Przyjaźń absolutna

Przyjaźń absolutna

Autorzy: John le Carre

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 35.90 zł

cena od: 3.00 zł

Międzynarodowy terroryzm, interwencja w Iraku, nowa woja prowadzona przez służby wywiadowcze. Rozrachunek z międzynarodową polityką i ponure ostrzeżenie na wiek XXI.
Ted Mundy, syn brytyjskiego żołnierza urodzony w 1947 roku i Sasza, syn niemieckiego pastora luterańskiego, spotykają się w targanym zamieszkami Berlinie Zachodnim w latach 60. XX wieku.
Ich przyjaźń, choć wiele razy była wystawiana na próbę: zimna wojna, upadek Muru Berlińskiego, wojna w Iraku, przetrwała lata. Jednak w obliczu ekstremalnego terroru i mistyfikacji na skalę globalną wszystko się zmienia. Na jaw wychodzą wieloletnie kłamstwa, a wydarzenia przybiorą dla nich tragiczny obrót…
„Le Carre łączy thriller ze współczesną polityką, udowadniając ponownie, że jest mistrzem tego gatunku”. Observer

Tytuł oryginału:

ABSOLUTE FRIENDS

Copyright © 2003 by David Cornwell

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Emilia Grzeszczak, Aneta Iwan, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-250-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

1

W dniu, w którym upomniało się o niego przeznaczenie, Ted Mundy miał na głowie melonik i kiwał się na drewnianej skrzynce w jednym z bawarskich zamków króla Ludwika Szalonego. Melonik nie pochodził niestety z Savile Row. Bardziej przypominał kapelusze Flipa i Flapa. Nie był nawet angielski, choć na kieszonce znoszonej tweedowej marynarki Teda widniał przyczepiony rzepem emblemat w kolorach brytyjskiej flagi. Przetłuszczona metka wewnątrz denka świadczyła, że melonik ów był dziełem wiedeńskiej firmy Steinmatzky & Söhne.

Ale że nie jest to jego własny kapelusz – jak natychmiast tłumaczył każdemu nieszczęśnikowi, a jeszcze chętniej nieszczęśniczce, która padła ofiarą jego niepohamowanej bezpośredniości – nie ma się czego wstydzić.

– To kapelusz służbowy, szanowna pani – mówił wtedy z naciskiem, rozwlekle przepraszając słuchaczkę wyuczonymi na pamięć słowami. – To historyczny skarb powierzony mi na jakiś czas tylko, używany przez całe pokolenia moich poprzedników na tym zaszczytnym stanowisku: wędrownych uczonych, poetów, marzycieli, duchownych, wiernych poddanych świętej pamięci króla Ludwika. Tak jest! – Owo „Tak jest!” mogło być efektem dzieciństwa spędzonego wśród wojskowych. – No bo jakąż mamy alternatywę, pytam? Nie można przecież wymagać od rasowego Anglika, by targał ze sobą parasol jak japońscy przewodnicy, prawda? I to niecałe osiemdziesiąt kilometrów od miasta, w którym nasz kochany Neville Chamberlain podpisał pakt z diabłem. Prawda, że nie można, proszę pani?

A jeżeli słuchaczka okaże się – jak często bywa – zbyt ładna, by wiedzieć, kto to był Neville Chamberlain i o jakiego diabła chodzi, rasowy Anglik chętnie wygłosi swoją wersję historycznej pogadanki dla ignorantów o wstydliwym układzie monachijskim z 1938 roku, bez najmniejszych oporów opowiadając, jak bardzo nasza ukochana Korona Brytyjska, nie mówiąc już o arystokracji i miłościwie rządzącej wówczas Partii Konserwatywnej, chciała dogadać się z Hitlerem, byle tylko uniknąć wojny.

– Widzi pani, było tak: establishment brytyjski drży przed bolszewikami – rozpędza się Mundy. Jak zwykle. – Ameryka też. Jedni i drudzy chcą napuścić Hitlera na czerwoną zarazę. Dlatego właśnie parasol Chamberlaina do dziś pozostaje dla Niemców wstydliwym symbolem angielskiej polityki appeasementu względem naszego kochanego Führera. – Ted nigdy inaczej Hitlera nie nazywa. – Przyznam się, że jako Anglik wolę w tym kraju moknąć, niż nosić parasol. No, ale nie po to przecież pani tu przyszła, by słuchać o jakimś Chamberlainie, tylko żeby zwiedzić ulubiony zamek Ludwika Szalonego. Prawda? Prawda? Bardzo mi miło, proszę pani. – Tu parodystycznie zsuwa melonik do tyłu, a wtedy jak chart spuszczony ze smyczy wyskakuje spod niego niesforna szpakowata grzywka. – Ted Mundy, błazen Jego Wysokości króla Ludwika, do państwa usług.

Co myślą o nim owi turyści – owi Billies, jak przezywają ich organizatorzy angielskich wycieczek – jeżeli w ogóle myślą? Jak go sobie zapamiętają? Kim jest dla nich Ted Mundy? Rzeczywiście trochę błaznem, trochę nieudacznikiem, głupawym profesjonalistą w meloniku i z angielską flagą na kieszeni marynarki, nieuleczalnym gadułą po pięćdziesiątce. W sumie fajny gość, chociaż córki samej bym z nim nie zostawił. A te pionowe zmarszczki nad brwiami niczym blizny po ostrzu skalpela? Czy to z gniewu? A może to ślad koszmarów sennych? Taki jest Ted Mundy, przewodnik wycieczek.

Jest koniec maja, za trzy minuty piąta po południu. Zaraz zacznie się ostatnia tura dnia. Pochłodniało. Wiosenne czerwone słońce zachodzi za młode brzózki. Ted Mundy opiera się o poręcz balkonu. Nogi ma zgięte w kolanach, melonikiem osłania oczy przed gasnącymi promieniami. Czyta pomiętą „Süddeutsche Zeitung” – trzyma ją w kieszeni na chwile przerwy między jedną a drugą grupą turystów. Wojna w Iraku skończyła się oficjalnie ponad miesiąc temu. Mundy, jej zagorzały przeciwnik, przebiega wzrokiem mniejsze nagłówki: premier Tony Blair odwiedzi Kuwejt, by podziękować jego mieszkańcom za udział w zwycięstwie.

– No pewnie – mówi Mundy i marszczy brwi.

Tony Blair zatrzyma się też w Iraku. Nie będzie tryumfował, tylko się zastanawiał, jak odbudować Irak.

– Akurat – mruczy Mundy i robi jeszcze groźniejszą minę.

Tony Blair nie ma wątpliwości, że iracka broń masowego rażenia zostanie wkrótce odnaleziona. Z kolei sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld zastanawia się, czy przypadkiem Irakijczycy nie zniszczyli jej złośliwie przed wybuchem wojny.

– Zdecydowalibyście się chociaż, barany – burczy Mundy.

Jak dotąd dzień toczył się Mundy’emu jak zwykle, czyli dziwnie i pogmatwanie. Punkt szósta wstał z łóżka, które dzieli ze swą partnerką, młodą Turczynką Zarą. Przeszedł na palcach przez korytarz i obudził jej jedenastoletniego syna Mustafę, by chłopak zdążył się umyć, zmówić modlitwę, zjeść przygotowane przez Mundy’ego śniadanie – chleb, oliwki, nutella – i wypić herbatę. Wszystko to w najgłębszej ciszy. Zara pracuje do późnej nocy w kebabiarni na monachijskim dworcu głównym, więc nie wolno jej budzić pod żadnym pozorem. Od kiedy dostała tę nocną pracę, wraca do domu o trzeciej. Przywozi ją sąsiad, zaprzyjaźniony taksówkarz, Kurd. Zara może wtedy, zgodnie z obyczajami muzułmańskimi, odmówić krótką modlitwę przed wschodem słońca i przespać całe osiem godzin, bo tyle potrzebuje. Tylko że dzień Mustafy zaczyna się o siódmej, a on też musi się pomodlić – Mundy i Mustafa musieli użyć połączonych sił perswazji, by ją przekonać, że tego rytuału może dopilnować Mundy, że ona nie musi się zrywać. Mustafa, choć jest w nim coś z kota, to spokojne dziecko. Ma ciemne włosy, wystraszone piwne oczy i donośny gardłowy głos.

Mężczyzna i chłopiec wychodzą z bloku – obskurnego pudła z prefabrykatów – i kierują się przez pusty teren do przystanku autobusowego, całego w graffiti, głównie o treści obelżywej. Ich blok to etniczny przegląd Bliskiego Wschodu: Kurdowie, Jemeńczycy i Turcy żyją tu dosłownie jedni na drugich.

Na przystanku są już inne dzieci, niektóre z mamą albo tatą. Mundy mógłby spokojnie powierzyć im Mustafę, ale woli odwieźć go do samej szkoły i uścisnąć mu dłoń przed szkolną bramą; czasem nawet całują się na pożegnanie w oba policzki. W mrocznych czasach, nim Mundy pojawił się w jego życiu, Mustafa żył w strachu i upokorzeniu. Teraz trzeba go podbudować.

Powrót ze szkoły do domu zabiera Mundy’emu dwadzieścia minut – maszeruje wtedy wielkimi krokami. Idzie i ma nadzieję, że Zara jeszcze śpi, ale jednocześnie marzy mu się, by właśnie się budziła, bo wtedy będzie się z nim kochać: najpierw zaspana, potem coraz bardziej namiętnie. Później Mundy wskoczy do sfatygowanego garbusa i ruszy na południe, w siedemdziesięciominutową drogę do Linderhofu, do pracy.

Kawał drogi, ale trzeba. Rok temu cała trójka żyła oddzielnie i w rozpaczy. Dziś walczą razem o lepsze jutro. Zawsze, gdy korki na drodze doprowadzają go do szału, Mundy opowiada sobie tę cudowną historię.

Znowu w życiu mu nie wyszło.

Właściwie to musi ratować się ucieczką.

Egon, jego partner w interesach i współdyrektor ledwo wiążącej koniec z końcem Akademii Języka Angielskiego, uciekł z resztką aktywów firmy. Mundy musi wymknąć się z Heidelbergu w środku nocy. Zabiera tylko to, co zmieści się do volkswagena. I siedemset cztery euro, których Egon zapomniał zabrać z sejfu.

O świcie dociera do Monachium; zostawia volkswagena – na heidelberskich numerach – w najdalszym zakątku piętrowego parkingu: to na wypadek, gdyby dłużnicy już uzyskali tytuł zajęcia. A potem robi to, co zawsze robił, gdy życie zaczynało deptać mu po piętach – idzie piechotą.

A ponieważ od zawsze – z powodów tkwiących w dzieciństwie – ma naturalny pociąg do wszystkiego, co wschodnie, nogi same prowadzą go na ulicę pełną tureckich sklepów i kawiarni, właśnie budzących się ze snu. Dzień jest słoneczny, Mundy zgłodniał, więc wchodzi do pierwszego lepszego lokalu, ostrożnie opuszcza swój długi tułów na plastikowe krzesło, które za żadne skarby świata nie chce stać prosto na nierównej posadzce, i zamawia u kelnera kawę po turecku oraz dwie bułki z makiem, masłem i dżemem. Jeszcze nawet nie zabrał się do śniadania, gdy na sąsiednie krzesło pakuje się młoda kobieta i zasłaniając dłonią usta, pyta go niepewnie z turecko-bawarskim akcentem, czy nie chciałby, żeby się z nim przespała za pieniądze.

Zara ma dwadzieścia kilka lat. Jest nieprawdopodobnie, rozdzierająco piękna. Ma na sobie cienką niebieską bluzkę, czarny stanik i czarną spódnicę na tyle krótką, że widać spod niej nagie uda. Jest niebezpiecznie szczupła, toteż Mundy niesłusznie podejrzewa, że udział w tym mają narkotyki. Potem długo się wstydził, że całkiem poważnie rozważał przyjęcie jej propozycji. Jest niewyspany, nie ma pracy, kobiety, pieniędzy.

Ale gdy zaczyna uważniej przyglądać się młodej kobiecie, z którą mógłby zaraz pójść do łóżka, dostrzega w jej oczach taką desperację, taki brak pewności siebie i równocześnie taką inteligencję, że szybko się opanowuje i częstuje ją śniadaniem. Zara podejrzliwie przyjmuje poczęstunek – pod warunkiem, że połowę będzie mogła zanieść chorej matce. Mundy, który teraz jest wdzięczny opatrzności za to, że zetknęła go z kimś, komu powodzi się jeszcze gorzej niż jemu, ma lepszy pomysł: Zara sama zje całe śniadanie, a potem pójdą razem kupić jedzenie dla matki w jednym z licznych w okolicy sklepów z żywnością halaal – bo starsza pani na pewno przestrzega zaleceń Koranu.

Zara wysłuchuje go z kamienną twarzą i spuszczonym wzrokiem. Mundy rozpaczliwie usiłuje wczuć się w jej sytuację, więc wyobraża sobie, że dziewczyna ma go albo za wariata, albo za szczególnie wyrafinowanego zboczeńca. Dokłada wszelkich starań, by nie wydać się jej ani jednym, ani drugim, ale najwyraźniej zupełnie mu się to nie udaje. Gestem, od którego aż kraje mu się serce, Zara oburącz zagarnia do siebie całe jedzenie, na wypadek gdyby chciał je jej odebrać.

Otwiera usta i okazuje się, że z czterech przednich zębów zostały jej tylko korzenie. Zara je, Mundy tymczasem rozgląda się po ulicy, czy nie zobaczy gdzieś jej alfonsa. A może dziewczyna należy do właściciela kawiarni? Mundy nie wie, że już żywi do niej opiekuńcze uczucia. Gdy oboje wstają, by wyjść, Zara orientuje się, że sięga Mundy’emu zaledwie do ramienia, i z przerażeniem odsuwa się od niego. On natychmiast ugina kolana, jak każdy przerośnięty dryblas, ale ona wciąż trzyma się z daleka. Boli go to, bo już stała się źrenicą jego oka, bo jej problemy wydają mu się o wiele ważniejsze od własnych. W sklepie z trudem udaje mu się namówić ją na przyjęcie kawałka baraniny, jabłkowej herbaty, kuskusu, owoców, miodu, warzyw, chałwy i wielkiego bloku toblerone, bo akurat ta czekolada była w promocji.

– To ile masz tych mam? – pyta ją wesoło, ale jej to wcale nie śmieszy.

Na zakupach jest nadal spięta i mocno zaciska wargi. Targuje się po turecku, zasłaniając dłonią usta, palcem wskazuje każdy owoc – nie ten, tylko ten. Liczy tak szybko i sprawnie, że Mundy jest pełen podziwu; on umie wiele rzeczy, lecz akurat targować się nie potrafi. Gdy próbuje ponieść za nią torby – dwie, obie ciężkie – Zara gwałtownie mu je wyrywa.

– Chcesz ze mną spać? – jeszcze raz pyta niecierpliwie, gdy już ściska w dłoniach zdobycz. Sprawa jest jasna: zapłaciłeś za mnie, to mnie bierz, a potem zostaw w spokoju.

– Nie – odpowiada.

– To co chcesz?

– Odprowadzić cię do domu.

Zara gwałtownie kręci głową.

– Nie do domu. Do hotelu.

Usiłuje wytłumaczyć jej, że jego zamiary są nie seksualne, a przyjacielskie, jest jednak zbyt zmęczona, by go słuchać. Zaczyna płakać, nie zmieniając wyrazu twarzy.

Mundy wybiera inną kawiarnię. Siadają przy stoliku. Łzy wciąż płyną jej po policzkach, ale ona nie zwraca na nie uwagi. Mundy zaczyna wyciągać z niej zwierzenia, więc Zara opowiada mu o sobie, choć bez szczególnego zaangażowania. Wygląda na to, że już nie ma siły się bronić. Mówi tym swoim łamanym bawarskim dialektem, cały czas wpatrując się w blat stolika, że urodziła się na wsi, na równinie prowincji Adana, jako najstarsza córka rolnika. Ojciec obiecał jej rękę synowi sąsiada; o chłopaku mówiono, że to komputerowy geniusz, że ma dobrą pracę w Niemczech. Gdy przyjechał do rodziny, odbyło się tradycyjne wesele i połączenie obu posiadłości, po czym Zara wyjechała z mężem do Monachium. Wtedy okazało się, że młody człowiek nie jest żadnym informatykiem, tylko pełnoetatowym specjalistą od rabunków z bronią w ręku. Miał dwadzieścia cztery lata, Zara siedemnaście. Wkrótce okazało się, że spodziewają się dziecka.

– To był gang – mówi po prostu. – Wszyscy byli niedobrzy. I głupi. Kradli auta, handlowali narkotykami, mieli nocne kluby, prostytutki. Robili złe rzeczy. Teraz jest w więzieniu. Jakby nie siedział, moi bracia by go zabili.

Mąż poszedł do więzienia dziewięć miesięcy temu, ale zdążył jeszcze wpędzić swego syna w ciężką psychozę i wybić cztery zęby żonie. Dostał siedem lat, lecz czekały go kolejne procesy. Jeden z kumpli został świadkiem koronnym. Zara ciągnie swą monotonną opowieść – częściowo po niemiecku, częściowo, gdy brakuje jej niemieckich słów, podpiera się tureckim – również wówczas, gdy już wstali od stolika i ruszyli razem przez miasto. Mundy zastanawia się co chwila, czy ona ma świadomość, że idzie obok niej.

– Mustafa – odpowiada zapytana o imię syna.

Sama o nic Mundy’ego nie pyta. Niesie obie torby, on już nie próbuje jej wyręczyć. Zara ma na szyi niebieskie korale. Mundy przypomina sobie z dzieciństwa, że przesądni muzułmanie wierzą, iż niebieski kolor strzeże przed złem.

Zara pociąga nosem, ale łzy już nie płyną jej po policzkach. Mundy domyśla się, że celowo się uspokoiła, by ktoś nie zauważył, że płakała. Znajdują się na monachijskim Westendzie, który znacznie się różni od znanego Mundy’emu londyńskiego odpowiednika: odrapane przedwojenne kamienice, szare i brunatne, wiszące w oknach pranie, bawiące się na zaniedbanych trawnikach dzieci. Na ich widok jakiś chłopiec odrywa się od grupki kolegów, podnosi z ziemi kamień i zbliża się z groźną miną. Zara coś do niego woła po turecku.

– Czego chcesz? – krzyczy chłopiec.

– Żebyś mnie poczęstował czekoladą, Mustafo – odpowiada Mundy.

Chłopiec gapi się na niego, znów zamienia kilka słów z mamą, podchodzi bliżej i nie wypuszczając kamienia z prawej dłoni, lewą grzebie w jednej z toreb. Podobnie jak matka jest szczupły i ma podkrążone oczy. I podobnie jak matka nie ma już w sobie ani krztyny uczuć.

– I herbatą. Mnie i twoich kolegów – dodaje Mundy.

Mustafa bierze torby i rusza przodem brudną klatką schodową, za nim Zara, za nią Mundy. Pochód zamyka obstawa trzech silnych kolegów chłopca. W końcu stają przed stalowymi drzwiami, Mustafa sięga pod koszulę i z dumną miną wyciąga klucz na długim łańcuszku. Wchodzi do środka wraz z kolegami, Zara rusza za nimi. Mundy czeka na zaproszenie.

– Proszę wejść – mówi Mustafa czystą bawarszczyzną. – Zapraszamy. Ale jak pan tknie mamę, zabijemy pana.

Przez następne dziesięć tygodni Mundy śpi na rozkładanej kanapie Mustafy w przechodnim pokoju – nogi wystają mu daleko nad podłogę. Mustafa śpi z mamą. Zawsze ma pod ręką kij baseballowy – to na wypadek gdyby Mundy’emu zebrało się na amory. Z początku Mustafa nie chce chodzić do szkoły, więc Mundy bierze go do zoo albo gra z nim w piłkę na rzadkim trawniku przed domem. Zara siedzi w domu i powoli dochodzi chyba do siebie, na co bardzo liczy Mundy. Sam zaczyna stopniowo grać rolę wychowawcy muzułmańskiego dziecka i platonicznego opiekuna kobiety po przejściach, w dodatku pohańbionej. Sąsiedzi, początkowo podejrzliwi względem tego ciągle śmiejącego się Anglika, zaczynają go tolerować, a Mundy ze swej strony robi, co może, by odciąć się od znienawidzonej kolonialnej przeszłości swej ojczyzny. Żyją z pozostałych mu siedmiuset euro i tych groszy, które Zara dostaje od rodziny z Turcji i od niemieckiej opieki społecznej. Wieczorami Zara gotuje, co sprawia jej wyraźną przyjemność; Mundy gra przy niej rolę podkuchennego. Ona z początku się nie zgadza, potem niechętnie mu pozwala. Wspólne gotowanie staje się najważniejszą chwilą dnia. Zara śmieje się coraz częściej, co mimo wybitych zębów jest dla Mundy’ego darem niebios. Już zdążył się dowiedzieć, że dziewczyna marzy o tym, by zostać pielęgniarką.

Któregoś dnia rano Mustafa oświadcza, że jednak pójdzie do szkoły. Mundy go odprowadza, Mustafa z dumą przedstawia go nauczycielowi jako swojego nowego ojca. W tym samym tygodniu pierwszy raz cała trójka idzie razem do meczetu. Mundy już sobie wyobraża złoconą kopułę z minaretem, więc jest tym bardziej zdumiony, gdy znajduje się w wykafelkowanej salce na górnym piętrze odrapanej kamieniczki wciśniętej między sklep z sukniami ślubnymi, sklepik halaal i komis elektryczny. Pamięta, by na nikogo nie kierować stóp i nie ściskać dłoni kobiet, tylko kłaść prawą dłoń na sercu i pochylać głowę na znak szacunku. Zara oddala się w stronę pomieszczenia dla kobiet, Mustafa bierze Mundy’ego za rękę, prowadzi go pomiędzy mężczyzn i poucza, kiedy ma wstać, kiedy się skłonić, a kiedy klęknąć i dotknąć czołem trzcinowej maty, która zastępuje ziemię.

Mustafa jest dozgonnie wdzięczny Mundy’emu, bo dotąd musiał siedzieć osobno, z mamą i mniejszymi dziećmi. Teraz dzięki Mundy’emu znalazł się na dole, wśród mężczyzn. Po skończonych modłach może wraz z Mundym witać się z każdym z obecnych i odwzajemniać życzenie, by modlitwy zostały wysłuchane w niebie.

– Ucz się, a Bóg obdarzy cię mądrością – poucza Mundy’ego na zakończenie młody postępowy imam. – Kto się nie uczy, ten pada pastwą niebezpiecznych błędów. To pan jest mężem Zary?

Mundy ma dość przyzwoitości, by się zarumienić i zamruczeć, że no właśnie ma nadzieję, że może wkrótce…

– Nie chodzi o samą formalność, tylko o odpowiedzialność – zapewnia imam. – Miłość to odpowiedzialność. Kto jest odpowiedzialny, tego Bóg nagradza.

Tydzień później Zara dostaje pracę w kebabiarni na dworcu. Jej szef szybko się przekonuje, że nie uda mu się pójść z nią do łóżka, za to może na niej polegać. Zara nosi chustę na głowie i wkrótce zostaje najlepszą pracownicą; wolno jej nawet przyjmować pieniądze, w końcu chroni ją ten wysoki Anglik. Mija jeszcze parę tygodni i Mundy’emu też udaje się gdzieś zaczepić: zostaje przewodnikiem w Linderhofie. Dzień później Zara idzie sama w odwiedziny do postępowego młodego imama i jego żony, a po powrocie zamyka się na godzinę z Mustafą. Jeszcze tego samego wieczoru za zgodą wszystkich zainteresowanych Mustafa i Mundy zamieniają się łóżkami. Mundy’emu różne rzeczy w życiu się przytrafiały, ale jest przekonany, że żadna z nich nie napełniła go takim zadowoleniem. Jego miłość do Zary nie ma granic. Mustafę kocha równie mocno, a najbardziej za to, że chłopak kocha swoją matkę.

Otwiera się barierka i rusza do przodu anglojęzyczny tłum – zwykła wielokulturowa zbieranina: Kanadyjczycy z czerwonymi liśćmi klonowymi na plecakach, Finowie w zbyt ciepłych kurtkach i czapeczkach golfowych, Hinduski w sari, australijscy farmerzy i ich wysuszone na słońcu żony, starzy Japończycy z minami nie wiedzieć czemu wiecznie smutnymi. Mundy zna ich na pamięć, wie, jaki kolor ma każdy autobus wycieczkowy, jak się nazywają ich pazerni przewodnicy, którzy myślą tylko o tym, by zwabić swych podopiecznych do kiosków z pamiątkami i zarobić na prowizji. Dziś w tej menażerii brakuje tylko amerykańskich nastolatków z drutem kolczastym na zębach, ale Ameryka właśnie świętuje swoje Zwycięstwo nad Złem – ku rozpaczy niemieckiego przemysłu turystycznego. Mundy zdejmuje melonik i unosi go nad głowę, staje na czele swej trzódki i prowadzi ją ku głównemu wejściu. W drugiej dłoni dzierży drewnianą skrzynkę, którą sam sklecił w kotłowni bloku. Inni przewodnicy wygłaszają wstępne przemówienie ze schodów, ale Ted Mundy nie, bo jego obowiązuje tradycja Hyde Parku. Rzuca skrzynkę na ziemię, dziarsko na nią wskakuje i teraz jeszcze bardziej góruje nad swą publicznością.

– Proszę do mnie wszystkie osoby mówiące po angielsku. A raczej słuchające po angielsku, chociaż o tej porze dnia, szczerze mówiąc, naprawdę wolałbym, żeby to państwo mówili. Cha, cha! To żart, oczywiście. – Celowo nie mówi głośno, żeby musieli się uciszyć. – Zapewniam państwa, jeszcze nie padam. Proszę państwa, aparaty fotograficzne tak, kamery wideo niestety nie. Tak, proszę pana, pana też to dotyczy. Proszę mnie nie pytać dlaczego, ale moi chlebodawcy są przeświadczeni, że jeśli tylko ktoś wyciągnie kamerę, zaraz będą nas ciągać po sądach za przywłaszczanie sobie cudzej własności intelektualnej. Ustawowa kara: stryczek, i to publicznie.

Nikt się nie śmieje, ale też Mundy się tego nie spodziewa, bo jego słuchacze spędzili najpierw cztery godziny ściśnięci jak sardynki w autokarze, a potem jeszcze godzinę, stojąc w kolejce w pełnym słońcu.

– Proszę bliżej, drodzy państwo, jeszcze bliżej. Tu koło mnie jest jeszcze sporo miejsca, drogie panie – zwraca się do grupki emerytowanych nauczycielek ze Szwecji. – Czy młodzi panowie mnie słyszą? – To do kilku kościstych nastolatków zza niewidzialnego kordonu, z Saksonii. Przez pomyłkę trafili do niewłaściwej grupy, lecz postanowili zostać i skorzystać z darmowej lekcji angielskiego. – A, słyszą. Doskonale. A pan mnie widzi? – zwraca się do malutkiego Chińczyka. – Widzi. Jeszcze jedna gorąca prośba, drodzy państwo. Chodzi o handies, proszę państwa, bo tak nazywamy w Niemczech telefony komórkowe. Bardzo proszę upewnić się, czy są wyłączone. W porządku? Więc może ten pan na końcu zamknie za nami drzwi i zaczynamy. Dziękuję.

Gaśnie słońce, w sztucznym mroku rozbłyskują tysiące żarówek odbitych w lustrach o złoconych ramach. Zaraz zacznie się najwspanialsza chwila Mundy’ego – jedna z ośmiu każdego dnia.

– Bardziej spostrzegawczy z państwa na pewno zauważą, że stoimy w dość skromnym holu Linderhofu. Jeszcze nie w pałacu Linderhof, drodzy państwo, bo hof to gospodarstwo, a pałac, w którym teraz się znajdujemy, został zbudowany na miejscu pewnego gospodarstwa. Ale skąd się wzięło to Linder? zapytamy. Czy mamy wśród nas filologa? Specjalistę od słów? Znawcę starych znaczeń?

Nie mamy, i bardzo dobrze, bo Mundy rozpoczyna właśnie jedną ze swych nieformalnych improwizacji. Z niewiadomych jemu samemu powodów nigdy jakoś nie potrafi trzymać się tematu. Może taki już jest. Czasem sam siebie zadziwia, co zresztą pozwala mu uciec na chwilę od innych, bardziej natrętnych myśli, na przykład o Iraku albo o groźnym liście z banku w Heidelbergu, który w dodatku przyszedł równocześnie z upomnieniem z ubezpieczalni.

– Istnieje przecież niemieckie słowo linde, czyli lipa. Ale w takim razie skąd to „r”? Pytam się, skąd? – Już go ponosi. – Mogło być tak, że gospodarstwo było własnością jakiegoś pana Lindera, i tyle. Ale ja wolę inne wytłumaczenie: słowo lindern oznacza „uspokajać”, „uśmierzać”, „koić”. Coś mi mówi, że taką właśnie interpretacją mógł się kierować, choćby nieświadomie, nasz biedny król Ludwik. Że on tu szukał ukojenia. No cóż, wszystkim nam przydałoby się trochę ukojenia, szczególnie teraz, prawda? Proszę nie zapominać, że Ludwik miał ciężkie życie. Na tron wstąpił w wieku osiemnastu lat. Ojciec go tyranizował, guwernerzy dręczyli, Bismarck zastraszał, dworacy oszukiwali, był niszczony przez skorumpowanych polityków, odarty z godności królewskiej. I prawie nie znał matki.

Czyżby Mundy też miał podobną młodość? Chyba tak, sądząc po drżeniu jego głosu. A może troskami króla Ludwika chce uśmierzyć ból współczesnych trosk?

– I cóż robi ten przystojny, nadmiernie wysoki, czuły, tragiczny, dumny młodzieniec, który uważa, że jest bożym pomazańcem? – pyta z bolesną powagą płynącą ze współczucia jednego dryblasa do drugiego. – Co ma zrobić, gdy systematycznie odbiera się mu władzę, do której się narodził? Odpowiedź: buduje sobie jeden zamek z bajki za drugim. Na jego miejscu każdy z nas postąpiłby chyba tak samo. – Zapala się do tematu. – Oryginalne pałace, iluzje potęgi. Im mniej ma władzy, tym większe tworzy iluzje… coś jak mój wspaniały premier Blair, jeśli chcecie znać moje zdanie, ale proszę mnie nie cytować. – Niesamowita cisza. – I dlatego osobiście staram się nie nazywać go Szalonym. Wolę nazywać go Królem Marzycieli. Albo Królem Eskapistów. Samotnym wizjonerem w okropnym świecie. Pewnie państwo wiedzą, że żył głównie w nocy. I w ogóle ludzi raczej nie lubił. Szczególnie pań.

Teraz śmieje się grupa Rosjan, którzy chyłkiem pociągają ze wspólnej butelki, Mundy jednak udaje, że nie widzi tego i nie słyszy. Stojąc na tej swojej skrzynce, w przekrzywionym na bakier meloniku, jest już teraz ponad to wszystko i tylko z rzadka spojrzeniem zaszczyca głowy swych podopiecznych – po to jedynie, by jakieś dziecko mogło się wywrzeszczeć lub by grupka Włochów miała okazję załatwić osobiste porachunki.

– Bo we własnej wyobraźni Ludwik był władcą wszechświata. Nikt, ale to nikt nie miał prawa mu rozkazywać. Tu, w Linderhofie, zamieniał się w Króla Słońce, w tego pana, którego widzimy tutaj na koniku z brązu; jeden Ludwik, drugi Ludwik, tylko że jeden Niemiec, a drugi Francuz. No więc żeby wszystko było jasne, nasz niemiecki Ludwik niedaleko stąd wybudował sobie własny Wersal na Herrenchiemsee. Z kolei w Neuschwanstein, tam na górze, występował jako Zygfryd, średniowieczny król wojownik opiewany przez idola Ludwika, Ryszarda Wagnera. A jeżeli ktoś czuje się na siłach, to wysoko w górach mamy jeszcze do dyspozycji pałac Schachen, gdzie Ludwik koronował się na króla Maroka. Równie dobrze mógłby być Michaelem Jacksonem. Na szczęście o nim akurat nie słyszał.

Tu śmiech dobiega już z licznych zakątków sali, lecz Mundy dalej to ignoruje.

– Trzeba dodać, że Jego Królewska Mość miał swoje przyzwyczajenia. Jedzenie trzeba mu było podawać na złotym stoliku wciąganym przez otwór w podłodze… zaraz to państwu pokażę… żeby nikt nie widział, jak je. Służba nie miała prawa chodzić spać, gdy on nie spał, kto się sprzeciwiał, tego kazał odzierać żywcem ze skóry. Czasem bliźni tak go denerwowali, że rozmawiał z nimi wyłącznie przez parawan. Proszę nie zapominać, że to wszystko dzieje się w wieku dziewiętnastym, a nie w średniowieczu. Gdzieś tam buduje się koleje, żelazne statki, maszyny parowe, karabiny maszynowe i aparaty fotograficzne. Proszę nie myśleć, że opowiadam państwu jakieś bajki z zamierzchłej przeszłości. W zamierzchłej bajkowej przeszłości tkwił tylko sam Ludwik, jego życie toczyło się wstecz. Tak szybko, jak tylko starczało mu środków. I w tym właśnie sęk, bo środki te czerpał z kasy Bawarii.

Rzut oka na tarczę zegarka. Minęło trzy i pół minuty. W tym momencie powinien już prowadzić swoją publiczność po schodach. Więc prowadzi. Skądś zza ścian dobiegają go podniesione głosy koleżanek i kolegów: hałaśliwej frau doktor Blankenheim, emerytowanej nauczycielki, świeżo upieczonej buddystki i nestorki ich przewodnickiego grona; bladego herr Stettlera, cyklisty erotomana; Michela Delarge’a z Alzacji, księdza. A w dole na schody wlewa się już niezwyciężona japońska piechota wiedziona przez drobiącą małymi kroczkami orientalną piękność, dzierżącą jako oznakę swej pułkownikowskiej szarży maleńką parasolkę, w niczym nieprzypominającą parasola Neville’a Chamberlaina.

A gdzieś tuż przy Mundym – nie pierwszy już raz – pojawia się nagle duch Saszy.

W której z sal pałacowych Mundy poczuł na szyi dobrze mu znane szpileczki? W sali tronowej? W królewskiej sypialni? W Galerii Luster? Gdzie pojawia się znienacka owo graniczące z pewnością przeczucie? Galeria Luster to wzniesiony z rozmysłem bastion przeciwko rzeczywistości, sanktuarium iluzji. Rzeczywistość ginie tam w swych zwielokrotnionych, pędzących w nieskończoność odbiciach. Postać, która widziana twarzą w twarz budziłaby grozę lub radość, tu staje się w swych niepoliczonych wcieleniach cieniem, przeczuciem, bytem idealnym.

Mundy jest z natury człowiekiem spostrzegawczym. Nawet tu, w Linderhofie, nie zrobi nic, póki najpierw nie rozejrzy się dookoła, czy nie pokażą się demony z poprzedniego życia albo nieprzyjemne postacie z jego obecnego wcielenia: złodzieje dzieł sztuki, wandale, kieszonkowcy, zazdrośni mężowie, dłużnicy, doręczyciele pozwów z Heidelbergu, sędziwi turyści dostający ataku serca, dzieci wymiotujące na bezcenne dywany, panie z pieseczkami ukrytymi w torebkach i najnowsze zagrożenie – wielokrotnie wymieniane w okólnikach administracji – terroryści o samobójczych zapędach. Mimo że Mundy pozostaje od niedawna w szczęśliwym związku, bynajmniej z tej złotej księgi nie wyklucza kształtnych dziewcząt, których wdzięki najlepiej podziwiać z pewnej odległości.

Bardzo pomocne są w tym niektóre elementy ekspozycji: tu ciemne, starannie powerniksowane malowidło, w którym świetnie widać, co się dzieje z tyłu na schodach, tam urna z brązu dająca szerokokątny obraz najbliższego otoczenia i wreszcie sama Galeria Luster, gdzie nad wiorstami złotych korytarzy unosi się teraz w powietrzu cały zastęp sklonowanych Saszów.

Albo nie.

Może to tylko zjawa, może to sen piątkowej nocy? W końcu Mundy widział już wielu niemal prawdziwych Saszów w ciągu tych wszystkich lat, które minęły od ich ostatniego spotkania. Pamięta wszystkich zabiedzonych, spłukanych do ostatniego euro Saszów zauważających go na drugiej stronie ulicy, drżących z głodu i radości, rzucających się na oślep między samochody, prosto w jego objęcia. I wszystkich bogatych Saszów w eleganckich płaszczach z futrzanym kołnierzem, zaczajonych w bramach, by rzucić się na niego z okrzykiem: „Teddy, Teddy, to ja, twój stary przyjaciel Sasza!”. Ale gdy tylko Mundy się zatrzymuje i odwraca ze szczerym uśmiechem, widmo znika albo przemienia się w kogoś zupełnie innego, w jakiegoś szarego przechodnia.

I dlatego właśnie – by przekonać się na własne oczy – Mundy w jak najbardziej naturalny sposób zwraca się ku widziadłu: najpierw wyrzuca przed siebie ramię w retorycznym geście, a potem wykonuje zwrot na skrzynce, by wskazać słuchaczom wspaniały, przewspaniały widok z okna królewskiej sypialni – patrzcie państwo! – na włoski wodospad spływający z północnych zboczy Hennenkopfu.

– Proszę pomyśleć – namawia publiczność z zapałem godnym widoku pędzącej w dół wody – że leżymy tu z ukochaną osobą. Ludwik akurat nikogo takiego nie miał – histeryczny ryk śmiechu Rosjan – ale my pewnie mamy. A więc budzimy się tu pewnego pięknego poranka w otoczeniu tych wszystkich bawarskich złoceń i błękitów, otwieramy oczy, patrzymy w okno… i bum!

I na „bum!” patrzy mu teraz prosto w twarz. Sasza, na miłość boską, stary, gdzieś ty był, jak cię nie było? Oczywiście Mundy nie mówi tego wszystkiego na głos i nie zdradza się choćby mrugnięciem oka, bo Sasza, zgodnie z wagnerowskim duchem miejsca, ma na sobie czapkę niewidkę, ową tarnkappe, naciągniętą na czoło czarną baskijkę, która nakazuje ścisłą dyskrecję – nic dziwnego, przecież trwa wojna.

A w dodatku – na wypadek gdyby Mundy zapomniał o dobrych obyczajach ich dawnego podziemnego świata – zamyślony Sasza trzyma na ustach zakrzywiony palec, ale nie gestem ostrzeżenia, tylko zadumy nad wywołanym przed chwilą przez przewodnika idyllicznym obrazem wodospadu spływającego ze zboczy Hennenkopfu. Niepotrzebnie, bo ich porozumiewawcze spojrzenia nie zostałyby uchwycone ani przez najbystrzejszego obserwatora, ani przez najlepszą kamerę.

Ale tym razem to naprawdę Sasza we własnej osobie: Sasza, karłowaty wartownik, pełen życia, nawet gdy tkwi tak jak teraz w bezruchu, trzymający się od najbliżej stojącej osoby akurat na taką odległość, by uniknąć porównań wzrostu, z uniesionymi w górę łokciami, jakby zaraz miał wzbić się w powietrze; kieruje spojrzenie swych ognistych piwnych oczu trochę ponad oczy rozmówcy – choćby rozmówca ten, jak Mundy, był wyższy od niego o ponad głowę – i patrzy tym swoim przyjacielskim, oskarżycielskim, przenikliwym, wyzywającym wzrokiem, wzrokiem, który rozpala, zadaje pytania, niepokoi. Cały Sasza, cały on.

Koniec zwiedzania. Regulamin zabrania wyłudzania napiwków, lecz pozwala przewodnikom zatrzymać się przy wyjściu, skinieniem głowy żegnać się z wychodzącymi na światło dzienne gośćmi i życzyć im bezpiecznej i wprost cudownej podróży. Zdobycz bywa różna, ale od wybuchu wojny jest znacznie, znacznie gorzej niż dawniej. Czasem Mundy aż do końca stoi z pustymi rękami; jego melonik spoczywa na głowie stojącego opodal posągu, by przypadkiem ktoś nie potraktował go jako narzędzia żebraka. Czasem nieśmiało zbliży się do niego małżeństwo w średnim wieku albo nauczyciel z niesforną gromadką dzieci wciśnie mu banknot i zaraz na powrót zniknie w tłumie. Tym razem w tej pierwszej roli występuje przedsiębiorca budowlany z Melbourne, który wraz ze swą żoną Darlene koniecznie musi mu opowiedzieć, i to ze szczegółami, że zimą na takiej samej wycieczce, i to z tego samego biura podróży, była ich córka Tracey. Nie do wiary! Tracey tak się tu podobało, Mundy musi ją pamiętać, bo ona doskonale zapamiętała wysokiego Anglika w meloniku! Blondynka, piegowata, włosy uczesane w koński ogon. A jej chłopak studiuje medycynę w Perth i nawet gra w uniwersyteckiej drużynie rugby. Mundy bohatersko udaje, że usiłuje sięgnąć pamięcią do zimy – przedsiębiorca pomaga mu, jak może, dodaje, że chłopak nazywa się Keith – i w tej samej chwili czuje, że na przegubie jego ręki zaciskają się drobne palce, wsuwając mu w dłoń złożoną karteczkę. A potem kątem oka dostrzega znikający w tłumie beret Saszy.

– To za rok w Melbourne, co? – basuje australijski przedsiębiorca i wsuwa swoją wizytówkę za brytyjski sztandar na kieszeni marynarki Mundy’ego.

– Tak, jesteśmy umówieni – potwierdza z wesołym śmiechem Mundy i kartkę od Saszy zręcznie przekłada do bocznej kieszeni.

Przed rozpoczęciem podróży dobrze przysiąść na chwilę, najlepiej na własnym bagażu. To rosyjski przesąd, ale jego sformułowanie to zasługa Nicka Amory’ego, wieloletniego doradcy Mundy’ego w sprawach przetrwania: jeżeli zanosi się na coś poważnego, Edwardzie, to na miłość boską powściągnij swą wrodzoną impulsywność i zastanów się przez chwilę.

W Linderhofie kończy się dzień. Pracownicy i turyści śpieszą na parking. Mundy, niczym miły gospodarz, zatrzymuje się na schodach i udziela mijającym go kolegom wielojęzycznych błogosławieństw.

– Auf Wiedersehen, frau Meierhof! To co, dalej jej nie znaleźli? – Chodzi mu oczywiście o iracką broń masowego rażenia. – Fritz, tschüss! Pozdrowienia dla małżonki! Świetnie mówiła wtedy w Poltergeiście! – To miejscowy klub kulturalno-dyskusyjny, do którego Mundy uczęszcza od czasu do czasu, by się wywrzeszczeć. I wreszcie do pary małżonków, Francuza i Hiszpana: – Pablo, Marcel, w poniedziałek znowu się sobie wyżalimy. Buenas noches, bonsoir!

Wreszcie, gdy zapada zmierzch, nawet najbardziej zapóźnieni goście i pracownicy znikają w końcu w zachodzącym słońcu. Mundy kryje się w cieniu zachodniej fasady pałacu, po czym w milczeniu niknie w mroku schodów. Miejsce to odkrył zupełnie przypadkowo niedługo po podjęciu pracy. Któregoś wieczoru, badając otoczenie pałacu – w parku miał się odbyć koncert przy świetle księżyca, na który zamierzał wcisnąć się bez biletu, oczywiście jeśli znajdzie kogoś do Mustafy – natknął się na skromne schodki wiodące w dół, na pierwszy rzut oka donikąd. Ale Mundy nigdy nie zadowala się pierwszym rzutem oka, więc i wtedy zszedł na dół i stanął przed zardzewiałymi żelaznymi drzwiami; w zamku tkwił klucz. Mundy zapukał, nikt mu nie odpowiedział, więc przekręcił klucz i wszedł do środka. Ktoś inny widziałby w tym pokoiku tylko schowek ogrodnika, miejsce przechowywania zabrudzonych konewek, starych gumowych węży i marniejących roślin, lecz nie Mundy. Nie ma tam nawet okna, tylko kratka wentylacyjna tkwi w kamiennej ścianie tuż pod sufitem. W powietrzu unosi się ciężka woń gnijących hiacyntów, za ścianą warczy bojler. Ale Mundy znajduje tu dokładnie to, czego szukał Ludwik Szalony, gdy budował Linderhof: schronienie, miejsce, w którym można uciec od wszystkich innych ucieczek. Wychodząc, zamknął za sobą drzwi, włożył klucz do kieszeni i przez następne siedem dni roboczych cierpliwie i systematycznie przeprowadzał rozpoznanie terenu. O dziesiątej rano, gdy na powrót otwierają się bramy pałacu, wszystkie zdrowe rośliny są podlewane, niezdrowe – zabierane. Furgonetka ogrodnika, pomalowana w barwne kwiaty, opuszcza teren pałacu najpóźniej o wpół do jedenastej, chore rośliny trafiają albo do schowka, albo na hospitalizację w furgonetce. Nikt nie zwrócił uwagi na zaginięcie klucza, nikt nie zmienił zamka. W efekcie od jedenastej rano schowek ogrodnika staje się codziennie prywatną własnością Mundy’ego.

Tak jak dziś.

Mundy stoi teraz tuż pod słabą żarówką. Wyciąga z kieszeni małą latareczkę, rozprostowuje prostokąt zwykłego białego papieru i widzi na nim to, czego się spodziewał, czyli odręczne pismo Saszy, takie, jakie zawsze było i zawsze będzie: te same strzeliste gotyckie „e” i „r”, te same, równie jak sam Sasza energiczne zawijasy. Trudno odgadnąć wyraz twarzy Mundy’ego, gdy czyta i uczy się na pamięć treści kartki – na pewno jego mina wyraża rezygnację, niepokój i zadowolenie, ale przede wszystkim podniecenie przemieszane z lekkim żalem. Cholera, to już trzydzieści lat, myśli sobie. Jesteśmy ludźmi trzech dziesięcioleci. Poznaliśmy się, walczyliśmy razem na wojnie, rozdzieliliśmy się na dziesięć lat. Znowu się spotkaliśmy i przez następne dziesięć lat byliśmy dla siebie nawzajem niezastąpieni, przez cały ten czas walcząc ze sobą. Rozstaliśmy się na zawsze, a teraz ty wracasz, znowu po dziesięciu latach.

Mundy grzebie po kieszeniach i w jednej z nich znajduje wreszcie sfatygowane pudełko zapałek z nadrukiem kebabiarni Zary. Wyciąga zapałkę, zapala ją i przykłada do karteczki, którą ma w drugiej dłoni. Trzyma ją tak długo, aż papier zmienia się w poskręcany płatek popiołu. Upuszcza go na kamienną posadzkę i dodatkowo rozgniata obcasem. Patrzy na zegarek, liczy. Została mu jeszcze godzina i dwadzieścia minut. Do Zary nie ma co telefonować, bo dopiero zaczęła pracę. Jej szef dostaje szału, jeżeli dzwoni się do jego pracowników w godzinie największego szczytu. Mustafa jest pewnie u Diny i bawi się z Kamalem. Mustafa i jego najlepszy kolega Kamal to gwiazdy tureckiej ligi krykieta, której prezesem jest oczywiście znany działacz sportowy, pan Edward Mundy. Dina to kuzynka i przyjaciółka Zary. W pamięci swego brudnego telefonu komórkowego Mundy znajduje numer Diny.

– Dina? Witam. Cholerne kierownictwo zwołało na dziś zebranie przewodników. Kompletnie o nim zapomniałem. Czy jeśli wrócę późno, Mustafa może przenocować u was?

– Ted? – Gardłowy głos Mustafy.

– Dobry wieczór panu. Jak się pan miewa? – pyta go Mundy po angielsku, głośno i wyraźnie. Bo poza wszystkim innym uczy też chłopca angielskiego.

– Mam się bardzo dobrze, Ted!

– A kto to jest Don Bradman?

– Don Bradman to największy krykiecista naszych czasów, Ted!

– Dzisiaj śpisz u Diny. Tak?

– Ted?

– Rozumiesz? Mam zebranie. Będę późno.

– A ja śpię u Diny.

– Bardzo dobrze. Śpisz u Diny.

– Ted?

– Co?

Mustafa śmieje się tak, że ledwie może mówić.

– Ty bardzo niedobry, Ted!

– Dlaczego jestem niedobry?

– Ty kochasz inną kobietę! Powiem Zarze!

– Jak na to wpadłeś? – To zdanie musi powtórzyć dwa razy.

– Ja wiem. Ja mam oczy!

– To może ci opisać, jak ona wygląda, ta druga? Żebyś mógł opowiedzieć Zarze?

– Słucham?

– Ta druga? Powiedzieć ci, jak wygląda?

– Tak, tak! Ty powiedz! Ty zły człowiek! – I dalej zaśmiewa się do rozpuku.

– Ma bardzo piękne nogi.

– Tak, tak!

– Ma aż cztery piękne nogi, i to bardzo włochate, i złoty ogon, a nazywa się?…

– Mo! Ty kochasz Mo! Powiem Zarze, że Mo bardziej kochasz!

Mo to przygarnięta przez nich suka rasy labrador, nazwana tak przez Mustafę na własną cześć. Zamieszkała u nich na Boże Narodzenie, z początku ku przerażeniu Zary wychowanej w przekonaniu, że przez dotknięcie psa człowiek staje się zbyt nieczysty, by się modlić. Później jednak, pod wpływem zgodnych działań obu panów, serce Zary zmiękło. Teraz Mo jest jej oczkiem w głowie.

Mundy telefonuje do domu – odpowiada mu własny głos nagrany na sekretarkę. Zara uwielbia jego głos. Mówi, że czasem, gdy zatęskni za nim w ciągu dnia, puszcza sobie taśmę, żeby nie czuć się samotna. „Kochanie, dziś mogę przyjechać późno”, nagrywa się jej po niemiecku, w ich wspólnym języku. „Mam zebranie w pracy, na śmierć zapomniałem”. Takie kłamstwa są na swój sposób uczciwe, tłumaczy się sam przed sobą, chodzi o to, by ją chronić, i zaraz zaczyna się zastanawiać, co by powiedział na to młody imam. I dodaje surowo: „Kocham cię tak samo jak rano, nie myśl sobie”.

Zerka na zegarek: jeszcze godzina i dziesięć minut. Podchodzi do przeżartego przez korniki złoconego krzesła i stawia je przed równie zniszczoną biedermeierowską szafą. Balansując na krześle, wsadza rękę za ozdobne zwieńczenie i wyciąga zza niego pokryty grubą warstwą kurzu, zgniłozielony brezentowy plecak wojskowy. Strzepuje kurz, siada na krześle, kładzie plecak na kolanach, wyrywa paski z pogiętych sprzączek i ostrożnie zagląda do środka, jakby nie wiedział, co tam zobaczy.

Równie ostrożnie wypakowuje zawartość plecaka na bambusowy stolik: bardzo stare zdjęcie angielskiej rodziny w Indiach, otoczonej liczną tubylczą służbą, na stopniach wspaniałej kolonialnej rezydencji; starą teczkę do akt z odręcznym zamaszystym napisem „Akta”; paczkę zapisanych koślawym pismem listów z tego samego okresu; kosmyk ciemnobrązowych kobiecych włosów owiniętych na gałązce zasuszonego wrzosu.

Na przedmioty te nie zwraca jednak teraz większej uwagi, szuka bowiem – i chyba celowo zostawił to sobie na koniec – przezroczystej plastikowej teczki, w której widać z dwadzieścia nieotwartych listów, zaadresowanych: W.P. Teddy Mundy i przesłanych mu za pośrednictwem banku w Heidelbergu. Adres wypisany jest na kopercie takim samym czarnym atramentem i takimi samymi szpiczastymi literami jak liścik, który dopiero co spalił. Nazwiska nadawcy brak, ale i nie jest potrzebne.

Szeleszczące niebieskie listy lotnicze.

Szorstkie koperty z Trzeciego Świata wzmocnione taśmą klejącą, zdobne w znaczki barwne jak tropikalne ptaki ze wszystkich stron świata: z Damaszku, Dżakarty, Hawany.

Najpierw układa je w porządku chronologicznym. Decyduje data stempla pocztowego. Potem otwiera je po kolei starym pogiętym scyzorykiem, również wydobytym z głębi plecaka. Zaczyna czytać. Po co? „Kiedy coś pan czyta, proszę sobie najpierw zadać pytanie, dlaczego pan to czyta”. Po czterdziestu latach znów wraca do niego to powiedzenie starego nauczyciela niemieckiego, doktora Mandelbauma, znów słyszy ten silny cudzoziemski akcent. „Czyta pan, żeby się czegoś dowiedzieć? A może dla wiedzy? Bo to dwie różne sprawy, drogi panie. Dowiadywanie się to tylko środek do celu. A celem jest wiedza”.

Niech będzie wiedza, myśli sobie. I obiecuję nie stać się pastwą niebezpiecznych błędów, dodaje – to ukłon w stronę imama. Niech będzie, dowiem się tego, czego nie chciałem wiedzieć i nadal nie wiem, czy chcę. Jak mnie znalazłeś, Sasza? Dlaczego nie wolno mi cię rozpoznać? Przed kim się ukrywasz i dlaczego?

Wśród listów są też wycinki z gazet, wydarte niecierpliwymi palcami i opatrzone dopiskami Saszy. Najważniejsze fragmenty podkreślono lub oznaczono wykrzyknikami.

Czyta przez godzinę, potem wkłada listy i wycinki do plecaka, plecak z powrotem do schowka. Lektura mnie nie zaskoczyła, mówi sobie w duchu. Jest bezkompromisowa. Samotny sprawiedliwy nie złożył broni. Nie szkodzi, że się zestarzał. W ogóle nie szkodzi.

Odstawia krzesło na miejsce, z powrotem na nim siada i uświadamia sobie, że nadal ma na głowie ten swój melonik. Zdejmuje go więc, odwraca do góry dnem i patrzy do środka, jak zawsze, gdy zaczyna rozmyślać. Joseph – to imię właściciela firmy kapeluszniczej, Steinmatzky’ego. Na firmowej metce przyznaje się do synów, nie do córek. Wiedeński adres firmy to Dürerstrasse 19, nad piekarnią. Ciekawe, czy firma nadal tam działa; pan Steinmatzky lubił wiedzieć, co kiedy zrobił, bo ten egzemplarz kapelusza ma datę 1938.

Mundy wpatruje się w kapelusz i przed oczyma staje mu jak żywy obraz wybrukowanej uliczki i małego zakładu nad piekarnią. Widzi na bruku potłuczone szkło i krew, Joseph Steinmatzky wraz z żoną i licznymi synami wleczony jest do policyjnej budy ku hałaśliwej radości przysłowiowo niewinnych wiedeńskich gapiów.

Mundy wstaje, przeciąga się, opuszcza ramiona i przebiera palcami, by się rozluźnić. Wychodzi na schody, zamyka za sobą drzwi, idzie po kamiennych stopniach. Po pałacowych trawnikach snują się już pierwsze pasma rosy. W świeżym powietrzu unosi się woń skoszonej trawy – tak samo pachną po deszczu boiska do krykieta. Sasza, pokopany wariacie, czego ty znowu chcesz?

Mundy zmusza swego garbusa, by wdrapał się na wypuczenie w złoconej bramie pałacu Ludwika Szalonego. Skręca na drogę do Murnau. Samochód, podobnie jak jego właściciel, jest już nie pierwszej młodości. Silnik charczy, sfatygowane wycieraczki wytarły na przedniej szybie bliźniacze półksiężyce. Wypisana po niemiecku własną ręką Mundy’ego naklejka na tylny zderzak obwieszcza: „Właściciel tego samochodu nie rości już sobie żadnych pretensji terytorialnych w krajach arabskich”. Mija bez kłopotu dwa małe skrzyżowania i zgodnie z obietnicą natyka się na niebieskie audi na monachijskich numerach, które wyjeżdża na drogę z zatoczki. Za kierownicą widać obrys postaci Saszy w nieodłącznym berecie.

Przez następne piętnaście kilometrów – jeżeli wierzyć niezbyt wiarygodnemu licznikowi volkswagena – Mundy jedzie za audi. Droga prowadzi w dół, potem przez las, rozdziela się. Sasza skręca w lewo, nie włączając kierunkowskazu, Mundy garbusem z trudem za nim nadąża. Rzędy czarnych drzew prowadzą wciąż w dół, w stronę jakiegoś jeziora. Jakiego? Sasza mawiał, że jedyne, co łączy Mundy’ego z Lwem Trockim, to coś, co ów wielki człowiek określał mianem topograficznego kretynizmu. Audi mija znak parkingu, zjeżdża z drogi i gwałtownie się zatrzymuje. Mundy idzie w jego ślady, patrzy w lusterko wsteczne, czy coś za nim nie zjedzie z drogi albo nie minie ich i nie pojedzie dalej. Ale nic nie zauważa. Sasza zdążył już wysiąść z samochodu i z torbą na zakupy w dłoni kusztyka teraz w dół po kamiennych schodach.

Sasza twierdzi, że przed urodzeniem poddusił się trochę w łonie matki.

Gdzieś z przodu dobiegają dźwięki wesołego miasteczka, wśród drzew migają kolorowe światełka. We wsi trwa zabawa i tam właśnie kieruje się Sasza. Mundy boi się, że go zgubi, więc zmniejsza dystans. Najpierw Sasza, potem podążający o kilkanaście kroków za nim Mundy zanurzają się w rozkrzyczanym tłumie. Karuzela wypluwa z siebie skoczne dźwięki, matador na wozie z sianem wygina się przed bykiem z dykty i śpiewa ze śląskim akcentem o amor. Napęczniali od piwa uczestnicy zabawy, niepomni na wojnę, dmuchają w siebie pierzastymi wężami. Tu nikt nie jest obcy, nawet Sasza, nawet ja. Dziś każdy jest obywatelem wioski, zresztą Sasza nic nie stracił ze swych zdolności wtapiania się w tłum.

Grossadmiral przybranego kwiatami parowca przez megafon nakazuje niezdecydowanym, by zapomnieli o swych zmartwieniach i natychmiast zgłosili się na romantyczny rejs. Nad jezioro wzbija się rakieta, wielobarwne gwiazdy spływają w dół, w wodę. Nasza czy wroga? Spytajcie Busha i Blaira, dwóch wielkich wodzów, z których żaden osobiście prochu nie wąchał.

Sasza zniknął. Mundy rozgląda się i z ulgą dostrzega go na krętych żelaznych schodach, po których wspina się z trudem na kolejne piętra edwardiańskiej willi pomalowanej w poziome pasy. Idzie trochę jak wariat – zawsze tak chodził, a to dlatego, że za każdym razem, gdy podnosi prawą nogę, spuszcza głowę. I chyba ta torba musi być dość ciężka. Zresztą może nie, po prostu tak się wydaje, bo Sasza niesie ją bardzo ostrożnie. Bomba? E, nie, Sasza na to za mądry.

Mundy znów rozgląda się dyskretnie, czy jeszcze ktoś nie zamierza się wprosić na to spotkanie. Wchodzi za Saszą na schody. MINIMALNY POBYT TYDZIEŃ, głosi napis wymalowany na tabliczce na murze. Tydzień? Po co komu aż tydzień? Przecież te zabawy skończyły się czternaście lat temu. Znów zerka w dół, ale nikt za nim nie idzie. Wszystkie frontowe drzwi mieszkań, które mija, wchodząc na górę, pomalowane są na fioletowo i oświetlone jarzeniówką. Na półpiętrze jakaś kobieta w obszernej kurtce i rękawiczkach na dłoniach z tępą miną grzebie w torebce. Mundy rzuca jej zdyszane grüss Gott. Ona albo jest głucha, albo celowo go ignoruje. A zdejmijże rękawiczki, babo, prędzej znajdziesz te swoje klucze! Mundy z żalem ogląda się za nią, tak bardzo lubi ludziom pomagać. A może zgubiła klucze? A może za zamkniętymi drzwiami czeka wnuczek? Wrócić do niej, pomóc, dokonać kolejnego rycerskiego czynu. A potem uciec. Do Zary, Mustafy i Mo.

Idzie dalej. Schody zakręcają jeszcze raz. Otaczające dolinę szczyty gór lśnią w półksiężycu blaskiem wiecznie zaśnieżonych hal. W dali widać jezioro, wesołe miasteczko, tłumy ludzi, ale nikogo, kto by go śledził. Dociera wreszcie przed ostatnie z fioletowych drzwi, tym razem półotwarte. Pcha je, otwierają się nieco, lecz za nimi nadal widzi zupełny mrok. Już ma zawołać: „Sasza!”, powstrzymuje go jednak wspomnienie beretu.

Nasłuchuje przez chwilę i słyszy tylko jarmarczny hałas. Wchodzi do środka, zamyka za sobą drzwi. Dostrzega w półmroku postać Saszy, który krzywo stoi na baczność z torbą u nogi. Ręce wyprostowane wzdłuż boków jak tylko się da, kciuki zwrócone do przodu – wzorowy członek partii na trybunie pierwszomajowej. Ale ta schillerowska twarz, te ogniste oczy, ta nieco wychylona do przodu sylwetka nawet w zapadającym zmroku znamionują niebywałe napięcie – a może czujność?

– Muszę przyznać, Teddy, że ostatnio gadasz same bzdury – mówi Sasza.

Mundy zauważa ten sam co dawniej, lekko skrywany saksoński akcent. Ten sam pedantyczny, ostry jak brzytwa ton, zbyt ostry jak na takiego człowieczka. I tę samą nieodpartą przyganę.

– Te twoje filologiczne dygresje to kompletne bzdury, twój portret Ludwika Szalonego też. Ludwik był faszystowską świnią. Bismarck też. I ty też, bo nie odpisujesz na moje listy.

Ale w tej samej chwili rzucają się ku sobie, by się uściskać, bo i tak za długo już z tym czekali.

2

Kręta rzeka, która płynie od narodzin Mundy’ego do jego spotkania z nowym wcieleniem Saszy w Linderhofie, ma swe źródło nie w zielonych hrabstwach Anglii, lecz w przeklętych łańcuchach i przepaściach górskich Hindukuszu należących przez trzy wieki angielskiego panowania do Północno-Zachodniej Prowincji Pogranicznej.

– Ten młody sahib, którego pan tu widzisz – mówi emerytowany major piechoty, ojciec Teddy’ego, w barze Pod Złotym Łabędziem w podlondyńskim Weybridge każdemu, kto jeszcze o tym nie słyszał albo słyszał, lecz jest zbyt uprzejmy, by się przyznać – otóż ten młody sahib to jakby ciekawostka historyczna, no nie, mój chłopcze? – Po czym, czule otoczywszy ręką ramiona nastoletniego Mundy’ego, czochra mu włosy i obraca go do światła, by rozmówca mógł mu się lepiej przyjrzeć.

Major jest drobny, energiczny, pełen pasji. Gestami, nawet najczulszymi, przypomina boksera. Jego syn, chudzielec, przewyższa ojca o głowę.

– I jeśli można, zaraz panu powiem, dlaczego to mój Edward jest taką ciekawostką, sir – ciągnie major, a owo „sir” odnosi się do wszystkich dżentelmenów w zasięgu słuchu, do dam zresztą też, bo major wciąż jeszcze im się podoba, a one jemu. – Otóż owego ranka, gdy mój boy od lektyki poinformował mnie, że memsahib zaraz uczyni mi honor i obdarzy mnie potomstwem, tym oto chłopcem, sir, nad szpitalem pułkowym wschodziło zwykłe indyjskie słońce.

Dramatyczna pauza, z wiekiem Teddy też się tego nauczył, i kieliszek majora z mistycznym namaszczeniem unosi się w górę, a głowa się pochyla.

– Ale niestety, sir – ciągnie. – Ale niestety, nim ten oto młody człowiek pojawił się na placu apelowym – oskarżycielsko odwraca się teraz ku Mundy’emu, lecz jego wzrok nadal jest czuły jak przedtem – i to bez hełmu, a za to u mnie się dostaje dwa tygodnie paki…! Więc nim ten młody człowiek pojawił się na placu apelowym, słońce wcale nie było już indyjskie, tylko należało do wolnego państwa Pakistan. No nie, chłopcze, no nie?

Chłopiec czerwieni się i mamrocze:

– No, skoro ojciec tak mówi… – Czy coś takiego.

To zwykle wystarcza, by ktoś miły się roześmiał i by major mógł liczyć, że znowu napije się na cudzy koszt i że będzie mógł zakończyć swą opowieść morałem.

– Historia to bardzo kapryśna pani, sir. Maszerować dla niej noc i dzień, pracować jak wół, dawać przykład, i nic. Jej to nie wzrusza. – Taki równoważnikowy styl komunikowania odziedziczy kiedyś po nim syn. – Jak ktoś już jej niepotrzebny, to do widzenia. Na śmietnik. O właśnie. Na śmietnik historii. Ech! – Na nowo napełniony kieliszek wznosi się do góry. – Pańskie zdrowie, sir. Ma pan gest. I za naszą królową, naszą cesarzową, niech jej Bóg błogosławi. I za żołnierzy z Pendżabu. Trudno o lepszych, oczywiście pod dobrym dowództwem, sir. Ano właśnie…

Młodemu sahibowi przy okazji też trafi się lemoniada; major ze wzruszeniem wyciąga z rękawa sfatygowanej kurtki mundurowej zieloną chustkę i najpierw gładzi nią swój mały, lecz niesforny wąs, a potem wykonuje parę ukradkowych ruchów przy policzkach.

Major ma prawo do łez, bo – jak wiedzą wszyscy bywalcy Złotego Łabędzia – dzień narodzin pakistańskiej państwowości był nie tylko końcem jego kariery w armii brytyjskiej, ale również końcem dni jego żony, która spojrzawszy zmęczonym wzrokiem na urodzonego po czasie syna, wyzionęła ducha. Imperium brytyjskie też.

– Cóż to była za kobieta, sir. – Zbliża się wieczór. Major nie odchodzi od wodopoju i staje się coraz bardziej sentymentalny. – Wystarczy jedno słowo, by ją opisać: klasa. Kiedym zobaczył ją pierwszy raz, miała na sobie strój do konnej jazdy, bo kazała się zabrać służącym na poranną przejażdżkę. Pięć razy przeżyła na indyjskich równinach lato, a wyglądała tak, jakby właśnie była na truskawkach ze śmietaną na Pensji dla Panien Szlachetnie Urodzonych w Cheltenham. A na faunie i florze znała się lepiej niż Hindusi. I dziś byłaby wśród nas, gdyby ten zasraniec łapiduch tak się nie spił. Za jej pamięć, sir. Za świętej pamięci panią Mundy. Naprzód marsz. – Załzawiony wzrok pada na syna, o którego obecności major jakby na chwilę zapomniał. – A to mój mały Edward – wyjaśnia. – Kapitan szkolnej drużyny krykieta. Ile masz lat, chłopcze?

Chłopiec przyznaje się do szesnastu i nie może się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł zabrać ojca do domu.

Ale major musi jeszcze zapewnić wszystkich, że nie ugiął się pod brzemieniem podwójnej tragedii. Wytrwał, sir, wytrwał na posterunku. Owdowiał, miał teraz dziecko na głowie, wokół imperium rozpadało się w gruzy, więc ktoś mógłby pomyśleć, że zrobi to, co te mięczaki: opuści flagę, zagra na odwrót i odpłynie do kraju, w mrok. Ale major z innej gliny był ulepiony. On wolałby czyścić latryny w Pendżabie, niż w cywilu całować w dupę jakiegoś urzędasa. Serdeczne dzięki.

– Wezwałem mojego dirziego. Mówię mu: „Dirzi, w dniu, kiedy Dominium Pakistanu ogłosi się Republiką Pakistanu, ale ani jednego dnia później, odprujesz mi z polowego munduru gwiazdki majora i przyszyjesz w ich miejsce półksiężyc Pakistanu. Ale dźaldi, zaraz, już”. I zaproponowałem, że jeśli się przydam, to dalej będę służył wśród najlepszych żołnierzy na świecie. Najlepszych oczywiście, jeżeli mają dobrego dowódcę. – Dramatycznie dźga kciukiem powietrze. – Ano właśnie…

Tu na całe szczęście rozlega się dzwonek, co znaczy, że bar zaraz zamkną, więc chłopak wyćwiczonym gestem bierze ojca pod rękę i prowadzi go pod numer 2 na ulicę Vale, gdzie czeka na nich curry z poprzedniego dnia.

Pochodzenie Mundy’ego wcale nie daje się jednak tak łatwo określić. Major, z takim zapałem kreśląc ogólny zarys zamaszystymi pociągnięciami pędzla, równocześnie skąpi szczegółów. Za to Mundy’ego wspomnienia z dzieciństwa to przede wszystkim wciąż zmieniające się obozy wojskowe, koszary i wysunięte placówki – zmieniające się tym szybciej, im szybciej spadały notowania majora. Jednego dnia dumny syn imperium brytyjskiego mógł uważać się za udzielnego władcę wymalowanego na biało garnizonu z czerwonym budynkiem kasyna oficerskiego, boiskiem do polo, basenem, organizowanymi zabawami dla dzieci i bożonarodzeniowymi przedstawieniami. Mundy pamięta, jak śmiertelnie stremowany grał Gapcia w Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. A później gonił na bosaka po błotnistych zaułkach na wpół opustoszałej osady na dalekiej prowincji, gdzie zamiast samochodów mieli wozy ciągnięte przez woły, zamiast klubu – kinowy barak z blachy, a świąteczny pudding w pułkowej kantynie pokrywała zielona patyna pleśni.

Po tylu przeprowadzkach niewiele zostało z majątku ruchomego majora. Jego skóry tygrysie, wojskowe skrzynie, ukochane rzeźby z kości słoniowej – to wszystko należało uznać za straty w sprzęcie. Nie oszczędzono nawet pamięci jego żony, jej pamiętników, listów i szkatułki z rodzinną biżuterią – to ten złodziej kwatermistrz z Lahauru, każe go wychłostać, jego i każdego z tych jego drańskich ćaprasi!

Któregoś dnia pijany, bo doprowadzony do pasji głupimi pytaniami Mundy’ego, major wyjawia straszliwą prawdę:

– Jej grób, chłopcze? Powiem ci, gdzie jest jej cholerny grób! Nie ma go! Rozwaliły go dzikusy! Kamień na kamieniu nie został! Wiesz, co nam po niej zostało? Tylko to! – Uderza się w pierś swą drobną piąstką. I dolewa sobie jeszcze trochę, czyli jak mawia, ćota. – Jaką ona miała klasę, chłopcze! Za każdym razem gdy patrzę na ciebie, widzę ją! Pochodziła z dobrej angielskiej szlachty. Mieli piękny kawał ziemi w Irlandii, ale potem wszystko przepadło. Najpierw irlandzcy katolicy, teraz te cholerne derwisze. No i cały klan diabli wzięli.

W końcu osiadają na dłużej w garnizonie w górskim miasteczku Marri. Major wegetuje w domku z gliny, pali craveny A – bo to dobre na gardło – i żołądkuje się z powodu żołdu, chorych i przepustek; Mundym opiekuje się bardzo gruba aja z Madrasu, czyli po prostu niania, która przywędrowała na północ po uzyskaniu przez Pakistan niepodległości. Nie miała innego imienia, więc Mundy nazywa ją Aja. Recytuje z nim wierszyki po angielsku i pendżabsku, ukradkiem uczy go świętych wersetów Koranu i opowiada mu o dobrym Bogu, który kocha sprawiedliwość, wszystkie ludy świata i ich proroków, nawet chrześcijan i hindusów, a najbardziej dzieci. Po usilnych naleganiach Mundy’ego bardzo niechętnie przyznaje się, że nie ma już męża, dzieci, rodziców ani rodzeństwa.

– Wszyscy zginęli, Edwardzie. Wszyscy przenieśli się już do Boga. I niech ci to wystarczy. Idź spać.

Chłopiec pyta dalej, więc Aja mówi, że całą jej rodzinę wymordowali Hindusi podczas jednej z licznych masakr, do których po podziale Indii dochodziło na stacjach kolejowych, w meczetach i na placach targowych.

– A tobie jak udało się przeżyć, Aja?

– Wola boska. A ty jesteś moją nagrodą. Śpij już.

Gdy nadchodzi wieczór, przy wtórze głosów kóz, szakali, trąbek i natrętnych pendżabskich bębnów major zaczyna rozmyślać o śmierci, siedząc pod rozłożystą melią nad brzegiem rzeki, paląc tanie cygara, które z przyzwyczajenia nazywa birmańskimi i z oszczędności kroi na małe kawałki pogiętym scyzorykiem. Co jakiś czas pokrzepia się z cynowej piersiówki, podczas gdy jego syn pluszcze się w wodzie z tubylczymi rówieśnikami i wraz z nimi odgrywa niekończące się historie ludobójstwa dokonywanego wszędzie wokół przez dorosłych – więc raz jest hindusem, raz muzułmaninem, raz on zabija, raz zabijają jego. Jeszcze teraz, czterdzieści lat później, wystarczy, że zamknie oczy, i już czuje czarodziejski chłód spływający na ziemię równo z zapadnięciem mroku i niosący ze sobą upojne wonie, już widzi różowy świt nad zielonym, zalanym monsunowym deszczem podnóżem gór, już słyszy, jak cichną okrzyki jego towarzyszy zabaw; ich przyzywa znad rzeki głos muezina, jego – nocne krzyki ojca, który wymyśla mu od piekielników, bo przecież zabił własną matkę:

– Bo co, może nie, chłopcze? Chodź tu zaraz, mówię!

Ale chłopiec nie idzie, bo woli przytulić się do Aji i odczekać, aż alkohol zrobi swoje.

Od czasu do czasu chłopiec musi przejść przez przykry rytuał własnych urodzin. Gdy zbliża się feralny dzień, Ted robi, co może, zapada na wszelkie możliwe choroby: ból brzucha, migrenę, czerwonkę, pierwszy atak malarii, lęk przed ukąszeniem jadowitego nietoperza. Ale mimo wszystko dzień ów nadchodzi, pułkowi kucharze przygotowują straszliwe curry i tort z napisem: „Edwardowi z najlepszymi życzeniami”. Nie zaprasza się jednak żadnych dzieci, zasłony zostają zaciągnięte, stół w jadalni nakryty na trzy osoby, zapala się świece, służący w milczeniu tkwią rzędem pod ścianą; major w pełnym umundurowaniu, ze wszystkimi orderami na piersi, w kółko nastawia tę samą płytę z irlandzkimi balladami, a Mundy zastanawia się, ile curry uda mu się nie zjeść tym razem. Z namaszczeniem zdmuchuje świeczki, odkrawa trzy kawałki tortu, jeden kładzie na talerz mamy. Jeżeli major nie jest całkiem pijany, ojciec i syn zasiadają w milczeniu do partii szachów z białej i czerwonej kości słoniowej. Nigdy nie udaje im się dokończyć gry – odkładają ją na jutro, a jutro, jak wiadomo, nie przychodzi nigdy.

Bywają jednak inne, choć bardzo rzadkie wieczory, gdy major z jeszcze groźniejszą niż zwykle miną podchodzi do stojącego w kącie pokoju biurka, otwiera je jednym z licznych kluczy na łańcuszku i uroczyście wyjmuje stary tom w czerwonej oprawie ze złoconym napisem: Rudyard Kipling – Czytanki z dzieł wybranych. Ze sfatygowanego metalowego etui major wyjmuje okulary do czytania i nakłada je, umieściwszy szklankę z whisky w dziurze ratanowego fotela, po czym zaczyna wyrzucać z siebie urywanym głosem zdania o Mowglim, chłopcu z dżungli, i innym chłopcu imieniem Kim, który został szpiegiem w służbie Jej Królewskiej Mości, choć czytanka nie ujawnia, co się z nim potem stało, czy mu to uszło na sucho, czy też go złapano. Major potrafi popijać, czytać i znów popijać całymi godzinami z tak poważną miną, jakby celebrował podniesienie. Wreszcie zasypia, Aja wysuwa się na palcach z ciemnego kąta, w którym skrywała się podczas lektury, bierze Mundy’ego za rękę i prowadzi do łóżka. Czytanki Kiplinga to jedyna pozycja, która ocalała z wielkiego i różnorodnego księgozbioru jego matki.

– Ta kobieta miała więcej książek, niż ja zjadłem gorących obiadów – dziwuje się po żołniersku major.

Mimo to z czasem Mundy’emu coraz trudniej przychodzi zrozumieć, że tak kulturalna dama zostawiła mu tylko jeden zaczytany do cna zbiorek kilku niedokończonych opowieści. Znacznie chętniej wsłuchuje się więc w opowiadane mu do poduszki historie Aji o bohaterskich czynach Proroka. Swą edukację uzupełnia, uczęszczając do tego, co pozostało z dawnej kolonialnej szkółki dla sierot i dzieci uboższych oficerów, nadal bierze udział w szkolnych przedstawieniach i raz na tydzień odwiedza anglikańskiego misjonarza o gładkiej twarzy, który uczy go religii i gry na pianinie, a najbardziej lubi prowadzić swymi palcami palce nielicznych podopiecznych. Jednak owe przypadkowe kontakty z chrześcijaństwem to tylko nieprzyjemne chwile, sporadycznie zakłócające słoneczne dni pogaństwa. Dni te płyną najprzyjemniej na zawziętej grze w krykieta – z Ahmedem, Umarem i Alim – na bitej drodze za meczetem albo na wpatrywaniu się w lśniące kałuże w zagłębieniach skalnych w towarzystwie Rani, dziewięcioletniej bosej piękności, której Mundy szepcze do ucha dziecięce wyznania miłosne i z którą chce się ożenić najszybciej, jak tylko się da, albo na wyśpiewywaniu patriotycznych pieśni pendżabskich, gdy na pułkowym boisku do krykieta wciągana jest na maszt nowiutka flaga Islamskiej Republiki Pakistanu.

I pewnie Mundy spędziłby w ten sposób resztę swej młodości i w ogóle resztę życia, gdyby nie to, że pewnego wieczoru uciekli nagle wszyscy służący, nawet Aja, że – który to raz? – zabito deskami okiennice ich domku i że ojciec z synem w milczącym pośpiechu władowali resztki swego dobytku do skórzanych waliz z miedzianymi okuciami. I tak oto bladym świtem podskakują już na wybojach pod budą starej ciężarówki żandarmerii; na przednich siedzeniach w kabinie towarzyszą im dwaj pendżabscy żołnierze o marsowych minach. U boku Mundy’ego kuli się zdegradowany major piechoty pakistańskiej, już w cywilnym kapeluszu i starym szkolnym krawacie, bo krawat w barwach pułkowych nie przystoi komuś, kogo uznano winnym podniesienia ręki na towarzysza z korpusu oficerskiego. Mundy nie wie dokładnie, co takiego major zrobił z ręką, kiedy ją już podniósł, ale sądząc po konsekwencjach, nie włożył jej z powrotem do kieszeni. Przy bramie garnizonu dewan, który dotąd zawsze witał Mundy’ego szerokim uśmiechem, teraz stoi z kamienną twarzą. Obok niego tkwi Aja z twarzą białą jak kreda albo jak duchy, których zawsze tak się obawiała. Ahmed, Umar i Ali wyją, machają rękami i pędzą za odjeżdżającą ciężarówką, ale nie ma wśród nich Rani. Rani w odświętnej sukience, z czarnymi włosami świeżo zaczesanymi do tyłu, ze złączonymi stopami klęczy na poboczu drogi i tłumi płacz w splecionych ramionach.

Statek wypływa z Karaczi po ciemku i cały rejs do Anglii również odbywa się w ciemności, bo major wstydzi się pokazać po tym, jak wydrukowano jego zdjęcie w pakistańskiej prasie. Kryje się więc, popijając whisky w kabinie; je tylko to, do czego zmusi go syn. Chłopiec staje się opiekunem ojca, pilnuje go, sprawdza, czy wydawany na statku dziennik nie zawiera treści toksycznych, i wyprowadza majora na ukradkowe spacery albo przed wschodem słońca, albo wieczorem, gdy cały statek przebiera się do kolacji. Leżąc na wznak na drugiej koi i biernie paląc cygara ojca, liczy mosiężne śruby w drewnianych wręgach wznoszących się łukiem w stropie kabiny, wsłuchuje się to w gadaninę majora, to w pomruk silników statku lub zgaduje, jak też mogły się skończyć wszystkie te niedokończone opowieści Kiplinga. Albo marzy o Rani i o tym, by rzucić się w morze i popłynąć z powrotem do ojczyzny, którą jego ojciec wciąż nazywa Indiami.

A załamany major ma wiele do powiedzenia na temat Indii; część z tego, co mówi, młodego Mundy’ego bardzo zastanawia. Teraz, gdy nie ma już nic do stracenia, major oświadcza, że jest zniesmaczony udziałem swego kraju w tym skandalu, jakim było dopuszczenie do podziału Indii. Przeklina na czym świat stoi drani i idiotów z rządu i parlamentu. Wini ich o wszystko, nawet o to, co się stało z rodziną Aji. Wygląda na to, że usiłuje na ich barki złożyć własne poczucie winy. Przelew krwi i przymusowe wędrówki, załamanie się systemu prawnego, porządku i administracji centralnej są już dla niego konsekwencjami nie tubylczego oporu, a rozpanoszenia się, spisków, chciwości, korupcji i tchórzostwa brytyjskich władz kolonialnych. Lord Mountbatten, ostatni wicekról, na którego major nie pozwalał dotąd powiedzieć złego słowa, zostaje w oparach kabiny przemianowany na Osła.

– Gdyby Osioł myślał mniej o podziale Indii, a więcej o tym, jak powstrzymać masakry, mógłby uratować milion ludzi. Albo i dwa.

Niewiele lepszą prasę mają teraz u majora premier Attlee i minister Stafford Cripps. Niby to nazywają się socjalistami, a takie same z nich snoby jak z wszystkich innych.

– No a Winston Churchill? No, ten to byłby gorszy niż ci dwaj razem wzięci, gdyby tylko znowu dorwał się do władzy. A wiesz dlaczego, synu? Co? Wiesz?

– Nie, tato.

– Bo on uważał wszystkich, i hindusów, i muzułmanów, za stado baranów. Za takich, co tylko trzeba ich tłuc, wieszać i uczyć Biblii. Żebyś już nigdy nie powiedział przy mnie ani jednego dobrego słowa o tym człowieku. Rozumiesz, chłopcze?

– Tak, tato.

– No, to teraz daj mi whisky.

Heretyckie wywody majora są może nieco intelektualnie ograniczone, ale na znajdującego się w jakże trudnym wieku Mundy’ego mają wpływ oszałamiający. W jednej chwili staje mu przed oczyma Aja, która załamuje ręce nad ciałami swych pomordowanych bliskich, wspomina niejasne pogłoski o masowych mordach, po których następował równie krwawy odwet. A więc winni byli nie tylko Hindusi, lecz również Brytyjczycy! Przypomina sobie wszystkie docinki, które jako chrześcijanin musiał znosić od Ahmeda, Umara i Alego, i poniewczasie dziękuje im, że i tak zachowywali w tym umiar. Przed oczyma staje mu Rani i dziwi się, że do tego stopnia udało się jej zapanować nad odrazą, by go pokochać. Wyrzucony z ukochanego kraju dzieciństwa i młodości, niesiony dzień i noc w stronę innego, złego kraju, którego w życiu nie widział i który musi teraz nazywać ojczyzną, Mundy po raz pierwszy radykalnie przewartościowuje sądy o kolonializmie.

Czekająca na młodego Mundy’ego Anglia to stojący w wiecznym deszczu cmentarz żywych trupów oświetlony czterdziestowatową żarówką. Średniowieczne kamienne budynki szkoły cuchną środkami dezynfekcyjnymi, rządzą tam młodzi kolaboranci z dorosłymi despotami. Domek na Vale 2 jęczy i gnije; ojciec pichci w nim niejadalne curry i stacza się powoli, choć zdecydowanie. Ponieważ w Weybridge nie ma dzielnicy uciech, eksmajor zatrudnia jako gospodynię frywolną Szkotkę, panią McKechnie, która od wielu lat liczy sobie dwadzieścia dziewięć wiosen, niechętnie dzieli z nim łoże i tak skutecznie poleruje resztki kolekcji indyjskich srebrnych szkatułek, że tajemniczo znikają jedna po drugiej. Ale frywolna pani McKechnie nigdy nie głaszcze Mundy’ego po policzku, tak jak kiedyś czyniła to Aja, nie opowiada mu o bohaterskich czynach proroka Muhammada, nie trzyma go za rękę, póki chłopiec nie zaśnie, ani na odpędzanie nocnych strachów nie daje mu nic w zamian, kiedy zgubił amulet z tygrysiej skóry. Wkrótce ojciec wysyła Mundy’ego do szkoły z internatem – za pieniądze pochodzące ze spadku po dalekiej ciotce i ze stypendium dla dzieci oficerów. Chłopiec jest najpierw zdumiony, potem przerażony. Pożegnalne słowa majora, na pewno pełnego dobrych chęci, nie przygotowały go na to nowe życie.

– Zawsze pamiętaj, że matka patrzy na ciebie z nieba. A jak widzisz, że jakiś facet czesze włosy przy innych, to zwiewaj gdzie pieprz rośnie – mówi ojciec, gdy ściskają się na do widzenia.

Wyglądając z pociągu wiozącego go do szkoły i rozpaczliwie usiłując pamiętać, że matka patrzy na niego z nieba, Mundy na próżno szuka małych żebraków, którzy wieszaliby się u okien, peronów pełnych owiniętych co prawda w całuny, ale wcale nie zamordowanych ciał – głowy przykryte, stopy na wierzchu – i facetów czeszących się przy innych. Nie widzi też wypłowiałych jak krowie łajno na słońcu krajobrazów i błękitnych łańcuchów górskich, tylko podmokłe pola i tajemnicze afisze oznajmiające mu z mijanych płotów, że znajduje się w Strong Country.

Po przyjeździe na miejsce odbywania kary były biały bóg i panicz zostaje bez sądu zdegradowany do rangi pariasa. Pod koniec pierwszego trymestru, uznany za wariata z kolonii, zaczyna mówić z hinduskim akcentem – jak tak, to tak. Ku dzikiej radości kolegów zawsze sprawdza, czy gdzieś pod ławkami nie czai się wąż, a na każdy dźwięk dobiegający ze szkolnych kaloryferów rzuca się pod stolik z okrzykiem: „Trzęsienie ziemi!”. Prowadzony do łaźni uzbraja się w rakietę tenisową, by mieć czym opędzać się od nietoperzy, które mogłyby spaść na niego z sufitu, a gdy rozlega się dzwon wzywający do kaplicy, głośno się zastanawia, kiedy muezin zacznie nawoływać do modlitwy. Wysyłany na poranne biegi dla okiełznania popędu płciowego, wciąż pyta, czy krążące na niebie hrabstwa Dorset kruki to latawce.

Spadające na niego kary nie zdają się na nic. W czasie przeznaczonym na odrabianie lekcji mruczy pod nosem strzępy zapamiętanych wersetów Koranu, a po dzwonku nakazującym gaszenie świateł łatwo zastać go w umywalni przed popękanym lustrem, w którym sprawdza, czy nie ciemnieje mu twarz i okolice oczu, co potwierdziłoby jego żywione w skrytości ducha przekonanie, że jest porządnym muzułmaninem, a nie spadkobiercą arystokratycznej rasy swojej matki. Niestety: po jakimś czasie musi pogodzić się z myślą, że już do końca życia będzie pogardzanym, białym jak śnieg, obarczonym zbrodniami poprzednich pokoleń zadatkiem na nową klasę rządzącą Wielkiej Brytanii.

Jego jedynym duchowym sprzymierzeńcem jest taki sam jak on wyrzutek: siwowłosy emigrant w okularach w drucianej oprawie i sfatygowanym garniturze, pełen godności, uprzejmy, w nieokreślonym wieku, który prowadzi dodatkowe zajęcia z niemieckiego i gry na wiolonczeli, mieszka zaś w małym mieszkaniu w domku z czerwonej cegły przy rondzie na Bristol Road. Nazywa się Mallory. Mundy natknął się kiedyś na niego w herbaciarni na High Street – dokładnie o tej godzinie, o której w szkole rozpoczynało się zebranie nauczycieli. Dlaczego pan Mallory siedzi w herbaciarni i czyta książkę, zamiast być z kolegami w sali konferencyjnej?

– Bo ja nie jestem pełnoprawnym nauczycielem, panie Mundy – wyjaśnia ze swą zwykłą uprzejmością, zamykając książkę i prostując się na krześle. – Może kiedyś nim zostanę, gdy do tego dorosnę. Na razie jestem nauczycielem tymczasowym. Wiecznie tymczasowym. Może ciasta? Pan pozwoli…

Jeszcze przed nadejściem weekendu Mundy zapisuje się na lekcje wiolonczeli, dodatkowe zajęcia z kultury niemieckiej i niemieckie konwersacje, wszystko po dwie godziny tygodniowo. Podjąłem tę decyzję, bo muzyka jest moją jedyną pasją, a kultura niemiecka to taka literacka wersja muzyki, pisze odważnie do majora, prosząc o dorzucenie piętnastu funtów do rocznego czesnego.

Odpowiedź majora jest równie impulsywna, tym bardziej że wysłana za pośrednictwem telegrafu: Popieram z całego serca stop twoja matka wielki talent muzyczny stop jeżeli to krewny tego Mallory’ego co zdobywał Everest to świetny materiał ludzki stop zapytaj i odpisz stop mundy.

Ale niestety, pan Mallory nie jest świetnym materiałem ludzkim, przynajmniej nie w tym sensie. Przepraszająco tłumaczy, że naprawdę nazywa się Hugo Mandelbaum, pochodzi z Lipska i ma lęk wysokości.

– Tylko bardzo pana proszę, niech pan nie mówi o tym chłopcom. Wie pan, takie nazwisko… okropnie by się śmiali. – I sam się śmieje, i kiwa głową z rezygnacją kogoś, kto dobrze wie, że jest przedmiotem żartów.

Okazuje się, że z tą wiolonczelą to nie był najlepszy pomysł. Z początku doktor Mandelbaum uczy Mundy’ego wyłącznie prowadzenia smyczka. W odróżnieniu od anglikańskiego misjonarza z Marri traktuje palce ucznia jak kable wysokiego napięcia; ostrożnie układa je na właściwych miejscach i natychmiast chroni się w drugim końcu pokoju. Jednak już po piątej lekcji zmienia się wyraz twarzy nauczyciela: zawodowa troska zostaje zastąpiona zwykłym współczuciem dla bliźniego. Siedząc przy pianinie, łączy ręce i opiera się na nich.

– Panie Mundy – oświadcza wreszcie z wielką powagą. – Muzyka nie jest dla pana odpowiednim schronieniem. Może stanie się nim kiedyś, kiedy doświadczy pan już uczuć, które ona opisuje. Zresztą trudno coś przesądzać. Może będzie lepiej, jeżeli poszuka pan schronienia w języku. Już Karol Wielki mówił nam, że poznać drugi język to jak posiąść drugą duszę. Niemiecki jest właśnie taki. Gdy raz wejdzie do głowy, jest na zawołanie, można się w nim skryć, zamknąć za sobą drzwi. Pozwoli pan, że przeczytam krótki wiersz Goethego? Goethe wysławiał się czasem bardzo prosto. Szczególnie wtedy, gdy był w pańskim wieku, i potem znowu, gdy był w moim. Więc najpierw przeczytam panu po niemiecku ten bardzo prosty wiersz, a potem wytłumaczę, o co chodzi. I na nasze następne spotkanie pan się go nauczy. So.

I doktor Mandelbaum recytuje najpiękniejszy i najkrótszy wiersz, jaki kiedykolwiek napisano w języku niemieckim, i zaraz go tłumaczy: „Ponad gór szczytami trwa cisza… poczekaj no, rychło ucichniesz ty też”1. Wiolonczela wraca do szafy doktora Mandelbauma, tej samej, w której trzyma swój stary garnitur. A Mundy, który zdążył już wiolonczelę serdecznie znienawidzić, teraz płacze, i to ze wstydu, choć zwykle nie roni łez. Doktor Mandelbaum siedzi w drugim kącie pokoju przy oknie zasłoniętym koronkową firanką i wpatruje się w książkę drukowaną szpiczastym gotykiem.

A jednak staje się cud. Mija parę trymestrów i doktor Mandelbaum ma wreszcie wybitnego ucznia, a Mundy znajduje schronienie u Goethego, Heinego, Schillera, Eichendorffa i Mörikego. Czyta ich ukradkiem, zamiast odrabiać lekcje z religii, potem bierze do łóżka i czyta dalej, ale już pod kołdrą, w świetle latarki.

– So, panie Mundy – oznajmia dumnie doktor Mandelbaum ponad tortem czekoladowym, który kupił z okazji doskonale zdanego przez Mundy’ego egzaminu państwowego. – Dziś obaj jesteśmy emigrantami. A może dopóki ludzkość jęczy w kajdanach, wszyscy dobrzy ludzie są emigrantami? – Bo doktor Mandelbaum pozwala sobie na uwagi o wyklętych tego świata tylko wtedy, gdy mówi po niemiecku. – Nie możemy wiecznie żyć w wieży z kości słoniowej. Wygodna nieświadomość to żadne rozwiązanie. W niemieckich organizacjach studenckich, do których nigdy nie mogłem należeć, mawiano: „Lepiej jak salamandra w ogniu żyć i gorzeć”.

Po czym odczytuje fragment z Natana mędrca Lessinga. Mundy słucha z szacunkiem i kiwa głową do wtóru rytmowi pięknego głosu, jakby wsłuchiwał się we śnie w muzykę, którą kiedyś wreszcie zrozumie.

– A teraz niech mi pan jeszcze opowie o Indiach – mówi doktor Mandelbaum, zamyka oczy i wsłuchuje się w powtarzane za Ają gawędy spod Himalajów.

Od czasu do czasu, chcąc wypełnić ojcowski obowiązek, w szkole pojawia się bez zapowiedzi major. Wspierając się na lasce z wiśniowego drewna, robi przegląd wojsk i ryczy. Jeżeli Mundy gra w rugby, ryczy doń, by połamał zasrańcom nogi, gdy w krykieta – ręce. Jego odwiedziny urywają się jednak, gdy za którymś razem, nie mogąc znieść goryczy porażki, oznajmia wszem wobec, że trener to pedał, i – nie po raz pierwszy w życiu – zostaje wyprowadzony za bramę. A za bramą szkoły trwają już w najlepsze szalone lata sześćdziesiąte – tylko w obrębie jej murów orkiestra wciąż jeszcze gra na imperialną nutę. Dwa razy dziennie na szkolnych nabożeństwach chwali się poległych, a gani żyjących, wynosi białego człowieka nad inne rasy i nakazuje wstrzemięźliwość płciową chłopcom, których podnieca byle nagłówek w „Timesie”.

Lecz choć ucisk, którego Mundy doznaje od swych dręczycieli, wzmaga jego nienawiść do nich, nie udaje mu się uniknąć przekleństwa ich aprobaty. Jego największym wrogiem jest bowiem wrodzona dobroduszność i nieposkromiona chęć przynależenia do wspólnoty. Pustkę, którą usiłuje wypełnić, zrozumieć może tylko ktoś, kto nie znał własnej matki. A zmiana nastawienia do niszczonego kiedyś ucznia odbywa się powoli i podstępnie. Zaczyna się od tego, że coraz częściej uchodzą mu płazem najróżniejsze przejawy niesubordynacji. Pali papierosy w najbardziej niebezpiecznych miejscach, ale nikt jakoś nie chce go na tym przyłapać ani poczuć woni z ust. Podczas nabożeństwa czyta lekcję w stanie upojenia alkoholowego, bo właśnie wypił kufel piwa przy tylnych drzwiach pobliskiego pubu, lecz zamiast obowiązkowej w takich wypadkach kary chłosty spotyka go niespodziewane wyróżnienie: zostaje jednym z uczniowskich prefektów z dużymi szansami na stanowisko przewodniczącego szkoły. Najgorsze jednak ma dopiero nadejść. Otóż mimo pewnej niezgrabności Mundy dostaje się do szkolnej reprezentacji w rugby i w krykiecie i już zupełnie nieoczekiwanie zostaje szkolnym bohaterem. Pogańskie praktyki i wywrotowe poglądy w jednej chwili idą w zapomnienie. Dostaje tytułową rolę w nudnym jak flaki z olejem średniowiecznym moralitecie. Szkołę opuszcza w niechcianej glorii, a dzięki doktorowi Mandelbaumowi czeka już na niego stypendium na germanistyce w Oksfordzie.

– Drogi chłopcze…

– Ojcze…

Mundy pozwala majorowi zebrać myśli. Siedzą w szklarni w podlondyńskiej willi. Na zewnątrz jak zwykle pada deszcz. Strugi wody zasłaniają błękitne sosny w zapuszczonym ogródku, spływają po zardzewiałych framugach drzwi, uderzają o spękane płytki przed progiem. Frywolna pani McKechnie bawi w Aberdeen. Jest popołudnie, więc major znajduje się teraz w stanie lucidum intervallum między drinkiem do lunchu a pierwszą wieczorną szklaneczką. Sparszywiały ogar powarkuje i puszcza gazy w legowisko u stóp swego pana. W szklarni brakuje już szybek, ale majorowi to nie przeszkadza, bo od pewnego czasu cierpi na klaustrofobię. Odtąd zgodnie z domowym regulaminem nie zamyka się u niego ani okien, ani drzwi. Swej topniejącej z roku na rok publiczności Pod Łabędziem powtarza w kółko, że jeżeli dranie chcą go dopaść, to wiedzą, gdzie go szukać – i tu wskazuje zawsze na swą nieodłączną laskę z wiśniowego drewna.

– Czyli co, chłopie, jesteś zdecydowany? Na tę niemczyznę? – I z mądrą miną zaciąga się birmańskim cygarem.

– Tak jest, tato, dziękuję.

Major i ogar razem zastanawiają się nad odpowiedzią, pierwszy jednak odzywa się major:

– No wiesz, parę porządnych pułków nam zostało. Nie wszystkie jeszcze zeszły na psy.

– Mimo wszystko jestem zdecydowany, tato.

Kolejna dłuższa pauza.

– Myślisz, że szkopy znów się do nas wezmą? Od poprzedniego razu minęło dwadzieścia lat, przedtem też było dwadzieścia, więc chyba znowu czas na nich.

Następuje jeszcze jedna chwila ciszy. Twarz majora nagle się rozjaśnia.

– No tak, synu. Możesz mieć pretensje do matki.

Nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich miesięcy Mundy zaczyna się bać o stan umysłu ojca. Moja zmarła matka miałaby być odpowiedzialna za kolejną wojnę z Niemcami? Jak to, tato, jak to?

– Tej kobiecie języki przychodziły tak łatwo, jak nam splunąć. I hindi, i pendżabski, i urdu, i telugu, i tamilski, i niemiecki…

Mundy nie posiada się ze zdumienia.

– Niemiecki też?

– I francuski. W mowie, w piśmie, w śpiewie. Miała ucho jak ptak przedrzeźniacz. Zresztą u Stanhope’ów to rodzinne.

Mundy słucha tego z wielką satysfakcją. Dzięki doktorowi Mandelbaumowi od pewnego czasu jest w posiadaniu tajnej informacji, że niemiecki to piękny, poetycki, dźwięczny, logiczny i niespodziewanie wesoły język, a równocześnie posiada ową romantyczną duszę, której nie zrozumie nikt, kto nie potrafi się jej doszukać. Poza napisem „Wstęp wzbroniony” posiada więc właściwie wszystko, o czym mógłby marzyć poszukujący duchowego schronienia dziewiętnastoletni „wilk stepowy”. A teraz jeszcze okazuje się, że to wrodzony talent! Tak oto Los rozwiewa ostatnie wątpliwości. Przecież gdyby nie doktor Mandelbaum, Mundy nigdy nie poszedłby na germanistykę. A gdyby nie germanistyka, nie zapisałby się na cotygodniowe zajęcia z gockiego przekładu Biblii biskupa Wulfili. A gdyby nie Wulfila, trzeciego dnia pierwszego semestru na uniwersytecie nie siedziałby na perkalowej kanapie w północnej części Oksfordu pośladek w pośladek z drobną, acz ognistą Ilse, Węgierką poliglotką, która wzięła na siebie zadanie wprowadzenia dryblasa półsieroty – prawiczka – w świat doznań seksualnych. Odbywszy akademickie safari po uczelniach całej niemal Europy, znalazła się w Oksfordzie, by tu zrozumieć dogłębnie korzenie współczesnego anarchizmu. Wulfila znalazł się w jej planie studiów zupełnie przypadkowo.

Wezwany w środku nocy do podlondyńskiej willi zasmucony Mundy podtrzymuje spoconą głowę ojca, który w jego ramionach wydaje ostatnie tchnienie swego nędznego żywota, podczas gdy beztroska pani McKechnie pokrzepia się cygarem na schodach. Na pogrzebie zjawiają się poza synem i konkubiną: adwokat, od dawna już nieopłacany księgowy, właściciel Łabędzia i kilku bywalców lokalu. Pani McKechnie, która wciąż liczy sobie dwadzieścia dziewięć lat, stoi nad otwartym grobem na baczność jak prawdziwa dzielna szkocka wdowa. Jest lato, więc ma na sobie czarną szyfonową sukienkę, którą leniwy wietrzyk opina na jej ciele, ukazując piękny zarys biustu i innych krągłości. Zasłania usta książeczką do nabożeństwa i szepcze Mundy’emu do ucha z tak bliska, że jej usta łaskoczą go w uszy.

– Widzisz, co mógłbyś mieć, gdybyś ładnie poprosił? – mówi ze swym aberdeeńskim akcentem i ku oburzeniu Mundy’ego lekko muska dłonią jego krocze.

Mundy chroni się wreszcie w college’u i drżąc na całym ciele, przegląda swój skromny spadek: mocno zniszczone czerwono-białe szachy z kości słoniowej; zgniłozielony wojskowy plecak, w nim sześć koszul szytych na miarę przez firmę Ranken sp. z o.o., rok założenia 1770, Kalkuta, dostawca dworu JKM Jerzego V, filie w Delhi, Madrasie, Lahaurze i Marri; mocno poobijaną cynową piersiówkę, nieodłączną towarzyszkę wysiadywania pod rozłożystą melią o zachodzie słońca; pogięty scyzoryk do przecinania cygar; złamany ceremonialny nóż Gurkhów z wygrawerowanym napisem „Dzielnemu Przyjacielowi”; przekazywaną z pokolenia na pokolenie tweedową marynarkę bez metki krawca; zaczytany egzemplarz Rudyarda Kiplinga Czytanek z dzieł wybranych oraz ciężką skórzaną walizę o mosiężnych okuciach, znalezioną pod stertami pustych butelek w szafie w sypialni majora.

Waliza jest zamknięta na kłódkę.

Klucza nie ma.

Przez kilka dni Mundy trzyma walizę pod łóżkiem. Jej los jest teraz w jego rękach. O skarbie pod łóżkiem wie tylko on, nikt więcej. Czy okaże się, że jest nieprawdopodobnie bogaty? Może jest jedynym spadkobiercą British American Tobacco? Albo tajemnej fortuny wymarłego rodu Stanhope’ów? Pożyczoną od college’owego dozorcy piłką do metalu usiłuje poradzić sobie z kłódką. Zajmuje mu to cały wieczór i w końcu doprowadzony do rozpaczy kładzie walizę na łóżko, wyciąga ceremonialny nóż Gurkhów z pochwy i podbudowany widokiem tego wspaniałego narzędzia robi w denku równy, okrągły otwór. Podnosi rozciętą skórę i czuje zapach Marri o zachodzie słońca i potu na karku Rani kucającej obok niego nad wodą w rozpadlinach skalnych.

Urzędowe pisma wojskowe: angielskie, indyjskie, pakistańskie.

Wyblakłe pergaminy nadające Arthurowi Henry’emu Mundy’emu kolejne stopnie: podporucznika, porucznika, kapitana elitarnego pułku, potem nieco mniej elitarnego pułku, potem jeszcze mniej elitarnego.

Pożółkły, zrobiony na domowej drukarence program przedstawienia Królewna Śnieżka w Teatrzyku Peszawarskim. W roli Gapcia – E.A. Mundy.

Listy od zdenerwowanych kierowników banków w związku z „rachunkami z mesy oficerskiej i wieloma innymi obciążeniami, na które nie ma pokrycia w środkach zdeponowanych na kontach w naszym banku”.

Przepięknie wykaligrafowany protokół posiedzenia sądu wojskowego w Marri, wrzesień 1956, podpisano: sierż. J.R. Singh, protokolant. Zeznania świadków, zeznanie obrońcy oskarżonego, wyrok. Aresztowany przyznaje się do winy, przyznaje się do popełnionego czynu. Z wystąpienia obrońcy: „Major Mundy był pijany. Dostał szału. Gorąco przeprasza za swój czyn i oddaje się do dyspozycji sądu”.

Nie tak szybko. Przeprosiny nie wystarczą. Jaki czyn? Za co ten sąd?

Opis zajścia złożony w sądzie na piśmie, lecz nieodczytany. Major Mundy przyznaje się do czynów zarzucanych mu w akcie oskarżenia, a więc do tego, że gdy posilał się w kantynie oficerskiej, „poczuł się urażony żartobliwymi uwagami kapitana Graya, szanowanego oficera kwatermistrzostwa, tymczasowo oddelegowanego ze swego pułku w Lahaurze. Oskarżony chwycił kapitana za klapy munduru w sposób nieregulaminowy i całkowicie sprzeczny z zasadami dyscypliny wojskowej, po czym zadał mu trzy celne ciosy głową, powodując liczne obrażenia twarzy ofiary. Nie poprzestając na tym, kopnął go kolanem w krocze, a następnie, mimo wysiłków próbujących go uspokoić kolegów, zaciągnął wspomnianego kapitana na werandę i tam brutalnie go pobił i skopał, co mogło zagrozić nie tylko szczęściu małżeńskiemu i dalszej wojskowej karierze ofiary, lecz wręcz jej zdrowiu i życiu”.

Sąd nie mógł stwierdzić, jak brzmiały „żartobliwe uwagi kapitana Graya”, ponieważ sam oskarżony odmówił ich przytoczenia. Wypowiedzi oskarżonego w sądzie ograniczyły się do stwierdzenia, iż „był pijany i jest mu bardzo przykro”. Koniec sprawy, koniec kariery, koniec wszystkiego. Wszystkiego, ale nie tajemnicy.

Opasła teczka do akt podpisana przez majora: „Akta”. Po co? Czy na książce też pisze się „książka”? Pewnie tak. Mundy wyrzuca zawartość teczki na swą poprzecieraną kołdrę. Duża pożółkła fotografia w ozdobnej pozłacanej ramce przedstawia grupkę sztywnej angielskiej rodziny otoczoną liczną służbą. Stoją na stopniach kolonialnej rezydencji – w podgórskiej części Indii – z niezliczonymi wieżyczkami, okolonej starannie utrzymanym ogrodem. Na każdej wieżyczce łopocze brytyjski sztandar. W centrum grupy stoi pewny siebie biały mężczyzna w sztywnym kołnierzyku, obok niego równie władcza i poważna żona w bliźniaku i plisowanej spódnicy. Po obu stronach tej pary dwaj mali biali chłopcy, każdy w mundurku z Eton. Z kolei po obu stronach chłopców inne białe dzieci i dorośli w różnym wieku, najprawdopodobniej ich ciocie, wujowie i kuzyni. Niżej na schodach służba w liberii ustawiona według koloru skóry: najbielsi w środku, najciemniejsi z brzegu. Wydrukowany podpis głosi: „Państwo Stanhope’owie w swej posiadłości w dniu kapitulacji Niemiec, 1945 r. BOŻE CHROŃ KRÓLA”.

Mundy zdaje sobie sprawę, że oto znalazł się twarzą w twarz z Duchem Matki. Przysuwa zdjęcie do lampki nocnej, obraca nim do światła na wszystkie strony i szuka wśród żeńskiej części rodziny wysokiej angielsko-irlandzkiej arystokratki poliglotki; szuka przede wszystkim oznak godności i erudycji. Widzi groźne matrony, starsze panie zbyt stare, by mogły jeszcze kogokolwiek urodzić, naburmuszone tłuste podlotki z warkoczami, ale potencjalnej matki wśród nich nie ma. Już chce odłożyć fotografię, gdy na jej odwrocie zauważa nabazgraną i też już zbrązowiałą linijkę pisma – na pewno nie jest to pismo majora. Raczej niezbyt w tym wyćwiczonej dziewczyny – jednego z tych naburmuszonych podlotków? – chyba bardzo podekscytowanej, bo tu kleks, tam zadrapanie… „I jak zwykle zamkłam oczy!!!”

Podpisu brak, ale ten temperament… Mundy znów wpatruje się w fotografię. Szuka pary zamkniętych oczu, teraz już nie tylko angielskich, ale i hinduskich. Dzień był jednak słoneczny, więc tych zamkniętych oczu jest zbyt wiele. Odkłada zdjęcie na kołdrę i grzebie wśród reszty zawartości teczki; nie całkiem przypadkowo wybiera paczkę przewiązanych sznurkiem listów. Zagląda na rewers zdjęcia, na odręczny napis, i porównuje pismo. Autorka listów i autorka napisu na zdjęciu to jedna i ta sama osoba. Mundy rozkłada listy na kołdrze – jest ich sześć. Najdłuższy ma osiem nieponumerowanych stron, pisanych jak kura pazurem z najokropniejszymi błędami ortograficznymi; brak godności i erudycji jest widoczny już na pierwszy rzut oka.

Dwa pierwsze zaczynają się od: „Najdroższy” i „Och, Arthurze”, ale potem już nie jest tak miło:

Arthur, do jasny holery, słóchaj mnie!

Jaki sókinsyn mnie to zrobił? No ten com mu sie oddała jak gupia jak komu dobremu czyli Ty Arthur, jak mi Bug światkiem. A nie zapieraj sie. Jak wruce do domu tata mnie zabije. I zara bede jak kórwa z benkartem i za co go wyrzywie oddadzom mnie za konnicom dziecko zabiorom przecie wiem bo to taka pokóta. A jak zostane w Indyjah to mi ino za kórwe iść jak te muladki na rynku Matko Bosko to jurz mnie sie lepi w Gangysie utopidź. Ani sie wyspowiadadź bo ten zasrany Ojciec M’Graw zaraz nagada Stanhopowy a co bo to nie dobieroł sie do mnie a Gospodyni to gapi mi sie na brzuho jakbym ji obiad zerzarła. Czy ta nasza niania Nallie pszypadkiem nie jest w ciąrzy? Jak Boga koham co tyrz pani do głowy pszyszło tak dobże nas pani karmi a co bendzie Arthur jak przyńdzie szusty miesionc a ja dalej bede tyła? I do tego robie za Maryje w jasełkach tylko że nie Duh Świenty mnie to zrobił ino ty!

Arthur dwa som dwa czuje jak tam dwa syrca bijom!

Przydałaby się lupa. Mundy pożycza ją od studenta pierwszego roku, zapalonego filatelisty, z pokoju piętro niżej.

– Przepraszam, Sammy, ale muszę się czemuś bliżej przypatrzeć.

– Kurde, o północy?!

– Kurde, o północy.

Teraz Mundy koncentruje się na niższych schodach. Szuka wysokiej dziewczyny, która musi mieć zamknięte oczy i być w uniformie angielskiej niani. Nie szuka długo. Jest. Wesoła tyczka z czarną czupryną, o irlandzkich oczach zaciśniętych dokładnie tak, jak w opisie; wbić Mundy’ego w biały fartuch i nałożyć mu czarną perukę, i kazać mu zamknąć oczy od blasku indyjskiego słońca – i wypisz, wymaluj, tym bardziej że dziewczyna na zdjęciu jest mniej więcej w tym samym wieku co on teraz i chyba rzeczywiście tego samego wzrostu. I ma jeszcze dokładnie taki głupawy, nieschodzący z twarzy uśmiech, z jakim ja teraz patrzę na nią przez lupę. Bliżej niej już nigdy nie będę, myśli Mundy.

Zaraz, zaraz. A może ty po prostu uśmiechasz się tak nieśmiało dlatego, że jesteś za wysoka? A może ty też jesteś takim samym niespokojnym duchem jak ja?

Spontaniczna, ufna, radosna. Taka biała, wyrośnięta, dorosła wersja Rani.

Właściwie znacznie bardziej wolę ciebie niż tę nudną napuszoną arystokratkę, tę chodzącą godność i erudycję, którą tata karmił mnie od czasu, gdy byłem na tyle duży, że trzeba mnie było okłamywać.

Poufne. Sprawa osobista

Szanowny Panie Kapitanie!

Lady Stanhope poleciła mi zwrócić Pańską uwagę na Pana zobowiązania względem panny Nellie O’Connor, opiekunki do dzieci zatrudnianej przez Ich Lordowskie Moście. Lady Stanhope poleciła mi poinformować Pana, że jeżeli sytuacja panny O’Connor nie zostanie wkrótce uregulowana w sposób licujący z honorem oficera i dżentelmena, będzie musiała powiadomić o wszystkim dowódcę Pańskiego pułku.

Z poważaniem

osobisty sekretarz lady Stanhope.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szpiegowskie dziedzictwo Tunel z gołębiami Przyjaźń absolutna Tajny pielgrzym Zdrajca w naszym typie Nocny recepcjonista 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer