Złowieszczy szept wiatru

Złowieszczy szept wiatru

Autorzy: Dariusz Domagalski

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 328

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 23.78 zł

Czwarty tom cyklu krzyżackiego.

"WOJNA POLSKO-KRZYŻACKA I MISTYCZNA KABAŁA – POLSKA FANTASTYKA HISTORYCZNA, JAKIEJ JESZCZE NIE BYŁO!!!" Robert J. Szmidt.

Rok 1414. Minęły cztery lata od pogromu zakonu krzyżackiego na polach Grunwaldu. Pokój między mocarstwami nie trwa jednak wiecznie. Szykuje się nowa wojna. Król polski Władysław Jagiełło zbiera wielką armię i najeżdża ziemie panów pruskich. Ale Krzyżacy nie podejmują walki, nie stają na otwartym polu, tylko bronią się w zamkach i twierdzach. Nadszedł czas wojny i głodu. Śmierci i zarazy. Okrucieństwa i zdrady.

Burgundzki rycerz Dagobert z Saint-Amand powraca, by ponownie zmierzyć się z własnym przeznaczeniem. Mistyczna siła próbuje zachwiać fundamentami świata i wprowadzić nowy porządek. Równowaga na Drzewie Życia znów jest zagrożona i zaczyna się bój o trwałość wszechświata…

Spis treści

* * *

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Przypisy

Bibliografia

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Mam w Jego oczach zgodę na sen,

Mam w Jego dłoniach zgodę na śmierć.

A mój proch od zarania czeka.

Abraxas, Tarot

Rozdział 1

W blasku słońca

Początek lipca 1414 roku zwiastował piękne, upalne lato i nic nie zapowiadało zawieruchy, jaka miała się wkrótce rozpętać. Niebo cieszyło oczy nieskalanym błękitem, słońce wesoło przygrzewało, otulając ciepłymi promieniami sady i łąki zasłane kobiercem kwiatów. Pośród czerwonych maków, niebieskich chabrów i dzwonków, wśród mozaiki różnorodnych ziół polatywały barwne motyle, a na leśnych polanach leniwie wylegiwały się zaskrońce. Błogą ciszę przerywały jedynie koncertujące świerszcze.

W lasach zaobserwowano niezwykły wysyp jagód. Szybciej niż zwykle, bo już na początku miesiąca, a nie na końcu, jak w poprzednich latach, pojawiły się maliny i jeżyny. Z bagien i torfowisk dochodziły głośne pomrukiwania borsuków zaczynających ruję. Młode lisy po raz pierwszy wyściubiły nosy z nor i ciekawie wszystkiemu się przyglądały, a młode bociany, opuściwszy gniazda, żerowały na okolicznych łąkach i ćwiczyły latanie.

Kwitnące lipy pokrywały świat złotym puchem, wypełniając powietrze słodką, oszałamiającą wonią. Szumiały zboża kołysane w rytm wiatru szepczącego pradawne zaklęcia. Wiedźmy żyjące w odludnych miejscach, a przez to lepiej rozumiejące naturę, potrafiły z owego szeptu wyczytać zwiastuny nadchodzących wydarzeń. Nikt jednak poważnie nie traktował ich przestróg, powszechnie bowiem uważano, że ciągła samotność i odrażające praktyki, jakimi się zajmują, odbierają im rozum. A zbliżał się czas wojny i głodu.

Nad Europą wciąż wisiało krzyżackie widmo. Wydawało się, że gdy cztery lata wcześniej zakon poniósł druzgocącą klęskę w wojnie ze sprzymierzonymi siłami Polski i Litwy, nigdy już się nie podniesie. Jednakże bestia, chociaż straciła kły, nadal próbowała kąsać.

Po śmierci wielkiego mistrza Ulryka von Jungingena1 jego miejsce zajął Henryk von Plauen2. Kapituła wybrała go w uznaniu za zasługi oddane podczas obrony malborskiego zamku, pominąwszy przy nominacji innych dostojników, znacznie wyżej stojących w zakonnej hierarchii. Nowy mistrz, nie mogąc się pogodzić z porażką i warunkami narzuconymi przy podpisywaniu pokoju3, planował wyprawę odwetową.

Zniszczony kraj jednak nie mógł udźwignąć ciężaru kolejnej kampanii wojennej. Spustoszone ziemie pruskie nie przynosiły plonów, wszędzie brakowało żywności, na wsi panowała nędza, a ludność miast, obciążona olbrzymimi podatkami na zbrojenia, sprzeciwiała się rządom twardej krzyżackiej ręki. Porywczy Henryk von Plauen okrutnie rozprawiał się z opozycją. Kazał ścinać burmistrzów, topić duchownych, rozwiązywał rady miejskie, a na ich miejsce powoływał nowe. Za zdradę skazał na śmierć Mikołaja z Ryńska4 – chorążego ziemi chełmińskiej i jednego z przywódców Towarzystwa Jaszczurczego5. Wielki mistrz posłuch wprowadzał terrorem, wierząc, że uda mu się odbudować potęgę państwa zakonnego.

Nie mógł jednak liczyć na dawnych sojuszników. Klęski wojsk krzyżackich w starciu z armiami króla Władysława Jagiełły6 i księcia Witolda7 rozwiały przekonanie o potędze militarnej zakonu i zgodnie z powiedzeniem, że sukces ma wielu ojców, a porażka zawsze jest sierotą, Henryk von Plauen pozostał sam ze swoimi wojennymi planami.

Król Węgier Zygmunt Luksemburski8, który był sprzymierzeńcem Krzyżaków i podczas wojny nawet naruszył granicę Królestwa Polskiego, teraz, widząc jego rosnącą potęgę, wolał się układać, niż walczyć. Podobnie jego brat Wacław9 – król Czech, który wcześniej wydawał wyroki niekorzystne dla Polski. Anglia wstrzymała wypłatę sum należnych kupcom pruskim na mocy traktatu zawartego jeszcze w dobie potęgi krzyżackiej, a Hanza10 przestała tak chętnie handlować z państwem zakonnym.

To wszystko doprowadziło do obalenia Henryka von Plauena. Pojmany i osadzony w lochu miał spędzić w nim resztę życia. Jego następca, Michał Küchmeister von Sternberg11, daleki był od wywoływania kolejnej wojny, która mogła na zawsze pogrążyć zakon krzyżacki. Przywrócił rady miejskie, zobowiązał się ukarać nadużycia urzędników państwowych, wypuścił z więzienia członków Towarzystwa Jaszczurczego i pozwolił im legalnie działać. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Lecz spokój nie mógł trwać wiecznie.

Noc aksamitem czerni okryła okolicę, osiadając na gałęziach drzew, przydrożnych głazach i piaszczystym trakcie wijącym się wśród leśnych pagórków. Wdzierała się do chłopskich zagród, strzelistych kościołów, a nawet pomiędzy zamkowe blanki, gdzie na murach straż pełnili zbrojni, którym nie w smak była nocna służba. Odziani w nabijane ćwiekami kaftany przetykane folgami żelaznymi, z kapalinami12 mocno nasuniętymi na czoło, niedbale oparci o drzewce halabard, starali się nie zasnąć. Raz za razem z nadzieją zerkali na rozświetlony pochodniami dziedziniec, wypatrując zmiany warty. Było jednak jeszcze za wcześnie. Ledwie minęła północ.

Wtem ożywili się, gdyż drewniane drzwi baszty sąsiadującej z murem obronnym skrzypnęły i uchyliły się lekko. Zbrojni w jednej chwili stanęli prosto, szybko poprawili hełmy i wbili wzrok w równinę rozciągającą się u podnóża zamku. W noc ciemną jak ta, gdy księżyc był w nowiu, a gwiazdy dawały niewiele światła, widoczność ograniczała się zaledwie do kilku kroków, ale i tak udawali, że uważnie wypatrują zagrożenia. Obawiali się, że dowódca warty właśnie przyszedł sprawdzić, jak się sprawują. Odetchnęli z ulgą, gdy ujrzeli szczupłego brodacza o smutnym spojrzeniu brązowych oczu odzianego w skromny czarny płaszcz bez ozdobników, w filcowym czepcu na głowie.

– Wasza dostojność. – Zbrojny stojący najbliżej drzwi, który pierwszy rozpoznał Jana Husa13, kanonika i wykładowcę uniwersytetu praskiego, ukłonił się.

W jego ślady poszli kolejni wartownicy, z szacunkiem pochylając głowy przed tak znamienitą osobistością. Ścibor z Uścia nad Łabą, władca na zamku Kozí Hrádek, był jego zagorzałym zwolennikiem i zaproponował mu gościnę, gdy Hus opuścił Pragę.

Duchowny odburknął coś pod nosem i ruszył przed siebie. Człowiek noszący w sercu zbyt wiele zmartwień plecy ma zgarbione, jakby dźwigał na nich olbrzymi ciężar, czoło wiecznie zachmurzone, a wzrok nieobecny. Tak właśnie wyglądał Jan Hus, przechadzając się po zamkowych murach.

Rozmyślał o walce, jaką podjął, i zastanawiał się, czy było warto. Wystąpił przeciwko zwierzchnikom, twierdząc, że duchowni obrastają w tłuszcz, a kościelne dobra ziemskie rozrosły się do nieprzyzwoitych granic. Rozrzutny, hulaszczy tryb życia dostojników kładł się cieniem na cały dorobek chrześcijaństwa. Potępiał rozłam Kościoła spowodowany przez dwóch papieży, którzy walcząc ze sobą, nie przebierali w środkach. Sprzeciwiał się niemieckim wpływom w Czechach i dbał o tradycje. Doszło do tego, że w kaplicy Betlejemskiej w Pradze odprawiał msze w ojczystym języku zamiast po łacinie, za co spotkały go oskarżenia o herezję.

Na szczęście król Wacław Luksemburski traktował go przychylnie, dopóki sprawą nie zajął się papież. Wezwany do Rzymu Hus odmówił stawienia się na rozprawę i z tego powodu wszystkie miejsca, w których przebywał, zostały objęte interdyktem14. W Pradze przestał być mile widziany i musiał opuścić miasto. Schronił się na południu Czech, gdzie miał wielu popleczników nie tylko wśród szlachty, lecz także pośród chłopów i mieszczan.

Gościł u Ścibora z Uścia już drugi rok, poświęcił się pracy literackiej, pisał też kazania i traktaty polemiczne, w których odpierał stawiane mu zarzuty. Ale wiedział już, że jego dni są policzone.

Jan Hus zatrzymał się, oparł dłonie o blanki i zapatrzył się w niebo. Gwiazdy migotały feerią barw i każda z nich, gdy się im uważnie przyjrzeć, wydawała się inna. Niejednokrotnie duchowny zastanawiał się, czym są w istocie. Czy tylko otworami w nieboskłonie, przez które prześwitują światła raju? A może, jak niektórzy uczeni twierdzą, to inne światy podobne do naszego? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć, ale dysponował wiedzą, o jakiej zwykły śmiertelnik nie miał pojęcia. Znał prawdę o istocie Boga.

Był jednym z Przebudzonych. Wciąż miał w pamięci dzień, kiedy stał się jednym z nich. To było przed czternastoma laty, gdy dopiero co otrzymał święcenia kapłańskie i został dziekanem fakultetu filozoficznego na praskim uniwersytecie. Po skończonej wieczerzy udał się do uczelnianej kaplicy, żeby tam pomodlić się w ciszy i podziękować Bogu za wszystkie dary i łaski, jakimi go obdarzył. Klęcząc przez ołtarzem, patrzył na udręczoną twarz wiszącego na krzyżu drewnianego Jezusa Chrystusa i zastanawiał się, czy jego męczeńska śmierć miała sens. Czy ludzie naprawdę zasługują na zbawienie i pojednanie z Bogiem? Przecież toczą ze sobą ciągłe wojny, nienawidzą się, zabijają, a współczucie i miłosierdzie to puste słowa, za których sprawą możni tego świata pragną zapanować nad ludem. Uświadomił sobie, że bezwiednie klepie pacierz, a w jego serce wdarło się zwątpienie. Łzy pociekły mu po policzkach. Stracił wiarę, sens życia.

Wtem oślepiło go jaskrawe białe światło. A przecież na dworze panował mrok, w kaplicy zaś tliło się zaledwie kilka świec. Światło dochodziło od krzyża i powoli wypełniało całe pomieszczenie. Młody kanonik najpierw się przeraził i chciał uciekać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Padł na ziemię i przymknął powieki.

Raptem usłyszał trzepot skrzydeł. Nie śmiał otworzyć oczu przekonany, że to anioł wysłany przez Boga, żeby go ukarać za grzeszne myśli. Spopieli go spojrzeniem lub zamieni w słup soli. Drżąc ze strachu na zimnej posadzce, zaczął się kajać i błagać o przebaczenie, obiecując, że już nigdy nie zwątpi w zamiary Najwyższego.

Poczuł dłoń na swoim ramieniu i wówczas spłynęło na niego ukojenie. Przestał się bać, śmiało rozwarł powieki i ujrzał niewiastę o włosach jasnych, opadających na ramiona. Stała nad nim zupełnie naga, otoczona nieziemską poświatą, a jej niezwykłe oczy wypełniała zieleń. Na jej ustach błąkał się łagodny uśmiech. Gdy się odezwała, jej głos brzmiał jak najcudowniejsza melodia. Jan Hus dowiedział się o rzeczach, o jakich zwykłym śmiertelnikom się nawet nie śniło.

Został przebudzony przez Malchut. Dziesiąta emanacja Boga, najbardziej oddalona od Stwórcy na Drzewie Życia15, ale za to będąca najbliżej świata materialnego, obdarzyła go wrażliwością na ludzką krzywdę. Od tej pory wiernie jej służył.

Zawiał mocniejszy wiatr i duchowny szczelniej otulił się płaszczem. Mimo że letnia noc była ciepła, on się trząsł. Nie z zimna, ale z przerażenia, jakie ogarniało go na samą myśl o tym, co przyniesie przyszłość. Widział to w snach, jakie nawiedzały go każdej nocy, a on budził się z krzykiem, w przepoconej koszuli, zachłannie łapiąc powietrze. Wiedział, że już nie zaśnie, ubierał się więc i włóczył po zamku.

Rozmyślał o przyszłych wydarzeniach, o tym, czy są już z góry ustalone, czy można je zmienić. Czy są raz na zawsze przesądzone? Czy raczej są jak słowa w księdze, które można wymazać i napisać od nowa. Coś mu jednak mówiło, że przeznaczenia nie da się zmienić. I nie miał zamiaru z nim walczyć.

Jeśli Najwyższy postanowił zabrać go z ziemskiego padołu, to nie będzie się sprzeciwiał i zaakceptuje to, co przyniesie los. A jeśli jego śmierć ma się odbyć w potwornych męczarniach, zgodnie z tym, co zostało mu przepowiedziane, to z godnością stawi temu czoło. Nikt nie mógł wziąć za niego tego ciężaru. Poniesie swoje brzemię tak jak Jezus Chrystus.

Czeski kanonik nie martwił się o siebie. Wiódł godziwe życie i wiele uczynił dla swojej ojczyzny. Jego niepokój budziło to, co stanie się ze światem.

Przymknął powieki, przywołując dręczący go koszmar. Widział w nim staruchę z bielmem na oku przyglądającą się szalejącej wichurze. Wicher zrywał liście z drzew, łamał gałęzie, na niebie kłębiły się czarne chmury. Wiatr szarpał białe jak śnieg włosy staruchy, smagał jej pomarszczoną twarz, ale ona spokojnie stała, podpierając się kosturem. Nagle spojrzała wprost na duchownego i wyszczerzyła się w złośliwym uśmiechu. Podeszła do niego tak blisko, że poczuł jej cuchnący oddech i zaczęła coś szeptać w niezrozumiałym dlań języku.

A potem zniknęła wraz z wiatrem, a do uszu Husa dotarł jedynie szyderczy rechot z oddali. Szalejąca wichura raptem zniknęła, jej miejsce zaś zajęły szkarłatne płomienie. W nozdrza wdarł się ohydny swąd palonej skóry. Duchowny uświadomił sobie, że to on płonie, a każdą cząstkę ciała rozrywa potworny ból. Oczy nabiegły mu łzami, z gardła wyrwał się krzyk niosący się po okolicy razem z iskrami, które wystrzeliwały ze stosu, wzniecając pożar, który miał wkrótce ogarnąć całą Europę. Sen kończył się widokiem zrujnowanych miast, rzek spływających krwią i trupów tysięcy zbrojnych poległych na polach bitew.

I to jego osoba miała do tego wszystkiego doprowadzić.

Jan Hus rozwarł powieki i spojrzał w niebo, próbując wypatrzyć Gwiazdę Polarną. Długo mrużył oczy, od ślęczenia nad księgami bowiem wzrok nie był już tak dobry jak niegdyś, ale wreszcie ją dostrzegł. Blada i niczym niewyróżniająca się na tle innych gwiazd, a zarazem najważniejsza dla podróżnych i żeglarzy, bo zawsze wskazuje północ. Na północy się wszystko zacznie. I to już niedługo.

Duchowny westchnął ciężko. Przecież nie tak dawno zakończył się konflikt w samym jestestwie Stwórcy, a zaraz miał rozgorzeć następny. Wówczas emanacja Biny spaczyła światło otrzymywane przez Keter i przekazała dalej na Drzewie Życia, zarażając nim wszystkie sefiry po lewej stronie. Wdarło się ono w serca i umysły Krzyżaków, którzy uczynili wiele złego. Dopiero połączone wojska polsko-litewskie zdołały ich powstrzymać i przywrócić czystość boskiego blasku.

Ale tym razem zagrożenia nie stanowiła Bina. Tego był pewny. Niebezpieczeństwo zbliżało się od innej strony. I nie nadchodziło jak wtedy, mocno i gwałtownie, z piorunami i grzmotami, obwieszczając całemu światu grozę sytuacji. Nadciągało cicho niczym wiatr szepczący pośród liści, wytrwale i złowieszczo, zwiastując groźną zawieruchę.

Spojrzał w dół, na majaczący w ciemności trakt prowadzący na północ. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął dokument. Przyglądał mu się uważnie. Nie musiał go czytać, treść znał na pamięć. To był list żelazny od króla Węgier gwarantujący mu bezpieczeństwo na soborze zwołanym na jesień w Konstancji16. Mimo zapewnień, że nic mu nie grozi, wahał się, czy tam jechać, żeby przedstawić swoje racje.

Pokiwał głową. Nie może się wiecznie ukrywać. Musi stawić czoło przeznaczeniu. Nikt za niego tego nie zrobi.

Wciągnął głęboko w nozdrza łagodne lipcowe powietrze.

Wiedział, że to ostatnie lato w jego życiu.

Żelazny grot kopii ze świstem przeciął powietrze, zaledwie o włos mijając przyłbicę17 Zawiszy Czarnego. Rycerz herbu Sulima zrozumiał, że ma do czynienia z wytrawnym przeciwnikiem, a nie kolejnym pyszałkiem, jakich ostatnio mnóstwo włóczyło się od zamku do zamku w poszukiwaniu sławy i prestiżu. Zwycięska wojna z zakonem krzyżackim potwierdziła, że Polacy są najlepsi w szrankach, i nagle do Królestwa zaczęli zjeżdżać rycerze ze wszystkich stron świata. Zazwyczaj ubodzy, nieposiadający koneksji szlachcice mający jeszcze mleko pod nosem, ale już gotowi wyzywać do pojedynków przedchorągiewnych18 z grunwaldzkiej batalii. Oczyma wyobraźni widzieli, jak odbierają laury zwycięstwa jako pogromcy takich mocarzy. Ale zazwyczaj kończyło się dla nich ciężkim laniem, siniakami, a wielu wypadkach także utratą rynsztunku, który zgodnie ze zwyczajem przechodził w ręce zwycięzcy.

Zawisza zawrócił konia i przez wąskie szczeliny przyłbicy uważnie przyglądał się rycerzowi z dalekiej Szampanii. Za zasłoną hełmu nie sposób było dostrzec twarzy rywala, a tym samym określić jego wieku. Na pewno jednak nie był to młokos. Barczysta sylwetka i słuszny wzrost wskazywały na kogoś, komu nieobca jest sztuka wojenna. Rycerz miał na sobie pełną zbroję płytową, która musiała kosztować fortunę, na głowie hełm zwieńczony klejnotem w kształcie słonia i dosiadał masywnego holsztyńskiego rumaka bojowego. Wierzchowiec okryty błękitnym kropierzem19, z ladrami20 na piersi i zadzie, prezentował się równie okazale jak jego właściciel.

Na Zawiszy nie zrobiło to większego wrażenia. Uczestniczył w dziesiątkach bitew i turniejów rycerskich, a także setkach pojedynków. Napatrzył się więc na lśniące w słońcu zbroje, najwyższej jakości oręż, przepiękne konie okryte kropierzami szytymi z najlepszych tkanin. Jednakże to nie broń, pancerz ani wierzchowiec decydowały o wartości bojowej. Nawet nie krzepa, jak powszechnie uważano, pola bitew bowiem usłane były zwłokami największych siłaczy, którzy w rękach potrafili zginać podkowy i wyrywać drzewa z korzeniami. To chłodna głowa decydowała o zwycięstwie.

Zawisza Czarny doskonale o tym wiedział. Nie zerwał się do natychmiastowej szarży, jak uczyniłby to młokos, żeby zabić w sercu strach i udowodnić światu oraz sobie samemu, że nic się nie stało, a wyprowadzony cios, który niemalże dosięgnął celu, to tylko kwestia szczęścia. Nie pomstował na przeciwnika, nie wyszydzał, nie groził, próbując zaszczuć rywala, a sobie dodać animuszu. Spokojnie poprawił tarczę z wizerunkiem herbu Sulima – w górnej, złotej połowie czarny orzeł ze skrzydłami szeroko rozłożonymi do lotu, w dolnej zaś, czerwonej, trzy kamienie.

Zerknąwszy na herb, pomyślał o rodzinnym Garbowie. O spokojnej miejscowości leżącej na uboczu, daleko od głównych traktów i zewsząd otoczonej lasem. O zapachu trawy, gdy jako dziecko biegał po niej boso, strącając poranną rosę. O promieniach słońca przenikających przez gałęzie jabłoni, gdzie krył się przed braćmi podczas zabawy w chowanego. O walkach, jakie toczyli przy użyciu drewnianych mieczy, wyobrażając sobie, że są rycerzami w służbie polskiego króla. Przyszłość miała pokazać, że dziecięce pragnienia się spełniły. Przynajmniej dla niego i Jana Farureja, którzy brali udział w niejednej kampanii wojennej. Niestety Piotr Kruczek nie miał tyle szczęścia.

Zawisza spochmurniał na myśl o najmłodszym z braci. Pewnego dnia spadł z konia tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Kontuzja okazała się brzemienna w skutki. Od wypadku mocno kulał, co przekreślało jego wojskową karierę. Osiadł w Garbowie i zarządzał majątkiem, gdy jego bracia zdobywali wojenną sławę.

Polski rycerz wrócił myślami do pojedynku. Nie spieszył się. Dokładnie sprawdził wiązania rzemieni tarczy i jej ułożenie. Błąd mógł go kosztować życie lub zdrowie. Gdy się upewnił, że wszystko w porządku, mocno zacisnął pod pachą masywną, pomalowaną w biało-czarne pasy kopię. Spojrzał wzdłuż drzewca na tuleję z żelaza fryzyjskiego, na krótki, krępy liść odkuty z najlepszej stali i dźwignął grot nieco w górę. Potem już, w trakcie szarży, trudno będzie zmienić ustawienie. Wszystko będzie zależeć wyłącznie od impetu.

Zawisza uderzył boki konia ostrogami. Rumak zarżał dziko, stanął dęba i ruszył do przodu niczym bełt wystrzelony z kuszy. Przeciwnik także nie czekał i po dziedzińcu łęczyckiego zamku rozniósł się tętent końskich kopyt. Jeźdźcy pędzili ku sobie w szalonym tempie, powiewały kolorowe labry21 przypięte do hełmów, a promienie słońca odbijały się w pancerzach, sprawiając, że rycerze wyglądali jak bogowie lub herosi z legend, a nie zwykli ludzie z krwi i kości.

Na drewnianych trybunach ustawionych pod murami, tak żeby jak najlepiej było widać pojedynek, zapanował zgiełk. Widzowie podnieśli się z miejsc, zaczęli krzyczeć, wiwatować i klaskać w dłonie, ciesząc się na wspaniałe widowisko. Możni panowie okrzykami zachęcali rycerzy do wysiłku, debatując, który z nich ma większe szanse na zwycięstwo. Damy dworu piszczały z radości, nie bacząc na to, że takie zachowanie nie przystoi białogłowom. Zazwyczaj blade i wyniosłe, teraz z wypiekami na twarzach przyglądały się gonitwie. Muzycy zaprzestali gry i z szeroko otwartymi ustami spoglądali na szranki. Nawet słudzy roznoszący kielichy z winem i tace ze smakołykami przystanęli z zapartym tchem.

Rycerz z Szampanii nisko pochylił grot kopii i wydawało się, że będzie szukał luki między tarczą a łękiem Zawiszy, aby celnym uderzeniem w podbrzusze wysadzić go z siodła. Polak przestraszył się, że żelazny grot może zranić wierzchowca. Bywało, że nieudolni rywale okaleczali konie i dlatego według zarządzenia podczas turniejowych gonitw należało celować w tarczę przeciwnika, hełm lub napierśnik. Ciosy w inne miejsca były surowo zakazane pod groźbą grzywny i utraty honoru.

Rywal Zawiszy w ostatniej chwili wzniósł drzewce, by uderzyć tam, gdzie w istocie zamierzał, czyli w przyłbicę. Rycerz herbu Sulima był jednak zbyt wytrawnym wojownikiem, żeby dać się zwieść, błyskawicznie odchylił głowę i grot kopii Szampańczyka trafił w pustkę. Wykonując unik, rycerz z Garbowa nie zdążył jednak samemu wyprowadzić uderzenia i rywale minęli się w szrankach bez zadania ciosu.

Zawisza zwolnił, dojechał do końca barierki, po czym zawrócił konia, gotowy do następnego starcia. Widzowie wiwatowali w zachwycie, doceniając kunszt obu rycerzy. Byli świadkami wspaniałej gonitwy, o której będzie się opowiadać przez następne tygodnie.

Rycerz z Szampanii niesiony okrzykami dodającymi mu animuszu i bitewnym zapałem, który niejednego już zaślepił i doprowadził do porażki, natychmiast ruszył do ponownej szarży. Polak uśmiechnął się, chociaż nie było tego widać za zasłoną hełmu. Wiedział, że przeciwnik popełnił błąd. Poczuł się zbyt pewnie. Uwierzył, że dzisiaj powali na ziemię słynnego Zawiszę Czarnego, który jeszcze nigdy nie przegrał żadnej gonitwy. Pomylił się jednak. Ten dzień jeszcze nie nadszedł. Szampańczyk był dobry, ale nie aż tak.

Zawisza lekko uderzył konia ostrogami i kłusem zmierzał do przeciwnika. Nie za szybko, żeby ręka nie osłabła, i nie za późno, żeby zdążyć wyprowadzić cios, pochylił kopię. Do ostatniej chwili wyczekał z przejściem w galop. Gdy od starcia dzieliło rycerzy zaledwie mgnienie oka i wydawało się, że Zawisza uderzy, rycerz tego nie zrobił. Zamiast tego wprawnym ruchem podbił swoją kopią drzewce przeciwnika, tak że grot śmignął mu nad głową, i dopiero potem uderzył z ogromną siłą.

Oprócz Zawiszy Czarnego jeszcze tylko dwóch rycerzy potrafiło dokonać tej sztuki. Pierwszym z nich był Ulryk von Jungingen. Ale on poległ na polach Grunwaldu. Drugim zaś tajemniczy przybysz z dalekiej Burgundii, który walczył po stronie Polaków w wojnie z Krzyżakami, lecz od trzech lat nikt go nie widział. Tylko on mógł dorównać Sulimczykowi w walce na kopie. Co prawda był jeszcze Jan Farurej, który również nigdy jeszcze nie przegrał żadnego pojedynku i niejednokrotnie chciał się mierzyć z Zawiszą, ale ten zawsze mu odmawiał, mając w pamięci słowa matki, żeby brat na brata nigdy żelaza nie podniósł.

Rozległ się trzask łamanego drzewca i rycerz z Szampanii runął na ziemię. W niebo wzniosły się okrzyki wiwatującego tłumu uradowanego ze zwycięstwa Polaka. Zawisza zdawał się tego nie widzieć. Wrodzona skromność nie pozwalała mu napawać się sukcesem, wznieść triumfalnie dłoni do góry i pozdrowić widzów. Zrobił to, do czego Bóg go wyznaczył. Obdarzył go łaską, dając talent do walki. Grzechem byłoby go nie wykorzystać.

Sulimczyk dojechał do końca barierki wyznaczającej szranki, odrzucił kikut strzaskanej kopii i dopiero wówczas spojrzał na rywala. Rycerz z Szampanii powoli dochodził do siebie. Stanął chwiejnie na nogach, potrząsnął głową, jakby to miało mu pomóc odpędzić zamroczenie, i przeklinał na czym świat stoi. Następnie zdjął hełm i ze złością cisnął go o ziemię, ukazując miedzianą czuprynę przetykaną pasmami siwizny, nalaną twarz i okalającą ją rudą brodę. Zielone oczy gniewnie spoglądały na Zawiszę, który pomyślał, że gdyby wzrok mógł zabijać jak bełt wystrzelony z kuszy, to w tej właśnie chwili runąłby martwy na dziedzińcu łęczyckiego zamku.

Naraz Szampańczyk roześmiał się rubasznie.

– Na umiłowanego Jezusa Chrystusa! – zadudnił. – Powiadali, Zawiszo, żeś znamienity rycerz i mocarz jakich mało. I zaprawdę nie ma tobie równych. Od dwudziestu wiosen jeżdżę po całym chrześcijańskim świecie, biorąc udział we wszelakich turniejach, ale niczego podobnego w szrankach nie widziałem. Prawdę powiadali, nie ma tobie równych. – Rycerz ukłonił się dwornie. – Jam jest Rajmund z Châtillon herbu Słoń – rzekł. – Do usług!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ulryk von Jungingen (1360–1410) – komtur Bałgi w latach 1396–1404, później wielki marszałek i komtur Królewca. W roku 1407, po śmierci brata Konrada, został wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. W przeciwieństwie do brata, który był zwolennikiem ekspansji zakonu na północ, uczynienia z niego potęgi morskiej, Ulryk dążył do konfrontacji z unią polsko-litewską. Za bezcen oddał królowej Małgorzacie Gotlandię i wszystkie siły skupił na wojnie z Jagiełłą. Miłośnik słodyczy, specjalnie dla niego sprowadzano drogą morską cukierki anyżowe. Zginął na polach Grunwaldu. [wróć]

Henryk von Plauen (1370–1429) – od 1407 roku komtur Świecia. Nie brał udziału w bitwie pod Grunwaldem. Na wieść o klęsce zakonu przybył do Malborka, żeby zorganizować obronę. Jego energicznej postawie Krzyżacy zawdzięczają ocalenie stolicy. Był człowiekiem porywczym i okrutnym, zwolennikiem rządów twardej ręki. Dlatego nie cieszył się poważaniem konfratrów. W roku 1413 za sprawą Michała Küchmeistra został obalony i uwięziony. Odzyskał wolność w 1422 roku, po śmierci Küchmeistra, został prokuratorem Lochstädt, gdzie zmarł siedem lat później. [wróć]

Traktat pokojowy zawarty 1 lutego 1411 roku w Toruniu, kończący wielką wojnę 1409–1411, zakładał między innymi odzyskanie przez Polskę ziemi dobrzyńskiej, rezygnację zakonu ze Żmudzi na okres życia Władysława Jagiełły i Witolda, oddanie Zawkrza księciu mazowieckiemu i wypłatę sporego odszkodowania zwycięzcy. [wróć]

Mikołaj z Ryńska herbu Rogala (1360–1411) – chorąży ziemi chełmińskiej, który wraz z bratem Janem z Pułkowa w roku 1397 założył Towarzystwo Jaszczurcze. W bitwie pod Grunwaldem stał na czele chorągwi rycerstwa chełmińskiego. Według niektórych źródeł Mikołaj z Ryńska poddał Polakom chorągiew ziemi chełmińskiej bez walki. Natomiast według krzyżackiej propagandy, przytoczonej przez Długosza w Banderia Prutenorum, walczyła ona dzielnie do samego końca, a Mikołaj z Ryńska, gdy został pojmany, prosił króla Władysława o pokazanie mu sztandaru, który przez całą bitwę tak dzielnie dzierżył. Wreszcie, gdy go objął, upadł i zmarł. Tak naprawdę Mikołaj z Ryńska był jednym z przywódców opozycji krzyżackiej na ziemiach pruskich i na rozkaz wielkiego mistrza Henryka von Plauena został w roku 1411 pochwycony pod zarzutem zdrady, po czym ścięty na rynku w Grudziądzu. [wróć]

Tajna organizacja szlachty chełmińskiej założona w 1397 roku w celu ochrony własnych interesów przed zakonem krzyżackim. Jeśli chodzi o nazwę, nawiązuje ona do zwinnych ruchów i uników, które kojarzą się z jaszczurką. Krzyżacy traktowali Prusy jako własną kolonię i ograniczali udział miejscowych we władzy. Szlachta ziemiańska żądała więcej praw i dopuszczenia do współdecydowania. Organizacja była podstawą do powstania Związku Pruskiego. [wróć]

Władysław II Jagiełło (1362–1434) – syn Olgierda Giedyminowicza, wielki książę litewski w latach 1377–1381 oraz 1382–1401, król Polski i najwyższy książę litewski w latach 1386–1434. Założyciel dynastii Jagiellonów. Gdy wstąpił na tron polski, przyjął chrzest i przybrał imię Władysław. Długosz tak go opisuje: „Wzrostu był mizernego, twarzy ściągłej, u brody nieco zwężonej. Głowę miał małą, prawie łysą, oczy czarne i małe, niestatecznego wejrzenia i ciągle biegające. Uszy duże, nos gruby, mowę prędką, kibić kształtną, lecz szczupłą, szyję długą”. Trzeba jednak zaznaczyć, że Długosz nie był zwolennikiem króla Władysława i był mu w swoich kronikach nieprzychylny, próbując umniejszyć jego zasługi. Ale z kart historii wyłania się wytrawny wódz i zmyślny polityk. Jagiełło doprowadził do fenomenalnego jak na tamte czasy sojuszu dwóch państw – Polski i Litwy, dzięki czemu możliwe stało się skruszenie krzyżackiej potęgi. W bitwie pod Grunwaldem do niego należały wszystkie decyzje militarne. Jednym z nawyków króla były codzienne długie kąpiele, co zadziwiało współczesnych. Kilka razy dziennie uczestniczył w mszach. Jego pasją były polowania. Ponoć gdy nie polował, lubił długo spać. Nie jadał jabłek, gdyż był podobno uczulony na ich zapach. Pijał tylko wodę. [wróć]

Książę Witold (1350–1430) – syn Kiejstuta i Biruty, kapłanki bogini Praurime. Legenda głosi, że kiedy Kiejstut ją ujrzał, z miejsca zapragnął poślubić. Ona jednak odmówiła, tłumacząc, że już została przyrzeczona bóstwom. Wzburzony książę porwał ją, zniewolił i uczynił swoją żoną. Miał z nią ośmioro dzieci, a jednym z nich był właśnie Witold. Poparł swojego ojca w walce przeciw stryjecznemu bratu – Jagielle, gdy ten objął władzę na Litwie po śmierci Olgierda. Uwięziony wraz z Kiejstutem w Krewie, najpierw uciekł do Janusza Mazowieckiego, a potem do Malborka. Tam w 1384 roku został przez Krzyżaków ochrzczony. W roku 1385 on i Jagiełło zawarli pokój. Przez następne lata toczył walkę o władzę ze Skirgiełłą, bratem Jagiełły. Wielki książę litewski od 1401 roku. [wróć]

Zygmunt Luksemburski (1368–1437) – margrabia brandenburski od 1378, król Węgier od 1387, król Niemiec od 1410, książę Luksemburga i król Czech od 1419, król Włoch od 1431 i cesarz rzymski narodu niemieckiego od 1433. Nietuzinkowy władca o wysokiej inteligencji, niezwykle energiczny i ambitny. Ocena jego rządów nadal pozostaje gorącym tematem dyskusji historyków. Z jednej strony obrońca chrześcijaństwa próbujący zjednoczyć narody Europy przeciw muzułmańskiemu zagrożeniu, podejmujący krucjaty przeciw Turkom osmańskim, z drugiej zaś wykorzystywał instrumenty religijne do realizacji własnych dynastycznych planów. Polityka Zygmunta prowadziła do licznych wojen i w znacznej mierze przyczyniła się do osłabienia rządzonych przez niego państw. Nielubiany na Węgrzech, nałożył wysokie podatki, które doprowadziły do buntów chłopskich w Transylwanii. Nielubiany również przez Czechów, którzy ostro protestowali przeciw objęciu przez niego tronu po jego zmarłym bracie Wacławie IV. [wróć]

Wacław IV Luksemburski (1361–1419) – król niemiecki 1378–1400 i czeski 1378–1419, książę Luksemburga 1383–1419. Dwukrotnie żonaty, z Joanną Bawarską i Zofią Bawarską. Oba związki okazały się bezpłodne. [wróć]

Związek miast handlowych Europy Północnej i Zachodniej. Miasta należące do związku popierały się nawzajem na polu ekonomicznym, stwarzając realną siłę polityczną, a niekiedy również wojskową. W szczytowym okresie rozwoju Hanza obejmowała 160 miast pod przewodnictwem Lubeki. [wróć]

Michał Küchmeister von Sternberg – wielki mistrz zakonu krzyżackiego 1414–1422. Złagodził politykę wewnętrzną państwa krzyżackiego, współpracując z Towarzystwem Jaszczurczym. Był zwolennikiem rozwiązań pokojowych w konflikcie z Polską. W marcu 1422 roku złożył rezygnację z urzędu wielkiego mistrza. [wróć]

Hełm otwarty o dzwonie otoczonym szerokim, nachylonym w dół rondem. Kształtem przypominał stalowy kapelusz. Znany już w starożytności, a powszechny u piechoty w średniowieczu. Według odnalezionych rachunków zbrojowni miejskich kapaliny kupowano po kilka lub nawet kilkadziesiąt, z czego można wysnuć wniosek, że nosiło je szeregowe rycerstwo, wójtowie oraz sołtysi zobowiązani do służby wojskowej. Przez całe średniowiecze ulegał ewolucji poprzez pogłębienie dzwonu i poszerzenie krezy ochraniającej twarz ze szczeliną wzrokową, co doprowadziło w XV wieku do powstała salady. [wróć]

Jan Hus (1370–1415) – czeski duchowny, profesor uniwersytetu w Pradze, propagator języka czeskiego, reformator Kościoła. Oburzał go naganny tryb życia księży i przemawiały do niego postulaty Johna Wycliffe’a o ograniczeniu bogactwa duchowieństwa i zdyscyplinowania kleru. Przez to oraz przekonanie, że chrześcijanie nie powinni szukać wiary w cudach, ale w wierze i Biblii, zyskał sobie wielu wrogów wśród czeskiego duchowieństwa. Na soborze w Konstancji został oskarżony o herezję, skazany i spalony na stosie. Śmierć Husa spowodowała wybuch powstania w Pradze i stała się zarzewiem wojen husyckich. [wróć]

Zakaz odprawiania obrzędów religijnych przez grupę ludzi lub konkretną osobę na danym terenie. W średniowieczu był stosowany wobec całych państw i miast. [wróć]

Drzewo Życia jest mistycznym organizmem, który odpowiada całości bytu. Ukazane w schematycznym diagramie obrazuje powstanie i budowę wszechświata, jak również atrybuty Boga. Znajduje się na nim dziesięć sefir (czasami występuje jeszcze jedenasta, Daat – Wiedza, mediująca między Chochmą i Biną). Sefiry przejmują światło kolejnej wyższej emanacji i przesyłają je niżej za pomocą dwudziestu dwóch ścieżek spinających całe drzewo. Najniższa z nich, Malchut, odbija blask i posyła go z powrotem w górę.

Sefira 1 Keter (Korona, Jedność)

Boskie Imię: Jestem, Który Jestem.

Ścieżka: środkowa – równowagi

Jest źródłem całego światła przepływającego przez Drzewo Życia, czystą, niepodzielną istotą, wolą Stwórcy. Pierwsza sefira zawiera wszystko, co było, jest i będzie. Nazywana bywa nicością, bo zawiera tajemnicę stworzenia z niczego.

Sefira 2 Chochma (Mądrość, Miłość, Moc)

Boskie Imię: Jah

Ścieżka: prawa – męska

Pierwotna, czysto męska zasada aktywności w świecie. Jednym z jej tytułów jest Abba – Ojciec. Aktywna sefira ukryta za wszystkim, co pozytywne, dynamiczne, napierające. Jest wszędzie tam, gdzie obserwujemy zmiany i ruch. Stanowi impuls dający początek działaniu.

Sefira 3 Bina (Zrozumienie, Życie, Forma)

Boskie Imię: Jahwe

Ścieżka: lewa – żeńska

Pierwotna, czysto żeńska zasada bierności w świecie. Jednym z jej tytułów jest Aima – Matka. Jest intelektem w jego biernym i refleksyjnym charakterze. Jej cechy to bierność i czułość, znajdujące się u podłoża wszystkiego, co potencjalne, nierzeczywiste i stałe.

Sefira 4 Chesed (Łaska, Miłosierdzie)

Boskie Imię: El

Ścieżka: prawa – męska

Jest siłą nadającą kształt rzeczom, wprowadza porządek, odpowiada za świadomość zmian i różnic. Odpowiedzialna za tworzenie form, jakie ma przyjmować energia. To łaska Opatrzności, która obdarza wszystkim, co potrzebne.

Sefira 5 Gewura (Srogość, Sprawiedliwość, Surowość, Siła, Lęk)

Boskie Imię: Eloah

Ścieżka: lewa – żeńska

To surowy osąd boży, równoważący twórczą aktywność Chesed aktywnością destrukcyjną. Odpowiada za świadomość zmian i różnic, ale w przeciwieństwie do Chesed odpowiedzialna jest za zniszczenie form, jakie może przyjmować energia.

Sefira 6 Tifereth (Piękno, Harmonia, Ozdoba)

Boskie Imię: Elohim

Ścieżka: środkowa – równowagi

Reprezentuje stan harmonii pomiędzy sefirami. Promieniuje ciepłem na ludzi, zwierzęta i uprawy łaskawością Chesed, ale również smaga je i niszczy srogością Gewury.

Sefira 7 Necach (Zwycięstwo, Wieczność)

Boskie Imię: JHVH Cewaot

Ścieżka: prawa – męska

Jest wytrzymałością, hartem ducha i nieustającą cierpliwością Boga. Reprezentuje energię nieposiadającą formy, rozkwitanie mimo przeciwności. Jest mocą przyciągania i spójności świata. Ta sefira to zwycięstwo płynące z doświadczenia. Jest to świadomość człowieka, który uczy się lekcji fizycznego świata, zwracając się ku temu, co samo się ku niemu zwraca.

Sefira 8 Hod (Chwała, Odbicie, Majestat)

Boskie Imię: Elohim Cewaot

Ścieżka: lewa – żeńska

Symbolizuje wyższe zdolności umysłowe, wnikliwość, wyobraźnię, rozum, logikę i ograniczenia narzucone umysłowi przez wykształcenie i wychowanie. Reprezentuje świadomość form, jakie przyjmuje energia. Odpowiada za tworzenie w świadomości uporządkowanych obrazów świata materialnego. W przeciwieństwie do Necach, reprezentującej świadomość czystej energii, Hod musi się zamanifestować w rzeczywistości.

Sefira 9 Jesod (Fundament, Podstawa, Roztropność)

Boskie Imię: Szadaj

Ścieżka: środkowa – równowagi

Miejsce łączenia wszystkich aktywnych sił. Często utożsamiana z Księżycem, ponieważ odbija światło wszystkich innych sefir w Malchut. Jest początkiem samoświadomości, tu zacierają się granice pomiędzy „ja” i „nie-ja”.

Sefira 10 Malchut (Królestwo, Panowanie)

Boskie Imię: Adonaj

Ścieżka: środkowa – równowagi

Oznacza materię bądź obecność Boga w świecie materialnym. Jest sferą ziemi i królestwem fizyczności, koncentruje się na człowieku. Ostatnie naczynie Boga i środek, dzięki któremu pozostałe sefiry urzeczywistniają swój potencjał. Jest uwiecznieniem emanacji i całego procesu stwarzania świata. Dzieła średniowieczne odbierają jej pierwotny sakralny charakter i opisują jako sefirę upadłą, skażoną materią. Natomiast kabała luriańska umieszcza Malchut w centrum stworzenia. [wróć]

Sobór powszechny zwołany przez antypapieża Jana XXIII trwający od 16 listopada 1414 do 22 kwietnia 1418 w Konstancji. Głównym jego celem było zakończenie wielkiej schizmy zachodniej, która spowodowała, że do tytułu głowy Kościoła katolickiego rościło sobie pretensje dwóch, a nawet trzech papieży. Drugim celem była walka z herezją skierowana przeciwko Johnowi Wycliffe’owi, Janowi Husowi i ich następcom. [wróć]

Rodzaj hełmu stosowany od XIV do XVI wieku powstały z łebki, do której dodano ruchomą część chroniącą twarz, zwaną zasłoną. Miała ona szczeliny wzrokowe i otwory wentylacyjne, można ją było również podnosić lub całkowicie ściągać. Pod koniec XIV wieku zasłonie zaczęto nadawać kształt zbliżony do spiczastego pyska zwierzęcego w celu wzbudzenia grozy w przeciwniku. Do tej odmiany przyłbicy przylgnęła nazwa „psi pysk”. W porównaniu z innymi hełmami przyłbice były niezwykle drogie, gdyż jedna sztuka kosztowała około jednej grzywny, za co można było kupić prawie półtorej krowy, a czasem nawet cztery grzywny. Współcześnie często błędnie przyłbicą nazywa się samą zasłonę. Należy pamiętać, że przyłbica to hełm z ruchomą zasłoną, a nie sama zasłona. [wróć]

Najbitniejsi i najlepiej opancerzeni rycerze, którzy podczas szarży jechali na czele chorągwi w szyku kolumnowo-klinowym. [wróć]

Kapa okrywająca całego wierzchowca, mająca zapewnić jego ochronę. Kropierze wykonywano z różnych tkanin, skór, wzmacniano kolczą plecionką lub pikowano. Ze względu na rozmiary idealnie nadawały się do umieszczania na nich herbów, jednak w bitwie nie stanowiły wystarczającej ochrony. [wróć]

Metalowe osłony nakładane na głowę, pierś i zad wierzchowca. [wróć]

Chusta przykrywająca hełm, chroniąca przed przegrzaniem. Z czasem labry straciły użytkowe znaczenie i stały się symbolicznymi ozdobami. W XIV wieku miały postać prostych wstęg. [wróć]

Text copyright © by Dariusz Domagalski 2017

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Projekt i opracowanie graficzne serii oraz okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce

© David & Myrtille / Arcangel

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Złowieszczy szept wiatru, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-862-5

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Złowieszczy szept wiatru Gniewny pomruk burzy Aksamitny dotyk nocy Cykl krzyżacki. Tom 2. Aksamitny dotyk nocy Delikatne uderzenie pioruna Angele Dei 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge