Bałagan, jaki zostawisz

Bałagan, jaki zostawisz

Autorzy: Carlos Montero

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 528

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 27.99 zł

Fascynujący thriller psychologiczny nagrodzony prestiżową Premio Primavera

Raquel jest typową hiszpańską trzydziestolatką: nie ma dzieci, pracuje dorywczo, ma za sobą epizod depresyjny, a jej mąż jest bezrobotnym pisarzem. Kiedy w końcu udaje się jej zdobyć półroczne zastępstwo w szkole średniej w Novariz, nie waha się ani chwili. Jednak senne i mroczne miasteczko od początku budzi jej niechęć. Kiedy dociera do szkoły, dowiaduje się, że Viruca, poprzednia nauczycielka, popełniła samobójstwo. Już pierwszego dnia pracy Raquel otrzymuje anonimowy liścik z narysowaną szubienicą i pytaniem:

„A tobie ile czasu zostało do śmierci?“

Raquel chce dotrzeć do prawdy. Co stało się z Virucą? Czy to samo przydarzy się i jej? I dlaczego niektóre ślady prowadzą do jej męża?

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

ROZDZIAŁ 43

ROZDZIAŁ 44

ROZDZIAŁ 45

ROZDZIAŁ 46

ROZDZIAŁ 47

ROZDZIAŁ 48

ROZDZIAŁ 49

ROZDZIAŁ 50

ROZDZIAŁ 51

PODZIĘKOWANIA

przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

EL DESORDEN QUE DEJAS

Redakcja: Maja Lipowska

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: © David de las Heras / PENCIL ILUSTRADORES S.L.

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

© Carlos Montero Castiñeira, 2016

Published in agreement with Espasa Libros S. L. U.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Marta Jordan, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-593-0

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Powieść ta, w konkursie ogłoszonym przez Espasa i Ámbito Cultural,

otrzymała Premio Primavera 2016

przyznaną przez jury w składzie:

Carme Riera

Fernando Rodríguez Lafuente

Antonio Soler

Ana Rosa Semprún

Ramón Pernas

Dla Guillego, za tak wiele

Dla mojej siostry, zawsze

ROZDZIAŁ 1

Fotograf był mężczyzną około pięćdziesięciopięcioletnim, z wielkim brzuchem, który nie pozbawiał go jednak zwinności, ilekroć, chcąc osiągnąć najlepsze ujęcie, musiał się schylić, zrobić kilka kroków tyłem, wspiąć na wszystko, co napotkał na swej drodze, albo z tego zejść. Teraz postanowił zachęcić nowożeńców, aby podeszli nad brzeg zbiornika wodnego nieopodal rzymskich basenów termalnych. Zimą termy były zwykle zalewane, ale ponieważ jesienią zbytnio nie padało, poziom wody był na tyle niski, że odsłaniał część antycznych ruin i piaszczyste nabrzeże, bardziej przypominające plażę niż brzeg rzeki. Piasek pokrywały tysiące suchych liści opadłych z drzew, które zdawały się cofać nieśmiało przed wodą, a tymczasem to ona, z powodu suszy, uciekała przed nimi. Owego chłodnego zimowego dnia gorące źródła parowały, wprowadzając jakąś dziwną atmosferę, do której mieszkańcy prowincji Ourense byli już przyzwyczajeni, ale która zawsze zaskakiwała przybyszów. Kąpiele w leczniczych wodach termalnych znowu zaczęły być modne i przyciągały rzesze turystów do basenów położonych przy brzegach rzeki Miño, w enklawach takich jak A Chubasqueira czy Outariz, oraz tych przy zbiorniku, As Conchas, na rzece Limii, na południu prowincji i prawie przy granicy z Portugalią. Tysiące gości, nie licząc miejscowych, przez cały rok przybywało zażywać kąpieli w tych ciepłych sadzawkach, prawdziwych naturalnych jacuzzi. To nie Islandia, mawiali dumni mieszkańcy Ourense, to Galisja.

– Myślę, że z takim niebem i wodą to może być piękne tło – stwierdził fotograf, ocierając chusteczką kropelki potu, które ściekały mu z czoła aż na podwójny podbródek.

– A nie będzie tam za mokro? – zapytała panna młoda. – Bo nie chcę sobie poplamić sukni.

Fotograf zbliżył się do brzegu i prawą ręką pomacał piaszczystą ziemię.

– Sucho. Podejdźcie bez obaw.

Młodzi usłuchali, chociaż nie wyglądało na to, żeby chcieli zbytnio współpracować, do czego fotograf był już zresztą przyzwyczajony; część jego pracy polegała na tym, by sprawić, żeby na dwadzieścia minut zapomnieli o krzątaninie owego dnia i wszelkich zobowiązaniach wobec zaproszonych gości. By to osiągnąć, sięgał zwykle do swojego stałego repertuaru, rzucając okrągłe zdania, które miały rozluźnić młodą parę. Obejmij ją w pasie, popatrz na nią tak jak wtedy, kiedy ją kochałeś. A może by tak buziaka? A może by tak w usta? Oj, chyba skończy się na tym, że będę musiał spędzić z wami noc poślubną i dać wam parę wskazówek, jak to się robi, bo widzę, że jesteście jacyś zieloni.

Zdania takie jak te, choćby i najgłupsze, zazwyczaj robiły swoje i świeżo upieczeni małżonkowie w końcu się odprężali, a nawet bawili tą chwilą. Jednak to raczej nie był ten przypadek.

– Spróbujmy zrobić coś na szybko, bo ludzie zaczynają protestować – powiedział pan młody, enty raz rzucając okiem na komórkę.

– Nawet w dniu naszego ślubu nie zostawisz telefonu w spokoju? – wyraziła swój sprzeciw dziewczyna.

– Najwięcej esemesów przysyła mi twój ojciec. To niby co mam robić?

– Już kończymy, przysięgam – zapewnił fotograf. – Jeszcze dwa zdjęcia i gotowe. Andrea, może popatrz na zalew? Wyobraź sobie, czy ja wiem, że widzisz jakiś piękny żaglowiec i pokazujesz go swojemu mężowi.

– Mężowi… Jak to dziwnie brzmi.

– Będziesz musiała się przyzwyczaić – odparł młodzieniec z przekonaniem.

– W takim razie, mężu, popatrz, jaki piękny żaglowiec tam płynie.

Oboje się uśmiechnęli, kontynuując tę grę, gdy wtem panna młoda zmieniła się na twarzy.

– A to co takiego? – Pokazała chaszcze porastające brzeg sto metrów dalej. – Jakaś tratwa?

– Gdzie? Bo bez okularów trudno mi…

– Tam.

Pan młody wytężył nieco wzrok i od razu pojął przyczynę przerażonej miny swojej świeżo poślubionej małżonki.

– To ciało… nagie… i…

– Gdzie? – zapytał fotograf.

– To trup?

Fotograf z największą zręcznością, na jaką pozwoliły mu grube palce, zmienił obiektyw aparatu z 50 mm na teleobiektyw 200 mm. Skierował go na zalew, szukając przedmiotu niepokoju młodej pary. Udało mu się dokładnie ująć w kadrze to, czego szukał, i przekonał się, że owszem: na wodzie unosiły się zwłoki. Spuchnięte ciało, niebieska skóra, posiniałe wargi, piana w ustach, zdeformowane obrzękiem rysy twarzy i splątane włosy. Podobne widywał w kryminalnych serialach, których wielką miłośniczką była jego żona, oglądająca je niemal każdej nocy. Nacisnął wielokrotnie migawkę aparatu.

– Co widzisz? Jest nieżywy? – spytał mąż, przerażony i przytłoczony myślą o kołyszącym się na falach nieboszczyku.

Panna młoda wczepiała się w ramię męża i z niepokojem czekała na odpowiedź fotografa.

– Nieżywa. To kobieta. Niezbyt stara – potwierdził fotograf. – Najlepiej będzie, jak wezwiesz Gwardię Obywatelską.

Młoda małżonka nie zdołała powstrzymać mdłości. Zwymiotowała. Rozbryzgane wymiociny zniszczyły jej suknię. Mąż podał jej chusteczkę, żeby się wytarła.

– Nieważne, nieważne. – Nagle przejmowanie się plamą na sukni wydało jej się nieistotne, a nawet nie na miejscu.

Godzinę później przyjechało kilka wozów patrolowych. Młodej pary już nie było, pozostał jedynie fotograf. Uznał, że jego obowiązkiem jest zaczekać, aż pojawią się ci z Zasłużonej1.

Żeby dosięgnąć pozbawionego życia ciała dziewczyny i wyciągnąć je na brzeg, potrzebowali motorówki. Sędzia i sekretarka sądowa dotarli nieco później i asystowali przy zabieraniu zwłok.

– Myślę, że to ona, panie sędzio – wyraził przypuszczenie starszy szeregowy Giménez.

– Kto?

– Nauczycielka z Novariz, ta, co zaginęła tydzień temu. Biedaczka.

ROZDZIAŁ 2

Gdzieś czytałam, że powody, które wywołują najgorszy stres, to śmierć kogoś bliskiego, rozstanie z ukochanym i przeprowadzka, uporządkowane w takiej właśnie kolejności.

Śmierć kogoś bliskiego: odhaczyć, check. Albo raczej podwójnie check.

Przeprowadzka: ta, do której właśnie się zabieramy, mój mąż i ja. Opuszczamy nasze wynajmowane mieszkanie w dzielnicy Montealto w A Coruñi po sześciu latach, jakie tu przeżyliśmy.

Rozstanie z ukochanym: wydaje mi się bliskie, o ile się wreszcie nie dogadamy w sprawie tego, co mamy wyrzucić, a co zachować.

– W tym płaszczu nie chodzisz od czasów studiów.

– Dostałem go od ojca. To jedna z niewielu pamiątek, jakie mi po nim zostały.

– Germán, czy nie umówiliśmy się, że już przestajesz grać kartą „mój ojciec nie żyje”?

– I kto to mówi. Przecież nie minęły nawet jeszcze cztery miesiące…

– Dobra, przymierzaj, jeśli naprawdę uznasz, że ci w nim dobrze, wsadzimy go do paczek, które zabieramy.

Germán staje w nim przed lustrem, sprawdza w odbiciu, czy ja też na niego patrzę.

– I jak? – pyta. Dostrzega coś, co mu się nie podoba. Podnosi rękę do głowy i wzdycha z troską, dotykając włosów z pewnym niepokojem. – Coraz ich mniej. Myślę, że mi wypadły podczas tych miesięcy w szpitalu. Nikt ci nie mówi, że taki będzie jeden z efektów ubocznych choroby ojca.

– Nie wyłysiejesz.

– Oby. Podoba ci się ten płaszcz?

Patrzę na niego, nie będąc pewna, co powiedzieć.

– Jest okropny – poddaje się. – Naprawdę zakochałaś się we mnie, kiedy go nosiłem?

– Raczej kiedy go zdjąłeś.

Na to Germán zaczyna go ściągać z udawaną i niezręczną zmysłowością, nucąc jednocześnie jakąś kiczowatą melodyjkę.

– Przykro mi, ale już nie wywołuje tego samego efektu – mówię z fałszywą powagą. – Dotykam majtek i nic, suchutkie, suchuteńkie.

Germán się śmieje. I zaraża mnie tym śmiechem.

Może dlatego od dwunastu lat nadal jesteśmy razem. Bo czasami jeszcze się śmiejemy. A warto dodać, że odkąd stało się to z jego ojcem, coraz trudniej mi zmusić go do uśmiechu. To „z jego ojcem” to nic innego jak jego śmierć. Jakie dziwne te eufemizmy i te wszystkie wysiłki, które podejmujemy, żeby usunąć śmierć z życia, a nawet z języka. To z jego ojcem.

Tere mówi, że kiedy opowiadam o moim związku z Germanem, wyglądam jak staruszka. Staruszka licząca co najmniej czterdzieści pięć wiosen. Dla niej wszystko, co przekracza nasz wiek – trzydzieści cztery lata – należy uznać za starość. Dlatego teraz zebrało jej się na przesypianie z jednym czy dwoma facetami na tydzień; żeby wykorzystać ostatni rok, jaki jej pozostał, zanim dopadnie ją dekadencja. Odpowiadam, że nie mówię jak staruszka, po prostu jestem z Germanem od drugiego roku studiów. Już dwanaście lat, ślub, dwa samoistne poronienia, śmierć jego ojca, śmierć mojej matki, cztery przeprowadzki, jego dwa i pół roku bezrobocia, które trwa już za długo, chociaż on nigdy się nie przyzna, że jest bezrobotny, on pisze, tyle że nie pisze, a ponieważ nie pisze, jest w depresji. Wpada w depresję i wychodzi z niej z zadziwiającą łatwością. Do tego rachunku trzeba dodać pewną paskudną historię, o której oboje staramy się zapomnieć. Tak bardzo się wysilamy, że czasami myślę, iż zredukowaliśmy nasze małżeństwo do przezwyciężania tego, co się stało. Już nawet nie nadajemy temu żadnej nazwy. Bo teoretycznie o tym zapomnieliśmy. Oboje jesteśmy przekonani, że po tamtym życie toczy się dalej, i tak oto próbujemy żyć. I może trudno to przyznać, ale śmierć mojej matki i jego ojca pomogły nam przetrwać. W najtrudniejszych momentach byliśmy sobie bardzo potrzebni.

Do obu tych tragedii należy dodać moje dwa podejścia do egzaminu konkursowego. No i teraz podróże, te wszystkie zastępstwa, jakie biorę w liceach w najdalszych zakątkach Galisji. Nie wygrałam, jednak zajęłam pozycję na tyle wysoką, że zatrudniają mnie czasowo. Gdy tylko gdzieś ktoś dostaje zwolnienie na trzy czy cztery tygodnie albo kilka miesięcy, to ja tam jadę. Jestem nauczycielką na zastępstwach. Tere nawet zamówiła dla mnie koszulkę. „Nauczycielka na zastępstwach niezmordowana do utraty tchu”. I owszem, no co ja poradzę? Uwielbiam swoją pracę, chociaż nie mogę zostać z tymi samymi uczniami tak długo, jak bym chciała. U mnie to nie było jakieś wczesne powołanie, raczej wręcz przeciwnie, nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako belfra. Ale spróbowałam i połknęłam bakcyla. Może z czasem dopadnie mnie to samo, co wielu innych kolegów po fachu: że się zniechęcę; że zobaczę, jak lata mijają, a ja się starzeję, uczniowie zaś ciągle są młodzi i mają tyle samo energii, a ja już nie, ale dzisiaj nie chce mi się w to wierzyć. Przecież bywają nauczyciele, którzy zachowują złudzenia aż do końca, prawda? Czemu nie miałabym być jednym z nich?

Tym razem miałam szczęście. Będę na zastępstwie przez prawie siedem miesięcy. To praktycznie cały rok szkolny. Poczuję się jak prawdziwa nauczycielka. Sześć miesięcy, podczas których będę mogła obserwować postępy uczniów; przekazać im naprawdę, co wiem, co myślę i w co wierzę. Może nie jest tego dużo, ale przypuszczam, że dwóch czy trzech rzeczy potrafię ich nauczyć. Albo przynajmniej może wystarczy mi czasu, żeby rozbudzić w nich miłość do literatury, do książek. Dobra, dobra, lepiej się nie zapędzać, bo już się widzę w roli tego profesora ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów, a to też nie o to chodzi. Stoję obiema nogami mocno na ziemi i fakt, że moje powołanie narodziło się późno i że jestem już w pewnym wieku – „Trzydzieści trzy lata to nie jest pewien wiek, kochana, pewien wiek to sześćdziesiątka”, powiedziałaby Tere – czyni ze mnie realistkę.

Poza tym, i ku uciesze przede wszystkim Germana, to zastępstwo jest w jednym z dwóch liceów w jego mieście. Dokładnie w tym, do którego chodził. To przeznaczenie czy szczęśliwy traf? Czy może czasami po prostu takie rzeczy się zdarzają? Bo niby dlaczego nie ma liceów… I stąd ta przeprowadzka. Germán zabiera się ze mną. Tak postanowiliśmy. A raczej on tak postanowił, ale mówienie w liczbie mnogiej, kiedy niektóre decyzje podejmowane jednostronnie są nie całkiem w smak drugiej stronie, to jeden z sekretów małżeństwa, żeby nie poszło w diabły. Dzięki takiej pluralizacji w końcu zaczynasz myśleć, że decyzja była wspólna, i łatwiej przełknąć tę gorzką pigułkę.

I jedno trzeba mojemu mężowi przyznać. Germán od roku raz albo dwa razy w tygodniu jeździł do swojego miasteczka, najpierw żeby opiekować się chorym ojcem, a teraz, żeby zająć się matką. I ma już dość tego jeżdżenia, za dużo tych kilometrów. To wyjątkowa okazja dla nas obojga. Żebyśmy zaczęli od zera w najlepszym możliwym otoczeniu. W jego miasteczku, małej dwunastotysięcznej mieścinie na zadupiu prowincji Ourense, gdzie jest mnóstwo historii, mnóstwo zamgleń i mnóstwo mgieł, mnóstwo rzymskich mostów spinających rzeki, mnóstwo termalnych źródeł z gorącą alkaliczną wodą, mnóstwo zieleni, mnóstwo barokowych klasztorów, latem mnóstwo turystów, ale jednak miasteczku. I w dodatku ciężko doświadczonym przez najgorszy kryzys; mieli kwitnącą gospodarkę opartą na wielkim przedsiębiorstwie wędliniarskim, które zbankrutowało, i całe miasteczko podupadło. Bez pracy zostało około sześciu tysięcy osób, które zajmowały stanowiska bezpośrednio i pośrednio związane z firmą. Ma najwyższy wskaźnik bezrobocia w kraju. I nie nazywaj go miasteczkiem, bo mieszkańcy się obrażą, dla nich to małe miasto. I oczywiście jest tam jego rodzina. Dla Germana nie ma lepszego otoczenia od rodziny. Pomimo dramatu z moim teściem. Jednak trzeba przyznać, że zawsze byli zżyci, a w obliczu przeciwności losu ta więź jest jeszcze mocniejsza. Krzyczą na siebie, wyzywają się, rzucają sobie w twarz różne kalumnie, ale nikt ich nie rozdzieli. I sądzę, że Germán potrzebuje znaleźć się blisko swoich i wspomnień o ojcu, żeby pogodzić się z jego stratą. Pod tym względem bardzo niewiele mamy wspólnego.

Jestem wystraszona. Obawiam się, że po tych sześciu miesiącach, kiedy mnie skierują do innego liceum, Germán uzna, że już dosyć tych przeprowadzek i że może by tak założyć bazę wypadową w jego miasteczku. Mógłby nawet zacząć pracować w firmie rodzinnej, o ile tylko raz na zawsze porzuciłby myśl o pisaniu. Nie mówię mu, żeby dał sobie z tym spokój, ale prawda jest taka, że nie chcę patrzeć, jak cierpi. Jego niezdolność do napisania więcej niż pół strony dziennie doprowadza go do rozpaczy; brak natchnienia pogrąża go w stanach niemal wegetatywnych, z których trudno mu wyjść. I chociaż początkowo szukał we mnie oparcia, żeby wydostać się ze swoich czarnych dziur, teraz wiem, że mu nie wystarczam. Czuje, że go oceniam, że zbytnio go krytykuję – „Odezwała się profesorka od literatury…” – dlatego chce mieć obok siebie swoją rodzinę, przy nich czuje się bezpiecznie. Z nimi znowu jest chłopcem, który wszystko robił dobrze, który miał niezaprzeczalny talent, był najbłyskotliwszy i najsprytniejszy z całej rodziny i z całej klasy. I na koniec, jeśli zbierze się nam na prokreację, zawsze lepiej mieć bliskich w pobliżu.

I w tym jest problem. Jego bliscy to nie są moi bliscy. Ja nie potrafiłam być blisko nawet z własną rodziną. A co do dzieci, to po dwóch poronieniach nie mam już głowy do tego, żeby zaczynać od nowa. Germán uważa, że to z powodu tamtego, tamtej paskudnej historii, o której nie rozmawiamy. Ale nie, wystarczy mi, że muszę wychowywać dzieciaki, z którymi mam lekcje. Próbowałam dyskutować o tym z Germanem, ale mówi, że mam negatywne nastawienie, że tkwimy w tym gównie od ponad dwóch lat i już najwyższy czas, żebym przyjęła do wiadomości, że sprawy zaczynają się układać. Jak mogę nie widzieć, że to zastępstwo w jego miasteczku to znak, że wszystko się zmienia.

– Wreszcie i my się doczekaliśmy, nie, Raquel? Wreszcie i my się doczekaliśmy, że los się do nas uśmiechnął.

Może i ma rację. Może i nie powinnam się zamykać na to, co ma przyjść. Jego miasteczko wcale nie jest takie złe, jego rodzina wcale nie jest taka zła, nawet niektórzy z jego przyjaciół wcale nie są tacy źli. Czemuż nie miałby to być początek czegoś, na co oboje zasługujemy? Chcę walczyć o nasz związek. Naprawdę. I żeby się to udało, nie wystarczy przewrócić kartkę, zapomnieć, muszę się także solidnie do tego przyłożyć. Jestem gotowa.

Jestem.

Tak.

Nanuk, nasz czteroletni pies husky, którego Germán podarował mi/nam jako szczeniaka po tym, jak postanowiliśmy odłożyć sine die kwestię dzieci, jest niespokojny, nie rozumie, skąd to całe zamieszanie. Zazwyczaj wpada w histerię, kiedy widzi, że pakujemy walizki, pewnie się domyśla, że opuścimy go na kilka dni, podrzucając do któregoś z przyjaciół, ale teraz jest inaczej. Zabieramy pół domu, a tego już nie ogarnia. Zostawią mnie tutaj? – zdaje się myśleć. Co jest, do cholery?

Akurat byśmy go opuścili, jeszcze czego. Możemy zostawić pół domu, ale pies jedzie z nami. Jak można tak pokochać stworzenie? Nanukowi udało się sprawić, że ja, która z natury byłam szorstka wobec wszelkich domowych zwierząt, radykalnie zmieniłam zdanie.

– Wiesz, jak go nazwiemy? – stwierdził Germán, ledwie zobaczył, jak przytulam tego kudłatego szczeniaczka. – Nanuk. Nazwiemy go Nanuk, bo właśnie w jednej chwili roztopił cały lód, jaki skuwał ci serce.

Tak, Germán potrafi być taki pretensjonalny i przemądrzały. Tak to bywa, kiedy się jest w związku z początkującym pisarzem i wielkim kinomanem. Jednak fakt faktem, że owo eskimoskie imię pasowało jak ulał do tego puchatego zwierzaczka z każdym okiem w innym kolorze, ponieważ nie minęły nawet dwie minuty, jak wymiękłam, i nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny, kiedy go pokochałam, jakby był częścią rodziny. Co mówię, rodziny, ja już go kochałam naprawdę. I to pomimo tego, że długo trwało, zanim nauczył się siusiać poza domem, i że okropnie zniszczył wszystkie rogi sofy, nasze dwa laptopy i dwie z czterech nóg stołu w salonie. Przy małym Nanuku nauczyłam się podstawowych rzeczy albo raczej odzyskałam świadomość wartości tego, co najważniejsze. Wspaniale było odkrywać z nim cuda, jakie oferowało życie; dla niego wszystko sprowadzało się do zabawy, jedzenia i spacerów. Nie istniało nic ponadto, a tego, co było, było dosyć. Obserwowanie, jak rozkoszuje się każdym odkryciem, każdą pieszczotą, sprawiło, że zweryfikowałam swoje priorytety. Może to głupie, ale czasami potrzebujesz kogoś albo czegoś, nawet psa, żeby cię nauczył odstawiać na bok wszelkie niepokoje, wszelkie niepotrzebne poszukiwania, cały ten zamęt celów, zysków, klęsk i innych histerii, w które jesteśmy wmontowani, żeby wrócić do tego, co najistotniejsze, do napawania się słońcem, zabawą, miłością, życiem. A Nanukowi się to udało. I jak tu go nie uwielbiać? Teraz życie bez niego wydaje się nie do pojęcia. Przed Nanukiem nie rozumiałam owej bezmiernej miłości, jaką ludzie odczuwają wobec swojego pupila, właściwie nawet nie rozumiałam dobrze słowa „pupil”. Teraz nie wyobrażam sobie lepszego towarzystwa ani miłości bardziej bezwarunkowej niż ta, jaką obdarza cię pies.

Nanuk dalej tańczy wte i wewte, a jednocześnie szczeka i powarkuje żałośnie. Germán stara się go uspokoić.

– No przecież nic się nie dzieje, Nanuk, przecież cię zabieramy. Wyjeżdżamy do miasteczka. Będziesz mógł ścigać wszystkie króliki, które tylko zechcesz.

– Nie wysilaj się, bo i tak dopóki nie zobaczy, że go bierzemy i usadzamy w samochodzie razem z nami, będzie histeryzował. Nanuk! Dosyć!

Udaje mi się sprawić, że przez kilka sekund siedzi w miejscu, jednak ledwie zaczynamy przenosić książki z regałów do kartonów, znów zaczyna szczekać.

– Nanuk!

Rozglądam się po mieszkaniu z niejaką nostalgią. I nie, żebym była zbytnio podatna na to uczucie wobec rzeczy, które zostawiam za sobą. Jednak nie wiem czemu, mam wrażenie, że ta przeprowadzka jest całkowicie odmienna od innych.

– Nie będziesz tęsknił za tym mieszkaniem? – pytam Germana.

– Od dwóch lat narzekasz na plamy wilgoci wychodzące na wszystkich ścianach. Więc nie rób teraz z siebie smutasa.

– Coruña jest wilgotna. To normalne, że są wilgotne plamy. Ale mogę z nimi żyć.

Germán obejmuje mnie ramieniem i całuje w policzek. To jeden z tych pocałunków, które kiedyś leczyły, a teraz są zaledwie echem przeszłości, nie wiem, czy mają tę samą moc.

– Bardzo dobrze nam będzie w Novariz, zobaczysz.

ROZDZIAŁ 3

Wiele z naszych rzeczy postanowiliśmy zostawić w mieszkaniu mojej matki. No dobra, tym razem używam liczby mnogiej, ale to ja tak postanowiłam. Wydaje mi się absurdem likwidować cały dom i przenosić go do miasteczka Germana, skoro spędzimy tam tylko sześć miesięcy. Po co wozić naszą bibliotekę w całości w tę i z powrotem? Lepiej zostawić większość książek w domu mojej matki. Dalej tak go nazywam, chociaż wiem, że teraz jest mój. Jednak nie mogę się przyzwyczaić.

Rzadko tam bywam. Ilekroć wchodzę do tego mieszkania, niemal fizycznie odczuwam jej nieobecność, a to zbyt bolesne. Muszę podjąć w jego sprawie jakąś decyzję. Albo je sprzedaję, albo wynajmuję, albo przekonuję mojego męża, żebyśmy się tam wprowadzili. Jednak żaden z tych trzech wariantów mi się nie podoba. Czy chcę je wynająć? Nie, oczywiście, że nie. Nie zniosłabym myśli, że inni mieszkają tam, gdzie moja matka i ja robiłyśmy to przez tyle lat. Czy chcę, żebyśmy Germán i ja…? Nie. Nie mogłabym tam mieszkać. W każdym pokoju czułabym obecność mamy. Może za kilka lat, kiedy już pogodzę się ze sobą i z nią, może wtedy mogłabym to rozważyć. Ale tymczasem nie. Sprzedanie go to najrozsądniejszy wybór, jednak trudno mi się zdecydować. A jeśli pomyśleć praktycznie, chyba lepiej zaczekać, aż znowu zyska na wartości. Teraz musiałabym je sprzedać za bezcen. I zaczynać z papierami, znaleźć agencję, która wystawi je na sprzedaż, nauczyć się targować, to wszystko mnie przerasta.

– Dziewczyno, wystawiasz je na sprzedaż raz-dwa, jak chcesz, ja się mogę tym zająć, w końcu to nic takiego, i jeśli nawet musisz je sprzedać za bezcen, w co wątpię, to tak sprzedajesz. Ile wyciągniesz, tyle będzie dla ciebie, bo jest wolne od obciążeń i hipoteki. Ja bym się go pozbyła jak najszybciej, bo od tego wszystkiego tylko flaki ci się wywracają, posłuchaj, ja ci dobrze radzę.

Poprosiłam Tere, żeby przyszła pomóc mi przy książkach. Ona jest najlepszym antidotum na moje absurdalne napady melancholii. Wiem, że przy jej nieprzerwanej paplaninie opuści mnie to głupie poczucie, że tkwię tu niczym potępiona dusza.

– Albo wynajmujesz je mnie – ciągnie – bo zawsze marzyłam, żeby zamieszkać w okolicach los Cantones, w alei la Marina, w mieszkanku o powierzchni stu czterdziestu metrów. Za ile byś mi je puściła?

– Nie wynajmę ci go, Tere. Przecież nie byłoby cię stać nawet na wynajęcie łazienki.

– Nie dałabyś mi specjalnej ceny, jak dla przyjaciółki? Co za baba. Musimy przewietrzyć, bo tu śmierdzi trupem… Ups, nie trupem, przepraszam, zamknięciem. I niech wpadnie trochę słońca tej nieznośnej A Coruñi.

Tere jak szalona zaczyna otwierać okna. Odgłosy ulicy, portu, mew wdzierają się do domu.

– Ale fajnie widzieć stąd statki. Toż to prawdziwy luksus. I w dodatku wszystko przerabiają na pasaż dla pieszych. A ty się gnieździsz z mężem w jakiejś klitce w Montealto. Tylko was pozabijać.

Nie chcę za długo siedzieć w mieszkaniu, wolałabym tylko zostawić rzeczy i sobie iść. Ale skoro Tere wbiła sobie do głowy, że spędzi tu popołudnie, lepiej się poddam. Lubi udawać, że jest panią domu, że żyje jak bogacze A Coruñi.

– Ależ miała życie ta twoja matka, istny cud-miód po prostu, a ciebie, dziewczyno, to ja nie rozumiem, czemu robisz tragedię z tego, że zostawiła ci taką chatę. Ja to bym skakała z radości i co tydzień urządzała tu orgie. Pieprzyłabym się na wszystkich balkonach i niechby tym fiutom w eleganckich ciuchach w pięty poszło.

– Tak mówisz, ale jakby doszło co do czego, tobyś się nie odważyła, tylko w gębie jesteś taka mocna.

– Zostaw mi klucze, a potem niech ci sąsiedzi opowiedzą.

Tere wchodzi do pokoju mojej matki i idzie prosto do ogromnej garderoby.

– I te wszystkie buty. Już tylko one same to majątek. Nie mogę się ich naoglądać. Trzeba było widzieć twoją matkę, naprawdę, co za elegancja, co za sposób bycia, co za gust, no i ta forsa, którą obracała… Jak dorosnę, chcę być taka jak ona.

Nie zamierzam wykazywać niesłuszności poglądów, jakie Tere już dawno wyrobiła sobie na temat mojej matki. Ale jeśli mam czegoś jasność, to tego, że jej życie nigdy nie było jak ten cud-miód. Jedyne, czym żyła, to praca, praca i jeszcze raz praca, i to tak, że czasami zapominała, że ma córkę. A kiedy się mną zajmowała, było chyba jeszcze gorzej. Dla mojej matki zawsze byłam mało ważna; stanowiłam blade odbicie tego wszystkiego, co ona sama osiągnęła. I wcale tego nie ukrywała. Stale powtarzała, żebym robiła ze swoim życiem, co tylko chcę, ale ja wiedziałam, że nie; że bardzo się rozczarowała, kiedy nie wybrałam studiów medycznych, bo nie zamierzałam pójść w jej ślady. Ale jak iść w jej ślady? Lepiej wybrać inną drogę, bo jej nigdy bym nie dorównała. Moja matka była najlepsza w swojej specjalności i zawsze chciała być najlepsza.

Moja matka była trudna. Bardzo. A w ostatnich latach poszłyśmy ze sobą na noże. Nigdy jej się nie podobał Germán: „Dobry na chwilę, córko, ale żeby zaraz wychodzić za mąż, i jeszcze to okropne weselisko, które chcecie wyprawić, przecież to największy kicz, przeżytek i rzecz całkowicie zbyteczna, a do tego zupełnie do ciebie nie pasuje, miałam o tobie inne zdanie”. Nigdy nie podobało jej się moje życie: „Naprawdę zamierzasz stawać do konkursu na nauczycielkę w liceum? Ty? Tak nisko się cenisz? Chcesz się zamknąć do sześćdziesiątego piątego roku życia w murach jakiejś szkoły?”. I nigdy jej się nie podobało, że mam tak mało ambicji: „Któregoś dnia zdasz sobie sprawę ze swojej wartości i oby nie było za późno, niby taka bystra, a taka śpiąca królewna”. To była cała ona, i to wtedy, kiedy miała dobry humor.

Umarła w samotności, bo od dwóch lat nie rozmawiałyśmy po awanturze iście epickich rozmiarów, która – kiedy teraz o niej myślę – wydaje mi się absurdalna. Do tej pory słyszę ten telefon, w którym kolega z jej szpitala przekazał mi tę wiadomość. Wszystko stało się bardzo szybko, dosłownie z dnia na dzień, i dlatego nie mógł mnie uprzedzić. I że nie chciała przeszkadzać. Moja matka umierała i nie chciała mi przeszkadzać.

Nie wybaczyłam jej tego. Nie wybaczyłam jej, że nie chciała mi przeszkadzać; że uważała, że musi mnie chronić przed swoją chorobą, albo myślała, że skoro jestem obrażona, to nie przyjadę, jeśli tylko będzie mnie potrzebować. I sobie też tego nie wybaczyłam. Nie wybaczyłam sobie, że dałam się wciągnąć w tę głupią awanturę, której powodu już prawie nie pamiętam, no dobra, owszem, pamiętam, ale co to da, i że do niej nie dzwoniłam, nie próbowałam przerzucić mostu. Ale na to obie byłyśmy zbyt dumne. Tak że moja matka umarła w samotności. Beze mnie.

Pogrzeb przetrwałam spokojnie albo raczej w stanie szoku.

Potem oszalałam.

A potem…

– Jaka szkoda, że nie mam tego samego numeru stopy co ona, bo przysięgam ci, że zwędziłabym wszystkie te buty. Popatrz, no popatrz na te, jakie cuda. I prawie nienoszone. Pozwolisz, że zrobię im zdjęcie i wrzucę na Facebooka?

– Teresa, a może pójdziemy?

– Już? – Patrzy na mnie z wyrazem twarzy, który ma oznaczać, że jest niepocieszona, ale natychmiast zauważa, że nie czuję się tam za dobrze. – Oho, już dopadła cię melancholia, już masz atak choroby „że też”. Że też nie pożegnałam się z moją matką, że też jestem okropną córką… Zgadza się?

– Jakaś ty beztroska, Tere.

– Po to mnie przyprowadzasz. A mnie wcale nie jest łatwo robić z siebie takiego błazna, nie myśl sobie. Ale robię, i jeszcze się cieszę, bo od tego są przyjaciółki. Dobra, zbieraj się, idziemy. A teraz zapraszasz mnie na kolację, żeby mi nie było dłużej żal, że nie mogę sobie pozwolić na życie takie jak to. Co za chata, dobry Boże, co za chata.

ROZDZIAŁ 4

Iago wszedł spocony do szatni przy siłowni. Miejsce nieco zapuszczone, wymagało odmalowania, ale było najlepsze pod względem wyposażenia. O tej porze prawie nikt tu nie przychodził i właśnie tę Iago wybierał na treningi ze swoim przyjacielem Roiem. Usłyszał wodę płynącą z kranu pod jednym z pryszniców; w całym pomieszczeniu przebywała tylko jedna osoba. Otworzył szafkę i ze sportowej torby wyjął klapki, ręcznik i żel do kąpieli. Musi trenować, aż mu skoczą endorfiny i poczuje gwałtownego kopa. Jednak ostatnio to nie wystarczało, nic nie koiło owego ssania w żołądku, które chwilami niczym czarna dziura zdawało się grozić, że go pochłonie. Pogrzebał w ubraniach schowanych w sportowej torbie, aż natrafił na dżinsy. Przetrząsnął kieszenie i znalazł to, czego szukał. Wziął także portfel, nie zwlekając, wszedł do jednej z kabin i zamknął drzwi na zasuwkę. Zlany potem wyjął banknot dwudziestu euro i zwinął go w rulonik. Z torebeczki z białym proszkiem wysypał sporą porcję, żeby sobie zrobić solidną kreskę. Z dnia na dzień potrzebował coraz większych. Przybliżył rulon do nosa i wciągnął całą kokainę. Natychmiast poczuł jej efekt: euforię. Euforię, która dodatkowo koiła jego niepokój, przynajmniej na kilka minut. Wyszedł z kabiny, czując się, jakby stał na wierzchołku świata. Wrócił do miejsca, w którym zostawił rzeczy.

Zdjął krótkie spodnie, skarpetki, podkoszulek i obejrzał w lustrze swoje nagie ciało. O, jak lubił obserwować postępy osiągane dzięki ćwiczeniom. Jeszcze niespełna dwa lata wcześniej był chudziną, a teraz miał plecy i mięśnie mężczyzny. Stojąc tak nago, wiedział, że nie można mu się oprzeć, i był pewien swojej władzy. Uczucie to dodatkowo potęgował efekt kokainy. Z próżnością, jaką usprawiedliwia jedynie młody wiek, uśmiechnął się do swojego odbicia. Wsunął palce we włosy, żeby unieść czub, z którego był równie dumny, co ze swoich mięśni brzucha, i który wymagał niemal takiego samego nakładu pracy. Lakieru, pianki i stosowania suszarki; dzięki nim czub wytrzymywał nawet ciężką sesję treningu i wystarczyło przeczesać go palcami, żeby na nowo odzyskiwał swoją objętość. Iago nosił fryzurę, jaką nosiły tysiące chłopaków, długą na czubku głowy i wygoloną do zera na pozostałej części. Kiedy wreszcie poczuł, że jest doskonale uczesany, owinął się w pasie ręcznikiem i wyciągnął telefon komórkowy, żeby sobie zrobić selfie. Później wrzuci je na swoje konto na Instagramie. Podczas gdy szukał najlepszego ujęcia, do szatni wszedł Roi, siedemnastolatek, którego uważał prawie za przyjaciela. Roi był niższy i, oczywiście, mimo że ćwiczył, nie miał jego atletycznego ciała. Nie potrafił zachowywać tak restrykcyjnej diety jak przyjaciel; te wszystkie koktajle białkowe i to, że o każdej porze musiałby jeść kurczaki i tuńczyka z puszki, to nie była jego bajka. Roi nosił okulary, których jedna rączka latała w powietrzu, przytwierdzona do reszty oprawki jedynie przylepcem. Nigdy ich nie zdejmował, nawet podczas treningów, i gdyby to od niego zależało, brałby w nich nawet prysznic. Zwracali na siebie uwagę, gdziekolwiek poszli, tacy byli różni, a jednocześnie tak pociągający. Każdy na swój sposób. Na portalach społecznościowych mieli tysiące obserwatorów, a to dzięki zdjęciom, na których pokazywali więcej ciała niż ubrania; zwłaszcza Iago, Roi był pod tym względem nieco bardziej wstydliwy. Chociaż znali się od dawna, zbliżyli się do siebie dopiero w tej klasie. Mimo to Roi nie był świadom skali uzależnienia przyjaciela. Nie wiedział, że ostatnio spędza on część dnia pod wpływem środków pobudzających oraz tych obniżających nastrój. Ponieważ Iago stawał się ekspertem w równoważeniu kopów, jakie dawała mu koka, z innymi narkotykami, takimi jak ketamina czy marihuana.

– Widziałeś, jak mi się zaznaczają? – spytał Iago, prężąc mięśnie brzucha. – Kaloryfer, chłopie.

– Nerea właśnie do mnie napisała.

– A ta czego chce?

– Niedługo będzie pogrzeb.

– I?

– Trzeba by pójść, nie?

Iago się spiął, lecz próbował to ukryć, udając chłód, którego wcale nie odczuwał. To była jego wielka tarcza chroniąca przed tym, co sprawiało mu ból: udawanie twardego niczym kawał metalu.

– A to czemu? Niczego tam nie zgubiliśmy. – Zdał sobie sprawę, że w wyniku euforii wywołanej przez kokainę podnosi zbytnio głos, tak więc zmusił się, żeby go obniżyć.

– Na pewno cała klasa idzie.

– A od kiedy to ty i ja jesteśmy jak reszta?

Roi zamilkł, nie miał najmniejszej ochoty się z nim spierać. Zwłaszcza kiedy przyjmował taką arogancką postawę. Także i tym różnił się od przyjaciela. Roi uważał się za kogoś znacznie bardziej zrównoważonego. O tak, Iago miał łatwość manipulacji, skomplikowanego i pokrętnego myślenia, a przede wszystkim sprawiania, że wszyscy w końcu robili to, co chciał, i tego Roi w jakiś sposób mu zazdrościł. Nieraz próbował go naśladować z mniejszym czy większym powodzeniem. A ostatnio sądził, że już zaczyna mu dorównywać. W przypływach optymizmu myślał nawet, że jeszcze chwila, a go prześcignie. Dla Iaga, z natury skłonnego do przesady, wszystko było grą o władzę i w tym był królem. Ponieważ przywykł do wygrywania, kiedy sprawy szły nie tak, jak tego oczekiwał, bywało, że tracił nad sobą kontrolę, jak to tylko nastolatki potrafią, reagując wybuchami gniewu nieproporcjonalnych rozmiarów, pokazując, że jeszcze nie jest taki dorosły, jak by tego chciał. A ostatnio tracił ją nazbyt łatwo. Jego rosnące uzależnienie od narkotyków oraz pewne sprawy z niedalekiej przeszłości utrzymywały go w stanie ciągłego rozdrażnienia. Próbował nad nim zapanować, jednak zbyt wiele myśli kłębiło mu się w głowie, żeby mógł się pohamować.

– Zaczekać na ciebie pod prysznicem? – spytał Iago.

– Dobra.

Roi wyjął sportową torbę i z pewnym ociąganiem zaczął się rozbierać. Zdał sobie sprawę, że ma na sobie zbyt znoszone slipy, z dziurą przy gumce, i ogarnął go wstyd, że przyjaciel mógłby ją zobaczyć. Tak więc spróbował położyć torbę przed sobą, żeby Iago niczego nie zauważył. To była jeszcze jedna rzecz, jaka ich różniła: sytuacja finansowa. Iago miał dobrą tygodniówkę, jego ojcu nieźle się powodziło, był jednym z niewielu, którzy nie ucierpieli wraz z zamknięciem fabryki. Albo nie tyle co inni. Chociaż kryzys dotknął i jego i musiał podjąć pewne kroki. Tymczasem po rodzinie Roia kryzys przejechał się równo jak walec. Oboje rodzice byli bezrobotni, ojciec chwytał się wszystkiego, a matka sprzątała po domach, żeby ledwo dociągnąć do pierwszego.

– Ruchy, ruchy, kurde. To już paralityk miałby więcej życia.

– Już idę, idę. I przestań się na mnie gapić. Podoba ci się to, co widzisz, czy jak? – zapytał Roi, ściągając pospiesznie slipy.

Iago uśmiechnął się, odwinął zamotany w pasie ręcznik i uderzył nim Roia po tyłku.

– U ciebie wszystko mi się podoba – zażartował. – Szczególnie ta dupeńka.

– Zamknij się, pedale, bo któregoś dnia jeszcze cię ktoś usłyszy i pomyśli sobie to, czego nie ma – odezwał się ze śmiechem.

– Tak jakby mnie obchodziło, co myślą ćwoki z tego zadupia.

Dokładnie w tym momencie spod prysznica wyszedł około czterdziestoletni mężczyzna ze zwiotczałym i zarośniętym ciałem. Kiedy ich mijał, ukłonili się mu i weszli pod strumienie wspólnych pryszniców.

– Jeśli któregoś dnia ciało mi się zrobi jak u niego, to się zastrzelę. Co za ohyda, chłopie! – skomentował Iago z pogardą.

I nie zwlekając, zaczął się namydlać i półgłosem rapować przebój o wielce seksualnej treści. Najbardziej obsceniczne zdania nucił, masując sobie jednocześnie czułymi ruchami genitalia. Koka była dobra, co do tego nie miał wątpliwości. I zaraz zapragnął wyjść spod prysznica, żeby wciągnąć kolejną kilometrową kreskę.

– A ty coś taki zadowolony? – zapytał Roi.

Iago nie zamierzał mu wyjaśniać dobroczynnego wpływu kokainy na podniesienie poziomu endorfin wywołanego uprawianiem sportu, więc odpowiedział pytaniem:

– A nie mogę? – I dalej podśpiewywał.

– Czasami wygląda na to, że zapomniałeś o wszystkim, cośmy zrobili.

Komentarz ów zmienił nastrój Iaga, który w jednej chwili przestał nucić. Podszedł do przyjaciela i przyciskając mu serdeczny palec do piersi, celowo odezwał się tonem, w którym zabrzmiało ostrzeżenie, a nawet groźba:

– Ty i ja nie zrobiliśmy nic. Wbij to sobie do głowy.

– Stary…

– Jeśli jakaś niepoczytalna postanawia się zabić, wiesz, czyja to wina? Tej niepoczytalnej. Nikogo więcej.

– Teraz mówisz o niej niepoczytalna?

– To, że była z niej niezła laska, nie oznacza, że nie miała nierówno pod sufitem.

– No tak… weź… tyle że my… – Zdał sobie sprawę, że lepiej było nie zapuszczać się dalej. – Dobra, nieważne.

– No co, gadaj.

– Że przyłożyliśmy do tego rękę. Że nieźle żeśmy jej dokopali. I że nie żałuję, jasne? – powiedział z udawaną pewnością siebie, której bynajmniej nie czuł. – Ale mówię, jak jest.

Iago zapragnął skończyć tę rozmowę raz na zawsze. Żeby się więcej nie powtórzyła; chciał zamknąć ten rozdział, zapomnieć o wszystkim, i aby to osiągnąć, nie przyszło mu do głowy nic innego, tylko żeby zachować się jak bydlę, jak bestia. Niechby jego przyjaciel poczuł się tak nieswojo, żeby już nigdy nie wracał do tego tematu. Kokaina dodała mu natchnienia.

– I? Nie było ci przyjemnie przekonać się, że mamy taką władzę? Patrz, już na samą myśl aż mi stanął. Przyjrzyj się mu, cipo.

Roi poczuł ciarki, słuchając przyjaciela. I oczywiście nie spuścił wzroku na jego penisa, nie chciał się przekonywać, czy to prawda. Jak mógł sugerować, że mu stanął, bo profesorka się zabiła?

– Jest nieżywa, chłopie. A tobie odbija.

Widząc, że przyjaciel jest taki poważny, szybko się zreflektował. Może przesadził. Może się zagalopował. Przestał macać się po penisie i z dumą na niego wskazywać.

– No już, stary, już, żartowałem.

Roi nie wiedział, czy przyjaciel mówi poważnie, czy nie. Zaczynał wątpić we wszystko, co się stało. Domyślając się, o czym tamten myśli, Iago spróbował inaczej zamknąć temat.

– No dobra, Roi. Czy to ty ją udusiłeś własnymi rączkami?

– Nie.

– Czy to ja ją zawlokłem nad rzekę i utopiłem? Nie. No to nie wiem, czemu to ma być nasza wina. Zapomnij o tym. I to raz na zawsze, rozumiemy się?

Ale Roiowi wcale nie było łatwo o tym zapomnieć. I choćby przyjaciel nie wiadomo jak udawał chojraka, Roi wątpił, czy i on potrafi dalej żyć, jak gdyby nigdy nic się nie stało.

ROZDZIAŁ 5

Pochmurny i ciemny styczniowy dzień, zimny i mglisty. Sprawdzam temperaturę w aplikacji na komórce. Dwa stopnie. Z ust wylatuje mi para i w przypływie optymizmu, bo nie ma nic lepszego, jak przy marnej pogodzie robić dobrą minę do złej gry, udaję, że palę i że lodowaty oddech, jaki wydmuchuję, to dym z papierosa. Germán zasnął. Nie chciałam go budzić. Obiecał mi, że w jego rodzinnym domu zostaniemy tylko dwa albo trzy dni, dopóki nie znajdziemy jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy zamieszkać tylko we dwoje. Dom to przebudowany dawny młyn wodny, wzniesiony nad niewielkim wodospadem dopływu rzeki Limia. Strumień owej kaskady dawał siłę napędową, która obracała młyńskim kołem. Na pierwszym piętrze ma sześciopokojowe mieszkanie, z kuchnią jak ze snów i dwiema łazienkami z wanną i prysznicem z hydromasażem, luksusami, na jakie można sobie pozwolić w małych miasteczkach, bo nie trzeba tam płacić jak za zboże za metr kwadratowy, a na parterze jest ogromna restauracja, O Muíño, od lat osiemdziesiątych stanowiąca źródło rodzinnych dochodów. Jeszcze na krótko przed śmiercią ojciec obsesyjnie marzył o zdobyciu gwiazdki Michelina. Poszedł do grobu, nie osiągnąwszy tego. A teraz wdowa po nim, moja teściowa, i Demetrio, syn, który z nią pracuje, pragną tej gwiazdki. Po prostu nie chcą zdradzić marzenia ojca, jak przypuszczam. Ja umówiłam się już na popołudnie na obejrzenie trzech mieszkań. Chociaż idea mieszkania wcale Germana nie podnieca. Tutaj możemy sobie pozwolić na domek z ogródkiem, zobacz, co za ceny.

Wczorajsza kolacja była dość krępująca. To prawda, że moja teściowa bardzo się stara wrócić do normalności, jak najszybciej pogodzić się z nieobecnością męża, ale dużo ją to kosztuje. Ilekroć ją zapytasz, jak sobie radzi, odpowiada zawsze tak, jak to się robi w Galisji, przysłówkiem, który najlepiej nas definiuje i najczęściej jest tutaj używany: jakoś. A to sposób radzenia sobie bardzo charakterystyczny. Jest w nim pogodzenie się z losem, ciągłe podejmowanie wysiłków, robienie dobrej miny do złej gry, ale też nie za dobrej, bo to nie najlepszy moment. Żeby było wiadomo, że sobie radzimy, że się staramy, że próbujemy, nie ustajemy w działaniu, ale też niczego nie udajemy. Radzić sobie? Radzimy. Wesoło? Nie, jakoś.

– Co u ciebie, Claudia? Jak leci?

– Jakoś.

Germán próbował ją pocieszać, ale wszelkie dowcipne powiedzonka jej młodszego syna, które w przeszłości zawsze oklaskiwała, teraz wywołują u niej zaledwie uśmiech. Chciała wczoraj zasiąść do uroczystej kolacji ze wszystkimi dziećmi, ale wyobraziła sobie, że pewnie przyjedziemy zmęczeni, i postanowiła przełożyć ją na później. Ma nam coś ważnego do powiedzenia. Tak więc jutro albo pojutrze czeka nas kolacja z całym rodzeństwem.

Mogłabym pójść do liceum na piechotę, ale w taki ziąb i przy takiej wilgotności powietrza sądzę, że byłby to spacer dosyć nieprzyjemny. Przeklęty galisyjski chłód, który przenika cię aż do kości, i nie ma jak się przed nim bronić, bo szuka najmniejszej szczeliny, żeby się wśliznąć. Poza tym obawiam się, że zacznie padać i dotrę tam przemoczona. Tak więc postanawiam pojechać samochodem. Nanuk, który jak zawsze obudził się zaraz po mnie, chodzi za mną krok w krok i ledwie otwieram drzwi od strony kierowcy, wskakuje do środka. Muszę nalegać, żeby wyszedł.

– Jadę do pracy, Nanuk. Wysiadaj.

A gdzie tam. Nie pozostaje mi nic innego, jak wziąć go za obrożę i odprowadzić do domu. Zamykam drzwi i słyszę jego skowyt. To wielki aktor. Król manipulacji, ale ja teraz nie mam czasu ani chęci, żeby ustępować wobec jego szantaży. Germán wyprowadzi go, kiedy wstanie. Prawdę mówiąc, aż miło patrzeć, jak gania po całym terenie. Jest najszczęśliwszy ze wszystkich, że tu jest. I myślę, że już choćby dlatego było warto.

Wsiadam do wozu, próbuję ruszyć, ale z uwagi na nocny przymrozek nie udaje mi się to. Kicham dziesiąty raz, odkąd zaczął się dzień. Kicham od dwóch dni. Od kiedy rozpoczęliśmy przeprowadzkę; kurz zgromadzony na książkach, które pakowaliśmy do pudeł, wywołał atak mojej alergii. Jadę odurzona lekami antyhistaminowymi. I żeby obudzić się z letargu po pastylkach, co trzy godziny piję kawę. Antyhistaminy i litry kofeiny, na tym ciągnę od wczoraj. To normalne, że spałam tak, jak spałam. Źle, bardzo źle.

Kolejny raz próbuję uruchomić silnik, ale bezskutecznie. Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko iść pieszo. To piętnastominutowy spacer, dasz radę, Raquel. To twój pierwszy dzień, wykorzystaj tę energię, no dobrze, niech ci będzie, pomniejszoną przez bezsenność i alergię i zmąconą kawą. Ale jeśli dobrze poszukasz w głębi siebie, nadal pozostaje tam prawie nietknięte marzenie o tym, żeby poznać dzieciaki, twoich kolegów. Jak wtedy, kiedy byłaś mała i w tajemnicy czekałaś, żeby już przyszedł wrzesień i żeby się zaczął rok szkolny. Tamten zapach pierwszy raz otwieranej książki był tak cudowny, jak przełamanie długiej bułki świeżo wyjętej z pieca. Upajające zapachy. Najpiękniejsze na świecie.

Ulice wyglądają na wymarłe. Ledwo dwie furgonetki i cztery osobowe. Domyślam się, że miasteczka o tak wysokim wskaźniku bezrobocia nie mają potrzeby zrywać się o świcie. Świąteczne światełka ciągle jeszcze wiszą i, nie wiem dlaczego, są zapalone, dając przedziwny efekt: ulica spowita jest białym i gęstym płaszczem mgły, przez którą przebijają jedynie snopy świateł reflektorów samochodowych i różnokolorowe punkciki bożonarodzeniowych lampek.

Przechodząc po pasach, czuję, że prosto na mnie pędzi jakieś auto. Robię skok w tył i samochód gwałtownie hamuje. Dzięki mojemu refleksowi nie doszło do wypadku. Zdaję sobie sprawę, że od uderzenia dzieliły mnie raptem dwa centymetry. Jeszcze tylko tego mi brakowało, żebym zginęła przejechana w tym miasteczku widmie. Strach był tak wielki, że wyzwala we mnie wszystko, co najgorsze. I staję przed kierowcą niczym rozjuszony byk.

– Ty skończony palancie! Nie wiesz, że tutaj zawsze się szanuje przejścia dla pieszych. I że można jechać tylko trzydzieści na godzinę! – Kierowca się nie odzywa, siedzi nieporuszony. Opuszcza szybę. A ja podchodzę do niego. – Może byś tak patrzył, gdzie jedziesz, chłopie.

Mężczyzna – może mieć co najwyżej czterdziestkę – kręci przecząco głową. Ma gęstą kasztanową brodę, dobrze utrzymaną, z kilkoma jasnymi pasmami. Nosi okulary przeciwsłoneczne, co mnie dziwi, bo w taki mglisty i deszczowy dzień nie są bardzo potrzebne. Nagle widzę, że po policzku spływa mu łza. Szybko ociera ją dwoma palcami. Czyżby płakał? A może ma jakiś problem z oczami? Jakieś schorzenie, i stąd te okulary?

– Dobrze się czujesz? – pytam. Wzruszyła mnie ta łza, zupełnie się jej nie spodziewałam. Prawdę mówiąc, jeśli to taktyka w celu uniknięcia scysji, to działa.

Zdejmuje okulary. Jego oczy są podrażnione, zwilgotniałe, mają zaczerwienione kąciki. Alergia? Smutek? Wyraziste i ciemne cienie pod oczami wydają się wskazywać na dotkliwą bezsenność.

– Przepraszam, nie wiem, gdzie mam głowę – usprawiedliwia się niskim i czystym głosem.

– Spokojnie, nic się nie stało. Jestem cała, widzisz?

Próbuje się uśmiechnąć. I ten uśmiech zdaje się torować sobie drogę przez bezgraniczny żal. Dostrzegam tytaniczny wysiłek, jaki musi włożyć w ten grymas. I wyobrażam sobie, jak bardzo pasowałoby do tej twarzy szczęście wyrażone szerokim uśmiechem. Wtedy byłby przystojny, myślę. Faktycznie jest. Jest przystojny. Są twarze, których nawet rozpacz nie zepsuje.

– Przepraszam cię, naprawdę. Nie powinienem brać wozu.

– Może to nie był najlepszy pomysł, ale spokojnie, nie doszło do rozlewu krwi.

Spuszcza wzrok. I ponownie zakład okulary. A ja stoję jak wryta. Bez ruchu. Jak zaczarowana. Albo po prostu oszołomiona tym dziwnym spotkaniem. Patrzę na zegarek i stwierdzam, że jeszcze jest wcześnie i że mam kilka wolnych minut.

– Słuchaj, może chcesz kawy albo coś? Nie wiem…

To, czego nie wiem, to dlaczego zapraszam na kawę jakiegoś nieznajomego. Ale zakładam, że budzi się we mnie instynkt opiekuńczy. Albo po prostu intrygują mnie jego łzy i te przeciwsłoneczne okulary w ten deszczowy dzień.

Kręci przecząco głową.

– Dzięki, nie, zaraz tu parkuję i idę do liceum.

I nie dając mi powiedzieć, że ja też tam idę, włącza silnik i rusza. Widzę, jak parkuje i wysiada z samochodu. Wchodzi do szkoły. Jest nauczycielem? To nie byłoby takie dziwne, oczywiście, jednak jestem zaskoczona. Nie wiem dlaczego, ale się tego nie spodziewałam.

Mam jeszcze kilka minut i postanawiam zabić jakoś ten czas i napić się kawy w pierwszej napotkanej kawiarni. Kilka metrów dalej widzę taką, O Forno; idę tam. W drzwiach stoi dwudziestoparoletni jasnowłosy chłopak w czarnym kitlu i pali papierosa. Wchodzę. Pachnie kawą z mlekiem, kilku miejscowych opiera się łokciami o bar, a dwóch czy trzech rozsiadło się przy stolikach. Dekoracja jest eklektyczna: dwa obrazy przedstawiające zachód słońca nad rzymskim mostem w Novariz, tarcza do gry w strzałki, wypchana głowa jelenia i mnóstwo miniaturowych spichlerzy porozstawianych po stołach. Podchodzę do baru.

– Dzień dobry, da mi pani czarnej kawy?

– Czarnej? Non o queres con leite mellor?2 O tej porze czarna tylko dziurawi żołądek.

Kobieta, która mnie obsługuje, jest pulchna, tęgawa i wygląda jak każda galisyjska babcia albo może jak jakakolwiek babcia na świecie.

– Mój żołądek poradzi sobie ze wszystkim – odpowiadam.

– Skoro tak mówisz. Un trociño de bica? Recén feita3.

– Czemu nie?

– Michaił! Veña, para adentro. Non fago carreira do rapaz4.

Michaił, bo tak ma na imię jasnowłosy chłopak, który palił, rzuca papierosa na ziemię, gasi go stopą i wchodzi do środka.

– Już się idzie, doña Concha, już się idzie…

– Żeby tyle palić, tyle palić…

Podaje mi kawę ze zręcznością, która zdaje się przeczyć jej wiekowi i tuszy. Odkrawa kawałek placka i przynosi mi go razem z kawą. Nawet w Madrycie nie obsługują tak szybko, myślę.

– Eres a nova?5

– Słucham?

Kobieta odruchowo przechodzi na kastylijski. Chcę jej powiedzieć, że nie musi, może dalej zwracać się do mnie po galisyjsku, to nie to, że jej nie zrozumiałam, tylko pytanie mnie zaskoczyło, ale ponieważ już zaczęła mówić, nie chcę jej przerywać.

– Nowa profesorka, tak? Z liceum. Ja tam od razu was poznam, ma się tego nosa. Po wieku, po ubraniu i po tej chęci, żeby już zacząć, jaka ci bije z oczu.

– Ach… tak, tak, ta nowa.

– Jak to miło widzieć młodych ludzi, którzy mają pracę i chęci, żeby ją wykonywać. – Obniża głos, żeby nikt się nie dowiedział, co do mnie mówi. – Bo tutaj, gdzie mieszka tylu umarłych za życia, to już czasami jest jak w kostnicy. Odkąd zamknęli fabrykę, wszyscy chodzą jak dusze potępione.

– Tak, to prawda, że to musiał być cios.

– Ty nie wiesz, o czym mówisz, miña nena. Que non se me poñan diante os Acebedo…6

Jest oczywiste, że dawni właściciele fabryki nie cieszą się jej sympatią. I domyślam się, że to zjawisko powszechne. Ukradli teraźniejszość i przyszłość całemu miastu i całej gminie. Dopijam kawę i odgryzam spory kęs placka. Jest pyszny, wilgotny, kaloryczny, bardzo słodki.

– Oby ci dobrze poszło. Bo te dzieciaki naprawdę na to zasługują, za wszystko, co je spotyka.

Nie rozumiem, co ma na myśli, ale kobieta odchodzi, żeby obsłużyć innych klientów, i zostawia mnie z tą wątpliwością. Kończę biszkopt. Kiedy próbuję zapłacić, odmawia.

– Ten stawia firma. Potem już nie, żebyś mi się nie przyzwyczaiła.

Uśmiecham się i wyjmuję jedno euro, żeby zostawić napiwek.

– Schowaj to. Żebyśmy ty i ja nie zaczęły od dupy strony. Napiwki są dla Amerykanów. Kiedy Concha stawia, to już stawia.

– Zrozumiano. No to dziękuję, Concha.

– Nie zasługują. – Patrzy na mnie ciepło i niemal po matczynemu. – Obyś miała szczęście, miña nena, bo będzie ci bardzo potrzebne.

Wychodzę z kawiarni i docieram do liceum ogarnięta dziwnym wrażeniem. To jeden z najbardziej osobliwych budynków miasta. O tej porze i z powodu mgły ma nieco romantyczny i gotycki wygląd. Albo może to ja tak dziwnie go odbieram pod wpływem spotkania z kierowcą, a potem z Conchą. Przyglądam się wielkiej przeszklonej kopule, która w ciągu dnia przepuszcza słoneczne światło, rozjaśniające centralny dziedziniec, i która być może jest najczęściej fotografowanym obiektem w miasteczku; nie ma pocztówki z Novariz, na której by się nie pojawiała. Do budynku wchodzi grupa uczniów, a ja idę w ślad za nimi. Te ściany z kamienia, żelaza i szkła kryją w sobie prawie dwa wieki historii. Budynek był dawnym sanatorium, w którym wykorzystywano naturalne wody termalne; miało ono swój okres chwały, potem w latach dwudziestych zostało opuszczone, aby w czasach wojny domowej skończyć jako szpital wojskowy, a następnie więzienie dla zwolenników republiki. Wreszcie, wraz z nadejściem demokracji, ktoś wpadł na pomysł, że to idealne miejsce, żeby przerobić je na szkołę średnią.

Czuję panujące tu chłód i wilgoć, a ponadto ów charakterystyczny zapach siarki, który tak zwrócił moją uwagę, kiedy Germán mnie tu przyprowadził. To od fontanny na dziedzińcu, w której od czasu do czasu ciągle jeszcze pojawia się woda o temperaturze czterdziestu stopni, resztka owego naturalnego bogactwa, jakie pewnego dnia rozsławiło miasteczko i jakie teraz wielu na nowo próbuje wykorzystać; skoro do miasta Ourense, dzięki jego termom, udało się ściągnąć turystów, to dlaczego nie tu – zadają sobie pytanie. Gwar młodzieży budzi mnie z mojego romantycznego letargu. Pal sześć wieki historii i mgłę; tutaj, wewnątrz, krzyki, śmiechy i zaraźliwa energia nastolatków przywracają mnie do życia. Miasteczko wydawało się wymarłe, ale od tego są uczniowie, żeby temu zaprzeczyć.

Życie i hałas o ósmej dziesięć rano. Pośród takiej wrzawy bez obaw udaje mi się ukryć chęć, żeby już zaczynać. Bo wcale nie byłoby dobrze, gdyby zauważono, że rozpiera mnie entuzjazm, a jednocześnie umieram ze zdenerwowania. To przez tę mocną kawę Conchy, myślę; może i nie przedziurawi mi żołądka, ale nieźle mnie nakręciła.

Szukam pokoju nauczycielskiego. Ten gmach to labirynt. To jest ta zła strona adaptowania starych budynków do innych celów, niezgodnych z ich pierwotnym przeznaczeniem. Dodaje im to charakteru, ale czasami stają się mało funkcjonalne.

Wreszcie go znajduję, wchodząc, pozostawiam za sobą uczniowską bieganinę i od razu wyczuwam inną atmosferę. I to nie tylko dlatego, że panuje tu spokój. Dostrzegam ponure miny nielicznych nauczycieli, jacy są obecni o tej porze, nie wiem, czy z powodu jakiegoś zmartwienia czy skrępowania, trudno się domyślić. Oczywiście czasami to nie oni, ale ja projektuję mój stan ducha na innych. Nigdy nie jest łatwo pojawić się w liceum jako nowa, zwłaszcza kiedy rok szkolny zaczął się kilka miesięcy wcześniej i zasady działania są już ściśle ustalone. Z jednej strony nauczyciele konserwatywni i zniechęceni, z drugiej ci, którzy jeszcze wierzą w nauczanie… Na razie nie wiesz, do której grupki się dopasujesz, o ile w ogóle, ani jak cię przyjmą. Szczególnie jeśli twój pobyt nie potrwa dłużej niż kilka tygodni albo miesiąc. Po co się wysilać, żeby być z tobą w dobrych stosunkach, skoro ani się obejrzą, a znikniesz? Może to ja, powtarzam, ale u pięciu czy sześciu kolegów, którzy w tej chwili przebywają w pokoju nauczycielskim, zauważam nastrój inny niż zwykle. Ledwo się ze mną witają i każdy z nich zdaje się wracać do swoich zajęć w sposób nieco… wymuszony? Jedni czytają gazetę, inni piją kawę, ktoś poprawia jakieś prace… Są speszeni. Ponieważ nie wiem za dobrze, co robić ani co powiedzieć, poza „dzień dobry”, w oczekiwaniu na swoją kolejkę, żeby sobie zrobić kawę, sunę wzrokiem po jednej z kamiennych ścian pokoju. Aż w kącie napotykam mężczyznę z samochodu, tego przystojniaka we łzach. Nasze spojrzenia się krzyżują, ale nic poza tym. Wstydzi się tego spotkania sprzed kilku minut? Nie byłabym taka pewna.

– Jesteś ta nowa? – pyta mnie jakaś kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat.

Potakuję, właśnie mam podać swoje imię, kiedy nauczyciel z auta wbija we mnie wzrok.

– To ona? – pyta kobietę, która się do mnie odezwała. – Obejmie wychowawstwo?

– To jeszcze nie jest postanowione, Mauro, ale prawdopodobne.

Ma na imię Mauro. Mężczyzna, który płakał, ma na imię Mauro. I znowu się przekonuję, że pod tą czarną chmurą kryje się atrakcyjny, jak na jego wiek, facet w dobrej formie, co jest nie do pogardzenia.

– Miej się na baczności. Nie pozwól, żeby ci zatruli życie – odzywa się.

Jego głos i ton zbijają mnie z tropu. O czym on mówi? Najpierw łzy, a teraz ostrzeżenia?

– Chodź, lepiej porozmawiamy w moim biurze. – Kobieta bierze mnie pod ramię i wyciąga na korytarz, nie dając mi nawet zareagować. – Jestem Marga, dyrektorka do spraw nauki.

Prowadzi mnie korytarzami szkoły, mijamy kilku uczniów, którzy całkowicie nas ignorują.

– Słuchaj, ten cały Mauro miał na myśli to, że uczniowie mieliby zatruć mi życie?

– Nie przejmuj się. Zaraz ci opowiem.

W gabinecie dyrekcji pachnie tytoniem i od razu zauważam paczkę papierosów wystającą spod setek papierów, które pokrywają stół. Marga siada, usunąwszy kilka kartek z krzesła, i zachęca mnie, żebym zrobiła to samo. Ma żółtawą cerę, głęboko osadzone oczy za okularami w drewnianych oprawkach w hipsterskim i nowoczesnym stylu, mającym świadczyć o tym, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, a na głowie fryzurę, która u Lady Gagi byłaby całkiem na miejscu, ale u niej co najmniej zaskakuje.

– Raquel, prawda?

– Tak – odpowiadam, powstrzymując kichnięcie. Wyjmuję z torebki jednorazową chusteczkę i pospiesznie podnoszę ją do nosa.

– Witaj, usiądź na chwilę, proszę. – Jej głos jest zachrypnięty i wydaje mi się, że czuję lekki zapach alkoholu, chociaż nie jestem tego pewna, mój nos jest zbyt zatkany, abym mogła wydać trafny osąd. Czyżby wpadała tu, żeby sobie strzelić jednego głębszego? A może schodzi do baru, żeby zamówić dużą lampkę koniaku do małej czarnej? – Wybacz te moje włosy, dziś rano w połowie suszenia rozpieprzyła mi się suszarka i… no i ten… będę sensacją dnia, ale potrafię z tym żyć. – Próbuje przypłaszczyć sobie ręką potarganą grzywę. Patrzy na mnie z powagą i widzę, jak zmienia się jej ton i wyraz twarzy; ma mi do powiedzenia coś ważnego i chyba niezbyt miłego. – Nie wiem, czy jesteś wprowadzona we wszystko, co się wydarzyło…

– No… nie.

– Tak… To normalne, normalne. Tutaj, jako że nie mówi się o niczym innym, czasami trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś może jeszcze o tym nie wiedzieć. To delikatny temat. Zastępujesz nauczycielkę języka i literatury w pierwszej i drugiej klasie liceum. Elvirę Ferreiro, ale wszyscy znaliśmy ją jako Virucę. Miała tu etat od trzech lat. Była wychowawczynią drugiej klasy i obawiam się, że będziesz musiała wziąć to wychowawstwo.

– Skoro nie ma innej rady – odzywam się, siląc na uśmiech, żeby nie było widać, jak mi to nie w smak.

– Nie ma, ja ci to mówię. Była bardzo kochana przez uczniów. Tak, jeszcze bywają tacy nauczyciele. Kiedy w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat stanęła do państwowego egzaminu, osiągnęła najwyższą lokatę i w ciągu sześciu lat dorobiła się etatu w tym liceum. To praktycznie niemożliwe; żeby dostać tu etat, trzeba spełnić bardzo wysokie wymagania. To jedna z niewielu szkół, które mają jakąś historię i pewien urok. Podobnie jak ta w Celanovie, gdzie wykorzystano neoklasyczną klauzurę miejscowego klasztoru, żeby założyć w niej liceum. To nie jest takie ładne, ale prawie. Dawniej to było sanatorium…

– Znam je, mój mąż jest z Novariz.

– Poważnie? No, no… W takim razie już ci go nie sprzedaję i oszczędzam sobie turystycznego oprowadzania. Chodzi o to, że oprócz tego, że ma fontannę z wodą termalną, to jeden z niewielu ośrodków nauczania, w których uczniowie jeszcze do reszty nie zdziczeli, i póki co nie pisano o nas w żadnej kolorowej prasie. Albo przynajmniej do tej pory. Już mówię, w czym rzecz, bo strasznie się zaplątałam, zaplątałam… Syndrom belfra: dać nam szpulkę, a nie przestaniemy nawijać. Viruca była bardzo zaangażowana w życie szkoły. Nauczycielka z powołania, oddana swoim uczniom i wyczulona na ich problemy… Bardzo ją kochali, a i ciało pedagogiczne też ją bardzo ceniło. Jedna z tych, co to przynoszą ciasteczka w dzień swoich urodzin i są zawsze skorzy do pomocy… Ale nagle coś się popsuło. Nie wiem, czy to z powodu separacji z mężem, czy może coś się stało na początku tego roku szkolnego, ale już nie była taka sama. Niespełna miesiąc temu poprosiła o zwolnienie z powodu depresji… Po wielu bym się tego spodziewała, ale po niej… Jej były mąż też tu pracuje, uczy historii, to ten, który cię zaczepił w pokoju nauczycielskim.

– Ach…

– Istne ciacho, a do tego przystojny, sama widziałaś, facet jak z reklamy, ale biedaczek jest trochę przybity, czy można mu się dziwić? Prosiliśmy go na wszystkie sposoby, żeby wziął sobie parę dni wolnego, ale nie. Rozstali się tego lata, ale pozostali w całkiem dobrych stosunkach. Uważam, że ich przeznaczeniem było do siebie wrócić. Trzy tygodnie temu powiedział nam, że Viruca zniknęła. Przejęliśmy się, jasne, ale myśleliśmy, że może się pokłócili albo że potrzebowała naprawdę się odseparować i nie wiedziała, jak to zrobić…

Marga robi przerwę i rzuca ukradkowe spojrzenie w stronę swojej paczki papierosów. Wydaje się, że musi pilnie zapalić, ale się powstrzymuje. Oddycha głęboko.

– Kilka dni temu z zalewu wyłowiono jej zwłoki.

– Jej zwłoki?

Potrzebuję czasu, żeby przetrawić tę informację. Nie wiem, czy to pod wpływem silnego wrażenia czy leków antyhistaminowych, od których jestem półprzytomna, ale trudno mi to sobie przyswoić. Przez chwilę wszystko wydaje mi się nierealne.

– Tak, to dziwne, że twój mąż, skoro jest stąd, nic nie wie. Powtarzam ci, że o niczym innym tu się nie mówi.

– Przyjechaliśmy wczoraj w nocy, nawet nie zdążyliśmy rozpakować walizek… – usprawiedliwiam się, jakbym musiała prosić o przebaczenie za to, że nie jestem na bieżąco z tym, co się stało.

– No to przykro mi, że to ja przekazuję ci te nowiny. Uczniowie czują się dość dobrze, są przybici, oczywiście, ale dobrze, koniec końców ci z pierwszej klasy nie mieli znowu tak wiele czasu, żeby ją polubić, po dwóch miesiącach i niedługo po rozpoczęciu roku poprosiła o zwolnienie… Dla tych z klasy wyżej byłby to większy dramat, tak myślę. Toteż nie sądzę, abyś zastała jakąś bardzo dziwną atmosferę. Rozmawiali już z psychologiem, puściliśmy im taki film Pan Lazhar… nie wiem, czy kojarzysz. – Pauza. – No i ten… jest jeszcze jedna sprawa…

Dyrektorka do spraw nauki ponownie rzuca okiem na paczkę papierosów. W przypływie odwagi wyciągam ją spod papierów i jej podaję. Uśmiecha się z wdzięcznością. Widzę jej uzębienie. Jest bardzo zażółcone, domyślam się, że to efekt nałogu i zaniedbań higienicznych. I nie wiem, czemu zaczynam myśleć o jej zębach, kiedy ona opowiada mi, że nauczycielka, którą zastępuję, nie żyje. Pewnie, żeby nie myśleć o jej zwłokach unoszących się na wodzie. Wiem, że ten obraz będzie mi towarzyszył przez cały dzień. Nie chcę już więcej nieboszczyków w swoim życiu.

– Nie będzie ci przeszkadzało, że sobie jednego zapalę? – pyta, zbliżając zapalniczkę do papierosa i nie czekając na odpowiedź. – Otworzę okno i ręczę, że w taki wietrzny dzień jak dziś niczego nie poczujesz.

– Nie ma sprawy.

Marga dziękuje mi skinieniem i widzę, jak płomień podpala papierosa.

– Chcesz?

– Dzięki – odmawiam. – Rzuciłam dawno temu.

– Brawo ty. Ja próbowałam chyba z siedem razy. Ale, oczywiście, użeranie się z nimi nie pomaga. Wcale nie pomaga. Ze wszystkich zawodów świata wybraliśmy właśnie ten. No dobra, dosyć tego narzekania, nie ma nic nudniejszego i bardziej przewidywalnego jak nauczyciel narzekający na swoją pracę. W dniu, w którym się stanę jednym z nich, wstąpię do zakonu o ścisłej klauzurze.

Marga zaciąga się głęboko, po czym zaczyna kaszleć.

– Ale dobrze smakuje drugi poranny papieros. Jak ci mówiłam, miesiąc temu Viruca poprosiła o zwolnienie i przyjechał jeden nauczyciel, żeby ją zastąpić. Chudzinka, takie nic, a nieśmiały, że aż cholera brała, i tak bardzo chciał dobrze wypaść, jak to tylko wy, nowi, potraficie. No i po trzech tygodniach prosi o zwolnienie z powodu depresji.

– A to dlaczego?

– Bo ja wiem. Przecież myślałam, że całkiem dobrze mu szło, że się zintegrował. Dzieciaki też o nim źle nie mówiły, bo jak im ktoś nie podejdzie, to trąbią o tym na cztery strony świata. Nie wiem, przypuszczam, że to była jakaś sprawa osobista… Albo że się jednak nie zaadaptował. Ale mówię ci, że te dzieciaki to nie żadne potwory, poważnie, nie nastawiaj się, że cię spotka coś dziwnego… Sama zobaczysz. To prawda, że to nie są idealne okoliczności…

– No nie, nie ma się co oszukiwać… – Znowu kicham.

– Przyjmij to ze spokojem. Angażuj się tyle, ile będzie trzeba, bo zawsze przychodzicie pełni dobrych chęci, a to czasami przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. I jak tylko będziesz miała jakiś problem z uczniami albo jakąś wątpliwość, albo coś… przyjdź i mi powiedz. Naprawdę, nie tylko mnie, każdemu z nas bardzo zależy na tym, żeby wszystko dobrze się poukładało. No to nie wiem, Raquel, myślę, że powiedziałam ci już wszystko, co powinnam powiedzieć… Tu jest twój rozkład zajęć, program nauczania Viruki, nie musisz go wypełniać punkt po punkcie, ale żebyś wiedziała, jak zaplanowała lekcje w swoich klasach, lektury uzupełniające i takie tam. Faktem jest, że bardzo się starała.

Odbieram od niej teczki, które mi podaje, przerzucam je pobieżnie. Przeglądam kilka lektur uzupełniających i cieszę się, stwierdziwszy, że ich autorami są pisarze współcześni i że są łatwo dostępne.

– A jeśli nie będziesz wiedziała, gdzie jest któraś sala, potem cię oprowadzę. Albo poproszę kogoś, żeby z tobą poszedł. I to tyle… Jeśli masz jakieś pytanie…

Oczywiście, że mam pytanie, wiele pytań. A zwłaszcza jedno. Wiem, że nie powinnam, lecz zarazem nie chcę zostawić tego w zawieszeniu.

– Viruca, ta profesorka… wiadomo, czy… popełniła samobójstwo, czy to był wypadek…?

Bierze wdech, zanim mi odpowie. Upewnia się spojrzeniem, że drzwi do biura są zamknięte.

– No więc… wydaje się, że sekcja zwłok nie wykazała nic dziwnego. I chyba nawet znaleziono jakąś notatkę czy nagranie, w którym się żegna ze swoim eks… Ale sędzia i Gwardia Obywatelska nadal prowadzą śledztwo. – Marga sprawdza godzinę. – Muszę cię zostawić, bo za dwie minuty mam spotkanie z kilkorgiem rodziców.

Marga wstaje i ja robię to samo. Podaje mi rękę.

– Witaj, Raquel.

ROZDZIAŁ 6

Zamykam się na chwilę w łazience dla nauczycieli. Wyjmuję z torebki komórkę i dzwonię do Germana. Czuję palącą potrzebę, żeby usłyszeć jego głos.

– Hej… No i jak tam pierwszy dzień? Jak leci?

– Tak sobie. Nauczycielka, którą zastępuję, popełniła samobójstwo.

– No tak…

Ton jego głosu zbija mnie z tropu. Prawie nie słyszę w nim zaskoczenia.

– Wiedziałeś? Wiedziałeś, że ta profesorka umarła?

– Tak, coś tam obiło mi się o uszy.

– I nie przyszło ci do głowy, żeby mnie poinformować? Nie pomyślałeś, że to coś, o czym chciałabym wiedzieć? Choćby po to, żebym przyjechała jakoś przygotowana… Nawet nie wiesz, na jaką wyszłam kretynkę, Germán.

– No bo nie byłem pewien, czy to ty będziesz ją zastępować. A jeśliby się w końcu okazało, że to nie ją, nie chciałem, żebyś była uprzedzona.

– No dobrze… Germán, ale przynajmniej wiedziałabym, czego się trzymać. Kiedy powiedziałam dyrektorce do spraw nauki, że jesteś stąd, zdziwiła się, że o niczym nie wiem.

– No już, nie przejmuj się, dasz sobie radę.

– Powiedz mi… Dobra, nie, już nic…

– Pytaj, nie zadręczaj się.

– Nie, to bardzo małostkowe z mojej strony. Lepiej już nic nie powiem.

– Nienawidzę, kiedy to robisz. Najpierw zapowiadasz, że coś powiesz, a potem się wycofujesz. No już, mów.

– Dobra. Nie przemilczałeś tego o tej zmarłej, bo się bałeś, że nie będę chciała tu przyjechać, prawda?

– A miałaś do wyboru inną miejscowość?

– Nie.

– No to sama sobie odpowiedziałaś. A ja nigdy bym ci tego nie zrobił, Raquel. Czasami mnie zaskakujesz.

– No już, już, przepraszam. To ta wiadomość, trochę mnie wytrąciła z równowagi. Pójdziesz potem ze mną oglądać mieszkania, tak?

– Jasne. Ale już się umówiłem na obejrzenie takiego jednego domku na przedmieściu. Poślę ci zdjęcia na komórkę. Spodoba ci się.

– Germán…

– Tak?

– Na przedmieściu?

– Tutaj przedmieście to raptem dwa kilometry od centrum… Mogłabyś nawet chodzić do szkoły piechotą… Spodoba ci się, przyrzekam.

ROZDZIAŁ 7

Na pierwszej lekcji, w pierwszej D, zastaję około dwudziestki uczniów, nawet dość chłonnych. Wydają się bardziej dziecinni, niż się spodziewałam. Z uwagą wysłuchują mojej autoprezentacji. Zwięzłej, żeby ich nie zanudzać, i zdecydowanej, żeby mnie nie lekceważyli. Mówię, czego od nich oczekuję w tym czasie, jaki został do końca roku szkolnego. Zadają mi kilka pytań odnośnie do tematów i czy będę realizować program Viruki. Kiedy wymawiają jej imię, widzę, że robią to jakby z obawą albo szacunkiem, nie jestem pewna, jak to interpretować. Nie jest to temat tabu, lecz zarazem nie czują się swobodnie. Jedna z nastolatek, mówiąca z lekkim meksykańskim akcentem, ma na imię Ximena, wspomina, jaką dobrą była nauczycielką, jak bardzo zachęcała ich do czytania, pomimo tego…

– Czego?

– Tego, w jakim ostatnio była stanie.

– Całkiem zeszła na psy – wspomina jeden.

– Była strasznie nerwowa i smutna – mówi drugi.

Prawie wszyscy przytakują. Nie wiem, co do tego dodać ani czy oczekują, żebym coś dodała. Czy będę przerabiać jej program, te same lektury? Pytają mnie. Mówię im prawdę, jeszcze nie miałam czasu ich przejrzeć, ale widziałam kilka, które mi się spodobały.

– Przeczytaliście już jakieś?

– Czytać? Lepiej zaczekamy na film – odpowiada mi jeden z uczniów.

Uśmiecham się. W tym, że myśli, iż takim komentarzem zdoła mnie oburzyć, jest nawet pewna prostoduszność.

– Ja często tak robię – odpowiadam. – Czekam na film, a potem zawsze mówię, że powieść była lepsza.

Udaje mi się kilkoro rozśmieszyć i zapisuję sobie punkt. To oraz fakt, że uczniowie porządnie się zachowują, sprawia, że na następną lekcję idę z większą ufnością. Czuję, że jestem swobodniejsza, bardziej pewna siebie. Ciemne chmury, jakie gromadziły się nad moją głową, zaczynają znikać. To takie samo liceum jak każde inne. Zapewne są w nim jakieś czarne owce, ale w zasadzie da się tu przyjemnie pracować.

Ci z drugiej klasy wystawiają mnie na próbę już od samego początku. Staram się im wyjaśnić, jak zaplanowałam dla nich pozostałą część roku szkolnego, ale nie wyglądają na zbytnio zainteresowanych. Mimo to udaję, że ich to obchodzi, przynajmniej mnie obchodzi, i chcę, żeby widzieli, że ich rozczarowanie mnie nie złamie. Mam zamiar odwrócić program. Dwa tygodnie przeznaczyć na ogólną wizję przedmiotu, a potem zacząć od tego, co najbardziej współczesne, i sięgać wstecz. Uważam, że każde dzieło sztuki albo literatury powinno patrzeć w przyszłość. Oczywiście trzeba wiedzieć, skąd przychodzimy, ale znacznie bardziej poczują się zidentyfikowani z tym, co powstaje dzisiaj, niż z literaturą, która trąci nieboszczykiem.

Moja przemowa zupełnie do nich nie trafia. Między innymi dlatego, że pewnie ją słyszeli z tysiąc razy. Jedna z uczennic, Iria, pyta mnie, czy to aby najlepszy sposób przygotowania do egzaminu wstępnego na studia. Bo jej i wszystkim zależy na tym, żeby zdać ten egzamin, dostać się na uniwersytet i jak najszybciej zostawić za sobą tę szkołę i to gówniane miasteczko. Zapewniam ją, że jeśli zaliczą u mnie, zdadzą egzamin wstępny.

– Skoro tak mówisz.

– Viruca tak tego nie widziała.

Już padło to imię. Część klasy jest tego samego zdania. I zanim zdążę ich powstrzymać, zaczynają swój osobliwy panegiryk: Viruca była super, Viruca mówiła, że… Viruca to, Viruca tamto. Viruca, mimo że w ostatnich dniach… Viruca…

– Co myślisz o Hemingwayu, o Virginii Woolf, o Sylvii Plath? – Pytanie zadaje mi chłopak w okularach, jedną stronę oprawki ma oklejoną plastrem. Dziwię się, że zna tych pisarzy. Jednak to oczywiste, do czego zmierza, jasne, i nie wiem, czy mam dać się wciągnąć.

– Powiedz, że przeczytałeś całą trójkę i automatycznie jesteś zwolniony z dwóch najbliższych klasówek – odpowiadam.

– Co o nich myślisz? – nalega, pomijając milczeniem moją ofertę. – Wiesz, co mieli wspólnego?

– Oczywiście, jestem nauczycielką literatury. – Odwagi, bierz byka za rogi, Raquel, nie będziesz przecież wykręcać się od tego pytania. – Wszyscy troje odebrali sobie życie. A następnym razem zadaj mi coś trudniejszego i zapytaj, no nie wiem, o Sandora Maraia, Stefana Zweiga, Horacia Quirogę albo Alejandrę Pizarnik. – Nie wymądrzaj się, Raquel, nie ma nic gorszego, jak się wymądrzać.

– Mieliśmy przeanalizować wiersz Plath. – Patrzy na dziewczynę, którą ma obok. – Jak to szło? Umieranie…?

Dziewczynie więcej nie trzeba, żeby zacząć go recytować.

– „Umieranie jest sztuką, jak wszystko. Robię to doskonale”.

I zaraz inna uczennica zbiera się na odwagę, wchodzi jej w słowo i przyłącza się kolejnym wersem.

– „Robię to tak, że okropnie boli”.

Teraz przyłącza się chłopak.

– „Tak, że staje się prawdziwe. / Możesz uznać, że mam talent…”7.

Recytowany na trzy głosy, wiersz brzmi jak jakaś makabryczna modlitwa, jak litania. Czuję ciarki przebiegające mi po ciele. Czyżby to wcześniej próbowali? Usiłują mnie zastraszyć czy może śmierć profesorki tak nimi wstrząsnęła, że nie mogą się oderwać od tej strofy?

– Sądzisz, że każąc nam analizować te teksty, prosiła nas o pomoc, a myśmy tego nie umieli zrozumieć? – pyta chłopak z plastrem na oprawce.

– Nie, oczywiście, że nie – odpowiadam pospiesznie. – W obliczu takiego wydarzenia jak śmierć kogoś bliskiego zawsze staramy się nadać znaczenie każdej chwili przeżytej w ostatnich dniach. A zwłaszcza kiedy ta śmierć… ta śmierć…

– Była samobójstwem. Możesz to powiedzieć. Wszyscy o tym wiemy. Nic się nie stało.

Oczywiście, że się stało, bo nie wiem, jak poruszyć ten temat. Przychodząc tu, nie byłam na to przygotowana. Obawiam się, że nie stanę na wysokości zadania. A poza tym… Czuję, że bardzo mi daleko do ludzi, którzy już nie mogą dłużej wytrzymać i odbierają sobie życie. I to jeszcze jak daleko. Rozumiem ich, oczywiście. Rozumiem słabość i to, że ktoś może się czuć bardzo źle, bo jest w coś uwikłany albo ogarnięty rozpaczą. Rozumiem ciemne zakamarki duszy, nie są mi one obce. Ale żeby aż się poddawać i rzucać do rzeki albo strzelać do siebie, albo połykać cały słoik pastylek? Jak można się doprowadzić do takiego stanu? Nie widzieli znaków? Nie widzieli, że stoją na skraju przepaści? Przypuszczam, że część mojego odrzucenia bierze się stąd, że moja matka była jednym z najbardziej cenionych onkologów w A Coruñi. Wychowałam się na przypadkach, o których opowiadała przy kolacji. Pacjentach, którzy nigdy się nie poddawali, którzy walczyli z rakiem, mimo że on ciągle na nich czyhał. Osobach, które rękami i nogami czepiały się nadziei, chemii, operacji, terapii alternatywnych, diet, znachorów, nawet żądleń os, czegokolwiek, byle tylko wyrwać życiu jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden rok.

– Jak się czujesz, zastępując samobójczynię?

To pytanie rzuca mi nagle jedna z uczennic. Pytam ją o imię, żeby zyskać parę sekund na przemyślenie odpowiedzi. Nerea, mówi. To ładna dziewczyna, z lekką nadwagą i ogromnym biustem. Nosi obcisły sweterek, co dowodzi, że jest dumna ze swych krągłości i stara się je wykorzystać. Jej pytanie wzbudziło zaciekawienie, wszyscy czekają na moją odpowiedź. Widzę wpatrzoną we mnie każdą parę oczu.

– Chcecie o tym porozmawiać?

– Możemy, byleby nie było lekcji – zaznacza jeden z uczniów. Chłopak jest wysoki, nosi bluzę z kapturem naciągniętym na głowę. Zasłania mu część twarzy. Kilkoro śmieje się z jego odzywki. Zwłaszcza ten w okularach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przydomek, jakim określana bywa Gwardia Obywatelska (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

A nie wolałabyś z mlekiem? (galis.). [wróć]

Kawałek biszkoptu? Świeżo upieczony (galis.). [wróć]

Chodź tu, do środka. Żadnego pożytku z tego chłopaka (galis.). [wróć]

Jesteś ta nowa? (galis.). [wróć]

moja mała. Niech mi się na oczy nie pokazują ci Acebedo… (galis.). [wróć]

W przekładzie Marii Krusiewicz. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bałagan, jaki zostawisz 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej