się u mnie znikanie słów, a głównie imion i nazwisk ludzi, których dobrze znam. Jak to się jednak dzieje, że te słowa i imiona czy nazwiska pojawiają się na nowo, czasem po ładnych paru dniach nieustających poszukiwań, a czasem tak po prostu, same z siebie? Czy to znaczy, że kiedy słowa znikają, to nie zostają całkowicie wymazane? Czy ludzka pamięć ma jakiś „twardy dysk”? Czy istnieją różne poziomy wymazywania i różne sposoby odzyskiwania? A także jak to jest, że kiedy jakieś zapomniane słowo pojawia się na nowo, wiem natychmiast, że to właśnie to, o które chodzi?

Pamięć długotrwała jest jeszcze bardziej zagadkowa. Z upływem czasu zauważam, że wiersze, których musiałem uczyć się w liceum, a potem całkowicie je zapomniałem, pojawiają się na nowo w nieskazitelnej postaci (a przynajmniej pewne ich części). W taki sposób nagle wróciła mi pamięć całej pierwszej strofy Le cimetière marin (Cmentarza morskiego) Paula Valéry’ego. Gdzie była przechowywana przez jakieś siedemdziesiąt lat? I dlaczego pojawiła się właśnie ona, a nie na przykład Le Lac (Jezioro) Lamartine’a, z którego wróciły mi tylko pojedyncze wersy?

Nie mniej dziwnie funkcjonuje „pamięć traumatyczna”. Analizując rozmowy z ocalałymi z Szoa, Lawrence Langer zauważył, że kiedy osobie przeprowadzającej wywiad udawało się przedrzeć przez „standardową” opowieść rozmówcy, następował nagły przypływ chaotycznych reminiscencji, swego rodzaju „pamięć głęboka”[2] pokonywała stworzone wcześniej mechanizmy obronne. Sądzę, że w wielu wypadkach głębokie, traumatyczne wspomnienia wracają same z siebie na starość, jak zapomniane wiersze. Niosą ze sobą zapomniane lęki.

Oprócz tego, co wiązało się z Francją, w mojej pamięci powoli pojawiały się na nowo – i nie chciały ponownie zapaść w niepamięć – pewne istotne fragmenty prasko-żydowsko-niemieckiego dziedzictwa, które w czasie wojny na parę lat znikły. Ta moja najwcześniejsza tożsamość połączyła się jakoś z tożsamością izraelską; od kiedy ją odzyskałem, nigdy już mnie nie opuściła, chociaż były pewne wahania. Jedynym środowiskiem kulturowym, które, jak się wydaje, nie odcisnęło na mnie piętna, jest środowisko amerykańskie – w tej jego miejscowej odmianie, która jest właściwa Los Angeles. W mojej odporności na Amerykę nie ma nic zamierzonego; wynika ona prawdopodobnie z prostego faktu, że byłem już zbyt stary, by dodawać sobie jeszcze jedną tożsamość, kiedy w 1982 roku (mając pięćdziesiąt lat) przybyłem do Los Angeles, by po raz pierwszy spędzić tam dłuższy czas, a zwłaszcza kiedy przeniosłem się tam na stałe nieco później, w roku 1988.

Prasko-żydowska część mnie stała się „impulsem przewodnim” we wspomnieniach When Memory Comes, w których zajmuję się przede wszystkim okresem dzieciństwa i dorastania; tamten tytuł jest przetasowanym cytatem z książki Der Golem autorstwa Gustava Meyrinka. Mój ojciec uwielbiał tę nieco gotycką powieść i miał jej wspaniały egzemplarz, ilustrowany litografiami Hugona Steinera-Praga. Zabrał go ze sobą na wygnanie. Całą książkę przepełnia magia żydowskiej Pragi, opisy labiryntów tamtejszego getta oraz nie mniej tajemniczych meandrów pamięci i poznania. Później, kiedy ją przeczytałem, wzbudziła we mnie nostalgię za światem, o którym bardzo niewiele wiedziałem; ujawniła we mnie ślady, które wcześniej pozostawały ukryte. Przypomniała mi o ojcu. Dziesiątki lat później napisałem krótką książkę na temat Kafki; do pewnego stopnia była w niej znowu obecna żydowska Praga.

Nie chodziło o zwykłą nostalgię za moim praskim dziedzictwem. Okazało się, że główny element, ten, który wpłynął na całe moje życie, a być może nawet je ocalił, stanowiła całkowita asymilacja moich rodziców. Byli „nieżydowskimi Żydami”, by użyć określenia Izaaka Deutschera[3] – do tego stopnia, że nie poddali mnie obrzezaniu. Gdy byłem w seminarium, przechodziłem długą i poważną chorobę (dyfteryt). Zajmujący się mną lekarz mógł przecież mieć różne przekonania polityczne. Na szczęście nic nie wskazywało na to, że jestem żydowskim chłopcem ukrywającym się pod fałszywym nazwiskiem. Później, kiedy przybyłem do Izraela, niepokoiło mnie to „zaniedbanie”. Lekarz z Niry, z którym rozmawiałem przed wstąpieniem do wojska, powiedział mi, że wielu imigrantów z Europy Środkowej dzieli „mój los”. Na wszelki wypadek podał mi nazwisko pewnego chirurga. Nie zdecydowałem się na zabieg. W trakcie wstępnych badań lekarskich dla poborowych i później, podczas kilku tygodni spędzonych w szpitalu wojskowym, najwyraźniej nikt nie zwracał na to uwagi.

Moja kulturowa przynależność do Izraela widoczna jest w sferze języka. Dwa lata po przybyciu zdałem po hebrajsku egzaminy kończące naukę w liceum. W tym celu musiałem studiować Tanach (Biblię Hebrajską) i cały rozdział Talmudu (z pisanym częściowo po aramejsku komentarzem na temat rzeczy zgubionych i znalezionych). Było to dla mnie równie przyjemne, jak przyjemny byłby dla uczulonego na pyłki alergika wiosenny spacer po ogrodzie pełnym kwiatów, ale podporządkowałem się wymogom i zdałem te egzaminy.

Zarówno moja pierwsza, jak i druga żona urodziły się w Izraelu i przez cały czas trwania obu tych małżeństw, od roku 1959 do dzisiaj (2015), w domu mówiliśmy po hebrajsku, w tym też języku rozmawiamy z dziećmi (i częścią wnuków). Przez kilka dziesięcioleci, najpierw na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, a potem na Uniwersytecie Telawiwskim, wykładałem tylko po hebrajsku i w całkowicie naturalny sposób w swoim codziennym życiu w Izraelu posługiwałem się hebrajskim. A jednak – bo jest małe „jednak” – nigdy nie lubiłem za bardzo czytać książek po hebrajsku i nigdy sam nie napisałem żadnej książki w tym języku. I – co może wydać się dziwne – niezależnie od tego, czy wykładam po hebrajsku, czy po angielsku, po dziś dzień wciąż przygotowuję sobie notatki po francusku.

Do mojego profilu kulturowego trzeba dodać jeszcze jeden, ostatni element: ślady katolicyzmu. Jak wspomniałem, po krótkim okresie początkowego oporu stałem się żarliwym – a nawet entuzjastycznym – katolikiem. Jakaś część marginalnego wpływu, który wywarł na mnie katolicyzm, to jego wymiar estetyczny: do teraz fascynują mnie romańskie, gotyckie i barokowe kościoły oraz katedry, a muzyka religijna (szczególnie organowa) głęboko mnie porusza, podobnie jak religijne chóry. Możliwe, że ten wpływ zaistniałby również wtedy, gdybym nie dojrzewał w środowisku katolickim, ale sądzę, że tamte lata wzmogły intensywność uczuć doznawanych podczas słuchania muzyki: jest w nich jakieś echo owego szczęścia, które tamta muzyka we mnie wywoływała. Zdecydowanie większe znaczenie miało jednak to, że wskutek karmienia mnie przymusowo treściami religijnymi stałem się – począwszy od wieku dojrzewania – całkowicie obojętny wobec wszelkiej wiary. Nie jestem wojującym ateistą; po prostu mnie to nie obchodzi.

Jednak o wiele ważniejsze było dogłębne i wszechogarniające poczucie winy, które zaszczepiła we mnie – i (jestem tego pewien) w wielu innych chłopcach – praktykowana w moim seminarium fundamentalistyczna odmiana katolicyzmu. Bez ustanku przypominano nam o drzemiących w nas grzesznych skłonnościach, przestrzegano, byśmy nie pozwalali sobie na żadne mauvaises pensées (złe myśli), i co tydzień wysyłano nas do spowiedzi. Mauvaises pensées to były myśli o seksie; nigdy nie mówiono tego wprost, a większość z nas (w tym ja) miała ledwie mgliste pojęcie o seksie; nie znaliśmy nawet słowa „seks”.

Nawiasem mówiąc, nie przypominam sobie niczego, co by wskazywało na wykorzystywanie seksualne czy stosunki homoseksualne. Pamiętam, że starsi chłopcy byli pod urokiem jednej z zakonnic, młodszej od pozostałych i bardzo ładnej (ja też ją lubiłem). Jeden z nich powiedział, że widział ją kiedyś w kostiumie kąpielowym, ale wątpię, żeby to była prawda. Wszystko to było niewinne – jednak wszechogarniające, nieokreślone poczucie winy pozostało.

Podczas gdy u większości ludzi tożsamość kulturowa łączy się z poczuciem „domu”, u mnie nigdy tak nie było. Lubię przebywać we Francji, ale kiedy samolot ląduje na lotnisku w Roissy, z całą pewnością nie czuję, że wracam do „domu” – zresztą nigdzie indziej tego nie czuję.

Gdyby zatem ktoś mnie zapytał, co uważam za swoją fundamentalną tożsamość, mocniejszą niż jakiekolwiek kulturowe piętno, za coś, czego nigdy bym się nie wyparł ani z czego nigdy bym nie zrezygnował, to bez najmniejszego wahania odpowiedziałbym: jestem Żydem, aczkolwiek wolnym od wszelkich więzi z religią czy tradycją, a mimo to w trwały sposób naznaczonym przez Szoa. Ostatecznie nie jestem nikim innym.

Ironia losu nie zawsze bywa zabawna. W tym jednak wypadku do pewnego stopnia jest: oto ja, ze swoimi europejskimi „korzeniami”, francuskim wykształceniem, umiłowaniem tak wielu rzeczy, które z tego wynikają, najprawdopodobniej zakończę życie w Tarzanie, jednej z dzielnic Los Angeles, gdzie obecnie mieszkamy wraz z Orną. Łagodnie mówiąc, to dość paradoksalne.

Poza tym w czasie, kiedy pisałem tę książkę, moim głównym zajęciem było śledzenie polityki izraelskiej. W przeddzień wyborów w marcu 2015 roku żywiłem nadzieję (podobnie jak bardzo wiele innych osób) na od dawna już oczekiwaną zmianę. Sytuacja była mocno niepewna, ponieważ od wielu lat scenę polityczną zdominowała popierana przez ponad pięćdziesiąt procent ludności nacjonalistyczna prawica religijna. Jeśli dodać do tego coraz większy rozdźwięk między izraelskim premierem a amerykańskim prezydentem, nietrudno dostrzec, że przed Izraelem rysowała się perspektywa staczania się po równi pochyłej – i częściowo sam był temu winien: w istocie wielokrotnie zachowywał się prowokacyjnie. A skoro o tym mowa, to przypomina mi się rysunek izraelskiego karykaturzysty Dosha, wydrukowany kilkadziesiąt lat temu przy okazji jakiejś innej konfrontacji Izraela ze Stanami Zjednoczonymi: wysoki Wuj Sam schyla się do małego izraelskiego chłopca (typowe u Dosha przedstawienie Izraela), noszącego równie typowy kowa tembel (to taka czapka, w której wygląda się naprawdę głupio), i ofiarowuje mu garść dolarów. Chłopczyk wyciąga jedną rękę po pieniądze, a jednocześnie drugą kieruje strumień moczu na buty Wuja Sama.

Dzisiaj Izrael nie jest już małym chłopcem; zmienił się w aroganckiego nastolatka, który wciąż nie waha się siusiać na buty tego, kto go broni przed znaczną częścią świata.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] Pierwotnie miałem na imię Paul; Saulem stałem się z chwilą przybycia do Izraela.

[2] Lawrence L. Langer, Świadectwa Zagłady. W rumowisku pamięci, tłum. Marcin Szuster, Warszawa 2014, s. 19 (przyp. tłum.).

[3] Zob. Izaak Deutscher, Przesłanie nieżydowskiego Żyda, tłum. Karol Majewski, Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej, Warszawa 2009, http://marksizm.edu.pl/wydawnictwa/polska-mysl-marksistowska/isaac-deutscher/ [dostęp 11.07.2017] (przyp. tłum.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dokąd prowadzi pamięć. Moje życie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia