Józef Piłsudski 1867-1935

Józef Piłsudski 1867-1935

Autorzy: Andrzej Garlicki

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 1088

Cena książki papierowej: 79.90 zł

cena od: 53.00 zł

Józef Piłsudski odbył długą drogę z Zułowa – przez syberyjskie zesłanie, ruch socjalistyczny, Legiony, Magdeburg, Belweder, Sulejówek i znowu Belweder – do królewskich grobów na Wawelu. Był wielką indywidualnością i odcisnął – co niewielu jest dane – swe piętno na kilku dziesięcioleciach dziejów Polski. Był człowiekiem już za życia owianym legendą. Wciąż jest symbolem odrodzenia Polski.

 

Książka Andrzeja Garlickiego jest najlepszą i najpełniejszą biografią marszałka Piłsudskiego. Człowieka, który całe życie poświęcił walce o wolną Ojczyznę. Który nie uznawał kompromisów. Który nie bał się podejmować ryzyka. Bez którego dziś nie byłoby niepodległej Rzeczpospolitej.

 

Andrzej Garlicki (1935-2013) polski historyk i publicysta. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Członek kolegium tygodnika „Kultura”, od 1982 aż do śmierci związany z „Polityką”. Wieloletni profesor na Wydziale Historycznym UW. Głównym tematem jego badań była najnowsza historia Polski.

PRZEDMOWA DO WYDANIA CZWARTEGO

W Instytucie Pamięci Narodowej bohater tej książki nie miałby żadnych szans. Był bowiem, co jest dobrze poświadczone źródłowo, tajnym współpracownikiem wywiadu japońskiego, który w zamian dostarczał mu środki na zakup broni i działalność propagandową. Kolejnym wywiadem, z którym Piłsudski nawiązał tajną współpracę, był wywiad austriacki, czyli, przypomnijmy, jednego z państw biorących udział w rozbiorach Polski. Co gorsza, w 1914 roku, w pierwszych tygodniach wojny, Michał Sokolnicki i Witold Jodko-Narkiewicz na polecenie Piłsudskiego nawiązali kontakty z wywiadem niemieckim.

Sokolnicki zanotował rozmowę z przypadkowo spotkanym na schodach pałacu biskupiego w Kielcach generałem Erichem von Ludendorffem, który powiedział m.in.: „panowie mają stosunki, panowie mają organizacje w Warszawie i dalej... nam potrzebne są dokładne wiadomości o nieprzyjacielu, poza tym tam są koleje, są kolejowe mosty... bardzo dobrze byłoby wysadzić mosty na tyłach rosyjskich... panowie mogą być nader użyteczni, to może pomóc armii niemieckiej...”1. Z dalszych rozmów, na dość niskim zresztą szczeblu, nic nie wyszło. Niemieccy wojskowi mieli zbyt duże wymagania, a oferowali zbyt mało.

Rozliczono by też Piłsudskiego za przyjmowanie do wywiadu i kontrwywiadu Polski Odrodzonej oficerów z armii zaborczych, i to często na kierownicze stanowiska. To, że dzięki temu udało się w ciągu zaledwie kilku lat stworzyć służby specjalne na dobrym poziomie, nie byłoby oczywiście żadnym usprawiedliwieniem.

Historyk, i tego uczy się go na dobrych uniwersytetach, musi umieć znaleźć klucz, a może w liczbie mnogiej: klucze, do przeszłości. Jest to trud mozolny, lecz konieczny. Posługiwanie się wytrychem tylko pozornie przyspiesza ten proces. Wcześniej czy później zamek definitywnie się zatnie.

Argumentacja historyczna zawsze odgrywała w polityce ważną rolę. Wprawdzie w systemie demokratycznym jedyną legitymizacją sprawowania władzy jest niczym nieskrępowany akt wyborczy, ale i wówczas dogodnie jest wpisać się w jakiś szlachetny ciąg tradycji. Im system demokratyczny bardziej połowiczny, tym silniej eksponowana jest przynależność do tradycji.

Przekonanie społeczeństwa, że to my właśnie jesteśmy kontynuatorami tego, co było najlepsze w historii, stanowi znakomity punkt wyjścia do uprawiania polityki. Przy czym nie jest ważne, czy ów kontynuacjonizm jest prawdziwy. Wystarczy, że za taki uzna go klientela polityczna.

Dla ruchów autorytarnych i totalitarnych historia ma znaczenie szczególne. W stworzonej przez nie wizji przeszłości zakotwiczone są działania bieżące. Racje historyczne mają je uzasadnić, odwołując się do społecznych emocji. W tym widzeniu świata przeciwnicy polityczni są pogrobowcami najbardziej fatalnych dla Polski idei. Są godni pogardy, a nie rzeczowej dyskusji.

Znajduje to wyraz nawet w warstwie językowej. W okresie stalinowskim używano np. wyraźnie negatywnego określenia „piłsudczyzna”, w czasach nam współczesnych takim przykładem jest określenie „postkomuniści”. Te słowa pełnią rolę epitetów, co zwalnia od ich definiowania.

Gdy zaczynałem zbierać materiały do biografii Józefa Piłsudskiego, nie używano już wprawdzie terminu „piłsudczyzna”, ale nadal w podręcznikach szkolnych Piłsudski był postacią negatywną i dość marginalną. Władze odnosiły się doń z niechęcią, czego świadectwem mogą być cenzuralne kłopoty tej książki. Ukazała się w przeddzień upadku PRL, gdy Marszałek powracał na należne mu miejsce w panteonie narodowym. Już wkrótce nie było miasta ani miasteczka bez placu czy ulicy Piłsudskiego.

Likwidacja cenzury spowodowała pojawienie się wielu publikacji dotyczących Józefa Piłsudskiego. Początkowo dominowały teksty popularne, ale z czasem zaczęło się pojawiać coraz więcej opracowań o charakterze naukowym. Natomiast do obiegu naukowego zostało wprowadzonych niewiele nieznanych źródeł historycznych.

Gdy Wydawnictwo Znak zwróciło się do mnie z propozycją wznowienia biografii Piłsudskiego, musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mam do niej wprowadzić publikacje z ostatnich dwudziestu lat, czy też wznowić ją w kształcie, w którym się wówczas ukazała.

Wybrałem drugie rozwiązanie z kilku powodów. Rozwój badań w latach ostatnich nie podważył tez sformułowanych w tej książce. Pogłębił je i lepiej udokumentował, poszerzył w sposób istotny naszą wiedzę o różnych kwestiach, lecz nie powstała konieczność sprostowania wydrukowanego tekstu. To jeśli chodzi o faktografię.

W dziedzinie interpretacji opisywanych faktów mógłbym dokonać korekt wynikających z kumulacji wiedzy i doświadczeń życiowych. Niektóre sądy bym złagodził, inne zaostrzył. Nie byłyby to różnice zasadnicze, raczej niuanse, inne rozłożenie akcentów, odmienne cieniowanie.

Po namyśle postanowiłem nic nie zmieniać, bo taka decyzja wydała mi się najuczciwsza. Zrezygnowałem jedynie z mocno już przestarzałej bibliografii. Podstawą tej edycji stało się więc wydanie trzecie, poprawione i uzupełnione, które ukazało się w 1990 roku nakładem Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik.

1. Wykropkowania za: M. Sokolnicki, Rok czternasty, Londyn 1961, s. 238.

OD AUTORA

Książki mają swoje losy i ta jest potwierdzeniem tej maksymy. W pierwszej wersji była gotowa w 1972 roku. Maszynopis znalazł się w wydawnictwie, a fragmenty opublikowałem w tygodniku „Kultura”. Był to błąd. Publikowane fragmenty wywołały bowiem zainteresowanie czynników politycznych, czego rezultatem było polecenie dla wydawnictwa, by rozwiązało umowę. Jednym z cenniejszych dokumentów mojego prywatnego archiwum jest list dyrektora wydawnictwa informujący, że odstępuje od umowy z powodu „małego zainteresowania czytelniczego tematem”.

Książka, którą w ten sposób potraktowano, była rezultatem blisko dziesięciu lat pracy, nic więc dziwnego, że autorowi trudno było pogodzić się z tą decyzją. Wszelkie jednak próby uzyskania informacji, jakie mianowicie są zastrzeżenia do maszynopisu, kończyły się niepowodzeniem. Powiększał się krąg decydentów, którzy z maszynopisem się zapoznawali, ale nadal wokół tekstu panowała atmosfera iście kafkowska. Krążył on po różnych gabinetach i wiódł swój, oderwany od autora, żywot. Co pewien czas docierały do autora wieści, że ten czy ów z czytelników wyrażał pozytywną o tekście opinię, ale nie miało to żadnych konsekwencji.

Czas pracował jednak na korzyść tekstu. Wytwarzała się bowiem sytuacja dość niezręczna. Należało albo sformułować zarzuty wobec maszynopisu, albo zgodzić się na jego publikację.

Zapadła decyzja – jak często w takich wypadkach – połowiczna. Uzyskałem mianowicie zgodę na opublikowanie części maszynopisu w Państwowym Wydawnictwie Naukowym pod warunkiem zmiany tytułu i dopisania kilku stron na początku, by książka nie rozpoczynała się od narodzin Józefa Piłsudskiego. Przyjąłem te warunki bez wahań. Napisałem kilka stron o sytuacji w zaborze rosyjskim po powstaniu styczniowym i wymyśliłem tytuł U źródeł obozu belwederskiego, który został zaakceptowany. Pozostawał problem daty końcowej. Udało mi się uzyskać zgodę, by nie był to listopad 1918 roku, a grudzień 1922 roku – czyli przekazanie przez Piłsudskiego władzy Narutowiczowi. Dopisałem krótkie zakończenie i w 1978 roku książka ukazała się w nakładzie 5 tysięcy egzemplarzy. Bariera została przełamana i nie było już żadnych problemów z kolejnymi wznowieniami.

W tym samym roku w Czytelniku ukazało się pierwsze wydanie Przewrotu majowego. Nie był to kolejny fragment zakwestionowanego maszynopisu biografii Józefa Piłsudskiego. Była to książka napisana całkowicie od nowa. Jej napisanie stało się możliwe przede wszystkim dzięki wykorzystaniu bezcennych materiałów Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Z tą książką nie było żadnych kłopotów.

Podobnie jak i z następną, która pt. Od maja do Brześcia ukazała się również w Czytelniku pod koniec 1981 roku. Logiczną konsekwencją ukazania się tych trzech książek było przygotowanie czwartej, pt. Od Brześcia do maja, obejmującej ostatnie pięciolecie życia Józefa Piłsudskiego.

Każda z tych książek pisana była tak, aby stanowiła samoistną całość. Narzuciło to pewne konieczności konstrukcyjne: stosunkowo obszerne potraktowanie w każdej z książek części wprowadzających w problematykę i nieuniknione w tej sytuacji powtórzenia. A również rozbudowanie, często może nadmierne, tła wydarzeń. Wątki, które w biografii mogłyby zostać jedynie zarysowane, wymagały bardziej szczegółowego omówienia.

Obecna praca to powrót do pierwotnej, sprzed blisko dwudziestu lat, koncepcji przedstawienia biografii Józefa Piłsudskiego. Podstawę jej stanowią wspomniane wyżej książki. W znacznej mierze jest ona ich powtórzeniem. Należy to wyraźnie stwierdzić. Ale równocześnie stanowi ona całość odmienną. Jest też całkowicie różna od maszynopisu, któremu nie dane było ukazać się w całości. W ciągu owych kilkunastu lat znacznie bowiem rozszerzyła się baza źródłowa, powstało wiele artykułów, opracowań i monografii. Wiele hipotez uzyskało dokumentację, inne podważone zostały przez rozwój badań. W ciągu owych kilkunastu lat zmienił się również i sam autor. Upływ czasu powoduje zawsze obiektywizację stosunku do własnego tekstu. Wyraźniej dostrzega się jego słabości, brak precyzji czy nadmierne rozgadanie. Sprawy, które wydawały się ważne, zmieniają swą hierarchię. Zarówno przez przyrost wiedzy, jak i doświadczeń.

Zwykło się w nocie autorskiej dziękować tym wszystkim, którzy przyczynili się do powstania książki. W wypadku tej książki winienem te podziękowania bardzo wielu. Przyjaciołom i kolegom z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, moim uczniom, którzy bywali na ogół pierwszymi i surowymi czytelnikami moich tekstów, pracownikom archiwów i bibliotek, recenzentom, maszynistkom, które bohatersko odczytywały moje rękopisy, redaktorom i wydawcom moich książek, czytelnikom, którzy znajdowali czas, by sprostować błędy, i wielu, wielu tym, o których wiedziałem i wiem, że zawsze mogę na nich liczyć.

ZIUK

5 grudnia 1867 roku w Zułowie, w powiecie święciańskim, urodziło się Józefowi Wincentemu Piotrowi Piłsudskiemu i żonie jego Marii z Billewiczów czwarte dziecko, a drugi z kolei syn. W dziesięć dni później niemowlę ochrzczone zostało imionami Józef Klemens.

Początki rodu Piłsudskich sięgają wieku XV, gdy starosta upicki Bartłomiej Stanisławowicz Giniejtowicz nazwał się Piłsudskim od posiadłości swej Piłsudy. Dzieje wcześniejsze Giniejtowiczów rysują się niezbyt jasno i trudno oddzielić legendę od rzeczywistości. W każdym razie był to ród o metryce dawnej, na Litwie rozgałęziony i – choć nie przesadnie – zamożny. W początkach XIX wieku ta gałąź rodu, z której wywodził się w prostej linii Józef Piłsudski, dość gwałtownie zubożała w wyniku rozrzutności pradziada Kazimierza, zakończonej licytacją majątku. Kazimierz, ożeniony z Anną z Billewiczów, miał dwóch synów: Piotra i Waleriana. Po bankructwie ojca obaj utrzymywali się z dzierżaw. Piotr w 1832 roku ożenił się z Teodorą Otylią Butlerówną. Mieli trzy córki i dwóch synów, z których starszy, licząc lat trzydzieści, poślubił 23 kwietnia 1863 roku kuzynkę swoją Marię Billewiczównę.

Billewiczowie należeli do najstarszych rodów szlacheckich na Żmudzi. Połączeni wielokrotnie więzami pokrewieństwa z Piłsudskimi, byli od nich – szczególnie w XIX wieku – znacznie zamożniejsi. Maria Billewiczówna wniosła w posagu 12 tysięcy hektarów i kilkaset tysięcy rubli, co stanowiło wcale pokaźną fortunę.

Była o dziewięć lat młodsza od męża, chorowita, miała jedną nogę nieco krótszą po przebytym w dzieciństwie zapaleniu stawu biodrowego.

Młode małżeństwo niemal zaraz po ślubie musiało opuścić Żmudź i zamieszkać w odległym o 60 kilometrów od Wilna Zułowie. Przyczyną było zaangażowanie się w walkę powstańczą Józefa Piłsudskiego, komisarza na powiat kowieński z ramienia Wydziału Zarządzającego Prowincjami Litwy.

Już w Zułowie urodziła się w 1864 roku najstarsza córka Piłsudskiego, Helena. W rok później urodziła się Zofia, w następnym roku Bronisław, a w rok po nim Józef. W 1869 roku przyszedł na świat Adam, w dwa lata po nim Kazimierz, jeszcze w dwa lata później Maria. Już po przeniesieniu się Piłsudskich do Wilna urodził się w 1876 roku Jan, w trzy lata potem Ludwika, w dwa lata po niej Kacper, w roku zaś następnym bliźnięta, zmarłe w lutym 1884 roku. W ciągu osiemnastu lat powiła Maria dwanaścioro dzieci1.

W Zułowie żyło się Piłsudskim zasobnie. Dom prowadzono z rozmachem, z pokaźną liczbą służby, rezydentami, bonami. Zułów był majątkiem dużym i ani reforma uwłaszczeniowa, ani represje popowstaniowe nie odbiły się na nim ujemnie. Piłsudscy mieli wystarczający kapitał, by przystosować się do nowych warunków gospodarowania i nie odmawiać sobie czy to wyjazdów za granicę, czy innych kosztownych przyjemności.

Mogliby więc przetrwać ten trudny dla szlacheckich dworów okres, gdyby nie działalność gospodarcza głowy rodziny. Józef Piłsudski ojciec, po ukończeniu szkół w Krożach i Wilkomierzu, odbył studia rolnicze w instytucie w Hory-Horkach. Był teoretycznie dobrze przygotowany do gospodarowania na roli.

Jednakże praktyka okazała się inna. Rzucił się właściciel Zułowa w wir działalności inwestycyjnej o rozmachu równym przypadkowości. Pomysł gonił pomysł, a żadnego nie wieńczył sukces. Większość działań pozostawała nigdy nie zakończona. Rozpoczynano wznoszenie jakichś budynków gospodarczych, które następnie przez lata straszyły niewykończonymi murami, inwestowano w produkcję drożdży, terpentyny, w gorzelnie. Rozbudowywano młyny i gospodarkę hodowlaną. Ale wszystko to oparte było bardziej na pobożnych życzeniach niż na elementarnym rachunku ekonomicznym. Ludwik Krzywicki pisał we Wspomnieniach o gospodarce Piłsudskiego: „Kupował więc maszyny rolnicze, o których posłyszał i które były na miejscu za granicą, ale w Wileńszczyźnie, wobec niezmiernej taniości siły roboczej, nie opłacały się, robotnik zaś był nieokrzesany, przewybornie chadzał z sochą i drewnianą broną, ale nie umiał obejść się z broną żelazną w różnych jej odmianach. Maszyny te niszczały nieużywane, przekształcając się z wolna w żelastwo rdzą pokryte. Założył gorzelnię. Grunta zułowskie nadawały się do produkcji kartofli, lecz właściciel nie nadawał się na przedsiębiorcę-gorzelnika. Akurat podczas kampanii mającej się rozpocząć, a rozpoczęcie zależało m.in. od obecności akcyźnika, Piłsudski wyjechał z majątku. Rozpoczęto pędzenie spirytusu, lecz okazało się, że nie przygotowano naczyń w dostatecznej ilości do pomieszczenia produktów. Trzeba było z gospodarstwa domowego wziąć wszystkie kotły, rondle, stągwie, kubły. Naturalnie tego było za mało, więc produkowany w dalszym ciągu spirytus wylewano na ziemię”2.

Na rezultaty tej działalności nie przyszło długo czekać. Gdy w lipcu 1874 roku pożar strawił dwór i wszystkie zabudowania, okazało się, że na usunięcie skutków zniszczeń nie ma pieniędzy, majątek zaś tak jest zadłużony, że rodzinie Piłsudskich nie pozostaje nic innego, jak przenieść się do Wilna. Świadectwem postępującej gwałtownie pauperyzacji były kolejne zmiany mieszkań, na coraz mniejsze i coraz gorsze. Długi rosły, a zaciągane na lichwiarski procent pożyczki prowadziły do zupełnego bankructwa.

Ale wczesne dzieciństwo Józefa Piłsudskiego upływało jeszcze w dostatku i beztrosce bytowej w Zułowie. „Duży modrzewiowy dwór – wewnątrz dwanaście obszernych pokoi, portrety przodków na ścianach; dokoła dworu blok zabudowań folwarcznych i przemysłowych; przed oszklonym gankiem – wielki gazon, za nim – brama wjazdowa z herbowymi tarczami; na lewo od gazonu – sady owocowe i ogrody; nie szeroka, lecz wartka i głęboka Mera otaczała dwór malowniczym półkolem; z wpadających do niej dwóch strumyków – Paprotki i Zułówki – pierwszy tworzył duży i głęboki staw z wysmukłymi topolami nad brzegiem; wzdłuż Mery ciągnął się drugi sad i piękna aleja świerkowa, poza tym łączyły dwór z rzeką szeregi starych lip; malowniczym zakątkiem był pagórek, zadrzewiony, tuż nad rzeką. Zaraz za folwarkiem ciągnęły się lasy, w głębi tworzące już raczej puszczę; w lesie tym, w odległości paru kilometrów od dworu, chowało się duże jezioro Piorun”3.

Zułów stał się dla małego Ziuka synonimem zamożności, spokoju i radości. Tym boleśniejsza więc musiała być utrata tego wszystkiego po przeniesieniu się do Wilna.

W Wilnie rozpoczął Piłsudski naukę w gimnazjum rządowym i przeżył wówczas drugi po opuszczeniu Zułowa szok4.

Ideał wychowawczy domu i ideał wychowawczy szkoły rosyjskiej były diametralnie różne. Dom wychowywał w duchu tradycji polskiej, w duchu patriotyzmu. Poprzez zakazaną literaturę wieszczów narodowych, poprzez żywą tradycję powstańczą, poprzez kultywowanie obyczaju, religii. Na terenach, gdzie ludność polska stanowiła etniczną mniejszość, dochodziło do tego jeszcze poczucie roli cywilizacyjnej, poczucie obowiązku utrzymania polskiego stanu posiadania. Represje popowstaniowe, szczególnie brutalne i dotkliwe właśnie na Litwie, wprawdzie sterroryzowały społeczność polską, ale nie złamały jej patriotyzmu.

Był ten patriotyzm na ogół zachowawczy, odwołujący się do przeszłości, w pewnym sensie inercyjny, nastawiony przede wszystkim na przetrwanie. Przyszłość rysowała się bowiem nader niejasno. Więcej nawet: dotychczasowe doświadczenia mogły właściwie jedynie odbierać nadzieję. Analiza zaś sytuacji politycznej lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych XIX wieku rozwiewać musiała wszelkie złudzenia co do perspektyw sprawy polskiej. A przy tym dokonywała się gwałtowna pauperyzacja ziemiaństwa w wyniku reformy uwłaszczeniowej i represji popowstaniowych. Rodziło to poczucie bezradności, pogłębiało poczucie krzywdy. I tym bardziej utwierdzało w przeświadczeniu o konieczności trwania, w poszukiwaniu w przeszłości uzasadnień przyjętych postaw.

Celem wychowawczym domu było takie ukształtowanie dziecka, by przez całe życie zachowywało wierność nakazom godności narodowej, by gotowe było spłacić daninę krwi, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Tutaj, do dworów szlacheckich na Litwie, docierały zaledwie pogłosy sporów ideowych po klęsce powstania styczniowego. Program pozytywistów był dla tych środowisk, czujących coraz silniejsze zagrożenie, niezbyt zrozumiały i jeszcze mniej realny. Przyjmowano tylko niektóre z haseł pozytywistycznych, najszerzej – program oświatowy. Mieściło się to w idealizowanej tradycji patriarchalnych stosunków dwór – wieś. Oznaczało niesienie kultury polskiej do białoruskiego i litewskiego ludu.

Nie mniej wyraźne, acz diametralnie odmienne, cele wychowawcze przyświecały szkole rosyjskiej5.

Zderzenie idei wpojonych w domu i programu wychowawczego szkoły carskiej musiało prowadzić do konfliktu. Niemal wszystko, czego uczono w szkole, okazywało się zasadniczo sprzeczne z zasobem wiadomości wynoszonych z domu. Rodziło to bunt, ale jednocześnie nie było możliwe uzewnętrznienie uczuć. Więcej: również dom musiał nakłaniać do hamowania reakcji uczuciowych, do podporządkowywania się szkole. Zbyt daleko sięgały bowiem konsekwencje postaw buntowniczych6.

Niewiele zachowało się wiarygodnych źródeł do odtworzenia lat szkolnych Piłsudskiego. Z cytowanych przez Władysława Poboga-Malinowskiego dokumentów szkolnych wynika, że w czasie całej nauki trzykrotnie został ukarany aresztem szkolnym. Raz za rozmowę po polsku w szatni i dwa razy za nieoddanie honorów na ulicy generałowi-gubernatorowi i dyrektorowi gimnazjum. Były to wykroczenia drobne. W „Poufnej charakterystyce Józefa Piłsudskiego” sporządzonej przez władze szkolne stwierdzono: „Józef Piłsudski przygotowywał lekcje nie zawsze starannie, zadania pisemne wykonywał zadowalająco, w klasie starał się być uważnym, ale szczególnego zainteresowania dla nauk nie wykazywał”. A gospodarz klasy dodawał: „Piłsudski posiada zdolności dobre, szczególnie do matematyki, ale do prac szkolnych ustosunkowuje się nieco lekkomyślnie, na lekcje uczęszczał nie zawsze akuratnie, pod pretekstem choroby albo okoliczności domowych, uwaga w klasie pozostawiała czasem dużo do życzenia; również i w domu przygotowywał się do lekcji nie zawsze jednakowo gruntownie, wolał poświęcać czas na czytanie książek, głównie literatury polskiej, czym się tłumaczy, że Piłsudski niedostatecznie dobrze włada tak w mowie, jak w piśmie językiem rosyjskim. Charakter posiada żywy, wykazujący dumę ze znaczną ilością miłości własnej”7.

Nie wynika z tej opinii, by sprawiał zbyt wiele kłopotów swoim pedagogom, by okazywał szczególną krnąbrność czy „niebłagonadiożność”. Żywy i wesoły, różnił się tym od spokojnego i raczej kontemplacyjnego starszego brata Bronisława. Był ulubieńcem rodziny i – jak wynika z zapisków Bronisława – w domu go rozpieszczano. Charakter miał silny, a dla otoczenia nie zawsze najmilszy. Lubił i umiał skupiać na sobie uwagę. W zabawach i imprezach towarzyskich grał najczęściej pierwsze skrzypce. Był bardzo ambitny, jego egocentryzm zaś przeradzał się często w egoizm, na co uskarżał się Bronisław.

Garść informacji o zainteresowaniach dwunastoletniego Piłsudskiego przynosi pisany ręcznie „Gołąb Zułowski”. Zabawa polegająca na wydawaniu własnego pisma jest bardzo typowa dla dzieci w tym wieku i nie należy przykładać do tego miar działalności konspiracyjnej. Zarówno nazwa, jak i treść pisemka świadczy o tym, jak żywe były wspomnienia Zułowa. Nieporadne, dziecięce wierszyki o koniu Rappanie, którego „panem był Ziuk”, czy o psie Karo przeplatały się z notatkami o gimnazjum, pieśniami powstańczymi i pieśniami o Somosierze, z fragmentami Śpiewów historycznych Niemcewicza. Oprócz dwóch „powieści” odcinkowych napisanych przez Ziuka jego autorstwa są też szkice „Bitwa pod Austerlitz” oraz „Bitwa pod Arcole”, napisane na podstawie Historii Napoleona Saint Hilaire’a, ale zawierające szczegóły, których w książce tej nie ma, co świadczy i o innych lekturach napoleońskich8.

Młodzieńczą konspiracją było kółko „Spójnia”, założone wiosną 1882 roku. W lutym 1883 roku liczyło szesnastu członków. W imprezie tej, bardzo typowej dla ówczesnej młodzieży szkolnej, znajdowała wyraz naturalna tendencja młodzieży do organizowania się, a jednocześnie realizowała się w ten sposób młodzieńcza potrzeba działania. Rozpoczęto gromadzenie biblioteki, sięgając do zasobów domowych i zakupując nowe książki, prenumerowano „Przegląd Tygodniowy” i petersburski „Kraj”, organizowano „sesje”, na których odbywały się dyskusje nad przeczytanymi książkami, czasami czytano wspólnie, a czasami poruszano tematy z lekturami bezpośrednio nie związane. Były to dyskusje równie naiwne, co „światoburcze”. Czytano Darwina, Comte’a, Huxleya, Spencera, Drapera, Büchnera9. Niewiele chyba z owych lektur młodzi konspiratorzy rozumieli, ale były one świadectwem poszukiwań ideowych tego pokolenia.

Urodzone bezpośrednio po klęsce powstania styczniowego, dorastające w okresie załamania społeczeństwa polskiego, w okresie gwałtownych zmian przeobrażających społeczeństwo, stawało to pokolenie wobec konieczności określenia swych postaw, znalezienia odpowiedzi na pytania najważniejsze: jak żyć, jak postępować? Młodzież zawsze szuka odpowiedzi na te pytania, i najczęściej w drodze naturalnego buntu przeciwko konformizmowi dorosłych. To pokolenie znajdowało się jednak w sytuacji nietypowej i przez to o wiele trudniejszej. Społeczeństwo dorosłych nie miało dlań bowiem żadnych właściwie propozycji postępowania. Koncepcję trwania odczuwała młodzież jako zbyt pasywną, zbyt bliską zwykłemu oportunizmowi. A jednocześnie głębokie przeobrażenia w strukturze społecznej były dla polskiego ziemiaństwa równie zaskakujące, co niezrozumiałe. Świat dorosłych stał się w rezultacie nie mniej zagubiony niż świat młodzieży. Te generalizacje dotyczą określonych środowisk (drobne i średnie ziemiaństwo, częściowo inteligencja) i w różnym stopniu odnieść je można do różnych terytoriów. Inaczej rzecz miała się w Warszawie czy Kongresówce, inaczej w Wilnie czy – szerzej sprawę ujmując – na Litwie.

Faktem jest wszakże, iż w początkach lat osiemdziesiątych XIX wieku rodzi się zjawisko młodzieńczych konspiracji, co poświadcza zarówno obfita literatura wspomnieniowa, jak i obserwacja aparatu szkoły rosyjskiej. Wpływały na to zapewne i wieści o romantycznych, porywających czynach „Narodnej Woli”, uwieńczonych udanym zamachem na cara. Docierały – trudno jednak powiedzieć, z jakim opóźnieniem – informacje o wydarzeniach wśród studentów Uniwersytetu Warszawskiego, łącznie z głośną „apuchtinadą”10, a jednocześnie – o hańbiących aktach lojalizmu, jak chociażby udział delegacji studentów Uniwersytetu Warszawskiego w pogrzebie cara.

Z obu braci Piłsudskich Bronisław wykazywał w tej szkolnej konspiracji bez porównania większą aktywność. Przez pewien czas był nawet przewodniczącym kółka. Ziuka chyba dyskusje te raczej nudziły, skoro często „sesje” kółka opuszczał, i to bez żadnych istotnych powodów. Dopiero w późniejszym okresie, w ostatniej klasie, miał z zapałem włączyć się w prace kółka.

2 września 1884 roku zmarła Maria Piłsudska. Złożona chorobą, od kilku lat właściwie nie opuszczała łóżka, ale zawsze wokół niej ogniskowało się życie domu Piłsudskich. Ta słaba, chorowita, wyczerpana porodami kobieta miała charakter godny pozazdroszczenia. Wychowana surowo, ale w dostatku, znalazła się pod koniec życia właściwie w biedzie. W latach wileńskich przychodziło już nie tylko mieszkać w coraz gorszych warunkach, ale zaczynało brakować rzeczy podstawowych – ubrania, butów. Przy całkowitej nieodpowiedzialności męża, cały trud wychowawczy i kłopoty związane z prowadzeniem domu spadły na Marię. Pomagała jej, wychowująca się z nią od dzieciństwa, a później mieszkająca z Piłsudskimi, Celina Bukontówna. Umiała Maria, mimo wszelkich niepowodzeń, wytworzyć w domu dobrą, ciepłą atmosferę, wychowując dzieci w duchu patriotycznym.

Kiedy w 1885 roku Piłsudski ukończył gimnazjum wileńskie, ojciec chciał, aby rozpoczął w Petersburgu studia w instytucie technologicznym lub komunikacyjnym. Ostatecznie jednak Piłsudski złożył podanie do rektora uniwersytetu w Charkowie o przyjęcie na studia medyczne. Motywy tej decyzji nie są znane11. Być może zaważył tutaj fakt, że Charków był tańszy niż Petersburg, a medycyna dawała większą samodzielność niż zawód inżyniera. Jakieś studia w każdym razie musiał podjąć, bo nie miał żadnych innych perspektyw na przyszłość. Te resztki majątku, które zostały, nie mogły wystarczyć na znośną egzystencję, a i sam nie przejawiał żadnego zapału do pracy na roli.

Jesienią 1885 roku znalazł się więc w Charkowie. W porównaniu z Wilnem to gubernialne, prowincjonalne miasto było brzydkie i szare. Jedynym właściwie źródłem dotyczącym pobytu Piłsudskiego w Charkowie (poza jego o wiele późniejszymi relacjami) jest niekompletny list do ciotki Stefanii Lipmanówny datowany 18 marca 1886 roku12. Jak z niego wynika, Piłsudski został wraz z dziewiętnastoma studentami skazany za „nieporządki w uniwersytecie” na 6 dób karceru z ostrzeżeniem, że przy najmniejszym wykroczeniu zostanie wydalony z uczelni. Owe „nieporządki” to demonstracja w pierwszych dniach marca, w rocznicę reformy uwłaszczeniowej. Jeśli można wnioskować z wysokości kary, Piłsudski istotnej roli w tej demonstracji nie odgrywał. Był po prostu uczestnikiem.

W Charkowie zetknął się z konspiracją studencką. Wprowadzony został do kółka pozostającego pod wpływem niedobitków „Narodnej Woli”, lecz „już na pierwszym posiedzeniu przykro był dotknięty tym, że do owego koła należeli sami prawie Moskale i kilku zaledwie Polaków”13. Na ile jest to opinia późniejsza, na ile zaś tak odczuwał to wówczas – trudno ustalić. Nie ulega przecież wątpliwości, że patriotyzm, w którym został wychowany Piłsudski, miał silne zabarwienie nacjonalistyczne. Nie usiłowano różnicować Rosjan – byli oni po prostu zaborcami, przedstawicielami narodu ciemięzców.

W pracach tego kółka żywszego udziału nie brał. Lektura Listów historycznych Piotra Ławrowa znudziła go. Jak wspominał, brał udział w dyskusji na temat „obszcziny” (specyficzna forma własności chłopskiej w Rosji), w której to dyskusji, występując jako syn „zamożnego obywatela polskiego”, oświadczyć miał, że z teorią obszcziźnianą nie może się zgodzić i z kółka występuje. I znowuż nie sposób ustalić wiarygodności tej późniejszej o blisko pół wieku relacji. W każdym razie nic nie wskazuje na to, aby Piłsudski w Charkowie żywiej interesował się problemami politycznymi czy ideowymi. Z listu do ciotki wynika zresztą, że studia zajmowały mu wiele czasu.

Po zakończeniu roku akademickiego przez Petersburg, gdzie odwiedził Bronisława, powrócił do Wilna. W sierpniu napisał do rektora uniwersytetu charkowskiego podanie, w którym prosił o przesłanie papierów na uniwersytet w Dorpacie, gdzie zamierzał kontynuować studia. W porównaniu z prowincjonalnym Charkowem Dorpat był miastem europejskim. Uchodził za jeden z lepszych ośrodków akademickich w imperium rosyjskim, a równocześnie za jeden z najbardziej liberalnych. W tym okresie wykłady odbywały się tu na ogół w języku niemieckim.

Sprawa wszelako przeciągała się, tak że Piłsudski nie mógł jesienią 1886 roku rozpocząć studiów. Pozostał więc w Wilnie. Przeżywał wówczas jakiś kryzys psychiczny, nosząc się nawet z myślą o samobójstwie14.

W Wilnie odnowił kontakty z kolegami ze szkoły, tworząc – wraz z nimi i kilkoma studiującymi w Petersburgu – kółko konspiracyjne. Jaką rolę w nim odgrywał? Czy kółko istniało przed jego przyjazdem do Wilna? Czy była to kontynuacja, czy restytucja owej „Spójni”? Jak wyglądał skład osobowy tej grupy? Na te pytania nie sposób odpowiedzieć. Dla owego okresu dysponujemy nie źródłami, a strzępkami źródeł.

Piłsudski wspominał, że w tym czasie przeczytał broszurę Kto z czego żyje Szymona Diksztajna (wydana pod pseudonimem: Jan Młot) i broszurę Wilhelma Liebknechta W obronie prawdy. Sięgnął też do rosyjskiego wydania pierwszego tomu Kapitału Marksa, ale lektura ta nie wywarła na nim wielkiego wrażenia: „Abstrakcyjna logika Marksa oraz panowanie towaru nad człowiekiem nie pasowało do mego mózgu”15.

Ta postawa była dość typowa dla części młodzieży inteligenckiej. Socjalizm przyjmowali jako ideologię walki przeciwko caratowi, akceptując równocześnie demokratyczne jego hasła: równość, sprawiedliwość, wolność. Program walki klasowej – istotę socjalizmu naukowego – albo odrzucali, albo pomijali16. W rzeczywistości była to ideologia demokratycznego liberalnego mieszczaństwa. Mogła stanowić punkt wyjściowy do dalszej ewolucji w kierunku marksizmu czy nacjonalizmu, mogła ulegać też innym przeobrażeniom. Socjalizm był wówczas jedyną ideologią czynu, walki. Nic więc dziwnego, że wszyscy, którym obcy był lojalizm, oportunizm i konformizm, którzy chcieli działać, walczyć, skupiali się pod sztandarami socjalizmu, często rozumiejąc go bardzo powierzchownie. Powiedzenie starego Clemenceau, że kto nie był za młodu socjalistą, będzie na starość łajdakiem, jest nie tylko zgrabnym aforyzmem. Wielu z tych młodzieńców pozostanie przy swoiście pojmowanym socjalizmie, inni znajdą się w szeregach rewolucyjnego ruchu robotniczego, inni wreszcie, już wkrótce, przejdą na drugą stronę barykady. Ale będą to procesy następnych dziesięcioleci.

Konspiracja wileńska, z którą związał się Piłsudski po powrocie z Charkowa, miała charakter dość nieokreślony. Dyskutowano nad programem, ale jedynym rezultatem owych dyskusji było ustalenie konieczności „obrony od brutalnego wynaradawiania ludu, praktykowanego przez rząd rosyjski na Litwie”. Wydawano na hektografie pisemko (nie zachował się żaden z egzemplarzy). Wspomina też Piłsudski, że prowadził parę kółek samokształceniowych i zawiązał „trochę stosunków z robotnikami wileńskimi”, ale nie sposób ustalić, na ile stwierdzenia te zgodne są z rzeczywistością. Nie tylko dlatego, że artykuł, w którym o tym wspomina, zatytułowany Jak stałem się socjalistą, pisał Piłsudski w kilkanaście lat po tych wydarzeniach, ale przede wszystkim dlatego, że pisał go jako przywódca partii, w celach niejako dydaktycznych. Stąd naturalna skłonność do fryzowania przeszłości.

Poprzez studiujących w Petersburgu konspiracja wileńska znalazła się w orbicie działań frakcji terrorystycznej „Narodnej Woli”. Były to raczej kontakty towarzyskie niż organizacyjne. Frakcja terrorystyczna powstała pod koniec 1886 roku i za cel swej działalności uznała zamachy na prominentów carskich. Postanowiono rozpocząć działanie od dokonania zamachu na Aleksandra III. Zamierzano użyć do tego skonstruowanej przez wilnianina Józefa Łukaszewicza i Aleksandra Uljanowa bomby, wewnątrz której oprócz materiału wybuchowego znaleźć się miała trucizna, by nawet w wypadku lekkiego jedynie zranienia car musiał umrzeć. Truciznę tę miał zdobyć przebywający w czasie ferii świątecznych w Wilnie Bronisław Piłsudski od członka konspiracji wileńskiej, właściciela składu aptecznego Tytusa Paszkowskiego. Po truciznę przyjechał z Petersburga Michał Kanczer. Przywiózł listy polecające od wilnian, członków konspiracji, Józefa Łukaszewicza i Konstantego Hamoleckiego. Bronisław umieścił Kanczera w mieszkaniu ciotki, Stefanii Lipmanówny, gdzie mieszkał razem z Ziukiem. Skontaktował też Kanczera z Izaakiem Dembo i Aleksandrem Gnatowskim. Następnego dnia Bronisław wyjechał z Wilna, a Kanczerem, który pozostał jeszcze na jeden dzień, opiekował się Ziuk. Kanczer nie znał Wilna, więc Piłsudski służył mu za przewodnika.

W jakiś czas później zgłosił się do Józefa Piłsudskiego jeszcze jeden człowiek konspiracji petersburskiej, Orest Goworuchin. Śledzony przez policję Goworuchin, by nie naprowadzić na ślad spisku, uciekł za granicę. Etapem tej ucieczki było Wilno, gdzie przenocował u Piłsudskiego, prosząc go następnie o wysłanie do Bronisława umówionej depeszy.

Pierwszą próbę zamachu na Aleksandra III podjęto 10 marca 1887 roku. Zamierzano rzucić bombę na powóz carski. Tego dnia jednak car nie opuścił pałacu. W dwa dni później zamachowcy po raz drugi wyszli na ulicę, ale znów bez skutku. Trzecią próbę przeprowadzono następnego dnia, przewidując, że car uda się na nabożeństwo żałobne w rocznicę śmierci Aleksandra II. Oczekujących na pojazd cara spiskowców zaaresztowała policja. Jak się później okazało, było to zupełnym przypadkiem: śledzono jednego z członków grupy z innych powodów.

Gdy wszakże przekonano się, że schwytano zamachowców na cara, rozpoczęło się energiczne śledztwo. Dwóch z uwięzionych zaczęło sypać. Jednym z nich był Michał Kanczer, którego przywieziono do Wilna, by wskazał tamtejsze kontakty. Józefa Piłsudskiego aresztowano 22 marca 1887 roku w mieszkaniu Paszkowskiego, a 2 kwietnia odstawiono go do Petersburga, do twierdzy Pietropawłowskiej17.

27 kwietnia rozpoczął się proces zamachowców. Józef Piłsudski nie został oskarżony o udział w przygotowywaniu zamachu i zeznawał tylko trzeciego dnia procesu, jako świadek, o pobycie Kanczera i Goworuchina w Wilnie. Jednym z oskarżonych był Bronisław, który otrzymał 15 lat katorgi.

Józef, jeszcze przed procesem, skazany został w trybie administracyjnym na pięć lat zesłania we wschodniej Syberii.

24 maja, na dzień przed wyruszeniem „w etap” na Syberię, Piłsudski napisał list do ojca. Nadał mu kształt poematu. Jest to jakby apel do rówieśników:

Niech więc mój przykład, me złamane życie,

Mój los – niech zbudzi w nich to przekonanie,

Że nic nie zrobim, gdy działając skrycie,

Zechcemy myśl swą rzucić w wykonanie

I wolę gwałtem swą narzucić drugim.

Lecz niech się nie rwą do czynu w zapale,

Dojrzewają pierwej w pracy – i po długim,

Długim rozmyśle idą już wytrwale

Do celu, jaki wskaże proces życia,

A nie szlachetne, lecz próżne marzenie...

Oto jest droga dla nich do przebycia...

A dalej o sobie:

Powiedzcie sobie: zniósł on ciężkie bóle,

Za błąd chwilowy zapłacił on srodze.

I zginął marnie, choć tak święte cele

Zakreślił sobie na życiowej drodze.

Trza mu przebaczyć, bo kochał on wiele18.

Pisał ten list dziewiętnastoletni chłopiec, któremu nagle zawalił się świat. Przypadkowo wciągnięty w wir spraw, których sedna nie domyślał się nawet, nie wiedząc, ku czemu zmierzają, płacił teraz cenę przekreślenia wszystkich planów życiowych. Jechał na Syberię rozgoryczony, z poczuciem krzywdy, załamany. Pozbawiony był tego, co rewolucjonistom ułatwiało przetrwanie najtrudniejszych nawet momentów: świadomości celu, wiary w słuszność działań, w celowość ponoszonej ofiary.

25 maja 1887 roku grupa, licząca około 60 więźniów, w której znalazł się Piłsudski, przeniesiony wcześniej do więzienia butyrskiego w Moskwie, wyruszyła na Syberię. Do Niżnego Nowogrodu przewiezieni zostali koleją, skąd – załadowani na aresztancką barkę – popłynęli Wołgą i Kamą do Permu. Stamtąd znów koleją do Tiumenia i znów barką – Irtyszem i Obem – do Tomska. Po dwóch tygodniach pobytu w więzieniu tomskim rozpoczęła się podróż „etapem” do Krasnojarska (około 560 km), a potem do Irkucka (około 1100 km). W Irkucku zesłańcy znaleźli się na przełomie września i października, a więc w ponad cztery miesiące po wyruszeniu z Moskwy.

Były to ciężkie miesiące. Więzienia w Wilnie, Petersburgu i Moskwie, w których dotychczas Piłsudski przebywał, mogły uchodzić za szczyt luksusu w porównaniu z pomieszczeniami etapowymi, w których nocowano w drodze z Tomska do Irkucka. Brudne, zapluskwione, prymitywne cele, towarzystwo kryminalistów, samotność, pogłębiona tym, że Piłsudski był jedynym Polakiem w tej partii więźniów – wszystko to działało przygnębiająco. Na barkach panowała ciasnota i zaduch, w czasie podróży etapem początkowo dokuczało gorąco, a później coraz bardziej wzrastające zimno. Atakowały drobne syberyjskie muszki, których ukąszenia powodowały bolesne opuchlizny. Podróż etapem odbywano na furkach (przywilej „szlachetnie urodzonych”, który w tym wypadku rozciągnięto na całą partię), pokonując dziennie około 20 km. Stosunki z konwojem nie układały się dobrze. Dwukrotnie dochodziło nawet do tego, że – jak pisał w liście Piłsudski – oficerowie wzywali pomocy żołnierzy: „przed nami bezbronnymi kupa żołnierzy z bagnetem w ręku, czekająca rozkazu, by rzucić się jak rozwścieklone zwierzęta i pobić kolbami czy bagnetem”19.

Ta wielomiesięczna podróż wyciskała swoiste piętno na psychice zesłańców. Niezmierzone odległości, dzika, fascynująca, ale i przerażająca przyroda, całkowita zależność od woli konwoju i władz miejscowych – wszystko to łatwo mogło załamać słabszych. W innym liście Piłsudski pisał, że oderwani od życia, rzuceni zostali „gdzieś w przepaść, gdzie nie czujesz pod sobą gruntu”. I dalej: „Straszna monotonia, brak działalności i dawniejszego życia, brak szerszych zainteresowań i spraw obecnie, pomimo woli rodzą w człowieku apatię umysłową i chorobliwą drażliwość. Z tego powodu mamy masę zatargów pomiędzy sobą i władzą. Rozmowy teraz przeważnie przechodzą na żarty to z siebie, to z innych. Co do mnie, to czuję się z jednych powodów lepiej, to z drugich gorzej niż inni. Lepiej, gdyż nie przesiedziałem tyle w więzieniu, co inni – 2 tylko miesiące, gdy tutaj niektórzy z nas przesiedzieli po 3 prawie lata, a wszyscy prawie więcej jak rok jeden. Gorzej, gdyż wszyscy prawie mają towarzyszów, znajomych jeszcze z czasów swobody, złączonych z sobą wspólną pracą, gdy ja jestem sam jeden, bez przyjaciół i towarzyszy – jeden nawet mówię po polsku. A że nie mogę się wprost nastroić na ton ciągłych żartów, rozmawiam więc mało, z niektórymi towarzyszami, a więcej wchodzę w sferę swych własnych myśli i marzeń; coraz więc silniej rozwija się we mnie i tak już rozwinięta skrytość charakteru”20.

Do Irkucka „pierwsza polityczna grupa”, bo taką nazwę oficjalną miała ta partia zesłańców, dotarła około 4 października. Tutaj miejscowy gubernator zadecydować miał o dalszych losach skazańców, przydzielając im miejsce zesłania. Piłsudski skierowany został do Kireńska nad Leną, położonego około 1000 km na północ od Irkucka. Jednakże wyjazd do Kireńska przeciągał się, bo oczekiwano, by Lena zamarzła.

W Irkucku przebywali w dobrych warunkach. Z grupy trzynastu politycznych sześciu mieszkało w celach pojedynczych, a pięciu (wśród nich Piłsudski) we wspólnej celi. W dzień cele były otwarte i więźniowie mogli swobodnie się poruszać. W sąsiednim skrzydle trzymano więźniarki polityczne. Wśród nich znajdowała się narzeczona jednego ze współtowarzyszy Piłsudskiego – Cejtlina. Pozwalano narzeczonym przez godzinę dziennie spotykać się w kancelarii więziennej. W czasie jednego z takich spotkań, 1 listopada, wszedł do kancelarii policmajster. Cejtlin nie spostrzegł go i nie powitał. Gdy policmajster zwrócił mu w sposób grubiański uwagę, więzień zareagował równie ostro. Rozpoczęła się awantura i policmajster kazał Cejtlina zamknąć na trzy dni w karcerze. On jednakże uciekł z kancelarii do celi.

Kiedy zjawił się po Cejtlina zastępca naczelnika więzienia, polityczni odmówili wydania kolegi. Wezwana straż więzienna usiłowała wyprowadzić go siłą, ale uczyniła to łagodnie i bez przekonania, Cejtlin więc pozostał w celi. Następnego dnia rano otworzono wszystkie cele, ale wkrótce zamknięto pojedynki. Wówczas więźniowie ze wspólnej celi wyłamali drzwi pojedynek, oswabadzając współtowarzyszy. Władze więzienne nie zareagowały, a wieczorem nikt nie przyszedł zamykać cel. Więźniowie zebrali się więc na naradę we wspólnej celi i wówczas nagle drzwi do niej zamknięto. Po pewnym czasie zjawił się policmajster w asyście żołnierzy. Wezwał zgromadzonych do opuszczenia celi, pod pretekstem, że zostaną przeniesieni do innego pomieszczenia. Gdy odmówili, żołnierze na rozkaz oficera („Bijcie ich, chłopcy, by długo pamiętali!”) rzucili się na nich, tłukąc swe ofiary kolbami. Pobitych, nieprzytomnych, wywlekano na podwórze. Piłsudski wspominał, że ocknął się z omdlenia na podwórzu, podnoszony przez dwóch żołnierzy, którzy chcieli go postawić na nogi. Zszokowany, wyrwał im się i pobiegł pod bramę, gdzie stał kordon wojska. Wpadł na podoficera, który chwycił go w ramiona. W tym momencie dogonił Piłsudskiego jeden z dwóch żołnierzy, którym się wyrwał, i uderzył go kolbą w twarz, wybijając mu dwa przednie zęby. Podoficer zwymyślał żołnierza. Ten, zawstydzony, usiłował wytrzeć rękawem krew z twarzy Piłsudskiego, a następnie wziął go pod ramię i prowadził, mówiąc: „No, warnaczku, idź! Widzisz! Nie buntuj się! Osłabłeś, biedaku!”21.

Pobitych zamknięto w celach. Okazało się, że trzech spośród zbuntowanych, w tym Cejtlina, brakuje. Więźniowie ogłosili głodówkę, dopóki tych trzech nie przyprowadzą do cel. Trzeciego dnia przyprowadzono dwóch i okazało się, że trzeci przewieziony już został do miejsca zesłania.

6 grudnia odbył się sąd nad więźniami oskarżonymi o wywołanie buntu. Piłsudski i dwaj jeszcze niepełnoletni skazani zostali na 3 miesiące więzienia, inni zaś na 6 miesięcy. Prokurator złożył rewizję, w której wyniku podniesiono Piłsudskiemu karę do 6 miesięcy.

W tydzień później wyruszył Piłsudski saniami do Kireńska. Podróżowano szybko, pokonując około 100 km dziennie, i po dziesięciu dniach, w przeddzień wigilii, Piłsudski dotarł do miejsca zesłania. Kireńsk był niewielkim miasteczkiem, a właściwie rozległą wsią o typowej syberyjskiej zabudowie: domy drewniane z grubych bali układanych jeden na drugim. W większości były to po prostu zwykle chaty wiejskie, między którymi stały gdzieniegdzie jedno- i dwupiętrowe domy. Podobnie zresztą wyglądały większe miasta, jak np. Irkuck, tylko że więcej miał on domów murowanych, znajdował się tu pałac gubernatora, teatr, muzeum. Ale tak przedstawiało się centrum miasta – przedmieścia były takie same jak Kireńsk, a raczej jak kilka Kireńsków.

W Kireńsku żyła dość liczna kolonia zesłańców. M.in. przebywał tu od 1882 roku Stanisław Landy wraz z żoną Feliksą z domu Lewandowską, którą poznał w drodze na zesłanie. Stanisław Landy, starszy o 12 lat od Piłsudskiego, należał do pierwszych kółek socjalistycznych w Warszawie. Aresztowany w 1878 roku, osadzony w warszawskiej Cytadeli, stawiał czynny opór żandarmerii podczas zajść w X pawilonie spowodowanych zabójstwem socjalisty Józefa Bejtego (w zajściach tych brał udział również Wacław Sieroszewski). Landy skazany został na 12 lat katorgi, zamienionej następnie na zesłanie. Był człowiekiem światłym, oczytanym, żywo interesującym się nauką. Rodzina Landych odegrała w syberyjskich latach Piłsudskiego dużą rolę. W Kireńsku przebywali do listopada 1888 roku, a następnie uzyskali zgodę na przeniesienie się do Irkucka. W czasie pobytu Landych w Kireńsku Piłsudski zaprzyjaźnił się z nimi bardzo blisko, spędzał u nich całe dnie i stał się jakby członkiem rodziny.

Zesłanie Piłsudskiego dzieli się na dwa okresy: pobyt w Kireńsku (do lipca 1890 roku) i pobyt w Tunce (od sierpnia tego roku). Najmniej wiemy o pierwszych kilkunastu miesiącach pobytu w Kireńsku.

Z datą 5 października 1888 roku wysłał Piłsudski podanie do ministra spraw wewnętrznych, prosząc o przeniesienie na Sachalin, do wsi Rykowskoje, gdzie znajdował się brat, Bronisław. Motywował tym, że bratu, „jak i mnie, ciężko żyć osobno”22. Nie wyrażono jednak zgody.

Już po wyjeździe Landych z Kireńska odbył Piłsudski karę za bunt irkucki. Pierwsza noc okazała się bardzo ciężka. Areszt kireński był to przewiewny drewniak, a nocą temperatura dochodziła do 40 stopni poniżej zera. Już następnego jednak dnia, wykorzystując konflikt między naczelnikiem więzienia a policją, udało się załatwić, by Piłsudski odbywał karę w szpitalu więziennym jako pisarz kancelaryjny. Mimo wszystko dodatkowe ograniczenie swobody dawało się we znaki.

Zesłańcy nie byli zbytnio skrępowani. Ucieczka była praktycznie niemożliwa, więc też i pilnowanie ograniczało się jedynie do ogólnego dozoru. Wprowadzono wprawdzie w czasie pobytu Piłsudskiego rozporządzenie zmniejszające swobodę oddalania się od miejsca zesłania, ale nie przestrzegano go zbyt rygorystycznie. Skazańcy mieszkali w wynajętych kwaterach, dostawali na utrzymanie zasiłek w wysokości około 10 rubli miesięcznie (w 1889 roku Piłsudskiemu, jako synowi „zamożnego ojca”, cofnięto ten zasiłek, co stało się powodem permanentnych kłopotów) i nikogo właściwie nie obchodziło, czym się zajmują. Niektórzy znajdowali pracę u miejscowych kupców czy przedsiębiorców. Bardzo wiele polowano, traktując to nie tylko jako rozrywkę, ale i jako źródło zarobku. Najtrudniej było w zimie, trwającej tu prawie dziewięć miesięcy, gdy dzień trwał zaledwie parę godzin, a długie wieczory przy nędznym oświetleniu dobijały monotonią. Prowadzono ożywione życie towarzyskie, spędzając czas przy herbacie, na dyskusjach i plotkach, grze w szachy czy karty. Skazani na siebie, przeciążeni psychicznie zesłańcy łatwo wchodzili w konflikty. Drobiazgi, w normalnych warunkach nieistotne, często urastały do rangi problemów, rodziły się zawiści i namiętności. Ludzie o różnych poglądach politycznych, o różnym kanonie etycznym, o różnych charakterach – musieli ze sobą współżyć i nie było to łatwe.

8 kwietnia 1889 roku zakończył Piłsudski odbywanie kary za bunt w więzieniu irkuckim23. W tym czasie poznał szwagierkę Stanisława Landego, Leonardę Lewandowską. Młodsza od Feliksy, a starsza o kilka lat od Piłsudskiego, spędzała w Kireńsku ostatni okres zesłania.

Zachowało się 30 listów Piłsudskiego do niej z okresu od 25 marca 1890 roku do 11 grudnia 1891 roku oraz jeden późniejszy z 22 sierpnia (bez daty rocznej, ale jak wynika z treści, najwcześniej z 1893 roku)24.

Leonarda była pierwszą kobietą – nie licząc sztubackich miłości – w życiu Piłsudskiego. Niewiele o niej wiadomo. Zmarła młodo, gdzieś około 1900 roku25.

Dziejami tej miłości zajmiemy się nie dla taniej sensacji. W miłosnej korespondencji wyjątkowo plastycznie rysują się bowiem cechy osobowe młodego Piłsudskiego. W listach do Leonardy jest szczery otwartością kochającego i kochanego. Ta szczerość sprawia mu wyraźną przyjemność.

Okoliczności zawarcia znajomości z Leonardą nie są znane, ale można przypuszczać, że Landowie polecili Leonardzie zaprzyjaźnionego z nimi Piłsudskiego. Zresztą Kireńsk był mały i przyjazd nowej osoby na zesłanie stanowił zawsze swego rodzaju wydarzenie.

Znajomość szybko przeradzała się w uczucie poważniejsze. Piłsudski stawał się coraz częstszym gościem Leonardy, coraz więcej spędzał u niej czasu. W liście z 4 maja 1890 roku pisał: „Rzeka w tym roku pospieszyła. 30 kwietnia poruszyła się z miejsca, a ostatecznie ruszyła wczoraj, dzisiaj ona już się prawie oczyściła od lodu. Lodochód nie był z ważnych i przyznam się, niezbyt się nim interesowałem, nie chcąc sobie przypominać zeszłorocznego oczekiwania i oglądania Leny w tym czasie. Pamiętasz? Pamiętasz? Jak przesiadywałem u Ciebie noce całe w oczekiwaniu przejścia rzeki?”26.

W trudnych warunkach syberyjskiego zesłania była Leonarda dla dwudziestodwuletniego Ziuka nie tylko pierwszą kobietą, którą pokochał. W miłości tej realizowało się wszystko, czego brak było Piłsudskiemu. Namiastka domu, stabilizacja psychiczna, perspektywa przyszłości. Gdy w okresie pobytu Landych w Kireńsku spędzał u nich całe dnie, stając się jakby członkiem rodziny, to przecież zaspokajał potrzebę przede wszystkim psychiczną – kompensował poczucie samotności, oderwania od rodziny.

Tym zresztą bardziej, że sam nie umiał zorganizować sobie życia. Najprostsze sprawy – przyrządzanie posiłków, sprzątanie – stawały się problemami. Po prostu wszystkie te codzienne czynności napawały go absolutnym wstrętem. W listach z Tunki żalił się Leonardzie, że musi sobie gotować obiady, że musi zmywać naczynia, palić w piecu. „Zarazem donoszę Ci – pisał w liście z 29 października 1890 roku – że teraz jem znowu obiady co dzień, obiaduję teraz z Mancewiczem, gotujemy obiady na trzy dni, więc co 6 dni trzeba gotować obiad. Nie bardzo to mnie, przyzwyczajonemu do życia pod tym względem kosztem cudzej pracy, podoba, ale cóż robić, trzeba nieść z pokorą krzyż, co nam z nieba Bozia posyła”27. 26 listopada 1890 roku wyrzekał: „Kwatera moja jest to szczyt nieładu i niegospodarności, aż samemu niekiedy niezręcznie, ale cóż z sobą poradzisz, kiedy doprawdy tak trudno porządkować, wymiatać”28. „Jak ja gospodarzę – pisał 15 października 1890 roku – trudno Ci to opowiedzieć. Przez dzień palę w piecu, niekiedy raz w tydzień zgotuję sobie jakiekolwiek świństwo, a to tak poprzestaję na herbacie, mleku, jajach. Długo nie mogłem przybrać się do wymiatania i u mnie było tak brudno, że aż strach, na koniec dzisiaj wymiotłem pokój, ot i całe moje gospodarstwo”29.

Leonarda to było uporządkowanie tych wszystkich uciążliwych kłopotów. Od lipca 1889 roku, gdy miłość ich spełniła się, oznaczało to tworzenie własnego domu. Początkowo krępując się opinii, a chyba przede wszystkim Landych (przed którymi do końca ukrywali charakter swego związku), mieszkali nadal osobno, choć praktycznie Piłsudski mieszkał u Leonardy. Ostatnie miesiące wspólnego pobytu w Kireńsku mieszkali już razem.

W środowisku zesłańców, jak zresztą w ogóle w środowisku rewolucjonistów, tego typu nieformalne związki były rzeczą częstą i akceptowaną. Oczywiście plotkowano, jak zawsze ludzie w takich wypadkach plotkują, ale nie miały te sprawy posmaku skandalu, kompromitacji kobiety.

W początkach 1890 roku Piłsudski napisał podanie do Petersburga, prosząc, aby pozostałe mu dwa lata osiedlenia mógł odbyć w Wilnie pod dozorem policji30. Miał nadzieję, że w wypadku pozytywnej decyzji wróci z Syberii razem z Leonardą, której wiosną tego roku kończył się termin zesłania. Zgody nie uzyskał. Wystąpił też do władz w Irkucku, by pozwolono mu na przeniesienie się z Kireńska do Tunki.

19 marca 1890 roku Leonarda wyjechała z Kireńska do Irkucka. To pierwsze rozstanie miało być krótkie. Oboje liczyli, że niebawem uzyska Piłsudski zgodę na zamieszkanie w Tunce i na zatrzymanie się po drodze w Irkucku. Decyzja jednak się opóźniała. W liście z 19 maja nadal martwił się Piłsudski jej brakiem.

W Kireńsku pracował nadal jako kancelista u urzędnika akcyzy Awerburga, bywał u zaprzyjaźnionych zesłańców, ale jak wynika z pięciu listów do Leonardy z owego okresu, cały czas myślał tylko o tym, by wyrwać się do niej do Irkucka. Depresję pogłębiało i to, że 22 kwietnia Leonardzie skończył się termin zesłania i Piłsudski obawiał się, iż nie będzie ona zbyt długo czekać na przyjazd jego do Irkucka.

W czerwcu lub na początku lipca znalazł się wreszcie w Irkucku31. Niedługo mu przyszło cieszyć się Leonardą, bo ta już 29 lipca wyruszyła w podróż do domu, na Ukrainę. Łudził się jeszcze, że stan zdrowia współtowarzyszki podróży Leonardy zatrzyma je na zimę w Krasnojarsku, ale i ta nadzieja się rozwiała.

