Eremita

Eremita

Autorzy: Thomas Rydahl

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 520

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 19.79 zł

Nagrodzony Szklanym Kluczem za najlepszy skandynawski kryminał 2015 roku i nagrodą za najlepszy debiut.

Erhardt, bohater książki, od osiemnastu lat prowadzi życie eremity na Fuerteventurze, wyspie położonej na Oceanie Atlantyckim. Zarabia na życie jako taksówkarz i stroiciel fortepianów. Jednak idylliczna wyspa ma też swoją ciemną stronę. Pewnego dnia na tylnym siedzeniu samochodu zostaje znalezione pudełko z martwym niemowlęciem. Rozpoczyna się śledztwo, które sprawi, że Erhardt powróci do życia.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Luisa

1

2

3

Mały palec

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

Dziwka

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

Ciało

32

33

34

35

36

37

38

39

Mieszkanie

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

Frachtowiec

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

Kłamca

63

64

65

66

67

68

Lucifia

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

Lily

79

Wyrazy wdzięczności

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

EREMITTEN

Redakcja: Grażyna Mastalerz

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Zdjęcie na okładce: Pixabay

Korekta: Anna Jędrzejczyk

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

EREMITTEN © 2014 by Thomas Rydahl & Forlaget Bindslev

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Frątczak-Nowotny, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-657-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Luisa

31 grudnia

1

W sylwestra, będąc pod wpływem potrójnej lumumby, Erhard postanawia znaleźć sobie nową ukochaną. Nowa nie jest może właściwym określeniem. Nie musi być ani nowa, ani ładna, ani miła, ani zabawna. Tylko ciepła. Z tych, co to potrafią zająć się domem. Czasem będą nucić coś pod nosem, a czasem zaklną, jeśli akurat tak się zdarzy, że on rozleje kakao. Czego oczekuje? Niezbyt wiele. Bo też co on może zaoferować kobiecie? Niezbyt wiele. A z czasem będzie tylko gorzej. Za kilka lat będzie musiała opróżniać nocnik, golić go i zdejmować mu buty po całym dniu spędzonym w samochodzie, o ile on jeszcze będzie w stanie prowadzić. Za kilka lat.

Skalne zbocze kilka metrów od domu rozpłynęło się w mroku. Ciemność jest całkowita. Jeśli dostatecznie długo będzie siedział bez ruchu, zobaczy rozgwieżdżone niebo. A jeśli zostanie jeszcze dłużej, dojrzy cienki welon spadającej gwiazdy, która z czasem staje się coraz większa. Cisza narasta, jeśli można tak powiedzieć. Narasta jak dźwięki nicości, które zagłuszają ciepło dnia, nadal pojękujące w kamieniach, i nieustające C-dur wiatru, i uderzenia fal o brzeg, i krew, która w nim płynie. Cisza, która sprawia, że ma ochotę rozpocząć nowy rok od płaczu. Cisza, tak przekonująca i nasycona, że zlewa się w jedno z nocą i jego otwartymi oczami, które wydają się zamknięte. Dlatego tak lubi tu mieszkać. Tu, gdzie nikt nigdy nie przychodzi. Poza nim. I jeszcze Laurelem i Hardym. Teraz przychodzą też gwiazdy, nigdy tu nie były, ale teraz dotarły i tutaj. Najpierw widzi wszystkie kropki, a potem gwiazdozbiory i Pas Oriona, i galaktykę, która przypomina staromodną dziurkowaną kartkę z informacją o Wielkim Wybuchu.

Od ostatniego razu minęło siedemnaście lat i dziewięć miesięcy.

Nadal czuje zapach perfum Beatriz, zostały w materiale jego koszuli, w miejscu, gdzie dotknęła go, kiedy się żegnali. Zaproponowała, żeby z nimi został. W jego uszach zabrzmiało to mało przekonująco. Mam inne plany, odpowiedział kwaśno, tak jak tylko starszy pan potrafi. Postaraj się, spróbowała ponownie, bardziej przymilnie. Nie, dziękuję, za wysokie progi jak dla mnie. Co było prawdą. Beatriz nic nie odpowiedziała, natomiast Raúl powiedział: Jesteś jednym z lepszych ludzi, jakich znam. I na tym się skończyło, więc kiedy zaczęli wyjmować kieliszki do szampana, pocałował Beatriz, życzył jej szczęśliwego Nowego Roku i ruszył w dół ulicą. Raúl poszedł z nim. Buen viaje, powiedział Erhard, kiedy znaleźli się w świętującym na ulicy tłumie. Handlarz torebkami, Silón, stojący po drugiej stronie ulicy, życzył im obu szczęśliwego Nowego Roku, pewnie przede wszystkim Raúlowi, którego wszyscy znają, i Erhard zszedł do samochodu, czując ukłucie, które zawsze czuł w ten szczególny dzień. Kolejny rok, który mijał jak wszystkie poprzednie, kolejny rok oczekiwania.

Zdrowie, przyjacielu. To dobry koniak. Pali całą drogę w dół. Noc jest ciepła. Ciało ma rozgrzane. Może dlatego, że myśli o Beatriz, o jej ciemnym miejscu, dokładnie tam, gdzie piersi się dzielą i znikają w bluzce, dokładnie tam, skąd pochodzi zapach. Niech to szlag. Próbuje o niej nie myśleć. Nie będzie tracić na nią czasu.

Córka fryzjerki. To o niej powinien myśleć. Ma w sobie coś.

Nigdy się z nią nie spotkał. Widział ją tylko raz, i to z pewnej odległości. Ale często widuje jej zdjęcie w salonie fryzjerskim. Myśli o niej. Myśli o zwykłych zdarzeniach. Zwykłe sceny, jak wchodzi do salonu fryzjerskiego, uruchamiając dzwonek. Wyobraża sobie, że siedzi naprzeciwko niego przy stole, kiedy je. Albo stoi w kuchni, jego kuchni, i gotuje na kuchence, leci para, coś bulgocze. W rzeczywistości jest zdecydowanie za młoda, i zajęta rzeczami, o których on nie ma pojęcia. Nie jest w jego typie. Skąd on może wiedzieć, co imponuje młodej kobiecie? Na pewno nie przepada za gotowaniem. Pewnie woli siedzieć i rozmawiać przez telefon z przyjaciółmi, jak wszyscy młodzi. Jada jedynie nudle z papierowego pudełka, nie odrywając wzroku od komputera. Na zdjęciu w salonie jest nastolatką: chodząca niewinność z burzą loków i w okularach w dużych męskich oprawkach. Nie jest specjalnie ładna, ale trudno o niej zapomnieć. Teraz ma co najmniej trzydzieści dwa lata i – według matki, której on oczywiście nie wierzy – jest miła i mądra. Kiedy raz zobaczył ją na ulicy, rozpoznał jej jasne kręcone włosy. Przechodziła przez jezdnię, szła wyprostowana, z torebką przewieszoną przez ramię, jak prawdziwa kobieta, zaczęła biec, kiedy zobaczyła szybko zbliżający się samochód. Nie jest elegancka, wręcz nieco niezdarna. Nie potrafi powiedzieć, dlaczego tak dużo o niej myśli, może to wyspa daje mu się we znaki. Zawodzenie wiatru. Nuta samotności, która bez przerwy się odzywa.

To wina Petry. Jej chorobliwie wysokiego głosu, którym pacyfikuje klientów w fotelu fryzjerskim, wykluczając jakiekolwiek rozmowy, argumenty czy przemyślenia, które nasuwają się człowiekowi, kiedy siedzi i przegląda pisma czy czyta artykuł o miejscowej drużynie piłkarskiej. Petra ma w sobie pewną twardość, dla niej miłość jest czymś, co trzeba z innych wycisnąć. I bez przerwy mówi o córce. Drapiąc go po głowie długimi paznokciami, opowiada, że przeprowadziła się do nowego mieszkania, że kupiła skuter, że ma nowego klienta, że rzuciła narzeczonego, że ona, nie córka, chciałaby mieć wnuki, i tak dalej. A kilka miesięcy temu powiedziała wprost: Gdyby moja córka znalazła kogoś takiego jak ty. Tak właśnie powiedziała, patrząc na niego w lustrze. A potem dodała: Nie jest taka jak większość dziewcząt, ale ty też nie jesteś taki jak większość. Potem śmiali się z tego oboje. Głównie ona.

Erharda przeraziła ta propozycja. Jak mogła ot tak sobie to powiedzieć? Zamachać mu przed nosem swoją córką. Czy chciała, żeby ją gdzieś zaprosił? Czy nie zauważyła, że nie ma jednego palca? I co z różnicą wieku, czy w ogóle nie myślała o takich rzeczach? Między nimi jest co najmniej trzydzieści lat różnicy, on jest w wieku jej matki, może nawet starszy. Ale symetria przemawia do niego. Pokolenia sięgające w przeszłość, wyciągające na powierzchnię kolejne rysunki Eschera, rysunki dłoni rysownika rysującej samą siebie. Pięć palców u jednej ręki i pięć u drugiej. 5+5.

Gdyby moja córka znalazła kogoś takiego jak ty, tak powiedziała. Kogoś takiego jak on.

Nie jego, tylko kogoś takiego jak on.

Co to miało znaczyć? Czy chciała powiedzieć, że takich jak on jest tu wielu? Jego kopii, takich, co to od pokoleń zajmują się tymi samymi rzeczami, nie zbaczają z drogi, nie zadają pytań, ktoś taki jak on, jak powiew wiatru albo pierdnięcie, dzisiaj jest tu, jutro już gdzie indziej, zostaje jedynie wspomnienie i smród.

Z miasta dochodzą odgłosy sztucznych ogni.

Może powinien to zrobić teraz? Zaprosić ją gdzieś. Właśnie teraz? Tak, miałby to z głowy. Wie, że przemawia przez niego lumumba. Wie też, że odwagi starczy mu na najwyżej dwie godziny, potem znów rzeczywistość da o sobie znać. Jest kwadrans po dziesiątej, może ona jest gdzieś na kolacji, gdzieś, gdzie jest mnóstwo młodych mężczyzn, którzy wiedzą mnóstwo rzeczy o komputerach. A jeśli siedzi w domu, tak jak on – i ogląda te okropne programy w telewizji, które pokazują co roku. Jej matka mówiła mu wiele razy, gdzie mieszka. W jednym z tych nowych budynków na Calle Palangre. Nad sklepem z dziecięcymi ubrankami. Nic złego się nie stanie, jeśli zajrzy i sprawdzi, czy jest w domu. Może uda mu się zobaczyć, czy w mieszkaniu pali się światło, czy może widać łunę żarzącego się w mroku telewizora.

Opiera się o ścianę domu, znajduje na sznurze parę sztywnych spodni, wkłada je, trafia stopami do nogawek. Gdzieś w ciemnościach biegają kozy.

2

Wraca do miasta ścieżką Alejandra.

Nie powinien tego robić, nie powinien jechać tą ścieżką. W ten sposób niszczy samochód, już dwa razy musiał naprawiać ośki, za każdym razem Anphil, mechanik, ostrzegał go. Chyba nie jeździsz Drogą Północną? Albo ścieżką Alejandra? Twój samochód tego nie zniesie. Kup sobie montero albo któryś z nowych modeli merca, one zniosą wszystko. Ale on nie chce montero, a na nowego mercedesa go nie stać, a nawet gdyby było go stać, toby go nie chciał, chce nadal jeździć swoim starym mercedesem z Maroka, z żółtymi fotelami i kiepskim przyspieszeniem. A mimo to decyduje się jechać ścieżką. Mija stary dom Olivii, do którego wprowadzili się surferzy, na dachu leżą deski, w ciemności widać ich flagę, parę jasnoróżowych majtek zatkniętych na końcu długiego patyka sterczącego nad domem. Mieszka w nim dwóch facetów i ich przyjaciele. Kiedy rano przejeżdża obok, widzi, jak czasem siedzą przed domem, palą fajki i machają do niego, umierając ze śmiechu. Są pokrzywieni jak zatrute kozy i gdyby przyszło mu do głowy zatrzymać się, nie byliby w stanie podnieść się ze swoich nadmuchiwanych mebli. Teraz w domu nie ma nikogo, światło jest zgaszone, pewnie wyszli, na plażę albo do miasta.

Erhard dociera do zakrętu przy nabrzeżu. To niesamowity zakręt. Szczególnie kiedy ma się organizm wypełniony lumumbą po jabłko Adama, a palce wzmocnione tanim koniakiem. Na drodze pełno dziur i drobnych kamieni. Cała karoseria się trzęsie. Kiedy wskazówka szybkościomierza zbliża się do siedemdziesiątki, samochód wypada ze ścieżki. Erhard czuje łaskotanie i nie może przestać się śmiać. Puszcza wiatry, nie ma w tym nic zabawnego, robi to mimowolnie, już od kilku lat tak ma. Jak tylko lekko napnie mięśnie brzucha, zaraz w jego jelitach pojawia się bańka powietrza. Sprawia mu to ból, ale przynosi ulgę. Ścieżka schodzi w dół, przed nim ostatnia pętelka. W światłach wozu spostrzega kozę, stoi na środku ścieżki. Skręca, omija ją, po chwili widzi ją w tylnym lusterku, przypomina Hardy’ego, ale to na pewno nie on, jest za daleko od domu. Koza znika w ciemności.

Jest tak zajęty, że zauważa nadjeżdżający samochód dopiero kiedy ten mija go na zdecydowanie za wąskiej ścieżce. Dochodzi go ostry dźwięk. Buuum. Metaliczny cień wzdłuż samochodu. Boczne lusterko leżące płasko na szybie.

– Przeklęty amator! – krzyczy po duńsku. Sam się sobie dziwi, ale przecież przekleństw się nie zapomina. Jedzie dalej, znów wchodzi w zakręt, samochodu już nie widać, czerwone tylne światła zniknęły w mroku nocy. Nie ma sensu zatrzymywać się i oglądać szkody. Opuszcza szybę, poprawia lusterko. Szkło popękało, osiem delikatnych, cienkich jak włos pęknięć idących w dół.

Czarne montero. Na pewno tego hulaki, Billa Haji, który mieszka kawałek stąd, przy drodze, w przypominającej rancho willi, i słynie z tego, że jeździ z dużą prędkością po ścieżce Alejandra, jakby go palił tyłek. Erhard powinien mieć serce w gardle, ale jego serce jest tam, gdzie jego miejsce, znieczulone lumumbą i zestresowane perspektywą spotkania z córką fryzjerki.

Jedzie ścieżką do Corralejo. Z asfaltu paruje ciepło. W niewielkich samochodach podróżują młodzi ludzie, trąbią i śpiewają. Jedzie powoli aleją do portu, zatrzymuje się na Calle Palangre. Porzuca samochód w przypadkowym miejscu.

Zamierza odwiedzić córkę fryzjerki. Zapuka do drzwi. Czerwieni się na myśl o spojrzeniu, jakie mu pośle, kiedy zobaczy go w drzwiach. Dobry wieczór i szczęśliwego Nowego Roku, powie. Widział ją. Widziałem cię na zdjęciu, u twojej matki. A jeśli się okaże, że ma na sobie letnią sukienkę, na takich wąskich ramiączkach, które cały czas opadają. Nieważne, że nosi okulary. Nie jest wybredny.

Kiedy dociera do sklepu z dziecięcymi rzeczami, podnosi głowę, patrzy w górę w okna mieszkań, wszędzie jest ciemno. Wszystkie trzy piętra budynku toną w ciemności. Pewnie siedzi i ogląda telewizję, mając nadzieję, że ktoś do niej zajrzy. Musi się napić. Czegoś cholernie mocnego. Wlać coś do gardła, żeby uruchomić aparat mowy. Co mu da to, że będzie stał i gapił się jak jakiś cholerny extranjero. Rusza ulicą, dochodzi do Via Ropia, kieruje się w stronę Centro Atlantico. Tam zawsze coś się dzieje, ale głównie są tam turyści, ludzie, których nie zna. Wchodzi do Flicka, podchodzi do baru. Zamawia rusty nail, stawia kolejkę dwóm facetom w kącie. Nie przywykli do miejskiego życia, dwóch hodowców oliwek w poszukiwaniu kobiet, stoją obok siebie, zrozpaczeni, jak myszy za palmą, niemal niewidoczni.

3

Zostało mu osiemnaście minut. W telewizorze na tylnej ścianie baru widać Times Square, pokaz fajerwerków z portu w Sydney, długie wskazówki Big Bena, które spotykają się na XII. Barman woła: Jesteście gotowi na Nowy Rok? Jego słowa brzmią tak prosto, tak obiecująco. Jakby można było zostawić za sobą to, co stare, biorąc tylko to, co nowe. Nowe. Nic mu to nie mówi. Nowe – to nie dla niego. Nie potrzebuje nowego. Nie chce nowego. Chce tylko, żeby to, co stare, zachowywało się przyzwoicie. Siedemnaście minut. Wciąż jeszcze może zadzwonić do drzwi i życzyć jej szczęśliwego Nowego Roku. Może jest w negliżu, czy jak to się nazywa, może popija białe wino i ogląda stare odcinki 7 Vidas, które wszyscy kochają. Ma mokre włosy, właśnie wzięła chłodną kąpiel.

Strumień ludzi, wszyscy chcą wyjść na ulicę. Zostaje niemal zepchnięty z krzesła. Płaci banknotem i przypomina sobie, dlaczego nie chadza do lokali dla turystów, za whisky i drambuie żądają tu dwadzieścia euro. Wychodzi razem ze wszystkimi na dwór, wraca na Calle Palangre. Przechodzi przez ulicę i wchodzi na klatkę schodową. Budynek jest z czasów Franco, schody są proste, kobaltowe. Idzie na pierwsze piętro, czyta nazwiska na drzwiach. Z mieszkań dochodzi głośna muzyka, ale nie znajduje żadnej Luisy ani nawet litery L.

Idzie dalej na górę. Na jasno oświetlonej, jak w biurze, klatce schodowej stoi para. Całują się, przestają zawstydzeni, kiedy ich mija.

Znów przygląda się tabliczkom z nazwiskami, stoi chwilę, bierze głęboki wdech i rusza na ostanie piętro. Trzy piętra, każde z trzema drzwiami, razem dziewięcioro drzwi.

Na trzecim piętrze mieszka niejaki Federico Javier Panôs i jakiś Sobrino. A w środku Luisa Muelas. Tabliczka jest duża, pozłacana, ciężkie pochylone litery. Z pewnością prezent od Petry i jej męża. Tradycyjny prezent od rodziców dla trzydziestoletniego dziecka, które wyprowadza się z rodzinnego domu.

Za wszystkimi drzwiami panuje cisza. Przykłada ucho do drzwi mieszkania Luisy, z nadzieją, że nie ma jej w domu. Dochodzą go ciche dźwięki, coś trzeszczy, ktoś coś przesuwa, jakieś szepty, może to dźwięki z telewizora.

Prostuje się i opiera swoją lepszą rękę, prawą, o płaski kawałek drewna nad drzwiami. Cztery minuty do północy. Może jego pukanie ginie w sylwestrowych odgłosach miasta.

Nagle dostrzega na tabliczce twarz.

Jest zamazana. Prosząca, zmieszana, dominują w niej oczy, otoczone zmarszczkami i zniszczoną skórą, twarz zakończona brodą. Zdesperowana. Widzi w niej miłość i smutek, dziesiątki lat zadziwienia i alkohol. Widzi cynicznego obserwatora, oceniającego, osądzającego. Twarz jest nieznośnie wymięta, trudno do niej dotrzeć, trudno z nią wytrzymać, trudno ją pokochać. Najgorsze jest jednak to, że to jego twarz. Widuje ją we wstecznym lusterku samochodu, w zniekształcających rysy lustrach nad poobtłukiwanymi umywalkami w publicznych toaletach, w sklepowych witrynach, chociaż najchętniej w ogóle by jej nie oglądał. Jest tylko jedno pytanie, które można zadać tej twarzy.

Co możesz dać?

Nie ma nic bardziej przerażającego niż właśnie to pytanie. Spotkanie. Chwila, kiedy człowiek wychyla się ku drugiemu. I mówi: Pragnę cię. Chwila, moment, w którym kończy się przypadek, w którym trzeba zająć stanowisko wobec świata i poprosić tę drugą osobę, żeby nas przyjęła. Chwila, w której dwie bańki mydlane stają się jedną. Nie dzieje się to w trakcie pocałunku ani kiedy uprawiamy seks, nawet nie wtedy, kiedy się kochamy. Przerażająca sekunda, w której odważamy się twierdzić, że samą swoją obecnością jesteśmy w stanie tej drugiej osobie coś dać.

Słyszy dźwięki za drzwiami. Odgłosy stóp w skarpetkach. Już idę, mówi cienki głos. Dwie minuty do północy.

Nie, nie jest w stanie. Wychyla się przez poręcz, zaczyna schodzić. Idzie w dół. Słyszy, jak na najwyższym piętrze otwierają się drzwi. Halo, mówi jakiś głos. Mija drzwi z głośną muzyką. Wychodzi na ulicę. Idzie szybko wzdłuż muru, niczym szczur, przecina jezdnię i podchodzi do samochodu. Calle Palangre jest pełna ludzi, tuż obok samochodu stoi gromadka mężczyzn, palą cygara, dziewczęta siedzą na skuterach, trzymając w rękach kieliszki z szampanem.

W mieszkaniach nad nim ludzie odliczają sekundy. Wsiada niezdarnie do samochodu, wyjeżdża z parkingu. Jedzie jednokierunkową ulicą wśród tłumu. Jacyś ludzie próbują go zatrzymać, nie widzą złamanego taksometru, nie zatrzymuje się. Nie przejmuje się ich dłońmi na szybach ani proszącym wzrokiem. Szczęśliwego Nowego Roku, dupku, krzyczy za nim młoda dziewczyna w srebrnym meloniku.

Ucieka od świateł miasta, wjeżdża w ciemność. Szara droga zamienia się w bladą ścieżkę. Wciska do oporu trzeszczący pedał gazu starego mercedesa. Żwir uderza o karoserię.

Obraz córki fryzjerki, która otwiera drzwi, wraca do niego niczym drwina. Jest bez butów, w skarpetkach – ma zmierzwione włosy, w ręku trzyma małą szklaneczkę whisky z likierem. Namiętność. Coś, czego nienawidzi. Przejście od młodzieńczej pozbawionej duszy cielesności do duszy bez ciała. Do punktu, w którym najlepsze chwile składają się z myśli o czymś, wyobrażeń przyszłości i wspomnień z przeszłości. Od prawie osiemnastu lat wyobraża sobie bliskość z kobietą. Wyobrażał sobie. Nawet kiedy był z Annette, też ją sobie wyobrażał. Tyle że wtedy była to bliskość z każdą kobietą inną niż ona, aż w końcu nie potrafił już z nią być.

Przenosi stopę z pedału gazu na hamulec. W świetle reflektora widzi ogromny karton leżący na środku drogi.

Mały palec

1 stycznia – 13 stycznia

4

Najpierw przychodzi mu na myśl, że to satelita spadł na drogę, ale po chwili widzi, że to samochód, przewrócony na dach.

Cholerny montero. Czarny, jak montero Billa Haji.

To jest montero Billa Haji.

Jakieś czterysta, może pięćset metrów od miejsca, w którym się mijali, kiedy to było? Godzinę temu? Stracił poczucie czasu. Może Rusty Nail jednak uderzył mu do głowy.

Wyłącza silnik. Zostawia włączone światła, żeby widzieć samochód. Słyszy morze i słaby oddech silnika. Kurz opada.

Już ma włączyć silnik i powiadomić centralę – to chyba jedyne, co może zrobić – kiedy słyszy pukanie, jakby ktoś dawał mu do zrozumienia, że chce wyjść. Stoi przed samochodem. Wymawia głośno imię Billa. Woła go, jakby byli znajomymi. Bill Haji. Ledwie się znają. Wszyscy znają Billa Haji. Kolorowa osobowość, nie do zniesienia. Nigdy w bezruchu, zawsze w drodze dokądś. Wiózł go kilka razy. Pierwszy raz do szpitala. A potem – na wezwanie. Kilka razy z lotniska do jego willi, stojącej kilka kilometrów stąd. Przyleciał z Madrytu z czterema, może pięcioma walizkami i młodym chłopakiem, który sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego. Za każdym razem walizki były te same, zmieniał się tylko chłopak. Erhard nie przejmował się plotkami na temat prowadzenia się Billa. W takie sprawy nie należy się mieszać. Jeśli chłopcy mają skończone osiemnaście lat, to jest to ich wybór.

– Bill Haji – powtarza.

Samochód jest zmiażdżony. Musiał się toczyć spory kawałek. Cholerne montero. Japońskie badziewie. Jest dużo szkła. Musiał zjechać z drogi. Znów woła, obchodzi samochód, patrzy przez coś, co mogło być przednią szybą, ale pewnie było boczną. Schyla się i zagląda do środka. W samochodzie nikogo nie ma. Ani Billa, ani żadnego z jego chłopców. Erhard oddycha z ulgą. Chociaż nie przepada za Billem, obawiał się, że zobaczy go zakleszczonego między kierownicą a tylnym siedzeniem, jak opita krwią pluskwa. Samochód jest pusty, drzwi, jedne z drzwi, są otwarte, wiszą na zawiasach. Może poszedł po pomoc albo zabrała go siostra, która zawsze jest blisko niego, czy to kiedy idzie do miasta, czy kiedy jest w La Marquesina. Erhard pochyla się i dotyka samochodu. Jest jeszcze ciepły.

I nagle wszystko znika, i ciemność, i samochód, niebo otwiera się w różnych odcieniach zieleni z plamkami cyjanu i magenty, jakby patrzyły na niego setki oczu.

5

Rozlega się huk. Erhard patrzy na samochód. Kolejne huki, niczym pochód akordów, pasma błysków. W pierwszej chwili myśli, że jakiś statek wzywa pomocy i odpalił rakiety. Potem przypomina sobie, że przecież jest sylwester, race rozbłyskują nad miastem. Kiedy jego wzrok znów przyzwyczaja się do mroku, zauważa, że coś się przed nim rusza.

Na tym, co kiedyś było rurą wydechową, siedzi pies.

Siedzą dwa psy.

Patrzą na niego, wyglądają jak dwa słodkie psiaki na spacerze. Dzikie psy. Nikt nie wie, skąd przychodzą. Może z położonego jedenaście kilometrów dalej Corralejo. Pięknie wyglądają, kiedy siedzą, albo kiedy biegną po skałach w świetle księżyca. Za dnia stają się wychudzone, wyliniałe, jak stary dywan. Są plagą dla wszystkich, którzy hodują owce czy kozy, dla młodych mężczyzn stały się celem, do którego się strzela z paki pick-upa, kiedy człowiek się nudzi. A i tak jest ich coraz więcej. Erhard podejrzewa, że tam, w ciemnościach, jest ich teraz kilkanaście sztuk. Może Bill Haji uderzył samochodem jednego z nich, może dlatego zjechał z drogi. Jeden z psów toczy ślinę. Wzrok Erharda przykuwa coś między jego przednimi łapami.

Mimo że większości twarzy nie ma, rozpoznaje resztki Billa Haji. Nie ma nic do ratowania. Może nie żył już kiedy psy się do niego dobrały. Jego słynne bokobrody przypominają futro królika.

I wtedy go spostrzega.

6

Leży tuż za przednim kołem, w brązowym mroku, po lewej stronie. Dostrzega go tylko dlatego, że lekko błyszczy za każdym razem, kiedy na niebie eksplodują fajerwerki. W pierwszej chwili nie potrafi powiedzieć, co to jest. Blask jest ciepły, jak żar bursztynu. Zgaduje, że może to miedź albo coś pozłacanego, może jakaś część okularów przeciwsłonecznych albo kawałek kabla. Przez chwilę wydaje mu się, że to może być złota plomba, i wtedy dostrzega paznokieć i drobne załamania wokół stawu. Szeroka obrączka otoczona jest mięsem.

To pierścionek zaręczynowy Billa Haji. Na serdecznym palcu Billa. Dziesięć minus jeden.

Nie chce przejść obok, wyciąga po niego rękę, nie jest pewien, czy jest w stanie go dosięgnąć, leży jakieś półtora, może nawet dwa metry od niego, po drugiej stronie samochodu, unosi rękę nad podwoziem, psy spoglądają na niego znad kolacji, jeden szczerzy zęby, chowa przednie łapy, gotów w każdej chwili skoczyć. Może udałoby mu się dosięgnąć palca, ale musi się liczyć z tym, że wtedy pies chwyci go za rękę.

Powoli wraca do swojego samochodu, włącza długie światła. Mruga kilka razy, psy podnoszą się i patrzą na niego poirytowane. Kładzie rękę na kierownicy i dociska ciałem. Klakson wydaje kilka wysokich dźwięków nijak niepasujących do mercedesa, tak z pewnością uznałaby większość ludzi. Przytrzymuje klakson, aż psy na masce drugiego samochodu stają się nieruchawe, jak narkomani, i w końcu zeskakują i znikają w mroku.

W świetle reflektorów rusza w kierunku wozu. Biegnie tak szybko, jak potrafi. Ostatnio biegł wiele miesięcy temu, może nawet lat. To zaledwie kilka metrów, ale wydają się ciągnąć bardzo długo. Ma wrażenie, że psy już go zauważyły, bo znów ruszają w stronę wozu. Nogi nie są w stanie go nieść. Zawisa na krawędzi przewróconego montero i sięga po obrączkę. Niecałe pół metra.

Leży tuż obok tego, co jest pozostałością po głowie i twarzy Billa Haji, przez czerwono-niebieską grudkę patrzy w otwarte, ale niewidzące oczy.

Znajdź chłopca.

Zdanie rozbrzmiewa przez huki fajerwerków tak głośno i wyraźnie, że przez moment jest przekonany, że głos dochodzi z radia, które nadal gra. A może jeden z psów nagle zaczął mówić, licho wie. Znów patrzy w oczy i tym razem ma wrażenie, że zdanie dobiega prosto z oczu, z ciemnego kręgu w oku, które powoli zastyga. Już słyszał ten głos. Zna go. Może to głos Billa Haji. A może to jego własne słowa, które nie wiadomo dlaczego wypowiedział na głos. Nie pamięta, co powiedział, pamięta tylko, że była w nich zawarta prośba.

I wtedy znów widzi palec, chwyta się brzegu podwozia i podciąga. Samochód nadal jest gorący. Metal nie parzy, jest ciepły jak nagrzana skała. Fajerwerki cichną, ostatni wybuch nadchodzi od strony wybrzeża, zielona sieć tryskająca srebrem. Zapada cisza. Nie całkowita. Silnik prycha. Żałosne poszczekiwanie psów zamienia się w supersoniczne zawodzenie, grożące wybuchem wściekłości. Erhard wychyla się do przodu, pełznie na brzuchu i chwyta palec. Jest zimny. Szorstki. I cudowny.

Dziewięć plus jeden, mówi sobie w duchu.

7

Erhard biegnie z powrotem do swojego samochodu, rzuca się na siedzenie i zamyka drzwi. Ma wrażenie, że w momencie kiedy zauważył przewrócony samochód, otrzeźwiał, teraz jednak wraca stan upojenia. Nie tylko się zatacza, jest też dziwnie podniecony, radosny.

Jakby jego oczy, ciało, dusza, jakby nastąpiło jakieś zwarcie w rachunkach. Jego własne dziewięć palców i jeden palec Billa, razem dziesięć palców. Czuje radość aż w żołądku, tak, nawet w członku, można by pomyśleć, że palec wzmocnił jego libido. Wie, że źle postąpił, wie, że jego nadzieje są płonne, ale chociaż to nie jest jego palec, to suma palców sprawia, że w pewnym sensie znów czuje się cały. Dawno już tak się nie czuł. Tak jak odcięcie jego palca osiemnaście lat temu było rodzajem odtrącenia, świadomą subtrakcją, tak ten palec przywraca równowagę.

Rzuca skarpety i idzie spać, kręci mu się w głowie. W prądnicy wyczerpało się paliwo, wychodząc, zapomniał ją wyłączyć. Jutro, jutro jej się przyjrzy. Jest cicho, ale kiedy zmienia się kierunek wiatru, ma wrażenie, że słyszy w nim warczenie psów.

Jeśli go pożrą, nie będzie czego grzebać. Jeśli nie będzie czego grzebać, to on nie umarł. Siostra Billa Haji, twarda sztuka, przypomina mężczyznę. Będzie musiała się pożegnać z pustą trumną.

Palec u dłoni, u dłoni Billa Haji, która kiedyś zatrzymała Erharda na głównej ulicy. Narzeczony zachorował. Bill Haji poganiał go całą drogę do szpitala. Zapamiętał zapach arbuza i plik banknotów po pięćset euro, którymi Bill chciał mu zapłacić. Musiał pobiec do kiosku i je wymienić. Palec. Dłoń Billa. Bokobrody Billa, jego najbardziej irlandzka cecha.

Erhard szuka po omacku i znajduje komórkę. Wydarzył się wypadek. Pospieszcie się, mówi. Jakby zostawiał wiadomość. Podaje adres, próbuje zmienić głos, stara się mówić z hiszpańskim akcentem. Los perros se lo han comido. Psy go zjadły. Mężczyzna po drugiej stronie nie rozumie go.

– Pana nazwisko? Mogę spytać, kto dzwoni?

Długa cisza. Erhard już chce się rozłączyć, ale w ciemności nie potrafi znaleźć właściwego guzika. Patrzy na wijący się kabel.

– Halo – odzywa się mężczyzna.

Erhard wciska plastikowy guzik i przerywa rozmowę. I znów szokująca cisza. Słychać tylko powiewy wiatru nad kamieniami. Nowy Rok zaczyna już brzmieć swojsko. Erhard kładzie palec pod poduszkę, jakby był jego talizmanem.

8

We wtorek wstaje wcześnie i robi sobie przejażdżkę, zanim zgłasza się do centrali po pierwszych klientów. Pierwszy kurs zawsze ma do rybackiej osady Alapaqa, gdzie krzyczą mewy i gdzie podaje się najlepszą kawę na wyspie. Aristide i jego żona Miza sami ją parzą i mielą, w starym arabskim młynku ojca Mizy. Młynek zajmuje całe biurko, a kawa jest niemal fioletowa i słodka. Najlepsza na wyspie. Nie twierdzi co prawda, że odwiedził wszystkie miejsca, gdzie podaje się kawę, ale większość tak.

– Zdrowo dzisiaj wyglądasz, Erhardzie – mówi Miza. Erhard wita się z jej kuzynką. Mieszka chwilowo u Mizy i wchodzi do kawiarni na bosaka. Typowa dziewczyna jeżdżąca z chłopakami na motorach, ma brudną twarz. To mu nie odpowiada, natomiast podobają mu się jej włosy. Widzi je dokładnie, kiedy stoi do niego tyłem. Są ciemne i długie, sięgają jej do ud. Kiedy Erhard pije kawę, kuzynka opowiada o kulturyście, który ma na imię Stefano. Nieprzyjemny facet, powiedziałby Erhard, gdyby spytała go o zdanie, ale ona go nie pyta. O nic go nie pyta. Opowiada o ptasim móżdżku kulturysty, o telewizorze, który roztrzaskał, i o mnóstwie pieniędzy, które wydał na jakieś laski w barze w Puerto. Miza sprząta kawiarnię, słucha opowieści kuzynki i patrzy na Erharda. Może kobiety to jednak nie wszystko, wydają się mówić jej oczy.

Może mężczyźni to jednak nie wszystko.

U Mizy jest łazienka, postanawia z niej skorzystać. Niewielka szopa, w której rybacy płuczą i suszą duże ryby. Z czasem zamieniła ją w ogólnie dostępny prysznic dla surferów, rybaków i pewnego taksówkarza bez własnej łazienki. Jeśli ma szczęście, nie będzie tam ryb. Dzisiaj jednak wisi tam duży miecznik z haczykiem w pysku.

9

Wyjeździł niecałe sto dwadzieścia euro. Kończy jeden kurs, zaczyna drugi, pracuje w regularnym rytmie. Palec ma w kieszeni, boi się go wyjąć. Próbował ściągnąć obrączkę, nie zależy mu na niej, ale nie jest w stanie jej ruszyć, przywarła do kości. Bill Haji nie był tęgi, ale jego palec albo spuchł, albo z czasem tak obrósł w mięso, że obrączka przywarła do kości. Erhard wyobraża sobie młodego Billa, który kiedyś włożył na palec obrączkę. Kiedy palec trochę uschnie, Erhard może będzie w stanie ją zdjąć. Oby tylko nie złamał przy okazji palca.

Po odbyciu sjesty zjeżdża w dół do Villaverde. Parkuje w cichej uliczce za białym pałacem Aritzy. Co roku, zawsze kilka dni po sylwestrze, do Aritzy przyjeżdżają goście z lądu, i wtedy ich kuzynka Ainhoa gra Gershwina, zawsze koncert fortepianowy F-dur.

Erhard przybywa pół godziny przed czasem i stroi fortepian, kobiety piją szampana na tarasie, mężczyźni zaglądają do wnętrza steinwaya i komentują. Nie Erharda, siebie nawzajem. André Aritza jest sympatycznym mężczyzną dobrze po czterdziestce, w okularach z niezwykle silnymi szkłami. Od czasu kiedy Erhard kiedyś powiedział, że nic nie wie o komputerach i w ogóle się nimi nie interesuje, André Aritza odnosi się do niego chłodno. Facet dorobił się majątku na komputerach, statkach i nawigacji. Nowi bogaci, jest ich coraz więcej. Dziwni mężczyźni bez kręgosłupa z młodymi żonami, które zajmują się domem, i z dziećmi, które prezentują niczym trofea.

Trzech zezowatych typków stoi i wskazuje palcem na młoteczki, które poruszają się do góry i w dół, mówią o Erhardzie Stroiciel, chociaż stoi tuż obok nich. Szwagier rozmawia z kimś przez komórkę. Bardzo sprytne, mówi, bardzo sprytne, powtarza. Powiedz mi, ile kosztuje cię Stroiciel? Zdecydowanie za dużo za tak mało pracy, odpowiada André Aritza. Ściągnij sobie apkę. Mężczyźni się śmieją. Niedługo będzie bezrobotny, biedak, mówi najmłodszy z nich. Erhard ma głowę w skrzyni, właśnie poprawia kołek stroikowy. Często słyszy takie komentarze. Także kiedy jeździ taksówką.

Czuje palec w kieszeni. Może nie tyle czuje, ile wie, że tam jest. Przychodzą mu do głowy różne dziwne pomysły. Ma ochotę zerwać struny tego cholernego fortepianu. Ma ochotę zacząć grać etiudy z głową André między klawiszami. Ma ochotę dać sobie spokój ze wszystkim. Chce się uspokoić, nie tracić na nich swojego talentu.

Reina Aritza próbuje zebrać towarzystwo w jadalni, która znajduje się w amfiladzie za przesuwanymi drzwiami. W całym domu pachnie homarem. Erhard się nie spieszy, ludzie wstali już od stołu, piją szampana, stojąc pod oknami z widokiem na zatokę i morze. Schodzi do kuchni, myje czarne ręce, potem idzie do przedpokoju i wychodzi głównym wyjściem. Zanim drzwi się zamykają, przypomina sobie o pieniądzach, leżą w niewielkiej kopercie na komodzie. Zawsze tam leżą. Sto euro. Może się bez nich obyć. Jeśli nie weźmie koperty, pokaże, że nie robi tego dla pieniędzy. I że nie zamierza wysłuchiwać drwiących komentarzy. Ale André pewnie pomyśli, że po prostu o nich zapomniał. Nie zareagował, kiedy sobie z niego drwili, więc pomyślą, że biedny roztargniony stroiciel fortepianów zapomniał wziąć pieniądze, i niewykluczone, że tym bardziej będą się z niego śmiać.

Nie, do licha. Wraca, mija jadalnię, gdzie Reina sadza gości przy stole. Woła André, ale nie dostaje odpowiedzi. Bierze kopertę, zerka przez szparę w drzwiach do salonu, gdzie siostrzenica stoi oparta o fortepian i patrzy przez okno. André Aritza stoi obok niej, nieco za blisko, z ustami nieco za bardzo przy jej uchu. Patrzy na nią, jakby się spodziewał jakiejś reakcji, przeciąga ręką po jej udzie, dotyka swoim ciałem jej długiej bluzki w kolorze srebra. Siostrzenica nie wygląda na zadowoloną, ale też nie sprawia wrażenia zawstydzonej czy zaskoczonej. Jedyną okolicznością łagodzącą jest to, że nie jest jego prawdziwą siostrzenicą, tylko córką jego dobrego przyjaciela. Nie jest też dzieckiem, tylko młodą kobietą, ma siedemnaście, może już osiemnaście lat. Dla kogoś takiego jak Erhard, który nic nie wie ani o seksie, ani o uwodzeniu kobiet, zachowanie André nie jest ani seksowne, ani uwodzicielskie.

Słyszy, że Reina Aritza idzie korytarzem.

– Señor Jorgenson, dziękuję za dzisiaj i życzę szczęśliwego Nowego Roku – mówi, kiedy spostrzega go stojącego z kopertą w ręku.

Erhard odwraca się i otwiera drzwi do salonu. André szybko cofa rękę, stoi obok siostrzenicy sztywny jak kamerton, posyła Erhardowi poirytowane spojrzenie. Siostrzenica wydaje się obojętna. Jakby napoił ją szampanem albo powiedział coś, co ją bardzo poruszyło.

– Pańska piękna żona pana szuka – mówi Erhard głośno.

– Tak, dziękuję – odpowiada André i odwraca wzrok.

– Homar stygnie – mówi Reina. – Nie zapomnij kieliszków od szampana.

– Szczęśliwego Nowego Roku dla pana i pańskiej siostrzenicy – mówi Erhard, odwraca się do nich plecami i schodzi na dół. Widuje mnóstwo takich ludzi, a jednak się zastanawia, czy to nie jego ostatnia wizyta w tym domu. André Aritza może zacząć być przykry. Z drugiej strony między jednym strojeniem a drugim mija dużo czasu. Nie ma powodu, żeby teraz podejmował jakąś decyzję. Minie rok, zanim znów ich zobaczy.

Włącza silnik, ma nadzieję na jakiś kurs po mieście, zanim wróci do domu.

10

Przed drzwiami stoi mężczyzna. Erhard przygląda mu się przez niewielkie okienko, zanim otwiera, liczy do trzydziestu, może jednak nieproszony gość sobie pójdzie. Mężczyzna, który nazywa się Francisco Bernal, przeciera okulary przeciwsłoneczne, jakby był zmęczony albo jakby kurz wpadł mu do oka. Trzydzieści jeden. Trzydzieści dwa. Trzydzieści trzy. Mężczyzna nadal stoi i wpatruje się w drzwi, jakby wiedział, że zaraz się otworzą. Przystojny, młody, dobrze po trzydziestce, ma dzieci i żonę, która pracuje w jednym z hoteli. Erhard otwiera.

Policjant patrzy na Erharda.

– Eremita – mówi.

– Pan komisarz.

– Nie jestem komisarzem.

– A ja nie nazywam się Eremita.

Bernal się śmieje.

– W porządku, Jorgenson. Co u ciebie?

– Wszystko dobrze. A u ciebie? Jak dzieci?

– Najmłodsze miało niedawno odrę.

Erhard kiwa głową. Zna zastępcę komisarza policji już wiele lat.

– Twój kolega dzwonił do mnie wczoraj po południu – mówi.

– Chcieliśmy, żebyś do nas przyszedł.

– Wczoraj nie mogłem.

– To chodź ze mną teraz.

– Teraz ty jesteś tutaj. Nie wiem, co mógłbym wam powiedzieć. Ja nic nie wiem. Po za tym, co już wam powiedziałem.

Policjant zdejmuje okulary. Wygląda na zmęczonego.

– Mogę cię zabrać, a potem cię odwiozę.

– Miła propozycja, ale nie, dziękuję.

Bernal patrzy na samochód.

– Co się stało z bocznym lusterkiem?

– Takie rzeczy się zdarzają, kiedy się jeździ taksówką.

– Jorgenson, kazano mi cię przywieźć. Nie utrudniaj mi tego.

– Mów mi Senõr Zbuntowany.

Bernal się śmieje. Szczerze. Właśnie za to Erhard go lubi.

– Dlaczego się nie przedstawiłeś, kiedy do nas zadzwoniłeś?

– Połączenie było kiepskie. Wiesz, jak to tutaj jest.

– O ile mi wiadomo, po przeciągnięciu nowych kabli znacznie się poprawiło.

Erhard nic o tym nie słyszał.

– Dlaczego nie zadzwoniłeś jeszcze raz? – ciągnie Bernal.

– Był Nowy Rok, byłem zmęczony.

– Kiedy znalazłeś ciało, też byłeś zmęczony?

– Tak.

Erhard zastanawia się nad słowami, które wyszły z oczu Billa Haji, ale których teraz nie może sobie przypomnieć. Takie rzeczy zwiększają wiarygodność.

– Kiedy ostatni raz byłeś u lekarza?

– Daj spokój – wchodzi mu w słowo i pokazuje prawo jazdy.

Taksówkarz ma obowiązek mieć je przy sobie, ale Erhard nie pokazywał go nikomu poza Bernalem, który zawsze się tego domaga.

Bernal patrzy na datę.

– Październik dwa tysiące jedenaście. Nie masz problemów z widzeniem po zmroku?

– Oczywiście że nie.

– To się zdarza. W twoim wieku.

– Wiesz, że to są szykany. Jest dwóch taksówkarzy, którzy są starsi ode mnie.

– Nieprawda. Alberto Ramirez ma sześćdziesiąt osiem lat, a Luís Hernaldo Esposito sześćdziesiąt sześć.

– Młodzi ludzie. Co nie zmienia faktu, że jestem dobrym kierowcą.

– Wiem, ale wiem też, że jesteś uparty, i mogę kazać cię aresztować. – Nagle jego spojrzenie staje się poważne. – Eremita, chcę cię o coś spytać.

Eremita. Nie może się pozbyć tego przydomka. Kilka lat temu bardzo go to irytowało, chciał, żeby ludzie zwracali się do niego Jorgenson. Ale nie udało mu się. Nie ma nic bardziej trwałego niż przydomek, który wziął się z nieporozumienia.

– Pytaj – mówi.

– Chodzi o… o Billa Haji. – Bernal się rozgląda.

– Spokojnie. Nie ma tu nikogo. Jesteśmy tylko my. I kozy.

– Poprosiłem Péreza-Lúñigo, żeby zaczekał w samochodzie.

Erhard zerka w kierunku radiowozu, dopiero teraz zauważa ciemny cień wewnątrz, mężczyzna siedzi i podpiera ręką sufit. Lorenzo Pérez-Lúñigo jest lekarzem, dość przeciętnym, ale jest także jedynym lekarzem sądowym na wyspie. Nie jest szczególnie zdolny, ale za to poważny i bardzo lubi trupy. Okropny człowiek. Niewiele brakowało, a kilka lat temu Erhard zgłosiłby go na policję za niestosowne traktowanie ciał. To Bernal przekonał go wtedy, żeby tego nie robił.

– Taksówkarz zachowuje dla siebie to, co się dzieje podczas jazdy, jak to się mówi.

Bernal kiwa głową, śmieje się urwanie.

– Możemy przynajmniej wejść?

Erhard idzie przodem, pierwszy wchodzi do pokoju, który jednocześnie jest kuchnią. Opiera się o stół i pokazuje komisarzowi, że może iść za jego przykładem.

– Nadal nie masz doprowadzonej wody – stwierdza komisarz, zerka na pustą butelkę po koniaku, która stoi na stole.

– Woda jest dla żółwi – odpowiada Erhard.

– Żyjesz jak żółw. Zaczynam się martwić.

– To przestań. Przydarzały mi się już gorsze rzeczy.

Bernal wzrusza ramionami.

– Przez telefon powiedziałeś, że psy pogryzły mu twarz.

– Powiedziałem, że zżarły mu twarz.

– Siedziały na samochodzie. Psy. Pogryzły go.

– Zżarły go. Widziałem na własne oczy.

– Może byłeś zmęczony.

– Wiem, co widziałem.

– Może widziałeś jego plecy?

– Jeśli miał oczy na plecach.

Komisarz się uśmiecha.

– Nie możemy znaleźć jego obrączki. Była bardzo charakterystyczna, ale niewiele warta, gdyby ktoś chciał ją sprzedać.

– Kto wie, co takie zwierzaki są w stanie zeżreć.

– Powystrzelaliśmy wszystko w okolicy, wszystko, co się ruszało i miało cztery łapy. Nawet kilka psów, które nie były dzikie. Lorenzo stał z rękami po łokcie w jelitach, ale obrączki nie znalazł.

– Jest w swoim żywiole. Może nie zdążyły jej przełknąć. A może leży gdzieś tam. Kto wie, gdzie takie psy mają kryjówki.

– Na pewno byśmy ją znaleźli. Przeszukaliśmy cały teren. Problem w tym, że wszystko, co trafia do psiego żołądka, rozkłada się w nim już po trzech, czterech godzinach, więc trudno cokolwiek ustalić. Ale obrączkę powinniśmy znaleźć. Jeśli twarz zostawiły sobie na koniec, to jej resztki też powinniśmy znaleźć.

– Kiedy dotarliście na miejsce?

– Tak szybko, jak to było możliwe. – Policjant patrzy na podłogę z laminatu, na posklejane taśmą pęknięcia. – Nazywamy to wypadkiem solowym. Solowy wypadek. – Powtarza te słowa kilka razy, jakby był zdziwiony.

Erhard oddycha z ulgą, ale nie chce, żeby policjant to zauważył. Odwraca się i zajmuje się czymś obojętnym.

– Ile czasu wam to zajęło?

– Facet nie żył. Był sylwester, jak sam zauważyłeś.

– W czym problem?

– Rodzina siedzi nam na karku. Miłość żąda rzeczy niemożliwych. Chcą mieć coś, co będą mogli włożyć do trumny. Poza kamieniami ze ścieżki. Siostra wydaje się bardzo przywiązana do tej obrączki.

– Nawet nie próbujcie ich oszukać. A już na pewno nie Eleanor. Nic dobrego z tego nie wyniknie.

Erhard pamięta siostrę, pamięta, jak wygląda w tylnym lusterku. Jest dwa razy bardziej męska niż brat.

– Dlatego tak to wałkujemy. Ta obrączka stała się jakby symbolem jego osoby. Chcemy ją dać siostrze, żeby mogła uznać, że to Bill jest w trumnie. A nie tylko resztki jego butów i wątroba, której te bydlaki z jakiegoś powodu nie tknęły.

Erhard boi się spojrzeć na półkę w kuchni, gdzie w puszce na kawę z napisem Mokaarabia sto procent Arabica leży palec.

– Nie potrafię wam pomóc.

Komisarz się rozgląda, najwyraźniej chce jeszcze coś powiedzieć. Jego wzrok zatrzymuje się na ścianie, tam, gdzie brakuje tapety. Widać drewno, kawałek sklejki z zapiskami cieśli. Erhard odprowadza go do samochodu. Pérez-Lúñigo sprawia wrażenie zniecierpliwionego.

– Jeśli usłyszysz, że ktoś znalazł obrączkę, daj nam znać.

– Tak – mówi Erhard. Zapewnia, że jeśli coś usłyszy, natychmiast zadzwoni.

– Mówiłem ci, że znałem kiedyś dziewczynę z Danii? Kiedy mieszkałem na Lanzarote. Mała diablica, nie do okiełznania. – Wsiada do samochodu, przytrzymuje drzwi. – Nagle po prostu wróciła do domu. Na tym polega problem z tymi wyspami. Wszyscy rozsądni ludzie po pewnym czasie wracają do domu.

– Nie znam jej – odpowiada Erhard.

11

Rozmawia z Chłopcem-Mężczyzną.

Aaz jest chyba jedyną osobą, której nie potrafi przejrzeć. Być może jest pierwszym, który – nie będąc żadnym typem – jest nimi wszystkimi. Erhardowi się to podoba. Jadą przez Tindaya.

Aaz mówi, żeby dał sobie szansę. Przekonuje go, że może pewnego dnia jego marzenie się ziści.

Ale Erhard nie jest pewien.

– Od ostatniego razu minęło osiemnaście lat. Turystów jest coraz mniej. A wielu z nich to zapiekli fani Arsenalu, interesuje ich tanie piwo i tanie cipki, mówiąc wprost, Aaz. No i rodziny, rodziny z leniwymi dziećmi, które jeszcze nie zdążyły wysiąść z samolotu, a już wrzeszczą, że chcą do McDonalda. Coraz rzadziej trafiają się dobre kursy, nawet mnie. A jeszcze rzadziej miłe kobiety.

A Liana? Albo jakaś inna siostra?

– To bardzo uprzejmie z twojej strony, Aaz, ale one nie są w moim typie, a ja w ich. Jeśli będę miał szczęście, znajdę jakąś przechodzoną skwaszoną wdowę z Gornjal. Mieście wielu wdów.

Śmieją się.

– Kto by chciał zniszczonego życiem taksówkarza – mówi Erhard. – Zaharowanego, z pewną niedoróbką, z zepsutymi zębami i w ogóle.

Stroisz fortepiany.

– Już tylko idioci chcą płacić za takie rzeczy. Są nowoczesne metody, łatwiejsze, lepsze, tańsze. Kto wie, może za kilka lat to samo stanie się z taksówkami. Będą was wozić roboty.

A co się stanie z tobą, kto będzie mnie odwoził do domu?

– Wtedy ja już nie będę żył, Aaz. A ty będziesz dorosłym mężczyzną i nie będziesz mnie pamiętał. Wtedy z wyspy do Afryki będzie można przejechać tunelem, będziesz jeździł po Saharze na elektrycznych wielbłądach.

Aaz nie odpowiada, patrzy na pokrywkę skrytki, którą można otworzyć, przyciskając kciukiem.

12

Dorośli mężczyźni z latawcami.

Wyłącza silnik i zatrzymuje się przy Wydmach, przygląda się kitesurferom. Sam decyduje, ile chce pracować i kiedy. Jeśli ma ochotę jeździć cały dzień, to robi to. A potem ma wolny dzień, jeśli chce. Jeździ tylko tam, gdzie są klienci, bierze kursy, które chce. Tak ma. Wie, gdzie szukać klientów. To tak jak z fortepianem, wystarczy kilka dźwięków i już wie, co się stało: czy coś utknęło między strunami, czy zawiniła wilgoć, czy kurz, a może drobinki brudu. Tak samo czuje ruch uliczny, czuje go w powietrzu, słyszy dźwięki z lotniska, wyczuwa ruch na głównej ulicy. Wie, gdzie czeka kobieta z nastoletnią córką, żeby wrócić z zakupów do hotelu, i z którego hotelu wyleje się za chwilę gromada biznesmenów chcących się dostać do baru ze striptizem, albo gdzie surfer z piaskiem między palcami wyjdzie na drogę i będzie chciał wydać kilka dolarów, żeby się dostać do miasta z deską na dachu taksówki. Wielu kolegów go za to nienawidzi, inni niemal się go boją. Paru katolików z warsztatu samochodowego robi znak krzyża, kiedy się tam zjawia. Centrala rzadko daje mu zlecenia, wiedzą, że i tak ma co robić. Czasem jakiś młody taksówkarz pyta, jak on to robi. Kiedy zjawia się w barze w hotelu Phenix, młody taksówkarz podchodzi i chce, żeby wyjawił mu swoją tajemnicę. Jego koledzy stoją w głębi i wołają go. Chwileczkę, ten facet to legenda, może podzieli się ze mną swoim złotem. Ale Erhard nie ma złota, którym mógłby się podzielić. Nie potrafi tego wytłumaczyć. Może jedynie powiedzieć: obserwujcie ruch na ulicy, myślcie o ludziach, dokąd sami byście poszli w zależności od pogody, w jakie dni ludzie najczęściej przyjeżdżają. Dobre rady, pewnie bezużyteczne. Prawda jest taka, że sam nie wie, skąd to ma. To jak muzyka, tłumaczy młodemu mężczyźnie, który zapewne nie wie, co to jest muzyka.

Młodzi chcą się uczyć, ci w średnim wieku są zgorzkniali. Już do końca życia będą taksówkarzami, ale to nie zapewni im dobrego życia. W ich oczach Erhard jest pasożytem, extranjero, który nie tylko odbiera im klientów, ale też zachowuje się, jakby był lepszy od nich. Mieszka sam, w Majanicho, nie rozmawia z innymi taksówkarzami, siedzi w swoim starym mercedesie i czyta książki, o ile właśnie nie podbiera im klientów. Tak właśnie myślą, niektórzy mówią mu to wprost. I mają rację. Również jeśli chodzi o książki. Początkowo czytał, żeby się odprężyć i pokazać innym, że nie zależy mu na szukaniu nowych klientów. Stawał na postoju na głównej ulicy ma końcu kolejki, robił wszystko, żeby móc spędzić dzień z dobrą książką.

W bagażniku ma cały karton z książkami w kieszonkowych wydaniach, przerzuca je od czasu do czasu, wybiera coś. Lubi oglądać strony tytułowe, dotyka palcami wytłoczonych liter tytułów. Czasem przerzuca kartki, sprawdza, czy w książce są ośle uszy, im więcej, tym lepiej. Kupuje książki, niekiedy całymi kartonami, od znajomej w Puerto. Ma sklep z używanymi rzeczami. Kilka razy w miesiącu, kiedy akurat ma kurs na lotnisko, mija Solillę i kupuje kilka książek, czasem też coś do ubrania. Książki są w porządku. Ubrania czasem lekko śmierdzą. Zawsze je pierze, zanim je na siebie włoży. Wiesza na sznurze za domem, wiszą tam tydzień. Wtedy wszelkie zapachy znikają. Zostaje tylko zapach ziemi. Czasem czyta cały dzień. Niech inni jeżdżą. Mają żony, dzieci, które muszą utrzymać. On nie ma nikogo. Chociaż im więcej zarabia, tym więcej wysyła Annette. Co miesiąc większą część zarobków przelewa na jej konto. Bez żadnych pozdrowień, elektronicznie, bezosobowo. Nie zasłużył na nic innego, niczego zresztą nie potrzebuje. Może żyć o kawie i konserwach, które kupił wiele lat temu i teraz podgrzewa i zjada bezpośrednio z puszki. Nie przeszkadza mu to. Zdarza się jednak czasem, że idzie do jakiejś dobrej restauracji, studiuje kartę kilka minut, żeby wybrać drogie wino i kazać sobie przyciąć dobre cygaro. To też mu nie przeszkadza. Latem siedzi w aucie i czyta przy opuszczonych szybach, zimą wozi ze sobą składane krzesełko, które rozstawia na chodniku obok auta. Inni kierowcy siedzą i pocą się w swoich samochodach, i nienawidzą go.

Kiedy się jedzie przez Wydmy, mijając powoli ciche hotele z ogrodnikami podlewającymi trawę wężami ogrodowymi, widzi się z daleka unoszące się nad wodą latawce. Przesuwają się w tę i z powrotem niczym żerujące ptaki. Erhard zostawia samochód na górze i schodzi wydmami do morza. Słońce praży niemiłosiernie. A przynajmniej tak to odczuwa. Plaża ciągnie się w nieskończoność, morze wydaje się gigantycznym zamkiem powietrznym, który nagle ukazuje się na końcu beżowej wydmy. Dzisiaj na plaży nie ma rodzin. Wiatr jest za silny, wznieca kurz. Piecze w oczy.

Obok kontenera z ubraniami surferów stoi na paletach niewielki sklepik. Sprzedają tam lody. Zaciszne miejsce, osłonięte od wiatru i słońca. Erhard funduje sobie san miguela, obserwuje figury ze sznurkami w rękach. Dorośli mężczyźni z latawcami. Niekiedy we władzy wiatru, niekiedy wręcz przeciwnie. Irytują go odgłosy dochodzące ze sklepiku. Ktoś kaszle, maszyna do kawy hałasuje. Obecność potencjalnych możliwości. Kobieta ze sklepiku jest pewnie dwadzieścia lat młodsza od niego, ale widać, że jest zniszczona. To Mniszka, typ kobiety ciężko pracującej, kochającej. Rozwiedziona matka czworga dzieci, która musiała znaleźć sobie pracę, kiedy opuścił ją mężczyzna. Jako kandydatka na narzeczoną jest doświadczona, skłonna służyć mężczyźnie, z drugiej strony przeraża go. Schyla głowę, żeby przez małe okienko śledzić latawce.

– Jeden z twoich synów tam jest – zgaduje Erhard.

– Znasz mojego Robbiego?

– Większość z nich trochę znam.

13

Około szesnastej jedzie na cmentarz Oleana, zatrzymuje się po drugiej stronie ulicy. Widzi, jak nadciągają, niewielki kondukt z dużą ilością kwiatów. To typowe dla bogatych rodzin. Pragną iść ze swoimi zmarłymi jak najdłużej, podczas gdy biedacy wykosztowują się na drogie karawany. Rodzina Haji wnosi trumnę przez cmentarną bramę i rusza jedną z alejek. Trumna nie wygląda na lekką. Może jednak skończyło się na wrzuceniu do środka kilku kamieni. Eleanor idzie na samym końcu, obok niej wysoka młoda kobieta z włosami opadającymi na oczy i druga, starsza, pewnie jakaś ciotka. Po drugiej stronie ulicy Erhard dostrzega policjanta, ma na sobie elegancki garnitur, ale sprawia wrażenie bardziej zmęczonego niż poprzednio. Kiwa Erhardowi głową i dołącza do żałobników.

– To kara boża – mówi kobieta siedząca na balkonie kilka pięter wyżej. – Wyspa jest za mała dla takiego pedała.

14

W nocy leży z jednym okiem otwartym i wpatruje się w kwadratowy aparat telefoniczny z zamotanym kablem. Tuż przed zapadnięciem w sen widzi, jak wstaje i podnosi słuchawkę. Rano je śniadanie i nadal się w niego wpatruje, słyszy dzwonek, odbiera, bez powodu. Zastanawia się, czy samemu nie zadzwonić. W tym roku minie osiemnaście lat. A jednak nie może się przełamać, wychodzi pospiesznie do samochodu.

Kiedy wchodzi do supermarketu, zauważa aparat na monety w rogu hali, kiedy mija sklep ze sprzętem elektronicznym, których w Corralejo jest całe mnóstwo, już z daleka widzi aparat obok wyblakłej kasy. Tak jest od stycznia, od dnia, kiedy Annette zadzwoniła i zaczęła go wyzywać. Nie zdążył jej nic powiedzieć. Po prostu zadzwoniła i wykrzyczała swoją złość. To było w 1997 roku, tuż po tym, jak zaczął przesyłać jej pieniądze. Nie chciała ich. Nie mogła patrzeć na jego cholerne pieniądze. Nie chciała od niego nic. Nic. Dla mnie już nie żyjesz, umarłeś, powiedziała i odłożyła słuchawkę. Po roku zadzwoniła znowu. Nic nie mówiła, tylko dwadzieścia minut płakała. Później już nie dzwoniła. W tym roku minie osiemnaście lat, od kiedy ją opuścił. Oczekuje telefonu. Niemal go pragnie. Nawet jeśli miałaby płakać. Ale nic się nie dzieje. Może zapomniała numeru albo zapomniała jego. Może znów wyszła za mąż. Nic się nie dzieje.

Erhard jeździ bez przerwy, jeździ całe popołudnie, cały wieczór. Jeździ, aż jest tak zmęczony, że oczy zaczynają mu się kleić. Idzie do portu, kupuje butelkę jakiegoś przypadkowego wina, siada na molo, patrzy, jak dzieciaki wbiegają do morza, siedzi tak, aż ostatnie promienie słońca opuszczają Isla de Lobos i morze robi się czarne. Na chwiejnych nogach podchodzi do domofonu na Calle el Muelle, wybiera numer Raúla i Beatriz.

– Wchodź, staruszku – mówi Raúl, zawsze jest gotów go przyjąć.

Otwierają mu drzwi, Beatriz w żółtej przezroczystej letniej sukience, widzi przez nią jej długie opalone nogi, Raúl ma na sobie koszulę zapiętą na trzy ostatnie guziki. Przyjmują go, jakby byli jego dziećmi, piękni, otwarci i szczęśliwi. Właśnie przygotowali mojitos. Wychodzą na taras na dachu.

Beatriz siada Raúlowi na kolanach, całują się. Erhard opowiada o kitesurferach, o Billu Haji i o Monice. Matce Chłopca-Mężczyzny. Raúl mówi, że Erhard jest najbardziej niesamowitym facetem, jakiego zna, a Beatriz, która przynosi sobie kolejne drinki i wino, przechodzi obok niego, zostawiając za sobą boski powiew perfum, i palcami z długimi, polakierowanymi na czerwono paznokciami przeczesuje mu włosy.

Zawsze reaguje tak, jakby tego nie lubił, ale mija kilka wieczorów i zaczyna marzyć o jej dłoni. Paznokcie Beatriz są jak świeżo zatemperowane ołówki, zostawiają w jego rzadkich włosach długie ślady. Oczywiście byłoby inaczej, gdyby to naprawdę były jego dzieci, gdyby Raúl był jego synem, a Beatriz synową. Ale wie, że tak nie jest, i jego członek też to wie. Nie ma żadnych wyrzutów sumienia w stosunku do Raúla. Raúl to Raúl, Król Marchewka, o ile taki kiedykolwiek istniał. Może jest synem swojego ojca i kochankiem Beatriz, nikt nie wie nic na pewno. Chciałby mieć wszystko, ale nie chce się wiązać. Ma wszystko, ale nie chce niczego posiadać. Nieprzystosowany i czarujący, i zawsze uwikłany w jakąś awanturę. Na swój sposób jest najpilniejszym uczniem Erharda. Kiedyś był młody i głupi, w głowie miał tylko tanią rozrywkę i amerykańskie pornosy – ale zawsze unikał problemów z nauczycielami, policją, sąsiadami, z wściekłymi młodymi dziewczętami – i swoim ojcem. Erhard nauczył go widzieć wszystko szerzej, dostrzegać, co kryje się za słowami ojca i za spojrzeniami dziewcząt. Nauczył go, że między spontanicznymi wybuchami gniewu i żałosnym dążeniem do samodzielności musi znaleźć czas na przemyślenie sprawy i zaplanowanie swoich działań. Jednym słowem na cierpliwość. Zaraził nią chłopca, który z czasem stał się mężczyzną. Zaraził nią go do tego stopnia, że Raúl się uspokoił, stał się mniej zaburzony, mniej przerażający, bardziej radosny. Także ojciec zauważył, że syn się zmienił, ale nie uważał, że to wynik przyjaźni z Erhardem, tylko stosowanych przez niego przez lata kar: zakazów wychodzenia z domu, policzków i kontrolowania kont bankowych.

W wyniku tego wszystkiego zrodziła się przyjaźń, najsilniejsza z alkoholowych przyjaźni Erharda. Jego jedyna przyjaźń. Związek, w którym Erhard miał głos i coś znaczył, w którym czuł się podziwiany i akceptowany jako człowiek, którym był przez ostatnie dwadzieścia lat.

Według Paula Barouki, dyrektora TaxiVentury, była to zła przyjaźń, dziwna. Raúl był bowiem członkiem zarządu ich konkurenta na rynku. Jak niektórzy złośliwie zauważali: za tą przyjaźnią coś się kryło. Twierdzono, że Erhard pracuje dla Raúla, że Raúl zleca mu kursy, a on w zamian wydobywa go z tarapatów. Ale prawda jest taka, że żaden z nich nie angażuje się w życie drugiego. Rozmawiają o jedzeniu, o walkach w Żółtym Kogucie, Erhard opowiada Raúlowi o mieszkańcach Corralejo, a Raúl o bogatych świniach, jak je nazywa, i o ich niemożliwym życiu miłosnym, a Beatriz się śmieje. Żaden z nich nie chce wiedzieć, co robi drugi. Raúl nie chce wysłuchiwać opowieści o życiu taksówkarzy. Za każdym razem kiedy Erhard narzeka na centralę czy nowy regulamin, Raúl macha ręką w charakterystyczny sposób, którego nauczył się od ojca. Nie chce też słuchać o książkach, które Erhard czyta. A Erhard nie wypytuje go o Taxinarię ani o to, skąd ma pieniądze. Podejrzewa, że od ojca, chociaż Raúl twierdzi, że sam na siebie zarabia. Tylko raz Erhard posunął się za daleko, w sprawie Federico Molino i walizki. Postąpił wbrew prawu, ale w dobrej sprawie, tak dzisiaj wspomina ten epizod, chociaż później już nigdy o nim nie rozmawiali.

Patrzą na miasto i plażę. Woda wygląda jak marcepan.

Raúl pokazuje ranę na knykciu.

– Wynik drobnego nieporozumienia z pewnym marynarzem w Żółtym Kogucie – śmieje się. – Chodził i opowiadał dziwne rzeczy o mojej dziewczynie.

Beatriz odwraca wzrok, jest zirytowana.

– Nie prosiłam cię o to.

– Nie było innego sposobu? – pyta Erhard, chociaż w głębi duszy uważa, że tych trzech, czterech palantów, którzy zwykle stają się ofiarami życia nocnego w Corralejo zasłużyło sobie na to, żeby ktoś im przyłożył. Dobrze ich zna, wszystkich woził niejeden raz swoją taksówką.

– Nie znasz go – mówi Raúl. – Ale wierz mi, że sobie na to zasłużył. Od kilku miesięcy, gdzie tam miesięcy, lat, miałem z nim na pieńku. Ale dajmy temu spokój, nie rozmawiajmy już o tym, prawda, Bea? Salud!

Rozmawiają o winie, które piją, o zachodzie słońca, a potem o wschodzie słońca, o nowych jachtach, które zakotwiczyły w porcie, o Petrze i jej córce, która według Raúla jest dla Erharda odpowiednią partią. Raúl się śmieje, kiedy Erhard mówi mu, że widział ją tylko na zdjęciu w salonie fryzjerskim.

– O co chodzi z tymi twoimi kobietami? – dopytuje się Beatriz.

– Erhard nie opowiada o swojej przeszłości – mówi Raúl poważnie.

– Powodów może być wiele – stwierdza Beatriz.

– Lepiej uważaj na swoje cycki, Bea – zwraca jej uwagę Raúl.

– Boisz się miłości – ciągnie Beatriz niezrażona.

Raúl unosi lewą rękę Erharda, żeby pokazać, że nie ma jednego palca.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – mówi Beatriz.

– Miłość ma wiele twarzy, ale dupa jest tylko jedna.

– Bardzo poetyckie – stwierdza Raúl. – Powiedzmy, że małżeństwo to niebezpieczna rzecz.

– To nie jest zabawne. Dlaczego tak mówicie? – Beatriz szturcha go.

– Opowiedz jej o córce fryzjerki – mówi Raúl. – Kilka razy niewiele brakowało, a byłby się z nią spotkał, i zawsze się wycofywał.

Dokładnie cztery razy. Wliczając sylwestra. Ale o tym nie chce mówić.

– To było w zeszłym roku. Albo jeszcze w poprzednim. To był ten rok, kiedy cały styczeń padało.

– W zeszłym roku – stwierdza Beatriz.

– Miałem przerwę między kursami, szedłem ulicą, przy której mieszkają Petra i jej mąż. Córka też kiedyś tam mieszkała. Syn jest w szkole z internatem. Przez drzwi otwartego balkonu doszedł mnie głos Petry, słyszałaś ją kiedyś? Ma bardzo charakterystyczny akcent, z Yorkshire.

Beatriz kręci głową, śmieje się.

– Jej mąż jest w połowie Marokańczykiem, ma kilka sklepów ze sprzętem elektronicznym w Puerto. Kłócili się o coś, co miało związek ze szkołą syna. Stałem cicho na klatce w domu naprzeciwko i patrzyłem w górę, chciałem zobaczyć córkę, tę, którą Raúl bez przerwy mnie drażni. Stałem tam chyba z godzinę, śledziłem każdy najmniejszy cień, który pojawiał się na ścianie, cały czas miałem nadzieję, że zobaczę córkę na balkonie albo w dużym oknie salonu.

– Prawdziwy Hamlet – śmieje się Raúl.

Beatriz ucisza go.

– Chciałeś powiedzieć: Romeo – wtrąca Erhard i mówi dalej. – Byłem tak zajęty, że nie zauważyłem, że ktoś mnie minął, poczułem tylko słodki zapach, jakby miodu, kiedy ta osoba weszła do klatki po drugiej stronie ulicy. Dopiero kiedy zamknęły się drzwi i kłótnia ucichła, usłyszałem, jak Petra głosem, w którym pobrzmiewało wino, mówi: Luisa, darling. Wtedy zrozumiałem, że osobą, która przed chwilą mnie minęła, była jej córka.

– I co dalej, co dalej? – niecierpliwi się Beatriz.

– Nic – mówi Raúl. – I właśnie to jest takie piękne. To cały Erhard. Nic się nie wydarzyło.

– Co? – dziwi się Beatriz. – Nie poszedłeś na górę?

– Nie jest mi pisane kiedykolwiek ją zobaczyć.

– No nie! Chyba nie mówisz poważnie?

– Czytam znaki płynące ze wszechświata.

– Skąd wiesz, że to znak?

– Widzę to. Widzę Wzór.

– Zdrowie Luisy. Salud – odzywa się Raúl.

– Jak możesz tak mówić – oburza się Beatriz i wypija łyk wina.

Erhard w głębi duszy ma nadzieję, że Luisa jest nieco starszym wydaniem Beatriz – z ustami jak Kirsten, kobieta, którą kilkadziesiąt lat temu posuwał w pewnym barze w Horsens, która miała tyłek jak te siatkarki plażowe, które niedawno wiózł do Sport Fuerte. Chociaż w rzeczywistości jest pewnie całkiem zwyczajną miłą dziewczyną z białymi angielskimi piersiami – po matce – i w sukience w kwiaty.

– Salud – Erhard pociąga rum, wzdycha znad szklaneczki i zdejmuje z zębów liście mięty.

– To się skończy jakąś obsesją – stwierdza Beatriz. – Za dziesięć lat nie będziesz w stanie myśleć o nikim innym, bez przerwy będziesz o niej opowiadać, zobaczysz, że tak będzie. Jak ci rybacy, którym kiedy w końcu trafia się naprawdę duża ryba, to ją tracą, bo urywa im się z haczyka.

– Aż takie cudo to ona nie jest – mówi Raúl, a Beatriz szturcha go łokciem w bok.

– Skoro dotąd radziłem sobie bez dziewczyny, to jeszcze trochę wytrzymam.

– Siedemnaście lat – dodaje Raúl. – A wszystko dlatego, że mieszkasz w tej swojej norze.

– To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.

– Wiem. Ale gdybyś wysyłał do domu połowę tego, co wysyłasz, albo nawet jedną czwartą? Wtedy byłoby cię stać na coś lepszego.

Erhard nie chce o tym rozmawiać.

– Były mąż z raju – mówi Raúl do Bei. – Wszystkie pieniądze wysyła do Danii.

– To pięknie.

– Trzeba się ratować, nie tak mi kiedyś powiedziałeś? Mądre słowa, staruszku – śmieje się Raúl. – Chodzi mi o to, że mieszkając w tej norze, nie możesz prowadzić szczególnie ożywionego życia towarzyskiego. Powinieneś zacząć wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi.

– Jeśli jest mi przeznaczone kogoś spotkać, to tak się stanie.

– Please, przestań opowiadać te bzdury. Karma i tak dalej. Jeśli nie chcesz, żeby nazywano cię Eremitą, to wyjdź ze swojej żółwiej łupiny.

– Skorupy?

– Może być skorupy. Spotykaj się z ludźmi, poznaj jakieś kobiety.

– Ja też chcę poznać nowych ludzi. Dlaczego nigdy się z nikim nie spotykamy?

– Spotykamy się. Na łodzi no i w ogóle.

– Jasne, starców z forsą. Miałam na myśli żywych ludzi, ciekawych świata, jak w Barcelonie.

Raúl uważa, że to bzdury, Bea się upiła. Nie ma powodu do narzekania, mówi i wkłada jej rękę pod sukienkę. Erhard omiata wzrokiem okoliczne dachy, siedzi bez ruchu i patrzy przed siebie. Dachy znikają pod wodą, z morza wystają anteny. Zamyka oczy. Kiedy je otwiera, taras jest pusty, wysprzątany, zostały tylko krzesła. Jego ciało okrywa cienki koc, obok pali się świeczka. Niebo jest gęste, niebieskie, bez życia. Światła miasta zasłaniają góry.

15

Wiezie kobietę. Z portu w Corralejo, gdzie stała z rozwianymi włosami po zejściu z promu, do Sport Fuerte, gdzie nie może znaleźć mieszkania, w którym ma się zatrzymać. Pewnie zbliża się do sześćdziesiątki. Ma długie palce, już opalone, bez obrączki i pierścionków. Szwedka, nieco roztargniona i wyraźnie zdenerwowana. Właściwie mogą się swobodnie porozumiewać, chociaż Erhard zapomniał już tę odrobinę szwedzkiego, którą kiedyś znał. Kobieta pyta go o łańcuszek, który wisi na wstecznym lusterku. Z zaśniedziałą, maleńką srebrną latarenką. Tu jest strasznie ciemno, mówi. Kobieta się śmieje, ale z sympatią. Mówi, że miała ciekawą podróż. Daje mu do ręki pieniądze, powoli, porządnie, Erhard czuje jej palce. Właśnie tego mu brakuje, takich drobnych gestów.

Ale na tym wszystko się kończy. Pomaga jej przenieść walizki, patrzy, jak kuca i szuka czegoś w torebce. Nie daje mu swojego numeru, chociaż przez moment miał nadzieję, wizytówkę, którą jej dał, zostawia na tylnym siedzeniu razem z jakimiś broszurami z promu. Erhard odbiera to jako przytyk. Bo cóż innego mogłoby to znaczyć. Jest za stary i za brzydki.

Robi sobie sjestę, jedzie do domu i je drugie śniadanie.

Wyjmuje z kieszeni palec. Jest jasnobrązowy i krzywy, pozostałe są różowe. Z wyjątkiem paznokci, które są czarne. Tu, na wyspie, paznokcie szybko robią się czarne. Czarny pył, który unosi się w powietrzu, osiada na wszystkim, dostaje się też pod paznokcie. Szoruje je szczotką do butów, płucze na podwórzu. Z wyjątkiem paznokcia Billa Haji.

Taśmą klejącą przytwierdza palec do lewej dłoni. Srebrna taśma zakrywa łączenie, ręka wygląda jak cała. Staje przed lustrem i przygląda się sobie: opuszcza dłoń wzdłuż ciała, podnosi do brody, krzyżuje ręce na piersi, wkłada rękę do tylnej kieszeni spodni. Niby drobna zmiana, a jest mu z nią do twarzy. Nowy palec. Czuje się niemal jak normalny człowiek, nie zdejmuje go, kiedy znów wyjeżdża na miasto.

Przy rondzie, tuż za Puerto, zatrzymuje go jakaś para. Zawozi ich do wypożyczalni rowerów na Via Panitta. Zmienia biegi, uderza w kierownicę do taktu. Nikt nic nie mówi. Nikt nie przygląda się jego dłoni. Pasażerowie o czymś rozmawiają. Potem ma kurs do La Oliva: wiezie mężczyznę i jego psa, do weterynarza i z powrotem. Pies, stary pies pasterski, siedzi nieruchomo i zieje. Erhard boi się, że wyczuje zapach palca, ale pies nie wydaje się zainteresowany. Mężczyzna mówi, że ma zostać uśpiony. Nie ma innego wyjścia. Powtarza to wiele razy. Godzinę później wracają do domu. Pies nadal zieje, ale właściciel jest szczęśliwy. Udało nam się, szepcze do psa.

16

I wtedy przychodzi pierwszy dzień z deszczem. Kiedy zaczyna padać, Erhard lubi być w domu i popijać lumumbę. Tutaj ludzie jej nie znają, więc kiedy jest w hotelu – najbardziej lubi spokojne i chłodne, z barem, w którym barman nie rusza się z miejsca między papierosami – a więc kiedy jest w hotelu, zwykle instruuje barmana, jak należy ją przyrządzać. W hotelu Phenix na plaży w Corralejo wszedł raz za bar i pokazał nowemu kelnerowi, jak się ubija mleko do café au lait.

Dzisiaj jest w domu, na górnej półce w jadalni stoją kakao, mleko w proszku i koniak. Deszczowe dni zdarzają się głównie wiosną, tak uważa Erhard, ale zdania na ten temat są podzielone. Ubija mleko widelcem przytwierdzonym do wiertarki. Potem siada z nagim torsem na krześle pod brezentowym daszkiem i patrzy na góry. I na deszcz.

Palec włożył do słoika z formaliną. Wygląda w nim na bardzo długi i chudy. Palec faraona. Palec, który może sprowadzić burzę. Z bliska jest brązowy i pomarszczony. Obrączka się trochę poluzowała, ale nadal nie daje się zdjąć. Zaczyna go to irytować. Gdyby mógł ją zdjąć, palec byłby bardziej jego. Musi pilnować, żeby nie wysechł. Wtedy może się złamać. Albo zamienić się w proszek. Jak zmiażdżona laska cynamonu.

Krople padają tak gęsto, że brzmią niczym pomruk dochodzący z głębi ziemi. Póki pada, nie słyszy nic innego. Myśli o plastikowej płycie nad toaletą i kuchnią, która potęguje odgłos padającego deszczu. Od siedemnastu lat zamierza ją wymienić. Nie pasuje do domu. Wyróżnia się. Ale, prawdę mówiąc, jest mu wszystko jedno. Drażni go tylko, kiedy targa nią wiejący z południa wiatr. Wtedy potrafi przeleżeć w łóżku cały ranek. Przeklina wiatr albo dach, albo siebie samego, za to, że dawno nie wymienił starej plastikowej płyty na coś innego, mógł przynajmniej położyć na niej kilka kamieni, żeby tak nie łomotała. Ale kiedy wychodzi na zewnątrz, siada przed domem i patrzy na góry i srebrzyste niebo, wtedy nie myśli już o niczym.

Kiedy ktoś mówi: Czy to nie wspaniałe mieszkać w miejscu, w którym nigdy nie pada, odpowiada, że owszem, ale że tak naprawdę to kocha właśnie te cztery czy pięć deszczowych dni w roku. Przełamują cały rok słońca, są jak święto, które spada z nieba. Cała wyspa zamiera. Wszyscy patrzą w niebo, biegają i zbierają rzeczy, które leżą na podjeździe, na parapecie, na tarasie. Nie wsiada do taksówki. Jest oczywiście mnóstwo chętnych, ale on nie chce tracić deszczowego dnia na pracę. Siedzi pod brezentem i pije lumumbę. Kiedy termos z gorącą czekoladą jest pusty, zapada w sen. Jeśli jest w hotelu i zdarza mu się upić, pożycza sobie pokój. Zna recepcjonistów, więc idzie na górę i rzuca się na łóżko w ubraniu. Po lumumbie nie ma kaca. To jej zaleta.

17

Słychać huk. Dach łopocze na wietrze. A może to odgłos pioruna.

Pukanie do drzwi.

– Erhard! – głos przenika przez deszcz, który nadal pada. Gdzieś z oddali słychać pioruny, ale ktoś puka też do jego drzwi. Łagodny, miękki dźwięk. Erhard zdejmuje z siebie koc, podnosi się z krzesła i okrąża dom. Nie przejmuje się deszczem i wilgocią, rozkoszuje się chłodnymi kroplami, które w jego myślach zabierają go gdzieś daleko. Rozpoznaje kabriolet z podniesionym dachem i postać, która czeka w środku, za mokrymi szybami. Przy drzwiach stoi Raúl, i uderza w nie.

– Wiem, że tam jesteś, odstaw tę lumumbę i wyjdź na dwór.

– Dios mío, chłopcze, przewrócisz moją chatę.

Raúl się odwraca, unosi ręką, broniąc się przed deszczem, i spogląda na Erharda. Śmieje się głośno i obejmuje go, obaj są teraz mokrzy.

– Chodź, chodź – mówi i ciągnie go do samochodu – Wybierzemy się na małą przejażdżkę.

Erhard wie, że kiedy Raúl jest w takim humorze, nie pozostaje nic innego jak iść za nim.

– Chwileczkę – mówi. – Zaraz przyjdę.

Okrąża dom, zabiera ze sobą słoik z palcem. Stawia go na najwyższej półce między puszkami a kakao. Przygląda mu się chwilę, po czym wyjmuje szczypcami palec ze słoika, wkłada go ostrożnie do foliowej torebki i zawiązuje ją na supeł. Może ją nosić w kieszeni szortów, nikt się nawet nie domyśli.

Beatriz siada z tyłu, Erhard zostaje wepchnięty na przednie siedzenie. Taki właśnie jest Raúl. Beatriz ściska go z tylnego siedzenia, czuje jej włosy na karku. Za każdym razem pachnie inaczej. Dziś pachnie wanilią i solą. Raúl cofa się do ścieżki Alejandra, zawraca w błocie. Nastawia głośno muzykę. Hałas. Żadna porządna piosenka.

– To był pomysł Bei! – woła.

– Powiedziałam tylko, że błyskawice są takie piękne.

– Powiedziałaś też Cotillo.

– Stamtąd je widać.

– Właśnie to powiedziałem.

– Dlaczego akurat z Cotillo? – pyta Erhard. Wycieraczki pracują na pełnych obrotach, żeby mogli cokolwiek wiedzieć. – Dlaczego nie stąd?

– Dla moich przyjaciół nic nie jest za dobre. Zjedziemy na brzeg, tam, gdzie załamują się fale, i posłuchamy, jak woda się gotuje.

Raúl mówi tak, jakby sam zamówił burzę. Nie prowadzi niebezpiecznie, ale jeździ szybciej, niż Erhard by wolał. Poza tym Erhard nie lubi być pasażerem, przyzwyczaił się do tego, że to on prowadzi. Za każdym razem kiedy skręcają, spogląda przez lewe ramię, a kiedy jadą pod górę, próbuje zmieniać biegi. Drogi błyszczą, krajobraz wygląda inaczej niż zwykle, jakby wszystko było z czarnego plastiku. To przez deszcz, przez wodę, która wszystko pokrywa. I nie znika, bo ziemia jest zbyt sucha, żeby ją przyjąć.

– Chciałaś jechać na wybrzeże – mówi Raúl do Beatriz.

Mkną przez Cotillo, woda bryzga na boki, opryskuje stojące przy niej domy. Czuje się, że Raúlowi sprawia to przyjemność. Beatriz też jest zadowolona, może jest pijana, zastanawia się Erhard. Może Raúl jest pijany. Nie może tego wykluczyć.

Wyjeżdżają z miasta, kierują się w stronę parkingu i płaskiego kawałka urwiska, które schodzi do brzegu. Wszędzie pełno samochodów, nie stoją w porządnych szeregach jak w kinie na wolnym powietrzu, tylko przypadkowo, chaotycznie. Jest ich dwadzieścia, może trzydzieści i kilka radiowozów. Niebo za parkingiem przypomina szare płótno z jaskrawozielonymi kreskami, pojawiają się za każdym razem, kiedy rodzi się kolejna błyskawica.

– Wysiadamy! – krzyczy Raúl. Otworzył już drzwi od strony kierowcy, stoi w deszczu z kurtką na głowie.

– Nie możemy obserwować burzy stąd? – pyta Beatriz.

Raúl jej nie słyszy, trzaska drzwiami, okrąża samochód, otwiera drzwi od jej strony. Beatriz już nie protestuje, łapie go za rękę i idzie za nim. Erhard wysiada. Natychmiast robi się mokry, ale nie przeszkadza mu to.

Niemal biegną nad skraj urwiska. Jakby szukali końca kolejki na nocne przedstawienie. Schodzą nad wodę. Potykają się, idą dalej. Beatriz wydaje okrzyk radości. Błyskawice cały czas rozświetlają niebo. Każda rysuje swój unikalny wzór, od dołu do góry albo na odwrót. Grzmoty dochodzą gdzieś z daleka, niemal giną w deszczu. A pośrodku tego wszystkiego morze pieni się i wyje.

Teraz widzą zebranych na plaży ludzi. Stoją obok siebie. Ciemne sylwetki, niektórzy mają ze sobą latarki albo reflektory, krzyczą coś do siebie, jakiś silnik pracuje na przyspieszonych obrotach.

– Co, do licha? – dziwi się Raúl. – Co tam się dzieje?

– To pewnie jakiś przewodnik z grupą turystów! – krzyczy Beatriz.

– W takim deszczu? – śmieje się Raúl.

Ruszają w kierunku ludzi. Okazuje się, że wcale nie stoją w zwartej grupie, jak im się początkowo wydawało, tylko tworzą krąg wokół ludzi stojących w środku. Widać niebieskie światła, migają, jakiś mężczyzna woła: Cofnąć się! Cofnąć się! Ale nikt się nie rusza. Fale rzucają im się pod nogi, niektórym spieniona woda sięga do kostek.

– Tam jest samochód! – woła Beatriz. – Co on tu robi?

18

Policjant próbuje wygrodzić teren taśmą, otacza nią samochód. Czarny volkswagen passat. Ustawiono reflektory, które mają go oświetlić, ale prądnica nie nadąża, reflektory zapalają się i gasną, znów się zapalają, przewracają się w miękkim piasku.

Zatrzymują się i próbują zrozumieć, co się dzieje. Samochód wygląda, jakby ktoś go źle zaparkował albo ukradł i porzucił. Erhard niejeden raz widział takie rzeczy.

– Chodźmy stąd, chcę patrzeć na błyskawice – mówi Beatriz.

– Nie możemy, coś się tu stało. Coś strasznego – odpowiada Raúl.

– Właśnie o to mi chodzi, nie możemy stać i się gapić. Ktoś jest ranny.

– Ktoś zjechał ze skarpy i wpadł do morza – mówi ktoś przed nimi.

– Jak można się stoczyć aż tutaj? Chyba że ktoś to zrobił celowo – dodaje ktoś inny. – To samobójstwo?

– Kto pierwszy był na miejscu? – pyta policjant.

Kilka osób podnosi ręce, niektórzy szybko je opuszczają, kiedy widzą, że inni też się zgłaszają.

– Kto zadzwonił na policję? Nie pamiętam, z kim rozmawiałem.

Jakiś mężczyzna wysuwa się do przodu. Rozmawiają w deszczu. Mężczyzna wskazuje na krawędź urwiska. Policjant próbuje wszystko zapisać w notatniku, ale jest tak dużo wody, że się poddaje. Długopis przestał pisać.

– Pewnie jest kradziony, nie ma tablicy rejestracyjnej – mówi ktoś. Surfer amator w kolorowym kombinezonie.

– Na tylnym siedzeniu coś leży – rzuca ktoś z tłumu.

– Cofnijcie się, cofnijcie się, do diabła.

Erhard rozpoznaje funkcjonariusza. To Bernal. Jest przemoknięty, ubranie niemal na nim lśni, stoi pod parasolem rozłożonym obok samochodu, świeci latarką, sprawdza tylne siedzenie i robi zdjęcia dużym aparatem.

– Hassib! – woła. – Potrzebuję kogoś do pomocy.

Ale nic się nie dzieje. Dźwięki toną w hałasie, znikają. Pozostali funkcjonariusze nie słyszą go. Jeden z nich rozstawia reflektory, drugi rozmawia z ratownikiem, który trzyma pod pachą torbę. Na górze, na skarpie, stoi dźwig, operator szykuje się do wyciągnięcia wozu. A deszcz nadal pada.

– Wracajmy już, jest mi niedobrze – szepcze Beatriz.

– Chodź do mnie – mówi Raúl i przyciąga ją do siebie.

– Jest tu ktoś z prasy? – pyta jeden z policjantów.

Nikt się nie zgłasza.

– Nie ma nikogo, szefie – woła jeden z funkcjonariuszy do Bernala, który fotografuje coś na tylnym siedzeniu samochodu. Jakieś papiery, wycinki z gazet. Kolega podchodzi i pomaga mu je rozłożyć. Rozmawiają o czymś, przekładają papiery i dalej robią zdjęcia. Błyskawice rozświetlają niebo po drugiej stronie ciemnej nocy, jakby odpowiadały na błyski aparatu fotograficznego.

Wokół samochodu unosi się dziwny odór. W pierwszej chwili Erhard jest przekonany, że wydobywa się z torebki. Że to palec tak śmierdzi. Sprawdza ostrożnie, czy torebka się nie rozwiązała. Może zniszczył palec, kiedy zbiegał z urwiska? W jego organizmie nie ma już śladów lumumby. Odór dobywający się z samochodu staje się coraz bardziej intensywny i wrogi. Jakby było tam coś, co już dawno powinno zostać usunięte.

– Rozumiem, że doszło do wypadku – mówi Raúl do surfera.

– Samochód stoi tu cały dzień. Ale niedawno ktoś odkrył, że nie jest zamknięty.

Do rozmowy włącza się facet, który rozmawiał z policją.

– Zauważyłem, że na tylnym siedzeniu leży jakieś pudełko. Coś z niego wystaje.

– Co? – pyta przyjaciel surfera, jedyny człowiek w pelerynie.

– Wyglądało to jak… – więcej nie udaje mu się powiedzieć.

Zastępca komisarza policji mija ich poirytowany. Spojrzenia Bernala i Erharda krzyżują się. Bernal zatrzymuje się gwałtownie i zawraca. Erhard bardziej czuje niż widzi, że Raúl robi krok do tyłu. Najwyraźniej nie chce rozmawiać z policjantem.

– Eremita – wita go Bernal. – Masz nosa do takich spraw.

Erhard nie wie, co powiedzieć. Chce mu wytłumaczyć, że to nie on chciał tu przyjechać.

– Co się stało? – pyta surfer.

Bernal nie odpowiada.

– Potrzebuję nazwisk wszystkich, którzy coś widzieli – odzywa się po chwili. – Jeśli ktoś jest tu tylko z czystej ciekawości, proszę, żeby opuścił to miejsce – mówi i patrzy na Erharda.

– Przyszliśmy oglądać błyskawice – odzywa się Beatriz.

Bernal patrzy na nią.

– Więc proszę je oglądać, Señorita – odpowiada i rusza do góry, znikając w deszczu, który jest jak gęsty czarny pył.

– Chodźmy już – szepcze Beatriz.

– Oczywiście, mój aniele – odpowiada Raúl. Stoi i przygląda się samochodowi.

Woda zaczęła się już cofać, fale biorą się za bary jak dzikie zwierzęta.

– Stawiasz lumumbę – rzuca Erhard do Raúla i zerka na sukienkę Beatriz: jest mokra, klei się jej do ciała.

19

Dawniej Chłopiec-Mężczyzna w każdą środę jeździł autobusem. Dotarcie do Tuineje zajmowało mu prawie całe przedpołudnie, a powrót do zakładu Santa Marisa niemal całe popołudnie. Kilka razy zdarzyło mu się za wcześnie wysiąść w jakimś miasteczku. Kiedy zaczynał biegać po ulicy i bić się po głowie, wzywano policję. Ma ponad dwa metry wzrostu, może dwa metry i piętnaście centymetrów, ale z twarzy, z bezwolnych członków i ubrania przypomina siedmioletniego chłopca. Jego oczy bezustannie czegoś szukają, nie spoczywają nawet na chwilę. Jakby próbował zrozumieć świat, odczytać jakiś kod czy nuty. Kiedy jedzie taksówką, uwielbia przyłożyć czoło do szyby i śledzić krajobraz wzdłuż drogi. Śledzić jego nieprzerwaną linię.

W każdą środę o dziesiątej piętnaście, także tego dnia, staje na chodniku przed dużą bramą i czeka z plecakiem zapiętym na piersi. Od czternastu lat nie wypowiedział ani jednego słowa. Pewnego dnia po prostu przestał mówić. Umie mówić, ale nie chce, tak zawsze twierdziła Monika. Przez kilka pierwszych śród Erhard miał nadzieję, że jednak się odezwie. W każdą środę spędzali razem ponad dwie godziny – godzinę w jedną stronę i godzinę z powrotem. Erhard miał nadzieję, że bliskość, która się między nimi wytworzyła, sprawi, że Chłopiec-Mężczyzna się otworzy. Że obdarzy go zaufaniem. To było jak gra, wyzwanie, Erhard chciał, żeby chłopak coś powiedział. Czasem udawało mu się go rozśmieszyć albo sprawić, żeby odwrócił głowę. Ale i tak każda środa kończyła się jego przegraną. W końcu tak się zirytował, że poprosił Monikę, żeby znalazła innego kierowcę. Nie był w stanie dłużej wytrzymać. Problem polegał na tym, że żaden inny kierowca nie chciał z nim jeździć. Aaz musiał jeździć autobusem.

Monika zaproponowała, że zapłaci mu dwa razy więcej, żeby tylko dalej z nim jeździł.

– Nie musisz go lubić. Wystarczy, że będziesz udawać, że go lubisz.

Erhard dał sobie pół roku. Ale pieniędzy nie wziął.

I wtedy coś się stało.

Erhard usłyszał, że Aaz zaczął mówić.

Dotarli na miejsce. Erhard wchodzi do środka. Monika bierze w swoją dłoń dużą dłoń chłopca. Siadają na chwilę przy pianinie. To coś, co ich łączy. Aaz kocha muzykę. Erhard patrzy na nich, pieszczą się jak ptaszki. Co dwa miesiące stroi fortepian. Dzisiaj tylko się rozgląda.

Nie jest tu tak smutno jak u niego w domu, chociaż Monika jest w jego wieku i podobnie jak on – jest samotna. W pokoju stoją świeże kwiaty, jest akwarium z rybkami i pisma kobiece w specjalnym stojaku z madonnami obok kanapy i niewielkiej komody na tle obwieszonej zdjęciami ściany. Na zdjęciach widać małą dziewczynkę w stroju baletnicy i mężczyzn w wojskowych mundurach przy Calderon Hondo, widać też dwie młode kobiety na vespie przed biurowcem. W sumie wisi tam jakieś dwadzieścia zdjęć. Wszystkie czarno-białe, piękne, smutne. Życie, które minęło. Nie ma natomiast ani jednego zdjęcia syna Moniki. Erhard się rozgląda. Nad półką nad telewizorem też nie ma żadnego, ani na komodzie. Podobnie jak on ona też chowa przed innymi to, co dla niej najważniejsze. Żeby nie musiała iść dalej. Monika jest chłodna, wyniosła, nie jest snobką, ale ceni rzeczy, które posiada. Małą łyżeczkę do cukru i kwiaty, które pasują do zasłon.

20

– Czego chcecie? – pyta Erhard, nie odrywając wzroku od książki leżącej na stole, nie odstawia też filiżanki na spodek. Jest piątkowe przedpołudnie, trzech mężczyzn w koszulach patrzy, jak spokojnie pije kawę. Jednym z nich jest Bernal, zastępca komisarza. Kładzie kartkę na jego książce. Kawałek strony gazety. Trudno powiedzieć jakiej, zdania trudno odczytać, farba jest rozmazana, papier zniszczony, Erhard odczytuje zaledwie kilka słów: portfel i przesyłka bankowa. Dziwne słowa, w pierwszej chwili ich nie rozumie.

– Co tu jest napisane? – pyta Bernal. – Czy to po duńsku?

– Tak myślę. – Brakuje mu reszty artykułu, żeby mieć pewność, ale rzeczywiście przypomina to duński. – Skąd to masz? – pyta i z jakiegoś powodu zaczyna się obawiać, że to może mieć coś wspólnego z Raúlem.

– To nie twoja sprawa – mówi kolega Bernala, niski mężczyzna z blisko osadzonymi oczami i zaniedbaną brodą. Rozgląda się po kawiarni, w której siedzi jeszcze tylko jedna osoba, załamany młody mężczyzna z zaczesanymi do tyłu włosami: mruży oczy, najwyraźniej całą noc się bawił.

– Potrzebujemy kogoś, kto zna duński.

– Poszukajcie przewodnika turystycznego, jest ich tu pełno.

– Nie tak dużo jak dawniej. Chodź z nami, Jorgenson.

– Jeśli powiecie, o co chodzi, to może pójdę.

– Jesteś mi coś winien za poprzedni raz. Mogłem cię zabrać na komisariat.

– Powiedz mi, o co chodzi – upiera się Erhard.

Bernal nagle robi się jeszcze bardziej zmęczony. Może się nie wysypia, może pije, a może dziecko nadal ma odrę.

– Daj sobie z nim spokój, Bernal. Cudzoziemiec nam nie pomoże – odzywa się najniższy rangą z trzech funkcjonariuszy. Wygląda na stanowczego faceta, takiego, który raczej klepie po ramieniu, niż podaje rękę. – Ma za dużo złych wspomnień – dodaje, szybko dopija espresso i chce wychodzić.

Bernal najwyraźniej opowiedział im o Erhardzie, zanim się zjawili. O sprawie z Federico Molino, którego walizkę znaleziono niedaleko Lajares. Były w niej paszport, skarpety, wosk do włosów i lubrykant, o czym policja nie omieszkała wspomnieć, kiedy zadawali pytania w sądzie. Powinni być zadowoleni z zeznań Erharda. Ale nie, byli zawiedzeni, przekonani, że wie więcej, niż mówi. Tylko Bernal rozumiał, że Erhard pozostał wierny swoim znajomym z wyspy. Mówił prawdę, ale nie całą. Nie wspomniał o Raúlu Palabrasie ani o ówczesnym prezydencie regionalnym Emeraldo, ani o Suárezie. Od tamtego czasu minęło już ponad osiem lat.

– Chyba że mnie aresztujecie – oświadcza.

Bernal patrzy na niego, jakby miał nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

– Pozdrów młodego Palabrasa – mówi.

Wychodzą.

Właściciel kawiarni stoi nieruchomo za barem i patrzy za nimi, widzi ich w lustrze na ścianie. Pewnie nie ma pozwolenia na sprzedaż piwa. Jak większość właścicieli kawiarni w mieście. Podnosi głowę i zerka na młodego mężczyznę w głębi lokalu.

– Pesce, do diabła, nie kładź się na stoliku z tymi swoimi tłustymi włosami. Idź do domu i się prześpij.

Kiedy Erhard wraca do swojej taksówki, która stoi ostatnia na postoju na głównej ulicy, widzi, że policjanci stoją na rogu Paseo Atlántico. Wsiada do auta i wraca do lektury. Czyta Czerwone i czarne Stendhala. Dziwna rzecz, niespójna.

Sprawdza lusterka. W pobliżu nie ma nikogo. Wyjmuje z kieszeni torebkę, sięga po palec, próbuje ściągnąć z niego obrączkę. Nie daje rady. Palec wygląda jak kawałek gałązki zamarynowanej w oleju. Przykłada go do pustego miejsca po własnym palcu. Jest za duży i nie z tej ręki co trzeba, przypomina mały palec, ale jego dłoń znów wygląda jak kiedyś. Z wszystkimi palcami na swoim miejscu. Chowa palec, wciska torebkę głęboko do kieszeni.

Widzi, że policjanci skręcają za róg i zaczynają się żegnać. Po chwili do taksówki podchodzi Bernal. Wsiada.

– Puerto – rzuca.

Erhard patrzy na niego.

– A kiedy już tam dotrzemy, zaprosisz mnie do środka?

– Może.

– Jest kolejka, inni są przede mną.

– Jedź.

Erhard wyjeżdża z kolejki, jeden z taksówkarzy coś za nim woła. Luís. Zawsze krzyczy. Wielka gęba bez zębów. Jadą główną ulicą przez miasto, wyjeżdżają na FV-1. Żaden z nich się nie odzywa.

– Czy to ma coś wspólnego z Billem Haji? – pyta Erhard. – Wszystko już wam powiedziałem – dodaje.

Policjant się śmieje.

– Ta sprawa jest zakończona. Mamy ją już z głowy, że tak powiem. Chociaż siostra nie była zachwycona, łagodnie mówiąc.

– Z Palabrasami też nie ma nic wspólnego? – dopytuje się Erhard.

– Nic a nic – zapewnia Bernal. Założył nogę na nogę, but, który zwisa mu z kolana, kołysze się w takt muzyki, starego nagrania Coltrane’a. Erhard nabył je dziesięć lat temu i od tamtej pory cały czas go słucha. – Byłeś w Cotillo. Nic nie wiesz?

Erhard od kilku dni nie czytał gazet. Kręci głową.

– Nie czytasz niczego poza tymi swoimi książkami? Nie słuchasz radia?

– Raczej nie.

– Krótko mówiąc, samochód został porzucony w pobliżu Cotillo. Nie wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. Powinien być w Lizbonie, a nagle znalazł się tutaj. Ktoś go ukradł i przetransportował na wyspę. Nie wiemy, kto siedział za kierownicą. Stał w wodzie… Silnik oczywiście padł. Jedyne co jest ciekawe, to kawałki gazety.

– A co ja miałbym zrobić?

– Spojrzeć na nie i powiedzieć mi, co tam jest napisane. Pewnie nic ważnego. Jakieś zdania bez żadnego znaczenia. Próbuję ustalić, co się stało. Między nami mówiąc, szefowie nie bardzo mnie wspierają. Działam na własną rękę.

Wjeżdżają na pierwsze rondo na drodze z miasta. Słońce zostało zakleszczone między chmurami, wygląda jak podbite oko.

– Jak to się stało, że byłeś wtedy tam na plaży? – pyta Bernal.

– Moi przyjaciele chcieli pojechać obejrzeć burzę.

– Twoi przyjaciele? Raúl Palabras i jego narzeczona?

– Tak.

Bernal długo przygląda się Erhardowi, który w skupieniu obserwuje ruch uliczny.

– Wiele lat minęło, od kiedy ostatni raz czytałem duńską gazetę – mówi w końcu.

– Zerknij na te kawałki i powiedz nam, co w nich jest, that’s it.

Policjanci i mieszkańcy miasta nazywają komisariat w Puerto Zamkiem, ponieważ stoi na ruinach pałacu, który na początku XVIII wieku wzniósł na wyspie jeden z hiszpańskich królów. Ale poza grubymi murami zewnętrznymi i pięknie sklepionymi łukami łączącymi otynkowane kolumny budynek ma w sobie niewiele z królewskiej świetności. Biuro, w którym sześciu, a bywa że i siedmiu spoconych policjantów biedzi się nad komputerami, przypomina Erhardowi podobne lokale z Rødovre z lat osiemdziesiątych.

Wchodząc, mijają bramki z wykrywaczami metalu. Erhard boi się, że zostanie poddany rewizji osobistej, podczas której w prawej kieszeni jego spodni strażnik znajdzie torebkę z palcem, ale idzie za Bernalem. Przechodzą przez korytarz, wchodzą do pomieszczenia, które przypomina magazyn albo garaż. Bernal zamyka za nimi drzwi i zaczyna szukać czegoś na regale. Wraca z dużym jasnobrązowym kartonem, wkłada gumowe rękawiczki.

– Ja też powinienem? – pyta Erhard.

– Nie, nie musisz – stwierdza Bernal, zerkając na jego dłoń bez palca. Wyjmuje z pudełka kawałki gazety. – Świnie przygotowały nam niespodziankę.

– Świnie – powtarza Erhard. Rozpoznaje pudełko, leżało na tylnym siedzeniu samochodu. Poznaje je, mimo że wtedy była noc.

– Nie wiemy, czy te kawałki dają się połączyć w jakąś całość, czy można z nich coś odczytać, czy w ogóle jest sens poświęcać im czas.

Erhard patrzy na kawałki gazety. Jakieś zdjęcia, niektóre kolorowe, słowa.

– Leżały w wodzie, posklejały się.

– Niestety – przytakuje Bernal. – W tym problem. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy to kawałki przypadkowej gazety, czy też ktoś chciał nam w ten sposób coś przekazać.

– Co mam zrobić?

– Zacznij od tytułów, tych pisanych dużymi literami. Jesteś w stanie coś odczytać? Na przykład tutaj? – Bernal wskazuje na duży fragment tekstu, z tytułem i kawałkiem artykułu. – Co tu jest napisane?

Erhard czuje się dziwnie, mając przed oczami tak duży kawałek tekstu po duńsku. Zaczyna czytać.

– Piszą, że jeśli zima będzie równie ostra jak w zeszłym roku, to wielu kopenhaskich bezdomnych może zamarznąć.

– Co to znaczy?

– Nie wiem. Pewnie że trudno jest być bezdomnym w zimnym kraju.

Bernal rozkłada ręce.

– Czytaj dalej. Może ten fragment.

Tym razem tekst jest wyraźniejszy, ale sklejony z innym.

– Ojcowie nie mają szczęścia w sądach.

– Co to znaczy?

– Nie wiem. Tak tu jest napisane.

Bernal nie wygląda na zadowolonego.

– Przejrzyj te kawałki, może coś zwróci twoją uwagę.

Erhard przesuwa kawałki gazety, czyta, odkłada na bok te, które mogą się okazać ważne. Póki co nic go nie zaintrygowało. Zwykłe artykuły, chociaż niektóre nawet ciekawe, o Duńczykach, finansach, dzieciach, instytucjach finansowych, o rozwodach, programach telewizyjnych. Dużo artykułów o rockersach. Wiele lat minęło od czasu, kiedy ostatnio czytał duńską gazetę, ale ma wrażenie, że niewiele się zmieniło. Niektóre nazwiska są mu obce, poza tym jednak wszystko jest jak dawniej.

– Nie sądzę, żeby było tu coś ważnego, ale też nie bardzo wiem, czego mam szukać.

Bernal wstaje, wyrzuca kawałki papieru do kosza.

– Ja też nie mam pojęcia, czego masz szukać. Gówniana sprawa – dodaje szeptem.

W pokoju czuć moczem. Z głębi, gdzieś zza regału, dochodzi głos dziecka, ma czkawkę, pojękuje. Bernal nawet tego nie zauważa.

– Nie pomogę ci, jeśli mi nie powiesz, czego mam szukać. Muszę wiedzieć coś więcej – upiera się Erhard.

Bernal długo myśli. Pewnie się zastanawia, co może mu powiedzieć, a czego nie.

– Chodź – mówi w końcu. – Chodź.

Okrąża regał, kieruje się w stronę ciemnego narożnika. Zatrzymuje Erharda, który idzie tuż za nim. W ciemności Erhard widzi jedynie połowę jego twarzy.

– Nie jesteś szczególnie wrażliwy? – pyta.

Erhard kręci głową.

– Pamiętasz Madeleine?

– Znaleźliście ją?

– Pamiętasz ją? – powtarza Bernal poirytowany.

Erhard kiwa głową.

– No więc nie chcemy drugiej takiej sprawy. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Wszyscy mieliśmy jeden wspólny cel. To, co wtedy stało się w Portugalii, miało druzgoczący wpływ na turystykę w Praia da Luz, na policję posypały się obelgi, dla mediów byliśmy jak cholerni Tajniak i Jawniak. W tym przypadku różnica jest taka, że dziecka nikt nie szuka. Nie ma płaczących rodziców ani rodzeństwa, które tęskni za braciszkiem.

– Dziecka?

Bernal zapala dwa kinkiety, podchodzi do białej tablicy wiszącej na ścianie.

– Chłopca – mówi i wskazuje na zdjęcie.

Duże czarno-białe zdjęcie. Pierwotnie było pewnie kolorowe, teraz jednak kolory zastąpiła biel i odcienie szarości. Jest też trochę brązu i jasnej zieleni. Ciężko na nie patrzeć. Po przekątnej widać duży czarny czworokąt, zaznaczony czterema wimplami nadającymi zdjęciu głębię. Na środku, jakby otoczony niewidzialną skorupą, leży maleńka istota. Jedną rękę ma uniesioną, jakby przed chwilą drapała się po głowie, drugą podwiniętą, w jakiś niemal niemożliwy sposób. Wokół niej, na niej i pod nią leżą kawałki gazety, białe, wyblakłe, ostre.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Eremita 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer