Sepagraw

Sepagraw

Autorzy: Piotr Remik

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.51 zł

W tej opartej na wątkach z najnowszej historii Europy, pełnej zwrotów akcji powieści dla młodzieży o poświęceniu, pojednaniu i wolności, spotyka się plejada postaci niezwykłych. Ich losy spaja postać głównej bohaterki. Nastoletnia dziewczyna w obliczu wydarzeń, które decydują o losach świata, znajduje w sobie siłę, by ratować najbliższych i poświęcając życie, odrodzić się w lepszym świecie. Gdy pewnego dnia tajemnicza Madame B. umieszcza na szkolnej tablicy słowo „reveil”(pobudka), Ala-Apolonia zostaje wciągnięta w wir wydarzeń, których powagi i konsekwencji nie ma możliwości ocenić. Dla niej ta pobudka to także reveil mortel, przebudzenie do świadomości istnienia śmierci, skończoności ludzkiej egzystencji.

 

Gdy w wyniku machinacji pogrobowców Wielkiego Tyrana, Stalina, Europa staje nad przepaścią, Pajączek wpada w łapy agenta Sierioznego. Siergiej-Wadim, postać, która na naszych oczach staje się wielowymiarowa, ludzka, dążąca do wyzwolenia od straszliwej przeszłości – w ciężko okupionej „drodze przez mękę” – ku wolności.

 

Prezesowi Gniewskiemu, „dziedziczącemu” posadę przywódcy narodu po swojej Wielce Zasłużonej Siostrze, która ginie w absurdalnej katastrofie komunikacyjnej, nadarza się niezwykła okazja, by przekuć w „prawdę” mity o swoim rzekomym bohaterstwie w czasach komunizmu. Wystarczy cofnąć się nieco w przeszłość i przekazać w ręce szefów Solidarności informacje o planowanym stanie wojennym...

 

Tam, gdzie gra toczy się o losy Polski i Europy, nie mogło zabraknąć pewnego wąsatego starszego pana, który jeszcze raz, tym razem realizując bojowy plan „F”, zanim z wysiłkiem pokona płot Stadionu Narodowego, stwierdza: „nie chcem, ale muszem”.

 

Sepagraw to powieść dla młodzieży. Ale raczej chyba nie Wszechpolskiej. Bardziej już dla kilku starannie wyselekcjonowanych rodziców.

Projekt okładki

Wiktoria Balawender

Korekta

KorektArt, Joanna Bajera

Copyright © by R. Ptasznik, 2017

ISBN 978-83-947509-1-6

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

„I choć czas przez sam swój upływ wypiera z rzeczywistości wszystko, co jest samym dzianiem się, mnie samemu nie może nic zrobić: spływa jakby po mnie, pozostawia mnie nienaruszonym”.

Roman Ingarden, Człowiek i czas

„To nie my wznieciliśmy pożar. Tli się, odkąd kręci się ten świat”. Billy Joel, We Didn’t Start the Fire

Od redakcji

Fragment wiersza Osipa Mandelsztama „Leningrad” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Fragment „Holendra Tułacza” Ryszarda Wagnera w tłumaczeniu Igora Domańskiego. Cytaty z musicalu „Hair” Galta MacDermota – tłumacz nieznany (prosimy o kontakt z redakcją), częściowo w przekładzie własnym.

Powieść, którą trzymasz w ręku, Szanowny Czytelniku jest już dostępna na stronie internetowej parlaton.pl jako audiotom-słuchowisko

KSIĘGA I

ALA

PROLOG

Szarpnął z całej siły za sieć i powlókł ją po piaszczystym brzegu. Ocean mienił się blaskiem miliardów diamentowych kul unoszących się na powierzchni wody.

– Te są idealne. Jak diamenty. Idealne… – Rozsypał na piasku schwytane do sieci kule, wybrał kilka diamentów pobłyskujących światłem odbitym od gwiazd i położył na otwartej dłoni. – Czasem jednak znajdzie się inna… z wadą. O, chociażby ta.

Dwie postacie przyglądały się całej tej operacji z ciekawością i wzruszeniem.

Tedy wyjął spośród kul inną, z wyraźną skazą, pajęczynką cienkich brązowo-czerwonych nitek.

– O właśnie. Wyraźnie widać, że… Zresztą pokażę wam. – Wziął do ręki kulę i cisnął ją za siebie. – Początkowo nic się nie dzieje. Trudno zakładać, żeby nieożywiona materia, jakiś tam protogwiezdny gaz, miała choćby ułomną namiastkę wolnej woli. Ale kiedy zaświecą słońca, a na planetach pojawią się… istoty, które z czasem uświadomią sobie, że mają wybór, że nic nie jest za nie z góry zaplanowane… patrzcie, co się dzieje. O, już. Zaczyna się.

W ułamku sekundy z kuli wykiełkowała druga, trzecia… tysięczna i miliardowa. Z każdej z nich wyrastały, wykluwały się miliony, setki milionów, biliardy innych… Jakby w gwałtownym procesie chemicznym z retorty wystrzeliła samopowielająca się piana i zaczęła się rozlewać niepowstrzymanie, z jazgotliwym furkotem we wszystkich wymiarach.

– Wystarczy jedna, często przypadkowa decyzja, żeby obok powstał świat równoległy, potem jeszcze jedna, setna, tysięczna… i na naszych oczach rodzi się i ewoluuje trycylion wszechświatów… wszechświatów skażonych wolną wolą wiecznie skonfundowanych konsekwencjami jej posiadania i nieustannie na nią pomstujących mieszkańców. Kiedy wydaje im się, że rozmawiają z Tym, którego w dodatku mylnie identyfikują jako Praprzyczynę, błagają Go o to, żeby jednym swoim aktem, jedną, najlepiej pełną przemocy interwencją im tę wolną wolę zamienił w ersatz, w jej pokraczną karykaturę… Ale po co ta dygresja. Magazyn form jest tam, po lewej. Coś sobie wybierzcie. Tylko.. bez zgrywy. Żadnych tam kopyt, rogów...

Rozdział 1

Czcionki uderzają o obciągnięty papierem wałek maszyny. Wałek przesuwa się w prawo, do początku wersu. Pisarz sięga do lampy i przysuwa ją bliżej, kierując światło wprost na wyskakujący spod jego palców tekst.

Rok 1933. Jednosilnikowy górnopłat Bellanca Pacemaker przecina pas wybrzeża i wlatuje głębiej pomiędzy lasy i jeziora, zapewne na wysokości wyspy Uznam. Zachodzące słońce podkreśla niecodzienną, pomarańczową barwę kadłuba samolotu. Litewscy piloci Stasys i Steponas mają za sobą pionierski przelot nad Atlantykiem. Do celu, lotniska w rodzinnym Kaunasie na Litwie, zostało im około 700 kilometrów.

– Silnik przerywa! Stepo, budź się! Nie słyszysz? (STASYS, 21:43:12)

– Co jest? Gdzie jesteśmy? (STEPONAS 21:43:14)

– Gdzieś nad Niemcami. W dole lasy. (STASYS 21:43:16)

– Chyba już lepiej. Czekaj. Zejdź niżej. (STEPONAS

21:44:19)

– Boję się. Nie widzę nawet koron drzew. Wysokościomierz… (STASYS 21:44:22)

– Co to?! Widzisz?! (niewyraźnie) Tam! Z przodu! (STEPONAS 21:45:11)

– I z boku! Jakby fioletowa… fiołkowa (STASYS 21:46:44)

– (niewyraźnie) Zobacz! Prędkościomierz! Wskazówka… (niewyraźnie)(21:47:01)

(trzaski) (trzaski)

– Jakby zorza… (niewyraźnie)

– Rozbijemy się!!!

– (niewyraźnie) O Boże! To jakaś fala! (niewyraźnie)

– …wania elektrostatyczne! (Cisza)

– Stasys! Patrz przed siebie! Czekaj, godzina… dziesiąta! (STEPONAS 21:59:55)

– Widzę. Na dziesiątej!… (przerwa) Silnik zgasł!! Nie dociągnę!! (STASYS 22:00:00)

– Musisz!! Pół kilometra, może mniej. Jaka wysokość? (STEPONAS 22:00:03)

– Zegar zwariował! Schodzę do lądowania… Skąd tu lotnisko… (STASYS 22:00:07)

– Nie ma na mapie! Oświetlone! To wygląda jak runway! (STEPONAS 22:01:01)

– Ground control, this is Lituanica CH-300, on the… eastward approach signalling engine failure, over (STEPONAS

22:01:06). I repeat… (trzaski)

– Tower, this is Lituanica CH-300, we are losing altitude, over. Permission to execute emergency landing, over? (STEPONAS 22:01:20)

(trzaski)

– Siadam… (STASYS 22:01:44)

– Stasys (niewyraźnie)… i tak było warto. (STEPONAS 22:01:54)

KONIEC ZAPISU

– Dlaczego skręcili nad ląd?

Czterdziestokilkuletni mężczyzna z cichym jękiem odsuwa się od biurka i wyjmuje z wałka staroświeckiej maszyny do pisania zapisaną kartkę papieru. Kładzie ją obok na tacce i jednocześnie zahacza łokciem o stojącą na stosie książek szklankę z herbatą, która wylewa się na zgromadzone na biurku wycinki z gazet i podpływa do żeliwnej przedwojennej Olympii, dotykając herbacianym jęzorem gumowych nóżek maszyny.

Mężczyzna wsuwa kartkę papieru do maszyny i kręci wałkiem, a następnie przesuwa go do początku wiersza.

Lituanica wylatuje z fioletowej chmury i podchodzi do lądowania nad idealnie gładkim, asfaltowym pasem. Maszyna odskakuje od ziemi jak kauczukowy kangur. Końcówka lewego skrzydła omal nie zahacza o jedną z kilkudziesięciu latarni, które świecą jasnym, bezpiecznym światłem. Przed śmigłem specjalnie wzmocnionego silnika Wrighta jeszcze kilka kilometrów płaskiego jak stół… płaskiej jak stół… gotowej do użytku drogi ekspresowej S-8. Na poboczu wyłaniają się z nocnego cienia kształty maszyn drogowych: walców i koparek. Gdy śmigło wykonuje ostatni obrót, Steponas wyskakuje z kokpitu na ziemię i rzuca pilotkę w trawę. Wyciąga z luku bagażowego dwie butelki amerykańskiego piwa Budweiser. Jedną z nich podsuwa pod nos Stasysowi.

– Za następny raz. – Podnosi do góry butelkę z czerwoną nalepką. – Ciepłe – krzywi się. Ale na jego ogorzałą twarz lotnika szybko wypływa uśmiech ulgi. Obejmuje Stasysa za ramię i obaj odchylają głowy do tyłu, tak że denka bursztynowych butelek celują w niebo. W gwiazdy.

Rozdział 2

Na końcu corocznego koncertu „Last Night of the Proms” w londyńskiej Royal Albert Hall rozbrzmiewa patriotyczny marsz Land of Hope and Glory. Muzyce towarzyszy rytmiczne tupanie rozentuzjazmowanej publiczności z całego świata: PRZYSIAD – TUPNIĘCIE – PRZYSIAD – TUPNIĘCIE pomnożone przez kilka tysięcy nóg. Nikt nie słyszy, jak inżynier Henry „The Hammer” Hammersmith i jego ludzie ze służby zabezpieczenia inżynieryjnego londyńskiego metra kończą usuwać pękniętą ścianę pomiędzy stacjami Sloane Square i South Kensington.

„Land of hoooope and gloryyyyyyyyy” dobiega z sali koncertowej.

– Great Scott! – wykrzykuje „The Hammer” głosem zachrypniętym od panującej w tunelach metra wilgoci. Gdy na ziemię opada gęsty betonowy pył, oczom robotników ukazuje się tajemniczy, lśniący metalicznie obiekt. Po dokładnym zbadaniu przez specjalistów ze ściągniętego na miejsce w trybie pilnym Królewskiego Korpusu Saperów okazuje się on wielkim jak tankowiec zbiornikiem gazu.

Kilkaset metrów dalej i wyżej, w sali koncertowej maestro Jiří Bělohlávek składa publiczności ostatni tego wieczoru ukłon. Gaz wydostaje się z zalegającego pod ziemią zbiornika i sączy się przez kanały burzowe, dukty powietrzne, przesiąka przez wszystkie szczeliny. W drodze ku powierzchni rozrzedza się na tyle, że traci swą niebieskawą barwę. Lecz nic ze swojej mocy.

Rozdział 3

Przebijające się przez chmury słońce rzuca snop światła a to na plażę, a to na panele słoneczne zamontowane na skośnych dachach pustoszejących po sezonie willi-pensjonatów, a to na malownicze ruiny nadgryzanego przez setki lat sztormów kościoła. Jakby gdzieś w górze niebiański elektryk, sfrustrowany zbliżającą się jesienną bezczynnością, zapalał i gasił przesuwający się z wolna po niebie reflektor punktowiec. Włącz/wyłącz. Włącz/wyłącz. On/off. Piętnaścioro jeszcze nieprzywykłych do codzienności roku szkolnego licealistów podnosi od czasu do czasu zaspane oczy znad miniaturowych ekraników telefonów komórkowych, SMS-ując z nudów do wszystkich, których znaleźli w zakładce „Kontakty”. Ultranowoczesny budynek szkoły, zbudowany ze szkła odlanego z piasku z pobliskiej plaży oraz z drewna wycofanych z użytku kutrów, kształtem przypomina amazońskiego pancernika, który wypełzł z dżungli i przycupnął na chwilę na wysokim na dwadzieścia metrów bałtyckim klifie. Spóźniona o dwa tygodnie, pierwsza w tym roku szkolnym lekcja francuskiego ma się w pierwszej licealnej odbyć właśnie dziś.

Ala, zwana Pajączkiem, zajmuje skrajne miejsce po lewej stronie ustawionych w półokręgu nowoczesnych pulpitów, najbliżej drzwi. Stąd można jak najszybciej wydostać się na korytarz, gdyby docinkomierz wyskoczył poza skalę i kpiny zapiekły jak pokrzywa. Ala otrzymała swoją ksywkę rok temu po powrocie z wakacji, kiedy to w dwa miesiące urosła o prawie pięć centymetrów i stała się właścicielką pająkowato długich i chudych nóg. Jej cienkie i giętkie ręce według złośliwców na Fejsie przypominają żelatynowe żmije Haribo, sprzedawane w sklepiku nieopodal.

Pajączek spogląda przez samościemniającą się szybę na przebiegającą tuż za szkolnym boiskiem główną ulicę. Zatrzymując się przed każdym przejściem dla pieszych, przejeżdża tamtędy niespiesznie przerobiona ze starego traktora zabawkowa ciuchcia niczym z Dzikiego Zachodu, latem przewożąca kłócące się wiecznie rodziny z niezadowolonymi dziećmi: że tak powoli, że nie ma dymu, że nie ma na co patrzeć.

Tym razem zamiast wakacyjnej hałastry utytłanej w pudrze z gofrów, w ostatnim z trzech westernowych wagoników zasiada niecodzienna para: mężczyzna trzydziestokilkuletni o egzotycznej aparycji, jakby zwolniony po nakręceniu tysiąca odcinków brazylijskiego serialu, z przystrzyżonym doskonale wąsikiem, w białym garniturze i kapeluszu słomkowym w sam raz na spacer po uliczkach São Paulo; prawą ręką obejmuje ciemnowłosą piękność w ortalionowym, ściągniętym paskiem w talii płaszczyku rodem z paryskich ulic sprzed półwiecza, w kolorowej chustce na głowie, z białym koronkowym parasolem w drobnej ręce. Piękna pasażerka przerywając na chwilę interesującą pogawędkę, spogląda roześmiana w kierunku szkoły, gdzie napotyka zaciekawiony wzrok Ali Pajączka. Lokomotywa szarpie wagonikami, niemal wytrącając dziwnemu jegomościowi z wąsikiem fajkę z ręki.

To pewnie ona. No bo kto inny? Madame B.

Ala sięga do spoczywającego na ekologicznej podłodze zielonkawego płóciennego plecaka po swój ulubiony zeszyt od fizyki, który jest właściwie zeszytem do wszystkiego, a szczególnie dobrze nadaje się do rysowania koni. Koni skaczących przez przeszkody, zadzierających łby do głaskania, pasących się na padoku…

Chciałabym, żeby to była ona… – myśli Ala Pajączek i zaciąga rzemyk w zewnętrznej kieszonce plecaka, który swym spracowanym wyglądem przypomina o letnich wypadach w nieznane na grzbiecie konia absolutnie najważniejszego: Herkulesa. Prostując się do siedzącej pozycji, co przy niesfornych kończynach bywa dość kłopotliwe, Alicja uderza boleśnie skronią o kant blatu i jednocześnie zrywa ułożony z tyłu drobnej główki kok lśniących jak czarne greckie oliwki włosów, które spływają teraz swobodnie po kościstych ramionach.

Szlag by… Niech to koń… Boli, boli jak cholera… Ale boli! No właśnie: Alę boli, ale boli. – Pajączek uśmiecha się do swoich myśli i w tejże chwili uchylają się drzwi z okrągłym statkowym okienkiem. Zapowiadana już na pierwszej wywiadówce Madame B. wchodzi do sali lekko kołyszącym się krokiem, zalotnie kręcąc opartą o ramię ażurową parasolką, jakby wracała z południowego spaceru po ogrodach Wersalu.

Jaka piękna… – wzdycha Ala, otwierając szerzej oczy, załzawione od zderzenia z pulpitem, nie pierwszego jednak w życiu. No właśnie… Pająkowe oczy są dla niej sto siedemnastym powodem do wstydu i wiecznego zażenowania. Oto oko lewe: błękitno niebieskie, jak morze, w którym kąpią się na stronach turystycznych folderów greckie wyspy. A to prawe: wpadające odcieniem w zgniłą zieleń glonów zakwitających w ciepłej lipcowej wodzie. Chociaż Ala, spoglądając w lustro, woli mówić o nim „pistacjowe”, jak jej ulubione lody.

Madame B. uśmiecha się tak szeroko, że jej uśmiech dociera do wszystkich siedzących w półokręgu, i sięga głęboko do patchworkowej bawełnianej torebki. Na biurku staje masywny, staroświecki budzik w stalowej emaliowanej obudowie z dwoma solidnymi miedzianymi dzwonkami umieszczonymi po obu stronach grubego przycisku. Przycisku, w który trzeba solidnie uderzyć każdego poranka, jeśli jego właściciel nie chce obudzić całej kamienicy dzwonieniem przebijającym błonę bębenkową w uszach, trwającym aż do całkowitego odkręcenia się sprężyny.

– Réveil – mówi bardzo, bardzo powoli Madame B., a właściwie nuci jak dwudźwięk z solfeżu. Tak przynajmniej wydaje się wszystkim chłopcom, wpatrzonym w nową nauczycielkę jak w półkę na stoisku z konsolami do gier.

– Réveil, rewej – powtarzają posłusznie, starając się przesunąć początkowe „r” jak najdalej w głąb gardła. „Hhhewej” z akcentem na drugą sylabę.

– Pobudka… – szepcze Ala Pajączek. – Pobudka. – I wpisuje nowe słowo do zeszytu od fiz-franc-wszystkiego.

Réveil! Réveil! dobiegające z wnętrza klasy jest tak głośne, że nauczyciel fizyki, który mimo wzmagającego się wiatru taszczy kanki z cukrowym syropem do stojących za boiskiem pięciu pszczelich uli, odwraca się zaciekawiony. Podmuch rozpędzający się na morskich falach zrywa mu z łysiejącej głowy granatową czapkę z daszkiem z napisem „Large Hadron Collider”. Pcha ją po boisku i ciska o siatkę okalającego szkołę ogrodzenia.

RÉVEIL

Napis wykonany drobną dłonią Madame B. widnieje na całej szerokości podwójnej rozkładanej tablicy.

I w tej właśnie chwili budzik zaczyna dzwonić! I to jak! Aż podskakuje na biurku, wydając z siebie blaszany warkot, jak motor szesnastotonowej ciężarówki, z której wyciekł olej. Pajączek podnosi wzrok znad zeszytu i rozgląda się po sali. Wskutek bolesnego zderzenia się skroni z kantem blatu wciąż szumi jej trochę w głowie. Jak przez mgłę widzi znikającą za drzwiami Madame B. Przez okrągłe okienko widać biel parasolki kołyszącej się nad wpół odsłoniętymi plecami. Gdy reszta klasy, rzucając zdawkowe: „Co tam, Pająk, ça va?” wylewa się na korytarz, Ala wstaje z krzesła i podchodzi do tablicy. Pod słowem „pobudka” było zapisane tam jeszcze inne, nieczytelne, wytarte już gąbką.

Chyba na m… mo… coś tam. Zapytam na następnej lekcji – uznaje Ala i szkicuje na tablicy po kolei: końską grzywę, łeb i oczy. – I Herkules gotowy – szepcze do siebie, po czym odkłada mazak do stojącego na biurku kubka. – Zostawiła budzik. Fajny.

Ciekawskie palce Pajączka bezwiednie znajdują na emaliowanej obudowie kluczyk sprężyny i kręcą nim, aż mechanizm stawia opór nie do pokonania. Nagle przez ogromne połacie energooszczędnych okien dachowych wdziera się do klasy biegnący aż do szczeliny między sinymi chmurami snop światła i Ala – niczym aktor, gdy widownia zajmie już swoje miejsca i ucichną rozmowy – staje w blasku reflektora na zaciemnionej scenie.

RÉVEIL

– Jej pierwsza lekcja. Zapomniała z nerwów. Trema. – mówi Ala jakby w kierunku niewidzialnej widowni, ważąc w dłoniach ciężki zegar. – Odniosę go jej.

Tyle że nikt w szkole nie zobaczył już więcej Madame B. Pytani o nią przez Alę Pajączka chłopcy pukają się w głowę albo charczą „Hhhewej!”, zataczając się ze śmiechu.

Hhhhewej. Hhhewej!

Obudź się, Pająk, lepiej się obudź, bo już południe! Hhhewej, Pająk! Przy wyjściu Ala wpada na wchodzącego do szkoły nauczyciela fizyki, zwanego Powabnym, od jednego z kwarków tworzących materię, o których bez przerwy opowiada. Powabny zdejmuje z głowy odzyskaną czapkę z daszkiem i, otarłszy pot z czoła, podsuwa Ali pod nos plaster miodu.

– Everett – mruczy fizyk, obracając plastrem na wszystkie strony.

– Everett.

Zanim Ala Pajączek dosięga do najgłębiej położonych zakamarków pamięci (Czy z tego był sprawdzian?), Powabny odzywa się do siebie:

– Everett byłby zadowolony… tak… bardzo zadowolony…. Światy równoległe, multi-universe, jak komórki… heksagony w plastrze miodu.

Fizyk rusza schodami do góry, zupełnie ignorując otwierającą się

właśnie, by zadać pytanie, buzię Pajączka.

–Widział pan… profesorkę od francuskiego? Powabny zatrzymuje się na schodach.

– A owszem, zapowiadali, że będzie, ale pociąg z Paryża podobno się spóźnił i utknęła w Stargardzie. Albo… w Starogardzie? Nie martw się – mówi fizyk, marszcząc czoło i poprawiając czapkę – jutro dojedzie. Swoją drogą… może właśnie znalazła się w stanie pośrednim? Między dojechaniem i niedojechaniem?

Budzik wędruje do plecaka, plecak na plecy, a Pajączek rusza biegiem do rodzinnej lodziarni Akropolis, gdzie na piętrze znalazło się miejsce na skromne mieszkanie. W sam raz dla Pajączka i jej mamy. Powabny odprowadza ją wzrokiem do zakrętu i jeszcze długo patrzy w zamyśleniu w tamtą stronę, jakby chciał się nacieszyć widokiem Pajączka, jedynej uczennicy, która odróżnia kwark od skwarka. Jakby mieli już się nigdy nie spotkać.

Pokonując półtorakilometrowy dystans końskim galopem, gdzieś w połowie drogi Pajączek mija się z jadącym w przeciwnym kierunku westernowym pociągiem. Egzotyczni pasażerowie musieli właśnie odwiedzić lodziarnię Akropolis, bo trzymają w rękach wafle uginające się od sześciogałkowych lodów. Tuż przed tym, jak ciuchcia znika za zakrętem w dziwnej niebieskawej mgiełce, jakby to przerobiony na lokomotywę traktor zostawiał za sobą chmurę spalin, Madame B. wstaje z siedzenia i wpatrując się w Pajączka z oddalającego się wagonika, zdaje się szeptać:

– Réveil! Réveil!

Gdy Pajączkowi udaje się rozsupłać sznurek i otworzyć plecak, by wyciągnąć brzęczący budzik, ciuchcia jest już daleko. Ala obraca zegar tarczą do siebie i spogląda na wskazówki. Zatrzymują się w miejscu. Hm… Zepsuty? Pajączek wyczuwa palcami na obudowie budzika drobną kostkę przełącznika. Nad nią producent wygrawerował napis:

„JUL-GREG”.

– Julia i Gregory? Juliusz i Grzegorz?

Proszę bardzo co się dzieje gdy, ciekawość wygrywa błyskawiczne starcie z obawą: Pajączkowy palec nawet nie zadrży i kostka trafia w pozycję „JUL”. Wskazówki zaczynają się obracać jak szalone… DO TYŁU!

– Stary, to pewnie i chodzi jak chce – stwierdza Ala zwana Pajączkiem, przesuwa kostkę na miejsce i wrzuca budzik do plecaka. Trzeba się spieszyć. Herkules pewnie głodny. A jak głodny, to gryzie. No i chuchro z niego straszne. A to naprawdę nie ça va.

Rozdział 4

Emerytowany policjant Andreas Franzen jest wysportowany jak na swoje sześćdziesiąt pięć lat, ale przystanki na złapanie oddechu i jemu się zdarzają. Lubi się na chwilę zatrzymać w miejscu, gdzie Sprewa skręca zygzakiem najpierw w lewo, a potem odbija w prawo, tuż koło Bundestagu. Prostuje zgięty kark i przygląda się z ciekawością przepływającemu obok stateczkowi wycieczkowemu z kilkunastoma chińskimi turystami na pokładzie. Kapitan „Berliner Frühling II” podsypia na jedno oko przy kole sterowym. Na tej trasie nic nie ma prawa się wydarzyć. Myśli kapitana krążą wokół litrowego kufla piwa, popijanego przez jego kolegów przed, w trakcie i po meczu Herthy Berlin, na który on nie ma jak zdążyć, nawet gdyby ogłosił turystom, że łajba tonie i trzeba się natychmiast ewakuować.

Potężne szarpnięcie zatrzymuje płaskodenny stateczek w miejscu, jakby niewidzialna ręka rzecznego potwora złapała go za płetwę sterową. Para młodych Chińczyków, która usiadła na burcie, żeby zrobić jedno z wielu rytualnych zdjęć z wycieczki, wpada do wody i na kilka długich sekund znika pod powierzchnią. Reszta turystów podnosi się powoli z podłogi, rozglądając się niepewnie dookoła. Program wycieczki nie przewidywał takich wrażeń. Jeden ze skośnookich emerytów po omacku znajduje na pokładzie swoje okulary i kiedy drżącą ręka zakłada je na nos, jest świadkiem, jak z głębiny wynurza się na powierzchnię ogromna żelazna kula, która przez chwilę podskakuje na falach niczym balon. Ze szczeliny w jej boku wydobywa się niebieski gaz, który szybko rozrzedza się w powietrzu, jak dym z niebieskiej racy odpalonej podczas meczu na stadionie kilka kilometrów dalej.

Pierwsze błyskające niebieskimi fleszami kogutów wozy niemieckiej Polizei dojeżdżają na miejsce kwadrans później, zaalarmowane przez starszego mężczyznę w stroju do joggingu. Podobnie jak trzydzieści lat wcześniej, wolno płynące wody Sprewy znów omiata światło punktowych reflektorów. Tym razem zamiast uciekinierów z wschodniego Berlina, poszukują pasażerów „Berlińskiej Wiosny II”. Para młodych Chińczyków, którą wyłowiono z wody, fotografuje wszystko bez przerwy, aż w ich ultranowoczesnych aparatach zabraknie pamięci.

***

Na twarzy naczelnego inżyniera budowy drugiej nitki metra w Warszawie rysuje się przerażenie. Mężczyzna wybiega z czeluści tunelu, zatrzymuje się i łapie oddech, opierając się o półokrągłą, betonową

ścianę. Z pomarańczowej, poprzecinanej odblaskowymi paskami kurtki wyjmuje radiotelefon, lecz ten odmawia posłuszeństwa. Inżynier siada z westchnieniem ulgi na betonowej posadzce, przeszukuje spodnie i znajduje zapasową baterię. Ładuje ją do radiotelefonu, a starą pozostawia w wiszącej na ścianie szafce z wężem strażackim. Gdy w słuchawce odzywa się głos jego zastępcy, niemal krzyczy do niego:

– Borowski z dołu. Rozłączyć moc na czwórce i zatrzymać Kreta! Powtarzam, maszyny z czoła w odstawkę!

Inżynier znika w czeluściach tunelu. Jajowate odbicie światła latarki tańczy po betonowych ścianach, wyciąga z ciemności wyjścia awaryjne i zielone ludziki na tabliczkach, przesuwa się wzdłuż zwojów kabli. Oślepiająca smuga dziennego światła wdziera się do wnętrza tunelu z sufitu, oświetlając częściowo przysypany gruzem tajemniczy obiekt.

– Jakby wielkie stalowe jajo… – mówi do siebie inżynier, podnosząc do ust słuchawkę radiotelefonu. – Ewakuować robotników z tunelu…

– zarządza i zastanawia się chwilę, przyglądając się uważnie dziwnemu obiektowi. – I całe Śródmieście.

Rozdział 5

– Jak to? Jak to było, jeszcze raz? – pyta Pajączek, obserwując znad otwartej książki do fizyki latającą po pokoju pszczołę.

Pokój jest mały, trzy na cztery metry, licząc pod skosami, gdzie

Anna, mama Pajączka, poukładała książki, które nie zmieściły się w biblioteczce zajmującej całą przeciwległą ścianę od podłogi aż po sufit. Pszczoła odbija się od okna, od ściany i siada na ramce zdjęcia, na którym mama Ali wtula się w przystojnego Greka. Zdjęcie przepasane jest czarną aksamitką.

– Apollonia – odpowiada mama Pajączka, zatrzaskuje okładki grubego zeszytu i ogląda pod światłem żyrandola dwie karteczki ze śladami kleju, na których ktoś wyrysował grubym mazakiem greckie litery α i π.

– Nie: Ala?

– Apollonia.

– A-po-lo-ni…-ja? Dobrze mówię?

– Greckie imię. Tak się czyta.

– A co z moim? Ala nie było dobrze?

Mama Pajączka zdmuchuje kącikiem ust opadający jej do oczu kosmyk blond włosów, marszczy przy tym śmiesznie czoło, unosi się, stęknąwszy cicho, na rączkach fotela i przekłada teczki z dokumentami z górnej szuflady komody do środkowej. Niektóre trafiają do kosza.

– Popatrz tylko. Hmm… Nawet kilka liter się zgadza: A, L i znowu

A, po kilka razy. Jakby „Ala” było w środku.

– A ty, mamo, też będziesz… masz inaczej na imię?

Pajączek obchodzi stojący na środku pokoju stół i otwiera okno, wpuszczając powiew chłodnego morskiego wiatru, lecz pobzykująca nerwowo zagubiona pszczoła chyba boi się ciemności. Siada na otwartej stronicy książki do fizyki, zakrywając odwłokiem obrazek poglądowy „Tabela cząstek podstawowych”, a konkretnie jeden z powabnych kwarków.

– Nie. Ja zawsze miałam takie samo.

– Ale czy ja mogę być Alą? A nie… – Pajączek przez chwilę patrzy na rozbijające się w ciemności o piaszczysty brzeg fale, a potem wraca do stołu. – A nie Apoloniją?

– Możesz. Tylko nie wiem, co będzie… na przykład z apelami w szkole. I legitymacją.

Apollonia nie bardzo Pajączkowi pasuje. Bo przecież już prawie szesnaście lat jest Alą. No tak, ale co zrobić, kiedy mama odkrywa nagle w porządkowanej komodzie jakieś dokumenty z pracowni ojca. Ojciec Pajączka był Grekiem, i choć Pajączek znał go tylko ze zdjęć i kilku nakręconych przedpotopową kamerą wyblakłych filmików, to i tak rozumiał, skąd u Mamy tyle piekącego smutku. Takiego, co nigdy nie mija. Mimo że próbuje się go upchnąć gdzieś za wiszącymi na ścianach zdjęciami, w szufladach komód, w teczkach przepasanych wstążkami, z których wysypują się stopniowo żółknące koperty.

– Ala zostaje – decyduje Pajączek. – Mamo, wytrzyj oczy. Bo nie sprzedamy ani jednej gałki lodów. Może to nie upał, ale i tak wstyd.

Mama chce jeszcze trochę poszlochać. Ala jej nie powstrzymuje. Bo tak trzeba.

Nagle rozlega się dzwonek podłączony do drzwi wejściowych na dole. Wynalazek i wykonanie autorstwa mgr inż. Ali Apollonii Pajączek! Dzięki temu poza sezonem, kiedy klientów lodziarni Akropolis można policzyć na palcach jednej ręki, mama może częściej odpoczywać w domu. Pajączek wypycha więc mamę do kuchni i włącza ekspres do kawy, a sama zbiega po schodach do lodziarni, gdzie czeka już z wilczym apetytem na słodkości dwóch obiecujących zawodników miejscowej drużyny piłki ręcznej w wieku lat dziesięciu. Przyjmuje od nich po dwa złote, podane brudnymi, lepkimi palcami, po czym wręcza im po gałce leptonowo-kakaowych lodów i pędzi z powrotem na górę.

– Coś trzeba zrobić z tą pszczołą – mówi Ania. – Szkoda jej.

Ala Apollonia zasiada do lekcji zamyślona, jakby coś nie dawało jej spokoju. Jakaś kapitalnie nowatorska koncepcja.

– Pszczoła Everetta.

– Taki gatunek? – pyta mama znad filiżanki kawy, którą stawia na stole naprzeciwko Pajączka.

– Ta pszczoła mogła wlecieć… – wyjaśnia Pajączek, szukając czegoś w książce do fizyki podarowanej jej przez fizgoga Powabnego – z równoległego wszechświata. Niektóre mikrocząstki, te naprawdę małe, tak robią. Wchodzą do naszego wszechświata i robią coś ważnego, czego do końca nie rozumiem. Fizgog Powabny też chyba nie do końca. Za to ten Everett na pewno rozumie, bo on to wymyślił. Światy równoległe. Cząstki wpadają tu do nas na krótką chwilę…

– Na…

prawie niesłyszalnym na tle wiatru „szszzzz”. Ze środka wysuwa się silna, umięśniona ręka! I ustawia się jak mechaniczny chwytak kosmicznej sondy na wysokości głowy Pajączka! Gdy dystans zmniejsza się do kilkunastu centymetrów, w dłoni porywacza pojawia się zmoczony w chloroformie gazowy kompres…

O kur… cze blade by to zżarło. – Pajączek zatrzymuje się nagle i opuszcza głowę aż do kolan, próbując złapać oddech. – No zupełnie nie ça va! Winda do wózka jest zepsuta, a magik-technik nie dojechał, więc mama…

– Zapomniałam, no zapomniałam na śmierć! – szepcze do siebie Ala i odwraca się na pięcie. Przystaje jeszcze na chwilę, zaskoczona unoszącą się w powietrzu wonią chloroformu. Zza jej pleców dobiega bardzo ciche „szszzzzzz” zasuwanych drzwi. Ręka znika w ciemnościach wnętrza samochodu. Ford skręca w pierwszą przecznicę w lewo i zatrzymuje się tuż za znakiem „parking tylko dla mieszkańców”. W oknie od strony kierowcy ktoś opuszcza szybę i wygląda. Dostrzega oddalającą się szybko dziewczynę i odprowadza ją wzrokiem, aż pająkowata sylwetka znika za rogiem.

***

Mamie Pajączka udało się ześlizgnąć po schodach, wskoczyć na stojący u ich podnóża wózek i podjechać do kontuaru z lodami. Przy stoliku zasiadł przed chwilą kolejny tego dnia niecodzienny klient. Na oko dwa metry wzrostu i tyle samo obwodu w klatce piersiowej. Kto to widział, zagryzać najlepsze na wybrzeżu lody jabłkiem?

– Bardzo dobre ljody. Oczień wkusne. Ale jabłko zdrowsze – mówi, wstając nagle od stolika. Chwyta skórzaną kurtkę rozmiar 5XL i potężnymi susami kieruje się do wyjścia.

Widać, że zdrowsze, skoroś taki, chłopie, wielki – myśli Ania, zamykając kasę. Mało dziś. Same monety właściwie. Ale co tam. C’est pas grave. Sepagraw – jak mawia Ala… Apollonia. Ciekawe, co ten Odys wymyślił. Może się pomylił? Pokręcił coś? Roztrzepaniec z niego był, zwłaszcza z rana. Jaka szkoda, że go nie ma, wszystko by sam objaśnił. On to dopiero potrafił... i już się Ania rozkleja, już łzawią oczy.

– Wszystko dobrze? Znowu… zjechałaś na tyłku, mamo? Jest ça va?

– wyrzuca z siebie przy wejściu Pajączek, zasapany jak wtaczający się na peron parowóz. – Dzielniacha. – Ala-Apollonia przytula do siebie mamę, nachylając się nisko nad jej blond głową. Znajduje odpowiednie miejsce, rozgarnia gęste włosy i całuje lekko. – Chyba już zamknę, co, mamo?

– No, chyba że widziałaś pędzący w naszą stronę autokar pełen uczniów ze Szklarskiej Poręby?

– Z prywatnego liceum dla bogatych górali. Wezmą też na wynos – śmieje się Ala, ale w ułamku sekundy poważnieje. – Zaniosę cię na górę. Winda…

– Nie działa. Wiem. Czuję po siniakach na pupie.

– A potem…

– Pobiegniesz?

– Będę szybko.

– Nic ci się nie stanie?

– Nie.

– Biegnij. Sama się wtaszczę.

– Mamo…

– Biegnij.

SMS w kieszeni Pajączka zawarczał i pisnął. Pajączek jednak go nie odczytuje. Czasem zwyczajnie wiadomo, co tam na ekranie się znalazło. Trzeba biec.

Znowu zapomniałam zapytać o te oczy – myśli Ala, zaglądając na sekundę do powieszonego przy wejściu do lodziarni Akropolis lustra. Są tam, gdzie zawsze. Niebieskie i zielone. – Dla każdego coś miłego – myśli i puszcza do siebie oko. Wychodząc, spogląda jeszcze ku ociekającym skroploną parą metalowym zbiornikom, połączonym plątaniną rurek i przewodów, uznaje, że wszystko jest w porządku, gasi światło, zamyka drzwi na klucz i wybiega w ciemność. Rozpadało się. Tymczasem na górze, na trzeszczącym przy każdym ruchu rozkładanym tapczanie chlipała, lekko posapując, Ania. W komodzie, oprócz dziennika i grubego tomu notatek odnalazł się także list od Odyseusza, greckiego chłopca, który porzucił drobną wysepkę na Morzu Egejskim i przeniósł się do zimnego północnego kraju, gdzie śmierć czekała w długiej olchowej alei, z otwartymi ramionami, gościnna.

Rozdział 6

Donald Tusk stawia tacę z resztkami obiadu na ruchomą taśmę i przez chwilę patrzy, jak naczynia oddalają się od niego i znikają za plastikową kurtyną. Uśmiecha się przepraszająco do zniecierpliwionej kobiety, która stoi za nim, utrzymując balans stołówkowej tacy na jednej ręce. Jako Przewodniczący Rady Tusk ma prawo spożywać wszystkie posiłki na ósmym poziomie masywnego budynku przy rondzie Schumana w Brukseli. Często woli jednak zjechać kilka pięter, do piwnicy, do stołówki dla pracowników. Jedzenie jest całkiem smaczne i wszystko to razem przypomina mu obiady w gdańskich barach mlecznych za studenckich czasów. Oczywiście, toutes proportions gardée – myśli Tusk, używając jednego z popularnych w jego pracy zwrotów. „Z zachowaniem wszystkich proporcji”.

Dziś szczególnie nie chce mu się wracać do swego skromnego biura. Dyskretnie sprawdza, czy krawat, który na czas obiadu włożył pod koszulę, już zwisa na właściwym miejscu. Zapewne wykonałby jeszcze kilka nie do końca potrzebnych czynności, grając na czas, gdyby nie znaczące gesty szefowej kancelarii, wzywającej swego szefa do windy.

– Wciąż zapominam, dlaczego te piętra nie mają numerów jak…

– …wszędzie indziej, tylko dwudzieste, trzydzieste piąte… – przerywa szefowa kancelarii.

– Albo moje. Pięćdziesiąte. A to które jest właściwie…? – Tusk liczy na palcach. – Szóste? Siódme?

W tejże chwili drzwi windy otwierają się i temat przestaje być naglący.

– Odkopano przynajmniej trzy duże – mówi cicho kobieta, po angielsku z silnym francuskim akcentem, starając się dotrzymać kroku szefowi, niemal biegnącemu po czerwonej wykładzinie korytarza. – Énormes. W Berlinie, Londynie…

– Warszawa? – pyta Tusk, otwierając teczkę z raportem.

Kobieta bierze do ręki pilot do wiszącego pomiędzy dwiema zwiniętymi flagami Unii telewizora. Po chwili zastanowienia odkłada go na stolik.

– Niech szef sam to obejrzy.

– Jest źle?… Bardzo źle? – Tusk bezskutecznie czeka na reakcję. Rozchyla ostrożnie okładki raportu.

– Zgodnie z poleceniem na dziewiętnastą zwołałam pilne posiedzenie Rady. Około osiemnastej zaczną się zjeżdżać. Premier Szwecji dotrze po północy. Jej matka jest w szpitalu. U nich też szukają.

– Małe to to nie jest. Żadna, jak to się mówi po polsku, „igła w stogu siana”.

– Po angielsku też. Tyle że tę igłę daje się wykryć dopiero wtedy, kiedy gaz wydostaje się już na zewnątrz.

– Szczegóły tutaj…? – Tusk potrząsa teczką.

– Owszem.

– Co z mediami? Telewizja…

Kobieta patrzy na szefa, jakby był pacjentem, który sam zgłosił się po niepomyślną diagnozę.

– Panie przewodniczący… – Kobieta waha się i ostatecznie rezygnuje z tego, co chciała powiedzieć. Wręcza Tuskowi pilot i wychodzi. Siedem pięter niżej, ulicą pomiędzy biurowcami pędzą ambulanse i radiowozy na sygnale. Migotliwe światła odbijają się w szybach. Na wyjące przez całą dobę syreny już nikt w Brukseli nie zwraca uwagi.

Na pobliskim rondzie Schumana trwa demonstracja obrońców niepodległości Tybetu. Okrzyki protestujących, choć wzmocnione trzymanym przez skośnooką studentkę megafonem, nie mają szans przebić się przez grube szkło budynku Rady Europejskiej. Tusk stara się odczytać końcówkę hasła na transparencie.

– Okju…pejszyn – mamrocze pod nosem, wciąż niepewny wymowy po angielsku.

I wtedy go zauważa. Stoi nieco z boku, jakby był demonstracyjnym sublokatorem, podnajmującym tylko miejsce obok Tybetańczyków. Swój przytwierdzony do drewnianego palika plakat unosi w rytmie nadawanym przez transparent stojącego tuż przed nim tybetańskiego mnicha. Owinięty wokół szyi biało-czerwony szalik kibica faluje na wietrze.

„C12H17N2O4P”.

Czerwone litery odcinają się wyraźnie od białego tła.

– Psylocybina. – Tusk słyszy tuż nad uchem głos swojej sekretarki. – Znaczy się… jeśli ta liczba za „C” to dwanaście. Macha tym jak wariat, trudno się połapać…

Tusk odwraca się i mimowolnie spogląda w oczy czterdziestokilkuletniej Timei Molnar, swojej superkompetentnej sekretarki. Ta uśmiecha się przepraszająco.

– Mój doktorat z chemii był nikomu niepotrzebny, więc…

– Psylo…

– Psylocybina. Alkaloid. Z grzybków się go uzyskuje. Szef… nie próbował? W czasach studenckich?

– Nie zaciągałem się – mówi Tusk w stronę okna, zostawiając na szybie „chmurkę” pary. – Ja go już gdzieś… Cholera! Już wiem, skąd go znam! Cholera jasna!

Tusk odsuwa na bok oniemiałą kobietę i rusza biegiem do windy. Timea wygląda przez okno. Plakat ze wzorem chemicznym leży na

ziemi, deptany przez wpychającą się na placyk kolejną grupę manifestantów. Dostrzega jeszcze, jak osobista ochrona Przewodniczącego Rady Europejskiej przeskakuje za swoim szefem przez płot i stara się dotrzymać mu kroku podczas stumetrowego sprintu do miejsca, które jeszcze minutę wcześniej zajmował wysoki i czerstwy emeryt w białym kitlu.

Rozdział 7

Blog Pajączka

Miejsce: Gdzieś w Warszawie

Czas: Ósma… dwadzieścia po

Zielona toyota Tomka ledwo dyszała ze starości i wysiłku, bo ciągnęliśmy właśnie przyczepę, a w środku MÓJ NAJWIĘKSZY SKARB, z kwadrybiliardomiliard razy większy niż kwarki, gluony i leptony. Dla mnie MÓJ NAJWIĘKSZY SKARB jest… w sam raz.

Tomek, a właściwie (gdybym nie była w nim zakochana po uszy, od kiedy skończyłam dziesięć lat i trzy czwarte) PAN TOMEK, lat trzydzieści i siedem miesięcy, jest nieszczególnie wysoki i ma jeden z tych kartoflanych nochali, na których wciąż wyskakują ropniaki, ale jak go wtedy oglądałam za kierownicą, to był oczywiście przystojny, bo TOMEK JEST WETERYNARZEM!!! Więc absolutnie musi być najprzystojniejszy! I jednocześnie najmądrzejszy! Wiem, bo kiedy w zastępstwie Mamy chodzi na wywiadówki, kłóci się z Powabnym o jakiegoś kota, którego właścicielem był niejaki Schroedinger. Nawet sobie powiesił na ścianie w gabinecie weterynaryjnym – za szkłem i w ramce! – taki dowcip rysunkowy, gdzie weterynarz mówi siedzącemu w poczekalni facetowi: „Panie Schroedinger, w sprawie pańskiego kota mam wiadomość jednocześnie dobrą i złą”. Podobno kiedy Powabny to zobaczył, jak się któregoś dnia pofatygował do Tomkowego gabi ze swoim waranem, wybłagał u Tomka, żeby mu skądś kopię wygrzebał, tak go to rozśmieszyło. A ja niby rozumiem, ale tak NIE DO KOŃCA. Albo rozumiem i jednocześnie nie rozumiem. W sprawie mojego rozumienia – i testu z fizyki – jak to powiedział kiedyś Powabny, jest wiadomość jednocześnie dobra i zła. Ale była czwórka z plusem, więc nie do końca taka znowu zła. Pełny sepagraw.

– Mam pusto pod gazem – powiedział Tomek swoim uroczym głosem… I dodał: Niech to szlag!!!

Toyota potoczyła się jeszcze kilka metrów i stanęła. I co teraz, Tomek? Przecież w przyczepie jedzie HERKULES, on nam toyoty z przyczepą nie pociągnie! On jest chuchro, ten Herkules, chuderlak!

– Wkładaj kamizelkę i nie wyłaź mi z samochodu! Zobacz, jaki ruch w tej Warszawie, że też musieliśmy akurat na środkowym pasie… Ech, życie…

Tomek wzdychał i wzdychał, i wzdychał, i zupełnie nie mógł wyskoczyć z samochodu, bo inne ciężarówki, furgonetki i autobusy gnały po lewej, po prawej, aż wreszcie zrobił się korek i spokój. Tomek wygrzebał skądś trójkąt ostrzegawczy i wysiadł.

– Zostań i nie wysiadaj – powiedział jeszcze raz.

Ale ja to zawsze się wiercę, a poza tym już wszystkie te piękne i wymyte auta stały jedno za drugim, no i Herkules pewnie dostawał już małpiego rozumu, Tomek krzyknął, żebym usiadła za kierownicą i dała gazu.

– Chętnie, chętnie… – powiedziałam sobie pod nosem, bo to przecież nie pierwszy raz. Tylko z dziesiąty, od kiedy mi Tomek pozwalał toyotą po lesie jeździć, jak rozwoziliśmy sarnom żarcie. Więc zupełne i absolutne ça va. No sawa, jak to się mówi. Dałam gazu, ale nic, tylko dym poszedł spod maski. Czekając, aż Tomek znowu mnie zawoła, rozglądałam się po desce rozdzielczej, do schowków z nudów zaglądałam i zobaczyłam, że obok przełącznika świateł ktoś zostawił taką obłą naklejkę, którą te bałwany doklejają na skórkę każdego, ale to każdego jabłka w kosmosie, żeby było wiadomo, skąd się wzięły. To na pewno nie Tomek, bo on na sam widok czegoś takiego dostaje szału. Więc jak nie on, to kto? Kto żarł jabłko w naszej toyocie?

W końcu wysiadam i lecę dookoła przyczepy, do Herkulesa. Tomek stawia akurat trójkąt ostrzegawczy – tylko po co, skoro zaraz go ktoś rozjedzie na plastikowe kawałeczki i jeszcze będzie się awanturował, wymachując rękami? Po co, pytam? Otwieram drzwi do przyczepy, a ten od razu tyłem, zadem, tyłem, zadem i stoi dumnie, chuchrzak jeden, na trzypasmowej supertrasie w samym środku stolicy!

Tomek sam dla siebie potrzebowałby takiego trójkąta ostrzegawczego, żeby powiesić sobie na plecach, tak się zdenerwował:

UWAGA! Jestem wściekły TOMASZ! Nie podjeżdżać!

A wścieka się dlatego, że przejechaliśmy trzysta… nie… czterysta…

– Sześćset kilometrów – mówi TOMEK. – Sześćset kilometrów z Herkulesem do weterynarza pod Warszawą i zostało nam może trzydzieści. I co teraz?

HERKULES miał najwyraźniej pomysł na to, co teraz… Znam tego gada na wylot, bo go kocham, od kiedy był takim małym chucherkiem

– bo podchodzi do mnie i dzióbie mnie tą swoją paszczą… („Chodź, przejedziemy się, no chodź, co tak będziemy stali”).

Tomek już nawet tak bardzo nie wrzeszczał, tylko dał mi plan i coś tam narysował, gdzie mamy na niego czekać.

– No to ruszamy! – I wskoczyłam na grzbiet Herkulesa.

No i pokazali w telewizji, jak jadę między samochodami, jak HERKUŚ stuka podkowami, jak ludzie ze zdumienia opuszczają szyby i szczęki im opadają. Jakiś śmigłowiec to wszystko nagrał i PUŚCIŁ NA ŻYWO na całą Polskę, jak schodzimy sobie z PANEM H. z trasy, mijamy szkolną wycieczkę i emerytów w kawiarni i wchodzimy do parku. Mama wydawała właśnie podwójne mionowo-agrestowe, kiedy rzuciła okiem na telewizor, wiszący wysoko na ścianie. Lody spływały po palcach, wafel miękł, a mamę zamurowało, podobnie jak miejscowego wodza gimbazy Staszka Nitrasa. Kolejka się zrobiła, a Mamsko moje w ekran się wgapia. A przecież my musimy sprzedawać, bo nas zamkną.

9:25

Herkules stoi sobie na trawniku w parku i gryzie trawę, a ja pokazuję tutejszym słabiakom, jak na prowincji potrafią wspinać się po ściance. Bo to akurat umiem nieźle. Tylko patrzeć z góry już mniej. O wiele mniej. To jest zupełnie nie ça va.

Rozdział 8

Stojący w szeregu chłopcy, elewi szkoły chorążych, modlą się po cichu, żeby kara nie była zbyt dotkliwa. Najwyżej godzina stania na mrozie na baczność w samych podkoszulkach. A dla niego karcer. Żeby się na tym skończyło. Lecz gęba sierżanta jest coś za bardzo roześmiana – a to zły znak.

– Rebiata, dobre nowiny! Moskiewskie radio właśnie doniosło, że Związek Radziecki zdobył złoty medal w hokeju! Na Olimpiadzie!

– Huuuuurraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! – odbija się echem po sali wypełnionej pryczami.

– Spocznij. Dlatego przyniosłem ze sobą ten oto kij hokejowy. Tak żeby było w temacie. Brakuje mi tylko krążka. Nie widzicie go tu gdzieś?

Elewi uśmiechają się półgębkiem, spoglądają z mieszaniną przerażenia i pogardy na klęczącego przed szeregiem chłopca. Z czoła ścieka mu duża brązowa kropla i zatrzymuje się nad górną wargą na pierwocinach wąsów. Jasne, proste włosy utytłane są w gównie z latryny.

Sierżant robi kilka kroków do tyłu, bierze zamach i rusza, nabierając rozpędu wzdłuż szeregu śledzących go uważnie, jak na comiesięcznej paradzie, pięćdziesięciu par oczu.

– Huuuuraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Drewniany kij hokejowy styka się ze skronią chłopca i pęka.

***

Minęła setka wiosennych, a potem jeszcze dwa tuziny dusznych letnich dni.

– No w końcu! Zuch! Maładjec! – wykrzyknęła siostra oddziałowa, kiedy ujrzała jego otwarte oczy. Wadim Władymirowicz Łunaczarskij wybudził się ze śpiączki. Nie potrafił rozpoznać sterylnego, bladoniebieskiego wnętrza ultranowoczesnego szpitala. Gdy ujrzał swoją wychudzoną twarz w lustrze, siebie także nie mógł rozpoznać. Nie pamiętał swego imienia, ale i tak wkrótce zastąpiono je innym.

Rozdział 9

Na wysokiej na kilka metrów i porośniętej zielonkawoniebieską trawą nadwiślańskiej grobli ustawiła się w dwuszeregu grupka ubranych na czarno oficjeli. Wielkie czarne parasole chronią ich przed przelotnym deszczem oraz spojrzeniami ciekawskich. Kolor ubrań i parasolów jest dobrany z rozmysłem, choć nikt tu nie przyjechał na pogrzeb. Delegacja, zajmująca miejsca na drewnianej trybunie pośród biało-czerwonych flag i furkoczących na lekkim wietrze transparentów z hasłami, uczestniczy w uroczystej rekonstrukcji pewnego nieszczęśliwego wypadku, którego przyczyn do tej pory nie wyjaśniono. Rekonstrukcja odbywa się co roku i jest niezmiennie kiczowato komitragiczna. Mgła, zapadający zmrok, siąpiący irytująco konsekwentnie jesienny deszcz i ginące gdzieś na horyzoncie szerokie wody środkowej Wisły tworzą dla działań Mazowieckiej Harcerskiej Grupy Historyczno-Odtworzeniowej doskonałą scenografię, która precyzyjnie oddaje okoliczności katastrofy, o której od kilku lat mówi się niemal nieustannie.

Schowany pod parasolem, przestępujący z nogi na nogę Prezes Marian Gniewski uskarża się na „rwanie w kolanach” i dreszcze. Na szczęście zarówno dla samego Prezesa, jak i jego zawsze usłużnie namolnego zastępcy, zwanego powszechnie „Wice”, ze względu na skromne szanse zajęcia miejsca swego pryncypała, rekonstrukcja wydarzeń nie jest wcale nowym poznawczo materiałem. Prezes i Wice stali bowiem w tym samym miejscu dokładnie trzy lata i trzy dni temu. Z tym że wtedy żyła jeszcze – choć już bardzo niewiele jej życia zostało – Wielce Zasłużona Siostra Mariana, kobieta, której odwaga podczas długiej opozycyjnej nocy, bohaterska, nieugięta postawa w więzieniu, a potem sprawne kierowanie państwem wyniosły ją do roli Matki Narodu, mimo że sama nie była nigdy zainteresowana posiadaniem dzieci. Może dlatego, że jej brat, obecny Prezes, wymagał niejakiej opieki – ciągle spóźniony, roztargniony i roztrzepany, jak jakiś profesor botaniki pędzący w środku dżungli za rzadkim owadem z siatką na motyle w ręce. Tyle że Marian nie był profesorem. Przynajmniej do czasu, gdy na rynku pojawiła się jego „biografia”, w której występował już jako profesor, a także jako jedna z najodważniejszych głów państw współczesnego świata, bezkompromisowy kontynuator dzieła swojej Siostry i tym podobne dyrdymały, którym Marian nie zaprzeczał. Wbrew podpowiedziom Wice, niespecjalnie rwał się, by je potwierdzać. Przecież nawet najbardziej niewydarzonemu historykowi – do momentu, aż archiwa zostały z nakazu Wice „zabezpieczone przed powodzią” i zalakowane – nie powinno sprawić trudności sprawdzenie, że Marian wcale się nie wyrywał z domu, gdy po ulicach jego miasta jeździły czołgi, a za oknami świstały kule. Jedna z nich trafiła niegroźnie Siostrę Mariana, ale to chyba nawet zasłużenie.

Siostra Prezesa zrobiła jednak błąd w jej naznaczonym sukcesami życiu. W pewien wrześniowy dzień, trzy lata od chwili, gdy harcerze rozpoczęli swą owiniętą w bawełnę mgły i ulewy „rekonstrukcję”, kawalkada rządowych limuzyn przywiozła ją właśnie tu, nad rzekę, gdzie wójt miejscowej gminy postanowił uruchomić przeprawę promową przez wody Zalewu. (jak się potem okazało – nikomu absolutnie do niczego niepotrzebną). Jedyny rejs promu jednak się odbył. Chociaż do dziś – kiedy to Prezes i podtrzymujący mu nad głową parasol Wice stoją, patrząc, jak grobla nasiąka i niechybnie osuwa się ku rzece – trwają spory, czy przerwany „kilkanaście lub kilkadziesiąt” metrów od portu rejs można zaliczyć jako „rejs odbyty”, czy też nie. Dla Siostry Prezesa, która stała wtedy na rufie promu, sprawa jest dość oczywista – jej życiowy rejs dobiegł końca, także symbolicznego. W odmętach matki rzek polskich zanurzyła się po wsze czasy Matka Narodu. Trwało to zresztą kilka dobrych minut, podczas których funkcjonariusze wszystkich możliwych służb w panicznym szale biegali jak mrówki wzdłuż brzegu, a potem na pomost i z powrotem. Niektórzy rzucili się nawet do wody, ale śmiałkowie zostali zepchnięci rwącym nurtem w dół rzeki i tyle ich widziano. Teleobiektywy kamer ustawionych na grobli widziały, jak Siostra Mariana podnosi rękę do góry w statecznym, i ostatecznym, pożegnaniu. Chwilę potem prom, którego szczelności nie przyszło nikomu do głowy sprawdzić, poszedł na dno. Kapitana widziano później schnącego i trzeźwiejącego w zaciszu nieodległego klasztoru, a jeszcze przed przejęciem sterów promu stopniowo, ale skutecznie nietrzeźwiejącego w zajeździe Srebrna Rybka przy drodze krajowej.

Kiedy przemoknięci harcerze zbliżają się już do Prezesa z kwiatami, których nazwy gatunkowe ten zapewne wymieniłby po ciemku, jego uwagę zaprząta miedziopierś górska. Ważka tak rzadka, że właściwie na tej szerokości geograficznej nie ma prawa się pojawić. A jednak. Siada na kancie jednego z portretów Siostry Prezesa i przygląda się „rekonstrukcji” z wyraźnym zainteresowaniem.

– Miedziopierś – szepcze Prezes przez wąskie wargi.

– Słucham, Panie Prezesie? – Wice ma słuch bardzo wyczulony na głos Prezesa, a i zmysł służalczości go nie opuszcza, zwłaszcza w momentach, kiedy Prezes bardzo go potrzebuje. Czyli wówczas, gdy trzeba się pojawić publicznie, uścisnąć dłonie, przejść się wśród robotnic w fabryce, kucnąć w środku kręgu utworzonego przez drobne rączki przedszkolaków. Sam Prezes najchętniej zwiedzałby lasy i pola, gdzie jego łysiejąca głowa ledwo wystaje ponad łany pszenicy, albo ostatecznie ogrody zoologiczne, gdzie czasami udaje mu się wmieszać w szkolną wycieczkę i chociaż na chwilę zniknąć z pola widzenia ochrony.

– Górska, skąd ona się tu wzięła?

– Złapać?

W kieszeni Wice brzęczy telefon komórkowy. Mężczyzna marszczy czoło i strzyże uszami jak koń.

– Powiadomię go, oczywiście. Są straty? Czy są… ofiary? – dopytuje

Wice z niejaką nadzieją, bo każdy polityk doskonale wypada pośród wiązanek kwiatów. Również ten w drugim rzędzie. I nawet nie musi rozróżniać tulipana od goździka. Ważne, że białe i czerwone.

– Ewakuujcie… Mokotów też. I szkoły.

– Jaka… kapsuła? – pyta wydobywający się z zamyślenia Prezes, gdy udaje mu się odłożyć na przednie siedzenie rządowej limuzyny czwarty już portret w oleju przedstawiający Wielką Siostrę w młodości, ofiarowany mu przez miejscowego malarza amatora w ostatniej chwili, zanim ochroniarze wepchnęli swego szefa do samochodu.

– Tego nie wiadomo. Co gorsza… czujniki stołecznej służby ochrony środowiska wskazują na rosnące stężenie gazu w powietrzu…

– Do kuchenek?

– Oby tylko. Nie zapamiętałem nazwy. Zresztą jest tak długa, że wymawiałbym ją do samej Warszawy.

– Demonstranci czekają?

– Nie udało się ich rozgonić, chociaż… chwileczkę… – Wice telefonuje do kogoś przez minutę. – Ta bzdurna… zagraniczna biografia Pana Prezesa… już w trzech księgarniach zdjęli ją z witryn.

– To dobrze… – zamyśla się Prezes. Somatochlora alpestris nie daje mu spokoju.

Z zamyślenia wyrywa go głos Wice:

– Przepraszam bardzo, Panie Prezesie, ale czy możemy chociaż na chwilę… – Wice napotyka nieobecny wzrok szefa. – Chociaż na chwilę wyłączyć… Ten Wagner wciąż… Panie Prezesie… każdemu by się przejadł.

Kierowca limuzyny i ochroniarz na pierwszym siedzeniu z nadzieją spoglądają w lusterko wsteczne.

– To może coś innego?

– RMF?

Chwila ciszy. Kierowca spogląda wymownie na ochroniarza.

– Z Wagnera. Macie tam… na przykład… niech będzie Latający

Holender. Bardzo muzykalny… pouczający utwór.

Odzywają się jednocześnie dzwonki telefonów Wice oraz radiotelefon ochroniarza. Na desce rozdzielczej miga lampka rządowego połączenia.

– Kapsuła… ta, którą wykopali w metrze… trzeba ją natychmiast przewieźć w bezpieczne miejsce. I Pan Prezes musi osobiście się tam pokazać. Odważnie.

Marian Gniewski przez chwilę obserwuje migającą lampkę, po czym kieruje wzrok na szybę. Krople deszczu układają się pod wpływem pędu w interesujący wzór. Jak zmarszczki na jego twarzy, których przybywa po każdym występie w telewizji. Zwłaszcza na żywo.

***

W studiu telewizyjnym trwa rozmowa z historykiem. Idzie na żywo. Młody magister historii nowoczesnej, ubrany w brązową zamszową marynarkę i białą, rozpiętą pod szyją koszulę, ma tremę. Od takiego występu wiele zależy.

– Po klęsce III Rzeszy na wielu obszarach, w tym w Polsce, operowały oddziały tak zwanego Werwolfu. Byli to maruderzy, niedobitki Wehrmachtu i SS…

Tymczasem pod budynek telewizji podjeżdża limuzyna Prezesa. Kierowca z trudem znajduje miejsce do zaparkowania wśród setek manifestujących. Trzymają transparenty: „GDZIE BYŁEŚ NAPRAWDĘ?”,

„KIM JESTEŚ, MARIAN?”, ktoś przekreślił zdjęcie Gniewskiego grubym czarnym mazakiem. Zdjęcie Siostry Prezesa ten sam mazak otoczył czarną obwódką. Obok stoi ktoś z planszą z napisem: „Wyjaśnić katastrofę!” naklejonym na zdjęcie rzecznego promu. Nawet przez grube szyby do wnętrza limuzyny dochodzą okrzyki:

„Oszust! Wstyd! Twoja siostra przewraca się w grobie!”

Prezes wysiada z limuzyny. Mruczy pod nosem, przedzierając się do wejścia:

– Durnie. Przecież ona nie ma grobu.

Po przerwie reklamowej rozmowa z historykiem trwa:

– …owszem, rozkaz podejmowania akcji sabotażowych dogasająca III Rzesza wydała, ale ich skalę specjalnie wyolbrzymiono… Dziennikarka ledwie nadąża za drepczącym korytarzem w zdumiewającym tempie Prezesem. Towarzyszą mu nieustannie nadskakujący Wice i paru agentów obstawy.

– Za kwadrans wchodzimy na wizję.

Gniewski robi gest, jakby chciał się odezwać, ale Wice jest szybszy:

– Pan Prezes nie odpowie na pytania dotyczące swojej przeszłości. Bohaterowie nie mają się z czego spowiadać.

Kiedy tylko zapala się czerwone światełko kamery skierowanej na historyka, prowadzący wywiad dziennikarz spogląda nerwowo na zegar.

– …oddziały Werwolfu były złożone z różnych, nawet egzotycznych narodowości…

– Czy wiadomo, co się z nimi stało? Wyłapano ich? Wybito? Rozeszli się do domów?

– Wielu z nich nie miało dokąd wracać. Byli swego rodzaju… toutes proportions gardées… żołnierzami wyklętymi. Wyklętymi w swoich ojczyznach i znienawidzonymi w krajach, które ucierpiały w wyniku ich straszliwych zbrodni. Zresztą… zresztą niekoniecznie. Niektórzy z nich nigdy nie mieli okazji do choćby jednego wystrzału. Weźmy taki Hinduski Wolny Legion Waffen SS…

Młody historyk uśmiecha się z ulgą. Koniec wywiadu jest bliski, a jemu idzie jak po maśle. Za szybą widzi przyglądającego się mu obojętnie Prezesa Gniewskiego. Wywiad z nim opóźnił się o całe trzy minuty. Zwolnienia z pracy wręczył dziennikarzom, zgodnie z poleceniem poirytowanego szefa, rozbawiony Wice Migalski, zanim jeszcze Prezes Gniewski opuścił budynek. Do końca dnia był w doskonałym humorze. Rozmowa toczyła się głównie wokół entomologii.

Rozdział 10

ULICE WARSZAWY. ZMIERZCH

Jadącemu na kolarzówce studentowi w dredach drogę zajeżdża pędząca kolumna wojskowych ciężarówek, poprzedzana przez pilota i policjantów na motocyklach.

PILOT:

– Wykonujemy planowany skręt w Niepodległości. Trochę nam się robi tłoczno…

Niepostrzeżenie pomiędzy pędzące ciężarówki wsuwa się niewyraźny kształt.

KONTROLER z Warszawskiego Ośrodka Kierowania Ruchem:

– Dwójka, podjedź bliżej czoła. Masz lukę, odbiór.

Kierowca dociska gaz. Z przedniego zderzaka sypią się iskry. Licznik obrotów ciężarówki na czerwonej skali. Silnik wyje.

KIEROWCA:

– Nie mogę przyspieszyć. Coś mnie blokuje! Przed ciężarówką nr 2 sypią się iskry.

KONTROLER pokazuje dowódcy wydruk z fotoradaru.

– Tam stoi WSR-12. Najnowocześniejszy, jaki mamy. Tylko on to mógł wyłapać.

DOWÓDCA AKCJI ogląda wydruk, na którym widać niewyraźny kształt samochodu.

– Do wszystkich jednostek zabezpieczenia. Obcy pojazd w kolumnie! Dwójka, ostry skręt w prawo. Osłona na przód!

Ciężarówka nr 2 spycha jadącą prawym pasem furgonetkę. Zjeżdża szaleńczo na bok w ślimak wyjazdowy. Ciężarówka nr 1 gwałtownie przyspiesza, motocykle gnają za nią na pełnym gazie. Ciężarówka nr 2 nie wyrabia na zakręcie i przewraca się na bok. Otwierają się drzwi. Wypełza ranny kierowca. Za ciężarówką hamuje pierwszy motocykl policyjny. Kolejny na syrenie szybko się zbliża. Z rozdartej plandeki wystaje jajowaty metaliczny przedmiot.

Kolumna aut wraz z ciężarówką nr 1 pędzi środkiem trzypasmówki. KIEROWCA:

– Zrozumiałem. Za kilometr. Bez odbioru.

Kolumna zwalnia i odbija na przyautostradowy parking. Gdy tylko pojazdy się zatrzymują, żołnierze wyskakują z ciężarówki. Odsłaniają plandekę, pod którą wisi przywiązany sznurkami jajowaty kształt. Tną sznurki, po czym… gumowy balon wzlatuje ku górze, a następnie spada na beton parkingu i podskakuje niczym zabawka, popychany i kopany przez rozbawionych chłopców w mundurach, nieświadomych, że są obserwowani. Jakieś dwieście metrów dalej porzucona puszka po seven-upie zostaje sprasowana pod ciężarem przedniego koła niewidocznego pojazdu, tego samego, który parę minut wcześniej bez kłopotu wcisnął się niezauważony w chronioną wojskową kolumnę.

Znaczek łączności satelitarnej na wizjerze wbudowanym w czaszkę superagenta Siergieja Sierioznego przełącza się z zielonego na czerwony. Kreski siły sygnału spadają i nikną. Agent Sieriozny przestawia przełączniki zasilania trybu niewidzialnego w pozycję „wyłącz”. Jego pojazd, SuperPobieda, przypomina teraz nieco unowocześnioną radziecką „wołgę” z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. W jej chromowanych zderzakach odbijają się światła mknących autostradą TIR-ów. Przestrzeń między przednimi i tylnymi siedzeniami zajmuje złoty samowar. Woda zagotowała się właśnie na wrzątek, o czym sygnalizuje migający bursztynowy samowarek na pulpicie auta. Siergiej wyjmuje ze skrytki puszkę z herbatą, podważa wieczko, klnie cicho, gdy kilkanaście listków wysypuje się na podłogę, wsypuje herbatę do szklanki w charakterystycznej złoconej podstawce, a następnie odkręca kurek w samowarze i patrzy, jak nalewa się kipiatok. Może ją trzymać palcami, które odmroził sobie jeszcze w dzieciństwie, gdy „przyjaciel matki”, zataczając się, wtargnął do izby, kopniakiem zrzucił sześciolatka z barłogu i chuchając mu prosto do nosa alkoholową przemocą, kazał szukać w samym środku syberyjskiej nocy drewna, by podtrzymać ogień pod gulgocącą aparaturą do produkcji samogonu.

Nieoczekiwanie kontrolka łączności satelitarnej przeskakuje z lampki czerwonej na zieloną. Siła sygnału z wychodzącego właśnie zza horyzontu satelity „Woschod 14” osiąga na ekranie pokładowym SuperPobiedy maksimum: pięć kresek. Obok włącza się sygnalizator transmisji danych.

Szklanka z herbatą wyślizguje się z tężejących palców Siergieja i spada na podłogę SuperPobiedy. Kapiąca z nosa krew spływa po pulsującej od napiętych żył szyi. Jakby ogarnięty napadem objawów choroby Tourette’a, Siergiej w niekontrolowany dla siebie sposób wali głową w kierownicę. Wyrzuca ręce na bok, kość wskazującego palca lewej ręki pęka. Siergiej miota głową, jakby próbował zaprzeczyć jakiemuś oskarżeniu, krew leje się teraz także z lewego, naturalnego oka i rozmazuje się na przedniej szybie SuperPobiedy.

– Nnnnie, nnnnnieee. Nnnnieeee. Praszu ja was! Gnoje! Swołocz! Po kilkunastu sekundach lampka łączności satelitarnej gaśnie. Drzwi SuperPobiedy otwierają się z sykiem i wypada z nich na ziemię niemal dwumetrowej wielkości krwawiące, trzęsące się ludzkie monstrum, pół-zwierzę, skarcone za niewypełnienie rozkazu. Monstrum, wstaje, i zataczając się podchodzi do stojącego obok parkingowej toalety metalowego kosza na śmieci. Wyrywa go z betonu i zgniata w dłoniach, razem z gnijącymi w środku resztkami jedzenia, roluje go jak ręcznik kąpielowy i ciska w ciemność.

Rozdział 11

SALA ŁĄCZNOŚCI ROSYJSKIEGO WYWIADU

Kilku wojskowych w rosyjskich mundurach obserwuje ekrany przekazu satelitarnego. Na jednym z nich widnieje wywrócona ciężarówka. Spod wygniecionego brezentu wystaje jajowaty kształt w metalicznym kolorze.

KOMENDANT (do telefonu):

– Agent Sieriozny nie odzyskał Wrjemiachoda. Plan A nie powiódł się. GABINET SZEFA WYWIADU NA EUROPĘ WSCHODNIĄ

W skórzanym fotelu zasiada mężczyzna o grubym, czerwonym karku ze śladami po ledwo zaleczonej łuszczycy. Ręka z dymiącym papierosem między palcami sięga do stojącego na stoliku obok koszyka z jabłkami. Druga przyciska do ucha słuchawkę telefoniczną. Pułkownik Rodionow bierze do ręki jabłko. Już ma je schrupać, gdy dostrzega na nim naklejkę. Próbuje ją zdrapać paznokciem.

– No niczewo… Niczewo.

Naklejka schodzi z jabłka z kawałkiem skórki. Pułkownik pomaga sobie zębami.

– Złapcie dziewczynę… tak… wiem, że to niełatwe!!! Potrzymajcie ją trochę. Marian Grigoriewicz szybko zmięknie. I odda, co nie jego.

Rodionow odkłada słuchawkę i przykleiwszy kciukiem naklejkę na zdjęciu Ali Pajączka, pożera jabłko, mlaskając niemiłosiernie. Następnie wstaje i ciska w okno ciężką popielniczką z grubego kryształowego szkła. Popielniczka odbija się od pancernej szyby i roztrzaskuje o podłogę.

SALA PROJEKCYJNA OŚRODKA BADAŃ JĄDROWYCH W KONSTANCINIE POD WARSZAWĄ

Sala jest wyciemniona i niemal pusta – znajdują się w niej jedynie profesor Prinke, pięćdziesięciosiedmioletnia blondynka w szarym żakiecie, Wice-Migalski oraz Prezes Gniewski. Na ekranie trwa projekcja czarno-białego filmu dokumentalnego: naukowcy w kitlach, starty rakiet, uczeni radzieccy w marszu pierwszomajowym, wykład uczonego itp. Profesor Prinke daje znać ręką i operator zatrzymuje film. Stop-klatka.

– Wielu filozofów, a także fizyków uważa, że przyszłość nie istnieje, w każdym razie jeszcze nie. Przeszłość z kolei – ta już jest za nami.. Zostaje nam tylko teraźniejszość… ta „linia graniczna” między przyszłością a przeszłością. Wniosek mało satysfakcjonujący, zgodzi się pan, bo jakże może istnieć granica między dwoma nieistniejącymi bytami? Granica między czymś… czego nie ma?

Prinke daje znać ręką, projektor furkocze, połykając pierwsze centymetry taśmy, i na ekranie pojawia się uśmiechnięty radziecki uczony. Zwraca się do kamery i odzywa zachrypniętym głosem.

– Teraźniejszość jest jak jeden z południków na kuli ziemskiej. Uczony bierze do ręki globus z zaznaczonym południkiem. Kręci nim. Południk przekręca się i znika za krzywizną kuli.

– Przesuwa się jedynie, ustępując przyszłości w wiecznych tego globu obrotach. Lecz dalej istnieje.

Z ciemności sali dobiega głos Mariana Gniewskiego:

– Istnieje… teoretycznie?

– Nie tylko. Jeśliby przez kulę przewiercić tunel…

Prinke wstaje z miejsca i wychodzi przed ekran, na którym kamera dokumentalisty z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku pokazuje skomplikowane urządzenia, omotane siecią rur i kabli. Zgromadzeni w tajnym ośrodku radzieccy uczeni spoglądają do planów. Nagle kamera wychwytuje podczas panoramowania stojącą na uboczu nieukończoną… kapsułę!

– Ale… ale skąd wziąć energię? Tam potrzeba miliardów tera… Gdzieś w ciemności rozbrzmiewa spokojny głos z wyraźnym rosyjskim akcentem:

– Są spasoby.

Prinke gestem zaprasza swego doktoranta z Kujbyszewa. Ten staje obok niej w świetle projektora i wydaje się nieco zakłopotany w swoich niemodnych okularach w złotych drucianych oprawkach i szarym garniturze.

– W 1968 roku jedno z… urządzeń zbaczyło z trasy. Tak gieograficznie, jak i… temporalnie. I utkwiło tu. Przerażające skutki dla tkanki czasowo-przestrzennej ukryła radziecka propaganda.

Kamieniew wskazuje na ekran. Wydarzenia pochodzą z późniejszych lat, bo obraz jest wyblakły, ale już kolorowy. Na miejsce zapadliska dojeżdżają na sygnale wozy saperów, milicja itd. Ogromna fala przebija się przez tamę. Pod wodą znika całe miasto. Potężna fioletowa chmura nadciąga jak tsunami. Zapadają się i rosną łańcuchy górskie. Rzeki zmieniają bieg. Drogi razem z samochodami nagle wyłaniają się z nicości w samym środku tundry. Zaskoczeni kierowcy opuszczają swoje łady, moskwicze i wołgi. Chodzą, rozglądając się wokół, jak gdyby ktoś dosypał im do herbaty środków halucynogennych.

Prinke uśmiecha się z satysfakcją pod nosem, widząc na twarzy Wice-Migalskiego zdumienie wymieszane w równych proporcjach z przerażeniem. Prezes Gniewski wydaje się bardziej zaciekawiony niż wstrząśnięty.

– Kapsuła stoi w hali akceleratora cząstek. Zapraszam panów. Dowiecie się, skąd takie słone rachunki za energię.

Rozdział 12

Blog Pajączka

Gdyby tak mojej Mamie chciało się częściej zaglądać do Internetu, to pewnie przeczytałaby to wszystko, co poniżej, kiedy jeszcze można było coś zrobić. Po straż biec pożarną czy co, policję wzywać. Albo nie wiem, zadzwonić do Tomka, który pewnie gdzieś tam krążył toyotą z jedną przepaloną żarówką, ale za to z tysiącwatowymi szperaczami na dachu i pewnie by mnie wyszperał… mnie albo tego cherlaka Herkulesa… i zadzwonił do Mamy… A mówiłam, że taki telefon na kabel się przyda i to żadna oszczędność, że po co się go pozbywać? On był całkiem ça va i ta, jak jej tam, tarcza kręciła się śmiesznie, prawie jak karuzela na wesołym, co je stawiają na wylocie z miasteczka, gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej. Tyle że moja komórka zgasła, bo nie został w baterii nawet jeden użyteczny elektron, i nie wiem, jaki jest do Mamy numer, bo wszystko było w pamięci przeklętej Nokii. No, nie takiej przeklętej, bo i z tydzień czasem wytrzymywała na jednej baterii, zwłaszcza gdy się z Mamą pokłóciłam i się boczyłyśmy na siebie albo Tomek miał urlop i zamykał gabi na głucho. I jechał na te swoje kajty powisieć nad oceanem na spadochronie. Na samą myśl robi mi się jeszcze słabiej niż było przed chwilą, gdy ten obraz nie wpełzł mi przed oczy. Tylko gdzie on jest, ten Tomek? BO PRZECIEŻ NIE WRÓCIŁ BEZE MNIE? Już sobie wyobrażam ten dialog przy otwartej kadzi ze śmietaną do lodów. Tej, na której ktoś namalował czerwoną farbą literę „Alfa”. Jest jeszcze jedna taka kadź, tyle że z literą „Pi”. Pewnie mój Tato, żeby mu się coś tam nie pomyliło podczas eksperymentów. Dobrze byłoby mieć Tatę. Szybciej by mnie znaleźli.

TOMEK (jest cały blady ze strachu, ma mdłości, poci się na czole):

– Aniu… Ala… Pajączek się gdzieś…

ANIA (podnosi się na rękach, opierając je o podłokietniki fotela, i podtacza się bliżej lady):

– Pojechała odprowadzić Herkulesa? To już podgrzewam zupę. Dodzwonić się do niej nie…

TOMEK (szkarłatnieje na twarzy, zwłaszcza wokół pieprzyka na policzku):

– Aniu… ANIA:

– Też zjesz? Zjesz, niepotrzebnie pytam. Jak droga z Warszawy? TOMEK:

– Aniu… Proszę cię… (Niezręcznie mu powiedzieć: „Usiądź”, no bo

Mama… siedzi, chociaż chętnie by wstała). Policja…

ANIA (podjeżdża wózkiem do windy, chociaż ta jest wciąż zepsuta):

– Miałam dziś piętnastu… nie… czekaj… szesnastu klientów, wiesz? Mimo że… no, ciepło nie jest. Ala się nie przeziębiła czasem? Wiem, że jeździ z Herkiem w przyczepie jak głupia.

TOMEK (nabiera powietrza w płuca i trzyma je jakiś czas, aż dłużej już nie może):

– Policja w Warszawie szuka jej… ich. Herkules też… zaginął. Mama podjeżdża wózkiem aż pod Tomkowe stopy. Ten stoi w miej-

scu jak w słup soli zamieniony albo lepiej – w sosnę trzydziestometrową. Wtedy Mama podnosi głowę do góry, aż jej kark trzeszczy, żeby Tomkowi w oczy zajrzeć, i pewnie coś takiego mówi:

– Uważaj… Uważaj, co mówisz…

Tak ta rozmowa musiała wyglądać. I w tym momencie zadzwoniłaby komórka w kieszeni fartucha. Ktoś pewnie z komendy w Warszawie.

Tyle że tym razem nie byłaby taka harda ta moja Mama. Rozpłakałaby się. I płakała za mną jak za Tatą. To jej słynne „Odyseeeuuuuszszszsz”, które czasem z okna na piętrze da się usłyszeć przez huk sztormowych fal… Teraz by było jakoś tak:

– Alllllaaaaaaaaaaaaaaa! Alaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

I dalej już nie mogę, bo wiem, że to nie tak BY wyglądało, tylko tak to NAPRAWDĘ wyglądało, i to jest straszne, rozpaczliwe, w ogóle do kitu i nie ça va.

A tak się potoczyły wypadki z udziałem moim i Herksa.

Miejsce: Konstancin, po zmroku

Czas: godzina 21:58

Jestem wyczerpana spacerowaniem dookoła tej wiochy, chyba nawet bardziej niż Herkules. Gdzie, do… kurczaka, jest ten weterynarz? Miał być gdzieś w tym tu Konstancinie. Zatrzymujemy się przed narożnym sklepikiem Wacuś. Ciemność rozpraszają nieliczne latarnie oraz mocny halogen zawieszony nad wejściem. Tulę Herksowi paszczę i poklepuję go po zadzie. Dorzucam parę uspokajających słów prosto do ucha – on nim wtedy tak śmiesznie strzyże, choć to prędzej od mojego ciepłego chucha, ale gdyby rozumiał wszystko jak leci, to brzmiało to mniej więcej tak:

– Herkuś, ty się nic nie bój, gdzieś tu sobie… zaparkujemy na noc, a poza tym Tomek na pewno zaraz tu będzie, no i ten superdoktor Waldek może przyjedzie po piwo do sklepu i nas znajdzie, Herkuś, spokojnie…

Nie mam przy sobie ani złotówki, bo portfel zostawiłam jak najgłupsza kwoka w samochodzie. Ale sepagraw. Postanawiam wejść do sklepu i poprosić o wodę dla Herkulesa. Kiedy na niego patrzę, to nawet teraz, w świetle tego halogenu, wygląda na bardzo wychudzonego: żebra wystają mu już spod czarnej, lśniącej skóry. Jest jak prawdziwy Chudzielkules (brat Herkulesa chyba). Bardzo nie ça va.

Dopycham się do lady, kiedy widzę, że jest luka i pierwsza fala konstancińskich piwoszy wybaletowała ze sklepu ze zgrzewkami pod pachą i każdy z obowiązku coś zgryźliwego pod adresem Herku-Chudzielkulesa powiedzieć uznał za konieczne. Jeden z nich śmiał Herksa łapskiem dotknąć, a ten go nawet nie ugryzł, głupi osioł jest z tego konia czasem. Facet wygulgotał piwsko do dna, cisnął puszkę pod drzewo, wyjął komórkę z kieszeni dżinsowej koszuli i dziwnie się Herksowi przyglądając, ZADZWONIŁ DOKĄDŚ. DO KOGĄDŚ. Ale co tam. Sepagraw – kontynuacja sepagrawu.

Ważne, że udaje się przekonać sprzedawczynię, żeby napełnić wiadro wodą, takie do mycia podłogi. I żeby pierwsze (FOCH SPRZEDAWCZYNI!) wylała na ziemię za sklepem, bo przecież mydło do mycia podłóg w środku było, a to mocny zajzajer, więc dopiero drugie wiadro jest jakie takie. Na wszelki wypadek sama buzię swą delikatną zanurzam, żeby sprawdzić, czy aby-aby. Jest aby i jest sawa.

Tyle że kiedy trzymam głowę w wiadrze, jest to moment idealny, żeby zupełnie nie słyszeć podjeżdżającej pod sklep Wacuś ciężarówki.

I choć woda jest i zimna, i w miarę czysta, i bardzo przez Chuderkulesa oczekiwana, i bardzo zażarcie przeze mnie wybłagana, i przez sprzedawczynię łaskawie ofiarowana to na zewnątrz liczba chuderlawych, spragnionych Herkulesów spadła do zera! Herkules zniknął! Sepagraw – koniec sepagrawu. Jest bardzo nie sawa.

Na szczęście ciężarówka zostawiła ślady w błocku. A poza tym Herks, kiedy traci mnie z oczu i czegoś się boi, zaczyna rżeć. I to jak!

Może dzięki tym moim kościotrupim nogasom, a może dlatego, że dwie zawodniczki z CKS-u w Trzebiatowie się nie stawiły, może dlatego, że nic mi się po drodze nie poplątało, lewa z prawą, zostałam w zeszłym roku mistrzynią okręgu na 200 metrów, merci bien. I to z rekordem nawet. Nieźle, co nie? Teraz zrywam się do biegu, przeskakuję płot niczym końską przeszkodę na parkurze, swoboda! Luz! Wylatuję na drogę… i widzę wyraźnie koński zad, nie do pomylenia z żadnym innym! Odjeżdża w ciężarówce Star!

Odpalam kończyny i naprawdę szybko wyskakuje mi na liczniku maksimum, jak wtedy na stadionie, ale to w porównaniu z ciężarówką i tak kicha. Udaje mi się (chociaż, wierzcie mi, naprawdę wolałabym mieć tak z dioptrii minus dziesięć, żeby nie patrzeć jak mi Herksa kradną bydlaki) odczytać reklamę na ciężarówce, zrobioną chyba jeszcze w czasach potopu:

„Ob_ługa rzeźni. _ięso końskie. Hurt. Wasilew_ki i Synowie”

Gnam więc dalej jak na jakichś enerdowskich dopalaczach, co je widziałam na filmie w telewizji, i trzeźwieję dopiero, gdy tylna klapa ciężarówy z rżącym o pomoc Herksem znajduje się o centymetr od mojego nosa! Z kabiny kierowcy wysuwa się najpierw papieros, za nim owłosione grube przedramię, podwinięty rękaw koszuli w kratę i w końcu STRASZNA GĘBA Z GRUBYM NOCHALEM, UŚMIECHNIĘTA OD UCHA DO UCHA!

– Chodząca padlina! I to za darmo! Chyba przyszły święta! – rechoce w moim kierunku stary Wasilewski, a z drugiej strony jego trzej synowie, końscy rzeźnicy z powołania! Star strzela mi w twarz chmurą spalin i rusza wzdłuż płotu, na którym wisi tabliczka z napisem: „Ośrodek Badań nad Energią Jądrową Konstancin k. Warszawy”. A obok ostrzegawcza żółto-czarna koniczynka, którą wieszają na elektrowniach atomowych. Kątem oka widzę, że z pobocza rusza jakiś staroświecki pojazd. Włącza reflektory i zatrzymuje się obok mnie, sapiącej tak głośno, że to pewnie strażnicy pomyśleli, że uciekam z kilogramem uranu w kieszeni, który, jak wiadomo, ciężki jest… Drzwi pasażera otwierają się z sykiem, takim jak na amerykańskich filmach, kiedy ktoś ma coś do załatwienia u kapitana Kirka i wpada do niego do kabiny w środku nocy. No i świetnie, myślę sobie, zaraz dorwiemy koniokradów i wtedy zgłaszam się na policję, bo Mama pewnie jeździ już wózkiem w tę i we w tę po chodniku wzdłuż drogi.

– Za tą ciężarówką! Za moim koniem! Za Herkulesem, jedź pan! Skręca w lewo! Widzi pan…? W lewo!!!

I pakuję się do środka tej taksy, jakbym miała chociaż na trzaśnięcie drzwiami, a co dopiero na porządny pościg. Kierowca, który ledwo głowę pod sufitem mieści, rzeczywiście daje po garach! Tyle że wtedy nie zwróciłam uwagi, że był jakiś dziwny. No bo kto wozi w samochodzie złoty… jakiś baniak z kapiącym wrzątkiem?

– Może trochę trząść – mówi, odwracając do mnie swoje niebieskie oczy. Trochę jak moje, bo lewe mniej niebieskie, a bardziej takie czerwone? I zaczyna coś tam przestawiać w tej swojej konsoli, która przypomina centrum dowodzenia lotami kosmicznymi. Zdążam jedynie zobaczyć coś jakby… fioletową chmurę, jakby tunel, powyginany jak wąż do polewania trawnika, a potem to już tylko mruczę, chlipiąc, bo jest mi wszystko jedno. Sepagrawy szepczę sobie na pocieszenie. I od czasu do czasu:

„Herkuś. Herkuuuuuś”.

A prosiłam, żeby w lewo. Za ciężarówką.

Rozdział 13

Prezes i Wice siedzą na krzesłach na tle grubej pancernej szyby, za którą, w oświetlonym kilowatami jarzeniówek pomieszczeniu przypominającym dok stacji kosmicznej, stoi, pobłyskując metalicznie, wysoki na dwa metry jajowaty kształt. Technicy, każdy co najmniej z doktoratem z fizyki, poprowadzili do wnętrza kapsuły skręcone w wielobarwne wiązki przewody i podłączyli je do kilku staroświeckich gniazd ulokowanych pod klapkami u podstawy konsoli sterowniczej. Widoczne na drugim planie ogromne kilkudziesięciometrowe elektromagnesy sięgają sufitu. Pierścienie chłodzące ociekają skraplającą się parą. Przez pancerną szybę do przytulnej salki wykładowej dociera ledwo słyszalny, niski „brum” przepływającego prądu o dużym natężeniu. Na stole sali wykładowej leży teczka z grubej szarej tektury w bladozielony, „maskujący” wojskowy wzorek, z niebieskimi wstążkami.

Wice odchyla gogle jak u spawacza i zdejmuje pomarańczowy kask. Krople potu wypełzły na czoło i zlepiły resztki włosów.

– Panie Prezesie, gdyby… gdyby to było możliwe… Aż się nie chce wierzyć, prawda? Ale gdyby to było możliwe, Panie Prezesie… Panie Prezesie…

– Co takiego? – Prezes Marian Gniewski w zamyśleniu przygląda się wiszącej na naprzeciwległej ścianie instrukcji bezpieczeństwa.

– No, że to… jest wehikuł do…

– Do podróży w czasie? Wice przełyka ślinę.

– No właśnie. Gdyby to było możliwe… to ja wiem, co by Pan Prezes mógł zrobić…

Gniewski podchodzi do swojego zastępcy i z zainteresowaniem patrzy mu w oczy.

– Mmmożna by nie dopuścić do tej strasznej katastrofy, w której zginęła Pańska Siostra, nasza wspaniała…

– Wiem o kogo chodzi. Wystarczy.

Prezes kieruje wzrok ku błyszczącej sylwetce kapsuły. Jego równie jajowata czaszka lśni w blasku reflektorów niemal tak samo silnie.

– Kiedy opublikują moją biografię? Tę DRUGĄ biografię?

– Nnniepokornych dziennnikarzy? Ten stek bzdur i pomówień autorstwa byłych funkcjonariuszy tajnej policji? Komunistów? Esbeków? Tych samych, którzy Pana Prezesa katowali w… hm… kazamatach trzymali, ale Pan Prezes im nic nie powiedział, ani słowa…? Kto by się przejmował, Panie Prezesie…

Monolog doprowadzonego do samowzruszenia Wice zostaje przerwany. Gniewski, trochę wbrew sobie, lubi te opowieści i może również tym razem chętnie by posłuchał, tak jak dzieci lubią słuchać tych samych bajek na dobranoc. Klika jednak elektryczny zamek, sworznie we framudze cofają się. Otwierają się drzwi i do sali wchodzi profesor Prinke. Zdecydowanym ruchem kładzie na stole identyfikator.

– Ale my już mamy. Znaczy się: pan Prezes i ja – wskazuje na swoją wypiętą pierś Wice, nie po raz pierwszy w swej karierze stawiając siebie w jednym szeregu z szefem.

– Od dziś obowiązują nowe zasady. Dostęp do strefy SW-4 tylko dla najwyższych stanowisk w państwie.

Prezes Gniewski bierze do ręki identyfikator i uważnie go ogląda, po czym chowa do kieszeni. Profesor Prinke przykłada identyfikator do czytnika, grodzie otwierają się niczym wrota do Sezamu, lecz do hali wkraczają tylko lekko oszołomiony ogromem kolidera cząstek Prezes i prowadząca go pod ramię profesor. Wice, wyraźnie wściekły i upokorzony, patrzy przez szybę jak zbliżają się do kapsuły.

– Trochę się poobijała, ale to radziecka stal… – uśmiecha się z przekąsem Prinke.

– Widzę, że ją podłączyliście.

– Nasi technicy mieli z tym trochę kłopotów… Tylko proszę sobie nie robić nadziei. Nie mamy schematów, planów, opisu działania…

Wice, czerwony z wściekłości, uderza pięścią o pancerną szybę.

Łapie się za bolącą dłoń i wtedy zauważa leżącą na stole teczkę. Po chwili wahania próbuje ją otworzyć. W środku znajduje grube skoroszyty zapisane na maszynie po rosyjsku…

– Pozwoli pani profesor…

Prezes przykłada identyfikator do czytnika. Światełko wciąż pali się na czerwono. Zza pleców Gniewski słyszy miły, dźwięczny alt profesor Prinke:

– 021254. To moja data urodzenia.

Prezes wstukuje cyfry. Lampka świeci się na zielono. Gniewski uśmiecha się ze sztuczną wdzięcznością i umieszcza identyfikator w kieszeni. Gdy wracają do sali wykładowej, do uszu Wice dociera jeszcze końcówka rozmowy. Błyskawicznym ruchem chowa do kieszeni swój ultranowoczesny telefon z aparatem fotograficznym.

– …skutki dla czasoprzestrzeni? Otwarty tunel czaso-teleportacyjny? Nierachowalne. Jeśli prawa fizyki mają zostać dochowane to na każdą akcję musi być reakcja. Można się liczyć z najgorszym.

– Z końcem świata?

– Takim, jaki znamy, pewnie tak.

– To może i dobrze, prawda? – mówi Prezes, popadając w normalny dla siebie stan zamyślenia.

– Może dla pana, ale nie dla moich wnuków. – Profesor Prinke wyciąga na pożegnanie wypielęgnowaną dłoń. Wyćwiczonym gestem uniemożliwia Wice ucałowanie jej.

Rozdział 14

Zajmująca prawie pół pokoju w rządowym mieszkaniu zastępczym meblościanka na wysoki połysk pamięta jeszcze czasy wczesnych Beatlesów. Podobnie stereofoniczny gramofon z dwoma głośnikami, które można złożyć, by przenieść wszystko jak w walizce. Obok w szafce stoi kilkadziesiąt płyt gramofonowych.

W głębokim welurowym fotelu, oświetlony przez stojącą przy stole lampę ze szklanym zielono-niebieskim abażurem, siedzi Prezes Gniewski. Do otwartej skórzanej teczki, już i tak ciężkiej od dokumentów, Prezes wkłada z pieczołowitością kanapki, termos i jabłko oraz, po chwili zastanowienia, dwie pary majtek. Na stoliku obok leży identyfikator z Ośrodka Badawczego. Wszystkim czynnościom Prezesa przygląda się kot Mędel. Gniewski zostawia w misce trochę jedzenia, a na puszce umieszcza kartkę z napisem: „dwa razy dziennie”. Podchodzi do wiszącej na ścianie słomianki i spośród różnorakich pamiątek wypina znaczek „Solidarności” z biało-czerwoną flagą nad literą „n”. Kłuje się przy tym w palec. W naturalnym odruchu ssie kropelkę krwi, która pojawia się w miejscu ukłucia. Wkłada znaczek do teczki. Zamyka ją.

Kilkanaście minut później pod kamienicę na Mokotowie podjeżdża samochód. Prezes czeka już w zacienionej bramie. Jest w garniturze. Do kieszonki ma przyczepiony identyfikator Ośrodka Badań Atomowych. W ręku trzyma teczkę. Jest gotowy do drogi.

Rozdział 15

MOSKWA. SIEDZIBA ROSYJSKIEGO WYWIADU

Dymitr Aleksiejewicz Bogdanow, lat trzydzieści cztery, okrągłe okulary analityka, spieszy się na posiedzenie wydziału Europy Wschodniej. Pod pachą taszczy segregatory z papierami.

Wartownia. Pokazuje przepustkę-identyfikator. Drzwi się otwierają. Sala posiedzeń. Wokół stołu zasiada kilkunastu oficerów. Jedno

miejsce jest wolne. Pułkownik Aleksandr Rodionow ma podły nastrój.

– …każdy sałdat w swoim życiu chce zostać gierojem. Niektórzy wielkimi gierojami zostali – tak jak ja. Jak mój papa pod Kurskiem i dzieduszka na dalekim wastokie z Japońcami. A wy nie gieroje – tylko sroje! Sroje, żopy i gawno!

Oficerowie przy stole reagują strachliwie, chowając się za ekrany laptopów. Znajdujący się jeszcze daleko od ostatnich pozostających do pokonania drzwi Bogdanow wklepuje kod. Otwarte. Schody. Korytarz. Na jego końcu kolejne drzwi.

U tych, którzy ją widzieli z bliska, twarz pułkownika Rodionowa zostawia długo niegasnące wspomnienia. Ślady po ospie, szkarlatynie i niewyciśnięte wągry na nosie – to wszystko znajduje się teraz milimetry od oczu podwładnego. Rodionow prawie kładzie się na stole i wskazuje palcem na puste miejsce.

– Gdzie przebywa Prezes Marian Grigoriewicz – nie wiemy! A to

samaja wierchuszka polskiej władzy! To ma być wywiad?! Takiej swo-

łoczy jak Bogdanow to tylko jedno nada powiedzieć. Aż mu w kaczym mózgu pęknie żyłka!!! I w dodatku znowu opazdałsa swołocz!!

Rodionow nabiera oddechu jak przed skokiem w głębię oceanu. Wentyluje płuca. Haust powietrza potężny jak u wieloryba. W tym momencie otwierają się drzwi i do środka wsuwa się, chcąc pozostać niezauważonym, Bogdanow.

Rodionow uwalnia powietrze z płuc:

– Woooooooooooooon!!! Swołooooocz!!! Wooooooooooooon!!!!!!!

Bogdanow, który już-już wyciągał rękę do krzesła, by usiąść, sparaliżowany wrzaskiem trzaska obcasami, wykonuje sprawny w tył zwrot, otwiera drzwi i wychodzi. Rodionow siada uspokojony na swoim miejscu. Zapala papierosa i rozgląda się po sali. Na jej końcu mężczyzna w mundurze nieśmiało podnosi rękę. Luźnym gestem dłoni z palącym się papierosem Rodionow udziela mu głosu, sięgając jednocześnie po jabłko ze stołu.

– Z nasłuchu serwisu tłumaczeniowego Google Translate. Nasi ludzie przechwycili to wczoraj późno wieczorem. Dokumenty tłumaczone z rosyjskiego na polski. Lokalizacja się zgadza.

– Dawajcie.

Na ekranie pojawiają się zdjęcia dokumentów zrobione aparatem w telefonie typu Nokia.

– To z rządowego komputera w Warszawie. Tłumaczenie nawet udane. Instrukcja uruchomienia Wriemjachoda.

Rodionow chrupie jabłko.

– Domyśliłem się.

– Jest coś jeszcze. O wiele gorszego. W teczce są…

Rodionow ogląda ogryzek, szukając wartego zainteresowania kęska.

– No nie mówcie, że plany aneksji Krymu.

– Polski. W 1981. Za Breżniewa. W razie gdyby Solidarność narobiła towarzyszom z bratniej partii bigosu.

Rodionow siada głębiej w fotelu.

– Dlaczego bi-go-su? No dobra, poniał, poniał. Zwrot taki. Ale to by oznaczało trzecią wojnę. Kto wie – zastanawia się pułkownik i pakując do ust ogonek od jabłka, rozpiera się na fotelu – może i atomową…

– Według naszych szacunków trzydzieści pięć milionów ludzi zginie w ciągu pierwszych trzech godzin. Pozostali umrą w potwornych mękach. Kilka, kilkanaście, najpóźniej… rok po…

Przerywa mu siedzący do tej pory cicho oficer z drugiej strony stołu:

– Mamy pewność, że kapsuła jest już w 1981 roku. Marian Grigoriewicz z oryginałami dokumentów także. Wystarczy, że pokaże je… temu tam… Wałęsie, a ten… czort go znał.

Rodionow okręca się na fotelu i kieruje uwagę na Karamyłowa, który wolałby tego uniknąć.

– Wot gieroj. Świat chce zniszczyć polski bohatyr. Sieriozny działa?

– Mamy łączność przez satelitę pogodowego.

– To niech działa. A teraz szczerze. Jeśli ktoś skorzystał z kapsuły… o jakim natężeniu zjawisk mówimy? Tylko bez kłamstw.

Karamyłow zamyśla się.

– Naruszenie tkanki czasowo-przestrzennej… To jest niekalkulowalne.

– Coś jak w 1905? Ta eksplozja, która położyła drzewa w promieniu…?

– Czterdziestu kilometrów. Coś w tym rodzaju. Albo odpłynięcie Kamczatki na południowy Pacyfik… Wypadnięcie księżyca Jowisza z orbity. Tak z głowy podaję.

– Z głowy, czyli z niczego. Konkrety.

– Bogdanow… Bogdanow miał wszystko przy sobie, panie pułkowniku.

Płuca Rodionowa zasysają taką objętość powietrza, że inni w sali nie mają już czym oddychać. Pewnie dlatego robią się czerwoni na twarzach.

– Bogdanooooooooooooow…!!!!

Wrzask dobiegający zza drzwi zdaje się wypychać je na zewnątrz, aż trzeszczą. Stojący karnie pod ścianą Bogdanow czuje, że mdleją mu ręce. Wypełnione dokumentami segregatory uderzają z hukiem o wypolerowany parkiet. Bogdanow rzuca się na kolana i zaczyna pospiesznie, drżącymi rękoma porządkować papiery. Z perspektywy zawieszonych na wysokości dwóch metrów oczu Rodionowa taka poza jest jak najbardziej na miejscu.

Rozdział 16

Blog Pajączka

Budzę się z włosami postawionymi na sztorc do góry – wyglądają jak odwrócony wodospad, jakby je antygrawitony wypychały ku gwiazdom albo… hm… to też jest jakaś hipoteza… ktoś mi te włosy wywoskował najmocniejszą Wellą. Taką extra strong.

Rozglądam się i robię bilans, taki, jaki się robi, gdy się gdzieś spędza pierwszą noc i nie do końca wiadomo rano, gdzie się jest – może w domu jeszcze? Wokół nie ma: domu z moim łóżkiem i plakatem Joel Stevens – to taka mistrzyni ujeżdżania, strasznie sławna. Nie ma też Mamy ani… HERKULESA! Więc już na początek jest bardzo, ale to bardzo nie ça va. I niepotrzebnie o Herkulesie wspomniałam, ponieważ od razu płyną mi łzy… tylko jakby do góry, po czole, włosach i gdzieś znikają… Kapią w przepaść.

Zupełnie, jakbym siedziała do góry nogami. Jak astronauta.

Jak to „do góry nogami”?!!! Więc to nie Wella extra strong?!!! Chwileczkę… chwileczkę… O mamo! Kurka wodna! Ja cię kręcę!

Kurczaki! Dlaczego ziemia jest pode mną? Ja się na wesołe miasteczko nie wybierałam. Ktoś mnie zapiął w te pasy albo raczej taką uprząż jak u spadochroniarza. I co to za rzeka w oddali, za tym… to chyba dźwig… taki, jaki mają w portach? I dobrze, że mają, bo inaczej po co tu te… statki? Tam na dole nawet jeden z nich spawają. Aż się iskry sypią. Nasuwa się więc pytanie za dwa terakwadryliony powabnych kwarków:

CO JA TU ROBIĘ???

– Priwiet – mówi ten… taksówkarz siedzący na fotelu obok, wielki jak wiking, i gdy nie odpowiadam, zastanawia się chwilę i uśmiecha nawet. – Padażdaj.

Hm… Te oczy też ma jak wiking i włosy spięte do tyłu w kok. Tylko siwiejąca blond broda strzela wektorem w górę, jakby i jego nażelowali. Coś tam przełączył na konsoli obok kierownicy, bo słyszę wyraźnie po polsku:

– Cześć.

Ale tak, jakby to robot do odczytywania tekstów mówił, a nie człowiek:

„Trześć”.

I ten robot, jak się okazuje, ma jeszcze wiele do powiedzenia:

– Zaprzyj się nogami o deskę rozdzielczą i schowaj głowę między kolana. Będzie trzęsło. Jakby co, to wrzeszcz. Jestem Siergiej.

Coś tak smutno to wypowiedział, ale może nie lubi swojego imienia. Ja do tej Apollonii też nie jestem przekonana… Wiking Siergiej wstukuje jakieś dane do pokładowego komputera, zupełnie jak Han Solo przed startem, przysięgam, a mnie wręcza gazetę, którą czytał, gdy się obudziłam. Hm… Ktoś sobie chyba w garażu na atramentówce z Carrefoura drukuje, bo niewyraźne to wszystko. Ale sepagraw. Na zdjęciach prawie nic nie widać, czarno-

białyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa… Trzęsie! Rzeczywiście trzęsie! Odpadamy od ramienia portowego

dźwigu, na którym wisieliśmy jak przyklejeni z pięćdziesiąt metrów nad ziemią!

PIĘĆ-DZIE-SIĄT METRÓW!

O czterdzieści dziewięć za dużo, jeśli ktoś by mnie pytał! Do góry nogami w ruskim aucie! A ja je dobrze znam, te ruskie sprzęty, bo Tomek miał kiedyś taką terenówkę, ale psuła mu się na każdym zakręcie i ją sprzedał. Więc odmawiam już zdrowaśki, czyli u mnie jedno ça va za drugim.

Ça va. Będzie sawa i nie walniemy o ziemię jak zrzucony ze śmigłowca garbus, którego mi na YouTubie kiedyś chłopaki w szkole pokazali. Odskakujemy w górę jak kauczukowa piłeczka odbita od niewidocznej podłogi. Często się mówi, że „żołądek podszedł do gardła”. Otóż mój podpełzł do góry, wychylił się przez gardło, rozejrzał wokół i postanowił, że mu mdło!

– Przeeeepraszam – charczę uprzejmie – ale… czuję się… bardzo nie sawa.

Nie ça va to po francusku, no prawie… Ale tak mówię, bo jest wygodnie i lubię.

– Są tu jakieś woreczki na wymioty? A kiedy skończę, to mogę się

już obudzić. Ja NIENAWIDZĘ latać! Nawet we śnie!

Tymczasem wiking Siergiej rozgląda się zaciekawiony i jedną ręką

steruje tym swoim ruskim Sokołem Millenium.

– Szczecin. Ładnie tu. I morze niedaleko. To tu według Churchilla zapadła żelazna kurtyna…

Powiedział tym swoim robotycznym głosem: „Strzetsin”. Jasne, nazwa nie dla każdego. Krążymy nad portem, gdzie kiedyś byłam na wycieczce statkiem z klasą, takim małym, białym, „Regina” czy jakoś podobnie. Na ekraniku między fotelami zapala się słowo „English”… i facet mówi głosem Churchilla! Tego angielskiego premiera, który wyglądał jak buldog. Tego z cygarem! Gdybym tylko ja tak potrafiła! To byłoby bardzo ça va. Albo very okej – mówię do siebie głosem buldoga

„From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic, an iron curtain has descended across the continent…”

Przełącznik przeskakuje na „polski” i ten Siergiej odzywa się po polsku, znów coś o żelaznej kurtynie, która zapadła między Szczecinem a czymś tam… I w tym momencie chyba dodaje gazu, bo przeciążenie wciska mnie w fotel, a gazeta opiera mi się o nos. No i widzę tam zdjęcie tego… Gniewskiego, rozdzielczość kiepska wyjątkowo, pełno tu czarno-białych kropek, ale ten Gniewski gna chyba nabrzeżem, a za nim dwóch innych facetów, może strażników. I wtedy zauważam datę wydania:

10 grudnia 1981.

Niby sepagraw, bo każdy może sobie wydrukować gazetę, jak mu strzeli do głowy, ale… przeczucia mam zupełnie inne. Dochodzą do głowy gdzieś z żołądka. Mdląca obawa. Nachylam się ostrożnie do okna i widzę, jak jakiś robotnik siedzi na wózku elektrycznym w stoczni i zajada bułkę. Inni taszczą ogromny transparent z napisem „Solidarność”.

Aż sobie odczytuję tę datę jeszcze raz dla porządku: tysiąc… dziewięćset… osiemdziesiąty… pierwszy? Dziesiąty… grudnia?

Moje… urodziny… Pierwsze!

Będą. Gdzieś tak za... piętnaście lat? Jak dobrze pójdzie.

– Sepagraw.

Tyle że to nie ja powiedziałam. Szybko się uczy, to trzeba mu przyznać. Zbyt szybko. Jak nie człowiek.

Rozdział 17

Kiedy kapsuła uderza w stertę żeliwnych odpadów zalegających w stoczniowym magazynie, żaden z pracujących na pochylni robotników nie słyszy raniącego uszy łoskotu. Odgłosy pracy stoczni, walenie młotów o blachę, syk spawarek, wycie potężnych pił do metalu, zagłuszają wszystko.

Prezes Marian Gniewski ostrożnie uchyla drzwi kapsuły i rozgląda się dookoła.. Przez magazyn przechodzi kilku skośnookich mężczyzn w garniturach, z teczkami w rękach. Gestykulują i głośno rozmawiają.

– Japończycy? Skąd się tu wzięli? – Gniewski przymyka klapę, ale coś zwraca jego uwagę: wiszący nad drzwiami magazynu napis: „Stocznia Szczecińska im. A. Warskiego”.

– Ki czort?? – Prezes wyciąga z teczki notes i ołówek. Stuka w klawisze wbudowanego w konsolę sterowniczą radzieckiego kalkulatora. Porównuje z obliczeniami w notesie. Wściekły łamie ołówek w rękach.

– Psia mać… Drobny błąd i od razu takie odchylenie. Do Gdańska… będzie… ze czterysta kilometrów?

Chwyta teczkę pod pachę i wyskakuje z kapsuły. Narzuca na nią znalezione w kącie pledy, deski i kawałki blach. Usatysfakcjonowany kieruje się do oświetlonego dziennym światłem wyjścia, gdy wtem! drogę zajeżdża mu pędzący na wózku elektrycznym mężczyzna w szarym fartuchu technika, którego poły furkocą na zimnym grudniowym wietrze. Wyjmuje z kieszonki okulary i przygląda się Gniewskiemu.

– Panie szanowny, pan to na ósmą miał być. Na ósmą pan zamówiony był. No, wsiadajżeż pan. Rzewuski. Kierownik z dwójki.

Zdezorientowany Gniewski zajmuje miejsce obok kierownika. Teczkę kładzie ostrożnie na kolanach. Ruszają wzdłuż stoczniowego nabrzeża. Ze stojącego na pochylni majestatycznego kadłuba statku sypią się iskry i spadają kilkanaście metrów w dół zanim zgasną jak noworoczne zimne ognie. Wokół kręcą się robotnicy. W tle powiewa wyblakły transparent. Białe litery na czerwonym tle. „VIII zjazd PZPR. Program partii programem narodu”. Prace na wysokości obserwuje z zadartymi głowami japońska delegacja. Obok nich stoi na oko sześćdziesięcioletni aparatczyk. Pokazuje coś wyciągniętą ręką, drugą trzyma kask. Jest wyraźnie poirytowany.

– No dobrze, żeś pan dotarł. Japońce coś tam gadają, a my z pierwszym sekretarzem ani kukuryku-jokohama, jak to się mówi. Pan długo był w Japonii? – Rzewuski naciska mocniej na gaz.

Gniewski potakuje, starając się schować przed podmuchami mroźnego wiatru.

– Weź pan sobie kufajkę z plandeki, bo mi pan zamarzniesz i dupa się dowiemy, czego te żółtki tutaj szukają.

Gdy dojeżdżają na miejsce, Gniewski słyszy koniec zdania wypowiadanego przez Sekretarza. Japończycy potakują uprzejmie.

– …masowiec o wyporności trzydziestu tysięcy DWT na zamówienie armatora norweskiego… Pan tłumaczy to?

Gniewski chrząka, jakby wpadła mu do gardła odporna na mróz mucha.

– Owszem.

Prezes szepcze coś na ucho najbliżej stojącemu Japończykowi, który uśmiecha się szeroko. Wszyscy znowu się uśmiechają. Sekretarz jest zadowolony. Pokazuje jakiś detal wysoko na nadbudówce, a gdy ponownie obraca się w kierunku delegacji, zauważa brak jednej osoby oraz konsternację japońskich gości… Gniewski gna po nabrzeżu, ściskając teczkę pod pachą, przeskakując nad polerami, wokół których owinięto liny cumownicze, niczym jamajski sprinter przez płotki.

Sekretarz rzuca się w pogoń, a Japończycy, podejrzewając, że to jakiś miejscowy zwyczaj, truchtają za nim. Gniewski odwraca się, by ocenić dystans – wtedy zderza się z wózkiem prującego w przeciwnym kierunku Rzewuskiego i wpada do Odry. Pogoń zatrzymuje się na brzegu, wyhamowując w ostatniej chwili.

Gniewski odbija się od zatopionego podczas wojny betonowego kesonu i wypływa na powierzchnię marznącej Odry, bezładnie wymachując rękami. Gdy jego głowa znajduje miejsce pomiędzy spływającą ku morzu krą, widzi jak robotnik w szarej kufajce biegnie do niego z kołem ratunkowym. Wyje syrena. Gniewski chowa się pod krą. Ciemność. Gdy wynurza się ponownie, ma przed oczami dziwną fioletową poświatę. Kiedy z najwyższym wysiłkiem odwraca się, starając się sięgnąć ku wyciągającym się do niego rękom…

… i widzi, jak słońce zachodzi między kominem a dziewiętnastowieczną halą zbudowaną z czerwonej cegły. Zanim zanurzy się jeszcze raz, kątem oka dostrzega mielące dostojnie wody Odry drewniane koło napędowe pasażerskiego parowca, który płynie kursem kolizyjnym wprost na głowę Prezesa! Zbliża się nieuchronnie, potężnieje... Dziób statku mija szamoczącego się w wodzie Gniewskiego o centymetry. Na nabrzeżu robotnicy wykrzykują coś niezrozumiale, gestykulują. Szare kurtki-waciaki i ochronne nauszniki gdzieś zniknęły, zastąpione przez czapki w kratkę i grube swetry z owczej wełny. Ktoś rzuca koło ratunkowe. Gniewski chwyta się go ostatkiem sił. I zanim zapadnie się w ciemność, omdlewając z wyziębienia, zauważa jeszcze wiszący na hali montażowej szyld:

„Stettiner Maschinenbau AG «Vulcan». Frohe Weihnachten und ein gutes neues Jahr 1898”

– Do siego roku tysiąc OSIEMSET dziewięćdziesiątego ósmego…?

– zdoła jeszcze wycharczeć zdumiony Prezes zanim straci świadomość.

Rozdział 18

Pisarz poprawia papier w maszynie. Poprzednia strona wyszła krzywo i ostatnie dwa zdania urwały się, zanim ktoś mógł je przeczytać. Zostały tylko po wsze czasy odciśnięte czarną czcionką na wałku.

Można się spodziewać, że po trzech dniach poszukiwań zmęczony jak pies i zrozpaczony jak człowiek, którego spotkało nieszczęście, weterynarz Tomek oraz siedemdziesięciu policjantów trafią chociaż na drobny ślad Pajączka. Na pewno wiele by pomogło zeznanie burkliwej sprzedawczyni ze sklepu na rogu, ale ta na widok masy niebieskich mundurów wyskoczyła przez okienko w mikroskopijnej toalecie na tyłach sklepu i zrzuciwszy w biegu białawy, poplamiony fartuch, zniknęła za rogiem i tyle ją widziano.

W WIECZÓR PIERWSZY, tuż po zgłoszeniu, wszystko wydaje się zwykłą formalnością – zgłaszasz policjantowi dyżurnemu, a on sprawdza coś w swoim zeszycie w kratkę z odręcznie wyrysowaną tabelką, podnosi słuchawkę i do kogoś tam dzwoni, od czasu do czasu uśmiechając się z zafrasowaniem, potem chwyta za radiotelefon i nadaje do wszystkich jednostek, czekasz jeszcze kwadrans, dwa… może trzy kwadranse i bach! Ala się odnajduje i już ją wiezie policyjny zespół interwencyjno-wywiadowczy, podjadającą snickersa za policyjne dwa złote trzydzieści groszy, bo pewnie Herkules się urwał i popędził w las, więc Pajączek ruszył za nim, a jakże, i teraz też się miota, żeby za tym jego Księciem policja po polach gnała.

Gdy jednak dwóch silnych policjantów wynosi wózek z komisariatu i stawia na zapiaszczonym chodniku, zarzekając się, że jakby co, jakby tamto, to wtedy na pewno… wówczas nadchodzi WIECZÓR STRASZNY DRUGI (sine dłonie przyciśnięte do zapłakanej twarzy, czas mija, chrzęszcząc i chrobocząc), który zastępuje WIECZÓR TRZECI (niezapamiętany, pełno pigułek i brak sił na porządne szlochanie). W WIECZÓR CZWARTY…

Ania leży na wznak na podłodze w mieszkaniu nad lodziarnią Akropolis. Drzwi do lodziarni są otwarte na oścież – każdy może wejść i najeść się do syta topniejących lodów. Ania wodzi po ścianach wzrokiem przefiltrowanym przez drżący, zaparowany od łez okular rozpaczy. Wzrokiem wieszczącym nadciągającą Żałobę i jej kuzyna – Obłęd.

Wzdłuż ściany skromnego mieszkanka ciągnie się regał z książkami, jakby przeniesiony z o wiele większego wnętrza, ściśnięty z obu stron, żeby go wpasować w niewielki salonik, aż wypiętrzył się do sufitu niczym Himalaje, wypychane wciąż do góry przez subkontynent. Książki stoją uszeregowane skrupulatnie od podłogi aż po sufit: z zakładkami wystającymi z rzędów, takimi, jak mają w antykwariatach,

żeby łatwiej było szukać: K jak King, Stephen

B jak Barnes, Jules

M jak… Moje Nazwisko, może kiedyś…

Tylko że w tej biblioteczce litery na zakładkach są greckie: od „alfa” na samym początku aż do „omega” na końcu.

Właściciel księgozbioru, Odyseusz umierał w szpitalu dokładnie dwieście czterdzieści trzy dni. Ania odzyskała

świadomość wcześniej. Już po miesiącu od wypadku. Odyseusz nie wrócił z tej ostatniej wyprawy już nigdy.

Ania jeszcze by pewnie pochlipała, szukając wzrokiem na regale tkwiącego między okładkami pocieszenia, a w końcu zasnęłaby na podłodze, okręciwszy się biało-niebieskim wełnianym dywanikiem w greckie wzorki. Tak WIECZÓR CZWARTY zamieniłby się w bezpajączkowy PORANEK PIĄTY. Wtem z regału, tuż obok zdjęcia Ali, zaburczał wściekle – jak schwytany w pudełko zapałek szerszeń – budzik! Staroświecki, emaliowany, z dwoma miedzianymi dzwonkami. Dzwonił z taką siłą,że aż przestępował z budzikowej nogi na nogę.

DRRRRRRRRRRRRR…..DRRRRRRRRRRRRR

Z taką siłą, że regał aż się zatrząsł, jak gdyby wybrzeże Bałtyku nawiedziło trzęsienie ziemi z epicentrum tuż pod lodziarnią Akropolis!

Réveil! Réveil!

Ania dźwignęła się na umięśnionych rękach i usiadła pod kaloryferem. Spojrzała na regał, na tę alfę i omegę, krynicę wiedzy, jak żartował czasem Odyseusz. Półki trzęsły się, jakby trzęsienie ziemi przybrało na sile, taka szóstka w skali Richtera. Książki wysuwały się z półek i wracały na miejsce, jakby sztormujący transatlantyk przechylił się na przeciwną burtę. Kiedy znów nastała cisza, Ania podpełzła do regału, żeby wsunąć na miejsce trzeci tom historii filozofii, stojący tuż obok zakładki z grecką literą „ᶲ”. Wydane w grubych oprawach tomidło spadło na ziemię, po drodze zahaczając o stopę Ani, po czym otworzyło się na literze „P”.

– Szlag by was wszystkich trafił, filozofów – powiedziała

Ania. – Ale wybaczam, bo chyba jestem nieczuła…

Ania wzięła stopę do ręki i wymasowała ją raczej z przyzwyczajenia niż potrzeby. W jej przypadku ból po takim zderzeniu z filozofią byłby cudem. Gdy dwadzieścia lat wcześniej patrzyła na oddychającego nierówno tłoczonym do płuc powietrzem Odyseusza, prośby o cud zaczęły zyskiwać przewagę w toczonym w umyśle meczu Nieugięte Niedowiarki kontra Zbankrutowani Agnostycy w Potrzasku. A teraz, no cóż – (włącza się w debatę Zbankrutowany Agnostyk) wójt nakazał wydłużenie chodnika do samej plaży i ekipa z młotami pneumatycznymi chce zdążyć z robotą przed przymrozkami. Stąd to trzęsienie ziemi w domu stojącym na palach, jedną nogą za krawędzią klifu.

Gdzieś po dwustu dniach czuwania przy łóżku Odyseusza Nieugięte Niedowiarki zaczęły ustępować pola, aż w końcu pohańbione faryzeizmem, który wypełza jak robaki z gnijących ścian wszędzie tam, gdzie rozpacz w opustoszałych domach usadziła swój ohydny bebech, w oczekiwaniu na to, aż kuzyn Obłęd doszlusuje w wygodnym dla siebie momencie, poddały się i do zajmowanego przez Odyseusza pokoiku na końcu szpitalnego korytarza, wkroczył dostojnie brodaty pop (z drużyny Zbankrutowanych Agnostyków – jak się później okazało w prywatnej rozmowie o cenie za usługę) z dyndającym na łańcuszku dymiącym przedmiotem. Ani chciało się wymiotować. Może i to dobrze, bo ileż można płakać, Aniu?

Gdy w dwie niedziele później Odyseusz odpłynął na zawsze, Ania zaczęła krzyczeć. Była tego dnia wypoczęta i odczuwała istnienie czegoś, a chwilami nawet Kogoś, dlatego kiedy zaczęła krzyczeć, usłyszeli ją pacjenci oddziału laryngologicznego z utratą słuchu drugiego stopnia. Nie był to jednak dobry sposób, by usłyszał ją Ten co trzeba, Ten, którego obecność drużyna Zbankrutowanych Agnostyków czasem sobie wmawia.

Ania krzyczała aż do samego pogrzebu. A potem chlipała wieczorami, tak jak dziś, jeszcze przez setki WIECZORÓW. Aż do narodzin Ali. Apollonii. Pajączka.

Teraz, gdy przeczytała już wszystko, co miała do powiedzenia historia filozofii o Pascalu i jego zakładzie, podparła się na jednej ręce i wsunęła książkę na miejsce.

– Sepagraw. Naprawdę, to jest całkiem ça va – wysapała, opadając na podłogę między „alfą” i „omegą”. – Chociaż nie wiem, jak ten… Błażej Pascal na tym ostatecznie wyszedł, ale wygląda to uczciwie. Taki jest więc zakład. Oddasz mi Alę. Bez jednego draśnięcia. Całą. Zdrową. I szczęśliwą. Dokładnie taką, jak ją zabrałeś. Jeśli dojadę.

Ania podpełzła do schodów, chwyciła za prowadnicę windy, gotowa ześlizgnąć się na plecach. Wtem siedzisko uruchomiło się samo, podniosło się i zablokowało, wszystko zgodnie z instrukcją. Winda była gotowa do użycia.

– No proszę. Apologeci wychodzą na prowadzenie. Niedowiarki upokorzone.

Winda centymetr po centymetrze, bucząc i skrzypiąc, zwiozła Anię na parter i zatrzymała się tuż obok otwartych na oścież szklanych drzwi.

A jeśli będzie padać? – zamyśliła się Mama Pajączka, wezwawszy do siebie wózek pilotem zdalnego sterowania.

– A jeśli będzie PADAĆ CAŁĄ DROGĘ? A jeśli będzie WIAĆ CAŁĄ DROGĘ? Właśnie, ile to będzie – pięćset, siedemset kilometrów?

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, na co patrzy. Na wieszaku przy wejściu wisiał całkowicie nieprzemakalny żółty rybacki kapok. Zapewne pozostawiony kiedyś przez jednego z roztargnionych amatorów lodów.

– Miły prezent na drogę, ale to nie wystarczy – powiedziała do siebie Ania głosem wynalazcy, który stoi u progu epokowego odkrycia. I zaczęła od wizyty w spiżarni.

***

Następnego dnia rano jadący na południe drogą numer jedenaście patrol policji minął poruszający się z prędkością dziewięciu kilometrów na godzinę ultranowoczesny wózek inwalidzki kierowany przez inwalidkę Anię. Kaptur pożyczonej od roztargnionego klienta żółtej rybackiej kurtki opadał pod naporem wiatru na jej drobną twarz, a wózek ginął z oczu w zawierusze zielono-żółto-czerwonych liści wzniesionych przez pędzącego TIR-a.

Nie dość, że nieprzepisowo powoli poruszający się nieprzepisowo poboczem, to jeszcze nieprzepisową przyczepkę ciągnął ten nieprzepisowy pojazd! A to już było dla starszego przodownika Roberta Kowalczyka za dużo.

Starszy przodownik wysłuchał – z rezerwą – opowieści mamy Pajączka, przytakując tam, gdzie wypadało, i marszcząc brwi losowo dosyć. Opowieść brzmiała dość dziwnie, tak samo jak dziwny był stojący w bezpiecznym miejscu na poboczu pojazd. I jego wypełniona lodami o różnych smakach przyczepa.

– Coś tam o tym Pascalu, filozofie, że niby kiedy się uwierzy, to jeśli On istnieje, dostaje się jakiegoś… Pajączka z powrotem, a jeśli nie, to i tak się nic nie traci, bo wszystko jest już na zawsze stracone… No, tak to zapisałem – zdawał relację starszy przodownik po powrocie do radiowozu.

Pisarz unosi ręce do góry i rozluźnia palce, po czym kładzie je ponownie na czarnych klawiszach Olympii. Czcionka się cofa, wałek przesuwa się w lewo, a nasączona tuszem taśma w prawo.

Aspirant Wróbel nie mógł jednak oderwać oczu od rozgrywanego właśnie meczu koszykówki drużyny „Kotwica” Kołobrzeg, dlatego nawet nie zdjął przenośnego telewizora z kolan.

– Za trzy! Za trzy i wpada! Remis! – krzyknął w podsumowaniu meldunku swojego podwładnego aspirant Wróbel.

Dlatego kiedy Ania ruszyła w dalszą drogę na południe, z eskortującej ją policyjnej kii, przedzierając się przez szum wiatru i hurkot zwalniających na widok policji samochodów, dobiegał głos komentatora oraz okazjonalnie wrzask lub jęk aspiranta Wróbla.

Tymczasem zbliżał się nieuchronnie WIECZÓR PIĄTY, a z nim pilna potrzeba szlochania. Był chyba nieco lepszy od dotychczasowych bezpajączkowych wieczorów. Bo przecież jakaś umowa jest, prawda? Jest zakład. Inaczej ta winda nigdy by sama nie ruszyła. Budzik nie zabrzęczał. Kurtka się nie pojawiła.

Pisarz przekręca wałek z papierem do końca, uwalnia zacisk, wyjmuje papier i odkłada na stosik koło pustej szklanki po herbacie. Tyle na dziś.

Rozdział 19

Pajączek przesuwa palce jeden po drugim w miejsce, gdzie szczelina się rozszerza, i wczepia się w nią opuszkami, jednocześnie szukając stopami oparcia o kilkanaście centymetrów niżej. Gdy je znajduje, przenosi ciężar ciała na podpartą w ubytku po cegle stopę i opuszcza się pół metra w dół. „Dół” to ważne słowo dla Pajączka. Słowo tabu. W dół się nie patrzy. W dół się nawet nie myśli. Pojękuje z wysiłku i klnie pod nosem na grudniowy wiatr niosący ze sobą zabójczą dla wspinacza odrzańską wilgoć. Ledwo odcinająca się na tle nieba, ponad stumetrowa wieża szczecińskiej katedry dominuje nad pogrążonym w egipskich ciemnościach miastem. Prądu brakuje od dawna, zwłaszcza zimą.

Gdy Pajączek zbiera w sobie odwagę i wychyla się nieco zza rogu wieży, podmuch mroźnego wiatru znad Odry sprawia, że lewa ręka wyślizguje się z bezpiecznej szczeliny i Ala przez kilka długich sekund wisi już tylko na kilku zgrabiałych palcach prawej dłoni.

Jakiś metr w prawo i będzie… będzie sawa. Resztki gniazda… Dobrze wam w tych ciepłych krajach, co? Ech. Tylko że trzeba…

Pajączek próbuje wymachu nogą, jak najdalej w prawo, tak żeby zaprzeć się w poziomie i odciążyć trochę naprężone prawe ramię. Kiedy nie udaje się za pierwszym razem, palce lewej dłoni ześlizgują się na kamieniu, który pod wpływem ciepła pajączkowych palców zwilgotniał i natychmiast zamarzł ponownie.

A… śliski jest drań i tak. Wiatr i deszcz, i co tam jeszcze. Wyślizgały go. Sepagraw.

Za drugim razem stopa trafia idealnie w założony punkt. Pajączek napina mięśnie, żeby zrealizować plan i dobrze się zaprzeć przed opuszczeniem drugiej nogi o dwanaście centymetrów niżej – ważne dwanaście centymetrów, bo jeszcze tylko dziesięć i Pajączkowe stopy w czarnych reebokach sięgną ramy otworu okiennego wychodzącego na wschodnią stronę katedralnej wieży. A za nim są schody. Schody, które prowadzą do wolności. Oczywiście jeśli nie spróchniały. Oczywiście jeśli w ogóle tam są.

Ali przydałyby się jeszcze ze dwie pary odnóży. Pająki zazwyczaj tyle mają. Choćby po to, żeby pędzić po pionowych ścianach w górę i w… bok. Teraz bardzo przydałoby się przesunąć w bok. Ale wiatr jest zbyt mocny. Zepchnąłby z wieży nawet pająka z przyssawkami.

Ali zaczyna brakować sił. Wychyla głowę i sprawdza, jak z tym wiatrem. Źle.

Najpierw obsuwa aż tam do tego wyłomu, tam, gdzie brakuje z połowy cegły, jeśli dobrze widzę, bo jak nie, to nie sawa. A potem się zobaczy. Bo… jest tak sobie, Mamo, wiesz? Lekki sepagraw. To jedziemy, bo palce marzną. Panie Boże, jeśli uda mi się stąd wyjść.. to nic Mamie nie mów, że.. że Cię poprosi-

łam, bo się wścieknie. Macie jakieś wasze z moją Mamą densy-dąsy. To jazda.

Cegła, w której utkwił odłamek bomby zrzuconej na Stettin kilkadziesiąt lat wcześniej z amerykańskiego B-17, mogła wypaść z muru już kilkakrotnie podczas nawiedzających Szczecin wichur. Ale została. Chyba tylko po to, żeby zmylić zsuwającego się centymetr po centymetrze Pajączka, który sięgał już swoją długą nogą do parapetu wnęki okiennej. Jeszcze dwa, trzy centymetry.

Nieeeeeeeeeee!!!!

Czy jest gdzieś ktoś, kto słucha ostatnich słów alpinistów? Ich ostatnich myśli? Prawa ręka Pajączka, w której został fragment pękniętej cegły z kawałkiem metalu, próbuje bezskutecznie znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. Wątłe, pająkowate ciałko Ali odrywa się od muru, próbując jeszcze chwycić się przesuwającego się w górę jak winda parapetu okna – tego, które miałoby być przepustką do wolności. Może by się udało, gdyby palce nie były napuchnięte od mrozu i wysiłku?

Kto ich słucha, tych ostatnich myśli? Przebiegających przez neurony w mózgu ostatnich szaleńczych skojarzeń?

Co było napisane? Co było napisane??? CO BYŁO NAPISANE NA TABLICY?

Réveil! Réveil m…!

Bezwładne ciało Ali spada i kiedy wydaje się, że nic nie jest w stanie jej uratować, tuż obok pojawia się SuperPobieda z Siergiejem za sterami. Superagent sprawnymi ruchami ustawia właściwą prędkość i koordynuje pęd spadania maszyny z Pajączkowym! Otwierają się drzwi i mocne ramię chwyta Pajączka! I wciąga go do środka! I nie puszcza wymiotującej ze strachu Ali także wtedy, gdy po odpaleniu silników korygujących SuperPobieda hamuje gwałtownie, o centymetry nad betonowymi płytami chodnika. Siergiej wynosi omdlałego Pajączka z pojazdu i układa go, jak tylko potrafi najdelikatniej, na pokrytym cienką warstwą soli betonie przy wejściu do katedry. W oddalonym o kilkanaście metrów budynku zakrystii otwierają się drzwi. Z potrójnym świecznikiem w ręku staje w nich wikary Janusz, w grubym baranim kożuchu narzuconym na komżę.

– Uważaj, dziecko, bo sobie nogę złamiesz. I Bóg wtedy nie pomoże. Nie od tego jest. Ślisko tu. I buty porządne by ci mama kupiła. I płaszczyk jakiś na zimę. Albo tata. Wikary rzuca ku klęczącemu przy Ali Siergiejowi krytyczne spojrzenie.

– Przypomnę jej. – Pajączek siada z cichym jękiem i chucha w ręce. – Chociaż to ja sama po galeriach łażę. Ten tu polar na przykład…

Ksiądz wikary nie wygląda na człowieka, który wiele z tego zrozumiał. Nie miał też czasu się zastanawiać. Jakieś dziwne odgłosy dochodziły z wieży. Żeby tylko młodzież znowu na schody nie wlazła. W każdej chwili grożą zawaleniem.

***

– Bałam się, że będziesz chciał…

– Że cię zabiję.

– Nie tylko to. Że.. no wiesz.. widziałam, w telewizji.. jeden taki porwał dziewczynkę.. do furgonetki wciągnął..

Pajączek patrzy z zainteresowaniem na opakowanie kefiru, który Siergiej zdjął z półki i podsunął jej pod nos. Oprócz tego oraz kilku bułek w tym dziwnym sklepie z pełnym zawijasów napisem „Społem” są jeszcze tylko powkładane jeden w drugi koszyki z metalową siatką oraz stojąca dumnie przy wejściu piramidka puszek z groszkiem. I jeszcze jedna na wystawie.

– Ja chcę wracać. Mama na mnie czeka. Ona nie lubi na mnie czekać. – Ala odgryza kawał bułki, ledwo się nią nie dławiąc. – Małtwisze. – Kęs bułki zostaje przełknięty i popity kefirem. – Martwi się, chciałam powiedzieć.

Na zewnątrz sklepu wschodzi zimowe słońce. Odbija się refleksami w oknach tramwajów wyprodukowanych jeszcze przed wojną. Przetaczają się hałaśliwie wzdłuż ulicy, kołysząc się na boki na powyginanych szynach. Jadące „szóstką” dzieci z niedalekiej podstawówki, z twarzami przyklejonymi do wychuchanych otworków w oszronionych szybach, spoglądają z zaciekawieniem w stronę stojących przed sklepem wielkiego wikinga i chudej nastolatki w reniferowej czapce i kożuchu tak długim, że zamiotła nim wejście do sklepu z brudnawej śniegowej ciapy. Siergiej bierze opakowanie z kefirem do ręki i otwiera je sprawnie.

– Żadne z nich? – pyta Ala. – Nawet jeśli się gdzieś schowają? Kto może być tak głupi, żeby… Nikt nie przeżyje? Nawet… gdzieś nad morzem? Widziałam film. O Hiroszimie. Tam też spadła taka bomba… Cienie po ludziach zostały tylko. I ci mieli lepiej… bo byli tacy, którym od gorąca i promieniowania schodziły z twarzy.. Twarze…. Mama nie puściła mnie następnego dnia do szkoły.

– A to czemu? – pyta Siergiej, obserwując z perspektywy swoich dwóch metrów pracę w stoczni, tuż za płotem z pomalowanych na zielono metalowych prętów.

– Bo chciałam wpie… zlać Powabnego… mojego nauczyciela od fizyki… To głupie, nie? Bo co on może? Bronił się, że rozszczepienie atomów to nuda i go to nie obchodzi. – Pajączek spogląda pożądliwie na kefir w ręku Siergieja. – Że to dla barbarzyńców. Ty jesteś barbarzyńca, nie, Siergiej? – Łza cieknie po Pajączkowym policzku i znika w futrzanym kołnierzu.

– Czekamy do jutra. Jeśli go nie namierzę, wracamy. Ale…

– Bzdura.

Ala zadziera głowę, aż napotyka wzrok Siergieja. W jego zwykłym oku widać coś więcej niż cień troskliwości.

– Bzdura to wszystko!

– Nie odwracaj głowy.

Kamera nałożona na oko agenta Sierioznego transfokuje obiekt oddalony o kilkaset metrów. Dwóch milicjantów rozmawia ze stróżem strzegącym wejścia do stoczni. Ten pokazuje ręką na stojących pod sklepem Siergieja i Pajączka. Ubrani w niebieskawe mundury, w czapki uszatki i pasy z przytroczonymi białymi pałkami milicjanci ruszają szybkim krokiem w kierunku wskazanym przez stróża.

– Podobno szybko biegasz.

– Kiedy trzeba… ale chyba nie w tym kożu…

– Skręcisz w najbliższą bramę. Ruszaj.

– Ale…

Pajączek odwraca głowę. Widzi zbliżających się milicjantów, którzy wyraźnie przyspieszyli kroku. Podkute buty ślizgają się na oblodzonym, nierównym chodniku biegnącym wzdłuż stoczniowego płotu. Ala nie rusza się z miejsca.

– Alicjo Odysejewna, proszę natychmiast…

Siergiej lekko popycha Alę, a potem coraz bardziej zdecydowanie. Jeden z milicjantów, biegnąc, rozmawia przez radiotelefon. Drugi odpina kaburę pistoletu.

Pajączek wciąż stoi, jakby jej szybkie zazwyczaj nogi ogarnęła choroba niechciejstwa. Siergiej nachyla się do ucha Ali i szepcze:

– To nie są zwykli milicjanci.

Pajączek zwleka z odpowiedzią i w końcu wypowiada to zdanie z namysłem:

– Może… może ktoś ich przysłał, żeby mnie uratowali? Niebarbarzyńcy na przykład?

Siergiej patrzy głęboko w oczy Pajączkowi, a potem na zbliżających się funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, których tożsamość jego wewnętrzny komputer zidentyfikował z rzetelnością danych na poziomie osiemdziesięciu sześciu procent. Stukot podkutych butów ginie w hałasie przetaczającego się tramwaju, którego motorniczy kręci zawzięcie korbą, chcąc przyspieszyć na tyle, by jego pojazd wtoczył się po śliskich torach na niewielkie wzniesienie.

***

Miejsca na podłodze katedralnej dzwonnicy ledwo starcza na posłanie z futra, które Siergiej rozłożył na ziemi dla Pajączka. Agent Sieriozny odsuwa na bok panel zdalnego sterowania SuperPobiedy, kuca obok i podsuwa Pajączkowi parującą na mroźnym powietrzu szklankę z czajem.

– Wrzątku zaraz zabraknie, więc może…

Spod kożucha jeszcze chwilę dobiega szlochanie i smarkanie, ale ciepło i zapach herbaty z konfiturami działają na Pajączka jak najlepsza przynęta. Kożuch odchyla się, ukazując zaczerwienioną twarz wśród czarnych lśniących włosów. Obok kożucha leży noktowizor podłączony do trzymanej przez Siergieja konsoli.

– Dobrze, że mi to pokazałeś. Bardzo dobrze. Już mi lepiej..

Pajączek siada, opierając się o mur, i chwyta szklankę za rączkę złotego koszyczka.

– Twoja… mama? Robiła te konfitury?

Siergiej przygląda się z zainteresowaniem świecącemu siną zielenią radarowi.

– Nie pamiętam. Nie pamiętam, jaka… kim była. Latem… zbierali-

śmy „rajskie jabłka”, tak się na nie mówiło, na dzikich jabłoniach rosły. Takie małe, kwaśne…

Pajączek wychyla głowę znad muru. Silny, ostry wiatr sprawia, że jej oczy znowu łzawią. W dole, przy szerokiej ulicy prowadzącej do mostu palą się nieliczne latarnie. Pajączek siorbie głośno, czym wyraźnie rozbawia rozglądającego się po okolicy agenta Sierioznego.

– Czyli to wszystko się już wydarzyło?

– Zapewne. Wielokrotnie.

– Te dzieci… w tramwaju… One nawet nie zdążyły spłonąć, tylko…

– Wyparowały.

– Ktoś przeżył? Na pewno…

– Tak źle nie można życzyć nawet wrogom.

Coś zwraca uwagę Siergieja, który dżojstikiem wystającym z konsoli steruje krążącą gdzieś nad miastem SuperPobiedą. Od nabrzeża nadciąga widoczna tylko w świetle latarni fioletowa chmura.

– Ale dlaczego ja? Po co? No oczywiście biegam szybko…

– I złazisz sprawnie po kościelnych wieżach… – Siergiej składa dżojstik i pakuje konsolę, ale uśmiech tężeje mu na ustach. Pajączek wyczuwa, że coś jest nie tak, i drżącą ręką odstawia szklankę na podłogę, pozostawiając w niej tylko palec, długi i wysmukły na tyle, że spokojnie można nim czerpać słodkie wiśnie z dna.

Siergiej staje wyprostowany na baczność, jak na paradzie przed samym generalissimusem. Wyprostowane ręce przepisowo opadają wzdłuż nieistniejących szwów na spodniach. Grymas na twarzy tężeje w bezmyślnym, bezgranicznym posłuszeństwie. Agent Sieriozny staje się taki, jakim go naprawdę zaprojektowano i wyszkolono. Agent Sieriozny jest też małym, bezbronnym chłopcem.

Tawariszcz Starszina… Dziś nie, ja proszę… To nie moja wina, nie moja.

– Podgatowka do prinjata sygnała –odzywa się Siergiej zupełnie innym głosem niż ten, do którego Pajączek zdążył się przyzwyczaić. Głosem automatona. Trzymająca wyłowioną ze słoika wiśnię ręka Ali zawisa w powietrzu. Od strony mostu dociera odgłos czołgowych gąsienic przetaczających się przez tramwajowe szyny. Pajączek wychyla się ostrożnie nad krawędź muru.

– To chyba czołgi…?

Siergiej odwraca się w stronę wskazaną przez utytłany w wiśniowych konfiturach palec Pajączka.

– Tak toczna! – odzywa się jeszcze raz Siergiej swym głosem podróbki Terminatora, a potem już jakby bardziej zwyczajnie. – SuperPobieda w gotowości. Ruszamy. On tu jest!

– Siergiej, spójrz!

– Wiem, czołgi przejeżdżają nocą do najważniejszych punktów w mieście. Wkrótce będą gotowi.

– Nie! Spójrz! Tam! Na moście! – Palec Pajączka jest już czysty, po konfiturze nie zostało ani śladu. Kamera w oku Siergieja wyostrza się na oddalony o kilkaset metrów most. Do białego mercedesa wsiada wciągnięty czyjąś ręką…

– Marian Grigoriewicz Gniewski – mówi Siergiej. Komputer identyfikuje Gniewskiego po wzroście: sto sześćdziesiąt dwa centymetry. I teczce, w której znajduje się mikroskopijny chip z nadajnikiem.

– Alicjo Odysejewna, czas na nas.

Drzwi SuperPobiedy, kołyszącej się jak łódka przycumowana do pomostu, otwierają się z cichym sykiem. Siergiej wskakuje na miejsce kierowcy i lekkim ruchem kierownicy przysuwa pojazd do muru. Nagle gdzieś z dołu padają dwa strzały. Pierwszy pocisk przebija podwozie SuperPobiedy i uszkadza system sterowania. Druga kula trafia superagenta Sierioznego tuż nad łokciem. SuperPobieda kołysze się na niewidzialnych falach jak łódka podczas zapowiadającego burzę pierwszego uderzenia wiatru.

Rozdział 20

Tłumek mieszkańców Świebodzina otacza ekipę telewizji w typowej „interwencyjnej” sytuacji. Najazd na twarz nieco spiętej reporterki. W kadrze widać podstawę cokołu figury Jezusa. Na dany przez producentkę znak, trzydziestoparoletnia Baronowa Stand-Upu, kończy ćwiczenia dykcyjne – wypychanie warg i mlaskanie językiem – i zaczyna czytać z ustawionego nieco obok kamery kartonu:

– „Świebodzin stolicą polskiej jumy” – taką opinię usłyszeliśmy od pana Adama Marciszonka, mieszkańca tego sennego miasteczka w Lubuskiem. Dziś jego wypowiedź ma szczególny kontekst. Ci ze świebodzinian, którzy już przywykli do tego elementu krajobrazu, obudzili się dziś w zupełnie nowej rzeczywistości.

Cokół jest… pusty. Reporterka upewnia się, że z wozu nadawany jest obraz z archiwum, rozluźnia się.

– Chyba nie ma wśród świebodzinian takiego, który nie zadawałby sobie pytania: „Kto zajumał figurę?”. Ale to tylko jedno z wielu zdumiewających wydarzeń ostatnich dni. W nocy z piątku na sobotę zniknął piętnastokilometrowy odcinek drogi S-8. Drogi właściwie gotowej do eksploatacji. Schła na niej farba. W niedzielę agencje doniosły o zniknięciu miasta w Rosji. Most łączący Szwecję i Danię przesunął się, według niektórych doniesień, o blisko czterdzieści pięć kilometrów… Chwileczkę… Właśnie się dowiadujemy, że w Poznaniu po nowo wybudowanym centrum handlowym nie zostało ani śladu. Czekamy na reakcję Rządu Jedności. W Warszawie budynki rządowe uzyskały dodatkową ochronę wojska.

Pod sklep naprzeciwko pustego cokołu podjeżdżają kolejne wozy telewizyjne. Ekipy pospiesznie wyładowują sprzęt. Talerze anten satelitarnych obracają się na dachach furgonetek, poszukując najlepszego sygnału. Świebodzin jeszcze dziś wieczorem będzie w wiadomościach CNN.

Wyróżniający się z tłumu schludnym, choć nieco staroświeckim ubiorem i fryzurą uginającą się pod warstwą brylantyny Mężczyzna z Wąsikiem pociesza jedną ze starszych kobiet stojących w tłumie. Głaszcze ją po głowie zawiniętej w barwną chustkę ze sztucznego jedwabiu. Na jego nieskazitelnie białej marynarce zostają ślady po łzach, ślinie i katarze. Królowa stand-upu kończy relację i oddaje mikrofon w ręce notującej coś w grubym zeszycie producentki. Przepychając się przez tłum w kierunku wozu satelitarnego, wpada na kuśtykającego spastycznie naprzeciw ośmioletniego rudzielca o piegowatej twarzy. Tłum wzgardliwie wypycha kalekę na kurzące się klepisko. „Debil” – słychać posykiwania. Chłopiec z godnością znosi ciosy, kopniaki, ból wykręcanych rąk, niby żartem próbuje się przytulić, rzuca się na kolana i łapie za łydkę kobietę ubraną w kwiecistą sukienkę bez rękawów, zawodzącą skrzekliwie maryjną pieśń.

Odtrącony jeszcze raz, chłopiec wstaje i przeciera oczy, drażniąc je kurzem, piaskiem i wstydem. Kiedy chwilę później patrzy przez cieknące łzy ku oddalającemu się spacerowym krokiem w towarzystwie wysmukłej, długonogiej piękności Wąsikowi, jego spojrzenie jest trzeźwe i rzeczowe.

Rozdział 21

SuperPobieda przechyla się na lewy bok i odpływa od muru.

– Alicjo Odysejewna! Ala! Nu dawaj! Skacz! Skacz!!!

Ala zwana Pajączkiem stoi na krawędzi muru okalającego dzwonnicę na najwyższej wieży w tej części świata i bardzo stara się nie patrzeć w dół! Stara się nie czuć, jak mocne są podmuchy zimowego wiatru. Nie słyszeć, jak wokół z cichym gwizdem odpadają z muru cegły, kruszone seriami wystrzeliwanych gdzieś z dołu pocisków. Pajączek chwieje się i chwyta ręką krawędzi otworu okiennego.

– Sepagraw – mamrocze pod nosem. I skacze.

Siergiej zamyka Pajączkową dłoń w stalowym uścisku i wciąga ją do środka SuperPobiedy. Konsola pulsuje czerwonym światłem, komputer pokładowy wydaje kolejne ostrzeżenia o zbliżającym się nieuchronnie zderzeniu z ziemią.

– Pull up! Pull up! – powtarza bezosobowy głos z głośnika.

Twarz Siergieja tężeje w potwornym grymasie. Krew wypływa spod rękawa i ręka ślizga się na kole kierownicy. Sygnał z satelity – osiem kresek na dziesięć. Program korekcyjno-karny właśnie kończy się ściągać do głowy agenta Sierioznego.

Starszina… izwinitje… izwinitje, ja was praszu…

***

Medale przypięte do munduru sierżanta dzwonią cicho, gdy ten, zamknąwszy za sobą drzwi szatni, podchodzi do siedzącego na ławce pod otwartą szafką siedmiolatka. Jedna z łyżew leży rozsznurowana na pokrytej zielonkawym linoleum podłodze. Chłopiec, oddychając płytko jak po ogromnym wysiłku, zdejmuje z głowy hokejowy kask, spod którego wystają sklejone potem blond włosy. Widząc zbliżającego się Starszynę, chłopiec, jakby odruchowo, wciąga kask z powrotem na kształtną główkę. Zza nasuniętej na twarz ochronnej kratownicy widać całkiem wyraźnie połamany kij hokejowy. Starszyna podsuwa go chłopcu pod nos tak blisko, że da się wyczuć zapach kleju.

Ja nie chciałem, towarzyszu sierżancie. Ja nie chciałem. Zawsze się łamią. Takie są. Klejone po sto razy.

Siergiej uderza głową o kierownicę, nie panując nad swoimi odruchami, jakby przez jego ciało przeszedł prąd o napięciu setek tysięcy woltów. Jakby ktoś chciał go ukarać.

– Trzeci w tym miesiącu połamałeś, swołocz! Wszo ludzka!

Następuje szybkie, wyprowadzone z nadgarstka uderzenie hokejowym kijem, od którego kratownica na twarzy przerażonego chłopca wgina się do środka, ale nie pęka. Chłopiec jednak nie tego obawia się najbardziej. W stroju bramkarza jest bezpieczny. Co innego w nocy, w spalnoj komnatje.

Człowiek-Waran wspina się po słupku i pełznie po pryczy. Ten wywieszony jęzor. Boże, ten jęzor!

Wtedy nie ochroni go nikt.

***

Gdy w końcu z ekranu na konsoli znika pulsujący czerwienią napis „Tryb korygujący”, Siergiej otwiera szerzej oczy. Krew płynąca z lewej dziurki w nosie miesza się z większą strużką wyciekającą z rękawa.

– Siergiej! Siergiej! Rozbijemy się! Czy ty tego nie widzisz… wredny ruski… typie? To jest bardzo, ale to bardzo NIE sepagraw!

SuperPobieda, pozbawiona sterowania, zmieniająca nieustannie kierunki, przelatuje nad dachami domów z wielkiej płyty niczym wypuszczona na sylwestra rakieta, ociera się o balkon jednego z nich i zaczyna kręcić się wokół własnej osi jak dziecięcy bąk.

Wychodzący z klatki schodowej nastolatek zadziera głowę do góry tak wysoko, że traci równowagę i potyka się o wilczura, którego wyprowadza na spacer.

– Spakojna – mówi spokojnie Siergiej, choć wszystkie kontrolki wciąż pulsują na czerwono.

Pajączek na siedzeniu obok zwisa w uprzęży, a z jego ust wylewa się

czerwona maź.

– Dżeeeeeem – charczy Ala. – To dż-dż-dżem. Rozbhijhemy sze… Uhważaj!

Siergiej w ostatniej chwili stabilizuje lot i udaje mu się jeszcze ominąć gruby pień czterdziestometrowej sekwoi, która wyłania się z ciemności wielka jak wieża. SuperPobieda ryje w miękkiej glebie długi rów, a potem szramę w lodzie pokrywającym parkowe jeziorko i zatrzymuje się pod pniem wysokiego drzewa, na drugim brzegu.

– Jałowiec wirginijski? – odczytuje tabliczkę pod drzewem Ala, gdy tylko udaje jej się wywlec na zewnątrz. – Skąd tu się wzięło drzewo z… Ameryki?

– Tkanka czasowo-przestrzenna… naruszona… – dochodzi głos z wnętrza kabiny. Chwilę potem agent Sieriozny siada obok Ali Pajączka pod grubym pniem. – Nic ci… nie jest? – Siergiej mówi z trudnością. – Ça va?

Pajączek rozgląda się dookoła z zainteresowaniem.

– Ten tu jałowiec należy do… Wiesz, co to takiego ogród dendrologiczny? Ja wiem, bo byłam z wycieczką. Fajne miejsce. Bardzo fajne miejsce… – zaczyna mówić coraz szybciej Ala, zachłystując się spazmatycznie. Płacze. Szlocha. – Bardzo fajne… miejsce. Krza-ki. Drze-wa. W samym środku… pu-szczy. Miłorzęby japońskie i takietamy! Jak na cmentarzu. Tylko że takim… o Jezu, powiem to w końcu: wypasionym… W sam raz, żeby się dać pochować razem z twoim ruskim złomem! Omal mnie nie zabiłeś, ruski potworze! Ruski potwór, cały we krwi!!! Jak te drzewa szumią… Ja już nie chcę… Przecież ty… zaraz… trafili cię? Jak na filmach? Ale to… sepagraw, co?

Siergiej spogląda na siedzącą pod drzewem z głową w dłoniach, trzęsącą się od płaczu dziewczynę.

– Za dwie minuty zza horyzontu wyjdzie Krasnodar II. Nie chcę, żebyś tu była, kiedy znowu…

– Wykrwawisz się i to już bę… bę… będzie nie sawa, a poza tttym ttto… już nigdy nie wrócę do mmmamy. Do Herksa…

Pajączek łka, schodząc powoli w kierunku stawu. Przez lodową pokrywę, jak blizna po cięciu szablą, przebiega ledwo widoczny w ciemnościach kilwater lądowania SuperPobiedy.

– Idę do wioski poszukać jakiegoś… bandaża. A ty lepiej napraw ten swój… wodolot.

Przeskakując przez płot zamkniętego na zimę arboretum, Pajączek słyszy jeszcze jęk i charczenie agenta Sierioznego, który odbiera swoją karę za niesubordynację. Rozkazy były przecież jasne: w przypadku zagrożenia dla tajnego sprzętu należy zabić świadków, a potem dokonać autodestrukcji. Świadek tymczasem drepcze po nieodśnieżonej brukowanej drodze, ślizgając się i mówiąc coś do siebie pod nosem.

Zupełnie nieświadomy tego, że jego kroki śledzi chowający się w cieniu drzew mężczyzna, ubrany w gruby płaszcz z czarnej skóry i oficerskie buty z cholewami. Gdy tylko Pajączek oddala się na bezpieczną odległość, mężczyzna o twarzy chłopca z pierwszego rzędu parafialnego chóru ostrożnie przeładowuje pistolet. Przeskakuje przez płot i staje pewnie po drugiej stronie, jak skoczek wzwyż po pokonaniu najwyższej poprzeczki na mistrzostwach. Zadziera głowę do góry, podziwiając najwyższą w arboretum sekwoję, po czym wyjmuje pistolet z kieszeni płaszcza i kieruje się ostrożnie ku SuperPobiedzie, migoczącej w oddali czerwonym światłem kontrolek na konsoli.

Skrada się jak waran.

Bo kto to widział być takim psujem?

Taką swołoczą?

Rozdział 22

– Ty go zabiłeś. Zabiłeś go.

Agent Sieriozny patrzy tępo przez szybę pędzącej po kiepsko odśnieżonej drodze SuperPobiedy. Reflektory wybierają z ciemności kształty drzew. Migoczą na czerwono słupki pokryte odblaskową folią.

– Patrz na mnie! Spójrz czasem na mnie! Zabiłeś tego faceta! Zabiłeś człowieka! I tak sobie popylamy ruskim pojazdem, jak gdyby nic się nie stało? Przełącznik ci się zepsuł? Już nie ma „po polsku”? „Przepraszam” wycofali ze słownika? Update ci przysłali?

Siergiej spogląda na ekran radaru. Przytrzymuje kierownicę ręką zawieszoną na temblaku z podartej powłoczki na poduszkę. Zmienia skalę i skanuje przestrzeń. Po teczce i Gniewskim nie ma na radarze śladu. Siergiej wyjmuje ze schowka mapę i kładzie między siedzeniami.

– Pochodzisz z tych stron… Zastanów się, którą trasę wybrał Gniewski. Pajączek milczy przez chwilę, po czym odwraca się do Siergieja.

– Jego też chcesz zabić.

– Pocisk… podobny do tego, jaki wyjęłaś z mojego ramienia… utkwił w oscylatorze grawitacyjnym. Nie polecimy już.

– Nie będę za tym tęsknić.

– Jeśli nie trafimy na ślad Gniewskiego, zanim dotrze do Gdańska…

– Kim był ten facet w płaszczu? I drugie pytanie: co zrobiłeś z jego martwą dłonią? Tą odrąbaną… Razem z pistoletem?

Siergiej długo patrzy przed siebie.

– Kim był ten…?

Zapada jeszcze dłuższa cisza. Tylko w widocznej na ekranie zakładce „języki” podświetlenie przeskakuje między „polskim” a „rosyjskim” i z powrotem, jakby komputer się zawiesił.

– On ubijca. Likwidator. I więcej nie trzeba o tym mówić. Nikagda bolsze. Już nigdy.

Pajączek opada ciężko w fotel. Odwraca głowę ku szybie. Jakby w roztargnieniu bawi się mapą, zaginając i prostując okładkę. W końcu mówi cicho:

– Takim jak ty?

Komunikat na ekranie konsoli przełącza się po kolei w różnych językach, jak w telefonicznym menu.

– Takim jak ty, Siergiej?

– Mjenja zawud Wadim. Wadim.

Pajączek zauważa wyryte scyzorykiem na desce rozdzielczej litery. Przełyka ślinę.

– Siergiej… Wadim… Ja nie wiem, kim ty jesteś… Nie wiem, z kim… To nie jest sawa, to wcale nie jest…

Agent Sieriozny odwraca twarz do Pajączka. Jego wzmocnione biotechnologicznie oko świeci na bordowo. W jego ludzkim oku pojawia się łza.

– Ja toże. Niczewo bolsze nie znaju. A czasem lepiej nie pamiętać.

Kiedy wydaje się, że cisza, która zapadła w mknącej na wschód poobijanej SuperPobiedzie, będzie trwać jeszcze bardzo długo, być może już do końca świata, Pajączek odzywa się w końcu, rozkładając na kolanach mapę:

– Masz tu jakieś radio? No, muzykę masz jakąś? Przydałoby się. Za trzy kilometry skręcamy na… hm… Chociwel. Chyba tędy pojechał … Chociaż mógł i bardziej na północ…

Pajączek jedzie po mapie swoim kościstym na wpół odmrożonym palcem, aż nagle pochyla się nad rozłożoną płachtą, wyraźnie czymś zaciekawiona, i przyświeca sobie latarką. Uśmiecha się do siebie z satysfakcją, jakby odgadła hasło krzyżówki, a następnie, chowając mapę przed wzrokiem Siergieja, zaznacza na niej ołówkiem jakiś punkt.

Nagle przed maską SuperPobiedy wypływa fioletowa mgła, widoczność spada niemal do zera i Siergiej zwalnia. SuperPobieda wpada we wstrząsy, wydaje się, że ktoś ułożył na szosie całą serię betonowych progów. Siergiej nie reaguje na pytające spojrzenie Pajączka. Wpatrując się w dane przesyłane prosto na siatkówkę oka, ostrożnie koryguje kierunek jazdy niemal niedostrzegalnymi ruchami kierownicy. Kilkanaście sekund później mgła rozrzedza się, wstrząsy ustają. SuperPobieda wjeżdża na idealnie równy asfalt świeżo wybudowanej dwupasmowej drogi ekspresowej S-8, tej samej, która zniknęła w dwudziestym pierwszym wieku. Siergiej wciska gaz do dechy. Punkt na radarze robi się większy i zaczyna pełznąć w stronę środka ekranu.

***

W sunącej dostojnie po poboczu pomarańczowej Lituanice śmigło obraca się coraz wolniej i w końcu staje nieruchomo. Otwierają się drzwiczki kabiny. Wyskakuje z niej niewysoki mężczyzna i zdziera z głowy czapkę pilotkę. Z wyraźną ulgą ciska ją w trawę. Za nim w drzwiach pojawia się drugi pilot. Siada na asfalcie i ściera pot z czoła. Nie ma siły na nic więcej.

Rozdział 23

Po obu stronach wyłożonego szarozielonym linoleum przejścia, pod ścianami bielonej wapnem szpitalnej sali stoją karnie, w idealnie równych rzędach, metalowe łóżka. Czyjeś delikatne, gospodarne dłonie zasłały je śnieżnobiałą wykrochmaloną pościelą, obłożyły troskliwie brązowym kocem, na którym spoczęła wypełniona gęsim pierzem, pachnąca czystością poduszka. Na łóżku oznaczonym numerem piętnastym, ubrany w pasiastą szpitalną piżamę, leży pacjent dostarczony do szpitala w stanie skrajnego wychłodzenia. Oddycha ciężko, pokasłuje. Ze spierzchniętych od gorączki ust wystaje szklany, rtęciowy termometr. Beżowobrązową teczkę ze świńskiej skóry, którą ów dziwnie ubrany mężczyzna trzymał w skostniałych od zimna dłoniach, ktoś postawił obok łóżka, na nocnym stoliku.

Otwierają się drzwi i do sali wchodzą, śmiejąc się i żartując po niemiecku, siostry boromeuszki. Z niemałym wysiłkiem taszczą środkiem sali nieporęczne urządzenie, coś jakby skrzynkę z wystającą korbką i srebrnym ramieniem zakończonym igłą. Wielka złota tuba ledwo mieści się w drzwiach salki przeznaczonej dla dyżurujących na nocnej zmianie. Gniewski wyjmuje z ust termometr, unosi się na łokciu, czeka chwilę, aż szczebiot zakonnic ucichnie, odkłada termometr na emaliowany spodek i ostrożnie wystawia nagą stopę na podłogę. Siada na łóżku i wysuwa głowę nad parapet.

Za oknem otwiera się perspektywa na nadrzeczny bulwar. Jadący po nim niespiesznie tramwaj konny skręca na zatłoczony most, którego środkowe przęsło unosi się, by przepuścić płynący dostojnie Odrą pasażerski parowiec. Komin statku zostawia za sobą smugę szarego dymu, w której giną na chwilę przejeżdżające przez most dorożki, uskakujący przed końmi piesi. W oddali, na stoczniowych pochylniach majaczą pękate kadłuby statków.

– Przecież to… to niemożliwe. Albo raczej… bardzo mało… hhhkkhh… prawdopodobne.

Gniewski łapie się za gardło, bo każda wypowiadana sylaba powoduje kłujący ból. Opada na łóżko, ale ciekawość pcha go do okna.

– Most… hhhrrrrr… Kłodny… wysadzony w powietrze pod koniec… hhhrrrrr… wojny… której najwyraźniej jeszcze nie było…

Z pokoju pielęgniarek dobiegają dźwięki odtwarzanej płyty: głównie trzaski i niewyraźny głos pieśniarza. Okrzyki radości i podekscytowania zagłuszają muzykę. Nagle Gniewski dostrzega w szybie okiennej swoje odbicie. Dębieje. Tym bardziej że obok w szklanym odbiciu widzi kogoś jeszcze.

– Haben Sie da etwa interessantes gesehen?

Gniewski nie jest w stanie oderwać wzroku od odbicia swojej twarzy w lustrze. Jest młodsza o kilkadziesiąt lat.

– Ja… – charczy skonsternowany Gniewski i nagle opuszczają go siły. Osuwa się do łóżka.

Jak dotąd pierwsza i jedyna w tej części świata kobieta internista, trzydziestopięcioletnia Simone von Schaz, podchodzi zaniepokojona do łóżka. Jej kasztanowe, sięgające niemal do pasa włosy płyną za nią, jakby unosząc się w powietrzu przesyconym mocnym zapachem środków dezynfekujących zmieszanych z lekką kwiatową wonią perfum.

– Latem jest jeszcze piękniej.

– Ja…

– Simone. Właściwie to doktor Simone von Schaz. –Jej piękny uśmiech tylko na nielicznych działa kojąco. – Podobno jedyna na wschód od Berlina… lekarka... lekarzyca? Nawet takie słowo chyba nie istnieje po polsku. Auf Deutsch auch nicht. Noch nicht. Jeszcze nie. Ale proszę się nie bać, nie skrzywdzę pana. Jak słychać, mówię po polsku, ale szybko mnie to męczy… Tak jak moich kuzynów z Posen, z Poznania – poprawia się szybko – ich mówienie po niemiecku jakoś męczy. Nawet kiedy jak te nakręcone katarynki o powstaniach bez przerwy głowę… mi trują.

Simone uśmiecha się jeszcze raz, zadowolona, że przyszło jej do głowy trafne powiedzonko, odwraca się na pięcie i chce odejść, ale coś ją powstrzymuje. Kiedy mówi o muzyce, sama rozkręca się jak sprężyna w katarynce.

– Jeśli nie przepada pan za… słyszał pan coś Wagnera? Wspaniały, prawda? Jakby co, proszę powiedzieć siostrom. Wyłączą tę przeklętą machinę, która… – Simone pochyla się nad Gniewskim. Jego młode oczy, wokół których kiedyś wypełznie siatka zmarszczek, teraz skrzą się energią człowieka, który umknął śmierci o włos. Simone podciąga koc swymi delikatnymi dłońmi, przykrywając Gniewskiego aż po czubek nosa. – …beznamiętnie kaleczy dzieło wielkiego mistrza. Aha, i proszę jeszcze nie wstawać. Miska… jest pod łóżkiem. Ledwo pana odratowaliśmy. Skrajne wyziębienie.

Gniewskiemu wydaje się, że doktor Simone odpływa do leżącego po drugiej stronie sali pacjenta, unosi się na niewidocznych falach. Zatrzymuje się jednak w połowie rejsu i pyta:

– A właściwie to jak pan się nazywa?

***

Gniewski budzi się w środku nocy. Dwóch pacjentów z naprzeciwka zniknęło, pewnie wypisani do domu. Starszy mężczyzna z łóżka obok zmarł jeszcze wieczorem. Gniewski podkłada ręce pod głowę i wpatruje się w grę cieni na oświetlonym gazowymi lampami suficie, jakby tam, na ledwo widocznej białej powierzchni, ktoś zainstalował ekran, na którym można śledzić losy wagnerowskiego Holendra tułacza. Powtarza cicho słowa pieśni dobiegającej z patefonu:

„Ha! Stolzer Ozean! In kurzer Frist sollst du mich wieder tragen!”

W progu pokoju pielęgniarek staje Simone, zaintrygowana dobiegającym do jej uszu przyjemnym barytonem. Kasztanowe włosy uwiązała na czubku głowy i w wątłym świetle gazowych lamp wygląda jeszcze piękniej. Chwilę patrzy w kierunku łóżka, na którym kilka tygodni temu – z jej polecenia – siostry ułożyły wyłowionego z Odry przez stoczniowych robotników dziwnego przybysza. Jak to możliwe, myśli, siadając przy stoliku z kręcącą się na talerzu patefonu płytą, że ten… przybysz, ten Holender tułacz zna na pamięć libretto opery?! Pewnie bywał w niejednej sali koncertowej. W Berlinie – tu twarz hrabiny Simone von Schaz jaśnieje od wspomnień z dzieciństwa – albo w Paryżu… Co tam w Paryżu. W Nowym Jorku! Tam pewnie kupił sobie paczkę tych miętowych… ciągutek, które znalazła u niego w kieszeni.

Wrigley’s.

Simone podnosi je bliżej oczu i obserwuje, jak listki gumy do żucia wysuwają się z zielonej paczuszki i wracają na swoje miejsce, gdy ją przechylić z powrotem. Kiedy słyszy głos z płyty, po raz setny zdaje sobie sprawę, dlaczego nie została śpiewaczką operową.

– Kochać operę, Fräulein, bhardzo phroszę, kochać można i trzebha, ale to nie oznhaatcza, że człowiek singen darf, że mu w ogóle śpiewać wolno.

Ileż razy słyszała te słowa od zrozpaczonych nauczycieli śpiewu. Choć teraz, gdy patrzy w swoje odbicie w lustrze, na swój lekarski, zapożyczony od mężczyzn, fartuch, nigdy by go nie zamieniła na nic innego. Nawet na recital w Metropolitan Opera. Na wieczór z Latającym Holendrem..

– Ach! Wie viel hab’ ich ihn zu fragen! Ich halte mich vor Neugier nicht. Schon gut! Sobald nur aufgetragen, hält hier aus länger keine Pflicht.

Nagle przez zachodnie okno wpada dziwne fioletowe światło, jakby ktoś tuż za szybą ustawił teatralny reflektor z fioletową blendą. Zaniepokojona Simone wbiega do sali, lecz łóżko tajemniczego przybysza jest puste. Przerażona podbiega do okna. Wśród fioletowej poświaty widać, jak biegnącą wzdłuż Odry szeroką czteropasmową arterią pędzą z zawrotną prędkością dziwne pojazdy, strzelając z rur wydechowych kłębami niebieskiego dymu.

Simone czuje, że za chwilę straci przytomność – ze zdumienia, z żalu – ale w ułamku sekundy wszystko wraca do normy. Płyta na patefonie kręci się dalej. Fioletowa poświata znika. Dziwny widok zza okna także. Zastępuje go ten dobrze znany. Dwukonny zaprzęg ciągnący tramwaj pełen radosnych twarzy zakręca z piskiem i wspina się po szynach w górę ulicy, ku centrum i dalej aż do pętli przy Apfelstrasse. Przechodnie, mężczyźni w paltach i kapeluszach, kobiety w sukniach do kostek wystających spod kożuchów i futer, uskakują mu z drogi. Simone otwiera okno i wpuszcza do środka wieczorny hałas miasta, delikatne tło symfonicznej orkiestry z nieodległego konzerthausu, szczęk stali przesuwanej suwnicami w stoczni, mowę miasta Stettina, który dopiero niedawno wypełzł zza swoich fortecznych murów, rozlał się po Wzgórzach Warszewskich, rozciągnął ramiona ku Odrze, ku morzu.

Płyta z Holendrem tułaczem zatrzymała się na ostatnim rowku i trzeszcząc, obraca się bezwiednie dalej.

Doktor Simone von Schaz miała twardy charakter, inaczej nie udałoby się jej ukończyć z wyróżnieniem uczelni zarezerwowanej dla mężczyzn. W kwadrans po zniknięciu „Polaka tułacza”, jak go nazwała, postawiła na nogi policję z całego landkreisu. A że sam nadburmistrz Haken zawdzięczał jej zdrowie i w samą porę wycięty wyrostek robaczkowy, poszukiwania prowadzono z mieszczańską precyzją i niemiecką nieustępliwością. Przeczesano cały Stettin, położone na prawobrzeżu miasteczka i wioski od Altdamm do Klütz. Gdy tylko zeszła kra, trałowce wypłynęły na Odrę i krążyły od brzegu do brzegu, zostawiając za sobą smugę czarnego dymu z kominów. Wszystko na próżno.

Wiele lat później, kiedy ucichły wystrzały drugiej wielkiej wojny, kiedy wciąż sprawne ręce Simone przestały być potrzebne do opatrywania ran i zamykania powiek umierającym w bólu chłopcom i mężczyznom w mundurach, ona sama odeszła także. Konzerthaus, w którym Frau Doktor zasiadała co piątek w ostatnim rzędzie tuż przy wyjściu, żeby zawsze zdążyć do szpitala na pilne wezwanie, znowu stoi. Białe jak szpitalne wnętrza ściany oświetla czasem fioletowa poświata.

Rozdział 24

Uginając się w kolanach i sapiąc, Pisarz taszczy po schodach szpulowy magnetofon, wielki jak komoda z Ikei, ale trzy razy cięższy (producent nie żałował na najlepsze transformatory, lampy i magnesy). Jedna z dwóch wykonanych z przezroczystego pleksiglasu szpul spada i toczy się po krętych schodach na parter warszawskiej kamienicy. Pisarz wznosi oczy ku górze, stawia ciężar pod drzwiami jednego z sąsiadów, blokując je na amen, wypowiada jedno, a właściwie dwa słowa-wentyle wściekłości i zbiega po schodach. Co kilka schodków wali pięścią o skrzypiącą, śliską jak tor bobslejowy poręcz.

Udaje mu się odzyskać szpulę, która wtoczyła się, podskakując radośnie po chodniku, prosto pod nogi listonosza. Kilka kwadransów później Pisarz złorzeczy na swój kompromitujący wręcz brak kondycji i przyklęknąwszy na jedno kolano, stawia magnetofon na podłodze swojej garsoniery, schowanej na poddaszu kamienicy. Po raz pierwszy w życiu zauważa z niepokojem, który natychmiast zamiata pod mentalny dywan, że lewa część twarzy tężeje, zamiera, jakby w stuporze, co przydaje się, ale tylko podczas wizyty u fotografa, za to w lustrze wygląda potwornie.

***

Lewa szpula zabytkowego magnetofonu kręci się na jałowym biegu jak samolotowe śmigło postawione „w wiatrak”. Pisarz siada z cichym westchnieniem na krześle przy biurku. Krzesło zsuwa się z podłożonej, zgiętej poczwórnie pocztówki z Tatr i kołysze się lekko na nierównych nogach, a może na równych nogach na nierównej podłodze. Ostateczne naukowe ustalenia tej zależności nie są Pisarzowi potrzebne. Zdecydowanym ruchem przesuwa emaliowaną na zielono maszynę do pisania Olympia na brzeg biurka, błogosławiąc w duchu jego wielkość, po czym natychmiast to odwołuje, gdy książki ułożone w stos na krawędzi biurka spadają na podłogę prosto na pozostawiony tam karton z resztką pizzy. Pisarz zagląda jeszcze pod biurko, żeby się upewnić, że w elektrycznym gniazdku w ścianie na pewno tkwi rozdzielacz, gotowy przyjąć nietypową już wtyczkę ponadczterdziestoletniego Uhera. „Magiczne oko” umieszczone w obudowie głowicy odczytująco-nagrywającej zapala się po rozgrzaniu do normalnej temperatury pracy i świeci pokrzepiająco na zielono. Pisarz odchodzi od biurka na dwa metry, dokładnie tyle, na ile pozwala mu wielkość pokoju, i spod ściany podziwia gotowe do pracy urządzenie. Z płóciennego harcerskiego plecaka wyjmuje sporych rozmiarów kopertę, wyłożoną w środku folią bąbelkową. Łamie woskową pieczęć, przecina paznokciem papierowy pasek z pieczątką i z koperty wysuwa się na biurko mniejsza od pozostałych szpula z nawiniętą po brzeg taśmą magnetofonową. Na samym środku znajduje się naklejka z sygnaturą akt oraz trzy litery: „IPN”.

– Dzięki ci, kuzynie – mówi Pisarz. Obraca szpulę w rękach pod światłem biurkowej lampy doczepionej do giętkiego sprężynowego wysięgnika. Wstaje i zakłada szpulę na bolec, odwija kawałek taśmy, ciągnie ją przez szczelinę głowicy i okręca wokół prawej szpuli. Zadowolony z siebie, siada i przez chwilę przygląda się z podziwem staroświeckiemu urządzeniu, po czym wciska biały przycisk z napisem „Play”. Plastikowa obudowa przycisku odskakuje gdzieś pod biurko, ale maszyneria uruchamia się. Obie szpule kręcą się miarowo, cicho szumiąc. Pisarz wciska przycisk „Pause”, wkłada papier do maszyny do pisania, przekręca wałek i ustawia go w pozycji gotowości. Wyprostowanymi palcami wskazującymi uderza w klawisze; czcionki odciskają się na przesuwającej się z każdym uderzeniem czarnej taśmie i w końcu na wystającej pionowo z maszyny kartce papieru.

Z umieszczonego z boku magnetofonu głośnika dobiega najpierw charakterystyczny hałas przesuwanego po stole mikrofonu, a potem głos mężczyzny. Pisarz pochyla się nad maszyną.

11 grudnia 1981. Ja… przepraszam… mam powiedzieć, że niżej podpisany? Bo to protokół i… (głos męski z boku, nieczytelny). Podporucznik Bolek Cz. oraz mój kolega chorąży Lolek B. (śmiech z boku). Ja już prosiłem sto razy, żeby koledzy w operacyjnym się nie śmiali z imion, bo to żadne tam służbowe pseudonimy, a jak się nie podoba, to niech sobie wieczorynkę obejrzą w telewizji i dadzą spokój, bo już, k… (wykasowane) mać, nie mogę (trzaski, hałas). Pełniliśmy służbę. Nocną znaczy się, od osiemnastej. Samochód służbowy Polonez, numer rejestracyjny… nie pamiętam… Zaparkowaliśmy obok dyskoteki U Wyszaka, tuż obok zamku, znaczy się pod zamkiem, no, nad Odrą prawie, pan major wie gdzie.

Lolek marzł na mrozie, znaczy się na czujce. On służbista jest, panie majorze, więc dupę sobie ochoczo odmrażał, a było czym, mróz był znaczy się. On jest szczególnie cięty na tych z opozycji, bo ma brata i ten sobie z niego łacha drze… Słucham? (głos z boku). Eee… kpi sobie, panie majorze… Ja wolę obcokrajowca, co mu się tam wmówi, że niby dolarów nie wolno mieć przy sobie, albo cinkciarza, znaczy się handlarza walutą, dolarami znaczy się.

Więc Lolek przez lornetkę obserwował most, którym zgodnie z wywiadem operacyjnym miały przejeżdżać (wycięty fragment) oraz (wycięty fragment, ale niedokładnie – koniec wyrazu jakby „-udzka”). Białym merolem… mercedesem… Namiar dostaliśmy od towarzyszy radzieckich, którzy… (wykasowane, pisk). Ja tu mam nawet raport, tyle że po rosyjsku… Agentka Sofija i agentka… sprawdzę, pseudonim chyba „Koss”… przewoziły przez granice niby to pieluchy dla dzieci, cukier, mąkę, dalej wymieniać nie będę, bo to u nas niczego w sklepach nie ma, więc… (wykasowane, pisk). A dobrze, to nie będę… Czy ja krytykuję? Czy ja… (odgłos jakby uderzenia, wykasowane).

To bolało… (głos z boku, coś jakby „…wam tak”) A tam w bagażniku podobno dla „Solidarności” papier i tusz, kserokopiarka podobno też, żeby te bzdety wredne o Polsce i… szefie też, no o samym towarzyszu generale, mieli na czym drukować… Mogę herbaty?

Pisarz wciska przycisk „Stop”, przytrzymując lekko plastikową osłonkę. Stawia czajnik na dwupalnikowej elektrycznej kuchence i nakłada gwizdek. Wraca do biurka. Po drodze podnosi z podłogi osłonkę do przycisku „Play”. Naciska go. Taśma rusza.

W końcu zimno się Lolkowi zrobiło, ręce mu zgrabiały od trzymania lornetki, więc wsiada do poldka i tak sobie rozmawiamy (pytanie gdzieś z boku: „O czym?”). Że Blues Brothers dają w kinach – ja trzy razy byłem. Taki film… amerykański, ale o tym, jak ta ich policja… To sami nieudacznicy, panie majorze. No więc Lolek się wybierał, bo w Kosmosie jeszcze puszczali… Panie majorze, tyle samochodów policyjnych, co oni tam narozwalali, to nam by dali jeden taki zamiast tego rzęcha, poloneza znaczy się (wykasowane, pisk), a no tak, przepraszam… Już nie będę, panie majorze… Mam krótko? No dobra… to będzie… krótko.

Na czym to ja skończyłem… Mogę herbaty? (z boku niewyraźne: „Bierz, k…”) Dziękuję. Więc pomyśleliśmy, że zaczekamy na sygnał od chłopaków z przejścia granicznego, że merc już wjechał, to się rozgrzejemy w tej knajpie, no U Wyszaka, a przy okazji się kogoś zgarnie za byle co. Wysiadamy, a tu szczęście mnie spotkało, tak… Jakie? Już mówię (siorbnięcie). Bo ja puszki po zagranicznych napojach zbieram – dużo mam w meblościance powystawianych, a tu patrzę, co wiatr przywiał: puszka po sprajcie, i to jakaś inna, w życiu takiej nie widziałem, chociaż ja w sumie to może ze dwie wcześniej widziałem (wykasowane, pisk). Dobrze! Dobrze! Co ja poradzę, że tylko w Peweksie kupić można? Moja to wina? (odgłos jakby uderzenia w policzek, wykasowane)

(spokojniejszy głos) Idziemy do Wyszaka, bo to niedaleko, i ja prosto do toalety walę, bo to już czas był, Lolek na zewnątrz został, służbista z niego, mówiłem. Więc ja do toalety, a tam jakaś taka… taki jakby dym fioletowy, no, światło takie, jak w prosektorium u nas na dole, gdzie nieboszczyków trzymali w siedemdziesiątym, po tym jak wpier… (wykasowane) robolom ze stoczni.

Ale zaraz to znikło. W tym miejscu, to była jakaś 22:15, gdzieś tak, zetknąłem się z OBIEKTEM, lat około… Nie, proszę nie wyłączać nagrania! Bo znowu na wariata wyjdę! Dość już tego!!! (szamotanina, głos z boku, brzmi jak rozkaz)

(spokojnie, po przerwie) …lat około… no właśnie, tu jest ten problem, bo kiedy wchodzę do kibla, to facet ma około trzydziestki, stoi przy zlewie i gapi się w lustro, jakby pierwszy raz siebie na oczy widział, pewnie nagrzany był jak dzika świnia (wykasowane, pisk). Od razu mnie zainteresował, bo ubranie miał jakieś też zagraniczne, ale musiałem do kibla, i to tak na ostatnią chwilę, więc wyjmuję radio i z Lolkiem się łączę, ale chyba grube ściany jakieś czy co, czy zakłócenia i g… (wykasowane) z tego wyszło. Więc załatwiam wszystko ekspresowo i wciąż jeszcze w ręku gazetę z kibla trzymam. ON tam wciąż jest. Tylko że… Ja proszę, żeby to było w protokole, panie majorze, że myśmy z Lolkiem nic nie pili jeszcze tego wieczoru… więc on jest jakieś trzy dychy starszy. Musiał w międzyczasie… taką maskę założyć z lateksu albo coś, na filmie taką widziałem. Tylko że teraz to już wypisz, wymaluj wyglądał jak ojciec tej, wiecie, nawiedzonej Ireny (wykasowane, pisk), która z Wałęsą lody kręci i są z nią same kłopoty, to pan major mówił (głos z boku). No to będzie krótko.

Patrzę do tej gazety, chociaż teraz to już trochę zmiętej, a tam on na pierwszej stronie. Zdjęcie dali, jak popyla po stoczniowym nabrzeżu z teczką w ręku, jakby się sk… (wykasowane) do tramwaju spieszył czy coś (głos z boku, coś jakby „…w ryj”).

No to już naprawdę krótko, jak pan major sobie życzy… Wracam do knajpy, a tam disco na całego, ludzi kupa i przyznaję, panie majorze, że obiekt gdzieś mi się zgubił. Widzę tylko, że drzwi do kuchni jakby wpół otwarte, więc wchodzę, a tam kelnerka Kinga Z. (wykasowane) zasuwa właśnie właz do kanału… Podobno ten kanał idzie aż do Odry – albo nawet gdzieś dalej? (głos z boku, niezidentyfikowany) Aha, to nawet nie wiedziałem. Aż od średniowiecza? (siorbnięcie) Więc ja łapię za gnata i każę jej siedzieć i nie ruszać się, ale właz chyba od spodu się zablokował. Więc znowu za radio łapię i każę Lolkowi zostawić tych dolarowców i pędzić nad Odrę, a on szybki chłopak jest, to pewnie zdąży, zanim tamten dołem… bo tam szczurów pełno, ciepła szukają i żarcia, jak im coś z kuchni spadnie, no i ciemno po cholerze. W tym kanale znaczy się. I woda po pas. Ścieki znaczy się. Gów… (wykasowane) pływa.

Wtedy ja już do poldka gnam, bo jest meldunek, że przekroczyły granice, i to dawno, w tym mercedesie z RFN-u, te dwie podejrzane, ale się chłopakom nie chciało nadajnika do łapy wziąć, bo mecz oglądali czy coś (pytanie z boku). Nie, ja tam donosić nie będę na kolegów, panie majorze (siorbnięcie, odgłos rozbijającej się o podłogę szklanki). Już mówię… Siekierski i Karolak. Więc ja do samochodu w te pędy i widzę z daleka, jak obiekt Lolka z byka wali, jakby się zupełnie władzy ludowej nie bał i tego, że czapę za coś takiego można dostać, karę śmierci znaczy się.

Lolek leży na betonie i powoli się podnosi, już sobie myślę, jaki mu spuści wp… (wykasowane), kiedy go dogoni. Więc ja ruszam poldkiem, który odpala od razu, mimo mrozu, i ruszam w kierunku Mostu Długiego, i dobrze tylko, że w kolumnę czołgów się nie wchrzaniłem – teraz wiem, po co one tam jechały. Pędzę Wielką na most, ale ten tam z gazety biegacz zasr… przepraszam, już do tego białego merca wsiada i jazda! Piszczą opony, a mnie to z mercem kudy i na lodzie wóz mi się ślizga, a jeszcze Lolka muszę złapać… Ale jest i jedziemy. Zakręt wziąłem na ręcznym na środku mostu jak w Blues Brothers, przysięgam, a myślałem, że Amerykańce tak tylko kitują w Hollywoodzie… A o tym, co się w tym domu towarowym dla dolarowców… to może już Lolek… kiedy się znajdzie… dobrze, panie majorze? (odgłos odsuwanego krzesła, szarpanina)

Taśma dobiega końca. Głośnik cichnie. Pisarz sięga po papier, chcąc wysunąć go z wałka maszyny i umieścić na stosiku obok, ale waha się. Jego uwagę zwraca beżowożółta karteczka, która wypadła z koperty i poszybowała jak liść na podłogę.

– Kuzynie, dzięki ci jeszcze raz – mruczy do siebie spod stołu Pisarz. Zasiada przed magnetofonem, nawija taśmę na szpulę i przewija ją do początku.

– „Posłuchaj równoległej ścieżki. Musisz mieć przynajmniej czterośladowy magnetofon”. – Pisarz odczytuje instrukcję od kuzyna i przykleja karteczkę na krawędzi obudowy Uhera, po czym odnajduje wzrokiem przycisk z napisem „Track change”.

– Ten Uher miał chyba z szesnaście ścieżek, skoro Floydów na nim nagrywali.

Pisarz wciska przycisk zmieniający ścieżkę i z taśmy dochodzi głos Bolka.

Skoro pan major pyta, to myśmy też coś widzieli… A, to o to chodzi… A ja myślałem, że o tego cwaniaka, sprintera ze stoczni… To było trochę jak na filmie (pytanie z boku, niewyraźne). Fantastycznym, o kosmitach… Ciemny kształt… niewyraźny… chociaż… tak, latał nad miastem, jakby… coś namierzał… (pytanie z boku, niewyraźne) Tak… chyba Lolek słyszał strzały… podobno gdzieś koło katedry? A co się dziwić? Skoro tu tylu… Ze wsi ich nabrali, panie majorze, dali pukawkę do ręki… albo na czołg wsadzili… (pytanie z boku) O nie, ja nie krytykuję, panie majorze… ale, jak to mówią, zomowiec strzela, a Pan Bóg kule… i co? (głos z boku, niewyraźny) Wiedziałem, że nie trafili… bo to też trzeba umieć… (głos z boku) Ja nic nie wiem… Podobno dwoje ich było… dziewczyna i taki wysoki, duży… Chłopaki mówią, że silny jak sk… (wykasowane) (niewyraźnie) Już wyszli ze szpitala? Od dentysty? To trza im kwiatki… Mogę jeszcze herbaty? (niewyraźnie) Po rosyjsku mówił? Ja też bym poznał, maturę zdawałem, w dziewiątce u tej ździ.. (dłuższy niewyraźny fragment, trzaski).

Nie! Nie!!! Kim są ci ludzie? Proszę…. tylko nie to! Lolek!!! Lolek, no pomóż! Kto tu wniósł to zwierzę? Ja nienawidzę… Ja się, k… (pisk), brzydzę szczu… Nieeeeeeee!!!(odgłosy walki, cisza)

Pisarz stawia ostatni wykrzyknik na końcu zdania. Wałek, wychylony maksymalnie w lewo, wraca na miejsce, dzwoniąc cicho. Prawa szpula wiruje jak odpustowy goździk z folii. Pisarz wyjmuje kartkę z maszyny i odczytuje kilka zdań. Przenosi wzrok na magnetofon. Przycisk „Track change” wydaje mu się większy niż inne, rośnie w oczach, zachęca, by go nacisnąć. Pisarz sięga ręką do magnetofonu. Ręka zatrzymuje się w połowie drogi i opada na biurko.

– Pewnie jakieś disco, kawałki z radia ponagrywali.

Przewija taśmę do początku. Wciska przycisk „Play”. Taśma przesuwa się zygzakiem, utrzymywana w ścisłych objęciach rolek i docisków. Elektronowa lampa żarzy się na zielono. Z głośnika dochodzą trzaski.

Pisarz kładzie się ostrożnie na łóżku, podkładając obie ręce pod głowę, w wypróbowanej taktyce ochrony przed bolesnym zderzeniem karku z metalową ramą. Sprężyny pod wyleżanym materacem uginają się ze skrzypnięciem. Przymyka oczy, wsłuchując się w trzaski i szumy dochodzące z głośnika, jakby był astronomem skanującym radioteleskopem niebo w poszukiwaniu sygnału od obcej cywilizacji. Szpule magnetofonu kręcą się powoli z hipnotyzującą mocą, jak spirale w gabinecie osobliwości na wesołym miasteczku.

Nagle trzaski ustają, szum znika. Głos mężczyzny dobiegający z głośnika jest czysty i klarowny.

– Pozwolili ci zabrać ze sobą maszynę do pisania. Plecak i zeszyt też ci oddali. Limo pod okiem nabiłeś sobie sam. Czy przypadkiem – nie powiem. Z litości. Jedno jest pewne – przydało się. Zasiniałe oko, jakaś bruzda na czole, może ślady po krwi na koszuli, krew z nosa łatwo da się zorganizować, gdy ktoś ma od dziecka pęknięte naczynko – właściwie… na zawołanie. Wystarczy mocniej przez nos dmuchnąć.

Szpule obracają się powoli, taśma sunie po głowicy, ale z głośnika dochodzi tylko ciche „brum” elektronicznych bebechów Uhera.

– I wcale nie miałeś „pod górkę do szkoły”, jak cię straszył prokurator, zresztą wesz ludzka, jakich mało. Ale nie bił. Za słaby na to był, cherlak. To jak to się stało, żeś chłopie, z komendy z limem pod okiem i utytłaną w krwi koszuliną wypełzł na czworakach?

Pisarz siada na łóżku, lecz brakuje mu sił, żeby wstać, żeby zatrzymać taśmę. Żeby uciszyć ten pyszałkowaty głos… Czuje, jak lewa część twarzy tężeje, wargi wyginają się w grymasie klauna, ręce drżą, bezwładnie opadają na łóżko.

– Jak to się stało? Poślizgnąłeś się? Na własnych smarkach? – pyta głos w dysonansowym dwudźwięku troskliwej ironii.

Cisza. W okno uderzają pierwsze krople nocnej ulewy.

– Ona wyjechała, gdy tylko ją wypuścili. Z rodzicami. Na zawsze. I w Austrii, w obozie dla uchodźców, dowiedziała się, kto zdradził. Ją i wszystkich „konspiratorów” z tej waszej dziecinnej organizacji. Wiedziała o tym twoim pękniętym naczynku w nosie. Sam jej pokazywałeś z dumą, pamiętasz? I zwolnienie od szkolnej pielęgniarki? Poszliście wtedy do parku, całować się na ławkę… Wiedziała, co z ciebie za bohater, synku.

Pisarz rzuca się do magnetofonu, lecz jakaś potężna siła zatrzymuje go w miejscu, ciągnie z powrotem na łóżko. Sparaliżowany od pasa w dół, pełznie jak ślimak do tkwiącego pod biurkiem rozdzielacza.

– No tak, tak.. Obiecali ci, że wydadzą te twoje grafomańskie bajdurzenia o prasłowiańskich rycerzach i gadających smokach. No cóż… Ona nie przeczytała nawet słowa, kiedy, przepełniony dumą każdego debiutanta wysłałeś jej podpisany egzemplarz „Magicznej kuszy”. Kilka lat później, kiedy otworzyli archiwa „ciemiężycieli” z esbecji, twoja muza przyjechała do swego rodzinnego miasta nad morzem i porównała podpisy – ten z dedykacji na twoim „arcydziele” i ten sprzed dziesięciu lat, kiedy to na nią zwaliłeś całą winę. Kiedy ją zdradziłeś, synku.

Ręka Pisarza prawie dosięga grubego sznura i wtyczki z napisem „Uher”. Z nadtopionego rozdzielacza strzelają iskry, rozsypując się po podłodze jak z pałeczki „zimnych ogni”.

– „Gwajdzio”?, tak dałeś na imię temu swojemu bohaterskiemu wieśniakowi w kierpcach? Więcej nie trzeba. Międzynarodowy sukces gwarantowany!!!

Rechot.

– Przecież to wszystko nieprawda… przecież to nieprawda… – Pisarz pełznie, pojękując i szurając nogami po podłodze, aż udaje mu się chwycić kantu sosnowej komody. Podnosi się na klęczki, wysuwa drugą szufladę od góry i zanurza obie dłonie w masie czarno-białych fotografii. Palce same wynajdują szybko tę najważniejszą – po wielkości, po zagiętych rogach, po śladach kleju. I to do niej, jak zawsze śmiertelnie poważnej siedemnastolatki, mimo błagalnych próśb fotografa, że „to przecież do legitymacji, a nie na nagrobek, szkoda takiej pięknej buzi, będzie na wystawę”, Pisarz mówi po cichu, przykłada zdjęcie do ust, całując czule skupisko czarno-białych kropek, które ludzkie oko poddające się technicznej ułudzie naiwnie wskazuje jako usta, (piękne, „w sam raz wystawę”), tuli do piersi w geście bezlitośnie wykpionym, zohydzonym zaraźliwą jak wirus opryszczki post-nowoczesną parodią komediowych seriali „dla młodzieży”, których bohaterowie żyją ersatzem, odtłuszczonym jogurtem prawdziwych uczuć, radości, miłości i tragedii. Wypełniając pokoik kwaśnym oddechem trawionych szkockich drożdży i jęczmienia, z przywleczonej z opustoszałej o czwartej nad ranem „Żabki” najtańszej i najlepszej whisky, wypowiada te same, co ćwierć wieku wcześniej słowa, tę samą kwestię, to samo wyznanie (kocham cię), które każdy bóg najchętniej zawłaszczyłby dla siebie, jako mantrę bezwarunkowej adoracji..

Rechot (z magnetofonu).

(A gdy wybrzmi do końca) Rozlega się dzwonek do drzwi wejściowych, które uchylają się i staje w nich Mężczyzna z Wąsikiem.

– „…Czyjeś kroki po schodach kuchennych się pną, dzwonek z mięsem wyrwany uderza mnie w skroń. Całą noc czekam gości, aż uśpi mnie świt zakutego w kajdany łańcuszków u drzwi…” Ech, kiedyś to była poezja, zgodzi się obywatel? – Mężczyzna z Wąsikiem uchyla szerzej drzwi trzymaną nonszalancko w lewej ręce laską, jakby brzydził się kontaktu z klamką, i zdejmuje z pleców beżowy prochowiec, który składa schludnie i wiesza na oparciu krzesła – On tu się urodził, tu, w tej kamienicy, a umarł hen, hen daleko stąd, nasz Osip. Któregoś poranka, gdy kończył właśnie swój kolejny poemat, usłyszał, jak… policyjne buty pną się po schodach kuchennych. I wiedział już, że rozsierdził swoją poezją pewnego wąsatego tyrana… A co tam nowego u szanownego obywatela? Tyrana jakiegoś obywatel nie rozsierdził nowymi przygodami Gwajdzia i jego Magicznej Kuszy w Lodowatej Krainie? Ileż to nowych rozdzia-

łów na tej pięknej i zasłużonej Olympii się wystukało…? Niech zgadnę, ze trzy na pewno. Dwa? No coś do wydawnictwa muszę zabrać. Trud, wielki trud.. tak po tych schodach pełznąć tu do obywatela, choć przyjemność zawsze potem wielka… W ostatecznym rozrachunku, że się tak wyrażę… czytelniczym. No gratuluję! Ciekawe, ciekawe, a jakże przemyślenia o sztuce ponowoczesnej… miłości i… prawdzie. W końcu padło na prawdziwego specjalistę! Z doświadczeniem!

– To nie były moje myśli – charczy Pisarz – ktoś mi je podrzucił. Ja tak nie piszę, nie potrafię. To nie mój styl..

– Ale podkradasz troszkę.. od innych? Wszyscy tak robią

Wąsik wzdycha z udawanym współczuciem, obracając w wypielęgnowanych palcach znaleziony na biurku przycisk „play”.

– To wszystko są ohydne kłamstwa.. ja nigdy..

–Tylko jak to teraz udowodnić? A sądząc po twoim.. stanie.. mamy mało czasu na happy end, który tak oto bym sobie wyobrażał…

Wąsik rozpiera się na krześle, zakłada nogę na nogę, wyjmuje z kieszeni szklanką fifkę, w którą wsuwa delikatnie papieros. Chwyta za wygrawerowaną złoconą zapalniczkę, zapala papierosa i kierując rozmarzony wzrok ku sufitowi, wciąga w płuca potężny haust dymu, po czym kładzie palce na klawiaturze Olympii i rozprostowuje je niczym pianista przed koncertem.

„…gdy ona dowiaduje się po latach, (stuk, stuk) jak cię skrzywdziła, zostawia na stole (stuk) wazę pełną parującej zupy – powiedzmy kremu z brokułów – porzuca dziecko w drewnianym kuchennym krzesełku, męża na bankowej posadzie gdzieś w odległym, pierońsko zimnym amerykańskim mieście i.. pędzi po autostradzie na lotnisko z biletem do ojczyzny i twoim zdjęciem wsuniętym.. wsuniętym w..

Wąsik ociera zawilgocone oczy i jednocześnie szczerzy wypielęgnowane zęby w złośliwym uśmiechu.

–...wsuniętym w paszport...” I co ty na to? Halo? No proszę. Stracił przytomność. Czasu istotnie niewiele, oj niewiele.

Kiedy Pisarz obudzi się ze snu, po wizycie Mężczyzny z Wąsikiem nie będzie ani śladu, może z wyjątkiem zwisającego swobodnie łańcuszka u drzwi.

Rozdział 25

Marian Gniewski stoi przed lustrem w męskiej toalecie. Pochyla się nieco do przodu, żeby zbliżyć się do wyblakłej tafli lustra.

– Szlag by to trafił… – klnie Prezes.

Po jego twarzy trzydziestolatka zostały tylko wspomnienia. Podobnie jak po gęstwinie czarnych włosów na głowie.

„One way ticket, one way ticket… One way ticket to the bluuuueeeeees” – didżej klubu nocnego U Wyszaka w Szczecinie przyłącza się śmiało do chórku dobiegającego z głośników.

– No cóż, racja… wygląda na to, że to nie był… one way ticket…

– mówi Gniewski i wzdycha z ulgą, kiedy zauważa leżącą obok teczkę. W lustrze pojawia się twarz Bolka, który jak gdyby nigdy nic myje ręce w zlewie obok i stwierdziwszy brak ręcznika, przystępuje do ich intensywnego strzepywania, obserwując spod oka toaletowe poczynania tego dziwnego faceta („Elegancki, z Francji te ciuchy na pewno”; „Pierre Cardin” mignęło gdzieś wewnątrz poły od marynarki.)

– To co, do zobaczenia… na zewnątrz? – mówi z zawodowym uśmiechem agent Bolek i wychodzi. Po co sobie w kiblu ręce brudzić przeszukiwaniem, przecież nie po to je mył. Jeszcze się facet będzie stawiał i zrobi się niepotrzebna scena. A rozkazy szefostwa są jasne. Unikać rozbudzania niechęci w społeczeństwie. Znaczy się coś szykują. Te nocne manewry ciężkiego sprzętu pewnie nie po to robią, żeby silniki na mrozie rozgrzać. „Spokojnie” – pomyślał rzeczowo Bolek – „zapali się jednego, wypije na rozgrzewkę koniaczek i zaczeka przy wyjściu”.

Na parkiecie tłok jak w podkarpackich kościołach na pasterce. Wielokolorowe światła omiatają tańczących. Pulsują rytmicznie w takt muzyki, odbijają się refleksami od gotyckich, piwnicznych sklepień.

– To była grupa Vox i jej superprzebój Bananowy song. Dziękuję. A teraz…

Didżej zakłada na gramofon kolejny singiel. Gniewski wychodzi z toalety, trzymając teczkę pod pachą. W podniszczonym garniturze przypominałby w swojej epoce raczej inspektora sanitarnego niż bywalca dyskotek. Kieruje się do wyjścia, przepychając się przez tłum, z teczką uniesioną wysoko nad głową, jakby brodził w strumieniu. Ledwo poruszająca mięśniami twarzy pod ciężarem makijażu dwudziestokilkuletnia dziewczyna, ubrana w białą bluzkę z bufoniastymi rękawami, dżinsy i wysokie obcasy, chwyta Gniewskiego pod rękę i prowadzi na parkiet. Ten opiera się, jak zawsze zresztą w podobnych sytuacjach, począwszy od wieczorku zapoznawczego na koloniach parafialnych w Szczyrku, na które wysłała go siostra, kiedy tylko skończył pierwszą klasę podstawówki. Dopilnowała, żeby wrócił przynajmniej z trzema sprawnościami. Kucharza, szewca i drukarza.

– Ta ostatnia na pewno ci się przyda. Nam się przyda. – Siostra przesuwała palcami po naszywkach na rękawie ośmioletniego Marysia, najniższego wśród wszystkich kolonistów. Nawet na pożegnalnym zdjęciu, na którym siedział w pierwszym rzędzie w kucki, trudno było tego nie zauważyć.

– Jestem Kinga. Zatańczymy. Dens. Tancen – mówi zdecydowanym szeptem nieznajoma do ucha Gniewskiego. – Zatańczymy. Niech się pan nie opiera! Widziałam zdjęcie w gazecie. Niezły z ciebie numer, gnojków z esbecji w konia zrobić! Ale teraz masz się mnie słuchać!

Kinga wiedzie szurającego nogami Gniewskiego na parkiet. Kiedy kończy się utwór, tym razem na szczęście, jak to mówią koloniści, „wolny”, ciągnie Gniewskiego za rękę ku drzwiom z napisem „Kuchnia”. Gniewski opiera się. Powolne przestępowanie z nogi na nogę z teczką w jednej ręce i dłonią tej czarującej kobiety w drugiej niespodziewanie całkiem mu się spodobało. To o wiele lepsze niż obowiązkowa „nauka tańca” w wykonaniu i pod ścisłym kierownictwem Siostry i przyszłej Matki Narodu, która tańczyła tak, jak robiła wszystko w życiu – śmiertelnie poważnie.

Kobieta szepcze coś do ucha Gniewskiego i w końcu udaje jej się wyprowadzić go z parkietu. Zamykają się za nimi drzwi z napisem „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Przebiegają przez kuchnię ku jeszcze jednym drzwiom, za którymi znajduje się ukryte w półmroku pomieszczenie gospodarcze. Kinga sprawnie odsuwa z podłogi ustawione jeden na drugim aż pod sufit kartony i zapalniczką oświetla żeliwny właz.

– Pomożesz? Ciężki jest jak cholera.

Kinga dzierży w ręku narzędzie, które przypomina pogrzebacz.

– Kanał prowadzi do Odry. Szybko! Wchodź do środka! Tamten esbek waruje przed wyjściem.

– Jak to… – mówi Gniewski, którego głowa wystaje jeszcze z kanału.

– Skąd wiedział…?

Kinga patrzy Gniewskiemu prosto w oczy.

– Kazał mi cię podprowadzić, taki wygodniś z niego. A teraz… powodzenia. I nie daj się skur… Aha, weź ją, przyda ci się, chociaż szkoda, bo to oryginalna, zachodnia…

Gniewski przyjmuje z wyciągniętej ręki Kingi plastikową zapalniczkę z napisem „Marlboro”, po czym właz nad jego głową wraca na swoje miejsce i zapada ciemność.

Zapalniczka zapala się za trzecim razem, ale niebieskawy propanowo-butanowy płomień jest wątły i nieustannie gaśnie od podmuchów lodowatego cugu.

– Przynajmniej wiadomo, że jest stąd jakieś wyjście – myśli Gniewski. Maszeruje po omacku, lekko tylko pochylając głowę. W końcu był najniższy wśród chłopaków na kolonii. Szczurze oczy świecą na niebiesko w wątłym świetle zapalniczki. Gniewski przytula mocniej teczkę do piersi i brnie przed siebie. Przyspiesza, gdy z ciemności wyłania się szarawa plama. Wyjście. Biegnie. Ścieki chlupocą mu pod nogami.

– Odra. Znowu? One way ticket… Raczej abonament.

Gniewski przygląda się chwilę krze spływającej rzeką, jakby spodziewał się, że z fioletowej mgły wyłoni się znowu dziewiętnastowieczny parowiec, że jego drewniane koło znów się zatrzyma i zacznie się kręcić wstecz… Wspiąwszy się po podrdzewiałej drabince, Prezes kładzie się wyczerpany na betonie nabrzeża. Niedaleko Mostem Długim przetacza się, iskrząc pantografem o trakcję elektryczną, staroświecki czerwony tramwaj. Koła piszczą i zgrzytają na wyrobionych szynach. Gdy Gniewski podnosi głowę, pochyla się nad nim agent Służby Bezpieczeństwa, Lolek. Na jego młodej twarzy maluje się radość.

– Aleś im pan zagrał na nosie. Esbekom pieprzonym! Zwoliński. To mój pseudonim oczywiście. Konspiracyjny, nie? Ależ z pana agent!

Lolek wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki gazetę i podtyka Gniewskiemu pod nos fotografię ze stoczni.

– CIA? MI5? Żabojadzki kontrwywiad? Wie pan co? Dolary lepiej niech mi pan da na przechowanie. Pan pewnie do Gdańska, na obrady? To szybko trzeba, bo Wałęsa nie lubi spóźnialskich, he, he.

Gniewski wstaje, ale żeby przyjrzeć się nieznajomemu, musi zadrzeć głowę do góry.

– Ostatni pociąg chyba już odszedł?

– Nic się nie stało. Kolega ma samochód. Podrzucimy pana. Lepiej ją wezmę. – Gdy Lolek pochyla się, by wziąć z rąk Gniewskiego teczkę, z wewnętrznej kieszeni kurtki wypada mu legitymacja Służby Bezpieczeństwa. Prezes odruchowo chwyta ją w powietrzu. I zagląda do środka.

– Marynarka się rusza… obywatelowi – mówi Lolek, sięgając po legitymację. – Nie, poważnie mówię… Macie teraz w CIA ruchome marynarki? Zaraz mnie porazi prądem?

Wychynąwszy noski na zewnątrz celem rozpoznania sytuacji, dwa wyjątkowo udane egzemplarze gatunku Rattus norvegicus wyskakują z rękawów marynarki Gniewskiego i czepiają się głowy Lolka, którego szyderczy uśmiech zamienia się w grymas śmiertelnego przerażenia. Ironia – we wrzask. Pogarda dla bezbronnego przeciwnika – w błagalną modlitwę o przetrwanie. Lolek miał lęk przed szczurami stwierdzony orzeczeniem komisji lekarskiej. I gwarantowany ubaw kolegów.

Gniewski nie czeka ani chwili. Przegania z rękawa kurtki jednego z oślizgłych i śmierdzących ściekami szczurów, który najwyraźniej odnalazł w agencie tajnej policji bratnią duszę; wyrywa teczkę ze słabnących rąk Lolka; przez chwilę rozważa, czy w akcie litości zdjąć mu z głowy buszującego we włosach drugiego szczura; uznaje, że nadmiar litości może być niebezpieczny, po czym rzuca się do ucieczki na drugi brzeg Odry. Znika w ciemności. W mieście znowu brakuje prądu i na moście pali się tylko jedna latarnia.

Gdy chwilę później pędzący mostem kierowca trabanta zauważa niewysoką postać z teczką, wyrastającą z ciemności jak zjawa na cmentarzu, wciska hamulec do deski, lecz zderzenie wydaje się nieuniknione. Gniewski w ostatniej chwili rzuca się w prawo ku przeciwległemu chodnikowi. Zatrzymuje się zdyszany. I kiedy już chce ruszyć dalej, zdaje sobie sprawę, że znalazł się w pułapce. Lolek wbiega na most. Zwalnia. Wie, że jego ofiara nie ma już dokąd uciec. Po przeciwnej stronie mostu zatrzymuje się, zapewne wezwana przez Bolka, niebieska furgonetka z napisem „Milicja” i rozświetla mrok reflektorami, jak punktowiec scenę w teatrze.

Gniewski odwraca się i zauważa stojącego u wylotu mostu Lolka w pozie kowboja gotowego do pojedynku. Po drugiej stronie mostu drzwi furgonetki rozsuwają się w idealnym momencie z punktu widzenia westernowego budowania napięcia i wysiada z niej dwóch milicjantów. Ustawiają się w podobnej pozie jak Lolek, dłonie w grubych rękawicach opierają na przytroczonych do paska białych gumowych pałkach.

– One way ticket… Teraz to już na pewno… Szkoda, że tak głupio – charczy Gniewski w kierunku płynącej kilkanaście metrów niżej Odry.

Wspina się na palce i z ogromną trudnością przekłada nogę przez barierkę. Widząc to, Lolek niechętnie rezygnuje ze swojej pozy i rusza w kierunku Prezesa, wymachując rękami do milicjantów. I wtedy dzieje się coś, czego można się spodziewać po każdym porządnym westernie. Nadjeżdża kawaleria albo przynajmniej zagubieni gdzieś wcześniej dobrzy Indianie.

Bo oto biały mercedes zatrzymuje się centymetry od buta Gniewskiego, który zawisł na barierce, rozciągnięty między życiem i śmiercią. Otwierają się tylne drzwi mercedesa i czyjaś pobrzękująca kilkunastoma srebrnymi bransoletkami dłoń wciąga Prezesa do środka. Zanim jeszcze Gniewskiemu udaje się zamknąć drzwi, kierowca tajemniczego pojazdu znajduje lukę pomiędzy kołyszącym się niespiesznie tramwajem i ciężarówką z węglem, i wyskakuje na przeciwległy pas, gdzie nieomal zderza się z hamującym w poprzek mostu esbeckim polonezem z Bolkiem za kierownicą. Mercedes przyspiesza błyskawicznie, w zgodnej ocenie Bolka i Lolka, wyrażonej później w raporcie, zdecydowanie za szybko jak na auto z silnikiem na ropę, i w mgnieniu oka niknie w ciemnościach, mknąc pod górę ulicą Wielką w kierunku centrum Szczecina.

– Numery się zgadzają? – pyta Bolek i wrzuca trzeci bieg. Jest nieco zaniepokojony stanem swego druha Lolka, który wiercąc się jak przedszkolak na siedzeniu pasażera, obmacuje nerwowo wnętrze zimowej kurtki. I nogawki spodni. Na wszelki wypadek…

– To one. Cholerne disco-cioteczki. Biały merc. Niemieckie blachy. Wszystko się zgadza. – odzywa się spokojniejszy już Lolek. Podkręca ogrzewanie i sprawdza w lusterku stan fryzury. – Co tak powoli? Teściową na mszę wieziesz?

Bolek posłusznie przyspiesza.

***

Marian Gniewski przymyka oczy i po cichu żegna się z życiem. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin uczynił to już kilka razy: gdy włączał obieg mocy kapsuły, gdy drżącymi rękoma otwierał jej śluzę o czterysta kilometrów od zamierzonego celu, gdy koło napędowe parowca zatrzymało się tuż przed jego nosem, na szpitalnym łóżku w dziewiętnastowiecznym szpitalu, w kanale pod szczecińskim brukiem zjedzony przez szczury… Zatem nagła śmierć na tylnym siedzeniu mercedesa pędzącego z prędkością… Gniewski wychyla się za przedni fotel… stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę będzie bezbolesna, zwłaszcza, że od maski dwudziestonowego kamaza dzielą białego mercedesa metry… centymetry… gdy wtem – szarpnięcie kierownicą sprawia, że auto wraca na prawy pas, a Gniewski, zajmujący siedzenie pasażera na tylnej kanapie, wpada w stos kartonów z mlekiem w proszku i opakowań z pieluchami. Dziwna zielona ciecz wylewa mu się na głowę. Zalewa oczy i zatyka dziurki od nosa.

– Afłeeeeeee, brokuły! Fłeeee! Ja… hgrrkw… nienhawidzę brhookuuuułów! – jęczy mały Maryś, gdy Siostra podsuwa mu pod nos łyżkę z parującym przecierem.

– Ależ Maryś! Bądź grzeczny! – Na pewno ci zasmakuje, to kwestia przyzwyczajenia. – Prezes słyszy w głowie znany mu doskonale głos.

Ja… nie… na… widzę brokułów!!! – Gniewski rozrzuca na bok kartony i zgrzewki z zupami dla niemowląt, jakby był superbohaterem o nadzwyczajnej sile. Zielonym Hulkiem.

Na przednich fotelach trwa tymczasem niezobowiązująca pogawędka. Ustaje tylko na chwilę potrzebną do wyjęcia z gniazdka nagrzanej do czerwoności pokładowej zapalniczki w kształcie grzybka.

– Weźmy teatr Grotowskiego… – Sofija Cardesa-Stawski, kobieta nieprzemijającej słowiańskiej urody, prowadzi pewnie i piekielnie szybko. Podobnie jak się zakochuje, a następnie odkochuje w swych kolejnych małżonkach o szlacheckich nazwiskach. Gdy zaciąga się papierosem, jej pokryte karminową szminką wargi odbijają się w przedniej szybie razem z pomarańczową poświatą żarzącego się Pall Malla. Bystry obserwator zauważyłby zapewne, że usta wraz ze szczęką i zębami przeszły wiele operacji plastycznych. I raczej nie z powodu narastającej z wiekiem próżności tajemniczej damy.

– Owszem, owszem… to doskonały przykład teatru ubogiego. – „Ł” w słowie „doskonały” brzmi jak wypowiedziane przez przedwojennego lwowiaka.– Kochaniutka, czy my jedziemy lewym czy phrawym pasem? Bo już się pogubiłam, takie tu mają dhrogi… jak ten teatr… ubogie… Ghrotowskiego aktor ogołocony…

Fotel pasażera zajmuje Jadwinia Kossobudzka, dobijającą do pięćdziesiątki dystyngowana dama o nieskazitelnym makijażu i takich że manierach – przekonana anarchosyndykalistka. Kiedy madame Kossobudzka bywa spięta, tak jak teraz, gdy mercedes, kołysząc się na koleinach, z zawrotną prędkością wyprzedza kolumnę czterech ciężarówek, a następnie z piskiem opon wchodzi w zakręt tuż przed przejazdem kolejowym, charakterystyczne „h” tam, gdzie w wyrazie znajduje się „r”, robi się bardziej.. prominentne, jak to ujęłaby sama madame Kossobudzka.

– Ta dialektyka phrowokacji Ghrotowskiego… i tęsknoty, to jest w tym teatrze fascynujące. Bluźniehrstwo, ot co. To fascynuje. A szanownego pana fascynuje bluźniehrstwo?

Gdy Prezesowi Gniewskiemu udaje się w końcu wygrzebać na powierzchnię spod opakowań i kartonów z obcojęzycznymi nadrukami, jego oczom ukazuje się… czerwona, żarząca się spirala, która niemal dotyka jego nosa!

Tortury! Więc się zaczęło!

– Ja nic nie wiem… – Gniewski stara się zebrać w sobie odwagę. To po pierwsze, po drugie – przypomnieć sobie znaną z wojennych filmów taktykę. Ale jedyne, co mu przychodzi do głowy, to pełne wzruszającej martyrologii wspomnienia Siostry Ireny, opowiadane obowiązkowo co roku przy okazji świąt państwowych. Któregoś razu wspomniała też o swoim bracie, Marianie, który według jej słów „przeszedł piekło komunistycznych kazamatów”, „tortury wyciorem” i „deprywację snu”. Sam Maryś, siedzący wtedy w studiu telewizyjnym, potakiwał tylko pod bacznym spojrzeniem Wice Migalskiego.

– Chyba chcesz kiedyś zostać… prem… chociaż ambasadorem w Albanii? – ofuknęła brata Irena, wychodząc ze studia.

– Pali pan? – pytają szerokie czerwone usta, poruszające się tuż za przystawionym do nosa Gniewskiego narzędziem tortur.

– Kiedyś… raz… kiedy siostra… Rzuciłem – wzdycha w końcu Gniewski.

Mercedes podskakuje na wybojach i Gniewski ponownie znika z pola widzenia Jadwini, która pewnym gestem wsuwa samochodową zapalniczkę do gniazdka. Następnie rozciąga się wygodnie w fotelu i długimi, delikatnymi palcami wkłada papieros do ust. Wylakierowane blond loki opadają na wąskie, arystokratyczne ramiona. Na szczęście zagłówki nie są jeszcze obowiązkowe; podobnie jak pasy bezpieczeństwa – nie psują wizerunku ani nie wycierają satynowej sukienki, kupionej w paryskim salonie znajomego, nieodżałowanego Christiana Diora. Jadwinia strzepuje popiół do popielniczki w drzwiach i obojętnie spogląda w lusterko wsteczne.

–Śledzą nas. Coś mi się widzi, że to tych dwóch wyleniałych sługusów komunistycznego reżimu. Namolni niczym paryska elita. – Jadwinia zwraca się w stronę tylnego siedzenia. – Proszę sobie wyobrazić, że poprzednim razem dopadli nas przed samym Gdańskiem. Dodaj ociupinkę gazu, kochana. Ociupinkę. O tak.

Sofija dociska pedał gazu do deski. Wysokie na pół łydki kowbojskie buty z wężowej skóry wystają spod wychodzących właśnie z mody (ileż można słuchać drobnych uszczypliwości na ten temat ze strony przyjaciółki?) błękitnych dżinsowych „dzwonów”. Nieprzychylnych epitetów o skórzanej ramonesce Sofija słucha w chwilach wolnych od dyskusji o nowoczesnym teatrze, literaturze iberoamerykańskiej i Kosińskim.

– Wiozłyśmy wtedy kserograf i ze ćwierć tony papieru. Dar francuskich kolejarzy. Na szczęście także kilka dolarów…

Jadwinia bacznie przygląda się Gniewskiemu, który właśnie wychynął spod pakunków. Z czoła ścieka mu zielonkawa maź.

– Ja mam wyśmienitą pamięć do twarzy. Po mamie. Toż towarzysz to wypisz wymaluj krewny samej wielkiej Ireny Gnie… Kochana, jakieś dziwne fioletowe światło przed nami. – Jadwinia, widząc, że tylko ona je dostrzegła, milknie.

– Jaki tam znowu towarzysz… – odzywa się Gniewski, wpatrując się bacznie w gasnące na horyzoncie fioletowe błyski. – Prez… Marian po prostu.

Sofija odwraca się w kierunku Gniewskiego i podaje mu rękę, co oznacza, że albo mercedes prowadzi się sam, albo… Jadwinia usłużnie idzie na pomoc koleżance, dokonując niezbędnych korekt kursu. Srebrne, rzeźbione bransolety zsuwają się prawie do łokcia, zakrywając częściowo biegnącą wzdłuż ręki bliznę. Oraz kilka innych na nadgarstku.

– Sofija, miło mi, a to – Sofija robi głębszy wdech – Jadwinia Jimenez

Lopez Aguilar…

– Z domu Kossobudzka – przerywa jakby odruchowo Jadwinia.

–...moja najdroższa przyjaciółka. Ten „Lopez” to z czasów, gdy zakochała się do szaleństwa w pewnym przystojnym hiszpańskim anarchiście. A on z wzajemnością: w fortunie po jej zmarłym mężu. Przemysłowcu. Niech pan lepiej powie, jakże się panu udało uciec?

– Uciec… skąd?

– Jak to? STĄD.

Sofija wręcza Gniewskiemu gazetę z jego zdjęciem.

– Uciekł pan z łap esbecji.

Kolejny wybój i Gniewski niemal nakrywa się nogami oraz gazetą. Tym razem nie dostrzega fioletowego rozbłysku, który oślepia jego wybawicielki. Mercedes wpada w turbulencje i trzęsie się jak samolot podchodzący do lądowania podczas wichury. Kiedy efekty specjalne się kończą, auto toczy się równo po dwudziestopierwszowiecznej dwupasmowej szosie. Farba na pasach ledwo wyschła, a drogowskazy wciąż są obciągnięte czarnymi powłoczkami. Jadwinia zdejmuje ciemne okulary, zakrywające do tej pory pół twarzy, i rozgląda się z zainteresowaniem.

– Wstyd przyznać, Soniu, że coś się jednak tym komunistom czasem udaje. A co będzie, gdy środki produkcji w końcu trafią do… wiem, wiem. Soniu, zanim wrócimy do Grotowskiego… pytanie bardziej na czasie mi się nasuwa. Otóż, czy ty aby widzisz samolot nadlatujący z przeciwka? Ten w gustownym, pomarańczowym zdaje się, odcieniu?

Sterowana pewną ręką jednego z dwóch litewskich pilotów pomarańczowa Bellanca Pacemaker „Lituanica” podchodzi do lądowania, przechylając się lekko na bok. Pojedynczy silnik Wrighta warczy i krztusi się. Gdy czołowe zderzenie ze znajdującym się metr nad ziemią podwoziem samolotu wydaje się nieuchronne, Sofija szarpie kierownicą na prawo. Mercedes ociera się bokiem o stalową zaporę. Iskrzy. Lewe skrzydło górnopłatu przesuwa się tuż nad dachem auta, prawe o centymetry mija ustawiony w pasie między jezdniami znak drogowy.

– Rzeczywiście, wygląda to jak najlepszy odcinek autobahnu koło Düsseldorfu. Szeroko, dobre oświetlenie, łatwo pomylić z lotniskiem… Nic dziwnego, że postanowili lądować. I wiesz co? Mnie się ten z lewej, ten bez czapki, całkiem podoba… – Sofija sięga do zapalniczki.

– Pozwól. – Jadwinia wyręcza koleżankę, zapala papierosa i wydmuchując pierwszy kłąb dymu, wkłada jej papieros do ust. Gdy auto zbliża się do jednego z wiaduktów, Jadwinia z zaciekawieniem przygląda się wiszącej nad jezdnią tablicy. Dwanaście złotych gwiazdek w okręgu na niebieskim tle… toż to nie godło żadnego z komunistycznych państw. A poza tym, gdzie się podziały wieszane na każdym wolnym metrze czerwono-białe transparenty z hasłami typu „Naród z partią, partia z narodem”?

Pasażer mercedesa na tylnym siedzeniu też ma o czym myśleć.

Rozdział 26

Ksiądz Antoni okadził sumiennie centymetr po centymetrze wszystkie zakątki tego obcego, nieznanego sobie kościoła. A gdy mu ręka mimo młodego wieku zdrętwiała i rozbujana jak huśtawka na osiedlowym placu zabaw kadzielnica trzepnęła porządnie w skroń, ksiądz Antoni wysyczał w naturalnym odruchu dwa zakazane słowa (lub jedno, ale dwuczłonowe – jak twierdził spowiadając się później swojemu proboszczowi) i odstawił dymiące narzędzie na drewnianą podłogę, przeżegnał się, mamrocząc coś pod nosem o sakralnym BHP, i usiadł w pierwszym rzędzie prostych, drewnianych ław. Ciepły blask świec, rozstawionych w pękach i pojedynczo, zapach własnoręcznie wybranego w sklepie Caritasu dobrej jakości dymu z kadzidła, skromny, surowy nawet wystrój kościelnego wnętrza – wszystko to było jak najlepszy mnisi balsam na rozedrganą duszę księdza Antoniego.

Już podczas skrupulatnych przygotowań do okadzania ksiądz Antoni próbował zajrzeć w swą duszę, jak najgłębiej tylko potrafił, i rozeznać się w boskich zamiarach. Odgadnąć, pod jakim wezwaniem kościółek wyłonił się nagle w niedzielnie popołudnie z fioletowoturkusowej mgły.

– Niezbadane są… i tak dalej – wyszeptał ksiądz, dorzuciwszy kilka ziaren marihuany do kadzielnicy – to zawsze pozwalało mu się zrelaksować i wejrzeć głębiej w To Co Niezbadane.

Sytuacja na świecie była księdzu Antoniemu dość dobrze znana. Pojawiające się i znikające obiekty, nagłe wypiętrzenia całych górskich

łańcuchów, rzeki zmieniające bieg – jednym słowem cuda. Parafia, z której został biskupim nakazem oddelegowany, dysponowała stałym internetowym łączem, a ksiądz wikary spędzał w Sieci sporo czasu, żeby rozwijać swoje zainteresowania. Była to głównie fizyka subatomowa. To Co Niezbadane ujawniało się najdobitniej w świecie cząstek tak niewyobrażalnie małych, że… niektóre w ogóle nie mają wymiaru.

Jak może istnieć Coś, co nie ma wymiaru? Czy zatem… Tego nie ma? To nie istnieje? – pytał sam siebie Antoni znad komputerowej klawiatury. Sam siebie, bo dobiegający kościelnego wieku emerytalnego proboszcz Tomasz niechętnie na te tematy rozmawiał. Poza tym wątpił, że Bóg mógł marnować czas na tworzenie czegoś tak małego.

Odwracając kierunek argumentacji: czy może istnieć Coś, czego nie ma, bo to Coś nie ma wymiarów? A może raczej jest to Ktoś… – Antoni cieszył się z tego prostego dowodu, odkładając na bok fifkę z ulubionym zielonkawym tytoniem.

– I dobrze, by był Ktoś niż raczej Nikt – powiedział Antoni, parafrazując lubianego w seminarium filozofa. Słowa te wypowiedział pod adresem figury człowieka przybitego do prostego drewnianego krzyża, wiszącego nad ołtarzem tak surowym, że dałoby się go złożyć z części mebli zwróconych w Ikei w ramach reklamacji.

Bo jeśli nie, to wszystko o kant dupy trza by rozbić – tym razem ksiądz Antoni aż zatoczył się ze śmiechu gratulując sobie gry słów.

Parafia bobolicka miała teraz o jeden kościół więcej. Ciekawe tylko, na jak długo. Gdy przez uchylone drzwi wpadła do środka niebieskawa poświata, ksiądz Antoni, jednocześnie karząc się w myślach za grzechy, liczył po cichu, że z nicości, niczym antyneutrino przybywające z równoległego wszechświata, wyłoni się na przykład porządna murowana zakrystia, bo noc dziś deszczowa, a do swego skromnego pokoiku z laptopem na biurku ksiądz Antoni miał spory kawałek. Konkretnie czterysta pięćdziesiąt dwa kilometry.

Ksiądz Antoni ostrożnie otworzył drzwi i wychylił na zewnątrz schwytaną w obcęgi preslejowskich bokobrodów twarz, na której pojawiły się wokół oczu pierwsze zmarszczki. Chyba od uśmiechu „à la Mastroianni”, jak mawiała matka Antoniego.

Żwirową alejką nadjeżdżał w strugach deszczu oświetlony reflektorami i pulsującym niebieskim światłem policyjnych radiowozów bardzo dziwny pojazd: inwalidzki trójkołowiec z lodową przyczepą. Kierowała nim posapująca ze zmęczenia mama Ali Apollonii, Ania.

Policjanci, widząc, że niewiele mogą już pomóc, pomachali na pożegnanie i liżąc kwarkowo-powabne lody (podwójne), odjechali.

– No, nareszcie. Niech pan… niech ksiądz… wyciąga sprzęt do… do komunii! – zasapana mama wystawiła na ziemię swoją sztuczną nogę i sięgnęła do schowka po składane kule. – Ale najpierw pozwoli pan… ksiądz, że odkręcę. Wciąż strasznie uwiera. Noga, znaczy się.

Po odkręceniu protezy mama Ali Apollonii, pojękując i posapując, zaczęła się wspinać o kulach, hop, hop, po schodach kościółka, aż zrównała się linią oczu z księdzem Antonim i jego bokobrodami.

– No co tak stoisz…? Lećże, człowieku, po sprzęt.

– Hm… „Człowieku” też brzmi nieźle… – doszedł do wniosku ksiądz Antoni, usuwając się jednocześnie z drogi tej niezwykłej blondynce o pucołowatej twarzy promieniującej energią jak czarnobylski reaktor.

– Ja sobie spocznę w pierwszej ławce… Chętnie coś poczytam czy… O! Pomodlę się w skupieniu, a ty, człowieku… Ładny zapach. Co to?

Ksiądz Antoni miał powody, żeby zaczerwienić się na policzkach, w miejscach niezajętych jeszcze przez pełznące jak lodowiec na południe kontynentu bokobrody.

– Kadzidło.

– I te świeczki… Muszę powiedzieć, że zaczynam żałować, że… nieważne. Zakładam się. Zgadzam się. To moje oficjalne stanowisko. On istnieje. Albo Ona. Lub Ono.

– Chodzi o… Boga?

– Owszem.

– To nic nowego.

– Dla mnie owszem. Zakładam się. Jak Pascal.

– Pascal… ale który? – rzucił za siebie ksiądz Antoni wciągając po schodkach wózek do wnętrza. – Nie wiem, rzadko gotuję, a telewizji to już…

– Filozof. – Ania położyła kule wzdłuż ławki i wyciągnęła nogę w spodniach bojówkach, aż chrupnęły kości. – Błażej Pascal.

– Coś niecoś słyszałem. – Antoni uśmiechnął się do swoich wspomnień z niekończących się debat na drugim roku seminarium. Odbywających się zresztą „U Literatów” na Kanoniczej w Krakowie.

– Uznał, że niewiara szkodzi. Bo jeśli Bóg istnieje…

– …to się nic nie traci, wierząc. – Antoni zaparkował trójkołowca pod ścianą. – A jeśli się nie wierzy, to… czyściec w najlepszym razie, ale na dziewięćdziesiąt pięć procent… no cóż… piekło.

– Właśnie. Piekło… – westchnęła Ania. – To już sześć wieczorów, jak nie ma Pajączka. Tak to właśnie jest, piekło. Za chwilę zacznę chlipać, a następnie szlochać, kiedy pomyślę…

– Pajączka?

– Ali… Apollonii… Pajączka.

– Trzech osób jakby więc nie było? Zaginęły?

– Co najmniej trzy. A właściwie to więcej. Bo już wcześniej odebraliście mi Odyseusza. – Ania dźgnęła księdza Antoniego palcem w brzuch, a potem sprawnie obtarła z twarzy rękawem bladoniebieskiego polaru wilgoć łez pomieszaną z gilami z nosa.

– Więc ja wolę uwierzyć. Wtedy człowieka oświeci. Tak to jest?

– Nieco to bardziej skomplikowane, a i niewielu komunia pomaga. – Ksiądz Antoni przyglądał się mamie Ali z rosnącym zainteresowaniem.

– Ale na wszelki wypadek…

– To powszechny dość pogląd, najlepiej przez Pascala wyrażony, ale kto wie – może słuszny. Chrzest… był? Chrzest bardzo by się przydał, dla zachowania logicznego porządku – wyjaśnił ksiądz Antoni. – Tyle że chyba i z tego nici.

Mama Pajączka chyba już ledwo słyszała, co ksiądz Antoni do niej mówi, bo wyciągnęła się wzdłuż ławy i podłożyła sobie pod głowę zwiniętą w kłębek, jeszcze mokrą i ociekającą na drewnianą podłogę, kurtkę „oddychającą”.

– A to dlaczego…? – zapytała, ziewając i przymykając co chwila oczy.

– Nie mam tu chrzcielnicy. Ani… – zauważył ksiądz, rozglądając się wokół – wody święconej. No i sam nie wiem, czy ten kościół zaraz nie zniknie, a my nie zostaniemy na łące. Niech pomyślę… Albo jeszcze lepiej: pomodlę się. Czasem to pomaga, chociaż wiem, że popularność tego zabiegu w społeczeństwie spada…

Ksiądz Antoni ściągnął z ołtarza biały, nakrochmalony obrus i okrył nim pochrapującą delikatnie Anię. Sam ułożył się równie niewygodnie na ławie po drugiej stronie przejścia, podłożył rękę pod głowę i spojrzał w górę. W oczekiwaniu na jakieś instrukcje. A tam, na suficie kościoła, zamiast banalnych fresków przedstawiających androgyniczne aniołki ze złoconymi skrzydełkami, pojawiła się mapa nieba z kwadryliardem świecących gwiazd. Przez zmęczone i… odymione ciało księdza Antoniego w jednej zeptosekundzie przeniknęło trylion oświecających umysł neutrin, wyjątkowo nieuchwytnych cząstek. Z tego może dwie lub trzy zderzyły się z jednym lub dwoma atomami w zwojach mózgowych przeżywającego iluminację księdza Antoniego.

– Mmmmmm… O tak, o tak! – wyiluminował sobie poranną decyzję Antoni z Głową w Gwiazdach.

***

Antoni biegł szosą w sutannie do ziemi obok Ani, delikatnie popychając trójkołowy ultranowoczesny wózek, a Ania mocno pracowała rękoma, kiedy silnik elektryczny nie dawał rady pod górę. „Uf, uf, uf, uf”. Ksiądz mamrotał pod nosem modlitwy, posiłkując się modlitewnikiem, którego kartki furkotały szarpane przez podmuchy wiatru od mknących przynajmniej setką TIR-ów, wyprzedzających je „na trzeciego” peugeotów, audi i merców.

– Ja ciebie chrzczę… – Ksiądz Antoni zatrzymał się i wypowiedział te słowa zgięty wpół, obezwładniony przez kolkę. Wózek z przyczepą niknął w strugach deszczu.

Pewnie już nigdy się nie zobaczymy – pomyślał z żalem Antoni.

A gdzie tam – pomyślała jednocześnie Ania. Tylko najpierw odzyskam Pajączka. Odzyskam Alę.

Ksiądz Antoni zawrócił i sądził, że idąc tą samą drogą, tylko w odwrotnym kierunku, spokojnie dojdzie (choć porządnie zbryzgany błotem spod kół tirowych, aż po pas sutanny) do punktu, z którego wyruszył, czyli do wrót kościoła – Latającego Holendra. Lecz szedł i szedł, aż zaczął zapadać zmierzch, i księdza Antoniego ogarnął niepokój, bo to, co miało być przecież po lewej ręce, to surowe wnętrze, bez ornamentów i fresków na suficie, wcale po lewej ręce już się nie znajdowało. Zawrócił więc ksiądz Antoni. Ale czy we właściwym punkcie czasoprzestrzeni? Czy nie za wcześnie postradał wiarę? Tego nie wiemy. Rzadko wiemy, kiedy zawrócić, a kiedy iść dalej.

Pisarz odchyla się na krześle, aż oparcie trzeszczy groźnie.

– Trzeba będzie jeszcze poprawić tu i ówdzie. Ale lepsze to od rycerzy i ich giermków… – wyjmuje kartkę z maszyny i odkłada na stosik obok.

Rozdział 27

Niemal dotykając nosem przedniej szyby pędzącej na wschód SuperPobiedy, Ala-Pajączek wpatruje się w fioletowe smugi wirujące wewnątrz szaro-sinych chmur, czasem skupione w pojedynczym przebłysku, albo wyginające się jak błyskawice w drodze ku ziemi. I chyba z nadmiaru wrażeń przysypia znużona, jak po czterdziestu minutach WOS-u, pierwszej w środę lekcji w zawieszonej gdzieś nad bałtyckim klifem szkole, od której dzieliły ją teraz dziesiątki kilometrów i lat.

Wtem, tylko dzięki nadludzkiemu refleksowi Siergieja, SuperPobieda unika zderzenia z furmanką, która jak duch wynurzyła się fioletowej mgły. SuperPobieda o centymetry mija paszczę ciągnącej wóz dereszowatej klaczy i hamując gwałtownie, zatrzymuje się na skraju skarpy.

Na wozie piętrzy się rodzinny dobytek, kilkumetrowa sterta przedmiotów powiązanych sznurami, owiniętych kocami, opatulonych pierzyną. Dwudrzwiowa szafa z pękniętym lustrem oparła się o łóżko, jakby zdrzemnąwszy się w długiej podróży, przygniatając ściągnięte z dostatniej chłopskiej jadalni obrazy, czarno-białe ślubne zdjęcia przodków – w ramkach za szybką, podretuszowane.

Z tej samej fioletowej mgły, spośród szpaleru poszarzałych topoli, ślizgając się na resztkach wymieszanego z błotem, przemielonego przez czołgowe gąsienice śniegu, wyjeżdża kolejny wóz, a za nim jeszcze jeden, ciągnięty przez zaprzęg siwych klaczy. Wewnątrz SuperPobiedy fioletowa poświata miesza się z pulsującą czerwienią instrumentów pokładowych.

– Nie bój się, nie widzą nas. Rzuciło nas bardzo daleko. Spróbuję to policzyć…

Furmanka powoli się oddala, kołysząc się na wyboistym bruku, niemal popychana przez kolejną. I jeszcze jedną. Na koźle ostatniej zasiada starszy wąsaty mężczyzna, matka wraz z czteroletnim chłopcem jadą przykryci derkami na wozie. Chłopczyk wielkimi, rozgorączkowanymi oczami zdaje się wpatrywać w Pajączka. Matka płacze, tuląc syna do piersi. Pajączek nie zwraca na nich większej uwagi, ale wychudzone końskie nogi taksuje wzrokiem od góry do dołu, naśladując swego ulubionego weterynarza.

– Ma chore pęciny. Strasznie go bolą nogi, słyszysz?! Przecież ten koń cierpi, dlaczego oni nie…

Siergiej, skupiony na wprowadzaniu danych do komputera, spogląda na Pajączka z zaciekawieniem znad otwartej na kolanach grubej księgi z instrukcjami.

Pomiędzy wozami postępują krok za krokiem ledwo powłóczący nogami piechurzy. Wyłaniają się z nicości za horyzontem i w niej znikają, niczym zagubione dusze w dantejskim czyśćcu. Jeden z wozów zatrzymuje się. Koń chwieje się na nogach i upada. Jego łeb uderza głucho o maskę SuperPobiedy i gdyby nie szyba, zmieszana ze śliną krew zbryzgałaby twarz przerażonej Ali. Siergiej cofa auto. Koński łeb ześlizguje się na zmrożoną glebę. Starszy mężczyzna zsuwa się z kozła, ostrożnie stawia na ziemi jedną nogę, kikut drugiej wystaje spod wojskowego szynelu. Podchodzi do pasażerów unieruchomionego wozu. Wskazuje palcem na leżące zwierzę. Matka, płacząc, zakrywa chłopcu oczy. Ten wyrywa się i podbiega do konia, klęka obok wciąż miarowo poruszającego się tułowia, głaszcze zwierzę po pysku. Odwrócony do niego plecami mężczyzna zdejmuje z kozła karabin. Sprawdza magazynek. Bierze głęboki wdech, patrząc gdzieś w dal. Przeładowuje. Chłopczyk dostrzega broń, krzyczy. Mężczyzna wzywa gestem kobietę, która kręci głową i chowa się pod przemokniętym kraciastym kocem. Mężczyzna pochyla się nad synem i próbuje mu coś tłumaczyć. Jakby chcąc wsłuchać się w uzasadnienie wydanego na swoje życie wyroku, koń unosi łeb, ale nie ma sił żeby wstać.

– Jemu można jeszcze pomóc. On nie musi tak cierpieć! – wrzeszczy Pajączek i próbuje wydostać się z samochodu. Siergiej chwyta ją za ramię i, mimo że Pajączek wierzga jak źrebię i kopie w szybę SuperPobiedy, mocno przytrzymuje i usadza z powrotem w fotelu.

– Nie wolno nam. I… – milknie na chwilę Siergiej, jakby ważył w umyśle skomplikowane kwestie dobra i zła – Nie nada. Nie trzeba. To wszystko.. już się wydarzyło.

– Skąd to wiesz? Skąd wiesz co nada, a co nie nada!!? Puszczaj! – Ala szarpie się, uderza głową o szybę. – Dokąd jadą? Gadaj! Co to za ludzie?

– Na zachód. Uciekają… Jest rok 1945. Nie muszę nawet tego liczyć. Pada strzał. Niecelny. Mężczyzna trzęsącymi się rękoma przeładowuje broń. Gdy z rozpaczą stwierdza, że w komorze karabinu zabrakło naboi, unosi broń wysoko nad głowę i potężnym uderzeniem kolbą rozbija koński łeb; uderza wściekle, skowycze jak ranne zwierzę, jakby śmiertelne ciosy zadawał sobie samemu. Koń zdycha w drgawkach. Mężczyzna kładzie się obok niego i wtula w szarą, zakrwawioną grzywę. Siedzące na przejeżdżającej obok furmance dwie blondwłose dziewczynki, apatycznie machają nogami w zniszczonych trzewikach, niegdyś błyszczących, karminowych, pachnących skórą. Kiedyś, w epoce przyspieszonego przedwojennego dzieciństwa, można je było kupić w miejscowym sklepie udekorowanym czerwono-biało-czarną flagą ze swastyką i portretem wodza, u zawsze uśmiechniętej Fräulein Kohler, której obowiązkowo patriotyczne blond włosy wyglądały niezmiennie jakby dopiero co wyjęto z nich rozgrzane na zapleczu wałki. Trzewiki uderzają miarowo o burtę oddalającej się furmanki, a ich zobojętniałe na widok śmierci właścicielki gapią się beznamiętnie, jak mężczyzna podnosi się z kolan, ociera zakrwawioną twarz, zakłada karabin na ramię, podchodzi do wozu i spod grubego swetra, spod świętego obrazka ze świętym Krzysztofem, opiekunem podróżnych, wydobywa skrzynkę z nabojami, przerobioną z metalowego, ręcznie malowanego pudełka na landrynki, skąd wyciąga trzy ostatnie naboje. Przeładowuje karabin. Odnotowuje skinienie głowy swojej żony – po siedemnastu latach małżeństwa wiedział, kiedy takim gestem mu na coś przyzwalała – wycelowuje w głowę swojego czteroletniego syna i pociąga za spust, następnie przesuwa wciąż dymiącą lufę o kilka centymetrów w bok, przystawia ją do czoła żony, która ułamek sekundy później, pomijalna krztynka życia, spadając z wozu odrzucona wystrzałem, ciągnie za sobą w błoto nieżyjącego już chłopca, dzięki ci Krzysztofie, patronie podróżnych, i wtedy robi się trudniej, ale mężczyzna zapiera kolbę o burtę furmanki, a lufę o lewe oko, trzymanym w wyciągniętej ręce batem-do śmierci-przedłużaczem naciska na spust i litościwy Krzysztof nie zawodzi i tym razem, podczas gdy pogrzebowy kondukt winy i kary przesuwa się nieśpiesznie, ospale, niknie w oddali, kontury wozów giną zamazane fioletową akwarelą.

Pajączek kiwa głową kilka razy, jakby myślał właśnie o czymś, co wymaga potwierdzenia, jak jakiś etap matematycznego działania, wywód w fizyce. Kiwanie nasila się, przechodzi w głębokie skłony, jak w chorobie sierocej. Uderza czołem o deskę rozdzielczą. I jeszcze raz. Łzy ciekną po policzkach, kapią na chude, pająkowate uda. Gdzieś spośród goryczy dziecięcego pochlipywania wydobywa się cichy, łamliwy głos:

– To jaki tam… dystans do celu panie (chlip) ruski agencie?? Doganiamy? Przeganiamy? Wyprzedzamy? Do skóry się dobieramy? Co mówią satelity? Czy dochodzi do nas (chlip) czyjś głos z orbity?

Płacz. A przecież próbowała i na nic. Się opanować.

Na głównym ekranie konsoli zmieniają się błyskawicznie liczby i tytuły, jakby ktoś w empetrójce naciskał przycisk „Next track”, przeskocz do przodu. Gdy mijają utwory na „b” oraz „c”, na ekraniku wyskakuje napis:

„Dante Alighieri”.

– Przeze mnie droga w miasto utrapienia. Przeze mnie droga w wiekuiste męki. Przeze mnie droga w naród zatracenia. Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki. Dusze zrezygnowane i nagie… Przeklinały Boga i przodków własnych, ludzki gatunek i miejsce i czas i nasienie ich poczęcia i ich narodzin – mówi Siergiej głosem nieznanego aktora. A potem już swoim: – Po śmierci konia mieli jeszcze mniejsze szanse na to, żeby przeżyć. I bali się. Jak setki tysięcy, miliony innych. Nadciągająca radziecka armia była… okrutna. Sołdaty.. mścili się w niekończącym się chocholim tańcu okrucieństwa, mścili się za zbrodnie ojców i braci tych tam patrzących na świat obojętnie dziewczynek w czerwonych trzewikach.. mój djeduszka… – Siergiej spogląda odruchowo na zegarek – toże. Za swoją siostrę. Spłonęła we własnym domu we wsi. A ten zegarek wziął na pamiątkę.. Ale ty… ciebie, Alicjo Odysejewna, obchodziło tylko to konające zwierzę, pozbawione świadomości swego istnienia, jedynie instynktem wyczuwające nadchodzący koniec. Ciekawe… ciekawe.

Z fotela pasażera wciąż dochodzi pochlipywanie.

– Dddusze zrezy… zrezy… zrezy… gnowane… Ddroga w mmmmiasto zatracenia… Ładne ttto. Masz to na audiobbbuku? – Pajączek znów zanosi się szlochem i choć widać, że robi wszystko, żeby się opanować, nie potrafi. – Mmmorderco? Po… porywaczu? Nnnie wwwiem, czy zzzauważyłeś, ruski majkro… majkrosofcie… Chwi… chwi… le… leczkę.

Pajączek sięga do samowara. Gdy trzyma już w ręku szklankę z malinową herbatą, robi jej się trochę lepiej. Przynajmniej się nie jąka.

– Nie wiem, czy ci przyszło do łba, kiedy nie masz go akurat podłączonego do tej swojej centrali, że… ja tu podobno świat ratuję. Cały. Dlatego pętam się po bezdrożach z jakimś cyklopem ze świecącymi gałami, podczas gdy moja mama na pewno umarła już ze zmartwienia, na pewno, wiem to z całą pewnością, bo kiedyś nie wróciłam na jedną, je-dną… jedną noc! Słyszysz? A nie na sto lat!!!Więc wiem, co mówię! A tymczasem mój koń, którego ko… kocham, bo mi się ostał po tacie… którego jakoś nigdy nie poznałam, mój Herkules być może już nie… Ja nawet nie potrafię tego powiedzieć, nie znam takich słów jak ten twój… – przerywa Ala i bierze łyk malinowej herbaty – elektrosłownik dla półgłówków, i nie chcę umieć, bo może wtedy… A zresztą, dawaj tę mapę i jedźmy, jedźmy, już mi wszystko jedno. Albo nie, nie jest. Siergiej… Wadim… spójrz mi w oczy. No już.

Siergiej zwalnia i pierwszy raz wypełnia rozkaz, który nie przyszedł gdzieś z odległego satelity.

– To… co tam widzieliśmy… to nie może się powtórzyć… i jeśli chodzi o to, że… my do tego nie dopuścimy… to ja… rozumiem, po co to wszystko, po co gnamy za jakimś gościem z teczką.. I wtedy jest sawa. A teraz… chcesz herbaty? Czaju… choczesz?

– Dystans do celu: pięć kilometrów. Dystans spada.

Satelita Kursk 3 wychodzi zza horyzontu i zawisa władczo nad głową agenta Sierioznego. Ten ściska kierownicę tak mocno, jakby chciał się zaprzeć w ostatniej chwili przed nieuchronnym zderzeniem. Gdyby mógł, stanąłby teraz na baczność… A tak zostaje mu tylko na baczność siedzieć. Tak przynajmniej uważa obserwująca go kątem oka Ala, która w takiej pozie wytrzymała całe trzy lekcje religii w szkole, zanim została z nich raz na zawsze zwolniona przez mamę.

Wyluzuj, Siergiej. Wadim. Wyluzuj.

– Widzisz te… światła przed nami? – Pajączek nachyla się do przodu, ile tylko może, aż na szybie pojawia się szybko znikająca plamka pary z ust. – Wygląda, jakby…

– Do celu dwa kilometry dziewięćset pięćdziesiąt cztery metry. Trzy. Dwa… – Głos agenta Sierioznego przypomina teraz metaliczny baryton wydobywający się z taniego GPS-u.

– A tobie co? Siergiej? Wadim? Człowieku?

– Jeden kilometr sto pięćdziesiąt dziewięć metrów. Osiem…

– No nie mogę! Ale numer! Reserved… KappAhl… Media Markt… Sklepy… w samym środku niczego? Już wtedy mieli Body Shop? No, no, duża ta galeria… dom towarowy, chciałam powiedzieć. Mama się wścieka, kiedy mówię…

– Pięćset pięćdziesiąt…

– …„galeria”. I parking… zupełnie pusty. Pewnie zamknięte. Automatyczne drzwi zainstalowane u wejścia do typowej dwudziestopierwszowiecznej galerii handlowej, jakich pełno w polskich metropoliach, rozsuwają się z cichym sykiem. Sssss. Otwarte. Sssss. Zamknięte. Następny poziom. Next level. Wchodzisz?

Rozdział 28

Sinofioletowy obłok kroczył po niebie, rozpychając chmury. Zahaczając grubym brzuszyskiem o spadziowe dachy, ochoczo wnikał do wnętrz domów. Przez uchylone okna wpełzał do sal pełnych śpiących chłopców. Płuca wciągały go ochoczo, spiesznymi haustami jak tlen z masek zwisających nad fotelami w spadającym samolocie. I pchały do serca, do krwi. A serce wywiązało się ze swojego ewolucyjnego zadania: nakarmić mózg. Nawet jeśli pokarm to trucizna.

„Baronowa Stand-Upu” zawsze zdoła pokierować kamerzystą tak, by nawet najbardziej tragiczne wydarzenia dziejące się za jej plecami były tylko tłem dla widocznych na jej zwykle zatroskanej i skupionej twarzy efektów wnikania w skórę kosztującego kilka tysięcy złotych kremu do cery przetłuszczającej się („Ale tylko lekko”, jak tłumaczy z naciskiem swojej zaufanej aptekarce).

Dziś jednak jest inaczej. Dziś żaden kadr nie jest nudny. Gdziekolwiek obiektyw Sony skierowuje swe oko, leżą zwłoki młodych chłopców. Poukładane w rzędy, stykające się ramionami, jakby jeszcze przed chwilą stali obok siebie na apelu wyprostowani na baczność, w pozie ulubionej przez wszystkich ministrów wojny tego świata.

Dziś Baronowa Stand-Upu zajmie w końcu należne jej miejsce na najwyższym szczeblu podium. I będzie Królową. Należy jej się. Uśmiecha się do kamery, do czerwonej lampki oznaczającej „Kręcimy”, szczerzy doskonałość uzębienia, kierowana wyrobionym przez lata impulsem, ale szybko orientuje się, że dziś wyjątkowo jest w błędzie.

– Jedziemy od początku. Gęba do wycinki. Daj mi się skupić chwilę, co? W tym czasie pojedź po tej tam galerii, może tak od lewej… – Baronowa wskazuje na rzędy martwych ciał, brakuje tylko trumien, kwiatów i świeżo usypanych kopczyków czarnoziemu. – I pokaż tych tam rodziców. Tłum niech zatrzymają jeszcze chociaż parę minut, bo tak się nie da pracować. Ale charakteryzatorkę to niech puszczą… Pani Basiu… proszę tu do mnie…

Gdy kciuk kamerzysty wskazuje ku górze, a palce producentki odliczają od trzech do jednego, Baronowa ma już na twarzy bardziej odpowiednią minę, jakby zdołała z oblicza tłumu wyssać całe zatroskanie, zatrzymując się bezpiecznie na granicy rozpaczy. Od rozpaczy są „małpy”, czyli miejscowi, matki, ojcowie i inni, jeśli dobrze wypadają na ekranie wozu transmisyjnego zaparkowanego nieopodal.

– Nikt nie wie, co mogło spowodować tę straszliwą tragedię. Jej świadkowie leżą tam – ciała poukładane w rzędy, w sumie dwudziestu dwóch chłopców w wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat. Maturzyści. Uczniowie tutejszego technikum leśnego. Wszyscy mieszkali w internacie, którego zgliszcza tlą się jeszcze za moimi plecami.

Reporterka odwraca się z mikrofonem w ręce ku dopalającym się resztkom budynku.

– Czy ta przerażająca tragedia ma coś wspólnego z serią niecodziennych zdarzeń, z jaką mamy do czynienia w naszym kraju od jakiegoś czasu? – Baronowa wie, że wspina się właśnie na szczyty reporterskiej sztuki. – Czy też… jest zapowiedzią tego, co jeszcze przed nami? Jak długo więc mamy czekać na… – zawiesza głos Baronowa, robi głęboki oddech i kontynuuje: – reakcję rządu? Czy ktoś jest głuchy na ludzką biedę? Na nieszczęście matek…?

Ojcowie, o czym Baronowa wie, robią o wiele mniejsze wrażenie w tragicznych kontekstach.

– Ale wróćmy do faktów. A raczej naszych domysłów… Pod nieobecność kierownika internatu, który udał się, jak co rano, do miasta po pieczywo na śniadanie dla chłopców… – Głos Baronowej łamie się w z góry przewidzianym momencie. Chwilę później kobieta się opanowuje. – Po powrocie zastał otwarte drzwi do magazynu z narzędziami. W środku brakowało pił mechanicznych, toporów…

Jedna z matek przerywa żółtą taśmę i potykając się o korpus najbliżej leżącego chłopca, upada na kolana, podcinając jednocześnie nogi Baronowej.

– Stop. Zatrzymaj tę kamerę, cymbale.

Baronowa wstaje z ziemi i widząc, że żółta taśma ginie właśnie pod butami nadciągających ludzi, obraca się do kamerzysty z wykrzywioną twarzą.

– Zrobimy dokrętkę, ale gdzieś dalej. Rzygać mi się chce. Zwijajcie się.

Kamerzysta odsuwa kamerę od oka i opuszcza ją do kolan.

– A tak w ogóle, to co tu się stało?

– Mnie pytasz?

Baronowa przechodzi obok, nie zatrzymując się. Rzuca za siebie:

– Dopalili coś, nachlali, a potem na haju porozwalali sobie łby topo rami. Banda debili..

– Myślisz, że ich ojcowie też się czegoś najarali?

– Bo?

– Bo tu idą…

Rozdział 29

Gniewski, Sofija i Jadwinia

Ssssss. Ssssss. Ssssss. Pssssss.

Prowadzące do wnętrza przeniesionej z dwudziestego pierwszego wieku ultranowoczesnej galerii handlowej drzwi z hartowanego szkła rozsuwają się i zamykają. Jak gdyby przechodzili przez nie niewidzialni klienci.

Na opustoszały parking migającej neonami galerii handlowej wtacza się biały mercedes.

– Dom towarowy? Tutaj? W samym środku niczego?

– Nie wiem, na co czekasz, moja droga. Ja wysiadam. – Jadwinia sięga na tylne siedzenie po futro.

– Może… khhmm… sprawdźmy… najpierw, jak stąd… wyjechać. – Głos Prezesa jest ledwo słyszalny spod góry kartonów.

– Już próbowałyśmy. Cały czas wracamy w to samo miejsce – mówi

Sofija i zaciąga ręczny hamulec.

– Poza tym mają tu na pewno sklep z kapeluszami. Już połowa grudnia, a ja nie kupiłam jeszcze ANI JEDNEGO. – Jadwinia narzuca na ramiona futro. – Przecież towarzysz Gniewski może popilnować samochodu.

– Tylko nie… khh… towarzysz. – Prezes ukazuje swoją wymazaną brokułową zupką twarz. W świetle pomarańczowego blasku neonu dyniowy kolor jest jeszcze bardziej dyniowy.

– W bagażniku jest kserograf i papier. Za to dają dwa lata więzienia. A w skrytce… – Sofija w porę gryzie się w język, zamyka drzwi i podbiega kilka metrów, by dołączyć do stąpającej godnie ku wejściu Jadwini.

Prezes sięga językiem do kącika ust. Zlizuje ociupinkę dyniowej zupy. Podnosi z podłogi otwarty słoik. Wsadza palec do środka i oblizuje.

– Ciekawe. Zupki dla dzieci, pieluchy. Hmm… Ksero dla Solidarności… Ale coś tu nie tak. To auto ma silnik jak jakiś potwór. Ta cała Sofija prowadzi, jakby startowała w rajdzie Monte Carlo… A ta Kossobudzka…

Nagle w lusterku wstecznym odbijają się świetlne krążki reflektorów jakiegoś samochodu. Rosną z każdą sekundą. Gniewski bez namysłu nurkuje na podłogę, za przednie siedzenia mercedesa. Opiera twarz o wyłożoną zielonkawą tkaniną obudowę wału. W niewidocznym miejscu pod tylną kanapą tkwi centymetrowej wielkości miedziany haczyk. Nie do wykrycia podczas zwykłej drogowej kontroli. Gniewski sięga do haczyka i po paru chwilach spędzonych na niezdarnych manipulacjach palcami utytłanymi w pokarmie dla niemowląt, kryjąca wbudowaną pod kanapą skrytkę klapka w końcu odskakuje.

W środku znajduje się szara koperta i kilkanaście paszportów w różnych kolorach.

Bolek i Lolek

– Jezu. McDonald’s.

Bolek nachyla się do ucha stojącego obok Lolka.

– McDonald’s.

– Prawdziwy.

– Hamburger po… dziesięć.

– Dolarów.

– Zeta.

– Nie wierzę.

– Se zobacz. Tam na szybie napisali.

– Bajer.

– Myślisz?

– Ehe. Lipa.

– Lipa, nie?

– Szkoda…

– A może… nie?

– To wchodzimy?

– Wchodzimy.

Bolek i Lolek wkraczają do opustoszałego McDonalda, jak do poszukiwanej przez pokolenia archeologów inkaskiej świątyni w samym środku amazońskiej dżungli.

Siergiej i Pajączek

Piętro niżej zamiast drogerii Rossmann, przyciągającej utrzymanymi w fiołkoworóżowym kolorze reklamami nic niedających środków na wątrobę, po lewej stronie głównego korytarza pojawia się szary sklep ze zmatowiałymi szybami i szyldem z zepsutym neonem:

„Dr_ger_a”

– Destabilizacja tkanki czasowo-przestrzennej – rzuca Siergiej pod adresem drepczącej obok niego Ali. – To dopiero początek. Cel: sto siedemdziesiąt metrów.

Rossmann wraca na miejsce, ale oferujący zawsze niskie ceny pięknie oświetlony i aż pękający w szwach od uginających się półek z suszarkami, golarkami i frytkownicami sklep RTV-AGD znika, jakby jeden z telewizorów stracił sygnał. Szyld „RTV” wprawdzie zostaje, ale wśród pustych półek i zakurzonych regałów zamiast ubranego w kolorowe polo z przypiętym do piersi identyfikatorem sprzedawcy kręci się starszy jegomość w rogowych okularach i w szarym fartuchu.

– Destabilizacja. Znaczny przyrost. Nie ma czasu. Cel oddala się – odzywa się niczym karykatura Terminatora Siergiej i rusza przed siebie korytarzem. Pajączek biegnie obok niego przez kilka metrów, jak dziecko odprowadzające ojca spieszącego się na tramwaj do pracy.

– Siergiej… Wadim… Wadim! – wrzeszczy Pajączek. – Otrząśnij się z tego! To nie ty! Nie ty, słyszysz? No dobra. Zabierz mu tę teczkę i wracamy!

– Likwidacja… konieczna. Rozkaz – rzuca za siebie Siergiej i oddala się coraz szybciej.

Satelita Kursk 12 wolno przesuwa się po niebie, prawie nieodróżnialny od miliardów większych i mniejszych, bliższych i dalszych gwiazd.

Sofija i Jadwinia

– Komuniści? Taką księgarnię? No chyba że na pokaz. To pewnie tylko okładki, a nie ksią... Przecież… przecież to Orwell! Rok 1984!

Jadwinia rozgląda się po Empiku, coraz bardziej zagubiona. Bierze do ręki „Vogue” i kartkuje je zamyślona. Szerokie rondo jej nowego kapelusza odcina ją od wzroku sprzedawcy.

– Zniknął! Cholera. Mówiłam! – Z zamyślenia wyrywa Jadwinię

głos jej dozgonnej przyjaciółki Sofiji.

– Kto?

– Ta przybłęda.

– Towarzysz…?

– Skończ już z tym towarzyszem. – Sofija wypowiada te słowa półgłosem, ale tonem bardzo zdecydowanym, uważnie obserwując sklepowy korytarz. – Drzwi były otwarte.

– Doprawdy?

– I nie tylko.

– Okno? – Jadwinia wertuje „Vogue” z udawanym zainteresowaniem.

– Schowek.

Sofija czeka na reakcję Jadwini, ale ta spokojnie odkłada pismo na półkę i zwraca swe doskonałe rzęsy prosto w oczy przyjaciółki.

– To będziemy musiały go znaleźć, prawda?

W przejściu mijają się z chudą nastolatką o kończynach cienkich jak u pająka. Lecz uwagę Sofiji zwraca figurująca na okładce promowanego w witrynie tygodnika znajoma twarz. I podpis grubą czcionką:

„Gdzie jest Marian Gniewski?”

– Właśnie – mówi do siebie Sofija, rozglądając się po opustoszałym food courcie na pierwszym piętrze. – Właśnie, gdzie?

Zza ich pleców wynurza się wysoki, barczysty mężczyzna, który wymija je dwoma potężnymi susami i znika za rogiem.

– Myślisz, że on może wiedzieć? – pyta Jadwinia z dziwną pewnością w głosie.

Pajączek

– Właśnie. Gdzie?

Pajączek zdejmuje z empikowej półki „Wprost” z twarzą zaginionego Prezesa na błyszczącej okładce i szybko kartkuje. W sklepie znajduje się jeszcze jeden klient. Dziwny jegomość w kapeluszu z szerokim rondem. Stoi odwrócony plecami przy półce z napisem „filozofia, religia”. Właśnie wyciąga jakieś grube tomiszcze, wspinając się nieco na palcach spiczastych butów z krokodylej skóry.

– Mama – mówi Ala Apollonia zwana Pajączkiem, cichym głosem wydobywającym się ze ściśniętej krtani. I aż ma ochotę usiąść na wyłożonej zielonkawą wykładziną podłodze empiku. – Mama. – Pajączek kuca na swych chudych nogach i rozkłada „Wprost” na kolanach. W ten sposób ukrywa swoje zdumienie przed podejrzliwie spoglądającym w jej kierunku sprzedawcą.

„Zaginiona siostra zaginionego Prezesa Gniewskiego”.

I zdjęcie, czarno-białe. Takie, jak kiedyś zamawiało się u fotografa „do legitymacji”. Lekko wyretuszowane. Miękki obiektyw maskuje normalne w wieku nastoletnim niesforne pryszcze na olśniewająco pięknej twarzy, schowanej między opadającymi na ramiona blond lokami.

„Wychowana w domu dziecka”.

„Niechciana”.

„Dla trojga nie starczyłoby jedzenia”.

Gdy Pajączek przewraca w końcu zaślinioną kartkę, aż jęczy z wra-

żenia. Z tęsknoty. Z obawy. Pod zdjęciem zamkniętej lodziarni znajduje się podpis:

„Gdzie zniknęła nieznana dotąd siostra Prezesa?”

– Mamo.

W tym momencie, gdy po utracie kontroli nad nogami i resztą ciała Pajączkowa pupa styka się z podłogą, gdy na kolana kapią łzy, gdy inne, lepiej znane zdjęcie (To z odkręconą protezą, świnie) zostaje potajemnie wyrwane i zwinięte w kulkę, i gdy trzeba też nos w coś wytrzeć… zza regału z poradnikami wysuwa się wypielęgnowana męska dłoń, z której ściśnięta palcami niczym pęsetą zwisa biała, alabastrowa chusteczka.

– Mademoiselle, s’il vous plait.

– Mmmmerci – odpowiada odruchowo Ala i sięga po chustkę w ostatecznej gilowo-nosowej desperacji.

– Mais c’est pas grave – mówi Mężczyzna z Wąsikiem, którego Ala już gdzieś widziała.

Dmucha w chusteczkę, jak najgłośniej potrafi, żeby ukryć rodzący się gdzieś w przeponie wstrząsający epileptycznie całym ciałem napad szlochania. Bezskutecznie.

– Żaden ssse… pa… graw… tylko… o Jezu… straszna dddd… dupa, wie pan?

– Niezwykłe oczy. Doprawdy niezwykłe… Nawet w tym… hm… rozpaczliwym… stanie.

Mężczyzna wpatruje się chwilę w oczy Pajączka z pobłażliwym zainteresowaniem uczonego badającego życie kręgowców na Madagaskarze. Zaskakująco sprawnie, jakby jednym tanecznym pas, znajduje się po drugiej stronie regału i nastawia usłużnie ramię, gdy Pajączek nieporadnie podnosi się z podłogi.

– Dwukolorowe. Zdarza się. Rz..rzadko. Dziękuję za chusteczkę. Jeszcze mi się przyda, więc… trudno. Sepagraw. Czas na mnie.

Pajączek odwraca się na pięcie i rusza do wyjścia, skręcając egzemplarz „Wprost” w rulonik do obijania o kolana. I do późniejszego wgapiania się w zdjęcie mamy.

W tejże chwili Empik osuwa się w przeszłość do swojej formy sprzed ćwierćwiecza. W fotelach dostawionych do szerokich drewnianych stołów siedzą emeryci, trzymający w rękach gazety doczepione do zakończonych haczykiem drążków. Popiół z papierosów strzepują do wielkich, kryształowych popielniczek. Kawę piją ze szklanek na szklanych spodeczkach.

– Ją też już gdzieś widziałam. I doskonale pamiętam gdzie – mówi do siebie Pajączek na widok wysokiej, czarnowłosej piękności, która widząc zbliżającego się Pajączka rozsuwa sztywną bordową kotarę, za którą kryją się drewniane, pomalowane zieloną olejną farbą drzwi.

– Zapraszamy, Apollonio. – Mężczyzna z Wąsikiem chyli się przed Pajączkiem w szarmanckim ukłonie.

Siergiej

Zielony punkt na siatce radaru umieszczonej przed prawym okiem stopniowo zbliża się do środka tarczy.

Siedemdziesiąt metrów, sześćdziesiąt osiem…

Sklepy w polu widzenia agenta Sierioznego szarzeją i obsuwają się w przeszłość. Niektóre natychmiast wracają, odbudowują się, jakby nie znajdowały w przeszłości swego odpowiednika.

Trzydzieści metrów, dwadzieścia…

Widząc nadciągające środkiem korytarza Sofiję i z drugiego końca Jadwinię, Gniewski rzuca się do wnętrza sklepu z herbatą „Tea & Teapots”. Kuca za stosem jutowych worków z zieloną cejlońską. Przyciska do piersi teczkę i postanawia przeczekać. I na wszelki wypadek pomodlić się.

Dziesięć metrów.

Coś, co nie jest już Siergiejem, nakazuje gruczołom dokrewnym wyprodukować potężny strzał adrenaliny, przyspieszyć bicie serca, rozszerzyć źrenice. Coś, co nie jest Siergiejem, nakazuje neuronom wydać rozkaz, by prawa ręka sięgnęła po skrywany pod lewym ramieniem metalowy przedmiot i skierowała jego lufę ku drżącej ludzkiej galarecie, robakowi przycupniętemu w fałszywej hipotezie bezpieczeństwa z dala od oczu i czułków drapieżnika. Jak dziecko, któremu wydaje się, że jeśli zamknie oczy, to szukająca go opiekunka nigdy go nie znajdzie, tak i Prezes, chowa teraz łysinę pod teczką.

– Może panowie życzą sobie herbaty na spróbowanie, na przykład zielonej? Szybko stawia na nogi. – uczennica technikum handlowego zjawia się nagle za plecami Siergieja, niosąc w dłoniach filiżanki z parującą herbatą.

– Mamy dziś promocję.

To coś, co było Siergiejem, waha się przez ułamek sekundy. A to kilkadziesiąt bilionów miliardów razy dłużej niż zeptosekunda, której potrzeba było, by ta chwilowa anomalia, narośl na tkance czasowo-przestrzennej roku 1981 przestała istnieć.

Ala

– Ja nie lubię wesołych miasteczek. Robi mi się niedobrze. Tak jak teraz. Więc lepiej już pójdę…

– Ależ… zapraszam. – Mężczyzna z Wąsikiem spogląda na Alę z rozbawieniem spod ronda kapelusza. Wtedy jego lewe oko mruży się, jakby wypadła mu jednorazowa soczewka i musiał się wysilić, żeby pokonać krótkowzroczność. Stalowy, nitowany wagonik kołysze się na niewidocznych resorach. Mężczyzna z Wąsikiem sięga po klamkę drzwiczek.

– Mama mnie nauczyła nie wsiadać z nieznajomymi do… pojazdów. Pan mi zresztą wygląda na takiego, co przesiaduje przed komputerem w podkoszulku na ramiączkach… „Cześć, jestem Kamil”? – Ala spogląda jeszcze pogardliwie na zgiętego w usłużnym ukłonie Wąsika i odwróciwszy się na pięcie, robi krok ku wyjściu.

– Anna i Odyseusz. Ich ostatni wspólny występ! Tylko dziś! Ostatnie przedstawienie – huczy za plecami Ali głosem cyrkowego impresario Wąsik. Siedzi już na ramie bezpieczeństwa gondoli, tyłem do kierunku jazdy. Ogląda paznokcie, jak gdyby nigdy nic. – Chcesz… zobaczyć mamę? – mówi cicho. – Pajączku?

Ala zatrzymuje się w pół kroku.

– Nieco zabrakło nam wyobraźni, kiedy to wszystko… przygotowywaliśmy – przyznaje ze skruchą Mężczyzna z Wąsikiem, gdy wagonik toczy się już wśród szarych chmur po stalowych szynach rollercoastera.

– Niespodziewana prośba. Niespodziewanie przyjęta. Stąd te… barwy, kształty rozmazane, Turnerowskie… krótko mówiąc – przysposobione z pierwszego lepszego sklepu dla artystów malarzy. Ale cóż… – Mężczyzna z Wąsikiem spogląda dobrodusznie na Alę, która zaparła się nogami o podłogę wagonika i zbielałe od ogromnego nacisku dłonie owinęła wokół opuszczonej belki bezpieczeństwa.

Wagonik spada, ledwo dotykając kołami wyślizganych szyn. Rwie ku ziemi jak skoczek, któremu spadochron ma się dopiero otworzyć.

– Gdhhhzie… mama? – charczy nienawistnie Ala, kopiąc Wąsika w goleń. Wagonik wpada w pętlę i kolejny raz jej długie czarne włosy ustawiają się pionowo wobec… właśnie, czego? Bo żadnej ziemi spośród chmur nie widać. Zamiast ziemi, na drodze wagonika pojawia się pierwszy rozjazd, z torem odchodzącym w nieznane.

– Hm… Lepiej tamtędy nie jechać – mówi dziwnie zamyślony Wąsik. – Ciekawe, co byś wybrała teraz?

Rozjazd zbliża się z prędkością Pendolino mijającego prowincjonalne miasteczka, wózek stukoce na skrzyżowaniach torów. Szyny wiją się, unoszą i opadają.

– W lewo czy prawo? Lewo czy prawo? Szybciej! Mów! Zaraz los zdecyduje za nas!

– Nie wiem. Lewo? Albo nie. Prawo? Wszystko jedno.

– Mais si, mademoiselle. Wcale nie wszystko jedno. – Wąsik daje znak lekkim ruchem dłoni i wagonik zamiera w biegu, na kilka metrów przed rozjazdem, cała rzeczywistość nieruchomieje, jakby ktoś wcisnął pauzę w przeglądarce filmików dla amatorów tępego rechotu – Hipoteza: w lewo. Jeśli wytężysz wzrok, ujrzysz Annę, matkę waszą wraz z mężem, waszym, że się tak wyrażę, pół-ojcem Odyseuszem. Wracają z pobliskiego miasteczka do swego wiejskiego domu. Jadą śmiesznym, żółtym samochodzikiem, który sobie na ten swój deminutyw popularnością i rozmiarem zasłużył.. Nie odwracaj wzroku! Doskonale wiesz, co się wydarzy!!!…. – Wąsik kieruje swój taksujący wzrok szaleńca, swoje czoło oblepione przylizanymi brylantyną włosami, prosto ku twarzy Pajączka, który z namysłem zdejmuje posiniałe ze strachu dłonie z barierki, rozprostowuje zesztywniałe palce, oddycha głębiej.

– Mama… – szepcze Pajączek, gdy z ogłuszającym skrzypieniem otwierają się wrota prowadzące do komnaty strachów, przystrojone w kiczowate malowidła wampirów i ośmiornic, i wyjeżdża z nich żółty mały fiacik, powszechnie zwany maluchem, ledwo mieszczący dwoje ludzi ubranych w grube zimowe kurtki. Bardziej przypomina jeden z elektrycznych wozików, atrakcję każdego powiatowego wesołego miasteczka. – ..i tata?

– Przedstawiać nie muszę. – Wąsik powraca do swojej roli cyrkowego impresario. – Oto oni. Tuż przed… – Wąsik zakrywa usta dłonią, w antycypacji nieuchronnego faux pas. Ociera wierzchem dłoni zwilżone teatralnymi łzami oczy – jakie to było nieszczęście!

Ala tężeje, zaciska usta.

– Co mam zrobić? Co mam zrobić? W lewo? Czy w prawo? Pytam jeszcze raz panienkę? I uprzedzając pytanie… – Wąsik wskakuje na siedzenie obok Pajączka i staje wyprostowany jak kapitan piratów na mostku płynącego pod pełnymi żaglami szkunera. – W lewo… – Teraz głos Wąsika przypomina wodzireja na sylwestrowym balu. Wagonik znów rusza, z początku powoli, jakby ktoś lekko popuszczał zaciągnięty hamulec. – Otóż w lewo… oboje giną, deminutywny pojazd wyjątkowo nie nadawał się do zderzenia z twardą przeszkodą, na przykład z drzewem…

– W prawo, jedźmy w prawo! wrzeszczy Ala.

– Łatwe pytanie i odpowiedź takaż. Szybka i celna! Polska: dwanaście punktów!!! La Pologne: douze points! – Wąsik-wodzirej aż się zachłystuje, tak podoba mu się swoje eurowizyjne wcielenie. – Ależ oczywiście – w prawo! Szanowni telewidzowie! Audiences de la télévision mondiale! Nasza wspaniała zwrotnicowa jest do dyspozycji! O tam! Tam! Przed naaaaami! – śpiewa uroczo miękkim barytonem Wąsik i kłania się do ziemi. I jeszcze.

Już z daleka macha do niewidzialnej eurowizyjnej kamery uśmiechająca się szerokim scenicznym uśmiechem długowłosa piękność, ubrana w metalizujący czarny strój baletnicy – druhna i przyjaciółka Wąsika najbliższa, Agrafiena Zajcewa, stojąca pointe w karminowych baletkach. W ręce trzyma dźwignię zwrotnicy. Wózek wtacza się na garb torów i zatrzymuje się.

– Chwileczkę. Pytam… dla formalności… A co będzie, kiedy pojedziemy w prawo? – Twarz Ali aż skrzy się z radości na widok nadjeżdżających z drugiej strony Ani i obejmującego ją ramieniem Odyseusza.

– Nic wielkiego.

– To w drogę!

– Nic wielkiego dla ciebie. Bo i skąd wiedzieć? I po co? Po co by był ten ból? Tylko Ten-Który-Wie – wie. Oj, język mi się plącze. Człowiek strzela, a… i takie tam, nieważne. Agrafiena, krasawica ty maja! Gotowa? Zwrotnica… w prawo! W prawo!!! – huczy przez złożone w trąbkę dłonie Wąsik, drobiąc z entuzjazmem stopami w zamszowych mokasynach.

Pajączek czuje, jak ziarenko niepokoju kiełkuje gdzieś w połowie kręgosłupa, rośnie i puszcza pierwsze pędy, rozłażąc się jak cień zębatego potwora na suficie sypialni. Potwór rośnie, dojrzewa i pełznie do

żołądka, do gardła, jak tłusty waran z cienkim, rozszczepionym jak widelec jęzorem. Waran-strach.

– Co będzie? Jeśli pojedziemy w prawo? Mów!!!

– Nic takiego. Autokar. Klub sportowy. Takie tam. Jakoś przetrzymają. Juniorzy, silni są. To w prawo?

– A może ja śnię?

Mężczyzna z Wąsikiem obraca się do Pajączka i nachyla się nad jej kształtną głową, znów prawie dotykając ustami czarnych włosów. Wagonik chybocze się lekko na wietrze nad bezkresną przepaścią, pośród podświetlonych od spodu na niebiesko pierzastych obłoków wędrujących niespiesznie po wymalowanym szerokimi sztychami pędzla złotorudym niebie.

– Oj, te twoje oczy. Mówił ci ktoś, że są… szczególne? – Wąsik pakuje się do wagonika i rozsiada się obok Pajączka, zakładając nogę na nogę. – Jakże ohydnie nudne są te banalne interpretacje jałowego filozoficznego paradoksu. I dlaczego jest coś? Niż raczej niczego nie ma? A może ja śnię? Ecie-pecie.

Wąsik niedbałym machnięciem ręki daje znać zwrotnicowej-Zajcewej zaklętej w baletowej pozie oczekiwania na decyzję – w prawo, czy też w lewo, że ta sprawa wymaga jeszcze chwili. Jakby załatwiał coś w okienku na poczcie.

– Ulubione zajęcie nastoletnich poszukiwaczy ostatecznej prawdy. A może to wszystko ułuda jeno? A może mnie wielki prestidigi… prestigiti… Przepraszam, zawsze ten sam problem… – Wąsik szarpie się boleśnie za cienki, wypielęgnowany wąs. – Te płacze… te bezużyteczne poszukiwania dowodu, że Mag mnie jednak nie zwodzi. Że na zewnątrz coś istnieje, choćby tylko ja – wylegujący się w jakiejś gigantycznej ostrydze, podpięty do gniazda w kręgosłupie…

– Wiem. Matrix. Widziałam… – mówi Ala, obserwując uważnie znikający w czarnej jamie za zamykającymi się wrotami żółty fiacik. Przez malutką jak w zabawce tylną szybę widać jeszcze plecy Ani, na których spoczywa ręka Odyseusza.

– Właśnie. Tylko jaka jest gwarancja? – wzdycha filozoficznie Wąsik.

– Jaka jest gwarancja, że to nie kolejna warstewka, którą można zedrzeć jak naskórek spalony na słońcu?

– Gdzie mama? Gdzie Odyseusz? Dokąd pojechali?

– No cóż… Podróże to dla niego coś raczej zwyczajnego, nie sądzisz? Och, i proszę… – Wąsik aż podskakuje jak kauczukowa piłka. – Masz to po ojcu! Masz to po ojcu! Podróże, podróże! A te oczy? No cóż…

Obok wagonika zajmowanego przez Alę i Wąsika zatrzymuje się inny, jakby hamował przed opadającym szlabanem. Wąsik delikatnym, ledwie widocznym ruchem ręki, jak policjant na skrzyżowaniu, nakazuje wagonikowi ruszać. Ala odrywa na chwilę wzrok od bramy prowadzącej do komnaty strachów i w ostatniej chwili widzi samą siebie, spoglądającą z drugiego wagonika z wyrazem zdumienia na twarzy pomieszanego z przerażeniem!

– Kto to jest? – Ala szarpie Mężczyznę z Wąsikiem za połę fraku. – Kto to był?!

– Te oczy… Oj, te oczy… O czym to ja mówiłem? Tym razem opuszczą komnatę strachów z drugiej strony. Sarna, która zabiegła im drogę, poczuje w powietrzu obecność drapieżnika i kilkoma susami doskoczy do lasu…

– Kto to był? Mów! No mów!!! – Pajączek wstaje z siedzenia, a wagonik chyboce się bardzo niebezpiecznie, wydaje się, że setki kilometrów nad… (Czy tu jest jakieś pod?) Że gdyby nie chmury, widać by było krzywiznę ziemi, miony rozpadające się na elektrony, chaos gwiazd, martwicę księżycowej skorupy.

– Agrafieno, gdzie jesteś, gdy cię potrzebuję? Nikt. Odbicie w szybie.

– A oni… przeżyją?

– Oni, owszem.

– Ale tylko we śnie?

– Tego nie powiedziałem.

– Jeśli pojedziemy w prawo? Wagonik rusza.

– Ruszyła maszyna po szynach ospale… Jedzie się, jedzie się? Cieszymy się! – Wagonik z dwojgiem pasażerów pozostawia za sobą pętle, niemal pionowe zjazdy, wspina się z zawrotną prędkością w górę, po czym zwalnia na dłuższej prostej, zatrzymuje się w loży podniebnego konzerthausu. Rozradowany Wąsik odwraca twarz ku walczącej z mdłościami Ali. Orkiestra rozlokowana pośród obłoków na szerokich drewnianych huśtawkach, przypominających gondole kolejki linowej, już gra!

– Patetycznie! Jak ja lubię! Jak uwielbiam te cztery dźwięki!! I dawaj! I mocniej! I tempo! Tempo do cholery!!! Vivace prestissimo!!! Tak to się gra! Nie żadne allegro con brio, molto ritardando! Fifando, papalando!

Gdzie tam! Słyszysz Pan, Panie von Karajan! Kwintesencja ludzkiego losu w czterech dźwiękach! Eschatologiczna czwórka! A do tego boska Agrafiena nam tańczy! Tańczy! Któż to widział! Tego jeszcze nikt nie widział! Punktowiec poprosimy! Światło! Światło na scenę! Już pędzę! Pędzę do ciebie, Agrafienooo!!! Tylko coś tu jeszcze załatwię.

Wąsik opanowuje się błyskawicznie, siada obok oniemiałej Ali i wyjmuje z kieszonki białą chusteczkę, której koniuszkiem ociera sobie z czoła kilka grubych, nabrzmiałych od brylantyny kropel potu. Kiedy odzywa się po dłuższej chwili, przebierając palcami po rzeźbionej, stylizowanej na rokoko barierce loży, jakby odgrywając motyw ta-ta-ta-taa na klawiaturze wyimaginowanego fortepianu, jego ton jest trzeźwy i rzeczowy, jakby pomagał w wyborze najlepszej oferty abonamentu.

– Wsiadają przodem, przepychając się wzajemnie, śmieją się. Silnik autokaru pracuje równo pod stalową, wyłożoną sztuczną skórą osłoną. To ich ostatni mecz razem, potem rozjadą się do domów, internat opustoszeje. Bramkarz żongluje piłkami, pokazuje, jak staczają się po ręce. Kilka matek przyniosło kanapki dla swoich synów. Dbają o chłopców. Wojna skończyła się niedawno.. Odpychają ręce matek, sięgające odsuniętych prostokątnych okienek, wstydzą się. Żaden się nie obejrzy za siebie, żaden nie pośle ostatniego spojrzenia. Autokar rusza, omal nie zahacza o znak „zakaz wjazdu”, kierowca małego dostawczego samochodu puka się w czoło… Wymownie, jakże wymownie, Pajączku, Alu. Apollonio! – Nagle Wąsik zrywa się na równe nogi. – Smyczki… Czy ty to słyszysz? Czy słyszysz?

– Co się stanie? Mów! Mów… O Boże…

– Przecież sama zdecydowałaś, Alu Apollonio zwana Pajączkiem – charczy Wąsik, jakby zaschło mu w gardle, i macha ręką, jakby dyrygował dalej albo jakby to on żegnał się na zawsze. – W prawo!!! W prawo, Agrafienoo!!

– Ja… – Pajączek rzuca się na Wąsika, tłucze go po twarzy, jakby cucąc do tego świata, do tej odpowiedzi. – Ja jeszcze nie zdecydowałam!

– Jak to? Przecież chcesz, żeby żył! Chcesz, żeby oboje przeżyli!!! Tego chcesz, n’est-ce pas, mademoiselle? Ale dobrze, niech to będzie muzyka filmowa, niech nam przygrywa do tej sceny dramatycznej…

A więc repryza tematu. Orkiestra, temat poprosimy!!! Słyszysz? Wyjeżdżają. I mkną po oblodzonej drodze…

– Ja jeszcze nie zdecydowałam!!! Ja nie jestem od takich decyzji!!! – wrzeszczy Ala, przekrzykując bębnienie wielkiego filharmonicznego kotła.

Wagonik rusza, Wąsik doskakuje do niego z gracją i staje na stopniu.

– Kto wie która z was będzie pierwsza? Chcesz się przekonać? Naprawdę chcesz się przekonać?

– Ja jeszcze nie zdecydowałam!!!

– Wagonik skręci!!! Zaręczam ci! On skręci! Drogi na wprost nie ma! Wybieraj! Wybieraj teraz!

– Ja śnię!

– Bzdura!

– Ja śnię! Mnie nie ma!

– Wybieraj!!! Lewo?! Prawo?! Oszczędzisz ich! Wystarczy, że on zostanie w laboratorium kilka minut dłużej! Sarna wyskubująca pędy żyta spod śniegu spłoszy się i w porę ucieknie na drugą stronę drogi, skryje się w rowie!

Koła wagonika rozgrzewają się do czerwoności, chybocą na spawach, tor się chwieje. Już widać rozjazd! Zajcewa robi piruet zakończony ukłonem! I chwyta za przekładnię. W lewo? W prawo?

Ania tuli się do Odyseusza, fiacik traci przyczepność, oboje widzą już dalszy ciąg wypadków, tyle razy rozmawiali o olchach stojących przy drodze co dziesięć metrów, równo jak żołnierze podczas defilady! Apollonia! Alicja!

– Ja śnię!

– Réveil! – Wąsik wypowiada to słowo z zaciśniętymi zębami.

– Réveil!!!

Zęby kruszą się i wypadają. Zajcewa podskakuje jak zraniony łabędź, chwyta się za głowę obiema rękami w sztucznym geście zdumienia i obawy.

– Réveil!!!

– W prawo. Nie!!!

Ostatni z chłopców zatrzymuje się przy wejściu do autokaru i wstydliwie, ledwo dostrzegalnym gestem żegna się z niewysoką kobietą z kokiem siwiejących włosów na głowie. Pajączek krzyczy i szlocha jednocześnie, chowa twarz w dłoniach. To prawdziwy gest. To prawdziwe łzy.

– W lewo? – Alicja podnosi się z ławeczki i dopiero teraz dostrzega bezkres nieba, chmury pociągnięte grubo pędzlem. Chwilę stoi, trzymając się barierki.

Réveil.

Kopniakiem otwiera drzwiczki, spokojnie spycha z ramienia rękę Mężczyzny z Wąsikiem.

– Wszystko mi jedno. Jedź gdzie chcesz. Bo ja śnię. Śnię, że lecę. Wprost ku ziemi. I że wciąż jestem tą Alą, którą znam. Że to ja!! Ja!!

***

– Powiedziałeś jej?

– Zabrakło czasu.

– Z chłodu w chłód.. Zupełnie jak wszechświat, od narodzin do śmierci ostatniej gwiazdy.

– Ale są inne. Zatańczymy?

– Wyborna gra słów! Wyborna, Agrafieno, moja towarzyszko!

– A więc? Sentymentalny walc? Orkiestra? Los się dopełnił, dajcie już wy spokój z tym waszym… dżinglem na cztery dźwięki. Zagrajcie coś do tańca! Ach, tańczyć!

Rozdział 30

Ala czuje, że ktoś delikatnie potrząsa ją za ramię. Uśmiecha się jak niemowlak, któremu podsuwa się do ust butelkę pełną ciepłego mleka, uśmiecha się, gdzieś między snem i przebudzeniem, przez ten wspaniały i subiektywnie bywa, że całkiem długi moment, wydaje jej się, że to mama podeszła do jej łóżeczka otoczonego drewnianą palisadą, żeby ją obudzić. Przyniosła przerzucone przez rękę czerwone rajtuzy, bez których mała Alicja zwyczajnie nie widziała siebie w przedszkolu, zupełnie jak jakaś księżna bez cudacznego kapelusza podczas turnieju tenisowego w Wimbledonie.

Kiedy Ala upewnia się już w duchu, tak na sto procent, że oto nadszedł czas wkładania czerwonych rajtuzów i opychania się tostem z klonowym syropem, postanawia, że jest już zupełnie bezpiecznie i można jedną, tę skrywającą zielone oko powiekę uchylić. Tak na próbę. Przez milimetrową szczelinę widzi znajomą twarz, chociaż… nie jest wcale pewna, skąd ta znajomość się wzięła. Jedno jest pewne: szanse, że dziś pokaże się w czerwonych rajtuzach w ulubionym przedszkolu, zaczęły gwałtownie spadać. To może chociaż tost, syrop i kakao? No chociaż kakao? I wywalczone za czasów Częstego Płaczu i Nieznośności „jeszcze-pięć-minut-mamo”?

– Kipiatok dochodzi. Zaraz będzie herbata. Jak się spało, Alicjo Odysejewna? – Siergiej podstawia szklankę w złotej oprawce pod kurek złotego samowara, który stoi tam, gdzie zawsze, czyli na tylnym siedzeniu najbardziej wszechstronnego pojazdu na świecie – SuperPobiedy.

– Siergiej…? To ty… – pyta Ala, podciągając ciepły, wełniany koc pod sam nos, i ziewa cicho. – Chwilę mi zajmie przypomnienie sobie, co znaczy „ty”, dobra? Tak sobie podsumuję w głowie, dobra?

– Tak toczna.

– Siergiej… – Ala rozgląda się wokół z rosnącą ciekawością, która zmywa z jej oczu resztki snu, jak ciepła woda z mydłem twarzyczkę wybudzonego o świcie przedszkolaka. – Gdzie to wszystko się podziało?

– Coś musiało wywołać gwałtowną kontrakcję. – Oczy Ali wciąż są

zaspane i nic nierozumiejące. – Ściśnięcie tkanki czasowo… przestrzennej.

– Rozumiem. Tkanki.– Ala ziewa i przystawia do ust szklankę, niewiele jednak rozumiejąc. – Złapałeś go? Wracamy? Możesz szykować te swoje systemy, Siergiej. Tylko skończę… i gdyby jeszcze tej konfitury by się dało… – Ala unosi się na siedzeniu i wskazuje palcem na kucające przy ledwo tlącym się ognisku Sofiję i Jadwinię. – Wyglądają jakby na zrezygnowane. Dobrze, że te futra grube chociaż. – Siorbnięcie z nutą satysfakcji z posiadania ciepłego schronienia.

– Zdaje się, że ktoś im… Pażdaj niemnożka. – Siergiej wygląda na zirytowanego. – Kampjutier… komputer pracuje coraz wolniej…

– Agent znowu zawiesza się jak lagujący program i nagle wypluwa z siebie jak kule z karabinu maszynowego: – Zajumał, gwizdnął, zwędził, świsnął…

– Sepagraw, Siergiej. Albo jak ty mówiłeś? Wadim? Nie przejmuj się. Mnie się to często zdarza, zawieszam się jak Windows, zwłaszcza na geografii. Ktoś im gwizdnął samochód? – Pajączek popija herbatę, kontynuując ciche siorbanie. Łypie tylko w kierunku Siergieja, czy ten aby tego nie słyszy. – Ale my wiemy, kto zajumał, prawda?

– Niewiele wiemy. – Siergiej zajmuje miejsce w fotelu kierowcy i próbuje różnych przycisków i dźwigni. Wygląda na zasępionego. Kiedy poranne zimowe słońce ustawia się na wprost wobec jego zmatowiałej zmartwieniem twarzy, Ala po raz pierwszy dostrzega coś więcej niż cień, nutę rezygnacji. Raczej cały długi, orkiestrowy takt beznadziei. Siergiej odzywa się minorowym głosem, z basowym zwiastunem porażki. I dość patetycznie. Jakby… zdawał raport, stojąc na baczność przed towarzyszem Starszyną: – Alicjo Apollonio Odysejewna… To przeze mnie. Prastitje mienja.

– Postarzałeś się, Siergiej – odzywa się cicho i nieco wstydliwie Ala.

– A teraz gadaj, co „przez ciebie”? I co by to nie było – to znasz mnie. Sepagraw, nie?

Siergiej jakby nie słyszy tej uwagi albo szuka bezpiecznego portu dla swojego spojrzenia, dlatego gapi się intensywnie w niedziałający ekran radaru – martwy, zielony krąg na samym środku konsoli SuperPobiedy. Przez chwilę próbuje różnych położeń przełączników, po czym dobywa z przepastnego schowka w desce rozdzielczej metalowe pudełko z napisem wykonanym cyrylicą „Armia Rassiji”, wyjmuje z niego wojskowy suchar i wręcza go Pajączkowi. Potem sięga głęboko do kieszeni swojej terminatorowej kurtki i podsuwa Ali słoiczek z dżemem.

– Mirabelkowy chyba. Udało mi się w ostatniej chwili… gwizdnąć… – wyjaśnia Siergiej i uśmiecha się ciepło, a Pajączek reaguje tym samym – z półki w sklepie, zanim wszystko… zredukowało się do bezwymiarowego punktu i wyrzuciło nas tutaj.

– Ale złapałeś go? Wrzuciłeś do bagażnika jak w gangsterskim filmie i wracamy do domu? – upewnia się Ala, nakładając palcem dżem na suchar, który balansując na dłoni jak startujący z pokładu lotniskowca odrzutowiec, trafia do szeroko otwartej buzi, gdzie robi się natychmiast rozkosznie mirabelkowo.

Siergiej wzdycha. I potem jeszcze raz. Głęboko, jak to tylko Rosjanie potrafią, gdy los człowiekowi wieje w nos jak buran, syberyjski wiatr.

– Znalazłem ślady. Urywają się… jakiś kilometr stąd. W potoku.

– A te twoje zabawki? – Pajączek milknie, bo dociera do niego mdłe przeczucie, gmerający w żołądku jak połknięta żywa mucha lęk, że z „wracania” nic nie wyjdzie.

– A te twoje ekrany, radary, satelita, no Siergiej…

– Głuche, martwe. Satelita może i jest, ale zgodnie z moimi obliczeniami pokaże się zza horyzontu za… – Siergiej sięga po notatnik i szybko podlicza słupki liczb. – Za mniej więcej cztery godziny…

– Sepagraw. Zaczekamy. No to kim są te dwie damy przy ognisku?

– Pajączku… Alicjo Odysejewna. – Twarz Siergieja robi się poważna jak nauczycielki od matmy oddającej klasówki z geometrii. – My… potjerali. Przegraliśmy. Gniewski uciekł. I teraz… teraz musimy być gotowi na… – Siergiej czerwieni się, a gdzieniegdzie na twarzy nawet sinieje, gdy naturalna potrzeba użycia najgorszego z rosyjskich przekleństw skonfrontowana została z komputerowym programem strzegącym podstaw kurtuazji. – Pójdę, zaniosę im czaju.

Ala zaczyna się budzić na dobre – i drży jak na lekcji matmy, kiedy matematyca wyjmuje z kupki oznaczonej „pały z minusem” zeszyt, na który nikt już nie czeka, do którego najchętniej nikt by się nie przyznał. Ten z doskonale znanym podpisem i uśmiechającym się przepraszająco pajączkiem na okładce.

– Siergiej, a dlaczego to coś… co zwykle leży sobie na silniku, teraz sterczy w górze i zasłania widok na słońce?! – krzyczy Ala przez uchyloną szybę za Siergiejem.

– Maska silnika głównego i osłona turbiny – odpowiada cierpliwie Siergiej, pochylając się nad Pajączkiem. Od jego niskiego głosu aż drżą szyby w drzwiach. – Awaria działa neutronowego. Mamy zasilanie awaryjne, ale już niedługo… Ten Gniewski… nie powstrzymamy go.

– I co teraz? Może nie będzie tak źle, Siergiej? Może im się ta rakieta zatnie, może im się bomba popsuła? Może jakoś przeżyjemy? Może to sepagraw tak naprawdę?

Ala wyczytuje odpowiedź na listę swoich pytań ze smutnych oczu Siergieja. Nawet to lewe, bionanocybernetycznie stuningowane, wydaje się jakieś załzawione.

– Jeszcze będę próbował, Alicjo Odysejewna, ale to coś – wskazuje palcem na otwartą maskę – to już nie żadna SuperPobieda, tylko… kak eta wyskazat’? Jak to do cholery jasnej powiedzieć..?

– Sama bieda? – podsuwa usłużnie Pajączek i zarzuca na głowę kaptur. Chwilę patrzy w kierunku dogasającego ogniska i mówi cicho: – Lodyseusz. Tak na mojego tatę mówiła mama. Chociaż na imię miał Odyseas. Odyseusz po polsku. Razem z mamą założyli tę naszą lodziarnię. I to on nazwał ją „Akropolis”. Mój… tata, jak ten podróżnik, nigdy się nie poddawał. I choć… nie było okazji, żeby go poznać, to wiem… to wiem… że teraz też by się nie poddał – Ala zaczyna pochlipywać ostrzegawczo. – Neutrony, kwarki i gluony. Leptony, sralony, dodupolony!

Wręcza Siergiejowi pustą szklankę po herbacie ze śladami mirabelkowego dżemu na krawędzi i szarpie za klamkę drzwi. Te, pozbawione hydraulicznego wspomagania, uchylają się tylko na kilka centymetrów. Wystarczy jednak, by do uszu Pajączka dotarł bardzo charakterystyczny dźwięk. Bardzo miły dźwięk. Zwłaszcza w uszach najlepszego (no, może po Tomku) weterynarza w Polsce (no, może kiedyś). Więc trzeba wytrzeć te łzy z policzków!

– Siergiej, mapa! Mapę dawaj! Tę, która była w schowku! I otwórz jakoś te drzwi. No, Siergiej, zdziadziałeś dokumentnie? Ruszajcie się, żołnierzu!

Na podsuniętej przez skruszonego Siergieja mapie widnieje zaznaczony przez Pajączka ołówkiem punkt.

– Siergiej, gdzie my jesteśmy? Możesz to jakoś sprawdzić? – Pajączek natrafia wzrokiem na zgaszony ekran radaru. – A zresztą, nieważne. Wypuść mnie stąd! Aha, przydasz się! Więc już nie wzdychaj!

Tymczasem przy ognisku nastrój beznadziei jeszcze się nie zakorzenił. Obie damy dają sobie radę w bardziej gardłowych okolicznościach. Chociaż cieplej to by mogło być, owszem.

– Jadwiniu, chyba twoja kolej iść po drewno. Ogień dogasa. Obawiam się, że ten milczący typ nie zechce cię tym razem w tym zadaniu wyręczyć… – Sofija milknie, sprawnie wstaje z kucek i otrzepuje ze śniegu niebieskie levisy. Jej wzrok wędruje tam, gdzie w tej chwili powinien, jeśli ma natrafić na to, co jej przyjaciółka Jadwinia obserwuje już od jakiegoś czasu z rosnącym zainteresowaniem, jednocześnie nakładając na usta warstewkę bezbarwnej szminki.

Bo oto Siergiej, wyprostowany jak odrywający się od progu skoczek narciarski, balansuje ostrożnie na dachu SuperPobiedy i unosi w swych potężnych łapskach Alę, która też pręży się, jakby stała na baczność na apelu podczas rozdawania dyplomów. Jedną ręką przyciska do oczu doskonałą rosyjską lornetkę (powiększenie sto razy), a drugą wymachuje zrolowaną mapą, jakby chciała odpędzić rój komarów.

– Obrót w lewo, żołnierzu. Teee, przepraszam. W prawo. Wykonać – dyryguje Siergiejem Pajączek – Trzydzieści stopni… admirale? Niech będzie trzydzieści pięć, byle w lewo… Jest! Są! Są!!! Ale piękne! Ale piękne! – drze się Alicja. A pod nosem, z którego zwisa migocząca optymistycznie w słońcu kropelka, Pajączek dodaje: – Więc to tu. Stąd to pewnie… – Ala podnosi do oczu mapę. – Siergiej… w lewo znowu. W prawo znaczy się.

– Na północ? – pyta Siergiej, z drobną tylko zadyszką.

– Na północ, merci bien. Pewnie, że na północ! – śmieje się Pajączek. – Kurczę blade, pierwszy raz mi się ten kingkongowy wzrost do czegoś przydał. Nawet widać stąd drogę, na której… Zresztą, nieważne. Siergiej, opuszczać peryskop!

Pajączek wędruje ku ziemi. Oddaje Siergiejowi lornetkę i naciąga głębiej nauszniki szapki z syberyjskiego renifera.

– Dzięki za czapę. Prawdziwe monstrum. – Ala ześlizguje się z zaspy, jedną ręką przytrzymując czapkę na głowie.

– Siergiej… to musi być tutaj! Wszystko się zgadza! Tam – pokazuje ręką na horyzont Pajączek – jest Bobrówko. I stoi tam pewien dom. A obok domu pewna stajnia. I to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że… jadę zobaczyć tatę! Jadę zobaczyć mojego tatę!!! Jadę się przytulić do taty! Taki mam plan, Siergiej! I nic mnie nie obchodzi, że materia… czas… czasoprzestrzeń się załamie, że znowu coś walnie i trzaśnie! I tak już po wszystkim – sam mówiłeś! A ja chcę chociaż raz go zobaczyć! Chociaż raz! I mamę! I Herkulesa! Pewnie z niego chuchro i w dodatku smarkacz! I jadę! Jadę do nich, Siergiej!

Siergiej jeszcze długo stał osłupiały. Brak zasilania do komputera wspomagającego sprawił, że myślało mu się ostatnio nieco wolniej.

– Jak to „jadę”? – wykrztusza z siebie ten wielki jak cyklop mężczyzna, patrząc, jak Pajączek gna przez zaspy niczym zasporozpylacz, zostawiając za sobą chmurę śniegu. – Czym „jadę”?

Do siwiejącej brody Siergieja przykleja się kilka płatków śniegu. I znowu kilka. Siergiej odwraca się i zagląda pod maskę SuperPobiedy. Bez większej nadziei. Coś mu jednak zaczyna świtać, pewien pomysł… Skoro Pajączek może mieć, to czemu nie wspomagany cybernetycznie przedstawiciel narodu szachowych arcymistrzów? Siergiej rzuca się do wnętrza pojazdu i wyszarpuje ze skrytki gruby tom z napisem „Instrukcja obsługi”. Otwiera na ostatnim rozdziale zatytułowanym „SuperGazik. Pierwsze kroki”. I pogrąża się w lekturze.

Nie mija nawet kwadrans i wtem!

Wyłoniwszy się z potężnej chmury śniegu, piękny, czarny arab czystej krwi w pełnym galopie i z pełnym nowej nadziei Pajączkiem na grzbiecie przeskakuje nad zaspą jak nad dziecinnie prostą przeszkodą dla słabiaków! I niesie w dal wystający spod reniferowej szapki WIELKI UŚMIECH PAJĄCZKA! Skacze nad ogniskiem, nad kucającymi Jadwinią i Sofiją, i zostawia za sobą mgiełkę powoli opadającego na ziemię śniegu…

– Pajączku… Alicjo Odysejewna, toż to… – jąka się znad lektury Siergiej, któremu z winy wolno działającego kampjutiera wyszukiwanie słów w obcych językach przychodzi z coraz większym trudem. – MA-ŁA-DIEC! Zuch dziewczyna! No wreszcie. – Siergiej macha rękoma, jakby przyłączył się do wiwatujących na cześć Pajączka tłumów.

I wtedy go zauważa. Na nadgarstku jednej z walczących o podtrzymanie ognia towarzyszek niedoli. Brakujący fragment myślowej układanki: staromodny elektroniczny zegarek z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem. I już Siergiej sadzi potężne susy wprost ku przyglądającej się nadciągającemu olbrzymowi z pokerową twarzą Jadwini i… jednym ruchem wyjmuje jej z włosów spinkę! Chwyta za nadgarstek i spinką podważa wieczko zegarka i proszę! Wyjmuje z niego mikroskopijnej wielkości bateryjkę.

– Zamknięcie obwodu zasilania! Pri-du-rok! Pri-du-rok!

Siergiej rzuca się w kierunku otwartej paszczy SuperPobiedy, ślizga się na śniegu, upada, podnosi się, biegnie, radośnie podskakując, strzela obcasem o obcas, jakby występował w kozackim zespole tańca ludowego.

– Jak u ciebie z hippiką, moja dhroga? Zdaje się, że inaczej się stąd nie wydostaniemy. A jeszcze i ciebie barbarzyńcy pozbawią zegarka – rzuca pod adresem swojej towarzyszki Jadwinia i rusza w kierunku biegających w oddali po padoku koni.

Rozdział 31

Siódmego dnia podróży mama Pajączka odpoczywa. Siódmego dnia wieczorem, tuż przed pójściem spać w opustoszałym Domu Turysty w Czaplinku, mama Pajączka, tak jak ma w zwyczaju, nieco szlocha. Z braku Pajączka. Z braku Odyseusza. Kiedy już jest dobrze wyszlochana, a herbata w szklance wypita aż do fusów na dnie, łatwiej jest jej ułożyć się na skrzypiącym, zakurzonym tapczanie i spróbować zasnąć.

We śnie odwiedza ją Odyseusz. Odyseusz wciągający na brzeg wyspy swoją malutką rybacką krypę, coś bardziej jak łupinę orzecha – śmiała się wtedy w duszy Ania na wspomnienie bajki z dzieciństwa, a jej perłowe zęby odcinały się jeszcze wyraźniej na tle wysmaganej słońcem i słonym wiatrem, oliwkowej skóry. Kiedy udało mu się wmanewrować nią na płyciznę przy swojej rodzinnej wyspie, Odyseusz wyskoczył z łodzi, wplątując się w sieci, w których – niczym ornament – tkwiły zaczepione skorupiaki. Sieć plątała mu nogi, a może oślepiło go piękno jego żony, „najpiękniejszej w całej Polsce”, potknął się i padł twarzą prosto w pieniącą się między skałami turkusową wodę„. „Rybaka z niego nie zrobimy” – wyszeptała w kuchni matka Odyseusza. – „Chociaż próbowaliśmy. Dziadkowie się uparli”. Ania nie mogła się nasłuchać, jak pięknie oboje mówili po polsku, i żałowała, że zdecydowali się wracać do ojczyzny filozofów po kilkudziesięciu latach spędzonych w mieście, które w nazwie zawierało więcej szeleszczących spółgłosek, niż przeciętny Grek wypowiadał przez całe życie.

Odyseuszowi los wyznaczył o wiele trudniejsze zadanie. Aż podskoczył z radości, kiedy się dowiedział, że słowo „genetyka” pochodzi ze starogreckiego i oznacza „pochodzenie”. „Greko-Genesis, rozumiesz?”– wrzeszczał, podskakując radośnie na wrocławskim rynku z dyplomami z ginekologii i genetyki w rękach. Odyseuszowi i Ani ta zwykła, dana przez greckich bogów do codziennego korzystania genetyka nie pomogła. Już po dwóch latach stało się jasne, że Ala albo Apollonia (a może obie od razu – jak chciał Odyseusz) same się w brzuchu Ani nie rozgoszczą, a po dziewięciu miesiącach nie wyskoczą na zewnątrz z okrzykiem „Chairete” – „Witajcie”. Wtedy Odyseusz przywiózł do domu na przyczepce dołączonej do ledwo sapiącego z wysiłku żółtego małego fiacika dziwną metaliczną, „kankę do gałkowych lodów” – jak to powiedziała Ania podczas uważnej inspekcji. Tajemniczą. Jak mina najlepszego ginekologa w podkoszalińskim szpitalu. Podobno też najprzystojniejszego. Ania, patrząc na męża, bez zastanowienia usuwała z tego zdania słowo „podobno”.

Kiedy Ania budzi się następnego dnia o świcie ze łzami zaschniętymi na policzkach, z niejasnym przeczuciem ciepłego, egejskiego piękna minionego właśnie snu, właścicielka czaplineckiej piekarni Lucyna Wiesiołek rozkłada na półkach bułki i rogale. Piekarzami byli ojciec i dziad Lucyny Wiesiołek, a przed nimi Wiesiołkowie jeszcze w Dobrotworze, małym i biednym miasteczku gdzieś na Ukrainie. Po piekarzu w trzecim pokoleniu można się spodziewać, że wstanie bardzo wcześnie rano. Ale żeby całą noc miał oczy szeroko otwarte, to już chyba nie. Nie wińmy zatem Lucyny Wiesiołek, że nie nadstawiła ucha, że nie sięgnęła po okulary leżące na stoliku obok łóżka w mieszkaniu nad piekarnią. Że nie wszczęła alarmu niczym gęsi w gospodarstwie, kiedy zbliża się lis. Że nie zauważyła, jak potężny czarny SUV (chyba amerykański) podjeżdża pod Dom Turysty, gdzie znużona drogą śpi mama Pajączka, Ania.

Chwilę potem pod Domem Turysty zostaje tylko sama przyczepa-lodziarnia. Ultrasupernowoczesny wózek inwalidzki mamy Pajączka odjeżdża nie wiadomo dokąd w przepastnym bagażniku zwalistego SUV-a, kierowanego przez przystojnego jak nażelowany Latynos z serialu Mężczyznę z Wąsikiem.

Kilka godzin później zrozpaczona mama Pajączka pogryza bezmyślnie ciepłą jeszcze drożdżówkę z budyniem podsuniętą przez obdarzoną szczodrym piekarskim sercem Lucynę Wiesiołek. I patrzy wzrokiem obłąkanego na miejsce, gdzie wczoraj zostawiła swój pojazd. Jakieś dwa metry od zielonej ławki, na której latem siada czasem jakiś turysta.

– Koniec. Koniec trasy! – woła wyimaginowany tramwajarz w głowie mamy Pajączka. Wszyscy wysiadać! Koniec trasy!

– A dokąd to pani szanowna jechała? – pyta Lucyna Wiesiołek łamiącym się głosem, jako osoba wrażliwa na nieszczęście.

Mama Pajączka siada na ławce i patrzy w dal przed siebie. Niedaleko zatem, bo ta „dal” jest z czterech stron ściśnięta kamienicami otaczającymi czaplinecki ryneczek. Mamie Pajączka wydaje się, że podchodzą do niej coraz bliżej, odklejają się z cichym westchnieniem od swoich fundamentów – „struuup” – że ścisną ją, przygniotą swoimi murami, przysypią gruzem, jak łopata grabarza przysypuje ziemią trumnę w geście zatwierdzającym ostateczność śmierci.

– NIE MA ŻADNEGO „DALEJ”. „DALEJ” NIE JEDZIESZ. WSZYSCY WYSIADAĆ! – zdają się mówić.

– To dobra drożdżówka – słyszy mama Pajączka. – Sama ugniotłam cia…

– Ja już się na dziś naszlochałam – przerywa niespodziewanie silnym głosem Ania. – Ja już na dziś wyczerpałam swoją rozpacz. Na mnie już czas. Którędy można się stąd wydostać? – Mama Pajączka wstaje i robi kilka kroków przed siebie, chwiejąc się niebezpiecznie. Być może to kiepsko zamocowana w pośpiechu proteza, być może kiepsko uprzątnięty chodnik, no w każdym razie rymsnęła na nos, wyłożyła się mama Pajączka, w sam raz, żeby czupryną sięgnąć krawędzi błotnistej kałuży. Dla obserwatora z zewnątrz, na przykład dla Lucyny Wiesiołek, kałuża powiększyła swą objętość o trzynaście obfitych łez, płynących z oczu mamy Pajączka, jak strumyk do jeziora.

Żeby było jasne: mama Pajączka podnosiła się z kolan oraz z wielu różnych podłóg wiele razy. Zdarza się, kiedy ma się o jedną nogę mniej oraz drugą raczej kiepską. Teraz jednak cieniutkie i kruche jak płatek ciasta francuskiego ciało mamy Pajączka nie rusza się z miejsca, a zielonkawa „oddychająca” kurtka zaczyna przemakać.

Z miejsca rusza się za to bardzo szybko dość zwalista przecież Lucyna Wiesiołek. Następujące czynności: a) podniesienie mamy Pajączka z ziemi, b) zarzucenie jej sobie na ramię, c) przeniesienie „po strażacku” niczym worka z mąką pod drzwi piekarni, d) otwarcie drzwi nogą, e) usadzenie mamy Pajączka w ciepłym wnętrzu piekarni tuż przy nowoczesnym i pyrkającym już automacie do kawy po dwa złote za kubek oraz f ) głębszy oddech i pytanie: „Kawy się pani napije? Czasem pomaga. Wezmę kurtkę i wyczyszczę” Lucyna Wiesiołek wykonuje bardzo sprawnie, mimo swych pięćdziesięciu czterech lat i tuszy pomnożonej przez dwa.

– Może drożdżówkę z dżemem…? – słyszy mama Pajączka uprzejmą propozycję Lucyny. – Mamy okrągłe albo podłużne. Z prawdziwym dżemem w środku.

Lucyna wypowiada słowo „dżem” jako „d-żem”. Kiedy rozkłada na ladzie trzy takie okrągłe drożdżówki z „d-żemem”, żeby je zaraz owinąć w papier i wręczyć panu Henrykowi, który musiał już ich w swym emeryckim życiu zjeść ze sto pięćdziesiąt sześć, jeśli nie dziewięćset, przychodzi jej do głowy pewna myśl. Takie myśli przychodzą nam do głowy, kiedy: a) bardzo potrzebujemy takich myśli, b) patrzymy na okrągłą drożdżówkę i wcale nam nie cieknie ślinka na myśl o pierwszym gryzie, bo mózg skupia się na czymś innym, czyli ko-ja-rze-niu, oraz

c) ktoś jest piekarką o szlachetnym sercu, które bardzo chce pomóc komuś w potrzebie, nawet nie wiedząc, jak wielka ona jest. Tak właśnie się stało i tym razem, gdyż Lucyna Wiesiołek, zamiast zawijać w papier jak trzeba i jak zawsze z uśmiechem wręczyć panu Henrykowi drożdżówki, wciąż gapi się na te obsypane kruszonką okrągłe… właśnie, OKRĄGŁE ciasteczka i widzi nie swój własny wyrób, ale pewien przedmiot, maszynę pewną, która od lat stoi w komórce na zapleczu piekarni. I tylko przeszkadza, zawadza czasem irytująco.

– Chwileczkę – mówi Lucyna Wiesiołek. – Chwileczkę! – powtarza zarumieniona bardziej niż zwykle piekarka. – Zaraz wracam! Staszek! Staszek!!! – drze się Lucyna Wiesiołek, ile tylko płuca pozwolą. – Zostaw te pączki i chodź tu za ladę!

Zza drzwi prowadzących do piekarni wyłania się Cichy Staszek, dwumetrowy chudzielec, który otrzepawszy ręce z mąki i oblizawszy palce z lukru, ustawia się przy kasie. Długo tam zresztą nie postał, bo z chwilowego zamyślenia wyrywa go głos Lucyny:

– Staszek!

– No jestem.

– Staszek!

– Jestem, no.

– Staszek, zostaw wszystko i chodźże no tu. I weź no jakiś smar czy co. No przynieś! – dochodzi głos gdzieś z tyłu i głębi, gdzieś z… piwnicy?

Trwa to na tyle długo, że w piekarni robi się tłok i niejedna ręka w wyobraźni jej właściciela sięga już, niczym na teleskopowym wysięgniku, do wyłożonych w wiklinowych koszykach drożdżówek.. Ale oto przez tłumek klientów przepycha się energicznie piekarka i na jej twarzy rysuje się wielka radość – Lucyna Wiesiołek TRY-UM-FAL-NIE wkracza do swej piekarni głównym wejściem i bez najmniejszego wysiłku zarzuca sobie na ramię mamę Pajączka, która z wolna coraz szerzej otwiera oczy. Dookoła rynku, zatrzymując się co jakiś czas, żeby naoliwić to i owo, tak że ani to ani owo w zasadzie już nie piszczy wcale, zasuwa dwumetrowiec Stasiek, zapamiętale kręcąc rękami piastą napędową na oko przedwojennego wózka inwalidzkiego, a ta za pomocą łańcucha przenosi napęd na koła. Machina jeździ! I to jak!

– Po ojcu – mówi trochę zamyślona Lucyna Wiesiołek. – Dostał serią z niemieckiego erkaemu, w nogi. Dalej nie mógł iść z tą swoją dywizją i został.

Powoli, niczym rosnące w misce na drożdżach ciasto, na twarzy mamy Pajączka pojawia się jakby platoński cień uśmiechu.

– Pójdę po kurtkę. – Lucyna Wiesiołek odwraca się w kierunku piekarni. – Staszek wszystko pokaże. Pod górę… będzie ciężko. Ale na pewno lepiej niż na piechotę.

Mama Pajączka objeżdża czaplinecki ryneczek trzy razy, a piekarz Stasiek, biegnąc obok, udziela instrukcji, co i jak. Stojąc z boku, u wylotu jednej z uliczek prowadzących z rynku do jeziora, przygląda się temu wszystkiemu właściciel czarnego SUV-a. Gdyby ktoś chciał go kiedyś opisać policji, zapewne zapamiętałby cieniutki wąsik nad górną wargą oraz włosy zaczesane do tyłu i pociągnięte brylantyną – tak się już teraz ludzie nie czeszą. No i te rogowe okulary przeciwsłoneczne z plastikowym listkiem ochronnym na nos.

Mężczyzna z Wąsikiem rzuca tlący się jeszcze niedopałek na czaplinecki bruk, przydeptuje go obcasem trzewika z bladoniebieskiej krokodylej skóry, odwraca się na pięcie i tanecznym krokiem, prosto z brazylijskiego karnawału samby, rusza w kierunku zaparkowanego pod dyskontowym sklepem czarnego SUV-a.

– Czy przyjmie pani ode mnie w rozliczeniu przyczepę-lodziarnię i przepis na moje najlepsze lody… hmm… mionowo-porzeczkowe?

Lucyna Wiesiołek spogląda rozpromieniona na mamę Pajączka.

– Na pewno się przyda. Latem Stasiek chętnie pojedzie z nią na plażę sprzedawać lody turystom. Prawda, Stasiek?

Lecz dwumetrowiec w białym piekarskim fartuchu, nieco teraz poplamionym smarem, schował się już za drzwiami piekarni.

Ania dosiada swój nowy pojazd. Czołg – myśli. I dobrze. Czołg będzie nawet lepszy. Niech mnie spróbują teraz zatrzymać. Rzeczywiście, wózek jest o wiele, wiele cięższy i wolniejszy, no i nie ma ultralekkiego elektrycznego silnika, który zwłaszcza podczas jazdy pod górę bardzo się przydaje. Z drugiej strony, skoro przyczepa zostaje w Czaplinku, to może nie będzie tak ciężko? Najważniejsze, że zakład wciąż jest ważny.

Jest, czy nie??

I czekaj tu, człowieku, na odpowiedź.

Rozdział 32

Pisarz przyciąga krzesło do biurka i jeszcze raz sprawdza kable i wtyczki. Wszystko jest na swoim miejscu i szpula zaczyna się kręcić, nawijając na siebie brązową taśmę. Przycisk „Stop”. Taśma staje. Pisarz nakierowuje jeszcze na usta ustawiony pionowo mikrofon. Wybiera ścieżkę. Przekręca przekładnię w położenie „Record”. Taśma rusza. Zielone „magiczne oko” pulsuje w rytm wypowiadanych słów.

Piętnastego października to ostatni dzień, kiedy działał Internet. Wiem, bo korzystałem u Aldony, sąsiadki z dołu. Wcześniej działały jeszcze Onet czy Interia, lecz po kolei ktoś je wyłączał… Narzeczony Aldony jest informatykiem i całą noc siedział wściekły, chcąc uruchomić połączenie, no bo co: on informatyk, a tu nic nie działa. Na ekranie komputera wyskakuje komunikat:

„Błąd 808. Strona internetowa niedostępna. Zagrożenie bezpieczeństwa kraju”.

Zagrożenie bezpieczeństwa? Nazajutrz z samego rana pognałem do sklepu kupić mąkę i cukier, chociaż nie wiem, co miałbym z tym zrobić. I zapałki. Tak na wszelki wypadek. I świece. Tłum był spory, ale to głównie dlatego, że kasy przestały działać, bo nie było połączenia z siecią, a ekspedientki już z ćwierć wieku niczego przecież na papierze nie liczyły. Na placu Grzybowskim zaczęli się gromadzić ludzie z transparentami, bo przecież Internet to… wolność, a przynajmniej tak im się wydaje. Papierowe wydania gazet to już o świcie wykupili. Zresztą niewiele w nich podobno było, bo skąd w redakcji mają coś wiedzieć, skoro Internet nie działa? Kiedy wracałem do domu, w kierunku demonstrantów jechały ciężarówki pełne uzbrojonych policjantów w maskach z plastiku i kamizelkach kuloodpornych, zupełnie jak… wtedy w grudniu. Skurwysyny. Dwóch studentów ma połamane nogi, żebra, ręce, jedna dziewczyna umiera w szpitalu – takie SMS-y rozeszły się po mieście. Ludzie forwardują je sobie i są coraz bardziej przerażeni. Na pierwszej stronie gazetowego dziennika „Nowa Nadzieja”, czy jak to tam nazwali, oraz na jedynej czynnej stronie w Internecie pojawiła się odezwa do narodu tego Wiceprezesa, który w czasie, gdy jego szef Prezes Gniewski zniknął i nikt nie wie gdzie, kieruje rządem i pokazuje, jakie bydlę w nim siedzi.

„W związku z tragicznymi wydarzeniami zakazuje się z dniem…” i tak dalej. Mogliby od komunistów wszystko elegancko przekleić i oszczędzić sobie trudu.

Mnie najbardziej zainteresowało zdjęcie tego Wice. Wyciąłem je na wszelki wypadek. Drań, maskując się pseudo-patriotycznie , niemal owinął się w biało-czerwoną flagę.

Ale nie to było najciekawsze.

Gdzieś za paprotką z lewej, w cieniu, flesz to wyłapał…ta gęba uśmiechnięta…

Pisarz zapala papierosa, zaciąga się i ponownie włącza mikrofon.

Gdzieś ją już widziałem! Gdzieś na pewno! (kaszel) Może nawet tu, u mnie? Może udawał listonosza? Faceta ze spółdzielni? Przedwczoraj pobiegłem z tym zdjęciem do Instytutu Historycznego, wypytać, czy ten facet… ktoś do niego podobny nie pojawia się na historycznych obrazach. W jakimś… w jakimś innym… stuleciu. Wiem, brzmi to jakbym się czego napalił, albo gorączki dostał… Teraz czekam na odpowiedź, bo kiedy zajrzałem do Instytutu wieczorem, na drzwiach wisiała kłódka, a na portierce nie było pana Józefa, choć przecież to żadne święto narodowe… Ani niedziela – tak sobie pomyślałem, odwracając się na pięcie. I wtedy GO zobaczyłem. Siedział na murku okalającym wyschniętą fontannę przy

Instytucie. Gapił się na mnie… Wyprężył się, jak to tylko potrafią koty, obnażył długie przednie kły, a potem powoli, z godnością, jakby… z poczuciem wyższości, zlazł z murka, poruszył wąsami i kilkoma susami dopadł przejeżdżającego tramwaju, czternastki chyba. Pobiegłem za nim, ile sił, bo coś mi się w tym kocie bardzo nie podobało! Przecież koty nie podróżują tramwajami! Przystanek był kilkadziesiąt metrów dalej i… to akurat łatwo zgadnąć. Tylnymi drzwiami, poprawiając staromodny kapelusz, wysiadł ten facet ze zdjęcia! Zapamiętałem ten cienki wąsik, jakich nikt teraz nie nosi, a jakie kiedyś się widywało u babci w telewizji, kiedy leciał brazylijski serial, a jakiś tam Leôncio był właścicielem niewolników na plantacji i miał ciemne obwódki wokół szalonych oczu… DOKŁADNIE TAKIE JAK ON! Jednego tylko Leôncio z plantacji zapewne nie miał: dwóch kocich zębów! Ledwo mu się zmieściły z powrotem, kiedy zamknął tę swoją paszczę, prostując jednocześnie w uśmiechu swój żałosny wąsik.

Pisarz zatrzymuje na chwilę taśmę i podchodzi do okna. Wypuszcza ostatni kłąb dymu i siada przy biurku.

Szpule obracają się. Taśma przesuwa się między rolkami.

Obudziłem się w środku nocy. Jednak go namierzyli. A taki był z niego świetny informatyk, jak mówiła Aldona. Rzuciłem się na dół z parasolem w ręku, no bo nic innego mi nie podeszło, ale złamał się na pierwszym lepszym kasku tych osiłków z białymi pałami w łapskach. Jeszcze mi przypier… ale nieważne. Ważne, że zabrali ich oboje! Aldonę i Darka! Widziałem, jak ich wyprowadzali przez podwórko do policyjnej furgonetki. A przecież Darek chciał sobie tylko pograć w Battle of the Titans!

Kiedy spojrzałem w dół, z klatki obok wyprowadzili dwóch takich w opadających bojówkach i z brodami. Ten wyższy wciąż trzymał w ręku klawiaturę z wyrwanym z kompa kablem!

Jeden z tych osiłków w kasku i z plastikową tarczą, a co najważniejsze – z białą pałą w łapsku (to się nigdy nie zmieni, oj nie, zomowcy zawsze będą potrzebni) wyszarpał mu z rąk tę klawiaturę i dosłownie wdeptał ją w ziemię, tak że literki QWERTY rozsypały się po betonie jak zęby ze szczęki pękającej pod uderzeniem policyjnej pałki. A może… to nie była klawiatura…?

No w każdym razie wygląda na to, że zostałem sam. Tu na strychu. Okna kamienicy naprzeciwko zieją czernią, potężna trąba cyklonu, który przeszedł nad Mazowszem w nocy, wyssała wszystkie szyby, mieszkańcy uciekli ze strachu.

Świeczki się przydały, bo prąd jest ostatnio tylko krótko po południu. (kaszel)

Pisarz przełącza ścieżkę i gdy ma już zacząć mówić, z głośnika wydobywa się męski głos. Jest rzeczowy i spokojny, jakby zapowiadał na stacji pociągi przez megafon:

„DAŁEŚ SIĘ ZŁAMAĆ. JAK SŁOMKA”.

Rozdział 33

Każdy koń ma swoją cierpliwość. Feniks, bo tak zwał się koń, którego Pajączek zwędził ze stadniny, także ją miał, i to nawet sporą. Dopiero po trzech zakrętach, dwunastu skokach przez powalone w lesie drzewa, dwóch strumykach przykrytych śniegiem tak, że można sobie końskie nogi połamać na kruchym lodzie, Feniks znarowił się nagle i zdecydowanie. Pajączek zaliczył już w życiu kilka upadków z Herkulesowego zadu, więc z całą pewnością nie był latającym żółtodziobem. Jednak lądowanie w śnieżnej zaspie wcale nie jest takie znowu przyjemne! Gdyby nie reniferowa szapka od Siergieja, uszy już dawno nabrałyby barwy buraczanej, a może nawet śliwkowosinej. Feniks, pozbywszy się pasażera, spokojnie potruchtał w kierunku biegnącej niedaleko drogi powiatowej, wyrzucając z nozdrzy obłoczek pary niczym dziewiętnastowieczny parowóz.

Tymczasem Pajączek rozgląda się wokół z ciekawością. Na ledwo zauważalnym pagórku stoi dom z biało-czarnymi ryglowanymi ścianami, dach przysypany jest śniegiem, ścieżka do stajni też, z komina wylatuje szarawobrązowy dym, pięćsetletni dąb pod płotem migocze zwisającymi z drzew lodowymi soplami jak bożonarodzeniowa choinka czerwienią odbitą od zachodzącego słońca. Słowem: widok jak z obrazka. A ściślej – z fotografii, którą Pajączek nieraz oglądał w starym rodzinnym albumie, na przykład podczas degustacji nowego rodzaju lodów mionowoporzeczkowych, przygotowanych przez mamę Pajączka zgodnie z recepturą znalezioną w „lodowym” notatniku Odyseusza.

Lodyseusza.

Jest i ogródek, gdzie latem rosną zagony marchewek dla koni. Jest… labo-lodziarnia, gdzie tata tworzy najpiękniejsze smaki… NO I OCZYWIŚCIE STAJNIA! Z CZERWONEJ CEGŁY! WIELKIE DREWNIANE WROTA!

– To tutaj – mówi Pajączek, zlizując cztery płatki śniegu z górnej wargi. Jeden nie daje się złapać językiem i odlatuje, tańczy chwilę w powietrzu jak liść i opada, znikając w śnieżnej bieli. – Wszystko się zgadza. Dąb, stajnia, dom. I… labola… labola… do cholery! Pracownia taty!

Sądząc po cienkiej strużce pary unoszącej się nad zwałem obornika, czyli końskiej kupy wymieszanej z sianem, ktoś tę stajnie regularnie sprząta. Wniosek drugi: ktoś w tej stajni regularnie… wali kupsko!

– Logiczne więc, lo-gicz-ne, giczne-lo! Lo, lo, lo! – podśpiewuje sobie Pajączek, zjeżdżając na pupie z górki w kierunku buchającej parą kupy… końskiej kupy. – W stajni ktoś musi na czterech nogach stać i po końsku się odzywać, machać ogonem i paszczę do wiadra z wodą ładować oraz siano podgryzać!

Lo-lo-lo-gi-ka!

Pajączek wślizguje się do stajni tylnymi drzwiami, zahacza buciorami o taczkę do wywożenia wiadomo czego, potyka się o widły, wpada na rozwieszoną między drewnianymi słupami końską derkę i gdy się z niej wygrzebuje, wie już, że nawet gdyby próbował sto tysięcy razy wybrać lepszy moment swojego przybycia do stajni, to i tak raczej by się nie dało.

– Helena… – wykrztusza z siebie Pajączek, wyplątując się z derki, i natychmiast przystępuje do głaskania klaczy po pysku. – Helena… to ty… to ty… Żyjesz!

I… rodzisz!

W głowie Pajączka, oprócz przerażenia, pojawiają się obrazy: Tomek, Ukochany Weterynarz, zbiera narzędzia do swojej wet-torby: „To nie dla ciebie”. I odpala zieloną toyotę, w której…

JEST PRZECIEŻ JESZCZE JEDNO MIEJSCE! NO DO CHOLERY! I dwa lata później – Tomek, Ukochany Weterynarz:

„Dobra, ale nic nie mów mamie. I mi nie zemdlej”. Trzy lata i trzy porody źrebaków później – Tomek:

„Pająk, żyjesz? Patrz. Ten maluch już wstaje na nogi. Zanim się obejrzysz, będzie biegał. Siary mu dałaś? Zawsze warto. Taki… napój energetyczny od matki”. To się nazywa siara. Napój energetyczny. Od matki.

Ale najpierw to trzeba jakoś przygotować! Pajączek rzuca się do wyjścia, gdy czyjaś dłoń kładzie mu, bardzo sprawnym ruchem komandosa, żylastą dłoń na buzi i komandoskim chwytem sprowadza na ziemię i bardzo delikatnie, ale sprawnie owija go w koc. Pajączek wydaje z siebie, jednocześnie wierzgając jak źrebię, takie oto charczące dźwięki:

– Her… chy… chy… puszcz… aj! Chy, chy… He… le… na… chy, chy… strzel mu z zada!

– Tiszej bud’, tiszej! Alicja! – Takie oto słowa dotarły do uszu Pajączka przez grubą warstwę końskiej derki.

Pajączkowe ciskanie się natychmiast zamarło.

– Siergiej… Przełącz tam sobie na polski, dobra? Helena zaraz urodzi, a ja muszę… O, skąd wziąłeś tę terenówę? No, no, Siergiej…

– Kilka usprawnień zgodnie z instrukcją… SuperGazik się nazywa.

– Helena w każdej chwili może urodzić HER-KU-LE-SA! Herkulesa, rozumiesz? Dlatego puść, muszę po… pójść, Siergiej!

– Jeśli wpadniesz na swoich rodziców, na jakieś… osiemdziesiąt siedem procent prawdopodobieństwa tkanka czasowo-przestrzenna załamie się i zassie nas wszystkich, ten wszechświat w singularny niebyt. Cały. Od razu.

– Singularny… To jeszcze chyba sepagraw, ale… sam rozumiesz! – Pajączek stoi już u wyjścia ze stajni z determinacją Alicji Odysejewnej na twarzy. – Siergiej, nie zatrzymuj mnie. Zresztą, i tak jest po sprawie, prawda? Ten tam… Gniewski już pewnie dojeżdża do Gdańska, twoi gieroje już siedzą w czołgach, te… rakiety pewnie już gotowe do użycia, żeby nas wszystkich upichcić na węgiel, więc… sepagraw, naprawdę. A ja… chociaż raz zobaczę tatę. Raz w życiu. Więc… w razie czego, to… żegnaj, Siergiej. Wadim. I tylko pilnuj Heleny. Zaraz wracam. Albo zaraz mnie nie będzie. Na osiemdziesiąt siedem procent, sam mówiłeś. Zresztą, ciekawe, jak to policzyłeś… Ale to już może kiedy indziej.

W wersji wszechświata, w której Pajączek nie stoi w stajni, potupując pajęczymi nogami, i nie żegna się właśnie z Siergiejem, na drodze powiatowej nr 34 dochodzi w tej właśnie chwili do wypadku. Odyseusz i Ania jadą z powiatowego szpitala, gdzie Odyseusz ma wkrótce zostać ordynatorem oddziału ginekologii. To prawda, że Odyseusz jedzie zbyt szybko.. To prawda, że wzdłuż drogi stoją zasadzone jeszcze przed wojną olchy – równo co dwadzieścia pięć metrów, regularnie, z niemiecką precyzją. Na ostatniej górce przed domem Odyseusz zawsze rozpędza swój samochodzik, ile wlezie, aż ten podskakuje na stękających resorach. A wszystko po to, żeby przestraszyć i rozbawić Anię, która już na wszelki wypadek, kiedy tylko droga zaczyna się wznosić, zaczyna krzyczeć:

– Aaaaaaaaaa… nieeeeeeeeeeee. Odyseusz, ty wariaaaaacieeeeee… Mały żółty samochodzik, z wyjącym na najwyższych obrotach silniczkiem, z cienkim jak obrączka z drutu zderzakiem, robi piruet na oblodzonej nawierzchni i wbija się całą siłą w pień ostatniego drzewa w rzędzie. Mamę Pajączka siła bezwładności wyrzuca daleko w pole. We wraku zostaje na zawsze jej jedyna miłość, przybysz z rajskiej wyspy Agios Efstratios, syn Athanasiosa, Odyseas, zwany ze względu na swoje zamiłowanie do lodów – Lodyseuszem.

W obecnej wersji wszechświata fiacik też pędzi po śliskim bruku, ale Odyseusz i Ania zamiast śmierci spotykają na swej drodze konia Feniksa, który pozbywszy się pająkowatej pasażerki, podąża stępa po drodze powiatowej w kierunku swojego ulubionego boksu w pobliskiej stadninie. Odyseusz w porę naciska hamulec i mały fiacik sunie jeszcze kilkadziesiąt metrów, jakby ktoś przyczepił mu płozy zamiast kół, i wykonawszy obrót o sto osiemdziesiąt stopni, wjeżdża tyłem w zaspę między drzewami. Godzinę zajmuje Odyseuszowi wypychanie na drogę żółtego pojazdu, który tym razem nie stał się jego trumną. Ani udaje się schwytać konia Feliksa. Stoi teraz na poboczu oparta o drzewo, żartując, śmiejąc się i głaszcząc koński łeb. Wystraszona piskiem hamulców sarna kilkoma susami dociera do linii lasu i chowa się między drzewami.

Szkoda, że to wszystko bez znaczenia, prawda? Życie darowane Odyseuszowi – na próżno. Sprawne nogi darowane Ani – na darmo. Bo oto Prezes Gniewski rozsiada się w pociągu pośpiesznym zdążającym raczej niespiesznie do Gdańska. Teczkę kładzie na kolanach i oddycha głęboko. Czy to nie jest akt bohaterstwa? Siedzieć w zimie w nieogrzewanym przedziale? W mokrych od przedzierania się przez zaspy spodniach i… bieliźnie? Zapalenie płuc pewne. A może, kto wie, gruźlica? A na gruźlicę umierali wielcy. Chopin na przykład.

Rozdział 34

Kapitan Otto Keller jest człowiekiem zgorzkniałym. Tak zgorzkniałym, że w gorzkości nie dorównują mu nawet najbardziej gorzkie łupiny niedojrzałych zielonych grejpfrutów. Albo cyjanek. Zanim Otto został kapitanem i rozpoczął swą podróż ku cyjankowo-grejpfrutowemu zgorzknieniu, był studentem antropologii oraz duszą towarzystwa: zabójczo przystojnym blondynem o uwodzicielskim uśmiechu, pięknych szmaragdowych oczach, doskonałej budowie pływaka-kraulisty. Zostałby gwiazdą niemieckiego przemysłu filmowego lat trzydziestych, kto wie, być może wystąpiłby w filmach o Tarzanie, gdyby nie charakterystyczne włochate, nieusuwalne piętno, myszka, która znalazła swoje miejsce na młodzieńczej twarzy tuż pod prawym okiem.

Później, gdy wstąpił do armii dowodzonej przez „człowieka o retorycznym talencie, wielkim na tyle, by zwykłym ludziom los Niemiec wytłumaczyć, nie zrażając jednocześnie płytkością poglądów tych lepiej wykształconych”, (jak usłyszał od swego rozradowanego wuja, gdy ten pierwszy raz pojawił się na rodzinnej kolacji w brunatnej koszuli z czerwono-czarną opaską na rękawie) niezrażone skazą na policzku młode damy z arystokratycznych kręgów uwielbiały młodego dowcipnego porucznika jeszcze bardziej. Wtedy Otto miał jeszcze smak jarzębiny z miodem.

Taki właśnie smak miała w ustach jego matka, kiedy w obecności sąsiadek otwierała z dumą listy z frontu. Aż pewnego dnia listy przestały przychodzić. Wkrótce przestały też przychodzić sąsiadki. Część zginęła pod bombami zrzucanymi z płynących nad głowami ogromnych, lśniących w słońcu statków powietrznych, inne uciekły przed zbliżającym się do miasteczka na niemieckim Pomorzu frontem.

Otto (nie) miał (sporo) szczęścia. Gnający przez rześkie mazowieckie powietrze, indyferentnie dla ludzkiego losu, a tym bardziej dla estetyki twarzy, odłamek z pocisku wystrzelonego z radzieckiego działa zabrał młodemu kapitanowi pół twarzy i sporą część czaszki, by ostatecznie wbić się w ścianę chłopskiej chałupy, nie czyniąc już więcej szkód. Jego owiniętą bandażami (pół)głowę, a konkretnie część z myszką pod okiem, która z braku szerszego fizjonomicznego tła, jakby jeszcze zyskała na obrzydliwej prominencji, delikatne dłonie pielęgniarek ułożyły na łóżku w namiocie z wielkim czerwonym krzyżem na dachu. I zamiast zwyczajnie umrzeć, człowiek z połową czaszki do dyspozycji przeżył i przez kolejne dziesięć tysięcy czterysta trzydzieści jeden dni pokuty, kiedy rzucając bojaźliwe jednookie spojrzenia w lustro zdejmował z głowy bandaż, szeptał z gorzką ironią wyczytaną gdzieś frazę:

„GROZA, GROZA”

„Jest tylko jeden powód, dla którego warto stracić oko na wojnie”

– mawiał. Nie trzeba wtedy tej grozy oglądać w trzech wymiarach. Bo człowiekowi – tej krwiożerczej bestii – mózg potrzebny jest po to tylko, by obmyślać sposoby, jak zabijać jeszcze sprawniej, i wyszukiwać powody, dla których zabijanie da się uzasadnić wiarą, honorem czy koniecznością zemsty za wyimaginowane winy”.

Ze strachu przed zemstą za prawdziwe i wyimaginowane winy, podobną do setek jej sąsiadów drogę ucieczki wybrała matka Kapitana Kellera. Gdy udało mu się przedrzeć do rodzinnego miasteczka, martwe ciało Ulrike Keller leżało już zakopane w ogródku za domem. W środku, na kuchennym stole, obok starannie posegregowanych rodzinnych dokumentów, leżało jeszcze kilka szklanych kapsułek z pewną gorzko pachnącą substancją w środku.

Po kilkudziesięciu latach Kapitan Otto wciąż był cierpki jak pestka grejpfruta. Gorzki jak gnijące migdały, gorzki jak cyjanek z kapsułki, której nie wyjmował z ust, po cichu licząc na to, że z biegiem czasu szkło nie wytrzyma, podda się kwasom, pęknie i w ten sposób to nie on sam zdecyduje o czyimś życiu i śmierci. To byłaby ulga.

***

Obudzony odległym warkotem silnika samolotowego, Kapitan Keller lekkim szarpnięciem uchyla okienko skromnego pokoju, kiedyś jednej z wielu zamkowych komnat. Do ocalałego oka przykłada miedzianą lunetę, która o wiele lepiej nadaje się do obserwacji niż lornetka. Ruiny średniowiecznego zamku joannitów, odnowione wewnątrz i z zamysłem pozostawione na zewnątrz w niezmienionym stanie, zamykają od północy nieregularny półokrąg, z kilkukilometrową linią brzegową jeziora od południa i wysokim murem od wschodu. Błonie przed zamkiem od dawna przysypane są śniegiem, ale wzdłuż biegnących pod kwitnącą latem powierzchnią placu rur centralnego ogrzewania śnieg stopniał, przybierając kształt symbolu pacyfizmu, „pacyfy”, popularnej wśród mieszkańców schowanej na uboczu geografii i życia „Enklawy U’ivu”. Nazwę tę Kapitan Keller zapożyczył ze swojej ulubionej na studiach książki o plemionach południowego Pacyfiku. Podobnie jak tam, na wyspach po lepszej, szczęśliwszej stronie świata, w „U’ivu” wiele rzeczy robi się tylko dlatego, że „tak będzie fajnie”.

Kapitan Keller składa lunetę i bezwiednie obraca na języku szklanką kapsułkę. Zbliża się siódma. Za chwilę znad wschodniego muru wyskoczy grudniowe słońce.

– Let the sunshine in! Let the sunshine in! – słyszy jeszcze Kapitan, zanim domknie okno. W zbudowanym z bali budynku ze świetlicą i salą do przedstawień właśnie kończy się trwająca całą noc („będzie fajnie”) próba do musicalu Hair. Barwny tłumek aktorów w hippisowskich strojach (dzwony, koraliki, pacyfy na grubych rzemykach), wypada na centralny placyk.

Let the sunshine, let the sunshine in.

Tarzanie się w śniegu i obrzucanie śnieżkami, śmiechy i śpiew jak wezwanie, jak nakaz:

Let the sunshine in.

Słońce posłusznie wychyla się zza średniowiecznego muru. Dziękuję za zaproszenie, ale...

Let the sunshine in.

…kilkaset metrów dalej, za murem, za brzegiem, za ścianą sitowia umiera Pajączek.

„Z chłodu w chłód”. Z prochu w proch.

Rozdział 35

Pajączek ostrożnie uchyla drzwi, na których ktoś zawiesił czerwone ceramiczne serduszko – nawet w dobrym guście, stwierdza Pajączek, i wchodzi do środka. Z podekscytowania jej długie, chude nogi uginają się w kolanach w pachnącej cytrynowym ciastem sieni. Jej rodzinny dom!

Kiedy Pajączek obejrzał już kuchnię i wetknął nos do sypialni, postanawia urządzić sobie błyskawiczną wycieczkę po szopie za domem, nad której wejściem ktoś przybił tabliczkę z wypalonym w drewnie napisem „Lodziarnia Akropolis”. Wychodząc, Ala zahacza o rozłożony na kuchennym stole album rodzinny. Jedno ze zdjęć ktoś wyjął z tekturowych ramek. Został tylko drobny ślad wyschniętego kleju. Na tej samej stronie brakuje jeszcze jednego zdjęcia.

– Dziwne… – szepcze Pajączek.

Stojący na opalanym drewnem palenisku czerwony emaliowany czajnik jest jeszcze ciepły. Wniesiony przez kogoś do środka śnieg rozpuścił się i zostawił brudnoszare plamy na wzorzystym chodniku prowadzącym od wejścia przez całą sień do kuchni.

– Musiało się komuś spieszyć… niewychowany jakiś…

Klamka w drzwiach prowadzących do lodziarni Akropolis aż paruje od zimna. I rzeczywiście, jest to prawdziwe lodowe laboratorium. Dwie wielkie chłodziarki i maszyna do lodów carpigiani stoją obok mieszalni i pojemników ze schłodzoną śmietaną. Dalej, za stalowym regałem ze słoikami, na której Pajączek rozpoznał próbki swoich ulubionych lodów stoi okrągła metalowa kadź, wrząca od zimna – nawet teraz, w zimie, gdy temperatura wewnątrz lodziarni wynosi minus osiem stopni Celsjusza. Pajączek, mający po ojcu ciekawską osobowość, wytęża muskuły, szykując się do otwarcia klapy przykrywającej kadź, kiedy to do jego uszu dociera rosnący hałas silnika jakiegoś wielkiego pojazdu. Słoiki na półce drżą melodyjnie.

Po chwili wahania Pajączek podnosi wieko parującej od zimna kadzi. W środku ktoś umieścił metalowy pojemnik, przypominający kankę na mleko. Pajączek ściera szron z wieka, pochyla się, ile tylko może, i odczytuje napis: „Apollonia, 12.04.1981”. Obok ktoś domalował pisakiem serduszko. Gdyby Pajączek miał jeszcze trochę czasu i tak naprawdę nie chciał ryzykować losu całej galaktyki, odczytałby także napis z drugiej kanki, który brzmiał: „Alicja, 21.04.1981”. Obok widniało serduszko, zgrabniejsze, narysowane drobniutkim, kobiecym palcem.

Pajączek kuca za metalową kadzią i postanawia przeczekać hałasy na podwórku. Gdy po kilkunastu minutach ponownie zapada cisza, drobny, czerwieniejący już z odmrożenia nosek wychyla się na zewnątrz.

Kto z nas nie słyszał w swoim życiu zdania: „Ciebie to nawet na sekundę nie można samego zostawić…”? W tym przypadku Siergieja, który miał pilnować ciężarnej Heleny! Pajączek ostrożnie zamyka za sobą drzwi stajni i zapala zwisającą z sufitu żarówkę. W stajni nie ma: ani Siergieja, ani Heleny, ani szykującego się do przyjścia na świat Herkulesa!

Ala wybiega na parkur, ale i tam nikogo nie ma. „Ciebie to nawet na sekundę samego…”

Chrzanię to. Chwilę zaczekam, na pewno wrócą. Czekam na mojego tatę i tyle. Niech wessie cały ten świat i wszystkich nas razem z nim. Sepagraw. Może chociaż zdążę usłyszeć jego głos?

Pajączek rozsiada się na sianie i przykrywa derką.

No i zobaczę też mamę, która przecież jeszcze wcale nie jest moją mamą… No właśnie. Coś tu nie gra. Coś tu poważnie nie gra… w datach..

Że też tego wcześniej nie rozkminiłam.

Pajączek drapie się w głowę, wsunąwszy rękę pod reniferową szapkę, i układa się wygodniej na sianie, czekając końca świata. Wtedy dopiero zauważa wbity w drewniany słup, podrdzewiały i zagięty ku górze solidny, dziesięciocalowy gwóźdź. Sądząc po pozostałościach szarych kawałków papieru, najwyraźniej służył jako skrzynka pocztowa. Najnowsza wiadomość, sporządzona na wydartym na kolanie kawałku papieru pakowego, drży lekko od stajennego przeciągu. Pajączek rozważa chwilę, czy warto się podnosić i rezygnować z tak wygodnej miejscówki na koniec świata. Ciekawość przeważa. Zwykle tak bywa, gdy jest się córką Odyseusza.

A ten znajduje się na tyle blisko swojej córki Ali Apollonii, że gwałtowne zakłócenie tkanki czasowo-przestrzennej wstrząsa jedną ze strun biegnących przez wszechświat, i to na tyle mocno, że w odległym o kilka miliardów lat świetlnych obłoku gazów protogalaktycznych powstaje potężna czarna dziura. Nikogo w okolicy to specjalnie nie obeszło.

Rozdział 36

Roman Śniegula, wójt gminy Rakowo, położonej pośród setki jezior, czystych jak wykrochmalona na niedzielną mszę koszula, spogląda z ukosa ku namolnemu chłystkowi, siedzącemu w fotelu po drugiej stronie biurka. Chłystek ów stuka rytmicznie ołówkiem w wymiętą bladoniebieską okładkę zeszytu w kratkę, trzymanego na lewym kolanie farbowanych w wannie metodą domową dżinsów wyprodukowanych przez dzielną załogę przedsiębiorstwa państwowego „Odra” w Szczecinie.

Myśli wójta Śnieguli są chłystkowi zdecydowanie nieprzychylne.

Żeby takie szczawie… Jak on to powiedział? Niezawisły Samorządny Związek Młodych Dziennikarzy Rzeczypospolitej? W tych czasach taka plakietka wpięta w klapę zielonej, udającej amerykańską kurtki to gotowy kłopot. Dla rodziców szczawia, dla szczawia samego, a teraz dla wójta Śnieguli, któremu przemądrzalec „chce tylko zadać kilka pytań”.

Tymczasem już od wiosny wiadomo, że coś się szykuje. Czołgi, które jeszcze kilka dni temu mieliły gąsienicami glebę na pobliskim poligonie, gdzieś się rozpłynęły. Część z nich miała na wieżyczce czerwone gwiazdy. Wrócili do koszar – znaczy się przyszły nowe rozkazy. A teraz takie mądrale jak ten tu, z krostami na czole, ze znaczkiem Solidarności w klapie i ustami pełnymi słów na „n” – niezawisłość, niezależność, niepodległość – tylko czekają na okazję, by znowu zacząć ginąć za ojczyznę. Ginięcia za ojczyznę wójt sobie nie życzy, bo sam ma syna na studiach – na inżyniera się kształci w Warszawie. Poza tym wójt Śniegula nie lubi pytań. Zwłaszcza o to, co się działo za zamkowym murem. Wójt nie lubi kłamać. A kłamie od lat, jakby ukończył kurs w piekle oszustów.

– Na kółku historycznym u nas w liceum – mówi młodzieniec, sięgając do zielonego, zamykanego na skórzane rzemyki płóciennego plecaka, który doskonale nadaje się do roznoszenia ulotek i zakazanych przez władzę książek – nasz nauczyciel historii zaprosił pewnego profesora z uniwersytetu, który opowiedział nam o… wilczych dzieciach… Wolfskinder… – Młody człowiek kartkuje wymiętolony zeszyt, a gdy podnosi głowę, napotyka świdrujący wzrok wójta Śnieguli.

– Wolfskinder…

– Podobno wychowywały się same w lasach, na Litwie… Po wojnie, gdy Niemcom odebrano ich ziemie, wielu uciekło. O wielu słuch zaginął… – Młody Pisarz z trudnością odczytuje swoje własne bazgroły. – Nasz nauczyciel znalazł ślady w archiwum. Podobno…

Wójt Śniegula odsuwa skrzypiące krzesło od biurka, na tyle daleko, żeby jego balonowaty brzuch nie przeszkodził mu we wzięciu głębokiego oddechu. Aż zaświszczało wójtowi Śnieguli w płucach, w połowie wypełnionych smołą z wypalanych po kilkadziesiąt sztuk dziennie papierosów – wyjątkowo niezdrowych Sportów oraz Klubowych. Sięga do leżącej na biurku paczki i jeszcze raz taksuje wzrokiem swojego gościa. Śnieguli ciężko się żyje z kłamstwem, a zwłaszcza tym jednym, za to grubym jak najlepsza słonina.

Nastoletni Pisarz jest oczywiście doskonale znanym nam Pisarzem. W tej chwili nie ma jeszcze pod ręką swojej maszyny do pisania, ale ma się to za chwilę zmienić. Tymczasem wpatruje się w łysą czaszkę wójta Śnieguli przenikliwymi oczami, o barwie takiej, jaka powstaje, gdy w szklance z wodą zanurzymy na sekundę pędzel z błękitną akwarelą.

Wójt zagryza wargi. Do krwi. Śniegula robi tak, kiedy zmaga się ze swoim sumieniem: powiedzieć prawdę czy kolejne dziesięciolecia… wić się jak minóg w wiosennym błocie, zmyślając i konfabulując? Kiedy trzeba chronić TAJEMNICĘ…

– Zostało dwoje. – Wójt gasi papieros Klubowy w kryształowej popielniczce i natychmiast sięga po kolejny. – Ruta jest starsza, ma czternaście lat. Ernest młodszy – w sierpniu skończył jedenaście Ich rodzice przywędrowali z okolic Koenigsbergu, czy jak to teraz… Kaliningradu. Bali się zemsty, chowali się po lasach, zaszczuci jak sarny przez nagonkę. Tak naprawdę nie wiedzieli, kim są, skąd się wzięli i gdzie się podziały ich matki i ojcowie. Wilcze dzieci, no. Wolfskinder. Ludzie szeptali, że nawet po ludzku z początku nie mówili. Mówili, i owszem. Po litewsku. I trochę po niemiecku.

Młody Pisarz zanurza rękę w plecaku, beznadziejnie poszukując długopisu.

– Wypisał się. – Spogląda na Wójta przepraszającym wzrokiem. – Zapamiętam jakoś.

Wójt Śniegula podnosi wzrok do góry, a potem swój zacnych rozmiarów tyłek z fotela.

– Gówno tam „zapamiętam”. Fotel przytrzymasz.

Wspina się wójt na fotel i sięga głęboko za lakierowaną meblościankę. Fotel skrzypi pod sto dwudziestoma kilogramami wójta, wójtowe płuca

świszczą, gdy ich właściciel zdejmuje z wysiłkiem czarną walizę i kładzie ją na stole, a czerwieniący się z podekscytowania Młody Pisarz otrzymuje swoją PIERWSZĄ I OSTATNIĄ MASZYNĘ DO PISANIA.

– Siadaj i pisz. Jest twoja.

Tsyk, wałek przesuwa się w prawo.

– Umiesz?

Stuk… stuk, czcionki uderzają suchym dźwiękiem o czarną taśmę.

– Dam radę. – Tsyk.

– Mój ojciec znalazł ją w Łodzi. W opuszczonym mieszkaniu. Dopiero tam się zatrzymaliśmy: matka, siostra i ja. Tak nas strach przed Ukraińcami gnał… Ale to już inna historia. Może ją kto kiedy opowie.

Stuk, stuk, tsyk.

– Kiedy te dzieci tu trafiły, były jak dzikusy. Bały się ludzi. Z nikim nie rozmawiały. Zresztą nawet do dziś nie bardzo jest z kim, to opustoszałe ziemie. Chciały iść na zachód. Skądś usłyszały, że tam są gdzieś ich rodzice.

– Wielu ludzi zginęło, potopiło się na storpedowanych statkach – tak nam mówił ten profesor.

– Mnie ich tam nie szkoda. Tych starszych. To oni to wywołali, tę wojnę. Ale te dzieci… w moim wieku były.

Stuk, stuk, stuk, stuk, tsyk.

Wójt Śniegula przechadza się nerwowo po pokoju.

– A żołnierze-wilkołaki? – Wójt natrafia na ciekawskie spojrzenie

Pisarza. – Werwolf ? Podobno też tu gdzieś działali?

Wójt przełyka ślinę i sięga do wymiętoszonej paczki Klubowych po ostatni papieros. Zaciąga się głęboko, a z płuc dobiega błagalny świst: nie, proszę, już nie!

– Żadne tam… wilkołaki. Na pewno nie prawdziwe, z kłami – waży słowa Śniegula.

– Ten ich dowódca… Kiedyś przyjechali wzmacniać groblę… Dębnica wezbrała i szło na powódź, wiatr dmuchnął mocniej od północy… Spadła mu czapka, taka podwinięta kominiarka – bez niej nie ruszał się podobno z zamku i trudno się dziwić, bo widok był… Początkowo wszystkim mdło się zrobiło, a potem szkoda tego ich kapitana, bo od tego lata w 1965 roku chodził już tylko w naciągniętej kominiarce, żeby ludzi nie zohydzać. Nawet w żniwa. A wtedy wszyscy z zamku pomagają.

Stuk, stuk, stuk.

– Nie to, żeby często się poza zamek wypuszczali, i tak mają tam dość roboty: serownie, szklarnie, no i stajnie, gdzie ten ich Węgier weterynarz, jak to się mówi: z dziada pradziada, koni dogląda, nawet tych, które chłopi dawno już by do skupu na mięso oddali. Serce ma wyjątkowe do zwierząt ten Ferenc. Kocha je – tak sobie myślę.

Wójt wie o tym aż nadto dobrze: cały PGR w Storkowie w skarpetkach by poszedł na ostatnią wódkę w życiu, gdyby nie ONI – ludzie z zamku. Gdyby obór w porę nie kazali zamykać, mat nasączonych jakimiś chemicznymi środkami nie powykładali, kiedy choroba sinego jęzora pełzła już do bydła z północy od Słupska.

– Jest tam też taki w turbanie, sikh, z brodą długą jak u popa i włosami podobno nigdy niemytymi. Randra mówią na niego. To on naczytał się ponoć po angielsku o tej zarazie i wiedział jak i co.

Stuk, stuk, stuk, tsyk.

Wójt gasi papieros w popielniczce i wyrzuca z płuc obłok siwego dymu. Zapewne dlatego zaszkliły mu się oczy.

– No i kiedy mojej najmłodszej córce… wnyki kłusownika… – Wójt rozkaszlał się na dobre. – W powiatowym szpitalu powiedzieli, że stopa jest poraniona, na nerwach zwisa, no że nie do uratowania, ale ta ich lekarka z zamku, Lidia… Szacka…

Stuk, stuk, tsyk.

– Marzenka dwa lata później w całym województwie pierwsza była na pięć kilometrów z przeszkodami. Skakała przez te płotki, jakby za wszelką cenę chciała uniknąć stalowych szczęk. – Wójt odpędza jak namolną muchę rękę Młodego Pisarza pełznącą do paczki z Klubowymi. – Ruta i Ernest do szkoły w powiecie chodzą… ale przyjaźnić się to nie mają z kim.. Dzicy są, jak to potomkowie wilczych dzieci. Wolfskinder. Ernest dwa razy zawieszony był za bójki. Siostry bronił. Tak mu ojciec kazał, zanim wyjechał.

– I dotąd nie wrócił.

Wójt otwiera szufladę biurka. Wyciąga album z fotografiami.

– Ruta, od kiedy go nie ma… Kiedyś była blondyneczką, śliczne dziecko. Ale teraz posiwiała, jak moja stara… wójtowa znaczy się. Włosy ma jak upierzenie gołębia, siwobiałe, i w sznurki powiązane. Ten sikh, Randra, ją tego nauczył. Z tej tęsknoty za ojcem tak ma.

Stukanie maszyny ustaje. Ręka Pisarza znowu pełznie do nowo odpakowanej paczki Klubowych. Tam spotyka się z o wiele większym łapskiem wójta. Takim, które zboże przez kilka dni z rzędu młócić potrafi.

– Ja od tego umrę. – Łapsko wójta wskazuje na wystający z paczki papieros. – Ale ty tę historię musisz jeszcze długo opowiadać, chłopcze.

– Jak to możliwe… Jak to możliwe, że wszyscy w gminie… No, że nikt nic…

– Nikt nic nie doniósł?

– Właśnie.

Wójt zaciąga się dymem z Klubowego aż po ostatni płucny pęcherzyk, który natychmiast obumiera, przygnieciony smołą z papierosa. Wójt ma o czym myśleć: tyle czasu minęło od wojny, od kiedy ONI ukryli się w zamku. Potem zaczęli do nich lgnąć inni. Tacy, co miejsca nie mogli sobie gdzie indziej znaleźć. Albo poszukiwała ich komunistyczna władza za „nieprawomyślność”.

I teraz, po tylu latach, w końcu wyjdzie na jaw, że wszyscy tu, począwszy od dzieci w przedszkolu, wójtowi Śnieguli przez tyle lat na wszystko, co najświętsze, przysięgali, że nikomu ani słowa nie pisną. Że ten „gminny ośrodek leczenia narkomanii” w zamku to znacznie więcej, niż się inspektorom z centrali wydawało.

– Nie ze strachu. Stuk, stuk.

– Bo ten po kilku latach minął, razem z bliznami z wojny. – Wójt namyśla się głęboko i wzdycha, gdy znajduje właściwe słowo:

– Z wdzięczności.

Wójt wskazuje ręką z tkwiącym między palcami papierosem wiszące na ścianie obok herbu gminy przeszklone tableau, takie, jakie przygotowuje się na koniec roku szkolnego. Albo kiedy medalowa drużyna odchodzi po maturze w świat.

– Ze Szczecina aż jechali. Śpieszyli się na mecz do Kościerzyny, piłka ręczna, szczypiorniak, wiesz… Od Stargardu padało – jak ściana zupełnie ten deszcz. Kierowca znużony, chorego kolegę zastępował, nie wytrzeźwiał jeszcze. Asfaltówka kręta, wzniesienia jedno za drugim, a potem jeszcze w bruk przechodzi. Ciężko. Ślisko.

Stuk, stuk, maszyna się zatrzymuje.

– Do jeziora wpadli.

Wójt podchodzi do oszronionego okna i rysuje palcem wolnej od papierosa ręki ślad na wpół zaparowanej szybie.

Tsyk.

– Tu są same takie jeziora po trzydzieści metrów, nawet więcej… że ryba głębinowa chodzi, sielawę i sieję można złowić. Wędzona smaczna, zaraz na kolację wójtowa da, to spróbujesz. Lód pękł pod ciężarem tego ich jelcza, zwłaszcza że już odwilż zdjęła trochę z grubości… Spali pewnie, ale pobudzili się szybko, gdy zimna woda – to koniec stycznia był – zaczęła wlewać się do środka… Stuk, stuk.

– Ci, którzy z wioski pierwsi na miejsce dolecieli… zaczęli wrzeszczeć, żeby traktory z szop wyciągać… Przemoczony i trzęsący się jak nieuk przed klasówką szesnastoletni chłopak wyszedł na brzeg, szczękając zębami. Dzielił swój krzyk na drobne kawałki, takie: aaaaa, aaaaa, aaaaa, coraz głośniej… Kiedy mięśnie w krtani rozgrzały mu się na tyle,

żeby dźwięk jakiś wydać… krzyczał, wrzeszczał, skomlił, żeby jego kolegów z drużyny ratować.

Tsyk, wałek przesuwa się w prawo do wyjściowej pozycji, ręce Pisarza zawisają nad klawiaturą, czekają.

– CI Z ZAMKU byli pierwsi. Pewnie przejeżdżali obok, takim… cholera wie czym. Jakimś poniemieckim wojskowym pojazdem, ogromnym, kilkunastu ludzi zabierał. To był taki traktor gąsienicowy, tylko opancerzenie zdjęli, to i szybciej jeździł. Krótko powiem, bo co tu długo gadać: zanim lód zupełnie puścił, wciągnęli autokar na suchy ląd.

Tsyk.

– I tak długo tym chłopcom klatki piersiowe uciskali, że tylko dwóch… dwóch to się już nie dało. No i kierowca. Tego pewnie raki i węgorze przez rok jeszcze do kości z mięsa oczyszczały. Na zawsze w jeziorze został. Podobnie jak Günter, kapral z zamku, na golasa się rozebrał na brzegu i po lodzie do autokaru z liną pobiegł. Żeby zahaczyć, musiał zanurkować. Zahaczył, i to dobrze, lina napięła się, jak trzeba, ale już nie wypłynął. A ONI pozbierali się i gdy tylko sygnał karetki rozległ się we wsi, odjechali przecinką prosto w las.

Stuk, stuk, tsyk.

– Jedna była wtedy w powiecie karetka na chodzie. I niewiele już miała do roboty. Tych dwóch… zabrać. Jeden to podobno bramkarz był. Taki większy od reszty. – Wójt Śniegula wyciera ukradkiem łzę i rozmazuje palcem po szybie.

Tsyk.

– Wtedy z ludźmi z wioski dogadaliśmy się, że choćby nie wiem co, ani słowa nie piśniemy – skoro ONI tak wolą. Ten kapral czy tam feldfebel, Günter, podobno tylko czekał na taką okazję. Sumienie spokoju mu nie dawało, po tym, co na wojnie zrobił… Nie mnie oceniać. Ponoć do domu w Bawarii bał się wracać.

Stuk, stuk, tsyk.

Wójt ściera palcem drobinę kurzu, która osiadła na powieszonym obok słomianej makatki tableau mistrzów Polski juniorów w piłce ręcznej w 1970 roku. Pod zdjęciami uśmiechniętych chłopców widnieje kilkanaście podpisów i skromny dopisek w rogu: „Dziękujemy”.

– Przy brzegu jeziora został głęboki rów, wyryty po gąsienicach tego ich transportera. Po lecie zarósł. Już nic nie widać.

Wójt podchodzi do okna, wyraźnie zaniepokojony narastającym hałasem silników i migoczącymi na niebiesko światłami milicyjnych kogutów.

– Wiesz co, chłopcze? – mówi, gdy film ze wspomnieniami w jego głowie dokręca się do napisu „Koniec”. – Ja poproszę Śniegulową, żeby nam herbaty zaparzyła. A tobie łóżko gdzieś pościeliła… Napisz ją dobrze, tę historię. Tak dobrze, jak potrafisz.

– Spróbuję, naprawdę się postaram, proszę pana. – Policzki Młodego Pisarza aż płoną z ciekawości. – Bo ja chcę zostać pisarzem, proszę p… – Młody Pisarz nie kończy zdania. Nie kończy też pisania tej historii. A z wójtową zieloną Olympią, która ma na klawiaturze dziwne znaki, na przykład „o” lub „u” z dwiema kropeczkami, Młody Pisarz ledwo się zaznajomił, a już…

Wójt wyrywa mu ją z rąk, wyszarpuje z wałka na wpół wypełnioną tekstem kartkę, chwyta pozostałe i biegnie do meblościanki. W tym momencie otwierają się drzwi i staje w nich Śniegulowa! Śniegulowa z przerażoną miną!

– Romek… zaczęło się! Pospiesz się! Czołgi na podwórku!

Wójt Śniegula jednym szarpnięciem otwiera okno i po chwili wylatuje przez nie zielonkawy płócienny plecak, a tuż za nim Młody Pisarz, który w tym wszystkim jeszcze w ogóle nie zdążył się połapać.

– Na rozstaju dróg skręcisz na Komorze! Na Komorze! Do trzeciej chałupy, numer jedenaście, zapukaj! A teraz w drogę! – Okno się zamyka.

Wójt staje jeszcze raz na chybotliwym fotelu i… przychodzi mu do głowy inny pomysł. Wójtowa Śniegulowa nawet latem wygląda jak ta pierwsza z rosyjskich matrioszek, tych z rumieńcami na twarzy, które wyjmuje się jedna z drugiej aż do najmniejszej. Śniegulowa zimą zmieściłaby pod spódnicą całego wójta Śniegulę. A co dopiero starą maszynę do pisania.

Wychodząc z gabinetu wójta, Śniegulowa spycha na bok dwumetrową postać w polowym mundurze i hełmofonie czołgisty.

– Major Krótki. Co widać zresztą. Dlatego krótko. Obywatel…

Śniegula? Przez „u” otwarte? Tak jak to… okno? Zimą? Węgla wam nie szkoda, obywatelu?

– Stare jest. Wiatr wepchnął do środka. Przeciąg.

– To jeszcze jesienią pewnie? Ten wiatr. Bo ostatnio raczej wyjątkowo bezwietrznie.

Major Krótki podchodzi do otwartego okna i wygląda na zewnątrz. Na śniegu widać ślady stóp Pisarza.

– Siedzieliście kiedyś, Śniegula? W celi, gdzie woda po kostki? – Major Krótki rozsiada się w fotelu i sięga do leżącej na stole paczki Klubowych. – Dziesięć lat? Czekając na wyrok? Jeśli nie, to służę. Wszystko da się załatwić.

Młody Pisarz gna przez pola, ile tylko sił, a płócienny plecak podskakuje mu na jednym ramiączku. Bardzo chce znaleźć drogę na Komorze i ten trzeci… Czy to był czwarty dom? Z numerem dziesięć? Kiedy zasapany wypada na szosę, staje w miejscu jak sarna przyłapana na środku drogi, oślepiona światłem reflektorów. Biały mercedes zatrzymuje się z lekkim poślizgiem.

– Nie wsiądzie. Ucieknie, zobaczysz. A mnie się za nim po polach ganiać nie chce – mówi agent służby bezpieczeństwa Bolek, naciągając na oczy kowbojski kapelusz. Zupełnie nowy, sadząc po zwisającej z boku metce.

– Lepiej schowaj tę krótkofalówkę i siedź cicho. Wsiądzie, wsiądzie. Zakład? – Kapelusz Lolka także jest prosto ze sklepu „Odzież z USA”. Ze sklepu, z którego udało się go zwędzić, zanim cały ten dom towarowy zniknął jak fatamorgana. No i na zewnątrz czekał na nich otwarty i gotowy do jazdy biały mercedes! Prosto z Niemiec! Wystarczyło tylko połączyć dwa druciki pod kierownicą… Tu Bolkowe umiejętności operacyjne przydały się jak nigdy.

– Excuse me? Yes? – Lolek wychyla się przez otwarte okno. Tym razem miały się przydać Lolkowe umiejętności językowe – prosto z ulubionych amerykańskich filmów o dzielnych policjantach.

– Słucham? – Młody Pisarz jeszcze nie opanował zdumienia. Na zaśnieżonej drodze w samym środku pustki, w grudniową noc, kowboj? Amerykański kowboj?

– Zer is Mc Donald’s hir? – Uśmiecha się kowboj Lolek z okienka, a jego kolega Bolek dusi się ze śmiechu w fotelu kierowcy.

Młody Pisarz stoi nieruchomo na poboczu drogi, jakby był wykonanym z brązu swoim własnym pomnikiem.

– Zer is? – pyta lekko poirytowany, lecz wciąż uprzejmy kowboj. – Du ju spik inglisz?

Tymczasem Bolkowi najwyraźniej znudziło się odgrywanie kowbojskiej scenki, wyskakuje na mróz, przystawia Młodemu Pisarzowi pistolet do głowy i wpycha do mercedesa na tylne siedzenie.

Mercedes rusza, Lolek odwraca się i bierze do ręki mikrofon radiotelefonu.

– Patrol do Krótkiego. Przyskrzyniliśmy gówniarza.

Rozdział 37

Składy metra jeżdżące trasą Erasmus–Stockel, oznaczone na elektronicznej tablicy informacyjnej ruchomymi czerwonymi punkcikami, kursują regularnie i bez zakłóceń. Tuż przed wjazdem pociągu na stację czerwony punkcik przeskakuje na środek prostej, czarnej linii, ustępując miejsca kolejnym, podążającym za nim pociągom.

Stojący wśród kilkudziesięciu pasażerów brukselskiego metra Tusk podnosi wzrok znad ekranu komórki i robi, nieświadomie, odruchowo, jak wszyscy dookoła, krok w kierunku krawędzi peronu, bliżej otwierających się z sykiem drzwi. Komórka brzęcząc dyskretnie w wewnętrznej kieszeni garnituru przynosi kolejną tego dnia złą wiadomość. Wcześniejsze Tusk oglądał, blednąc o kilka odcieni, na ekranie telewizora w wynajętym domu w willowej dzielnicy, której jeszcze nie zdążył polubić. Ani znienawidzić. Gospodyni porannego show w BBC1 z posępną miną ostrzegła widzów, że to, co za chwilę zobaczą, będzie wracać jak najgorszy koszmar. Tusk, upewniwszy się, że żony nie ma w pokoju, zdecydował się obejrzeć minutowy materiał ze szpitala, który teraz przypominał lokalizację wampirycznego serialu The Walking Dead, a nie czysty i radośnie niebiesko-bladoróżowy oddział położniczy w zamożnym regionie Zjednoczonego Królestwa.

– Boże, ile tam krwi… – wyszeptał Tusk, odsuwając dłonią leżącą na stole kanapkę, którą przygotowała mu żona z polskiego chleba i belgijskiej szynki.

„Zgodnie z niepotwierdzonymi informacjami premier podał się do dymisji…”

Zielony ekranik telefonu świecił od przychodzących nieustannie nowych wiadomości. Obudowa rozgrzała się tak bardzo, że Tusk, zamknąwszy za sobą żeliwną bramkę przed domem, delikatnie, dwoma palcami umieścił Nokię w wewnętrznej kieszonce marynarki. Lekki powiew wiatru przyniósł ze sobą słodki zapach pyłków roślin, fioletową chmurkę zarodników. Tusk sięgnął do kieszeni spodni po tabletki. Alergie dokuczały mu od chwili przeprowadzki z Gdańska, ale teraz poczuł się wyjątkowo dziwnie.

Zezwolenie na codzienne przejazdy do pracy metrem Tusk musiał od szefa bezpieczeństwa i ochrony Hiszpana Monteira zwyczajnie wydrzeć. I wywrzeszczeć. Pracujący w ochronie Rady Europejskiej od trzydziestu lat „Monter”, jak ochrzcił go Tusk już pierwszego dnia urzędowania, widział, że im bliżej mu było do emerytury, tym bardziej rosła grubość pancerza zamawianych u producentów służbowych limuzyn, ale ten „Polaco” uparł się na to metro i tyle. No cóż, do przezornych nikt

„Polacos” w Europie nie zalicza.

***

Kiedy czerwony punkcik na elektronicznej tablicy stacji Schuman przeskakuje właśnie w swe centralne miejsce, nagła eksplozja wstrząsa ostatnim wagonikiem składu. Dach, zrolowany jak w otwartej puszce po śledziach w oleju, siła wybuchu wyrzuca na przeciwległy peron. Tylny wózek podwozia odpada jeszcze w ruchu i wykoleja się na środkowy pas między dwoma torowiskami, zwierając jednocześnie obwód elektryczny z napięciem kilku tysięcy woltów, z którego iskry sypią się teraz jak z gigantycznej spawarki. Część pasażerów ostatniego wagonika chwyta się rozpaczliwie poręczy wystających z podłogi, albo ramion innych ludzi, wyginając je boleśnie, łamiąc w łokciach. Pozostali wysypują się na tory jak zapałczano-kasztanowe ludziki z pudełka, uderzając bezwładnie głowami o stalowe szyny, jak w stopklatce zbiorowej sceny bollywoodzkiego musicalu, ręce zamierają uniesione ku górze w atawistycznym odruchu chwytania się jakiegoś stałego punktu. Którego zabrakło.

Tusk stoi przy drzwiach w jednym z pierwszych wagoników. Wrzeszcząca ludzka fala wylewa się zza jego pleców na peron, korytarzem do klatki schodowej, odbijając się od ścian płynie w górę nieczynnymi, pozbawionymi zasilania ruchomymi schodami. Pchnięty czyjąś silną wytrenowaną ręką, Tusk znajduje się rozpłaszczony pod ścianą, tuż obok świetlnej reklamy czekoladowego batonika, której szkło pękło pod naporem uciekających ludzi i rozsypało się po betonie. Wszystko to odbyło się w zupełnej ciszy, całkowicie bezgłośnie, jakby ktoś wcisnął przycisk „mute” i zafascynowany obrazem oglądał niemy telewizor.

– Od… odpuść… Kręgosłup mi złamiesz… – jęczy Tusk, korzystając z chwili, gdy uścisk nieco zelżał. Druga ręka barczystego mężczyzny podnosi się do ust. Ukryty w rękawie służbowej marynarki mikrofon działa bez zarzutu.

– Tu Taurus jeden. „Polaco” bezpieczny. Czy to ćwiczenia? Powtarzam, czy to ćwiczenia, over?

– Jakie… hrhh… ćwiczenia… – Tusk odwraca się powoli i z wysiłkiem.

– Oszalałeś!? Kto by wysadził… Are you crazy? Are you all fucking crazy?

Peron pokrywa milimetrowa warstewka cementowego pyłu. Pod ścianą leżą równo poukładane w stos szalunkowe deski. Obok stoi sięgające do sufitu stacji złożone z żelaznych rurek rusztowanie. Zapory w biało-czerwone ukośne paski, ustawione na torach w obu kierunkach, migoczą czerwonymi, ostrzegawczymi błyskami, jak rowerzysta światełkiem umieszczonym pod siedzeniem.

– Co to wszystko… co to ma znaczyć? – charczy Tusk, osuwając się na podłogę, podtrzymywany przez ochroniarza.

– Jak to? Pan przew… szef wie, że tu od dawna przebudowa… Pewnie jeszcze parę lat potrwa.

Agent ochrony ociera pot z czoła. Ma dosyć służby na dzisiaj. A i tak czeka go jeszcze „debriefing” u Monteira.

– Ale eksplozja…

Taurus przez jakiś czas wpatruje się w oczy swojego szefa, poszukując oznak szoku. Potem rozgląda się po przebudowywanej od lat stacji.

– Szefie.. ja nie widzę.. tu nie ma śladów eksplozji.… .

– To dlaczego… tu tak pusto? Gdzie są robotnicy?

– Strajk mają, ja też ledwo dojechałem… I ja naprawdę nie wiem, ale… ja będę to musiał w raporcie napisać… No bo kto kazał szefowi wysiadać z metra w biegu? Na pustej stacji?

Zaciekawiony czymś Tusk spogląda ponad ramieniem Taurusa daleko na początek peronu. Z czeluści tunelu wyłania się najpierw plakat przytwierdzony zszywaczami do drzewca, a zaraz potem trzymający go w ręce niski starszy mężczyzna. Krótko ścięte, przyczesane na bok siwe włosy. Zmarszczki wokół oczu i dobrotliwy wyraz twarzy stoika, który widział w życiu wiele zwykłego cierpienia. Aptekarz na emeryturze.

– Pan… Chwileczkę… Pan Anzelm? Nie wierzę… Tyle… tyle lat. Ochroniarz ubiega ruch Tuska, spycha go pod ścianę i wielkim

susem zeskakuje na tory. Na twarzy starszego człowieka pojawia się grymas lęku. Siwa głowa niknie w ciemnościach.

– Coś narobił, do jasnej cholery! – wrzeszczy Tusk i zrywa się do biegu wzdłuż peronu. – Wystraszyłeś go!! Wystraszyłeś pana Anzelma!

Agent Taurus widzi jeszcze, jak jego szef, wbiegając do tunelu, rozsupłuje swój ulubiony chabrowy krawat i ciska go za siebie. I znacznie przyspiesza. Tak, że nie da się go dogonić.

***

– I oni to naprawdę tutaj jedzą? – Pan Anzelm zagląda zaciekawiony do wnętrza niewielkiego, owiniętego w srebrną folię garnka. – Mam palcami wyjmować z muszli czy…

– Gorące, lepiej widelcem chyba. – Zatroskany Tusk podsuwa aptekarzowi pod nos widelec. – Przepraszam, nic innego nie mieli na stołówce. Może frytki?

– Z majonezem? Fuj! To już wolę te…

– Omułki. Kiedy zamknąć oczy, to nawet smakują jak kurczak. – Tusk uśmiecha się zakłopotany.

– Jakieś takie surowe…

– Nie dogotowali? Zaraz każę…

– To twoje biuro, Donek. Surowy jakiś ten wystrój. Nawet dla aptekarza. – Pan Anzelm rozgląda się wokół, jednocześnie manipulując przy kolejnej na wpół otwartej muszelce skrywającej ugotowane żyjątko. – Żadne tam mecyje.

– Takie przydzielili…

– Piłkę kopiesz czasem? Z tymi, jak to tam się nazywa… komisarzami?

– Czasu brakuje. A zresztą oni…

– Może i dobrze. Kolan sobie nie poharatasz jak wtedy… kiedy to było?

– W szóstej… albo na początku siódmej. Przeciwko tym z dąbrowszczaka… Na asfalcie.

– Zużyłem cały zapas bandaży. Pamiętam jak dziś. Te twoje kolana… jakbyś po szkle się czołgał. A tyś z powrotem na boisko pobiegł… Tylko końcówkę bandaża w trampek wsadziłeś, bo się odwijał.

Uchylają się drzwi i gdy Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk lekkim skinieniem wyraża zgodę, do gabinetu wchodzi jeden z agentów ochrony i ustawia pod ścianą drzewce z przymocowanym do niego plakatem. Na sfatygowanym, pożółkłym od suszenia kartonie widnieje wzór chemiczny z dwoma wyrysowanymi grubą czarną kreską pierścieniami benzenowymi. Pod spodem czyjaś niepewna ręka dorysowała trzy wyblakłe już teraz czerwone wykrzykniki.

– Znalazł się! – Wyraźnie ucieszony pan Anzelm pakuje do ust sporej wielkości omułek i zagryza frytką umoczoną dyskretnie w majonezie. – Psylocybina. Ten atom tlenu na górze jest niestabilny i łatwo się wytrąca, ale to i tak to samo. Ktoś był sprytny.

– Panie Anzelmie… bo ja nie do końca rozumiem…

– Nie, mój drogi Donku. Ty nic nie rozumiesz. Z chemii, wiadomo, pała. – Pan Anzelm zsuwa z nosa okulary i zagląda Tuskowi w oczy, jak nauczyciel, który właśnie ogłosił wyniki kartkówki. – Ktoś obmyślił jakiś czynnik utrwalający… Hm… pewnie jakaś molekuła tu się dołącza, o, tutaj. – Staruszek wskazuje frytką na właściwe miejsce na plakacie. – Stąd takie… silne halucynacje. Nasi przodkowie doskonale wiedzieli, które grzybki zawierają najwięcej...

– Psylocybiny? – Tusk bezwiednie sięga do miski z frytkami.

– Psilocybe cubensis. Powoduje doznania mistyczne, psychodeliczne, zerwanie kontaktu z rzeczywistością. Dobre pod wczesnych Floydów… Pewnie nie znasz. Mały wtedy byłeś.

– Pan… próbował? Panie Anzelmie…

– Nie raz. – Staruszek chrząka dwuznacznie. – Dla dobra nauki, oczywiście.

– Ale… co to ma…

W tym momencie drzwi do gabinetu otwierają się jeszcze raz. Wystarczy spojrzeć na jej zafrasowaną twarz, żeby wiedzieć, że sekretarka Tuska nie wdziera się do gabinetu szefa bez przyczyny.

– Wiadomość od brytyjskich służb. Zaraz będzie na oficjalnej stronie. Potwierdzone.

Tusk przebiega wzrokiem wręczoną mu spoconą ręką notatkę i opada ciężko na fotel.

– Boże…

Starając się opanować drżenie ręki, sięga po leżący na biurku pilot od telewizora. Pasek u dołu ekranu na kanale BBC World zmienił właśnie barwę na czerwoną. Stacja na chwilę przerwała nadawanie.

– Po niemiecku to jeszcze jakoś, jak to u nas na Kaszubach, ale ten angielski to wciąż kiepsko… Przetłumacz może, Donek, bo i tak słabo widzę.

– Premier Wielkiej Brytanii… popełnił samobójstwo. Obwiniali go za tę straszną masakrę w szpitalu. Co tu się dzieje, do cholery?

Tusk sięga po słuchawkę, żeby przywołać sekretarkę. Staruszek, wpatrujący się do tej pory posępnie w ekran telewizora, podrywa się z fotela z niezwykłą gibkością.

– Jak to co? To! – Palec niemal wbija się w karton w miejscu, gdzie z pierścienia benzenowego wyrasta grupa fosforowa. – Myślisz, Donek, że ja na starość postanowiłem zrobić powtórkę z chemii? Nie mam na co marnować czasu? Spójrz na mnie! Czy ja mam dużo czasu? To świństwo wydobywa się spod ziemi… Ktoś je tam wsadził.

W drzwiach staje dwóch łysych mężczyzn ubranych w granatowe marynarki, z ledwo dostrzegalnymi znaczkami wpiętymi w klapę. Jeden z nich bawi się nerwowo służbowymi okularami przeciwsłonecznymi, uśmiecha się przepraszająco.

– Jak to? Dokąd go zabieracie? – Tusk odruchowo staje na drodze pracownikowi ochrony kierującemu się do fotela zajmowanego przez pana Anzelma.

– Takie są procedury alarmowe w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia. ORANGE ALERT STATE. Bez zezwolenia nie wolno nikomu przebywać w budynku. Trzeba mieć identyfikator… i tak dalej. – Ochroniarz delikatnie, ale stanowczo odpycha Tuska na bok.

– To dla pańskiego bezpieczeństwa, panie przewodniczący.

– Donek… to… tylko… jeden składnik… Tam jest… coś więcej… – Staruszek chwyta jeszcze za swój plakat i daje się potulnie wyprowadzić.

Na zewnątrz czeka na Tuska jego sekretarka.

– Samolot przygotowany na lotnisku Zaventem. Kierowca na dole. Ja nie wiem… ale kazali mi wręczyć szefowi to…

– Donek… trzymaj się! I pamiętaj! Tam jest jeszcze… – Siwa głowa znika za drzwiami windy, delikatnie popchnięta przez wyższego z ochroniarzy.

– Niech mu znajdą nocleg.

Na biurku sekretarki, obok sterty papierów, leży trochę zakurzona, jakby wyjęta z samego dna wojskowego magazynu belgijskiej armii, maska przeciwgazowa. Tusk bierze ją do ręki.

– Przyda się? – Ogląda ją zamyślony. – Pytam doktor chemii.

– Na coś takiego?– odpowiada z namysłem sekretarka. – Widziałam ten wzór na plakacie. Nie sądzę.

– Idź już do domu.

– Muszę. Mąż przywiózł dzieci. Nie tylko nasze, sześcioro od znajomych.

– Z Węgier??

– Dobrze, że sobie tego płotu na granicy nie postawili. Jest którędy uciekać.

– Jak w 1989. Tylko co to da?

– Nie wiem. Niech szef na siebie uważa.

– Ty też. Przekaż tym w stołówce, że od dziś nic nie wyrzucamy. Nie marnujemy żywności. Chrzanić normy. Jeśli będzie trzeba, niech wystawią.. nie wiem, kuchnię na zewnątrz i karmią wszystkich, którzy przyjdą.

Dwóch agentów zdecydowanym krokiem opuszcza windę. Skinieniem głowy dają znak, że wszystko gotowe. Tusk sięga po zimną frytkę i wychodzi z biura. Zatrzymuje się w połowie drogi.

– Zapomniałem tabletek antyhistaminowych. Nie wiem, jak tam za kanałem z pyłkami…

– Zaraz znajdę.

Tusk przygląda się przez chwilę, jak sekretarka przeszukuje szufladę.

– Nie wiem, jak to powiedzieć… ale tam na dole… w metrze… wydawało mi się… A w życiu nie miałem… Przecież na studiach brało się to i owo, ale nigdy nie miałem…

– Halucynacji?

– Skąd wiesz? – Tusk ścisza głos i patrzy prosto w oczy jednej z niewielu osób, którym naprawdę ufa.

– Hipoteza. W nauce do „wiedzy” prowadzi bardzo kręta ścieżka. Hipoteza na początek wystarczy.

Tusk spogląda jeszcze przez chwilę na wyciągniętą rękę z tabletkami antyalergicznymi, po czym w zamyśleniu chowa je do kieszeni.

– Wiem, że szef ma w teczce Kindla. Katar Stanisława Lema. Polecam, nawet bardzo.

Zanim drzwi od windy zamykają się na dobre, doktor nauk chemicznych Timea Molnar widzi jeszcze, jak jej szef wyciąga z teczki czytnik e-booka, który dostał od córki pod choinkę.

Kiedy wraca do sekretariatu, na biurku znajduje zmiętą serwetkę. Podnosi ją, by wyrzucić do kosza, i wtedy dostrzega, że czyjaś ręka napisała na niej chwiejnym pismem jedno słowo: „barszcz”.

Rozdział 38

Po dwóch godzinach marszu przez śnieg po kolana Pajączek przypomina uczestnika wyprawy na biegun południowy, jak na pożółkłych zdjęciach w gablotach muzeów: oszronionego, w futrze z fok stwardniałym na kość od mrozu. Tyle że Pajączek ma na sobie „oddychającą” kurtkę i szapkę z reniferowej sierści. Dar od Siergieja.

Miał pilnować Heleny i podrzucić jej siana. Żadna filozofia, nie? Tym bardziej dla biomegawzmacnianego supermózgu.

Kto mógł ją zabrać? I dokąd? Pajączek ściska zgrabiałą dłonią kawałek papieru, który znalazł powieszony na gwoździu przy wejściu do stajni.

„Jak było umówione, zabieramy Helenę do nas. Odwieziemy, kiedy mały stanie na własnych nogach. To już czas. Uważajcie na siebie. Ferenc”.

Jaki… FERENC?!! Ktoś słyszał o takim imieniu w ogóle? Czy ten Ferenc mógłby trzymać łapy z daleka od matki Herkulesa, merci bien?

Pajączek brnie przed siebie, mimo że już od jakiegoś czasu krew nie dociera do zmrożonych palców i Ali wydaje się, że sprawną nogę skałkowego wspinacza-śmigacza ktoś wymienił na szczapę drewna. Taką do kominka. Albo na taki cud techniki, jaki dali mamie po wypadku.

Wiatr wzmaga się jeszcze, zwłaszcza gdy droga wyprowadza Pajączka poza osłonę drzew – kłuje wtedy w twarz, jakby wsadzić gębę w sam środek kępy pokrzyw. Ale to dobrze, to dobrze. Otrzeźwia…

Siergiej przydałby się teraz z tym swoim złotym samowarem na tylnym siedzeniu swej ruskiej superbryki. Taki ich syberyjski tuning… Przydałyby się też baterie do latarki.

Drucik w żarówce żarzy się ledwo, ledwo na pomarańczowo z braku świeżych elektronów.

– AAAAAŁŁŁ… – jęczy Pajączek, gdy jej odmrożona stopa trafia w szczelinę między kamieniami. Ból dochodzący z kostki jest żywy i piekący – taki prawdziwy, porządny ból! – AAJJJEEEEEEJ – pojękuje Pajączek, zbierając w sobie wszystkie siły. Z oszronionych oczu wypływają łzy. Słone, więc zamarzają trudniej niż zwykła woda. Udaje im się spłynąć po policzkach Pajączka i dalej, pod kołnierz „oddychającej” kurtki.

– Co ja bym teraz dała za PRAWDZIWY kożuch. Bez obrazy, kochane baranki i owieczki – szepcze do siebie, dzwoniąc zębami, Pajączek.

I kuśtyka przed siebie. Już nie po śladach. Przed siebie. Latarka migocze i gaśnie.

Jak ostatni ogarek Tomkowi Sawyerowi w labiryncie.

– Gdy się idzie, wtedy jakby mniej… aughhhhaa… jakby mniej… auuuuaaggghh… boli… Jezu, jak to boli!!! Czy to naprawdę musi… tak boleć?!! Musi??!!

Odpowiedź na to pytanie Pajączek znajduje raptem kilka metrów dalej, gdy gruby korzeń sosny podstępnie wychyla się spod śniegu i staje kulejącemu Pajączkowi na drodze.

– AUAAAAAGHHHH!!!

Tym razem pająkowate ciałko Alicji długo nie podnosi się ze śniegu.

***

Ile tak można? Kilometr? Dwa? Trzy? Nie dam rady. Co tam: nie dam rady nawet ten kilometr.

Tylko nietoperz albo Siergiej ze swoimi radarami w oczach dostrzegłby na czas ziejący czernią okrągły otwór, a pod nim cembrowinę sztolni do podziemnego schronu, jeszcze z czasów wojny. Gdyby zastępowy harcerskiej drużyny opiekującej się „pamiątkami Wału Pomorskiego” lepiej zabezpieczył właz, gdyby to był środek lata i środek dnia, Pajączek pewnie nie zrobiłby tego ostatniego, pechowego kroku.

Aaaaaaaaoooooooouuuu!!!

Przed głuchym uderzeniem o betonową posadzkę schronu, całe dwa i pół metra niżej, Ala nieco wyhamowuje, chwytając się wystających z cembrowiny prętów. Spadając, rozdziera kurtkę i skórę na lewym przedramieniu. Krew miesza się na podłodze schronu ze zmrożonym błotem i gnijącymi liśćmi. Kiedy tylko Pajączek otrząsa się z szoku, pojękując cicho, spogląda ku górze, ku okrągłemu otworowi, nad którym zatrzymała się na chwilę gwiazda, wydmuchana spośród chmur przez wzmagający się wiatr.

– SEPAGRAW. SEPAGRAW – powtarza cicho Pajączek. – No przecież.

Podnosi się na jednej ręce i niezdarnie staje na nogi. Byle jak najdalej od zimnej posadzki. I gdy chce przytrzymać się betonu cembrowiny, ręka ześlizguje się po oblodzonej powierzchni. Uderza nosem w beton, a to otrzeźwia.

No może jednak trochę GRAVE. Spogląda jeszcze raz ku górze.

Tak właśnie kończą się przygody NAPRAWDĘ. Chociaż Tomek Sawyer pewnie znalazłby jakieś wyjście. Tylko że on… nie ciągnął za sobą zwichniętego kulasa… I było im chyba nieco cieplej… Ale ta jego.. ta świętoszkowata koza Becky już pogodziła się ze śmiercią. Hm… To zupełnie tak jak ja. A tymczasem mój Tomek jeździ sobie swoją zieloną toyotą, głaszcze ozdrowiałe konie po paszczach i powoli zapomina, że kiedyś mu się mały Pająk pod nogami plątał.

– Jakieś dwa metry, może trochę więcej… tylko trzeba wytężyć wzrok… Dziękuję za jeszcze jedną gwiazdę i trochę wpadających do środka fotonów… Tam jest żelazny stopień, przecież musieli tu jakoś złazić… – szepcze Alicja.

I co to ma być? Podpucha? Żeby spróbować? Jak u Tomka Sawyera?

Żeby jeszcze jeden korytarz w ciemnym labiryncie sprawdzić, gdy zgasła już ostatnia świeczka?

Pajączek potrząsa latarką. Na próżno.

A może jakiś tu jeszcze został…? TRUP znaczy się? Po co ja te seriale oglądałam. No tak, ale wtedy można było się pośmiać razem z mamą z tej bandy krwiożerczych zombie, którzy chodzili… zupełnie jak na tym oddziale w szpitalu, gdzie mama jeździ na rehabilitację. Ale SEPAGRAW. No SEPAGRAW, no nie?

Gdy Pajączek kieruje wzrok ku CIEMNOŚCI-W-KTÓRĄ-LEPIEJ-NIE-PATRZEĆ, w głąb korytarza prowadzącego nie wiadomo dokąd, zapewne do stosu zapomnianych kościotrupów, BESTIA jest już nie więcej niż kilka długich susów od krawędzi cembrowiny. Przyciąga ją wydobywająca się na zewnątrz para i bardzo delikatny zapach ludzkiego potu. Zapach zmęczenia. I strachu. To bardzo Bestię interesuje. Jest zima i jej ponad stupięćdziesięciokilogramowe krępe ciało jest bardzo głodne.

Kiedy Pajączek patrzy w górę, głowa Bestii zakrywa już cały widok na gwiazdy. Z nozdrzy kończących mokry ryj wydobywa się para i ginie w mroku. Bestia sapie. Dźwięk odbija się kilkakrotnie od cembrowiny i wzmocniony echem dociera do uszu Ali. I jest wówczas jeszcze bardziej przerażający.

Hhhruuuuu. Hruuuuuu. Hruuuughhh. Głód.

Bestia aż zachłysnęła się zapachem dolatującym z dna otworu. Jeden drobny błąd, jeden krok naprzód i osunęłaby się na dno, robiąc z Pajączka krwawy placek swymi stu pięćdziesięcioma kilogramami owiniętej w szczecinę umięśnionej masy.

W sam raz, o to chodzi. Krwawy placek.

Cofnęła się jednak w ostatniej chwili. Instynkt.

***

Pochylony nad pulpitem, prawie dotykając nosem linii w zeszycie, bazgrając wściekle esy-floresy długopisem trzymanym w dłoni jak rękojeść noża, Pajączek marszczy czoło, wysila mózg, przeszukuje pamięć, która działa jak zawirusowany program operacyjny, ale za nic nie może sobie przypomnieć tej klasy, tych ludzi. Tej.. nauczycielki, która chowa twarz, niemal dotykając nosem tablicy, jakby chciała się o nią oprzeć.. Kreda skrzypi, gdy kościste palce wypisują na zielonej, popękanej tablicy dwa słowa

Réveil m o r t e l

Skąd się wziął ten głos, który dochodzi gdzieś z tyłu, jakby odbił się od ściany echem, wczepia się w plecy, wdrapuje się po karku, pełznie po szyi i chrobocząc chitynowym pancerzykiem ciekawskiej szczypawicy mości się w uszach?

– Wciąż liczysz, że ktoś ci pomoże? Twoja matka? Ta kaleka? Sama nie potrafiłaby nawet zwlec się z łóżka. Tylko by jęczała i użalała się nad sobą, popijając ziółka. A może ten tam.. Tomek? Co to zostawił cię samą na ulicy, bo wolał się zająć zepsutym samochodem?

– Tak! Tomek mi pomoże. On mi pomoże! – drżącą ręką Pajączek kreśli imię najlepszego weterynarza, jak imię ukochanego, które wypisuje się na ostatniej stronie zeszytu, w wianuszku czerwonych serduszek. TO.. MEK!

– Właśnie zamyka gabinet. Jak wyglądał dzień weterynarza Tomka? Uśpił konającego konia. Wyleczył kilkanaście psów i kotów. Królika. Umył wszystko i wytarł. Pozamiatał. I chce spokojnie pójść do domu. Usiądzie w fotelu i poogląda chwilę program o samochodach w telewizji. Szybko zaśnie. Zapomniał o tobie, Ala. I tak miał dosyć zawracania głowy.

– Tomek! On mnie jeszcze znajdzie! Mama mu każe! Już jedzie! Razem jadą! I Siergiej! O mnie wciąż pamiętają! O mnie się mówi! Do mnie się tęskni! O mnie się martwi!

Kiedy COŚ-CO-UDAWAŁO-NAUCZYCIELKĘ odwraca się od tablicy, zamiast twarzy ma pokryty brązową szczeciną ryj Bestii.

– Ja jestem wciąż potrzebna! – krzyczy bezgłośnie, poruszając spieczonymi wargami, wybudzona z krótkiej drzemki Ala, unosi oczy ku przesuwającym się nad głową gwiazdom: niespiesznie, niezauważalnie, obojętnie. – Ja jestem ja! Pamiętam! Pamiętam dobrze: biała tablica, budzik na biurku… i to słowo zaczynające się na „m”… Biorę gąbkę i wycieram tablicę do czysta, jak powinno być! Tak powinno być! Ja jestem ja! Ala!

Gdy Bestia wsuwa swój mokry, nerwowo wciągający powietrze ryj głęboko w ciemność cembrowiny, jej uszy nie przestają działać sprawnie. Jak bardzo wrażliwy radar omiatają okolicę w poszukiwaniu dźwięków: trzasków gałązek, szumu przecieranego wilczymi łapami śniegu, LUDZKICH ROZMÓW.

Bestia niczego nienawidziła bardziej niż zbliżających się ludzkich głosów.

Uciekać. Uciekać…

To może oznaczać śmierć. Z kierunku kryjącego się jeszcze za horyzontem słońca do uszu Bestii dobiegł hałas nadjeżdżającego pojazdu pełnego ludzi. I ich straszliwie celnej broni. Uciekać. Ale głód…

Uciekać!

Bestia niechętnie podnosi ryj znad ciemności otworu i robi kilka kroków do tyłu. Pochrząkując, rusza między drzewa, byle dalej od ludzi. Od czasu do czasu daje się uwieść kłębiącym się przy ziemi niewyraźnym zapachom padliny i resztek niewykopanych ziemniaków z pól.

– Pająk, ty się nigdy nie poddajesz. – W głowie Pajączka brzmi znużony głos Tomka, jej ukochanego weterynarza numer jeden, dwa i trzy, i tak do sześciuset. W wianuszku czerwonych serduszek. Jest środek wakacji i Tomek podprowadza do Pajączka Bułkę, najbardziej narowistą klacz w stadninie, z której Pajączek właśnie schrzanił się szósty raz na glebę. Z wielką gracją. – To właź! Daj jej wycisk! Właź. Właź, Ala.

Pajączek zbiera w sobie wszystkie siły i jeszcze raz otwiera oczy. Spogląda ku górze. Zamiast gwiazd i czerni u góry wysokiego komina dostrzega szare kółko, jakby do lunety przyłożyć zadymione szkiełko. Dnieje. W głębi schronu, gdy pierwsze fotony wyprodukowane przez słoneczną elektrownię docierają na sam dół sztolni i odbijając się od ścian, rozświetlają nieco mrok korytarza, Pajączek widzi coś, co każe mu przestać myśleć o bólu.

I o Bestii.

Na elastycznej tasiemce przymocowanej do skobla ktoś zawiesił… ludzką czaszkę. Żółto-czarną, z wielkimi otworami, tam gdzie kiedyś były oczy.

– STARCZY, STARCZY JUŻ – jęczy Alicja i przełamując straszliwy ból w kostce, wspina się na palce. Jak najwyżej. Na wpół odmrożonymi palcami lewej ręki maca niczym ślepiec oślizgłą od zamarzniętej deszczówki powierzchnię cembrowiny. Trafia na wystającą z betonu resztkę żelaznego rusztowania i podciąga się na nim do góry.

Auuaaaaaa… Ja cięęęęęęę… Mamoooo!!!

Jednocześnie wciska stopę w szczelinę między żelazobetonowe kręgi sztolni.

BOOOOLiiiiiiiii! O Jezu Chryste! Jak ta noga boli!! Ale tak w ogóle to łatwizna… dla początkują… Ile do końca? Może z metr? Optymistka…

Na ułamek sekundy Pajączek zapomina o tym, żeby OSZCZĘDZAĆ lewą stopę, żeby ją bardzo, bardzo oszczędzać. Ona nie podniesie nawet jednego z trzydziestu dziewięciu pajączkowych kilogramów! Spadając,

Ty głupia!

Pajączek ociera się jeszcze boleśnie o wystające kamienie, kawałki zaprawy, pręty i zderza się z ziemią lewą nogą. Ból eksploduje. Z rozciętej skóry na szyi i nadgarstku wyciekają krople krwi.

Boli! Mamo!

– Alusia, Pajączku… wracaj już.

Już wracam, mamunia. Już, spokojnie…

Pajączek nieruchomieje ze zgrozy. Wprawiona w ruch falą powietrza czaszka podskakuje na gumce. Gumka urywa się ze starości i czaszka spada wprost na pierś Pajączka, który odruchowo łapie ją i tuli do siebie.

Już wracam. Już mam dosyć, merci bien. Już nie chcę przygód ani plastikowych czaszek ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami, które jakiś idiota powiesił sobie w tym cholernym lochu. Merci bien, ale nie.

– Pajączek, ty się nigdy nie poddajesz. Prawda? – Tomek, przytrzymując uzdę Bułki, wyciąga z uśmiechem rękę.

Ala spogląda ku górze, aż do wyjścia ze sztolni, gdzie jak żółtko rozbełtał się dzień, i sięga ręką najwyżej jak umie. Potem drugą. Zapiera się stopą o pobłyskujący w słońcu żelazny pręt. Podciąga się na nim, ile się da, chwilę czeka na atak Bestii, a gdy ten nie następuje, zapiera się o krawędź cembrowiny, dźwiga się jak na gimnastycznej drabince i wypełza na wilgotną glebę. Dłuższą chwilę mruży oczy, broniąc się przed oślepiającym blaskiem wschodzącego słońca.

SEPAGRAW, non?

Wstaje i kulejąc (zupełnie jak mama), sztywna jak zombie z serialu, kuśtyka w kierunku słońca, odsuwając rękami na boki wysuszone pałki tataraku, rzednące, łamliwe trzciny. Tuż za nimi rozciąga się aż po horyzont tafla jeziora. W kruchym, poprzeplatanym korzeniami i resztkami roślin lodzie pojawiły się pierwsze pęknięcia.

– Ale pięknie… W końcu wakacje! Świeci słońce! Wakacje! I dlatego tak mi gorąco! Kto to widział, w lipcu w kurtce? Na plaży? Zdejmę tę cholerną kurtkę, niech sobie sama pooddycha, a co tam! I spodnie też! Ależ upał! W końcu, w końcu! Wakacje!

Pajączka opada fala gorąca, jakby właśnie wyszedł z samolotu na płytę lotniska w tropikalnym kraju. Zrzuca z siebie kurtkę, zdejmuje polar i kuśtykając, oddala się coraz bardziej od brzegu. Lód trzeszczy ostrzegawczo pod butami. Lecz Pajączek nie słyszy ostrzeżeń. Nie czuje chłodu. Pajączkowi wydaje się, że płynie, spokojnie, regularnie wydychając powietrze, tuż nad wodą. Zanurza się w szmaragdową głębinę, ciepłą i gościnną, w siną zieleń kładących się na boki roślin, czerwień korali, biel podwodnych skał.

Fala popycha ją do brzegu. W oddali, przycupnięty na klifie nad szeroką piaszczystą plażą stoi dom. I tam wszystko już będzie dobrze. Na zawsze.

Rozdział 39

Doktor Lidia Szacka spogląda na zdjęcie swojej babki, zrobione jeszcze podczas wojny. Pochylona nad leżącym w wojskowym lazarecie żołnierzem, posiwiała starsza pani w idealnie białym fartuchu trzyma rannego za rękę. Lidia już się przyzwyczaiła, że kiedy ktoś ogląda tę fotografię, mawia, kiwając mądrze głową, „Podobna do babki jak dwie krople wody”. I było w tym sporo prawdy, bo pasowały na nią ubrania i fartuchy lekarskie, które otrzymała w spadku po doktor Simone. „Jak na ciebie szyte”.

Ten fartuch chociażby.

Lidia odchyla połę wysłużonego fartucha i odczytuje na wpół startą

metkę: „Schneiderei, Pommernhaus, 54 Apfelstrasse, Stettin”.

Więc nie na mnie szyte. Tylko na pierwszą szczecińską Frau Doktor

Simone von Schaz. Bo mnie wtedy jeszcze nie było na świecie.

Lidia zakłada okrągłe druciane okulary, poprawia kok kasztanowych włosów i otwiera szafkę z lekami. Trzeba będzie tu zrobić porządek. Tam gdzie rządzi Szacka, musi być czysto, higienicznie i schludnie. Tak jak w szpitalu, z którego babka von Schaz była taka dumna.

Tymczasem zza drzwi zamkowego ambulatorium dochodzą czyjeś

pokrzykiwania, słychać pospieszne kroki.

To pewnie ten łobuz, Ernest. Ostatnim razem skończyło się na szwach na czole. Albo ten… artysta od witraży spadł z drabiny…

– Przeniesiemy ją na stół operacyjny! Szybko!! – Lidia, widząc ślady krwotoku, chwyta za nożyczki i rozcina bluzę uszytą z jakiegoś nieznanego materiału – Potrzebna transfuzja!

Puls w zaniku.

– Skrajne wychłodzenie. Gdzie ją znaleźliście? Tylko jaką… jaka to grupa krwi…? Słyszysz mnie? Pamiętasz? Ona umiera… Tam są koce! Dajcie koce! Ktoś wie? Straciła strasznie dużo krwi!

Lidia nie czeka na odpowiedź, bo szykuje się już, by ucisnąć konające Pajączkowe serce. Wtem czyjeś o wiele większe dłonie spychają ją na bok z siłą mechanicznego tarana!

– Izwinitje. Przepraszam.

Lidia jest tak zdumiona, że ktoś w jej ambulatorium śmie… że aż zapomina zapytać, skąd się wziął ten wielki jak góra Rosjanin o łapach jak niedźwiedź. Od pierwszego ucisku jego dłoni żebra Pajączka aż jęknęły.

Dasz radę. Alicjo Odysejewna. No, maładiec. Maładiec.

– Bez transfuzji…

– B Rh+. B Rh+ – charczy Siergiej. Zatacza się w kierunku umywalki, rozbijając po drodze szkło w szafce z lekami, wymiotuje, uderza głową o kant metalowego zlewu. Tylko on wie, jak wiele go kosztowało, by zdobyć te informacje.

Lidia przytrzymuje jedną ręką zsuwający się z Pajączkowego ciała koc, a drugą wyszarpuje z szuflady segregator z kartami swoich pacjentów.

– Ruta. Ruta! Niech ktoś znajdzie Rutę! I, na miłość boską, niech się spieszą! Biedne dziecko! Musimy ją delikatnie ogrzać…

– Może ja… wody gorącej, kipiatoka priniesu, albo od razu cały samowar. Samowar! Na pewno się przyda, samowar! – Lidia jest świadkiem, jak dwumetrowy mężczyzna, szeroki w barach jak niedźwiedź, siada na krześle pod ścianą i zaczyna łkać, zachłystując się swoimi własnymi łzami.

– To gnaj, tawariszcz, po ten samowar. Lepsze to, niż żebyś mi tu siedział i ryczał jak babsko.

Rozdział 40

Oświetlając sobie drogę silnym światłem zamontowanych na dachu halogenów, SuperGazik pędzi wzdłuż linii kolejowej, przebijając się przez wysokie na metr śnieżne zaspy. Pociąg wiozący Prezesa Gniewskiego zniknął już za zakrętem, ale dym z parowozu długo jeszcze unosi się nad lasem. Nagle wnętrzem pojazdu wstrząsa wycie pokładowego systemu ostrzegania. Siergiej, nie tracąc z oczu drogi, podpina się do komputera i odczytuje dane nadsyłane z zamontowanych w pajączkowym polarze transponderów… PAJĄCZEK MA KŁOPOTY.

„Temperatura ciała 34 stopnie. Puls spada”.

Pokładowy radar SuperGazika wskazuje, że stuningowana SuperPobieda Siergieja nadrabia dystans do pociągu. Prezes Gniewski jest już bardzo niedaleko. Pewnie gdzieś za zakrętem, tam, gdzie linia kolejowa przecina szosę. Punkcik na radarze wyraźnie kieruje się na wschód.

Czujnik wciąż żarzy się na czerwono, jak alarm bojowy na łodzi podwodnej. Syrena znowu wyje – tym razem w mózgu Siergieja.

UWAGA! BEZOPASNOST! SPADEK TEMPERATURY. TEMPERATURA 33,9.

Zawracam.

Siergiej spogląda ku przesuwającym się nad dachem pędzącego SuperGazika gwiazdom. Gdzieś tam, osiemset kilometrów nad ziemią, krąży radziecki satelita szpiegowski Bajkonur 12. Los Pajączka, Alicji Odysejewnej nikogo nie obchodzi. Za to ukończenie zadania przez agenta Sierioznego – owszem. Ekran pulsuje na czerwono, drukarka wypluwa z siebie pasek papieru z wydrukowanym rozkazem.

Wykonać rozkaz. Cel w zasięgu. Dystans spada. Kontynuować wykonanie zadania. Agent Sieriozny.. powtarzam…

ZAWRACAM.

Gdy tylko ta myśl przemyka przez mózg Siergieja, gdy miliardy neuronów przekształcają ją w gotową do realizacji decyzję, czaszkę Siergieja przeszywa straszliwy ból, ból obezwładniający, ból, który odbiera neuronom zdolność do podejmowania decyzji. Potulnie, bez słowa protestu, Siergiej koryguje kurs jazdy zgodnie z instrukcjami płynącymi z satelity i znacznie przyspiesza.

– Wykonuję. Cel namierzony i w zasięgu.

Kiedy agent Sieriozny wypowiada to zdanie, satelita jest najwyraźniej zadowolony, bo ból ustępuje.

Swołocz! A to ci swołocz! Zawra… ZAWRACAM

Siergiej szarpie za ręczny hamulec i jednocześnie kręci kierownicą do oporu w lewo. SuperGazik obraca się na oblodzonym przejeździe kolejowym i staje w miejscu. Ułamki sekundy później w głowie Siergieja eksploduje megatonowa bomba bólu. Bo nieposłuszeństwo MUSI BOLEĆ. Ostatkiem sił, chwytając się resztki nieprzeżartej przez torturę woli, Siergiej próbuje dosięgnąć do głównego przełącznika łączności.

Zawrócę. Tak. Lepiej zawrócę. BOLI. BOLI!

Na czytniku łączności zaczyna przesuwać się komunikat:

„Ostrzeżenie! Instrukcja wewnętrzna nr 00234523/12KLO. Natychmiast powrócić do procedury wykonania zadania”.

Powrócę, a jakże, swołocz! Powrócę. Ale teraz…

Siergiej otwiera klapkę, pod którą znajduje się wypukły, czerwony przełącznik.

Ale teraz muszę znaleźć Alicję Odysejewnę.

– I żadne naczalstwo-obszczalstwo mi w tym nie przeszkodzi! Przełącznik opada do pozycji „wyłącz”, w SuperGaziku gasną ekrany,

milknie centrala łączności. Ból ustępuje. Nagle, tak jakby ktoś wyszarpnął wtyczkę z kontaktu. Jak ręką odjął. Pulsuje tylko czerwone światło alarmu.

W samą porę.

Siergiej wciska gaz do dechy i SuperGazik rusza jak wystrzelony z kuszy. Reflektory dachowe omiatają drogę. Grube opony mielą kolcami śnieg i lód.

Pajączku, trzymaj się.

Siergiej, chyba już nie dasz rady.

– Kto nie da rady? Największy ruski gieroj nie da rady? Ja, Wadim Władymirowicz Łunaczarskij, nie dam rady? – Oczy Siergieja zaczynają się szklić od łez. – To się jeszcze przekonamy.

SuperGazik wpada z ogromną prędkością na skrzyżowanie dróg, spychając do rowu biało-niebieski fiat z napisem „Milicja” na drzwiach. Gdy Siergiej patrzy w lusterko, od strony pasażera wysiada mężczyzna w grubej niebieskiej kurtce. W ręku trzyma mikrofon milicyjnego radia.

Siergiej, ty nie wiesz, dokąd jedziesz. Bez satelity nie dasz rady.

– Będziesz musiał, gieroju z syberyjskiej tajgi. – Siergiej sięga do przełącznika łączności. Ręka zatrzymuje się o milimetr od przycisku.

– Jeśli chcesz kiedyś uczciwie wypiąć pierś, kiedy będą dawać medale. – Agent aż krztusi się od śmiechu. I wciska przycisk.

Ekrany na desce rozdzielczej świecą na zielono. Słaby pulsujący punkcik znajduje się tuż przy granicy zasięgu. Sto pięćdziesiąt sześć i sześć dziesiątych kilometra. Sto pięćdziesiąt sześć i osiem dziesiątych kilometra. Sto pięćdziesiąt siedem kilometrów…

Namolny głos w uszach dobiega z góry, z orbity, skąd wszyscy są

malutcy:

– Agent Sieriozny – złożyć meldunek z wykonania zadania. Pawtariaju, agent Sieriozny…

– Właśnie je wykonuję – zdąża powiedzieć jeszcze Siergiej, zanim w jego mózg uderzy kolejna fala obezwładniającego bólu. A w głowie rozgościła się ośmiornica i jej obleśne, sine macki rozpychają czaszkę, pełzną, szukając wyjścia, ku uszom, nozdrzom. Ku oczom.

Tym razem… tym razem się spodziewałem… Eeehhhhhhhhh… Zęby zaciśnięte… Tym razem dam radę. Ehghh… Izwinitje, tawariszcz Starszina, ja zaraz… ja przepraszam… ja was praszu… ja już… ja już nie mam łez, ty sukinsynie, swołoczo…

Siergiej, jakby targany atakiem padaczki, jakby chciał zniszczyć elektroniczny układ, który zadaje mu ból, kartę pamięci, którą naczalstwo zainstalowało mu pod czaszką, wali czołem o przednią szybę SuperGazika.

„Absolutne posłuszeństwo. Posłuszeństwo bez granic, agencie Sieriozny!” Na szybie zostają rozmazane ślady krwi. Po ślepym posłuszeństwie śladu nie ma już dawno.

Boli, ależ boli, swołocz cholerna.

– Prędkość: sześćdziesiąt cztery kilometry na godzinę, odległość: czterdzieści dwa kilometry, kurs… – Komputer pokładowy odczytuje namiary beznamiętnym głosem automatu. Siergiej przyspiesza jeszcze, choć ból sprawia, że nerwy wzrokowe odmawiają posłuszeństwa i SuperGazik balansuje na poboczu wąskiej, nigdy nieodśnieżanej drogi.

Pajączek, ty się tam trzymaj.

TA-TA-TA-TA-TA-TAM, jak marmurowe kuleczki od szklanego stołu. Seria z karabinu maszynowego odbija się od opancerzonego poszycia kabiny SuperGazika. Zdziwiony nieskutecznością ataku Major Krótki otwiera właz wojskowego transportera i wysuwa się na zewnątrz z lornetką przy oczach.

– Wyścigów mu się zachciało…matoł zasrany. W stanie.. kurwa wojennym. – mruczy pod nosem Major Krótki, ziewając. Nie śpi już drugą noc. Z podekscytowania. W końcu, po tylu latach chrzanienia o pokoju i przyjaźni między narodami nadarza się okazja, by porządnie sobie postrzelać. I to nie ślepakami. Bierze do ręki radiotelefon.

– Tu major Krótki, to powiem krótko, młodzieży zbrojna. Jeśli się nie zatrzyma na wezwanie, niech mu który dołoży z przeciwlotniczej. Tak na przetarcie. W końcu od dziś wojna, nie?

Transporter nabiera prędkości i major chowa pod mundur oblepioną śniegiem lornetkę, a następnie sam kryje się we wnętrzu pojazdu. Trzeba będzie tu zrobić porządek. Generał ma rację. Za dobrze się bawią łachudry z tej ich Solidarności. Wolności się zachciało, zasrańcom, pastuchom kapitalistów.

Kilka minut później wystrzelone z ustawionej w leśnym dukcie wyrzutni dwie rakiety TM-12 ruszają za SuperGazikiem, ale ten, zbudowany z ultranowoczesnych materiałów, jest dla nich niewidoczny. Zaczęły więc sobie szukać innego celu. I znajdują. Znacznie większy.

Rozdział 41

Koń Feniks należy do zwierząt wyjątkowo cierpliwych. W ciągu jednego dnia przeżył porwanie, otarł się o śmierć w wypadku samochodowym i kiedy wracał spokojnie do stajni, został porwany jeszcze raz! Za uzdę! Noc zapadła już dawno, a on wciąż krąży po leśnych parowach, mając na grzbiecie DWIE urocze damy. Różniące się zdaniem na każdy właściwie temat. Feniks jest koniem cierpliwym, ale gdyby rozumiał to, co wpada do jego uszu, pewnie usiadłby na zadzie z wrażenia.

– Czy my, kochanieńka… nie idziemy po własnych śladach? Coś mi się zdaje… No, ta sosna zdecydowanie wygląda znajomo… – wpada do ucha Feniksa uwaga z okolic zadu, którą to miejscówkę zajmuje Jadwinia.

– Mnie z kolei wygląda znajomo ten… ciemny kształt wystający zza tego powalonego pnia, o tam. – Sofija, która zajmuje miejscówkę tuż przy grzywie, nie zgadza się, nie po raz pierwszy, ze swoją przyjaciółką.

– Szkoda, że księżyc nie świeci mocniej – odzywa się, wyrywając Sofiję z zamyślenia, Jadwinia, gdy pół godziny później znowu przejeżdżają koło zwalonego pnia. – Bo ten ciemny kształt… wygląda na… Zapewne uznasz, że halucynuję z przemęczenia, dhroga Soniu, ale przypomina dwumethrowego Hindusa. Do tego jeszcze z pół methra tuhrbanu w góhrę. I z pół methra bhrody w dół. Ale czego to człowiek nie zobaczy w ciemnym lesie, kiedy…

– Oj tak, Jadwiniu, zwłaszcza kiedy strach zagląda w oczy. A mnie raczej głód. Podobno tuż przed głodową śmiercią człowieka nawiedzają halucynacje.

– Dheerandra Bandopadhyay – odzywa się tajemniczy olbrzym. – Wszyscy mówią na mnie Randra. I nie jestem hindusem, tylko sikhem. Sik-hem. A to co innego. O tak. Bardzo proszę, chwileczkę.

Nieznajomy wyjmuje zza pazuchy latarkę, kilkoma sprawnymi ruchami dłoni oczyszcza ze śniegu korę strzelistej sosny i naciska na zamaskowaną klapkę skrytki, z której dobywa słuchawkę telefoniczną na grubym, zesztywniałym od mrozu sznurze. Chucha w czarny bakelit swymi szerokimi, zsiniałymi od mrozu ustami, ledwo widocznymi pod kończącymi się w okolicach uszu siwymi wąsami.

– Mówi Randra. Chodziły w kółko, w kółko na koniu. Już tszy…

tszy razy.. obszednięty jestem. Zabieram ich i konia. Głodne są. Koń…

– Randra bierze do ręki koński pysk i zagląda Feniksowi głęboko w oczy.

– Koń najbardziej głodna.

Sikh wielkolud odkłada słuchawkę do dziupli i zamyka klapkę.

– Loh langar tapde rahin – mówi, kłaniając się uprzejmie pod adresem kolejno: Feniksa, Sofiji oraz Jadwini, która to szepcze swej wypróbowanej towarzyszce do ucha:

– Niech gohrące talerze langar na zawsze ci służą… To znaczy, że zaphrasza nas na posiłek! Langar to thradycyjna sikhijska uczta!

Sofija odwraca się do Jadwini, lecz z jej twarzy trudno wyczytać ekstatyczną radość albo chociaż podziw dla językowych umiejętności koleżanki..

– A jeśli TO MY jesteśmy tą ucztą? Mielony z koniny i Jadwini?

– A może tak flaki z Sofiji? – podrzuca pomysł z okolic Feniksowego zadu Jadwinia.

Kroczący z przodu, lekko kulejący Dheerandra uśmiecha się do siebie pod nosem i nieznacznie kręci turbanem, po czym ściąga mocniej uzdę Feniksa. Święta księga Sri Guru Granth Sahib naucza bezinteresownego poświęcenia. Całe szczęście, że naucza też, jak puszczać mimo uszu obmowę i kalumnie z ust nieznajomych. Jadwinia nie przestaje szeptać do ucha Sofiji. Być może dlatego, że jest jej o wiele wygodniej, niż byłoby szeptać do ucha Feniksa.

– Widziałaś naszywkę na ramieniu tego jego szynelu? Tygrys. Legion Freies Indien. Wolne Indie.

– Przecież Indie są wolne. Od… tysiąc dziewięćset czterdziestego któregoś…

– Ale przedtem… Co za luka w twej dość, przyznam, wszechsthronnej wiedzy. Przedtem ludziom z SS wydawało się inaczej… Hitlehr chciał je uwolnić spod bhrytyjskiej okupacji – nadaje z zadu teatralnym szeptem Jadwinia – i zastąpić swoją własną, oczywista.

– A teraz my jesteśmy pod sikhijską okupacją.

Błyszczące, brązowe jak dwa kasztany, radosne jak u szczeniaka oczy Dheerandry Bandopadhyaya kierują się ku gwiazdom, wynajdują te najjaśniejsze, nazywają konstelacje, a potem przesuwają je w wyobraźni po niebie, aż zza horyzontu wychyną te niewidoczne na północnej półkuli: Centaur, Żuraw, Trishanku. Wtedy niebo zaczyna przypominać to, które odkrywca funkcji theta i teorii wielowszechświatów znał z dzieciństwa w północnych Indiach. Kiedy niebo nad Pundżabem przysłaniały chmury, wystarczały mu matematyczne konstelacje. Żeby je zobaczyć, mały Randra wspinał się na dach matczynej chałupy i przymykał oczy.

– To już niedaleko – rzucił za siebie krocząc z godnością wielki sikh z głową uniesioną ku gwiazdom..

– To już blisko – dodał na swój własny użytek, myśląc o swym losie.

Rozdział 42

Zrobiło się bardzo, bardzo zimno. Nawet jak na listopad w Warszawie (dźwięk sprzężenia mikrofonu, trzaski).

Pisarz drżącą, siną z zimna ręką sięga po mikrofon podłączony do szpulowego magnetofonu.

Siedzę w tej piwnicy już drugi tydzień. Jedzenie udało mi się zdobyć w opustoszałych mieszkaniach na górze. Wielu ludzi uciekło. Bali się… że nowy rząd, jak oni to nazwali, Ocalenia Państwa i Praworządności, zamknie granice. Tyle że nie wiadomo, gdzie one właściwie są, tyle… tyle pojawiło się nowych rzek, Tatry… (kaszel) wystrzeliły gdzieś, gdzie kiedyś była dolina Noteci…

Czyjeś kroki odbijają się głośnym echem w piwnicznym korytarzu.

Pisarz zakrywa dłonią mikrofon i chowa głowę pod koc. Sięga ręką do gołej żarówki zwisającej z betonowego sufitu. Jeszcze niedawno właściciele mieszkania numer trzynaście trzymali tu rowery, słoiki z konfiturami na zimę, świąteczne dekoracje. Odgłos kroków na schodach niknie. Pisarz czeka jeszcze chwilę, nasłuchując, i włącza światło. Przekręca przełącznik, szpula rusza.

Nie mam na czym pisać. Tego mi najbardziej szkoda… Maszyna spadła ze schodów podczas ucieczki. Zresztą trudno by było z ciężką walizą w ręku skakać po dachach (kaszel).

Przedwczoraj rozwiesili ogłoszenia na słupach, żeby przynosić książki i oddawać w specjalnych punktach. Że nie są już potrzebne (kaszel), że nikt i tak nic nie czyta, że ekologicznie będzie się ich pozbyć. W zamian „rząd ocalenia” daje kupony z loginem i hasłem (kaszel) do Internetu. Wystarczy przynieść dwadzieścia kilo książek, a dostanie się po jednym megabajcie za kilogram. Teraz na każdym placu, wszędzie, gdzie otworzyli punkty skupu, leżą ogromne stosy książek (odkaszlnięcie). Na placu Zawiszy… Tam ten stos sięgnął drugiego piętra wieżowca. Spychacze rozjeżdżały książki na miazgę… Aż przyszło… Internetem chyba właśnie… nowe rozporządzenie, żeby podpalić te stosy, by ludzie mieli się przy czym ogrzać. A poza tym makulatura już do niczego niepotrzebna, skoro wprowadzili zakaz drukowania.. Wszystko jest przecież (kaszel)

w Interne… (kaszel) cie.

Tyle że nie każdy dostał ten kupon z hasłem. Wczoraj w nocy poszedłem pogrzebać trochę w popiele, może się coś znajdzie. Już nie mówię o swoich (ironiczny śmiech, kaszel) książkach, ale te w twardych okładkach, arcydzieła… te wcale niełatwo spalić. I proszę (odgłos przesuwania krzesła, skrzypienie otwieranego tapczanu, ponowne przesunięcie krzesła), co mi się udało znaleźć… Tylko trochę nadpalona. Zostawię ją tutaj, w tapczanie pod kołdrą, może kiedyś się jeszcze przyda… (jakiś męski głos, trzask spadającego mikrofonu)

– Wezmę ją. Na pamiątkę. Choć kto by tam chciał czytać takie stare historie. – Mężczyzna z Wąsikiem zaciąga się papierosem w fifce, tak że jego twarz oraz idealnie przystrzyżony wąsik stają się na chwilę widoczne w blasku papierosowego żaru. – O czarnych kotach i diabelskich sztuczkach. – Słychać stukanie fifką o kant blatu biurka. – Tak swoją drogą… podobała się panu? – Mężczyzna z Wąsikiem obojętnie kartkuje nadpalone stronice. – Pytam, czy się panu podobała, Michaile Aleksandrowiczu.

– Moja pierwsza dziewczyna miała na imię…

– Zgadnę. Zgadnę! – Wąsik podsuwa Pisarzowi pod nos grubą, tekturową okładkę książki.

– Zgadza się. Małgosia. Też lubiła tę książkę.

– A to wasze… dzieło… Już! Chwileczkę! Proszę, nie podpowiadajcie. Sam tytuł pomnę. Na całym świecie go przecież znają. – Wąsik uśmiecha się na wpół ironicznie, na wpół pogardliwie.

– W Google’u łatwo sprawdzić.

– A i racja. – Mężczyzna z Wąsikiem prostuje jednym ruchem dłoni zmarszczkę na kocu i siada na tapczanie, zakładając nogę na nogę. Unosi głowę do góry, jakby szukając natchnienia. – Ale nie trzeba. Podstawy europejskiej kultury każdy wykształcony człowiek powinien mieć w głowie. Kołczan z Grajswaldu. Trafiłem?

– Tę… tę dopiero piszę. Pisałem, znaczy się, ale zginęła mi maszyna…

– No tak, szkoda. Wielka szkoda. A taką – kontynuuje Wąsik, wskazując na trzymany przez siebie w dłoni gruby tom – chcielibyście napisać, Michaile Aleksandrowiczu?

– Przepraszam, ale… kim pan jest? – Pisarz przesuwa się nieznacznie do wyjścia, lecz Mężczyzna z Wąsikiem przymyka stopą drzwi.

– Artystą. Jak pan, zupełnie jak pan. Niedocenianym, niemal zupełnie zapoznanym – wzdycha Wąsik, strzepując popiół z papierosa na ziemię. – Proszę o wybaczenie, Michaile Aleksandrowiczu. Następnym razem zaopatrzę się w jeden z tych… elektronicznych. Mniej z nim… Słowa zabrakło… Ispytanja.

– Kłopotu.

– Kłopotu.

– Kłopotu… – powtarza cicho Pisarz, wpatrując się z bezgranicznym zdumieniem w okładkę książki, którą trzyma na wyciągnięcie ręki Mężczyzna z Wąsikiem. Na okładce obok imienia Pisarz znajduje wytłoczone w skórze jego własne nazwisko!

– Przecież to bzdura! Ja tego nie napisałem! Toż to arcydzieło!

– Co do tego – zgoda. Ale kto by tam pamiętał autora. Ja sam bez Google’a… Więc gdybyście, Michaile Aleksandrowiczu, zechcieli przyjąć z moich rąk tekę ministra kultury…

– Że co? Ministra?

– Kultury. Taki wielki pisarz jak pan… autor tego i wielu innych arcydzieł…

– Bzdura.

– Ale oferta atrakcyjna. Warto się zastanowić. Zamiast tu w tej zimnicy siedzieć…

– W życiu.

Wąsik odkłada nadpaloną książkę na stół obok magnetofonu, którego pusta szpula kręci się, cicho szumiąc. Pisarz kątem oka widzi, że nazwisko autora wróciło do normy: Michaił Bułhakow. Litery są duże i wyraźne. Mężczyzna z Wąsikiem uśmiecha się psotliwie, po czym na jego twarz powraca grymas sztucznego zatroskania. Zdejmuje z trzewika pajęczynę, a następnie skrupulatnie otrzepuje nogawki z piwnicznego kurzu.

– Na mnie już czas… Miło było poznać wybitnego… twórcę. – Wąsik wstaje z tapczanu i wzdycha, rzucając na pożegnanie troskliwą uwagę – To.. sztywnienie na twarzy.. to chyba tylko od chłodu w tej piwnicy, jak mniemam? Może.. warto by było dać się przebadać? Ale to tylko sugestia. Su-ge-stia.

Wąsik kłania się głęboko i znika za drzwiami, delikatnie je za sobą domykając. Kiedy Pisarz wyrywa się z otępienia, nie do końca jest pewny, czy ta wizyta w ogóle się odbyła. Aż spogląda w kierunku stołu. Siedzi na nim, tuż obok grubego tomiska, spasiony czarny kot. Z jego czerwonej skórzanej obroży wystaje kawałek papieru. Kot skacze Pisarzowi na kolana, przytrzymując się pazurami, które wbija mu głęboko w uda. W tym momencie magnetofon sam nawija szpulę i taśma zaczyna biec! Z głośnika dobiega głos Wąsika:

– A może by się pan, Michaile Aleksandrowiczu, zdecydował na pewne… że się tak wyrażę… mo-dy-fi-ka-cy-je w tym kolejnym… Będę oschły dla pana, lecz uczciwy… W tym parszywym gniocie… – Magnetofon charczy na maksymalnej głośności i trzęsie się od Wąsikowego śmiechu. – W tym swoim doodbytniczym czopku na literackie przeczyszczenie… Oschły, powiadam, lecz uczciwy. W tej myślowej diarrhée horrible!

Lecz Pisarzowi jest już wszystko jedno. Sięga do magnetofonu i drżącą ręką zatrzymuje szpulę. Śmiech Wąsika wciąż jednak brzmi w jego głowie.

***

Trzy przecznice dalej niebieskawa ciecz wypływająca ze szczeliny w cysternie potężnej jak tankowiec zamienia się w kontakcie z powietrzem w gaz, który unosząc się, miesza się nad dachami Warszawy z wirującym w powietrzu popiołem ze spalonych książek.

Przechodzący tamtędy Wąsik zatrzymuje się na krótką chwilę i zaciąga głęboko niebieskim gazem, po czym przyspiesza kroku, głośno stukając szmaragdową laską o płyty chodnika. Czeka go tego wieczoru jeszcze bardzo wiele pracy. Wielce satysfakcjonującej pracy. Sekundanci nie mają czasu na urlop.

Oschły, ale uczciwy – Wąsik z ukontentowaniem obraca tą frazą w myślach.

Rozdział 43

Koła tylne – wymieniane dwa razy. Dętki przebite – jedna z przodu i trzy z tyłu. Pęknięty łańcuch. Wykrzywiona zębatka ręcznej przekładni. Pokonane góry i inne wzniesienia: dwieście dwadzieścia sześć, kałuż cztery setki, średnia prędkość: osiem kilometrów na godzinę.

Zmęczenie: sto/sto dwadzieścia. Wyczerpanie: sto/sto dwadzieścia. Ciśnienie: daleko poza normą. Puls: szaleńczy.

Zwątpienie: zero.

Wózek inwalidzki podarowany przez Lucynę Wiesiołek, z jedynym pasażerem i jednocześnie kapitanem, pierwszym mechanikiem oraz nawigatorem w jednej osobie, czyli mamą Pajączka, wspina się właśnie na kolejną górę. Trzeba mocno kręcić ręcznymi pedałami. Czerwona cyferka wózkowego licznika przeskakuje powoli z trzech na cztery. Kolejna setka metrów na drodze numer dwadzieścia dwa znalazła się właśnie za spoconymi plecami. Wtem równo pracujące serce mamy Pajączka przeskakuje jedno uderzenie, a za chwilę jeszcze jedno. Wózek resztką rozpędu wtacza się na szczyt wzniesienia, w czym pomaga silny powiew północnego wiatru, przy okazji zrywający z drzew resztki krwistoczerwonych klonowych liści. Mama Pajączka czuje, jak pulsująca dotąd regularnym rytmem krew w żyłach w ułamku sekundy zamienia się w zamarzniętą styczniową rzekę. Tak właśnie bywa, gdy ogarnia nas BARDZO ZŁE PRZECZUCIE. Takie BARDZO, BARDZO ZŁE PRZECZUCIE mości się wygodnie w głowie mamy Pajączka. I odbiera jej na chwilę wszystkie siły.

Zmęczenie: sto dwadzieścia/sto dwadzieścia.

Ania siada na poboczu drogi, starając się patrzeć przed siebie, ku horyzontowi – tam gdzieś powinien być cel tej podróży. Stara się rozmydlić to BARDZO ZŁE PRZECZUCIE w setkach innych, błahych myśli. O tym, że kończą się zapasy. O tym, że dobrze, że wieje z północy. O tym, że maść na odciski na rękach, którą wręczył jej z uśmiechem aptekarz z Krzyża, rzeczywiście działa. O tym, że Pajączek już drugi miesiąc nie chodzi do szkoły… Pajączek. Ala. Apollonia. I tu odpędzane jak komar BARDZO ZŁE PRZECZUCIE powraca.

Kiedy mama Pajączka wstaje z pobocza, opierając się ciężko o biało-czerwony słupek, BARDZO ZŁE PRZECZUCIE jest już OBAWĄ, a gdy wsiada do wózka i zwalnia ręczny hamulec, pozwalając wózkowi rozpędzać się po zboczu, jest już TRWOGĄ przechodzącą w OBEZWŁADNIAJĄCY STRACH.

Tego nie da się już niczym zagłuszyć.

Wózek nabiera prędkości. Licznik aż drży od przeskakujących cyferek: sto, dwieście, trzysta metrów. Kilometr. Z kół dochodzi stukanie, jakby lokomotywa pędziła po torach:

„Na-nic-to, na-nic-to, na-nic-to-wszyst-ko, na-nic, na-nic, na-nic”. Przednie koło wózka podskakuje na wyboju i gdy braknie silnej,

umięśnionej ręki, żeby skontrować kierunek jazdy, wózek bezładnie stacza się do rowu i uderza z całą siłą bezwładności w drzewo.

Na nic to wszystko – zdaje sobie sprawę po raz pierwszy od początku podróży mama Pajączka. Na nic to wszystko.

Pajączek nie żyje. Ala nie żyje. Inaczej wróciłaby do domu. Zadzwoniłaby.

Zwątpienie: 100/100. Rozpacz: poza skalą.

Tracąc powoli świadomość, Ania dostrzega jeszcze, nim oczy zaleje płynąca z czoła świeża krew, jak krążący nad jej głową samolot pisze po niebie skargę smugą sprężonych gazów:

„Jego już nie ma między nami. Nie ma już Pajączka”.

Mężczyzna z Wąsikiem, zadarłszy głowę do góry, wpatruje się w niebo przez szyberdach swego potężnego czarnego SUV-a. Po czym lekkim ruchem ręki, jakby dawał znak, by zaciągnięto kulisy, nakazuje chmurom przysłonić napis, wiatrowi rozpędzić go w nicość. Siedząca obok niego wysmukła piękność odgarnia idealnie czarne włosy z policzka i odwraca głowę ku Wąsikowi.

– Cudnie-ś to pokazał, Leopoldzie. No rozkosz! Rozkosz!! Lecz na kim to ma zrobić wrażenie? Na tej naiwnej kalece?

– Czasem ulegam… hm… pokusie – nie irytuj się, Agrafiena… – Mężczyzna z Wąsikiem zawiesza głos i zamyśla się na dłuższą chwilę

–… nie sądzisz, że okrutny jest Ten, który zakład taki od kaleki przyjmuje? Okrutny, choć uczciwy.

– Uczciwy powiadasz? A czy On w ogóle może być nieuczciwy? Czy wszechmoc na to zezwala?

– Zaczekaj.

– Też to poczułeś? Więc jednak żyje?

– Tak i nie.

– Kpiarz! Chcesz ją zdopingować ?

– Krzywdząc?

– Nie mów jej tedy. Uratujesz zakład. Spodobała mi się.

– Zobacz. Już się podnosi.

– Jak daleko dojdzie?

– Daleko.

Czarnowłosa piękność wyjmuje z przepastnego schowka amerykańskiego SUV-a karmazynową szminkę i spokojnie maluje nieziemsko piękne usta, spoglądając spod oka z zaciekawieniem, jak mama Pajączka, chwyciwszy się przydrożnego słupka, podnosi się z ziemi i wstaje. I krok za krokiem kuśtyka naprzód. Upada. I znów wstaje.

Rozdział 44

Prezes Gniewski musi stanąć na palcach, żeby sięgnąć do klamki od okna w przedziale drugiej klasy pociągu pospiesznego toczącego się niespiesznie w kierunku Gdańska. Ten wzrost! „Nikczemny” – tak mówili o bohaterze dzieciństwa małego Marianka, Wołodyjowskim. Niski znaczy się. I taki został.

Na nic pocieszające uwagi ciotek podczas mijających jedna za drugą wigilijnych kolacji: „Jeszcze wystrzelisz, zobaczysz, jak pęd sosny na wiosnę”.

Prezes Gniewski nie wystrzelił. Może dlatego, że to miejsce – gdzieś w okolicach metra osiemdziesiąt – było już zajęte przez kok blond włosów Wielce Zasłużonej Siostry Mariana. Nie dość, że wyższej… to jeszcze bezwzględnie i obiektywnie we wszystkim lepszej, mądrzejszej, bardziej oczytanej, wygadanej i przede wszystkim odważnej, jakby nie miała nic do stracenia. Dlatego kiedy rozdawano medale za odwagę, ten jej blond kok na głowie zawsze górował nad innymi. Prezesa, nawet gdyby stanął w pierwszym rzędzie i wspiął się na palce, i tak nikt by nie zauważył.

Z braku choćby jednego porządnego bohaterskiego czynu. Jednego.

Ale wkrótce wszystko się zmieni! Teraz sam Wałęsa dowie się o jego istnieniu! To już pewne! Telefonował ze stacji kolejowej. Kolejarze sprzyjają Solidarności i mają swoją linię telefoniczną. Prezes maca teczkę, która leży tuż obok na spękanym, używanym od dziesięcioleci zielonym obiciu kanapy ze znaczkiem „PKP” na zagłówku. Tu jest wszystko! Plany, szkice i rozkazy! Historię można zmienić! Powstania można wzniecić! A potem historycy zabiorą się do dzieła i czyje nazwisko godne będzie wytłuszczenia w rozdziale Historia Polski

1980–2009? Mariana Gniewskiego! Szkoda, że matka, ciotki, no i SIOSTRA tego nie zobaczą…

Gniewski przysypia, śmiertelnie zmęczony wydarzeniami poprzednich kilku dni, albo jak kto woli – lat. Dziesięcioleci. Ostatniego stulecia.

– Więcej… wiary w siebie, obywatelu. – Irytujący głosik chudego jegomościa z wąsikiem w latynoskim stylu wyrywa Prezesa z drzemki.

Głowę bym dał, że nikt się nie dosiadł…

Prezes zrywa się z miejsca i podbiega do zaparowanego, oszronionego okna. Żeby tylko nie przespać… Kto wie, może to już Olsztyn? Suwałki? Jak długo spał?

– Obywatel pozwoli. Chuchnę. Będzie lepiej widać. Mam skuteczniejszy… hm… chuch. – Irytujący głosik dociera do Prezesa zza jego pleców.

Do niego dołącza się damski śmiech, perlisty, ale równie irytujący. Zdezorientowany Prezes odsuwa się od szyby, robiąc miejsce Wąsikowi. Choć jego oddech jest jak powiew arktycznego wiatru, szyba rozmraża się w ułamku sekundy, jakby oblana płynem do wycieraczek.

– Nie ciężka aby ta teczka? Ręce obywatelowi zgrabiały. Trzeba uważać… w tym klimacie.

Prezes zdecydowanym gestem zdejmuje dłoń Wąsika ze skórzanej rączki. Kątem oka obserwuje smukłą piękność, która wyciąga z torebki długą szklaną fifkę i umieszcza w nim papieros.

– Ja… dziękuję… obywatelowi. Dam sobie jakoś radę.

Gdy Gniewski przeciska się obok usłużnie ustępującego mu z drogi Wąsika, przed nim rozciąga się już tylko pusty, kiepsko oświetlony korytarz kiwającego się na wyrobionych torach wagonu.

Nagle pociąg zatrzymuje się z przeszywającym bębenki piskiem hamulców. Wagony wpadają na siebie, stękając. Prezes bezwładnie zatacza się do przodu, ku wyjściu z wagonu, i upada na wyślizganą podłogę obok otwartych na oścież drzwiczek do toalety. Zderzenie z poręczą jest bolesne i Gniewski masuje sobie na głowie spory guz. Gdy unosi wzrok, widzi stojącego nad nim Wąsika o zatroskanym wyrazie twarzy.

– Czemu… czemu stoimy? – pyta Prezes, podnosząc się z niewygodnej pozycji.

– Kontrola, jak mniemam, obywatelu. Wojsko. Wsiedli już na poprzedniej stacji, ale teraz… ktoś – wyjaśnia Wąsik, uśmiechając się do własnych myśli – pociągnął za hamulec bezpieczeństwa…

Gniewski aż podskakuje na równe nogi. Z nadludzkim wysiłkiem uchyla drzwi wejściowe i gdy ma już skakać, pociąg rusza. Kamienie nasypu, oświetlone światłem z wagonu, tracą powoli indywidualny charakter i wraz z powolnym wzrostem szybkości zmieniają się w szarą, nierozróżnialną masę. Gniewski wpatruje się w nie jak zahipnotyzowany. Rozsuwają się drzwi łączące wagony. Ręka w zielonym wojskowym rękawie, na którym widnieją dwie kapralskie, belki trzyma uchwyt i gdy próbuje poszerzyć szczelinę między drzwiami, Wąsik blokuje to posunięcie swoim szpiczastym mokasynem z wężowej skóry. Widząc niezdecydowanie Prezesa, klęka i w dość akrobatycznym położeniu szepcze mu na ucho:

– Nie ma czasu! Pomogę, ależ chętnie pomogę obywatelowi. Proszę mi podać teczkę, jak to tak w biegu z teczką wysiadać? Toż to nieostrożne!

Dłoń z wypielęgnowanymi paznokciami, nieco tylko przydługimi, sięga po teczkę. Prezes stoi już na stalowym stopniu, pół metra ponad przesuwającą się poniżej z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę ziemią, ledwo widoczną w ciemnościach.

– Pozwólcie, obywatelu. Tak będzie dla wszystkich lepiej. Ani grosza nie wezmę, a zaopiekuję się jak własną… Słowo – rzuca jeszcze w ciemność jegomość z wąsikiem, po czym ze zobojętniałą miną zamyka drzwi do wagonu. Wraca do przedziału lekkim krokiem, nucąc coś pod nosem. Wyjmuje z kieszeni marynarki paczkę kubańskich papierosów, po czym częstuje siedzącą naprzeciwko wysmukłą piękność w futrze ze srebrnych lisów i takiejże czapce.

– Czy dobrze przeczuwam, że spadnie na mnie twój ulubiony, lecz zalatujący z daleka stęchlizną konwersacyjny suchar? Znowu, mój drogi Leopoldzie? – odzywają się wyszminkowane na karmazynowo usta niskim głosem operowego altu.

– Nienawidzę tego imienia.

– Używam go tylko wówczas, gdy sama twoją, Leopoldzie, niefachowością poirytowana, odpłacam pięknym za nadobne. Z góry, in blanco, że się tak wyrażę. Suchar więc? Jak to mawiają w tej lepszej epoce?

– A gdzież jest w tym moja wina, że…

– „…żem częścią tej mocy, co wiecznie…” Ple-ple-ple. Ple. Eony mijają, gwiazdy gasną, a my wciąż to samo. A więc suchar jest – jak na zamówienie. Pod tym względem nie rozczarowujesz, Leopoldzie.

– Ja mogę tylko przekonywać. Nagabywać. Hm… kusić…

– Kuszenie zostaw lepiej wykwalifikowanym.

– Ta ich wolna wola…

– Stąd i zło w tym równaniu.

– Nie pouczaj.

– Nie zawiedź nas więcej.

– Postaram się.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też.

Wąsik całuje kobietę i na chwilę cofa usta, a jego wzrok zapada się w głębię turkusowych oczu naprzeciwko.

– Wiesz, co jest w tej teczce?

– Oczywiście. Coś, co sprawia, że tłuczemy się tym… pojazdem w czerń nocy, jakby nie było nas stać na prawdziwy komfort. – Karmazynowe wargi zbliżają się ponownie do ust Wąsika. – Na luksus obojętności…

Rozdział 45

– Zdejmujcie sukienki!! Zdejmujcie wszystko!! Dawajcie tu te wasze bananówy!! – ryczy do stojących nad brzegiem skutego lodem jeziora kobiet jedenastoletni chłopiec. – Zdejmować, słyszycie?!! Koce dawajcie!! – Jednocześnie sam ciska czapką w kępę poszarzałych trzcin i nawet nie próbuje rozwiązywać zaplątanych na supeł sznurówek w butach. Szarpie je i rwie na kawałki. Zdziera buty z nóg i podbiega do grupki oniemiałych dwudziestokilkuletnich hippisek.

Dziewczęta wyglądają, jakby należały do jakiegoś słowiańsko-hinduskiego protoplemienia. Barwne spódnice do kostek, baranie kożuszki, koraliki na rękach i szyjach. Długie włosy pozaplatane w warkocze, tęczowe bandany zakrywające czoła. Przybiegły natychmiast, kiedy tylko usłyszały krzyki Ernesta. Bały się, że to może on wyszedł ze swoim dogiem Mustafą za daleko w głąb jeziora.

I lód się pod nimi załamał.

Pierwsza zdejmuje spódnicę ruda i piegowata Gloria. Pogania swoje „siostrzyczki”, które trzęsąc się z zimna, idą w jej ślady. Rozglądają się niepewnie dookoła, nie wiedząc, co robić dalej. Od strony zamku biegnie wysoka i wysmukła czternastolatka. Jedną ręką przytrzymuje kołyszący się na plecach futerał od wiolonczeli. Jej siwe dredy wystają spod szarej włóczkowej czapki i częściowo zasłaniają oczy, błękitne i okrągłe jak u jej brata Ernesta.

– Ernest!!! – Ruta dopada do brzegu jeziora i zrzuca futerał na ziemię. – Ernest!! Wracaj tutaj!! Ernest, masz mi tu natychmiast wracać! Masz napuchniętą kostkę! Ernest, ty kretynie!

Lecz tak jak przy wielu innych okazjach (Zostawcie ją, zostawcie, słyszycie?! Dotknij ją jeszcze raz, a zabiję cię, zobaczysz!), kiedy Ernest już coś sobie pomyślał, zwyczajnie nie dał się zatrzymać.

– Wyjmuj wiolonczelę!

– Co?! Oszalałeś! Masz gorączkę! Wracaj do lazaretu, Ernest, bo jak się wkurzę…

– Dawaj futerał! A wy drzyjcie sukienki! Róbcie z nich linę. Ruta i reszta idziecie za mną. Tylko trzymajcie się liny, rozumiecie? Tam, przy ujściu wody z rury, na przesmyku z Pilskiego, załamał się lód!

Około dwustu metrów dalej Pajączek próbuje ostatkiem sił i bez większej nadziei chwycić się wyłamanej z tafli lodu kry. Ta jednak łatwo wyślizguje się ze zgrabiałych dłoni. Jej głowa chowa się na długie sekundy pod wodą. Na powierzchni zostaje tylko uczepiona krawędzi lodowej tafli rozcapierzona dłoń z paznokciami wrytymi w lód.

Mamo, ja nie dam rady. Mamo…

Gdy Ala otwiera oczy pod wodą, w jej kierunku sięga biała, jakby spreparowana w laboratorium koścista ręka!

Śmierć. Śmierć czeka na mnie pod wodą. I nic w tym dziwnego. Pewnie chce mnie wciągnąć.

Z otchłani wypływa, odbijając się o spód lodu, biały jak komunijna sukienka kościotrup. Ludzkie zwłoki oczyszczone do kości przez raki i węgorze.

Alicja ostatkiem sił rzuca się w górę, jak płotka wyskakująca z wody, kiedy ucieka przed atakiem szczupaka. Udaje jej się złapać oddech, pewnie już ostatni w życiu. Więc to tak… tak się wtedy czuje… ostatni raz w życiu. I wtedy znad krawędzi lodu ktoś podaje jej rękę!!!

Ernest wysuwa się jak najdalej nad granicę wyrwy w lodzie i podciąga kolorową linę ze skręconych podartych sukienek, bacznie obserwując zachowanie lodowej powłoki. Gdzieniegdzie pojawiają się rysy. Lód nigdy nie osiąga w tym miejscu bezpiecznej grubości. Pewnie przez nieco cieplejszą wodę strumyka, który wpada do jeziora tuż za trzcinami. Ernest mocno chwyta tkwiącą w przerębli rękę dziewczyny.

Dobrze, że to nie ktoś większy, cięższy, zginęlibyśmy razem, jak dwa razy dwa…

Pajączkowi jest już wszystko jedno – czy wciągnie ją kościotrup pod wodą, czy…

W tym momencie biała czaszka wyskakuje nad wodę jak spuszczona z łańcucha przezroczyście biała boja!

– Trzymaj się mocno! Nie szarp się! – Pajączek obraca głowę w kierunku mądrej i opanowanej chłopięcej twarzy.

– Ruta. Ruta!!! Jesteś tam, siostra? Spokojnie… – Ernest, czując, że Pajączek wyślizguje mu się z dłoni, dokłada drugą. Robi to jednak zbyt mało ostrożnie, wbrew temu, co zawsze słyszał od ojca, kiedy chodzili zimą na lód łapać szczupaki w przerębli: LEŻ PŁASKO I SPOKOJNIE!

Lód pęka. Ernest wpada do wody obok Pajączka, ale nie puszcza jej ręki ani na chwilę. Nagle fioletowy futerał od wiolonczeli, lekki, w sam raz na wiotkie plecy Ruty, rozpryskuje lodowatą wodę jak rzucone ze statku koło ratunkowe! Właśnie tak, jak koło ratunkowe! I unosi się na powierzchni, jakby czekał, by podpłynął do niego wyziębiony Leonardo DiCaprio…

Po co mi trumna? Po co mi ktoś rzuca do wody trumnę?

– Chwyć się futerału! Za pasek… tam z tyłu! Szybko! Słyszysz?! – Ernest zachłystuje się wodą.

Chwytam się. Tylko po co…

– Wyciągną nas! Ruta, Rgghhuta… – Chłopiec krztusi się lodowatą wodą. – Rhhutaa, ciągnijcie!

– Jestem. Spokojnie. Gotowi? – Zza krawędzi dochodzi dziewczęcy głos. – Ciągniemy. Ciągnijcie!!

Rozpłaszczone jak bliny na patelni, jedna za drugą, jak w wierszyku o rzepce, kilkanaście postaci w majtkach i porwanych podkoszulkach z charakterystycznym znakiem „pacyfy” na piersi, zaczyna pełznąć do brzegu „rakiem” po trzeszczącym lodzie. Poskręcaną z kawałków ubrań linę ciągnie bez większego wysiłku potężny cętkowany dog.

Ciągnij, Mustafa, ciągnij, piesku.

Z przerębli wysuwa się najpierw zmrożone na kość ciało Pajączka. Od spodu wypycha je walczący z chłodem i utratą sił Ernest. Łańcuch nagusów z cętkowanym dogiem na czele przesuwa się metodycznie do brzegu i kiedy sukienkowa lina w końcu pęka, nie ma to już znaczenia. Ruta wciąga brata na piaszczysty brzeg i natychmiast okrywa go kożuchem.

– To swoje cello… – Ernest szczęka zębami i jest po albinosku straszliwie siny. – Zappppakkkuj je, bo bbbbędziesz jeszszcze gggggorzej rzę-rzę-rzępolić…

– Nie bój ty się. Nastroi się, jeśli będzie trzeba. Szkoda jej… prawda?

– Ccccco ttty gadasz?

– Nie oddychała już, kiedy kładli ją na sanki.

Ruta bierze do ręki opartą pod drzewem wiolonczelę i ostrożnie układa ją w futerale.

– W środku jest suchy. Ani kropelki, wyobrażasz sobie? Ernest…? Ernest!!! – Ruta odwraca się w kierunku brata, który podtrzymywany przez dwie na wpół nagie hippiski osuwa się na kolana. – ERNEST!!!

Ten kościotrup… Mnie też dotknął… Zimno, strasznie zimno.

– Stracił przytomność. Szok termiczny. Jedziemy z nim do zamku. Szybko! – Brodaty chłopak, w wieku może dwudziestu trzech, dwudziestu czterech lat, podnosi chude ciałko Ernesta i pakuje na sanki.

– Mustafa! Ciągnij!!!

Mustafie nie trzeba takich rzeczy powtarzać dwa razy. Sanki z nieruchomym ciałem jego ukochanego pana wjeżdżają na stromiznę nadjeziornej skarpy jakby pchane magicznym zaklęciem.

Tato, ja chyba się ciebie nie doczekam, kiedy wracasz, tato? Obiecałeś, że to już niedługo. Zimno, zimno. Ruta kłamie. Jej wcale nie jest wszystko jedno. Słyszałem, jak płakała w nocy. Tato, zimno mi.

Kiedy Ernest obudzi się w szpitalnym łóżku, zobaczy nad sobą zatroskaną twarz doktor Lidii.. Kaszlnie kilka razy i zanim ponownie osunie się w niebyt snu, usłyszy jęk TEJ DZIEWCZYNKI, jęk kogoś, komu pękają żebra.

Schwytał ją kościotrup. I nie puścił. To przeze mnie. Gdybym szybciej…

***

Wysoki, wyglądem przypominający boksera wagi superciężkiej mężczyzna zwala się bezwładnie na krzesło jak worek kartofli. Długo ociera pot zalewający mu oczy, a gdy w końcu zbiera się na odwagę, by spojrzeć przed siebie, widzi, jak ta piękna lekarka głaszcze zwisającą bezwładnie ze stołu operacyjnego zaczerwienioną od odmrożeń rękę. Jak na widok podnoszącej się w potężnym westchnieniu piersi Pajączka rzuca się do szafki z lekami, wyjmuje strzykawkę i trzęsącymi się rękami wbija ją w Pajączkowe serce.

– Nie wiem, doprawdy nie wiem, czy ją wieźć do szpitala… Ona może… Ona nie przeżyje tej drogi. Jak ma na imię?

– Pajączek. Ala…– Siergiej patrzy jeszcze na spierzchnięte usta Ali Pajączka, po czym wybiega z sali operacyjnej, jakby dokądś się bardzo, ale to bardzo spieszył. Jakby bardzo chciał zdążyć na czas. Albo nawet lepiej przed czasem. Zbuntowany terminator Wadim Władymirowicz Łunaczarskij ma plan.

Cóż prostszego. Znaleźć trochę czasu. Tak się przecież mówi: „Pomogę ci, jak tylko znajdę trochę czasu”. Więc trzeba jedynie znaleźć TROCHĘ CZASU… a to jest… se-pa-graw, jak mawia Ala.

– Sepagraw. Więc do roboty!

Telefon odzywa się głośnym sygnałem. Lidia podnosi słuchawkę i odwraca się ku Rucie, która pochyla się nad twarzą Ernesta i rozczapierzonymi palcami, niczym grzebieniem, zaczesuje mu blond włosy. Po czym okrywa go mocniej kocem. Ze stołu obok dobiega ją szept słyszalny tylko dla wrażliwego ucha muzyka:

– Gorąco – szepcze Pajączek. – Strasznie tu gorąco!

I choć walczy, przegrywa. Z kościotrupem, który uwiesił się jej zmartwiałej nogi i ciągnie w dół. W głębinę. Chce ją tylko dla siebie.

Rozdział 46

Kapitan Keller sięga do radiostacji i przekręca czarne, bakelitowe pokrętło do pozycji AUS. Żarzące się na pomarańczowo lampy gasną. Trzeszczące słuchawki cichną. Wciąż nic. Po dwóch latach codziennego nasłuchu.

Alexandras nie żyje. Zastrzelili go, gdy szedł przez zasieki. Albo skakał przez mur. Albo płynął przez graniczną rzekę. Albo czołgał się po zaminowanym polu. Możliwości jest aż za wiele. Trzeba to w końcu powiedzieć dzieciakom. Może najpierw Rucie. Jest starsza.

Pukanie do drzwi wyrywa Kapitana z zamyślenia.

Kilka chwil wcześniej w półmroku korytarza prowadzącego do pokoju Kapitana Kellera słychać było wymianę zdań, której asystował rozbawiony sikh.

– Chateaubriand. Well done. Dobrze wysmażony. Albo nie: saignant. Krwisty. I naturalnie frytki. Podwójnie opiekane.

– Wołowina, jeśli w ogóle, to krwista, oczywiście. Tylko skąd te… frytki? Ohyda. Ohyda, moja droga Jadwiniu. Jeśli już… jeśli w o-gó-le, szanowna koleżanko, to ostatecznie do omułków gotowanych w winie. Białym…

Jadwinia przerywa zgorszona:

– Pod wahrunkiem, że nie pinot blanc. Na pinot blanc nie dałoby się ugotować nawet kaszy dla psa.

– A kto by psa karmił kaszą? I może jeszcze orkiszową? Mój Hektor… – Głos Sofiji łamie się nieco wskutek przypływu wspomnień o nieznośnym terierze, ale po chwili wraca do swojej nieco zachrypniętej normalności. – Mój Hektor nie tknąłby kaszy…

Jadwinia unosi brwi ze zgrozą.

– Gdyby był choćby w jednej milionowej tak głodny jak ja teraz, zapewniam cię, moja droga…

– Pożarłby tapczan, na którym sypia. Zwłaszcza gdy mnie nie ma w domu… – Oczy Sofiji szklą się na myśl o kanapie, Hektorze i… skwierczącej patelni z… – Królik…

– Gdzie? – interesuje się natychmiast Jadwinia. I głośno przełyka ślinę – Otóż taki khrólik… musi najpierw naciągnąć kompotem ziołowym, zalewą znaczy się. W przeciwnym wypadku…

– Przejdzie piwem…

– Otóż to, otóż to, moja dhroga Soniu. I piwo oczywiście tylko z góhrnej fehrmentacji. Jasne. Najlepiej od księży thrapistów z klasztohru koło Dinant…

– Kanapka z dżemem też by mogła być – mówi Sofija tonem rezygnacji. – A najlepiej dwie.

– To oczywiście zależy od tego, Z JAKIM D-ŻEMEM. – Jadwinia wymawia słowo „dżem” tak samo jak piekarz cukiernik z Czaplinka, Lucyna Wiesiołek. – Mihrabelkowy nadaje się szczególnie do kanapek, ze względu na charakterystyczną kwaskowatość…

– To tutaj. Pokój Kapitana.– Randra przykłada do ust palec wskazujący. – Cisza.

– Potrzebują też zathrważająco dużo… – Jadwinia napotyka oczy Randry, niebezpiecznie zbliżające się do jej przemarzniętego nosa – cukhru.

Drzwi otwierają się na oścież.

– Zanim zapytam, co panie do nas sprowadza, może zechcą się panie poczęstować. – Kapitan Keller wskazuje stolik, na którym stoi talerz, a na nim leżą kanapki z dżemem. I wielki dzbanek z kawą.

– Thruskawkowy? – pyta rezolutnie Jadwinia, siadając za stołem. – A czy aby nie…

– Jadwiniu – syczy Sofija do ucha przyjaciółki. – Nie teraz…

– O Boże!!! – Jadwinia unosi głowę znad filiżanki z kawą i pierwszy kęs wyśmienitej kajzerki staje jej w gardle. Tak reagują ludzie, którzy widzą Kapitana Kellera pierwszy raz w życiu.

– Bułka? Niesmaczna? To niemożliwe. Mamy tu całkiem niezłych piekarzy.

Pofałdowana guzami, częściowo obrośnięta szczeciną czaszka Kapitana Kellera obraca się z zaciekawieniem w kierunku Jadwini i Sofiji. Te jednak interesuje już zupełnie coś innego: kolekcja zdjęć na ścianie. Jadwinia odkłada resztkę bułki na talerz. Rzuca spojrzenie ku swojej towarzyszce, która delikatnym skinieniem głowy daje znak, że się zgadza. Obie natychmiast poważnieją. Trzpiotowatość, sztuczna zasłona przed niepotrzebną ciekawością obcych, unosi się jak kurtyna w teatrze.

– Kapitanie… Kapitanie Keller, przyjechałyśmy zabrać dzieci – oświadcza Jadwiga Kossobudzka, „starszy pracownik operacyjny” UNICEFORKIDS, mało znanej ale aktywnej agendy ONZ w Genewie, unosząc do ust filiżankę z kawą. Spółgłoska „r” w słowie „zabrać” okazuje się teraz o wiele bliższa ideałowi foniatrii.

– A konkretnie dwoje – dodaje Sofija, „field operative” tej samej organizacji, obserwując bacznie reakcję gospodarza.

– I co pan na to?

Drzwi się uchylają. Dwumetrowy sikh kłania się w pas i zaprasza na Langar, wspólny sikhijski posiłek. Sofija szybko odkłada resztkę bułki na talerz i podnosi się z fotela.

Rozdział 47

– Lata dwudzieste wracają. Zupełnie jak Salvador Dalí – rzuca ze znawstwem fryzjer, ścierając gorącym ręcznikiem resztki mydła do golenia z twarzy niecodziennego klienta, który podniósł się już z fotela i spogląda z zadowoleniem w lustro. Wąsik jak trzeba: cienki, tuż nad górną wargą. Do tego szary trzyczęściowy garnitur, turkusowy fular oraz wielobarwna poszetka. Elegancko, ale i z polotem. Gotowy na spotkanie z przyszłym Naczelnikiem Państwa.

Dwa skrzyżowania dalej, w budynku urzędu rady ministrów, Wicepremier Piotr Migalski spogląda na zegar wiszący na przeciwległej ścianie gabinetu. Dochodzi szósta. Znudzony, bezwiednie podnosi z wielkiego, wypolerowanego blatu biurka książkę… Książkę, której przecież sam tam nie położył. Od dawna czyta tylko to, co ściąga z Internetu na rządowy tablet.

– Hm… Kartki nadpalone… Wygląda, jakby ktoś wyciągnął ją tlącą się jeszcze ze stosu.

Tytuł coś Wice Migalskiemu przypomina. Ze szkoły pewnie. Tyle że autor się chyba nie zgadza. Zresztą zaraz się wygugluje.

Wybija szósta. Wice Migalski podnosi słuchawkę, by zapytać sekretarkę, czy ambasador Wołkow już przybył, gdy jego uszu dobiega syk i buczenie hydraulicznych siłowników. Tuż pod portretem Prezesa, jakby wyłaniając się z płaszczyzny ściany, otwierają się drzwi, odsłaniając głębię ginącego w mroku korytarza. Poprzedzony stukotem szmaragdowej laski, w wejściu staje pachnący jeszcze wodą po goleniu Mężczyzna z Dobrze Przystrzyżonym Wąsikiem. Już z daleka wyciąga rękę na powitanie.

– Makarow. Wybaczcie, Piotrze Stanisławowiczu… tę niespodziankę. – Wąsik wskazuje na tajne przejście. – Ale to droga krótsza i wygodniejsza. Po co więc miałbym szanownego pana kłopotać…?

– A jego ekscelencja Wołkow?

– Nie będzie nam potrzebny. Zresztą sam się pan przekona. Makarow obejmuje Wice ramieniem i wprowadza go do szerokiego

może na półtora metra tunelu, oświetlonego, niczym w przeciwlotniczych schronach, podwieszonymi na suficie lampami w metalowych kloszach.

– Pańscy poprzednicy też korzystali. Bierut dużo. Gomułka trochę

mniej. A to przecież taka wygoda.

Na końcu korytarza Makarow otwiera wysokie na trzy metry dwuskrzydłowe drzwi, podobne do tych, jakie można spotkać w renesansowych pałacach, i wprowadza Wice do sali jakby wprost przeniesionej z końca dziewiętnastego wieku. Zielone, skórzane kanapy, zwisające nisko żyrandole, draperie, marszczone kotary w wysokich na kilka metrów oknach.

W obitym pluszem fotelu zasiada piękna, czarnowłosa rosyjska krasawica w wieku trzydziestu kilku lat. Przygląda się Wice bardzo uważnie, w jej uśmiechu jest jednak sporo wyższości i arystokratycznego pobłażania dla ludzi znacznie niżej urodzonych.

– Jej ekscelencja ambasador Zajcewa.

Zajcewa nie podnosi się z fotela, a jej wyciągnięta dłoń w długich aż po łokcie rękawiczkach wędruje ku ustom Wice Migalskiego.

– Piotr M… – wyrzuca z siebie Wice.

– Pi-jooootr… – Zajcewa mruczy jak kot, na dłuższą chwilę zawiesza głos i przygląda się Wice Migalskiemu spod zmrużonych powiek. Jednocześnie wygładza niewidoczne dla nikogo innego zmarszczki na swej satynowej sukni w kolorze purpury – Pii-jotr… To piękne, carskie imię.

– U nas też popularne… – Wice przerywa, słysząc pierwsze dźwięki muzyki dochodzącej z wielkiej miedzianej tuby patefonu. Makarow pochyla się w ukłonie i uśmiecha zadowolony z siebie. Okładkę czarnej szelakowej płyty odkłada na miejsce – wśród setek innych.

– Zatańczymy? – Zajcewa robi gest, jakby była gotowa wstać z fotela.

– Poda mi pan rękę? Toż w liceje był z pana podobno dansior niezrównany, Piotrze Stanisławowiczu.

– Znam to. To La petite fleur…

– Brawo!

– Brawo!!! – Od strony patefonu dochodzą oklaski. Makarow klaszcze w dłonie i podskakuje jak przedszkolak.

– Dejstwitelna. Tańczy pan… wybornie…

– Brawo!!! – Makarow unosi dwa wyprostowane kciuki, nie przestając cmokać z zachwytu.

– Dziękuję… Ja tylko nie rozumiem… dlaczego… po co… to spotkanie… – Wice Migalski czuje, jak ręce Zajcewej zaciskają się na jego ramionach, jak jej stopy dyktują rytm. To nie on prowadzi w tym tańcu.

– Niech pan spojrzy w lustro, Piotrze Stanisławowiczu.

Obok płócien przestawiających generałów i marszałków z różnych epok znalazło się miejsce dla ogromnego lustra w złoconej findesieclowej oprawie. Pomiędzy Napoleonem i Montgomerym, Wice dostrzega piękną kobietę zawieszoną w tanecznym pas na ramieniu niezwykle przystojnego wojskowego. W idealnie skrojonym generalskim mundurze.

– Do twarzy panu w mundurze, Piotrze Stanisławowiczu. – Do ucha Wice sączy się słodki szept.

– Do twarzy panu w mundurze, oj, do twarzy!! – Makarow podbiega w podskokach z tacą w ręku do stojącej przed lustrem pary. – Sherry?

– Ale ja… – mówi niepewnie Wice, oglądając się w lustrze. – Nie, dziękuję. Nie piję… w pracy…

– A my owszem! – Rozbawiona Zajcewa podnosi do góry kieliszek.

– Niechże się pan napije! Ot tak, dla towarzystwa!

– Dla towarzystwa! – Makarow podsuwa Wice pod nos tacę z kieliszkiem i karafką. – Do twarzy panu w mundurze, Piotrze Stanisławowiczu! I należy się też! Taka odpowiedzialność za kraj!

– O tak! Odpowiedzialność ogromna!

Wice przechyla kieliszek i wypija jego zawartość do dna. Ciepło rozlewa się po jego wnętrznościach. Mruży oczy z przyjemności. A kiedy je otwiera, Zajcewej już nie ma. Nie ma też Makarowa. Pośród zgliszczy, ruin i płonących wraków samochodów, przygarbiona, wychudzona do kości ludzka ciżba szuka resztek pożywienia w dymiących kubłach na śmieci, we wnętrzach pozbawionych witryn sklepów, w otwartych na oścież, porzuconych mieszkaniach. Co silniejsi, którym głód odebrał rozum, rzucają się na dzieci i wyrywają je z rąk wrzeszczących, pomstujących matek. Wice, nie wiedząc, gdzie się znajduje i dokąd zmierza, przemyka się ulicą tuż pod fasadami budynków, byle dalej od straszliwych scen okrucieństwa, od kanibali, od śmierci i smrodu. Nagle potężny wybuch rzuca go o ścianę. Kiedy opada pył i Wice odzyskuje świadomość, czuje, że leży przygnieciony ciałem innego człowieka. Odsuwa je na bok i już chce odejść, jednak coś go zatrzymuje. Widok twarzy. Doskonale znanej. Od osiemnastu lat.

– Przecież… Przecież to mój syn!!! Skąd…? Jak to możliwe?

Rzuca się na ziemię i podnosi zakrwawioną głowę chłopca, jednocześnie rozglądając się wokół w poszukiwaniu pomocy. Na próżno. Ciało chłopca wypręża się w ostatnim spazmie bólu. I zastyga nieruchomo.

Wtedy do Wice dociera głos Makarowa:

– Wskażę panu drogę powrotną, Piotrze Stanisławowiczu. Makarow stoi u wejścia do tunelu, szczerząc zęby w uśmiechu.

– A gdzie… jej ekscelencja?

– Inne ważne spotkania, pan rozumie.

– To… sen? Co było w tej sherry?

– Sherry. Cóż innego? Ale, ale. Widzi pan, Piotrze Stanisławowiczu, tę ciężką, welurową zasłonę na oknie? Teraz już się takich nie robi.

– Owszem, ale co to ma wsp…

– Załóżmy… załóżmy, że ta zasłona skrywa… przyszłość. Są tacy, którzy potrafią ją oglądać tak jak widok z okna… Myśmy tylko tę zasłonę dla pana rozsunęli… Jak pokojówka sprzątająca z rana hotelowy pokój.

–Tam był mój syn! Ja chcę go zobaczyć!

Makarow mruży oczy, a jego twarz sztywnieje w grymasie poirytowania. Zbliża ją na milimetry do nosa Wice Migalskiego.

– Nie zniósłbyś, chłopcze, tego widoku nawet sekundę dłużej. Nawet po drugim kieliszku naszej… sherry.

Jego twarz jest tak blisko, że Wice Migalskiemu robi się nieswojo. Szczególnie że wyczuwa z ust Makarowa charakterystyczny zapach, ledwie przykryty wonią sherry. Wice wpatruje się w oczy Makarowa i w ciągu kilku długich jak wieczność sekund zbiera się na odwagę, by zadać pytanie:

– Jesteś… diabłem?

Makarow delikatnie popycha Wice do wyjścia.

– Och, to skomplikowane. – Zatrzymuje się jeszcze na drobną chwilę i już wyraźnie rozluźniony dodaje: – W każdym razie takie mam ustawienie.. na fejsie.

Kiedy obaj powracają do gabinetu, Makarow odprowadza Wice Migalskiego do biurka, odsuwa mu usłużnie krzesło, staje na baczność i uśmiecha się szeroko.

– Żegnam pana, Piotrze Stanisławowiczu. Pozdrowienia dla jej ekscelencji Zajcewej przekażę, naturalnie. Ona też jest na fejsie. Warto ją… lajkować. Bardzo ją to potrafi… u-kon-ten-to-wać.

Kiedy Wice dochodzi do siebie na tyle, że jest w stanie przypomnieć sobie hasło do Facebooka, po wizycie Makarowa nie ma śladu: przej ście w ścianie jakby nigdy nie istniało. Wice podnosi się z fotela i idzie sprawdzić – lecz nie znajduje w jasnoróżowej lamperii najmniejszej nawet szczeliny. Przechodząc z powrotem do biurka, rzuca okiem na ścianę z zegarem. Ten wciąż pokazuje szóstą.

– Pewnie się zatrzymał.

Wice opada na fotel i loguje się do Facebooka. Przez dłuższą chwilę

wpatruje się w swoje własne zdjęcie.

Do twarzy byłoby mi w mundurze. Rzeczywiście, do twarzy.

Rozdział 48

BLOKIROWKA! BLOKIROWKA SISTJEMA! – krzyczy ekran centralny SuperGazika krwawą czerwienią cyrylicy.

Siergiej, jedną ręką przytrzymując plik kartek z instrukcjami, drugą wali wściekle w deskę rozdzielczą na wpół zasypanego śniegiem pojazdu.

– Swołocz! Swołocz! U mjenja njet wrjemjeni! Czasu nie ma! Swołocz!

Ekran gaśnie i wraz z nim nadzieja na uruchomienie pojazdu. Zapada cisza, jak w próżni kosmicznej między dwiema galaktykami. Siergiej zapala latarkę i jeszcze raz, drżącymi rękami, bezładnie przekładając kartki jak uczeń przed egzaminem, wczytuje się w podręcznik. Tym razem rzędy danych i instrukcji skaczą mu przed oczami jak syberyjskie tygrysy przez płonące koła w cyrku Balszoj.

Tylko spakojna. Sepagraw.

Na twarzy Siergieja pojawia się przelotny cień uśmiechu, kiedy zdaje sobie sprawę, że Pajączkowe „sepagraw” przyjęło się w jego sześciojęzycznym słowniku jak importowana zza oceanu roślina.

Nagle SuperGazik rusza z miejsca i powoli toczy się przed siebie.

Żelazna brama otwiera się i pojazd wjeżdża na zamkowy dziedziniec. Mężczyzna w wojskowym szynelu do ziemi i czarnej kominiarce kieruje trzema postaciami, które zapierając się mocno o śliski bruk, pchają samochód metr po metrze w kierunku otwartego garażu.

Kiedy Siergiej chce zaprotestować, drzwiczki SuperGazika otwierają się i staje w nich olbrzym, z którym tylko agent Sieriozny może się równać wzrostem. Ale turbanem już nie bardzo.

– Alternator bardzo przestrzelony na wylot, o tak. Bardzo – Siergiej, wysiadając, natrafia na uważne spojrzenie Dheerandry, który dłonią wskazuje na blok reaktora w SuperGaziku. – Popatrzyłem mu się bardzo dobrze, o tak. Teraz nikt takich nie produkuje, o nie. – Kolejne zdanie sikh wymawia szczególnie dobitnie: – I jeszcze bardzo długo w przyszłość nie poprodukują. O nie.

Sikhowi, ze względu na wzrost, łatwo zajrzeć prosto w oczy, jak się jest Siergiejem. Lecz ten unika ciekawskiego spojrzenia.

– Nie mamy czasu! A te swołocze zablokowali komputer pokładowy. Fabrycznie. Wyłącznie na powrót… – Siergiej gryzie się w język.

– Wszystko jedno skąd przybywacie i udajecie się, o tak…, Randra wam pomoże. Moich dwóch asystentów…

– Oraz asystentka. – W zamykanych właśnie drzwiach garażu staje dwóch dwudziestoparoletnich okularników i… zakładająca robocze rękawice siedemnastolatka.

– Ma drobne dłonie. I dwieście dwa punkty IQ. Przyda się – mówi niepewnie wyższy z okularników.

– Ala… ona… nie może czekać… Bez niej ja…

– To bierzmy się do roboty, o tak! – sikh odciąga Siergieja od SuperGazika i popycha przed siebie w stronę wejścia do lewego skrzydła zamku.

– Dokąd…? – Siergiej wydaje się przerażony – A pojazd? Mój pojazd?

***

Dheerandra odruchowo pochyla głowę, by nie zahaczyć turbanem o framugę drzwi, przez które właśnie przepuszcza wciąż niepewnie rozglądającego się na boki Siergieja. Klimatyzowana sala, ukryta głęboko w podziemiach, mieści w sobie komputer wielki jak cztery trzydrzwiowe szafy – maszynę kwantową, z której Dheerandra jest bardzo dumny. I jednocześnie nieco o nią zawistny. Bo to przecież jedyny na świecie komputer zdolny konkurować z mocą obliczeniową mózgu osiemdziesięcioletniego sikha.

– Funkcja theta? – pyta Siergiej, kładąc stertę papierów na stole obok zajmującej całą ścianę przesuwanej w dwóch płaszczyznach zielonej tablicy.

– Owszem, o tak… Pomaga znaleźć wymiar krytyczny czasoprzestrzeni, o tak. A o to nam chyba chodzi?

Siergiej omiata podejrzliwym wzrokiem ciągnącą się wzdłuż ściany, wysoką na dwa metry i migocącą tysiącami świetlnych punkcików szafę.

– Jest tu jakiś monitor? Od hałasu drży podłoga, ale czy to rzeczywiście działa?

– Już działa, o tak. Tylko potrzebuje czasu na rozgrzanie. To dobra maszyna. Ale nie wystarczy. Trzeba czegoś więcej.

– Mów, tylko szybko.

– Ołówek i bardzo trochę czasu.

– Nie mamy czasu.

– To bardzo ołówek.

***

Sikh pochyla się nad kartką, błyskawicznie rozrysowując równania. Jest tak zaaferowany, że czasem dotyka nosem biurka. Od czasu do czasu podbiega do siedzącego nad klawiaturą Siergieja i podrzuca mu nowe dane do wprowadzenia. Na widok czytnika kart z sygnaturą pisaną cyrylicą Siergiej mruczy pod nosem:

– Naszym ukradłeś?

– A oni Amerykanom – odpowiada sikh, ale w tej konwersacji uczestniczy tylko jedna miliardowa mocy jego mózgu. Reszta pracuje nad czymś zupełnie innym. Nad ratowaniem Pajączka.

Kiedy wielki turban znajduje się w połowie drogi do ogromnej szafy z wirującymi dyskami, odzywa się sygnał wiszącego na ścianie intercomu:

– Randra? Randra! Tu Lidia! Co wy tam robicie, co to ma zna..…! Ja nie jestem chirurgiem, ja, do cholery, nie jestem chirurgiem, Randra! Poskładałam tę nogę, jakoś unieruchomiłam… ale ona… Ala… ona musi do szpitala! Randra, czy ty mnie słyszysz? Nie wiem, co to za pomysł, ale ja… ona… Ona nie może czekać, słyszysz? Nie wiem, jak mam ją ogrzać. Ja tu od niej śmierć odpędzam, Randra! Rozumiesz?

Siergiej odwraca się na krześle i chłonie każde słowo, które dobiega z głośnika.

– Leżę z nią, żeby ją ogrzać… Tak, mamy też ten elektryczny, Otto nam podesłał, ale to nie działa! Już nic nie działa! Masz tam tego Ruskiego? To powiedz mu, że… albo nie mów mu. Ona… bredzi, Randra, halucynuje! Widzi płonące ciała! Spadające bomby… I cały czas powtarza: przepraszam, przepraszam! Randra, jesteś tam?

– Jestem, o tak. Musimy wracać do…

– I jakieś bzdury o siostrze… która… została w jej oczach? Może ty coś z tego rozumiesz w tej swojej sikhijskiej mądrości? Bo ja już nie!!! – Po drugiej stronie kabla rozlega się szloch. – Ona umiera. Randra, ona umiera. To koniec.

Siergiej rzuca się do wyjścia, ale sikh dogania go i wskazuje mu miejsce przy komputerze.

– Kobietom zostaw trochę szlochania. Ty płacz, jak ja, tu w głowie. Ale jeszcze nie teraz.

Ołówek w ręku Dheerandry zużywa się po kilku sekundach. Zastępuje go następny. I jeszcze jeden.

***

– Chwileczka. Jeszcze mała chwileczka, o tak. – Siedzący na fotelu kierowcy SuperGazika Dheerandra gryzie końcówkę ołówka i spoglądając do notesu, ciężkiego od matematycznych równań, niepewnie wprowadza szeregi alfanumeryczne do komputera pokładowego.

– Pospiesz się, parszywy Hindusie – warczy na niego Siergiej, sprawdzając stan naładowania akumulatorów: głównego i pomocniczych. Kabel z prostownika prowadzi do zamkowej transformatorowni.

– Sikh, żaden hindus – bezwiednie odpowiada Randra. – Osiemdziesiąt siedem, pięćset trzydzieści dziewięć, trzysta dziewiętnaście. Ale by się kuzyn Ramanujan ucieszył, o tak! – mruczy Dheerandra pod nosem. – Wielka, bardzo wielka liczba taksówkowa.

– Gotowe! – krzyczy Siergiej pod adresem trójki asystentów.

– Niegotowe – mamrocze Deehandra. – Niegotowe! O nie! Umorusana smarem na twarzy dziewczyna wskazuje wysmukłym palcem pianistki na lewą stronę równania funkcji falowej. Milczy, ponieważ po tym jak odkryto, że natura zapomniała wyposażyć ją w skrzynkę głosową, matka zostawiła ją w pobliskim lesie, sadząc mylnie, że będzie niedorozwinięta. Że nigdy nie dorówna jej marzeniom o córce na studiach.

– Martunia? Błąd jakiś, o tak?

Marta chwyta za ołówek i dokonuje błyskawicznej renormalizacji równania. Oczy Randry świecą się jak dwie latarnie morskie.

– Gotowe! Gotowe!

Komputer pokładowy ożywa czerwienią.

***

– Za późno.

– Kiedy?

– Przed chwilą.

– Nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest za późno!!! Nigdy! Nie jest! Za! Późno!!!

***

– Chciałbym tam się z wami spotkać. – Ręka Randry wskazuje nieokreślony kierunek. – Będę się modlić, choć los nas wszystkich jest już w księdze Sri Guru Granth Sahib zapisany, o tak. Ale za nią… nie zaszkodzi. – Randra spogląda w kierunku układanej właśnie w fotelu pasażera Ali Pajączka. Potężny sikh prawie przełamuje się w połowie,

żeby zajrzeć do wnętrza. Kładzie rękę na czole Ali. Szepcze coś pod nosem. Odsuwa się od SuperGazika i kłania tak nisko, jak tylko pozwala na to jego osiemdziesięcioletni kręgosłup. – Zaszczyt to dla nas służyć wam. Niech was prowadzi światło rozumu. O tak.

Siergiej, wycierając rękawem płynące strumieniem łzy, zawraca na dziedzińcu, zatrzymuje się, ostatni raz sprawdza status urządzeń SuperGazika. Spogląda ku zamkniętym oczom swojej towarzyszki, zapiera się w fotelu i wciska pedał gazu do samej magnitogorskiej blachy. Gdyby odwrócił się na chwilę, zobaczyłby kilkanaście postaci żegnających smutnymi spojrzeniami dwoje dziwnych gości.

Jedna z nich, owinięta w kilka grubych koców, z włosami blond wystającymi spod włóczkowej czapki i twarzą rozpaloną od gorączki, macha ostrożnie ręką. Ernest odwraca się do siostry z pytającym spojrzeniem.

Przecież szpital jest w przeciwnym kierunku! Przecież szpital jest… Co oni robią?

Doktor Lidia von Schaz już dawno straciła resztkę sił. Kuca, podpierając się jedną ręką o przemarzniętą ziemię, drugą zakrywa oczy. Niknie na tle śniegu w swym śnieżnobiałym lekarskim kitlu z Apfelstrasse. I taka chciałaby najchętniej pozostać. Niewidzialna.

SuperGazik znika w przestrzeni, w której kierunków jest o wiele więcej, w przestrzeni kilkunastu wymiarów, czasu cieknącego raz szybciej, raz wolniej, raz z góry, jak potok, a innym razem w przeciwnym kierunku, z powrotem do źródła.

***

Apollonia otwiera oczy i chwilę jeszcze mruga powiekami, jakby chciała się pozbyć resztek złego snu. Z paleniska w stajni dochodzi przyjemne ciepło. Starszy mężczyzna w weterynaryjnym fartuchu dosypuje właśnie ziół do gotującej się na palenisku miski z tajemniczą miksturą. Pajączek podnosi się na łokciach i wtedy go dostrzega. Nie pomyliłby go z żadnym innym koniem. Z żadnym innym źrebakiem. HERKULES!!!

– Herkules – szepcze Pola i czuje, jak bardzo boli ją głowa.

– Spadając z muru, nieźle się trzepnęłaś w tę swoją makówkę. Gdyby nie ta czapa…

– Szapka. Mówi się szapka. Tak mówi na nią Siergiej.

– Co ci przyszło do głowy, żeby po tych murach się drapać, skoro nie swędzi, co? Dobrze, że cię szybko znaleźli, bobyś… bo wyziębiona już byłaś strasznie. – Ferenc czerpie trochę mikstury chochlą i wsadza do niej swój długi węgierski nochal. – Tobie chyba też dobrze zrobi. Jemu na pewno. – Wskazuje na ledwo trzymające się na nogach źrebię.

– Może nie będzie z niego takie chuchro.

– Co to jest? – pyta Pajączek niepewnie, choć już się domyśla.

– Siara jego matki. No i… kilka szczypt debreczyńskich ziół…

– wyznaje nieco speszony Węgier, który już za kilka miesięcy będzie obchodził osiemdziesiąte siódme urodziny, z czego grubo ponad pół wieku spędzone poza ojczyzną.

Może to przez ciepło, może dzięki widokowi HERKULESA, który wcale jakoś na chuchro nie wygląda, a może ze zmęczenia Pajączek zwyczajnie zaczyna przysypiać, moszcząc się na słomie jak psiak.

– Jak go nazwiemy? – pyta Ferenc, klepiąc delikatnie źrebię po zadzie. – Matka Helena, więc pewnie jakoś na „H”. I też z grecka, żeby właścicielowi się spodobało.

– Herkules… Tak się nazywa – mówi, ziewając przedsennie, Apollonia. – Herkules. A ojciec Grek – Odyseusz. A moja mama…

Nasi dziadkowie, kiedy kończy się dzień mawiają: „Dzień pełen wrażeń. Idź już spać”. Ferenc, kiedy wypowiada to zdanie uśmiecha się szeroko i przykrywa Pajączka końską derką. Chwilę jeszcze wpatruje się w jej piękne błękitno-niebieskie oczy, korzystając z tego, że otwierają się jeszcze na moment, by utwierdzić się w przyjemnej świadomości, że to co widzi, nie jest snem.

KSIĘGA II

POLA

Rozdział 1

Podczas hamowania przy podjeździe pod szkołę podstawową, gdzieś w krainie jezior, piszczą koła w niebieskim jelczu, nazywanym powszechnie „ogórkiem”. Kierowca autobusu myśli, że warto byłoby skoczyć po wycieczce na warsztat i zobaczyć, co się dzieje. Zwłaszcza że milicji teraz na drogach jak nigdy wcześniej. Co chwilę te patrole. Co skrzyżowanie żołnierze ręce przy koksownikach grzeją. Ale to po wycieczce. Dzieciaki z klas od czwartej do ósmej do Koszalina mają jechać. Chociaż coś straszą, że niby… że wojna może być. Wojsko wyprowadzili na ulice, to pewnie i coś się szykuje, ale w radiu, w jedynej czynnej stacji trąbią, że rakiety dawno w Polskę wymierzone, a wiadomo, że to atomowe. Raz, a dobrze. Wtedy podobno lepiej, jeśli człowiekowi to na głowę spadnie, bo inaczej się nacierpi.

Kierowca Stach ma głos jak złoto. Tenor. Nuci sobie teraz pod nosem, przekręcając niemiłosiernie słowa arii z Rigoletta. I drapie się po głowie. Nieustannie. Nieleczony łupież pstry swędzi upiornie. Stach lubi wizyty w szkole podstawowej. Bo mieści się tu też ognisko muzyczne Kantata. I to tu usłyszał pewnego razu ćwiczącą Rutę. Okno było otwarte i potoczyste bachowskie frazy przebijały się swobodnie przez mruczący na jałowym biegu silnik jelcza.

Choć tym razem okno jest zamknięte, Stach otwiera drzwiczki kierowcy i wyskakuje na śnieg. Kątem oka zauważa, jak od grupy dziesięcioletnich chłopców okładających się śnieżkami odrywa się jedna postać i pędzi za szkołę, łapiąc po drodze cegłę ze sterty, jaka została po remoncie sali gimnastycznej.

– Ernest! Cholera!

Stach rzuca pod nogi palący się jeszcze papieros Carmen i drapiąc się po głowie, rusza w ślad za chłopcem.

Ciśnięta z wściekłością cegła uderza w ciemię jednego z dwóch piętnastoletnich wyrostków, pozbawiając go chwilowo przytomności. Nie pierwszy raz chciał zmusić Rutę do pocałunku. Łaził za nią po szkolnym korytarzu, wyczekiwał pod pracownią muzyczną. Tym razem był bliższy celu. Jak było umówione, drugi z napastników trzymał w „pincecie” z palców nos wierzgającej nogami Ruty.

Gdy Stach wyłania się zza winkla, największy amator przymusowego całowania, już oprzytomniały, wstaje z ziemi i się prostuje, wzrostem przewyższa wtedy Ernesta o półtorej głowy. Kątem oka dostrzega stojącego o kilkadziesiąt metrów dalej Stacha. Zwinięte w pięści ręce pozostają w kieszeniach.

– Słodkie ma te usta. Co nie, Kuraś?

– Zabiję cię – mówi cicho Ernest, spokojnie patrząc w oczy ulokowane kilkadziesiąt centymetrów wyżej. I odsuwa Rutę na bok, delikatnie, ale stanowczo sterując ramiączkami od futerału wiolonczeli.

– Spotkamy się jeszcze. A wtedy, wiesz, wpierdol. Wilczy pomiot…

– Kiedy tylko chcesz, Chwaszcz. Dziś, jutro i pojutrze. Może być tu. Albo w kamieniołomie. Albo gdzie chcesz. Radzę ci, miej oczy wokół głowy, Chwaszcz. Bo ja cię w końcu zabiję. Jeśli tylko się dowiem, że jej dotknąłeś. Nawet w myślach, Chwaszcz…

– Dość tego. Wy dwoje idziecie ze mną. Do autokaru. – Mocne ramię Stacha zagarnia rodzeństwo, a lewe kolano styka się niby przypadkiem, za to boleśnie z nosem siedzącego wciąż na śniegu Kurasia.

– Do autokaru… To zwykły autobus, panie Stachu – szepcze Ruta, z nutą przekory zmieszanej z wdzięcznością. I mruga okiem do Stacha, którego pekaesowską czapkę szofera widywała nie raz pod oknem, kiedy ćwiczyła koncert Haydna. Niby że na dzieci czekał, po domach rozwieźć.

Kiedy wiolonczela spoczywa na tylnych siedzeniach, Stach uruchamia silnik i nastawia nagrzewnicę. Po czym wzywa do siebie Ernesta, który niechętnie zostawia siostrę samą i przeciska się na przód jelcza przez wchodzących do autokaru wycieczkowiczów.

– Jego ojciec jest prokuratorem. – Twarz Stacha prawie styka się ze stojącym Ernestem. – Wiesz, jak to wygląda, kretynie? Wiesz czy nie? Mów!

– Ale co? Bo nie wiem, panie Stachu…

– Jak wygląda w poprawczaku? – Lewa ręka Stacha ściska kierownicę, jakby chciał wykonać nagły manewr. – Wsadzą cię na parę lat, a jeśli wyjdziesz… zanim dorośniesz, odeślą cię do domu dziecka. Ale bić… bić będą codziennie.

– To co mam…

– Zostaw to mnie.

Kilkanaście minut później Stach wrzuca bieg i autokar rusza spod szkoły. Dzieci śmieją się i wrzeszczą przez uchylone okna, kiedy nauczyciel geografii ześlizguje się ze szkolnych schodów, omal nie łamiąc sobie nóg. Jemu nie jest do śmiechu. Właśnie słuchał radia. Lecz zwyczajnie nie chciało mu się uwierzyć w to, co usłyszał. Bo w naturze ludzkiej leży to, że w takie rzeczy się nie wierzy. Życie musi się toczyć dalej. Musi, prawda?

Głębokie betonowe silosy, w których oba mocarstwa atomowe umieściły broń jądrową, mogącą zniszczyć życie na kuli ziemskiej w ciągu trwającej kilkadziesiąt minut wymiany ciosów, zostały na rozkaz generałów otwarte. Pod ziemią trwają gorączkowe przygotowania do ostatecznego masowego ludobójstwa.

Silnik „ogórka” pracuje miarowo. Ruta opiera się o ramię brata i chucha od czasu do czasu w zachodzącą szronem szybę.

Rozdział 2

Robotnicy przedsiębiorstwa poszukiwań gazu i ropy „Północ” domykają właśnie zawór odcinający wypływ ropy z odwiertu nr 221 w okolicach Karlina, gdy wystrzelona przez ludzi majora Krótkiego w kierunku SuperGazika rakieta ziemia–ziemia znajduje w końcu godny dla siebie cel… Stalowy. I odpowiednio duży. Ropa strzela w górę na wysokość wieżowca i oblewa czarną mazią uciekających ku bezpiecznemu schronieniu przerażonych nafciarzy. Gaz wyrzucany ze złoża pod ogromnym ciśnieniem zapala się i eksploduje. Stalowe fragmenty wieży wiertniczej przygniatają dwóch młodych robotników, którzy w momencie wybuchu znajdują się wysoko na ażurowej konstrukcji.

Od straszliwej śmierci w gruzowisku uratuje ich maszerujący dziarsko na wschód wzdłuż linii kolejowej Prezes Marian Gniewski, który kilkadziesiąt minut wcześniej stanął na rozjeździe i po chwili zastanowienia wybrał tor prowadzący w lewo. Jak się okazało, była to kolejowa bocznica służąca do przeładunku ropy.

Trzeba przyznać, że Prezes Gniewski nie namyśla się długo. Bez wahania rzuca się szczupakiem w śnieg. Szorując brodą po zmrożonym gruncie, wpełza pod grubą stalową belkę i wyszarpuje spod niej pierwszego rannego, po czym, zarzuciwszy go sobie na ramię jak zawodowy strażak, wynosi w bezpieczne miejsce. Zanim wyruszy z powrotem w płomienie, owija twarz kurtką, którą przytomnie ściąga z pleców pierwszego uratowanego. Kilkanaście sekund później wyłania się z ognia niczym heros amerykańskiego filmu akcji z przerzuconym strażackim chwytem przez bark wyższym o dwie głowy mężczyzną z widoczną z daleka chroniczną skłonnością do tłustej polskiej kuchni i piwa.

***

– Oparzenia drugiego stopnia – brzmi diagnoza doktor Lidii Szackiej, którą wezwano do szpitala powiatowego w Połczynie. – Cud, że tylko tyle.

Doktor Lidia von Schaz, znana od czasu spolszczenia nazwiska jako doktor Szacka, siada na łóżku połczyńskiego OIOM-u obok sześćdziesięcioletniego mężczyzny. Ten wpatruje się w nią swym niezabandażowanym okiem, jakby to ona uratowała mu życie. Gdyby Lidia zadała mu typowe lekarskie pytanie, na przykład: „Jak się pan czuje?”, odpowiedź brzmiałaby:

„Jak gdybyśmy się już kiedyś spotkali”.

***

Zdjęcie bohatera z Karlina trafiło na pierwszą stronę komunistycznego dziennika „Żołnierz Wolności”, którego egzemplarz nabył w kiosku funkcjonariusz służby bezpieczeństwa Bolek. Kiedy jego wzrok trafia na pierwszą stronę, omal nie dławi się przydziałową mielonką z puszki. Wychyla się przez otwartą szybę białego mercedesa, który to pojazd zdążył bardzo polubić, i wrzeszczy w kierunku swojego druha i współpracownika:

– Lolek, kończ to sikanie, ja cię bardzo proszę, i dyrdaj tu w te pędy, chłopie!

– Co jest?

Druh i towarzysz z SB, Lolek wpada zasapany do samochodu, domykając rozporek.

– Mamy gada.

– To ciśnij, Bolek.

Tego nie trzeba Bolkowi dwa razy powtarzać. Mercedesem zarzuca na ciasnym zakręcie, ale na prostą wychodzi już jak po sznurku.

***

– Nadchodzi sztorm. Za dwa dni stan morza na Bałtyku wyniesie jedenaście w skali Beauforta. Zgodnie z planem holenderski jacht Van den Bossche wyśle sygnał mayday na wysokości portu w Darłowie.

Sofija odkłada słuchawki radiotelegrafisty obok mikrofonu i wyłącza stację. Elektronowe lampy gasną.

Siedzący w fotelu obok Kapitan Keller zdejmuje z głowy kominiarkę. Swoim jedynym okiem patrzy przez zamkowe okno. Na zewnątrz palą się latarnie, oświetlające dziedziniec i drogę do rozrzuconych po zamkowych ogrodach budynków, dla niewtajemniczonych z zewnątrz ośrodek dla narkomanów.. Istnienie wspólnoty „U’ivu” właśnie dobiega końca. Wszyscy „pacjenci” oraz „kadra” będą musieli odejść stąd na zawsze.

Do ucha Kapitana dociera głos Jadwini. Rzeczowy i spokojny.

– Siergiej twierdzi, że teczka z paszportami Ernesta i Ruty jest w zasięgu radaru. Mamy szansę.

– Ruszamy przed świtem – oznajmia Kapitan Keller, podchodząc do rozłożonej na stole mapy. – Plan jest taki…

Rozdział 3

Jurek, choć wzrostem, wątłą budową ciała, a zwłaszcza wiecznie uśmiechniętą, pucołowatą twarzą przypomina szczęśliwego dziesięciolatka, całkiem niedawno skończył dwadzieścia osiem lat. Witraże były jego pasją jeszcze w czasach liceum. Już wtedy uznał, że jeśli jego życie polegałoby wyłącznie na malowaniu i wyrabianiu witraży, to do szczęścia brakowałoby naprawdę niewiele.

„Cieszcie się, poborowy, macie przydział na okręt podwodny. Ale najpierw kompania karna” – usłyszał Jurek od szefa komisji wojskowej, gdy długowłosego hippisa z „pacyfą” dyndającą na szyi udało się złapać i zaciągnąć przed jej oblicze, wrzeszczącego i wierzgającego nogami. Po ośmiu miesiącach spędzonych w więzieniu za uchylanie się od służby wojskowej Jurek uciekł z pociągu konwojującemu go strażnikowi i, jak wielu innych, po kilku tygodniach trafił na podwórko domu wójta Śnieguli. Stamtąd do pewnego nietypowego „ośrodka leczenia narkomanii”, ukrytego pośród jezior i lasów, było już tylko kilka kroków.

Jurek siedzi na rusztowaniu, cztery metry nad ziemią, tuż przy oknie szesnastowiecznej kapliczki. Dokłada właśnie kolejny fragment witraża – czerwone szkiełko, „serce Jezusa”, cicho złorzecząc, że przystał na taki kicz, gdy nagle słyszy chrupnięcie szkła i stukot podkutych wojskowych buciorów o kościelną posadzkę. Średniego wzrostu mężczyzna zdejmuje grubą czapkę uszatkę i zadziera głowę.

– Zdegradowali mnie wtedy przez ciebie, Juruś – mówi cichym głosem, jakby do siebie major Krótki. – Zdegradowali, sukinsyny, wyobraź ty sobie. Za tę twoją ucieczkę.

Szkło z gotowych już do zawieszenia fragmentów witraża, wielobarwna Biblia, obłoki, szata, pęka i rozsypuje się pod buciorami Krótkiego w szklany proch.

– Ojej, jaka szkoda, potłukło się. – Krótki wyjmuje z przedniej kieszonki munduru paczkę papierosów. – Kto wie, może byłbym teraz generałem, wiesz, Juruś? I nie marzłby mi tyłek od wygarniania takich tchórzliwych wszy jak ty, Juruś. Poznajesz mnie? Major Krótki jestem. Więc powiem krótko: spierdalaj stamtąd na ziemię i na kolana, bydlaku.

– Krótki wyszarpuje z kabury służbowy pistolet i celuje w przerażoną, chłopięcą twarz. Ręce utytłane w kleju unoszą się do góry. – A te twoje… malowanki, Juruś – rozgląda się po kapliczce – to se wetkniesz między kraty w więzieniu. Będzie estetycznie.

Major Krótki odwraca się i przywołuje gestem podwładnych. Mają twarze zaczerwienione od mrozu, niemal tak samo po chłopięcemu naiwne jak Jurka.

– A wy, kurwa, co? Po co wam te giwery? Żeby lepiej w lustrze wyglądać? Że niby do twarzy wam w mundurze? Kruszonkę mi zrobić z tych tu kurna…puzzli.!

Metodyczne uderzenia kolbami o szkło odbijają się echem od sklepienia kapliczki. Kiedy major Krótki ponownie kieruje wzrok ku górze, na rusztowaniu nie ma już nikogo. Przed skokiem na ułożoną pod zewnętrzną ścianą kapliczki stertę desek Jurek zdążył jeszcze chwycić fragment witraża. Czerwone serduszko.

– Szlag by to trafił – szepcze, obracając je w krwawiącej ręce, czując, jak ból ze złamanej nogi pełznie stanowczo i pewnie do góry, do mózgu.

Rozdział 4

Kilkanaście wozów strażackich wciąż gasi słup ognia wydobywający się z szybu w Karlinie. Tyle że polewanie wodą tryskającej na trzydzieści metrów ropy nic nie da. Za to jest szansa, żeby się przebić przez obstawione ludźmi Krótkiego drogi.

Kapitan Keller otwiera na oścież wrota do położonego za stajniami Ferenca garażu, na tyle dużego, by zmieścić drabiniasty wóz strażacki. Siergiej z zaciekawieniem obchodzi go dookoła. Na oko lata trzydzieste dwudziestego wieku. Ale lśni, jakby wczoraj opuścił zakład Chevroleta w przedwojennej Warszawie. Ferenc dba o niego jak o swoje konie.

– Ilu ludzi mieści w kabinie?

– Sześciu. Może ośmiu. Zastęp strażaków. Ale Ernest… nosze zajmą więcej miejsca.

– Kiedy ruszamy?

– Najpóźniej nad ranem. Wojsko w każdej chwili może wjechać tu czołgami. Mieliby viel Spass, bardzo dużo radochy. Niektórych z naszych szukają od marca 1968, innych o wiele dłużej…

– Od wojny?

Kapitan Keller przytakuje, lekko pochylając głowę w kominiarce.

– Mnie… nawet jeśli… nawet jeśli dałbym się złapać, nikt by nie wziął za ludzką istotę… i słusznie.

– To byłoby nas dwóch, Kapitanie.

Siergiej początkowo odmawia papierosa, ale po chwili namysłu wyciąga jeden z podsuniętej mu pod nos paczki Ekstra mocnych, zapala i zaciąga się zamyślony. Dotyka palcami przedniej kieszeni kurtki. Złożona na cztery razy pocztówka z odległej bazy wojskowej, którą mały Wadim znalazł pod materacem swojej pryczy, wciąż jest na swoim miejscu.

***

„Koraliki, kwiaty, wolność, szczęście. Hare Kryszna, Hare Kryszna, Kryszna Kryszna, Hare Hare”.

Śpiew cichnie. Pałeczka perkusisty ostatni raz dotyka czynela. Gitarzyści wypinają kable ze wzmacniaczy. Tancerze siadają na scenie. Niektórzy kładą się na plecach ze zmęczenia. „Koraliki, kwiaty, wolność, szczęście”.

Cisza.

***

Kapitan Keller jednym susem wskakuje na scenę w mieszczącej około setki ludzi sali, na której drzwiach widnieje napis: „Świetlica zakładu leczenia narkomanii”. Niektórzy z barwnej grupki tancerzy siedzących w kręgu na środku sceny witają przybycie Kapitana oklaskami.

Dziś wieczorem, w U’ivu pośród ustawionych co kilka metrów pęków kolorowych świec własnego wyrobu, na drewnianej podłodze świetlicy rozsiedli się wszyscy, którzy za murami zamku szukali wolności.

Otto zdejmuje z głowy kominiarkę i rozgląda się wokół. Przebrani w wielobarwne stroje, niektórzy z turbanami na głowie – to sikhowie Dheerandry. Obok hippisi z włosami do ramion, którzy właśnie skończyli próbę…

Długie, piękne, falujące, płowe i woskowe… Dom dla pcheł, ul dla bzyczących pszczół.

I te koraliki. Na szyi. Na nadgarstkach. Łydkach. „Świetlica zakładu leczenia narkomanii”. Niektórzy naprawdę się leczyli, pod surowym okiem samego Kapitana.

Do sali wchodzą rodziny rzemieślników: serowarów, stolarzy, snycerzy, ogrodników. Dwóch filozofów, siada na zielonych, płóciennych teczkach raportówkach, wypełnionych po brzegi zakazanymi za murami zamku książkami. Wszyscy uciekli tu, do wspólnoty U’ivu, od codzienności nakazów oraz nieustannego węszenia sługusów komunistycznej władzy i jej tajnej policji. Drzwi zamyka za wszystkimi weterynarz Ferenc. Prowadzi ze sobą potężnego cętkowanego doga Mustafę, który kładzie się spokojnie w kącie i byłby zasnął, gdyby nie dzieci, które wskakują mu na kark i domagają się przejażdżki. Brakuje tylko autora rzeźby-witraża stojącej na środku wspólnego placu. Brakuje Jurka. Brakuje jego dobrego ducha.

Randra, złapawszy pytające spojrzenie Kapitana, kręci głową. Pociągnięta do kaplicy linia telefoniczna jest głucha.

– Wszyscy wiedzieliśmy, że ta chwila kiedyś nadejdzie. Że to, co ma się wydarzyć, jest nieuchronne. Jak zima po lecie. Jak głód po najbardziej nawet sycącym posiłku. – Kapitan zwraca się ku Randrze i nieznacznie kiwa głową. – Jak śmierć. Wszyscy cieszymy się dziś, że ta chwila kazała na siebie czekać tak długo. Nauczyła nas cieszyć się każdym kolejnym dniem. Nauczyła, czym jest przemijanie.

Zrozumienie, wybaczenie,

harmonijne współistnienie,

słowo prawdy, zaufanie,

poniżania zaprzestanie,

od umysłu wyzwolenie

i mistyczne objawienie.

Wodnika czas, Wodnika czas…

Dwoje jasnowłosych dzieci zsuwa się z grzbietu Mustafy i opiera się plecami ubranymi w krótkie baranie kożuszki o ciepły brzuch psa. Słuchają uważnie Kapitana, tak jak ich nauczono, ale oczy same zamykają się ze zmęczenia.

– Musicie porzucić swoje warsztaty. Wasze narzędzia jeszcze się wam przydadzą. Zabierzcie tyle, ile zmieści się na plecach. Żebyście mogli wędrować jak najdalej. Jak najdalej od U’ivu.. Wojsko uderzy na nas już wkrótce. Nie wiemy dokładnie kiedy. Ale nic nie możemy zrobić, żeby ich powstrzymać.

Kapitan wyćwiczonym gestem naciąga kominiarkę aż po szyję. Wtedy pośród kilkudziesięciu posmutniałych twarzy, tępo patrzących przed siebie, wysuwa się w górę ręka, jakby uczeń zgłaszał się do odpowiedzi z wyuczonego na pamięć wiersza.

– A gdybyśmy tak – mówi jeden ze starszych rzemieślników, wstając i bezwiednie rozprostowując dłonią grube wąsiska – rozdali wszystkim szable i… Mamy też kilka szpad, naprawdę dobre… Gdyby Ferenc dał nam konie… Przecież jest nas tylu. Prawie dwie setki. To jak trzy kompanie wojska. W końcu jesteś kapitanem… Są tu twoi ziomkowie z Werwolfu… Na wojnie napadać na innych toście się nie bali. To teraz tchórzysz?

Kapitan słucha spokojnie i gestem każe mężczyźnie usiąść. Zatacza spojrzeniem po sali.

– Stu dziewięćdziesięciu siedmiu. Tylu nas jest. I tylu, dokładnie tylu, stu dziewięćdziesięciu siedmiu, pozostanie przy życiu. Nikt bohatersko nie zginie. Nikt nie narazi życia innych swoją pychą poupychaną we frazesy o tym, jak to dulce et decorum est pro patria mori… – Kapitan przełyka ślinę. Jedyne oko łzawi. Narośla na czaszce zdają się pulsować, sprawiając, że pozostałe, jakby doklejone do czaszki ucho strzyże jak u psa. – Nikt nie rzuci się z szablą na opancerzony transporter, nikt, powiadam, nikt! nie uczyni z siebie celu dla tych zagubionych, niczego nierozumiejących chłopców, którym jakiś zbrodniarz, kolejny w dziejach, kazał strzelać do bezbronnych…!

Sala cichnie. Dzieci śpią na brzuchu Mustafy, śniąc o wodnikach i szuwarkach. Kapitan zwraca swą okaleczoną twarz w ich kierunku.

– Żadnemu dziecku nie spadnie włos z głowy… chociaż pewnie niektórym przydałoby się strzyżenie. – Pod kominiarką nikt nie widzi gorzkiego uśmiechu Kapitana Kellera. – To tylko miejsce na ziemi. Jedno z wielu. Są piękniejsze. I cieplejsze… Jak prawdziwe U’ivu. I tam się kiedyś spotkamy. – Kapitan wypowiada te słowa, słysząc pierwsze pochlipywania z kąta zajmowanego przez długowłosych. – Wiecie, co robić. Macie instrukcje. Ćwiczyliśmy to wiele razy. Z Randrą widzimy się przy wozie strażackim. Pożegnajcie się z Rutą. Czuwa przy Erneście.

– Tym razem nawet z najdalszego kącika świetlicy widać wyraźnie, jak Keller zagryza wargi. – Najpóźniej o trzeciej nad ranem wychodzicie tajnym przejściem przez pomost. Cieszcie się światem. Jestem z was dumny. Kocham was. Żegnajcie.

Kapitan Keller schodzi z rampy i szybko opuszcza świetlicę, starając się unikać wzroku zrozpaczonych mieszkańców U’ivu. Robi wyjątek, spoglądając ku wtulonym w brzuch Mustafy śpiącym przedszkolakom, klęka przy nich i długo głaszcze po główkach, po czym znika za drzwiami. Randra również schodzi ze sceny i kłaniając się, przyjmuje z rąk swego najbliższego ucznia wielkie krawieckie nożyce. Pierwszy pomarańczowy turban pada rozcięty na ziemię. Spod niego wylewa się fala skręconych, skołtunionych włosów.

Strąki płowe i woskowe…

Dom dla pcheł,

ul dla bzyczących pszczół.

Kiedy nazajutrz o świcie do świetlicy wkroczą ludzie majora Krótkiego w swych grubych zimowych mundurach i czapkach uszatkach przykrywających wygolone do skóry czaszki, widok grubej warstwy skołtunionych włosów na podłodze wcale ich nie zdziwi. W końcu to narkomani. Długowłosy, brudni i zawszeni.

Za to zdumienie wywoła działający stos atomowy, elektrownia wodna, system irygacyjny opracowany przez pewną nadinteligentną siedemnastolatkę oraz ultranowoczesny komputer, do którego odgadnięcie hasła okaże się jednak niemożliwe. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by wprowadzić do systemu ciąg „liczb taksówkowych”, ulubioną zabawkę umysłową Dheerandry Bandopadhyaya.

Rozdział 5

Nudzący się przy posterunku drogowym żołnierze Krótkiego już z daleka słyszą narastający z każdą chwilą dźwięk syreny. Uznają, że być może to sam major Krótki postanowił zrobić im pobudkę. Kiedy więc staroświecki czerwony chevrolet ze strażacką drabiną na dachu wyjeżdża zza wzniesienia, pozostaje im tylko przesunąć na pobocze kosz z żarzącym się węglem i udawać ważniaków.

Gdyby nie wczesna pora, pewnie zdążyliby zauważyć kilka dziwnych jak na załogę wozu strażackiego postaci, chociażby chowającego się za bębnem z wężem do sikawki Randrę w strażackim hełmie nasuniętym na błękitny turban. Albo kilkunastoletnią dziewczynkę z siwymi dredami zwisającymi spod hełmu.

– Siergiej, Ernest tego nie przetrzyma. Wolniej trochę. – Kiedy Pajączek zagląda dla pewności w tylne lusterko, Ruta właśnie pochyla się nad bratem, szepcząc mu coś czule po litewsku.

***

Ukryty w zęzie jachtu ojciec Ernesta i Ruty, Alexandras poczuł solidne kołysanie wywołane krótką, bałtycką falą. I pierwsze mdłości. Gdy port w Ystad został daleko za rufą zarejestrowanego w Antwerpii dwumasztowego „Van Den Bossche”, blady i wyczerpany zdecydował się zaryzykować i wypełznąć na targany sztormowym wiatrem pokład.

– Wolfskinder. Tak wołali w szkole na Ernesta i Rutę. Nawet nauczyciele – gdy nikt nie słyszał. A przecież prawdziwe wilcze dziecko to ja. Nie wiem nawet, jak wyglądali moi rodzice. I gdzie zginęli. Bo przecież… gdyby przeżyli, na pewno… na pewno by po mnie wrócili, prawda? – opowiada cichym, skupionym głosem Alexandras, popijając gorącą herbatę w kambuzie. Kołysze coraz mocniej. Prognoza pogody się nie myli. Nadciąga sztorm. Sterowany przez „pracowników operacyjnych” oenzetowskiej organizacji UNICEFORKIDS jacht „Van Den Bossche” prze na południe. Azymut: port w Darłowie.

Rozdział 6

– Kondensatory obwodu wzmocnienia do wymiany! Od początku wiedziałem! – krzyczy radośnie Siergiej, gdy ekran radaru bliskiego zasięgu zapłonął na zielono, od razu pokazując jasny, pulsujący punkt.

– Sto, dwieście metrów… Jaka niesamowita dokładność. – Randra dmucha w koniuszek rozgrzanej lutownicy. Gdy podnosi twarz znad drukowanej płytki obwodu, jego turban dotyka sufitu wozu strażackiego.

– Ernest… – Ruta podsuwa się bliżej okna, żeby odczytać wskazanie rtęciowego termometru. – On ma… czterdzieści stopni gorączki.

– Namierzyliśmy teczkę, o tak! – cieszy się Randra. – Znajdziemy wasze paszporty! Nic mu nie będzie, o nie!!

***

– Ładnie ci wychodzi. Naprawdę ładnie. To Haendel? Można? – Major Krótki zamyka za sobą drzwi. Sięga po wiszące na ścianie pracowni muzycznej skrzypce i stara się zagrać coś z pamięci. Fałszuje.

– Palce nie te. I słuch na strzelnicy szlag trafił…

– Dworzak. Czego pan tu szuka? – Ruta zarzuca kilka niesfornych dredów pod opaskę. Odstawia wiolonczelę na stojak.

– Mogę ci pomóc.

– Profesor muzyki to pan nie jest.

– Chruszcz. Pójdzie siedzieć. Jak dorosły.

Ruta zaczyna oddychać szybciej. Zagryza wargi.

– Ma ojca prokuratora. Nic mu nie zrobią.

– Jestem major Krótki. To krótko powiem: pięć lat. Gwarantuję. Krótki wyjmuje z kieszeni poskręcany rowerowy łańcuch.

– I tym… no, wpierdol mu spuszczą. Zresztą, już… w areszcie… trochę go wymasowali po wątrobie. Na zaś, że się tak wyrażę.

Ruta przygląda się łańcuchowi ze zgrozą. „Bili z całej siły” – tyle usłyszała od Lidii, kiedy nieprzytomnego, okrwawionego Ernesta przynieśli do ambulatorium.

– Ja się zgadzam. A teraz, jeśli pan… major pozwoli…

– Wolfskinder.

– Nie znam niemieckiego. Naprawdę już muszę…

Krótki długim susem doskakuje do Ruty i chwyta ją za włosy. Szarpnięciem ściąga dziewczynę na podłogę. Zahaczona wiolonczela przewraca się z łoskotem.

– Coś się szykuje. Chcą was stąd wyciągnąć.. – Krótki szczerzy zęby, które niemal stykają się z nosem Ruty. – Robię to dla ciebie, wilcze szczenię. Ernesta zabierzemy do szpitala. Porządnego szpitala, wojskowego. Gdzie mają dostęp do leków z Francji…

– Czego pan chce?!! Boli!

– Kiedy i gdzie. Kiedy i gdzie? Kiedy i, kurwa, gdzie?!

– Nie wiem… Ja nic nie wiem!!

– To się dowiesz. A wtedy może nie utną twojemu braciszkowi tej jego gnijącej giry. Więc szybko! Jak to mówią: presto! Prestissimo!

Krótki ciska skrzypcami o ścianę. Kiedyś nieźle mu w życiu dopiekły.

***

Ruta unika pełnego troski spojrzenia ukochanego sikha. Udaje, że interesuje ją przesuwający się za oknem chevroleta zimowy krajobraz.

Skurwiel obiecał, że go zabiorą do wojskowego szpitala. Że go wyleczą. Napromieniują i dadzą… chemię. I że mu nie odetną stopy!

Obraz podsunięty przez usłużną wyobraźnię dziewczynki sprawia, że łzy ciekną jej z oczu wielkim, niepowstrzymanym strumieniem. Kilka z nich spada na opuchniętą kostkę majaczącego Ernesta.

Rozdział 7

Jest już prawie południe, gdy Pajączek zatrzymuje się przed szpitalnym murem, który ktoś dawno temu postanowił wymalować na żółto, o czym świadczą odpadające łaty łuszczącej się olejnej farby. Apollonia spogląda na mur i cofa się o dobre kilkanaście metrów, prawie do linii lasu, z którym graniczy szpital.

To będzie typowy sepagraw, czyli luzik.

– Ernest, ty się tam trzymaj – mówi, nabierając rozpędu. Skok. Mur pokonany.

Było parkurzystów wielu… ale przy Pająku wymiękają, merci bien.

Teraz już tylko bieg przez otwarty teren, może ze sto metrów… Pierwsze z brzegu półotwarte okno i jesteśmy w bazie przeciwnika. Zimą?! Okno? Otwarte? No to hop!

Pająk ześlizguje się z parapetu, staje w bojowym rozkroku i rozgląda się po sali. Ogromne srebrne butle ociekają wypływającym na zewnątrz schłodzonym azotem.

***

Lidia Szacka wyjmuje z szafki na leki kilka ampułek, z szuflady dwie strzykawki i wychodzi z gabinetu. Na zewnątrz macha z fałszywym uśmiechem pełniącym wartę przy portierni żołnierzom. Rano zabrali Odyseusza. Doktora Stavramalisa. Idioci wyprowadzili go prosto z sali operacyjnej. Podobno podejrzany. Tylko o co? Nie powiedzieli. Rodzice byli greckimi komunistami, ale to przecież… chyba dobrze? A może za samą oliwkową cerę? A może… za te jego eksperymenty…?

***

Gdy tylko szlaban przy portierni podnosi się do góry, Bolek wciska gaz do dechy. Merc rusza z kopyta w kierunku głównego wejścia do szpitala.

– Bolek, do… no kurna, to szpital jest, oszalałeś? – syczy, otwierając drzwi, czerwony z wściekłości i strachu Lolek. Teraz trzeba przycisnąć tego sukinsyna ze zdjęcia. Bolek wyjmuje zza pazuchy wymięty egzemplarz gazety i odświeża sobie i tak całkiem niezłą pamięć do twarzy.

– Bohater się znalazł. Ciekawe, czy będzie taki twardy, kiedy Lolek mu trzeci dzień z rzędu rozgrzaną żarówę do nosa przystawi, strażak-ochotnik zasrany. – Bolek wskazuje palcem na zdjęcie i kładzie obok niego swoją służbową legitymację tajnej policji. Portier pamięć do twarzy ma zdecydowanie gorszą. Zakłada okulary i dopiero po dobrych kilku sekundach wskazuje na schody.

***

– To pracownia doktora Stavramalisa? -pyta onieśmielona Pola. Lidia wskazuje na metalowe kadzie.

– W środku są… zarodki.

Na dłoni doktor Szackiej leży opakowanie tabletek.

– Bierz je i uciekaj stąd. – Lidia zamyka za sobą delikatnie drzwi. – Randra wie, co robić. I pożegnaj go ode mnie. – Głos Lidii traci wszystko ze swojej zwykłej pewności. – Nie, zaczekaj. Poproś o wybaczenie. Ernesta. Rutę. Za późno go wykryliśmy. Za późno zrobiłam prześwietlenie. To wszystko moja wina.

Nie jestem taka twarda, Oma. Nicht so hart wie du.

Lidia wsuwa dłoń do kieszeni lekarskiego fartucha. Zapisana równym, gęstym pismem, porządnym i czytelnym, kartka ze sporządzoną po niemiecku diagnozą złożona była na trzy i umieszczona w białej kopercie.

Zalecenie: Amputacja nogi lewej powyżej kostki. Rozpoznanie: Rak kości.

Pajączek przyjmuje kopertę z ręki Lidii i wsadza głęboko do kieszeni, razem z lekami.

– Trochę się pomnie. Jest w ogóle takie słowo? „Pomnie”?

– To nieważne – mówi przez łzy Lidia. – To zupełnie nieważne… Sepagraw, Pola. Sepagraw.

Lidia odwraca się i wychodzi z sali. Pajączek bardzo chce ją ucałować w policzek, ale nie zdąża. Gdy wygląda przez okno, jego uwagę przykuwa niecodzienny widok: mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat zwisający ze ściany na urwanym drucie piorunochronu.

***

– Jacyś chyba dziennikarze do pana. Fartuchy zakładają. Zaraz tu będą. Oj, chyba będzie pan sławny! – świergocze podekscytowana pielęgniarka, poprawiając poduszkę pod głową Gniewskiego. Pochyla się jeszcze niżej, tak że jej usta prawie stykają się z uchem Prezesa.

– To esbecja. Legitymacje pokazali. Okno zostawiam otwarte.

Gdy pielęgniarka znika za oddziałowymi drzwiami, Gniewski podciąga spodnie od piżamy, stawia gołe stopy na posadzce i odruchowo chwyta za teczkę… której przecież nie mogło być obok na stole. Została gdzieś w śniegu, obok płonącego szybu. Otwiera okno na oścież. Chwyta się piorunochronu i nawet udaje mu się zejść kilka metrów na dół, zanim traci siłę w rękach. Na szczęście upadek amortyzuje hałda brudnoszarego śniegu, zwożonego w to miejsce przez dozorcę.

Kiedy wciąż oszołomiony otwiera oczy, widzi nad sobą twarz dziewczynki w wieku lat kilkunastu, pochylającą się nad nim z zaciekawieniem.

– Cześć… wuju – wypowiadają usta dziewczynki.

W-u-j-u?

Brwi Mariana Gniewskiego wędrują tak wysoko w górę, że prawie zahaczają o czubek łysiny.

– Ala?

– Apollonia. Wuju. Zgubiłeś coś? Wuju? – pyta z przekąsem Pajączek.

Pola? Jaka… duża. I… pajączkowata.

– O… owszem. Teczkę zgubiłem. W środku były ważne doku…

– Masz. Obejrzyj sobie.

Pajączek wyjmuje zza pazuchy czarno-białe zdjęcie, które Gniewski usunął z albumu podczas swej krótkiej wizyty w kuchni domu Ani i Odyseusza w Bobrówku. Po czym zgubił, biegnąc jak zwariowany za uciekającym pociągiem.

– Twoja mama nie przepadała za swoją siostrą. – Gniewski wciąż patrzy w punkt położony gdzieś nad otaczającym szpital murem. – Podobnie jak ja. Ale się jej bbbb… bałem. – Prezes zaczyna dzwonić zębami. – Pokłóciły się… kiedy Ania wyszła za Odyseusza.

– Mojego tatę?

– Zzzzzapewne. To znaczy, tttttak.

– No, uważaj! Bo ci zaraz przyfasolę, wuju, niewuju…

– Lepiej mi powiedz, kim jest ten facet w bbbbbaranim kkkkożuchu. I dlaczego stoi na szczycie ddddrabiny?

Nad szpitalny mur wyjechała, rozsuwając się jak teleskopowa wędka, strażacka drabina. Na jej końcu, niczym plastikowy ludzik z Lego, stoi wyprostowany jak struna Siergiej. I uśmiecha się od ucha do ucha, wymachując…

– Moja tttttteczka… – mamrocze zdumiony Gniewski.

– Brawo, Siergiej!! – krzyczy Pajączek.

Kilkanaście sekund później Siergiej sadzi do nich tymi swoimi wielkimi wikingowymi susami.

Gniewski patrzy na niego jak na nadciągający huragan. I znowu jest bardzo mało odważnym Prezesem. Ale tylko na chwilę. Bo kiedy się człowiek w bohaterstwie przełamie, to już podobno zostaje na dłużej.

– Schowajcie się chociaż za murek. Z kilometra was widać – szepcze lekko zasapany dwumetrowy eks-Terminator i kieruje ciekawskie spojrzenie ku Prezesowi… który trzęsie się z zimna. I nie tylko.

– Pajączek, leki masz?

– Jasne. Jak Ernest? Lepiej? – Pajączek, widząc zatroskaną twarz Siergieja, redukuje natychmiast swoje oczekiwania. – Chociaż nie gorzej, co…?

I na to nie ma odpowiedzi.

Korzystając z tego, że wbrew poważnym obawom wciąż pozostaje przy życiu, Gniewski zaczyna się powoli oddalać, przyspieszając kroku. Wystarczyło jednak, by Siergiej położył mu rękę na ramieniu. I Prezes zamiera w pół kroku.

– Dokąd to, wuju, w tej piżamce? Zdaje się, że masz jakiś plan? Bo ja już chcę wracać. Ja już naprawdę chcę wracać!

– Ssssłyszeliście o Bbbbornym Ssssulinowie?

– Wydaje mi się, że byłam tam kiedyś na obozie żeglarskim. – Pola aż pęka z dumy.

– Na mmmmapie pojawi się dopiero za dziesięć lat. Bo teraz jest tam…

– Radziecka baza pocisków atomowych – przerywa Prezesowi Siergiej. Po czym sięga za pazuchę do przedniej kieszeni kożucha i wyjmuje złożoną poczwórnie pocztówkę.

– I jeśli wczytaliście się w dokumenty z teczki…

– Eksperymentalne laboratorium – znowu przerywa Siergiej i podsuwa Prezesowi pod nos pocztówkę. Widnieje na niej kolorowe zdjęcie pomnika radzieckiego żołnierza z uniesioną ku niebu pepeszą. – W połowie dwudziestego wieku przywieźli tam prototyp…

– Kapsuły…

– Tak toczna.

– Przerywacie sobie jak w tym programie na TVN-ie. Widziałam cię

w nim wuju tak ze dwa razy. Ale wtedy nie miałam pojęcia…

– Ja nnnigdy nikomu nnnnie przerywałem.

– Nie trzeba było. Bali się ciebie, osły. A ty przecież nie jesteś znowu taki… No żaden z ciebie… hm… debil, jak to mówili moi znajomi ze szkoły. Siergiej, okryj wuja kożuchem, bo nam zamarznie. I spadajmy stąd. Najwyższy czas. Kto pierwszy przez mur? Wuj przodem.

***

Sofija i Jadwinia spoglądają ku głównemu wejściu szpitala spod miedzianych, połyskujących lekko w zimowym słońcu strażackich hełmów. Wartownik przysypia za szybą portierni, trzymając pod ręką kopertę zaadresowaną nastoletnim charakterem pisma. Jakaś dziewczyna kazała ją przekazać majorowi Krótkiemu. Wartownik jeszcze w życiu nie widział takich dziwnych włosów. Kołtun na głowie. Ot, co – pomyślał. Ale tę dziwną nastolatkę dobrze sobie zapamiętał.

– To na pewno nasz – syczy teatralnym szeptem do ucha przyjaciółki Sofija, wskazując na zaparkowany przed bramą biały mercedes.

– Ja zobaczyłam go pierwsza! – odpowiada Jadwinia, szepcząc o kilka decybeli za głośno.

– Czy to ma teraz jakieś znaczenie? – Sofija odwraca głowę w kierunku przyjaciółki, tak że oba hełmy stykają się ze sobą, dzwoniąc metalicznie. – Ważne, że mamy to.

Doskonale wypielęgnowane dłonie rozwijają filcowe zawiniątko. W środku znajduje się metalowy przedmiot.

Kiedy pół godziny później przebrane za pielęgniarki Jadwinia i Sofija opuszczają szpitalny parking w białym mercedesie, Bolek i Lolek siedzą w pralni przywiązani do słupa podtrzymującego strop podartymi w tym celu na pasy piżamami.

– Dlaczego ty masz czepek przełożonej? Możesz mi to wyjaśnić? Mój jest bez paska. A twój…

– Och, już dość tego! – Sofija przekręca ukrytą pod kolumną kierownicy gałkę boostera mocy i dodaje gazu tak, że oba czepki spadają z głów agentek UNICEFORKIDS, a przyspieszenie zamyka w końcu na dłuższą chwilę usta Jadwini. Chociaż w akcji przeciwko esbekom to ona zwabiła Lolka do pralni. Odgrywanie naiwnej i bezbronnej zawsze wychodziło jej po prostu wybornie. Sofija jednym ruchem wyprzedza dwa wolniejsze samochody i światła niebieskich „kogutów” na dachu strażackiego chevroleta znacznie się przybliżyły.

Ze szpitalnej pralni dochodzą coraz głośniejsze jęki. Bolek i Lolek mają sobie coś do wyjaśnienia. Na przykład to, kto się bardziej przestraszył pistoletu na ślepaki. I dwóch pielęgniarek.

Rozdział 8

Na pogrążoną w ciemnościach stację benzynową, omal nie zahaczając drabiną o chwiejący się daszek, wtacza się staroświecki wóz strażacki, a tuż za nim inna rzadkość na polskich drogach początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku – biały mercedes. Kiedy z kabiny strażackiego chevroleta wyskakuje wysoki Hindus w turbanie i kilkoma sprawnymi ruchami uruchamia dystrybutor z benzyną, właściciel zlokalizowanego obok przydrożnego baru „Roma”, podnosi słuchawkę stojącego na blacie telefonu i, nie spuszczając z oka niecodziennych gości, wykręca kilkucyfrowy numer.

– Widzisz, tobie to.. łatwo mówić – siedzący obok Siergieja pod drabiną Prezes Gniewski kontynuuje toczącą się w trakcie jazdy dyskusję. Z westchnieniem rozprostowuje przemarznięte nogi i, trzymając się jedną ręką zesztywniałego węża strażackiego, zeskakuje ostrożnie na asfalt. Na znak dany przez Siergieja chwyta za rączki noszy. – Ty i tak jesteś gierojem. Bohaterem. Może nawet medal ci dadzą.

– Gaspadin Marian, przecież to ty wyrwałeś broń temu po lewej. Odbezpieczoną! –odpowiada Siergiej, delikatnie unosząc nosze z pojękującym Ernestem.

– Ale to ty… rzuciłeś się im pod koła… No i solidnie przy…trzasnąłeś temu dużemu w zęby.

– Tak toczna. Ale to nie znaczy, że się nie bałem. A gieroje się nie boją niczego.

Tylne drzwiczki mercedesa otwierają się i Siergiej delikatnie zdejmuje nieprzytomnego Ernesta z noszy. Ruta czeka już z drugiej strony auta.

– A bałeś się? Ty? – Prezes prostuje się i łapie za bolący krzyż.

– Jak zawsze. – Siergiej obciera wierzchem dłoni spływający z nosa katar.

– To ja też się nie nadaję. Bo kiedy nas zatrzymali, myślałem, że ze strachu.. nieważne. Ważne, że chłodno jest i tak strasznie nie śmie.. pachnie....

Gniewski przerywa zawstydzony, widząc wysiadającą z mercedesa

Sofiję. Jednocześnie z wozu strażackiego wyskakuje Pajączek.

– Tylko nie zapomnijcie o lekarstwach dla Ernesta!! I mam tu jeszcze list od pani doktor… trochę pomięty…

Sofija głaszcze Polę po głowie i mocno tuli do siebie. – Musimy ruszać. Krótki jest już pewnie niedaleko. A z nim pół armii.

Na dźwięk tego nazwiska, wyraźnie zmieszana Ruta chowa głowę do auta i pochyla się nad bratem. Na zewnątrz wystają tylko jej siwe dredy. Sofija odbiera z rąk speszonego Prezesa skradzioną teczkę z paszportami dzieci.

– Dziękuję za… za to, wtedy na moście – Prezes sięga po dłoń nieco skrępowanej szarmanckim gestem Sofiji. Gdy przez chwilę patrzą na siebie, dociera do nich, jak to wszystko było dawno. W końcu „special operative” Sofija przerywa milczenie.

– Nie ma za co. Chyba było warto. Innym pożegnania też niespecjalnie wychodzą. Zwłaszcza Rucie

Troszkę speszony jej chłodem Pajączek zdejmuje rękawice, biegnie dookoła samochodu i rysuje na oszronionej szybie serduszko. Po chwili zastanowienia dodaje jeszcze dwa słówka:

„Iki. Laimingai”. „Cześć. Trzymaj się”.

Wewnątrz Jadwinia sięga do lewej gałki radia. Głośnik ożywa trzaskami i odległymi głosami audycji w egzotycznych językach. Jadwinia kręci gałką, jakby szukając swojej ulubionej stacji. Przez szybę widzi, jak Randra rzuca się w objęcia Pajączkowi, Siergiejowi, a następnie żegna się z Prezesem i Sofiją. Wóz strażacki wyrzuca z rury wydechowej obłoczek niebieskiego dymu i rusza, gdy tylko tylne opony łapią przyczepność na oblodzonym betonie. Na chwilę zatrzymuje się i na pożegnanie włącza wszystkie światła, w jakie zaopatrzyła go fabryka, po czym – jakby ruszał na ostatnią akcję – wtacza się na szosę, statecznie nabiera prędkości i znika za zakrętem. Wielka ręka w rękawie szynela z naszywką tygrysa na ramieniu macha mu na pożegnanie, a następnie odwiesza dyszę dystrybutora na miejsce.

Tymczasem agent Jadwiga Kossobudzka trafia na poszukiwaną częstotliwość: 450kHz. Z radia dochodzą głosy, a następnie hałas. I krzyki. W końcu słychać, jak ktoś chwyta za mikrofon radia i w szamotaninie udaje mu się coś powiedzieć, wykrzyczeć w nieznanym języku!

– Nic nie rozumiem! – Jadwinia opuszcza okno i woła Sofiję, która aktualnie wisi na szyi Randry. – Sofija, mamy kłopoty!

– Randra mówi, że chce już wracać do domu. Co jest? – Sofija wskakuje za kierownicę, wrzuca teczkę z paszportami na kolana Jadwini i błyskawicznym ruchem przekręca kluczyk.

– Sama posłuchaj.

Z radia dochodzi wyraźny głos mężczyzny.

– Czy to może być po litewsku? – Sofija spogląda na Rutę w tylnym lusterku. Ta jednak udaje, że podaje Ernestowi leki.

– Nie słyszałam. Może i tak. – Ruta odwraca wzrok jak dziecko, które właśnie powiedziało nieprawdę, a wciąż jeszcze nie dorosło na tyle, żeby kłamać często i bezkarnie. Jak dorośli.

Sofija zamyśla się i wrzuca pierwszy bieg. W lusterku widzi, jak Randra macha im na pożegnanie. Jak macha na pożegnanie Rucie. Jak jego na wpół schowane pod wielkim siwym wąsem usta szepczą do niej:

– Wybaczam ci.

Pół godziny później na stację benzynową podjeżdża, wezwany przez nielubiącego zadzierać z władzą właściciela „Romy”, wóz bojowy piechoty. W ostatniej chwili wyprzedza go pędzący z maksymalną prędkością brązowozielony gazik.

– Nalej do pełna – warczy krótko pod adresem kaprala-kierowcy major Krótki i wyskakuje z auta. – Ja sprawdzę, kto tu sobie zasłużył na wojewódzki medal donosiciela nr 1. A przy okazji coś przekąszę… Ten gówniarz.. no ten spec od witraży i czerwonych serduszek miał jakiś pancerny nochal. A wy, kapralu? Macie pancerny nochal? – Krótki zwija posiniaczoną dłoń w pięść i podsuwa pod nos zestrachanego podwładnego.

Kiedy kilka minut później właściciel baru „Roma” stawia usłużnie przed nosem Krótkiego parujący talerz z zupą rybną, ten odpycha go na bok pogardliwie i opychając się na wpół-czerstwą bułką jak wygłodniały pies, tak, że okruchy spadają na wilgotną od naniesionego z zewnątrz zmrożonego, brudnego śniegu podłogę, wstaje na równe nogi, jakby zobaczył przez okno coś niezwykłego, na przykład podjeżdżającego pod stację świętego Mikołaja, albo wysokiego na dwa metry hindusa w turbanie, który zdejmuje dyszę z dystrybutora i zaczyna wylewać benzynę na ziemię. Żółty płyn pełznie po śniegu coraz szerszym strumykiem, odcinając możliwość pogoni. Przerażony kapral-kierowca Krótkiego celuje w starca w turbanie ze służbowego pistoletu. Zafascynowany oglądaną sceną, zupełnie jakby siedział w kinie i podjadał popcorn, Krótki wpycha do ust kolejny kęs bułki, ignorując zupełnie stygnący na stole talerz zupy. Hindus uśmiecha się dobrodusznie spod swych sięgających od ucha do ucha siwych wąsów do wrzeszczącego coś do niego kaprala i podnosi dyszę wysoko, aż czuje opór stawiany przez sztywny od mrozu gumowy wąż. Schyla nieco głowę, jakby na stole przed nim stała miską z gorącą wodą do codziennego rytualnego obmycia. Benzyna ścieka po turbanie, który błyskawicznie nasiąka jak gąbka i cieknie dalej po szarym wojskowym szynelu do ziemi. Dysza spada na ziemię, wciąż wypluwając z siebie kolejne litry benzyny. Krótki podnosi do ust talerz z zupą, będąc świadkiem jak kapral-kierowca oddaje ostrzegawczy strzał, przeładowuje pistolet i strzela drugi raz, tym razem celując w nogi dwumetrowego starca, który klękając, zrywa z ramienia wojskowego płaszcza wypłowiałą naszywkę ze skaczącym tygrysem. Wyjmuje z kieszeni zapalniczkę. Przez sekundę, może dwie spogląda w pełgający płomień, szepcąc coś do siebie, pewnie modlitwę, po czym (druga kula przeszywa turban i rykoszetuje o stalowy słup), podpala naszywkę (trzecia kula trafia w gardło i przebija je na wylot), która, wyślizguje się z palców umierającego starca, tląc się żywszym niebieskawym płomieniem spada na ziemię.

***

Płomień błyskawicznie dotarł do podziemnego zbiornika z paliwem i żywiąc się nim zachłannie, wystrzelił do góry, wysoko, nad koronę drzew. Ogłuszająca eksplozja rozerwała gazik oraz jego kierowcę na kawałki, niektóre, jak choćby urwaną rękę z zaciśniętymi na broni służbowej palcami, odnaleziono nazajutrz sto metrów dalej, pod lasem. Po kilkunastu minutach pożar zaczął przygasać, ale tlił się jeszcze długo, pochłaniając doszczętnie nadwęglone, wychudzone niemal do szkieletu ciało Dheerandry Bandopadhyaya. Jego sikhijska dusza była już w drodze do domu, do wolnych Indii.

Kiedy kilka godzin później było jasne, że oparzenia na twarzy dały się szybko opatrzyć major Krótki, wciąż wściekły z głodu, odsuwając na bok kopniakiem zawadzające mu zwłoki właściciela baru „Roma”, wskoczył do transportera i ciskając przekleństwa na prawo i lewo, zajął swoje ulubione miejsce w wieżyczce. Z wewnętrznej kieszeni oficerskiego moro wydobył kilka kartek zapisanych dziewczęcym charakterem pisma. Na rozkaz rzucony do interkomu transporter ruszył do przodu, wyrzucając z rur wydechowych czarną chmurę spalin. Grube opony przetoczyły się po skrawku niebieskiej tkaniny i zdusiły i tak już dopalający się płomień.

Rozdział 9

Potupując nogami, by odpędzić chłód, ale trochę też z nudów, pełniący służbę wartowniczą na wieży starszy kapral Kirył rozgląda się przez lornetkę po zimowym krajobrazie. Chociaż baza w schowanym pośród jezior i wrzosowisk Bornem Sulinowie została postawiona w stan alarmu, Kirył, przekręcając zmarzniętymi na lód palcami pokrętło wyostrzające obraz w lornetce, nie spodziewa się dojrzeć pośród wcześnie zapadającego zimowego zmierzchu niczego niepokojącego. A jednak. Wychyla się mocno za barierkę wieżyczki wartowniczej ustawionej tuż przy głównej bramie wjazdowej..

– A eta szto takoje?! – mamrocze Kirył, kiedy pulsujące czerwone i niebieskie światła zbliżają się do zewnętrznego perymetru bazy. Prawie wciskając okulary lornetki w oczodoły, kręci wściekle pokrętłem ostrości w lewo i prawo. – Nje-wjero-jatna!

Kirył należy do tych wybrańców radzieckiej bazy odizolowanej grubymi zasiekami od reszty komunistycznej Polski, których za wzorową służbę kamandant wysłał do kina na film sciencefiction i to w dodatku a-me-ry-kański.

Blizkije kantakty trjetej stjepjeni. Bliskie spotkania trzeciego stopnia. Kirył doskonale pamięta swoje przerażenie, kiedy najprawdziwszy statek międzygalaktyczny obcych, UFO najprawdziwsze, przyleciało prosto z kosmosu i posługiwało się – Kirył sprawdza jeszcze raz przez lornetkę – właśnie takimż samym, no toczka w toczkę, zestawem czerwono-niebieskich błyskających świateł!

Które są już naprawdę bardzo, bardzo blisko.

Wniosek może być więc tylko jeden: Na Kiryła przyszła kryska. Nie dopadli Amerykańce swoimi rakietami, dopadnie UFO!

To po niego lecą. Kirył nie ma czasu do namysłu, czy to aby nie lepsze perspektywy kariery niż tu na obcej przecież ziemi, choć – jak to wmawiają im „polityczni” spece od propagandy – zamieszkanej przez kamuniczesnych druziej. Komunistycznych przyjaciół.

Kirył chwyta za służbowy telefon, którego przewód prowadzi prosto do komendantury. Chwilę słucha sygnału, lecz tam w komendanturze… no tak, spirytus, albo nawet „kanjak” leje się jak sewastopolski deszcz. Strumieniami. I pewnie banany wyciągnęli na tę okazję z magazynu. Wojna jakoś przeszła bokiem. Więc jest się z czego cieszyć.

Tymczasem tajemnicze światła na moment znikają, pewnie za wzniesieniem na wrzosowisku, ale po chwili pojawiają się znowu.

Większe i mocniejsze.

Kirył patrzy w kierunku bramy wjazdowej, którą może otworzyć tylko sołdat w wartowni. Jeśli akurat nie zabraknie prądu. Bo wtedy elektromagnetyczne zamki szlag trafia i potrzeba pół kompanii czeławieka, żeby odsunąć wykonane z utwardzanej stali rygle, żeby transport z mielonką i wódką mógł do środka wjechać. Wartownik uspokaja się nieco, na wypadek, gdyby to jego miał kamandant oskarżyć o wpuszczenie obcych do środka bazy, w której… Kirył wiele słyszał plotek od pijanych podoficerów o tym, co znajduje się w chronionych trzymetrową warstwą żelazobetonu podziemnych halach. Rakiety z ładunkami termojądrowymi wycelowane w… Hollywood. Zapewne tak, ale podobno Coś Jeszcze. Dostęp do tego Czegoś mają ci dziwni, małomówni towarzysze w białych kitlach, którzy zjeżdżają do bazy kilka razy w roku i… nie zawsze ją potem opuszczają. Na pewno nie tą bramą. Kirył by o tym przecież wiedział najlepiej. Czuje się bardzo ważnym Wartownikiem, po którego lecą teraz Obcy z innej galaktyki. Dobrze, żeby to była galaktyka, gdzie mają pod dostatkiem bananów, czekolady, wódki i amerykańskich filmów science fiction, takich jak Gwiezdne wojny, których to już kamandant zobaczyć nikomu nie pozwolił, tylko sobie.

Gdy Kirył jest już właściwie mentalnie pogodzony z koniecznością międzygwiezdnej podróży, dokładniejsze spojrzenie przez lornetkę wykazuje, że nadjeżdżający obiekt to w istocie wóz strażacki, którego załoga dla jasności sytuacji włączyła jeszcze syrenę. Postępując logicznie, Kirył kieruje lornetkę ku koszarom, bo tam zdarzało się jednemu czy drugiemu mużykowi zaprószyć ogień, ale… nic. Nawet śladu dymu. No cóż, pojazd kołowy, a nie żaden latający spodek, trza będzie zatrzymać pod zamkniętą bramą. I się sprawdzi, co i jak. I nie będzie to przyjemne dla tych strażaków, skądkolwiek i po cokolwiek jadą. Bo Kirył naprawdę liczył na tę podróż do bananowej galaktyki. Zarzuca na ramię służbowy karabin i robi już pierwszy krok po schodkach w dół, ku bramie, gdy słyszy skrzypienie zawiasów i metaliczny stukot odblokowujących się elektromagnetycznych zamków. Zanim udaje mu się zbiec na dół, brama jest już otwarta na oścież. Zupełnie jak w tym amerykańskim filmie! A więc jednak!

***

Pędzący z prędkością osiemdziesięciu sześciu kilometrów na godzinę czerwony strażacki chevrolet, podskakując na betonowych płytach i niemal zahaczając drabiną o przewody telefoniczne, przemyka obok zdumionego Kiryła jak wielobarwna kula prosto z innej galaktyki, obrzucając jego popękane od wieloletniej służby kamasze błotnistym, ciemnoburym śniegiem.

Wiszący na samym końcu wyciągniętej do maksimum strażackiej drabiny Siergiej zdołał jeszcze odebrać długi i bolesny przekaz z radzieckiego satelity, zawierający koordynaty konieczne do powrotu. Zanim Bajkonur 14 schowa się ostatecznie za wyznaczającymi linię horyzontu, prostymi jak słupy sosnami, pozostawia w głowie byłego agenta Sierioznego pamiątkę, karę za niesubordynację: rozrywający sieci neuronowe ból.

***

Trzydzieści dwie minuty wcześniej leciwy chevrolet wjeżdża głęboko w leśną drogę i zatrzymuje się z jęknięciem wysłużonego zawieszenia.

– Mam latarkę – przypomina sobie Siergiej, gdy okazuje się, że światło w kabinie nie wystarczy, żeby odczytać wyciągniętą przez Prezesa z teczki instrukcję obsługi dziwnego urządzenia, przypominającego swym jajowatym kształtem kapsułę… Bardzo podobną do tej, jaka została odkopana w warszawskim metrze.

– A jeśli rzeczywiście mają tylko dwie? – pyta, śliniąc palce, żeby przewrócić kartkę, Siergiej.

– Będziemy się martwić, JEŚLI w ogóle jakąś mają. – Prezes niechcący świeci Siergiejowi prosto w oczy latarką. – I jeśli uda się nam chociaż przejechać przez bramę.

– Dlatego musimy – wskazuje na mapie północną bramę Siergiej – wjechać punkt siedemnasta…

Z tylnej kanapy dobiega bardzo znaczące chrząknięcie Apollonii, którą zainteresowały te dziwne litery, niektóre tylko przypominające polskie.

– Onachoct? Cekpetho? To po egipsku jakoś? – Pajączek podnosi oczy znad pożółkłej kartki.

– Opasnost’. Niebezpieczeństwo – szepcze biały ze strachu

Gniewski-Prezes-Wuj.

– Sekrjetna. Tajne – dodaje blednący Siergiej, jakby uruchomił mu się w głowie ukryty głęboko podprogram. Jest przecież w końcu biostymulowanym eks-Terminatorem.

– To dlatego tu jesteśmy.

– Więc kapsuła…

– Prjedłog… – Słowa utykają Siergiejowi w gardle.

– Pretekst. Wiedzieli, że pojadę do Gdańska. Żeby zaalarmować Wałęsę i innych z Solidarności.

– Ale o czym? – Oczy Pajączka robią się wielkie jak w japońskiej kreskówce.– O czym, wuju szanowny? Z góry merci bien za uczciwą odpowiedź.

– O tym. – Palec Prezesa-Wuja wędruje ku rozłożonej kartce z rysunkiem przedstawiającym potężny zbiornik, cysternę, owiniętą w tak dużą liczbę rur, rurek i manometrów, że każdy hydraulik po zobaczeniu czegoś takiego we śnie obudziłby się natychmiast z krzykiem.

– Ile tego zakopali?

– Nie mniej niż pięćset. Niektóre, jak to się teraz mówi, „pełen wypas”, inne mniejsze, o nieporównywalnie mniejszej sile rażenia.

– Ruszamy.

– Ruszamy!

– No wreszcie… – wzdycha Pola.

– Kiedy dam wam znać, wysuniecie drabinę do końca. Muszę się znaleźć nad koroną tych… sosen. Spróbuję połączyć się z satelitą. Wy prowadzicie. No to.. ruszamy.

– Zaraz. Jacy „wy”? To znaczy ja?! – woła Gniewski za wysiadającym z kabiny Siergiejem.

– No chyba nie Apollonia Odysejewna? Za mała jeszcze jest.

– Za mała? – sapie Prezes, próbując sięgnąć nogami pedału gazu. – To JA jestem za mały!!

W tym momencie otwierają się drzwi od strony kierowcy .

– To chociaż może zmieniaj biegi, co wuju? – Pajączek wdrapuje się na siedzenie, spychając Gniewskiego na bok. – Na początek przydałby się wsteczny. Nie widziałeś tu gdzieś wstecznego?

***

Skrępowanemu grubą liną do krzesła na wartowni sierżantowi-starszynie serce wciąż jeszcze łomoce ze strachu, mimo że ubrany na czarno napastnik uruchomił dźwignię zamykającą na powrót główną bramę bazy i zniknął za drzwiami wartowni. Gdy, parę chwil wcześniej, pochylając się nad rzędem przełączników i przekładni, na chwilę zdjął czapkę… Starszyna czegoś tak ohydnego nie widział w żadnym filmie. Twór ten wpatrywał się w niego jedynym okiem wypełzającym na zewnątrz potwornie zdeformowanej czaszki. Nic dziwnego, że wybrali na atak dzisiejszy wieczór. Cała komendantura w sztok pijana rżnie w pokera o najlepszy gruziński koniak. Wojny podobno nie będzie. Zamiast tego sierżantowi przyszło jako pierwszemu gierojowi odpierać podstępny atak Jednookich Potworów z Kosmosu.

***

Kiedy sierżant-starszyna wciąż jeszcze przewijał w głowie film z bliskiego spotkania trzeciego stopnia z Obcym z kosmosu, Pajączek, Prezes i Siergiej przemykali już wąskim korytarzem prowadzącym do tajnych hal umieszczonych głęboko pod ziemią. Na czoło ekspedycji wysforowała się wysportowana sylwetka w czarnej kominiarce. Kapitan Keller oświetla drogę latarką, co chwila sprawdzając coś w rozpadających się ze starości planach.

– Domknijcie za sobą dokładnie grodzie. Zamek ma blokadę… chwileczkę.. z lewej strony – rzuca znad oświetlonej latarką kartki. – To ich powinno zatrzymać, chociaż na kilka minut. Zanim naczalstwo wytrzeźwieje i każe wysadzić grodzie w powietrze.

Nad głową opierającego się o betonową ścianę tunelu Pajączka rozbłyska przykryta zbrojonym kloszem żarówka.

– Włączyli zapasowe zasilanie. Są szybsi, niż myślałem. – Keller chowa latarkę do kieszeni. – Według mapy główna hala jest gdzieś za tą stalową bramą. Pajączek? Gotowi? To ruszamy.

Pierwsza potężna eksplozja następuje kilka chwil później. Po niej druga. I trzecia. Wstrząsa prowadzącym głęboko pod ziemią korytarzem jak trzęsienie ziemi na japońskich wyspach. Kawały żelazobetonu urywają się z sufitu razem z prętami i spadają z hukiem na ziemię.

W ślad za nimi opadają kilogramy cementowego pyłu. Lampy przygasają na dłuższą chwilę i w korytarzu zalega ciemność. Kiedy zapalają się znowu, nad Pajączkiem pochyla się Wuj Marian i z niepokojem ściera jej z oczu betonowy pył.

– Pola.. Pola? W porządku? Słyszysz mnie? Pola?

– Nnnie słyszę, ale to sepagraw.. wuju. A reszta ekipy? Cali? – Pajączek siada pod ścianą, rozglądając się wokół, ale widać niewiele.

– Szybko! Wchodźcie do środka! Zaraz tu będą! – wyłaniający się z chmury pyłu jak z mgły Kapitan Keller siłą ciągnie za sobą ogłuszonego Pajączka i gdy Gniewski w ostatniej chwili przeciska się przez zamykające się grodzie, rygluje je od wewnątrz.

Gdy Gniewski przeciera oczy z pyłu i rozgląda się zdumiony po niewielkiej hali, przypominającej te z czarnobiałych kronik o pierwszych lotach w kosmos, Siergiej siedzi już przy szerokiej na kilka metrów konsoli sterowania i po kolei załącza obwody. Pola wtyka swój ciekawski nos do jednej z dwóch podłączonych do konsoli grubymi kablami jajowatych kapsuł, a Kapitan zdejmuje ze ściany wiszące tam jak eksponaty w muzeum sztuki nowoczesnej maski przeciwgazowe. Jedną z nich podsuwa Poli pod nos.

– Mają filtry przeciwradiacyjne. Załóż ją natychmiast. – Keller wskazuje na przyklejone do ścian plakaty z „koniczynką” oznaczającą promieniowanie. – Na wszelki wypadek. Ja już… nie potrzebuję, ale ty…

Kapitanowi Kellerowi przerywa drugi, jeszcze silniejszy wybuch. Wstrząs zrzuca Gniewskiego z siedzenia operatora. Siergiej wciąż siedzi obok niewzruszony. Niczym szalona sekretarka, wstukuje do pamięci komputera wszystko, co zapamiętał z łączności z satelitą. Roztargniony, strzepuje tylko pył z ramion, jak w reklamie szamponu przeciwłupieżowego. Pozostaje równie niewzruszony, kiedy jedna z belek podtrzymujących gruby na półtora metra strop urywa się nagle z nitów i z łoskotem uderza w sam czubek kapsuły.

Gdy Gniewski podnosi się z podłogi pokrytej grubym zielonkawym linoleum, z wypisanym na twarzy bólem może jedynie oświadczyć wszystkim to, co i tak jest dość oczywiste:

– Została nam tylko jedna kapsuła.

– Jeśli uda się ją uruchomić. Odcięli dopływ prądu do transformatora. Mam… dokładnie zero amperów. – Siergiej odwraca się na krześle.

– Czy ja mogę powiedzieć, że to… w sumie sepagraw? Czy raczej bym nie trafiła? I powinnam raczej powiedzieć, że to poważne? I że to koniec? I że już nigdy nie zobaczę… No… sepagraw czy nie? – Pajączek nie czeka na odpowiedź, bo oto w odległym końcu hali, dokąd nie dociera światło lamp, otwierają się zamaskowane drzwi i staje w nich Kapitan Keller, który popycha przed sobą stalowy wózek przypominający te, jakie służą do przewożenia bomb lotniczych, podwieszanych potem pod skrzydła samolotów. Na wózku znajduje się obły, połyskujący metalicznie obiekt, zupełnie jak bomba. Widnieje na nim ta sama żółta koniczynka, co i na ścianach. Licznik Geigera, mierzący natężenie promieniowania, zaczyna charakterystycznie trzeszczeć.

–Trzeba to umieścić w luku paliwowym. Tuż za tobą, Siergiej – mówi Kapitan Keller, ale Siergiej jest czymś bardzo zajęty.

– Pajączek! Do kapsuły! Wsiadaj, bystra! – woła Siergiej. – Podpiąłem się pod awaryjną magistralę! Oj, nie tak łatwo mnie załatwicie, towarzysze! Nie tak łatwo! Elektryfikacja! Elektryfikacja, towarzysze! Najważniejsza! Wszyscy na miejsca! Padgatowka sistjema zakonczenneja!

– Gotowi! – krzyczy Kapitan Keller i szykuje się, by zamknąć właz do kapsuły, gdy najpotężniejsza dotąd eksplozja zwala go z nóg. Swoim jedynym okiem zdąża jeszcze zobaczyć, jak do hali wpadają, wymachując z wrzaskiem karabinami, sołdaci, a za nimi wkracza kamandant, jak ku wciąż niedomkniętemu włazowi kapsuły biegnie, kołysząc się na boki na swych krótkich nogach, Prezes. Tracąc świadomość, Kapitan dostrzega jeszcze przerażoną twarz Pajączka wpatrującego się w wycelowaną w nią lufę karabinu. Sołdat zamyka oczy, naciska spust, kula przeszywa lewy bark Gniewskiego i rykoszetując od stalowej powierzchni kapsuły, zatrzymuje się gdzieś w ścianie. Prezes osuwa się na podłogę, mając przed oczami obraz swojej siostrzenicy znikającej w niebieskawoturkusowej poświacie.

– Bonne chance, Polusia– szepcze wuj Gniewski, a gdy widzi nad sobą wściekłą twarz komendanta bazy w Bornem Sulinowie, czując, jak jego lewa ręka drętwieje w kałuży ciepłej, lepkiej cieczy, dodaje jeszcze z wysiłkiem:

– Sepagraw.

Rozdział 10

W oszukańczych książkach o „życiu po życiu” ich autorzy-naciągacze opisują, jak „dusza wznosi się nad umierające ciało” i „przygląda się” wysiłkom ratujących ciało lekarzy. Załóżmy, że Kapitana Kellera, Prezesa Gniewskiego i Siergieja mogłoby spotkać wspólne pośmiertne doświadczenie. Oto ich dusze wznoszą się wysoko pod żelbetonowy, popękany od eksplozji sufit tajnej hali w tajnej bazie i przyglądają się oczami zasnutymi kataraktą nadciągającej wieczności, jak sołdaty okładają ich krwawiące zwłoki kolbami, wymierzają w żebra celne kopniaki o gasnącej wraz z odpływem wściekłości sile… Obraz faluje, osnowa katarakty gęstnieje, a naszym trzem bohaterom wydaje się, że otwierają przeszklone drzwi i wkraczają do wąskiego korytarzyka wyłożonego czerwonym dywanem. Korytarz wiedzie do sali kinowej znajdującej się gdzieś w głębi za zielonkawą kotarą. W ścianie po prawej znajduje się okienko kasowe, z szybą podniesioną na kilka centymetrów, przez szczelinę można wsunąć banknot i z rąk kasjera wyjąć bilety na zaczynający się za chwilę seans. Światła z zainstalowanych przed wiekiem na suficie różnokolorowych świetlówek wystarcza, żeby obejrzeć żółknące już zdjęcia i plakaty dawnych kinowych przebojów, z wydrukowanymi pogrubioną czcionką nazwiskami, których sława dawno przeminęła: Wayne, Bodo, Dietrich.

– Idźcie, ja… ja kupię bilety – rzuca Siergiej pod adresem zdezorientowanych, rozglądających się niepewnie po wnętrzu korytarzyka, Mariana i Otto. Może nie powinni wchodzić głębiej? Może nie powinni zbliżać się do Sali Projekcyjnej? Jednak popychani przez nieznaną siłę Otto i Marian znikają za kotarą i zajmują miejsca w pierwszym rzędzie. Kurtyna rozjeżdża się na boki z cichym „szuuuuw”, na białym ekranie pojawia się obraz mężczyzny w muszce i szelkach. Mężczyzna zasiada na wysokim na dwa metry taborecie na tle antycznych budowli, podnosi do ust cynową tubę i odchylając się nieco do tyłu, wrzeszczy: Kapitan Otto Keller! Kapitan Otto Keller!

OTTO

Na znak wyglądającego z okna ratusza Obergruppenführera, zresztą naszego sąsiada, sprzedawcy futer, zbudowana z ludzi swastyka ruszyła! Jak karuzela drepcząca wokół osi na setkach stóp ubranych w lśniące, wypastowane trzewiki. Mój ojciec, który mimo kalectwa pierwszy raz od lat w te święta miał pracę; ze świeżo odzyskaną godnością uniósł płonącą pochodnię wysoko, a za nim poszli inni. I ja. I Inge, która szła w naprzeciwległym ramieniu swastyki. Junghans na nadgarstku ojca, zegarek, który przymierzałem tuzin razy, gdy ojciec nie widział, teraz migotał pomarańczowym blaskiem, odbijając światło setek pochodni! Pędząc po okręgu, ciągnąc za sobą moje „ramię” ludzkiej swastyki, czu-

łem.. ja czułem, że należę.. ja należałem!!! Och, jaka była zawiść tych, którzy nie zapisali się w porę i teraz mogli tylko patrzeć, stojąc z boku, albo starając się przepchnąć przez ludzką ciżbę do ryneczku przed ratuszem. Tam gdzie teraz kręciła się tysiącem wzniesionych pochodni i sztandarów największa ludzka swastyka w całej Rzeszy! Wiedziałem,

że załzawione od pędu, ale i wzruszenia, które ogarnęło nas wszystkich, oczy Inge patrzą tylko na mnie, i że moja matka patrzy na mnie i ojca z takim samym wzruszeniem! Ja tam należałem! Ten świat.. miał być lepszy! Ten ktoś w Berlinie nad nami czuwał, patrzył na nas z portretów! Był z nami! A my z nim!

MARIAN GNIEWSKI!!!

Planowałem to spotkanie od kiedy, podczas nudnej „wigilii” dla zuchów, gdzieś w górach, uświadomiłem sobie, że myślę tylko o niej. Mieszkała obok, w tej samej klatce betonowego bloku, który w zamśle architekta miał być wieżowcem, ale ktoś postanowił, że gdy klocek położy się na płasko, to od razu będzie można liczyć na nagrodę partyjnych władz za najdłuższy blok mieszkalny w województwie. Chodziła do innej szkoły – muzycznej, zdaje się, i rzadko udawało mi się zdążyć, żeby podejrzeć przez wizjer, jak stawia futerał z altówką na wycieraczce przed drzwiami z numerem 12 i sięga głęboko pod kołnierz bluzki po klucz dyndający na sznurku. Rodzice dzieci w bloku wracali z pracy o wiele później, nas wychowywała matka. Marzenka zaraz potem znikała za drzwiami i słyszałem tylko przygłuszone dźwięki altówki. Koniecznie chciałem sprawdzić, czy jest prawdziwa, bo mnie, ośmiolatkowi, wydawało się, że jest w tym swoim granatowym mundurku z białymi, bufiastymi rękawami i wykrochmalonym kołnierzykiem księżniczką – tak samo dostępną, jak śnieg na górze Kilimandżaro, który widziałem w atlasie. Korzystając z tego, że lekarz po raz trzeci w ciągu dwóch miesięcy orzekł u mnie anginę, zostałem w domu i rozpocząłem zuchowską wartę przy wizjerze w drzwiach, stojąc niepewnie na taborecie z kuchni, aż pewnego pięknego popołudnia, popołudnia spod znaku motyla w brzuchu, udało mi się! Wcześniej, gdy byliśmy zupełnie mali, nasza matka zajmowała się przez jakiś czas trojgiem dzieci: mną, moją starszą siostrą i niemowlakiem od sąsiadów obok – Marzenką, kiedy rodzice nie mieli jej z kim zostawić. Mama leczyła się wówczas z przygnębienia po śmierci ojca i rzadko wychodziła z domu. Zrobiła wtedy kilka czarno-białych zdjęć naszej trójki, jak kąpiemy się po kolei w misce z ciepłą wodą i mydlinami. Wygrzebałem skądś te zdjęcia, chyba z pawlacza nad drzwiami wejściowymi, i to miała być przynęta, na którą Marzenka miała się złapać. Całymi dniami ćwiczyłem, co jej powiem. „Mam fajne zdjęcia, jak byliśmy mali. Chcesz… pooglądamy razem” – albo coś równie odkrywczego. I wreszcie któregoś dnia – stało się. Odstawiła instrument, odsunęła swoje anielskie, niemal białe włosy na bok i wyłuskała sznurek z kluczem… I wtedy ja, drżącymi rękami, otworzyłem drzwi i stanąłem w progu. I modliłem się o to, żeby się nie uśmiechnęła, bo takiej boskości niczego bym już nie przeciwstawił… Żadnych słów. I musiałbym zamknąć i drzwi i sczeznąć, i w proch się obrócić. Ale nie – udało się. „Jasne! A ty co, znowu chory? Zaraz będę, tylko chleba ukroję, chcesz, mam śliwkowe powidła od babci.”

Siostra wróciła tego dnia szybciej ze szkoły, bo odwołali jej lekcje, i zastała nas, gdy oglądaliśmy te kąpielowe zdjęcia. Wyszarpnęła je z ręki Marzenki. Wypchnęła ją z domu. Irena była większa. Była starsza. Była… na tyle dobra, jak to – trzasnąwszy drzwiami – oznajmiła, że nie powie o tych świństwach matce, ale mam za to słuchać się jej do końca życia i przystępować do sakramentów, to może mi Bóg wybaczy. Nie bardzo wiedziałem, co nadawało się do wybaczenia, ale bałem się. Bałem się gniewu matki i że znowu… że przestanie wychodzić z domu.

…ja widziałem plany tego promu, dostarczyli mi do gabinetu ja… on nie miał prawa wypłynąć z portu! A mimo to… Zresztą, ona nigdy nie dała sobie niczego podpowiedzieć. Była przecież Matką… Siostrą Narodu. A ja.. byłem jej ulubioną zabawką. Głuptakiem-pluszakiem. No cóż. Tym razem pluszak został na brzegu, drepcząc w miejscu, z nogi na nogę przestępując w niewyraźnym przeczuciu nadciągających mdłości-wyrzutów sumienia. Przepraszam… przepraszam!!!

WADIM WŁADYMIROWICZ ŁUNACZARSKIJ

Pietja, Pietuszka… Piotruś znaczy się, był moim rówieśnikiem i był narwany. Pewnie kiedy kombinowali przy jego głowie, tak jak przy mojej, coś tam towarzysze schrzanili, bo Pietja, z tym swoim pieprzykiem na policzku, anielską buzią, kosmykiem blond włosów opadających na oczy – i to takie oczy, o których Rosjanie śpiewają pieśni, o ich bajkalskiej głębi – Pietja nie znał strachu. A z litością bardzo różnie bywało. Miał za to zmyślonych bohaterów-enkawudzistów, naczytał się w książkach pożyczanych z biblioteki, kilkanaście wiorst przez śniegi trzeba było na piechotę, a tam w tych książkach wszyscy o chlebie i wodzie, w skórzanych płaszczach, nie ubłagasz, wyrok rewolucji wykonają z uśmiechem, i naoliwionego nagana za pazuchę schowają, lufa jeszcze ciepła, wróg rewolucji stygnie na podłodze, szpieg pewnie, agent, a jak nie to bogacz, chłopów wyzyskujący. Takich Pietja miał bohaterów, enkawudzistów przeklętych. A on był moim bohaterem, Pietja. On był dla mnie wzorem, bo i pić umiał, i wiersze rewolucyjne deklamować, że enerdowskie Niemki drżały na nasz widok, ale szczególnie na widok tej Pietjowej chłopięcości, kiedy sięgały do słoja po ogórek, konserwowy, co to w drezdeńskich sklepach było pełno, i chlały z nami, zanurzały się w papierosowy dym, w przelotną miłość w plastikowym pojeździe, które mnie i Pietji naczalstwo przydzieliło, żebyśmy się nie wyróżniali od innych, a my się wyróżnialiśmy, owszem, bo Pietja i ja byliśmy mordercami. Wystarczyło, że nam wskazali jakiegoś, co przez mur szykował się przeskoczyć, albo wracał zza muru, a my wiedzieliśmy, że zdradził, przeszedł na tamtą stronę, kapitalistów, Amerykańców... Pietja, mój Pietja! Kochałem cię. Pietja, Pietuszka zabiłem cię.

***

Mocna dłoń, na której nadgarstku Kapitan Keller rozpoznaje zegarek Junghansa, chwyta go za szyję i ciągnie po ziemi w ciemność, dalej od wycelowanych luf, wrzasku sołdatów chowających się za zaułkiem muru, i kładzie obok zakrwawionej ludzkiej plamy, w której tkwi oddychający wciąż Gniewski. Winda rusza w górę, słychać jeszcze echo kul rykoszetujących od grubych stalowych drzwi, przystosowanych do zwożenia atomowych głowic w głąb bazy. Kapitan Keller zanim westchnie głęboko ostatni raz, wyciąga rękę do Siergieja, chwyta za nadgarstek, szarpie za miejscami przetarty do białości skórzany pasek, rysuje paznokciami po szkiełku biało-złotego cyferblatu. Siergiej, pospiesznie, jakby nagle zaczął go parzyć, zdejmuje z nadgarstka sfatygowanego Junghansa i wsuwa w dłoń Kellera, dla którego czas dobiegł właśnie końca.

Rozdział 11

Ernest wspiął się na wydmę pierwszy, ignorując ostrzeżenia Sofiji. Nie można go było powstrzymać. Biegł, jakby pod zesztywniałym bandażem owiniętym wokół kostki nie było opuchlizny. Ruta wdrapuje się na wydmę ostatnia, ślamazarnie, ze wzrokiem wbitym w zlodowaciały śnieg pokrywający kilkucentymetrową warstewką białawy piasek. Jakby była kapryśnym dzieckiem, które po długiej podróży zatłoczonym pociągiem oświadcza zgnębionym rodzicom, że woli jechać w góry niż nad morze.

– Czy to możliwe, żeby się spóźnili? – starszy pracownik operacyjny UNICEFORKIDS Jadwiga Kossobudzka stara się wypatrzeć, kim jest mężczyzna stojący na końcu drewnianego mola, wcinającego się na kilkadziesiąt metrów w pokryty warstewką świeżego lodu Bałtyk.

– Rzeczywiście, powinni już być. Coś tu za spokojnie, nie wydaje ci się? – odpowiada zaniepokojona Sofija.

Sztorm pozostawił po sobie sięgające głęboko w plażę jęzory lodu, po których spacerują wygłodniałe mewy. Część z nich podnosi się do krótkiego lotu ku ginącej powoli we mgle końcówce mola. Stojący tam mężczyzna wyjmuje z kieszeni okruchy chleba i rzuca je obojętnie do wody.

– Ojciec? – Ernest odwraca się, by spojrzeć w oczy swojej siostrze. Lecz nie odnajduje jej wzroku. – Myślisz, że to może… tata? Przypłynął po nas? Tylko dlaczego nie patrzy w naszą stronę?

Jakby słysząc głos Ernesta, mężczyzna otrzepuje ręce z okruchów chleba i mrużąc oczy, spogląda w stronę brzegu.

– Wiem, kto to jest… To nie wasz tato, chłopcze – mówi Jadwinia i zwraca się do Ruty: – Zgadza się?

Jadwinia widziała już gdzieś ten wzrok, to błagalne spojrzenie kogoś, kto… zdradził.

Rozdział 12

Ręce strażników zacisnęły się mocno na delikatnych ramionach. Szarpnęły bezwładne ciało ku górze i usadziły na chwiejącym się krześle. Kiedy niepodtrzymywane przez nikogo natychmiast osunęło się na podłogę, zaczęli ją kopać, z wściekłości, z zemsty za to, że musieli nachylić się jeszcze raz nad cuchnącą od rzygowin i kału podłogę. A potem znowu bili ją, aż stracili zapał i zemsta nie była już porywającą do działania motywacją. Po nich przyszli inni i torturowali ją aż opadli z sił, pot zalewał oczy, wyraźnie odcinające się od czerni twarzy, aż wielka karminowa tarcza afrykańskiego słońca zetknęła się z horyzontem i majestatycznie chowała się za dachami rządowej dzielnicy.

Prezydent Tourefo, od kiedy po udanym puczu poczuł w sobie siłę boskiego namaszczenia, uważał za swą własność wszystko, na czym spoczął jego wzrok. Któregoś poranka spojrzenie jego przekrwionych oczu zatrzymało się na ustawionych w dwuszeregu na placu przed pałacem siedemdziesięciu dwóch dziewczynkach w wieku od dziewięciu do czternastu lat porwanych kilka dni wcześniej ze szkoły podstawowej w sąsiednim Nigrze. Wieść o ujęciu w zasadzce dwóch młodych kobiet z legitymacjami UNICEFORKIDS, bardzo go zaniepokoiła. Uznawszy się prawowitym właścicielem każdego z nich z osobna, prezydent Tourefo życzył sobie wiedzieć, gdzie i kiedy nastąpi próba odbicia dzieci.

Mężczyźni w przepoconych zielonkawych mundurach mieli te informacje wyrwać z bijącego serca trzydziestokilkuletniej „junior field operative” Jadwigi Koss. Plastikowy identyfikator z jej imieniem, nazwiskiem i stopniem służbowym jeden z mężczyzn w mundurze ustawił pieczołowicie na biurku, podpierając jak w fundamentach domku z kart innym. Obok zdjęcia widniał napis: Sonia Stawska, pracownik terenowy UNICEFORKIDS.

Kiedy drzwi sali przesłuchań otworzyły się na zewnątrz i mocne ręce pociągnęły nieprzytomną Jadwigę po betonie podłogi, wzdłuż rzędu cel, dochodzące z głębi ciemnego, wilgotnego korytarza przeciągły jęk i rzężenie, punktowane kadencją rozdzierających wrzasków i błagań o darowanie życia torturowanej Sofiji ucichły. Oprawcy kilkoma kopniakami wepchnęli głowę Jadwigi pomiędzy pręty. Z tego, co zostało z ust Sofiji, z resztki rozoranej bambusowymi pałkami twarzy, spomiędzy kilku nienaruszonych jeszcze zębów, dobiegł ledwo słyszalny szept:

– Przepraszam cię… Przepraszam cię… Nie dałam… ja nie dałam rady… Oni… Ten pająk… Wpuścili go… do środka… Pocięli mi ręce… żyletkami… Oni… Jadzia.. Jezu, wyciągnij mnie stąd! Ja im wszystko powiedziałam!

– Soniu… ja wiem.

W innych okolicznościach zawsze doskonale opanowana Jadwiga Kossobudzka, wychowana pod surowym okiem elżbietanek, nigdy nie dałaby się przyłapać na użyciu choćby jednego przekleństwa. Dziś zadbała o to, by to słowo dotarło przez zaciśnięte na małżowinie usznej zęby do wykręcającego jej rękę mężczyzny.

– B A S T A R D O.

Uderzenie pałką było celne (bastardo!!!), precyzyjnie wyprowadzone z nadgarstka, jak u hokeisty oddającego strzał na bramkę. Zasiniałe, zakrwawione lewe oko, jedyne, w którym jeszcze pojawiał się od czasu do czasu obraz, ziarnisty i skaczący jak w starym, zepsutym czarno-

-białym telewizorze, otworzyło się nieco szerzej, na tyle, żeby zobaczyć strużkę krwi płynącą z podbrzusza po udach, ściekającą po łydkach do ziemi, na beton posadzki.

– Przepraszam cię – powiedziała cicho Sofija.

Wybaczam ci... szeptała jej najlepsza przyjaciółka, leżąc w śmierdzącym szlamie zmieszanych z błotem zwierzęcych odchodów i własnej krwi wypływającej wąskim strumykiem z jej wnętrzności…

BASTARDOS!

…do oddalonych o kilkanaście centymetrów ścian, do zawieszonego o centymetry nad głową sufitu, po którym przebiegały, zahaczając czułkami, trąc chitynowym pancerzem o nos Jadwini, po czole, włosach, ześlizgiwały się po karku kakalaki, spasione do rozmiarów myszy więzienne karaluchy. W otumanionym gorączką, półświadomym swojego własnego istnienia umyśle, każdy z nich miał twarz i zaczerwienione oczy Seukomy Tourefo.

– Zosiu… Zosiu… Wszystko będzie dobrze… Wytrzymaj jeszcze.

Rozdział 13

– Wybaczam ci. – Jadwinia mówi to z takim samym przekonaniem jak szesnaście lat wcześniej w subsaharyjskich kazamatach. – On cię oszukał, prawda? Ruta? – Agentka wskazuje mężczyznę opierającego się o barierkę pomostu, zrelaksowanego jak po tygodniu pobytu na wczasach. – Ruta? Spójrz na mnie.

– Nie wiem. Ja… nie wiem, proszę pani… Ernest…

– Sonia, wracaj do samochodu. Trzymaj auto na gazie.

– Dasz sobie radę? – pyta Sofija, ale raczej dla porządku, i zaczyna się zsuwać po ośnieżonej wydmie w kierunku mercedesa.

– On mnie znalazł w szkole, kiedy ćwiczyłam… Powiedział, że… że… – przerywa Ruta i po pierwszym głębokim westchnieniu zaczyna chlipać, ale to już dobiega spośród gęstego włosia futra Jadwini, która przytuliła Rutę tak mocno, jakby to była jej własna córka. – Powiedział,

że… to jest taki rak, że Ernest… że… – szlocha Ruta, wtulona w objęcia Jadwini – że on od razu go odeśle do wojskowej kliniki, gdzie leczą najlepsi lekarze… mają leki… Że w przeciwnym razie… odetną mu nogę! A Ernest tego nie przetrzyma… umrze, zobaczysz on umrze!

Do uszu Jadwini dociera hałas uruchamianego silnika. Zaraz potem słyszy inny dźwięk – przeładowywanego pistoletu. Major Krótki, nie mogąc się doczekać ostatecznej konfrontacji, postanowił postrzelać do mew skuszonych okruchami chleba. Wystrzał odbija się tępym hukiem od wydmy i szybko cichnie. Bucior Krótkiego zgniata głowę dogorywającego ptaka, który szarpie się jeszcze przez kilka sekund, aż w końcu zamiera.

– Coup de grâce! – krzyczy zadowolony z siebie Krótki, oglądając z zainteresowaniem lufę służbowego pistoletu. – Niczym ten… no… Wołodyjowski. „Kończ waść”. Pazerne bydlę, to ma za swoje. A mogła se jeszcze polatać. Albo poskakać na tych swoich nóżkach… Ano właśnie…

Krótki rusza w kierunku stojących u wejścia na pomost Jadwini z dziećmi. Agentka UNICEFORKIDS odruchowo przesuwa je za siebie.

– Ruta, pomóż Ernestowi wejść na wydmę. Czekajcie tam. Wszystko będzie dobrze.

Widząc, jak Ernest wspina się na wydmę podtrzymywany przez twarde ramię siostry, Krótki składa dłonie „w trąbkę” i rozbawiony krzyczy w jego kierunku:

– Ernest, chłopie…! Jak noga? Boli co nieco? Chyba już sobie nie poskaczesz, nie?

– Krótki!! – W trudnych chwilach „r” Jadwini robi się szczególnie gardłowe. Zabrzmiało to jak „kchutki”.

– Moi ludzie będą tu lada chwila. Są uzbchojeni. – Jadwinia kłamie, ale głos nie jej nie drży.

– Kchutki? Kchutki? – Major Krótki, zbliża się tanecznym krokiem.

– Uzbchojeni?

Rechocząc, wyciera podeszwę z resztek piór i ptasiego ścierwa o popękane deski mola. Pomost kołysze się od siły uderzeń jego podkutych oficerek. Krótki spogląda krytycznie na resztki zakrwawionych ptasich piór, po czym sięga do słuchawki radiostacji przytroczonej do paska grubej wojskowej kurtki.

– Halo, khuter, halo, khuter. – Rechot. – Jak mnie słyszycie, towarzyszu komandorze?

Krótki czeka na odpowiedź ze słuchawką przystawioną do ucha. Zwraca się z udawaną uprzejmością do Jadwini:

– Pophroszę bliżej. Bez skhrępowania. Nie ghryzę.

Z głośnika dobiegają trzaski, po czym odzywa się męski głos zniekształcony falami radiowymi:

– Tu dowódca kutra torpedowego marynarki wojennej Podlasiak, słyszę was dobrze, majorze Krótki. Odbiór?

– Jak tam… nie trzęsie tymi sku… kapitalistycznymi świniami? Może byście im tam polskie morskie otrzęsiny zrobili, co? Mały wpierdol?… Odbiór?

Krótki patrzy na radiotelefon podejrzliwie. Cisza panuje zbyt długo. Przerywają ją trzaski, po których ponownie odzywa się męski głos:

– Wszystko pod kontrolą. Widzimy brzeg, azymut: sto osiemdziesiąt sześć stopni, odległość: półtorej mili. Bez odbioru.

Tylko lekko podniesiona lewa brew, tuż pod ciągnącą się przez czoło aż za linię włosów blizną – pamiątką po pobytach w więzieniach afrykańskich dyktatorów, ujawnia, jak bardzo Jadwinia jest przejęta utratą jachtu i uwięzieniem załogi.

– Majorze Krótki! Krótki! Te dzieci mają paszporty wystawione przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Szwecja zgodziła się je przyjąć. Zgodnie z prawem są uchodźcami. Nic wam do tego!

Nie brzmi to jak przekonująca groźba. Tym bardziej że Jadwinia na pewno nie wygląda jak agent specjalny. Na pewno nie w oczach rozbawionego do łez Krótkiego: umięśniona jak Rambo? Nie bardzo. Odkryty tors w wyświechtanym podkoszulku na ramiączkach? Negative.

– Majorze Krótki, powtarzam jeszcze raz. Chłopiec potrzebuje pomocy… Oto ważne paszporty… – Jadwinia unosi wysoko dokumenty.

– Schram na te wasze paszporty.. – Major Krótki strzepuje z pagonu zaczepione ptasie pióro i celuje służbowym walterem prosto w czoło Jadwini. – Sram na wasze oenzety, srety, bzdety. Sram na nie. Wasza żałosna teatralna trupa kretynów udających komandosów dała się złapać jak banda niepełnosprawnych debili.

Pomost chwieje się od wzmagającego się z każdą chwilą wiatru, podcinany przez tężejący lód.

– Gówniarz dostanie wapno, kompres i niech się cieszy. Życiem. Ile mu tam zostało. Bo stąd, Kossobudzka twoja mać się nie wyjeżdża! Nie wyjeżdża się!! Bez pozwolenia! Bez błagalnych próśb! Na piśmie! Nikt stąd nie wyjedzie! Nikt! A zresztą po co? Źle tu komuś? Jak źle, to niech się odważy i powie! Głośno! To my się już sprawą zajmiemy! Tobą się zajmiemy, Kossobudzka. I ojcem tych bękartów się zajmiemy! Wolfskinder, hitlerowskie bękarty! To tyle. Krótko, jak zwykle. Achachachacha! Kchutko! Ja nie mogę! Kchutko!

Krótkiemu ta przemowa najwyraźniej tak bardzo się spodobała, że skacze jak dziecko, trzaskając w powietrzu hołubca, i jeszcze raz łomocze buciorami o chwiejący się pomost, po czym kłania się do samej ziemi, jakby właśnie wywołano go do bisu.

Idealnie w tempo, jak element baletowej scenografii, zza horyzontu wychyla się nad fale czubek masztu ORP Podlasiaka. Widząc to, Ernest wyrywa się Rucie i ześlizguje z wydmy. Po raz pierwszy od czasu, gdy rowerowy łańcuch w ręku Chwaszcza rozgniótł mu na miazgę staw w łydce, Ernest BIEGNIE. Biegnie, jak gdyby planeta, na której mieszka, straciła połowę z siły przyciągania. Gdy pada pierwszy strzał, wydaje się, że chłopca na krótką chwilę zatrzymał w miejscu podmuch nadchodzącego sztormu, że gdy tylko złapie oddech, a stopy w białych tenisówkach nie dopuszczą do utraty przyczepności, Ernest pogna dalej. Pierwsza wystrzelona z pistoletu Krótkiego kula przelatuje o milimetry od szyi chłopca i trafia Jadwinię w przedramię, przebijając się najpierw przez grube futro i sweter z szetlandzkiej wełny. Jadwinia zatacza się w kierunku barierki, pociągając za sobą Ernesta, jednak chłopiec wyrywa się z jej uścisku i rzuca pod nogi Rucie, która z zemstą wypisaną na twarzy rusza w kierunku Krótkiego. Ten, wciąż uśmiechnięty, lecz z każdą chwilą tracąc pewność siebie, przeładowuje broń i celuje w sam środek rozwianego na wietrze kłębowiska szarych dredów.

Długie, piękne, falujące, płowe i woskowe…

Dom dla pcheł, ul dla bzyczących pszczół.

Major Krótki mruży lewe oko i wystawia koniuszek języka. Pomost pod jego rozsuniętymi w prawidłowej postawie strzeleckiej nogami chwieje się i przechyla na bok, trzeszcząc. Ruta potyka się i ześlizguje na bok, w ostatniej chwili chwytając się barierki. Wystrzelona przez Krótkiego kula utknęła w stuletniej, wymęczonej przez sztormy i lipcowe słońce pomostowej desce. Akurat wtedy gdy kierowany przez Sofiję mercedes wyskakuje zza wydmy, wyjąc na najwyższych obrotach i pędzi po ułożonej z betonowych płyt drodze prowadzącej do mola. Otarłszy się o barierkę, wpada na pomost, na którym oniemiały Krótki ogląda rozwój wypadków jak widz pościgowej sceny w najlepszym thrillerze roku!

Ostatnia już tego ranka kula wystrzelona ze służbowego pistoletu majora Krótkiego odbija się od pancernej szyby mercedesa i rykoszetuje z gwizdem. Lecz nawet huk wystrzału nie zdołał zagłuszyć wrzasku dochodzącego z wnętrza przyspieszającego z każdym ułamkiem sekundy auta. BASTARDO!!! BASTAAARDOOO…!!!!!!!!

Przód auta uderza w biodro próbującego w ostatniej chwili uskoczyć na bok Krótkiego. Samochód z bezwładnym ciałem w zielonkawej kurtce na masce wpada do lodowatej wody i znika pod powierzchnią, pozostawiając po sobie tylko pojawiające się jeszcze przez kilkanaście sekund bąble powietrza.

– ZOSIA!! – krzyczy Jadwinia i rusza przed siebie, nie zważając na zapadające się w srebrnoszarą toń kawałek po kawałku molo. – ZOSIA!!!

Jej krzyk zagłusza hałas maszyn Podlasiaka, który wytracając prędkość, zbliża się właśnie do resztek pomostu. Jedyne działo na pokładzie obraca się, a jego lufa wycelowana jest teraz prosto w ląd.

– Ruta… – stęka Ernest. Podnosi się na łokciach i nachyla do ucha siostry.

– To wszystko moja wina… Ernest…

– Ruta… Ten… marynarz na dziobie… Nie uwierzysz, Ruta!

***

Sztorm przyszedł później niż zapowiadano, ale uderzył z siłą większą, niż przewidywały prognozy. Kuter torpedowy Podlasiak niknie na horyzoncie, przykrywany co chwila potężną bałtycką falą.

– Pytttasz, czczczy jjjja mmmmmam jjjaakkiś pppplan? O tttttto pytttttasz?

– O ttttto. O tttttto właśnie.

– Dddziękuję, żżże mnie nie zossstawiłaś…

– I tak nie zmieściłybyśmy się obie do pontonu – ucina dyskusję Jadwinia.

Sofija trzęsącymi się z zimna palcami bandażuje ranę na przedramieniu swojej przyjaciółki.

– Sssłyszysz? Ttto chyba samolot. – Jadwinia rozgląda się z zaciekawieniem po zimowym niebie.

– Jjjjak kiedyś w Zzzzzanzi… Zzzzanzi… barze. – Sofija obraca się

wokół własnej osi jak reflektor latarni morskiej i wznosi wzrok ku górze.

– Bbbędą dddo nas strzelać ddddla zabawy. Jak do antylop. Albo słoni. Sssafari tttakie.

Dłoń Jadwini najpierw znajduje drogę do wnętrza dłoni przyjaciółki, a potem ściska zesztywniałe od mrozu palce Sofiji. Warkot silnika potężnieje. Nie jest to byle jaki silnik, tylko Wright-Whirlwind, przygotowany specjalnie do przelotu przez Atlantyk. Pomarańczowy górnopłat Bellanca Pacemaker „Lituanica” dostojnie wyłania się zza linii sosnowego lasu i kołysząc skrzydłami na nabierającym siły sztormowym wietrze, wyrównuje kurs wzdłuż plaży.

Rozdział 14

Justus Lipsius – budynek Rady Europejskiej przy rondzie Schumana w Brukseli – był świadkiem wielu nocnych negocjacji szefów rządów. Przewodniczący Tusk czasem z całych sił walczył z sennością. Bywało też, że zapraszał do swego prywatnego gabinetu najbardziej opornych premierów, którzy czasem do trzeciej nad ranem blokowali ważne dla innych decyzje. W tę deszczową noc stojący u wejścia do stacji SCHUMAN pilny obserwator zauważyłby przemykające oświetlonym korytarzem na najwyższym piętrze sylwetki kanclerz Niemiec w łososiowej garsonce i podążającego za nią w gronie doradców prezydenta Francji.

Oboje zostali wezwani na pilne spotkanie. Kanclerz Merkel poproszono o pozostawienie jej ulubionego telefonu w zaufanych rękach sekretarki.

– Jest bardzo źle? – pyta już u progu..

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, milcząc, uruchamia rzutnik. Na przeciwległej ścianie opuszcza się ekran projekcyjny.

– O nie! Tylko nie budżet! Tylko nie prezentacja w Power Poincie.

– Prezydent Francji ciężko opada na krzesło. Przed jego oczami na różowawym blacie masywnego stołu znajduje się teczka z napisem „Confidential. For your eyes only”.

– Czy na drugi raz to może być po niemiecku? – Kanclerz Niemiec podnosi swoją teczkę i macha nią w kierunku gospodarza.

– Owszem, jest. Częściowo. Bo jedna z trzech znanych nam dotychczas bomb, a właściwie skomplikowanych maszyn zagłady, wypłynęła, jak wiesz, sto metrów od Bundestagu.

Na ekranie pojawia się schemat skomplikowanej maszynerii przypominającej kocioł parowy skonstruowany przez szalonego wynalazcę wyznającego ortodoksyjnie zasady cyberpunku.

– W życiu nie widziałem tylu… rurek… To jak jakaś gazownia, czy coś. – wykrztusza z siebie zdumiony prezydent Francji, odkładając teczkę na stół.

– Tak wygląda urządzenie, które znaleźliśmy w Warszawie obok nowego tunelu metra. Nie da się go unieszkodliwić.

Na ekranie pojawiają się coraz to nowe zdjęcia i schematy.

– Jak to „nie da się”? Wywieźć i wysadzić w powietrze? – Prezydent rzuca Tuskowi pogardliwe spojrzenie.

– Fatalny pomysł. Angela, ty masz doktorat z chemii. Kiedy patrzysz na te wzory, coś ci to mówi?

– Cofnij o jeden slajd. Dziękuję. – Kanclerz zamyśla się na dłuższą chwilę. – Jeżeli gdzieś jest inny zbiornik z drugim składnikiem mieszaniny… Na ekranie pojawia się kolejny slajd. Przewodniczący Rady Unii Europejskiej odkłada na bok pilot zdalnego sterowania i zasiada w swoim fotelu. Gdyby ktoś zrobił mu teraz zdjęcie, biuro prasowe nigdy nie dopuściłoby do jego publikacji. Polityk na tym stanowisku nie może wyglądać, jakby wyszedł właśnie z kina z projekcji filmu katastroficznego bez happy endu.

– Zdalnie sterowany. Zabezpieczony przed próbami odcięcia. Zabezpieczenia z lat pięćdziesiątych, ale skuteczne. Ale to nie wszystko… Mamy także… niesprawdzone jeszcze informacje, że… to świństwo jest szczególnie groźne, gdy w pobliżu rośnie barszcz.

– Borscht? – Kanclerz Merkel spogląda w kierunku tłumaczki. – Wie soll dass…?

– Barszcz Sosnowskiego. To chwast. Bardzo agresywny, niebezpieczny, ale zdaje się, że w skojarzeniu z gazem – wyjaśnia Tusk i wciska przycisk, ukazując na ekranie całą serię wzorów chemicznych sporządzonych czyjąś kobiecą ręką – wywołuje halucynacje. Czasem agresję. Wzmacnia skłonności samobójcze…

Cała trójka milknie na chwilę, wspominając nieobecnego kolegę zza kanału La Manche.

– Mein Gott…

– Czy to na mnie pora? Czy ja mam teraz powiedzieć: Oh mon Dieu? Taki jest scenariusz? – Prezydent Francji zeskakuje z fotela i staje na równe nogi. Tylko wtedy ma złudzenie, że patrzy na kogoś z góry.

– Tylko skąd ten… barszcz na Wyspach? Na mapie zasięgu występowania go tam nie ma – pyta rzeczowo Merkel.

– Barszcz Sosnowskiego jako roślina jest blisko spokrewniony z barszczem Mantegazziego. To prawie to samo.

– Jaka jest siła tego domieszanego czynnika w porównaniu z…

– Szacunkowe dane pierwszej fali ofiar w porównaniu z sarinem, który stanowił nasz benchmark, znajdują się w teczce.

Pierwszy na właściwą stronę trafia prezydent dumnej Republiki

Francuskiej.

– Oh putain!

Siedzący w kącie tłumacz czerwieni się i milknie. Ale tylko na krótką chwilę. Prezydent Republiki wzdycha i bierze do ręki dokument, który podsuwa mu jego asystent.

– Tuluza, oczywiście Paryż, Strasburg, Metz… Marsylia… Razem dziewięć rozpoznanych lokalizacji. Po wojnie francuscy komuniści… sukinsyny uważali Stalina za boga. Gdyby mogli wylizaliby tyłki całemu ruskiemu NKWD. Putain!!! PU-TAIN!!!

Rozdział 15

Schowane za grubymi drucianymi okularami oko krótkowidza wpatruje się w ekran komputera. Porucznik Bogdanow wpisuje swój kod dostępu do systemu. Ciepły sobotni wieczór w Moskwie, nic dziwnego, że w sali analityków wywiadu pustki. Bogdanow odruchowo potrząsa nadgarstkiem. Różnokolorowe silikonowe bransoletki pokazują, jak bardzo młody porucznik angażuje się w akcje ratowania wielorybów na Kamczatce oraz reniferów na dalekiej północy. Na co dzień Dima Aleksiejewicz nie afiszuje się ze swoim zaangażowaniem, a bransoletki, zwłaszcza tę w barwach tęczy, ukrywa głęboko pod rękawem munduru. Wsuwa w górny port USB swój pendrajw i klika na kopiowanie. Ponownie wprowadza kod uprawniający i rozsiada się w fotelu, zakładając ręce na kark.

– Wojny wam się znowu zachciało, co, pułkowniku Rodionow? Milionów młodych gierojów wiezionych hurtem na cmentarze? Nie te czasy, Rodionow. Przespaliście okazję…

Gdy porucznik Bogdanow unosi do góry dłoń, żeby obetrzeć z czoła wypływający spod rzadkich jasnych włosów pot, zauważa, że do tęczowej bransoletki przykleiła się charakterystyczna owalna nalepka, taka którą Polacy oblekają wszystkie swoje rumiane jabłka w zgodzie z przepisami tej ich unii, jedna z takich, których piekielnie trudno się pozbyć, zanim można się w końcu wgryźć w soczysty miąższ łowickiego jonatana. Pułkownik Rodionow jest znany z tego, że zdziera przeklęte draństwo ze skórki brudnym paznokciem, a następnie przykleja, gdzie popadnie. Na przykład na komputerową klawiaturę…

– Kiedyś szlag człowieka trafi. No co za durak te nalepki wymyślił?

Żeby na byle jabłko… Gruzini na arbuzach nie nalepiają! A to większe owoce i miejsca więcej. A Paljaki ładują te swoje nalepki, gdzie się da. Zgodzicie się, Bogdanow?

Rodionow wyciera o spodnie munduru dorodne jabłko. Jego zwalista sylwetka przesłania światło z jarzeniówki na suficie, kładąc się cieniem na biurku i twarzy Bogdanowa.

Przerażony Bogdanow wyrywa z portu swój USB.

Rodionow spokojnie wgryza się w jabłko i siada na biurku, taksując wzrokiem Bogdanowa, któremu na policzki wypełzły dwa krwiste rumieńce: „To nie ja, psze pana. To nie moja wina!”. Zawsze tak się działo. W najgorszych momentach. U dyrektora w szkole, kiedy złapali na paleniu. Szlag by to trafił.

Rodionow nachyla się nad ekranem komputera, głośno chrupiąc jabłko.

– W 1948 roku na rozkaz generalissimusa Stalina agenci Głównego Zarządu Wywiadowczego wykonali plan instalacji machin masowej zagłady. Operację nazwano, nieco na wyrost, „Sąd ostateczny”. Ponad połowa ludności świata by przeżyła. Optymistycznie zakładając – ta lepsza połowa. Zresztą parę lat później w nasze ręce wpadła o wiele potężniejsza broń, termojądrowa – której w razie czego nie zawahamy się użyć. W końcu od tego jest. Ale wróćmy, za waszym pozwoleniem, Dymitrze Aleksiejewiczu, do dnia sądu. Zbiorniki z gazem… a to ścierwo wyjątkowe, ten gaz, oj, syf rzadki, że się tak wyrażę. Dyrektor zakładów, które go wyprodukowały, dostał w nagrodę tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, torbę medali i samochód – czarną Pobiedę z kierowcą, a to już o czymś świadczy.. jada towarzysz ogryzki? No czy zjadasz Dima, chłopcze mój kochany jabłko z ogryzkiem, żeby ogonek tylko został? Bo mnie to dziąsła kaleczą. No nieważne… te zbiorniki rozmieszczono w różnych europejskich miastach, gdzie były ku temu warunki. Operacyjne, że się tak wyrażę. Szef GRU otrzymał rozkaz, by zegar zagłady, dzień sądu ostatecznego, przesuwać do przodu co roku w rocznicę rewolucji październikowej. W przeciwnym razie urządzenie uruchomi się ze zdalnego nadajnika. Dwa składniki gazu zostaną najpierw wymieszane wewnątrz zbiornika, a następnie wypuszczone do atmosfery, zabijając miliony ludzi… niewinnych, chciałoby się powiedzieć, ale nie wolno pozwolić, żeby przyzwyczajenia językowe dyktowały opis rzeczywistości, zgodzisz się towarzyszu. Jacy niewinni. Takich nie ma.

Rodionow celnym rzutem umieszcza ogryzek w koszu na śmieci.

– Albo, patrząc z nieco innej perspektywy, poruczniku Bogdanow – winnych. Winnych. I to jak winnych!! Winnych zdrady ideałów Lenina, Stalina i tak dalej. Na tym waszym urządzonku macie więc tylko część prawdy. Po upadku Związku Radzieckiego dokładne plany rozmieszczenia machin… gdzieś się podziały. Nasi ludzie nie zdołali zneutralizować wszystkich. Dobrze, że nie pizgło, a jedynie sączą się pochodne lotnej psylocybiny przez puszczające po latach spawy…

Bogdanow stara się ukryć spocone dłonie przed wzrokiem Rodionowa.

– Podobno ludzie dostają omamów lepszych niż po dopalaczach.

Wot i spuścizna rewolucji. Opium dla ludu, cytując klasyka.

– Opium dla ludu – powtarza bezwiednie Bogdanow.

– A teraz oddajcie to wasze USB. Świata nie zbawicie, Bogdanow. Nie ta instytucja. Tradycji i doświadczenia w zbawianiu brak.

– A jeśli któraś z bomb… pizgnie?

– A to już nie nasz kłopot. Nie trzeba było wolnością zachłystywać się za bardzo. U nas na Syberii, jak zimną wodą ze strumienia w upalny dzień się zachłysnąć, to i umrzeć można. Albo niedźwiedź na klęczącego przy strumieniu naskoczy. I tak się zdarza…

Rodionow nachyla się do ucha swojego podwładnego, opierając swoje wielkie łapsko na jego ramieniu, tak że fotel na kółkach aż jęczy z wysiłku.

– Za Stalina nie tak znowu źle było. Ja w każdym razie dobrze wspominam… Oddajcie USB, Bogdanow. Bo rękę utnę z tymi waszymi pedalskimi bransoletkami.

Pendrajw ląduje potulnie w otwartej dłoni pułkownika. W tej samej sekundzie Bogdanow otrzymuje precyzyjnie wymierzony cios w twarz. Osuwa się na podłogę, tuż obok stóp Rodionowa wydłubującego paznokciem ze szczelin między zębami resztki miąższu..

Rozdział 16

Pomarańczowa Bellanca Pacemaker „Lituanica” wyłania się z fiołkowej mgły, wznosząc się i opadając na powietrznych „kieszeniach”. Silnik górnopłatu obraca się równo, a zasiadający za sterami Stasys uśmiecha się szeroko z dwóch powodów: po pierwsze pogoda na kursie jak malowanie, a po drugie Steponas ożywił się wreszcie i wdał w miłą pogawędkę z dwoma… ciekawymi indywiduami, które udało się podjąć z pola tuż przy plaży. Steponas wściekał się, bo paliwa było tak mało, że diabli tylko wiedzieli, czy w ogóle uda się wystartować…

Jadwinia siedzi oparta o ramię swej przyjaciółki Sofiji, której ten przystojny Litwin najwyraźniej wpadł w oko.

– Do Gdańska może z kilka minut lotu się ostało – zapowiada

śpiewną polszczyzną Steponas.

– Nie szkoda wam, że do Kowna… przepraszam, do Kaunasa, nie udało się dolecieć?

– Stasysowi smutno było. Ale niedługo. Bo trzeba żyć, a nie się smucić. Stasys, no powiedz, że mam rację.

– Dobrze, że po litewsku w radiostacji ktoś nadawał. Z okrętu jakiegoś. Inaczej byśmy tam nad tę plażę się nie pofatygowali! – Stasys kładzie Lituanikę w łagodny skręt w lewo.

– I byśmy z pięknymi paniami nie spotkali się… – dodaje zalotnie Steponas. Zalotnie głównie pod adresem Sofiji.

– Bez was dostałybyśmy dożywocie w komunistycznych kazamatach… Zanim Litwini zdążają wyrazić zdziwienie, odzywa się radio:

– Hallo, this is GDN Gdansk Walesa airport control tower. Please identify yourself, over.

– Hallo… GDN Gdansk… Walesa airport… – odpowiada natychmiast doskonałą chicagowską angielszczyzną Stasys. I pod adresem Steponasa: – Walesa airport? Who’s.. Valensa?

Jadwinia wybudza się z półsnu i wzdycha cicho. Opatrzona porządnie przez Steponasa rana postrzałowa – pamiątka po Krótkim – odzywa się tępym bólem.

– Czy ja… dobrze usłyszałam? Czy on powiedział „lotnisko imienia Wałęsy”?

– Roger that, tower, executing left turn, over. Lotnik jakiś pewnie. Jeden Wałęsa u nas na ulicy mieszkał. Tylko nazwisko strasznie trudno po litewsku zapisać… – zastanawia się Steponas.

Nagle z radia wydobywają się trzaski, a potem odgłosy walki. Steponas podgłaśnia ruchem gałki.

– Uwaga, Lituanica NC-688E… This is tower, Gdansk Walesa airport! Jesteśmy… atakują nas! Kim są ci ludzie? Niech pan schowa ten pistolet, to cywilne lotnisko! Zostaw… zo.. Mayday! Mayday! Uwaga, wszystkie statki powietrzne znajdujące się w perymetrze…

– Kończy nam się paliwo, musimy siadać. – Steponas puka paznokciem we wskaźnik paliwa, który pokazuje zero. I z niepokojem spogląda na Stasysa.

Gdy Lituanica jest już na granicy pasa do lądowania, z radia wciąż dochodzą odgłosy walki. Lecz Stasysa interesuje co innego: stojąca na skraju lotniska, połyskująca metalicznie w słońcu, cysterna z paliwem. Po przeciwnej stronie pasa dwa transportery opancerzone wypluwają z siebie zieloną chmarę żołnierzy, którzy sprawnie otaczają halę odlotów. Stąd dziś nikt nigdzie nie odleci. Pewnie jutro i pojutrze też nie.

Z kaszlącym na oparach benzyny silnikiem, kołysząc się delikatnie skrzydłami od północnego wiatru, Lituanica dotyka kołami idealnie płaskiego runwaya.

Rozdział 17

– Proszę pani, on tu był. Naprawdę.

Na oko dziewięcioletni chłopiec w prostej szarawej bawełnianej koszuli i dżinsach z taniego sklepu handlującego na co dzień żywnością, zamyśla się na chwilę i robi krok w kierunku siedzącej na okalającym pusty cokół murku mamie Pajączka.

– To znaczy ten posąg… Stał tu jeszcze niedawno. Spóźniła się pani. Było w telewizji. Jeden taki ksiądz.. on jest nie stąd, mówi, że to nie w tym rzecz, że go tu nie ma – blade policzki płoną rumieńcem, rudzielec bardzo chce coś wyjaśnić – Wystarczy… uwierzyć, że wciąż stoi tu, albo tam, albo pod sklepem u nas na osiedlu. Albo przechadza się tu i ówdzie, bo on podobno lubił wędrówki. A pani jak sądzi? Pani jest kaleką, prawda? Widzę, bo krew pani leci z kolan. Czy to boli? Niewielu doszło tu na klęczkach. Chyba, że dla zgrywy. Zazwyczaj przyjeżdżali autokarami.

Ania uśmiecha się niepewnie, odkłada na bok kule i gładzi chłopca po policzku. Spogląda ponad jego płomiennorudymi lokami ku dwojgu klientów budki z lodami ulokowanej przy opustoszałym parkingu dla autokarów.. Mężczyzna z doskonale utrzymanym wąsikiem podnosi w przyjaznym geście czekoladowy lód na patyku, wyrób spółdzielni mleczarskiej w Świebodzinie. Stojąca obok długonoga kobieta również się uśmiecha i figlarnie mruży swoje wielkie, jak z japońskich kreskówek, oczy. Wolną od lodowego patyka ręką kręci białą fiszbinową parasolką, jakich nikt na tym świecie nie produkuje od początku poprzedniego stulecia.

– Ja chyba… Ja nic nie sądzę – odpowiada Ania, której łzy ciekną po policzku i sprawiają, że wpadające na siatkówkę światło rozszczepia się na trzy podstawowe barwy jak w pryzmacie.

– A czy o tym w ogóle trzeba coś sądzić? – dopytuje niespodziewanie poważnie chłopiec. – Czy trzeba tylko…

– Moja córka… Znajdzie się?

– Ja w to wierzę, proszę pani. Byłbym gotów się założyć. Ale po co?

W tym momencie piękna dłoń z paznokciami długimi i wzorowo wypielęgnowanymi wręcza chłopcu lód waniliowy w polewie kokosowej. Stojący obok, wyprostowany Mężczyzna z Wąsikiem patrzy z uznaniem i czułością na swoją krasawicę. Bierze jej dłoń w swoją i całuje szarmancko, jednocześnie bardzo uważnie przysłuchując się rozmowie.

– Jak się nazywają? – pyta Ania.

– Te lody? Zwyczajnie. Waniliowy w polewie – odpowiada chłopiec. – Ale w taką pogodę smakują jak w niebie.

– Są fajniejsze nazwy. Niezwykłe – wzdycha głęboko Ania i wraca myślami do lodziarni Akropolis. Zamkniętej na cztery spusty. Z zapasem leptonowych lodów w zamrażarce, których już nikt zapewne nie zje. I zaczyna porządnie szlochać, wypowiadając w myślach milion sześćset tysięcy czterysta drugi raz słowo „Ala”. I zaraz przychodzi jej do głowy jeszcze jedno imię: Odyseusz. Kiedy otwiera ponownie oczy, chłopca już nie ma w pobliżu. Z daleka widać tylko rudą czerwień włosów oddalających się ścieżką w kierunku miasteczka.

– Wózek szanownej pani pozwoliłem sobie zostawić w bagażniku. Naprawiać go, uwzględniając przebieg wypadków… nie ma potrzeby...

– Ton głosu Mężczyzny z Wąsikiem, znanego tu i ówdzie na przykład jako Makarow, jest ciepły i pocieszający. Jego towarzyszka, Zajcewa, nachyla się, by swą parasolką osłonić spieczoną od słońca i wysmaganą wiatrem twarz Ani. Całuje ją w czoło i klęka obok opartej o murek inwalidzkiej kuli.

– Przegrałam, prawda? Nie dałam rady.

– Nie. Nie nada tak mówits’ – przerywa jej dźwięcznym głosem z pięknym wschodnim zaśpiewem Zajcewa. Kilkadziesiąt lat temu w miasteczku nieopodal zaroiło się od ludzi mówiących tak, jakby śpiewali. Śpiewny Świebodzin.

Makarow siada obok Ani na murku i obejmuje ją ramieniem.

– Kim jesteście? Kiedy patrzę w twoje oczy… mam wrażenie, że cię… że was już gdzieś widziałam.

Wąsik Makarowa wędruje bezwiednie ku górze, a jego właściciel spogląda na swą odwieczną towarzyszkę Zajcewą z rozbawieniem rodzica, którego dziecko po raz pierwszy rzuciło śniegową kulką, albo z powagą wypisaną na twarzy pisało swój pierwszy list do świętego Mikołaja.

– Sekundanci… Jeśli mój wielce szanowny towarzysz Makarow zgodzi się na taki nom de guerre. Sekundanci. Zawarłaś pewien zakład. – I przegrałam.

– Hm… jak to mówią: kasyno zawsze wygrywa. Takiego zakładu niepodobna wygrać… Pascal się mylił.

– Ale ty próbowałaś! No i proszę, jak było blisko! – Zajcewa wykrzykuje te słowa, jak gdyby żegnała się właśnie na ekranie telewizora z kolejnym uczestnikiem teleturnieju. I już bardziej rzeczowym tonem:

– Zostawmy metafizykę.

– Tak! Zostawmy! Zoooostawmyy! Metafizyka jest passé! – wtóruje jej Makarow i zrywa się na równe nogi, czyniąc z radości taneczne pas!

– Dość już. Orkiestra – tango!

Zajcewa wpada w jego ramiona.

– Bo to jak szukanie czarnego kota w ciemnym pokoju…

– W którym nie ma czarnego kota.

– Albo jest nie do końca, zawieszony pomiędzy bytami!

– A to już zwykła fizyka!

– Fizyka… jest niezwykła!

Krasawica obraca się w piruecie i zatrzymuje się, patrząc Ani prosto w oczy. Po czym odśpiewuje kolejne zdania jak w operowym recitativo.

– Niektóre z nich, a może i wszystkie, są ze sobą nierozerwalnie sczepione…

– Za-pę-tlo-ne! – dołącza się barytonem Makarow.

– Jak dwa elektrony o ustalonym z góry spinie…

– Albo miony!

– Lub taony!

Ani wydaje się, że gdy padają te słowa, słyszy orkiestrowe kotły i gong: bang, bum! Bang!

– Jedna cząstka na Ziemi…

– Druga choćby na Plutonie…

– Cudowny z ciebie dansior! – wzdycha Zajcewa i wiesza się na szyi

Makarowa.

– Wiedzą o sobie więcej, niż my o nich kiedykolwiek się dowiemy… Na pewno! Krasawica, w tej formie i każdej innej, piękności ty majaaaaa! – Dźwięk ostatniej sylaby opada aż do razkreślnego D.

– Coraz to nowe pojawiają się… równoległe wszechświaty. – Przyobleczona w białą koronkową suknię pierś Zajcewej unosi się i opada rytmicznie, jak po wielkim wysiłku. To ostatnie zdanie wypowiedziane jest już tonem jak najbardziej poważnym, jakby z sali tanecznej gdzieś w Rio de Janeiro jakaś siła przeniosła doktor Zajcewą do audytorium Uniwersytetu w Heidelbergu.

– Egzystujące obok siebie…

– Jak komórki w plastrze miodu… Pamiętam… Pajączek gdzieś to wyczytał.

– Mądre masz córki. – Makarow nachyla się nad Anią z poważną miną.

– Chciałam… chciałam mieć więcej, to prawda, ale Odyseusz… To i tak cud… A teraz… teraz nie mam żadnej. Jeśli Ala…

– Apollonia. Pola – prostuje bezwiednie Makarow.

– Jeśli Pajączek nie wróci… to ja chcę… Tak, to już postanowione – mówi stanowczym głosem Ania. – Ja chcę umrzeć. Tak postanawiam.

Wokół cokołu pozbawionego figury zapada absolutna cisza.

Zajcewa kładzie dłoń na czole Ani, a drugą podsuwa jej pod usta cienki na milimetr biały opłatek z ryżowej mąki. Gdzieś pomiędzy miliardami atomów znajduje się jedna jedyna cząstka spleciona losem z inną w równoległym wszechświecie.

Milczenie przerywa zafrasowany Makarow.

– Agrafieno, moja duszyczko, ja właściwie w kwestii formalnej.. forma-lnej, z myślnikiem po środku… otóż gdyś jej powieki zamykała w geście litościwym, a jednocześnie przecież dającym nadzieję na.. inne życie…w skrócie powiem, bom się zaplątał: czy zwierzęcej szczeciny ślad powyżej twego arystokratycznego łokcia, to… forma-lnie tylko złudzenie…? Optyczne? Agrafieno?

Rozdział 18

W niewielkim domku Migalskich na przedmieściach Warszawy telewizor często bywa włączony przez cały dzień, nastawiony na jeden z kanałów informacyjnych. Alina Migalska jednym okiem obserwuje zabawę swego sześcioletniego syna w przydomowym ogródku. Ten miły oficer ochrony rządu, który przyjechał po męża, popycha huśtawkę tak mocno, że Kubuś, wędrując ku górze, nakrywa się nóżkami w białych trampkach i krzyczy ze szczęścia. Drugim okiem, a wszystkie matki mają tę sztukę doskonale opanowaną, Alina z zaniepokojeniem śledzi telewizyjne relacje z kraju. Młoda reporterka stoi z mikrofonem w ręku na tle pustego cokołu.

„Świebodzin stolicą polskiej jumy…” Kamera robi najazd na pusty cokół.

„W Warszawie budynki rządowe uzyskały dodatkową ochronę wojska…”

Alina Migalska otwiera drzwi do łazienki, gdzie znajduje swego męża wpatrzonego w lustro nad umywalką. Przez chwilę przygląda mu się od stóp do głów i w końcu odzywa się z satysfakcją w głosie:

– Wiesz co, Piotruś? Nawet do twarzy ci w mundurze.

Wice Migalski odwraca się i już ma odpowiedzieć, kiedy zza pleców Aliny wyrasta bardzo przystojny oficer BOR-u, który do tej pory tak wspaniale zajmował się Kubusiem.

– I ja tak sądzę, za pozwoleniem szanownej pani. Nawet bardzo do twarzy w mundurze. Na nas już czas… panie generale.

Mężczyźnie z idealnie przystrzyżonym wąsikiem także jest do twarzy w mundurze.

Kilka minut później podgłaśnia radio w rządowej limuzynie, za której kierownicą zasiada bardzo, ale to bardzo przystojna funkcjonariuszka. Czarne, gęste włosy ma ułożone w kok, który opiera się o zagłówek fotela.

– …setki reporterów, dziesiątki stacji telewizyjnych… Wszyscy oczekują w napięciu na konferencję prasową generała Migalskiego, szefa Rady Stabilizacji Państwa…

Jemu w tym czasie słońce świeci mocno, prosto w oczy.. Migalski sięga do wewnętrznej kieszeni munduru i wyjmuje przeciwsłoneczne okulary. Teraz jeszcze bardziej przypomina przywódcę wojskowego przewrotu.

– …coup d’état? A military coup? Was ist los in Polen? – Makarow, wyraźnie znudzony, kręci gałką po całym zakresie radiowych częstotliwości. Zauważa zmianę na twarzy szefa. – Odradzałbym, Piotrze Stanisławowiczu. Niemodnie jakoś.

– Słońce mocne. Myślałem…

Makarow wygląda przez przednią szybę i szepcze do siebie jedno słowo, które dociera chyba do uszu Zajcewej, bo ta robi na chwilę wielkie oczy, po czym uśmiecha się pod nosem. Białe cumulusy wypływają statecznie zza horyzontu i zasłaniają słońce. Generał Migalski bezwiednie chowa okulary. Nie są już potrzebne.

Rozdział 19

Lituanica kołuje do pasa startowego, silnik Wrighta-Whirlwinda wchodzi na obroty, siedzący za sterami Steponas zwalnia hamulce i maszyna rusza, przyspiesza, i w końcu podrywa się do lotu. Sofija, oparta o połyskującą w słońcu cysternę, salutuje odlatującym Litwinom dyszą węża paliwowego, drugą rękę unosi do góry w geście „V”, jak zwycięstwo. Jej przyjaciółka, sprawdzona w wielu akcjach na całym świecie agentka UNICEFORKIDS Jadwiga Kossobudzka również unosi rękę w geście pożegnania, choć czyni to z grymasem bólu na twarzy. Rana od kuli wystrzelonej ze służbowej broni Krótkiego otworzyła starą bliznę sprzed dwóch dekad. Mrużąc oczy, Jadwiga spogląda ku bramie wjazdowej lotniska, przez którą przejeżdżają właśnie z ogromną prędkością dwa transportery pełne żołnierzy.

– Proponuję kapitulację. No, chyba że spodziewasz się odsieczy… Soniu, zechciałabyś pomóc mi zdjąć to futro? Jest zdecydowanie za gorąco. Pewnie będzie prasa… – Jadwinia mdleje i osuwa się bezwładnie na betonową płytę Portu lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy. Sofija siada obok niej i mocno ją obejmuje. Żołnierze wysypują się z transporterów i w kierunku wznoszącej się Lituaniki sypie się grad kul.

– Ciekawe, czy znowu mu się uda – mówi do siebie Sofija – Musi. Steponas podciąga wolant i wygląda przez okno. Jedna z kul przelatuje ze świstem obok.

– Dzielne babki. Myślisz, że starczy nam paliwa?

– Zależy dokąd. – Stasys odwraca się z pytającym spojrzeniem w kierunku zajmującego tylny fotel pasażera.

– Do Warszawy. Nie chcem, ale muszem. No… znaczy się trzeba

– odzywa się spod wąsa niewysoki mężczyzna z charakterystycznym znaczkiem w klapie marynarki i rumieńcami na rozpoznawalnej na całym świecie twarzy.

Steponas wzdycha i spogląda na swojego towarzysza z rezygnacją.

– Mus to mus. Stasys, kurs na Warszawę. Ale potem to już do domu, dobra? – Steponas wkłada pilotkę i rozgląda się po niebie. Gdzieś tam, daleko za poziomym statecznikiem Lituaniki, jest dom, do którego prowadzi bardzo kręta droga.

Rozdział 20

ULICA W MOSKWIE. DZIEŃ BOGDANOW

Potyka się, omal nie upada, podpiera się jedną ręką i biegnie, rozpychając się wśród wieczornego tłumu przechodniów. Drugą powstrzymuje krwotok z nosa.

RODIONOW

Wyciąga się w głębokim skórzanym fotelu w centrum łączności wywiadu. Przed nim ogromny ekran z mapą Europy. Migające punkty. Rodionow kręci wokół palca pendrajwem niczym zabawką na nitce.

BOGDANOW:

Wysiada z trolejbusu gdzieś na dalekich przedmieściach Moskwy. Rozgląda się. Sprawdza coś w smartfonie. Podnosi głowę. Nad willą schowaną za wysokim murem góruje maszt telekomunikacyjny. Bogdanow rusza w tym kierunku.

RODIONOW:

Umieszcza USB w slocie. Początkowo obraz na ekranie ogarniają

zakłócenia. Po chwili ekran ciemnieje i z ciemności wyłania się napis:

„Access denied”. I zaraz potem: „Communication failure”. Zbliżenie na czerwieniejącą z wściekłości twarz Rodionowa.

– Bogdanow!! Swołoooooooocz!!!

TAJNA SALA ŁĄCZNOŚCI ROSYJSKIEGO WYWIADU, TZW. DZIUPLA. NOC

BOGDANOW

Wchodzi do środka. Zapala światło. Sprzęt nadawczy wygląda na przestarzały: czarny bakelit. Lampy elektronowe. Bogdanow sprawnie podłącza kable. Aparatura gotowa. Zakłada słuchawki. Nastawia pokrętło częstotliwości. Wyjmuje zmiętoloną kartkę z wydrukami kodów. Wzdycha, ociera zakrwawiony nos i podstawia sobie bliżej mikrofon. Sprawdza połączenia wśród plątaniny kabli.

– „Świata nie zbawicie”, co, pułkowniku Rodionow? Niby nie. A jeśli? Nie lzja było kolegi po nosie bić! Nie lzja. Nieładnie… I po co mają ludzie znowu umierać? Żeby ten kostropaty tyran miał uciechę w piekle? Satysfakcję zza grobu? A zresztą, dokąd na zakupy jeździć, jak nie do Warszawy? Najbliżej. I niedrogo. I nocne kluby najlepsze. I Polsza to nie znowu taka zagranica. Człowiek jak u siebie się czuje.

Bogdanow zaczyna nadawać. Tęczowa bransoletka z silikonu podskakuje na nadgarstku.

Skupiony, wybiera cyfry z klucza:

– Czetyrje, szest’, szest’, szest’. Nul, nul, wosjem…

Zaszyfrowany sygnał opuszcza antenę i biegnie z prędkością światła na zachód, gdzie trafia do odbiornika w pewnym podstarzałym pojeździe. Już dawno takich nie robią. Za to jest powszechnie otoczony kultem, zwłaszcza wśród tych, którzy mają nieco dłuższe od przeciętnych włosy.

Rozdział 21

Biegnący wzdłuż ścian owalnego gabinetu Literackiej Chluby Narodu regał aż ugina się od ustawionych grzbiet w grzbiet książek – w grubych oprawach i ze złoconymi literami. Rok 1984, Wojna i pokój w kilku tomach, Czarodziejska góra, Nad Niemnem. Wszystkie mają tego samego autora. Jest nim, na co wskazują złote litery wytłoczone na grzbietach: Michał Urbanik. Podobnie jak stojące na półce niżej Krzyżacy, Potop, Ogniem i mieczem, Chłopi… Dalej zaś Przeminęło z wiatrem, Ulisses, Dziady, W poszukiwaniu straconego czasu, Pan Samochodzik i templariusze, Harry Potter i czara ognia… Autor tych wszystkich dzieł siedzi za wielkim dębowym biurkiem w specjalnie skonstruowanym fotelu, wykonanym przez tę samą firmę, która dostarczyła inny egzemplarz pewnemu angielskiemu fizykowi, specjaliście od czarnych dziur. Cierpi on od lat na tę samą wyniszczającą neurony w mózgu chorobę, którą wykryto u Pisarza, dziś czczonego powszechnie pod zawoalowanym, ale odczuwalnym naciskiem ministra kultury rządu generała Wice-Migalskiego, jako Literacka Chluba Narodu. Ciało sprawnego kiedyś młodego mężczyzny, który uciekając przed aresztowaniem, biegał po dachach ze swoją stuletnią walizkową maszyną do pisania w ręku, zwisa teraz bezwładnie przez podłokietnik fotela, jak opuszczona przez lalkarza marionetka, i popatruje jednym sprawnym okiem na ekran specjalnego komputera ustawionego na biurku, dzięki któremu wciąż może c-o-ś n-a-p-i-s-a-ć. Wszy

Zmaż. Żadne wszy! Wszystko

Dobrze. Idź dalej.

c-o napi(ć się)sałem do tej por(a)y, zaj(mować)ęło mi dwie i pół

godziny (wielo-kropek?)



Dobrze. Idź dalej.



Czekaj. Słyszę muzykę. Akordeon…

Mózg Pisarza wysyła sygnał do ręki, by ta zgasiła stojącą na biurku zieloną lampę, lecz nic się nie dzieje, a sprawiająca wrażenie odłączonej od szyny zasilającej dłoń spoczywa gnuśna i posiniała na pozbawionych czucia udach. Nogi tkwią bezwładnie na wysuwanym podnóżku wózka

– wychudzone i niepotrzebne.

Akordeon… Skąd akordeon…? Tamburyn…

Nagle otwierają się wysokie na trzy i pół metra drzwi gabinetu. Lampa na biurku przygasa, kotary na oknach zasuwają się automatycznie i zapala się ukryty w naprzeciwległej ścianie reflektor punktowy. Snop światła pada na wejście. Muzyka jest głośniejsza, tempo coraz szybsze. Do akordeonu i tamburynu dołączają grające unisono mandoliny. Pokój wypełnia rosyjska pieśń ludowa Na dzikich stepach za Bajkałem. Przez otwarte na oścież inkrustowane drzwi wsuwa się do środka łańcuch tancerek, drobiąc na palcach niezauważalnie, stwarzając iluzję ruchu bez potrzeby unoszenia stóp pod grubymi karminowoczerwonymi, wyszywanymi złotem sukniami. Każda ma długie czarne włosy, każda też nosi wysadzany drogimi kamieniami i obszyty złotą nicią czepek na głowie. Każda przypomina – jak dwie krople wody, jak sklonowana owca Dolly inną owcę – niezwykłej piękności towarzyszkę Makarowa, ambasador Zajcewą. Tancerki otaczają fotel, na którym spoczywa ciało Pisarza, podłączone do jego sprawnego mózgu ostatnią wiązką neuronów. Chwyciwszy się pod ramiona, rozwijają taneczny szyk, aż szczegóły ich ubioru zamazują się, przekształcając w złoto-czerwoną smugę – niczym podczas jazdy superszybkim pociągiem wzdłuż wystawy plakatów. Tancerki zbliżają się do Pisarza i tworzą okrąg wokół biurka, który szybko pęka: rozchodzą się, drobiąc na palcach, w kąty pokoju, a właściwie rozjeżdżają się, jakby pod ich sukniami ktoś umieścił elektryczne gokarty. Muzyka przycicha na chwilę.. i nagle uderza potwornym atakiem cymbałów! To sygnał dla ubranego w kozaki do kolan i wyszywaną, lnianą koszulę z szerokimi, zwisającymi swobodnie rękawami tancerza, który wpada do pokoju jak wystrzelona kula armatnia, kręcąc się wokół własnej osi niczym ułożona na odtwarzaczu płyta, jak tryskające iskrami petardy noworoczne! Podskakuje wysoko, rozprostowując nogi w szpagacie i, ocierając się o sufit wysoką na pół metra czarną czapką z niedźwiedzia, klepie się po błękitnych lampasach wpuszczonych w cholewy spodni, wyrzuca w górę ramiona, na których doczepione są wielkie czarne pagony. I strzela z bata! Strzela z bata, podpierając się w przysiadzie na jednej ręce i wyrzucając wyprostowaną nogę do przodu. Tancerz z idealnie wypielęgnowanym wąsikiem robi salto i wskakuje na biurko, które z jękiem ugina się pod podkutymi trzewikami. Staje wyprostowany, jak na wojskowej paradzie, tupie jeszcze dwa razy, dla efektu, chełpliwie, w sam raz na koniec rozwijającego się w crescendo taktu, i proszę – oto wielki finał!!! Zrzuca czapę z głowy, zeskakuje z biurka i kłania się do samej ziemi. Muzyka cichnie, jakby niewidzialny dyrygent jednym ruchem batuty zgasił zapał akordeonisty, mandolin, tamburynu. STOP. KONIEC.

Słychać tylko dobiegające z kąta oklaski uśmiechniętych od ucha do ucha krasawic.

Ma..(m) karow…

Makarow, widząc swoje nazwisko na monitorze, podnosi głowę, jakby sprawdzając reakcję niewidzialnej widowni.

– No cóż, biedaku ty nasz. Kultura albo… natura. Nauka albo sport. Taniec albo… siedzenie na tyłku… Biedaku ty nasz!

– C-o t-o m-a z-n-a-czyć?

Znak zapytania poproszę. Może jeszcze jeden. Pisze się teraz łatwiej…

o wiele łatwiej. Dlaczego?

– Zainstalowaliśmy… powiedzmy, że… lepsze oprogramowanie. Właściwie to… czyta myśli.

Makarow opiera się udem o kant biurka i ociera czoło białą jak śnieg chusteczką. Przy okazji jednym ruchem likwiduje kilka kropel potu, które jak perełki zawisły mu nad doskonale wypielęgnowanym wąsikiem.

– Wszystko dla naszego Geniusza, Narodowej Dumy. – Krasawica Zajcewa wskazuje szerokim ruchem dłoni na zastawiony książkami od sufitu do podłogi regał, po czym odprawia drobnym gestem pozostałe tancerki, które niczym sylwestrowy wąż wyjeżdżają bezgłośnie na swoich ukrytych segwayach, a drzwi zamykają się za nimi samoistnie.

– Szkoda, doprawdy szkoda, nieprawdaż, moja miła? – Makarow dotyka zwiniętym batem ręki pisarza. – Szkoda zdrowia.

– Dwuznacznie się wypowiadasz, mój kochany, bo i owszem, szkoda, ale po fakcie, a gdy „szkoda zdrowia” pada z czyichś ust przed roboty wykonaniem, oznacza pa polski, że nie warto. A przecież warto było – taki dorobek… To już o tym Mistrzu i tej jego Małgorzacie wspominać nie warto, choć wartościowa kniżka, ale w akcji połapać się trudno, za to Faulkn… chciałam powiedzieć Wściekłość i wrzask naszego tu super pisatiela doskonale oddaje jego życiowy światopogląd w tym nieszczęściu… No wot i bjeda.

– Cóż.. co się dziwić. – Makarow sięga po starannie wyselekcjonowaną książkę, wdrapawszy się uprzednio po drabinie prawie do sufitu.

– Po takim wysiłku – mówi dalej Wąsik, otwierając ciężkie jak ołowiana płyta dzieło na przypadkowej stronie – nie ma co się dziwić, każdemu tranzystor w głowie by się przepalił, a dym z przegrzanej mózgownicy przez zatoki i trąbkę Eustachiusza uszami począłby buchać, jak z pękniętego kotła parowozu. Już się jeden o tym przekonał, kiedy zachciało mu się czarne dziury studiować, do początku czasu tym małym ludzkim czerepem cofać… Czytam z dumą Nad Niemnem – wersja rozszerzona. Autor: Michał Aleksandrowicz Urbanik. Geniusz. Co tam geniusz! Literacka Chluba Narodu, ot co!

– Cze-go chce-cie?

Kotary rozchylają się i do pokoju wpada mocne światło dzienne. Zajcewa chwyta za rączki wózka i popycha Pisarza w kierunku okna. Za drzewami okalającymi pałacowe ogrodzenie widać unoszące się nad manifestującym tłumem gazy bojowe, wystrzeliwane przez idących tyralierą uzbrojonych w długie pałki i wielkie plastikowe tarcze policjantów z oddziałów szturmowych. Koła wozów bojowych rozjeżdżają ciała próbujących się bronić manifestantów. Nagle z szeregów policji padają strzały! Tłum wpada w panikę i tratując wszystko po drodze, rozlewa się po kilku sąsiednich ulicach, pozostawiając za sobą trzęsące się w przedśmiertelnych drgawkach, tonące we krwi ludzkie szczątki, przykrywane tkaniną z niepotrzebnych już transparentów przez młodego policjanta wymiotującego spod plastikowej maski.

„Precz z RSN!!!”, „Oddajcie książki!”, „Tablety kłamią! Wy kłamiecie. Oni kłamią”.

– Boże! Co to ma zna-czyć? Co to jest? Coście zro-bi-li? Skur…

– Dokończę: wy, syny? Nie no, naprawdę nieźle działa to nowe oprogramowanie. Naprawdę. Kultura. Technologia. – Makarow zaciąga kotary. – Ale coś trzeba z tym zrobić. Ludzie…

– Dzieci! Toż to jeszcze dzieci… rebjonki maluczkie – wtrąca zatroskanym tonem Zajcewa, chwytając się za zaczerwione policzki w geście operowej diwy.

– Giną. Cierpią. Źle mu się dzieje, narodowi waszemu. A po co? Kiedy tańczyć…

– Kochać! – Zajcewa wywija oczami do góry zza kotary swych wręcz nienaturalnie długich rzęs.

– Kochać… śmiać się i radować życiem… No, ŻYĆ po prostu trzeba!

– Kochać! Żyć! – Zajcewa nachyla się nad głową Literackiej Chluby

Narodu i składa na jego czole pocałunek. – Tak! Żyć!

– Czego chce-cie-? – pojawia się na ekranie.

Cze-go, do diabła, je-szcze chcecie ode mnie?

Makarow zmienia ton na bardzo rzeczowy. Rozanielony uśmiech na pokrytej grubym scenicznym makijażem, ale wciąż nieziemsko pięknej twarzy Zajcewej także gdzieś znika.

– Napisać trzeba autobiografię. Wot i wsio.

– I po bólu!

– Auto-bio-grafię?

Auto… To znaczy, że sam o sobie mam pisać?

– On sam zbyt skromnym jest człowiekiem, by sam… – mówi Makarow.

– Skromnym i niezwykle zajętym… – dodaje szybko Zajcewa. – Ale, jako dama, nie będę ukrywać, że… do twarzy mu w mundurze…

– Mąż stanu z niego na miarę stulecia!

– Albo dwóch!

– A może i trzech! A teraz państwo wasze od chaosu ratuje. Wasz przyszły Naczelnik… – Makarow spogląda na zegarek. – Jutrzejszy. To już przesądzone.

– Rada Stabilizacji Państwa! Da radę!

Wice Migalski, ta lu-dzka wesz? Na-cze-lni-kiem?

– Jakiż to bomba-wunderteam powstaje na naszych oczach! Wielki heros, który życie całe służbie narodowi poświęcił, a obok niego… najznakomitszy pisarz epoki! Co tam epoki! Wszech czasów. Co nam to daje? Jaki wynik jedynie możliwy?

– Arcydzieło! Brakujące jeszcze tam… na samym dole, ostatnia półka po lewej.. Oto i luka. Specjalnie zostawiliśmy. – Zajcewa podpływa do półki, lekko unosząc swoją ciężką od złotej nici suknię, i wskazuje na puste miejsce w szeregu grubych tomów.

– Na jutro do dwunastej. Czasu aż nadto.

– To kró-tka auto-biografia będzie. Bardzo – wystukuje na ekranie Pisarz.

Urodziłem się. Podlizywałem. Podlizywałem. Podlizywałem. I czekałem na właściwy moment, by szefowi wbić nóż w plecy. Na szczęście gdzieś się zapodział.

– A kto by tam w czasach Wikipedii jakiejś tam… Odysei potrzebował. Na kilka linijek na smartfona. Tak, że raz smyrnąć starczy. – Makarow podsuwa Pisarza do biurka.

– Na stronę, maksimum tysiąc dwieście znaków, to się co lepsze fragmenty na Twitterze zamieści. I po bólu. Ot i wsio. – Zajcewa nachyla się nad Pisarzem i podnosi jego głowę na wysokość swych zabójczo pięknych oczu.

– A… jeśli nie na-piszę?

Zapada cisza. Przerywa ją Makarow tonem bardzo rzeczowym. W sam raz na koniec korporacyjnej narady.

– To wyjmiemy wtyczkę, Michale Aleksandrowiczu. Ot co.

– Czy to by-ła prze-nośnia, taka jak w ame-rykań-skich fil-mach?

– Ależ skąd! Chodziło o tę wtyczkę, konkretnie tę! – Makarow wskazuje na kabel prowadzący do urządzenia podtrzymującego sztuczne oddychanie.

Przez chwilę ekran świeci pustką. Następnie bardzo powoli, jakby po głębokim namyśle, pojawiają się na nim litery.

– No.. to… proszę. Wyciągaj!

Boże, co ja powiedziałem, po co to powiedziałem? Ja nie chciałem tak powiedzieć. Nie! To ten przeklęty kompu…

– Ależ ja doskonale rozumiem! Że to pewnie ta zdradziecka maszyna… sama taki koncept miała…

– I odwagę!

– Ale my wybaczamy!

– Tak, tak! Wybaczamy! Pod jednym warunkiem!

– Jakim?

Znak zapytania. Duży znak zapytania poproszę. Jakim warunkiem, do… diabła? Mam dla was zatańczyć? Z rzewnym mandoliny akompaniamentem o zimie na Uralu dumkę wyskrzeczeć z gardła, które samo nawet do oddechu nie potrafi ściągnąć mięśni? No co? Co?!!!

– Jakim war-un-kiem?

Makarow już, już zamyka drzwi za sobą. Zza futryny wystaje jeszcze ręka w rękawie przetykanym złotą nicią, machająca na pożegnanie. Adieu.

Rozmyśla się. Wtyka głowę przez uchylone drzwi.

– Wasz Naczelnik jutro w samo południe wygłosi orędzie do narodu.

Że staje na czele. I że będzie weselej!! Napisać to wszystko zgrabnie trzeba. Aha, przypomniałem sobie… – Makarow, kręcąc piruety, podtańcowuje do fotela Pisarza. Nachyla się nisko, żeby wyszeptać mu do ucha: – Możemy ci pomóc. Kto wie, podobno jest na to lekarstwo. Drogie. Bardzo drogie. Ale już jest. Chyba warto… sobie na nie zasłużyć, Michale Aleksandrowiczu? I pomóc trochę narodowi umęczonemu? Jak przystało Chlubie i Narodowemu Wieszczowi…

Rozdział 22

Pola zwana Pajączkiem leży skulona pod puchową kołdrą na poddaszu nieznanego domu. Drży z zimna, mimo że ciepłe jesienne słońce zagląda do wnętrza jasnego i przytulnego pokoju przez dachowe okno, wyciąga przyjaźnie ku śpiącej dziewczynce swe promieniste ręce jak w dobranockach z Teletubisiami.

Zimno. Jak okropnie, przerażająco, strasznie zzzzimno!!!

To coś… cień na tle rozgwieżdżonego nieba… cień… to COŚ patrzy na mnie. To COŚ… sapie… Para unosi się z jego nozdrzy… Bestia.

Pajączek wpółsennym kopnięciem zwala z siebie pierzynę i przewraca się na plecy.

Światło. Ciepło.

I otwiera oczy, nieskazitelnie błękitne, jak niebo nad egejskimi wyspami.

– Réveil. Pobudka – szepcze Pajączkowi w głowie znany głos pani Basi, nauczycielki francuskiego. Ulubionej nauczycielki francuskiego. Pola, obudź się pająkowata istoto!

No dobra. Się słyszy. Oczy szeroko otwarte.

Pajączek unosi się na łokciu i rozgląda po pokoju z ciekawością wymieszaną z obawą. Siedemdziesiąt procent obawy, reszta ciekawość. Zsuwa z łóżka długie pajączkowate łydki, (pidżama w paski o kilkanaście centymetrów za krótka), stopy dotykają nagrzanej przez słoneczne promienie słomianki. Obawa już tylko sześćdziesiąt procent. To dobrze, że ciepło. Pajączek unosi twarz do góry, ku wpadającemu przez okno w dachu słonecznemu blaskowi. Przez chwilę grzeje się w jego cieple. Szepcze do siebie, z oczami przymrużonymi jak u kota wygrzewającego się na ganku:

– Pająk… ty się obudź lepiej, bo… długo nie trzeba się tu rozglądać… Od razu widać, że lokal zdecydowanie nie wygląda na twój. Gdzie jest choćby plakat z… Mama!

Pajączek rzuca się do drzwi i potyka o stojące jedna przy drugiej oszklone szafki z wypreparowanymi owadami, które po bliższej analizie okazują się ważkami, setkami kolorowych ważek, mniejszych i większych oraz zupełnie ogromnych. Rozgląda się wokół zaciekawiona. Takich przeszklonych gablot tajemniczy miłośnik ważek nagromadził tyle, że w pokoju nie starcza miejsca na nic innego.

– Czy ważka, lecąc, jest w stanie nieważkości? – śmieje się pod nosem PolaCzyli jest nieważka?

Wycofując się z obstawionego gablotami pokoju, wpada na kręte, wiodące na poddasze drewniane schody i omal nie stacza się po nich w dół. Obawa natychmiast skacze o dziesięć procent.

– Nie. Zdecydowanie to nie nasz dom. Ale to sepagraw. Zadzwonię chociaż do mamy. Zadzwonię do mamy! To dopiero sobie pogadamy! Tyle że to bardzo nie sawa, bo nie mam ze sobą komórki…

Pajączek już, już robi pierwszy krok w kierunku schodów na parter, kiedy kątem oka spostrzega otwarte drzwi do pomieszczenia, które przypomina gabinet. Ciekawość odzyskuje swoje dziesięć procent. A nawet dorzuca jeszcze dychę. Jest prawie fifty-fifty z obawą. Są tu biurko, fotografie na ścianach, książki na półkach, jakiś dziwny przedmiot przypominający szafkę ze szklanym okienkiem, stojący na czterech drewnianych nóżkach w kącie, ale nie ma nic, co by przypominało zwyczajny telefon, nawet taki na kabel.

Rozczarowanie pięć procent. I rośnie.

Hm… Może z wyjątkiem tego czarnego… czegoś… Chyba do przyciskania papierów, żeby ich wiatr nie zdmuchnął… Tylko po co te… jasne! Numery na tarczy! Bardzo, bardzo sawa, bo to jest…

Pajączek podbiega do biurka i zdejmuje ze staroświeckiego aparatu wielką, bakelitową słuchawkę.

– Coś tu buczy, ale spróbujemy…

Pajączek pakuje swój kościsty paluch, długi niczym u ET, do dziurki oznaczonej cyfrą zero i kręci tarczą. Nadzieja dziesięć procent?

Gdy tarcza, kręcąc się po raz ostatni, wraca na swoje miejsce, Pajączek zaczyna nasłuchiwać. W słuchawce odzywają się różne dziwne głosy (nadzieja dziesięć procent, ciekawość trzydzieści procent), wydawane przez elektroniczne maszyny, jakby o czymś ze sobą postanowiły poplotkować, po czym zalega cisza.

– Sepagraw. Jeszcze raz się spróbuje.

Tym razem, czekając na to, aż różne świsty i śpiewy tranzystorów oraz kondensatorów ustaną i pojawi się głośny, wyraźny sygnał „tut-tuuuut, tut-tuuuuut”, Pajączek zaczyna odruchowo kartkować rozłożone na biurku albumy. Ciekawość wraca do normalnego poziomu. Sześćdziesiąt procent.

– Stettin. Po niemiecku… Aha, proszę bardzo, jest i po polsku:

Szczecin z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.

Spomiędzy białych kredowych kart albumu wypada fotografia młodej, niezwykle pięknej kobiety w stroju lekarki. W tle stoi rząd szpitalnych łóżek.

– Zaraz. Ja… już gdzieś widziałam tę damę… No tak! Réveil, Pająk,

réveil, do jasnej półokrągłej! Przecież to Lidia…

Pajączek wciąga do płuc tyle powietrza, ile tylko może, ale ze zdumienia (pięćdziesiąt procent) zapomina je wypuścić.

– Nie… to nie Lidia. To nie Lidia, tylko… Simone von Schaz, jej… babka! Zaraz, zaraz, coś tu nie sawa bardzo poważnie. Ten telefon… Telewizor chyba sprzed wojny… Czy ja wróciłam tam, gdzie trzeba? Bo mam już trochę dość podróżowania…

Obawa odzyskuje szanse w prawie przegranym meczu z ciekawością. Pajączek drżącymi rękami odkłada na stół album i wsuwa zdjęcie do środka. Wtedy jej błądzący po ścianach wzrok natrafia na inne zdjęcie. Twarz jakby znana… Wtem buczenie w słuchawce zamiera i po kilku trzaskach odzywa się głęboki męski głos:

– Współrzędne: szerokość północna pięćdziesiąt dwa…

Lecz Pajączek nie słucha, gdyż cała uwaga oraz oczy jak błękitne porcelanowe filiżanki skupione są na zdjęciu i wycinkach prasowych, które ktoś wyjątkowo starannie oprawił w ramki i powiesił na ścianie. Na zdjęciu nie kto inny jak wuj Gniewski we własnej, uśmiechniętej osobie! Na kilkunastu zdjęciach obok także! Pajączek odczytuje, bezgłośnie ruszając wargami, pierwszy z brzegu wycinek:

– …obchodzący jubileusz dziesięciolecia pracy dyplomatycznej profesor Marian Gniewski z lekkim zażenowaniem opowiada o swojej bohaterskiej przeszłości i ranach odniesionych podczas bohaterskiego szturmu na bazę atomową wojsk radzieckich w Polsce… w Bornem… Su-li-no-wie. A tu jeszcze: „Historie niesamowite. Bohaterska ucieczka z obozu nad Jenisejem”. No, no, wuju… – mówi Pajączek z nieudawanym podziwem. – Nieźle, nieźle. W końcu to mój wuj przecież…

Pajączek podnosi do ucha odłożoną na biurko słuchawkę wintażowego telefonu.

– Długość wschodnia dwadzieścia…

– To jakaś zegarynka? Może mama dała się naciągnąć jakiemuś

natrętnemu telekomowi na jakąś nową superofertę??

Pajączek opuszcza gabinet wuja Mariana, wciąż nieco zmieszany i z zagadką wypisaną na drobnej twarzy, na której, tuż obok kształtnego greckiego noska, pojawił się pierwszy, ale za to solidny nastoletni pryszcz. Gdy przechodząc obok lustra, Pola odnotowuje z obojętnością jego istnienie, w ostatniej chwili zauważa, jak jakiś czarny kształt skacze do jej oczu! Czyjaś ręka wysuwa się zza futryny, zakrywa jej usta! Nie pozwalając wydać nawet piśnięcia! Natomiast to coś czarnego piszczy, i owszem. Oraz miauczy.

– Siedź cicho, Pająk – szepcze Apollonii do ucha znajomy głos. – Słyszysz? Daj znać, że rozumiesz… Nie wiem, jakoś tak… jak na filmach… O! Kiwnij głową! Kiwnij głową, że rozumiesz, jasne, Pająk?

– Mmmghmm.

– Ale teraz siedź cicho i daj mi się rozeznać.

– Mmghmmm? Tmmhmmek?

Silne męskie ramię wciąga giętką jak leszczyna Apollonię z powrotem do gabinetu wuja i ostrożnie zamyka drzwi.

– Tomek? Tomek?! To ty?

– Ciszej! Przysłał mnie po ciebie. No i po Mędla.

– Tomek? Jak ja się cieszę! Tomek! Jakiego… Mędla?

– Kot, który wyskoczył mi z rąk. Boi się o niego. O ciebie też.

– Tomek! Tomek!

– Czy ty wreszcie przestaniesz?

– Tomek… – Pajączek nabiera w usta haust powietrza i szepcze swojemu ukochanemu weterynarzowi do ucha – Co z Herkulesem?

– Jak to co? Nic. To, co zwykle. Twoja…

– To znaczy, że on…? – Pajączek, wyraźnie podekscytowany, wciąż

zapomina o zakazie głośnego mówienia.

– Ciszej! Zdradzisz nas! Oni już tu są, słyszałem ich na dole.

– Kto taki? Jacy „oni”?

– Ludzie generała Krótkiego.

Kilka minut później Tomek obserwuje z dumą, niczym trener swojego podopiecznego, jak Pola zwana Pająkiem elegancko zeskakuje z piorunochronu między zasadzone w wypielęgnowanym ogrodzie tuje.

– Nieźle, Pająk, nieźle, muszę powiedzieć – odzywa się ściszonym głosem Tomek i mocniej ściska pod pachą płócienny worek, w którym międli się Mędel. – Jakbyś jeszcze nabrała… mięśni i ciała…

– Dobra, dobra. – Pajączek przysiada niczym ninja obok Tomka. – Po co temu… Krótkiemu wuj? Hmm… znowu? – Tę uwagę Pajączek wypowiada naprawdę bardzo cicho.

– Bo innych już aresztowali, zatrzymali i wsadzili do paki albo w samolot i wynocha za granicę. Wszystkich czterystu sześćdziesięciu…

– Wujów? – pyta dość naiwnie Pajączek, przyglądając się bacznie kolumnie wojskowych samochodów, które ruszają spod domu i znikają za zakrętem.

– Posłów, Pająk. Takich na sejm. Mają więc już święty spokój. Dziś ogłoszą, że będzie rządzić Migalski i jego banda. Dlatego musimy ruszać…

– To bardzo nie sawa jest, rzeczywiście. – I nagle Pajączka olśniło dość niepokojąco. – Ale… dokąd ruszać? Byle nie znowu w przesz… – Pola gryzie się w język. – Tomek, jak ja się cieszę, że cię widzę!

Dziesięć minut później Tomek z Mędlem pod pachą oraz Pajączek, rozglądając się uważnie wokół jak dwójka wzorowych szpiegów, meldują się przed drzwiami zaparkowanej na uboczu zielonej terenowej toyoty.

– A wiesz, że ja nawet większy samochód niż ten prowadziłam, więc jakbyś chciał i by cię postrzelili… to znaczy gdybyś dostał skurczu, to zupełnie sawa, jeśli chodzi o mnie. A teraz, Tomek, ja poproszę telefon, bo muszę, ale to absolutnie MUSZĘ zadzwonić do mamy…

W tym momencie Pajączek zauważa we wstecznym lusterku ruch na tylnym siedzeniu. Na oko sześćdziesięciokilkuletnia kobieta wychyla się spomiędzy foteli i wyrównuje przekrzywioną perukę, która wysunęła się spod moherowego beretu.

– Tomek, to naprawdę sepagraw… ale co tu robi facio przebrany za babkę Matyldę?

– Musiałem działać z tym, co miałem pod ręką. Pod ręką miałem ciuchy… głownie moher i włóczka.

Wuj Gniewski wyciąga z worka kota i uśmiecha się szeroko.

– Jak się masz, Pająk? Wszystko… sawa?

Rozdział 23

WARSZAWSKIE ULICE. DZIEŃ

Nieliczne „cywilne” samochody. Sporo wojska, transporterów, pojazdów policyjnych i tym podobnych. Zamarłe w drodze między przystankami tramwaje. Porzucone autobusy.

WNĘTRZE TOYOTY

Wuj wyjmuje telefon i spogląda na wyświetlacz. Zero zasięgu. Na ulicy obok policja w asyście komandosów kontroluje forda mondeo. Klapa bagażnika w górze, walizki i kartony na ziemi. Kierowca leży skuty. Tomek podgłaśnia radio:

„NACZELNIK MIGALSKI, KTÓREGO PRZYBYCIE NA KONFERENCJĘ PRASOWĄ OCZEKIWANE JEST W KAŻDEJ CHWILI… (hałasy, krzyki) ZOSTAW! CZŁOWIEKU, ZOSTAW TEN MIKROFON! (hałasy, cisza)”

Tomek kręci gałką radia.

Toyota wjeżdża do tunelu. Tomek włącza długie światła. Reflektory wychwytują przeszkodę: opuszczoną na końcu tunelu kratę. Za nią, po drugiej stronie, stoi opel astra, bagażnik odcięty przez kratę leży na ziemi. Zdumiony kierowca nie wierzy własnemu szczęściu: w ostatniej chwili udało mu się wyjechać.

WUJ:

– Zawracaj! Szybko! TOMEK:

Wykonuje zwrot na ręcznym, pisk opon wzmacnia jeszcze echo tunelu.

APOLLONIA:

– Nieźle, Tomek. Ciekawe, czy wozem strażackim też dałbyś radę… Toyota pędzi w przeciwną stronę. Lecz i na wjeździe do tunelu żela-

zna krata opada z hukiem.

WYLOT Z TUNELU

Pajączek i Tomek wysiadają z toyoty. Patrzą zdumieni na kraty oddzielające ich od wolności. Za nimi wysuwa się z samochodu wuj Gniewski.

WUJ:

– Miały służyć do odcięcia drogi w razie starć z kibicami. Unia sfinansowała, zdaje się.

APOLLONIA:

– My daliśmy na żelazo, a oni na powietrze między kratami? WUJ:

Pozbywa się prowizorycznego przebrania. Rzuca na ziemię perukę i beret.

Niestety, to jeszcze nie koniec przygód.

Wuj znów spogląda na zegarek. Zdaje się, że ma plan. Plan A. TOMEK:

– Twój wuj wygląda na wuja, który ma jakiś plan. APOLLONIA:

– Będzie sawa. Wierz mi.

Trzy postacie, niczym rewolwerowcy w klasyku westernu, znikają w czeluściach tunelu, rozświetlanego tylko wątłymi zielonkawymi światłami wyjść awaryjnych.

TUNEL. DZIEŃ

Wuj próbuje otworzyć drzwi do wyjścia awaryjnego. Na próżno. Uwagę Tomka zwraca basowy pomruk potężnego silnika dobiegający gdzieś z oddali. Nagle kraty po obu stronach tunelu zaczynają się podnosić! Tomek rusza w kierunku toyoty. BASOWY „GANG” potężnego silnika coraz bliżej.

TOMEK:

No to po kłopocie. Chodźcie, jedziemy!

APOLLONIA:

Słyszy hałas silnika i ma złe przeczucie. Robi krok w kierunku

Tomka, starając się chwycić go za kaptur kurtki.

– Tomek, zaczekaj… TOMEK:

Podbiega do toyoty i otwiera drzwi.

– No, na co czekacie?

Wsiada do samochodu. WTEM rozpędzony potężny gąsienicowy spychacz czołgów WZT-3 taranuje lemieszem stojące przy wjeździe do tunelu opuszczone volvo, rozwalając je w drzazgi! Omal nie rozkwasza na papkę rozpłaszczonych pod ścianą tunelu Poli i jej wuja, po czym nieuchronnie pędzi w kierunku toyoty z Tomkiem w środku!

APOLLONIA:

– Nieeeeeee! Tomeeeeeeek!

Jej głos ginie w ogłuszającym łoskocie silnika. Piekielna machina na gąsienicach zgniata toyotę, jak jarmarczną plastikową zabawkę. Pajączek wyrywa się w kierunku wraku, ale wuj łapie ją za ramię i mocno przytrzymuje, ratując przed śmiercią pod kołami pędzącej przez tunel rządowej kawalkady, świecącej niebiesko-czerwonym światłem „kogutów” na dachu. W jednym z aut Wuj dostrzega siedzącego sztywno w mundurze Wice Migalskiego. Kawalkada wyjeżdża z tunelu. Pajączek wyrywa się Wujowi i biegnie w kierunku stosu blach, które zostały z zielonej toyoty Tomka.

WUJ:

– Kochana… Pajączku… On nie mógł tego przeżyć… Niusia… Pajączek obraca się w kierunku Wuja ze łzami w oczach i czymś

stanowczym do powiedzenia w drżącym gardle. Łkając, ledwo chwyta następny oddech.

APOLLONIA:

– On… WUJ:

– Niusia…

Pajączek zaczyna przeszukiwać wrak. Desperacko szarpiąc za blachy, rozcina sobie rękę. Ssąc krew z rany, krzyczy:

APOLLONIA:

– On… ma żyć, do cholery! Nic mnie… nic mnie nie obchodzi, co tu się wyrabia. Te wasze… dziejowe danse! To wszystko przez ciebie! Wuju… wuj się znalazł, powrót po latach… jak w telenoweli! Mój Tomek nic nikomu nie zrobił!

Nie kończy tyrady. Za wrakiem toyoty słychać jakiś hałas… Otwierają się drzwi awaryjne… zza których wyłania się Tomek. Cały i zdrowy. Przynajmniej tak mu się po sporym zastrzyku adrenaliny wydaje.

APPOLONIA:

– Tomuś… Tomciu! Mordo psia!

Tomek siada obok wraku swojej ukochanej terenówki. Posiniaczona twarz, powiększająca się plama krwi na ramieniu. Na sprasowanej w harmonijkę pace z piekielnym trzaskiem pękają struny od złamanej gitary elektrycznej. Bęben – centralka perkusji – leży na asfalcie zgnieciony na naleśnik.

TOMEK:

– Szkoda tej toyoty trochę. Po przeglądzie była. Na Allegro minimum osiem tysięcy bym dostał… Jeśli w ogóle chciałbym ją kiedyś sprzedać…

APOLLONIA:

Wygrzebuje spomiędzy stosu blach apteczkę. Wyciąga bandaż.

– Kapie z tej ręki. Daj. Sam mnie uczyłeś. Nauka się na coś przyda. Do wuja:

– Masz dopaść tego bydlaka. Ja mu zrobię stan wyjątkowy! Ja mu zrobię stan bardzo wyjątkowy, bardzo, bardzo, cholernie wyjątkowy! Co tak stoicie? Czekacie na taksówkę?

WUJ:

Prezes spogląda na zegarek, radziecki Wostok.

– Gdzież on się podziewa? Już najwyższy czas.

Od strony wjazdu do tunelu słychać hałas silnika i widać zbliżający się niewyraźny kształt. Cała trójka instynktownie staje pod ścianą… Napięcie rośnie. Pajączek, przytrzymując zębami bandaż, kończy opatrywać Tomkową ranę… Hałas rośnie, pojazd jest coraz bliżej. Tym razem nie ma dokąd uciekać.

I nie ma też po co, bo w niewielkiej odległości zatrzymuje się wiekowy, wintażowy bus volkswagen, wymalowany w kwiatki, błękitne ptaszki oraz wielką hippisowską pacyfę na dachu. Z uchylonej szyby w przedziale pasażerskim unosi się dym o charakterystycznym zapachu… Otwierają się drzwi kierowcy. Ze środka dudni odkręcony na ful przebój zespołu The Mamas and the Papas.

„I’d be safe and warm if I was in LA… California dreamin’…”

Brodata postać kierowcy wygładza frędzle zamszowej marynarki, poprawia niemożebnie wielki kołnierz flower-powerowej koszuli i rusza w kierunku zdezorientowanych Wuja, Apollonii i Tomka.

WUJ:

– Co tak długo? SIERGIEJ:

– Izwinitje. Korki na mieście. APOLLONIA (do Tomka):

– Nie bój się, to swój… czeławiek. Potem ci wyjaśnię. Siergiej, ty… żyjesz, gieroju!

SIERGIEJ:

Wyjmuje z ust jointa.

– Chodźcie, przedstawię wam załogę.

Apollonia i Wuj wymieniają spojrzenia: „Przedstawię załogę?”. Ciekawość… pięćdziesiąt procent i rośnie. Reszta: radość!! RADOŚĆ!!

Rozdział 24

Ciasny przedział pasażerski wintażowego VW Transportera T-1 wyprodukowanego w beztroskich latach sześćdziesiątych zajmują trzy podobne do siebie, jakby były trojaczkami, obezwładniająco piękne ukraińskie białogłowy w wieku około lat dwudziestu pięciu. ZAŁOGA Siergieja. Gdy dzielny busik zwalnia przed przeszkodami: porzuconymi na chodnikach warszawskich ulic samochodami, gnijącymi od deszczu resztkami mebli, niesprzątanymi od dawna śmieciami wysypującymi się z kubłów, płowe warkocze lwowskich piękności poruszają się jak wahadła. Hamowanie – warkocze w lewo. Przyspieszanie – warkocze w prawo.

– Maszeńka, rozdaj wszystkim maski przeciwgazowe! Przed chwilą widziałem antylopy wjeżdżające przeszkloną windą po fasadzie wieżowca, a obok nich – dwóch całujących się Eskimosów. Czegoś takiego nie daje nawet najlepszy… hm… – Siergiej spogląda zawstydzony na zafascynowaną widokiem roztaczającym się z okien busika Polę – no niczewo. To musi być niedaleko. No, gaspadin Gniewski, dawaj nazad! Bo nas tu kto wypatrzy!

Siergiej rusza i manewrując precyzyjnie wielkim kołem kierownicy, wjeżdża pomiędzy dwa opuszczone autobusy. Z radia dochodzi niekończący się ciąg cyfr:

– Sjem, sjem, wosjem…

Pajączek zaciska ostatnią pętlę bandaża na wyciągniętej ręce Tomka, który patrząc prosto w oczy środkowej Ukraince, stara się nie jęczeć z bólu. W każdym razie niezbyt głośno. W masce o wiele mniej słychać.

– Sepagraw, Tomuś. Wytrzymasz. „Fe… men” – Pola odczytuje napis ze sweterka najbliżej siedzącej piękności i chowa plaster do skrzynki oznaczonej czerwonym krzyżem.

– Femen do boju! – Siergiej uśmiecha się dwuznacznie i pakuje do ust kolejnego skręta. – No, gdzie oni, czasu mało! Pola, twój Wuj… ten to ma głowę, patrz no tylko! Wszystko zgodnie z planem! O, już im macha! A jak podskakuje!

Wtem zza supernowoczesnego szklanego drapacza chmur wylatuje znajomy górnopłat! Lituanica w całej swej pomarańczowej krasie! Podwozie delikatnie dotyka asfaltu, lewe skrzydło ociera się o tabliczkę z napisem „ul. Żwirki i Wigury”.

Kilka minut później dwóch starszych mężczyzn biegnie już w kierunku schowanego między dwa Solarisy wymalowanego w kwiatki i ptaszki volkswagena. Jeden z nich nieco utyka.

Rozdział 25

– Jak to mówią Amerykańce w wojennych filmach: „We’re in business”!

Siergiej przesuwa wygaśnięty skręt w kącik ust i przekręca kluczyk w stacyjce.

– Trzymajcie się, po drodze miniemy kilka punktów kontrolnych. Szybko miniemy!

Zasapany Wuj Gniewski i mężczyzna z sarmackimi wąsami oraz znaczkiem z Matka Boską w klapie marynarki pakują się do środka przez tylne drzwi.

– Lechu, wskakuj pierwszy – sapie Prezes.

– Ja za tobą. Ty tu dowodzisz, Marian – mówi Lech i delikatnie popycha Gniewskiego. – Jak z czasem? – głos ginie mu w gardle na widok trzech delikatnych dziewczęcych dłoni wyciągniętych w geście pomocy, z której po ułamku sekundy zawahania Lech chętnie korzysta.

– Iii-zwinitje – mówi niepewnie Lech, spoglądając na widoczny na sweterkach krasawic napis, i z wykrzywioną bólem twarzą siada naprzeciwko. Zanim Lituanica zdołała uciec na wyższy pułap, jedna z kul wystrzelonych przez żołnierzy na lotnisku przebiła delikatne poszycie samolotu oraz fotel, na którym zasiadał Lech… Rana… postrzałowa… wot probljema. – W żopu trafili, co począć – uśmiecha się spod wąsa do najbliższej krasawicy Lech. – W d… pupę… znaczy się…

Volkswagen rusza z piskiem opon i wyciem przeciążonego silniczka pod podłogą. Wszystkie trzy członkinie ukraińskiej organizacji feministycznej spoglądają na Lecha z mieszanką współczucia i wyrozumiałości, jak nowe pokolenie bojowników na zasłużonego bohatera z przeszłości. Także wtedy, gdy ukradkiem rzuca ciekawskie spojrzenia na umieszczoną w zwykłym miejscu nazwę organizacji, którą przecież łatwo zapamiętać. FEMEN.

Rozdział 26

Niebieskawy, ledwo widoczny dla ludzkiego oka dym wydobywa się z tuneli warszawskiego metra. Wypływa z kratek kanalizacji. Unosi się nad spękanym asfaltem ulic prowadzących do Stadionu Narodowego, przystrojonego odświętnie i patriotycznie biało-czerwoną iluminacją fasady. Trybuny są już do połowy zapełnione, ale ze wszystkich stron na stadion wlewają się wciąż szerokie potoki ludzi. Na środku, w miejscu piłkarskiej murawy, robotnicy kończą właśnie stawianie ogromnej sceny udekorowanej tysiącami biało-czerwonych flag.

Kotwa, szesnastoletni kibic jednej z warszawskich drużyn, przyjechał z samego rana metrem, ubrany w odprasowaną przez matkę koszulkę z wyrysowaną kotwicą i wprasowanym zdjęciem swojego ulubionego żołnierza wyklętego. Kotwa przyniósł biało-czerwoną flagę i schowany w spodniach kij do baseballa. Amerykańskiej gry zespołowej, której zasad nie znał i znać nie chciał, bo po co. Dziś nie sprawdzali jak to na meczach, nie obmacywali flyersa, bojówek, tylko wpuszczali wszystkich, jak leci. Bo dziś będzie inaczej.

Od dziś będzie inaczej.

Chodzą słuchy, że nowy Naczelnik ogłosi pobór do wojska i wtedy Kotwa się zgłosi. I to od razu, tu – jeszcze na stadionie! Podobno potrzeba więcej wojska, żeby w końcu zaczęli nas szanować!

Żeby nauczyli się wszyscy dookoła, co to znaczy biało-czerwona flaga. – Kotwa poirytował się wewnętrznie.

Kiedy udaje mu się opanować zdenerwowanie, rozgląda się dookoła: sektor B stadionu zajmują już setki takich jak on. Ktoś zaintonował patriotyczną pieśń. Stadion aż drży. Kotwie płyną łzy z oczu. Szkoda tylko, że dziś grzać nie będzie kogo. Wszyscy swoi. I gdzie ten Naczelnik? Z ustawionych wokół sceny wyrzutni strzelają w górę biało-czerwone race.

– Musi być niedaleko! – zwraca się do Kotwy, przekrzykując hałas, swojak z wymalowaną na twarzy bielą i czerwienią.

To dobrze – myśli Kotwa. Od dziś… wszystko będzie inaczej!

– Bliżej się nie da – mówi Siergiej, zaciągając hamulec ręczny. – Desant do boju. Tylko mi się nie przezię… przezię…bcie? Biajcie? Język mi się zakałapućkał… Jak to będzie po polsku?

– Może sobie ten twój komputer włącz – żartuje Pajączek, otwierając tylne drzwiczki wysiadającym Femenistkom. – Nie przeziębcie się, dziewczyny… A swoją drogą, Siergiej… – Pajączek przepycha się do fotela kierowcy. – Czy wy macie jakiś plan?

– A, B oraz C – rzecze godnie Lech, spoglądając tęsknie za oddalającymi się dziewczętami. – Chociaż, jak mnie się to teraz widzi, plan… F jak Femen zadziała jak ta lala…Popatrzcie tylko.

Uzbrojeni po zęby policjanci z jednostek specjalnych strzegący wejść do Stadionu Narodowego wpadają w popłoch. W ruch idą radiotelefony, maski z pleksiglasu unoszą się, ukazując zdumione twarze młodych, najwyżej o kilka lat starszych od Kotwy chłopców.

I rzeczywiście, plan F działa! Pod sweterkami pięknych ukraińskich płowogłowych napis jest dokładnie taki sam: „Femen”. Sweterki lądują na ziemi, a półnagie dziewczęta chwytają się pod ręce, i dawaj!! napierać na szereg zdumionych policjantów!!

Jakiż za chwilę robi się rwetes! Jaki chaos! Choć w słuchawkach radiotelefonów słychać wrzaski dowódców wściekle ciskających rozkazy, chłopakom o wiele łatwiej byłoby przecież skierować lufę ku męskiej, a już na pewno ubranej w jakiś mundur piersi… A tak?

Zgodnie z nieco improwizowanym planem F, minibus rusza powoli wzdłuż płotu, rozpychając na boki biegnących w przeciwnym kierunku policjantów. Kilkaset metrów dalej, za zaułkiem, odsuwają się boczne drzwi. Dwóch niewysokich weteranów z brzuszkiem wyskakuje na ziemię z wolno toczącego się volkswagena transportera i posapując pod nosem podbiega do stadionowego ogrodzenia.

– Siergiej, a my? – pyta Pajączek. Ramię Tomasza zwisa bezwładnie. Bandaż nasiąkł krwią. – Tomka trzeba do szpitala!

– Pajączek, toż widzę, że chłopak blady, jakby krew pierwszy raz w życiu zobaczył…

– Ludzką… swoją znaczy się – protestuje, jeszcze bardziej blednąc, speszony Tomek.

– Zaczekaj, aż nasza grupa uderzeniowa wedrze się do obiektu. – Siergiej uśmiecha się dobrotliwie, poprawiając wielki jak żagiel jedwabny kołnierz wielobarwnej koszuli. Wyciąga z kieszonki kartkę zapisaną ciągiem liczb i porównuje z docierającym z radia głosem tajemniczego lektora…

– Piat’, szest’, djewjat – dyktuje pośród trzasków cichnący co chwila głos Dimy Bogdanowa.

– Zgadza się – podsumowuje Siergiej. – Wsio w parjadkie. Dima, haraszo, spasiba.

We wstecznym lusterku volkswagena widać, jak jeden z dwóch członków grupy uderzeniowej zawisł właśnie na płocie podczas próby sforsowania pierwszej przeszkody i intensywnie macha krótkimi nóżkami, jak owad w sieci, który podejmuje ostatnią desperacką próbę odmiany swego losu. Drugi komandos-weteran stara się pomóc druhowi, przepychając go jak worek prosa na drugą stronę wysokiego na dwa metry ogrodzenia. Kiedy to się w końcu udaje, na dłoniach Gniewskiego zostaje czerwony ślad krwi, a Lech stoi już wyprostowany dumnie po drugiej stronie i wyciąga ręce przed siebie. Tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było zamortyzować kontakt z ziemią kolegi z oddziału szturmowego.

– No to… no to ruszamy – mówi, ledwo łapiąc oddech, Wuj Gniewski i otrzepuje się z trawy i piachu już po drugiej stronie płotu.

Tymczasem w schowanym pod warszawskim brukiem zbiorniku drgnął zawór otwierający wpust drugiego, śmiertelnego składnika gazu. Podobnie zachowują się machiny zagłady w Berlinie, Londynie i kilkunastu innych miastach Europy.

***

Transporter, kierowany przez jeszcze bardziej wyluzowanego Siergieja, rozpędzony do niebezpiecznej dla tego modelu prędkości 70 km/h, omal nie zderza się z wjeżdżającą pod drzwi izby przyjęć karetką.

– Martwię się o niego. – Pajączek spogląda za siebie ku malejącej w oczach sylwetce Tomka. – Żeby mu coś do głowy nie strzeliło głupiego.

– A niech strzela. Jak każdy mużyk też chce być gierojem. A nie dzień w dzień sabakom do pyska zaglądać, albo kotom jajka…nieważne. Co u mamy?

– Nie mogę się dodzwonić. Ktoś dziwny na sekretarce odpowiada. Siergiej rzuca spojrzenie ku Poli i, kierując jedną ręką, drugą sięga za

siebie i wyjmuje ze skrzynki maskę przeciwgazową.

– Ani na chwilę jej nie zdejmuj. Ani na chwileczkę!

Transporter wchodzi w ostry zakręt. Dwa koła odrywają się od nawierzchni, a pasażerka pojazdu, z twarzą schowaną za maską gazową, rozkłada mapę, przesłaniając widok na prawy pas dwumetrowemu, podstarzałemu nieco hippisowi. Widok na lewy pas przesłania mu od czasu do czasu, spychany wiatrem z otwartej szyby, kołnierz wzorzystej koszuli.

***

Pajączek zaczynał się już nudzić po setnym wciśnięciu przycisku „Redial” na Siergiejowym telefonie, kiedy głowa w kasku z latarką i w masce przeciwgazowej w końcu wychynęła z kanalizacyjnego włazu. Siergiej, ubrany w pomarańczowy kombinezon roboczy, utytłany na czarnobrązowo w kanalizacyjnej mazi, siada na pokrywie włazu i ociera pot z czoła.

– Siergiej, wyłączyłeś to dziadostwo? Wyłączyłeś? Możemy wracać? Pajączek kuca obok byłego agenta Sierioznego i przeciera palcami zamglone okulary maski przeciwgazowej. Z otworu kanalizacyjnego wciąż wydobywają się kłęby niebieskiego gazu. Siergiej kładzie się na plecach i oddycha głęboko.

– Skoro tak, to zdejmuj to coś, bo ci nie do twarzy, i ruszamy do domu. Ja też mogę? – Pajączek sięga do swojej maski, ale Siergiej łapie za nadgarstek.

– Swołocz… – charczy Siergiej.

– Siergiej, co ty… co ty tam charczysz, chłopie? Co to ma znaczyć…? Może ja zejdę? Siergiej, ty mi mów, bo coś tu jest bardzo nie sawa!

– Swołocz! – charczy Siergiej. – Nie dało się wyłączyć. Nadajnik jest…

– Siergiej, bo się zakrztusisz!

– Nadajnik jest…

– Już lepiej…

– …gdzie indziej!

Przetrawienie otrzymanej informacji zajmuje Poli kilka dłuższych sekund. Słońce wciąż miło ogrzewa jej plecy, przyjemny mazowiecki zefir podrywa z ulicy wyschnięte, od dawna niezamiatane klonowe liście.

– Sepa…graw… – wypowiada nadspodziewanie spokojnym tonem swoje ulubione powiedzonko Pajączek. I poważnym głosem zarządza: – Jedziemy. Ja prowadzę. – Pola obraca się na pięcie i maszerując do hippiewagena, dodaje: – Puszczę ci nawet te twoje hippiesongi. Sepagraw… no sepagraw przecież.

– Mamy pół godziny… dwadzieścia dziewięć minut do czasu domieszania drugiego składnika…

– Zdążymy, siadaj. Gdzie tu jest jedynka? – W skrzyni biegów coś jęknęło. A potem chrupnęło.

– Pola… Pola! Opanuj się! Nie wiemy, GDZIE ON JEST! Gdzie jest ten nadajnik!

– To był wsteczny. No dobra, zaraz ruszamy… Ale najpierw chcę w końcu porozmawiać z mamą!!

Kilka minut później Siergiej bierze do ręki mapę. Do Twierdzy Modlin w dwadzieścia minut? Z centrum Warszawy?

– Na pewno tam? – pyta Pajączek, wyprowadzając transporter z zakrętu na trzecim biegu.

Siergiej ponownie sięga po komórkę. Chwilę przysłuchuje się pozostawionej przez kogoś wiadomości. Jeszcze raz nanosi koordynaty na mapę.

– Zdążymy? Ciekawe, kto to, prawda? Ten w telefonie…

Siergiej składa mapę i ociera policzek o kołnierz koszuli. Szykuje się, żeby powiedzieć Pajączkowi prawdę. Zamyka oczy… Tak łatwiej powstrzymać łzy kapiące na nogawki dżinsowych dzwonów… Pisk hamulców! Transporter rzuca się na lewo, a potem w prawo i staje w poprzek ulicy! Kiedy Siergiej ostrożnie otwiera oczy, widzi przed sobą dwóch mężczyzn w czapkach pilotkach, stojących z konsternacją w oczach na środku przejścia dla pieszych. Właśnie uniknęli śmierci. W rękach dyndają im torby z zakupami z pobliskiej, opustoszałej, jak i wszystkie inne sklepy, „Żabki”. Z rozerwanej reklamówki wypada butelka piwa i roztrzaskuje się o asfalt. Jeden z mężczyzn unosi brwi, macha przyjaźnie ręką do pasażerów volkswagena i… kieruje się do pomarańczowego górnopłatu z napisem „Lituanica” na kadłubie.

– Lubisz latać? – pyta pogrążony w myślach Siergiej.

– Samolotem? Mdłości, wymioty… Ale jeśli mus… – Pajączek spogląda na Siergieja z ufnością. I jednocześnie hamuje ze wszystkich sił drżenie rąk. Bo ludzie mają różne fobie.

– A.. skoki ze spadochronem lubisz? – dopytuje natrętnie Siergiej, kalkulując to i owo w głowie.

Rozdział 27

Do szpitala? Z takim draśnięciem?

Tomek łapie zębami za końcówkę bandaża i zaciska mocniej wokół ramienia. Ruchy ręki od lat praktykowane na dogach i labradorach. Rozgląda się po pustym ambulatorium. Dobrze, że ten Tramal w szafce trzymają, bo rwie jak cholera. A ja mam do wykonania, jak to Marian określił, plan A-dur.

Gdzieś z daleka dochodzi potężniejący głos tłumu, wielokrotnie odbity od fasad wieżowców, przemycony tunelami metra, wibrujący na kablach zasilających pantografy opuszczonych na rondach tramwajów.

„Uuuaaaauuuuuuuu…”

Dźwięk staje się bardziej natarczywy, gdy Tomek otwiera na oścież szklane drzwi izby przyjęć.

– Hej, ty! Czekaj!

Długowłosy, chudy jak model H&M-u nastolatek, wychodzi z opustoszałego baru Skowronek naprzeciwko i rozgląda się uważnie na boki.

Spoczywająca na jego plecach w futerale ze sztucznej skóry gitara basowa zakrywa częściowo rozbitą szybę w drzwiach wejściowych. Sporządzone wyblakłym już flamastrem na plastikowej tabliczce menu barowe wyślizguje się spod czarnego, podkutego martensa. Krople zimnego sosu skapują z talerza na stopień betonowych schodków prowadzących do wnętrza jednego z najbardziej popularnych barów mlecznych w okolicy. Teraz hasło „samoobsługa”, wiszące od kilku dziesięcioleci nad okienkiem wydawania posiłków, stanowi wezwanie do przestępstwa. Krępy, jak brzmi ksywa basisty zespołu Nicość i Latarnie, ma BMI lokujące go w samym środku zakresu pożądanego przez ważniejszych projektantów mody. Kobiecej.

Krępy zobowiązał się perkusiście Nicości i Latarni, że podrzuci coś do szamania, i to na jednej nodze, bo siła uderzeń stopki o centralkę znacząco spadała. Pałkarz Nicości, zwany Kubatonem, zwykle traci siły od stóp w górę. A tu proszę: zimny, co prawda, ale jednak kotlet pożarski z kaszą i buraczkami. Z dostawą za kompletne friko. Nie dłużej niż minutę po Krępym w drzwiach sali prób, ulokowanej bardzo poręcznie w piwnicy czynszówki, staje, sapiąc i jęcząc, jakiś nieznany facio o wyglądzie żołnierza tułacza. Na jego widok Romal – gitarzysta i mózg Nicości – aż zachłystuje się zorganizowanym w najbliższej „Żabce” żubrem i na chwilę przestaje mękolić Kubatonowi, przeżuwającemu pierwsze kęsy pożarskiego, o Kaśce, której wokal był znakiem rozpoznawczym Nicości. Kaśce, która po zajęciu czwartego miejsca w „Zakazanych Piosenkach”, nowym telewizyjnym konkursie dla piosenkarzy-amatorów wykonawców partyzanckich piosenek, przestała się zjawiać na próbach Nicości, sprawiając, że Krępy, który kochał się w niej od gimnazjum, odczuwa teraz to, co trzeba – z punktu widzenia twórczości – czyli nicość. Nikt tak jak Kaśka nie wyrażał do stojącego obecnie samotnie na mikroskopijnej scenie mikrofonu tekstów Krępego o nicości.

Obandażowany żołnierz tułacz opada na stojący poręcznie przy wejściu wzmak Marshalla.

– Jestem Tomek. Pakujcie sprzęt. Mam dla was wokalistkę. I gig do zagrania. Proszę… Tu jest… – Tomasz wyciąga z kieszeni dżinsów zwitek banknotów.

Kęs pożarskiego kotleta zawisa na widelcu milimetry od ust perkusisty. Noga porusza się bezwolnie, poza świadomością, prawa ręka uderza w werbel.

Tssyyyy…

– Krępy, to twój wujek? Daleka rodzina?

– Zbok jakiś. Leciał za mną od Skowronka.

– Wesele czy event? Bo do kotleta to my nie gramy. – Gitarzysta Romal spogląda z obrzydzeniem na resztkę pożarskiego utytłanego w buraczkach, a następnie z potępieniem na Kubatona, który, jak to bywa z pałkarzami, zdanie miał odmienne.

– Stadion.

– Chrzanisz.

– Pakujcie klocki.

– Chrzanisz. – Krępy odstawia ibaneza i wyjmuje fifkę.

– Chrzanię? – Tomek podnosi się z Marshalla i otwiera drzwi do kanciapy. – To posłuchajcie.

„Uauuaaaaaauuaaaa…”

Od strony Narodowego dobiega wycie, jakby Polska w końcu strzeliła Anglii jednego, i to najlepiej w doliczonym czasie.

„Uuuuaaaaauuaaaaaaa…”

– Są na was gotowi.

– Na Nicość nikt nie jest gotowy – mruczy refleksyjnie wciąż przeżywający odejście Kaśki Krępy.

– Ruszamy. Leć po pojazd – decyduje po namyśle Romal i rzuca Krępemu kluczyki do zespołowej Syrenki Bosto w kolorze różowym.

Rozdział 28

– Straszny hałas! – wrzeszczy Pajączek prosto do ucha Siergieja. – Te drzwi… naprawdę muszą być otwarte? W normalnych samolotach tak nie ma! Widziałam w telewizji!

Głos Poli ginie, tłamszony rykiem potężnego silnika Wright-Whirlwind, który blady z podekscytowania Stasys wprowadza na najwyższe obroty, rozpędzając Lituanikę do maksymalnej prędkości startowej. Na końcu szerokiej alei, obstawionej porzuconymi samochodami i autobusami, z turkusowej mgły wyłania się nagle obrośnięty brzozowym lasem, wysoki na kilkaset metrów pagórek.

– Dawaj! Dawaj!!! Ciągnij! – wrzeszczy do mikrofonu Steponas, raczej pod adresem swojego ulubionego samolotu niż Stasysa, który wolant wepchnął daleko między nogi i ustawił moc silnika w pozycji „max”. Jednak balast dwojga dodatkowych pasażerów sprawia, że dzielna Lituanica zyskuje pułap wolniej niż zwykle.

– Stasys! Rozbijemy się! Zahaczymy o drze…

Gdyby Bellanca była żyjącą istotą, z całym przekonaniem można by powiedzieć, że uczyniła wszystko, żeby wyjść cało z opresji i uratować załogę, pasażerów oraz siebie. Kiedy bowiem śmigło uderza w brzozową gałąź, a silnik wbija się w pień drzewa i wydaje się, że pilotów w kabinie czeka pewna śmierć, samolot zwyczajnie przelatuje na wskroś przez pagórek i zadzierając nos do góry, zaczyna wolno nabierać wysokości.

Stasys spogląda blady na Steponasa, który siedzi oniemiały w fotelu drugiego pilota.

– Co oni za wódkę mają w tej Polsce… Pppopo jjjjednym gggłębszym.. takich zwidów człowiek dostaje...

– Ciepła była… – próbuje racjonalnych wyjaśnień Steponas, chociaż przed oczami wciąż ma śmierć. Lituanica nadal wznosi się pod ostrym kątem.

– Ile im trzeba?

– Z tysiąc metrów?

– Chcesz im oddać nasze… – Nagła turbulencja przerywa Stasysowi, który koryguje lot wolantem.

– A po co nam one? My prosto do domu.

– Racja. Prosto do domu. No chyba że…

– Chyba że co, Stasys?

– Może byśmy jeszcze o Danzig zahaczyli…

Kołnierz Siergieja, pchnięty prądem powietrza z otwartych drzwi, uderza w Pająkowe ucho.

– Inaczej się nie da. Muszą być otwarte.

– Ale co się nie da? – Pajączek odsuwa kołnierz na bok. – Co się nie da? Wylądować?!!! Siergiej, tylko ty mi nie mów…

– Mamy pułap. Do celu minuta. Szykujcie się! – Steponas wskazuje ręką na otwarte drzwi. Wstaje i sięga po spadochrony.

– A co to za paczka?

– Spadochron. Przyda się, kiedy będziesz wyskakiwać…

– Ja?… – Pola bezwiednie obraca się plecami do Siergieja, który zaciąga paski na pajączkowatych ramionach. Nikt nie może tego dostrzec, ale jej usta zaciskają się mocno, dłonie zwijają w pięści. Ale tylko na chwilę, bo potem Pajączek wygładza włosy, wiąże je w kok, wsuwa spinkę. Jest gotowa.

– Ja? Skakać? Ależ proszę bardzo. Sepagraw!

Ktoś sprawdza ostatni raz wszystkie zapięcia, ktoś klepie ją po plecach, ktoś popycha stanowczo do wyjścia.

– Siergiej, a jeśli Boga nie…

…maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa???!!!

Gdy czasza spadochronu Poli rozwija się na niebie tuż nad Twierdzą Modlińską, Siergiej podnosi kciuk, wrzeszczy: „Dziękuję!” i skacze. Przelatując obok dyndającego już pod wielobarwną czaszą Pajączka, szarpie za linkę spadochronu. Pomarańczowa Bellanca Pacemaker „Lituanica” pochyla się lekko na prawe skrzydło, potem na drugie w międzynarodowym geście pożegnania, a potem bierze kurs na północ. Lecąc do Kaunasa, można przecież zawsze zahaczyć o Gdańsk.

Rozdział 29

Kotwa z niepokojem obserwuje nadciągające nad stadion jednocześnie od wschodu i południa dwa potężne fronty burzowe. Przypominają wielką na setki metrów falę tsunami, którą widział w telewizji.

Jeśli to nie ściema z tym Naczelnikiem… to może już jutro zaczną rozsyłać wezwania do wojska. A wtedy w dwa dni skopiemy Białorusinom tyłek i odbierzemy im… Brześć, Baranowicze… Dom dziadków może jeszcze stoi, kto wie – rozwija twórczo swe marzenia Kotwa. I mizia się przy tym po przedramieniu, gdzie w wyniku spadku temperatury otoczenia wystąpiła wstydliwa dla każdego twardziela gęsia skórka.

Tymczasem dwie sinoczarne fale toczą się po niebie, wyrzucając z siebie od czasu do czasu ostrzegawczą błyskawicę. Kotwa w rosnącej wrzawie słyszy odległy grzmot i szybko przelicza odległość.

Spokojnie, będzie ze dwadzieścia kilometrów.

Drugi i trzeci grzmot są już o decybel głośniejsze. Ażurowy dach nad sceną chwieje się od drgań przenoszonych z murawy stadionu zatupywanej butami patriotycznego tłumu.

***

Tablet, który Wice trzyma w ręku, od kiedy wcisnęła mu go ubrana w skromną, sięgającą do kostek szarą suknię Zajcewa, wysuwa mu się ze spoconej dłoni i spada na wykładzinę korytarza wiodącego do wejścia na scenę, niknącą wśród morza ludzi, jak zagubiona tratwa rozbitków.

– Ależ po co te nerwy – odzywa się Mężczyzna z Wąsikiem, czyli bardzo z siebie zadowolony Makarow. – Na pewno zdąży.

Makarow pochyla się, podnosi tablet, potrząsa nim, jakby wpadł do kałuży, i ogląda go z obu stron. Naciska przycisk sieci, przesuwa palcem po ekranie i wręcza urządzenie Wice Migalskiemu.

– Działa.

– Jaka ulga… pod warunkiem że on zdąży, bo ja sam naprawdę nie dam rady… Ten tłum…

– Już za sam wygląd słałabym SMS-y na „tak”, Piotrze Stanisławowiczu! I to jeden za drugim! Za sam wygląd! – Zajcewa wysuwa swą piękną, delikatną dłoń, jakby narysowaną przez wielkiego rzeźbiarza z myślą o reklamach biżuterii, i prowadzi posłusznego jak cielę Wice do garderoby. – Nawet Lady Gaga potrzebuje drobnego retuszu przed wyjściem na scenę… a tu przecież taka odpowiedzialność i występ… dziejowy! Chodzi o… Naród przecież!

– I bezpieczeństwo. I przyszłość… – dodaje najwyraźniej czymś ubawiony Makarow, który dokonuje inspekcji wyglądu stojących na baczność przed lustrami trzech tęgich mężczyzn przebranych w biskupie szaty. Zajcewa zostawia w fotelu Migalskiego i rusza tanecznym krokiem w kierunku rzędu luster po drugiej stronie garderoby.

– Niech no się okręcą. Szaty od tyłu zobaczymy, czy dobrze leżą. Grubszych nie mieli? No i toż to żadna złota nić! Sztuczne wszystko!

Trzej śmiertelnie przestraszeni pięćdziesięciolatkowie wciągają potulnie bandziochy rozmiaru xxxl i obracają się drepcąc w miejscu jak u krawca na przymiarce.

– Przepraszam… – dobiega z fotela. – Ale czy ten wąs… czy on jest konieczny? Odkleja się trochę i myślałem…

Zajcewa podpływa tanecznym krokiem, uczyniwszy po drodze piruet, i kłania się Migalskiemu, jak gdyby awansował on właśnie na…

– I czapkę maciejówkę damy na głowę.

– I będzie w sam raz! – raduje się Makarow.

– I wąs dociśniemy…

– I do lustra, proszę! Naczelnik! Wykapany Naczelnik! Do twarzy wam w mundurze, oj, do twarzy, gaspadin Piotr! Hej, wy tam! – Makarow odwraca się ku trzem fałszywym biskupom i wbija w nich swój rozbawiony wzrok, z odrobiną szaleństwa. – Myślicie, że się spodoba?

Biskupi przytakują z entuzjazmem. Zależy im na tej roli. To pierwsze pieniądze od dwóch lat. Od reklamy pszenicznego piwa Klasztorne Mocne.

– A jeśli on nie zdąży?

Zajcewa bierze do ręki tablet i spogląda na ekran.

– Jeśli nie zdąży, będzie umierał tysiąc lat za każdą literę, której zabraknie, za każdy skradziony nam przecinek, kropkę, której w swej naiwnej, nikomu niepotrzebnej odwadze zdecyduje się nie zasugerować tej… elektro-maszynce do pisania tym swoim… jęzorem wywieszonym jak u psa.

– Wot i wszystko jasne. – Makarow patrzy na swą towarzyszkę z cieniem grozy w oczach. Przecież to tylko zabawa. Po co się tak.. pieklić?

***

Zamknięty w pracowni wypełnionej książkami, których nie napisał, uwięziony w fotelu na zawsze, Pisarz dotyka koniuszkiem języka kącika ust i mruga na potwierdzenie. Doskonały, ultranowoczesny program odczytuje właściwie jego intencje.

Cofnij.

_Kropka.

Kropka pojawia się na ekranie..

Wyślij.

_Wysłane.

Pisarz zamyka oczy. Strużka śliny wycieka z ust i zawisa nad wyfroterowanym parkietem.

Chrzańcie się.

Ekran gaśnie na kilka sekund.

_???

Pisarz wygina usta w karykaturze uśmiechu. Jego głowa, niepowstrzymywana przez zwiotczałe, niereagujące już na żadne impulsy z włókien nerwowych mięśnie, przechyla się przez barierkę wózka i zawisa nad podłogą, odsłaniając drgające w krtani jabłko Adama. Urządzenie wtłaczające tlen do tchawicy pracuje równomiernie. Tsy, tsy… Tsy, tsy…

Widzę… początek czasu… Kwarki ustawiające się w nieskończoności w drgające struny… Słyszę delikatne uderzenia młoteczków fortepianu… Wariacje Goldbergowskie… Anihilujące ze sobą w zeptosekundach pary elektron–pozyton… Miliardy… kwadryliardy błysków wyzwalających fotony… Materia wypływa z czarnych dziur… Słońca rodzą się i umierają… Płynę aż do źródła… do wielkiego wybuchu…

Boże.

_Kropka?

Ekran gaśnie po kilku minutach milczenia i przechodzi w tryb oszczędności prądu.

***

– Nie sięgnę do tych na górze. Skombinuj drabinę. Albo mnie podsadź jakoś. – Lech wspina się z wysiłkiem na palce. Z wyrazem desperacji na twarzy wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki futerał z okularami. Snop światła latarki przesuwa się od bezpiecznika do bezpiecznika, prześlizguje po czerwono-czarnych przełącznikach. – Gdzieś setka tego jest. Może więcej. – Wałęsa odwraca się do Gniewskiego, świecąc mu latarką prosto w oczy. – To na pewno te?

– Tak jest na planie. – Wuj Gniewski odsuwa latarkę na bok, która teraz przez chwilę oświetla betonowe, nieco zawilgocone ściany biegnącego głęboko w trzewiach stadionu serwisowego kanału. – W końcu to ty jesteś elektrykiem. Lata całe tym się chwaliłeś. Prosty elektryk, który rozwalił komunizm… i tak da…

– Na emeryturze. Elektryk na emeryturze! – Lech zaczyna wymachiwać palcem przed oczami Gniewskiego, tak jak ma w zwyczaju. – No i te technologie nowe teraz mają. Mnie to w ogóle na bezpiecznik nie wygląda. Kiedyś się wykręcało i goto… – Szukaj tego z napisem „SCENA GŁÓWNA”.

Gdzieś z ciemności korytarza dobiega szelest. Lekko przestraszony Lech kieruje tam światło latarki.

– Nie mogę się powstrzymać – przemawia nagle opierający się na lasce mężczyzna, stojący w cieniu korytarza na skraju światła latarki – żeby… nie wycedzić przez zęby jak w amerykańskich filmach, w westernach, wiecie… – Mężczyzna najwyraźniej zbiera siły. – „Nie tak szybko, Dave”. I wtedy dają zbliżenie na palec na cynglu. A Dave zamiera w połowie drogi po strzelbę, którą zostawił w wigwamie, gdzie czeka na niego ukochana Bosa Stopa, czy jak jej tam. Ale krótko, krótko, panowie. Otóż ja też mam palec na cynglu. Bardzo precyzyjna broń, specjalny generalski przydział. I wciąż dobrze strzelam. Mimo tej całej pieprzonej chemii.

– Krótki…

– Panie… elektryk, latarkę poproszę. I, jak to mówią w westernach, „tylko żadnych sztuczek, Dave”. Chociaż… dlaczego nie? Dlaczego właściwie nie?! Bardzo proszę! Sztuczki! Sztuczki! Bam, bam! Bam, bam! Zastrzelony podczas próby ucieczki! Truchło padło i zgłuchło! – Osiemdziesięcioparoletni starzec popycha Wuja Gniewskiego lufą służbowego Glocka. – Nigdy nie dorosną. Władza to władza i koniec. Kropka. Krótko. No, ruszamy.

Rozdział 30

Gdy Wice Migalski pojawia się na rozchybotanej przez wiatr scenie, trzech fałszywych biskupów stoi już w rzędzie jak na apelu, a obok nich, jakby w drugim chórku, wyczekując na atrakcję wieczoru, Makarow z oszałamiająco piękną Zajcewą, której delikatna, wschodniej urody twarz nie znika z zawieszonego nad sceną telebimu.

Kiedy zastępuje ją twarz Wice Migalskiego, z wąsami i w stosownej czapce, tłum wrze z emocji. Kotwa wyrzuca ręce do góry w geście radości, jakby w doliczonym czasie padła bramka dla naszych! Toż to ta sama twarz, co w historycznych miesięcznikach, które Kotwa otrzymuje gratis od kolegów przy każdym zakupie T-shirta z patriotycznym hasłem – wąs niemal ten sam. I czapka. I zatroskanie na twarzy! I, zdaje się, siwizna przykrywająca skronie. Nieco może wcześnie jak na dość młody wiek. Ale ogólnie… SZACUN, co widać i słychać po reakcji tłumu: wszędzie flagi, czerwień i biel! I tylko to czarnosine niebo nad głową. A może to lepiej? Poważniej! Kontrast lepszy!

I gdyby tylko leszcz za stołem mikserskim chociaż trochę ogarniał, to może by jakoś dalej poszło… bo oto… nasz nowy Naczelnik wpatruje się w tablet, z którego ma odczytać przemówienie… Wpatruje się… Telebim na dwadzieścia metrów średnicy, każdą zmarszczkę widać… każdą kroplę potu na czole… i następną…

– Kto mu tego wąsa przykleił? – słyszy komentarz z boku Kotwa. I rzeczywiście, jest to komentarz na bieżąco, jakby sam Szpakowski mecz komentował w pełnym synchro z ekranem, bo czy to przez wiatr, czy przez pot…

– Patrzcie! Sztuczny ma! – wrzeszczy ziomal stojący rząd niżej.

Faktycznie – myśli Kotwa.

Faktycznie, widzi Kotwa na ekranie. Jak i pół miliona innych par oczu. Wąs odkleił się i zwisa żałośnie, lekko powiewając na wietrze. Gdy ten się wzmaga, naczelnikowska czapka zrywa się z głowy Wice-Migalskiego, trafia na wznoszący prąd, unosi się chwilę nad głowami rozwścieczonych widzów z pierwszych rzędów i niknie gdzieś w sinoburej chmurze.

– Gadaj! Gadaj coś wreszcie – mówi cicho do siebie Kotwa, ale ktoś z boku podchwytuje jego myśl.

– Gadaj! Gadaj! Ga-daj! Facet, ga-daj! – drą się mocne, wyrobione na „żyletach” stadionów młode gardła.

Wice wpatruje się w ekran tabletu, smyra palcem po wszystkich możliwych apkach, drugą ręką próbuje jeszcze dokleić odpadający wąs.

– Gdzie ta mowa, do cholery?!! – Wice obraca się wściekły w kierunku nieco speszonych Makarowa i Zajcewej.

Upływają długie sekundy i w końcu tablet sygnalizuje brzęczeniem nadejście wiadomości. Wice uspokaja się nieco, poprawia palcami zwisający wąs i odchrząkuje. Lecz głos zamiera mu w gardle. Na ekranie widnieje tylko jedno zdanie:

„ODWAGA TO NIC INNEGO JAK NIESTRASZENIE INNYCH”. Wice podnosi wzrok znad tabletu i widzi wpatrzone w niego oczy, wsłuchane uszy, na wpół otwarte usta. Milczy. Z wiszącej nad czaszą stadionu sinej chmury dobiega grzmot. Grad wielkości tenisowych piłek uderza w głowę stojącego pośrodku fałszywego biskupa, który osuwa się na kolana. Płacze i rozmazuje łzy, deszcz i krew po pucołowatej twarzy.

– Dawaj mi to. – Wściekła mina Makarowa mówi sama za siebie. – Dawaj, smrodzie.

Gdy Wąsik spogląda w ekran, znajduje tam inne zdanie:

„Bogowie wymierają, lecz Poezja, trwalsza niźli posąg z brązu, przetrwa wieki”.

Makarow opuszcza tablet na ziemię i depcze go obcasem, jak niedopa-

łek kubańskiego cygara.. Pierwsza lodowa kula, ciśnięta gdzieś z pierwszych rzędów, trafia Wice między oczy. Migalski osuwa się na kolana obok najgrubszego z biskupów i zaczyna łkać jak dziecko, któremu ktoś sprawił lanie za winy prawdziwe i wyimaginowane, i odesłał do kąta na długie godziny podlewanej łzami współczucia dla samego siebie pokuty.

– Chodźmy stąd. Nudzi mnie to. – wzdycha Agrafiena Zajcewa wyraźnie rozczarowana.– A miało być tak zabawnie.

– Zostawmy ich. Êtres sans raisonnable raison d’être..

– Pięknie! I jak zwykle w punkt! Istoty dla bytu swego bez nijakiego uzasadnienia…

– Kiedyś… przy innej okazji.. przeczytałem komuś przez ramię.

– Jakiemuś pisarzowi?

Makarow uśmiecha się jak ktoś, kto nie po raz pierwszy zdaje sobie sprawę z błyskotliwości intelektu swojej towarzyszki. Z tym uśmiechem odwraca się, rzuca za siebie ostatnie spojrzenie, jak pasażer liniowca opuszczającego port, po czym bierze Zajcewą pod rękę i sunąc wyniośle polonezowym krokiem, oboje oddalają się za kulisy. Na scenę spadają setki lodowych kul. Część prosto z chmury, wiele dolatuje ciśniętych mocnymi, wytatuowanymi ramionami.

Rozdział 31

Lech spogląda ku Gniewskiemu, który kiwa lekko głową na znak, że się zgadza i rozumie. Że taki jest plan. Że taktyka jest jasna. Wtedy latarka gaśnie i w korytarzu zapada ciemność. Rozświetla ją na ułamek sekundy błysk wystrzału ze służbowego Glocka. Krótki trzyma palec na cynglu i podążając za instynktem, naciska go bezwiednie w stronę szarżującego na oślep Lecha, który na szczęście kilka metrów przed końcem swojej szarży potyka się o występ w betonowej posadzce i rzuca się do przodu jak zawodnik amerykańskiego futbolu szukający nóg swojego rywala. Kula przechodzi centymetry nad głową Lecha, odbija się od ściany i rykoszetuje z gwizdem gdzieś w głębi korytarza. Ogłuszający huk rzuca Gniewskiego na ziemię, a siła odrzutu chwieje Krótkim, który i tak ledwo trzyma się na nogach. Trzeci tydzień chemii robi swoje.

Następuje głuche uderzenie rozpędzonego w ciemnościach Lecha o żebra przeciwnika i z ust Krótkiego wydobywa się jęk. Gniewski przez ułamek sekundy widzi, jak czoło Lecha podnosi się i cofa niczym armata przygotowywana do wystrzału. Czoło to styka się z nosem Krótkiego, wzorowo i w punkt jak podczas bójek w wiejskiej klubokawiarni. Druga kula nie rykoszetuje gdzieś w oddali, lecz kończy swój krótki lot dziwnym dźwiękiem. „PLAM”. Jakby zatrzymała się w czymś miękkim. Westchnienie i cichy jęk dobiegające z ciemności oznaczają tylko jedno: Pajączkowy wuj, eks-Prezes Gniewski nie ma dziś szczęścia.

Kiedy latarka znów się zapala, Lech wstaje i otrzepuje kolana, jak gdyby zadzwonili na podniesienie w kościele.

– Z byka żem mu przy… Zimny jest. – Lech zabiera Krótkiemu z dłoni pistolet i kieruje snop światła w miejsce, skąd dochodzą niepokojące dźwięki. – Widziałeś? Z byka żem mu…

Gniewski siedzi na podłodze, opierając się o betonową ścianę. I w jednym Krótki miał rację: może nie warto było próbować sztuczek, Dave?

– Marian, ty żyjesz? – Lech gładzi swoje sarmackie wąsiska z zafrasowania. W świetle latarki widzi, jak Gniewski podnosi głowę i stęka z wysiłkiem.

– Ryko… szet. Ale i tak boli. Gdzieś spod wątroby chyba.

– Możesz wstać, Marian? Gdzieś tu mają… jakąś pielęgniarkę dla piłkarzy…

Gniewski osuwa się po ścianie na ziemię. Pierwsza próba powstania na nogi spalona.

– Lechu… zostaw… To i tak nie ma sensu. Jeśli Siergiej i Apollonia… – Gniewski patrzy Lechowi uważnie w oczy. – Jeśli im się nie udało… zginiemy wszyscy. To ja sobie tutaj posiedzę…

– Siergiej? To on… ruski jakiś? No dobra, oni też… porządni ludzie bywają. A ile mają… czasu…? –– Nic. – Gniewski mobilizuje wszystkie siły, żeby podnieść nadgarstek z zegarkiem na wysokość oczu. – Już po czasie.

Wuj Gniewski mdleje.

Lech delikatnie kładzie wiotkie ciało eks-Prezesa Gniewskiego na podłodze korytarza i wsunąwszy pistolet w szare spodnie od garnituru, rusza przed siebie. Po chwili zawraca i wypina z klapy marynarki znaczek z Matką Boską, który przypina Gniewskiemu do swetra. Jak medal.

– Żaden medal, bośmy jeszcze nic nie zrobili… wieko… no… wiekopomnego. Pewnie i tak nie pomoże, ale może i nie zaszkodzi… – Lech gładzi sarmackie wąsy i kuca jeszcze obok generała Krótkiego, który oddycha płytko, pogrążony w znokautowanej nieświadomości.– Temu nawet Matka Boska nie pomoże.

Zgiełk dochodzący gdzieś z góry, z płyty stadionu, tu głęboko pod ziemią odczuwalny jest jak jest jak trzęsienie ziemi. Tynk sypie się z sufitu. Rysy pojawiają się na ścianach i betonowych wspornikach. Nic dziwnego, że nie słychać posapywania Lecha, który jest już zbyt stary, żeby uprawiać jogging gdzieś w trzewiach budowli narodowej, której ktoś nadał imię z angielska brzmiące. Dlatego po kilku minutach, kiedy ciemność nie ustępowała, a ściany korytarzy niczym się od siebie nie różniły, stanął Lech, zaświecił latarką tam, ówdzie nią zaświecił, i gdy to skutków nie przyniosło wielkich, uznał swoją dezorientację. A w takich przypadkach, gdy radę chciał Lech zyskać, pytał Lech, niczym Prezydent Francji de Gaulle, kiedy ojczyzny zdanie chciał poznać, tedy pytał sam siebie ów francuski generał, taki i Lech pytał w życiu sam siebie, a jeśli to nic nie przynosiło, żony swojej Danuty pytał Lech. A że tej akurat w chwili ratowania ojczyzny nie było u boku Lecha, jako wariant awaryjny Mazowiecki, Kuroń, albo Geremek by się nadali, albo w ostateczności ksiądz jaki, by rady udzielić, lecz i tego…brak.

Chociaż. Chociaż...

Spojrzał Lech wciąż pogrążony w konfuzji przed siebie i tam ujrzał iskierkę, pomarańczowy punkcik, ogieniek tlący się w ciemnościach korytarza obiektu narodowego odgłosami walki plemion wstrząsanego. Punkcik kołysał się i rósł, a wraz ze zbliżaniem rosła intensywność zapachu płynącego wprost do marszczącego się z ciekawości nosa Lecha.

– Zioła jakieś? – zapytał sam siebie Lech, z braku innych możliwości, o czym powyżej.

Chrząknięcie.

– Mma..marycha – padło gdzieś z ciemności

Snop światła latarki wyciągnął z cienia pucołowatą twarz, zamkniętą szczękami czarnych bokobrodów, niczym w kasku trenażowym boksera, tak że policzki wypchnięte bywają prosiaczkowato do przodu. Uśmiechająca się wstydliwie twarz należała do księdza Antoniego. Jego też było stukilogramowe ciało w czarną, przepisową sutannę przyobleczone.

– Ksiądz?

– Antoni. Palę dla relaksu. Czasem. Straszny hałas. Pewnie się już

mordują… ci tam na górze.

– No tak, nie ma czasu… – Lech przypomina sobie o swoim zadaniu, lecz coś wciąż mu uwiera. Bo przecież niby nie miał kogo spytać, nawet w czwartej kolejności, a tu proszę. Jest ksiądz. Jakby z niebios zesłany.

– A czego by tak ksiądz tu szukał?

Antoni delikatnym gestem prosi o przeniesienie snopu światła z jego twarzy i zaciąga się dymem ze skręta.

– Trzeba było jakoś.. przepraszam, może pan ma ochotę… – Antoni przekazuje w ręce Lecha żarzący się joint – trzeba było jakoś przerwać tę hucpę. Oni potem chcą, żeby im ksiądz w okopach siedział, albo do szturmu w sutannie z krzyżem wzniesionym nad głowę gonił… ładnie to i godnie na obrazach olejnych wygląda. Inspirująco do następnej jatki. A tymczasem to nie biskup w ornacie między trupami po polu bitewnym zasuwa, tegoś pan pewnie na obrazach nie widział. Ani kardynał, tylko my, zwykli, szeregowi słudzy boży. Zamszowych bucików w gównie z błotem i krwią zmieszanym to oni by sobie utytłać nie chcieli. Stąd – Antoni odbiera jointa i zaciąga się, aż sutanna napina się niebezpiecznie pod balonowatym brzuchem – i jestem. Tylko chyba już za późno..

– Skoro się księdzu do bohaterstwa nie spieszy, to zaopiekuj się takimi dwoma. Siedzą gdzieś tam. Zwłaszcza jednego dusza nakładów wymaga. Drugi to zacny nawet jest, z Matką Boską w klapie.

– Mnie to wszystko jedno, kto co ma w klapie.

–A ja uratuje, co trzeba. Mam koncepcje. I tego.. nie chcem, ale muszem. Z Bogiem.

Lech oddaje jointa i wydycha z siebie ziołowo pachnący dym. Orientacja wróciła. W głowie jaśniej zdecydowanie.

Gdy kilka minut później Lech wybiega na zewnątrz na scenę, z której zostały już tylko resztki rusztowania, kawałek dachu, podziurawionego gradowymi kulami, przechyla się właśnie na bok, co powoduje jeszcze większą panikę wśród przemoczonej i rozwścieczonej widowni. Po patriotycznym uniesieniu nie ma już śladu. Korona stadionu płonie, dym unosi się aż do samego sinego cumulonimbusa, zwisającego nad Narodowym zupełnie jak międzyplanetarny statek kosmiczny obcych. Wśród ofiar jest Kotwa, który leży w przejściu między sektorami i resztką sił stara się osłonić zakrwawioną twarz: celny rzut gradowym pociskiem jednego z kibiców Pogoni złamał Kotwie przegrodę nosową.

Na telebimie pojawia się twarz Lecha, w którego kierunku natychmiast sypią się lodowate pociski. Jest ich pod dostatkiem. Gdzieniegdzie warstwa lodu jest tak gruba, że przykrywa ciała leżących na murawie manifestantów.

– No dobra. – Lech odruchowo szuka w klapie znaczka, który podczas wielu wystąpień dodawał mu otuchy. Kiedy go tam nie znajduje, wciąż nie ma wrażenia, że jest zdany na siebie. – No dobra. Ten, który jest bez winy, niechaj weźmie do ręki te tam śnieżkie i niech celuje tu…

– Lech wskazuje na swoją skroń.

Kotwa podnosi się powoli i pozwala sobie opatrzyć nos niewysokiej dziewczynie – zdaje się, że nawet z tego samego liceum. W tej chwili na scenę wpadają trzy ukraińskie piękności z Femenu i teraz już wszystkie oczy kierują się na telebim. Za nimi wychodzą członkowie Nicości.

– Chłopaki… rozpuszczamy włosy! – rzuca pod adresem wnoszącego centralkę od perkusji Romala Krępy. – Bo potem tylko o nich będą mówić! – Krępy wskazuje na trzy wokalistki – Femenistki, które rzeczywiście od czasu wspólnej próby postanowiły zmienić fryzury na coś luźniejszego niż warkocze à la Julia Tymoszenko.

Na pękniętym ekranie zdeptanego i zapomnianego tabletu pojawia się tekst. Ktoś podbiega i wręcza go Lechowi.

– Ja… z niczego wolę… znaczy sie z głowy. – Lech chrząka, lekko zawstydzony, ale rezon wraca mu bardzo szybko. – Chociaż… daj go tutej. Rzucę okiem, co mi syn podesłał…

Na ekranie tabletu pojawia się wiadomość. Nadawca: Jarosław W. Lech odchrząkuje i z ulgą dostrzega, że tekst wiadomości trafia na teleprompter przed jego oczami.

– My, Naród… lat temu dwadzieścia i sześć, niesieni przynależną nam, niezbywalną tęsknotą do wolności… – Lech przerywa, głośno chrząkając. – Wiecie, co wam powiem? Mógłbym jeszcze tak długo… ale tak prawdę powiedziawszy, to są słowa mojego syna… On w Ameryce się uczył… A ja… chcem i muszem… lecieć na dół, bo mi tam koleżka zaraz zejdzie z upływu krwi… Mus, po prostu mus.

Jarosław, syn Lecha, przedziera się przez tłum, wskakuje na scenę i nieco drżącą ręką odbiera od ojca tablet i odkłada go na bok. Przez chwilę mierzy się wzrokiem z kilkoma najbardziej nienawistnymi spojrzeniami z pierwszych rzędów. Jest wdzięczny za te przychylne. I zaczyna pewnym głosem:

„My, Naród… lat temu trzydzieści i sześć, niesieni przynależną nam, niezbywalną tęsknotą do wolności… uwzniośleni staraniami naszych przodków, którzy kiedy było to nakazem historycznej chwili, kiedy okoliczności do czynów bohaterskich wzywały, gdy przelewana krew zbliżała ich do urzeczywistnienia wielkiego marzenia o wolności, o braterstwie, o równości, My, Naród, sięgnęliśmy po to, co każdemu narodowi potrzebne jest do życia, do przetrwania, do rozkwitu: wolność każdego obywatela, równość każdego z nas, braterstwo pośród dumnych ze swojej wielkości, ale i świadomych klęsk niepotrzebnych, wysiłków zmarnowanych, pychy kosztownej, bo oznaczającej tragedię niewinnych. My, Naród, wzięliśmy w swoje ręce swój los jeszcze raz w naszej ponadtysiącletniej historii. Czyniąc to, nie przelaliśmy jednej nawet kropli krwi tych, którzy dziś, jutro i po wsze czasy mogą cieszyć się z wolności, nie wywyższając się, bronić równości innych, pokojowym gestem w świątyniach i na co dzień poza nimi ukazywać swoje braterstwo i przekonywać o nim wszystkich, także tych, którzy przez szczególne okoliczności swojego życia daleko od naszych wyobrażeń o braciach odbiegają, czy to ze względu na wyznawaną wiarę, pochodzenie, rasę, czy to z uwagi na upodobania – oni także braćmi naszymi są, dla nich także miejsce w szeregach tego wielkiego narodu się znajdzie, przy wigilijnym stole i w miejscu ciężkiej, godnej pracy… Tej wolności do bycia dobrym, do bycia Polakiem nie pozwolimy sobie łatwo odebrać, także tym, którzy znudzili się wielkim obywatelskim obowiązkiem, których znużyła konieczność codziennej straży, nieustannej pieczy i którzy teraz chcą, by ich życie stało się prostsze, którzy ze strachem lub z podekscytowaniem odkrywają, że wolność jest dla nich zadaniem przekraczającym ich siły. I chcą jej mniej. Albo wcale. I właśnie wtedy nadchodzi ta najczarniejsza z godzin, gdy po tę lekką ręką naiwności oddawaną wolność zgłaszają się ci, co z tego prezentu skorzystają, handlarze strachu, cyniczni domokrążcy z kieszeniami pełnymi lęku, podejrzliwości wobec innych. Oni to dla zaspokojenia swoich banalnych, przyziemnych i fałszywych wyobrażeń o własnej wielkości każą tym, którzy jeszcze wczoraj wychodzili z rodzinami na niedzielny spacer, maszerować równym krokiem, gnieść wojskowym butem zieleń wspólnie przez nas urządzonych ogrodów, śniąc o napaści na naszych sąsiadów, tam, gdzie pojednanie i wspólne, głośno wypowiedziane słowa o wybaczaniu wciąż brzmią w naszych uszach…

I mógłby jeszcze tak Jarosław kilka kwadransów, ale Kubaton zapodał rytm, Femenistki zakołysały się w chórku, Krępy począł przebierać palcami po gryfie i ku radości całej Nicości na wokal wróciła Kaśka w sam raz w koszulkę z wyklętym ubrana, zyskując przychylność podnoszącej się z murawy publiczności! I jak było z rozpartym za konsolą Tomkiem umówione, pojechali z „We Didn’t Start The Fire” Billy Joela.

Nie my wznieciliśmy pożar…

Zawsze się gdzieś tam tliło. Od początku świata. I szkoda, że właśnie dobiegał końca.

Rozdział 32

– Ile zzzostało? Siergiej… Wwwoda ci kapie z kołnierza… – odzywa się Pajączek, dzwoniąc zębami z wyziębienia. Październikowa Wisła okazała się nadspodziewanie zimna.

Dwumetrowy olbrzym brodzi w wodzie obok mokrej od stóp do głów Poli.

– Siergiej, nnnnaprawdę nnnnie moja wwwwina. Starałam się nie wchrzanić w sam środek Wisły…

– Widzę mury… Mamy jakieś…. sześć minut.

Siergiej chwyta Polę za rękę i wciąga ją na brzeg. Wdrapują się na piaszczystą skarpę, ześlizgując się co chwila o kilka metrów. Ex-agent Sieriozny zatrzymuje się i z trudnością łapie oddech.

– Biegnij sama. Nie dam rady, Pola.

Pajączek przystaje i robiąc skłon w poszukiwaniu oddechu, odwraca się. Po raz pierwszy pomiędzy wielkimi jak żagiel płatami kołnierza widzi starszego człowieka. Dla jednych jest czas dorastania, dla innych czas starzenia się.

– Siergiej… Ja wyskoczyłam… w nicość wyskoczyłam!! A ja muszę mieć coś pod nogami! Może dlatego Bóg takie długie nogi zrobił… A tyś mnie z samolotu… wypchnąłeś mnie, ruski gadzie! Z lecącego samolotu! Bo tak miało być szybciej! Bo tak mamy zdążyć! Więc… teraz… dość się nasapałeś na dziś… Dawaj rękę. Jak to po waszemu?

– Ruka.

– To i podobnie, widzisz? Dawaj tę rukę i gnamy. Ostatnia setka.

– To… chętnie. – Siergiej uśmiecha się niepewnie pod nosem. Opanowuje sapanie i wygląda o wiele lepiej. I trochę młodziej. Wystający na kilkadziesiąt metrów nad mury twierdzy maszt nadajnika już nie wydaje się taki odległy.

Rozdział 33

Dobiegająca z wolna emerytury kustoszka magazynu Muzeum Sztuki i Techniki Socrealizmu w Twierdzy Modlińskiej ścisza niechętnie radio. Od kilku godzin w Warszawie dzieją się dziwne rzeczy, a teraz ma być jeszcze ciekawiej. Ten, co chciał się obwołać Naczelnikiem Państwa, gdzieś nawiał i cała jego świta razem z nim. Na Stadionie Narodowym toczy się regularna bitwa między kibicami na… kule gradowe. Gdy spojrzeć ku Warszawie, wisi nad nią chmura burzowa, jakiej Janina nie widziała, jak żyje. A tu nagle to impertynenckie pukanie do opancerzonej bramy. Janina spogląda na wiszący nad kredensem zegar: za pięć dwunasta.

Ki czort?

Zaczesuje siwe włosy i spina w kok. Wygładza drobne fałdki na sukience szarej służbowej garsonki. Kto wie, może to znowu z ministerstwa. Chociaż oni mają tam inne problemy niż pozostawione samym sobie popiersia wodza rewolucji Lenina czy cały ten elektryczny złom z powojennych czasów. Od czasu do czasu zagląda tu tylko ten przemiły jegomość, konserwator. Coś tam, jak sam mówi, naoliwi i przeczyści styki w jednym z setek nadajników, odbiorników i czarno-białych telewizorów, które grupom zwiedzającej młodzieży przypominają skrzynie na jabłka z wstawioną szybką. Godzinę mu to zajmowało, może dwie. Ale w tym roku jakoś nie dotarł. Tylko płowiejącą naklejkę, zdartą paznokciem z jabłka wciąż na drzwiach widać.

Tymczasem w ciemnościach magazynu, pracujący na falach długich w częstotliwości 75,5 kiloherców, przenośny nadajnik dalekiego zasięgu typu Irkuck 48B/bb/1 otwiera swoje elektronowe oko i uruchamia podłączony do niego magnetofon szpulowy z pętlą taśmy. Sygnał dociera do najdalszych zakątków Europy. I będzie się powtarzał tak długo, aż taśma się zetrze i pęknie. Stojący po drugiej stronie wąskiego, nieoświetlonego korytarzyka, wykonany z najlepszego magnitorskiego brązu, pokryty kurzem i pajęczynami towarzysz Stalin zdaje się uśmiechać przyzwalająco. A nawet z zachętą.

Grube na centymetr stalowe drzwi prowadzące do pogrążonego w ciemnościach magazynu otwierają się z ogromną siłą.

– Doprawdy nie wiem, czy to coś da. Dyrekcja zwozi do nas z całej Polski groch z kapustą. Nie żeby to jakąś wartość miało… – Janina nie kończy zdania. Tych dwoje mokrych, chyba od potu, bredzących jak w śmiertelnej gorączce szaleńców zwyczajnie nie ma czasu słuchać.

– Proszę tylko bałaganu nie narobić! – Janina, wracając do swojego służbowego pokoiku, sięga do przełączników światła. Przypomina sobie jednak, że dawno miała zawołać elektryka. No cóż, nie działają, to nie. Trudno.

– Siergiej! Siergiej! Gdzie jesteś z tą twoją latarką? – Pajączek wpada na pogrążony w ciemnościach posąg robotnika z kielnią.

Cisza. Z wyjątkiem tykającego w głowie Poli sekundnika.

– Siergiej, coś tam się czai! W ciemnościach! Siergiej! Błagam! Proszę cię! Ona tam jest! Widzę ją!

Mocne ramię obejmuje głowę Pajączka. Znajome, zalatujące wiślanym szlamem ramię. Na którym można się oprzeć. Któremu można zaufać.

– Ruka. Dawaj.

– Ile?

– Minuta.

– Nie zdążymy. Cisza.

– Dlatego ją zobaczyłam, prawda? Ona tam się czai, Siergiej. Cisza.

– Słyszysz?

Gdzieś z absolutnej czerni wyłania się pomarańczowa poświata, jakby ktoś otworzył osmalone okienko kominka, gdzie dogasa właśnie ostatnie niespopielone polano.

I wiesz co? Lepiej, żeby mama nie wiedziała. I Tomek. I wuj Gniewski… I Herkules.

– Czasem się nie udaje. Nie wychodzi. To nie amerykański film. Ale… sepagraw, Siergiej. – Pajączek płacze, smarkając w siergiejowy rękaw, nie wypuszczając go z zaciśniętych palców ani na chwilę, postępując za nim krok po kroku.

Żeby nie zostać sama.

Siergiej posuwa się ostrożnie do przodu, chwytając się wyłomu w murze. Dwie wysokie na pół metra elektronowe lampy nadajnika dalekiego zasięgu Irkuck żarzą się pełną mocą.

– Gdzieś już je widziałam… te lampy… – szepcze Pajączek, oczarowany pomarańczowoczerwonym blaskiem katody. Srebrna tarcza zegara wiruje, przesuwając licznik, który wskazuje dwunastą.

Minus dwanaście sekund. Jedenaście.

Dziesięć.

– Siergiej? Dziewięć.

– Siergiej?! Osiem.

– Pomyśl, Pajączku… jakim okrutnym zbrodniarzem był człowiek… Sześć.

– …który w spadku po sobie zostawił ludzkości ukrytą maszynę zagłady…

Cztery.

– Siergiej! Oszalałeś! Zrób coś!

Oświetlona pomarańczowym blaskiem lamp wąsata gęba wodza wydaje się ożywać w złośliwym grymasie, którego nawet on sam nie wziąłby za uśmiech.

– I gdy sam smaży się już w piekle tyranów… razem z podobnymi do niego…

Zero.

Zero. Zero.

Pajączek rzuca się w kierunku nadajnika, wyrywa się i szarpie, ale Siergiej chwyta go mocno w ramiona. I nie wypuszcza.

– …w tej chwili, w południe rocznicy wybuchu tej niszczycielskiej rewolucji… Nie szarp się, Apollonio Odysejewna, to nic nie da. Sygnał z tego nadajnika uwalnia drugi składnik, który w ułamku sekundy miesza się z niebieskim halucynogennym gazem, który już doskonale znamy.

Pajączek gryzie i kopie, ale Siergiej jakby właśnie naciągnął na skórę biopancerz! I znów przemawia metalicznym głosem automatona.

– Ludzie na ulicach kilkudziesięciu europejskich stolic dostają drgawek i duszą się w straszliwych męczarniach. Matki…

Pola wyrywa się i wrzeszczy, jakby ktoś zadał jej cios prosto w serce!

– …dzieci…

– Siergiej!! Zginiesz… zdechniesz, dwulicowe ścierwo!!! Więc ty od początku… od początku… ty tylko udawałeś…

– …zupełnie niewinne… urodzone kilkadziesiąt lat po śmierci… tego Piłata nowego tysiąclecia…

Siergiej obraca Polą tak, że teraz oczy Pajączka i Stalina spotykają się na tej samej wysokości.

– I nic by nas nie uratowało – kontynuuje Siergiej, luzując nieco żelazny uścisk i przyklękając przy tarczy zegara – gdyby car wcześniej wprowadził kalendarz gregoriański. A tak dwudziesty piąty października to…siódmy listopada. – Pajączek zastyga, jakby ktoś wcisnął przycisk „Stop-klatka”. – Mamy czas na drugie śniadanie. I na całą resztę życia.

W tym momencie do uszu Pajączka dobiega zaniepokojony głos kustoszki Janiny:

– Co tam się wyrabia? Co to za wrzaski? To muzeum! Cisza obowiązuje!

Uwolniona z ramion Siergieja Apollonia podchodzi do nadajnika, którego lampy właśnie gasną.

– Skąd wiesz? Skąd wiesz, że to coś nie zadziałało, syberyjski mądralo? No skąd? Gadaj! – Apollonia podstawia zaciśniętą pięść pod ginącą powoli w ciemnościach twarz Siergieja.

– Taśma w magnetofonie. Szpula nie ruszyła się o centymetr. To był

tylko test. Pewnie codziennie tak się uruchamia. Wot i wsio.

– Wot i wsio? Wot i wsio!?

– Sepagraw, jak byś ty to powiedziała, Polu.

– Siergiej… – Pajączek odchrząkuje resztki łez zmieszanych z kurzem i pajęczynami. – Skoro „mamy chwilę”, to coś ci powiem, Siergiej. Niby porządny z ciebie syberyjski obywatel, ale… tak naprawdę straszna świnia!!!

Jakby wbrew temu, co powiedziała, Apollonia Odysejewna pogrąża się w ramionach byłego superagenta Sierioznego. Jednym okiem rozgląda się przy tym wokół, szukając w zaciemnionych kątach piwnicy, czy nie czai się tam… ona.

W tej chwili drzwi wejściowe otwierają się na oścież i staje w nich Janina ze sporej wielkości reflektorem.

– Proszę już wychodzić! Zamykamy!

Bestia.

– Wyłącz to draństwo, zanim stąd wyjdziemy.

– Chętnie, ale nie mam kodu.

Pajączek odwraca się od Siergieja i kuca obok wygasłych lamp Irkucka. Znajduje w zakurzonym gniazdku zakurzoną wtyczkę. Wyszarpuje ją.

– Może być? Jest sawa?

– Kustoszka się wścieknie.

– Poważnie? Że rozłączyłam to draństwo?

– Nie. Że coś ciężkiego, z brązu i z wąsami, zaraz rozwali tę maszynkę w driebiezgi.

– To się wścieknie.

– Pomożesz mi?

– Tak toczna!

Poirytowana czekaniem, do wnętrza wchodzi zdecydowanym krokiem kustosz Janina omiatając światłem reflektora cegły na stropie i ścianach.

– Ale proszę już wychodzić! Zamykamy… Słyszycie? Wałęsa przemawia na stadionie. Ten młody. To chyba nawet lepiej…

Rozdział 34

Tego dnia do brukselskiego parku Cinquantenaire nie wpuszczano matek z wózkami, zawracano wymachujących na próżno plastikowymi przepustkami unijnych urzędników, wykurzono biegaczy, joggingujących do tej pory wokół parku bez najmniejszej świadomości niebezpieczeństwa. Dla pewności zamknięto także nieodległą stację metra oraz biegnący pod parkiem tunel samochodowy. Gdzieś głęboko pod ziemią, ubrany w ultranowoczesny kombinezon z hełmem wykonanym w kosmicznej technologii, ratownik Europejskiej Agencji Chemikaliów ECHA chętnie otarłby pot ściekający z czoła i pleców. Odwraca się do równie przerażonego kolegi. Nagle zegary stają i złożone z tysięcy powyginanych na wszystkie wyobrażalne sposoby rur i rurek urządzenie zamiera. Obieg gazów w dwóch zbiornikach zatrzymuje się. Ukryta gdzieś w bebechach potwora potężna sprężarka z sykiem kończy pracę. Zapada cisza.

– Ça va? – pyta, zdejmując maskę, inżynier zajmujący miejsce w furgonetce dowodzenia akcją.

– Ça va – dochodzi przez radio stłamszony grubą warstwą ziemi głos.

Zebrani na specjalnym tajnym posiedzeniu Rady Europejskiej przywódcy państw kolektywnie oddychają z ulgą i po raz pierwszy od wielu godzin odwracają wzrok od ekranu zawieszonego wysoko na ścianie, gdzie wciąż trwa relacja z przebiegu akcji w innych stolicach. Ktoś bardziej spocony prosi asystenta o ręcznik. Otrzymuje zielonkawy papierowy arkusik, prosto z pobliskiej toalety.

– To ja może herbatę? Albo kawę zrobię?

Donald Tusk podnosi się ze swojego fotela i jest teraz najbardziej popularnym człowiekiem w całej siedzibie Rady. Premier Bułgarii zagląda odruchowo do pustej filiżanki. Tusk zatrzymuje się w pół kroku i szepcze o czymś z asystentem.

– Albo… wiecie co? Kto ma ochotę na… barszcz?

Kiedy słowa te docierają do uszu zgromadzonych, przetłumaczone natychmiast przez tłumaczy w kabinach, wywołują powszechny entuzjazm. Premierowi Portugalii trzeba udzielić paru słów wyjaśnień, czego tak naprawdę ma się spodziewać. Wtedy także on rozluźnia się w fotelu i zdejmuje z szyi dawno już poluzowany krawat.

Do sali wtacza się, popychany przez bardzo zawstydzonych Anzelma i Timeę, wózek z podgrzewanym kociołkiem, który zawiera kilkanaście litrów najbardziej aromatycznego barszczu w Brukseli.

– To z buraków – zapewnia wszystkich pan Anzelm, rozlewając parujący napój do kubków i rozdając ustawionym karnie w kolejce szefom państw Unii.

Kiedy wszyscy już są na swoich miejscach, pan Anzelm, popychany lekko przez czerwoną jak burak Timeę, otwiera drzwi, by opuścić salę.

– A dokąd to? – pyta Tusk bardzo surowym głosem do mikrofonu umieszczonego na stole obrad. – Chyba jeszcze nie zezwoliłem na wyjście?

Timei słowa te wydały się… trochę sztuczne. Nie pasowały do szefa. Tłumacze w kabinach również wyglądali na zaskoczonych.

– Ladies and gentlemen, zanim ta.. niesubordynowana dwójka nas opuści – Tusk uśmiecha się swoim szczerym uśmiechem – proszę wszystkich o powstanie. Wznieśmy gorącym kubkiem najlepszego barszczu, jaki kiedykolwiek trafił w nasze ręce, toast… – Tusk wznosi swój kubek ku górze, jak gdyby to był kufel zimnego piwa. – Toast za tych dwoje wspaniałych ludzi, którzy swą ciężka pracą, inteligencją i wiedzą oddali nam wielką przysługę. I to nie nam, zgromadzonym tu, przy tym stole. Czy raczej: nie tylko nam. Uratowali setki tysięcy ludzkich istnień, tu, na naszym kontynencie. To dzięki nim zdecydowaliśmy w naszym gronie, i to jednogłośnie, sprawnie i szybko, o uruchomieniu tajnej kampanii szczepień przeciwko najbardziej niebezpiecznym skutkom inhalacji tego potwornego gazu, przerażającej „pamiątce” po mrocznych, nieludzkich czasach. Szczepionka okazała się skuteczna także w przypadkach narażenia na zgubne właściwości… zupełnie innego barszczu. Nie chowajcie się za tym baniakiem, moi drodzy. Szanowni Państwo, doktor Timea Molnar i… (błagalne spojrzenie pana Anzelma) magister Anzelm Klatt!

Wśród dwudziestki ósemki premierów i prezydentów jest kilku, którzy ochoczo korzystają z okazji by zacząć klaskać i… odstawić kubek z czerwoną cieczą gdzieś na bok. Nie każdemu barszcz zasmakował. Nie każdego na tym wielkim kontynencie da się zadowolić nawet najwyborniejszym rarytasem.

Rozdział 35

Dwie postacie przypominające z daleka ojca z córką, jakby zmęczonych po długim spacerze, przycupnęły na nadwiślańskiej skarpie tuż pod murem modlińskiej twierdzy i grzeją twarze w promieniach październikowego słońca. Po raz pierwszy od… wielu lat nie ma się dokąd spieszyć. Poniżej niespiesznie, leniwie, dostojnie toczy swoje wody Wisła. Piętnastoletnia Pola zwana Pająkiem podnosi się na łokciu i wtedy po raz pierwszy zauważa na głowie swojego towarzysza ciągnącą się od skroni do ucha bliznę.

– Siergiej? To… tu? To tu miałeś ten… komputer? Wyciągnęli ci? Brak reakcji.

– Siergiej? – Pola szturcha łokciem dziwnie zamyślonego agenta Sierioznego.

– No, Siergiej, do cholery… Wciąż brak reakcji.

– Wadim – mówi cicho, jakby trochę zawstydzony, były agent Sieriozny i otrzepawszy ręce z przesuszonych ździebeł trawy, wstaje na równe nogi. Dopiero po chwili zauważa, że najmniejszy z występujących w miejscowej faunie pajączków pełznie mu po palcu. Delikatnie przerzuca go sobie na otwartą dłoń i podsuwa pod oko. Uśmiecha się i stawia pajączka na ziemię. Ten, oszołomiony faktem pozostawania przy życiu, zamiast uciekać, zatrzymuje się pomiędzy kępkami trawy. Jednak po chwili rusza chwiejnie na swych ośmiu odnóżach i znika na zawsze.

– No przecież! Do cholery, jak mogłam zapomnieć! Jak mogłam! Wadim! – Pola wyciąga rękę do swojego towarzysza, jakby właśnie ktoś dokonał prezentacji, i potrząsa nią… i potrząsa, i potrząsa… wypowiadając kilkanaście razy imię „Wadim”, jakby bała się, że znowu zapomni.

– Wadim!!!

I dzieje się coś, co i tak było nieuniknione. I potrzebne. Pola rzuca się w objęcia swemu towarzyszowi i ściska go tak mocno, że rosyjski olbrzym po raz drugi tego dnia traci oddech.

– Waaaaaaaaaadim! – wrzeszczy Pola.

– Pająk!

– Waaaaaaaaaaadim! – płacze ze szczęścia Pajączek. – Jak się cieszę! Proszę pana! Jak ja się cieszę!

Pola, która wciąż jeszcze jest trochę Pajączkiem, pochlipując, zakłada sobie ramię Siergieja za głowę i tuli się zupełnie bezwstydnie, spoglądając na płynącą po Wiśle barkę.

– Wadim? Czy ty sądzisz…? No wiesz, ten gaz… – Pola zagląda Wadimowi prosto w oczy i wymawia pytanie najpoważniej, jak potrafi. – Czy ty sądzisz, że my… że nam… że to możliwe, że nam się to wszystko wydało? Że donikąd nie polecieliśmy, że kapsuła… No jak myślisz?

– Myślę, że…

W tej chwili odzywa się sygnał przychodzącego SMS-a.

– To pewnie od mamy! To na pewno od mamyyyyy! Czas wracać!

Pola wyrywa Wadimowi telefon. Zostawia go samego ze swoimi myślami. Kwiecista koszula już właściwie wyschła na wyjątkowo ciepłym o tej porze roku jesiennym wietrze.

Rozdział 36

Bellanca Pacemaker „Lituanica” z litewskimi pilotami Stasysem i Steponasem za sterami oraz dwiema pasażerkami na pokładzie wznosi się do pułapu przelotowego i kładzie lekko na prawe skrzydło, pozostawiając zachodzące słońce po lewej burcie lśniącego pomarańczowego kadłuba. Stasys, zajmujący fotel pilota, odwraca głowę i przez chwilę wpatruje się w znikające za horyzontem słońce. Nie tylko jego oczy łzawią, zupełnie nie po męsku. Kiedy przelatują nad Niemnem, za nimi jest ponad siedem tysięcy kilometrów niezwykłej podróży. Lituanica znika w piętrzącym się od samej ziemi szarym cumulonimbusie. Gdy go opuszcza, Steponasowi wydaje się, że widzi wiwatujące na lotnisku w Kaunasie tłumy, że słyszy grane przez wojskową orkiestrę dętą dźwięki hymnu Tautiška giesmė:

„Litwo, ojczyzno nasza, ty jesteś ziemią bohaterów…”

Jeszcze na ułamek sekundy staje mu przed oczami obraz rozradowanego Stasysa popijającego piwo w kaunaskiej knajpie, zaraz przy rynku dudniącym od życia, przekomarzania się w kilku językach, targów i pokrzykiwania na konie ciągnące ciężkie, uginające się od towarów wozy, rozgrzanym od letniego upału, pachnącym sprzedawanymi z cynowanych wiaderek przez rozkrzyczane kwiaciarki bławatkiem i dzięcieliną. Lecz i ta wizja zdematerializuje się, w szarościach i brązach rozpierzchnie się i na zawsze w nostalgicznej sepii przedwojennej fotografii utrwali się.

***

Kontroler lotów na wieży lotniska pasażerskiego w Kaunasie obserwuje na zielonym ekranie radaru drobny punkt, który po kilku sekundach znika na zawsze. Decyduje się nie zgłaszać incydentu. Może to była tylko złuda? Może stado ptaków migrujących na zimę? Może tylko nic nieznaczący refleks? W jego miejsce pojawia się na radarze o wiele większy jasny punkt. Komputer przydziela mu oznaczenie LT046. Boeing 747 Lituanica Airlines. Lot z Chicago. Non stop przez Atlantyk.

Rozdział 37

Apollonia, która już tylko dla starych przyjaciół pozostanie Pajączkiem, a dla całej reszty Polą, stawia pożyczoną od wuja torbę podróżną przy wejściu do ogródka lodziarni Akropolis. Prawie nic się nie zmieniło, no może z wyjątkiem tego, że właściwie wszystko się zmieniło, bo każdy stolik jest zajęty! Nie mówiąc o kłębowisku ludzi w środku! Pajączek odwraca wzrok w kierunku plaży i przykłada rękę do oczu, chroniąc się przed promieniami nisko stojącego słońca. Ten… piękny hotel… jego tu nie było. I jeszcze jeden. I jeszcze. Wszystkie zgrabne i bardzo „eko”. Obok równie piękna szkoła. Ta była kiedyś, i owszem. I trzeba będzie się tam w końcu wybrać. Ale to akurat sepagraw, bo przy wejściu do odnowionej, błyszczącej bielą greckich domów lodziarni stoi zaparkowany wózek inwalidzki.

– Mama… – szepcze do siebie Pola. – Mama… Pewnie siedzi przy kasie. I ma co robić! – Pola uśmiecha się do siebie z satysfakcją, ale uśmiech zastyga jej na ustach.

Na wózku siada ciężko podprowadzony przez starszą panią emeryt z chyba poszóstną porcją lodów, które piętrzą się na delikatnym waflu na wysokość… będzie z pół metra, jak orzeka Pola. Oboje odjeżdżają na wózkach, machając radośnie na pożegnanie stojącej w drzwiach pięknej, wysmukłej blondynce…

Kobieta rozgląda się po stolikach z błyskiem w oku zadowolonego przedsiębiorcy… i zauważa siedzącą przy wyjściu Polę, i…

Macha ręką na powitanie!

Ale to jeszcze…

Chyba śnię…

…nic.

– Moja… mama!

Pola podnosi się z krzesełka… ale natychmiast na nie opada, jakby nagle zabrakło jej cukru we krwi. Ania, mama Poli, widzi to i… robi krok…

a potem drugi…

trzeci…

Biegnie.

I przepraszając jednego z klientów, któremu strąciła na białą koszulę rodzynkę z taonowo-bakaliowych lodów, biegnie. Ona… naprawdę biegnie.

Z wyciągniętymi na powitanie ramionami. Prosto w wyciągnięte ramiona swojej córki.

Z dwóch słów powstaje jedno, ściśnięte niczym kwarki w protonie:

– Ma… Pola! Ma… Pola!

Usłyszawszy, że na zewnątrz dzieje się coś szczególnego, w wejściu staje wysoki brunet o cerze tak bardzo oliwkowej, że ktoś na pewno kąpał go jako niemowlaka w najlepszej greckiej oliwie! Spod czepka lodziarza wystają kruczoczarne włosy, zaczesane do góry i potraktowane nieco żelem. W ocenie jego żony prawie wszystkie, jeśli nie wszystkie, klientki przychodziły do lodziarni Akropolis wyłącznie dla niego, ryzykując zrujnowanie nawet najlepszej figury podczas dwutygodniowych wczasów. Odyseusz zamknął szufladę kasy i kłaniając się przepraszająco klientom podekscytowanym bliskością najlepszych lodów nad Bałtykiem, wymknął się na zewnątrz i stanął pod szyldem z napisem „Akropolis”, dotykając go czubkiem głowy.

– Tata?…

– A kto by miał być? – Mama przygląda się Poli podejrzliwie.

– Mój… tata?

Odyseusz puszcza im obu buziaka z dubeltówki i znika we wnętrzu lodziarni.

– On… nie zniknie?

– Nie puścimy go, prawda? Słabo ci, Polusia?

– Sawa, sawa, mamunia…

Apollonia Pajączek opada na krzesło jak worek zboża. Cucono ją lodami oraz morską wodą, po którą jeden z usłużnych klientów popędził z wiadrem.

Rozdział 38

Młody mężczyzna o chłopięcej twarzy naciąga wysoko koszykarskie skarpety, prawie pod kolana, i pieczołowicie wygładza zmarszczki na materiale.

– Nie lubię, jak mnie potem uwiera – mówi głosem tak niskim, że aż drżą szyby w szatni klubowej „Królików” z Milwaukee. – Zwłaszcza dzisiaj. Gramy z „Bykami”. Tam jest ten niesamowity Jordan… Słyszałeś, pewnie?

Ernest Mikolunas odruchowo maca kostkę lewej nogi, ale wszystko jest w idealnym porządku. Siedzący przy stoliku naprzeciwko Pisarz jeszcze raz przesuwa wałek w Olympii, którą kiedyś otrzymał w prezencie od pewnego odważnego wójta. Spogląda na stosik zapisanych maszynowym pismem kartek poprzekładanych fioletową kalką. Tymczasem pierwszy Litwin na pozycji centra w historii koszykarskiej ligi NBA spokojnie wiąże białe skórzane reeboki. Rozmiar czterdzieści osiem.

– Czy… – zaczyna niepewnie Pisarz, jakby obawiając się dalszego ciągu. Stuka ołówkiem w żółty notatnik z nabazgraną listą pytań. – Czy słyszałeś potem jeszcze o… Jadwidze Koss?? Albo o Sofiji?

Ernest wstaje z klęczek i kiedy się wyprostowuje, przewyższa Pisarza o dwie głowy.

– Widzisz tę koszulkę? Tam pod sufitem hali? Nosił ją kiedyś Kareem Abdul-Jabbar, najwybitniejszy koszykarz w historii… Nie miałbym prawa nawet marzyć o tym, że tu trafię, gdyby nie one. A te dwa krzesła w pierwszym rzędzie widzisz? Wykupiłem je i trzymam dla nich. Może kiedyś przyjdą i usiądą obok… O, jest! Mój ojciec. Często przychodzi wcześniej. Kiedy akurat nie jedzie na koncert do Ruty. Ona zresztą też trzyma dwa bilety. Specjalnie dla nich.

Piłka wiruje na wyciągniętym palcu jak na nosie cyrkowej foki. Ernest nawet na nią nie patrzy.

– Ruta występuje w największych salach koncertowych świata. A od kiedy jej szanowny braciszek… – olbrzym robi teatralny ukłon – kupił jej… Jak się nazywa to cello Ruty, tato? – Piłka ląduje w koszu, mimo że Ernest wciąż patrzy Pisarzowi prosto w oczy.

– Guadagnini! Friggin’ expensive gear! – krzyczy w kierunku syna z potwornym litewskim akcentem szpakowaty mężczyzna.

– Widzisz go. Gada tylko po angielsku. Uparł się, że tak trzeba, że to teraz jest jego ojczyzna – mówi dobrotliwie Ernest.

Ojciec Ernesta wkłada kasetę do walkmana, otwiera puszkę z pepsi colą, po czym zanurza nos w kolorowym magazynie NBA i zakłada na uszy słuchawki.

– Ja to nawet czasem lubię posłuchać płyt Ruty… ale tak naprawdę to wolę Guns N’ Roses. Nie mów jej tego… Aha, miałem opowiedzieć, jak to było. Sztorm był straszliwy. Jachtem z tymi… agentami z Unicefu miotało podobno jak na rollercoasterze w Orlando. Kiedy przejął ich ten polski ścigacz, Kujawiak, nikt nie zauważył, że mój stary chowa się w zęzie… I taki cały mokry, zarzygany wpada do sterówki, wyciąga kapitanowi z kabury broń i… Guza kapitanowi nabił solidnego, bo ten początkowo stawiał opór. A kiedy się okazało, że to porwanie, to nagle… – Ernest, siedząc w półszpagacie na parkiecie, rozciąga mięśnie łydek. – Nagle… okazało się, że wszyscy marynarze chcą uciekać do Szwecji i prosić tam o azyl! Przez radio dla zmylenia komunistów z dowództwa i tego… son of a bitch Krótkiego głupoty opowiadali. Przed wieczorem poddali się szwedzkiemu okrętowi podwodnemu. Reszta jest tam. – Ernest pokazuje znajdujący się w rękach jego ojca „NBA Monthly Review”.

Mikolunas junior chwyta piłkę, dwoma susami znajduje się przy tablicy, wybija się do góry i pakuje ją do kosza. Gdy ponad stukilowe muskularne ciało spada na parkiet, obie kostki bez kłopotu przyjmują na siebie przeciążenie. Senior unosi do góry kciuk, ale jego nos wciąż tkwi w kolorowym magazynie. Wywiad z jego synem zajmuje całe dwie strony.

– O, chłopaki już są. – Ernest jest wyraźnie ucieszony. – To będę już musiał … Zresztą, to i tak wszystko… Aha, pytałeś o książkę telefoniczną? Masz tu kogoś? Rodzinę? Chętnie podrzucę cię po meczu…

– Jedna dziewczyna… Aresztowali nas razem, siedziała w celi obok…Wyjechała z Polski w osiemdziesiątym drugim albo trzecim… Ale wątpię, czy będzie chciała się ze mną rozmawiać…

– Nie przekonasz się, jeśli nie spróbujesz. Tatko cię zaprowadzi do biura. Good luck, man!

Ernest chwyta rzuconą do niego piłkę i słysząc gwizdek trenera, ustawia się karnie w szeregu. Kiedy macha na pożegnanie ręką, wydaje się, że palcami dotyka sufitu.

Rozdział 39

Blog Pajączka

Teraz, gdy zabrakło Pisarza, tego od „stuk, stuk, tsyk”, ja sama wzięłam się za dokończenie tej historii. Nie mam wprawdzie takiej pięknej wintażowej maszyny do pisania, która tak cudnie stuka klawiszami i szura wałkiem, ale nawet o taką nie proszę Wuja, bo byłoby mi bardzo przykro… No płakałabym cały czas, zamiast pisać. I mdlała ze wzruszenia. Z tym omdleniem to było tak, że… gdy już trochę doszłam do siebie, Mama chciała wiedzieć, dlaczego od razu o konia… o Herkulesa nie pytam. Bo właśnie sobie idzie plażą. Tyle tylko, że ktoś na nim jedzie – na MOIM KONIU! Więc biegnę tam, potykając się trochę z tych zawrotów głowy – wszystko ze szczęścia. Przynajmniej tak mi się wydawało, że biegnę, a w rzeczywistości to pupsko z miejsca nawet mi się nie ruszyło. I teraz Pisarz bardzo, bardzo by się przydał. Doprawdy nie mam pojęcia, jak oni to robią, że kiedy człowiek czyta, staje przed oczami wszystko tak, jak było naprawdę. Więc to było tak. Pytam nieco, ale tylko nieco podenerwowana, kto się na Herkulesie odważył po falach jeździć, przecież on taki słabeusz jest ten koń.

– Jak to…? Co się z tobą dzieje, Pola? Zaraz dzwonię do wuja Mariana. Na co on ci w tej Warszawie pozwalał?

Do „wuja Mariana”, rozumiecie. „Wuja Mariana”. Nieźle się w tych plastrach miodu, wszechświatach równoległych poprzestawiało. Nieźle. Naprawdę sawa. Ale to jeszcze nic.

– Ala wzięła Herksa na chwilę, bo potem ma ten mecz piłki ręcznej. Ale stęskniła się za siostrą, więc już wracają.

Mam już na końcu języka pytanie, które brzmi następująco:

„Za CZYJĄ siostrą?”,

ale lepiej było się w porę w język ugryźć. I trochę wzrok wytężyć. Bo na tym Herkulesie jechała… jechałam ja!!! Tylko że o wiele bardziej… pająkowata: nogi i ręce jakby same kości i buzia z naciągniętą byle jak skórą o oliwkowej, a jakże, cerze… Cały zestaw ze dwa lata młodszy.

Ala.

Moja siostra.

Podjeżdżają pod ogródek. Herkules porusza chrapami i wachluje ogonem, jak zawsze, ale jest… inny jakiś. Mocniejszy. Tęższy jakby. Umięśnione bydlę z niego, krótko mówiąc. Za to Ala, od której nie mogę oderwać wzroku, szczerzy te swoje białe jak grecki tynk zębiska i wyciąga do mnie łapsko.

To wsiadłam.

I pojechałyśmy aż do latarni. Do latarni!! I z powrotem!!! Dwie na Herksowym pupsku! A on… sawa. Luzik. Rozumiecie? Bo ja… i owszem!

I teraz chcę wam powiedzieć coś ważnego. Więc jeśli słuchacie tego na smartfonie, to podgłośnijcie. A jeśli czytacie, to tym lepiej.

Jeśli ktoś jest szczęśliwszy ode mnie, jeśli się ktoś taki znajdzie, niech pisze maile, snapy, czaty, a nawet zwykłe kartki pocztowe, co tam komu się podoba. Tu, na adres szpitala, gdzie mnie zawieźli na obserwację. Widok taty, który specjalnie wyszedł przed dom, żeby odprowadzić Herkulesa do NASZEJ STAJNI… to było już chyba za dużo. W ramiona wpadłam, i owszem, jak trzeba. Ale dalej to już nie pamiętam.

Teraz, kiedy odwracam się w kierunku drzwi wejściowych do sali, w której mnie położyli, widzę monitor pokazujący mój puls i tym podobne. Bicie serca. Widzę też czerwone serduszko z napisem, który trudno by było z tej odległości odczytać. Ale ja nie muszę. Bo wiem, co tam jest napisane, o jaką orkiestrę chodzi. A ten, który to wszystko wymyślił… patrzy na mnie z plakatu obok. W tej swojej żółtej koszuli. W tych wariackich okularach. Wyłysiał, prawda. Nie urósł, prawda. Ale oczy śmieją mu się tak samo jak wtedy. Ciekawe, czy ma czas… na te swoje witraże.

Trzymali mnie ze trzy dni, bo cały czas jakieś dziwne wyniki im wyskakiwały. Na przykład napromieniowanie jakieś ponad normę. Pacjent obok nieustannie oglądał telewizję, no miał włączony telewizor, taki mały, co wisiał na ścianie, grał mu tam dla pociechy, bo nikt biedaka nie odwiedzał. Pewnie się też nie spodziewał, że nagle, nic stąd ni zowąd pięćdziesięciokilowy pająk skoczy mu na łóżko i wyrwie pilota z ręki! Ale wcale się sobie nie dziwię, bo to we wtorek chyba było, po południu reportaż o najstarszym Węgrze. Stusiedmiolatek Ferenc Vojkoviĉs! Opowiada o tym, jak to z Polski z krainy zachodnich jezior do swojej ojczyzny Wojwodiny na koniu jechał. W samym środku stanu wojennego! A ludzie Krótkiego za nim! Na czołgach! Połowa wojska i milicji go szukała! W końcu go na granicy ze Słowacją w Bieszczadach złapali i wsadzili na kilka lat, ale wyszedł kiedy Polska, Słowacja i Węgry znowu były wolne, i spokojnie na konia wsiadł, i dawaj przez Karpaty do domu! Ferenc! Więc ci się udało! Nawet znalazłam telefon do tej redaktorki, która przeprowadziła z nim wywiad. Naszukała się tego U’ivu, krainy, o której Ferenc jej opowiadał, ale nie znalazła, więc sobie pomyślała, że mu się w starej głowie pokręciło. Ale ja wiem, że U’ivu istniała. Wiem też, że umarł w tydzień potem. W swoim domu. Na Węgrzech.

***

Wczoraj wyszłam ze szpitala i od razu biegnę do przychodni. Do Tomka. A tam… kolejka czworonożnych klientów wystaje aż na ulicę. Gdy udaje mi się uprosić faceta z wilczurem, żeby wpuścił mnie bez kolejki, bo jestem asystentką numer jeden doktora weterynarii… Oj, przydałby się Pisarz na te trudne chwile – „wilgotne oczy time”. No bo co ja słyszę, jak tylko nogę wstawiam do sali przyjęć?

– Pola, to jest moja nowa asystentka, a właściwie lekarz weterynarii. Swietłana.

I zza szafki wychodzi… jedna z… Femenistek, które Tomek z chłopakami z Nicości uwolnił z aresztu na stadionie. Jedna gitara poszła w drzazgi na to konto, ale wartownik dostał na czole najbardziej muzykalnego guza! A tu warkocz upleciony pięknie… i wszystko inne też piękne, niestety!, pod weterynaryjnym kubrakiem koloru liliowego.

W radiu leci akurat ten numer, który zagrali wtedy na stadionie. I dobrze, boby się tam pozabijali inaczej. A tak proszę – przebój. Zresztą co tu dużo mówić – mega bomba. „Nie my wznieciliśmy pożar”.

EPILOG

Kilka tygodni później odwiedziliśmy Wuja w Warszawie. Wszyscy razem. Gdy weszliśmy do domu, zastaliśmy otwarte drzwi do piwnicy. Kiedy wszyscy wgapiali się w liczne pamiątki rozwieszone na ścianie przez ciotkę Irenę, zobaczyłam dochodzący z piwnicy oślepiający błysk fioletowego światła i od razu rozkminiłam, co się święci, więc pognałam w te pędy na dół.

Na stole leżały albumy dziewiętnastowiecznego Szczecina – te, które zdołałam już sobie kiedyś obejrzeć. I TO zdjęcie. Simone von Schaz. Jak się domyślacie, kapsuła, którą Wuj zamontował w piwnicy, stała pusta. Obok zdjęcia znalazłam krótki liścik:

„Nie mogłem dłużej czekać. Pewnie już nie wrócę, ale to… sepagraw :))) Poproście Wadima Władymirowicza, żeby zaopiekował się moją kolekcją ważek, a Tomek niech zabierze Mędla. Jeśli wróci ten kocur przeklęty, bo gdzieś przepadł. Ściskam, Marian”.

Cały dzień siedzę i myślę, jak to wytłumaczyć rodzicom. Ten jajowaty drobiazg na dole w piwnicy oraz… zwłaszcza to, kim jest pewien wysoki… inżynier, który słucha wyłącznie hippie-popu z lat sześćdziesiątych na swojej empetrójce, i co ów były agent Sieriozny miał do załatwienia u Wuja w piwnicy… Może o tych plastrach miodu im opowiem. I o równoległych wszechświatach. O moim nadzwyczajnym Wuju-Latającym Holendrze… No i o tym, że to nie my wznieciliśmy pożar. On zawsze się w nas tli.

KONIEC

Szczecin, 19 sierpnia 2016

Spis treści

KSIĘGA I ALA PROLOG

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

KSIĘGA II POLA Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

EPILOG

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sepagraw