Do Tunki, niewielkiej wsi buriackiej leżącej około 200 km na południowy zachód od Irkucka, przybył Piłsudski 6 sierpnia 1890 roku W pierwszym liście z Tunki do Leonardy, datowanym 13 sierpnia, pisał: „Nie, Mileńka, Tunka nie dla mnie. Jest to dziura co się zowie, ludziom mogącym i życzącym mieć zajęcie fizyczne (polowanie, rąbanie i spławianie drew, uprawa ziemi itd.), dla tych Tunka może być rajem, gdyż swoboda w tym względzie jak najszersza, rozjazdy są pozwolone w obrębie 40 wiorst, chociażby i na 10 dni [...] Co do ludzi, to ogólne wrażenie robią oni wcale niezłe, przynajmniej większość, ale ton tutaj trochę nazbyt nihilistyczny, dosyć ci powiedzieć, że ja na pewno będę tu uchodził za arystokratę, a to niezbyt mnie się podoba. Z facetów dotychczas najwięcej mnie się podobał Juszczyński, dosyć miły, prosty facet i mniej ma nihilistycznych popędów niż inni, pomiędzy innymi i Mancewicz tym duchem zarażony. Zresztą żyć tu można, u ludzi jeszcze silnie tętni życie, czuć jeszcze bardzo od nich Rosją, z tego więc powodu rozmowy bywają dość ożywione, oprócz tego ludzie grają i w szachy, i w winta, tak że nie brak i rozrywek, gazet i żurnalów mnóstwo, ostatnie wszystkie są. »Głos« też się otrzymuje”32.

Wspomniani w liście Michał Mancewicz i Stefan Juszczyński byli proletariatczykami. Aresztowani zostali w 1885 roku. Przebywał też w Tunce na zesłaniu Bronisław Szwarce, ongiś wybitny działacz lewicy „czerwonych”, z jej ramienia w 1862 roku członek Centralnego Komitetu Narodowego.

Biografowie Piłsudskiego zwykli byli pisać o przyjaźni, jaka miała zawiązać się między Piłsudskim a Szwarcem, o wpływie, jaki wywarł on na Piłsudskiego, o symbolicznej roli tradycji itd., itp. Wszystko to były nader dowolne konstatacje. Po pierwsze: Szwarce wkrótce po przyjeździe Piłsudskiego z Tunki wyjechał, po drugie: w listach Piłsudskiego, w których bardzo dokładnie opisywał swoje kontakty towarzyskie, nie ma nawet śladu jakiejś ze Szwarcem konfidencji. Przeciwnie, w jedynej na ten temat wzmiance pisał (20 sierpnia 1890 roku): „Szwarc, facet sympatyczny, ma się rozumieć, na przyjaciela dla mnie trochę za stary, ale z nim nadzwyczaj przyjemnie rozmawiać, gdyż facet widział i czytał bardzo wiele, i pomimo że ma on kilka bziczków, ale to dodaje tylko wesołości w rozmowie z nim”33. Natomiast blisko zaprzyjaźnił się z Michałem Mancewiczem. Przez pewien czas prowadzili nawet wspólne gospodarstwo.

W Tunce była dość liczna grupa zesłańców. Lekarz Afanasij Michalewicz, z którym następnie Piłsudski bliżej się zaprzyjaźni, ożeniony z siostrą Michalewicza Rklicki, który będzie często występował w listach do Leonardy, oraz dwie kobiety, które też odegrają dużą rolę w korespondencji i dalszych dziejach miłości Piłsudskiego i Leonardy: Lidia Łojko, aresztowana w 1886 roku w Charkowie (nie wydaje się, by Piłsudski znał ją z okresu swego pobytu w Charkowie, na pewno jednak mieli wspólnych znajomych), i Gubarewa.

Korespondencja z Leonardą dostarcza wielu informacji o tym, czym się Piłsudski zajmował w Tunce, jak spędzał dnie. Otóż zaskakujące jest, jak ubogie były jego zainteresowania intelektualne. Czytał mało, mimo że Tunka była dobrze zaopatrzona w książki i prasę. W liście z 10 grudnia 1890 roku pisał: „Teraz postanowiłem ten tydzień spędzić porządniej niż inne, będę więcej siedział w domu, popracuję trochę, przeczytam to, co mi pozostało z pozaczynanych książek. Ma się rozumieć, że czy mi się uda wykonać to postanowienie, tego nie wiem i nie twierdzę z pewnością, że tak i będzie, jak postanowiłem”34. A w cztery miesiące później, 22 kwietnia 1891 roku: „... niczym się zająć nie mogę, nawet gazety i te leżą od kilku dni u mnie na stole nieprzeczytane, aż mi wstyd się zrobiło takiego spędzania czasu, ale nic na to nie poradzę, tu mnie ciągną na karty, tam nazajutrz na polowanie, tam wprost zajdziesz do kogoś i zasiedzisz się aż do późna i tak dalej”35.

Czas więc upływał Piłsudskiemu na polowaniach, grze w karty i szachy, na chodzeniu po kominkach. Miał z tego powodu wyrzuty sumienia i kilkakrotnie pisał Leonardzie z goryczą o swoim lenistwie. Nie umiał zorganizować sobie czasu, co odbijało się nawet na korespondencji z nią. Poczta odchodziła z Tunki raz w tygodniu, a mimo to kilkakrotnie się zdarzyło, że nie zdążył na czas skreślić listu lub rzucał tylko parę zdań na papier, w ostatniej chwili. Nie dlatego, by listów tych nie lubił pisać, przeciwnie: taka forma rozmowy z Leonardą sprawiała mu wyraźną przyjemność. Odbywała się ta korespondencja zresztą w warunkach niezbyt korzystnych, jako że list w jedną stronę wędrował blisko sześć tygodni, czyli praktycznie odpowiedź na jakieś pytanie otrzymywało się po trzech miesiącach.

Kilka spraw powtarza się często w listach z Tunki. Przede wszystkim kłopoty materialne. W Kireńsku Piłsudski pracował, co pozwalało mu na znośną egzystencję. W Tunce z początku pracy nie miał, a i na żadną się nie zanosiło. Ponieważ jako synowi „zamożnego ojca” nie wypłacano mu zasiłku, znalazł się w trudnej sytuacji. Dlatego też wybawieniem stała się możliwość udzielania lekcji dzieciom doktora Michalewicza. Odziedziczył Piłsudski to zajęcie po Bronisławie Szwarcem36. Pod koniec 1890 roku sytuacja materialna Piłsudskiego znacznie się poprawiła, bo otrzymał zasiłek, w dodatku z wyrównaniem za pięć miesięcy37, co pozwoliło mu spłacić długi.

Nie mniej niż kłopoty materialne niepokoiło Piłsudskiego, czy aby władze nie przedłużą mu zesłania. Nie były to obawy bezpodstawne, bo praktyki takie często stosowano. A został Piłsudski przecież zesłany w związku ze sprawą o zamach na cara, brał też udział w buncie w więzieniu irkuckim – miał więc powody do takich przypuszczeń. Powtarza słowa niepokoju w wielu listach, ale bardzo charakterystyczne jest to, co pisał 26 listopada 1890 roku: „Jedno mię straszy: a nuż dodadzą, przy tej myśli doprawdy aż zimno się robi. Co począć wtedy? Dla mnie to będzie straszne rozczarowanie, nawet cios. Wszak ja nie znałem prawie życia, gdy mnie wysłali do Syberii, jeszcze świadomie prawie że w nim nie uczestniczyłem. Lękam się tego!”38.

Obawa, aby nie przedłużono mu zesłania, wiązała się ściśle z lękiem przed powrotem do normalnego życia. Pisał do Leonardy 5 listopada 1890 roku: „Myśląc o tym czasie, gdy powrócę do domu, nieraz nic nie mogę sobie przedstawić, jak też się urządzę, byłoby, ma się rozumieć, bardzo dobrze, gdyby nie trzeba było osobiście walczyć o byt, starać się o kawał chleba; takie życie mogłyby dać majątki, gdyby one zostały w całości do mego powrotu, a to jeszcze nie wiadomo, w przeciwnym razie absolutnie nie wiem, za co się wezmę, nie mogę sobie przedstawić ani jednego zajęcia, gdzie byłbym jak w domu, wszak nie dawanie lekcji, zbyt to paskudna praca, a tylko to, zdaje się, umiałbym robić bez wszelkiego przygotowania. Ma się rozumieć, można marzyć, tak jak ja marzę, o pracy literackiej, ale i do tego trzeba się poduczyć wiele czego. W ogóle powtarzam, praktycznie w kraju nie mogę siebie wyobrazić i to mnie trochę straszy. Ma się rozumieć, ja wierzę w swoje siły i zdolności, ale z drugiej strony, któż w nie nie wierzył, a pomimo to jak często spotykamy tzw. nieudaczników. Ot, będzie facecja, gdy ostatecznie nie znalazłszy sobie odpowiedniej mnie pracy i przez to przekonawszy się, żem zupełnie w kraju niepotrzebny, przyjdę do przekonania, że jestem na miejscu jedynie w Syberii, w roli »priesztuplika« – przynajmniej jest to zupełnie określone i jasne położenie”39.

Listy z domu dotyczące spraw majątkowych nie pozwalały na optymizm. Długi rosły i widmo licytacji z każdym rokiem stawało się realniejsze. Nic więc dziwnego, że Piłsudski coraz bardziej obawiał się tego, co czeka go po powrocie z zesłania. Nic właściwie przecież nie umiał, nie miał kwalifikacji do podjęcia żadnej pracy. Marzył, by zostać pisarzem, ale zdawał sobie sprawę, że nie jest do tego przygotowany. A jednocześnie świadom był wszystkich swych wad, owego lenistwa, braku wewnętrznej dyscypliny.

Odpowiadając na pytanie Leonardy o swój stan ducha, pisał 10 marca 1891 roku: „... nie powiem, żeby on był arcydoskonały. W najlepszych minutach czuję, jak gdyby nade mną coś stało, wzbudzając we mnie niezadowolenie z siebie, z otoczenia, z życia prowadzonego przeze mnie. Teraz ja sobie to dobrze wyjaśniłem. Rzecz w tym, Miła, że wychowano mnie tak, że wpojono we mnie wiarę w moje zdolności, a co za tym idzie, w niezwykłe przeznaczenie moje. Wiara ta głęboko się we mnie wjadła, lecz zarazem nie wychowano we mnie wytrwałości, bez której, ma się rozumieć, wiele zamiarów tylko zamiarami pozostać może. W zastosowaniu zaś do tutejszego życia dwie te strony mego charakteru mają następujące przystosowanie. Ja czuję, że mi trzeba dużo, dużo pracować; czując w sobie zdolności, ja sobie wyrzucam, że je marnuję, a wytrwałości w wypełnianiu swych zamiarów nie ma, pozostaje stąd głuche niezadowolenie z siebie, wyrzuty mego sumienia nie opuszczają mnie ani na chwilę, a to już doskonały grunt dla poniżania siebie w swych oczach, osobliwie przyjąwszy pod uwagę moją skłonność do analizowania siebie”40.

A kilka tygodni wcześniej, 16 lutego 1891 roku, informował Leonardę, że pozaczynał różne prace literackie, ale żadnej nie skończył i rzucił całą tę robotę. „Chciałem w Syberii wykończyć kilka rzeczy, lecz teraz wątpię, by co z tego wyszło. Przyznam Ci się, że jedną z zachęt do podobnej pracy jesteś Ty, moja Miła. Mnie często przychodzi na myśl, że jeżeli ja sam czuję często tak szaloną żądzę, nie powiem sławy, ale w ogóle nie być w rzędzie zwykłych śmiertelników, to i dla Ciebie chciałbym, byś mogła powiedzieć, żeś nie darmo mnie pokochała, zresztą plotę głupstwa, wszak Ty byś mnie kochała i nie sławnego, tak jak mnie kochasz teraz”41.

Dziś określilibyśmy ów stan psychiczny jako silnie rozwiniętą frustrację. Owa żądza sławy, szalona ambicja – nie stały w żadnym stosunku do rysujących się możliwości. Zakres działań – tak, jak wyobrażał to sobie Piłsudski – które mógł podjąć po powrocie do normalnego życia, był nader wąski. Możliwość wybicia się, spożytkowania rozsadzającej go energii, bez rozmieniania jej na drobne w codzienności – była mniej niż nikła. Stąd to wewnętrzne łamanie się, te stany depresji, owo bezczynne przepuszczanie mijającego czasu.

Piłsudski należał do tych, którzy najtrudniej znosili zesłanie. Znalazł się tu przypadkowo, a nie w konsekwencji świadomie podjętej działalności. Nie był rewolucjonistą w ówczesnym tego słowa znaczeniu. Dla rewolucjonistów przyszłość rysować się mogła dwojako: ci, którzy nie wypalili się w więzieniach i na zesłaniu, wiedzieli, że po prostu wrócą do działania, a dla tych, których represje złamały, ideałem była spokojna stabilizacja.

Nic nie wskazuje, by Piłsudski na zesłaniu powziął decyzję poświęcenia się nielegalnej działalności, walce z caratem. Więcej nawet: nic nie wskazuje, by w ogóle ewentualność taką rozważał. Można by oczywiście powiedzieć, że unikał takich tematów w korespondencji z Leonardą, licząc się z tym, że listy mogą wpaść w niepowołane ręce. Tylko że jest to argumentacja o tyle nieprzekonująca, że wówczas listy jego miałyby inny ton, nie nosiłyby znamion owej beznadziejności w myśleniu o przyszłości. Nie znalazłoby się też w nich miejsce na te, czynione w chwilach optymizmu, plany pisarskie.

Byłoby możliwe, by pod wpływem współtowarzyszy zesłania, lektur i dyskusji stał się Piłsudski świadomym, dojrzałym rewolucjonistą. Taką ewolucję poświadczają liczne życiorysy. Jednakże było równie naturalne i psychologicznie zrozumiałe, że młodzieniec wyrwany przez los ze swego środowiska marzył przede wszystkim o powrocie do tego właśnie środowiska. Że zesłanie utwierdziło w nim nienawiść do zaborcy, poczucie krzywdy narodowej – innymi słowy: utrwalało i pogłębiało tradycję, atmosferę, w której dorastał. Ale to nie oznaczało decyzji walki, decyzji przekreślającej powrót do normalnego życia. To były zaledwie przesłanki takiej decyzji.

Uczucie do Leonardy należy też rozpatrywać w kontekście stanów psychicznych Piłsudskiego. W tej niejasnej, niepewnej przyszłości stanowiła Leonarda punkt oparcia. Była to jedyna sprawa, w której można było coś planować. Było to coś więcej niż plany, które czynią zawsze ludzie kochający się. Było to poczucie, że przyszłość, choć w tym wypadku, jest przewidywalna i zależna od woli.

Plany Piłsudskiego, by po powrocie z zesłania jechać najpierw na Ukrainę, do Leonardy, były chyba nie tylko dążeniem do jak najszybszego połączenia się z ukochaną, ale wynikały również z – może nie w pełni uświadomionej – obawy przed zetknięciem się z niewiadomym. Leonarda oznaczała stabilizację, punkt odniesienia w myśleniu o przyszłości.

Inna sprawa, że nie bardzo się do tej roli nadawała. Była z natury pesymistką i zamartwiała się byle drobiazgiem, co Piłsudskiego denerwowało42. Martwiła się o zdrowie Piłsudskiego, który zresztą składał jej na ten temat szczegółowe sprawozdania. W Kireńsku często chorował i obawiał się nawet, czy nie zapadł na gruźlicę. W Tunce czuł się o wiele lepiej i poza okresowymi grypami, katarem i bólem zębów nie uskarżał się na żadne dolegliwości. Ale sama świadomość, że list idzie sześć tygodni, że w tym czasie tyle może się wydarzyć, przyprawiała Leonardę o permanentny niepokój. Martwiła się zmartwieniami Piłsudskiego, a listy jego nie promieniały optymizmem. I z dużo mniejszą ufnością niż Piłsudski myślała o perspektywach ich związku. Listy Piłsudskiego dawały podstawę do niepokojów. I ich częstotliwość, i ich treść.

Na początku pobytu w Tunce, poza przerwą wynikłą z braku adresu Leonardy, Piłsudski pisywał właściwie systematycznie co tydzień. W kilku wypadkach odstęp jest dwutygodniowy, ale być może tych kilka listów po prostu się nie zachowało. Jednakże już od lutego 1891 roku coraz częściej nie zdążał napisać listu (o czym informuje Leonardę) i odstępy są dwutygodniowe, a nawet dłuższe. Mogła to sobie Leonarda wytłumaczyć nieumiejętnością zorganizowania czasu, ale nie mogła się tym nie martwić. Ostatecznie nie miał Ziuk tylu zajęć, by nie znaleźć wolnej chwili na skreślenie kilku zdań.

A jednocześnie coraz częściej w listach Piłsudskiego pojawiają się wzmianki o Gubarewej i Lidii Łojko. Beztrosko informuje Leonardę, że Gubarewa jest na drodze do zakochania się w nim i że gdyby się postarał, to by prędko jej zawrócił w głowie. A potem, że Gubarewa zachorowała i że wszyscy po kolei pełnią przy niej w nocy dyżury. Opisuje jeden z takich dyżurów, gdy uspokajał ją komplementami, co działało lepiej niż morfina: „... pomimo bólu bowiem facetka wciąż się śmiała i widocznie nader ze mnie była kontenta, a mnie, co chwała Bogu, rodzice mnie o tyle dobrze wychowali, że mogę w ciągu kilku godzin prawić babom komplementy, ot i przydała się podobna nauka do czegokolwiek. A kobiety, ach, mój Boże, jak one czułe są na komplementy! Serio, Ty się nie gniewaj na mnie za podobną sentencję, wszak są wyjątki i Ty, ma się rozumieć, do nich należysz, ale w ogóle, w ogóle komplement zawsze jest miłym kobiecie”43.

Zdenerwowało to Leonardę i napisała Piłsudskiemu, że nie winszuje mu tego kręcenia się koło Gubarewej. W odpowiedzi zapewniał 4 marca 1891 roku: „Po pierwsze, zwycięstwo byłoby zbyt łatwym, po drugie, natura i charakter u niej zbyt prosty, by przedstawiało to nawet choć pewien interes psychologiczny, po trzecie, po trzecie, Mileńka, ja zbyt kocham swoją Olesię, bym się miał zajmować bałamuceniem facetek, jeżeli kogo i zbałamucę, to wierz mi, bez żadnej chęci osobliwej z mej strony”44.

Nie uspokajały Leonardy te zapewnienia. W kilka tygodni później czyniła wymówki, że pisze rzadko, i zapytywała, czy oznacza to zmianę stosunku do niej. „Nie, Leosiu – odpowiadał Piłsudski 22 kwietnia 1891 roku – jeśli się kiedy przekonam, że rzeczywiście nie czuję do Ciebie nic z tego, co było dawniej i jest teraz, nie będę Cię oszukiwał, lecz powiem Ci wprost o tym, pomimo że zawsze jest to nadzwyczaj ciężko i nieprzyjemnie. Możesz być więc o to zupełnie spokojną”45.

Nie wydaje się, by tego rodzaju zapewnienie mogło podziałać kojąco na Leonardę. Tym bardziej że coraz częściej w listach Piłsudskiego pojawiają się wzmianki i o drugiej kobiecie, Lidii Łojko. Informuje Leonardę, że bywa u niej często, że ona coraz silniej akcentuje przyjaźń, że ma kłopoty i bywa – jak relacjonował 13 stycznia 1891 roku – „niekiedy w bardzo kiepskim humorze i nastroju, i nic dziwnego, że chce się jej mieć z kimkolwiek dobre, przyjacielskie stosunki, lecz nie rozumiem, czemu to ja mam być jej przyjacielem. Co do mnie, to ma się rozumieć, bardzo mi to przyjemnie, facetka miła, a oprócz tego przyzwyczajony jestem czuć kogokolwiek bliskiego koło siebie, jakoś lżej żyć wtedy na świecie, chociaż ma to i niedobre strony. Dotychczas nikt mnie nie łajał za przeziębienie się, a teraz nie mogę dostać lekkiego kataru, by nie otrzymać srogiej wymówki, i nie czuć, że się tym zmartwiło człowieka, który to widzi, ale to żarty, jest inna nieprzyjemniejsza strona, mianowicie Manc[ewicz] zdaje się na dobre w facetce zakochany i czuję, że jemu nieprzyjemnym jest to zbliżenie się facetki ze mną”46.

Nie można się dziwić, że tego typu informacje tylko utwierdzały Leonardę w jej obawach. Tu już nawet nie trzeba było instynktu zakochanej kobiety, aby wyczuć, że sytuacja rozwija się w bardzo niebezpiecznym kierunku. A dochodziło do tego poczucie bezradności wobec odległości dzielącej ją od Piłsudskiego. Leonarda przeczuwała to, z czego nie zdawał sobie jeszcze sprawy Piłsudski.

I nie omyliło ją przeczucie. W końcu lipca lub na początku sierpnia 1891 roku otrzymała następujący list z datą 24 czerwca: „Leosiu! Nie pisałem Ci tak długo dlatego, że nie miałem siły i serca Ci powiedzieć, że stosunek nasz taki, jakim był, nadal pozostać nie może. Leosiu! Zapomnij o mnie, jam Ciebie nie godzien i jeżeli możesz, przebacz mi. Chciałbym... lecz nie, wszystkiego, co bym Ci chciał powiedzieć, papieru nie starczy, więc wszystko jedno, Miła, Droga – bądź szczęśliwa. Do widzenia, może na zawsze, Ziu”47.

Potwierdziły się więc najgorsze przewidywania Leonardy. Odpowiada natychmiast, domagając się wyjaśnień, co właściwie list ten oznacza. I wie, że na odpowiedź będzie czekać całe miesiące.

W liście datowanym 16 września 1891 roku (Leonarda otrzymała go najwcześniej w końcu października) Piłsudski wyznawał: „Chcesz wiedzieć, co mnie skłoniło do napisania ostatniego mego listu do Ciebie. Miła Leosiu! Detalicznie opisać Ci tego nie mogę. Osobiście mógłbym ci to powiedzieć. Lecz zrozumiej, że listownie nie mogę Ci mówić o rzeczach, gdzie zamieszaną jest tajemnica trzeciej osoby. W ogóle zaś oto, co zaszło. Ja, kochając Ciebie, oddałem się drugiej osobie. Ja piszę, kochając Ciebie, gdyż pomimo że się starałem wmówić w siebie, że tak nie jest, miłość moja ku Tobie, Droga Leosiu, była silniejszą, jak się to ostatecznie okazało. Zrozumiesz więc łatwo, że postąpiłem bardzo nieładnie. Stosunek ten był bardzo krótkim, gdyż z powodu istnienia we mnie innego uczucia, stosunek ten i dla mnie, i dla niej był zbyt męczącym. Skończyło się na tym, żeśmy się rozeszli, ona z goryczą na mnie, ja z jeszcze jedną plamą w mym życiu”48.

Dalej Piłsudski prosił, że jeśli Leonarda może mu przebaczyć i zapomnieć o tym, co się stało, niech wyśle mu depeszę ze słowem: „pisz”, jeśli zaś nie, niech wyśle depeszę: „nie pisz”.

Leonarda oczywiście wysłała depeszę: „pisz”. Już zresztą w tym liście, w którym dopominała się o wyjaśnienia, pisała, że mu przebacza. Wyjawiała też w tym liście, że jej uczucie do Piłsudskiego miało i charakter macierzyński, co zakłada zrozumienie i wybaczenie. Wprawdzie odnosiła się Leonarda – jak już wspominaliśmy – z dużo większą niż Piłsudski rezerwą do perspektyw wspólnej ich przyszłości, wprawdzie uczucie jej było mniej wybuchowe, pozbawione tego entuzjazmu, który rozsadzał Ziuka, ale jednocześnie zaangażowała się ona w ten związek o wiele silniej niż Piłsudski. To, co się stało, było dla niej ciosem, potwierdzało najgorsze jej przewidywania, była jednak gotowa walczyć o tę miłość.

Depeszę otrzymał Piłsudski na przełomie października i listopada, kolejny list napisał jednak dopiero 11 grudnia. Nim dotarł on do Leonardy, był koniec stycznia 1892 roku, Piłsudski zwlekał z wysłaniem następnego listu, oczekując na odpowiedź Leonardy: „Dotychczas oczekiwałem wciąż listu od Ciebie, nie chciało mi się pisać, dopóki zupełnie nie wyjaśnię sobie, jak Ty spojrzałaś na tę sprawę, o której Ci pisałem w ostatnim liście. Otrzymałem od Ciebie telegramę, ale ta sucha wiadomość o tym, że Ty puszczasz tę historię w niepamięć, nie zadowoliła mnie. Mnie trzeba było Twoich myśli, Twojej duszy, żebym mógł w nią zaglądnąć, żebym mógł choć z różnych słów odgadnąć, co się tam dzieje. A listu, jak nie ma, tak nie ma”.

Zaszły też okoliczności dodatkowe, praktycznie uniemożliwiające korespondencję. Oto Piłsudskiego, wraz z siedmioma zesłańcami z Tunki, poddano cenzurze pocztowej. Został o tym oficjalnie powiadomiony przez władze.

Nie wydaje się zresztą, aby Piłsudski palił się do dalszej korespondencji. W tym samym liście pisał: „Ach, Leosiu, Leosiu, teraz niekiedy wprost płakać mi się chce, gdy pomyślę o dawniejszym i o tym, co potem zaszło. Co do mnie, postanowiłem sądzić o naszych stosunkach tylko po powrocie do kraju, gdy się z Tobą zobaczę, i osobiście o wszystkim pogadam. A teraz jak o tym wszystkim pisać, kiedy pióro nie słucha uczucia i rozumu i niezdolnym jest wyrazić wszystkiego, co się myśli i czuje, osobliwie w tak spiesznym liście, jak ten, co go do Ciebie piszę. Ja bym z Tobą wiele, bardzo wiele o tym wszystkim pomówił, ale pisać i nie chcę, i nie mogę”49.

Był to ostatni z syberyjskich listów Piłsudskiego do Leonardy. Zachował się jeszcze jeden, pisany z Ciechocinka, z datą 22 sierpnia. Zatytułowany jest on: „Szanowna Panno Leonardo”, i utrzymany w tonie równie oficjalnym jak tytuł. Wyjaśnia w nim Piłsudski, że nie zobaczył się z Leonardą po przyjeździe do Warszawy, bowiem bawił tam krótko i w godzinach zbyt wczesnych. Prosi o odpowiedź, czy ten list dotarł, i pisze, że byłoby mu „przyjemnym od czasu do czasu wiedzieć co o Was i Waszej rodzinie”50. Można by sądzić na podstawie tego listu, że sprawa z Leonardą się zakończyła. Okazuje się jednak, że nie. Odnalazł się bowiem, przechowywany w rękach prywatnych, list Piłsudskiego do Michała Mancewicza z 28 lipca 1897 roku. Pisał w nim Piłsudski, że o miejscu pobytu Mancewicza, zesłanego ponownie za działalność socjalistyczną, dowiedział się od Leonardy i prosi, by do niej kierować dlań korespondencję. Utrzymywał więc nadal kontakty z Leonardą i być może jej samobójstwo wiązało się z wiadomością o ślubie Piłsudskiego.

20 kwietnia 1892 roku zakończył się Piłsudskiemu okres zesłania. Wbrew obawom nie przedłużono mu pobytu i pozwolono opuścić Syberię, z zakazem zamieszkania w miastach uniwersyteckich, Twerze i Niżnym Nowogrodzie51. Z Irkucka wyjechał jednak dopiero 24 maja. Być może, iż czekać musiał, aż przeschną wiosenne roztopy, być może, iż czekał na przysłanie z domu pieniędzy na podróż. Do Leonardy nie pojechał i znalazł się w Wilnie 30 czerwca52.

Powrócił Piłsudski z zesłania zmieniony nie tylko fizycznie. W ciągu tych pięciu lat chłopiec wyrósł na mężczyznę. Dojrzał. Zdany tylko na siebie, niewątpliwie zahartował się wewnętrznie w trudnych warunkach syberyjskiego bytowania. Zobaczył inne życie, zetknął się z ludźmi czynnej walki. Przysłuchując się ich dyskusjom, żyjąc z nimi razem przez owe lata, poznał środowisko odmienne zupełnie od tych, z którymi stykał się dotychczas. Czy go zafascynowało? W jakiejś mierze na pewno, ale też i nie w takimm stopniu, jak przedstawiono to w jego hagiograficznych biografiach. Spory ideowe – tak dla tego środowiska charakterystyczne – były dla Piłsudskiego niezrozumiałe i obce. To go po prostu nie interesowało. Ale niewątpliwie rozszerzył swą znajomość ideologii socjalistycznej. Przyjaźń ze Stanisławem Landym i Michałem Mancewiczem musiała oddziałać na ukształtowanie się poglądów Piłsudskiego. Jak się wydaje, przede wszystkim w jednym kierunku: zrozumienia, że rosnący gwałtownie liczbowo proletariat stanowi potencjalnie poważną siłę polityczną.

Powracał Piłsudski w momencie, gdy sytuacja majątkowa rodziny była bardzo zła. Jeszcze w czasie jego pobytu na Syberii sprzedano majątek Suginty, w 1892 roku sprzedano na licytacji Zułów, tak że pozostał jedynie majątek na Żmudzi – Tenenie. Przewidywania Piłsudskiego, iż po powrocie przyjdzie mu szukać pracy zarobkowej, sprawdziły się. Oczywiście, mógł przez jakiś czas mieszkać przy rodzinie, ale nie stanowiło to żadnego rozwiązania. Tu nie było dlań miejsca.

I nie było go właściwie nigdzie indziej. Kontynuacja przerwanych po pierwszym roku studiów? To wymagało pieniędzy i czasu. A w dodatku medycyna w najmniejszym stopniu go nie interesowała53. Praca kancelaryjna? To było jeszcze mniej pociągające i nie stwarzało na przyszłość żadnej perspektywy. Na rolnictwie się nie znał, więc i te możliwości odpadły. W jakimś sensie stał się po powrocie z zesłania człowiekiem marginesu. Wypadł poza istniejące struktury. Dotkliwość tej sytuacji musiała być silna przez fakt, że nic nie rokowało jej zmiany. Rodziło się poczucie zbędności, poczucie, że nikomu nie jest potrzebny. Był zbędny i wolny.

1. Ludwik Krzywicki w 3. tomie Wspomnień, Warszawa 1959, zwraca uwagę na „duży procent odchyleń nieco nienormalnych pod względem duchowym” wśród dzieci Józefa i Marii. „Najmłodszy Kacper był zakałą w rodzinie. Niepoprawny kleptoman [...] Helena była niewątpliwie niedorozwinięta pod względem umysłowym. Zofia Zubowowa, która uczyła młodych Piłsudskich matematyki, i druga nauczycielka, panna Malinowska, odzywały się o niej jeżeli nie jako o idiotce, to jednak jako o półidiotce”. Maria, z męża Juchniewiczowa, zmarła jako obłąkana. Bronisław, który w czasie zesłania na Sachalinie zaraził się chorobą weneryczną, zanim popełnił samobójstwo, zachowywał się też dziwnie: „Ma odczyt w Krakowie. W toku odczytu w pewnej chwili zaczyna mówić ciszej i ciszej jakby zmęczony, aż w końcu zasypia... Kiedy indziej, na towarzyskim zebraniu wieczornym przeprasza obecnych, że jest bardzo zmęczony i musi udać się do domu. Kiedy po pół godzinie inni goście wychodzą, znajdują go w postawie stojącej w przedpokoju, lecz śpiącego, z jedną ręką w rękawie palta”. – Ibidem, s. 265–268. Być może przyczyn tych anomalii szukać należy w zbyt bliskich więzach krwi łączących Billewiczów i Piłsudskich. Józef z Marią byli spokrewnieni tak blisko, że ślub wymagał indultu biskupiego.

2. Ibidem, s. 262–263. Józef Piłsudski miał bardzo krytyczny stosunek do gospodarki ojca. W liście z zesłania z 1890 roku pisał: „Jak sam wiesz, baćka mój nie odznacza się rządnością, a co główne, uczuciowością w wyborze środków, chciałem więc po powrocie do kraju baćkę usunąć, a samemu wziąć się do pracy, nie chcę, by odpowiedzialność za koniec naszych majątkowych interesów spadła i na mnie, gdyż baćka rządzi, mając moją plenipotencję” – Centralne Archiwum przy KC PZPR (dalej cyt.: CAKC), sygn. 305/VII/53. Felicjan Sławoj Składkowski w Strzępach meldunków, Warszawa 1936, przytacza sąd Piłsudskiego o ojcu: „Mój ojciec, nieboszczyk, był wspaniałym uczonym agronomem, ale taki ogromny majątek jak Zułów przy końcu jego życia wyglądał jak Smorgonie po rozstrzelaniu – był na dziedzińcu las słupów kamiennych, nie wiadomo po co. Bóg wie czego on tam nie narobił, bo nie był administratorem”. – Ibidem, s. 300. Podobnie Bronisław w swoim dzienniku z lat gimnazjalnych przytaczał przykłady niegospodarności, „nie szczędząc ostrych uwag” – cyt. za: W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1914, Londyn [brw], s. 45–46. (Dziennik Bronisława Piłsudskiego obejmujący lata 1882–1885 przechowywany jest w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku).

3. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1914, op. cit., s. 19.

4. Napisze Piłsudski w artykule pt. Jak stałem się socjalistą ogłoszonym w „Promieniu” 1903, nr 8–9: „Dla mnie epoka gimnazjalna była swego rodzaju katorgą. Byłem, co prawda, chłopcem dość zdolnym, nigdym się nie zamęczał pracą i z łatwością przechodziłem z klasy do klasy, lecz gniotła mnie atmosfera gimnazjalna, oburzała niesprawiedliwość i polityka pedagogów, nużył i nudził wykład nauk. Wołowej skóry by nie starczyło na opisanie bezustannych poniżających zaczepek ze strony nauczycieli, hańbienia wszystkiego, com się przyzwyczaił szanować i kochać. Jak silnym było wrażenie tego systemu pedagogicznego na mój umysł – można sądzić z tego, że dotąd jeszcze, gdym już przeszedł przez więzienie i Sybir i miał do czynienia z czynownikami różnego gatunku, w każdym przykrym śnie odgrywa taką lub inną rolę którykolwiek z moich miłych pedagogów wileńskich”. – Cyt. za: J. Piłsudski, Pisma zbiorowe, t. 1–10, Warszawa 1937, t. 2, s. 47.

5. Szerzej na ten temat: E. Staszyński, Polityka oświatowa caratu w Królestwie Polskim, Warszawa 1968, s. 260; P.A. Zajonczkowskij, Rossijskoje samodzierżawie w konce XIX stoletija. Politiczeskaja rieakcja 80-ch – naczała 90-ch godow, Moskwa 1970, s. 309–365; por. też P.S. Tkaczenko, Maskowskoje studienczestwo obszczestwienno-politiczeskoj żyzni Rossii wtoroj połowiny XIX wieka, Moskwa 1958, s. 154 n.

6. W dzienniku szkolnym Bronisława Piłsudskiego pod datą 10 lutego 1883 roku: „Focht dziś przypomniał, by mówić po rusku w gimnazjum. I na ulicy uczniowie jeden z drugim muszą także mówić po rusku. Zaczęliśmy u niego rozpytywać się o różnych detalach i na koniec zapytał ktoś, czemu nie pozwalają po polsku mówić. On skoczył jak oparzony i krzyczał: »Wy zritje Ruskij chleb, polzujeties wsiemi prawami ruskowo grażdanina i nie chotitie gaworit po ruski«. Ma się rozumieć, że można było mu dobrze odpowiedzieć, ale to byłoby bardzo niebezpieczne. Więc poprzestaliśmy na tym, że po jego wyjściu rozmawialiśmy bardzo gorąco, nie zważając na ruskich”. – Cyt. za: „Wiadomości”, Londyn 1967, nr 1100.

7. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1914, op. cit., s. 48–49.

8. A. Borkiewicz, Źródła do biografii Józefa Piłsudskiego z lat 1867–1892, „Niepodległość” 1939, z. 53, s. 392–393. W Jak stałem się socjalistą pisał Piłsudski o swym dzieciństwie: „... byłem rozkochany w Napoleonie, i wszystko, co się tego mego bohatera tyczyło, przejmowało mnie wzruszeniem i rozpalało wyobraźnię”. – Cyt. za: J. Piłsudski, Pisma..., op. cit., t. 2, s. 46.

9. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1914, op. cit., s. 39–41.

10. Szerzej na ten temat: L. Krzywicki, Wspomnienia, t. 1, Warszawa 1957, s. 238–264; por. też B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Warszawa 1971, s. 21 n.

11. W rozmowie z Arturem Śliwińskim 7 listopada 1931 roku mówił Piłsudski, że do medycyny nie miał żadnego zainteresowania i że wybrał ją „raczej przez przekorę” – cyt. za: „Niepodległość” 1938, z. 49, s. 204.

12. Por. A. Borkiewicz, Źródła do biografii..., op. cit.

13. Rozmowa z Arturem Śliwińskim 7 listopada 1931 roku, op. cit., s. 205.

14. Rozmowa z Arturem Śliwińskim 9 listopada 1931 roku – cyt. za: „Niepodległość” 1937, z. 43, s. 368.

15. J. Piłsudski, Jak stałem się socjalistą. W rozmowie z Arturem Śliwińskim 7 listopada 1931 roku Piłsudski wypowiedział sąd nieco odmienny: „Starałem się poznać i zgłębić idee socjalizmu. Zacząłem czytać Kapitał Marksa. Ale, gdy spotkałem się z dowodzeniem, że stół równa się surdutowi, czy też surdutowi równać się może, jeśli chodzi o ilość i wartość pracy, jaką reprezentują oba te przedmioty, zamknąłem książkę, gdyż takie ujęcie sprawy wydawało mi się bzdurstwem. Filozofia materialistyczna, której panowanie szybko się skończyło, a na której podłożu powstała teoria Marksa, nigdy nie trafiała mi do przekonania. Nie mogłem również pogodzić się z dziwacznym »Mutterrechtem« Engelsa. Do socjalizmu odnosiłem się krytycznie i tego krytycyzmu nie pozbyłem się już nigdy”. – Cyt. za: „Niepodległość” 1938, z. 49, s. 204.

16. S. Wojciechowski pisał w Moich wspomnieniach, t. 1, Lwów–Warszawa 1938: „Socjalizm narodowców był polskiego pochodzenia, czerpany z pism i programów demokracji na emigracji, miał podkład więcej uczuciowy niż rozumowy, był bowiem protestem serca przeciwko krzywdzie ludzkiej i wypływał z pragnienia dźwignięcia i uszczęśliwienia wszystkich. Nasze praktyczne postulaty nie były sformułowane. Z obcych wzorów najwięcej odpowiadał nam angielski socjalizm, nie opierający się na żadnej teorii ekonomicznej. Kolportowaliśmy lwowskie wydanie książki Sidneya Webba: Socjalizm w Anglii. Dla nawracania międzynarodowców posługiwaliśmy się broszurą Limanowskiego: Patriotyzm i socjalizm. Marksa i jego teorii walki klasowej nie mogliśmy po prostu strawić, nie godziła się z naszym poczuciem spójni społecznej, z pojmowaniem narodu jako organizmu społecznego, w którym każde pokolenie, jednostka i grupa musi podporządkować się dobru całości. Nasza »klasowość« ograniczała się do piętnowania panów obojętnych na losy ojczyzny i fabrykantów, poniewierających robotnikami, popieraliśmy strajki, których najwięcej było u Niemców i Żydów”. – Ibidem, s. 16–17. I fragment ze wspomnień Leona Wasilewskiego, w którym pisze o socjalizmie polskim: „Pociągała mnie bardziej jego rewolucyjność i konspiracyjność niż teorie. Byłem szczerym demokratą, ale stanowiska walki klas jeszcze wówczas nie doceniałem, a Kapitału Marksa, który wówczas zjawił się w przekładzie polskim, nie chciało mi się doczytać, bo mnie znudził”. – Cyt. za: W. Pobóg-Malinowski, Leon Wasilewski. Szkic biograficzny, „Niepodległość” 1937, z. 42, s. 24. Stanisław Kozicki, wybitny działacz obozu narodowego, pisze w „Pamiętniku” (tekst w posiadaniu autora), że będąc jeszcze uczniem w szkole, zapytany został przez jednego z kolegów, czy jest za uciskanymi czy za uciskającymi. Gdy odpowiedział, że oczywiście za uciskanymi, wciągnięty został do kółka socjalistycznego. W rezultacie wystąpił z tego kółka zrażony stosunkiem do religii.

17. Szerzej na ten temat: W. Pobóg-Malinowski, Niedoszły zamach 13 marca 1887 roku i udział w nim Polaków, „Niepodległość” 1934, z. 24, s. 21–35, oraz: Pierwszy marca 1887 roku. Wspomnienia Józefa Łukaszewicza, zebrał, przełożył, przedmową i przypisami opatrzył S. Bergman, Warszawa 1981.

18. Cyt. za: S. Hińcza, Pierwszy Żołnierz Odrodzonej Polski, Łódź–Katowice 1928, s. 33–34. Niektórzy biografowie, w tym i Władysław Pobóg-Malinowski, kwestionują autentyczność tego listu. Komitet redakcyjny Pism zbiorowych Józefa Piłsudskiego nie włączył tego wiersza do odpowiedniego tomu. Również Wacław Jędrzejewicz, Kronika życia Józefa Piłsudskiego 1867–1935, t. 1: 1867–1920, Londyn 1977, kwestionuje autentyczność wiersza. Przemawia jednak za nią analiza treści wskazująca daleko idącą zbieżność z listami syberyjskimi Piłsudskiego. To samo poczucie klęski życiowej, rozgoryczenie, ten sam stan psychiczny.

19. List Józefa Piłsudskiego z 30 i 31 lipca 1887 roku, cyt. za: A. Borkiewicz, Źródła do biografii..., op. cit., s. 397; por. też na ten temat wspomnienie Włodzimierza Burcewa, Moje spotkania z Piłsudskim (w więzieniu, na Syberii i zagranicą), „Niepodległość” 1938, z. 50, s. 331–344, który był w tej samej partii więźniów co Piłsudski. Burcew pisał, że mniej więcej w połowie drogi stosunek do więźniów znacznie się pogorszył. Po wyruszeniu z jednego z etapów między Krasnojarskiem a Irkuckiem oskarżono więźniów, że usiłowali wyłamać sufit w celi. Zastosowano reżim, wydając rozkaz, by „w wypadku buntu w partii zakuć wszystkich w kajdany i użyć broni”. Kilkakrotnie grożono politycznym zakuciem w kajdany (tylko kryminalni szli w kajdanach na zesłanie), ale nie doszło do tego. Polityczni solidarnie przeciwstawiali się szykanom konwojów. Najczęściej odmawiali po prostu dalszego marszu lub wyruszenia w drogę.

20. A. Borkiewicz, Źródła do biografii..., op. cit., s. 398–399.

21. Opis wydarzeń w więzieniu irkuckim na podstawie relacji Piłsudskiego Bunt więzienny w Irkucku. Ze wspomnień, w: J. Piłsudski, Pisma..., op. cit., t. 3, s. 65–74. „Warnak” – tak ludność syberyjska nazywała zesłańców.

22. Idem, Pisma..., op. cit., t. 1, s. 16–17.

23. List do Leonardy Lewandowskiej z 8 kwietnia 1891 roku: „Przypomniałem sobie 8 kwietnia 1889 roku, gdy mnie w Kireńsku z więzienia wypuścili...” – CAKC, sygn. 305/VII/53.

24. Listy te oraz dwa listy od Stanisława Landego, jeden list od Celiny Bukontówny, a także list od krewnego Wiciuka przechowywane są obecnie w CAKC, sygn. 305/VII/53. Korespondencję tę opublikował Władysław Pobóg-Malinowski: Nieznane listy Józefa Piłsudskiego, „Zeszyty Historyczne”, Paryż 1962, nr 2, s. 143–229, na podstawie dokonanych przed wojną odpisów. Przy publikacji Pobóg-Malinowski popełnił jednak błąd dość istotny – pomylił mianowicie kolejność dwóch listów, oznaczonych przez wydawcę nr 14 i 15, datując je na rok 1890. Jeden z tych listów (nr 14) nosi wprawdzie tę datę roczną, ale jest ona ewidentnie błędna: „Tunka 24/VI/90” – co zresztą stwierdza Pobóg-Malinowski w przypisie, słusznie zwracając uwagę, że w tym czasie Piłsudski był jeszcze w Kireńsku, ale nie wyciągając z tego dalszych wniosków. Analiza treści obu tych listów wskazuje bez wątpienia, że pochodzą one z 1891 roku i powinny być umieszczone po liście z 20 maja 1891 roku (oznaczonym przez wydawcę jako nr 33). Sprawa jest o tyle istotna, że oba one mają węzłowe znaczenie dla zrozumienia dziejów tej miłości. We wstępie, którym opatrzył edycję, popełnił też Pobóg-Malinowski błąd dość istotny, myląc Leonardę Lewandowską z jej starszą siostrą Feliksą. To bowiem od Feliksy, a nie od Leonardy uzyskano tę korespondencję. Notabene, jak stwierdziła w rozmowie ze mną córka Feliksy, dr Helena Budzelewicz, listy te od Feliksy „wyłudził długim naleganiem Wacław Lipiński, miał zrobić kopie i zwrócić je, czego nie zrobił”.

25. Jak głosi tradycja rodzinna, popełniła samobójstwo.

26. Piłsudski bardzo niechętnie w tym czasie używał znaków przestankowych. Całe długie fragmenty są pozbawione nie tylko przecinków, ale nawet kropek. Pobóg-Malinowski w swojej edycji tej korespondencji przestrzegał zasady, by zachować interpunkcję używaną przez Piłsudskiego. Wydaje się to pietyzmem przesadnym, i dlatego we wszystkich cytatach wprowadziłem konieczną interpunkcję. Bardzo charakterystyczny jest natomiast język Piłsudskiego. Nie tylko bardzo jeszcze nieporadny w budowie zdań, ale również o dużej liczbie rusycyzmów, zarówno gdy chodzi o poszczególne słowa, jak i w konstrukcji zdań. Z literacką polszczyzną niewiele ma to wspólnego, ale tak właśnie mówiła kresowa szlachta. Dlatego też nie wprowadzam żadnych zmian. Leonarda właściwie po polsku nie mówiła. Pisał Piłsudski: „Ty należysz do rzędu ludzi, którym trudno jest wyrazić wiele swych uczuć i poglądów, osobliwie zaś jest to trudnem Tobie po polsku, w języku, który ci prawie zupełnie obcym. Ma się rozumieć, byłbym bardzo rad, gdybyś mi opisywała dokładnie swój stan duchowy, gdybym wiedział, o czym Ty myślisz, co zamierzasz, i dlatego zgodziłem się nawet, byś od czasu do czasu traktowała mnie listem pisanym po kacapsku. Pozwalam Ci na to, pisz, jak chcesz, tylko niezupełnie zapominaj po polsku (a Twoi, czy nie znaleźli u Ciebie zmianę na lepsze w Twojej polskiej gadaninie?)” – list z 4 marca 1891 roku, ibidem, s. 213. Raziły i denerwowały Piłsudskiego błędy ortograficzne i językowe Leonardy. Rozczulające są wymówki, które jej czynił: „... piszesz, Lola, kwadratna, to po kacapsku, moja miła, a po polsku kwadratowa. Omyłki w Twoim liście są, ale niezbyt już wiele. Jedno Ci tylko powiem, że Ty w pisaniu rz i ż przypominasz mi Wilczyńskiego, który pisząc po rosyjsku, nie chce rozpatrywać, gdzie pisać »jat«, a gdzie »je« i pisze wszędzie albo jedno, albo drugie, Ty też, zdaje się, wszędzie piszesz rz. Tylko, mileńka Ty moja, nie zrażaj się tym, że ja niekiedy pośmieję się trochę z Twojej pisaniny polskiej, nie myśl wiele nad ortografią, a to listy Twoje nie będą tak bezpośrednio płynące od Ciebie, jak to jest teraz. I jeszcze jedno: na miłość Boga, pisz Ty wszędzie przy i przez przez rz a nie sz, Ty takim sposobem zupełnie przeinaczasz język, no przepraszam, mileńka, za te uwagi, nie gniewaj się za to na mnie i pisz choć z omyłkami, ale po polsku, bo po kacapsku jakoś nieprzyjemnie będzie otrzymywać od Ciebie, mojej Olesi, listy” – list z 8 kwietnia 1890 roku, ibidem, s. 164. I w liście z 15 października 1890 roku: „Wiesz, w listach swoich Ty tak straszne herezje wypisujesz po polsku, że aż włosy stają na głowie. Czytaj, Leosieńko, po polsku jak najwięcej, zrób to dla mnie, ja tak chciałbym, żeby moja Olesieńka dobrze umiała po polsku. Chciałem niektóre Twoje wyrażenia wypisać z listów, ale lękam się, że może i za tę uwagę trochę się obrazisz i będziesz do mnie pisała listy pilnujące siebie, a to zawsze robi listy trochę sztucznymi, a ja chciałbym mieć wiadomości od ciebie wprost z głowy płynące, bez żadnego pośrednictwa, roztrząsania i zastanawiania się”. – Ibidem, s. 185.

27. Ibidem, s. 188.

28. Ibidem, s. 197.

29. Ibidem, s. 183.

30. Por. M.B. Lepecki, Józef Piłsudski na Syberii, Warszawa 1936. Lepecki streszcza tylko to podanie, nie przytaczając go w całości, mimo że publikuje wszystkie dokumenty z archiwów rosyjskich do tego okresu i mimo że dokument ten miał w ręku (świadczy o tym zamieszczenie przezeń cytatu z podania). Wyjaśnienie wydaje się dość proste. Podanie poza motywacją (w tym wypadku konieczność zajęcia się sprawami majątkowymi) zawierać musiało deklarację lojalności. Dlatego zresztą pisanie takich podań nie było dobrze widziane przez opinię zesłańczą, a nawet było wielu, którzy uważali, że nie licuje to z godnością więźnia politycznego. Gdy w rok później Leonarda pisała, że zamierza czynić starania, aby nie przedłużono Piłsudskiemu zesłania, ten bardzo stanowczo zabronił jej tego: „... miła! ja tego nie chcę, ja ci to zabraniam robić, pamiętasz, podawałem prośbę o powrócenie mnie do kraju z powodów rodzinnych, dotychczas mnie gryzie ta prośba, osobliwie zaś teraz, gdy oni obrazili moją dumę swą odmową, nie mogę się zgodzić na Twoją propozycję, nie, nie Leosieńko! Słyszysz, za nic w świecie, wlejesz mi wiele goryczy do odzyskanej swobody, gdy będę wiedział, że dana mi ona jest jako osobliwa łaska. Za nic w świecie się na to nie zgadzam. I nie waż się nawet myśleć o tym. Uważam tę kwestię za skończoną i basta o niej” – list z 10 marca 1891 roku, Nieznane listy..., op. cit., s. 214.

31. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1914, op. cit., s. 85, podaje, że Piłsudski przybył do Irkucka w połowie lipca, tylko na tej podstawie, że jeden z listów pisanych w Irkucku nosi datę 21 lipca. Nie świadczy to oczywiście o niczym, poza tym, że owego dnia Piłsudski był w Irkucku. Za przyjazdem w początkach czerwca przemawiałby natomiast fakt, że w Irkucku udzielał Piłsudski lekcji – listy z 31 lipca i 3 sierpnia 1890 roku. Gdyby przyjechał w połowie lipca, a więc na kilkanaście zaledwie dni, to wątpliwe, czy szukałby na tak krótki okres płatnego zajęcia.

32. Nieznane listy..., op. cit., s. 176.

33. Ibidem, s. 178.

34. Ibidem, s. 199.

35. Ibidem, s. 223.

36. M.B. Lepecki, Józef Piłsudski..., op. cit., przedstawia sprawę tych lekcji jako ustępstwo, na które zgodził się Piłsudski po długich namowach Szwarcego i Michalewicza („Jednakże nie było rzeczą łatwą namówić Piłsudskiego na belferkę [...] Michalewicz wraz z Bronisławem Szwarcem uprosili Piłsudskiego, aby zgodził się uczyć chłopców” – ibidem, s. 97–99). Przykład to klasyczny, jak tworzono legendę. Udzielanie lekcji nie mogło być prostą czynnością zarobkową – należało nadać temu nimb szlachetności i ofiary ze strony Piłsudskiego. Pisał Piłsudski: „Była nadzieja na lekcję u jednego kupca tutejszego, u którego dotychczas zawsze dawali lekcje nasi, ale kupiec ten niedawno otrzymał oficjalną reprymendę za to i przeląkł się, tak że nadzieja ta pękła jak bańka mydlana” – list z 15 października 1890 roku, Nieznane listy..., op. cit., s. 183. A w liście z 26 listopada tegoż roku: „A czy wiesz, że może otrzymam tu jakie takie zajęcie u Michalewicza, uczyć dzieci łaciny i języków, 10 rs miesięczne; dotychczas tym się zajmował Szwarc[e], ale coś oni chcą, zdaje się, mnie poprosić. No cóż, i to zajęcie, zawsze będzie się za co zaczepić i przeżyć, nie robiąc nowych długów w dodatku do starych. Zresztą to jeszcze nader niepewne i ja nie pokładam na to osobliwej nadziei”. – Ibidem, s. 197.

37. List z 30 grudnia 1890 roku, ibidem, s. 203. Już w maju 1891 roku skarżył się, że zasiłek znowu mu cofnięto – list z 20 maja 1891 roku, ibidem, s. 225.

38. Ton tych zdań jest bardzo zbliżony do owego wiersza napisanego w przeddzień wyjazdu na Syberię; por. s. 35.

39. Nieznane listy..., op. cit., s. 192.

40. Ibidem, s. 215.

41. Ibidem, s. 211.

42. „Ja wiem, że Ty bez niepokojów żyć nie możesz, że gdy już absolutnie nie masz się czego nerwować i lękać o kogo, wtedy będziesz w nienormalnym stanie, dopóki się odkryje możność męczyć siebie różnymi nieuzasadnionymi strachami” – list z 29 października 1890 roku, ibidem, s. 188. „... doprawdy te Twoje niepokoje to już jedna fantazja, nigdy przy tym Ty nie przyjmujesz pod uwagę żadnych okoliczności. Eh, Leosieńko, kiepsko z takim charakterem żyć na Bożym świecie. Wszak z doświadczenia mogłaś się przekonać, że na 1000 razy 999 razy Twój niepokój okazywał się zupełnie bezpodstawnym. Wszak prawda? Nie, absolutnie nie rozumiem takiego stanu ciągłego niepokoju” – list z 19 listopada 1890 roku, ibidem, s. 194. „Ja wiem, Ty święcie wierzysz, że po pierwsze Ty do niczego nie jesteś zdatną, a po wtóre, że masz nieszczęście, że wszystko, co się Ciebie tyczy, wszystko się źle kończy” – list z 20 maja 1891 roku, ibidem, s. 224–225.

43. Por. listy z 29 października i 19 listopada, 26 listopada, 30 grudnia 1890 roku, ibidem, s. 187–203.

44. Ibidem, s. 212–213.

45. Ibidem, s. 222.

46. Ibidem, s. 205.

47. Ibidem, s. 180. To właśnie ten i następny list (z 16 września) Pobóg-Malinowski błędnie datuje na rok 1890, por. przyp. 24.

48. Ibidem, s. 180–181.

49. Ibidem, s. 226.

50. Ibidem, s. 222.

51. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1914, op. cit., s. 75.

52. List Zygmunta Nagrodzkiego do Stefanii Lipmanówny z 3 lipca 1892 roku: „Trzy dni temu nazad (we środę czy we czwartek, dobrze nie pamiętam), o wpół do dziewiątej rano wchodzi do sklepu jakiś wysoki mężczyzna z dość dużą brodą, bez dwóch zębów na przedzie, z twarzą koloru nie bardzo czystej miedzi i ze słowami: – Jak się masz, Zygmusiu! – rzuca się do mnie witać się. Ja aż w tył odskoczyłem; zdawało się, iż jak żyję nie widziałem tego człowieka, który z twarzy bardziej był podobny do czerwonoskórego mieszkańca Ameryki niż do Polaka. Mówię: – Ja Pana nie przypominam, czy nie ma Pan pomyłki? Pomyłki nie mam, ale widzę, że trzeba przedstawić się: Józef Piłsudski. Szedł wówczas z wogzalu, zabawił u mnie z godzinę i poszedł do swoich, gdzie też jakoby nie wszyscy poznali”. – A. Borkiewicz, Źródła do biografii..., op. cit., s. 402.

53. W przemówieniu wygłoszonym 21 kwietnia 1921 roku na bankiecie w Krakowie z okazji otrzymania doktoratu honoris causa mówił Piłsudski, że po powrocie z zesłania chciał zostać prawnikiem. „W tym celu otoczyłem się mnóstwem dzieł specjalnych, aby między innymi wyzyskać i szukać ulgi, jakie w prawie dla takich jak ja, istniały, a zarazem, aby złożyć egzamin prawniczy bez chodzenia na uniwersytet. O, panowie, nie cofajcie dyplomu! Studia moje trwały zaledwie pół roku: cofnąłem się, czując, że studiów tych nie potrafię dokończyć. Odstraszyła mnie od nich olbrzymia ilość definicji, którymi najeżone były książki prawnicze”. – J. Piłsudski, Pisma..., op. cit., t. 5, s. 202.

TOWARZYSZ WIKTOR

I

W ciągu pięciu lat, które Piłsudski spędził na zesłaniu, zmieniło się wiele. W latach 1887–1888 nastąpiło w zaborze rosyjskim wyraźne ożywienie klasy robotniczej. Strajki w Białymstoku, Łodzi, Zagłębiu Staropolskim i Dąbrowskim, w Warszawie stanowiły tego widomy dowód. Były to wprawdzie strajki żywiołowe, o charakterze ekonomicznym i niewielkim zasięgu, ale dla rozwoju świadomości klasy robotniczej miały duże znaczenie.

Jesienią 1887 roku Ludwik Kulczycki zawiązał w Warszawie kółko młodzieży socjalistycznej. Powstawały też tajne kółka robotnicze organizowane przez Marcina Kasprzaka. W początkach 1888 roku grupy te połączyły się w Polską Partię Socjalno-Rewolucyjną „Proletariat”, zwaną najczęściej Drugim Proletariatem. Rozwinął on dość ożywioną działalność propagandową, sprowadzał literaturę socjalistyczną z zagranicy i rozpoczął druk nielegalnych broszur. Propagował idee socjalizmu naukowego, idee rewolucji i internacjonalizmu. Jako program minimum wysuwał wprowadzenie w Rosji systemu konstytucyjnego i autonomii dla Królestwa Polskiego. W sferze taktyki opowiadał się za zastosowaniem terroru indywidualnego. W zasadzie nie rozwinął działalności poza Warszawą, a i tu wpływy zdobył niewielkie. Aresztowania, które nastąpiły pod koniec 1888 roku, poważnie osłabiły jego działalność.

Latem 1889 roku powstał w Warszawie Związek Robotników Polskich. Założyli go Janusz Tański, Józef Beck, Jan Leder i Julian Marchlewski. Związek, w przeciwieństwie do Drugiego Proletariatu, odrzucał terror i działalność spiskową. Dążył do rozwijania masowego ruchu robotniczego. Wyznawał konieczność współdziałania rewolucjonistów polskich i rosyjskich. Odrzucał walkę polityczną, uważając, że ograniczenie się wyłącznie do akcji ekonomicznych pozwoli na uniknięcie represji władz. Były to złudzenia, przekreślone licznymi aresztowaniami w końcu 1891 roku54.

W stulecie Wielkiej Rewolucji Francuskiej 14 lipca 1889 roku odbył się w Paryżu I Kongres II Międzynarodówki. Wśród około 400 delegatów reprezentujących 22 kraje Europy i Ameryki znalazła się i delegacja polska (Maria i Stanisław Mendelsonowie, Feliks Daszyński, Leon Winiarski). Partie socjalistyczne w zachodniej Europie, a przede wszystkim Socjaldemokratyczna Partia Niemiec, stanowiły już liczącą się siłę polityczną.

II Międzynarodówka uchwaliła na swoim kongresie założycielskim, by dzień 1 maja obchodzić jako międzynarodowe święto robotnicze55.

W przededniu pierwszego obchodu święta majowego w Warszawie ukazała się odezwa Drugiego Proletariatu wzywająca do strajku. Oblicza się, że strajk 1 maja 1890 roku objął w Warszawie 8–10 tysięcy robotników. W warunkach słabości ruchu robotniczego, prześladowań carskich – było to dużo. W roku następnym pomimo masowych aresztowań dokonanych przed świętem majowym, mimo wzmożonej czujności władz – strajkowało już (według źródeł robotniczych) około 30 tysięcy robotników.

W 1892 roku 1 maja wypadał w niedzielę. W Warszawie odbyła się manifestacja robotnicza, w Łodzi natomiast obchody majowe przerodziły się w sześciodniowy strajk powszechny. Wybuchł żywiołowo i ogarnął poza Łodzią Zgierz i Pabianice. Oblicza się, że wzięło w nim udział 60 tysięcy robotników. „Bunt łódzki” pokazał siłę klasy robotniczej, jej umiejętność organizowania się i prowadzenia walki.

Przyniosły też owe lata i inne wydarzenia polityczne. W 1886 roku zaczął ukazywać się w Warszawie tygodnik „Głos”, założony przez Jana Ludwika Popławskiego i Józefa Potockiego (ps. Marian Bohusz). Nawiązując do tradycji rosyjskich narodników, „Głos” uważał się za rzecznika interesów ludu. Przez pojęcie to rozumiał zarówno chłopów, jak i robotników – wszystkich żyjących z pracy rąk własnych. Demokratyczny i radykalny program pisma ewoluował będzie coraz wyraźniej na prawo.

W 1886 roku Zygmunt Balicki utworzył w Królestwie tajny Związek Młodzieży Polskiej, zwany w skrócie: Zet. Zorganizowany na wzór masoński, głęboko zakonspirowany, o trzech stopniach wtajemniczenia, miał dążyć do niepodległości Polski „na gruncie sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej”. W rok później Zygmunt Miłkowski (ps. Teodor Tomasz Jeż), uczestnik walk 1848 i 1863 roku, popularny pisarz, przebywający na emigracji w Szwajcarii, ogłosił broszurę Rzecz o obronie czynnej i o skarbie narodowym. Potępiał w niej ostro zarówno ugodowców, jak i pozytywistów za rezygnację z dążenia do niepodległości. Postulował powołanie do życia ogólnopolskiej tajnej organizacji, która przygotowywałaby społeczeństwo do czynnej walki o niepodległość, i utworzenie skarbu narodowego, który dostarczałby środków na działalność niepodległościową.

Z inicjatywy Miłkowskiego powstała w 1887 roku w Szwajcarii Liga Polska. Ta inicjatywa epigonów powstania styczniowego trafiła na grunt niezwykle podatny. Klęska pozytywizmu sprawiła, że te środowiska inteligencji i mieszczaństwa, które nie chciały przyjąć ideologii socjalistycznej, znajdowały się właściwie w próżni programowej. Rzucone przez Ligę Polską hasło działań na rzecz odzyskania niepodległości Polski w granicach przedrozbiorowych w wyniku spodziewanego konfliktu między zaborcami – było dla tych środowisk bardzo atrakcyjne. Szły bowiem za tym dyrektywy akcji patriotycznych, wskazania skutecznej obrony „praw narodowości polskiej i politycznego, i społecznego jej rozwoju”.

Liga Polska była tajną, trójzaborową organizacją. Podporządkował się jej Zet. Związał się z nią lwowski „Przegląd Społeczny” i warszawski „Głos”. W sensie społecznym program Ligi Polskiej, bliżej niesprecyzowany, nawiązywał do demokratycznych programów emigracji. Ale jednocześnie występowała Liga przeciwko zasadom internacjonalistycznego socjalizmu, potępiając „rewolucję socjalną”. Był to patriotyczny program demokratyczno-burżuazyjny zakładający konieczność modyfikacji ustrojowych, przy zachowaniu jednak niezmienionych zasad ustroju kapitalistycznego.

W środowiskach młodzieży hasła Ligi Polskiej znajdowały rezonans patriotyczny, w pokoleniu dorosłym przyjęte zostały jako możliwość przeciwstawienia się ideologii socjalistycznej. Do chwili powstania Ligi jedynie ideologia socjalistyczna proponowała czynną walkę z zaborcami, teraz natomiast rodził się ruch, który stać się mógł skutecznym przeciwdziałaniem rozszerzania się wpływów socjalizmu, a równocześnie formułował konkretny program akcji patriotycznych.

W 1893 roku działacze krajowi Ligi Polskiej z Romanem Dmowskim na czele dokonali swoistego „zamachu stanu”, przekształcając Ligę Polską w Ligę Narodową, z ośrodkiem kierowniczym w Warszawie. Oznaczało to wyraźny zwrot w kierunku nacjonalizmu i powolne rezygnowanie z programu czynnej walki o niepodległość, programu powstańczego.

Co z wydarzeń tych docierało do prowincjonalnego, sennego Wilna? Zapewne echa wieści o istnieniu konspiracji socjalistycznych w Warszawie, na pewno – choć z opóźnieniem – wiadomości o demonstracjach pierwszomajowych, nie mówiąc już o „buncie łódzkim”. Ponieważ „Głos” docierał do Wilna, informacje o nowych prądach ideowych, sporach i dyskusjach były znane. Wreszcie dochodziły innymi drogami z różnych krajów Europy wieści o sile ruchu socjalistycznego, o powiększaniu się reprezentacji socjalistycznych w parlamentach, o związkach zawodowych.

Wilno było na uboczu, poza głównym nurtem wydarzeń. Ale świadomość zmian musiała i tu się rozwijać. Pozbawione przemysłu, a tym samym klasy robotniczej, miasto nie przeżywało rozwoju tak gwałtownego jak Warszawa, Łódź czy miasta Zagłębia Dąbrowskiego. W ciągu pięciu lat zesłania Piłsudskiego Wilno właściwie się nie zmieniło tak w sensie wyglądu, jak i w sensie atmosfery politycznej.

W Wilnie istniała co prawda grupa socjalistów, ale nic właściwie o niej nie wiadomo poza tym, że tworzyli ją m.in. Dominik Rymkiewicz, nazywany profesorem i pracujący w banku, adwokat Ludwik Zajkowski i Stefan Bielak, szwagier wybitnego działacza konspiracji socjalistycznej Aleksandra Sulkiewicza. Grupka ta nie miała ani programu, ani nie tworzyła organizacji, ani nie prowadziła żadnej działalności poza rozmowami i dyskusjami56. Powróciwszy z zesłania, Piłsudski zetknął się z tą grupką.

W kilka miesięcy po powrocie z Syberii udał się Piłsudski do Warszawy57. Wacław Sieroszewski, który podaje tę informację, twierdzi, iż było to wynikiem rozczarowania marazmem wileńskim. Może tak, a może miał Piłsudski nadzieję, że zdoła w Warszawie nawiązać kontakty ze środowiskiem dziennikarskim, że będzie mógł wysyłać z Wilna do Warszawy korespondencję. W każdym razie zetknął się w Warszawie z przedstawicielami środowiska „Głosu”: Janem Popławskim, Józefem Potockim, Aleksandrem Więckowskim i Romanem Dmowskim58. O czym rozmawiano, nie wiadomo. Na pewno wszakże rozmowy te nie miały żadnych dalszych konsekwencji.

Z działaczami konspiracji socjalistycznej w Warszawie raczej Piłsudski się nie spotkał. Praktycznie bowiem, po aresztowaniach lat 1891–1892, organizacje te były rozbite. Mógł spotkać się z pojedynczymi ludźmi, co wydaje się o tyle możliwe, że istniały w owym czasie kontakty personalne pomiędzy grupką socjalistyczną w Wilnie a Warszawą. Bywał bowiem w Wilnie Kazimierz Pietkiewicz, działacz Pierwszego i Drugiego Proletariatu, od 1891 roku zaś członek Zjednoczenia Robotniczego – organizacji powstałej w tymże roku na skutek rozłamu w Drugim Proletariacie.

Nic nie wskazuje, by wyjazd do Warszawy przyniósł jakieś rezultaty. Z koncepcji zdawania eksternistycznych egzaminów na prawie Piłsudski zrezygnował już chyba wcześniej i nadal nie miał żadnych perspektyw na przyszłość.

W artykule Jak stałem się socjalistą, opublikowanym w „Promieniu” w 1903 roku, znajduje się następujący fragment, cytowany przez wszystkich biografów Piłsudskiego: „Ostatecznie postanowiłem po powrocie do kraju wstąpić do Proletariatu i starać się o zreformowanie go w kierunku, który obecnie nazywa się PPS-owym. A że byłem odcięty od kraju i dalsze (po 1887 roku) ewolucje socjalizmu u nas były mi nieznane, z tym postanowieniem przyjechałem do domu w drugiej połowie 1892 roku i... ku wielkiej swej radości przekonałem się, że moja zamierzona praca reformatorska już jest zbyteczną”59.

Otóż rzeczywistość została tu przez Piłsudskiego nieco przeinaczona i dopasowana do potrzeb dydaktycznych. Stąd to twierdzenie, że wracał Piłsudski z zesłania jako ukształtowany działacz polityczny, z wyrobionymi i zdecydowanymi poglądami politycznymi, z wyraźnie określonym celem. Ten wyimaginowany portret był konieczny do ukazania konsekwentnej drogi stawania się socjalistą.

Nie tylko cytowane już syberyjskie listy Piłsudskiego przeczą prawdziwości tego portretu, ale również refleksja chronologiczna. Piłsudski powrócił z zesłania na początku lipca 1892 roku. W jaki sposób mógł się przekonać, że „zamierzona praca reformatorska już jest zbyteczną”? Przecież nie przez kontakt z wspomnianą grupą wileńskich socjalistów, bo był to zespół o charakterze raczej towarzyskim. Jeśli nawet – co już nie jest do bezspornego udowodnienia – dotarły do Piłsudskiego informacje o Drugim Proletariacie, Związku Robotników Polskich (ZRP) czy Zjednoczeniu Robotniczym, to bynajmniej nie świadczyły one, że dokonał się zwrot w kierunku – jak to Piłsudski określa – PPS-owym. Drugi Proletariat czy ZRP stały na stanowisku internacjonalistycznego socjalizmu i nie wysuwały programu niepodległościowego. Jedynie Zjednoczenie Robotnicze program taki wysuwało, ale nie ma śladu kontaktów Piłsudskiego z tą grupą.

Sytuacja zmieniła się dopiero w początkach 1893 roku, gdy 16 stycznia przekroczył granicę w Wierzbołowie Stanisław Mendelson. Ten trzydziestopięcioletni wówczas mężczyzna miał za sobą bogatą przeszłość polityczną. W latach 1875–1878 należał do organizatorów pierwszych kółek socjalistycznych. Zagrożony aresztowaniem, zbiegł do Lwowa, a następnie przeniósł się do Szwajcarii. Był twórcą i redaktorem pierwszych polskich pism socjalistycznych („Równość”, „Przedświt”, „Walka Klas”). Utrzymywał kontakty z Fryderykiem Engelsem i uczestniczył w kongresie założycielskim II Międzynarodówki. Był wreszcie współinicjatorem zjazdu paryskiego w listopadzie 1892 roku.

Idea zjednoczenia organizacyjnego polskiego ruchu socjalistycznego zrodziła się na kongresie brukselskim II Międzynarodówki w 1891 roku. Delegacja polska złożyła wówczas deklarację, że „uważa za nieodzowne w interesie rozwoju socjalizmu w Polsce i w interesie międzynarodowej polityki socjalistycznej występować zawsze jednolicie, jako jedna organizacja polska”60. A w odezwie delegacji polskiej do kraju stwierdzono: „... żywimy silną nadzieję, że przed zjawieniem się delegacji polskiej na przyszłym międzynarodowym kongresie zdołamy na narodowym polskim zjeździe socjalistycznym dojść do zjednoczenia, a przez to do siły”61.

Pierwotnie zamierzano zwołać zjazd trójzaborowy. Wobec jednak – jak pisze Feliks Perl – „trudności wykonania i wobec tego, że przede wszystkim należało uporządkować sprawy w zaborze rosyjskim”62, zdecydowano zwołać zjazd jedynie socjalistów zaboru rosyjskiego.

Zjazd odbył się w Paryżu i trwał od 17 do 23 listopada 1892 roku. Wzięło w nim udział 18 osób, których przynależność partyjna przedstawiała się następująco: Drugi Proletariat – Aleksander Dębski, Bolesław Jędrzejowski, Witold Jodko-Narkiewicz, Stanisław Mendelson, Maria Mendelsonowa, Feliks Perl, Aleksander Sulkiewicz, Wacław Skiba; Zjednoczenie Robotnicze – Edward Abramowski, Jan Strożecki, Stanisław Tylicki, Stanisław Wojciechowski; Związek Robotników Polskich – Stanisław Grabski; Gmina Narodowo-Socjalistyczna – Jan Lorentowicz, Władysław Ratuld i Maria Szeliga. Nie należeli do żadnej organizacji: Wacław Podwiński i Bolesław Limanowski, którego wybrano przewodniczącym obrad63.

Po ożywionej i chwilami bardzo kontrowersyjnej dyskusji przyjęto uchwałę o utworzeniu Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, uchwalono program i wybrano zarząd ZZSP, do którego weszli: Jędrzejowski, Lorentowicz, Abramowski, Perl, Wojciechowski i Ratuld64.

Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej, poprzedzony wstępem napisanym przez Mendelsona, opublikowany został w „Przedświcie” w 1893 roku w numerze 5. Pominięto – ze względów konspiracyjnych – fragmenty dotyczące stosunku do religii, terroru i kwestii sojuszów.

Wstęp Mendelsona zawierał marksistowską analizę sytuacji i zadań polskiej klasy robotniczej. Wskazywał w nim autor, że „to, czego nie mogli dokonać ludzie 1794 roku, to, czego nie dokonała nasza demokracja – to zjawia się u nas jako skutek wielkiego przeobrażenia, jakiemu uległ kraj nasz po nieudanej rewolucji z 1861–1864 roku”. I dalej: „Polskie stronnictwo socjalistyczne, jako stronnictwo mas pracujących, występując przeciwko wszelkim rządom klasowym, widzi jasno, jak z rzeczywistości dzisiejszej zarysowuje się gmach gospodarki społecznej, opierający się na uspołecznieniu wszystkich narzędzi i środków pracy oraz na społecznej organizacji wytwarzania”.

We wstępie stwierdzono również, że tylko „stronnictwo socjalistyczne, właśnie dlatego, że jest przedstawicielem krajowych interesów, a nie przywilejów klasowych, obstaje wiernie przy sztandarze międzynarodowej myśli rewolucyjnej, dążącej do powszechnego wyzwolenia. Tylko ono może uratować kraj od samobójczej polityki, którą narzucają nam nasze klasy posiadające i nasze drobnomieszczaństwo”.

Podkreślając, że PPS „żąda zupełnego zniesienia rządów klasowych, które znalazły swój wyraz w dzisiejszym ukształtowaniu się państwowym”, stawiano za cel „zdobycie władzy politycznej dla proletariatu i przez proletariat”.

We wstępie sformułowano więc cele generalne możliwe do osiągnięcia „dopiero wtedy, gdy proletariat będzie rozporządzał odpowiednią siłą polityczną”65. Natomiast w programie „na dziś” stwierdzono, że PPS „dobijać się będzie: samodzielnej rzeczypospolitej demokratycznej” oraz określono jej zasady polityczne i ekonomiczne, rysując obraz republiki demokratyczno-burżuazyjnej. Zjazd paryski uchwalił tylko program „na dziś”, wstęp Mendelsona nie był na nim dyskutowany, ale został oczywiście zaakceptowany przez zarząd ZZSP i w działalności agitacyjnej obie części prezentowano łącznie.

W ocenie każdego ruchu politycznego ważna jest analiza jego koncepcji programowych, ale nie mniej – a często i bardziej – ważna jest analiza praktyki politycznej. Ważna jest odpowiedź na pytanie, jak interpretowane są sformułowania programu, jaki jest kierunek dalszego rozwoju ruchu politycznego? Dopiero praktyka polityczna bowiem ukazuje, które z tendencji nabierają dominującego charakteru, a które ze sformułowań pozostają martwą literą.

W zjeździe paryskim uczestniczyło tylko dwóch działaczy przybyłych z zaboru rosyjskiego (Strożecki i Sulkiewicz). Podstawowym więc zadaniem było przekazanie do zaboru rosyjskiego informacji o zjeździe i jego postanowieniach oraz doprowadzenie do zjednoczenia grup socjalistycznych i utworzenia Polskiej Partii Socjalistycznej.

Z tą właśnie misją Mendelson przekraczał 16 stycznia 1893 roku kordon graniczny w Wierzbołowie. Po przyjeździe do Warszawy nawiązał kontakt z działaczami Związku Robotników Polskich i Drugiego Proletariatu. W lutym-marcu organizacje te zjednoczyły się w Polską Partię Socjalistyczną. Do PPS zgłosił swój akces ZZSP. Nie miało to praktycznego znaczenia o tyle, że równocześnie uległ przerwaniu kontakt między zaborem rosyjskim a emigracją.

Postanowienia zjazdu paryskiego przyjęte zostały przez dużą część działaczy socjalistycznych zaboru rosyjskiego z nieufnością. Wątpliwości budziło wysunięcie programu niepodległościowego przy jednoczesnym pomijaniu międzynarodowej solidarności proletariatu w rewolucyjnej walce o socjalizm. Obawiano się, że program patriotyczny doprowadzi do zamazania klasowego charakteru ruchu robotniczego.

Wynikało to z oceny perspektyw rozwojowych ruchu robotniczego. Przy pewnych uproszczeniach można wyprowadzić następujący ciąg logiczny. Celem i przeznaczeniem proletariatu jest walka o realizację ustroju socjalistycznego. Może on zostać wprowadzony jedynie w drodze rewolucji proletariackiej, która ogarnie wszystkie kraje Europy. Zwycięstwo rewolucji proletariackiej oznaczać będzie rozwiązanie wszystkich problemów narodowych, w tym i problemu polskiego. Przy tym założeniu wysuwanie programu niepodległościowego odwraca uwagę proletariatu polskiego od celów najważniejszych i kieruje jego energię zamiast na walkę rewolucyjną, na działanie niezgodne z klasowym interesem.

Ci, którzy przyjmowali taki tok myślenia, przyjmowali pewną koncepcję. Była ona zwarta i logiczna. Błąd – na który zresztą zwracał później uwagę Lenin – polegał na tym, że nie dostrzegano olbrzymiej (szczególnie w warunkach polskich) mobilizującej roli haseł niepodległościowych. Oczywiście należałoby uznać za skrajne uproszczenie tezę, że zwolennicy tej koncepcji byli pozbawieni uczuć patriotycznych, że cechował ich nihilizm narodowy, kosmopolityzm. Nic bardziej błędnego. Przeprowadzając klasową analizę celów działania, za jedyną realną drogę rozwiązania problemów narodowych uważali powszechną rewolucję proletariacką.

W czasie pobytu w zaborze rosyjskim Mendelson nawiązał również kontakt z wspomnianą już grupą socjalistyczną w Wilnie. Wówczas też spotkał się z Józefem Piłsudskim.

Nie zachowała się żadna relacja o rozmowie czy rozmowach Piłsudskiego z Mendelsonem. Znamy tylko ich skutki. W numerze marcowym „Przedświtu” ukazały się dwie korespondencje Piłsudskiego (datowane: Wilno, 1 lutego, i Wilno, 17 lutego). W następnym numerze ukazała się kolejna korespondencja, a w numerze majowym korespondencja, odezwa pt. Do towarzyszy socjalistów Żydów w polskich zabranych prowincjach i list do redakcji w sprawie Bronisława Piłsudskiego.

Zesłańcze marzenia Piłsudskiego o działalności pisarskiej znalazły szansę realizacji. Jednakże spotkanie z Mendelsonem miało i skutki o wiele ważniejsze. Otworzyło przed Piłsudskim możliwości działania w rodzącej się PPS, a to oznaczało określenie celu, wyjście z impasu beznadziejności. W społeczeństwie, do którego Piłsudski powrócił z zesłania, nie było dlań miejsca, a w każdym razie nie było miejsca, które odpowiadałoby jego ambicjom. Działalność w tworzącej się PPS pozwalała odnaleźć się, pozwalała przełamać poczucie zbędności.

Program PPS był dlań jasny i zrozumiały. Był zgodny z niepodległościową tradycją dzieciństwa i młodości i z tym, co przyjął Piłsudski z zetknięć z ideologią socjalistyczną – proletariat, masy ludowe, jako siła decydująca o przyszłości, jako siła w walce o niepodległość.

I jeszcze jeden czynnik. W powstającej partii mógł odgrywać od razu rolę ważną, a wkrótce decydującą. Został mu oszczędzony mozolny trud awansu politycznego, owe pokonywanie kolejnych szczebli hierarchii. Nie istniała ona bowiem. Wszystko dopiero się zaczynało.

Piłsudskiemu było zresztą o wiele łatwiej niż innym działaczom zaboru rosyjskiego. Wchodził do PPS bez żadnych obciążeń uprzedniej przynależności organizacyjnej i sporów programowych, a jednocześnie pięć lat zesłania dawało mu autorytet. W okolicznościach, gdy partia tworzyła się z ludzi o różnej proweniencji politycznej i ideowej, była to pozycja wyjątkowo korzystna.

Miał też jeszcze jedną przewagę nad wieloma działaczami. Jego sytuacja materialna, przy minimalnych potrzebach życiowych, pozwalała na całkowite poświęcenie się działalności partyjnej.

Grupa wileńska przemianowała się na Sekcję Litewską PPS. Nie miało to zresztą żadnego wpływu ani na jej liczebność, ani na jakieś widoczne ożywienie działalności. Nie wiadomo, czy zostały nawiązane kontakty z Warszawą, czy utrzymywał je Piłsudski jedynie z Londynem, gdzie przeniosły się władze ZZSP.

Stosunki zresztą między warszawską organizacją PPS a ZZSP wyraźnie się zaostrzyły. Działacze PPS, którą w literaturze zwykło się nazywać Starą PPS, coraz bardziej zaniepokojeni byli tendencjami ideowymi ZZSP. Nasilało się przekonanie, że działacze emigracyjni odchodzą z pozycji klasowych i rewolucyjnych, a docierające do kraju wydawnictwa ZZSP potwierdzały te przypuszczenia. Protestowała też Stara PPS przeciwko pogardliwym i obraźliwym określeniom ludu rosyjskiego. Zaogniło stosunki oszczercze oskarżenie przez „Przedświt” Marcina Kasprzaka o współpracę z policją. Działacze Starej PPS przeciwstawiali się też naciskom mającym na celu wciągnięcie do partii grup tzw. „narodowych socjalistów”.

Napisana przez Abramowskiego broszura pierwszomajowa nie została przyjęta przez organizację krajową, podobnie jak nadesłana odezwa z okazji rocznicy powstania kościuszkowskiego. Gdy dotarł do zaboru rosyjskiego majowy numer „Przedświtu” ze Szkicem programu Polskiej Partii Socjalistycznej, antagonizmy zaostrzyły się.

Niezwykle pomógł, a chyba przyspieszył bieg wydarzeń, przyjazd do Warszawy w pierwszych dniach czerwca Wojciechowskiego. Wysłany jako emisariusz zaniepokojonego rozwojem sytuacji ZZSP, stwierdził po przyjeździe, że porozumienie nie jest już możliwe. Stara PPS odrzuciła program zjazdu paryskiego. Dokonało się to formalnie wprawdzie dopiero na naradzie 3 lipca, kiedy zebrani postanowili jednocześnie zmienić nazwę partii na Socjal-Demokracja Polska (nieco później zmieniono nazwę na Socjal-Demokracja Królestwa Polskiego), ale już w czerwcu Wojciechowski nie miał złudzeń, że rozłam jest faktem dokonanym.

Jedynie Sekcja Litewska pozostawała wierna ZZSP. Dlatego też po zorientowaniu się, jak wygląda sytuacja w Warszawie, wyjechał Wojciechowski do Wilna, gdzie spotkał się z Piłsudskim. W końcu czerwca lub na początku lipca 1893 roku odbyła się w lesie pod Wilnem narada, w której oprócz Wojciechowskiego wzięli udział: Józef Piłsudski, Stefan Bielak, Aleksander Sulkiewicz i Ludwik Zajkowski66. Zebrani uznali naradę za I Zjazd Polskiej Partii Socjalistycznej.

Z faktu, że gremium to nie reprezentowało właściwie nikogo poza sobą, nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Rodzące się ruchy polityczne, szczególnie nielegalne, bardzo często w swym początkowym stadium nie reprezentują nikogo poza swymi twórcami. Rzecz tylko w tym, jak rozwija się dalej bieg spraw.

Uczestnicy narady ogłoszonej jako I Zjazd PPS całkowicie aprobowali program zjazdu paryskiego. Jak stwierdzał Wojciechowski: „Na zjeździe sporów o program nie było”67. Nic zresztą dziwnego, skoro dwaj (Sulkiewicz i Wojciechowski) spośród pięciu byli uczestnikami zjazdu paryskiego, a pozostali już wcześniej akceptowali program68. Na wniosek Piłsudskiego postanowiono sprecyzować stosunek do rewolucjonistów rosyjskich69. Uchwalono też podjęcie kroków mających na celu wydawanie w zaborze rosyjskim nielegalnego pisma oraz powierzono reprezentowanie PPS na zbliżającym się kongresie II Międzynarodówki Związkowi Zagranicznemu Socjalistów Polskich.

Ale praktycznie krajowa organizacja PPS właściwie nie istniała. Przyczynił się do tego nie tylko rozłam warszawskiej organizacji, ale i liczne aresztowania.

Natomiast dobrze funkcjonował system przemytu wydawnictw agitacyjnych. W ciągu 1893 roku przerzucono przez granicę blisko 22 tysiące egzemplarzy różnych druków (w tym 6140 egzemplarzy „Przedświtu”, 167 egzemplarzy broszur żydowskich i 203 egzemplarze broszur rosyjskich)70.

Było to przede wszystkim zasługą Sulkiewicza. Rówieśnik Piłsudskiego (urodzony 8 grudnia 1867 roku) pochodził z dawna osiadłej w Polsce rodziny muzułmańskich Tatarów. Wychowany w atmosferze polskiego patriotyzmu, już w 1887 roku należał do Drugiego Proletariatu, a następnie uczestniczył w zjeździe paryskim. Jako mahometanin mógł wstąpić do służby państwowej. W 1890 roku został urzędnikiem Izby Skarbowej w Suwałkach. Pracował w komorze celnej początkowo we Władysławowie, później zaś do jesieni 1900 roku w Kibartach pod Wierzbołowem. Zorganizował świetnie funkcjonujące punkty przemytu wydawnictw agitacyjnych, wykorzystywane zresztą również do nielegalnego przerzutu ludzi. Był znakomitym organizatorem i konspiratorem, mającym umiejętność odtwarzania rwącej się ciągle sieci kontaktów partyjnych.

Owa nielegalna literatura, zwana w języku partyjnym „bibułą”, odgrywała rolę szczególnie ważną. Przede wszystkim ułatwiała budzenie świadomości klasowej i narodowej proletariatu. W agitacji pepeesowskiej silniejszy akcent kładziono na świadomość narodową, ale propagowano również treści socjalistyczne. Była to zresztą agitacja dość zróżnicowana w zależności od środowiska. Od odezw i broszur przeznaczonych dla odbiorców najmniej wyrobionych, po „Przedświt” i broszury przeznaczone głównie dla inteligencji, a nawet książki dotyczące teorii socjalizmu.

Dostarczanie do poszczególnych środowisk „bibuły” stanowiło najczęściej krok wstępny poprzedzający próby tworzenia organizacji partyjnej. W początkowym okresie działania PPS, ale również i później, rozpowszechniano „bibułę” metodą podrzucania do mieszkań czy fabryk i rozklejania na murach. Ta metoda, stosunkowo bezpieczna, nie wymagała dużej liczby ludzi. Wadą jej jednak była przypadkowość odbiorców, powodująca, że duża część wydawnictw ulegała po prostu zniszczeniu. Dlatego też dążono do tworzenia zorganizowanego kolportażu.

Starano się nasycać „bibułą” możliwie największą liczbę ośrodków. W warunkach ruchu nielegalnego ilość i terytorialne rozprzestrzenianie „bibuły” stanowiły spektakularny dowód działania i siły grupy politycznej. Inne kryteria oceny właściwie nie istniały. Strajki i manifestacje majowe często trudno było przypisać jednej partii, ale i one poprzedzane były z reguły nielegalnymi odezwami.

Okoliczność, że w świadomości społecznej siła ruchu politycznego pozostawała w prostej zależności od liczby i rozprzestrzenienia wydawnictw nielegalnych, okazała się szczególnie ważna. Dzięki temu bowiem niewielka, ale dobrze zorganizowana grupa mogła czynić wrażenie bez porównania silniejszej i liczebniejszej, niż była w rzeczywistości. Dawało jej to zarazem znaczne zaplecze potencjalnej klienteli.

Badanie wpływów i siły partii politycznych nie należy do rzeczy łatwych nawet w warunkach optymalnych (legalny ruch polityczny, demokratyczne zasady i praktyka ustrojowa). Cóż dopiero, gdy ruch polityczny jest nielegalny i w dodatku działa w warunkach braku jakichkolwiek instytucji demokratycznych. Dlatego też wszelkie sądy o wpływach i znaczeniu PPS, szczególnie w pierwszym okresie jej istnienia, muszą mieć, z natury rzeczy, charakter hipotetyczny.

PPS od samego początku przywiązywała olbrzymią wagę do „bibuły”. Już na owej naradzie w lesie podwileńskim, ogłoszonej jako I Zjazd, mówiono o potrzebie stworzenia nielegalnego pisma w zaborze rosyjskim. Wojciechowski otrzymał zadanie zakupienia za granicą odpowiedniej maszyny drukarskiej, która następnie miała być przy pomocy Sulkiewicza przewieziona do zaboru rosyjskiego.

Wobec jednak rozłamu w organizacji warszawskiej i konfliktu z grupą Strożeckiego sprawa się odwlekła. Wojciechowski otrzymał list od Sulkiewicza, by natychmiast przyjeżdżał do Warszawy.

W ciągu kilkutygodniowego pobytu w Warszawie zdołał Wojciechowski doprowadzić do porozumienia z grupą Strożeckiego. Zawiązane zostały „stosunki w Częstochowie, Radomiu, Zawierciu, Dąbrowie Górniczej i Białymstoku”71. Udało się też Wojciechowskiemu doprowadzić do powstania w Warszawie Komitetu Robotniczego. Do tego trzyosobowego ciała weszli: Jan Strożecki, Juliusz Grabowski i Wacław Naake-Nakęski. Dwaj ostatni byli przedstawicielami „narodowych socjalistów”, wywodzących się z Zetu i związanych z Ligą Narodową. W połowie listopada Wojciechowski opuścił zabór rosyjski, przekazawszy w Wilnie Piłsudskiemu informacje o tym, czego dokonał w Warszawie. Wojciechowski miał za granicą zorganizować druk jednodniówki „Robotnik”.

Po wyjeździe Wojciechowskiego Piłsudski udał się do Warszawy i nawiązał kontakt z Komitetem Robotniczym. Zdawał z tego relację w liście do Wojciechowskiego: „Spełniając Twą prośbę, opiszę Ci wrażenia moje, wyniesione z Twojej rodziny [określenie Komitetu Robotniczego – A.G.]. Ogólne wrażenie jest takie, że przedstawiłeś ją w zbyt różowym kolorze, zbyt optymistycznie. Spostrzegłem, ku wielkiemu zmartwieniu, pewien brak zaufania u jednych względem drugich (raczej u jednego) [chodzi o Jana Strożeckiego – A.G.], z tego powodu widziałem się zmuszonym nawet być rozjemcą i gadać z każdym na osobności. Zresztą mnie się zdaje, że to zaniknie przy wspólnej pracy, przy jej rozwoju. O ile mnie się zdaje, to trzeci facet [Wacław Naake-Nakęski – A.G.] nie nadaje się wcale do rzeczy. Przynajmniej o nim nie mogłem w ciągu mego pobytu sobie wyrobić określonego wyobrażenia, chyba lepiej go zna Ż. [Żul – pseudonim Juliusza Grabowskiego – A.G.], bo J. [Jan Strożecki – A.G.] się skarżył, że dotychczas nie zna go wcale. Być może, że poza milczeniem, się skrywa jakaś nieznana potęga i siła, lecz sprawia to dziwne wrażenie, że od faceta nic się dowiedzieć nie można. Więc powtarzam – o zlaniu się zupełnym i zgodzie rodzinnej na teraz nie może być mowy, łączność jest, ale jakaś mechaniczna”72.

Akcje mediacyjne Wojciechowskiego przyniosły więc rezultaty dość połowiczne. Formalnie istniał wprawdzie Komitet Robotniczy, ale w praktyce działali jedynie Jan Strożecki oraz Józef Piłsudski, Aleksander Sulkiewicz i Kazimierz Pietkiewicz. On to właśnie z Piłsudskim przygotowywał materiały do jednodniówki „Robotnik”.

Bardzo charakterystyczne są uwagi Piłsudskiego o konieczności silniejszego akcentowania aspektów klasowych w „Przedświcie”. Świadczą one o nastrojach w PPS, a rzecz zasługuje tym bardziej na uwagę, że było to przecież już po lipcowym rozłamie w organizacji warszawskiej.

Interesujące jest porównanie owych uwag Piłsudskiego z jego własnymi korespondencjami wysyłanymi do „Przedświtu” w 1893 roku. Otóż poza dwoma tekstami prezentującymi stanowisko PPS (wspomniany już artykuł Stosunek do rewolucjonistów rosyjskich oraz Odezwa do towarzyszy socjalistów Żydów w polskich zabranych prowincjach) wszystkie pozostałe mogłyby się równie dobrze ukazać w pismach wydawanych przez Ligę Narodową. Dotyczyły różnego rodzaju nadużyć administracji rosyjskiej na Litwie, akcji rusyfikacyjnej i prześladowań Polaków. Były całkowicie pozbawione nawet frazeologii socjalistycznej, nie mówiąc już o jakichś próbach analizy klasowej.

W tworzącej się PPS ścierały się dwie tendencje, które zrozumieć można przez analizę politycznego rodowodu organizatorów. Stosując pewne uproszczenia: dzielili się oni na tych, którzy swój klasowy, proletariacki światopogląd uzupełniali zrozumieniem wagi programu niepodległościowego (Strożecki), i tych, którzy swój patriotyzm uzupełniali zrozumieniem funkcjonalności haseł socjalistycznych (Piłsudski, Wojciechowski). Te różne drogi prowadziły do PPS, ale oczywiście nie przesądzały o dalszych losach jej twórców. Działały później nowe czynniki modelujące życiorysy polityczne.

W pierwszej połowie lutego 1894 roku odbył się w Warszawie II Zjazd PPS. Brało w nim udział 9 osób. Zjazd ustalił strukturę partii i wyłonił jej władze. Władzą najwyższą miał być zjazd, zwoływany „mniej więcej co rok”. Uczestniczyć w nim mieli mężowie zaufania partii, którymi zostali, niejako automatycznie, uczestnicy II Zjazdu. Zjazd wybierał Centralny Komitet Robotniczy (CKR), mający prawo wyznaczać nowych mężów zaufania po porozumieniu z „możliwie większą liczbą istniejących już w organizacji mężów zaufania”; miał też prawo zawieszać mężów zaufania do najbliższego zjazdu. Zjazd określał liczbę członków CKR, który mógł jednak, gdyby zaistniała konieczność, uzupełniać swój skład, np. w wypadku aresztowań lub wyjazdu. Zadaniem CKR było kierowanie całokształtem pracy partyjnej, a szczególnie organizowanie Miejscowych Komitetów Robotniczych (MKR) i kierowanie ich pracą. Najniższą komórką partyjną miały być Koła Agitatorów.

Określono też stosunki pomiędzy PPS a ZZSP. Polecono CKR, aby w porozumieniu z ZZSP opracował i ogłosił „artykuł o stosunku do stronnictwa patriotycznego”. Zjazd ponownie podkreślił potrzebę wydawania w kraju pisma robotniczego o charakterze informacyjno-agitacyjnym, jak również polecił przygotowanie broszury o zachowaniu się konspiracyjnym na wolności i w więzieniu oraz broszur przeznaczonych dla określonych środowisk zawodowych.

Zjazd wyłonił CKR w składzie: Jan Strożecki, Juliusz Grabowski, Paulin Klimowicz i, jako przedstawiciel Sekcji Litewskiej, Józef Piłsudski. Zastępcami członków CKR wybrano Wacława Naake-Nakęskiego i Kazimierza Pietkiewicza.

Praktycznie kierownikiem i organizatorem prac PPS był, dopóki nie został aresztowany, Strożecki. Piłsudski miał (przy pomocy Wojciechowskiego i Sulkiewicza) zorganizować drukarnię i rozpocząć wydawanie „Robotnika”.

Nastręczało to niemałych trudności. Przede wszystkim należało znaleźć odpowiednie maszyny drukarskie i przerzucić je do kraju, wyszukać odpowiednie miejsce, gdzie można by w miarę bezpiecznie pismo drukować, zakupić papier i przetransportować go. Co prawda papier można było nabyć w każdym sklepie papierniczym, ale kupowanie w dużych ilościach, a zwłaszcza transportowanie, mogło wzbudzić podejrzenia. Należało też zapewnić pismu odpowiednią ilość tekstów i wreszcie zorganizować ekspedycję wydrukowanych numerów. Było to więc przedsięwzięcie najeżone licznymi przeszkodami.

Maszynę drukarską zakupił Wojciechowski w Londynie i 18 maja 1894 roku wyekspediował do Królewca, skąd przewieziono ją do Lipniszek. Była to niewielka miejscowość na Wileńszczyźnie, położona 12 km od stacji kolejowej Bastuny. Założył tu aptekę Kazimierz Parniewski, który właśnie ukończył studia w Moskwie. Przyjechał do Wilna, gdzie u Dominika Rymkiewicza poznał Piłsudskiego. Ten namówił go na otworzenie apteki w jakiejś niewielkiej miejscowości, by zakamuflować w ten sposób drukarnię. Wybrano Lipniszki. Miało to jednak i swoje złe strony, bowiem w tak małej miejscowości z natury rzeczy konspiracja była trudna, a przede wszystkim mogły zwracać uwagę częste przyjazdy ludzi obcych. W wynajętym przez Parniewskiego domu zamieszkał zecer, Władysław Głowacki.

12 lipca ukazał się pierwszy numer „Robotnika” o objętości 10 stron, formacie 22 cm na 14 cm, w nakładzie 1200 egzemplarzy. Nosił datę: czerwiec 1894 roku, a obok niej widniał napis: Warszawa. Obie te informacje były nieprawdziwe.

W artykule redakcyjnym stwierdzono: „Spełniając obietnicę wyrażoną w jednodniówce, gdzie uzasadniliśmy nasze stanowisko wobec rozwoju pracy [tak w tekście oryginału; chyba błąd, powinno być – prasy – A.G.] robotniczej w Polsce, zakładamy obecnie pismo, którego zadaniem jest obrona interesów klasy robotniczej. Mając na uwadze, że pismo takie, jeżeli nie chce być oderwane od życia, nie może wychodzić za granicą, zakładamy je w kraju. Umieszczać w nim będziemy w jak najdostępniejszej dla szerokiego ogółu formie wszystko, co tylko może interesować i pouczyć robotników, a ma bezpośredni związek ze sprawą robotniczą. Na pierwszym planie informować będziemy czytelników o wszelkich przejawach ruchu robotniczego u nas i w innych krajach; notować będziemy fakty wypływające z nienormalnych stosunków politycznych i społecznych, krytykować każde rozporządzenie rządu skierowane na krzywdę robotnikom, ujawniać wszelkiego rodzaju nadużycia władz administracyjnych, zdzierać maskę obłudy z naszych klas posiadających i obrońców obcego porządku rzeczy, i w ogóle stać zawsze będziemy na straży interesów klasy robotniczej i z tego punktu widzenia oświetlać wszelkie objawy społeczne”.

Nawiązywano dalej w tym artykule do tradycji Pierwszego Proletariatu i wydania przezeń pięciu numerów nielegalnego pisma w kraju. Zgodnie z zapowiedzią zawierał też pierwszy numer „Robotnika” dość obszerną kronikę krajową, przynoszącą informacje z różnych regionów.

Drugi numer ukazał się z datą: lipiec, numer trzeci z datą: sierpień. Następny numer nosił datę 27 października. Ta przerwa spowodowana została wydarzeniami, które na przełomie sierpnia i września dotknęły PPS.

Poprzedziły je aresztowania wynikłe z tzw. „kilińszczyzny”. Otóż 17 kwietnia 1894 roku, w setną rocznicę Insurekcji Warszawskiej, Liga Narodowa zorganizowała manifestację patriotyczną. W warszawskiej katedrze odprawiono nabożeństwo, a następnie jego uczestnicy, w liczbie kilkuset osób, wyruszyli pochodem do domu Kilińskiego. Policja rozproszyła pochód, przeprowadzając masowe aresztowania. Rezultatem demonstracji było zamknięcie redakcji „Głosu” i skazanie na zesłanie głównych działaczy Ligi Narodowej. Zet został rozbity, a Liga przeniosła swój ośrodek dyspozycyjny do Lwowa. Aresztowania dotknęły również część studentów związanych z PPS.

W „kilińszczyźnie” miała bowiem swój udział i PPS (wydała dwie odezwy), a przede wszystkim ci działacze, którzy związani byli z Zetem. Aresztowania nie odbiły się jednak w sposób istotny na organizacji pepeesowskiej.

Uderzyły natomiast w partię aresztowania z końca sierpnia. Na skutek prowokacji 29 sierpnia przeprowadzono aresztowania w środowisku „Głosu”; m.in. uwięziono Józefa Hłaskę i Jana Popławskiego. Pod kluczem znalazł się też związany z tym środowiskiem Grabowski. Śledzący go już od pewnego czasu agenci ustalili, że bywał on często w domu przy ulicy Niecałej 12. W nocy z 29 na 30 sierpnia aresztowano mieszkańców tego domu, wśród nich Strożeckiego, u którego znaleziono wydaną przez PPS broszurę dla murarzy. W tym samym czasie uwięziono Klimowicza (wkrótce zwolniony, wyemigrował do Ameryki) oraz Ludwika Wernychorę, u którego znaleziono drukarnię używaną przez PPS do wydawania odezw.

W tym też czasie wyjechał z zaboru rosyjskiego na Śląsk Naake-Nakęski. W CKR wybranym na II Zjeździe już po pół roku pozostali więc tylko Piłsudski i Pietkiewicz. Aresztowania były tym bardziej dotkliwe, że – przypomnijmy – cała właściwie praca partyjna opierała się dotąd na Strożeckim.

W końcu maja 1894 roku pisał Piłsudski do ZZSP: „Bieda tylko, że nie mamy ludzi na prowincji. Teraz być może uniwersytety dostarczą nowego kontyngensu. Może wypadki z 17 kwietnia też dadzą kilku na prowincję. Tam na gwałt ludzi potrzeba. To zasklepienie się w Warszawie jednej na dobre wyjść nie może. Szczęście, że areszty dotychczas nas omijają, ale jeżeli taki stan (brak ludzi) trwać dalej będzie, ryzykujemy ogromnie, że będziemy pierwszymi i ostatnimi z PPS. Pocieszną jest pochwała, jaką nas obdarzają w Warszawie: »PPS to grupa konspiracyjna, nie można wiedzieć, kto do niej należy, co najwyżej 2–3 można zliczyć«. Nie domyślają się, że w rzeczywistości jest tylko tylu, lecz trzeba przyznać, bardzo energicznych facetów, więc sprawia się wrażenie siły”73.

Odwołano planowany na wrzesień 1894 roku III Zjazd PPS, ale wiadomość o tym dotarła do Londynu już po wyjeździe Wojciechowskiego i Jodki. Dowiedzieli się oni o tej decyzji dopiero na granicy, od Sulkiewicza. Wojciechowski powrócił do Londynu, Jodko postanowił spotkać się z Piłsudskim i działaczami krajowymi.

Witold Jodko-Narkiewicz, starszy o trzy i pół roku od Piłsudskiego, miał już wówczas bogaty życiorys polityczny. Pochodził z bardzo zamożnej rodziny kresowej, co dawało mu niezależność materialną. Jeszcze w gimnazjum zetknął się z ideologią socjalistyczną, a jako student wstąpił do Drugiego Proletariatu. Zagrożony aresztowaniem przeniósł się do Pragi, gdzie ukończył studia prawnicze. Osiadł następnie w Szwajcarii i związał się z grupą Mendelsona. Pisywał artykuły w „Przedświcie” i „Walce Klas”, wyjeżdżał nielegalnie do zaboru pruskiego i rosyjskiego. Był jednym z organizatorów zjazdu paryskiego z 1892 roku, a po odejściu z ZZSP Mendelsona przejął po nim redakcję „Przedświtu”.

Spotykał się więc jesienią 1894 roku z Piłsudskim działacz o dużym wyrobieniu politycznym i organizacyjnym. Jednakże przy tym wszystkim Piłsudski miał nad Jodką niewątpliwą przewagę – w jego rękach po fali aresztowań skupiły się wszystkie nici działalności PPS. Był nie tylko redaktorem „Robotnika”, kierował bowiem całą działalnością PPS. Została ona w dużej mierze sparaliżowana aresztowaniami, ale „Robotnik” wychodził nadal, a kontakty partyjne – choć z trudem – odbudowywano74.

W styczniu 1893 roku Piłsudski spotkał się z Mendelsonem, który wciągnął go do tworzenia PPS, a już w niecałe dwa lata później stał się praktycznie kierownikiem wszelkich poczynań całej PPS. Była to kariera równie szybka, co błyskotliwa. Działając w niekorzystnych warunkach, w tworzącej się nielegalnie organizacji, rozbijanej aresztowaniami albo w najlepszym razie osłabianej na skutek konieczności opuszczenia zaboru rosyjskiego przez jej najaktywniejszych członków, Piłsudski przez ponad siedem lat prowadzić będzie nieprzerwaną pracę partyjną w zaborze rosyjskim. Niezależnie od zdolności organizatorskich Piłsudskiego, od wpływu na ludzi, każdy mijający rok umacniał jego pozycję przywódcy partii.

Planowany kilkutygodniowy wyjazd do Warszawy, dla rozkręcenia działalności PPS, przyszło odłożyć wobec innych konieczności. Przede wszystkim zakrzątnąć się należało wokół spraw finansowych, które przedstawiały się nader krytycznie. W owym czasie PPS czerpała pieniądze z dwóch źródeł: z datków zbieranych od lepiej sytuowanych członków i sympatyków oraz z prowadzonej za pośrednictwem ZZSP akcji wydawniczej na rzecz różnych grup rosyjskich.

Podział na członków i sympatyków wymaga wyjaśnienia. PPS – jak zresztą wszystkie partie robotnicze w tym okresie – stosowała bardzo elastyczne kryteria członkostwa. W artykule redakcyjnym pt. Wyjaśnienie, zamieszczonym w numerze 5. „Robotnika”, opublikowanym z datą 30 listopada 1894 roku, stwierdzono, że członkiem partii jest „każdy podzielający nasze zasady i działający w ich duchu. Do partii nieraz należą ludzie, o których organizacja partyjna może nawet nie wiedzieć; trzeba ich jednak odróżniać od członków organizacji spełniających pewne wyznaczone czynności”. Jest to definicja o tyle charakterystyczna, że do kryteriów członkostwa partii wprowadza element działania, choć może owo działanie odbywać się poza organizacją partyjną. Sympatykami nazywano tych, którzy nie akceptując programu partyjnego, często w ogóle nie interesując się nim, udzielali PPS pomocy bądź finansowej, bądź przechowując bibułę czy ukrywając ludzi.

Najobficiej zasilali w tym czasie kasę PPS studenci polscy studiujący w Petersburgu i na innych uniwersytetach rosyjskich. W cytowanym już liście z pierwszej połowy października 1894 roku informował Piłsudski ZZSP, że jedzie „znowu w dalsze strony [...] do różnych bud starać się o pieniądze i trochę uporządkować stosunki”.

Potwierdza tę wyprawę Piłsudskiego wspomnienie Napoleona Czarnockiego75. Poznał on jesienią 1894 roku w Moskwie Piłsudskiego i Sulkiewicza. Sam Czarnocki miał już pewną przeszłość polityczną, był działaczem Zetu, ale w tym czasie już od Zetu odszedł. Zbliżył się do Piłsudskiego i Sulkiewicza, a nawet wspólnie z Sulkiewiczem zajął się wywiezieniem drukarni „Robotnika” z Lipniszek z domu Parniewskich.

Okazało się to konieczne z powodów dość nieoczekiwanych. Zecer Władysław Głowacki, który nie mając zbyt wiele pracy (jedną stronę „Robotnika” odbijało się w ciągu jednego dnia, czyli produkcja całego numeru zajmowała 10–12 dni, zaś „Robotnik” ukazywał się nie częściej niż raz w miesiącu, a zdarzały się i przerwy dłuższe), ze względów zaś konspiracyjnych nie mogąc opuszczać Lipniszek, może z nudów, a może dlatego, że czuły był na wdzięki kobiece, wdał się we flirt z kucharką Parniewskich. Obiecał jej małżeństwo, co gorsze zaś, ujawnił jej swą rolę. Ta, gdy zorientowała się, że zecer coś do małżeństwa się nie spieszy, zaczęła coraz śmielej napomykać, że wie, co się tu właściwie robi76 . Zdecydowano więc wywieźć drukarnię.

W Lipniszkach został wydrukowany jeszcze numer 6. „Robotnika”, z datą 24 grudnia 1894 roku i zapowiedzią przerwy. Zapowiedziano też wydanie jednodniówki.

Wywiezieniem drukarni zajął się Sulkiewicz wraz z Czarnockim, jako że Piłsudski w tym czasie udał się do Zurychu na I Zjazd ZZSP. Czarnocki był wtedy niedawno po ślubie i wracał po egzaminach w Moskwie na Wileńszczyznę. Dzięki tej korzystnej okoliczności można było po drodze dołączyć do jego bagażu zapakowaną w dwa kosze drukarnię. Dopiero po kilku miesiącach zabrał ją Wojciechowski.

W grudniu Piłsudski wziął udział w zjeździe ZZSP. Była to pierwsza jego wyprawa za granicę. Pisał do Sulkiewicza, że podróż miał szczęśliwą, choć musiał po drodze pożyczyć trochę pieniędzy i miał kłopoty „z różnymi narodami, które gadają kto wie po jakiemu, a nie po polsku”77. Nie ma żadnych relacji o tym, jakie wrażenie wywarło na Piłsudskim zetknięcie się z demokratycznymi krajami zachodniej Europy. Niewątpliwie jednak ta podróż rozszerzyła jego horyzonty. Najważniejsze jednak było to, że w Zurychu zetknął się po raz pierwszy osobiście z czołówką działaczy ZZSP. Znał dotychczas jedynie Stanisława Wojciechowskiego i Witolda Jodkę, teraz poznał Feliksa Perla, Bolesława Jędrzejowskiego, Aleksandra Dębskiego, Zygmunta Balickiego, Stanisława Grabskiego, Romualda Mielczarskiego. To musiało wywrzeć wpływ na kształtowanie się osobowości Piłsudskiego.

Jakie były jego ówczesne poglądy, jak rozumiał on program PPS, w jakim kierunku sterował partią? Stosunkowo najłatwiej odpowiedzieć na trzecie pytanie. Ale odpowiedź ta nie będzie pełna bez chociażby próby odpowiedzi na dwa pierwsze. Trudność podstawowa polega na tym, że dysponujemy jedynie materiałem niejako oficjalnym – artykułami Piłsudskiego. Również listy do ZZSP mają mimo wszystko ten charakter. W korespondencjach do „Przedświtu”, w artykułach w „Robotniku” Piłsudski nie tylko prezentuje swoje osobiste poglądy, ale także występuje jako działacz partii. Niemniej jednak wydaje się, że można zarysować cechy generalne jego sylwetki politycznej.

W jednodniówce, której wydanie zapowiedziano w ostatnim drukowanym w Lipniszkach numerze „Robotnika”, zamieszczony został obszerny artykuł Piłsudskiego zatytułowany Rosja. Zaczyna się on od stwierdzenia, że największym „wrogiem polskiej klasy robotniczej jest carat rosyjski”. Musi więc „z czasem pomiędzy polską klasą robotniczą a caratem przyjść do ostatecznej walki, do walki nie na życie, a na śmierć”. Należy się do niej przygotować, „wiedzieć, jakich carat ma przeciwników, którym moglibyśmy podać rękę dla wspólnej z nim walki. Jednego z tych przeciwników znamy dobrze, jest nim międzynarodowy ruch robotniczy, którego odłam stanowimy i który w osobie najwybitniejszych swych przedstawicieli, że przypomnimy imiona Marksa, Engelsa, Liebknechta, Bebla, Guesde’a, wcale niedwuznacznie w tym względzie się wypowiedział”.

Dalej omawia Piłsudski stosunek poszczególnych klas społeczeństwa rosyjskiego do caratu. Zaczyna od chłopstwa i stwierdza, że wprawdzie w jego interesie leży obalenie caratu, ale „brak świadomości tej klasy, ciemnota jej i niewolnicze poglądy – skutki historii i obecnych form ekonomicznych Rosji – nie tylko uniemożebniają wrogie względem caratu wystąpienia chłopów, lecz stwarzają z nich opokę, na której carat jest zbudowany”.

Rosyjska klasa robotnicza – zdaniem Piłsudskiego – jest jeszcze zbyt słaba i nieświadoma swych zadań („Kapitalizm w Rosji jest w tym okresie swego rozwoju, gdy nie napotyka jeszcze oporu w klasie robotniczej, którą do życia powołał”). Piłsudski kładzie nacisk na chłopski charakter rosyjskiego proletariatu i stwierdza: „... teraz łudzić się nie możemy i musimy uznać, że wytworzenie silnej partii robotniczej przy obecnych warunkach ekonomicznych i politycznych w Rosji jest niemożliwym i na długo takim pozostanie”.

Analizuje następnie położenie szlachty i burżuazji w Rosji. O szlachcie powiada, że „jest to klasa skazana na zniknięcie i na szalach losu zaważyć nie może”. Podkreśla uprzywilejowanie ekonomiczne burżuazji, wskazując jednocześnie na jej dążność do odegrania roli politycznej, ale liberalną opozycję burżuazyjną znamionuje słabość i bojaźliwość.

Rozważania te prowadzą ich autora do dwóch wniosków. Po pierwsze, „ruch rewolucyjny w Rosji nie był nigdy masowym, opierał się on zawsze na jednostkach tylko”. I w najbliższej przyszłości nic się nie zmieni, jako że rozwój kapitalizmu odbywa się bardzo powoli. Ale – jak powiada Piłsudski, wyciągając wniosek drugi – „na szczęście w skład państwa rosyjskiego oprócz Rosji właściwej wchodzą i inne, przemocą ujarzmione i łańcuchem niewoli przykute do caratu, kraje. Ludność tych krajów – Polacy, Litwini, Łotysze, Rusini – zalega obszary dawniej do Rzeczypospolitej należące”. Te tereny mają inną tradycję historyczną, znajdują się na innym etapie rozwoju ekonomicznego, a prześladowania narodowościowe i religijne wzbudzają nienawiść ku obcym stosunkom politycznym. Dlatego też – reasumuje Piłsudski – „wszystkie te warunki każą przypuszczać, że stąd właśnie wyjdzie siła, która w proch zetrze potęgę caratu. Rosyjski zaś ruch rewolucyjny może odegrać w tej walce tylko rolę pomocniczą”.

Tak obszerne streszczenie tego artykułu wydaje się konieczne dla przedstawienia koncepcji politycznej Piłsudskiego. Stosunek do rosyjskiego ruchu rewolucyjnego, ocena jego możliwości i perspektyw były węzłowymi problemami polskiego ruchu robotniczego. Marks i Engels wielokrotnie podkreślali, że Rosja carska stanowi czołową siłę kontrrewolucyjną w Europie i że działania mające na celu obalenie lub osłabienie caratu, w tym narodowe powstanie polskie, są czynem rewolucyjnym. Marks w przemówieniu wygłoszonym 22 stycznia 1867 roku stwierdzał: „Pozostaje więc dla Europy tylko jedno z dwojga do wyboru. Albo azjatyckie barbarzyństwo pod wodzą Moskali spadnie na jej głowę jak lawina, albo musi odbudować Polskę, odgradzając się tym sposobem od Azji dwudziestoma milionami bohaterów i zyskując wolne chwile do dokonania swego społecznego przeobrażenia”78. Jeszcze w 1890 roku Engels w artykule Polityka zagraniczna caratu podtrzymywał opinię o szczególnej, kontrrewolucyjnej roli Rosji79.

Jednakże w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, szczególnie w drugiej ich połowie, sytuacja zaczęła się zmieniać. Rozwój kapitalizmu w Rosji, przy wszystkich zahamowaniach i niekonsekwencjach, rodził coraz silniejsze zagrożenie wewnętrzne caratu, stwarzał w Rosji siły zdolne do obalenia go. Gdy Piłsudski pisał swój artykuł o Rosji, były to możliwości zaledwie potencjalne, stanowiące dopiero perspektywę, choć – co godne podkreślenia – już dostrzeganą przez rewolucjonistów polskich. Jeszcze wówczas rosyjski ruch robotniczy znajdował się w stadium embrionalnym, ale już najbliższe lata przynieść tu miały zmiany zasadnicze. W miarę rozwoju rosyjskiego ruchu robotniczego sprawa polska tracić będzie to szczególne znaczenie, które przydawali jej twórcy socjalizmu naukowego. Jedynie zaś realną drogą do urzeczywistnienia klasowych i narodowych celów proletariatu polskiego stanie się najściślejsze współdziałanie z rosyjskim ruchem rewolucyjnym.

Dla Piłsudskiego jednak analiza przeprowadzona w 1895 roku pozostanie niezmienną dyrektywą działania. Logiczną tego konsekwencją było przyjęcie założenia, że celem działania jest przygotowanie ludowego powstania, które stworzy niepodległą i demokratyczną Polskę. W niej dopiero klasa robotnicza będzie mogła podjąć walkę o realizację ustroju socjalistycznego. Miało to daleko idące implikacje. Przede wszystkim określało stosunek do innych warstw i klas społecznych. Problem sojuszników przesuwał się niejako automatycznie z płaszczyzny klasowej na płaszczyznę narodową. Upraszczając, można rzec, iż dopuszczalne były sojusze i kompromisy z wszystkimi, którzy z jakichkolwiek powodów występowali przeciwko caratowi. W walce z polskimi klasami posiadającymi prowadzonej na łamach „Robotnika” i „Przedświtu” pepeesowcy wysuwali na plan pierwszy lojalizm i zdradę interesów narodowych właścicieli ziemskich i burżuazji.

Koncepcja ludowego powstania antyrosyjskiego znajdowała zaplecze w tradycji romantycznej, która kształtowała młodzieńcze poglądy Piłsudskiego. Mesjanistyczne przekonanie o szczególnej roli narodu polskiego w swoisty sposób przemieniało się w wiarę w szczególną rolę polskiej klasy robotniczej w obaleniu caratu.

Klasa robotnicza miała być tą siłą, która wywalczy dla Polski niepodległość. Dlatego też mimo odkładania na później realizacji jej klasowych celów konieczne przecież było równoczesne prowadzenie walki o jej bieżące interesy – o zmniejszenie wyzysku, o poprawę warunków pracy i bytu, o osiągnięcie tych zdobyczy, które osiągano już na Zachodzie bez zmian zasad ustrojowych. Tym przede wszystkim różniła się w latach dziewięćdziesiątych PPS od Ligi Narodowej. Wówczas zresztą różnice nie były jeszcze zarysowane zbyt wyraźnie. Dopiero dalszy bieg wydarzeń – wzrost świadomości klasy robotniczej, wzrost poczucia zagrożenia wśród mieszczaństwa i klas posiadających – doprowadzi do polaryzacji. Pogłębią ją różnice orientacyjne wobec perspektyw wojny między zaborcami.

Istniała konieczność określenia stosunku PPS do Ligi Narodowej. Jedną z uchwał II Zjazdu PPS został do tego zobowiązany CKR w porozumieniu z ZZSP. Wspomniany już artykuł redakcyjny pt. Wyjaśnienie stwierdzał, że są tacy, co uważają się za socjalistów, ale nie popierają „utarczek z fabrykantami”, a jedynie zajmują się rozpowszechnianiem wydawnictw patriotycznych „z odcieniem socjalistycznym”. Nie można ich uważać za socjalistów, bowiem PPS „jest przede wszystkim partią robotniczą, dążenia i żądania jej są wyrazem interesów klasy robotniczej; prowadzi ona walkę klasową z kapitalistami, zaprawia do niej i organizuje masy. Żąda ona niepodległości politycznej, bo tego wymaga interes klasowy robotników nie tylko polskich, lecz i robotników innych krajów, którzy przez swych przedstawicieli: Engelsa, Liebknechta, Plechanowa – z całego serca przyklasnęli naszym dążeniom w tym kierunku. Zdobyć zaś niepodległość zamierza przez i dla klasy robotniczej drogą uświadomienia masy robotniczej. Dlatego też każde usiłowanie w tym kierunku, chociażby nawet z pominięciem haseł politycznych, każde starcie robotników z fabrykantami uznajemy za fakt donioślejszy o wiele dla sprawy przyszłej wolności od najgłośniejszego krzykactwa patriotycznego i gotowiśmy nieść pomoc bez względu na to, kto tę robotę prowadzi. Z tego więc wynika, że za członków partii naszej uważać można tylko tych, którzy dążą do niezależności politycznej dla klasy robotniczej drogą klasowego jej uświadomienia, stroniący zaś od utarczek klasowych do partii należeć nie mogą i są samozwańcami”.

Artykuł redakcyjny konstatował dalej, że wielu marzy o niepodległości, lecz „wszyscy ci patrioci nie stoją na klasowym stanowisku proletariatu, nie chcą spostrzegać rażących sprzeczności istniejących w społeczeństwie klasowym. Wszyscy oni wzywają do jedności narodowej, nie do walki klasowej. Różnica więc między nami a patriotami jest wyraźną”.

Sprawa ta znajdzie jeszcze wielokrotnie odbicie w materiałach programowych. W jednej z uchwał III Zjazdu PPS uznano za konieczne oficjalne wypowiedzenie się partii w kwestii jej stosunku do Ligi Narodowej80, podjęto też na tym Zjeździe uchwałę, że członek PPS nie może należeć do żadnej innej tajnej organizacji politycznej. W numerze 11. „Robotnika” z 30 listopada 1895 roku, omawiając tę uchwałę, pisano: „Tymczasem u nas pod tym względem istnieje wśród inteligencji niezmierny chaos, spowodowany różnymi swojskimi teoryjkami i bezkrytycznym popieraniem wszelkiej pracy nielegalnej. Jeszcze do niedawna można było spotkać takie osobistości, które zbierając dziesięciogroszowe składki na gimnazjum w Cieszynie (robi to teraz i »Kraj« petersburski, tylko jawnie) lub też na skarb narodowy zostający pod opieką pp. Miłkowskich, Lewakowskich itp., przybranych liberałów polskich – jednocześnie zapewniały, że są socjalistami!”.

Stwierdzano, że PPS ma sprzymierzeńców wśród inteligencji, ale „wśród pożądanych sprzymierzeńców i kąkol patriotyczny. Mamy tu na myśli tych patriotów, co nie przestając należeć do swych niedołężnych organizacji, jedynie pod wrażeniem szybkiego wzrostu ruchu socjalistycznego i jego żywotności zapisują się na członków PPS, nie mając z nią nic wspólnego”81.

Powróćmy jednak na razie do działań organizacyjnych Piłsudskiego. Po rozgromieniu CKR sierpniowymi aresztowaniami 1894 roku ciężar prac organizacyjnych spadł na Piłsudskiego i Pietkiewicza. Wkrótce do CKR dokooptowano Ludwika Kulczyckiego. Miał on wówczas lat 28 i od ośmiu lat działał w ruchu „robotniczym. Był jednym z założycieli Drugiego Proletariatu i dość znanym już w kręgach socjalistycznych publicystą. Interesował się socjologią i historią. Jako zwolennik walki o ustrój konstytucyjny w Rosji, lansował wprowadzenie tego hasła do programu PPS.

20 marca 1895 roku przyjechał do Wilna Wojciechowski. Tym razem już nie jako emisariusz ZZSP, ale w celu podjęcia stałej działalności w zaborze rosyjskim. Wojciechowski wyuczył się na emigracji zecerki i oprócz innych zadań miał składać „Robotnika”. Ukrywając się pod nazwiskiem Kazimierz Paszkiewicz, wynajął mieszkanie na przedmieściu Wilna i tam ulokowana została drukarnia. Zachowano najściślejszą konspirację – adres drukarni znali jedynie Piłsudski i Sulkiewicz.

W swoich wspomnieniach Wojciechowski podał garść szczegółów o wydawaniu „Robotnika”: „Papier kupowałem częściami w miejscowych sklepach materiałów piśmiennych. Na 12-stronicowy numer »Robotnika« przy nakładzie 1300 egzemplarzy potrzebowałem 9 ryz formatu kancelaryjnego. Arkusze były nieco za długie dla maszyny: obcinanie ich zwykłym nożem trwało dość długo, na palcach występowały bolesne bąble. Pracę zaczynałem o 9 rano, po wyjściu Michałowej [służąca – A.G.], a kończyć musiałem przed zapaleniem lampy, dlatego druk 12-stronicowego numeru trwał prawie 2 tygodnie. Zwykle zaczynałem od środkowego arkusza, od piątej stronicy. W tym czasie Piłsudski jeździł do Warszawy po ostatnie wiadomości do Kroniki krajowej, umawiał się o datę dostarczenia numeru i po powrocie pomagał mi w jego dokończeniu. Do Piłsudskiego należało pisanie wstępnych artykułów i odbijanie złożonego tekstu, jeżeli zajęty byłem składaniem. Maszyna zajmowała niewiele miejsca: łokieć wysokości i szerokości, półtora długości; waga 100 kg. Mogłem ją sam wysuwać z szafy na czas odbijania. Ramiona, po których toczyły się kółka wałków i palec obracający talerz z farbą, okleiłem skórą, tak że przy odbijaniu słychać było tylko szelest nakładanych arkuszy. Co 50 egzemplarzy smarowało się talerz farbą drukarską, sprowadzaną z zagranicy przez Sulkiewicza. Przy moim wzroście najwięcej męczyło nachylanie się i naciskanie rączki maszyny przy każdym egzemplarzu. Po złożeniu arkuszy i zapakowaniu do walizek w paczkach po 50 egzemplarzy odzyskiwaliśmy swobodę ruchów. Zwykle ja odwoziłem »Robotnika« do Warszawy i na prowincję, Piłsudski do kół młodzieży w uniwersytetach, skąd otrzymywaliśmy najwięcej pomocy finansowej”82.

Pierwszy numer wydany w wileńskiej drukarni (numer 7.) nosił datę 7 czerwca 1895 roku. Poprzedził on trzy tygodnie III Zjazd PPS, który odbył się 29 czerwca w Ponarach pod Wilnem. Planowano ten zjazd jeszcze na jesień 1894 roku, ale rozbicie CKR przez aresztowania spowodowało przesunięcie terminu początkowo na styczeń, a ostatecznie na koniec czerwca.

W sprawozdaniu CKR podkreślano duże osiągnięcia propagandowe PPS, ale jednocześnie bardzo krytycznie oceniano działalność organizacyjną: „Przyznać musimy, że organizacyjnie stoimy marnie, tak marnie, że o żadnej walce myśleć nie możemy, dopóki nie poprawimy stanu organizacji, dopóki nie usuniemy sprzed oczu perspektywy śmierci naturalnej PPS. Grunt dla stworzenia potężnej organizacji jest bez wątpienia przygotowany przez poprzednią działalność, a niech nas zachęci do takiej wydatnej pracy myśl, że żeby nie stracić tego wpływu, jaki mamy w całym państwie rosyjskim, iść trzeba naprzód i przystąpić wreszcie do czynnej walki z rządem”83.

Wielokrotnie powracał w ówczesnej korespondencji kierowniczych działaczy PPS problem organizacyjnej słabości partii. Nie dysponujemy żadnymi danymi dotyczącymi jej liczebności. Jednakże nie ulega chyba wątpliwości, że w połowie lat dziewięćdziesiątych były to liczby nader skromne. Przy najbardziej optymistycznych szacunkach (a kwestia jest dość skomplikowana przez nieprecyzyjne określanie członkostwa) nie wydaje się, aby przekraczały one kilka dziesiątków. Oczywiście tych, którzy znajdowali się w orbicie wpływów PPS, było bez porównania więcej. Dla współczesnych, w znacznie wyższym stopniu niż dla historyka, były to w warunkach konspiracyjnych wielkości niesprawdzalne. Nieduża, lecz dobrze zorganizowana grupa ludzi czynić mogła łatwo wrażenie silnej, potężnej organizacji. Tym bardziej jeśli zdołano zachować ciągłość działań, jak chociażby przy wydawaniu „Robotnika”. I dlatego nie ulega wątpliwości, że zarówno „Robotnik”, jak również dobrze zorganizowana akcja kolportażu wydawnictw emigracyjnych dawały PPS olbrzymi kapitał polityczny – stwarzały przekonanie o jej sile, którego właściwie nie można było zweryfikować.

Niemniej wszakże konieczność rozbudowywania działalności organizacyjnej PPS istniała. Nie mogła zbyt długo trwać taka sytuacja, aby partia prowadziła właściwie jedynie akcję wydawniczą. Choćby dlatego, że zaagitowani przez owe wydawnictwa robotnicy musieli mieć możność odnalezienia organizacji partyjnej. Ale działalność organizacyjna była o wiele trudniejsza od wydawniczej czy kolportażowej. Te wymagały kilku, najwyżej kilkunastu ludzi (nie licząc oczywiście zaplecza emigracyjnego), gdy tymczasem do rozbudowy sieci organizacyjnej PPS potrzeba było o wiele więcej ludzi. I to odpowiednio przygotowanych.

Na III Zjeździe podjęto uchwałę o stworzeniu Koła Agitatorów. Miało ono skupiać tych, którzy zajmować się mieli bezpośrednią pracą agitacyjną i organizatorską. Ponadto jedna z uchwał w sprawie taktyki partii zobowiązywała członków, aby przestrzegali „zasady, że rozwój siły ruchu socjalistycznego u nas jest ściśle z rozwojem sił PPS związany, i nie rozpraszali swej działalności na sprawy dla partii postronne, chociażby i z pewnych względów pożyteczne, a wszystkie swe siły skierowali ku spotęgowaniu rozwoju PPS”84.

Zasługuje na uwagę uchwała Zjazdu w sprawie stosunku do innych narodowości w państwie rosyjskim. Stwierdzano w niej, że PPS powinna dążyć do rozbudzenia separatyzmów narodowościowych w Rosji, jako istotnego elementu osłabiającego carat, że powinna „wykazywać stale konieczność obalenia caratu na drodze współdziałania podbitych przezeń narodowości”.

Zjazd ustalił, że CKR składać się będzie z trzech członków i sam będzie powoływać zastępców. W czasie wyborów do CKR doszło do pewnego incydentu. Otóż głosowano bez uprzedniego wysuwania kandydatur, po prostu każdy pisał na kartce nazwiska, a następnie obliczano, kto otrzymał najwięcej głosów. W ten sposób wybrano Kulczyckiego, Piłsudskiego i Wojciechowskiego. Ten ostatni jednak oświadczył, że wyboru nie przyjmuje, z powodu konfliktu wokół artykułu Jodki pt. Etapy, zamieszczonego w „Przedświcie”. Dotyczył on stosunku do haseł częściowych, a przede wszystkim do problemu walki o ustrój konstytucyjny w Rosji. Gdy numer „Przedświtu” dotarł do Warszawy, miejscowi działacze PPS, nie zgadzając się z napisanym przez Jodkę artykułem, wycięli go z numeru „Przedświtu”. Podniósł to na Zjeździe Wojciechowski, proponując uchwałę potępiającą usuwanie fragmentów z kolportowanych wydawnictw i ustalającą, że o rozpowszechnianiu wydawnictwa decyduje tylko CKR. Druga część uchwały została przyjęta, pierwszą – odrzucono. Wojciechowski potraktował to jako wotum nieufności i nie przyjął wyboru. Zamiast niego wybrano Sulkiewicza85.

Piłsudski oceniał Zjazd pozytywnie. 9 lipca pisał do ZZSP: „Dobrze, żeśmy go wreszcie odbyli. Pierwsze wrażenie z niego to, że nas bardzo mało, są nadzieje na powiększenie liczby po wakacjach, ale to przyszłość. Teraz nas zbyt mało! [...] Drugie wrażenie ze Zjazdu, że życie nasze organizacyjne na lepszą wychodzi drogę, że zaczynamy sobie szersze stawiać zadania, zaczynamy czuć swe siły i odzwyczajamy się od panujących do niedawna wśród nas ograniczonych ramek strajku i polepszenia płacy robotniczej. Oprócz tego oczekiwać należy więcej karności organizacyjnej. Być może, że jest to skutkiem tego, że większość facetów teraz jest nowych, którzy nie należeli do pierwszej generacji PPS, a więc już przejętych pewną czcią przed pracą już dokonaną. Były rozumie się i nieprzyjemne strony, ale nie od razu Kraków zbudowano”86.

Wkrótce po Zjeździe, we wrześniu, aresztowano Kulczyckiego. Znaleziono u niego „bibułę”. Zapytany, od kogo ją otrzymał, Kulczycki zeznał, że od Piłsudskiego. Sprawa ta miała później, po ucieczce Kulczyckiego w 1899 roku z zesłania, swoje znaczenie.

Po aresztowaniu Kulczyckiego dokooptowano do CKR Wojciechowskiego. Wspomina on, że podział pracy w CKR przedstawiał się następująco: „Piłsudski – centralna kasa, stosunki z Rosjanami, innymi narodowościami i kołami studenckimi w Rosji; Sulkiewicz – stosunki z Londynem, transport wydawnictw i dyrygowanie, kogo przysłać mu do pomocy; ja – stosunki z komitetami robotniczymi i kołami agitatorów, prócz Wilna. Sprawy nieprzewidziane w tym podziale i sporne rozstrzygaliśmy wspólnie albo zasięgaliśmy zdania mężów zaufania; różnicę charakterów i poglądów łagodziło całkowite oddanie się pracy, które nie sprzyjało rozwojowi jakiegokolwiek egotyzmu”87.

Również Piłsudski w listach z tego okresu pisze o Wojciechowskim serdecznie i z sympatią. Po aresztowaniu Kulczyckiego i dokooptowaniu Wojciechowskiego CKR był całkowicie jednolity politycznie, a równocześnie łączyły tych trzech ludzi więzy osobistej przyjaźni. Z natury rzeczy Sulkiewicz, jako urzędnik państwowy, nie mógł brać zbyt czynnego udziału w bieżących pracach CKR. Dojazdy z Taurogów do Wilna były dość skomplikowane. Wojciechowski musiał poświęcać stosunkowo dużo czasu drukowaniu „Robotnika”, w tym więc układzie Piłsudski stawał się najbardziej aktywnym członkiem CKR.

Aby odciążyć Wojciechowskiego od prac technicznych przy wydawaniu „Robotnika”, rozważano projekty sprowadzenia z emigracji jeszcze kogoś na stałe do zaboru rosyjskiego, a nawet przeniesienia na jakiś czas „Robotnika” za granicę. W liście z 27 maja 1896 roku do przebywającego wtedy w Londynie Piłsudskiego pisał Wojciechowski, że albo pozostawi się wszystko bez zmian, czyli „Robotnik” będzie się dalej ukazywać, bibuła będzie się coraz szerzej rozchodzić, kontakty także będą się rozszerzać, a organizacja pozostanie tym, czym jest – to znaczy grupą niezdolną do wywołania jakiejkolwiek akcji poważniejszej, a w wielu przypadkach wprost bezsilną, albo należy przenieść na jakieś sześć miesięcy „Robotnika” do Londynu i zająć się pracą organizacyjną.

Piłsudski był zdecydowanie przeciwny koncepcji przeniesienia „Robotnika”. Uważał natomiast, że trzeba stworzyć warunki, by Wojciechowski mógł w większym stopniu zająć się działalnością organizacyjną. Proponował więc ściągnięcie Zbigniewa Woszczyńskiego jako zecera, albo Ignacego Mościckiego, któremu – jak pisał – „się oczy paliły, gdym mówił, żeśmy kiedyś mówili między sobą o nim. Jednego bachora oddają oni [Mościccy – A.G.] do rodziny, zostaliby więc z jednym tylko, facet wypróbowany i pewny, staranny i pracowity, słowem: byłoby wszystko w porządku”88.

Planu sprowadzenia Mościckiego nie udało się zrealizować z powodów finansowych: utrzymywanie trzyosobowej rodziny przekraczało możliwości PPS. Z trudem pokrywano wydatki na utrzymanie Wojciechowskiego i Piłsudskiego. Kupienie ubrania, palta czy butów było problemem. Obaj konspirowali oczywiście przed rodzinami swój pobyt w zaborze rosyjskim, wysyłając – za pośrednictwem ZZSP – listy z zagranicy do rodzin. Musiał mieć jednak Piłsudski i osobisty kontakt z ojcem, skoro wyjeżdżając do Anglii, zaopatrzony został przezeń w próbki wędlin, które stary Piłsudski chciał wprowadzić na angielski rynek. I ten pomysł gospodarczy okazał się jednak niewypałem. Kontakty z ojcem, aż do jego śmierci (zmarł 2 kwietnia 1902 roku w Petersburgu), były rzadkie, bo zawsze stwarzały możliwość dekonspiracji.

W marcu 1896 roku Piłsudski wyjechał do Londynu, by zorganizować druk kilku broszur. Pobyt jego przedłużył się, ponieważ pozostał na londyńskim kongresie II Międzynarodówki, tak że zatrzymawszy się jeszcze w Krakowie i Lwowie, wrócił do zaboru rosyjskiego dopiero 16 września. Przez te pół roku Wojciechowski był właściwie jedynym urzędującym członkiem CKR, a ponadto wydał trzy numery „Robotnika”. Nic więc dziwnego, że zgłaszał projekty przeniesienia pisma do Londynu.

Jeszcze przed wyjazdem Piłsudskiego do Anglii ukazała się w 13. numerze „Robotnika” z datą 9 lutego 1896 roku Deklaracja Zarządu Socjaldemokracji Królestwa Polskiego uchwalona 6 stycznia: „Niniejszym oświadczamy, że po porozumieniu się z całą naszą organizacją w kraju postanowiliśmy połączyć się z Polską Partią Socjalistyczną. Wobec tego od dnia dzisiejszego przestajemy występować jako oddzielna organizacja SDKP i nadal działać będziemy w ramach jednej organizacji PPS i według jej programu”. Podpisany pod oświadczeniem Zarząd SDKP reprezentował właściwie tylko organizację w Zagłębiu Dąbrowskim, jako że inne zostały rozbite aresztowaniami. Niemniej wszakże na ponad cztery lata PPS pozostała jedyną partią robotniczą w zaborze rosyjskim.

Nadal główny nacisk kładziono na działalność wydawniczą i kolportażową. W maju 1897 roku ukazał się pierwszy numer nielegalnego „Górnika”, redagowanego przez Tytusa Filipowicza. Do 1900 roku wydano 10 numerów. Od kwietnia 1898 roku zaczął wychodzić kwartalnik popularnonaukowy „Światło”, redagowany przez Bolesława Jędrzejowskiego. Do 1900 roku wydano 7 numerów. „Światło” drukowano w Londynie, podobnie jak „Przedświt”, który ukazywał się co miesiąc. W 1899 roku łączna liczba druków krajowych i przerzucanych przez granicę zbliżała się do 100 tysięcy egzemplarzy. Trudno oczywiście ustalić liczbę czytelników. Wydawnictwa periodyczne, takie jak „Robotnik”, „Światło” czy „Łodzianin”, dostarczano na ogół określonym odbiorcom. Podobnie broszury. Natomiast odezwy miały z reguły szerszy i bardziej przypadkowy zasięg. Część egzemplarzy była przez odbiorców niszczona, część jednak krążyła z rąk do rąk. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że w ciągu roku 30–40 tysięcy ludzi stykało się z wydawnictwami PPS. Niezależnie od oddziaływania treści tych druków, sam rozmiar akcji wydawniczej i kolportażowej umacniał przekonanie o sile i masowości partii. Legenda PPS stawała się faktem społecznym, funkcjonującym w pewnym sensie niezależnie od rzeczywistych możliwości organizacyjnych partii.

Dość szczegółowe – w miarę możliwości – przedstawienie dziejów PPS w pierwszych kilku latach jej istnienia wydawało się konieczne do ukazania kariery politycznej towarzysza „Wiktora”, który już tylko dla najbliższych współpracowników pozostał Ziukiem. Oczywiście, była to kariera zagrożona w każdej chwili aresztowaniem, więzieniem i Syberią, ale dawała jasno wytyczony cel i coraz większy autorytet, zarówno w elicie partyjnej, czyli właściwie w całej partii, bo wciąż PPS była przecież partią elitarną, jak i w dość szerokich kręgach pozostających poza partią – przede wszystkim, lecz nie tylko, wśród inteligencji. Ze względów konspiracyjnych musiał to być, i był, autorytet anonimowy. Piłsudski jednak nie zaliczał się do tych, którym zależało na poklasku tłumów, zawsze przedkładał rzeczywistą władzę ponad zewnętrzne jej atrybuty, a w PPS miał coraz szerszy zakres władzy.

Od czasu gdy powrócił z syberyjskiego zesłania i zorientował się, że nie ma dlań miejsca i perspektyw, minęło zaledwie kilka lat. Były to lata, jak żadne inne chyba w życiorysie Piłsudskiego, wypełnione działaniem, codzienną, uciążliwą pracą. Redagowanie i drukowanie „Robotnika”, pisanie odezw i artykułów, korespondencja z ZZSP, ciągłe rozjazdy dla zdobycia pieniędzy i kontaktów organizacyjnych – wszystko to wymagało niemałej energii. Gdy czyta się syberyjskie listy Piłsudskiego, w których jawi się obraz młodzieńca leniwego i pozbawionego wewnętrznej dyscypliny, trudno uwierzyć, że w kilka lat później był on zdolny do takiej pracy.

Józef Dąbrowski, znany pod pseudonimem „Grabiec” działacz pepeesowski z przełomu wieków, tak opisywał Piłsudskiego: „Tow. Wiktor, dla bliższych znajomych – Ziuk, a dla najbliższych, zwłaszcza zaś dla towarzyszek – oczywiście zaocznie – Ziuczek, był wtedy trzydziestoletnim, bardzo przystojnym i zawsze starannie ubranym mężczyzną. Wzrost – więcej niż średni, sylwetka lekko pochylona, gęsta, ciemna, ostrzyżona średnio na jeża i odporna wszelkim usiłowaniom grzebieniowym czupryna, twarz okolona gęstą, w różny sposób, przeważnie jednak na tępy szpic, strzyżoną brodą, duży, nastroszony wąs, wysunięte naprzód i wciąż jakby dmuchające wargi – to jego ówczesny portret. Przy pierwszym spotkaniu Wiktor sprawiał niezwykle sympatyczne wrażenie. Przede wszystkim uderzały jego oczy. Rozumne i zarazem pogodne, patrzyły one spod gęstych, zrośniętych, dziś już historycznych brwi, osadzone głęboko i badające świat, jak gdyby z ukrycia. Mówił Wiktor apodyktycznie i z wielką pewnością siebie i swego zdania. Celował przy tym doborem szlagwortów, bardzo obrazowych i jędrnych. Styl miał ładny i często wytworny; w prywatnych zaś pogawędkach jego serdeczny uśmiech, jakim co chwila wybuchał, dowcipy, specjalny ich, gęsto przetykany rosyjskimi charakterystycznymi wyrażeniami język, a przy tym proste ujmowanie każdej sprawy, usposobiały doń bardzo mile. Zawsze też w swojej bajecznej karierze politycznej, a więc i wtedy, miał on fanatycznych wielbicieli, którzy daliby się za niego porąbać, myśleli jego myślami, szli za nim wszędzie, wierzyli weń ślepo i tylko jego słuchali”89.

Czy istotnie już wówczas, w latach dziewięćdziesiątych, miał – jak chce tego „Grabiec” – owych fanatycznych wielbicieli? Sulkiewicza – tak, ale już na pewno nie należał do nich Wojciechowski, a jeszcze chyba wtedy nie zaliczali się do nich ani Jodko, ani Jędrzejowski. Byli to wszystko działacze z dłuższymi niż Piłsudski życiorysami politycznymi i w tym okresie był dla nich partnerem, a nie przywódcą. Prędzej już dla owych studentów Petersburga czy Moskwy, do których przyjeżdżał po pieniądze dla partii – ci widzieli w nim postać owianą już nimbem pepeesowskiej legendy.

Chyba nawet nie był jeszcze przytłaczającym autorytetem dla młodszego odeń o trzy lata Leona Wasilewskiego, który w połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczynał swą działalność polityczną.

Natomiast mógł już imponować tym, którzy zbierali się w mieszkaniu Gintry (Gertrudy Paszkowskiej), szefującej kolportażowi znakomitej organizatorki łączności partyjnej. A bywali u Gintry i Stefan Żeromski, i Gustaw Daniłowski, i Wacław Sieroszewski, i inni przedstawiciele intelektualnej elity warszawskiej. To działo się zresztą trochę później, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy centrum życia pepeesowskiego przeniosło się z Wilna do Warszawy.

Mówcą Piłsudski nie był. Nie miał za grosz daru porywania słuchaczy jasną konstrukcją, narastającą dramaturgią przemówienia. Przeciwnie, wysławiał się zawile i mało komunikatywnie. O wiele lepiej pisał. Gdy czyta się obfitą korespondencję z tego okresu i konfrontuje ją z listami z Syberii, uderza bez porównania większa swoboda pisarska. Listy syberyjskie są nieporadne, roi się w nich od rusycyzmów i gramatycznych potworków – listy do ZZSP cechuje styl dobry, swobodny; coraz częściej pojawiają się w nich literackie metafory. Celowo przywołujemy tu na dowód listy, a nie pisane wówczas artykuły, bowiem listy są dzięki swej spontaniczności o wiele bardziej autentyczne.

Musiał Piłsudski w tym czasie dość dużo czytać. Poczynają się bowiem pojawiać w listach aluzje literackie, cytaty z wybitnych dzieł. Przypomina sobie niekiedy szkolną łacinę, używa powiedzeń niemieckich i francuskich, no i oczywiście rosyjskich.

Jednakże przy tym wszystkim, przy owych umiejętnościach pisarskich, nie był teoretykiem, ideologiem partii. Interesowały go problemy wyłącznie w ich doraźnym, agitacyjnym walorze. Nie ma najmniejszych śladów, by próbował intelektualnie pogłębić przyjętą ideologię. Do ostrych kontrowersji ideologicznych w ówczesnym europejskim ruchu robotniczym odnosił się całkowicie obojętnie, a oceniał działaczy i partie właściwie wyłącznie przez pryzmat ich postawy wobec kwestii niepodległości Polski lub możliwości wykorzystania ich do tej sprawy.

Może najbardziej charakterystyczny jest tu stosunek do antycarskich ugrupowań rosyjskich. Wykładając w jednym z listów do ZZSP swoje poglądy w tej materii, pisał: „W ogóle w stosunkach międzynarodowych w Rosji, którym ja, zdaje się, większą niż my wszyscy nadaję wagę, trzymam się zasady, że centr polityki wewnętrznej w Rosji stanowczo przerzucić trzeba z Newy nad Wisłę i najwyraźniej to przeniesienie uwidocznić dla całego świata. Za łeb więc wziąć musimy każdą opozycję i zaprząc ją do naszego rydwanu (przepraszam za kwiecistość). Musimy być gospodarzami nie tylko u siebie w domu, lecz i w całym państwie cara. Słowem: »polskaja intryga« musi oplatać całego kolosa. Ale, pardon, unoszę się w krainy fantazji”90.

Były to plany równie naiwne, co nierealne. W miarę rozwoju ruchu rewolucyjnego w Rosji będzie Piłsudski zmieniał poglądy. Ale zawsze kryterium generalnym pozostanie doraźna użyteczność danej grupy rosyjskiej dla przyjętej przez Piłsudskiego koncepcji walki o niepodległość Polski, czyli koncepcji polskiego ludowego powstania antycarskiego. Będzie zdecydowanym przeciwnikiem tych grup, które negowały prawo Polski do niepodległości bądź wskazywały na nierealność koncepcji powstańczej, wysuwając jednocześnie program wspólnej walki proletariatu polskiego i rosyjskiego.

Piłsudski nie wierzył w możliwość rewolucji w Rosji i nie brał tej możliwości pod uwagę w swych planach. Do realizacji celu, który stawiał przed PPS – odbudowy niepodległej, demokratycznej Polski bez zmiany zasad ustrojowych – rewolucja w Rosji nie była niezbędna. Można było zakładać, że dokonane w odpowiedniej konfiguracji międzynarodowej masowe powstanie polskie umożliwi jego realizację. Realność tych przewidywań to zagadnienie oddzielne. Ci, którzy w przeciwieństwie do Piłsudskiego uznawali za cel najważniejszy zmianę stosunków społecznych, budowę ustroju socjalistycznego – ci musieli stawiać na rewolucję w Rosji. Można było sobie bowiem wyobrazić powstanie Polski niepodległej, ale było niemożliwe, by rewolucja socjalistyczna dokonała się tylko na ziemiach polskich. Stosunek do ruchu rewolucyjnego w Rosji determinowały więc cele generalne.

W tych pierwszych latach istnienia PPS Wilno stanowiło centrum działalności partyjnej. Tu mieściła się drukarnia „Robotnika”, tu pracował CKR. Wpływy partii, wobec znikomej liczby robotników w Wilnie, były minimalne, jeśli nie żadne. W pewnym sensie więc konspiratorzy mieli tu łatwiejsze warunki, bo mniejsza była czujność policji, mniejsze szanse dekonspiracji przez konfidentów i prowokatorów.

Istniało w Wilnie dość nieliczne środowisko postępowej inteligencji częściowo związanej z PPS, częściowo z nią sympatyzującej czy po prostu powiązanej towarzysko. W tym środowisku zetknął się bliżej Piłsudski z Romanem Dmowskim, który – ukarany zakazem zamieszkiwania w „Kraju Nadwiślańskim” – od listopada 1893 roku przebywał w Mitawie i aż do swej ucieczki za granicę w lutym 1895 roku często przyjeżdżał do Wilna. Magnesem miała być „Piękna Pani”, jak nazywano Marię z Koplewskich Juszkiewiczową. Urodzona w 1865 roku, mając lat szesnaście, znalazła się w Petersburgu, gdzie rozpoczęła wyższe studia, uczęszczając na tzw. kursy bestużewskie. Mieszkała razem z Gertrudą Paszkowską. Po roku wyszła za mąż za świetnie sytuowanego inżyniera Juszkiewicza. Była piękną kobietą o dużej inteligencji i wyrobionym dowcipie. Małżeństwo z Juszkiewiczem nie okazało się szczęśliwe i mimo przyjścia na świat córki, Wandy – rozpadło się. Maria związana była, raczej zresztą towarzysko, z konspiracjami, co przyniosło jej kilkakrotnie krótkotrwałe areszty. Przeprowadziła się do Warszawy i weszła w krąg środowiska „Głosu”, co znowu przypłaciła aresztowaniem i wysłaniem do miejsca urodzenia, czyli do Wilna.

Jako córka znanego lekarza wileńskiego, miała tu wielu znajomych i przyjaciół. W środowisku postępowej inteligencji wileńskiej szybko zaczęła odgrywać ważną rolę, przede wszystkim towarzyską. Jej dom stał się jednym z miejsc spotkań, rozmów i dyskusji, jednym z ośrodków życia towarzyskiego. W sprawy partyjne Maria została wprowadzona tylko najogólniej. W miarę potrzeby udzielała pomocy.

Piłsudski stał się częstym gościem w domu Marii. Znajomość przerodziła się w uczucie. Zawarcie małżeństwa komplikował fakt, że Maria była rozwódką. Ślub katolicki był więc niemożliwy. Stosowano w takich przypadkach praktykę zmiany wyznania. 24 maja 1899 roku pastor K. Mikulski spisał w Łomży akt przejścia Józefa Piłsudskiego: „Z wyznania rzymsko-katolickiego na wyznanie ewangelicko-augsburskie”. Stwierdzał też akt, „że Józef Klemens Piłsudski tejże daty był konfirmowany, odbył spowiedź i przyjął Komunię Świętą”91.

W miesiąc później, 25 czerwca, w kościele ewangelicko-augsburskim w Paproci Dużej w guberni łomżyńskiej ogłoszono pierwsze zapowiedzi ślubne Józefa Klemensa Piłsudskiego z Marią Kazimierą Juszkiewicz z domu Koplewską. Zapowiedzi powtórzono w dwie następne niedziele, a 15 lipca o godzinie 10 rano „w obecności świadków Adama Piłsudskiego, lat 29, pomocnika architekta, i Jana Piłsudskiego, lat 23, pracownika bankowego, obu zamieszkałych w Wilnie, zawarty został pod tą datą religijny związek między Józefem Klemensem Piłsudskim, kawalerem, kupcem, zamieszkałym w Łapach, urodzonym w majątku Zułowie, 31 lat, synem Józefa i zmarłej Marii z domu Billewicz, małżonków Piłsudskich, wyznania ewangelicko-augsburskiego, i Marią Kazimierą Juszkiewicz z domu Koplewską, rozwiedzioną z winy męża, zamieszkałą w Łapach, urodzoną w Wilnie, lat 33, córką zmarłego szlachcica Konstantego i Ludmiły z Chomiczów małżonków Koplewskich, wyznania ewangelicko-augsburskiego”92.

Ażeby już nie cofać się do tych kwestii, zanotujmy, że w czasie pierwszej wojny powrócił Piłsudski do wyznania rzymskokatolickiego93. W sprawach religii był zresztą – jak wielu inteligentów z jego pokolenia – indyferentny. Rozumiał natomiast, że dla kariery politycznej w społeczeństwie polskim konieczna jest formalna przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego.

Zastanawia fakt, że zdecydował się Piłsudski na wzięcie ślubu w zaborze rosyjskim. Konieczność trzykrotnych zapowiedzi, połączonych przecież z ogłaszaniem prawdziwego nazwiska, konieczność spisania aktu ślubu również pod prawdziwym nazwiskiem – wszystko to nie było bezpieczne dla ukrywającego się konspiratora, usilnie w tym czasie poszukiwanego przez policję. O wiele bezpieczniejszy byłby wyjazd do zaboru pruskiego czy Galicji, ale z jakichś powodów wygodniejszy okazał się kościół w Paproci Dużej.

Zamieszkać razem w Wilnie nie mogli. Maria była zbyt znana, a Piłsudskiego poszukiwała policja. Również w Warszawie zbyt łatwo było o dekonspirację. Wybrali Łódź. Nie mieli tam znajomych, istniała dobra komunikacja z Warszawą, a miasto było wystarczająco duże, by nie zwracali na siebie uwagi.

Ślub Piłsudskiego zbiegł się z wyjazdem Wojciechowskiego. Czuł się on już naprawdę wyczerpany pracą konspiracyjną. W sierpniu 1898 roku pisał do Londynu: „Coraz bardziej chylę się ku starości. Dawne odradzanie się moje po paru dniach wypoczynku należy już do szczęśliwej przeszłości. Jeżeli po dwóch dniach drogi nie wyśpię się trzeciego, jestem do niczego niezdolny. Poważnie myślę o dłuższym wypoczynku w przyszłym roku za granicą”94. Co prawda na IV Zjeździe PPS, który odbył się 7 i 21 listopada 1897 roku, poza Stanisławem Wojciechowskim i Józefem Piłsudskim wybrano do CKR również Aleksandra Malinowskiego. Ten dwudziestosiedmioletni inżynier bardzo aktywnie włączył się w działalność partyjną, co zresztą szybko spowodowało zdekonspirowanie i konieczność wyjazdu za granicę. W każdym razie odciążał Wojciechowskiego w pracy konspiracyjnej. Powodem decyzji Wojciechowskiego o przeniesieniu się na emigrację było nie tylko zmęczenie. Pod koniec 1898 roku zdecydował się on poślubić Marię Kiersnowską, wciągniętą już od dawna w akcję kolportażową. Jednakże lato 1898 roku, gdy pisał Wojciechowski o swym przemęczeniu, okazało się dlań rzeczywiście szczególnie trudne. Malinowski znajdował się w Londynie, a i Piłsudski tam wyjechał, wioząc do opublikowania odpis tajnego memoriału księcia Aleksandra Imeretyńskiego.

Była to jedna z najgłośniejszych i najbardziej udanych akcji propagandowych PPS. Szkicowo o jej kontekście. Gdy po śmierci Aleksandra III wstąpił w 1894 roku na tron Mikołaj II, pojawiły się symptomy liberalizacji w polityce polskiej caratu. Dymisja znienawidzonego generała-gubernatora warszawskiego Josifa Hurki, mianowanie na jego miejsce Pawła Szuwałowa, a w 1897 roku księcia Aleksandra Imeretyńskiego wywołały kampanię polityczną kół ugodowych, proklamujących lojalną politykę współpracy z caratem i ukazujących płynące z niej korzyści. W 1897 roku Mikołaj II przyjechał do Warszawy. Wydał pozwolenie na budowę pomnika Mickiewicza i przekazał wręczony mu przez lojalistów milion rubli na budowę Politechniki Warszawskiej. Były to gesty mające podkreślić nowy kurs wobec Polaków.

Aktywizowało to ugodowców skupionych wokół petersburskiego „Kraju”, późniejszych członków Stronnictwa Polityki Realnej. Utrzymywał z nimi kontakty dyrektor kancelarii generała-gubernatora Edward Michajłowicz Jaczewski. On to zwrócił się do ugodowców o przygotowanie materiałów wskazujących na potrzebę zmiany kursu politycznego w zaborze rosyjskim. Przygotowali te materiały ksiądz prałat Zygmunt Chełmicki, Ludwik Straszewicz, Leopold Kronenberg i hrabia Stanisław Łubieński pod kierownictwem politycznym Eustachego Dobieckiego i Erazma Piltza95.

Opracowane przez nich materiały stały się podstawą tajnego memoriału księcia Imeretyńskiego przesłanego do cara. Memoriał wskazywał na konieczność przeprowadzenia reform, aby odebrać argumenty tym, których określał jako „nieprzejednaną część społeczeństwa polskiego”. O ugodowcach książę wyrażał się z lekceważeniem, jako o „słabym prądzie”. Postulował reformy gospodarcze dla wsi, zakładanie bibliotek ludowych jako środek walki z propagandą socjalistyczną, zreformowanie nauczania języka polskiego w szkołach elementarnych i średnich, wprowadzenie religii katolickiej do szkół, stworzenie górniczych kas emerytalnych i założenie politechniki w Warszawie. Tylko ta ostatnia propozycja została przyjęta.

Na memoriale znalazły się notatki cara, bardzo nieprzychylne dla Polaków. W tym duchu utrzymane też były opinie zainteresowanych ministrów.

Memoriał i załączone doń dokumenty dostały się do dyspozycji PPS w okolicznościach równie przypadkowych, co niecodziennych. Otóż członek petersburskiej organizacji PPS Bohdan Dębicki miał kuzyna, który załatwiając różne sprawy w petersburskich urzędach, korzystał z usług niejakiego Długołęckiego. Był to zawodowy pośrednik, który nie tylko wiedział, komu i ile dać łapówki, ale także miał w różnych kancelariach opłacanych przez siebie urzędników. Dostarczali mu oni potrzebnych informacji, ułatwiali załatwianie spraw. Gdy pewnego dnia Dębicki odwiedził kuzyna, zastał u niego Długołęckiego głośno czytającego jakiś tekst rosyjski. Zorientował się natychmiast, że materiały te pochodzą z kancelarii cara i że dotyczą spraw polskich. Pod jakimś pretekstem udało się je na kilka godzin wydostać od Długołęckiego. Przepisano je i dostarczono do CKR96.

W lecie 1898 roku Piłsudski wywiózł odpisy dokumentów do Londynu. Były to następujące teksty: Najpoddanniejszy memoriał ks. Imeretyńskiego, złożony carowi w końcu zeszłego roku, z dopiskami i notatkami cara; Protokoły obrad Komitetu Ministrów z dn. 10 i 17 lutego 1898 roku nad powyższym memoriałem i Nota, wyszykowana przez kanclerza komitetu, ze spraw o Polsce roztrząsanych dawniej przez komitet. Opatrzone obszerną przedmową napisaną przez Piłsudskiego (sygnowaną: wydawcy), opublikowane zostały jako broszura pt. Tajne dokumenty rządu rosyjskiego w sprawach polskich, w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy, pod firmą Polskiej Partii Socjalistycznej. W ciągu kilku miesięcy ukazało się drugie wydanie broszury, również w nakładzie dwutysięcznym, tym razem drukowane w Krakowie. Ponad tysiąc egzemplarzy broszury zostało w 1898 roku przerzucone do zaboru rosyjskiego.

Był to olbrzymi sukces PPS, nie tylko dlatego, że jej akcja godziła dotkliwie w ugodowców, że dokumenty bez osłonek obnażały intencje i cele polityki rosyjskiej i że przekreślały wszelkie złudzenia w tej kwestii, ale również dlatego, że stanowiły spektakularny dowód sił i możliwości PPS. Zdobycie najtajniejszych dokumentów carskich, przewiezienie ich przez granicę i w bardzo krótkim czasie opublikowanie – uznane zostało za przedsięwzięcie imponujące. To bardzo ważny aspekt całej sprawy. W warunkach głębokiej konspiracji liczyły się w opinii działania spektakularne – takie jak właśnie opublikowanie owych dokumentów, jak ciągłe i regularne wydawanie w kraju „Robotnika”, jak dostarczanie, również ciągłe i regularne, druków propagandowych. Tym mierzono siłę partii i jej możliwości, to dawało olbrzymi kapitał polityczny, tworzyło legendę potęgi PPS.

W sensie organizacyjnym partia była jednak wciąż słaba i nieliczna. Nie miała zresztą warunków do szerszej działalności, a rozwijanie organizacji kończyło się z reguły, i to dość szybko, rozbiciem jej przez aresztowania. Penetracja agenturalna policji w środowiskach robotniczych była bardzo rozgałęziona i przynosiła rezultaty.

Najważniejszy dla PPS problem stanowił permanentny brak ludzi. Działacze prowadzący pracę agitacyjną i organizacyjną wykruszali się bardzo szybko: albo zostawali aresztowani, albo musieli uchodzić za granicę. Nie było stać PPS na utrzymywanie działaczy nielegalnych (już utrzymanie trzyosobowego CKR stanowiło nie lada problem), a tylko tacy mogli w pełni wydajnie pracować.

Zapewne zresztą kierownictwo PPS nie żywiło w tym czasie większego zainteresowania dla znacznego rozbudowywania partii. Uważano bowiem, że do realizowania koncepcji powstańczej potrzebna była nie tyle masowa, ile dobrze przygotowana i zorganizowana partia kadrowa, o możliwie najszerszym zapleczu społecznym. To znaczy: znajdująca poparcie w masach, znana im i zdolna na nie oddziałać w odpowiedniej sytuacji. Taki grunt przygotowywała szeroka akcja kolportażowa. I chyba m.in. dlatego ogromną wagę przywiązywało kierownictwo PPS do akcji wydawniczej i kolportażowej. A poza tym rozbudowywanie partii musiałoby, z natury rzeczy, wysuwać na plan pierwszy walkę o poprawę położenia klasy robotniczej, czyli całą problematykę klasowo-ekonomiczną. Uważano, że nie prowadzi to do żadnych realnych osiągnięć, a osłabia jedynie siłę partii.

W styczniu 1899 roku powrócił z Londynu, już jako działacz nielegalny, Aleksander Malinowski. Przybył też do zaboru rosyjskiego Kazimierz Rożnowski, który miał po Wojciechowskim objąć funkcję zecera w drukarni „Robotnika”. W maju wspólnie z Piłsudskim wydał Wojciechowski 31. numer „Robotnika” i w połowie czerwca przedostał się do Krakowa.

Po wyjeździe Wojciechowskiego Piłsudski z Rożnowskim wydali jeszcze w drukarni wileńskiej następny numer „Robotnika”, a jesienią przeniesiono drukarnię do Łodzi.

Wynajęli tam Piłsudscy (jako Dąbrowscy) na ulicy Wschodniej czteropokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze. Rożnowski zamieszkał osobno i codziennie rano przychodził na Wschodnią. Zatrudniono służącą, bo musieliby budzić podejrzenia lokatorzy zajmujący czteropokojowe mieszkanie i nie mający służącej. Nie była ona wtajemniczona w działalność chlebodawców, co stwarzało konieczność dodatkowej konspiracji.

Koniec roku 1899 przyniósł falę aresztowań w Warszawie. Bezpośrednim ich powodem był list księcia Michała Radziwiłła do generała-gubernatora warszawskiego, zwracający uwagę, że na czele czytelń Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności stoją nieodpowiedni ludzie, a w księgozbiorach znajdują się książki deprawujące i niecenzuralne97. Denuncjacja ta spowodowała liczne aresztowania w kręgach warszawskiej inteligencji postępowej.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

54. Por. F. Tych, Związek Robotników Polskich 1889–1892. Anatomia wczesnej organizacji robotniczej, Warszawa 1974.

55. Szerzej o tym: ibidem, s. 144–170.

56. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski 1867–1908, t. 1: 186–1901. W podziemiach konspiracji, Warszawa 1935, s. 151.

57. W. Sieroszewski, Józef Piłsudski, Piotrków 1915, s. 20.

58. W. Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski..., op. cit., t. 1: 1867–1901..., s. 154, kwestionuje możliwość spotkania się Piłsudskiego z Dmowskim, twierdząc, że ten ostatni przebywał wówczas na osiedleniu w Mitawie. Jednakże mogło dojść do spotkania, jeśli Piłsudski znalazł się w Warszawie w pierwszej połowie stycznia 1893 roku. Dmowski został wprawdzie aresztowany w sierpniu 1892 roku, ale 2 stycznia 1893 roku został zwolniony i oczekiwał w Warszawie na wyrok.

59. J. Piłsudski, Pisma zbiorowe, t. 1–10, Warszawa 1937, t. 2, s. 53.

60. „Przedświt” 1891, nr 8, s. 2.

61. „Przedświt” 1891, nr 10, s. 3.

62. F. Perl (Res), Dzieje ruchu socjalistycznego w zaborze rosyjskim (do powstania PPS), Warszawa 1958, s. 432.

63. Ibidem, s. 473.

64. Por. Dokumenty do historii zjazdu paryskiego 1892 roku, zestawione i opracowane przez L. Wasilewskiego, „Niepodległość” 1933, z. 18, s. 107–152.

65. Wszystkie cytaty według tekstu Materiały do historii PPS i ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim od roku 1893–1904, zebrał A. Malinowski, t. 1: 1893–1897, Warszawa 1907, s. 8–15.

66. S. Wojciechowski, Moje wspomnienia, t. 1, Lwów–Warszawa 1938, s. 66. W Materiałach do historii PPS... op. cit., t. 1, s. 31, podano, że w naradzie tej brali udział przedstawiciele organizacji partyjnych: warszawskiej, wileńskiej i petersburskiej. W tym wypadku bardziej wiarygodna jednak wydaje się relacja Wojciechowskiego, choć spisywał swe wspomnienia o wiele później. Pisze on, że miał z nim jechać do Wilna Leon Falski, ale w ostatniej chwili coś mu wypadło. Powstanie owych mitycznych przedstawicieli organizacji jest o tyle zrozumiałe, że trudno było przecież stwierdzić, iż w naradzie, którą następnie nazwano I Zjazdem PPS, uczestniczyły, poza Wojciechowskim, cztery osoby, reprezentujące jedynie Sekcję Litewską PPS, która też zresztą istniała bardziej w sprawozdaniach niż w rzeczywistości. Ruchy polityczne mają z natury rzeczy tendencję do upiększania swej przeszłości.

67. S. Wojciechowski, Moje wspomnienia, op. cit., s. 66.

68. W liście z 15 lutego 1893 roku skierowanym do redakcji „Przedświtu” Piłsudski, występując w imieniu grupy wileńskiej, krytykował styczniowy numer pisma za formę polemiki („Więcej argumentów, a mniej dowcipu”), a jednocześnie stwierdzał: „... co do mnie, sądzę, że trzeba by było porzucić już tę zestarzałą polemikę z »patriotnikami«, mamy tu w kraju tak wiele wspólnej pracy z wszelką demokracją, że doprawdy zupełnie niepotrzebnie rozjątrzać jeszcze i tak już rozjątrzone z dawna stosunki między różnymi kierunkami. Nie przeczę, trzeba i można zaznaczyć zasadniczą różnicę pomiędzy socjalistami i partią socjalistyczną z jednej strony i czysto politycznymi dążnościami, biorącymi socjalizm tylko dlatego, że hasło to może być popularne, ale robić to trzeba poważnie”. – „Niepodległość” 1935, z. 30, s. 138.

69. W numerze sierpniowym „Przedświtu” ukazał się (napisany przez Piłsudskiego) artykuł pt. Stosunek do rewolucjonistów rosyjskich, który redakcja prezentowała jako nadesłane z kraju „oficjalne wypowiedzenie się Polskiej Partii Socjalistycznej” w tej sprawie. Piłsudski stwierdzał, że w programie paryskim mówi się o rosyjskich socjalistach, ale wobec dużego zróżnicowania ideowego wśród rewolucjonistów rosyjskich PPS w „stosunkach z nimi usunąć musi kwestię takiego lub innego pojmowania doktryny socjalistycznej. Pozostaje więc ściśle polityczna część programów”. Sformułowanie to oznaczało odrzucenie kryteriów klasowych i zapowiedź gotowości do współdziałania z wszystkimi przeciwnikami caratu. Owi potencjalni sojusznicy spełniać musieli dwa warunki: 1) wesprzeć „czynnie polityczne żądania PPS”, czyli uznać postulat niepodległości Polski, oraz 2) „wszelką swą działalność na terenie przez PPS objętym” poddać jej kontroli. Ten drugi warunek oznaczał w praktyce żądanie uznania praw polskich do ziem litewskich, białoruskich i ukraińskich. W tekście tym bardzo wyraźnie zarysowana jest koncepcja Piłsudskiego. Najważniejszym zadaniem, celem działalności PPS, jest walka o niepodległość, o stworzenie państwa polskiego w granicach przedrozbiorowych. Klasowy program rewolucji socjalistycznej jest tu całkowicie pominięty.

70. Por. Materiały do historii PPS..., op. cit., t. 1, s. 46. Od owej liczby blisko 22 tysięcy egzemplarzy należy odjąć 2500 egzemplarzy odezwy kościuszkowskiej i 2 tysiące egzemplarzy napisanej przez Mendelsona odezwy Do obywateli na Rusi, które wprawdzie zostały do zaboru rosyjskiego dostarczone, ale wobec sprzeciwu organizacji krajowej nie były rozpowszechnione.

71. S. Wojciechowski, Moje wspomnienia, op. cit., s. 75.

72. Por. „Niepodległość” 1935, z. 30, s. 143. List nie jest datowany, ale dość łatwo ustalić, że pochodzi z drugiej połowy listopada (Wojciechowski wyjechał w połowie listopada, a Piłsudski stwierdza w tym liście, że będzie on ponownie w Warszawie w początkach grudnia). Władysław Pobóg-Malinowski i Leon Wasilewski, wydawcy korespondencji Piłsudskiego, błędnie uznali ten list za drugi z kolei wysłany po wyjeździe Wojciechowskiego. Z tekstu wynika ewidentnie, że był to pierwszy list. Natomiast w drugim liście, zawierającym refleksje z grudniowego pobytu Piłsudskiego w Warszawie, czytamy: „Teraz, co do wrażeń z rodziny. Pisałem trochę o tym w pierwszym liście, teraz chcę to trochę jaśniej wyłożyć. Daje się spostrzegać pomiędzy facetami sporo nieufności względem siebie i to mię bardzo smuci. Później, w gruncie rzeczy, praca cała leży na jednej stronie [Jan Strożecki – A.G.], druga zaś [Juliusz Grabowski – A.G.] i Głupi [Wacław Naake-Nakęski – A.G.] nie wiem, czym są zajęci. Teraz, zdaje się, to poszło na lepsze. Przynajmniej na ostatnim widzeniu się z nimi cokolwiek się te rzeczy wyjaśniły. Chociaż, co się inteligentów innych tyczy, rzecz pozostała dotychczas w sferze projektów. Pomiędzy rob[otnikami] praca idzie znacznie lepiej, ale cóż, kiedy się wszystko na jednym facecie opiera, to rzecz niebezpieczna. Ma się to w tych dniach zmienić i ostatecznie projekt z inteligentami wejść na drogę urzeczywistnienia. O projekcie rady familijnej [zjazdu PPS – A.G.] napisze wam dokładnie mały [Aleksander Sulkiewicz – A.G.], więc o tym nie piszę. Dodam tylko to, że sądzę, że to tylko na lepsze wyjdzie i utrwali położenie nasze. Ach, wiecie, bardzo wielu facetom tutaj bardzo się nie podoba pozycja »Przedświtu«; twierdzą, że szybkimi krokami zmierza on ku radykalizmowi patriotycznemu i coraz bardziej porzuca stanowisko klasowe. Miejcie to zdanie na uwadze. Trzeba to stanowisko silniej zaakcentować, żeby zupełnie nie stracić miru pomiędzy dosyć szerokim kołem facetów, którzy są plus marxistes que Marx même. Słyszałem już kilka takich zarzutów, że nie jesteśmy wcale socj[alistami], ale kto wie czym. Cóż robić, że faceci od razu po zaszłej zmianie nie mogą się do niej przyzwyczaić. Trzeba się z tym liczyć”. – Ibidem, s. 141–142.

73. „Niepodległość” 1935, z. 31, s. 305–306.

74. Już po spotkaniu z Jodką pisał Piłsudski w liście do ZZSP, w pierwszej połowie października 1894 roku: „Teraz co do naszego położenia. Naprzód w Warszawie. Dotychczas brać nie przestają. Ciągle słychać o nowych aresztowaniach. Niektórych już wypuszczono, pomiędzy innymi Kazimierza, brata Janka [Strożeckiego – A.G.]. Ten opowiadał, że u Janka znaleziono 1 egz. Sprawy mularskiej, o której cywilny, obecny przy rewizji powiedział: – »eto izdanje Robotnika«, parę biletów wizytowych Fakira [Kazimierza Pietkiewicza – A.G.] i zaraz go zapytali, czy dawno zna tego pana. Kazimierza pytano o znajomość z Żulem [Juliuszem Grabowskim – A.G.] i o należenie do Ligi Narodowej. Janka pytano głównie o Żula i też o Lidze Narodowej. Wypuszczono też Szabłowskiego, redaktora »Niwy«, pytano go o Żula i Hłaskę. Teraz zrobiono rewizję na wsi, niedaleko stąd (od Małego) [Aleksandra Sulkiewicza – A.G.], u ojca Żula mówili żandarmi, że szukają drukarni, gdyż Żul wyjeżdżał do domu, a znaleziono u niego pakunek z farbą drukarską i papierem. Sądząc z gawęd prokuratury i żandarmerii, nadają oni tej sprawie wielkie znaczenie, lecz zdaje się, że chodzi im o Ligę Narodową. Głównie, zdaje się, oskarżają Żula i Janka Popławskiego. Nie wiem tylko, co będą w tej Lidze robiły kupy zecerów i kupy mularzy zabranych (mularz [Bolesław Bilski – A.G.], nasz mąż zaufania też zabrany). Dotychczas jeszcze się nie wyjaśniła sprawa. Co do położenia teraźniejszego w Warszawie, to jest ono smutne. Brak ludzi ogromny, z tego powodu do szeregów robotniczych wkrada się pewna apatia (na prz[ykład] facet jeden odmówił przyjęcia godności m[ęża] z[aufania], dawniej się tego zaszczytu dobijał). Fakir, jak mi się zdaje, jest trochę za ostrożnym w swych działaniach, a energiczniejszych od niego na miejscu nie ma. Chcę koniecznie pojechać tam na dłużej, choć na kilka tygodni. Z prowincją stosunki, oprócz z Radomiem, utrzymano, w samej zaś Warszawie zginęli tylko zecerzy i mularze, a teraz nawet przybyły nowe stosunki. Ludzi tylko nie ma! Co do Wilna, to policja widocznie ostro się moją osobą zajęła, szpiclują siostrę i krewnych do tego stopnia, że siostra, która wcale się na takich rzeczach nie zna, poznała już szpicla, którego do niej przystawili. Koło Stefana [Bielaka – A.G.] też się kręcą po trosze. Od żandarmów słyszano, że skompromitowała mnie Warszawa. Czyżby zrobiono mi tę przykrość i przyplątano też do Ligi Narodowej? W ogóle w Wilnie, oprócz Stefana, ludziska są wystraszeni, aż głupio. Drukarnia zupełnie bezpieczna, facetom zakazałem pokazywać się w Wilnie, więc nic im stać się nie może”. – „Niepodległość” 1935, z. 32, s. 457–458.

75. N. Czarnocki, Przyczynki do historii PPS, w: Księga pamiątkowa PPS, Warszawa 1923, s. 48–61.

76. Początkowo starano się wywrzeć różnego rodzaju presje na tę kucharkę. Zawieziono ją nawet do Częstochowy, gdzie w czasie spowiedzi ksiądz paulin nakazał jej zachowanie tajemnicy. Planowano też wywiezienie jej do Anglii, ale wszystko to nie gwarantowało zachowania tajemnicy przez rozgoryczoną kobietę. Ostatecznie uda to się Sulkiewiczowi namówić Głowackiego, by jednak wypełnił swe obietnice i oboje umieszczono gdzieś w głębi Rosji.

77. „Niepodległość” 1935, z. 32, s. 461.

78. Por. Marks i Engels o Polsce, t. 2, Warszawa 1960, s. 64–70.

79. Ibidem, s. 134–183. Na ten artykuł powoływał się Piłsudski w Na posterunku opublikowanym w czerwcu w „Robotniku” 1895, nr 7.

80. „Zjazd poleca CKR w najbliższej przyszłości przesłać redakcji »Przedświtu«, dla umieszczenia w jego łamach, artykuł w formie oficjalnego wypowiedzenia się PPS w stosunku do istniejącego u nas stronnictwa (L[iga] N[arodowa]). Zadaniem tego artykułu powinno być ścisłe odgraniczenie robót PPS od wszelkich robót patriotycznych, sprostowanie wielu błędnych, a szkodliwych dla PPS poglądów, rozpowszechnianych wśród naszej inteligencji, oraz wykazanie, że istniejące u nas stronnictwo patriotyczne nie odpowiada tym wymaganiom, jakich należy żądać od podobnego stronnictwa (reakcyjne w wielu wypadkach występowanie patriotów, ich klerykalizm, anemia rewolucyjna, całkowita nieudolność ich agitacji na wsi, niejasność dążeń itd., itd.)” – cyt. za: Materiały do historii PPS..., op. cit., t. 1, s. 148.

81. „Członek PPS nie może należeć do żadnej innej tajnej organizacji politycznej”. – „Robotnik” z 30 listopada 1895 roku. Artykuł bez podpisu.

82. S. Wojciechowski, Moje wspomnienia, op. cit., s. 96–97. Opis ten w zasadzie pokrywa się z zamieszczonym przez Piłsudskiego w „Bibule” opisem łódzkiej drukarni „Robotnika” – J. Piłsudski, Pisma..., op. cit., t. 2, s. 123–147. Niewątpliwie Wojciechowski, pisząc wspomnienia, znał relację Piłsudskiego. W opisie Piłsudskiego jest jeszcze jedna informacja dodatkowa. Otóż drukarnia „Robotnika” miała dość skąpy zestaw czcionek – często więc pod koniec składanego tekstu brakowało jakiejś litery i trzeba było zastępować słowa, w których ta litera występowała, innymi. Do dziejów „Robotnika” w tym okresie przynosi też informacje artykuł J. Kancewicza pt. U początków PPS. „Robotnik” – centralny organ partii 1894–1896, „Z Pola Walki” 1967, s. 911–932. O kolportażu „Robotnika” informacja w liście S. Wojciechowskiego do ZZSP z sierpnia 1895 roku: „Drukujemy 1250–1260 egz. Notabene dla całej wsi wystarcza jeden, dwa egzemplarze. Z tego Warszawa i okolice podmiejskie biorą zwykle 450 egz., Zagłębie Dąbrowieckie (Dąbrowa, Sosnowiec, Sielce itd.) 100 egz. Z Częstochową od kilku miesięcy mamy przerwane stosunki wskutek wyjazdu poprzednika i niemożności go odnalezienia. Radom i okolice (Ostrowiec, Bzin i kilka innych, kupa wsi) – 100 egz. Pabianice i okolice (teraz i Zduńska Wola) – 60 egz.; Łódź 60 egz.; Zawiercie i okolice (Myszków itd.) – 50 egz.; Wilno – 50 egz.; Białystok 30 egz.; Kowno 20 egz.; Piter, Moskwa, Kijów po 20 egz.; Zagranica – 120 egz.; reszta idzie do drobnych miejsc po 5, 6 i jednym egz.”. – Cyt. za: Materiały do historii PPS..., op. cit., t. 1, s. 159.

83. Ibidem, s. 142.

84. Ibidem, s. 147.

85. Na zjeździe nie był obecny Kazimierz Pietkiewicz, ponieważ został aresztowany na trzy dni przed III Zjazdem.

86. „Niepodległość” 1936, z. 33, s. 143.

87. S. Wojciechowski, Moje wspomnienia, op. cit., s. 100–101.

88. List z 9 czerwca 1896 roku, cyt. za: „Niepodległość” 1937, z. 41, s. 430.

89. J. Grabiec (Józef Dąbrowski), Czerwona Warszawa przed ćwierć wiekiem, Poznań 1925, s. 74–75.

90. List z 7 września 1895 roku, cyt. za: „Niepodległość” 1936, z. 34, s. 306–307.

91. Cyt. za artykułem ks. Henryka Weryńskiego, Czy Józef Piłsudski był protestantem?, „Więź” 1971, z. 159–160, s. 186–192.

92. Ibidem, s. 190.

93. Na ten temat relacja pośrednia ks. Tadeusza Federowicza, który w liście z 14 września 1971 roku do redakcji „Więzi”, z. 163, s. 126–127, pisał na podstawie relacji Zygmunta Serafinowicza, że ks. Władysław Korniłowicz, który udzielał Piłsudskiemu ostatniego namaszczenia, w jakiś czas później „został wezwany przez marszałkową Piłsudską, która poinformowała go, że w czasie walk Legionów na wschodnim froncie marszałek zwrócił się do obecnego tam kapelana I Brygady Ciepichałła z prośbą o przyjęcie go z powrotem do kościoła katolickiego. Ks. Ciepichałł spisał atramentowym ołówkiem akt prowizoryczny na kartce, która zaginęła. Następnie, będąc już marszałkiem, Piłsudski zażądał sporządzenia formalnego aktu powrotu do Kościoła, co też uczyniono. Po śmierci marszałka odnaleziono także akt tymczasowy spisany na froncie. Oba te dokumenty ks. Korniłowicz »miał w ręku i czytał«”. Potwierdzają te informacje dwa listy Czesława Lechickiego opublikowane w numerach „Tygodnika Powszechnego” z 14 października i 28 listopada 1971 roku.

94. S. Wojciechowski, Moje wspomnienia, op. cit., s. 126–127.

95. M. Sobolewski, W imię historycznej prawdy, „Dzień Polski” z 26 stycznia 1930 roku.

96. Dzieje tajnego memoriału ks. Imeretyńskiego, „Niepodległość” 1930, z. 1, s. 170–176.

97. Szerzej o tej sprawie pisał A. Heflich, Walka o czytelnie WTD, „Niepodległość” 1932, z. 14, s. 341–354, oraz B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Warszawa 1971, rozdz.: Skandal w WTD, s. 211–244.

KOMENDANT

Dostępne w wersji pełnej

NACZELNIK PAŃSTWA

Dostępne w wersji pełnej

SAMOTNIK Z SULEJÓWKA

Dostępne w wersji pełnej

PRZEWRÓT MAJOWY

Dostępne w wersji pełnej

NADZIEJE I ZŁUDZENIA

Dostępne w wersji pełnej

W STRONĘ BRZEŚCIA

Dostępne w wersji pełnej

W CIENIU BRZEŚCIA

Dostępne w wersji pełnej

OSTATNIE MIESIĄCE

Dostępne w wersji pełnej

INDEKS NAZWISK

Dostępne w wersji pełnej

SPIS ILUSTRACJI

Dostępne w wersji pełnej

ILUSTRACJE

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Kuba Sowiński

Na okładce

Zdzisław Czermański, Studium portretowe, rok 1928, z: Józef Piłsudski w 13 planszach, Warszawa 1935

Redaktor prowadzący

Maciej Gablankowski

Natalia Gawron

Korekta

Paulina Lenar

Katarzyna Szklanny

Indeks nazwisk

Monika Bąk

Katarzyna Szklanny

Copyright © by Lech Garlicki

ISBN 978-83-240-4217-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Józef Piłsudski 1867-1935 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie