Opactwo stu zbrodni

Opactwo stu zbrodni

Autorzy: Marcello Simoni

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 26.71 zł

Druga część trylogii „Codex Millenarius” mistrza włoskiego thrillera historycznego!
Ferrara, rok 1347. Rycerz Maynard de Rocheblanche próbuje rozwikłać zagadkę okrutnej śmierci mnicha Facia di Malaspiny, mającej związek z legendarnym Lapis exilii. Aby wyjaśnić jej okoliczności, Maynard musi się dostać na dwór i zyskać zaufanie markiza Obizza, władcy Ferrary.
Tymczasem w pobliskim opactwie w Pomposie opat Andrea jest świadkiem ucieczki swego protegowanego, młodego miniaturzysty Gualtiera de’ Bruni, który wyruszył do Awinionu w nadziei, że odnajdzie matkę. Niespodziewany wybuch zarazy wszystkim jednak krzyżuje plany, szczególnie zaś Maynardowi, zmuszonemu powierzyć tajemnicę swojego śledztwa komuś innemu... Czy wybrana przez niego osoba potrafi dochować sekretu Lapis exilii i ustrzec go przed zakusami człowieka, który chce odkryć to, co powinno pozostać w ukryciu?
„Cudowna magia jego pisarstwa przenosi w okamgnieniu do innego świata, a to zdarza się tylko w wielkich powieściach”. Maurizio de Giovanni
„Ruiny zamków, zakurzone biblioteki i walki do ostatniej kropli krwi wzbogacają fabułę powieści, która trzyma w napięciu do końca”. Panorama

Tytuł oryginału:

L’abbazia dei cento delitti

Copyright © 2014 Newton Compton editori s.r.l.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Rysunki na stronach 7, 15, 153, 263 © Marcello Simoni

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Maria Zając, Marta Chmarzyńska, Agnieszka Majewska

ISBN: 978-83-8110-103-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Motto

Prolog

Część pierwsza. Dziedzictwo krwi

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

Część druga. Dni gniewu

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

Część trzecia. Triumf śmierci

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

Epilog. Novissima tempora

88

89

90

Nota od autora (czarna strona opowieści)

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

W gniewu dzień, w tę pomsty chwilę,

Świat w popielnym legnie pyle.

Dies irae1

OPACTWO STU ZBRODNI

(KWIECIEŃ 1347 – GRUDZIEŃ 1348)

PROLOG

MIASTO FERRARA

13 MARCA 1329 ROKU RANKIEM

Zakuty w łańcuchy mężczyzna przekroczył mury miasta przez bramę Świętego Pawła, trzymany za stryczek przez dwóch zbrojnych. Wyczerpany, w łachmanach, obejmował się ramionami, walcząc z dojmującym późnojesiennym chłodem. Był wątłej budowy, niezbyt odporny na zmęczenie, wszelako czający się w jego źrenicach błysk zdradzał ognistą naturę. Wątpił tylko przez chwilę, gdy podniósłszy wzrok ku niebu, pod chmarą obłoków ujrzał górującą nad sobą wieżę.

– Miserere mei! – zawołał, padając na kolana.

Na blankach tych wieszało się zazwyczaj bluźnierców i szarlatanów, aby wrzucić ich w odmęty Padu.

Jego trwogę powściągnęło szarpnięcie sznura, które zmusiło go, by szedł dalej ulicą Szeroką. Nie było to łatwe. Poprzedniej nocy deszcz zamienił drogi w grzęzawiska łajna i błota, a odpychające wrażenie potęgował smród wydzielany przez kanały biegnące aż do fos. Jednakże najbardziej odrażające zapachy unosiły się nad nadzianymi na włócznie i umieszczonymi wzdłuż drogi trupami członków rodzin gibelińskich, ograbionymi przez awiniońskich poddanych.

Gawiedź czekała nań nieco dalej, u wejścia na rynek. Tłum ściśniętych szarych postaci, okutanych w opończe, peleryny i podarte płaszcze. Więzień poczuł się tak, jakby miał przed sobą hordę szczurów, zdziczałych z powodu głodu i ograniczonych do tego stopnia, że nie zdołałyby poznać samego Boga, gdyby ktoś ich nie oświecił.

Twarze te napawały strachem. Wyrażały wściekłą pogardę, przelewającą się w okrucieństwo, tak jakby dla wszystkich jego wina była oczywista.

Mężczyzna posuwał się naprzód ze spuszczoną głową, wśród pomruków i drwiących śmiechów, atakowany przez tabun dzieciaków, które jęły go obrzucać kamieniami. Nigdy by nie przypuścił, że będzie musiał znosić podobną zniewagę! Mimo to zmusił się do nieodpowiadania nawet na obelgi tych małych przybłęd, aby nie drażnić motłochu ani tym bardziej eskortujących go straży.

Podążał pod gradem kamieni na miejsce kaźni.

Szubienica wznosiła się niedaleko katedry Świętego Jerzego, wśród morza gawiedzi, przed czterema osobistościami zasiadającymi w wysokich stallach. Miejsce po prawej stronie zajmował Jego Ekscelencja biskup Guido da Cappello, siwowłosy i brzuchaty, stanowiący wyraźne przeciwieństwo trzech szlachciców siedzących obok niego. Wszyscy oni byli pełni wigoru, przystroili się w nader kosztowne, zakrawające na brak umiaru szaty. Więzień przyjrzał im się po kolei, oburzony, że synowie zmarłego markiza Aldobrandina II d’Este czują się tak swobodnie w towarzystwie prałata nominowanego przez papieża. Ledwie wywinęli się od procesu o herezję, a już, bez odrobiny wstydu, wywyższali się jako obrońcy duchowieństwa.

Jeszcze bardziej haniebna była wszakże ich obojętność na widok sługi, którego postawiono pod pręgierzem. Oto jak trzej bracia, którzy jeszcze poprzedniego dnia mienili się wrogami kurii francuskiej, odpłacają za wierność! Mężczyzna w łańcuchach ugryzł się w język, zdołał się powstrzymać od wykrzyczenia tego na całe gardło. Po tak wielu nieszczęściach dopóty, dopóki nie dowiedział się, jaki czeka go los, nie zamierzał narażać życia z powodu dumy.

Wielebny Guido popatrzył nań z niechęcią, jakby czytał w jego myślach.

– Zebraliśmy się tutaj – ryknął – aby ukarać pewnego łotra! – I czekając, aż szmer tłumu ucichnie, wskazał mężczyznę pogardliwym gestem. – Nequissimus monachus, który nadużył tytułu opata, żeby okraść klasztor na Insula Pomposiæ.

Prałat ocenił wrażenie, jakie jego słowa wywarły na gawiedzi, lubieżnie oblizując wargi. Po czym jął mówić dalej, w narastającym uniesieniu:

– Wszelako przed wymierzeniem zasłużonej kary powinniśmy się zastanowić, czy to możliwe, by tak ciężka zbrodnia mogła nastąpić w wyniku chciwości tylko jednego zakonnika, czarnej owcy pośród tysiąca. Otóż ja powiadam, że nie, moje dzieci. To my zawiniliśmy, my wszyscy! Albowiem, jak głosi Księga Kapłańska, Bóg ostrzegł, że dla ukarania za nieposłuszeństwo wobec swych przykazań ześle na ludzi dzikie zwierzęta, niosące śmierć i spustoszenie. I oto… Oto jedna z owych plugawych bestii, przybyłych, aby złupić nasze klasztory!

Przez rynek przebiegł niespokojny szmer. Obawa przed możliwymi zamieszkami kazała jednemu z Estów wstać i uciszyć tłum. Lecz biskup Guido, wierny naturze dominikanina, którym był niegdyś, wcale nie przestawał grzmieć i ciskać obelg.

– Jeśli ktoś pragnął pobłażliwości, niechaj wie, że nie zostanie wysłuchany. Nie czas teraz na przebaczenie nieposłusznym synom. Na nieszczęsną Ferrarę spadło zbyt wiele klęsk! I dalibóg, jeśli chcemy położyć kres naszym niepowodzeniom, pora odciąć gałązki, które nie owocują!

– Na śmierć! – dało się usłyszeć gniewny głos, do którego przyłączyły się zaraz inne, wypełniając rynek ogłuszającym rykiem.

Mężczyzna w łańcuchach lękał się, że motłoch wymknie się spod panowania zbrojnych, rzuci się na niego i rozerwie na strzępy, jednakże harmider ustał, gdy biskup podniósł dłoń.

Wówczas więzień zdobył się na odwagę.

– Szlachetni panowie, Wasza Ekscelencjo – odezwał się z wahaniem do czterech dostojników – proszę o pozwolenie obrony przed Radą Dwunastu Mędrców. – Po czym ze wzrokiem pełnym nadziei wskazał pobliski Pałac Mądrości.

– Sędziowie Komuny nie będą się zagłębiać w wasze sprawy – pospieszył z wyjaśnieniem prałat. – Zgrzeszyliście w sprawach duchowych, ojcze Facio di Malaspina.

Na dźwięk swego imienia mężczyzna w łańcuchach zachichotał, zdradzając fałszywą naturę, którą do tej chwili tak skrzętnie ukrywał.

– Skoro tak postanowiliście, Wasza Ekscelencjo, proszę przynajmniej o wysłuchanie mnie. Nie wiecie o pewnych rzeczach, przewielebny ojcze… Rzeczach przewyższających wasz święty urząd i znakomitości, które stoją nawet wyżej od niego…

– Cóż za zuchwalstwo! – Guido da Cappello nakazał władczym gestem garstce zbrojnych, aby zbliżyli się do szubienicy. – Katowskie obcęgi zaczną kosztować wasze ciało właśnie od hardego języka.

Słysząc taką groźbę, ojciec Facio runął na ziemię.

– Wstrzymajcie się! – błagał i uczepiwszy się jedynej możliwości, jaka mu pozostała, skierował wzrok ku markizom d’Este. – Przynajmniej wy, wielmożni panowie… Wy wiecie to, co ja! Wspominałem wam o tym wiele miesięcy temu, pamiętacie? Gdybym umarł tutaj teraz, cała moja wiedza poszłaby na marne…

– Na miłość boską – zawołał Guido – okażcie godność chociaż w tej nieuniknionej chwili!

– Proszę was, powstrzymajcie się, Ekscelencjo.

Biskup odwrócił się rozsierdzony i napotkał spojrzenie najstarszego z siedzących obok szlachciców.

Przedstawiciel rodu Estów zmarszczył czoło, tak jakby jego obojętność prysła pod wpływem niespodziewanego dylematu.

– Jedno słowo sam na sam z więźniem – zażądał tylko z tajemniczą miną.

– Ależ panie… – sprzeciwił się biskup.

– Nalegam.

Ku powszechnemu zdumieniu markiz poderwał się z miejsca i pochylił nad mężczyzną w łańcuchach. Wpatrywał się w jego oblicze nieskończenie długo, w końcu szepnął mu coś do ucha.

Potem nastąpiła krótka rozmowa, której towarzyszyły pomruki tłumu. Sam biskup nie potrafił się zresztą oprzeć ciekawości i wychylił się, nadstawiając ucha. Wszyscy zdołali wszakże wyłowić tylko ostatnie zdanie, jakie padło z ust ojca Facia:

– Ceną jest moje ocalenie.

Tylko jedna osoba znajdowała się dostatecznie blisko, by lepiej wszystko usłyszeć. Był to mężczyzna, który nie pochodził z Ferrary, dopiero co przekroczył jej mury, aby służyć w kurii jako zbrojny. I chociaż rozmowa zakonnika z markizem była nader krótka, wywarła na nim tak silne wrażenie, że na zawsze ją zapamiętał. Sposób, w jaki Faciowi di Malaspinie udało się uniknąć stryczka, po wsze czasy wrył mu się w pamięć. Wbrew woli biskupa i ku oburzeniu Stolicy Apostolskiej. Wbrew całemu ludowi zgromadzonemu pod ołowianym niebem tamtego marcowego poranka, pragnącemu ujrzeć, jak jego krew spływa po rynkowym bruku.

Aby to uczynić, wypowiedział ledwie dwa słowa. Wystarczyły dwa słowa.

Lapis exilii.

CZĘŚĆ PIERWSZA

DZIEDZICTWO KRWI

1

FERRARA, DZIELNICA GUSMARIA

25 KWIETNIA 1347 ROKU NOCĄ

Siedział w rogu izby przy jedynym stole. Ze spuszczonymi ramionami, z pochyloną głową, z brodą wspartą o blat. Z rozchylonych ust nienaturalnie wystawał mu język. Wyciągnięto go siłą i sztyletem przybito do deski.

Złorzecząc na własny los, Maynard de Rocheblanche podszedł do trupa, aby przyjrzeć mu się w blasku pochodni. Jego wzburzenie wywołał nie makabryczny widok, lecz żal, że zjawił się zbyt późno. Ledwie chwilę wcześniej zasiadający przy tym stole zakonnik skrywał przerażającą tajemnicę. Teraz nie mógł mu już nic wyjawić, poza tym, że dokonał żywota w mękach.

Rycerz przeżegnał się, muskając palcami krótką klingę, którą chował pod habitem. Jeżeli chciał zrozumieć, musiał zachować czujność.

Zrazu dostrzegł jedynie kałużę świeżej krwi spływającą ze stołu. Wszelako przyjrzawszy się dokładniej, zauważył wydrapane w drewnie słowa. Zapewne wycięto je tym samym sztyletem, którym posłużono się, by przebić język ofiary, jakby drwiąc z tego, kto już smażył się w piekle. Albo z tego, kto właśnie w tej chwili na nie spoglądał.

MONACHVS SVPERBVS

„Zwodnicze słowa” – pomyślał. Nie tyle z powodu wątpliwych cnót ugodzonego, ile z powodu przyczyny jego śmierci. W istocie bowiem trudno było uwierzyć w karę spowodowaną oburzeniem moralnym. Ofiarę zwabiono do gospody, a przed zabiciem poddano okrutnym torturom. Ktokolwiek to uczynił, pragnął coś uzyskać.

Niespodziewany odgłos kroków wzmógł jego czujność. Maynard przyświecił sobie pochodnią i wśród tańczących po ścianach cieni dostrzegł przyczajoną w progu postać.

– Kto idzie?! – zapytał.

Zamiast odpowiedzieć, tajemniczy podglądacz nagle znieruchomiał, a potem wziął nogi za pas.

Rocheblanche rzucił się w pościg niczym ogar w środku nocy. Po kilku susach wypadł na zewnątrz, w kłębowisko uliczek wijących się na północ. Przez chwilę żałował, że nie przybył tu konno, po paru krokach przekonał się jednak, że przez ferraryjski labirynt lepiej przedzierać się pieszo, mając na sobie czarny habit, dzięki któremu mógł pozostać niezauważony. Jak złodziej. Myśl ta wzbudziła w nim poczucie wstydu, uzmysławiając, że nie przywykł do zastawiania sideł. Przecież jest rycerzem z Reims, nauczonym, że wrogowi należy stawić czoło zgodnie z zasadami honoru. Właściwie był. Tamten człowiek już przestał istnieć. Wyzionął ducha na pikardyjskiej ziemi w bitwie pod Crécy. Albo może nawet jeszcze wcześniej, wtedy, gdy ujrzał swą siostrę, Eudeline, hańbioną przez ojca.

Tyle wystarczyło, by ogarnął go gniew, przywracając mu instynkt łowcy.

Zbieg był szybki, wkrótce mógł się rozpłynąć w plątaninie zaułków między kościołami Świętego Krzyża, Świętego Mikołaja i Wszystkich Świętych. Maynard próbował nie stracić go z oczu w nadziei, że da radę go złapać, zanim tamten zniknie w jakimś nieznanym zakamarku. Miasto było mu w dużej mierze obce. Zgubienie uciekiniera oznaczałoby, że nigdy go już nie odnajdzie. Przyspieszył więc kroku.

Nagle zniknął mu z oczu. Rocheblanche dopadł do miejsca, w którym zdawało mu się, że go ostatnio widział, i uniósł pochodnię, prosząc Boga, by przepędził chmury zasłaniające księżyc. Gdyby tylko nie było tak ciemno… Rozejrzał się dokoła, łapczywie chwytając powietrze. Oddychał głęboko i ciężko, pełen wątpliwości. Robił to jak człowiek zrezygnowany, zmęczony pościgiem po ślepych uliczkach. „Kimże ja się stałem?” – zastanawiał się, wbijając wzrok w otaczające go ciemności, jakby zaglądał w głąb własnej duszy. Po latach bitew i poświęceń życie jawiło się rycerzowi niczym talia tarota, która przeobraziła twarz każdej bliskiej mu osoby, z niego zaś uczyniła bezpańskiego psa, skazanego na pogoń za chimerami. Wyglądało na to, że na tej niedorzecznej drodze krzyżowej nie ocalało nic z wyjątkiem nienawiści do ojca i przeświadczenia, że świat nigdy nie będzie już taki jak dawniej. Nawet jeśli odprawi się pokutę i będzie żałować za grzechy.

Jedyną nadzieją było nadanie znaczenia własnym nieszczęściom, lecz nawet ów sen zaraz może się rozwiać, jeśli nie zdoła się w porę rozeznać…

Usiłował ustalić, jaki kierunek obrał zbieg, wszelako ciemności pozwoliły mu dostrzec jedynie oświetloną kilkoma pochodniami uliczkę, po której nikt się już teraz nie poruszał. Zupełnie niespodziewanie dostrzegł po prawej stronie przedsionek. Spróbował szczęścia i błyskawicznie się weń zagłębił.

Ujrzał uciekiniera, był dziesięć kroków przed nim. Mężczyzna nadal biegł, choć już z mniejszą werwą. Po raz pierwszy Maynardowi udało się zobaczyć jego wysoką i kościstą sylwetkę, przygarbioną z powodu wyczerpania. Coraz bardziej pewny, że ściga zabójcę zakonnika, dogonił go i chwycił za odzienie.

Nieznajomy runął na wznak, upadek wszakże wcale go nie ogłuszył. Przeturlał się na bok, zbliżył dłoń do pasa i dobył sztyletu. Rocheblanche odparował cios, po czym złapał go za kołnierz i przycisnął do ściany.

– Dlaczegoście go zabili? – wykrzyczał mu prosto w twarz.

– Nikogo nie zabiłem! – wysyczał mężczyzna, sapiąc i krzywiąc się z wściekłości.

Maynard przysunął pochodnię do jego lisiej twarzy i nagle zdał sobie sprawę, że go zna. Chociaż tylko z widzenia.

– Mimo to zbiegliście – odrzekł, wcale nie mając zamiaru go puścić.

– Nie daliście mi wyboru. – Obcy zazgrzytał zębami. – Kiedy wszedłem do gospody, zobaczyłem was nad trupem i pomyślałem…

– Łgarstwa! Widziałem was dzisiaj, jakeście rozprawiali z tym zakonnikiem i wyznaczyli mu spotkanie w tej samej karczmie, w której znalazłem go martwego. Słyszałem, jakeście go przekonywali, niemal zmusili… I oto jakimś dziwnym trafem pojawiacie się na miejscu zbrodni.

Przez twarz nieznajomego przemknął błysk zaciekawienia.

– Kim wy jesteście, że tak wiele o mnie wiecie?

– Nie o was mi chodzi – odparł niewzruszony Maynard – ale o tego nieszczęśnika, któregoście zarżnęli.

– Nie opowiadajcie bzdur, messer. – Wprawdzie mężczyzna nie był w stanie się wyswobodzić, zdobył się jednak na odwagę i posłał mu wyzywające spojrzenie. – Jak Bóg na niebie, nie ja uśmierciłem ojca Facia di Malaspinę.

Na dźwięk imienia człowieka, który wpędził go w tak poważne tarapaty, rycerza ogarnęła jeszcze większa ciekawość.

– A przecież czegoś od niego chcieliście… – odciął się. – Mówcie zatem, a na początek zdradźcie, kim jesteście.

– Kiedy się tego dowiecie, pożałujecie, żeście wtykali nos w nie swoje sprawy!

Groźba była oczywista. Wszelako Rocheblanche, który gardził w jednakowym stopniu tchórzami i pyszałkami, zbliżył płonącą pochodnię do policzka zuchwalca.

– Wasze imię, łotrze!

Mężczyzna spróbował się uwolnić, po czym wrzasnął z bólu.

– Superanzio Orsini… – warknął natychmiast, usiłując się odsunąć. – Widam biskupa.

Maynard nadal nie pozwalał mu się ruszyć i ani myślał oddalić płomień od jego twarzy.

– Czyżbyście zamierzali dać mi do zrozumienia, że wielebny Guido di Baisio ma własnych missi dominici, tak samo jak najemnych zbirów?

– Ja nie jestem najemnym zbirem! – Twarz Superanzia zastygła w masce udręki, skwiercząca skóra jęła wydzielać swąd spalenizny. – Kiedyście odkryli moją obecność, właśnie przyszedłem na spotkanie… – Jego głos stawał się coraz bardziej piskliwy, zamieniając się w odrażające kwilenie. – Dosyć, błagam was! Dosyć! – Nie mogąc dłużej znieść bólu, zmoczył się.

Rocheblanche ciągle trzymał go w żelaznym uścisku. Podczas gdy wściekłość przeradzała się w nim w bezlitosną rozkosz, patrzył, jak twarz ofiary upodabnia się coraz bardziej do oblicza znienawidzonego ojca. Wydało mu się, że słyszy płacz niewiasty, i nagle zapragnął nade wszystko zgładzić go, na zawsze zmieść z powierzchni ziemi.

– Co do biskupa… – zaskomlał messer Orsini, przywracając go do rzeczywistości. – Nie jestem tu… w jego imieniu.

Osłupiały rycerz gwałtownie odsunął pochodnię.

– Zatem w czyim?

– W niczyim. – Widam był zlany potem, poparzony policzek nabierał szpetnego wyglądu. Odetchnął głęboko, przezwyciężywszy szloch. – Tylko ja znam tajemnicę – wysapał. – Tamtego dnia pod szubienicą tylko ja usłyszałem…

Rocheblanche odgonił wspomnienie ojca i zmusił się do zachowania przytomności umysłu. Choć z trudem rozumiał szept Superanzia, w przeszłości zasięgał języka wystarczająco często, by pojąć znaczenie jego słów.

– Macie na myśli Lapis exilii?

Widam wybałuszył oczy.

– A więc wy także. Wiecie, co to takiego?

Rycerz pokręcił przecząco głową.

– Szukam dwóch relikwii związanych z owym tajemniczym przedmiotem. Dwóch bezcennych relikwii. Przed laty skradł je ojciec Facio. Czyżbyście coś o tym wiedzieli?

Messer Orsini miał zamiar zaprzeczyć, lecz na widok ponownie zbliżającego się płomienia zmienił zdanie.

– Facio di Malaspina coś mi wyjawił, owszem – wyznał. – Rzecz dotyczy kielicha i grota włóczni. Tak, przypominam sobie! Powiedział, że czytał o tym w pewnej księdze. Starej księdze.

– Jakiej księdze?

Superanzio powoli rozchylał wargi, jakby bał się wydać jakikolwiek dźwięk. Po czym nastąpiła trudna do wytłumaczenia raptowna zmiana. Zupełnie niespodzianie rozdziawił usta i wrzasnął przeraźliwie:

– Straaaaaże!

Zdumiony Maynard odwrócił się gwałtownie i dostrzegł w oddali jakieś dwie postacie.

– Straaaaaże! – Nikczemnik z twarzą skurczoną w grymasie przerażenia nie przestawał krzyczeć. – Wezwijcie zarządcę dzielnicy!

Rocheblanche spojrzał nań po raz ostatni, nadstawiając uszu na odgłos zbliżających się kroków. Bez wątpienia byli to robiący obchód strażnicy gminni. Jeszcze chwila, a będzie zmuszony stoczyć walkę. Tylko po co? Jedynie niepotrzebnie zdradzi, kim jest.

Po krótkim wahaniu rzucił pochodnię i skoczył w mrok, pozostawiwszy widama skulonego w błocie.

Wrzeszczącego jakby obdzierano go ze skóry.

2

Zastał Bastiena des Baux, swego kompana i mistrza fechtunku, w najpodlejszej karczmie na przedmieściu Świętego Leonarda, kilka kroków od hospicjum Miłosierdzia Bożego. Mężczyzna siedział nad dzbanem wina w towarzystwie kilku graczy w kości. Maynarda najbardziej zdumiało to, że wśród owej hołoty rozpoznał dwóch kanoników od Świętego Antoniego, klasztoru wznoszącego się po przeciwnej stronie ulicy.

– Co wy wyprawiacie, przyjacielu? – zapytał Rocheblanche, podchodząc do niego.

Bastien przygładził siwą czuprynę, próbując przybrać godną minę.

– Czyż to nie oczywiste? – zaśmiał się. – Właśnie tracę piękne sztuki srebra. – Widząc, jak rycerz mierzy wzrokiem zakonników, dobrodusznie otworzył ramiona. – Doskonale wiecie, Rocheblanche, że nie znoszę siedzieć przy stole, przy którym nikt nie mówi po francusku. Ci święci ludzie zaofiarowali się przyjść tu ze mną, aby być moimi tłumaczami i ochraniać mnie przed pokusami. – Podniósł dzban. – Karczmarzu, jeszcze jedną kwartę wina dla kanoników z Vienne!

Maynard nie był w nastroju do zabawy. Ciągle miał przed oczami martwego Facia di Malaspinę i szaleńczy śmiech widama.

– Chciałem zapytać, co tutaj robicie – powiedział twardo. – Szukałem was na zamku Tedalda i w Pałacu Signorii, sądziłem bowiem, że jesteście na uroczystościach ku czci Świętego Jerzego. Tymczasem…

Mistrz fechtunku wzruszył ramionami.

– Po wyścigach konnych uroczystości straciły swój powab – obwieścił, śledząc ostatni rzut kośćmi. – A tak po prawdzie zmęczył mnie widok tylu eminencji w jedwabiach i koronkach.

– Tymczasem wasz pan?

– Jego Łaskawość Humbert de Viennois oddalił się ku komnatom markiza d’Este, zostawiwszy swoją świtę na ulicy. Jak psy.

Maynard wychwycił w jego słowach gorycz, toteż postanowił okazać mu większą wyrozumiałość. Bastien utracił respekt dla wielkich kondotierów i każdego, kto powoływał się na idee sprawiedliwości, wysyłając na rzeź niezdających sobie z niczego sprawy żołnierzy. I, podobnie jak w przypadku Maynarda, pozbycie się złudzeń drogo go kosztowało.

– Muszę się z wami rozmówić – szepnął ukradkiem Rocheblanche.

To wystarczyło, by tamten spoważniał. Wskazawszy wolny stół, wokół którego było prawie pusto, rzucił na blat monetę, pożegnał się z kompanami i skinął na dawnego ucznia, aby poszedł za nim.

– Wyglądacie na wzburzonego – zauważył, ledwie zostali sami.

Rocheblanche skrzywił się lekko i odezwał dopiero wówczas, gdy usiedli naprzeciw siebie.

– Wiele dni temu wspominałem wam, że kogoś ścigam, pamiętacie?

Mężczyzna pogładził długą brodę, zatrzymując dłoń na głębokiej bliźnie biegnącej od lewej kości policzkowej.

– Jakiegoś tajemniczego zakonnika – odrzekł. – Mówiliście, że ukrywa się na dworze markiza Obizza III d’Este.

– Zowie się Facio di Malaspina.

– I cóż?

– A to, że zmarł dzisiejszej nocy.

Bastien des Baux zerknął nań podejrzliwie.

– Chcecie powiedzieć, żeście go… – urwał i przejechał palcem po szyi.

– Nie ja – odparł Maynard. – Ktoś mnie uprzedził.

– Wiecie, kto to był?

– Nie. – Nim rycerz zaczął opowiadać, odprawił gestem karczmarza, dając mu do zrozumienia, że nie potrzebuje jego usług. – W każdym razie na miejscu zbrodni nadziałem się na człowieka biskupa. Podążyłem za nim, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, i…

Mistrz fechtunku rąbnął pięścią w stół.

– Postradaliście zmysły? – zawołał, lecz natychmiast się opanował i ściszył głos. – Tylko nie mówcie, żeście napadli na urzędnika kurii. Nie tutaj, nie w mieście tak wiernym Awinionowi.

– Sądzicie, że miałem wybór? – bronił się Maynard, rozdrażniony tą uwagą.

Bastien jednak ani myślał się uciszyć.

– Jeśli szukacie rozgrzeszenia, musicie mi wyjawić całą intrygę. Zmęczyły mnie te wasze zagadki, Rocheblanche. Można wiedzieć, czego właściwie szukacie w Ferrarze?

Maynard milczał przez chwilę, rozważając, czy powinien wyjawić część tajemnicy, której został strażnikiem. Traktował Bastiena des Baux nie tylko jako człowieka godnego zaufania, ale także jako cennego sprzymierzeńca, i był całkowicie pewien, że nigdy by go nie zdradził. Wszelako nikt nie powinien wiedzieć, co kryje się w dalekim klasztorze w Mont-Fleur. Postanowił zatem, że nie wydobędzie wszystkiego na światło dzienne.

– Szukam dwóch świętych przedmiotów – wyznał szeptem – dwóch relikwii. Złożyłem przysięgę pewnemu opatowi, że przywiozę je z powrotem do klasztoru, z którego zostały skradzione.

– Przysięgi nie są dla ludzi honoru – westchnął mistrz fechtunku. – Skłaniają ich bowiem do szalonych postępków. – Trzymał swe wielkie dłonie zaciśnięte na stole, mając nader przygnębioną minę. W jego oczach czaiła się wszakże iskierka zapału, być może pozostałość po nigdy niezaspokojonym pragnieniu bohaterskich czynów. – Odkryliście przynajmniej, gdzie znajdują się owe przedmioty? – zapytał znienacka.

– To wiedział tylko ojciec Facio. Teraz muszę szukać innych sposobów, zasięgnąć języka.

– Pozostając w tym mieście?

Maynard przytaknął.

– Przecież widam widział waszą twarz – zauważył Bastien, teraz już wyraźnie zaniepokojony. – Rozpoznał was?

– Wątpię.

– Tak czy inaczej, może was szukać. Znieważyliście go?

Tym razem westchnął Rocheblanche.

– Bardziej, niż było trzeba.

– Musicie więc znaleźć dobrą kryjówkę. Nie zapominajcie, że w tych murach nosicie szaty pospolitego pielgrzyma. W dodatku fałszywego zakonnika. Gdyby straże się o tym dowiedziały…

– Właśnie dlatego do was przyszedłem. Miałem nadzieję, że w imię naszej przyjaźni…

Słysząc te słowa, Bastien des Baux popatrzył nań niemal z rozbawieniem.

– Dumny Maynard de Rocheblanche proszący o pomoc? To doprawdy coś nowego! – wykrzyknął, napawając się jego zakłopotaniem. – Zmieniliście się, przyjacielu, chociaż jeszcze nie jestem pewien, czy na lepsze. Tak czy inaczej, musicie mocno pragnąć rozwikłać swoje zagadki, skoro zniżyliście się aż do tego.

Mistrz fechtunku czekał na odpowiedź, która jednak nie padła. Po chwili przerwał więc milczenie i rzekł poufnym tonem:

– Podjęliście słuszną decyzję, zwracając się do mnie, wierzcie mi, albowiem tak się akurat składa, że mam rozwiązanie waszych kłopotów.

Superanzio Orsini umoczył gałgan w wywarze ze ślazu, wpatrując się we własne odbicie w zwierciadle. W blasku świecy metalowa powierzchnia ukazała mu obraz wykrzywionej wściekłością twarzy, zniekształconej z powodu poparzonego policzka. Uzmysłowił sobie, że został oszpecony na zawsze i że za każdym razem, gdy będzie się przyglądał swojemu obliczu, wspomni mężczyznę, który wyłonił się z mroku. Nieznajomego, który poniżył go ponad wszelką miarę, potraktowawszy jak nędznego obdartusa.

„Już on mi za to zapłaci” – przyrzekł sobie. „Tak czy inaczej, odnajdę go, a wtedy pożałuje po tysiąckroć swojego zuchwalstwa”.

Doskwierało mu nie tylko pragnienie zemsty. Dręczyła go także ciekawość, kim jest ten człowiek i jak bardzo się uwikłał w poszukiwania Lapis exilii. Kiedy tamten wypowiedział owe słowa, niemal go zmroziło. Do tej pory jedynie Facio di Malaspina zdawał się o nim wiedzieć. Superanzio doskonale pamiętał, jak zakonnik uniknął stryczka, wspomniawszy o owej zadziwiającej tajemnicy. Tajemnicy, która urzekła Estów, chociaż pozostawała ukryta przed ich wzrokiem, podobnie jak przed wzrokiem całego chrześcijańskiego świata.

Przycisnął gałgan do policzka, ciesząc się chwilową ulgą.

Nie wiedział, jakie korzyści mogło mu przynieść odnalezienie takiego skarbu, wystarczyłoby wszakże, gdyby uwolnił się spod tyranii kurii. Zmęczyło go przestrzeganie zasad przyzwoitości i wstrzemięźliwości. Znużyło przybieranie skromnej i służalczej postawy wobec każdego przedstawiciela duchowieństwa i udawanie, że nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by mu się przypodobać. Postawa ta była dobra w młodości, by wydobyć się z biedy. Wszelako teraz stał się jedną z najbardziej wpływowych osobistości Ferrary. Możliwość panoszenia się wreszcie do woli, spełniania każdego pragnienia, zdołałaby mu wynagrodzić każde poświęcenie. Nie mógł tego jednak czynić, nie skupiając na sobie ukradkowych spojrzeń inkwizycji. Święta Matka Kościół źle znosiła, gdy dzieci oddalały się od jej łona, a w czasach takich jak obecne nie zawahałaby się przed ogołoceniem go z wszelkich dóbr, zarzucając sprzyjanie gibelinom. Chyba że zaofiarowałby w zamian coś nieprawdopodobnie cennego.

Teraz, gdy ojciec Facio smażył się w piekle, Superanzio potrzebował pomocy.

– Musisz go znaleźć i do mnie przyprowadzić – rzekł znienacka.

– Jak sobie życzycie, Wasza Wielmożność – odparł jakiś głos za jego plecami.

Mężczyzna ów zwał się Petricciolo i był gwardzistą widama; zasięgał języka wszędzie tam, gdzie zwykły paź nie byłby w stanie szpiegować.

– Tylko nie spuszczaj z łańcucha swoich rzezimieszków. – Orsini zdjął okład z policzka z grymasem bólu. – Nasz zając mógłby się przestraszyć.

– Nie drgnie ani źdźbło trawy. – Zbir wyłonił się z półmroku, pokazując prostackie rysy, których szpetoty dopełniała zajęcza warga. – Ale będziecie musieli podsunąć mi jakiś ślad, Wasza Wielmożność. Zapamiętaliście jakiś szczegół wyglądu łotra, który na was napadł?

„Nic” – miał ochotę odpowiedzieć Superanzio. Z tamtego spotkania zapamiętał jedynie intensywny blask płomienia i potworne skwierczenie. To wystarczyło, by znów oblał się szkarłatem, jednocześnie czując pragnienie wyładowania gniewu.

– Nosił się jak mnich, lecz nim nie był – oznajmił, rzucając do miednicy gałgan. – Zachowywał się jak zbrojny, nie jak prosty żołnierz. I jakoś dziwnie się wysławiał. – Zastygł, odtwarzając w pamięci tembr głosu napastnika. – Mówił…

– Jak, mój panie? – dopytywał się gwardzista.

Orsini odwrócił się z przebiegłym uśmieszkiem.

– Jak Francuz.

– To przydatna wiadomość. Niewielu Francuzów mieszka w tych murach.

Na te słowa widam rozciągnął wargi w bezlitosnym, szyderczym uśmiechu, zaraz tego wszakże pożałował.

– Petricciolo, zaczekaj – dodał, przytykając dłoń do obolałego policzka. – Zanim odejdziesz, przynieś mi opium.

3

Bastien pochylił się nad stołem z chełpliwą miną i oparł na nim łokcie.

– Właśnie dziś rano, Rocheblanche, otrzymałem nader osobliwą propozycję. Złożył mi ją sam markiz Obizzo III, usłyszawszy, kim jestem i skąd pochodzę. – Zaczekał, aż kompan przytaknie jego słowom, po czym mówił dalej: – Z pewnością wiecie, że Jego Wielmożność jest jedynym ocalałym synem dostojnego Aldobrandina II d’Este, i chociaż rządzi Ferrarą za zgodą papieża, lęka się o własne potomstwo. Pragnie przygotować najstarszego syna do przejęcia po nim schedy, tylko że preceptorzy i magistrowie nie wystarczą do tego. Potrzeba mu dobrego mistrza fechtunku.

– Nie mógł wybrać lepszego człowieka – pochwalił go Maynard. – Gdybyśmy jednak powrócili do naszej rozmowy…

– Odrzuciłem propozycję – przerwał mu Bastien. – Jestem za stary na takie rzeczy. Po klęsce krucjaty i śmierci mojej słodkiej Marie pragnę spędzić resztę życia wyłącznie na pławieniu się w smutkach. Są niczym wspomnienia chwały, wiecie? Z czasem łagodnieją, dopóki nie nauczymy się ich kochać.

– Nie chciałbym się okazać niegrzeczny – zniecierpliwił się rycerz – ale może jednak powróćmy do mojej prośby…

– Mógłbym polecić was na swoje miejsce, pojmujecie? – rzekł w końcu Bastien, wyjawiając własne zamiary. – Macie wystarczające doświadczenie, by przekazać synowi markiza to wszystko, czego was nauczyłem, a może nawet więcej. Wiem, ile jesteście warci.

Rocheblanche oniemiał. Wydarzenia ostatniej, straszliwej nocy tak bardzo dały mu się we znaki, że nie był w stanie wyrazić należnej wdzięczności.

– Dysponując tyloma zbrojnymi – mruknął zamiast podziękowań – niby dlaczego Obizzo miałby wybrać obcego człowieka?

– Skromność wam nie przystoi – upomniał go Bastien des Baux, jakby odpowiadał na obelgę.

– Jego Wielmożność będzie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że choćby przeszukał każdą posiadłość od Alp po Morze Sykulskie, nigdy nie znajdzie chevalier godniejszego tego miana od was. Jesteście francuskim paladynem, żołnierzem Jego Królewskiej Mości Filipa! W waszych żyłach płynie krew Franków, którzy przed rokiem tysięcznym dotarli na grzbietach swoich rumaków aż do brzegów Renu i opanowali sztukę walki konnej. Jak wam się wydaje, co ci italscy kramarze wiedzą o świętości ordo equestris? Czego mogliby was nauczyć o sposobie władania kopią, mieczem i tarczą w siodle na pędzącym wierzchowcu?

Nawet tak żarliwe słowa nie zdołały się jednak przebić przez miłość własną Maynarda. Hańba ojca, cierpienie Eudeline i klęska pod Crécy przyćmiły jego dumę, którą odczuwał jako rycerz.

– Jestem tu po to, by prosić was o schronienie – skwitował tylko – a wy dajecie mi sposobność, żebym znalazł się na widoku.

– Ukryjecie się tam, gdzie nikt nie będzie was szukał – upierał się Bastien. – A może zamierzacie zaprzeczyć, że nie dostrzega się tego, co najbardziej oczywiste?

Rycerz skrzywił się zjadliwie.

– Jeżeli tak jest, zawsze płaci się za to wysoką cenę.

– Waszą ceną będzie powrót do cingulum2.

Rocheblanche wpatrywał się w twarz kompana i dostrzegł w niej tak ogromną determinację, że wreszcie ustąpił. Nie w taki sposób zamierzał prowadzić poszukiwania, wszelako zdał sobie sprawę, że nie ma wyboru. Plan Bastiena des Baux umożliwiał mu dostanie się na dwór i zasięgnięcie języka w kwestii ojca Facia bez zbytniego narażania się. Ponadto nie wzbudzałby podejrzeń. „Niegdyś ufałem temu człowiekowi” – pomyślał, przyglądając się swojemu mistrzowi fechtunku.

– Cingulum, powiadacie? – Uśmiechnął się, pokazując postrzępione rękawy. – W tej chwili mam jedynie ten stary habit.

– Przypuszczam, że posiadacie wystarczająco dużo pieniędzy, by zwrócić się do kupca bławatnego – odparł tym samym tonem Bastien. – Widziałem kilku znakomitych na wschodnim rogu rynku, przy samym Pałacu Signorii.

– Wasz pomysł ma swoje zalety, przyznaję – ciągnął Maynard, chociaż jego głos zdradzał lekkie wątpliwości. – Tylko że brak mi doświadczenia z rozpuszczonymi smarkaczami.

Mistrz fechtunku zbył go machnięciem ręki.

– Najwyraźniej z młodym malarzem, który wam towarzyszył aż tutaj, dobrze się dogadywaliście.

– Z Gualtierem! – Imię to przeszyło głowę Rocheblanche’a niczym błyskawica pogodne niebo, pozostawiając lęk i wyrzuty sumienia. – Niech mi Bóg wybaczy, niemal o nim zapomniałem! – Zerwał się na równe nogi i pożegnał w pośpiechu.

– Zaczekajcie, przyjacielu. – Bastien go zatrzymał. – Nie możecie odejść w ten sposób.

– Nie pojmujecie. – Maynard wyswobodził się z jego rąk, rozmyślając o niesprawiedliwościach, jakie w bardzo krótkim czasie dotknęły rodzinę tego dzielnego młodzieńca. – Właśnie dzisiaj powieszono jego ojca, rozumiecie? Muszę go odnaleźć!

– To nie wasza sprawa.

– Właśnie że tak. To również moja wina, że Gualtiero przeżywa piekło na ziemi.

Bastien des Baux skrzywił się z rezygnacją.

– Idźcie więc, nie traćcie czasu – odprawił go. – Co do mojej propozycji…

Rocheblanche, który zmierzał już do wyjścia, skinął głową.

– Chciałbym to przemyśleć, jeśli pozwolicie.

– Ani mi się śni! – parsknął Bastien. – Już jutro przekażę wiadomość markizowi. Jeśli się zgodzi, lepiej, żebyście stawili się przed nim w nowych szatach.

4

FERRARA, ŁĄKA SZUBIENIC

Na pewien czas, który wydawał się wiecznością, pogrążył się w czarnym, dręczącym zapomnieniu, dopóki nie otrząsnął się pełen obaw. Nie przypominał sobie, by stracił przytomność w aż tak ciemnym miejscu, jak to teraz, poczuł jednak wdzięczność, że jest noc. Nieprzenikniony mrok sprawiał, że brzemię wspomnień stało się lżejsze, tak jakby to wszystko, co się wydarzyło, było jedynie snem. Leżał skulony na ziemi niczym istota, która dopiero co przyszła na świat, zanim zaś ocknął się z odrętwienia, wsłuchiwał się w szelest wiatru w trawie, napawając się pragnieniem, by zatracić się w tym dźwięku. Na zawsze. Wszelako zmysły mu się w końcu wyostrzyły, wyłowił więc plusk rzeki, zapach błota i stopniowo także czyjąś obecność wokół siebie. Dostrzegł to w blasku światełek, które zrazu wziął za gwiazdy, zdał sobie jednak sprawę, że to pochodnie na murach miasta, za wałami.

Niewielu ludzi zostało na łące. Poza żołnierzami kilku krewnych nadal opłakiwało swych bliskich, łkając cicho, gdy tymczasem bracia z Congregatio mortis wznosili modły do Boga, który ukrywał się gdzieś daleko, zbyt daleko, by móc je usłyszeć.

Chłopiec przykląkł i wbił wzrok w wiszących na szubienicach. Był w stanie ich dostrzec w ciemnościach wyłącznie dlatego, że kołysali się na sznurach, ale to wystarczyło, by poczuł w sercu ukłucie bólu, które przerodziło się w przeciągły krzyk rozpaczy.

Pośród owych ciał znajdował się jego ojciec. Zginął w poniżeniu i niesprawiedliwości, wypowiedziawszy jakieś nieskładne słowa.

Nagle czyjaś dłoń musnęła go po karku, wyrywając na chwilę z boleści. Niemal ze zdziwieniem poddał się dotykowi tej ręki, szukając pociechy w pochylonej nad nim twarzy dziewczyny. Nie wiedział, co skłoniło ją, by podążać za nim aż do tego miejsca śmierci, niemniej jednak był jej za to ogromnie wdzięczny. Stanowiła ostatnią deskę ratunku, jedyny dla niego punkt oparcia, niepozwalający mu na pogrążenie się w otchłani. Otworzył usta, chcąc jej o tym powiedzieć, wydobyły się z nich jednak tylko urywane dźwięki.

Isabeau przytuliła go i położyła jego głowę na swym łonie. Było w niej coś dzikiego, jakaś wymykająca się natura, co podkreślały dodatkowo różnobarwne tęczówki, które mogłyby budzić niepokój, gdyby nie jej anielska buzia.

Gualtiero zanurzył się w jej zapachu, cieple. Wreszcie czuł się bezpieczny, chroniony od wszelkiego zła, i tkwił tak, dopóki nie nabrał sił, by wstać. Nie chciał zmierzyć się z tą chwilą osłabiony. W ciągu następnych lat odczuwałby wstyd, że schował się w niewieściej spódnicy. Wyswobodził się więc z uścisku i podszedł do ciała ojca.

Mrok nie wydawał się już aż tak gęsty. Pozwolił mu dojrzeć wykrzywioną maskę, w której trudno byłoby rozpoznać oblicze upartego rzemieślnika, harującego całe życie, żeby zostać mistrzem malarskim. Dusza Sigismonda de’ Bruniego nie mieszkała już w tej kukle o bezwstydnym wyglądzie. Uleciała, zanim kruki i robaki zdążyły zrobić sobie ucztę z jego ciała.

Gualtiero niemal doznał ulgi. Teraz jego ojciec był wolny, szybował pod postacią ulotnego tchnienia, o którym rozprawiali filozofowie i teologowie. Chłopiec uczynił znak krzyża i poprosił Matkę Boską, by wstawiła się za tą niespokojną, choć sprawiedliwą duszą, tak aby po zważeniu przez archanioła Michała okazała się godna raju. Następnie zwrócił się do ojca, odrywając wzrok od wiszących na sznurze zwłok. Nie było to łatwe. Kula w gardle stłamsiła rozsądek, pozostawiając miejsce jedynie dla gniewu, strachu i żądzy zemsty.

Młodzieniec zdołał nad sobą zapanować w imię miłości do tego szorstkiego człowieka, z którym dzielił więcej kłótni niż chwil spokoju. To on określił jego życie, okiełznał jego pasje, pozwalając mu pielęgnować ambicję zostania wielkim malarzem. „I pewnego dnia nim będę” – poprzysiągł ojcu. Wszelako zrodziło się w nim tysiąckroć silniejsze pragnienie. „Ale najpierw pomóż mi odnaleźć matkę” – zaszlochał. „Spraw, żeby przynajmniej ona ocalała, żeby do mnie wróciła”.

Przezwyciężywszy onieśmielenie, przysunął się bliżej i dotknął dłonią stopy ojca w ostatnim geście pożegnania.

Gdy się odwrócił, zobaczył, że obok Isabeau stoi mężczyzna w czarnym habicie, który nie był w stanie ukryć jego szerokich ramion ani dumnej postawy.

Gualtiero otarł twarz i skinął na powitanie.

Maynard spuścił głowę, by okazać smutek. Najwidoczniej coś innego nie dawało mu wszakże spokoju i wkrótce dał temu wyraz.

– Przyszedłem was stąd zabrać. – Zerknął z wyrzutem na dziewczynę. – Oboje.

– Nie opuszczę miasta. – Mimo bólu żałoby Gualtiero wypowiedział to z determinacją, która zbiła z tropu Maynarda. – Jestem wam wdzięczny za wszystko, lecz nie pozwolę, byście po raz kolejny decydowali o moim życiu.

Rycerz przyglądał się, jak kroczy po drewnianym moście prowadzącym do miasta, i mimo woli ogarnął go podziw. O ile do tej pory uważał tego młodzieńca za grzecznego marzyciela, teraz z lubością dostrzegał, że jest w nim potężniejsza siła ducha, niż sobie wyobrażał. Niestety, siła niewspółmierna do doświadczenia. Czyniło go to łatwym łupem dla istot drapieżnych, a zgryzoty i niesprawiedliwość świata mogłyby go zniszczyć, jednak pod przewodnictwem przyzwoitego mentora mógłby stać się człowiekiem nadzwyczajnych zalet.

– Wrócicie do opactwa w Pomposie – rozkazał pod wpływem tych rozważań. – Pod opiekę opata Andrei.

Gualtiero pokręcił głową.

– Zostanę tu, w Ferrarze. Żeby poszukać matki.

– Waszej matki już nie ma za tymi murami, doskonale to wiecie. – Maynard podążył za nim i Isabeau pod łuk bramy miejskiej, śledząc ospałe ruchy straży. – Zabrano ją do Awinionu. I jak Bóg na niebie, nie macie ani możliwości, ani odpowiednich środków, żeby ją odnaleźć.

Młodzieniec spiorunował go wzrokiem.

– Sądzicie, że urodziłem się wczoraj?

– Owszem, sądzę – odparł rycerz, nie bacząc na to, że go rani. – Nie znacie świata ani jego pułapek. Nie przeżylibyście nawet tygodnia, gdybyście udali się w podróż do papieskiego miasta.

Zamiast odpowiedzieć chłopiec pogardliwie machnął ręką. Pomimo złości i żalu zatrzymał się jednak, żeby się zastanowić.

– Może i macie rację, ale szybko się uczę. Przystosuję się i stawię czoło wszelkim przeciwnościom losu, byleby tylko ją odnaleźć.

– Uczynicie to, owszem, we właściwym czasie.

– Teraz jest właściwy czas! Jeśli będę dłużej zwlekał, będzie za późno.

– Pomyślcie rozsądnie, przyjacielu. Gdyby chcieli ją uśmiercić, nie wywieźliby jej tak daleko. Powinniście sobie uzmysłowić, że wasza matka jest niewiastą, która skrywa wiele tajemnic. Będziecie musieli je poznać, zanim przystąpicie do działania.

Maynard przemawiał ostrożnie, łagodnym głosem, lecz tylko rozsierdził Gualtiera.

– Sam zdecyduję, co robić – wybuchnął młodzieniec.

– A właśnie że nie. Będziecie mi posłuszni – odparł z naciskiem Francuz. – Wrócicie do opactwa w Pomposie, dopóki się nie dowiem…

– Nie możecie mi rozkazywać!

– Jesteście tego pewni? – Co rzekłszy, rycerz dał znak Isabeau, by się nie wtrącała, i stanął przed chłopcem, zagradzając mu drogę. Znajdowali się już w murach, na usianej pochodniami ulicy, wijącej się między kościołem Świętego Jana a klasztorem serwitów.

Gualtiero, nie lękając się, postanowił stawić mu opór.

– Odsuńcie się, messer.

Rocheblanche przyjrzał się jego wściekłej twarzy i choć wiedział, że przemawia przez niego ból, tkwił bez ruchu z założonymi rękami.

– Przekonajcie mnie, bym to zrobił – odparł wyzywająco. – Pokażcie, że jesteście mężczyzną.

Nie zdążył dokończyć zdania, albowiem młodzieniec rzucił się nań rozpalony skrywanym w sercu żalem. Maynard zareagował z chłodem. Przeniósłszy ciężar ciała na prawą stopę, zadał mu cios pięścią w splot słoneczny, po którym tamten runął na brzuch.

– Właśnie tak zamierzacie stawić czoło przeciwnościom losu? – skarcił go. – Właśnie tak zamierzacie ocalić matkę?

Roztrzęsiony Gualtiero zakasłał, kuląc się w błocie. Po czym z wrzaskiem rozpaczy podźwignął się na kolana i ponownie ruszył do ataku. Rocheblanche tylko się odsunął, chwycił go za pas i po raz kolejny rzucił o ziemię.

– Nie podnoście się, synku – ostrzegł. – I dobrze zapamiętajcie sobie tę nauczkę. – Gdy jednak się nad nim pochylił, tamten wyskoczył do przodu i chwycił go wpół.

Nim rycerz zdołał odepchnąć chłopca, spostrzegł, że ma twarz zalaną łzami, pozwolił więc, by ścisnął go z całej siły.

– No dalej, przyjacielu – zachęcił. – Dalej, wyrzućcie to z siebie!

Gualtiero wtulił głowę w jego pierś, tłumiąc krzyk.

Czując, jak udręka chłopca przelewa się także na niego, Maynard zdał sobie sprawę, że już nie walczą, że połączył ich przyjacielski uścisk.

– Pozwólcie, żebym wam pomógł – szepnął, jakby uspokajał konia. – Pozwólcie, bym wam wytłumaczył, jak ją ocalić i jak ocalić siebie samego.

Łkanie, które usłyszał w odpowiedzi, pozwoliło mu mieć nadzieję, że burza ucichła.

5

Nazajutrz rano Rocheblanche odstawił dwoje przyjaciół do dzielnicy Miłosierdzia Bożego – przedmieścia na południu, oddzielonego od reszty miasta Padem. Bywa także nazywana Ferrariolą na pamiątkę longobardzkiego castrum, od którego na północ od rzeki rozwinęło się miasto.

Gdy pokonywali mury i most na barkach, stojące już wysoko słońce złociło kościół Świętego Jerzego za murami i plac targowy, zapraszając sporą gromadę ludzi na ścieżki między kramami i wozami kupców. Głośna wrzawa nie zdołała wszakże rozwiać strasznych obrazów z minionej nocy. Z kłębowiska bezładnych myśli rycerza wyłaniały się obrazy to zabójstwa ojca Facia, to nieszczęścia, które dotknęło rodzinę Gualtiera.

Maynard żałował, że okazał chłopcu surowość, chociaż wiedział, że zrobił to dla jego dobra. Doskonale znał gwałtowne uczucia, zwłaszcza te zatruwające serce jadem. Sam padł ich ofiarą, co zmusiło go do życia w gniewie, który nigdy nie słabł, tak jakby ojciec nadal, dzień po dniu, zadawał gwałt Eudeline.

Spojrzał na syna mistrza malarskiego, a gdy zobaczył wielkie przygnębienie na twarzy młodzieńca, udzielił mu się jego smutek. Jeszcze kilka lat wcześniej nawet by nie podejrzewał, że ma tak wrażliwą duszę. Pragnął chwały i krwi, goniąc za snem, w którym zostaje się bohaterem na wzór śmiałków z poematów rycerskich. Trzeba było wielu upokorzeń i cierpień, aby pojął błahość owych mrzonek. Chwała jest tylko złudzeniem, a krew piętnem Kaina odciśniętym na polach bitew. Pozostało powołanie do servitium. Dopiero to mogło nadać znaczenie przysiędze, którą złożył w dniu inwestytury. Służba na rzecz prawych i uciśnionych.

Gdy tak kluczył wśród kramów i koszy handlarzy ryb, nie potrafił się też uwolnić od pewnej natrętnej myśli. Była to mało istotna kwestia, drażniła go jednak tak bardzo, że nie mógł się doczekać, kiedy ją rozwiąże. Nim to wszakże uczyni, musi dojść do miejsca załadunku i rozładunku towarów na skraju przedmieścia, tam gdzie płaskodenne statki przyjmowały również na pokład podróżnych zmierzających w kierunku wybrzeża. Z pewnością niektóre z nich przybiją do brzegu w Portus Abbatis w Pomposie, umożliwiając Gualtierowi i Isabeau dotarcie do celu. Ledwie je wypatrzył, powrócił do nękającej go kwestii, którą na chwilę odsunął od siebie. Dotyczyła dziewczyny. Korzystając z nadarzającej się sposobności, znalazł odpowiedni wybieg, by rozmówić się z nią w cztery oczy.

– Trzymajcie, Gualtiero. – Wręczył chłopcu kilka monet, wskazując górującą nad przedmieściem dzwonnicę kościoła Świętego Jerzego. – Na modlitwę za duszę waszego ojca.

Otrząsnąwszy się z żalu, młodzieniec wziął pieniądze i skinął mu z wdzięcznością. Odszedł, zostawiając go z wychowanicą.

Wówczas Rocheblanche nie zdołał się już powstrzymać, by jej nie wyłajać.

Mury kościoła skrywały resztki jego dawnej świetności. Gualtiero prawie nie zwrócił na nie uwagi. Przechodząc przez portal, dostrzegł tkaniny i święte ozdoby, które cieszyły się niegdyś intensywnością purpury i blasku złota. Teraz pozbawione tego przepychu ściany pokrywał już tylko kurz i pajęczyny, co za sprawą noszonej w sercu żałoby wydało mu się jeszcze smutniejsze. Mimo woli jego wprawne oko przebiegło po wyblakłym fresku przedstawiającym żywot błogosławionego Jerzego. Świętego z Kapadocji nie ukazano na koniu, lecz przywiązanego do koła zębatego, na mękach. Jego poza osoby cierpiącej, jakże odmienna od tej, w jakiej zwykle go malowano, poruszyła chłopca tak mocno, że powrócił myślami do sprawy, dla której znalazł się w tym przybytku.

Podszedł do szkatuły na ofiary, wrzucił do niej otrzymane od Maynarda monety i odmówił modlitwę. Dziwnie się czuł, zachowując się w ten sposób w miejscu, które zazwyczaj kojarzył z pracą. Pierwsze swoje kroki w życiu postawił właśnie w kościele, na oczach ojca zajętego ozdabianiem arkady. Od tamtej pory ciągle przemierzał z nim ziemie od Apeninów do morza, zatrzymując się w bazylikach i kościołach, gdzie stopniowo uczył się zawodu. Aż przyszedł czas, że zachwycił kunsztem do tego stopnia, by nie tylko pomagać ojcu, gdyż wręcz przewyższał go swoimi umiejętnościami. I nie co innego jak właśnie ten jego ogromny talent odsunął ich od siebie, siejąc w sercach pychę i zawiść. Teraz jednak Gualtiero nie nosił już w duszy tego rodzaju uczuć. I był pewien, że również Sigismondo, gdziekolwiek by się znajdował, nie chowa już doń urazy. Więcej, ufał, że spogląda nań z życzliwością, chroniąc go bardziej niż kiedykolwiek za życia. Młodzieniec jasno to widział. Nie umiał sobie inaczej wytłumaczyć siły ducha, z jaką przyglądał się całemu przebiegowi uśmiercania ludzi przez powieszenie, ani determinacji, która teraz pchała go, by szukał matki.

Uznał, że nie powinien opierać się dłużej Rocheblanche’owi. Pojmował jego racje i czuł się zaszczycony okazywaną mu przezeń przyjaźnią. Nie będzie wszakże czekał na jego pozwolenie. Chociaż nie znał powodu, dla którego matkę pojmano i wywieziono w największej tajemnicy do Awinionu, wiedział, że nie zostawi jej na łasce nikczemników.

Musi się zastanowić, jak działać – co do tego zgadzał się z rycerzem – wszelako postanowił, że gdy tylko zdobędzie dość pieniędzy, wyruszy w podróż. Wiedział już, do kogo się zwrócić.

Mając wrażenie, że otoczenie wokół niego uległo zmianie, powrócił do odmawiania Requiem. Wydało mu się, że półkolista ściana apsydy, ściany i sklepienie kolebkowe drżą, przybierając postać okalających go olbrzymich skrzydeł. Spuścił powieki i znalazł się w wyciszonym świecie, w którym ból przybiera jaskrawe, niemal oślepiające barwy, po raz pierwszy jednak chłopiec zdołał go powitać, nie popadając w rozpacz.

Requiem aeternam dona eis, Domine…

Pijąc z tego kielicha goryczy, po raz pierwszy pojął, co znaczy wejść do kościoła w poszukiwaniu pocieszenia u Boga.

– Zostawiłem was w Pomposie pod opieką zakonników. Dlaczegoście podążyli za chłopcem?

Isabeau spuściła głowę, pogrążając się w milczeniu, które rozsierdziło Maynarda.

– Czy on was o to poprosił? – dopytywał się mężczyzna.

Odpowiedziała mu przeczącym ruchem głową.

Pokusa, by ją spoliczkować, wywołała mrowienie w dłoniach. Powstrzymał się, zniesmaczony myślą, że mógłby uderzyć dziewczynkę. W dodatku uzmysłowił sobie, że nie ma najmniejszego prawa, by to uczynić. Zanim się spotkali na Drodze Lombardzkiej, Isabeau żyła wolna, bez zasad i pęt, które ograniczałyby ją w dokonywanych wyborach. Co w połączeniu z porzuceniem przez matkę uczyniło ją nieprzystępną i nieufną, sprawiając, że dojrzała szybciej, niżby wskazywał na to jej wiek.

– Tak czy inaczej – rzekł Maynard najbardziej władczym tonem, na jaki potrafił się zdobyć – żądam, byście więcej tego nie robili. Przysiągłem się wami zaopiekować i…

– Okłamaliście mnie.

Wpatrzył się w twarde rysy dziewczyny.

– Co macie na myśli? – zapytał, jakby to on dostawał właśnie burę.

– Porzuciliście mnie w opactwie – odparła oskarżycielsko. – Bałam się, że już nie wrócicie.

Rocheblanche odwrócił wzrok.

– Moja droga, pamiętacie, co wam powiedziałem o misji, którą muszę wypełnić?

Dziewczyna zmierzyła go swymi dziwnymi oczami – jednym zielonym, drugim niebieskim.

– Powiedzieliście tylko, że kiedy doprowadzicie ją do końca…

– Owszem, tak właśnie powiedziałem – uspokoił ją i pogładził po twarzy. – Powiedziałem, że wrócę do Francji i zabiorę was ze sobą. Obiecałem, Isabeau, a prawy rycerz zawsze dotrzymuje danego słowa. Aby móc to uczynić, będę musiał zostać jeszcze w tym mieście i zakończyć swoją misję.

– Wobec tego pozwólcie mi wam pomóc.

– Pomożecie mi, przebywając w bezpiecznym miejscu. W opactwie Pomposy, razem z Gualtierem. – Zaczekał, aż dziewczyna przytaknie, po czym nieznacznie się uśmiechnął. Chciał wbić jej do głowy jeszcze jedną rzecz. – I pamiętajcie – przykazał – w oczach fratrów nadal musicie pozostać moją siostrą. – Zrezygnował z wyjaśnienia motywu, aby jej nie zranić. Opat Andrea zgodził się sprawować nad nią pieczę tylko dlatego, że uważał ją za szlachciankę z urodzenia, potomkinię Rocheblanche’ów. Maynard nie potrafił odgadnąć, jak zareagowałby wielebny ojciec, gdyby wiedział, że jest sierotą po zmarłym aktorze wędrownym. – Po powrocie opowiecie zakonnikom z Pomposy, żeście uciekli, aby mnie odnaleźć. Nic więcej.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– To oznacza, że nie odwieziecie mnie na Insula Pomposiæ?

– Nie mogę, już mówiłem. Czekają na mnie pilne sprawy. – Dostrzegłszy zacumowaną przy brzegu długą barkę, uzmysłowił sobie, że to ta właściwa. – Teraz bądźcie grzeczni – rzekł do dziewczyny – idźcie po Gualtiera, a ja ugadam się z tymi marynarzami słodkich wód.

6

OPACTWO W POMPOSIE, PALATIUM ABBATIS

26 KWIETNIA

Siedzący w półmroku pracowni opat Andrea wpatrywał się w pieczęć listu, który właśnie otrzymał, zastanawiając się, dlaczego biskup Ferrary zwlekał tak długo z napisaniem do niego. Delikatna kwestia, jak przypuszczał. Nie można było inaczej wyjaśnić zachowania markiza Obizza, który w przeciwieństwie do biskupa Guida nie raczył odpowiedzieć na jego pytania.

W dodatku uzasadnione pytania. Zdumiewała go zajadłość owych wielmożnych w stosunku do dwojga osób z ludu. Nie przestawał o tym myśleć, odkąd widam wkroczył do Pomposy i rozkazał pojmać rodzicieli Gualtiera de’ Bruniego. Jak na razie wiedział tylko tyle, że to Sapia, żona mistrza malarskiego, wywołała taką reakcję Superanzia Orsiniego i żołnierzy markiza. Jedynym przewinieniem, jakim splamił się Sigismondo, było to, że stanął w jej obronie, i zapłacił za to wysoką cenę.

On natomiast przyglądał się temu bezsilnie.

„A gdyby zbrojni podnieśli rękę na jednego z moich zakonników?” – zadał sobie pytanie. „Czy też bym im na to pozwolił?”

Przebiegł wzrokiem po półkach z książkami zajmujących pracownię, po czym wrócił do listu leżącego na pulpicie. Był zniesmaczony. Sigismondo i Sapia od tygodni gniją w więzieniu, tymczasem jemu udało się uzyskać jedynie ów nędzny pergamin! Jak śmie przeklinać Guida di Baisio i Obizza d’Este, skoro sam postąpił tak niecnie?

Po prawdzie to czuł się zagubiony, niezdolny odróżnić tego, co słuszne, od tego, co nikczemne. By nie stracić zdrowego rozsądku, odwołał się do nauk Seweryna z Padwy, swego starego nauczyciela, który przygotowywał go do zakonnego życia. W każdej sferze stworzenia istnieją hierarchie, tłumaczył mu niegdyś. Hierarchie zaś, których chce Bóg, a które ustanawiają porządek pomiędzy stanami społecznymi, podobnie jak pomiędzy ciałami niebieskimi, wymagają pozornie niesprawiedliwych poświęceń, by owy porządek mógł być zachowany.

Ojciec Andrea dostrzegał w owych słowach przerażającą, ale niepodważalną logikę. Logikę, którą na równi z każdym człowiekiem władzy akceptował i której przestrzegał.

Wszelako dla Gualtiera de’ Bruniego uczynił wyjątek.

Wyrwał go ze szponów Orsiniego i przyjął do skryptorium w Pomposie, aby zrobić z niego miniaturzystę.

Wyrzucał sobie te postępki podyktowane przyzwoitością, chociaż widział w nich dobro. Geniusz tego młodzieńca pozwoli mu na odwrócenie losu całego opactwa, nie mówiąc o tym, że sam Gualtiero wzniesie się ponad status zwykłego rzemieślnika. Chwilowo Andrea nie czuł się na siłach wyjawić, co dla niego przewidział. Pozwolił mu pomknąć do Ferrary, aby zasięgnął języka w sprawie rodziców, z przeświadczeniem, że dzięki tej wyprawie ujrzy świat taki, jaki jest: namacalny i brutalny. Tylko wtedy zrozumie, że Pomposa to jedyne miejsce, gdzie może się spełnić.

Pokrzepiony na duchu powrócił do listu. Wiedziony ciekawością, by poznać los Sigismonda i Sapii, otworzył szufladę pulpitu i wyjął rysik, który posłużył mu do zerwania woskowej pieczęci.

To, co przeczytał, zaparło mu dech w piersiach.

„Nie może być” – pomyślał, zatrzymując wzrok na straszliwym słowie widniejącym w tekście.

Hæresis.

– Nie może być – powtórzył na głos. Nie potrafił uwierzyć, że rodzina de’ Brunich składała się z heretyków. Przecież byli to ludzie prości, nader oddani Matce Boskiej i Świętemu Franciszkowi… Poczciwy Sigismondo zwierzył mu się nawet, że wprawił się w swym rzemiośle, ozdabiając kościoły i święte przybytki… Jak więc mógł być heretykiem?

Biskup Ferrary wyraził się jednoznacznie. „Heretycy” – napisał, nie wspominając o katarach, lollardach, Braciach Apostolskich, członkach Bractwa Wolnego Ducha… Zamiast wskazać diabelską doktrynę, którą wyznawała rodzina de’ Brunich, przesyłał zawoalowane ostrzeżenie, by nie zgłębiać tej kwestii. Nie zadawajcie więcej pytań, zdawał się czytać między wierszami opat.

Ojciec Andrea miewał już do czynienia z podobnymi ostrzeżeniami i bez trudu rozpoznał w napuszonej łacinie Guida di Baisio ukrytą groźbę.

Z rozpalonym umysłem zwinął list i odrzucił go od siebie. Co ma teraz powiedzieć temu wspaniałemu chłopcu? Z pewnością nie może go okłamać ani zabronić poszukiwania prawdy. Z tym że na własną odpowiedzialność…

Przemknęło mu przez myśl, że może jego przyjaciel Maynard zdoła coś odkryć, po czym skarcił się za łatwowierność. Rocheblanche przybył z Francji, by wypełnić zupełnie inną misję, ponadto nie orientował się w otoczeniu biskupa ani markiza wystarczająco dobrze, by móc przejrzeć tak zagmatwaną intrygę.

Opat jednak nie zamierzał rezygnować. Sprawienie zawodu Gualtierowi oznaczałoby utracenie go, a jemu samemu wcale nie przypadła do gustu myśl, że miałby znosić nadużycia władzy wielebnego Guida. Tylko jeśli się nad tym zastanowić, co innego mu pozostało? Przygniatały go klasztorne długi, nie wspominając już o wierze…

Nagle przestrzeń pracowni wydała mu się zbyt ciasna. Rozejrzał się dokoła, dysząc niczym rumak pragnący uciec, zostawić wszystko za sobą. Intrygi, plany, odpowiedzialność… Złorzecząc na swój los, opuścił skryptorium i przekroczył próg.

Gdy wyszedł za portyk palatium, oślepiło go słońce padające wprost na dziedziniec. Szedł przed siebie ze wzrokiem wbitym w ziemię, nie pozdrawiając zakonników ani sług mijanych po drodze. Ogarnęły go tak silna złość, wyrzuty sumienia i żal, że poczuł się, jakby unosił się w jakimś czarnym wirze.

W takim stanie ducha stanął przed opactwem.

Przywiodła go tu nie potrzeba modlitwy ani wezwanie do mistycznego skupienia. Z tego zrezygnował już przed wielu laty. On pragnął otworzyć się przed Ojcem. Nie znał innego sposobu porozumiewania się z nim. Po utracie wiary gniew był jedynym kompanem zdolnym uchronić go przed rozpaczą. I właśnie w takich chwilach jak ta gniew przeradzał się w pragnienie tak przenikliwego krzyku, by zadrżeli aniołowie.

Nie istniało odpowiedniejsze miejsce, gdzie mógłby wyrazić swe wzburzenie, niż nawa główna, przed starym pulpitem i ołtarzem, wśród nadgryzionych zębem czasu fresków. Żadne inne miejsce nie byłoby w stanie lepiej go ukoić, albowiem było ono łonem, gdzie dojrzewały jego marzenia, które opuścił dla świata szaleńców.

Wpatrywał się w budowlę z uniesionymi ku niebu pięściami, podczas gdy widniejące na fasadzie rzeźby – symbole Lwa, Pawia i Drzewa – nakładały się na jego kłębiące się myśli. Po raz nie wiadomo który poczuł, że zakpił z niego jakiś ulotny byt, zbyt doskonały, by się nim zajmować.

Już miał przekroczyć próg i nakazać modlącym się mnichom, by zostawili go w spokoju, gdy ujrzał Matkę Boską namalowaną nad portalem.

Panią na tronie w otoczeniu aniołów, błogosławioną w swej matczynej i niewieściej boleści.

Poczuł, że serce przestaje mu bić.

Zupełnie jakby nigdy wcześniej jej nie widział. Skrzyżował ramiona na piersi, przekonany, że nań spojrzała. Przypomniał sobie, że doznał czegoś podobnego jako dziecko przed malowidłem przedstawiającym Chrystusa, chociaż wówczas ogarnęła go nieskończona słodycz. Teraz wszakże Matka Boska go upominała. Całe opactwo zdawało się to czynić, górując nad nim groźnie niczym jakaś drgająca olbrzymia istota.

Poczuł, że jest malutki, że jest najgłupszym i najnędzniejszym człowiekiem na ziemi.

Wtedy usłyszał skomlenie.

Porzuciwszy swą wizję, wsłuchał się w ów podobny do skargi dźwięk, który wzbudził w nim wielką litość. Skierował się ku niemu jak lunatyk, nadal owładnięty myślami o spojrzeniu Matki Boskiej. Dotarł do płotu na skraju dziedzińca. Gdy już miał się pochylić, jego uwagę zwrócił chrzęst gałęzi. Wówczas rozchylił liście, ciekaw, jakie stworzenie tak mocno cierpi.

Ujrzał skulonego w trawie psa.

Był tak brudny, że nie dało się określić barwy jego sierści. Podłużny pysk i długie lapy pozwoliły wszakże Andrei rozpoznać w nim przedstawiciela szlachetnej rasy chartów. Zwierzę nie przejawiało drapieżnej natury. Przycupnęło, sapiąc u kresu sił. Przyjrzawszy się dokładniej, opat stwierdził, że ma ranną łapę.

Spróbował jej dotknąć, lecz pies obnażył kły.

– Dominus!

Wielebny ojciec odwrócił się raptownie i zobaczył jednego ze sług opactwa. Zwał się Bonus i był jeszcze niemal chłopcem.

– Trzymajcie się z daleka, dominus – ostrzegł po raz drugi, podnosząc z ziemi kamień. – Bo was pokąsa.

– Jest tylko przestraszony. – Ojciec Andrea wstał i dał mu znak, by się nie kłopotał, po czym przypomniał sobie, że chłopiec należy do służby pracującej wewnątrz klasztoru. – Co ty tu robisz?

– Ojciec furtian przysłał mnie po was – odparł Bonus. – Polecił mi was zawiadomić, że przed chwilą powróciły dwie osoby.

– O kogo chodzi?

– O francuską dziewczynkę i mint… minia…

– Miniaturzystę – dokończył opat. „Zatem Gualtiero zawitał z powrotem!” Myśl ta sprawiła, że sam już nie wiedział, czy powinien być szczęśliwy, czy się lękać. Co on mu powie? Z pewnością nie może zataić przed nim treści listu od biskupa… Jednocześnie nie mógł się doczekać wieści z Ferrary. „Gdybym tylko miał więcej czasu na zastanowienie!” – zrzędził w myślach, kierując się niechętnie ku klasztorowi.

Zanim odszedł, przypomniał sobie o psie. Pokazał Bonusowi ranną łapę.

– Daj temu biednemu stworzeniu wody – rozkazał – i wezwij brata infirmera, aby się nim zajął.

7

Gualtierowi nakazano, by wraz z Isabeau zaczekał koło gołębnika. Gdyby mógł wybierać, schowałby się w wielkim wozie, należącym do jego rodziny. Dostrzegł go, gdy spojrzał za arkadę, przez którą widać było klasztorny dziedziniec, na skraju dróżki, którą dotarł do Pomposy. „Zaledwie miesiąc temu siedziałem w tym wozie, malując portret matki” – uzmysłowił sobie. To wystarczyło, by pod falą tych wspomnień oczy zaszły mu łzami. Jego świat zmienił się tak bardzo, że nie potrafił się w nim rozeznać. A ostatnią, najbardziej wstrząsającą wiadomość obwieścił mu sam Sigismondo tuż przed tym, nim wyzionął ducha.

Nie jestem twoim ojcem.

Słowa te przebiły mu serce niczym sztylet.

Zrazu przemknęło mu przez głowę, że wypowiedział je w obłędzie, dumając o śmierci. Boleść na twarzy Sigismonda skłoniła go jednak do przypuszczenia, że jest inaczej.

Zastanawiał się nad tym, płynąc do opactwa, kołysany prądem rzeki. Nie potrafił przywołać żadnego wspomnienia, które rozwiałoby jego wątpliwości. W jego życiu istnieli wyłącznie Sigismondo i Sapia. Był pewien, że się kochali i że pomimo skromnych warunków wiedli szczęśliwy żywot. Gdyby jeszcze przed kilkoma dniami ktoś mu powiedział, że łącząca ich więź opierała się na kłamstwie, zareagowałby oburzeniem. Teraz natomiast wydawało mu się, że wszystko spowija mrok tajemnicy. Pojmanie matki. Śmierć ojca. Jego własne narodziny.

Kluczem była Sapia.

Uznał to za oczywiste, gdy tylko odzyskał jasność umysłu. Wszystko zdawało się z nią wiązać. Wszystko brało początek od niej. Im mocniej się upewniał w tej kwestii, tym bardziej był rozdarty między tym, co mówił mu rozum, a tym, co nakazywało uczucie. Myśl, że matka go oszukała, wytrącała chłopca z równowagi. Jego dłonie instynktownie znajdowały schronienie w dłoniach Isabeau. Jej twarz złagodniała i dziewczyna go objęła.

Pod wpływem tego gestu Gualtiero przypomniał sobie, że płakał w jej objęciach, i po raz kolejny wyczuł jej przepojony tajemnicą zapach. Isabeau także skrywała zagadki. Przybyła z północy wraz z Maynardem, lecz ani słowem nie wspomniała o swej przeszłości. Pewne było jedynie to, że z trudem udawało jej się uchodzić za pannę z wysokiego rodu. Miała porywczy, niemal gwałtowny charakter, który nie bardzo licował z zachowaniem wymaganym od córek szlachciców czy bogatych kupców. Niemniej właśnie to go do niej przekonało, sprawiając, że jej zaufał, i dziękował Panu, iż ma ją przy sobie.

Nagle wyswobodził się z jej uścisku. Oto bowiem z jednego z budynków przylegających do klasztoru wyłonił się ojciec Andrea.

Zakonnik zbliżył się z rękami splecionymi na brzuchu, zwykle bardzo dostojny, teraz wszakże niespodziewanie zasapany. Skinąwszy na powitanie, spojrzał pytająco na Isabeau.

– Wybaczcie, że się oddaliłam – rzekła dziewczyna, ledwie znalazła się z nim twarzą w twarz. – Chciałam odwiedzić mego szlachetnego brata.

– Uciekając z klasztoru? – odparł z wyrzutem opat. – Gdybym wiedział, kazałbym słudze was eskortować.

Isabeau wzruszyła ramionami.

– Towarzyszył mi messer Gualtiero.

Wielebnemu ojcu odpowiedź najwyraźniej nie przypadła do gustu. Z westchnieniem skupił uwagę na młodzieńcu.

– Synku – sposępniał – wszystko widać w twoich oczach.

– Mój ojciec nie żyje – Gualtiero odezwał się nadmiernie twardym głosem, lecz ból, który w sobie nosił, nie pozwolił mu przemówić inaczej. – Ale nie o tym chciałem z wami porozmawiać.

Andrea okazał najpierw zdziwienie, następnie głęboki smutek. Niezwykle powoli uczynił na sercu znak krzyża.

– Pozwólcie okazać mi swą żałobę.

– Nie o tym – odparował młodzieniec, walcząc z palącym go w piersi bólem. – Lecz o pomocy, której potrzebuję, by odnaleźć matkę.

Opat wraz z chłopcem odwrócili się plecami do krużganka i ruszyli ścieżką wiodącą na południe, aby swobodnie porozmawiać. Gualtiero wolałby mieć przy sobie Isabeau, ale zakonnik sprzeciwił się temu i polecił pachołkowi odprowadzić ją do kwatery.

– W bezpieczne miejsce – podkreślił ze zdawkowym uśmiechem.

Był ciepły dzień, który za sprawą wilgotnego powietrza stawał się parny. Szli obaj w milczeniu pod koronami wiązów, jesionów i topoli, aż dotarli do tafli zielonawej wody, nad którą unosiła się silna woń torfu. Gualtiero nigdy dotąd na ziemiach opactwa nie zapuścił się tak daleko. Wpatrywał się w najeżony trzcinami krajobraz, zachodząc w głowę, dlaczego mnich chciał mu go pokazać.

– To, co spotkało waszego ojca, jest niesłychane – oznajmił Andrea, przerywając ciszę.

– Messer Maynard niczego się nie dowiedział – odrzekł młodzieniec w odpowiedzi na niewyrażone głośno pytanie. – Ja zaś… mogłem tylko być obecny przy egzekucji. Bezsilnie się przyglądać.

– Czy w pobliżu szubienicy zauważyliście ludzi Kościoła?

– Ludzi Kościoła? – Gualtiero spojrzał nań oszołomiony.

– Dominikanów, franciszkanów, inkwizytorów… – wyjaśnił opat, czyniąc niedbały gest ręką.

– Byli wyłącznie fratrzy z Congregatio mortis.

– Jesteście pewni?

– Tak, ojcze.

Andrea dumał przez chwilę, tylko kiwając głową.

– Odprawię mszę w intencji Sigismonda – dodał ze współczuciem. – Żeby spoczywał w pokoju.

Młodzieniec wyczuł, że opat coś przed nim ukrywa.

– Jestem wam wdzięczny – rzekł. – Wszelako, jak już wspominałem, chcę was prosić o coś innego. Moja matka nie przebywa już w murach Ferrary. Maynard de Rocheblanche słusznie sądzi, że wywieziono ją do Awinionu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Opactwo stu zbrodni Opactwo stu grzechów Labirynt na końcu świata Zaginiona biblioteka alchemika Handlarz ksiąg przeklętych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona