Włoskie szpilki

Włoskie szpilki

Autorzy: Magdalena Tulli

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 144

Cena książki papierowej: 32.00 zł

cena od: 26.99 zł

Aby żyć, matka musiała odgrodzić się od swojej przeszłości.

Aby żyć, córka musiała się zmierzyć z przeszłością matki.

Opowieść o tym, że to, co ukryte, często ma największy wpływ na nasze życie.

 

„Gdyby krytycy literaccy mogli – wzorem środowiska filmowego, które zgłasza swojego kandydata do Oscara – każdego roku proponować szwedzkim akademikom książkę, pod koniec tego roku wybrałbym Włoskie szpilki Tulli”. 

– Grzegorz Wysocki, Dwutygodnik –

 

„Każda książka Tulli jest medytacją pełną współczucia”.

–– Tadeusz Sobolewski, „Gazeta Wyborcza” –

 

„Jej pisarstwo to dowód, że można przemienić oczywiste w nadzwyczajne, brudne treści w Czystą Formę, nawet wtedy, gdy ścigają nas lęki, których nie chcielibyśmy dziedziczyć”.

– Tomasz Bocheński –

 

„Nie mam wątpliwości, że to jedna z najważniejszych książek tego roku”.

– Justyna Sobolewska, „Polityka” –

 

 

 

Włoskie szpilki

Sytuację bez wyjścia najłatwiej sobie wyobrazić.

Ćwiczyliśmy się w tym przez długi czas codziennie rano przy stole nakrytym kraciastą ceratą, nad talerzami z zupą mleczną. Podkładaliśmy sobie zagadki wyposażone w niebezpieczny mechanizm – niczym owi szpiedzy amerykańscy, podobno szkoleni do podrzucania cywilom bomb w kształcie ślicznych kolorowych długopisów, którym nikt się nie oprze. Kogo zatem wyrzucić za burtę, jeśli przeciążona łódź tonie na pełnym morzu? Brata czy siostrę? Zagadki nie miały dobrego rozwiązania, a kiedy zaczynało się przy nich majstrować, wybuchały i boleśnie raniły uczucia.

Miejsce, w którym żyły nasze rodziny, było z pozoru spokojne, lecz podminowane strachem i tłumionym gniewem, pełne nieokreślonej nerwowości, mniej lub bardziej wyczuwalnego napięcia, które łatwo znajdowało ujście w scenach agresji i poniżania. Niektórzy twierdzą dziś, że ich dzieciństwo było beztroskie, lecz nawet oni, spytani o te zagadki siejące grozę i bezsilną rozpacz, jak z rękawa sypią przykładami. Byliśmy za mali, żeby wiedzieć, z jakich zaszłości wzięły się nasze udręki, szesnaście lat po przegranej wojnie. Osiemnaście lat po Jałcie, gdzie nasz los rozstrzygnął się awansem, zanim przyszliśmy na świat. Osiemnaście lat to była dla nas wieczność, a wieczność jest niewyobrażalna. Stalin zdążył już umrzeć. Ale Hitler wciąż jeszcze trzymał się świetnie. Nasyłał na nas Niemców, którzy wyłazili ze snów matek i ojców, i rano nad talerzami z zupą mleczną nadawali ton naszej małej frustracji, zasilanej frustracją głębszą i rozleglejszą, wszechobecną jak podziemne cieki wodne, lub raczej jak płynące pod skorupą gruntu strumienie żółci.

– A kto wygrał wojnę? – musiałam spytać, bo na początku nie wiedziałam nawet tego.

– Niemcy – powiedział ktoś.

– Coś ty, Niemcy przegrali – powiedział ktoś inny, lepiej poinformowany.

Otóż Niemcy najpierw wygrali, potem przegrali, Rosjanie na odwrót, przegrali najpierw, a wygrali potem. Nasz kraj przegrał i najpierw, i potem. Siedząc nad nieco przypaloną mleczną zupą z makaronem, musieliśmy razem ze wstrętnymi kożuchami łyknąć i to. Nasz kraj ma to do siebie, że nigdy nie wygrywa, już wtedy czuliśmy to jakoś przez skórę. Nigdy nie wygrywa, ale – jak podpowiadano nam w naszym przedszkolu z naciskiem – kochaliśmy go nad życie. Skądś już wiedzieliśmy, że odmowa nie wchodzi tu w grę. Lecz jeśli nasz kraj zawsze przegrywał, mogło nas zaniepokoić pytanie, czy przypadkiem nie jest gorszy od innych. I czy my sami...

Dlatego lepiej wrócić do zagadek. A więc: co byś zrobił, gdyby jakieś niewyraźne postacie, z głowami, być może, w kształcie czajników, zwane Niemcami, ścigały twoją rodzinę i gdybyś mógł ukryć wszystkich oprócz jednej osoby? Emocje mącą umysł, więc lepiej spojrzeć na to z dystansu. Kto patrzy z dystansu, ma w głowie miarę i wagę spraw oraz świadomość, powiedzmy, boską. Nie zadrży i oczy nie zajdą mu łzami. Jego zadanie jest najprostsze na świecie, trzeba zdecydować, kto pozostanie przy życiu. Matka czy ojciec? A może poświęcić któreś z dzieci? Zły pomysł, dzieci kochają zbyt nachalnie, nie zniechęcają się, nie można ich odpędzić. Nie myśl, że się wykręcisz. Cokolwiek zrobisz, z tym już zostaniesz na zawsze.

Weźmy takie na przykład pytanko: czy wskoczyłbyś do szamba, gdyby Niemcy mieli ci za to darować życie? Trudna decyzja, bo szambo jest obrzydliwe i śmierdzi, a Niemcy mogą oszukać. Nie myśl, że pozwolą ci się wynurzyć, ociekającemu nieczystościami. Nie będą spokojnie patrzeć, jak odchodzisz w swoją stronę, znacząc szlak wstrętną smugą. Kto wskoczył do szamba, jest z miejsca spisany na straty, nawet gdyby mu przedtem obiecano złote góry. O tych obietnicach, złożonych ci, zanim się unurzałeś, od razu zapomnij. Lecz jeśli stawką jest życie, to czy rozsądek nie nakazuje przynajmniej spróbować? Żebyś nie żałował po śmierci, że zaprzepaściłeś jedyną szansę. Dlatego zapewne dasz się w to wplątać i postrzelą cię, kiedy będziesz wyłaził. Czeka cię śmierć przez wykrwawienie albo przez utonięcie, agonia rozciągnięta na długie godziny, możesz ją sobie wyobrazić zawczasu. A jeśli przyjdzie ci do głowy się wymigać, będziesz stał nad tym szambem, pod lufą karabinu, przez długie lata. To się nie skończy, póki wreszcie nie powiesz, czy wolisz nurzać się w nieczystościach, najpierw z mętną nadzieją w sercu, potem z rozpaczą, że cię oszukali, czy może od razu wybrać pewną i czystą kulkę w łeb. Regulamin o tym wprawdzie nie wspomina, ale wolno zdać się, gdy przyjdzie co do czego, na rzut monetą. Orzeł czy reszka? Niech zdecyduje ostateczna instancja – przypadek. Stojąc pod lufami, przeszukujesz przegródki portfela, z jednej do drugiej przekładasz karty płatnicze i banknoty, a w końcu budzisz się spocony: nie masz monety, ani jednej.

A przecież wojna się skończyła, i to nie wczoraj, nie w zeszłym roku. Mniejsza o to, kto ją wygrał, ci, co pamiętali życie przed wojną, chcieli dalej żyć tak samo. Nikt nie miał siły do nowych cierpień. Niektórych zabrakło i pozostali zaczęli radzić sobie bez nich. Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. Lecz po przegranej wojnie wszystko się skomplikowało. Klocki, z których nasze rodziny miały ułożyć sobie życie, były krzywe i zdekompletowane. Wszystko, co byśmy z nich zbudowali, musiało się zawalić. Zakazywano wspominania lepszych czasów, a jeśli ktoś nie mógł ich zapomnieć, to niechby się przynajmniej schował w mysiej dziurze, zszedł z oczu wszechobecnym portretom dygnitarzy, zamiast niepokoić ich i obrażać swoim istnieniem. Jedni ojcowie próbowali zapomnieć, inni schodzili z oczu. Tylko mój ojciec ani nie musiał niczego zapomnieć, ani się nie schował. Ale nie dlatego, żeby był lepszy od pozostałych. To świat, z którego tu przyjechał, był lepszy. Mój ojciec żył u nas na specjalnych prawach, z zagranicznym paszportem w kieszeni.

Można powiedzieć, że znalazł się tu przypadkiem, po prostu spadł z księżyca. Toteż wszystko go ciągle dziwiło. Nawet kiedy czekał na tramwaj, spodziewano się po nim niezmierzonej cierpliwości i pokory, co było dla niego niepojęte. Instytucjom powołanym do naprawy tego i tamtego zawsze brakowało potrzebnej śrubki czy uszczelki, odpowiedniego narzędzia albo stosownego przepisu. Każde roztropne przedsięwzięcie prędzej czy później okazywało się niemożliwe do przeprowadzenia. Podobno ojciec przez pierwsze lata obserwował tę wszechobecną szamotaninę ze zdumieniem. Dlaczego nie da się zrobić uszczelki? Dlaczego nie można wprowadzić przepisu? – pytał w obcym dla siebie języku, podnosząc brwi. Miejscowi znali odpowiedź, ale przez ostrożność woleli zmilczeć. I zazdroszcząc specjalnych praw, jednak patrzyli na niego z politowaniem: dorosły, a nic nie rozumie.

Z początku wszyscy u nas liczyli na jakąś nagrodę pocieszenia za to, co wycierpieli podczas wojny. Ale po wojnie orłu od razu strącono z głowy koronę i była w tym zapowiedź traktowania, na jakie mogliśmy liczyć. Niektórzy szukali ratunku w posłuszeństwie. Zgadzali się zerwać z oczywistością i tylko podnosili rękę na zebraniach, głosując jak na komendę, wszyscy za i nikt przeciw. Ci wiedzieli przynajmniej, że nie są sami, bo ich głosy roztapiały się w potężnym chórze. Inni wierzyli tylko w czarny rynek, który pracował po cichutku, zasilany deficytowym, przedwojennym zaufaniem i amerykańskimi dolarami, choć za ich posiadanie groził ponoć stryczek. A także zagranicznymi ubraniami z paczek od rodziny i wyniesionymi z pożogi przedmiotami, do których dałoby się zastosować słowo „przedwojenny”. Podobnie jak słowo „zagraniczny”, znaczyło mniej więcej tyle, co „prawdziwy”. Za niedopuszczalne uznawano już samo pragnienie posiadania prawdziwych przedmiotów, których nie przypadkiem nie było w sklepach. Nie mogła ich dostarczyć kulawa, gorączkowa produkcja państwowego przemysłu, w gazetach przedstawiana chełpliwie jako świadectwo naszego zwycięstwa nad niepewnością i pustką.

Przemycona po kryjomu do przedszkola, pojawiła się w moim życiu guma do żucia z zagranicznej paczki, która wbrew wszystkiemu pokonała granicę światów. Dowiedziałam się o istnieniu gumy do żucia, kiedy początkujący handlowiec, bratanek swego stryja z nieuznawanej przez władze armii, dał mi jedną w prezencie w ciemnym kącie przy szatni.

– Schowaj – powiedział. – Nie wolno tego mieć. Jak pani zobaczy, zabierze.

Lekko błyszcząca biel opakowania była nieskazitelna, granat napisów miał nasycenie i czystość niespotykaną. Przenikał przez nie niezwykły zapach. Przynosił obietnicę, napomykał niejasno, że życie może być czymś zupełnie innym, niż się nam w naszym przedszkolu wydaje. Nie wiedziałam, do czego to służy, zdziwiłam się, że nie wolno mieć.

W tym samym ciemnym kącie przy szatni zaczaili się na mnie jeszcze przed podwieczorkiem tacy dwaj, uważniejsi od pani, choć z innych niż ona powodów śledzący to, co przechodziło z rąk do rąk.

– Oddawaj gumę! – powiedział jeden, wykręcając mi rękę.

Po wojnie nasz kraj był jeszcze przez długie lata pełen pokątnej przemocy. Złe wspomnienia osiadły na nim jak szlam i wcześniejsze pojęcia o tym, co można i co należy, naraz stały się trochę naiwne, a trochę żałosne. Nasz kraj długo nie mógł zrozumieć, że przegrał wojnę i poszedł do niewoli. Oficjalnie mówiono nam o wspaniałym zwycięstwie i żeby wykluczyć wątpliwości, pokazywano na fotografii naszą flagę, powiewającą obok tej drugiej nad Bramą Brandenburską w Berlinie. Nie wiedzieliśmy, że powieszono ją do tej fotografii i zaraz ściągnięto, podczas gdy druga wisi po dziś dzień na zdjęciach pokazywanych we wszystkich innych krajach świata.

Z gazet nikt by się nie dowiedział, co się naprawdę wtedy stało. Ani z kronik filmowych, wyświetlanych w kinach przed seansem, ani z radia. Ojcowie z wujami rozmawiali o tym przy półlitrówce z czerwoną kartką, kłócąc się zawzięcie przez pół nocy i płacząc nad ranem. Specjalny urząd państwowy zatrudniał pracowników z nożyczkami, by zawczasu wycinali z maszynopisów zawoalowane aluzje i odsyłali je do innego urzędu, w którym autor musiał się potem stawić na drżących nogach. Skoro zostaliśmy jakby nigdy nic wykluczeni ze wspólnego zwycięstwa, i to w godzinie podpisywania traktatów pokojowych, skoro nikt nie spytał o nasz los, kiedy zatrzaskiwały się granice, powinno być dla nas jasne, ile znaczymy dla świata. Tyle co nic. Doznane wtedy upokorzenie paskudziło się jak wrzód, ukryty pod źle skrojoną koszulą i marynarką. Nieleczony, przenosił się z człowieka na człowieka, z dorosłych na dzieci, z dzieci na psy i koty.

Jeśli pominąć tę chorobę, niszczącą resztki naszej wiary w siebie, życie toczyło się u nas tak jak wszędzie. Tak jak tam, gdzie mieszkali ludzie noszący ubrania lepsze od naszych. Doświadczenie podpowiadało, że od gatunku tkanin wiele zależy. Dobrze ubranym obywatelom szczęśliwiej położonych krajów okazywały szacunek ich własne rządy, zabiegając o przychylność. Ich tweedy i kaszmiry można było u nas podziwiać w kinie przed seansem, na wklejonych, dla kontrastu, między kroniki pomyślnych lokalnych wydarzeń, migawkach z ulicznych protestów w dalekich krajach. Patrzyliśmy zdumieni: pozwalano im nawet protestować! Zlekceważeni przez wszystkich, czuliśmy się nikim, ale dzięki zamkniętym granicom nie musieliśmy z tamtą odzieżą porównywać naszej. I my mieliśmy przecież dzikie zwierzęta w zoo, i my mieliśmy teatr lalek. W wietrzne dni nie zabraniano nam puszczać latawców. Wczesną jesienią wszyscy mogli zbierać w parku kasztany, latem opalać się, zimą jeździć na sankach. Czego się więcej spodziewać? Tyle wystarczy.

Od czasu do czasu po obiedzie, w sali zastawionej składanymi polowymi łóżeczkami, ktoś budził się z krzykiem z przymusowego snu. Sprawdzano, czy nie zasikał prześcieradła. Nasze przedszkole walczyło z zasikiwaniem prześcieradeł, nie przebierając w środkach. Zawstydzanie okazało się karą nie dość skuteczną, praktyka dowodziła, że zbyt łagodną. Potrzeba było czegoś więcej, akcentu mrożącego krew w żyłach. Ubrany już w paltko winny stał pod ścianą gotowy do wywiezienia tam, gdzie go nauczą, płakał i łzy rozmazywał na policzkach. Nikt z nas nie wiedział, gdzie uczą. Padało nie całkiem zrozumiałe słowo „poprawczak”. Wszyscy byliśmy przekonani, że kiedy pod wieczór przyjdzie po niego zapracowana matka, będzie musiała pogodzić się z faktem dokonanym. Nietrudno nam było wyobrazić sobie, że matka spuści głowę i bez słowa wróci do domu, bezradna tak samo jak my. W naszym kraju wszyscy wiedzieli, czym jest bezradność. Sześcioletni, ale już złamani, domyślaliśmy się, że wpływy matek nie sięgają daleko, więc z konieczności staraliśmy się zaufać prześladowcy. A gdyby tak winny nie płakał i nie prosił o łaskę? Gdyby nie odwołano kary? Nie dowiedzieliśmy się, co by się wtedy stało. Zawsze płakał, zawsze prosił.

Zdarzały się przewiny zbiorowe, za które obowiązywała zbiorowa odpowiedzialność. Na przykład plucie do cudzego talerza. Czuliśmy przecież, że plucie do zupy jest głupie i prostackie. Nie wymagało, tak jak podstępne zagadki, rozwiniętej technologii. Emocje szukały ujścia w prostodusznym poszturchiwaniu, przezywaniu i podstawianiu nogi. Plucie do zupy działało skuteczniej od szturchańców, ofiara czuła się sponiewierana aż do unicestwienia. Kto pluł do cudzej zupy, wiedział, że regulamin, który każe zjadać wszystko do czysta, zrobi za niego resztę. Kto nie zjadł, za karę siedział potem przy stole sam ze swoją krzywdą przez całe popołudnie, łzy kapały do talerza.

Czasem więc ofiara, w przypływie rozpaczy szarpiąc się ze sprawcą, rozlewała zupę na kraciastą ceratę, na froterowaną podłogę. To się musiało źle skończyć. Dochodzenie było formalnością. Przy stolikach stało po sześć krzesełek: jedna ofiara, pięciu sprawców. Przed leżakowaniem winni już czekali pod ścianą, cała szóstka, ubrana w paltka, gotowa do wywiezienia tam, gdzie się ich nauczy. Płakali i żadnej nauki nie pragnęli, tylko aktu łaski. Patrzyliśmy na to ze zgrozą. Lecz i z ulgą, że tym razem to nie my stoimy pod ścianą ubrani w paltka, że jeszcze siedzimy przy stołach nakrytych ceratą. Nie dalibyśmy się złamać tak łatwo, gdybyśmy wiedzieli, że istnieje też regulamin nadrzędny i obowiązuje choćby do pewnego stopnia, a bezradność matek ma granice. Ale tego, czy nadrzędny regulamin naprawdę obowiązuje i czy bezradność naprawdę ma granice, dorośli też nie byli pewni.

Musiał to być lipiec, kiedy znalazłam się w obcym przedszkolu, otwartym przez całe lato. Nie wyjechałam na wakacje, bo opóźniała się polska wiza powrotna dla mojego ojca. Nikt by w to nie uwierzył: jaka znowu wiza, jaki paszport? W nowym przedszkolu poznałam nowy regulamin. Tu także walczyli z zasikiwaniem prześcieradeł. Ale walczyli inaczej niż u nas, nie tak łagodnie i dobrodusznie. Nie urządzano tam dramatycznych przedstawień, zakończonych scenami skruchy i przebaczenia. Zamiast tego zabierano majtki. Ukarani samotnie stawiali czoło hańbie.

Pierwszego dnia zobaczyłam z daleka zbiegowisko wrzeszczące: „Do spalenia, do spalenia!”. W środku kulił się ktoś podobny do nas wszystkich.

– Dlaczego do spalenia? – dopytywałam się.

– Bo bez majtek! – wyjaśnił mi ktoś z politowaniem, jakie budzi brak pojęcia o podstawowych sprawach. Bez majtek ludzie byli spisani na straty, tak samo jak ci, którzy wynurzyliby się z szamba.

– To ludzi się pali? Jak?

– A zwyczajnie, w piecach.

Wstydziłam się, że nic nie wiem, ale nie tylko. Pamiętałam przecież, że sama zsikałam się nieraz podczas snu. Dlatego nie mogłam wydobyć z siebie głosu, żeby razem z wszystkimi zawołać: „do spalenia!”.

Miałam w domu włoski leksykon dla dzieci wydany przez Palazziego. Wszystkie obrazki znałam na pamięć. Aeroplan, ananas, auto... Ale żaden obrazek nie miał związku z tą sprawą, która nie dawała mi spokoju.

– Czy ludzi można palić? – spytałam przy pierwszej okazji.

– Nie można – ucięła moja matka.

Jak to możliwe? Nie mogła mi pomóc, nie wiedziała. O czymś, co nawet dla dzieci z mojego przedszkola nie było tajemnicą. Na jakim świecie żyła? Na pewno nie na tym samym, co wszyscy. Widocznie i ona, tak jak mój ojciec, spadła z księżyca.

– No, no! – mruknął szewc, kiedy posłała mnie z butami do naprawy. – Gdzie ojciec zdobył takie buty?

– Kupił w Mediolanie. Bo on jest stamtąd – pośpieszyłam z wyjaśnieniami.

– Cha, cha! – śmiał się szewc. – Kupił! W Mediolanie!

Bo jeśli był stamtąd – załóżmy na chwilę, z przymrużeniem oka, że naprawdę – to po co miałby tutaj siedzieć? Po co w ogóle miałby przyjeżdżać do naszego deszczu i mżawki, do ciemnych poranków, do przedwczesnego zimowego zmierzchu. Do wyrobów państwowego przemysłu. Do rozgotowanego makaronu i cierpkich jabłek.

Co prawda, dwa razy w roku w sklepach pokazywały się pomarańcze. Nasze państwo musiało płacić za nie w obcych krajach prawdziwymi pieniędzmi, które nazywało twardą walutą, i skąpiło ich, mając ambicję wszystkich nas tanio wykarmić przypaloną zupą mleczną. Drogocenne pomarańcze – tylko trochę, dla zapachu – pojawiały się pod presją przedświątecznych pragnień, z którymi państwo liczyło się do pewnego stopnia, bo te święta były dla nas ważniejsze niż wszystkie miesiące roku. Państwo z bólem oddawało nam pomarańcze za nasze nic niewarte banknoty z orłem bez korony, i zmuszone było na dodatek wypłacać resztę w brzęczącej aluminiowej monecie. Ludzie stawali w długich kolejkach, mając nadzieję, że nie zabraknie, zanim dojdą do lady. Cytryny pokazywały się nieco częściej, tak samo nienależne. W mgnieniu oka, jeszcze zanim zaczęto je wypakowywać z dostawczego samochodu, ustawiała się kolejka, w której od razu wybuchała awantura i nie cichła, póki na ladzie leżała choćby jedna sztuka.

Tłumaczono nam, że w krajach, z których pochodzą cytryny, miejscowa ludność ogląda je tylko przez sklepową szybę, bo wszystko jest tam tak niewyobrażalnie drogie, że prawie nikt nie może tego kupić i zjeść. Ale każdy się u nas domyślał, że to bujda. Od cytryn i pomarańczy odgradzały nas granice. Gdyby granice zostały otwarte choćby na chwilę, wszyscy by stąd uciekli. Nie tylko szewcy. Pierwsi, na czele tłumu, pędziliby funkcjonariusze tajnych służb. W naszym kraju nikt nie chciał mieszkać, naprawdę nikt – oprócz mojego ojca. I właśnie dlatego nie otwierano granic.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Fusy

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Niezgodność brzmień

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Bronek

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Komiczne sylaby

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Klucz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ucieczka lisów

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, Jolanta

Sylwia Chutnik, W krainie czarów

Anna Cieplak, Lata powyżej zera

Jacek Dehnel, Krivoklat

Zośka Papużanka, On

Zośka Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem

Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem

Magdalena Tulli, Szum

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś

Michał Witkowski, Margot

Michał Witkowski, Wymazane

Więcej na:

www.seriaproza.pl

Copyright © by Magdalena Tulli

Projekt okładki

Anna Pol

Fotografia na okładce

Copyright © Ann Garrett/Trevillion Images

Fotografia autorki

Magda Kuc

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Agata Pieniążek

Adiustacja

Anna Mirkowska

Korekta

Katarzyna Onderka

ISBN 978-83-240-4716-1

Wydanie drugie, uzupełnione i zmienione przez Autorkę.

Pierwsze wydanie książki ukazało się w 2011 roku nakładem Wydawnictwa Nisza.

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Kraków 2017

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jaka piękna iluzja Włoskie szpilki Szum 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej