Bohaterowie pogranicza

Bohaterowie pogranicza

Autorzy: Dave Eggers

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Dla młodzieży Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 27.27 zł

„Ta przezabawna wyprawa, pełna uniesień podróż zagubionej bohaterki w poszukiwaniu siebie i deliryczna amerykańska saga jest przesycona przewrotnym poczuciem humoru i głębokim upodobaniem autora do tego co absurdalne i wyjątkowe”. Booklist
Josie postanawia uciec od przeszłości i ojca dwójki swoich dzieci. Starym zdezelowanym kamperem (optymistycznie nazwanym „Chateau”) będą przemierzać pustkowia Alaski. Podróż zaczyna się jak wakacyjny wyjazd – oglądają zwierzęta, rozpalają ogniska, podziwiają krajobrazy. Josie jednak nie może zdystansować się od wspomnień. Jej maleńka rodzina, przepędzana na północ stanu przez rozprzestrzeniające się pożary i na każdym kroku napotykająca szalenie ekscentrycznych mieszkańców Alaski, musi za wszelką cenę przetrwać swoją surrealistyczną przygodę. Bo jeśli zdołają przetrwać, czeka na nich – na peryferiach cywilizowanego świata – coś nieskalanego i zbawiennego…
Urzekająca czarna komedia o współczesnej Ameryce autora bestsellerowego Kręgu!
„Głęboko poruszająca”. The New York Times
„Oczyszczająca ducha i dodająca otuchy”. The Guardian
„Miejscami wstrząsająca, nierzadko zabawna”. San Jose Mercury News
„Porywająca i wzruszająca”. Publishers Weekly

Tytuł oryginału:

HEROES OF THE FRONTIER

Copyright © 2016, Dave Eggers

All rights reserved

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Izabela Sieranc, Aneta Iwan, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-249-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

I

Istnieje dumne szczęście, szczęście zrodzone z wykonywania dobrej roboty w świetle dnia, z lat pracy wartej zachodu, potem zaś zmęczenia, zadowolenia i radości z przebywania w gronie rodziny i przyjaciół, w poczuciu satysfakcji i w gotowości do zasłużonego odpoczynku – bez znaczenia czy we śnie, czy w ramionach śmierci.

Jest również szczęście właściciela rudery. Szczęście wypływające ze świadomości, że siedzisz sama na fotelu pasażera w wiekowym kamperze zaparkowanym gdzieś na samym południu Alaski, w głowie szumi ci od czerwonego wina i gapisz się na plamę czarnych drzew, nie chcąc zasnąć z obawy, że w każdej chwili ktoś może sforsować zameczek w drzwiach i zamordować cię wraz z dwójką twoich małych dzieci śpiących u góry.

Josie patrzyła spod przymrużonych powiek w przyćmione światło długiego letniego zmierzchu na przydrożnym parkingu na Alasce. Tego wieczoru czuła się szczęśliwa z butelką pinota, w tym zaparkowanym w mroku samochodzie otoczonym nieznanymi lasami, i z każdym kolejnym łykiem wina z żółtego plastikowego kubka coraz mniej się bała. Była zadowolona, choć wiedziała, że to przelotne i nienaturalne zadowolenie, wiedziała, że to wszystko jest nie tak, jak trzeba – nie powinna podróżować po Alasce, nie w taki sposób. Była dentystką i przestała nią być. Ojciec jej dzieci, cierpiący na bezustanne rozwolnienie, pozbawiony kręgosłupa moralnego mężczyzna imieniem Carl, człowiek, który tłumaczył Josie, że formalny związek małżeński to niepotrzebne, upraszczające mydlenie oczu, półtora roku po tym, jak się wyprowadził, znalazł inną kobietę, gotową go poślubić. Poznał inną kobietę, mieszkankę Florydy, i teraz – rzecz nieprawdopodobna i niesamowita – żenił się z nią. Ślub zaplanowano we wrześniu i Josie miała pełne prawo wyjechać, zniknąć do czasu, aż będzie po wszystkim. Carl nie wiedział, że wywiozła dzieci z Ohio, niemal poza granice Ameryki Północnej. I nie mógł wiedzieć. Cóż mogło zapewnić jej niewidzialność lepiej niż to – dom na kółkach, brak stałego adresu zamieszkania, biały kamper w stanie, gdzie było milion innych zbłąkanych wędrowców, wszyscy w białych kamperach? Nikt nie zdołałby jej znaleźć. Zastanawiała się nad zupełnym opuszczeniem kraju, ale Ana nie miała paszportu, a jego uzyskanie wymagało zgody Carla, więc ta możliwość odpadła. Alaska była zarazem tym samym i innym krajem, Rosją niemalże, prawie nicością, i gdyby Josie zostawiła telefon i płaciła wyłącznie gotówką – w czymś w rodzaju aksamitnej sakiewki przeznaczonej na złote monety lub czarodziejskie ziarna fasoli przywiozła z sobą trzy tysiące dolarów – nie dałoby się jej wytropić. Poza tym była kiedyś skautką. Potrafiła zawiązać węzeł, wypatroszyć rybę i rozpalić ognisko. Alaska jej nie onieśmielała.

Josie i jej dzieci wylądowali w Anchorage kilka godzin wcześniej, w tym szarym, pozbawionym piękna i niebudzącym nadziei dniu, ale w chwili gdy wysiadła z samolotu, poczuła ożywienie.

– No dobra! – powiedziała do swoich wyczerpanych i wygłodniałych dzieci, które nigdy nie przejawiały zainteresowania Alaską, a teraz się tutaj znalazły. – Jesteśmy na miejscu! – dodała i wykonała krótki, radosny marsz. Żadne z dzieci się nie uśmiechnęło.

Wsadziła je do tego wynajętego kampera i ruszyła w drogę bez przemyślanego planu. Producenci kampera nazwali swój wyrób „chateau”, ale od tego czasu minęło trzydzieści lat i teraz kamper był zdezelowany i niebezpieczny dla swoich użytkowników oraz wszystkich, z którymi dzielił drogę. Ale po całym dniu jazdy dzieci czuły się świetnie. Tworzyły dziwną parę: Paul, ośmiolatek o zimnych, czujnych oczach kapłana z krainy lodu, łagodny, powolny chłopiec, o wiele bardziej rozsądny, życzliwy i mądry od swojej matki, oraz Ana, zaledwie pięcioletnia, stanowiąca ciągłe zagrożenie dla umowy społecznej. Ana była zielonooką bestią z grzywą irracjonalnie rudych włosów oraz talentem do wynajdywania w dowolnym pomieszczeniu najłatwiej tłukących się przedmiotów i tłuczenia ich z niewiarygodną wręcz skwapliwością.

Słysząc warkot ciężarówki przejeżdżającej pobliską szosą, Josie nalała sobie drugą porcję wina. „Wolno mi” – pomyślała i zamknęła oczy.

Tylko gdzie się podziała Alaska niepowtarzalnego klimatu i czystego nieba? To miejsce było zasnute mgłą kilkunastu pożarów lasu, rozprzestrzenionych w całym stanie niczym zaraza, i Josie jeszcze nie dostrzegła jego majestatu. Wszystko, co do tej pory widzieli, okazało się zaśmiecone i surowe. Widzieli hydroplany. Widzieli setki domów na sprzedaż. Widzieli przydrożne ogłoszenie o sprzedaży szkółki leśnej. Oraz inny kamper, bardzo podobny do ich własnego, zaparkowany na poboczu pod urwistym zboczem wysokiej góry. Załatwiała się przy nim jakaś kobieta. Widzieli chaty z drewnianych lakierowanych bali. W jednym sklepie osiedlowym, również z lakierowanych bali, widzieli koszulkę z napisem NIE OBWINIAJ MNIE. JA GŁOSOWAŁEM NA AMERYKANINA.

Gdzie zatem podziali się bohaterowie? Josie wiedziała tylko, że tam, skąd przybyła, mieszkali sami tchórze. Nie, znalazł się jeden odważny człowiek, a ona przyczyniła się do jego śmierci. Wszyscy wszystko zabrali, a Jeremy nie żył. Znajdźcie mi jakiegoś śmiałka, poprosiła ciemne drzewa przed sobą. Znajdźcie mi kogoś zamożnego, zażądała od widocznych za nimi gór.

Pomyślała o Alasce na kilka zaledwie tygodni przed podjęciem decyzji o wyjeździe z Ohio. W Homer miała przyrodnią siostrę Sam, która niezupełnie była jej przyrodnią siostrą i której od lat nie widziała. Otaczała ją aura wielkiej tajemniczości, ponieważ mieszkała na Alasce, miała własną firmę i pilotowała jakąś łódź lub statek; wychowała też w zasadzie samotnie dwie córki, bo jej mąż rybak całymi miesiącami przebywał na morzu. Zdaniem Sam nie był wiele wart i niewiele traciła na jego nieobecności.

Josie nigdy nie była na Alasce i nie wiedziała, dokąd poza Homer jechać ani co można tam robić. Napisała jednak do Sam, informując o swoim przyjeździe, a Sam odpisała, że nie ma nic przeciwko temu. Josie uznała za dobry znak, że przyrodnia siostra, której nie widziała od pięciu lat, ograniczyła się do tego stwierdzenia i obyło się bez usilnych próśb i zachęt z jej strony. Sam była teraz Alaskanką, to zaś z pewnością oznaczało skupienie się w prostolinijnym życiu na pracy, niebie oraz drzewach, a właśnie takiego usposobienia Josie łaknęła u innych i u siebie. Nie chciała już niepotrzebnych życiowych dramatów. Gdyby zachowania na pokaz były potrzebne, nie ma sprawy. Gdyby człowiek wchodził na górę i podczas tej wspinaczki napotkał burze z piorunami ciskanymi przez zagniewane niebiosa i lawiny, wtedy mogłaby zaakceptować dramat i w nim uczestniczyć. Podmiejskie dramaty były jednak tak męczące, tak absurdalne na pierwszy rzut oka, że nie mogła już dłużej przebywać z nikim, kto uważał je za prawdziwe lub interesujące.

Polecieli więc, znaleźli bagaże, a potem Stana. Był on właścicielem kampera chateau, który od niego wynajęła, i stał za stanowiskiem odbioru bagaży, trzymając tabliczkę z wypisanym na niej nazwiskiem Josie. Wyglądał tak, jak go sobie wyobrażała – emeryt po siedemdziesiątce, rubaszny i mający w zwyczaju wymachiwać rękami, jakby były ciężkimi przedmiotami, kiśćmi bananów, które dostarczał klientom. Załadowali swoje bagaże do kampera i ruszyli. Josie odwróciła się, żeby spojrzeć na swoje dzieci. Wyglądały na zmęczone i brudne.

– Fajny, co? – zapytała, wskazując na wnętrze chateau, mozaikę pledów w szkocką kratę i forniru. Stan był siwowłosy i nosił wyprasowane dżinsy oraz czyste jasnoniebieskie adidasy. Kiedy pokonywali szesnaście kilometrów z lotniska do domu Stana, gdzie mieli sporządzić dokumenty wynajmu, Josie siedziała na fotelu z przodu, a dzieci z tyłu, na ławie. Ana szybko zasnęła z twarzą przy poziomych żaluzjach. Paul uśmiechnął się blado i zamknął swoje lodowate kapłańskie oczy. Stan przekrzywił lusterko wsteczne, żeby im się przyjrzeć, i widząc je oczyma Stana, Josie zrozumiała, że nie wyglądają na jej dzieci. Nie pasowały do niej i do siebie nawzajem. Włosy Josie były czarne, włosy Paula szarobrązowe, Any zaś rude. Josie miała oczy piwne i małe, Paul wielkie i niebieskie, Ana zielone i do tego w kształcie zakrzywionych migdałów.

Kiedy dotarli na podjazd domu, Stan zaparkował i zaproponował, by dzieci pobawiły się w ogrodzie. Ana natychmiast podeszła do dużego drzewa z dziurą w pniu i wetknęła w nią dłoń.

– Spójrzcie, mam dzidziusia! – zawołała, trzymając niewidzialne niemowlę.

– Przepraszam – powiedziała Josie.

Stan skinął ponuro głową, jakby stwierdziła: MOJA CÓRKA JEST OBŁĄKANA I NIE DA SIĘ TEGO WYLECZYĆ. Wyjął instrukcję obsługi i z powagą człowieka wyjaśniającego, jak zdemontować bombę, opisał funkcje kampera. Samochód wyposażono w kuchenkę, prędkościomierz, licznik mil, łazienkę, zbiornik na fekalia, podłączenie do sieci elektrycznej, rozmaite dźwignie, poduszki i ukryte schowki.

– Korzystała już pani z kampera – rzekł, jakby nie mogło być inaczej.

– Oczywiście. Wiele razy – odparła Josie. – Kierowałam też autobusem.

Nie robiła żadnej z tych rzeczy, wyczuła jednak, że Stan traktuje poważnie swój chateau, ale ją nie za bardzo. Musiała zaszczepić w nim przekonanie, że nie zjedzie w przepaść. Przeszedł z nią dookoła samochodu, odnotowując na podkładce do pisania widoczne uszkodzenia, i gdy to robił, Josie spostrzegła w wykuszowym oknie domu spoglądającego na nich sześciolatka. Pokój, w którym stał, wydawał się całkowicie biały – białe ściany, biała wykładzina dywanowa, biała lampa na białym stole. Niebawem jakaś nadopiekuńcza kobieta, prawdopodobnie żona Stana, stanęła za chłopcem, położyła mu dłonie na ramionach, odwróciła go i wyprowadziła w głąb domu.

Po sprawdzeniu kampera Josie spodziewała się, że zostanie zaproszona wraz z dziećmi do domu, ale tak się nie stało.

– Do zobaczenia za trzy tygodnie – rzekł Stan, taki bowiem uzgodnili okres wypożyczenia. Josie nie wykluczała, że podróż może się wydłużyć do miesiąca lub na czas nieokreślony, i pomyślała, że zadzwoni do Stana, gdy stanie się to bardziej oczywiste.

– W porządku – powiedziała i usiadła za kierownicą. Pociągnęła długie, sterczące z kierownicy niczym jeleni róg ramię w dół, w położenie włączające bieg wsteczny, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że plan przewidywał zaproszenie ich do środka, ale coś przekonało Stana, że lepiej trzymać ich z dala od tego nieskazitelnie białego domu i swojego wnuka.

– Niech pani jedzie bezpiecznie – powiedział, machając swoimi ciężkimi niczym kiście bananów rękami.

Mieli trzy dni czasu do zabicia, zanim Sam wróci z jednej ze swoich wycieczek. Zabierała grupę francuskich dyrektorów do lasu, żeby pokazać im ptaki i niedźwiedzie, i miała wrócić dopiero w niedzielę. Josie zamierzała spędzić parę dni w Anchorage, ale gdy jechała skrzypiącym, trzęsącym się chateau przez centrum, zobaczyła uliczny jarmark z tysiącami ludzi w jaskrawych bezrękawnikach oraz sandałach i zapragnęła natychmiast stamtąd uciec. Opuścili metropolię, kierując się na południe, i wkrótce napotkali drogowskazy prowadzące do jakiegoś rezerwatu dzikich zwierząt. NAJWIĘKSZA ATRAKCJA NA ALASCE – zapewniał napis. Kiedy Josie była już przekonana, że miną tę atrakcję, zanim zauważy ją Ana, odezwał się Paul.

– Rezerwat dla zwierząt – poinformował swoją siostrę.

To, że umiał czytać, ogromnie komplikowało ich stosunki rodzinne.

Dzieci bardzo chciały tam jechać, a Josie bardzo chciała przemknąć obok, ale na tablicach wspomniano o niedźwiedziach, bizonach i łosiach, a myśl, że mogliby skreślić wszystkie te ssaki ze swojej listy w pierwszych kilku godzinach podróży, była dość kusząca.

Zatrzymali się.

– Musisz włożyć kurtkę – rzekł Paul do Any, która stała już przy drzwiach kampera, i podał siostrze okrycie niczym kamerdyner. – Przytrzymaj rękawy, żeby ci się nie podwinęły – poradził. Ana przytrzymała palcami mankiety koszuli i wsunęła ręce w rękawy kurtki. Josie obserwowała to wszystko z poczuciem, że jest zupełnie zbędna.

W biurze mieszczącym się w chacie z bali zapłaciła za ich troje złodziejską kwotę, sześćdziesiąt sześć dolarów. Zazwyczaj na miejscu byli przewodnicy i wózki, którymi wożono gości po terenie rezerwatu, ale wszyscy zniknęli lub byli na wakacjach, więc Josie i dzieci znaleźli się sami w czymś, co wyglądało na zoo po apokalipsie. Pomyślała o irakijskim ogrodzie zoologicznym po bombardowaniach wojsk sprzymierzonych, o lwach i gepardach włóczących się na swobodzie, wygłodniałych i bezskutecznie szukających kotów i psów do zjedzenia.

Tutaj sytuacja była lepsza, ale rezerwat wyglądał równie smutno jak każde zoo, miejsce, gdzie nikt tak naprawdę nie chce się znaleźć. Ludzie mają poczucie winy, że w ogóle tam przyszli, zdruzgotani myślami o schwytaniu tych zwierząt i ich niewoli, o kiepskim jedzeniu, lekach i klatkach. A zwierzęta ledwie się ruszają. Zobaczyli parę łosi oraz świeżo narodzonego łoszaka, wszystkie tkwiące nieruchomo. Zobaczyli jednego śpiącego bizona z wytartym futrem i wyrazem wściekłości w na wpół otwartych oczach. Oraz patykowatą, otępiałą antylopę; przeszła parę metrów i zatrzymała się, żeby spojrzeć ze smutkiem na szare góry w oddali. Jej oczy mówiły: Zabierz mnie, Panie, bo cierpię.

Wrócili do chaty z bali po napoje.

– Popatrzcie na to – rzekł przewodnik do jej dzieci, kiedy piły lemoniadę. Wskazał na pobliskie pasmo górskie, gdzie widać było wyjątkową, jak zapewnił, scenę: stadko owiec gruborogich wędrujących poniżej grani ze wschodu na zachód. – Użyjcie lornetki – dodał, na co Paul i Ana pobiegli do stacjonarnego zestawu do obserwacji przytwierdzonego do pomostu.

– Widzę je – powiedział Paul. Kiedy ustąpił Anie miejsca przy lornetce, Josie spojrzała w dal spod zmrużonych powiek i znalazła stadko odrobinę niewyraźnych białych kropek na tle zbocza góry. Widok dwunastu lub piętnastu zwierząt stojących pewnie na czymś, co wydawało się pionową ścianą, zdumiewał. Josie zajęła miejsce przy lornetce, odnalazła owce i ujrzała na niebie cień przecinający im drogę. Przypuszczalnie był to jakiś jastrząb, obróciła więc lornetkę, ale niczego nie dostrzegła. Wróciła do owiec, natrafiając na jedną, która wydawała się patrzyć prosto na nią. Owca wyglądała na bardzo zadowoloną ze swojego życia, nie miała żadnych trosk, choć stała na mikroskopijnym występie skalnym na wysokości sześciuset metrów. Josie poprawiła nieco ostrość i teraz widziała owcę jeszcze wyraźniej; kiedy zatrzymała wzrok na cudownie klarownym obrazie zwierzęcia, nastąpiły dwie rzeczy jedna za drugą.

Najpierw wydało jej się, że chmury nad owcą się rozstępują, jakby chciały, żeby wąski promień bożego światła padł na pokrytą puszystym runem głowę zwierzęcia. Josie widziała jasnoszare oczy, sierść lekką jak piórko i białą niczym bawełna, i kiedy tak na siebie patrzyły, kiedy owca pokazywała jej, czym jest prawdziwe szczęście, ujawniając tajemnice swojego nieskomplikowanego życia wysoko ponad wszystkim – gdy to się działo, w polu widzenia Josie pojawił się ciemny kształt. Ciemne skrzydło. Był to drapieżny ptak, olbrzym o wielkiej rozpiętości skrzydeł przypominających czarny parasol. Po chwili zapikował, chwycił owcę w szpony, podniósł ją z urwiska na wysokość zaledwie kilkunastu centymetrów i wypuścił. Owca zniknęła z pola widzenia. Josie stała i przyglądała się gołym okiem, jak nie stawiając oporu, spada z góry nieświadoma śmiertelnego niebezpieczeństwa, opadając niczym szmaciana lalka na niewidzialne miejsce spoczynku.

– Orzeł – rzekł przewodnik, po czym gwizdnął z uznaniem. – Wspaniały, wspaniały.

Wyjaśnił, że to częsty, lecz rzadko widywany sposób wykorzystywany przez orły do uśmiercania dużej zdobyczy: drapieżnik podrywa zwierzynę i zrzuca ją z dużej wysokości, pozwalając, by zabiła się na leżących kilkadziesiąt metrów niżej skałach, łamiąc sobie wszystkie kości. Potem szybuje w dół. Chwyta martwą zdobycz i w całości lub w kawałkach przynosi jej mięso swoim pisklętom.

– Czemu pan chciał nam to pokazać? – zapytała Josie, wiedząc, że to wspomnienie będzie ją prześladowało i przerazi jej dzieci, ale przewodnik zniknął.

– Co się stało, mamo? – zapytała Ana. Paul słyszał i zrozumiał opowieść mężczyzny, a Josie było przykro, że się dowiedział, iż w świecie zwierząt zdrada czyha na każdym kroku. Dziękowała jednak Bogu, że Ana jest, na razie, wolna od bagażu takiej wiedzy.

– Nic – odparła Josie. – Chodźmy.

Josie powiedziała dzieciom, że najlepiej będzie wydostać się z rejonu Anchorage, naprawdę stamtąd wyjechać, wyruszyć w podróż i wytyczyć własną trasę. Zatrzymali się więc przed zajmującym powierzchnię ośmiu hektarów sklepem, który wydawał się nie mieć końca; sprzedawano w nim aparaturę stereo, meble ogrodowe, peruki, broń i benzynę. Pełno tam było kierowców ciężarówek, trochę wielodzietnych rodzin, osób, w których żyłach najwyraźniej płynęła alaskańska krew, oraz trochę ogorzałych przedstawicieli rasy białej; wszyscy wyglądali na bardzo zmęczonych. Josie kupiła spory zapas artykułów spożywczych, tak by wystarczyło na tydzień, pochowała je bardzo starannie w szafkach z płyty wiórowej i odjechała.

Okazało się, że na większości szos Alaski obowiązuje ograniczenie szybkości do sześćdziesięciu pięciu mil na godzinę, ale chateau nie przekraczał czterdziestu ośmiu. Przyśpieszenie do czterdziestki trwało niezmiernie długo, a zwiększeniu prędkości o następnych siedem mil na godzinę towarzyszyło astmatyczne charczenie silnika, potem zaś wydawało się, że cały zespół napędowy zaraz się rozpadnie niczym eksplodująca gwiazda. Tak więc przez pierwszych kilka godzin Josie jechała o dwadzieścia mil na godzinę wolniej niż inne pojazdy. Na dwupasmówkach zazwyczaj ciągnęło się za nią kilka samochodów; ich kierowcy trąbili i przeklinali, dopóki nie udało jej się znaleźć na tyle szerokiego pobocza, by ich przepuścić. Potem wracała na jezdnię, wiedząc, że za pięć minut znowu zgromadzi za sobą sznur rozwścieczonych podróżnych. Stan o niczym takim jej nie uprzedził.

Wcześniej zrobiła dzieciom kanapki i podała je na prawdziwych talerzach; właśnie skończyły jeść i zapytały, gdzie je odstawić. Poradziła, żeby postawiły na blacie. Na następnym czerwonym świetle talerze pospadały na podłogę, tłukąc się i sprawiając, że resztki lunchu znalazły się we wszystkich zakamarkach i szczelinach chateau. Tak rozpoczęła się podróż.

Josie nic nie wiedziała o Seward, ale ponieważ miasto leżało w miarę blisko Homer, postanowiła, że tego dnia to ono będzie celem ich podróży. Jechali około godziny i znaleźli wprost olśniewającą zatokę, z wodą gładką jak lustro i ośnieżonymi górami wznoszącymi się na drugim brzegu niczym szereg siwowłosych starców. Zatrzymała się, żeby zrobić parę zdjęć. We wnętrzu kampera wszystko było już jednak brudne – większość chipsów Any walała się po zabłoconej podłodze, wszędzie leżały porozrzucane ubrania i opakowania – i Josie poczuła, że ogarnia ją nagłe zmęczenie. Opuściła rolety, pozwoliła dzieciom obejrzeć Toma i Jerry’ego – w hiszpańskiej wersji językowej – była to jedyna płyta DVD, jaką zabrali, wyjeżdżając w takim pośpiechu – i oglądali kreskówki na swoim małym monitorze, podczas gdy ciężarówki przetaczały się obok niczym walce, powodując za każdym razem delikatne kołysanie się chateau. Dwadzieścia minut później dzieci spały, a Josie nadal czuwała.

Przeniosła się na fotel pasażera, otworzyła zamkniętą zakrętką butelkę pinota, nalała sobie porcję i rozsiadła się z egzemplarzem magazynu „Old West” proponującego czytelnikom PRAWDZIWE OPOWIEŚCI Z DZIKIEGO ZACHODU. Stan zostawił w kamperze pięć numerów sprzed czterdziestu lat. W magazynie znajdowała się rubryka zatytułowana Zatarte szlaki, do której czytelnicy przysyłali prośby o informacje o dawno zaginionych krewnych.

„W spisie ludności Republiki Teksasu z 1840 roku – napisał jeden z nich – znajduje się informacja o Thomasie Cliftonie z okręgu Austin i stwierdzenie, że posiadał trzysta czterdzieści dziewięć akrów ziemi. Chciałbym otrzymać wiadomość od któregoś z jego potomków”. List podpisał niejaki Reginald Hayes. Josie myślała o panu Hayesie, współczując mu i wyobrażając sobie fascynujące batalie prawne, które go czekają, gdy spróbuje odzyskać te trzysta czterdzieści dziewięć akrów w Austin.

„Może ktoś mógłby pomóc nam odnaleźć siostry mojej matki – brzmiał następny wpis – córki Waltera Loomisa i Mary Snell. Moja matka, Bess, była najstarsza. Ostatnio widziała się ze swoimi siostrami, Rose, Mavis i Lorną, w Arkansas w 1926 roku. Moja matka, obieżyświat, nie pisała do nich i potem już nigdy nie otrzymała od nich żadnych wieści. Z radością przyjęlibyśmy wiadomość od kogoś, kto coś o nich wie. Teraz mają pewnie pięćdziesiąt kilka lat”.

Resztę strony wypełniały pełne niedopowiedzeń opowieści o porzuceniu i cierpieniu oraz sporadyczne wzmianki o kradzieżach i zabójstwach.

„David Arnold zmarł w Kolorado w roku 1912 i został pochowany w McPherson w Kanadzie” – pisał ktoś w ostatnim liście na tej stronie. – „Zostawił żonę i czworo dzieci. Sądzę, że jego dwie córki wciąż żyją. Chciałbym otrzymać kopię nekrologu Arnolda do rodzinnego archiwum lub dowiedzieć się, gdzie zmarł i czy kiedykolwiek dowiedziono, że śmierć była wynikiem zabójstwa, a także czy kiedykolwiek udowodniono, że śmierć jego dwóch synów w 1913 roku miała związek z jego zabójstwem. Był moim stryjecznym dziadkiem”.

Josie znowu napełniła kubek winem. Odłożyła czasopismo i spojrzała przez okno. Na myśl o tym, że jest tak daleko od Carla i jego przestępstw, na jej ustach zakwitł uśmiech. Rozstali się kilka lat po tym, jak zaczął się uskarżać na konieczność częstego oddawania moczu. Z niezwykłą, niespotykaną częstotliwością. Przecież wcześniej był zdrowym mężczyzną! Może nie takim, który mógłby ją przenieść przez próg domu – był chudy, a ona trochę przy kości – ale aktywnym, niecierpiącym na suchoty mężczyzną z dwiema rękami, dwiema nogami i płaskim brzuchem. Czemu więc sikał przez całą dobę? Teraz, osiemnaście miesięcy po rozstaniu, wyobraziła go sobie, jak stoi w rozkroku przed muszlą klozetową w otwartej ubikacji i szykuje się do sikania. Lub sika. Bądź strzepuje krople moczu. Rozpina rozporek przed sikaniem albo zapina go po sikaniu. Przebiera się, ponieważ nie dość dobrze strzepnął mocz i pochlapane nim domowe spodnie w kratę śmierdzą teraz jak szczyny. Jak sika dwa razy wczesnym rankiem. I sześć lub siedem razy po kolacji. Jak sika przez cały dzień. I trzy razy w ciągu nocy wstaje z łóżka, żeby się wysikać.

– Masz coś z prostatą – mówiła mu Josie.

– Jesteś tylko dentystką – przypominał jej Carl.

Proktolog orzekł wprawdzie, że nie chodzi o prostatę, ale nie miał pojęcia, co mu dolega. Nikt tego nie wiedział. W dodatku Carl przez cały czas srał. Można było liczyć, ile razy dziennie, tylko po co?

Co najmniej sześć. Poczynając od pierwszej filiżanki kawy. Od pierwszego łyku. I znowu Josie wyobraziła sobie plecy Carla, zobaczyła go, jak stoi przy kuchennym blacie przed ekspresem. W kraciastych spodniach, które nosił w domu. Uszyte z wełny, były zbyt krótkie, za grube i poplamione białą farbą – Carl malował w nich sypialnię dzieci i strasznie spaprał robotę. I po co je nosił? Żeby przypomnieć sobie i światu, że jest człowiekiem czynu. Człowiekiem, który potrafił pomalować (marnie) dziecięcą sypialnię. Stał więc tam, czekając, aż jego mała niebieska filiżanka napełni się kawą z ekspresu. W końcu jego mała niebieska filiżanka była pełna i Carl brał ją, opierał się o blat, spoglądał na ogród, po czym, po pierwszym łyku, jakby ta pierwsza kropla upłynniła zawartość jego bebechów, rozluźniła wszystko, co w nich tkwiło, biegł do toalety, tej przy garażu, i zaczynał swój dzień srania. Osiem, dziesięć wizyt w kiblu dziennie. Czemu o tym teraz myślała?

Potem wychodził, chwaląc się dzieciom, że „wykonał tam dobrą robotę” lub że „zrobił to, jak należy”. Wiedział, że często sra, i starał się sprawić, by było to zabawne. Josie popełniła na początku ich znajomości fatalny błąd, pozwalając, by Carl myślał, że jest zabawny, chichocząc razem z nim, kiedy się zaśmiewał z własnych dowcipów – potem nie mogła się nie śmiać. Lata wymuszonego śmiechu. Jak jednak człowiek mógł się dalej śmiać w takich warunkach? Dzieci rzadko go widywały z dala od ubikacji. Siedząc na sedesie, toczył z nimi dyskusje. Kiedyś naprawił tam walkie-talkie Paula – kiedy wkładał baterie, maszyneria jego jelit rozdrabniała i upłynniała ich zawartość. A potem testowali te krótkofalówki! Kiedy Carl dalej srał bądź próbował srać. Carl siedział w kiblu, Paul w innym pokoju. „Użytkownik I-9 – mówił Carl, po czym dodawał: – Użytkownik B-M!”.

Obrzydliwość. Josie nauczyła się wychodzić z domu, zanim się to zaczynało. Przypominało to paradoks Schrödingera. Josie wiedziała, że Carl zacznie srać, ale czy jeżeli ona wyjdzie, zanim on wypije pierwszy łyk kawy, rzeczywiście do tego dojdzie? Tak i nie. Usiłowała położyć temu kres, ale Carl odparował: „Co, wolałabyś mieć faceta, który w ogóle nie sra?”. Mówił poważnie. Josie pociągnęła spory łyk wina. To ją uspokoiło, otworzyło.

Początkowo postanowili nie mówić ludziom, że Carl był jej pacjentem, kiedy się poznali. Wyjaśnianie tego wszystkiego czyniło ich spotkanie zbyt zwyczajnym – Carl chciał usunąć kamień nazębny i szukał w sieci miejscowych dentystów. Jej gabinet był jedynym, który zapewniał taką możliwość bezzwłocznie. Czy jakakolwiek czująca osoba uznałaby to za romantyczne? Podczas zabiegu Josie ledwie zwracała na niego uwagę. Po czym, kilka tygodni później, trafiła do sklepu Foot Locker, szukając skarpet, kiedy jakiś mężczyzna, klient siedzący z jedną ręką w bucie, podniósł wzrok i powiedział „dzień dobry”. Nie miała pojęcia, kim jest. Był jednak przystojny, miał alabastrową skórę, zielone oczy i długie rzęsy.

– Carl – przedstawił się, wyciągając dłoń z buta i podając ją Josie. – Pani pacjent.

Śmiał się długo, jakby myśl o zatrudnieniu w sklepie z obuwiem była dla każdego najwspanialszym żartem.

– Nie, nie pracuję tutaj – zastrzegł.

Był cztery lata młodszy od Josie i miał w sobie energię szczeniaka, który nie opuszcza domu. Przez rok dobrze się bawiła. Od roku prowadziła własną praktykę, a on służył pomocą, załatwiał sprawunki, wieszał obrazy w poczekalni, do wszystkiego podchodził lekko i na szalonym luzie. Lubił jeździć na rowerze. Kupować lody. Grać w kickball. Jadł czekoladowe batony energetyzujące opakowane w zmarszczony złoty papier. Miał niepohamowany popęd płciowy, w ogóle nie panował nad sobą. Spotykała się z dwunastolatkiem.

Tyle że Carl miał dwadzieścia siedem lat. Nie pracował wówczas zarobkowo; ani wcześniej, ani później nie miał stałej pracy. Jego ojciec posiadał w Kostaryce niezmierzone połacie ziemi, którą wykarczował, by pomieścić tam krowy hodowane na potrzeby amerykańskich i japońskich mięsożerców, tak więc żadne zajęcie na mniejszą skalę nie odpowiadało jakoś Carlowi.

„Wychowaliśmy dyletanta” – mówiła Luisa, jego matka. Była Chilijką z pochodzenia, wychowaną w Santiago córką lekarki i cierpiącego na depresję dyplomaty. Rudowłosego ojca Carla, Amerykanina imieniem Lou, poznała w Mexico City, kiedy była studentką ostatniego roku. Urodziła Carla i jego dwóch braci, podczas gdy Lou, wychowany w rodzinie nafciarzy, kupował ziemię w Kostaryce, karczował lasy, hodował krowy i stworzył hodowlane imperium. Przed dziesięcioma laty poprosił o rozwód, żeby poślubić byłą żonę znanego i martwego już dilera z Chiapas. Luisa i Lou byli w niesamowicie dobrych stosunkach. „Z daleka jest o niebo lepszy” – powtarzała.

Teraz była pomarszczoną, piękną sześćdziesięciolatką, żyjącą na swoich warunkach w Key West z grupą opalonych, popijających od południa przyjaciół. Kiedy się poznały, Josie podobało się w niej wszystko – szczerość, wisielcze poczucie humoru, spostrzeżenia na temat Carla. „Odziedziczył po ojcu niezdolność do dłuższej koncentracji, ale nie odziedziczył jego dalekowzroczności”.

Carl zgromadził kilkanaście licencji i nabył wiele różnych umiejętności. Przez kilka lat był pośrednikiem w handlu nieruchomościami, żadnej jednak nie sprzedał. Bawił się w projektowanie mebli, mody oraz w wędkarstwo sportowe. Miał szafę pełną sprzętu fotograficznego. Chociaż zarówno Josie, jak i Luisa były zobowiązane kochać Carla, ich dramat polegał na tym, że lubiły się nawzajem bardziej, niż lubiły jego.

„W zeszłym roku kazał mi się sfilmować” – powiedziała Luisa swoim chrypiącym głosem. „Wciąż odkrywa swoje związki ze światem, odkrywa własne ciało. Pewnego dnia poprosił, bym nakręciła go, jak idzie… od przodu, z boku i od tyłu. Wyjaśnił, że chce mieć pewność, że chodzi tak, jak mu się wydaje. Sfilmowałam więc mojego syna, tego dorosłego mężczyznę, gdy spacerował wzdłuż ulicy. Chyba był zadowolony z efektów”.

„Jest ładniejszy od ciebie” – tak właśnie stwierdziła Sam, poznawszy Carla. „To nie może się dobrze skończyć”. Carl potrafił być fajnym gościem. Tchórze często są niezwykle czarujący. Czy jednak coś, co zaczęło się w sklepie obuwniczym, mogło mieć wspaniały finał? Josie nigdy nie wyszła za Carla i tak wyglądały fakty, ciąg powiązanych faktów, epizodów, decyzji i zwrotów akcji, którym oboje byli winni. W końcu, przy jej wyraźnej aprobacie, odszedł. Wtedy cieszyła się z tego. „Tchórz. Tchórzliwy tchórz” – myślała. Tchórzostwo i wszelkie mutacje, które były źródłem jego problemów z jelitami, stanowiły zasadniczy składnik jego DNA. Carl był tchórzem pod wieloma względami, ale Josie nie spodziewała się, że po wyprowadzce tak zupełnie zniknie z jej życia. Czego chciała? Ogólnego zaangażowania, może comiesięcznych wizyt, ojca, który zabierze dzieci na weekend. Z dziećmi radził sobie wystarczająco dobrze – był niegroźny dla Any, łagodny dla Paula. Wyglądało na to, że naprawdę lubi dzieci, uważał, że umie je rozśmieszać, a jego młodzieńcze spojrzenie na życie wydawało się idealnie pasować do ich spojrzenia.

Wiele lat po tym, jak się poznali, Carl był wciąż dzieckiem, wciąż odkrywał swoje związki ze światem, odkrywał własne ciało. Pewnego dnia poprosił, żeby również Josie sfilmowała go, jak idzie. Była wstrząśnięta, nie zdradziła jednak, że wie, iż Luisa już to robiła. „Myślę, że wiem, jak chodzę, ale nigdy nie widziałem tego z pozycji bezstronnego obserwatora” – powiedział. „Chcę się upewnić, czy chodzę tak, jak mi się wydaje”. Tak więc Josie sfilmowała, jak ten dorosły mężczyzna chodzi wzdłuż ulicy. Potem jednak, sześć miesięcy później, zniknął. W roku, w którym odszedł, widział się z dziećmi dwa razy, w następnym – tylko raz.

Josie włączyła radio, usłyszała, jak Sam Cooke śpiewa jakąś prostą piosenkę, i pomyślała, że tylko twórcy popularnych piosenek i wykonawcy muzyki pop naprawdę wiedzą, jak żyć. Napisz piosenkę – ile to mogłoby potrwać? Kilka minut? Może godzinę, może dzień. Potem zaśpiewaj ją ludziom, którzy pokochają cię za to. Którzy pokochają tę muzykę. Nieś trwałą radość milionom. Lub tylko tysiącom. Bądź setkom. Czy to ważne? Muzyka nie umiera. Sam Cooke, dawno zmarły, który już obrócił się w proch, nadal był z nami, przeszywał teraz Josie dreszczem i wytyczał nowe szlaki bodźców nerwowych w umysłach jej dzieci swoim krystalicznie czystym głosem jak wspaniały słowik wyfruwający z radia i lądujący na jej ramieniu, nawet tutaj, nawet teraz, o dziewiątej, w tym zdezelowanym kamperze, gdzieś między Anchorage i Homer. Sam Cooke, choć zginął przedwcześnie, wiedział, jak żyć. Czy wiedział, że to wie?

Zmieniając pozycję na fotelu, Josie nalała sobie jeszcze jedną porcję wina. Trzy kubki wystarczą. Opuściła szybę i wpuściła do środka gryzące powietrze. Powiedziano jej, że lasy płoną sto sześćdziesiąt kilometrów dalej, ale w powietrzu wszędzie czuć było drapieżną woń spalenizny. Jej gardło zaprotestowało, płuca błagały o litość. Podniosła szybę i wydawało jej się, że widzi przez nią jelenia, zdała sobie jednak sprawę, że to kozioł do piłowania drewna. Napełniła usta winem, przepłukała nim gardło, po czym przełknęła trunek. Od czasu do czasu podmuch wiatru kołysał kamperem, a wtedy w szafce delikatnie brzęczały naczynia.

Josie przekartkowała numer „Old West” i rzuciła pismo na deskę rozdzielczą. Nawet te żałosne poszukiwania „zatartych szlaków” sprawiły, że poczuła smutek i zazdrość. Urodziła się wykorzeniona. Jej rodzice byli wykorzenieni. Wszyscy jej krewni także, mimo że wielu było nałogowcami i miała kuzyna, który przedstawiał się jako anarchista, ale poza tym rodzina Josie była wykorzeniona. Pochodzili znikąd. Być Amerykaninem znaczy nie mieć korzeni i prawdziwy Amerykanin jest wykorzeniony. I tak oto, ogólnie rzecz biorąc, Josie była naprawdę wspaniałą Amerykanką.

Mimo to sporadycznie słyszała niejasne wzmianki o Danii. Parę razy słyszała, jak rodzice wspominali o jakichś związkach z Finlandią. Nic nie wiedzieli o kulturze tych krajów, o tych narodowościach. Nie przyrządzali żadnych narodowych potraw, nie uczyli Josie żadnych zwyczajów, nie mieli też krewnych, którzy przyrządzali takie potrawy lub kultywowali takie zwyczaje. Nie mieli strojów, flag, sztandarów, powiedzeń, ziemi i wsi przodków ani podań ludowych. Kiedy skończyła trzydzieści dwa lata i zapragnęła odwiedzić jakąś wioskę, miejsce, z którego pochodziła jej rodzina, żaden z krewnych nie miał pojęcia, skąd przybyli, żaden z krewnych nie wiedział, dokąd się udać. Jeden stryj sądził, że może się przydać. „Wszyscy w naszej rodzinie mówią po angielsku” – zauważył. „Może pojedziesz do Anglii?”

Piosenka Sama Cooke’a dobiegła końca, zaczęły się wiadomości radiowe, padło słowo „proces” i Josie poczuła gwałtowny ból, ujrzała twarz Evelyn Sandalwood, przeszywające oczy skłonnego do pieniactwa zięcia staruszki; miała pewność, że nikogo w ogóle nie obchodzi, że zabrano jej gabinet, miała pewność, że świat mieści tylko tchórzy, że praca nic dla nikogo nie znaczy, nic nie znaczy służba, a małostkowość, przebiegłość, zdrada i chciwość zawsze są górą – nic nie mogło pokonać złodziejskich gnid tego świata. Ostatecznie złamią opór ludzi odważnych, wiernych sobie, każdego, kto chce wieść uczciwe życie. Gnidy zawsze wygrywały, ponieważ miłość i dobro były wafelkiem do lodów, a zdrada czołgiem.

Kiedy półtora roku temu powiedziała Carlowi, że powinni zakończyć swój romans na niby i po prostu żyć dalej jako rodzice Paula i Any, wyszedł z domu – domu, który chciał mieć i którego potem, gdy już został kupiony i wyremontowany, nie cierpiał; ruch Occupy zaszczepił w nim myśl, że posiadanie nieruchomości nie tylko jest drobnomieszczańskie, ale również stanowi konkretną zbrodnię przeciwko dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom ludzi – po czym przespacerował się po okolicy. Dwadzieścia minut później pogodził się z tym i miał już plan odwiedzin oraz całej reszty. Josie zaczęła tę dyskusję przerażona i natchniona, potem jednak była wyczerpana. Swą gotowością do zgody zdołał ją pozbawić wszelkiego poczucia triumfu, na który liczyła, i przeszedł od razu do logistyki.

Teraz, mając czterdzieści lat, Josie była zmęczona. Zmęczona całodniową podróżą, nieograniczoną zmiennością nastrojów w dowolnym momencie. Potworny ranek, niewyspanie, wrażenie, że jest bliska zachorowania na coś, co przypominało mononukleozę; dzień błyskawicznie już jej umykał, goniła go z butami w ręku. Potem chwila wytchnienia po drugiej filiżance kawy, kiedy wszystko wydawało się możliwe, kiedy chciała zadzwonić do ojca, matki, pogodzić się, odwiedzić ich oboje z dziećmi, kiedy podwożąc dzieci do szkoły (ludzi, którzy zrzekli się oczywistego prawa do szkolnych autobusów, należało posadzić), zachęciła do wspólnego śpiewania piosenki Życie jest jak sen ze ścieżki dźwiękowej filmu z muppetami. Po czym, kiedy dzieci zniknęły, jedenastominutowe załamanie nastroju, następnie kolejna porcja kawy i kolejna euforia aż do chwili, gdy po przybyciu do pracy działanie kofeiny ustało i przez mniej więcej godzinę wykonywała swoje czynności w stanie zobojętnienia graniczącego z odrętwieniem. Od czasu do czasu trafiali się radośni lub ciekawi pacjenci, pacjenci, którzy byli jej dobrymi znajomymi, rozmowa o dzieciach podczas grzebania w ich zaślinionych ustach, ssanie, wypluwanie. Obecnie miała zbyt dużo pacjentów, traciła nad tym panowanie. Umysł miała stale pochłonięty czekającymi ją zadaniami, usuwaniem kamienia i borowaniem, pracą wymagającą precyzji; na przestrzeni lat wykonywanie większości zabiegów bez zwracania na nie pełnej uwagi stało się jednak znacznie łatwiejsze. Palce Josie znały swoje obowiązki i blisko współpracowały z jej oczami, pozwalając błądzić myślom. Po co jej było spłodzenie dzieci z tym mężczyzną? Dlaczego pracowała w piękny dzień? A gdyby tak wyjechała i już nigdy nie wróciła? Znaleźliby jakiś sposób. Przeżyliby. Nie była im potrzebna.

Niekiedy cieszyła się z kontaktu z ludźmi. Z niektórymi dziećmi, z niektórymi nastolatkami. Nastolatkami pełnymi nadziei, o czystych twarzach i głosach, z wiarą, która mogła przyćmić wszelkie wątpliwości co do podejrzanych motywów i niepowodzeń. Najlepszym z nich wszystkich był Jeremy. Ale Jeremy nie żył. Nastoletni Jeremy nie żył. Lubił mówić: „Nie ma sprawy”. Martwy nastolatek powiedział kiedyś: „Nie ma sprawy”.

W południe sięgała dna. Południowe słońce żądało odpowiedzi, pytania były oczywiste, nudne i pozostawały bez odpowiedzi. Czy nie mogłaby żyć lepiej? Uczucie, że powinna to zostawić, że nad jej gabinetem ciąży fatum, że w Ohio jest nieciekawie, że im wszystkim będzie lepiej gdzie indziej. Czyż nie byłoby wspaniale wszystko to wyrzucić? Spalić to do cna?

Potem lunch. Czasem na zewnątrz, na jakimś dziedzińcu pełnym zieleni, przesycającej powietrze wonią bluszczu, w towarzystwie przyjaciółki, która dopiero co pieprzyła się ze swoim stolarzem. Salwy śmiechu. Karcące spojrzenia pozostałych gości. Kilka łyków chardonnay z kieliszka przyjaciółki, potem garść miętówek i plany wspólnego wyjazdu na weekend, z dziećmi, nie, bez dzieci, obietnice przesłania zdjęć stolarza, przekazania sugestywnych SMS-ów, które ten mógłby jej wysłać.

Pobudzenie po posiłku, dominujący blask dwóch godzin między pierwszą a trzecią, głośne dźwięki The King and I dobiegające ze wszystkich maleńkich głośników, poczucie, że ich praca, leczenie zębów, jest ważna, że cała praktyka stanowi nieodłączną część lokalnej społeczności – miały tysiąc stu pacjentów i to było coś, znacząca liczba, rodziny, które liczyły na nie w sprawie istotnej dla ich dobrego samopoczucia – i trochę uciechy, kiedy dla wszystkich stało się oczywiste, że Tania, niedawno zatrudniona przez Josie, dała się przelecieć w porze lunchu i teraz wyglądała kwitnąco i zalatywała zwierzęcym potem. Pół godziny później zupełne załamanie. Poczucie przygnębienia i beznadziei, wszystko stracone, co to za syf? Kim są ci zasrani ludzie, którzy ją otaczają? Czemu to wszystko służy? To obojętne, a ona nadal jest winna tyle forsy za sprzęt, jest niewolnicą tego wszystkiego. Kim są te zasrane pracownice, które nie mają pojęcia, jakiego potwornego bólu głowy przysparza jej cały ten dług?

Potem ulga towarzysząca zamykaniu gabinetu o piątej… lub nawet wychodzeniu z pracy o czwartej czterdzieści. Skończyła o czwartej czterdzieści! Odprężenie podczas jazdy samochodem, myśli o jej jasnym, małym domu, brudnej kanapie, miotle stojącej w kącie, strzegącej tego, co zamiotła zeszłego wieczoru, ale nie mogła się zmusić, żeby to zgarnąć i wyrzucić. Chwileczkę. Może będą nowe kwiaty na krzewach w ogrodzie z tyłu domu. Czasami pojawiały się między dziewiątą a piątą. Potrafiły wyrosnąć w ciągu jednego dnia, wypuścić pąki i zakwitnąć! Uwielbiała to. Niekiedy tak się działo. Zaparkowała na podjeździe. Żadnych kwiatów, żadnych nowych barw. Potem otwarcie drzwi, powitanie i pożegnanie z Estephanią, może wypisze jej czek, mając ochotę uświadomić opiekunce, jakie ma szczęście, że jest opłacana w ten sposób, żadnych podatków, gotówka do ręki, czy oszczędzasz wystarczająco dużo, Estephanio? Powinnaś, biorąc pod uwagę, ile ci płacę pod stołem.

Później przytulenie dzieci, zapach ich potu, ich zmierzwione włosy. Ana pokazująca nową broń, którą tego dnia zrobiła lub znalazła. Efekt odbicia po wypiciu porcji caberneta w trakcie gotowania. Grająca muzyka. Może taniec z dziećmi. Może zgoda na to, by tańczyły na blacie. Kochaj ich buzie. Ciesz się tym, jak bardzo kochają twoją szczodrość, twoją pasję i fajność. Jesteś przecież fajną babką! Należysz do grona fajnych ludzi. Z tobą każdy dzień jest inny, prawda? Stwarzasz mnóstwo perspektyw. Jesteś dzika, wspaniała, tańczysz, podnosisz wzrok, gwałtownym ruchem głowy rozpuszczasz włosy, widzisz zachwyt, przerażenie i niepewny uśmiech Paula, jesteś uwolniona z więzów, śpiewasz teraz ze spuszczoną głową, z zamkniętymi oczami, i wtedy słyszysz, że coś się tłucze. Ana coś stłukła. Talerz, setki odłamków na podłodze, a ona nie ma zamiaru przeprosić. Złazi z blatu, ucieka, nie pomaga w sprzątaniu.

Znowu załamanie. Uczucie, że twoja córka już jest zboczona, a potem będzie tylko gorzej. W nagłym olśnieniu widzisz ją jako zdziczałą nastolatkę, tykającą, brudną bombę, eksplozję niewidzialnej i rozprzestrzeniającej się furii. Gdzie się teraz podziewa? Uciekła – nie do swojego pokoju, ale gdzieś indziej, do szafy, zawsze przecież chowa się w jakimś zatrważającym miejscu, pasującym do opisów z niemieckiej baśni. Uwierz głęboko, że ten dom jest zbyt mały dla was wszystkich, że powinniście mieszkać głównie pod gołym niebem, w jurcie na pustkowiu – czyż nie byłoby lepiej, gdyby dzieci przebywały na dworze, gdzie niczego nie można stłuc, gdzie stale zajmowałyby się polowaniem na szkodniki i zbieraniem drewna na opał? Jedynym logicznym rozwiązaniem byłaby przeprowadzka na farmę. Na bezkresne prerie. Cała ta energia i ich piskliwe głosy uwięzione w ciasnych ścianach? To nie było sensowne.

Potem ból głowy, nieznośny, nieopisany. Pręt wbijany w potylicę, wychodzący gdzieś nad prawym oczodołem. Poproś Paula, żeby znalazł tylenol. Chłopiec wraca, w domu nie ma tego środka. I za późno, by jechać do sklepu, nie w porze kolacji. Poleż do czasu, aż ryż się ugotuje. Niebawem Ana wejdzie do pokoju. Syknij na nią za to, że stłukła talerz. Powiedz ogólnie o tym, że nie dba o ładne rzeczy, że jest lekkomyślna, że nie słucha i nigdy ci nie pomaga ani nie sprząta po sobie. Obserwuj, jak wychodzi z pokoju. Zastanów się, czy płacze. Z wielkim wysiłkiem, z wrażeniem, że twoja głowa niczym lej krasowy pochłania jakieś szczęśliwe domostwo, wstań i pójdź do jej pokoju. Ana tam jest. Zobacz, jak klęczy, usłysz, jak mówi do siebie z dłońmi na narzucie z postaciami z Gwiezdnych wojen, niewzruszona, bawiąc się tak słodko, naśladując głosy Iron Mana i Zielonej Latarni, obu bardzo życzliwie składających sepleniące wyrazy współczucia. Wiedz, że Ana jest niezniszczalna, o wiele silniejsza od ciebie. Podejdź do niej i zwróć uwagę, że już przebaczyła bądź zapomniała, jest robotem bez pamięci, więc pocałuj ją w głowę i ucho oraz w oczy, a wtedy ona powie, że już dość tego całowania, i odepchnie swoją matkę. Matka zignoruje to jednak, podciągnie koszulkę córki i pocałuje ją w brzuszek; usłyszy wówczas gardłowy śmiech Any i poczuje do niej tak wielką miłość, że nie będzie w stanie jej znieść. Przynieś Anę do kuchni, znowu posadź na blacie i pozwól sprawdzić w asyście brata, czy ryż już doszedł. Przytul również Paula, dopij wino, nalej sobie kolejną porcję i zastanów się, czy po wypiciu półtora kieliszka caberneta jesteś pod wszelkimi względami lepszą matką. Rodzic wstawiony jest rodzicem kochającym, rodzicem niepohamowanym w swojej radości, czułości i wdzięczności. Wstawiony rodzic to sama miłość i brak powściągliwości.

Rosnącym przed nią lasem przesunął się sznur świateł. Josie wysiadła z kampera na powietrze, lekko toksyczne od jakiegoś niewidocznego pożaru, i podbiegła do drogi, gdzie ujrzała pędzący konwój złożony z wozów strażackich w czerwonym i żółto-zielonym kolorze. Siedzący w środku strażacy stanowili jedynie niewyraźne sylwetki – do momentu gdy w ostatnim wozie, siódmym z kolei i najmniejszym, w drugim oknie ukazała się twarz mężczyzny wpatrzonego w światełko, którego źródłem była chyba jakaś tablica rozdzielcza, może telefon. Młody strażak w hełmie na głowie zmierzający w nieznane miejsce uśmiechał się jednak i wydawał się bardzo szczęśliwy. Josie pomachała mu niczym europejska wieśniaczka wyzwolona spod okupacji podczas drugiej wojny światowej, ale mężczyzna nie podniósł wzroku.

Tak czy inaczej, skończyła. Ze swoim miastem. Z praktyką dentystyczną, ceramicznymi wypełnieniami, z ustami nieznośnych pacjentów. Skończyła, zniknęła. Wiodła dotąd wygodne życie, ale wygoda jest śmiercią dla duszy, która z natury swej poszukuje, jest uparta, niezadowolona. To niezadowolenie zmusza ludzi do wyjazdu, błądzenia, walki i przystosowania się. Przystosowanie zaś oznacza rozwój, a rozwój to życie. Człowiek ma do wyboru albo oglądać rzeczy nowe, góry, wodospady, śmiercionośne sztormy, morza i wulkany, albo widzieć wciąż te same przedmioty wytworzone przez ludzi, bezustannie konfigurowane. Metal w tym kształcie, potem w innym, beton odlany w ten i inny sposób. Ludzie też! Te same przetworzone, ponownie skonfigurowane emocje, pieprzyć to, teraz była wolna. Wolna od ludzkich zawiłości! Zastój ją zabijał, spowodował nawet odrętwienie twarzy. Rok temu, kiedy spirala procesu zaczęła się rozkręcać, Josie przez miesiąc miała sparaliżowaną twarz. Nie mogła tego nikomu wyjaśnić i w szpitalu na ostrym dyżurze nie zdołali sobie z tym poradzić. Ale paraliż był prawdziwy. Przez miesiąc miała odrętwiałą twarz i nie mogła wstać z łóżka. Kiedy to było? Rok temu, nie był to dobry rok. Miała setki powodów, żeby opuścić Ohio, wyjechać z kraju kręcącego się w miejscu, kraju dokonującego sporadycznych wypadów w sferę postępu i oświecenia, ale poza tym bez polotu, poza tym mającego skłonność do kanibalizmu, pożerania młodych i słabych, szukania winnych, narzekania, zakłócania spokoju oraz wulkanicznych erupcji zadawnionych urazów. Wyjazd stał się nieunikniony za sprawą kobiety, która pozwała Josie za rzekome spowodowanie raka lub niepowstrzymanie gwałtownego ataku nowotworu, który ostatecznie (ale jeszcze nie teraz) miał ją zabić. Byli też Elias, Evelyn oraz Carl i jego goebbelsowskie plany. Przede wszystkim jednak był młody mężczyzna leczący się u niej od dzieciństwa, który już nie żył, ponieważ kiedyś powiedział, że zaciągnie się do wojska, żeby budować szpitale i szkoły w Afganistanie, a wtedy ona nazwała go człowiekiem honorowym i dzielnym. I pół roku później już nie żył, ona zaś nie umiała z siebie zmyć piętna współudziału. Nie chciała teraz myśleć o Jeremym, a tutaj nie było śladów, które by jej o nim przypominały. Tylko czy naprawdę mogła się odrodzić w krainie gór i światła? Podjęła ryzykowną próbę.

II

Obudziło ją pukanie, nieustające głuche pukanie gdzieś pod nią. Otworzyła oczy i stwierdziła, że najwyraźniej w pewnym momencie wróciła do chateau i wdrapała się na miejsce do spania. Na zewnątrz panowała ciemność. Ana i Paul byli nieprzytomni, Ana znalazła jednak sposób na to, by tak się obrócić, że stopy miała teraz przy głowie brata.

Pukanie na chwilę ustało, po czym rozległo się znowu, jeszcze głośniejsze. To pewnie Carl. Znalazł ją. Zrobiła coś niezgodnego z prawem. Przekroczyła granice stanu z dziećmi? Czy to było nielegalne? Nie raczyła tego sprawdzić. W istocie rzeczy nie sprawdziła, bo domyślała się, że to może być nielegalne, i nie chciała tego wiedzieć na pewno.

Potem jakiś głos. Mężczyzna. Inny głos, nie Carla. Zastanawiała się, gdzie może ukryć dzieci. Pomyślała też o aksamitnym worku z gotówką, który schowała pod zlewem.

– Pobudka. Policja stanowa.

Josie zeszła z łóżka, by stwierdzić, że jakiś mężczyzna w mundurze spaceruje przed kamperem, a światło jego latarki przesuwa się szybkimi ruchami po karoserii.

Josie nie miała powodu, by nie wierzyć, że ten człowiek jest tym, za kogo się podaje, ale noc była szara, a ona sama nie wyzwoliła się jeszcze z mrocznej mitologii swoich snów, nie otworzyła więc drzwi. Usiadła za to na fotelu kierowcy i pomachała do policjanta.

– Witam – powiedziała przez zamknięte okno.

Policjant nie poprosił, by opuściła szybę. Nie poprosił o okazanie dowodu tożsamości, polisy ubezpieczeniowej ani o żadne wyjaśnienia.

– Tu nie wolno parkować na noc – rzekł i wskazał na tablicę przed samochodem, na której napisano to samo. – Dobrze? – zapytał, teraz już łagodniejszym tonem.

Josie poczuła gwałtowny przypływ wdzięczności. Ostatnio jej życie było pełne egzaltowanej wdzięczności dla obcych, ilekroć nie darli się na nią, nie przeklinali, nie zagrażali jej życiu ani nie krzywdzili jej w żaden sposób. Za każdym razem, gdy wychodziła z jakiegoś spotkania bez szwanku – a tym bardziej gdy ktoś był dla niej naprawdę życzliwy – Josie niemal mdlała z wdzięczności.

– Dobrze. W porządku – odparła i podniosła kciuk na znak, że się zgadza. – Bardzo panu dziękuję.

Kiedy zniknął, uruchomiła silnik. Zegar na desce rozdzielczej wskazywał drugą czternaście. Była idiotką. Teraz jej dzieci niemal trwale wypadną z rytmu snu i czuwania. No i gdzie wszyscy będą spać, skoro nie mogą postawić tego wozu, kampera, na ogromnym parkingu z pocztówkowym widokiem na zatokę? Stan mówił coś o polach kempingowych w całym stanie, ale Josie nie uwzględniała takiego rozwiązania w swoich planach. Tym, czego pragnęła, była możliwość parkowania gdziekolwiek i jedzenia, spania lub zatrzymywania się na czas nieokreślony.

Zastanawiała się nad tym, czy ich nie zbudzić i nie przypiąć pasami w fotelach, ale żywiła irracjonalną nadzieję, że jeżeli zostawi je w spokoju, może prześpią całą noc. Było to nieprawdopodobne – zakrawało właściwie na żart – ale jej styl wychowywania dzieci pociągał za sobą liczenie na rzeczy, nad którymi miała znikomą kontrolę lub nie miała żadnej.

Włączyła radio, lecz nie znalazła żadnej audycji. Kręciła tarczą w lewo i w prawo, po czym, myśląc, że złapała słaby sygnał, pogłośniła odbiornik. Sygnał zanikł i przez wiele kilometrów była cisza.

Nagle męski głos zakrzyknął: „Mam wielkie jaja!”. Piosenka wykonywana przez mężczyznę w szkolnym mundurku. Josie ściszyła radio, mając nadzieję, że wrzask wokalisty nie obudził dzieci. Odkąd ruszyli spod domu Stana, było to regułą: odbiornik radiowy, który Josie określiła mianem chimerycznego, milczał godzinami, potem zaś ożywał nagłym wybuchem muzycznych dźwięków.

Jechała na południe, wypatrując drogowskazów. Zamiast nich widziała jednak twarz Evelyn, umierającej kobiety, która teraz była właścicielką jej gabinetu; widziała też jej złowrogiego zięcia, a potem zobaczyła twarz martwego żołnierza. Jaki głupiec jedzie samotnie na Alaskę w takim pojeździe? Skazała się na konieczność przemierzania bezkresnych odcinków drogi w taki sposób, gdy jej dzieci są zajęte lub śpią, a ona może jedynie rozważać swoje liczne błędy oraz ten zasadniczy, polegający na tym, że zna innych ludzi, którzy w końcu umrą lub spróbują ją zabić.

Wreszcie ujrzała słowa POLE KEMPINGOWE na ręcznie malowanej tablicy i wjechała na wysypany żwirem plac. Minęła powoli wysoki wigwam z wbitym obok słupem totemicznym mocno przechylonym w prawą stronę. Biuro mieściło się w różowej aluminiowej przyczepie, a w środku paliła się jedna przyćmiona bursztynowa lampa. Josie zapukała do drzwi, powodując słaby metaliczny brzęk. Z głębi przyczepy doleciał kobiecy głos.

– Chwileczkę.

– Dziękuję – mruknęła pod nosem Josie, a potem powiedziała to jeszcze raz do kobiety, która otworzyła drzwi. Była mniej więcej w jej wieku, miała czarne, upięte wysoko na czubku głowy włosy. Widok koka niemal trzydziestocentymetrowej wysokości na chwilę przeniósł Josie w radosne miejsce, gdzie w latach pięćdziesiątych przyszłość rysowała się imponująco, elegancko i optymistycznie.

– To pani wóz? – zapytała kobieta, szybkim ruchem głowy wskazując na chateau. – Na jedną noc?

Josie potwierdziła i w nagłym przejawie rzadkiej gadatliwości, bez uzasadnionego powodu łącząc dwa pierwsze słowa, zapytała:

– Jaksie pani czuje dzisiejszej nocy?

– Liczę na deszcz – odparła kobieta. – Potrzebujemy deszczu.

Josie skinęła głową, nie od razu rozumiejąc przyczynę – pomyślała o farmach, uprawach, suszy, choć Alaska jako stan nigdy nie kojarzyła jej się z rolnictwem. Potem jednak przypomniała sobie o pożarach. Poprzedniego dnia słyszała relację radiową, w której doliczono się co najmniej stu pięćdziesięciu nieugaszonych pożarów.

– Mam nadzieję, że spadnie – powiedziała, tym razem także z nowym, nienaturalnym akcentem.

Kobieta policzyła za nocleg czterdzieści pięć dolarów i powiedziała, że Josie może zostać tam, gdzie się zatrzymała, lub zaparkować w miejscu, które przypadnie jej do gustu. Cały plac był pusty.

– Śniadanie o siódmej, jeżeli pani chce skorzystać – dodała kobieta i zamknęła drzwi przyczepy. Kiedy Josie wróciła do kampera, dzieci już nie spały.

– Przenieśliśmy się? – zapytał Paul.

Josie potwierdziła jego domysły, ale nie wspomniała o interwencji policjanta. Nie mogła przewidzieć, jak obecność funkcjonariuszy policji wpłynęłaby na jej dzieci. Czasami policjanci sprawiali, że czuły się bezpieczne; kiedy indziej ich pojawienie się oznaczało, że chaos i przestępcy są niedaleko. Myśl o „rabusiach” budziła w nich większe obawy niż inne ziemskie zagrożenia. Co trzeci wieczór w ich domu w Ohio Josie musiała im wyjaśniać, że w ich mieście nie ma rabusiów (byli), że mają rozbudowany system alarmowy (nie mieli) i nie ma najmniejszej możliwości, by jakiś rabuś zbliżył się na kilometr do ich domu (trzy miesiące wcześniej do sąsiedniego domu włamała się para ćpunów, którzy pobili właściciela do nieprzytomności jego własną rakietą tenisową).

– Kładźmy się z powrotem spać – zaproponowała, wiedząc, że tak się nie stanie. Jej dzieci były głodne. Ana chciała zobaczyć wigwam. Josie zauważyła, że dochodzi trzecia nad ranem i świat śpi, ale oboje nie byli zainteresowani tą informacją. Tak więc nakarmiwszy ich zimnymi tortillami z roztopionym serem i surowymi warzywami z foliowej torebki, pozwoliła im obejrzeć w telewizorze nad szoferką Toma i Jerry’ego po hiszpańsku.

Nalała sobie odrobinę z drugiej butelki wina, które kupiła w Anchorage, i utkwiła spojrzenie w rosnącym przed nią lesie. Odnalazła numer magazynu „Old West”, powróciła do lektury Zatartych szlaków i natrafiła na coś wyjątkowego:

„Mój ojciec, Addison Elmer Hoyt, zgubił swoją księgę genealogiczną rodu Hoytów w Polson w Montanie lub w pobliżu tego miasteczka około 1916 roku – a w każdym razie przed pierwszą wojną światową – i był zbyt chory, żeby jej szukać. Rodzinna biblia Hoytów dowodzi, że około roku 1723 lub wcześniej nasi przodkowie żyli w New Braintree w obecnym okręgu Worcester w stanie Massachussetts. Pierwszym wymienionym Hoytem jest Benjamin, urodzony w 1723 roku, zabity w bitwie pod Fortem Ticonderoga. Benjamin miał syna, Roberta, urodzonego 6 maja 1753 roku, męża Nancy Hall, córki Zakiusa Halla i Mary Jennison Hall. Czy sądzicie, że po tylu latach księga Hoytów nadal istnieje? Prawdopodobnie zawierała wykonane piórkiem szkice koni i małych ptaków oraz notatki sporządzone pięknym charakterem pisma, ponieważ ojciec bardzo lubił szkicować i rysować. Urodził się w okręgu Greene w Illinois, był synem Albinusa Perry’ego i Surrindy Robinette New Hoyt. Chciałbym otrzymać jakieś wieści od potomków naszego rodu, którzy zechcą podzielić się informacjami”.

Myśląc o pokierowaniu swoim życiem tak, by pomóc Hoytom, myśląc o tym, by przybrać imię Surrinda, Josie wdrapała się do łóżka nad szoferką. Było ono wystarczająco szerokie dla ich trojga, jednak pod sufitem mieli tylko tyle miejsca co w trumnie. Materac był lichy, a prześcieradła i poduszki pachniały stęchlizną i psem, ale wiedziała, że i tak zaśnie po paru minutach. Jej oczom ukazała się najpierw twarz patrzącej na nią z gwałtownym niedowierzaniem Any, która uważała, że kamper to ogromne objazdowe łóżko, a potem twarz Paula. Josie chwyciła ich, zaczęła łaskotać, przyciągnęła do siebie, objęła oboje i leżała wciśnięta między dwójkę swoich opiekunów. Zastanawiała się, jak by się czuła, wiedząc, że zawsze są przy niej osoby dbające o jej dobre samopoczucie i bezpieczeństwo. O ile pamiętała, od dwudziestu pięciu lat w jej życiu nie było takiej osoby. Zamknęła oczy.

– Nie jestem zmęczona – powiedziała Ana.

– To może Paul ci poczyta – odparła Josie i poczuła, że bardzo szybko zapada w sen, wiedząc zarazem, że jeżeli jej dzieci przeturlają się w niewłaściwą stronę, spadną na znajdującą się półtora metra niżej podłogę. Zmieniła położenie, tak że leżała teraz na skraju łóżka, a oni byli wciśnięci w głąb wnęki jak bagaże.

Dobiegły do niej odgłosy jednej z rozmów Paula i Any, które często prowadzili na tyle blisko, że je słyszała. W trakcie tych rozmów siostra zadawała pytania egzystencjalne o siebie i swoją rodzinę, a brat odpowiadał najlepiej, jak umiał, nie mając najmniejszej ochoty prosić o matczyną pomoc.

– Pójdziemy tutaj do szkoły? – spytała szeptem Ana.

– Gdzie? – wyszeptał w odpowiedzi.

– Na Alasce.

– Na Alasce? Nie, jesteśmy na wakacjach. Mówiłem ci.

– A czy przychodzą tutaj rabusie?

– Nie, nie ma takich, co okradają kampery. A ten ma wszędzie potężne zamki i alarmy. I jest jeszcze policja, która nas strzeże i widzi nas z góry.

– Z helikopterów?

– Tak. Z wielu helikopterów.

– A co jest nad helikopterami?

– Niebo.

– A nad niebem? – zapytała Ana i Paul po długiej pauzie odparł:

– Kosmos. Gwiazdy.

– Dobre są?

Ana nauczyła się tego od Paula. Paul codziennie chciał wiedzieć, czy coś, film lub samochód, park bądź jakaś osoba, jest dobre. Czy on jest dobry? To było dobre? Nie ufał własnemu gustowi albo jeszcze go nie wykształcił, więc zawsze z wielką powagą i stanowczością pytał: „Czy to jest dobre?”. Jedyną kwestią, nad którą chyba się nie zastanawiał, było to, czy on sam jest dobry. Wydawało się, że ma tego świadomość.

– Chodzi ci o to, czy są ładne?

– Taak.

– Gwiazdy są naprawdę ładne. Zapomniałem ci jeszcze powiedzieć, że między niebem a gwiazdami znajdują się olbrzymie stada ptaków. I te ptaki strzegą wszystkich u dołu.

– Są duże?

– Ptaki? Nie za bardzo. Ale są ich miliony. I wszystko widzą.

– Jakiego są koloru?

Cierpliwość tego chłopca była zdumiewająca.

– Niebieskie. Jasnoniebieskie – odparł i po chwili milczenia, kiedy musiał dojść do wniosku, który nawet na nim samym zrobił wrażenie, dodał: – Właśnie dlatego nie można ich dostrzec. Zlewają się z niebem.

Josie uwielbiała swoje dzieci, lecz tego rodzaju stwierdzenia słyszała z ust Paula już wcześniej, przykryła więc głowę poduszką, żeby stłumić ich głosy. Niebawem poczuła, że Paul przełazi nad nią i schodzi do wnęki kuchennej, po czym wraca. Przeczołgał się nad nią i usłyszała, że przerzuca kartki jakiejś książki, szepcząc do siostry. Josie mogła sobie wyobrazić ich twarze, ich złączone głowy, a wkrótce wywnioskowała z milczenia Any, że ta zasnęła. W końcu jej też się to udało.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bohaterowie pogranicza Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza Hologram dla króla Krąg 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę