To był człowiek!

To był człowiek!

Autorzy: Jeffrey Archer

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 22.90 zł

Siódmy – ostatni! – tom bestsellerowych „Kronik Cliftonów”

Na początku powieści pada strzał, ale kto pociągnął za spust, kto żyje i kto zginął?

Giles Barrington dowiaduje się prawdy o swojej żonie. Harry Clifton zaczyna pisać dzieło życia, a Emma dostaje niespodziewaną propozycję od Margaret Thatcher. Sebastian Clifton obejmuje stanowisko prezesa banku Farthings Kaufman, a jego utalentowana córka wpada w poważne kłopoty. Lady Virginia wciela w życie kolejny szalony pomysł na zdobycie dużych pieniędzy.

W druzgocącym zwrocie akcji na Cliftonów spada tragedia, gdy jedno z nich dowiaduje się o szokującej diagnozie, która zaburzy życie wszystkich członków rodziny.

Mojej pierwszej wnuczce poświęcam

Oto osoby, którym pragnę podziękować za bezcenne rady i pomoc w zbieraniu materiałów:

Simon Bainbridge, sir Win Bischoff,

sir Victor Blank, dr Harry Brunjes, profesor Susan Collins,

Eileen Cooper, członkini Akademii Królewskiej, Wielce Szanowny lord Fowler, członek Tajnej Rady,

Wielebny kanonik Michael Hampel, profesor Roger Kirby,

Allison Prince, Catherine Richards, Mari Roberts,

Susan Watt, Peter Watts i David Weeden

Prolog

1978

Emma zawsze przyglądała się bliżej każdemu statkowi, z którego rufy powiewała flaga kanadyjska. Potem sprawdzała nazwę na kadłubie i dopiero wtedy serce na powrót zaczynało jej bić normalnie.

Kiedy spojrzała tym razem, tętno podskoczyło jej prawie dwukrotnie i poczuła, jak uginają się pod nią nogi. Spojrzała jeszcze raz; tej nazwy nigdy nie zapomni. Stała i obserwowała płynące ujściem rzeki dwa małe holowniki z czarnym dymem buchającym z kominów, pilotujące przerdzewiały, stary statek towarowy na jego ostatnie miejsce przeznaczenia.

Emma zmieniła kierunek, ale w drodze na teren złomowiska nie mogła odpędzić myśli o możliwych konsekwencjach próby odkrycia prawdy po tylu latach. Na pewno byłoby rozsądniej po prostu wrócić do biura, a nie grzebać w przeszłości... dalekiej przeszłości.

Ale nie odwróciła się i kiedy dotarła na plac, skierowała się prosto do biura głównego brygadzisty, jakby wykonywała zwykły poranny obchód. Weszła do wagonu kolejowego i z ulgą stwierdziła, że nie ma Franka, jest tylko sekretarka, która pisała na maszynie. Wstała w chwili, gdy zobaczyła panią prezes.

– Niestety, nie ma tutaj pana Gibsona. Czy mam iść i go poszukać?

– Nie, to nie będzie konieczne – powiedziała Emma. Zerknęła na wielką tabelę rezerwacji i jej najgorsze obawy się potwierdziły. SS Liść Klonu miał być złomowany i prace miały się zacząć od wtorku za tydzień. To dawało jej przynajmniej trochę czasu, żeby zdecydować, czy zaalarmować Harry’ego, czy jak Nelson spojrzeć zasłoniętym okiem. Ale jeżeli Harry się dowie, że Liść Klonu wrócił na swój cmentarz, i zapyta, czy ona o tym wiedziała, to nie potrafi go okłamać.

– Jestem pewna, że pan Gibson wróci za kilka minut.

– Proszę się nie martwić, to nic ważnego. Ale czy zechce pani go poprosić, żeby wpadł do mnie, kiedy będzie przechodził koło mojego biura?

– Mam mu powiedzieć, o co chodzi?

– On będzie wiedział.

Karin patrzyła przez okno na uciekający krajobraz, gdy pociąg kontynuował podróż do Truro. Ale myślami błądziła gdzie indziej, próbując pogodzić się ze śmiercią baronessy.

Nie kontaktowała się z Cynthią od kilku miesięcy i MI6 nie podjął ani jednej próby zastąpienia jej jako zwierzchniczki Karin. Czy przestali się nią interesować? Od pewnego czasu Cynthia nie dawała jej nic ważnego do przekazania Pengelly’emu i ich spotkania w herbaciarni stawały się coraz rzadsze.

Pengelly napomknął, że niedługo spodziewa się wrócić do Moskwy. Karin nie mogła się tego doczekać. Miała dość oszukiwania Gilesa, jedynego mężczyzny, którego kochała, i była zmęczona jazdami do Kornwalii pod pozorem odwiedzania ojca. Pengelly nie był jej ojcem, tylko ojczymem. Czuła do niego odrazę i zamierzała go tylko wykorzystać do pomocy w ucieczce spod władzy pogardzanego reżimu, żeby się połączyć z mężczyzną, którego pokochała. Mężczyzną, który został jej kochankiem, mężem i najbliższym przyjacielem.

Karin było bardzo przykro, że nie może podać Gilesowi prawdziwego powodu tak częstych spotkań z baronessą w Izbie Lordów. Teraz, gdy Cynthia nie żyje, nie będzie już musiała żyć w kłamstwie. Ale kiedy Giles dowie się prawdy, czy uwierzy, że ona uciekła z Berlina Wschodniego pod rządami tyranii tylko dlatego, że chciała być z nim? Czy nie skłamała o jeden raz za dużo?

Gdy pociąg zajechał do Truro, pomodliła się w duchu, żeby to był ostatni raz.

– Ile lat pracujesz w firmie, Frank? – spytała Emma.

– Blisko czterdzieści, proszę pani. Służyłem pani ojcu, a przedtem pani dziadkowi.

– Więc słyszałeś tę historię z Liściem Klonu?

– To było przed moim czasem, proszę pani, ale wszyscy na placu o tym wiedzą, chociaż mało kto o tym mówi.

– Frank, chcę cię prosić o przysługę. Czy możesz zebrać małą grupę ludzi godnych zaufania?

– Mam dwóch braci i kuzyna, którzy nigdy nie pracowali u nikogo innego, tylko w firmie Barringtona.

– Powinni przyjść w niedzielę, kiedy teren złomowiska jest zamknięty. Zapłacę im dwa razy więcej, gotówką, i będzie premia motywacyjna za dwanaście miesięcy, ale tylko jeżeli nic nie usłyszę o pracy, którą wykonają tego dnia.

– To bardzo hojne, proszę pani – powiedział Frank, dotykając czapki z daszkiem.

– Kiedy będą mogli zacząć?

– W następną sobotę po południu. Plac będzie zamknięty do wtorku, w poniedziałek jest dzień wolny od pracy.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że nie spytałeś mnie, co chcę, żebyście zrobili?

– Nie ma potrzeby, proszę pani. A jeżeli znajdziemy w podwójnym dnie to, czego pani szuka, co potem?

– Proszę tylko o to, żeby szczątki Arthura Cliftona zostały po chrześcijańsku pochowane.

– A jeżeli nie znajdziemy niczego?

– Wtedy to będzie tajemnica, którą my pięcioro zabierzemy do grobu.

Ojczym Karin otworzył drzwi i przywitał ją z niezwykle serdecznym uśmiechem.

– Mam dobrą wiadomość, którą się podzielę z tobą – powiedział, kiedy weszła do domu – ale to musi trochę poczekać.

Czy możliwe, pomyślała Karin, że ten koszmar wreszcie się skończy? Wtem spostrzegła leżącego na stole kuchennym „Timesa”, otwartego na stronie z nekrologami. Spojrzała na znajomą fotografię baronessy Forbes-Watson i pomyślała, czy to przypadek, czy też on specjalnie zostawił to na widocznym miejscu, żeby ją sprowokować.

Przy kawie nie rozmawiali o niczym ważnym, ale Karin nie mogła nie zauważyć trzech walizek stojących przy drzwiach, co wróżyło bliski wyjazd. Mimo to z każdą minutą coraz bardziej się denerwowała, gdyż Pengelly był zbyt odprężony i przyjazny jak na jej gust. Jakie było to stare wojskowe powiedzenie: „z kamaszy do domu”?

– Czas, żebyśmy porozmawiali o poważniejszych sprawach – powiedział, położywszy palec na ustach.

Wyszedł na korytarz i zdjął płaszcz z wieszaka przy drzwiach. Karin pomyślała o ucieczce, ale jeżeli to zrobi, a on jej tylko zamierza powiedzieć, że wraca do Moskwy, to się zdradzi. Pengelly pomógł jej włożyć płaszcz i wyszedł z nią na zewnątrz.

Zaskoczyło ją, gdy Pengelly schwycił ją mocno pod ramię i poprowadził niemal siłą przez opustoszałą ulicę. Zwykle brali się pod ręce, aby jakiś przechodzień pomyślał, że to ojciec z córką wybierają się na spacer – ale nie dzisiaj. Postanowiła, że jeżeli natkną się na kogoś, nawet na starego pułkownika, to się zatrzyma i odezwie się do niego, bo wiedziała, że Pengelly nie ośmieli się zaryzykować zdemaskowania przy świadku.

Pengelly nadal wesoło się przekomarzał. To było tak dla niego nietypowe, że Karin jeszcze bardziej się zaniepokoiła. Rozglądała się czujnie na wszystkie strony, ale widać nikt nie wybierał się na przechadzkę dla zdrowia tego ponurego, szarego dnia.

Gdy dotarli na skraj lasu, Pengelly jak zawsze rozejrzał się wokół, czy nikt za nimi nie idzie. Gdyby tak było, wróciliby tą samą drogą do domu. Ale nie tego popołudnia.

Wprawdzie była dopiero czwarta, ale światło słabło i ściemniało się z minuty na minutę. Schwycił ją jeszcze mocniej za ramię, kiedy zeszli z drogi i wkroczyli na ścieżkę wiodącą do lasu. Jego głos zmienił się i dostosował do chłodnego wieczornego powietrza.

– Wiem, że ucieszysz się, Karin – nigdy tak jej nie nazywał – że zostałem awansowany i niedługo wrócę do Moskwy.

– Gratuluję, towarzyszu. Zasłużyliście na to.

Jego chwyt nie zelżał.

– Więc to będzie nasze ostatnie spotkanie – mówił dalej.

Czy ona może mieć nadzieję, że...

– Ale marszałek Koszewoj powierzył mi jeszcze ostatnie zadanie.

Pengelly nie wyjaśnił, niemal jakby chciał, żeby o tym bez pośpiechu pomyślała. Kiedy zagłębiali się w las, zrobiło się tak ciemno, że Karin ledwo widziała na metr przed sobą. Jednak Pengelly zdawał się wiedzieć, dokąd idzie, jakby przedtem przećwiczył każdy krok.

– Szef kontrwywiadu – powiedział spokojnie – w końcu odkrył zdrajcę w naszych szeregach, osobę, która od lat zdradzała ojczyznę. Mnie wybrano do wymierzenia odpowiedniej kary.

Jego uchwyt zelżał i Pengelly ją wypuścił. Pierwszym jej odruchem była ucieczka, ale on dobrze wybrał miejsce. Za nią była kępa drzew, na prawo nieczynna kopalnia, na lewo wąska ścieżka, której prawie nie było widać w ciemności, a nad Karin górowała sylwetka Pengelly’ego, który wyglądał na bardzo spokojnego i czujnego.

Wolno wyjął pistolet z kieszeni płaszcza i trzymał go groźnie u boku. Czy liczył na to, że ona rzuci się do ucieczki i trzeba będzie więcej kul, żeby ją zastrzelić? Ale ona stała w miejscu jak przykuta.

– Ty jesteś zdrajczynią – powiedział Pengelly – która wyrządziła dużo więcej złego naszej sprawie niż inni agenci w przeszłości. Dlatego musisz umrzeć śmiercią zdrajcy. – Spojrzał w stronę szybu kopalnianego. – Będę w Moskwie na długo przedtem, zanim odkryją, jeżeli kiedykolwiek, twoje ciało.

Podniósł broń wolno do poziomu oczu Karin. Zanim nacisnął spust, jej ostatnia myśl pobiegła do Gilesa.

Huk pojedynczego strzału odbił się echem w lesie i stado szpaków uleciało w powietrze, kiedy ciało Karin osunęło się na ziemię.

HARRY I EMMA CLIFTONOWIE

1978–1979

1

Numer Sześć nacisnął spust. Pocisk opuścił kulę z prędkością trzystu czterdziestu kilometrów na godzinę, trafiając w cel kilka centymetrów poniżej lewego obojczyka, ze skutkiem śmiertelnym.

Drugi pocisk utkwił w drzewie, parę metrów od miejsca upadku obu ciał. Kilka chwil później pięciu spadochroniarzy jednostki antyterrorystycznej przedarło się przez zarośla obok nieużywanej kopalni cyny i otoczyło obydwa ciała. Każdy z nich wypełniał swoje zadanie bez dyskusji i pytania, niczym znakomicie wyszkoleni mechanicy na punkcie serwisowym podczas wyścigu Formuły Pierwszej.

Numer Jeden, porucznik dowodzący jednostką, podniósł broń Pengelly’ego i włożył ją do plastikowej torby, podczas gdy Numer Pięć, lekarz, ukląkł przy kobiecie i próbował wyczuć jej puls: słaby, ale wciąż żyła. Musiała zemdleć na odgłos pierwszego strzału; dlatego ludzi postawionych przed plutonem egzekucyjnym często przywiązuje się do słupka.

Numery Dwa i Trzy, obaj kaprale, delikatnie ułożyli nieznajomą kobietę na noszach i poszli z nimi w stronę odległej o jakieś sto metrów polanki, gdzie czekał śmigłowiec z obracającymi się z furkotem łopatkami. Kiedy nosze umocowano wewnątrz, Numer Pięć, medyk, wspiął się na pokład, dołączywszy do pacjentki. Gdy tylko zapiął pas bezpieczeństwa, śmigłowiec się uniósł. Lekarz ponownie zbadał puls kobiety; trochę bardziej miarowy.

Numer Cztery, sierżant i pułkowy czempion wagi ciężkiej, podniósł tymczasem drugie ciało i zarzucił je na ramię niczym worek kartofli. Sierżant potruchtał własnym tempem w kierunku przeciwnym niż koledzy. Ale przecież dobrze wiedział, dokąd zmierza.

Chwilę później pojawił się drugi śmigłowiec i zatoczył koło, rzucając szeroki snop światła na teren operacji. Numer Dwa i Trzy, nosiciele noszy, prędko dołączyli do Numeru Sześć, strzelca wyborowego, który zszedł z drzewa z karabinem przewieszonym przez ramię, i zaczęli szukać dwóch pocisków.

Pierwszy pocisk utkwił w ziemi w odległości zaledwie kilku metrów od miejsca, gdzie upadł Pengelly. Numer Sześć, który śledził tor lotu pocisku, znalazł go po kilku chwilach. Chociaż każdy żołnierz jednostki miał doświadczenie w odszukiwaniu śladów pozostawionych przez rykoszet i resztek prochu, znalezienie drugiego pocisku trwało trochę dłużej. Jeden z kaprali, pełniący dopiero swoją drugą misję, uniósł dłoń w chwili, gdy go spostrzegł. Wydłubał pocisk nożem z drzewa i podał Numerowi Jeden, który wrzucił go do innej plastikowej torby; ta pamiątka zostanie umieszczona w kantynie, gdzie nigdy nie odbywają się wieczory otwarte. Zadanie zostało wykonane.

Czterech mężczyzn przebiegło obok starej kopalni cyny w stronę polanki i dotarło tam w chwili, gdy lądował drugi śmigłowiec. Porucznik odczekał, aż jego ludzie dostaną się na pokład, a potem usiadł przy pilocie i zapiął pas. Gdy śmigłowiec uniósł się w powietrze, nacisnął stoper.

– Dziewięć minut, czterdzieści trzy sekundy. Nieźle poszło! – zawołał, przekrzykując szum obracających się śmigieł; wcześniej zapewnił dowódcę, że operacja nie tylko się powiedzie, ale zakończy się przed upływem dziesięciu minut. Spojrzał na teren poniżej i uznał, że oprócz nielicznych śladów stóp, które zmyje pierwszy deszczyk, nic nie wskazuje na to, co się przed chwilą wydarzyło. Jeżeli ktoś z miejscowych spostrzegł dwa śmigłowce zmierzające w różnych kierunkach, nie zwrócił na nie uwagi. W końcu baza RAF Bodmin była odległa tylko o trzydzieści kilometrów i tutejsi mieszkańcy byli przyzwyczajeni do codziennych operacji.

Jeden z miejscowych dobrze jednak wiedział, co się dzieje. Emerytowany pułkownik Henson, kawaler Krzyża Wojennego, zatelefonował do bazy RAF Bodmin w parę chwil po tym, jak zobaczył, że Pengelly opuszcza domek, mocno trzymając córkę pod rękę. Wybrał numer, pod który polecono mu zadzwonić, jeśliby myślał, że kobiecie coś zagraża. Chociaż nie miał pojęcia, kim jest człowiek, który podnosi słuchawkę, wypowiedział tylko jedno słowo, „szarłat”, zanim przerwano połączenie. Czterdzieści osiem sekund później para śmigłowców uniosła się w powietrze.

Dowódca podszedł do okna i patrzył, jak dwa śmigłowce Puma przelatują nad biurem i kierują się na południe. Chodził dookoła pokoju, co kilka sekund spoglądając na zegarek. Człowiek akcji, niechętnie uznał, że w wieku trzydziestu dziewięciu lat jest za stary na udział w tajnych operacjach. „A tym stać i z uległością czekać”[*].

Kiedy w końcu minęło dziesięć minut, wrócił do okna, ale dopiero trzy minuty później spostrzegł śmigłowiec zniżający się przez chmury. Odczekał kilka sekund, nim uznał, że może rozprostować zaciśnięte palce, bo gdyby w ślad za nim podążał następny, znaczyłoby to, że operacja się nie powiodła. Instrukcje z Londynu były wyraźne. Jeśli kobieta jest martwa, jej ciało należy przewieźć śmigłowcem do Truro i umieścić w prywatnym skrzydle szpitala, gdzie trzecia drużyna już została pouczona. Natomiast jeżeli przeżyła, ma zostać przewieziona do Londynu, gdzie zajmie się nią czwarta drużyna. Dowódca nie wiedział, jakie mają rozkazy, i nie miał pojęcia, kim jest ta kobieta; jego stopień nie uprawniał go do posiadania tej informacji.

Kiedy śmigłowiec wylądował, dowódca się nie poruszył. Otworzyły się drzwi i ze środka wyskoczył porucznik, zginając się wpół, jako że łopatki wciąż się obracały. Przebiegł kilka metrów, wyprostował się i ujrzawszy pułkownika w oknie, podniósł kciuk na znak sukcesu. Dowódca odetchnął z ulgą, powrócił do biurka i wybrał numer zanotowany w bloku biurowym. To będzie jego druga i ostatnia rozmowa z sekretarzem Gabinetu.

– Sir, tu pułkownik Dawes.

– Dobry wieczór, pułkowniku – powiedział sir Alan.

– Operacja „Szarłat” zakończona z powodzeniem, sir. Puma Jeden z powrotem w bazie. Puma Dwa w drodze na miejsce przeznaczenia.

– Dziękuję – powiedział sir Alan i odłożył słuchawkę. Nie było chwili do stracenia. Lada moment pojawi się następny gość. Jak gdyby był prorokiem, otworzyły się drzwi i sekretarka obwieściła:

– Lord Barrington.

– Giles – powiedział sir Alan, podnosząc się zza biurka i wymieniając uścisk ręki z przybyszem. – Czy mogę zaproponować panu herbatę albo kawę?

– Nie, dziękuję – odparł Giles, którego interesowało tylko jedno: dlaczego sekretarz Gabinetu chciał się z nim widzieć tak pilnie.

– Przepraszam, że wyciągnąłem pana z Izby – powiedział sir Alan – ale muszę porozmawiać z panem o sprawie prywatnej, zgodnie z zasadami Tajnej Rady.

Giles nie słyszał tych słów od czasu, kiedy był członkiem Gabinetu, ale nie trzeba mu było przypominać, że nigdy nie należy powtarzać, o czym on i sir Alan rozmawiają, chyba że w obecności osoby, która także jest członkiem Tajnej Rady Królewskiej.

Giles potaknął skinieniem głowy, a sir Alan powiedział:

– Może zacznę od tego, że pańska żona Karin nie jest córką Pengelly’ego.

Jedna rozbita szyba i po chwili sześciu mężczyzn było w środku. Nie wiedzieli dokładnie, czego szukają, ale gdy to ujrzeli, nie mieli wątpliwości. Major dowodzący drugą jednostką, zwaną zbieraczami śmieci, nie włączał stopera, bo mu się nie spieszyło. Jego ludzie byli nauczeni, żeby się nie spieszyć i żeby na pewno niczego nie przeoczyć. Nigdy nie mieli drugiej szansy.

W odróżnieniu od kolegów z pierwszej jednostki ubrani byli w dresy i mieli w rękach wielkie czarne plastikowe worki na śmieci. Był jeden wyjątek – Numer Cztery – ale on nie był stałym członkiem tej jednostki. Zaciągnięto wszystkie zasłony, zapalono światła i przystąpiono do przeszukania. Mężczyźni skrupulatnie rewidowali każdy pokój, prędko, metodycznie, nic nie zostawiając przypadkowi. Po dwóch godzinach wypełnili osiem plastikowych worków. Nie zwracali uwagi na ciało, które Numer Cztery położył na dywanie we frontowym pokoju, chociaż jeden z nich przeszukał kieszenie trupa.

Na ostatku przejrzeli trzy walizki, które zostawiono przy drzwiach w przedpokoju – prawdziwy skarb. Ich zawartość wypełniła tylko jeden worek, ale mieścił on więcej informacji niż pozostałe siedem wzięte razem: terminarze, nazwiska, numery telefonów, adresy i poufne akta, które Pengelly niewątpliwie zamierzał zabrać do Moskwy.

Ta jednostka poświęciła potem kolejną godzinę na ponowne sprawdzenie, ale nie znalazła nic godnego zainteresowania; wszak to byli zawodowcy, których wyszkolono, żeby wykonali wszystko dokładnie za pierwszym razem. Kiedy dowódca jednostki był pewien, że nie można już nic więcej zrobić, sześciu mężczyzn wyszło przez tylne drzwi i udało się wypróbowanymi trasami z powrotem do składnicy. Został jedynie Numer Cztery. Ale on nie był zbieraczem śmieci, tylko burzycielem.

Gdy sierżant usłyszał, że zamykają się drzwi, zapalił papierosa, kilka razy się zaciągnął, a potem rzucił żarzący się niedopałek na dywan obok leżącego ciała i pokropił benzyną z zapalniczki dogasający ogienek. Po chwili buchnął niebieski płomień i podpalił dywan. Sierżant wiedział, że w małym drewnianym domu ogień prędko się rozszerzy, ale musiał się upewnić, więc został na miejscu, dopóki dym nie zmusił go do kaszlu. Wtedy wyszedł prędko z pokoju i skierował się do tylnych drzwi. Wyszedłszy z domku, obrócił się i zadowolony, że ogień się rozprzestrzenia, puścił się biegiem do bazy. Nie miał zamiaru wzywać straży pożarnej.

Wszystkich dwunastu mężczyzn wróciło do koszar w różnym czasie i znów utworzyło zwartą jednostkę, gdy późnym wieczorem spotkali się w kantynie na drinka. Pułkownik dołączył do nich przy kolacji.

Sekretarz Gabinetu stał przy oknie w biurze na pierwszym piętrze i czekał, póki nie ujrzał Gilesa Barringtona wychodzącego z budynku Numer Dziesięć i podążającego zdecydowanym krokiem Downing Street w stronę Whitehallu. Potem sir Alan wrócił do biurka, usiadł i zaczął się zastanawiać nad następnym telefonem i nad tym, ile ma ujawnić.

Harry Clifton był w kuchni, kiedy zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę i gdy usłyszał słowa:

– Tu Numer Dziesięć, proszę nie odkładać słuchawki – uznał, że to premier dzwoni do Emmy. Nie pamiętał, czy jest w szpitalu, czy prezesuje zebraniu w Budynku Barringtona.

– Dzień dobry, panie Clifton, mówi Alan Redmayne. Czy to odpowiedni moment?

Harry o mało nie roześmiał się w głos. Miał ochotę odrzec, nie, sir Alanie, to nieodpowiedni moment, jestem w kuchni, robię sobie herbatę i nie mogę się zdecydować, czy wrzucić jedną kostkę cukru, czy dwie, więc może zadzwoni pan później? Ale zamiast tego wyłączył czajnik i powiedział:

– Oczywiście, sir Alanie. Jak mogę pomóc?

– Chciałem, żeby pan pierwszy się dowiedział, że John Pengelly nie stanowi już problemu, i chociaż utrzymywano to przed panem w tajemnicy, powinien pan wiedzieć, że pańskie obawy wobec Karin Brandt były nieuzasadnione, choć zrozumiałe. Pengelly nie był jej ojcem, a ona przez ostatnie pięć lat była naszym najbardziej zaufanym tajnym agentem. Teraz, gdy Pengelly nie stanowi już problemu, ona dostanie obowiązkowy urlop płatny i nie planujemy, żeby wróciła do pracy.

Harry uznał, że „nie stanowi już problemu” to eufemizm oznaczający, że Pengelly został wyeliminowany, i chociaż było kilka pytań, które chciałby zadać sekretarzowi Gabinetu, zachował swoją opinię dla siebie. Wiedział, że jest mało prawdopodobne, aby człowiek, który nie dzielił się sekretami nawet z premierem, odpowiedział na nie.

– Dziękuję, sir Alanie. Czy jest jeszcze coś, o czymś powinienem wiedzieć?

– Tak. Pański szwagier również dowiedział się prawdy o swojej żonie, ale lord Barrington nie wie, że to pan przede wszystkim naprowadził nas na ślad Pengelly’ego. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby nigdy się nie dowiedział.

– Ale co mam mówić, gdyby kiedyś poruszył ten temat?

– Nie ma potrzeby, żeby pan cokolwiek mówił. W końcu on nie ma powodu podejrzewać, że będąc w Moskwie na konferencji pisarzy, natknął się pan na nazwisko Pengelly’ego, a ja go oczywiście nie uświadomiłem.

– Dziękuję, sir Alanie. To uprzejme z pańskiej strony, że zechciał mnie pan poinformować.

– To drobiazg. Przy okazji, moje gratulacje. Zasłużył pan.

Opuściwszy Numer Dziesięć, Giles szybko udał się do swojego domu na Smith Square. Czuł ulgę, że Markham ma tego dnia wolne, i gdy otworzył drzwi, od razu poszedł na górę do sypialni. Zapalił nocną lampkę, zaciągnął zasłony i odrzucił narzutę. Chociaż było tylko kilka minut po szóstej, na Smith Square już zapalono latarnie.

Był w połowie schodów, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Zbiegł na dół, żeby je otworzyć, i za progiem ujrzał młodego człowieka. Za nim widać było nieoznakowaną czarną furgonetką z otwartymi tylnymi drzwiami. Mężczyzna wyciągnął rękę na powitanie.

– Doktor Weeden. Myślę, że pan nas oczekuje.

– Tak – odparł Giles, gdy z tyłu furgonetki wyłonili się dwaj mężczyźni i ostrożnie wyciągnęli z niej nosze.

– Proszę za mną – powiedział Giles, prowadząc ich po schodach do sypialni.

Dwaj sanitariusze unieśli nieprzytomną kobietę z noszy i położyli na łóżku. Giles okrył żonę, a sanitariusze wyszli bez słowa.

Lekarz zmierzył jej puls.

– Podałem jej środek uspokajający, więc będzie spać dwie godziny. Kiedy się obudzi, przez chwilę może sobie wyobrażać, że to był koszmarny sen, ale kiedy się zorientuje, że jest w znajomym otoczeniu, prędko dojdzie do siebie i przypomni sobie, co się wydarzyło. Będzie się z pewnością zastanawiać, jak dużo pan wie, zatem ma pan trochę czasu, żeby to przemyśleć.

– Już to zrobiłem – powiedział Giles i odprowadził doktora Weedena do drzwi. Mężczyźni drugi raz wymienili uścisk rąk, a potem lekarz wsiadł do czarnej furgonetki, nie obejrzawszy się za siebie.

Anonimowy pojazd okrążył wolno Smith Square, skręcił w prawo i włączył się w intensywny wieczorny ruch.

Kiedy furgonetka zniknęła Gilesowi z oczu, zamknął drzwi i pobiegł na górę. Przysunął sobie krzesło i usiadł przy śpiącej żonie.

Giles musiał zasnąć, bo następne, co zobaczył, to Karin siedzącą w łóżku i wpatrującą się w niego. Zamrugał, uśmiechnął się i wziął ją w ramiona.

– Już po wszystkim, kochanie. Jesteś teraz bezpieczna – zapewnił ją.

– Myślałam, że jeśli kiedyś się dowiesz, nigdy mi nie wybaczysz – powiedziała, tuląc się do niego.

– Nie ma nic do wybaczenia. Zapomnijmy o przeszłości i skoncentrujmy się na przyszłości.

– Ale ważne, żebym ci wszystko powiedziała – rzekła Karin. – Żadnych więcej sekretów.

– Alan Redmayne już mnie w pełni poinformował – próbował uspokoić ją Giles.

– Nie w pełni – powiedziała Karin, uwalniając się z jego objęć. – Nawet on nie wie o wszystkim, a ja nie mogę dłużej żyć w kłamstwie.

Giles spojrzał na nią z niepokojem.

– W istocie wykorzystałam cię, żeby wydostać się z Niemiec. Tak, lubiłam cię, ale kiedy byłam bezpieczna w Anglii, zamierzałam uciec od ciebie i od Pengelly’ego i rozpocząć nowe życie. I zrobiłabym to, gdybym cię nie pokochała.

Giles ujął jej rękę.

– Ale żebyś był ze mną, musiałam utrzymywać Pengelly’ego w przekonaniu, że dla niego pracuję. To Cynthia Forbes-Watson przybyła mi na ratunek.

– Mnie też – powiedział Giles. – Ale ja pokochałem cię po tej nocy, którą spędziliśmy razem w Berlinie. To nie moja wina, że tobie zajęło trochę więcej czasu, zanim pojęłaś, jaka jesteś szczęśliwa.

Karin wybuchnęła śmiechem i objęła go. Kiedy wypuściła go z objęć, Giles powiedział:

– Pójdę i zrobię ci herbaty.

Typowy Brytyjczyk, pomyślała Karin.

* * *

[*] John Milton, O utracie wzroku, przeł. Konstanty Piotrowski, 1851 (wszystkie przypisy tłumaczy).

2

– O której godzinie Jej Królewska Mość życzy sobie nas widzieć? – spytała Emma z szerokim uśmiechem, nie chcąc przyznać, jak dumna jest z męża i jak bardzo się cieszy na tę uroczystość. W przeciwieństwie do spotkania rady nadzorczej, któremu miała przewodniczyć pod koniec przyszłego tygodnia i które cały czas zaprzątało jej myśli.

– Między dziesiątą a jedenastą – powiedział Harry, sprawdziwszy zaproszenie.

– Czy pamiętałeś, żeby zamówić samochód?

– Tak, zamówiłem wczoraj po południu. I jeszcze potwierdziłem dziś z samego rana – dodał, gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi.

– To będzie Seb – rzuciła Emma. Spojrzała na zegarek. – I nawet jest punktualny.

– Nie sądzę, żeby mógł się spóźnić na tę okazję – zauważyła Karin.

Giles wstał ze swego miejsca przy stole nakrytym do śniadania, gdy tymczasem Markham otworzył drzwi i usunął się na bok, wpuszczając Jessicę, Seba i Samanthę w zaawansowanej ciąży.

– Czy całe towarzystwo jest po śniadaniu? – spytał Giles, pocałowawszy Samanthę w policzek.

– Tak, dziękujemy – odrzekł Seb, a tymczasem Jessica rzuciła się na stół, posmarowała grzankę masłem i schwyciła dżem.

– Widać nie wszyscy – rzekł Harry, uśmiechając się do wnuczki.

– Ile mam czasu? – zagadnęła Jessica między jednym kęsem a drugim.

– Najwyżej pięć minut – powiedziała kategorycznym tonem Emma. – Nie chcę przybyć do pałacu później niż o wpół do jedenastej, młoda damo.

Jessica posmarowała następną grzankę masłem.

– Giles – zwróciła się Emma do brata – to było uprzejme z twojej strony, że nas przenocowałeś, i przykro mi, że nie możesz do nas dołączyć.

– Tylko najbliższa rodzina, taka jest zasada – powiedział Giles. – I słusznie, inaczej potrzebowaliby stadionu piłkarskiego, żeby pomieścić wszystkich chętnych.

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi.

– To musi być nasz szofer – zauważyła Emma. Jeszcze raz sprawdziła, czy jedwabny krawat Harry’ego nie jest przekrzywiony, i zdjęła siwy włos z jego żakietu, a potem powiedziała: – Proszę za mną.

– Prezes to prezes – szepnął Giles, odprowadzając szwagra do drzwi.

Za nimi podążyli Seb i Samantha z zamykającą pochód Jessicą, teraz pałaszującą trzecią grzankę.

Gdy Emma wyszła na Smith Square, szofer otworzył tylne drzwi czarnej limuzyny. Emma zaprosiła swoją trzódkę do środka, usiadłszy wcześniej razem z Harrym i Jessicą na tylnej kanapie. Samantha i Seb usiedli na dwóch rozkładanych siedzeniach naprzeciwko.

– Denerwujesz się, dziadziu? – spytała Jessica, gdy samochód ruszył i włączył się w poranny ruch pojazdów.

– Nie – odparł Harry. – Chyba że zamierzasz dokonać przewrotu w państwie.

– Nie podsuwaj jej pomysłów – rzucił Sebastian.

Minęli Izbę Gmin i wjechali na Parliament Square.

Nawet Jessica umilkła, kiedy samochód przejechał pod sklepieniem bramy budynku Admiralty Arch i ich oczom ukazał się pałac Buckingham. Kierowca powoli posuwał się aleją Mall, okrążył posąg królowej Wiktorii i zatrzymał się przed bramą pałacu. Opuścił szybę samochodu i powiedział do młodego oficera Gwardii:

– Pan Harry Clifton z rodziną.

Porucznik uśmiechnął się i odznaczył nazwisko w notesie.

– Proszę jechać pod sklepieniem i w lewo, a jeden z moich kolegów pokaże panu, gdzie zaparkować.

Kierowca zastosował się do polecenia i wjechał na olbrzymi dziedziniec, gdzie parkowały już rzędy aut.

– Proszę zaparkować obok niebieskiego forda po drugiej stronie – polecił inny oficer, pokazując przeciwną stronę dziedzińca. – A potem możecie się państwo udać do pałacu.

Gdy Harry wysiadł z samochodu, Emma jeszcze raz go obejrzała.

– Wiem, że nie uwierzysz – szepnęła – ale masz rozpięty rozporek.

Harry zaczerwienił się jak burak, zasunął zamek rozporka, a potem cała gromadka weszła po schodach do pałacu. Dwaj lokaje w liberii w złoto-czerwonych barwach dworu królewskiego stali wyprostowani na baczność u stóp szerokich, okrytych czerwonym dywanem schodów. Harry i Emma wolno wstępowali po stopniach, chłonąc atmosferę. Gdy stanęli na górze, powitało ich dwóch kolejnych dżentelmenów z personelu dworu królewskiego. Harry zauważył, że ranga wzrastała za każdym razem, kiedy ich zatrzymywano.

– Harry Clifton – przedstawił się, nim go zapytano.

– Dzień dobry panu – powiedział starszy rangą oficer. – Czy zechce mi pan towarzyszyć? Kolega zaprowadzi pańską rodzinę do Sali Tronowej.

– Powodzenia – szepnęła Emma do odchodzącego Harry’ego.

Rodzina wstąpiła na następne, już nie tak szerokie schody, które prowadziły do długiej galerii. Emma przystanęła, wszedłszy do sali o wysokim suficie, i podniosła wzrok na gęsto zawieszone obrazy, które widziała wcześniej tylko w albumach sztuki. Zwróciła się do Samanthy:

– Przypuszczam, że skoro jest mało prawdopodobne, żeby nas zaproszono ponownie, to pewno Jessica chciałaby się dowiedzieć więcej o kolekcji królewskiej.

– Ja też – odezwał się Sebastian.

– Liczni królowie i królowe Anglii – zaczęła Samantha – byli koneserami i kolekcjonerami sztuki, więc to jest tylko maleńki wybór kolekcji królewskiej, w rzeczywistości niebędącej własnością monarchini, ale narodu. Zwróćcie uwagę, że przede wszystkim w galerii obrazów znajdują się artyści brytyjscy z początku dziewiętnastego wieku. Niezwykły, przedstawiający widok Wenecji obraz Turnera wisi naprzeciw znakomitego malowidła katedry w Lincoln pędzla jego starego rywala Constable’a. Ale jak widzicie, głównym akcentem galerii jest olbrzymi portret Karola I na koniu, namalowany przez van Dycka, który w owym czasie był dworskim artystą przebywającym w pałacu.

Jessica była tak oczarowana, że omal nie zapomniała, dlaczego tam są. Kiedy w końcu dotarli do Sali Tronowej, Emma żałowała, że nie wyruszyła wcześniej, gdyż dziesięć pierwszych rzędów było już zajętych. Szybko przemierzyła główne przejście, zajęła miejsce na końcu pierwszego wolnego rzędu i czekała, aż pozostali członkowie rodziny do niej dołączą. Gdy wszyscy usiedli, Jessica zaczęła się rozglądać po sali.

Ponad trzysta zgrabnych złotych fotelików ustawionych w szesnastu rzędach rozdzielało szerokie przejście w środku. Z przodu sali znajdował się okryty czerwonym dywanem stopień, a powyżej duży, pusty tron, czekający na prawowitą użytkowniczkę. Szmer nerwowych rozmów ucichł sześć minut przed jedenastą, kiedy wysoki, wytworny mężczyzna w żakiecie i sztuczkowych spodniach wszedł do sali, zatrzymał się przed stopniem i zwrócił się do zgromadzonych.

– Dzień dobry, panie i panowie – zaczął. – Witam w pałacu Buckingham. Dzisiejsza inwestytura rozpocznie się za kilka minut. Pozwolę sobie przypomnieć, żebyście państwo nie fotografowali, i proszę nie wychodzić przed zakończeniem ceremonii.

Bez dalszych słów wyszedł tak dyskretnie, jak się zjawił.

Jessica otworzyła torebkę i wyjęła mały blok rysunkowy i ołówek.

– Babciu, on nic nie mówił o rysowaniu – szepnęła.

Z wybiciem jedenastej Jej Królewska Mość Elżbieta II wkroczyła do Sali Tronowej i wszyscy goście wstali. Stanęła na stopniu przed tronem, ale nic nie powiedziała. Ruch głową mistrza ceremonii i pierwszy odznaczany wszedł z drugiej strony sali. W ciągu następnej godziny mężczyźni i kobiety ze wszystkich stron Zjednoczonego Królestwa i Brytyjskiej Wspólnoty Narodów otrzymywali odznaczenia od monarchini, która krótko rozmawiała z każdą z tych osób, dopóki na znak mistrza ceremonii ktoś następny nie zajął ich miejsca.

Jessica trzymała ołówek w pogotowiu, czekając na wejście dziadka. Kiedy Harry zbliżył się do królowej, mistrz ceremonii ustawił mały stołek przed Jej Królewską Mością i podał jej miecz. Jessica ani na chwilę nie przestawała rysować, uchwyciwszy scenę, gdy Harry ukląkł na jedno kolano i pochylił głowę. Królowa delikatnie dotknęła końcem miecza jego prawego ramienia, uniosła miecz, po czym położyła go na jego lewym ramieniu i powiedziała:

– Powstań, sir Harry.

– I co się wydarzyło, kiedy cię odprowadzono do Tower? – spytała Jessica, gdy wyjechali z pałacu i ruszyli z powrotem aleją Mall, żeby zawieźć Harry’ego kilkaset metrów dalej do jego ulubionej restauracji na uroczysty lunch.

– Najpierw zabrali nas wszystkich do sali oczekiwań, gdzie honorowy mistrz ceremonii zaznajomił nas z jej przebiegiem. Był nadzwyczaj uprzejmy i zalecił, że kiedy spotkamy się z królową, powinniśmy schylić głowę w ukłonie – rzekł Harry, demonstrując ten ruch – a nie zgiąć się w pasie jak paź. Powiedział, że nie należy ściskać jej ręki, powinniśmy zwracać się do niej „Wasza Królewska Mość” i czekać, aż rozpocznie rozmowę. W żadnym razie nie należy zadawać jej pytań.

– Ale nudy – powiedziała Jessica. – Ja bym miała do niej mnóstwo pytań.

– A w odpowiedzi na pytanie, jakie mogłaby zadać – ciągnął Harry, nie zważając na słowa wnuczki – powinniśmy się do niej zwracać „ma’am”, co się rymuje z „Sam”. Gdy skończy się audiencja, mamy znów się ukłonić.

– Schyliwszy głowę – rzuciła Jessica.

– A potem cię oddalić.

– Ale co by się stało, gdybyś nie odszedł – drążyła Jessica – i zaczął zadawać jej pytania?

– Mistrz ceremonii bardzo grzecznie nas zapewnił, że gdybyśmy się ociągali, to polecono mu ściąć nam głowy.

Wszyscy z wyjątkiem Jessiki wybuchnęli śmiechem.

– Ja bym się nie ukłoniła i nie mówiła jej Wasza Królewska Mość.

– Jej Królewska Mość jest bardzo tolerancyjna wobec buntowników – odezwał się Sebastian, próbując skierować rozmowę na bezpieczniejszy grunt – i pogodziła się z tym, że Amerykanie w 1776 roku wymknęli się spod kontroli.

– To o czym ona mówiła? – zapytała Emma.

– Powiedziała mi, że bardzo lubi moje powieści, i zapytała, czy na najbliższe Boże Narodzenie ukaże się nowa historia z Williamem Warwickiem. Tak, odparłem, ale może ma’am nie spodoba się moja następna książka, gdyż zamierzam uśmiercić Williama.

– I co ona na to? – spytał Sebastian.

– Przypomniała mi, co jej prapraprababka królowa Wiktoria powiedziała do Lewisa Carrolla po przeczytaniu Alicji w krainie czarów. Jednak zapewniłem ją, że moja następna książka nie będzie matematyczną rozprawą o Euklidesie.

– Jak na to zareagowała? – zapytała Samantha.

– Uśmiechnęła się na znak, że rozmowa została zakończona.

– Zatem jeżeli zamierzasz uśmiercić Williama Warwicka, to jaki będzie temat twojej kolejnej książki? – spytał Sebastian, gdy samochód zatrzymał się przed restauracją.

– Kiedyś, Seb, obiecałem twojej babce – odparł Harry, wysiadając z samochodu – że spróbuję napisać poważniejszą książkę, która, wedle jej słów, przetrwa listy bestsellerów i wytrzyma próbę czasu. Nie staję się coraz młodszy, więc kiedy wywiążę się z obecnej umowy, spróbuję się przekonać, czy jestem w stanie spełnić oczekiwania twojej babki.

– Czy masz jakiś pomysł, temat albo chociaż tytuł? – spytał Seb, gdy wchodzili do Le Caprice.

– Tak, tak i tak – odparł Harry. – I to wszystko, co jestem skłonny powiedzieć w tym momencie.

– Ale mnie powiesz, prawda, dziadziu? – spytała Jessica, wyciągając rysunek, który przedstawiał Harry’ego klęczącego przed królową dotykającą mieczem jego prawego ramienia.

Harry aż krzyknął ze zdumienia, a członkowie rodziny śmiali się i bili brawo. Już miał odpowiedzieć na pytanie dziewczyny, kiedy kierownik sali przybył mu na odsiecz.

– Sir Harry, pański stolik jest gotowy.

3

– Nigdy, nigdy, nigdy – powiedziała Emma. – Czy muszę ci przypominać, że sir Joshua założył Linię Żeglugową Barringtona w 1839 roku i w pierwszym roku osiągnął zysk w wysokości...

– Trzydziestu trzech funtów, czterech szylingów i dwóch pensów, co mi pierwszy raz powiedziałaś, kiedy miałem pięć lat – rzekł Sebastian. – Jednakże jest prawdą, że wprawdzie firma Barringtona wypracowała w zeszłym roku sporą dywidendę dla swoich udziałowców, ale jest nam coraz trudniej współzawodniczyć z takimi gigantami, jak Cunard oraz P and O.

– Ciekawa jestem, co by twój dziadek myślał o przejęciu firmy Barringtona przez jednego z jego zaciekłych rywali.

– Po wszystkim, co mi mówiono i co czytałem o tym wielkim człowieku – rzekł Seb, spoglądając na portret sir Waltera wiszący na ścianie z tyłu za matką – to wiem, że zanimby podjął ostateczną decyzję, rozważyłby, jakie ma możliwości, i zastanowił się, co byłoby najlepsze dla udziałowców.

– Nie chciałbym się wtrącać do rodzinnej sprzeczki – odezwał się admirał Summers – ale powinniśmy porozmawiać o tym, czy gra jest warta świeczki.

– To uczciwa oferta – stwierdził rzeczowo Sebastian – ale jestem pewien, że mogę skłonić Cunarda, żeby podnieśli tę kwotę o co najmniej dziesięć, a może i piętnaście procent. Mówiąc szczerze, byłoby to maksimum tego, na co możemy liczyć. Więc tak naprawdę musimy zdecydować, czy chcemy potraktować ich ofertę serio, czy też od ręki ją odrzucić.

– Zatem pora wysłuchać opinii członków rady nadzorczej – powiedziała Emma, rozejrzawszy się wokół stołu w sali posiedzeń.

– Oczywiście, pani prezes – odezwał się Philip Webster, księgowy spółki – możemy wszyscy wyrazić opinie o niewątpliwie najważniejszej decyzji w historii firmy. Jednak, skoro pani rodzina posiada większość udziałów, tylko wy przesądzicie o wyniku.

Inni członkowie rady skinęli głowami na znak zgody, mimo to wypowiadali swoje opinie przez następne czterdzieści minut, a wtedy Emma się zorientowała, że są podzieleni pół na pół.

– Dobrze – stwierdziła, kiedy jeden czy dwóch członków rady zaczęło się powtarzać. – Clive, sugeruję, że jako szef naszego działu PR powinieneś przygotować dwa oświadczenia prasowe pod rozwagę rady. Pierwsze ma być krótkie i na temat, niepozwalające wątpić Cunardowi, że chociaż pochlebia nam ich oferta, to Linia Żeglugowa Barringtona jest firmą rodzinną i nie jest na sprzedaż.

Admirał miał zadowoloną minę, natomiast Sebastian był nieporuszony.

– A drugie? – spytał Clive Bingham, zapisawszy słowa pani prezes.

– Rada nadzorcza odrzuca ofertę Cunarda jako uwłaczającą, a jeśli chodzi o nas, to wszystko zostaje po staremu.

– To może im nasunąć myśl, że interesuje cię tylko to, czy cena jest odpowiednia – wtrącił Seb.

– I co wydarzy się potem? – spytał admirał.

– Kurtyna pójdzie w górę i rozpocznie się pantomima – odparł Seb – ponieważ prezes Cunarda uświadomi sobie, że odtwórczyni głównej roli upuszcza tylko chusteczkę na podłogę, oczekując, że konkurent ją podniesie i rozpocznie stary jak świat rytuał zalotów zakończony prawdopodobnie propozycją, którą ona zechce przyjąć.

– Ile mamy czasu? – spytała Emma.

– W City będą wiedzieli, że odbywamy spotkanie rady nadzorczej w celu przedyskutowania sprawy przejęcia firmy, i będą oczekiwali odpowiedzi na ofertę Cunarda do końca urzędowania dziś wieczorem. Rynek poradzi sobie prawie ze wszystkim, z suszą, głodem, niespodziewanym wynikiem wyborów, nawet z zamachem stanu, ale nie z brakiem zdecydowania.

Emma otworzyła torebkę, wyjęła chusteczkę i upuściła ją na podłogę.

– Co myślisz o kazaniu? – zagadnął Harry.

– Bardzo interesujące – odparła Emma. – Ale wielebny Dodswell zawsze głosi dobre kazania – dodała, kiedy wyszli z przykościelnego cmentarza i skierowali się do Manor House.

– Porozmawiałbym o jego poglądach na temat niewiernego Tomasza, gdybym sądził, że słyszałaś chociaż jedno słowo.

– Uznałam jego podejście za fascynujące – zaprotestowała Emma.

– Nieprawda. On ani razu nie wspomniał o niewiernym Tomaszu i nie będę cię dalej wprawiał w zakłopotanie, pytając, o czym mówił. Mam tylko nadzieję, że Pan Bóg potraktuje z wyrozumiałością twoje zaabsorbowanie możliwym przejęciem firmy.

Przeszli kilka kroków w milczeniu, zanim Emma powiedziała:

– To nie tym się martwię.

– Więc czym? – spytał Harry ze zdziwieniem. Emma wzięła go za rękę. – Tak źle?

– Liść Klonu wrócił do Bristolu i stoi na złomowisku. – Umilkła na chwilę. – Prace rozbiórkowe zaczną się we wtorek.

Szli przez pewien czas w milczeniu, po czym Harry spytał:

– Co zamierzasz z tym zrobić?

– Nie sądzę, żebyśmy mieli duży wybór, jeśli nie chcemy do końca życia się zastanawiać...

– To mogłoby ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, które nas dręczy całe życie. Więc spróbuj jak najdyskretniej dowiedzieć się, czy jest coś w podwójnym dnie kadłuba.

– Prace mogą się zacząć natychmiast – przyznała Emma. – Ale nie chciałam dać ostatecznego pozwolenia bez twojego błogosławieństwa.

Clive Bingham był uszczęśliwiony kiedy Emma poprosiła, żeby dołączył do rady nadzorczej Linii Żeglugowej Barringtona, i chociaż nie było mu łatwo zająć miejsce ojca jako członka rady, to uważał, że spółka skorzystała z jego doświadczenia i wiedzy w dziedzinie PR, czego jej przedtem brakowało. Mimo to nie wątpił, co pomyślałby sir Walter Barrington o wstąpieniu eksperta od PR do rady nadzorczej: jak o handlarzu zaproszonym na uroczysty obiad.

Clive był dyrektorem własnej firmy PR w City z liczącym jedenaście osób personelem, który prowadził już kilka batalii związanych z przejęciem firm. Ale przyznał Sebowi, że to przejęcie spędza mu sen z powiek.

– Dlaczego? Nie ma nic niezwykłego w przejęciu firmy rodzinnej. Ostatnio zdarza się to bardzo często.

– Zgoda – rzekł Clive – ale tym razem to sprawa osobista. Twoja matka okazała mi zaufanie, zapraszając mnie do rady nadzorczej po rezygnacji mojego ojca, i szczerze mówiąc, to nie jest tak, jakbym informował prasę branżową o nowej trasie żeglugi na Bahamy albo o najnowszym programie lojalnościowym, ani nawet o zbudowaniu trzeciego liniowca. Jeśli teraz mi się nie powiedzie...

– Jak do tej pory twoje konferencje prasowe były perfekcyjne – powiedział Seb – a ostatnia oferta Cunarda jest prawie zaklepana. My to wiemy i oni to wiedzą, więc nie mogłeś wykonać bardziej profesjonalnej roboty.

– To uprzejme, co mówisz, Seb, ale ja się czuję jak biegacz na ostatniej prostej. Widzę taśmę, ale mam jeszcze jedną przeszkodę do wzięcia.

– I pokonasz ją w dobrym stylu.

Clive wahał się chwilę, zanim znowu się odezwał.

– Nie jestem przekonany, że twoja matka naprawdę chce dopuścić do tego przejęcia.

– Może się nie mylisz – powiedział Seb. – Jednak nie wziąłeś pod uwagę, że ona ma pewną rekompensatę.

– Mianowicie?

– Coraz bardziej pochłania ją praca prezeski szpitala, który, nie zapominaj, zatrudnia więcej ludzi i ma nawet większy budżet niż Linia Żeglugowa Barringtona, i co ważniejsze, nikt nie może go przejąć.

– Ale co myślą Giles i Grace? W końcu są udziałowcami większościowymi.

– Zostawili jej ostateczną decyzję, więc pewno dlatego spytała mnie, co myślę. A ja nie zostawiłem jej cienia wątpliwości, że jestem z natury bankierem, a nie człowiekiem morza i wolę być prezesem Farthings Kaufman niż spółki Barringtona. To na pewno nie było dla niej łatwe, ale w końcu uznała, że nie mogę pełnić obu tych funkcji. Gdybym tylko miał młodszego brata.

– Albo siostrę – rzekł Clive.

– Cii... bo Jessica zacznie coś kombinować.

– Ona ma tylko trzynaście lat.

– Nie sądzę, żeby to ją peszyło.

– Jak sobie radzi w nowej szkole?

– Jej nauczyciel malarstwa przyznał, że Jessica rozgłasza, zanim stanie się to zbyt oczywiste, że jedna dziewczyna w trzeciej klasie jest już lepszą artystką niż ona.

Kiedy w poniedziałek późnym wieczorem Emma wróciła ze złomowiska, wiedziała, że musi powiedzieć Harry’emu, co Frank Gibson i jego drużyna znaleźli, kiedy rozpruli podwójne dno kadłuba Liścia Klonu.

– Wyszło na jaw to, czego się zawsze najbardziej baliśmy – powiedziała, siadając naprzeciw Harry’ego. – A nawet gorzej.

– Gorzej? – powtórzył Harry.

Pochyliła głowę.

– Arthur wydrapał wiadomość na ścianie podwójnego dna. – Umilkła, ale nie mogła wydobyć więcej słów.

– Nie musisz mi mówić – powiedział Harry, ujmując jej dłoń.

– Muszę. W przeciwnym razie będziemy żyli w kłamstwie do końca życia. – Minęło trochę czasu, nim wydusiła: – Napisał: „Stan miał rację. Sir Hugo wiedział, że jestem tu uwięziony”... Więc mój ojciec zamordował twojego ojca – powiedziała, łkając.

– Tego nigdy nie będziemy pewni i może, kochanie, lepiej, żebyśmy nie byli... – rzekł Harry po dłuższej chwili.

– Ja nie chcę już wiedzieć. Ale ten biedak powinien przynajmniej mieć chrześcijański pogrzeb. Twoja matka oczekiwałaby tego.

– Pomówię na osobności z pastorem.

– Kto jeszcze powinien tam być?

– Tylko nas dwoje – powiedział Harry bez wahania. – Nic nie zyskamy, narażając Seba i Jessicę na cierpienie, jakie musieliśmy przeżywać przez tyle lat. I módlmy się, żeby to był koniec tej sprawy.

Emma spojrzała na męża.

– Widać nie słyszałeś o naukowcach z Cambridge, którzy pracują nad czymś, co się zwie DNA.

PRAWIE SIĘ ZDECYDOWALIŚMY, MÓWI

RZECZNIK SPÓŁKI BARRINGTONA

– Cholera – zaklął Clive, kiedy przeczytał tytuł w „Financial Timesie”. – Jak mogłem być tak głupi?

– Przestań się obwiniać – powiedział Seb. – Jest prawdą, że prawie się zdecydowaliśmy.

– Obaj to wiemy – rzekł Clive. – Ale szkoda, żeby Cunard to wiedział.

– Oni byli tego pewni na długo przedtem, zanim ujrzeli ten tytuł – zauważył Seb. – Szczerze mówiąc, będziemy mieli szczęście, jeśli uzyskamy jeszcze jeden punkt procentowy w tej transakcji. Podejrzewam, że osiągnęli górny pułap.

– Jednak twoja matka nie będzie specjalnie zadowolona – dodał Clive – i kto może mieć jej to za złe?

– Ona uzna, że to końcówka rozgrywki, a ja nie zamierzam wyprowadzać jej z błędu.

– Dziękuję za poparcie, Seb. Doceniam to.

– Drobiazg. Ty mi też pomogłeś, kiedy Sloane mianował się prezesem Farthings i wyrzucił mnie następnego dnia. Zapomniałeś, że tylko bank Kaufmana zaproponował mi pracę? A zresztą moją matkę może nawet ucieszył ten tytuł.

– Co masz na myśli?

– Wciąż nie jestem przekonany, że ona chce, żeby przejęcie zakończyło się sukcesem.

– Czy to zaszkodzi sprawie przejęcia? – spytała Emma, przeczytawszy artykuł.

– Może będziemy musieli poświęcić punkt albo dwa – odparł Seb. – Ale nie zapominaj mądrych słów Cedrica Hardcastle’a na temat przejęcia firm. Jeśli uzyskasz więcej, niż się spodziewałeś, a druga strona uważa, że wyszła lepiej na transakcji, to każdy odejdzie od stołu negocjacji zadowolony.

– Jak twoim zdaniem zareagują Giles i Grace?

– Wujek Giles spędza większość wolnego czasu, objeżdżając kraj i odwiedzając niepewne okręgi, gdzie zwycięstwo zależy od niewielu głosów, licząc na to, że laburzyści wciąż mogą wygrać najbliższe wybory. Bo jeśli Margaret Thatcher zostanie następnym premierem, to on może nigdy więcej nie pełnić stanowiska rządowego.

– A Grace?

– Nie sądzę, żeby w życiu czytała „Financial Timesa”, i na pewno nie będzie wiedziała, co zrobić z czekiem na dwadzieścia milionów funtów, jeśli się pamięta, że jej obecna pensja to około dwudziestu tysięcy rocznie.

– Będzie potrzebowała twojej pomocy i rady, Seb.

– Mamo, bądź pewna, że Farthings Kaufman zainwestuje kapitał doktor Barrington nadzwyczaj rozsądnie, biorąc pod uwagę fakt, że za kilka lat ona przejdzie na emeryturę i będzie liczyć na regularny dochód i mieszkanie.

– Może zamieszkać z nami w Somerset – powiedziała Emma. – Dawny domek Maisie będzie się dla niej idealnie nadawał.

– Ona jest zbyt dumna, żeby się na to zgodzić – rzekł Seb – i ty to wiesz, mamo. Już mi powiedziała, że rozgląda się za czymś w Cambridge, żeby być blisko przyjaciół.

– Ale po przejęciu naszej spółki będzie miała dość pieniędzy, żeby sobie kupić zamek.

– Założę się – powiedział Seb – że zamieszka w małym szeregowcu niedaleko dawnej uczelni.

– No, no, niewiele brakuje, żebyś został mędrcem – zauważyła Emma, zastanawiając się, czy podzielić się z synem swoim najnowszym kłopotem.

4

– Sześć miesięcy – powiedział Harry. – Ten cholerny facet powinien zostać powieszony i rozerwany końmi.

– O czym ty mówisz? – spytała spokojnie Emma, nalewając sobie drugą filiżankę herbaty.

– Ten opryszek, który uderzył pielęgniarkę na oddziale pomocy doraźnej, a potem zaatakował lekarza, został skazany tylko na sześć miesięcy.

– Doktor Hands – powiedziała Emma. – Wprawdzie zgadzam się z twoimi odczuciami, ale były też okoliczności łagodzące.

– Mianowicie? – spytał Harry.

– Kilka moich najlepszych pielęgniarek pochodzi z zagranicy i nie chce stanąć na miejscu dla świadka z obawy, że władze mogą odkryć, że ich papiery imigracyjne nie są, powiedzmy, w idealnym porządku.

– To nie powód, żeby nie dostrzegać takich rzeczy – powiedział Harry.

– Nie mamy specjalnie wyboru, jeśli publiczna służba zdrowia ma nie upaść.

– To nie zmienia faktu, że ten drab uderzył pielęgniarkę – Harry zajrzał znowu do artykułu – w sobotnią noc, kiedy był najwyraźniej pijany.

– Sobotnia noc to trop – powiedziała Emma – na który by wpadł William Warwick, gdyby przesłuchał siostrę przełożoną i odkrył, dlaczego włącza radio w każde sobotnie popołudnie o piątej.

Harry uniósł brwi.

– Żeby usłyszeć, jaki jest wynik meczu Bristol City albo Bristol Rovers, zależnie od tego, która drużyna gra tego dnia u siebie.

Harry nie przerywał.

– Jeżeli wygrają, oddział pomocy doraźnej będzie miał spokojną noc. Jeśli zremisują, będzie znośnie. Ale gdyby przegrali, nastąpi koszmar, ponieważ po prostu nie mamy dość personelu, żeby sobie dać radę.

– Tylko dlatego, że drużyna miejscowa przegra mecz piłki nożnej?

– Tak, ponieważ można zagwarantować, że kibice tej drużyny utopią smutek w alkoholu, a potem wdadzą się w bójki. Niektórzy, co za niespodzianka, wylądują na oddziale pomocy doraźnej, gdzie będą musieli wyczekiwać godzinami, zanim ktoś się nimi zajmie. Rezultat? Jeszcze więcej bójek wybucha w poczekalni i czasami pielęgniarka albo lekarz próbują interweniować.

– Nie macie ochroniarzy, żeby się z tym uporali?

– Obawiam się, że mamy ich za mało. I szpital nie ma odpowiednich środków, skoro siedemdziesiąt procent rocznego budżetu pochłaniają pensje, a rząd żąda cięcia wydatków, lecz nie jest skłonny do udzielenia subwencji. Więc możesz być pewien, że staniemy przed tym samym problemem w następny sobotni wieczór, jeżeli Bristol Rovers przegra z Cardiff City.

– Czy pani Thatcher ma pomysł na rozwiązanie tego problemu?

– Podejrzewam, że ona by się zgodziła z tobą, kochanie. Powieszenie i rozerwanie końmi byłoby dla nich zbyt łagodną karą. Ale nie sądzę, żeby w następnym orędziu Partii Konserwatywnej zalecono taką strategię.

Doktor Richards zbadał pacjentowi tętno, 72 uderzenia na minutę, i odznaczył kolejną rubryczkę.

– I na koniec, sir Harry – powiedział lekarz, naciągając lateksowe rękawiczki – chcę panu zbadać prostatę.

– Hmm – mruknął po kilku chwilach. – Jest bardzo mały guzek. Powinniśmy go obserwować. Proszę się ubrać, sir Harry. W sumie jest pan w całkiem dobrej formie jak na człowieka zbliżającego się do sześćdziesiątki. To wiek, w którym wielu z nas myśli o przejściu na emeryturę.

– Nie ja – powiedział Harry. – Muszę jeszcze dostarczyć kolejną książkę z Williamem Warwickiem w roli głównej, a potem zasiądę do następnej powieści, której pisanie zajmie mi dwa lata. Więc muszę dożyć przynajmniej do siedemdziesiątki. Czy to jasne, doktorze?

– Siedemdziesiąt lat. Nie więcej niż opiewa kontrakt ze Stwórcą. Nie sądzę, żeby to był problem – dodał – o ile będzie pan nadal ćwiczył. – Sprawdził kartę pacjenta. – Kiedy ostatnio pana widziałem, sir Harry, przebiegał pan pięć kilometrów dwa razy w tygodniu i chodził pan osiem kilometrów trzy razy w tygodniu. Czy wciąż pan to robi?

– Tak, ale muszę przyznać, że przestałem sprawdzać czas.

– Czy wciąż stosuje pan tę praktykę pomiędzy dwugodzinnymi sesjami pisania?

– Każdego rana, pięć dni w tygodniu.

– Doskonale. W istocie to więcej, niż osiąga wielu moich młodszych pacjentów. Jeszcze dwa pytania. Przypuszczam, że pan nie pali.

– Nigdy.

– A ile pan zwykle pije dziennie?

– Kieliszek wina do kolacji, ale nie podczas lunchu. Wtedy bym spał po południu.

– Zatem, szczerze mówiąc, dożyje pan lekko do siedemdziesiątki, jeśli nie przejedzie pana autobus.

– Niewielka szansa, gdyż nasz lokalny autobus przyjeżdża do wioski dwa razy dziennie, chociaż Emma regularnie pisuje skargi do rady gminnej.

Doktor się uśmiechnął.

– To podobne do naszej pani prezes.

Doktor Richards zamknął teczkę, wstał zza biurka i wyprowadził Harry’ego z gabinetu lekarskiego.

– Jak się czuje lady Clifton? – zapytał, kiedy wędrowali korytarzem.

Emma nie cierpiała tytułu honorowego „lady”, bo uważała, że nań nie zasługuje, i nalegała, aby wszyscy w szpitalu nadal zwracali się do niej per „pani Clifton” albo „pani prezes”.

– Pan powinien mi powiedzieć – rzekł Harry.

– Nie jestem jej lekarzem – zaznaczył Richards – ale powiadam panu, że jest najlepszym prezesem, jakiego mieliśmy do tej pory, i nie jestem pewien, kto będzie na tyle odważny, żeby zająć jej miejsce, kiedy ustąpi za rok.

Harry się uśmiechnął. Ile razy odwiedzał Królewski Szpital Bristolski, odczuwał szacunek i sympatię personelu dla Emmy.

– Jeżeli wygramy drugi raz tytuł najlepszego szpitala roku – dodał doktor Richards – z pewnością będzie to też jej zasługa.

Kiedy szli korytarzem, Harry minął dwie pielęgniarki, które miały przerwę na herbatę. Spostrzegł, że jedna z nich ma podbite oko i spuchnięty policzek, czego, mimo grubego makijażu, nie zdołała zamaskować. Doktor Richards zaprowadził Harry’ego do małego pokoju, w którym nie było nic poza łóżkiem i dwoma krzesłami.

– Proszę zdjąć marynarkę. Pielęgniarka zaraz do pana przyjdzie.

– Dziękuję – powiedział Harry. – Cieszę się, że się zobaczymy znowu za rok.

– Jak dostaniemy wszystkie wyniki badań z laboratorium, napiszę i podam je panu. Nie przypuszczam, żeby się specjalnie różniły od zeszłorocznych.

Harry zrzucił marynarkę, powiesił ją na oparciu krzesła, ściągnął buty i położył się na łóżku. Rozciągnął się, zamknął oczy i zaczął myśleć o następnym rozdziale Williama Warwicka i sztuczki z trzema kartami. Jak to możliwe, żeby podejrzany był jednocześnie w dwóch miejscach? Albo był w łóżku z żoną, albo jechał samochodem do Manchesteru. Więc gdzie? Lekarz zostawił otwarte drzwi i nagle Harry usłyszał, że ktoś mówi:

– Doktor Hands.

Gdzie on wcześniej słyszał to nazwisko?

– Czy poskarżysz się na niego siostrze przełożonej? – zapytał głos.

– Nie, ponieważ nie chcę stracić pracy – powiedział drugi głos.

– Więc temu staremu obleśnikowi znowu ujdzie to na sucho.

– Dopóki to słowo przeciw słowu, on nie ma się czego bać.

– Co tym razem zmalował?

Harry usiadł, wyjął notes i pióro z kieszeni marynarki i pilnie słuchał rozmowy, która toczyła się w korytarzu.

– Byłam w pralni na trzecim piętrze i wybierałam świeżą pościel, kiedy ktoś wszedł. Kiedy drzwi się zamknęły i usłyszałam trzask zamka, wiedziałam, że to może być tylko jedna osoba. Udawałam, że nic nie zauważyłam, podniosłam pościel i skierowałam się prosto do drzwi. Próbowałam je otworzyć, ale on złapał mnie i przylgnął do mnie. To było obrzydliwe. Myślałam, że zwymiotuję. Nikt nie musi o tym wiedzieć, powiedział, zabawimy się trochę. Próbowałam uderzyć go w genitalia, ale przycisnął mnie do ściany. Potem obrócił mnie i próbował całować.

– Co zrobiłaś?

– Ugryzłam go w język. Wrzasnął, wyzwał mnie od suk i uderzył w twarz. Ale to mi dało dosyć czasu, żeby otworzyć drzwi i uciec.

– Musisz złożyć na niego skargę. Czas, żeby tego drania wyrzucili ze szpitala.

– Niewielka szansa. Kiedy dziś rano zobaczyłam go na obchodzie, postraszył mnie, że jeśli otworzę usta, to będę musiała rozejrzeć się za inną pracą, a potem dodał – głos ściszył się do szeptu – kiedy kobieta otwiera usta, to jest dobre tylko w jednej sytuacji.

– On jest nienormalny i nie powinno mu to ujść na sucho.

– Nie zapominaj, jaką ma silną pozycję. Przez niego chłopak Mandy stracił robotę, kiedy on powiedział policji, że widział, jak ją zaatakował, podczas gdy to on ją uderzył. Więc jaką miałabym szansę po tej macance w pralni? Nie, postanowiłam...

– Dzień dobry, sir Harry – powiedziała pielęgniarka, wchodząc do pokoju i zamykając za sobą drzwi. – Doktor Richards poprosił mnie, żebym pobrała panu krew i wysłała próbkę do laboratorium. Rutynowe badanie, więc proszę podwinąć rękaw.

– Sądzę, że tylko jedno z nas ma kwalifikacje na prezesa – zauważył Giles, nie kryjąc znaczącego uśmieszku.

– To nie jest śmieszne – powiedziała Emma. – Już przygotowałam program naszego spotkania, żebyśmy omówili wszystkie tematy warte dyskusji.

Wręczyła Gilesowi i Grace po jednym egzemplarzu i odczekała kilka chwil, żeby zastanowili się nad wymienionymi punktami, po czym przemówiła:

– Może powinnam zapoznać was z aktualnościami, zanim przejdziemy do pierwszego punktu.

Jej brat i siostra skinęli potakująco głowami.

– Rada nadzorcza zaakceptowała ostateczną ofertę Cunarda opiewającą na trzy funty czterdzieści jeden pensów za udział i przejęcie zostało sfinalizowane w piątkowe południe, dwudziestego szóstego lutego.

– To musiało być naprawdę bolesne – powiedział Giles z prawdziwym współczuciem.

– Muszę przyznać, że kiedy opróżniałam moje biuro, wciąż się zastanawiałam, czy postąpiłam słusznie. I cieszyłam się, że nikogo nie ma w pokoju, kiedy zdejmowałam portret dziadka, bo nie mogłam spojrzeć mu w oczy.

– Chętnie bym przyjął Waltera z powrotem do Barrington Hall – zaofiarował się Giles. – Jego portret by wisiał obok portretu babki w bibliotece.

– W istocie prezes Cunarda spytał, czy portret Waltera może zostać w sali posiedzeń rady nadzorczej obok wszystkich byłych prezesów.

– To robi wrażenie – rzekł Giles. – I jeszcze bardziej mnie przekonuje, że podjąłem słuszną decyzję, jak zainwestować część pieniędzy – dodał bez wyjaśnienia.

– A co z tobą, Emmo? – spytała Grace, zwracając się do siostry. – Przecież ty też zasłużyłaś na miejsce w sali posiedzeń rady nadzorczej.

– U Bryana Organa zamówiono mój portret – odparła Emma. – Zawiśnie naprzeciwko portretu naszego drogiego dziadka.

– A co mówi o tym Jessica? – spytał Giles.

– Poleciła go. Nawet zapytała, czy może być obecna podczas pozowania.

– Ona tak szybko dorasta.

– To już młoda dama – rzekła Emma. – I będę chciała zasięgnąć jej rady w innej sprawie – dodała, po czym wróciła do swojego programu. – Po podpisaniu końcowych dokumentów w sali posiedzeń rady nadzorczej odbyła się uroczystość przekazania firmy. W ciągu dwudziestu czterech godzin nazwa Linii Żeglugowej Barringtona, która z dumą widniała nad bramą ponad sto lat, została zastąpiona nazwą Cunarda.

– Wiem, że minął tylko miesiąc – powiedział Giles – ale czy Cunard wypełnił zobowiązania wobec naszego personelu, zwłaszcza wobec tych osób, które pracują od dawna?

– Wypełnił co do joty – rzekła Emma. – Nikt nie został zwolniony, chociaż spora grupa weteranów skorzystała z wynegocjowanej przez Seba hojnej odprawy z tytułu redukcji oraz z bezpłatnego rejsu wycieczkowego na Buckinghamie albo Balmoralu, więc tu nie ma żadnych skarg. Jednak musimy przedyskutować naszą własną sytuację, i co dalej. Jak oboje wiecie, zaoferowano każdemu z nas rozliczenie gotówkowe w wysokości ponad dwudziestu milionów funtów albo do wyboru akcje Cunarda, co ma kilka zalet.

– Ile akcji proponują? – spytała Grace.

– Każdemu z nas siedemset dziesięć tysięcy, co w zeszłym roku przyniosło jako dywidendę dwieście czterdzieści sześć tysięcy siedemset siedemnaście funtów. A więc, czy któreś z was zdecydowało, co zrobić z pieniędzmi?

– Ja zdecydowałem – rzekł Giles. – Za radą Seba postanowiłem wziąć połowę w gotówce, którą Farthings Kaufman dla mnie zainwestuje, i drugą połowę w akcjach Cunarda. Ostatnio ich ceny trochę spadły, co, jak mówi Seb, po przejęciu nie jest rzeczą niezwykłą. Jednak zapewnił mnie, że spółka Cunarda to dobrze zarządzana firma z dobrymi notowaniami i spodziewa się, że jej akcje zaowocują dywidendami w wysokości trzech do czterech procent, a ich wartość będzie rosła z roku na rok o tę samą wysokość.

– To w istocie brzmi nader konserwatywnie – rzuciła Emma, drocząc się z bratem.

– Przez małe „k” – odciął się Giles. – Zgodziłem się również finansować pracownika zbierającego materiały dla Towarzystwa Fabiańskiego.

– Co za odważny gest – zauważyła Grace, nie kryjąc sarkazmu.

– A ty zdobyłaś się na coś bardziej radykalnego? – spytał Giles, odpłacając pięknym za nadobne.

– Mam nadzieję. W każdym razie dobrze się bawiłam.

Emma i Giles wlepili wzrok w siostrę niczym dwójka jej studentów czekających na odpowiedź.

– Zdeponowałam czek w banku w pełnej wysokości. Kiedy okazałam go dyrektorowi mojego banku, myślałam, że zemdleje. Następnego dnia Sebastian przyjechał do mnie do Cambridge i za jego radą odłożyłam pięć milionów na należności podatkowe i kolejne dziesięć na rachunek inwestycyjny w banku Farthings Kaufman, żeby rozdzielić tę kwotę między różnorodnymi firmami z tradycjami – powtarzam jego słowa. Zdeponowałam również milion funtów w banku Midland, co będzie aż nadto na zakup małego domu w pobliżu Cambridge i na gwarantowany dochód roczny w wysokości trzydziestu tysięcy funtów. O wiele więcej niż kiedykolwiek zarobiłam w ciągu moich lat jako nauczycielka uniwersytecka.

– A pozostałe cztery miliony?

– Darowałam milion na fundusz renowacji Newnham College, pół miliona na rzecz Fitzwilliam College, a dalsze pół miliona podzieliłam między kilkanaście organizacji charytatywnych, którymi interesowałam się przez lata, ale nigdy w przeszłości nie mogłam ofiarować im więcej niż kilkaset funtów.

– Przez ciebie mam poczucie winy – przyznał Giles.

– Mam nadzieję, Giles. Ale ja wstąpiłam do Partii Pracy na długo przed tobą.

– Nierozliczone zostają jeszcze dwa miliony – wtrąciła Emma.

– Wiem, że to nie jest w moim stylu, ale wybrałam się na szalone zakupy z Jessicą.

– Mój Boże, na co ona to wydała? – spytała Emma. – Brylanty i torebki?

– Ależ skąd – powiedziała Grace z naciskiem. – Jeden Monet, Manet, dwa obrazy Picassa, jeden Pissarra i jeden Luciana Freuda, o którym ona mówi, że wchodzi w modę, jak również malowidło Bacona Krzyczący papież, którego kazania nie chciałabym usłyszeć. Poza tym model rzeźby Henry’ego Moore’a Król i królowa, którą od dawna podziwiałam wraz z dziełami Barbary Hepworth i Leona Underwooda. Jednak odmówiłam zakupu płótna Erica Gilla, bo mi powiedziano, że sypiał z własnymi córkami. Jessica tym się nie przejmuje – nie można odmówić komuś prawdziwego talentu, powtarza – ale ja postawiłam na swoim. Moim ostatnim zakupem był projekt okładki Petera Blake’a do płyty Beatlesów, który ofiarowałam Jessice w nagrodę za jej wiedzę i znawstwo. Dokładnie wiedziała, jakie galerie odwiedzić, i targowała się z marszandami jak straganiarz z East Endu. Nie wiedziałam, czy mam być z niej dumna, czy się za nią wstydzić. I muszę przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy, że wydawanie pieniędzy może być tak wyczerpującym zajęciem.

Emma i Giles wybuchnęli śmiechem.

– Zawstydziłaś nas – powiedziała Emma. – Nie będę mogła się doczekać, żeby ujrzeć kolekcję tych dzieł. Ale gdzie je zaprezentujesz?

– Myślę, że znalazłam idealny dom w Trumpington, gdzie jest dosyć miejsca na ścianach, żeby powiesić te wszystkie obrazy, i duży ogród, w którym będzie można pokazać rzeźby. Więc w przyszłości to ja zaproszę was na weekend. Jeszcze nie sfinalizowałam umowy, ale napuściłam Sebastiana na biednych agentów od nieruchomości i powierzyłam mu sprawę dogadania ceny. Chociaż nie wierzę, żeby się sprawił lepiej niż Jessica – ona jest przekonana, że moja kolekcja dzieł sztuki okaże się bardziej lukratywną inwestycją niż papiery wartościowe; przypomniała ojcu, że ich nie można powiesić na ścianie. Próbował jej wytłumaczyć, jaka jest różnica między tym, jak się coś wycenia, a tym, jak się to ceni, ale to do niej nie trafiło.

– Brawo! – rzuciła Emma. – Mam tylko nadzieję, że został dla mnie jakiś obraz Moneta, bo ja też zamierzałam prosić Jessicę o radę, chociaż prawdę mówiąc, wciąż nie postanowiłam, co zrobić z moją fortuną. Spotkałam się trzykrotnie z Hakimem Bisharą i z Sebem, ale nadal nie mogę podjąć decyzji. Utraciwszy jedną prezesurę, koncentruję się na nowym rządowym pakiecie reform państwowej służby zdrowia i ich następstwach dla Królewskiego Szpitala Bristolskiego.

– Ten projekt ustawy nigdy nie zostanie uchwalony, jeżeli Margaret Thatcher wygra wybory – powiedział Giles.

– Święta racja! – zgodziła się Emma. – Ale ja muszę przygotować moich kolegów z rady nadzorczej na konsekwencje, gdyby laburzyści powrócili do władzy. Nie chcę zrzucić na mojego następcę, kimkolwiek on czy ona mogą być, obowiązku ratowania sytuacji. – Zamilkła, a potem dodała: – Jeszcze jakaś sprawa?

Giles wyjął spod stołu okazałe modele Buckinghama i Balmorala wraz z butelką szampana.

– Najdroższa Emmo – rzekł. – Grace i ja będziemy twoimi dłużnikami do końca życia. Bez twojego kierownictwa, poświęcenia i zaangażowania nie znaleźlibyśmy się w tak uprzywilejowanej pozycji. Będziemy ci dozgonnie wdzięczni.

Trzy szklanki, w których zwykle trzymano wodę, Giles napełnił po brzegi szampanem, ale Emma nie mogła oderwać oczu od modeli dwóch statków.

– Dziękuję – powiedziała, unosząc szklankę. – Ale przyznaję, że rozkoszowałam się każdą chwilą i już żałuję, że nie jestem prezeską. Mam też dla was niespodziankę. Cunard zaprosił mnie do rady nadzorczej, więc ja też chcę wznieść toast.

Wstała i uniosła szklankę z szampanem.

– Za Joshuę Barringtona, która założył Linię Żeglugową Barringtona w 1839 roku i w pierwszym roku swojej prezesury osiągnął zysk trzydziestu trzech funtów, czterech szylingów i dwóch pensów, ale obiecał udziałowcom więcej.

Giles i Grace wznieśli szklanki.

– Za Joshuę Barringtona.

– Może nadszedł czas, żeby uczcić niedawne narodziny wnuka mojej siostry, Jake’a – rzekł Giles – który, jak się spodziewa Seb, zostanie w przyszłości prezesem Farthings Bank.

– Czy mierzę zbyt wysoko, mając nadzieję, że Jake będzie wolał robić coś bardziej interesującego, niż być bankierem? – powiedziała Grace.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

GILES BARRINGTON

1979–1981

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

SEBASTIAN CLIFTON

1981

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

LADY VIRGINIA FENWICK

1981–1982

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

JESSICA CLIFTON

1982–1984

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

LADY VIRGINIA FENWICK

1983–1986

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

SEBASTIAN CLIFTON

1984–1986

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

HARRY I EMMA CLIFTONOWIE

1986–1989

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

EMMA CLIFTON

1990–1992

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

51

Dostępne w wersji pełnej

HARRY ARTHUR CLIFTON

1920–1992

52

Dostępne w wersji pełnej

To był człowiek

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Podziękowania

***

Prolog 1978

HARRY I EMMA CLIFTONOWIE 1978–1979

1

2

3

4

5

GILES BARRINGTON 1979–1981

6

7

8

9

10

SEBASTIAN CLIFTON 1981

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

LADY VIRGINIA FENWICK 1981–1982

21

22

23

JESSICA CLIFTON 1982–1984

24

25

26

27

28

29

LADY VIRGINIA FENWICK 1983–1986

30

31

32

33

34

35

36

37

38

SEBASTIAN CLIFTON 1984–1986

39

40

41

42

43

HARRY I EMMA CLIFTONOWIE 1986–1989

44

45

46

47

48

EMMA CLIFTON 1990–1992

49

50

51

HARRY ARTHUR CLIFTON 1920–1992

52

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: This Was a Man

Copyright © Jeffrey Archer 2016

The right of Jeffrey Archer to be identified as the author of this work has been asserted by him in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988.

All rights reserved

First published 2016 by Macmillan, an imprint of Pan Macmillan, a division of Macmillan Publisher Limited

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Prolog, rozdziały 1-38 przełożyła Danuta Sękalska

Rozdziały 39-52 przełożył Maciej Szymański

Redaktor: Katarzyna Raźniewska

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografie na okładce

© Kamenetskiy Konstantin / Shutterstock – postać mężczyzny

© Dave Cavill / Getty Images Poland – park

© Mukul Banerjee Photography / Getty Images Poland – posiadłość

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

To był człowiek!, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-859-5

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzienniki więzienne To był człowiek! W godzinie próby Jedenaste przykazanie Ścieżki chwały Ale to nie wszystko 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer