Zgiełk Wojny. Tom 3. Cel uświęca środki

Zgiełk Wojny. Tom 3. Cel uświęca środki

Autorzy: Kennedy Hudner

Wydawnictwo: Drageus

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 29.67 zł

Ostateczna bitwa, która zakończy wojnę i zdecyduje o losach sektora Wiktorii.

Dominium zostało pokonane, jednak koszty tego zwycięstwa przerosły wszelkie oczekiwania. Flota Wiktorii jest pokiereszowana, okręty potrzebują napraw, a ludzie odpoczynku. Jednak wróg nadciąga z innej strony. Cesarstwo Tilleke szykuje się, żeby zdobyć sektor Wiktorii. Nie na darmo siły Tilleke obserwowały z ukrycia przebieg wojny między Wiktami a Dominium, czekając, aż ci wyniszczą się nawzajem. Teraz czekanie dobiegło końca...

Jednak zanim nastąpi atak, Cesarstwo chce sprawdzić przeciwnika, wysyłając szpiegów i skrytobójców. Tilleke przygotowali też śmiertelnie groźną broń, która ma ostatecznie rzucić siły Victorii na kolana.

Dla sierżant Cookie Sanchez ta ostatnia bitwa ma być szansą na odkupienie we własnych oczach – albo śmierć. Dla Hirama Brilla ta bitwa będzie największym sprawdzianem jego inteligencji i zdolności taktycznych. Dla królowej Anny – to być albo nie być całego sektora Victorii. A dla Emily Tuttle ta walka będzie zmaganiem z najtrudniejszym wyborem moralnym w jej życiu.

Bo ten cel – ostateczne zwycięstwo – uświęca wszystkie środki.

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2017

Tytuł oryginału: Alarm of War III: Desperate measures

Copyright © 2017 Kennedy Hudner

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-37-1

ISBN MOBI: 978-83-65661-38-8

Mężczyzna, który desperacko pragnie się znaleźć w objęciach kochanki, nie liczy się ze środkami.

– przysłowie z Azylu

Nie należy walczyć z ludźmi pogrążonymi w rozpaczy, bo doprowadzą cię do śmierci.

– Otto Wiśniowski, szeregowy marines Floty Victorii

Prolog

We wtorek zabili staruszkę.

Oczywiście nie od razu, ale po prostu zabili. Nawet nie poczuła. Jakiś mężczyzna zderzył się z nią w tłumie na ulicy i wytrącił jej torbę z zakupami. Potem zaczął przepraszać, pomógł pozbierać rozrzucone warzywa i owoce, w tym jabłka, które wypadły i potoczyły się po chodniku.

Wiedzieli, że uwielbiała jabłka. Obserwowali ją już od dawna.

Kilka kobiet zdenerwowało się i zaczęło pokrzykiwać, jakby to one były poszkodowane, ale staruszka tylko skinęła głową i spokojnie podziękowała. Nauczyła się już nie dopuszczać, aby drobne niedogodności wytrącały ją z równowagi, nie teraz, gdy jej świat toczył wojnę, królowa Beatrice zginęła, a ukochany wnuk zaciągnął się do Floty. W obliczu tych zdarzeń obtłuczone jabłko nie miało najmniejszego znaczenia.

Staruszka nie zwróciła uwagi, że mężczyzna nosił rękawiczki, a gdy zbierał jabłka, każde obrócił w dłoniach i posmarował… czymś.

Zabrała po prostu torbę i wróciła do domu. Tam schowała zakupy, przygotowała sobie mocną herbatę i starannie podzieliła jedno z jabłek na cząstki. Nie obrała go, nigdy tego nie robiła.

A oni doskonale o tym wiedzieli. Obserwowali ją przecież już od dawna.

Mocna herbata i pokrojone jabłko. Czy można wymarzyć sobie coś lepszego? Staruszka napiła się, potem ugryzła kawałek owocu. W tym momencie jej los był przesądzony. W całym sektorze Victorii nie istniało nic, co mogłoby ją uratować.

Oczywiście śmierć nie nastąpiła od razu. Musiało minąć jeszcze dwadzieścia dni, ale praktycznie kobieta była już martwa. Kiedy rzeczywiście zmarła, zespół zajmował się już drugą fazą i zaczął nawet przygotowania do kolejnej. Do fazy krytycznej.

Jak to na wojnie – tak wiele trzeba zaplanować…

A jest na to mało czasu.

Rozdział 1

Qom, planeta stołeczna Cesarstwa Tilleke, sektor Tilleke

Sierżant Kaelin z Oddziałów Specjalnych Floty Jej Królewskiej Mości stanął w gotowości z toporem bojowym. Gdyby rok temu powiedziano mu, że będzie walczył na śmierć i życie toporem, roześmiałby się tylko.

Ale rok to sporo czasu. A sierżantowi Kaelinowi nie było wcale do śmiechu. Zajmował się natomiast tym, co od roku robił codziennie – próbował zachować przy życiu swoich ludzi.

Pozostali mężczyźni znajdowali się za nim. Mrużyli oczy w ostrym świetle. Oprócz jednego wszyscy byli jeńcami wojennymi, pojmanymi przez Tilleke podczas napaści na Drugą Flotę Victorii. Ostatni był człowiekiem wolnym, instruktorem, który szkolił savaków w walce mieczem. Instruktor nie zrobił nic złego, posiadał po prostu umiejętności, które pozwalały przeprowadzić ten test. Ktoś musiał przecież nauczyć marines, jak używać broni białej. Rodzinie instruktora powiedziano, że zginął z honorem w służbie dla cesarza. I w zasadzie była to prawda.

Nikt nie miał wątpliwości, że wszyscy tutaj zginą. Jedyne, czego pragnęli, to zranić jak najwięcej swoich zabójców. Mężczyźni zostali uzbrojeni w miecze, włócznie i topory. Instruktor uczył ich walki przez ponad miesiąc. Osiągnęli sprawność, choć daleko im było do mistrzostwa. Jednak ten test nie dotyczył ich, miał sprawdzić to, co kryło się za drzwiami.

Pomieszczenie było przestronne jak sala gimnastyczna. Na podłodze rozłożono kilka przeszkód i podwyższeń. Kamery monitoringu obejmowały każdy kąt i zakamarek – ani sekunda testu nie zostanie pominięta w nagraniach. Początkowo mężczyźni nie rozumieli, o co chodzi, jednak po pewnym czasie zaczęło do nich docierać, że jeśli chcą przeżyć, niedługo będą musieli użyć broni, z którą nauczono ich się obchodzić.

Sierżant Kaelin zamachnął się toporem. Na rany boskie, cholernym toporem! Tego rodzaju bronią walczyli jego przodkowie w średniowieczu na Starej Ziemi! Kaelin przeleciał miliony mil na wyrafinowanym okręcie kosmicznym, jednym z najlepszych w siłach Victorii, a teraz miał walczyć o życie z czymś takim w dłoni?

Sierżant był głównym instruktorem w obozie szkolenia podstawowego Gettysburg, ale zgłosił się na ochotnika do oddziałów specjalnych i został przydzielony na pokład krążownika „St. Andrews”. Jednostka zajmowała się patrolowaniem szlaku handlowego z Gileadu do Cesarstwa Tilleke. Pewnego ranka jednak wszystko poszło w diabły, gdy podczas śniadania pojawiło się kilkudziesięciu drani, którzy wpadli do mesy prosto z głównego korytarza i od razu zaczęli strzelać z karabinków pneumatycznych i machać mieczami. Kaelin oberwał i stracił przytomność. Kiedy się ocknął, znajdował się w obozie jenieckim Tilleke z obrożą elektryczną na szyi. Od tamtej pory minął rok.

Gdy rozpoczęto test, w obozie znajdowało się pięciuset jeńców. Teraz zostało tylko dziesięciu.

Tilleke wykorzystywali więźniów, głównie żołnierzy oddziałów specjalnych, do szkolenia savaków w walce wręcz i najskuteczniejszych metodach zabijania. Tydzień po tygodniu strażnicy zaganiali po trzydziestu lub czterdziestu jeńców do makiety okrętu z drewna i plastiku, dawali im podstawową broń, strzelby i pistolety, a potem wysyłali na nich oddział savaków. Początkowo savakowie ginęli w potyczkach – komandosom udawało się ich wystrzelać w wąskich korytarzach. Jednak wtedy do gry włączył się darwinizm. Nielicznym savakom, którzy mieli więcej sprytu i woli przetrwania, udawało się przeżyć potyczkę, a potem kolejną…

Ci właśnie uczyli innych savaków i prowadzili ich szkolenie. A komandosi nieświadomie doskonalili swoich przeciwników… Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Gdy tylko się zorientowali, co robią, niektórzy odmówili walki. I umarli w męczarniach – włączone obroże zacisnęły się im na szyjach, a przez rdzeń kręgowy przemknęły impulsy bólu. Nie była to przyjemna śmierć, ale wielu ją wybrało.

Po kilku miesiącach z pięciuset jeńców zostało trzydziestu. Jednak ta trzydziestka walczyła wspaniale, wykorzystywała każdą okazję, każdy zakamarek okrętu-makiety, który dawał choć minimalną przewagę, przygotowywała błyskawiczne zasadzki i nieustannie zmieniała taktykę, aby zaskakiwać savaków.

Aż pewnego dnia sierżant Kaelin obudził się i znalazł na podłodze obok posłania topór, a obok człowieka z niechętną miną, instruktora, który miał go nauczyć walki tą bronią.

I teraz to. Grupa żołnierzy uzbrojonych tylko w miecze, włócznie i topory stojąca przed wrotami w wielkiej sali.

„A niech mnie” – pomyślał Kaelin. „Pieprzona wojna gladiatorów”.

– Może zamierzają się poddać – zauważył Hollingberry żartobliwym tonem. – Na bogów naszych matek, zabiliśmy już tysiące tych drani. Może wreszcie czegoś ich to nauczyło?

– Jasne, Holly, masz rację – odpowiedział Timothy O’Doherty. – Jak się uwiniemy, królowa osobiście nam podziękuje, a potem zaprosi na herbatę i ciasteczka.

Wystarczyło jedno spojrzenie sierżanta, żeby zamilkli. Kaelin zarzucił topór na ramię. Co kryło się za wrotami? Kątem oka podchwycił ruch. Instruktor walki. Niski, zwinny i giętki jak rzemień. Absolutnie zabójczy w walce białą bronią. Wolny człowiek z Tilleke, z prawami i przywilejami stosownymi do swojej klasy społecznej. Najwyraźniej jednak jego prawa i przywileje były gówno warte, skoro biedny drań znalazł się tutaj razem z niedobitkami jeńców wojennych.

– Wiesz, co czeka za tymi drzwiami? – zapytał cicho Kaelin.

Instruktor spojrzał na niego ponuro.

– Śmierć.

Kaelin tylko mruknął. Tilleke mówił dość słabo po angielsku, ale trafił w sedno.

– Słuchajcie uważnie. – Sierżant zwrócił się do swoich ludzi. – Za tymi drzwiami na pewno czai się coś paskudnego. Trzech ludzi odwróci uwagę wroga z prawej, a reszta zajmie się tym z lewej, a potem wszyscy wrócą do przeciwnika po prawej.

Żołnierze skinęli głowami, po czym wbili zaniepokojone spojrzenia we wrota.

– Bułka z masłem – stwierdził radośnie O’Doherty.

Zaraz potem jedno skrzydło wrót się uchyliło. Tylko jedno. Kaelin poczuł ulgę, ale na krótko.

– Och, niech mnie… – wydusił Hollingberry.

Stworzenie wyglądało jak lew z piekła rodem. Miało chyba ze dwa metry w kłębie, cztery metry długości, ogromny łeb, a z karku wyrastały mu dwie wiązki śliskich macek, nie wspominając o giętkim ogonie, zakończonym żądłem jak u gigantycznego skorpiona. Ogon kołysał się miarowo, gdy stwór rozglądał się po pomieszczeniu.

Zwierzę miało czarne futro, a jego ślepia lśniły czerwienią. Gdy ryknęło, zalśniły kły, długie jak u tygrysa szablozębnego. Żołnierze Victorii cofnęli się odruchowo. Ich miecze, włócznie i topory wydały się nagle żałosne.

Sierżant Kaelin prychnął z pogardą.

– Ten sam cyrk, ale inne małpy. Byliśmy już w gorszych tarapatach. Hollingberry, O’Doherty i Smith, zróbcie zamieszanie po prawej stronie. Reszta za mną. Uważajcie na ogon tego kociaka. Do boju!

– Zawsze chciałem być przynętą – rzucił O’Doherty.

Żołnierze rozdzielili się. Kaelin znalazł się obok instruktora, uzbrojonego w długi zakrzywiony miecz i krótki oszczep.

– Co to za zwierzę? – wyszeptał sierżant chrapliwie. Nie chciał, aby jego ludzie zauważyli, jak bardzo wstrząsnął nim widok stwora.

– Hok – odpowiedział krótko instruktor.

– Co?

– Hok. Dzieło cesarza.

Kaelin omal się nie potknął.

– Chcesz powiedzieć, że to stworzenie nie występuje w naturze?

Instruktor uśmiechnął się kpiąco. Kaelin zaklął pod nosem. Poprowadził ludzi przez niewielki labirynt przeszkód, które na chwilę przesłoniły widok. Z tyłu rozległy się okrzyki Hollingberry’ego, O’Doherty’ego i Smitha oraz rytmiczne uderzenia, zapewne bronią w jakieś metalowe części wyposażenia sali. Hok ryknął w odpowiedzi.

Kaelin dotarł do pięciometrowej ściany, ustawionej prostopadle do wrót i miejsca, gdzie trzech żołnierzy wykrzykiwało i robiło hałas. Ściana zasłaniała ich przed wzrokiem hoka, ale stwór i tak musiał przejść obok grupy sierżanta, żeby dotrzeć do trzech ludzi, wystawionych jako przynęta. A kiedy tak się stanie…

Niestety, teoria teorią, a praktyka praktyką.

Hok nie poszedł, lecz rzucił się do szarży. Wyskoczył spod wrót i pognał między przeszkodami, nie spuszczając ślepi z trzech żołnierzy, bijących w metalowe części sprzętu. Stwór przemknął przez zasadzkę Kaelina jak mroczna błyskawica. Hollingberry, O’Doherty i Smith zamarli z zaskoczenia w najgorszym momencie, a potem odskoczyli na prawo i lewo… Za późno. Bestia uderzyła, wysuwając kły, pazury i giętki ogon. Hollingberry z krzykiem próbował zrobić unik, ale hok zmiażdżył mu czaszkę jednym uderzeniem łapy, po czym odwrócił się do Smitha. Ten wciąż trzymał wysuniętą włócznię i pośpiesznie się cofał, nie spuszczając oka z bestii. Dźgnął raz, hok uchylił się i od razu rzucił się do ataku. Smith dźgnął ponownie, ale nie przestał się cofać. Szło mu całkiem nieźle, dopóki nie potknął się o jedną z przeszkód i nie upadł. Bestia skorzystała z okazji do ataku, ale szybko odskoczyła, bo Smith ciął ją po pysku grotem. Hok skoczył w lewo, a żołnierz rozpaczliwie zamachnął się włócznią, aby się osłonić.

Nie zauważył, że ogon bestii uniósł się z przeciwnej strony. Żądło wbiło mu się w gardło, koniec wyszedł karkiem. Hok szarpnięciem wyrwał kolec i zaatakował pozostałych żołnierzy. Smith bez życia osunął się na podłogę.

W tej samej chwili sierżant Kaelin wbił ostrze topora w czaszkę hoka.

Bestia padła równie bezwładna i martwa jak Smith.

Kaelin zatoczył się, od podwyższonego poziomu adrenaliny drżały mu ręce.

– No dobra – wydusił. Powiódł spojrzeniem po ocalałych towarzyszach oraz instruktorze walki, który szczerzył się jak dzikus. – Udało nam się!

W odpowiedzi O’Doherty zwymiotował.

***

Następnego dnia pojawiły się dwa hoki.

Sierżant Kaelin zmarszczył brwi. W nocy przyszła mu do głowy paskudna myśl, która sprawiła, że teraz się wahał. Hoki stały tuż przed wrotami, ryczały i ryły podłogę pazurami, ale jeszcze nie wyszły ani nie rzuciły się do ataku. Kaelin rozejrzał się po sali. Niedaleko wznosiła się sterta metalowych skrzyń.

– Wejdźmy na nie! – warknął. – Szybko!

Żołnierze zerwali się, aby wykonać rozkaz. Instruktor spojrzał na sierżanta z namysłem, a potem również się wspiął. Na szczycie sterty Kaelin rozejrzał się jeszcze raz. Nie ruszano przeszkód, więc tak jak poprzedniego dnia tworzyły wąskie przejście, którym zbliżył się hok. Sierżant z zadowoleniem przyczaił się i zaczął obserwować.

Dwa hoki wyszły zza wrót bez pośpiechu i rozejrzały się uważnie, jakby spodziewały się zasadzki. Potem popatrzyły na siebie, a w ich oczach błysnęła inteligencja. Sierżantowi Kaelinowi ten widok zmroził krew w żyłach.

Bestie na jakiś niewidzialny znak ruszyły leniwym truchtem w kierunku ludzi. Jedna skręciła i wskoczyła za ścianę, za którą poprzedniego dnia ukrywał się sierżant i jego ludzie. Hok z warknięciem dźgnął tam żądłem raz i drugi, a kiedy nic nie znalazł, odskoczył i ruszył za swoim pobratymcem. Bestie zatrzymały się przed metalowymi skrzyniami, a potem ryknęły na ukrytych tam żołnierzy.

Na szczycie sterty sierżant Kaelin obrócił się do instruktora walki.

– Widziałeś, co ten stwór zrobił? – Jego twarz wykrzywił gniew. – Sprawdził miejsce, gdzie wczoraj zrobiliśmy zasadzkę! A przecież zabiliśmy tamtego hoka! Skąd te wiedziały, co znajduje się za wrotami?

Instruktor wzruszył ramionami.

– Hoki agresywne, ale nic nie wiedzą o walce. Wy walczycie po ludzku. Wy uczycie, hok się uczy. Dlatego cesarz was tu sprowadził. Uczyć hoka.

Kaelin zacisnął zęby. Pomyślał o miesiącach walk w atrapie okrętu, gdy nieświadomie szkolił savaków. Nauczył wroga, jak skuteczniej walczyć z żołnierzami Victorii.

„Pieprzony głupiec ze mnie” – wyrzucał sobie w duchu. Przecież chciał tylko zachować swoich ludzi przy życiu.

W dole dwie przerośnięte bestie z piekła rodem krążyły wokół sterty skrzyń, zapewne szukały miejsca, z którego mogłyby wygodnie się wspiąć. Od czasu do czasu spoglądały sobie w oczy. Kaelin miał coraz większą pewność, że te dwa piekielne lwy porozumiewają się nie tylko ze sobą, lecz także z innymi hokami. Wszystko, czego te stwory nauczą się w potyczce, dotrze do innych, pomoże im się przygotować i rozwinąć. Kolejne bestie będą jeszcze sprytniejsze i jeszcze bardziej niebezpieczne.

Sierżant skrzywił się i popatrzył na instruktora walki.

– Nie rozumiesz? – Wskazał na zwierzęta niżej. – Skazano cię na śmierć, poświęcono, żebyś uczył te przeklęte monstra!

Tilleke zerknął na warczące hoki.

– Żyję, by służyć cesarzowi. – W jego głosie zabrzmiała rezygnacja, przesycona jednak dumą.

Kaelin wydął usta, ale skinął głową. A potem nieoczekiwanie zepchnął instruktora ze sterty skrzyń. Mężczyzna zawisł na jednej ręce, ale daremnie szukał oparcia, grawitacja zrobiła swoje – Tilleke spadł na twardą podłogę.

Hok dopadł go, jeszcze zanim mężczyzna dotknął podłoża.

– A ja służę swojej królowej – rzucił Kaelin cicho.

Żołnierze popatrzyli na niego ze strachem i zdumieniem. Sierżant posłał im ponury uśmiech, który zapowiadał, że czeka ich naprawdę trudne zadanie.

– Dranie z Tilleke wykorzystują nas, żeby uczyć te przerośnięte kociaki, jak walczyć – wyjaśnił swoim ludziom. – Gdy tylko je porządnie je wyszkolimy, jebany cesarz wypuści mnóstwo takich stworów na okręty Victorii.

Potem popatrzył im w oczy.

– Nie możemy do tego dopuścić.

Żołnierze spojrzeli po sobie z niepokojem.

A Kaelin wytłumaczył, co muszą zrobić.

Jeden z jeńców miał żonę i dwójkę dzieci, które czekały na niego na Kornwalii, stołecznej planecie sektora Victorii. Zacisnął usta po słowach sierżanta, ale skinął głową.

– Kto wie, może uda nam się zmylić te bestie – prychnął. – Lepsze to, niż je uczyć.

Ale jeden z żołnierzy był bardzo młody, ledwie chłopiec. Miał na imię Billy i właśnie zaczynał karierę jako majtek na niszczycielu „Cowlyn Bay”. Pojmano go, gdy savakowie abordażem przejęli okręt. Billy rozumiał, co chciał zrobić Kaelin. Rozumiał, ale nie potrafił się z tym pogodzić. Usta mu drżały, do oczu napłynęły łzy.

– Nie, nie mogę – wyszlochał i cofnął się od sierżanta. – Proszę!

Kaelin westchnął. Dopiero teraz poczuł znużenie. Uśmiechnął się do młodzieńca uspokajająco.

– W porządku, Billy.

A potem skinął głową, ale nie chłopakowi, lecz żołnierzowi, który stał za dzieciakiem.

Billy nawet nie zauważył, co się święci. Gdy upadł, był już martwy – topór rozpłatał mu czaszkę. O’Doherty spuścił wzrok. Dyszał ciężko jak po biegu maratońskim. Przykląkł, położył dłoń na piersi chłopaka i wymamrotał coś za cicho, żeby dało się odróżnić słowa. A potem wstał.

– Załatwmy to, zanim stchórzę – rzucił ochryple. Głos mu drżał.

Pod komendą Kaelina wszyscy jeńcy zebrali się blisko miejsca, gdzie skrzynie tworzyły stopnie, które pozwalały łatwo i szybko zeskoczyć. Hoki czekały przy stercie i niecierpliwie machały ogonami.

– Zaatakujmy tego po prawej – zdecydował Kaelin.

Pozostali skinęli tylko głowami i zacisnęli dłonie na broni tak mocno, że zbielały im kłykcie. Nie miało znaczenia, na którą bestię się rzucą. Właściwie nic już nie miało znaczenia.

– Niech bogowie naszych matek poprowadzą nas do domu – szepnął sierżant Kaelin.

– I jebać cesarza! – warknął O’Doherty.

Skoczyli.

***

Kiedy walka dobiegła końca, hok, który przeżył, uniósł zakrwawiony pysk i ryknął triumfalnie. A potem położył się na środku pobojowiska i zaczął lizać długą ranę na łapie. Po oczyszczeniu rany bestia podniosła się sztywno, podeszła do najbliższego ciała człowieka i zabrała się do jedzenia.

A w klatkach za areną dziesiątki hoków przeciągnęło się i przysiadło. Oczyma swojego brata ujrzały właśnie, jak walczą ludzie przyparci do muru – atakują jednego przeciwnika naraz i ignorują pozostałych.

Hoki dodały tę wiedzę do swojej wspólnej pamięci.

ROZDZIAŁ 2

Tymczasowa siedziba królewska na Kornwalii, planecie stołecznej, sektor Victorii

– Na pewno mamy jakichś agentów wśród Tilleke – westchnęła królowa Anna ze znużeniem.

Admirał Douthat zerknęła ponuro na kapitana Edera, a ten tylko odwrócił głowę do Hirama Brilla, komandora wywiadu Floty. Hiram skinął głową bratu Jongowi, który w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.

– No? – zniecierpliwiła się królowa. – Nic nie mamy? Zupełnie nic?

– Wasza Wysokość… – Brat Jong pokręcił głową. – Zupełnie nic. Światłość posiadała kilku agentów na Qom, ale zostali szybko złapani albo musieli się ukryć. Mieliśmy również dwa zamaskowane okręty w systemie Tilleke, ale gdy „przekonaliśmy” księcia RaShahida, żeby odwołał atak na Victorię, flota Tilleke przeczesała dokładnie obszar wokół Qom i tunelu czasoprzestrzennego w Gileadzie. Zmusiło nas to do wycofania jednostek zwiadowczych. Mamy nadzieję, że uda się wkrótce umieścić tam nowe okręty, które przedostaną się do sektora Tilleke przez ukryty tunel, ale trzeba zachować daleko idącą ostrożność. Gdyby Tilleke odkryli ten tunel, byłaby to prawdziwa katastrofa.

– A co z agentami Victorii? Może nam się uda umieścić zamaskowany okręt w przestrzeni Tilleke? – zauważyła surowo królowa Anna.

– Nie, Wasza Wysokość, nic z tego – westchnął sir Henry. – Nie ma możliwości. I pragnę zaznaczyć, że nie z powodu braku starań albo lekceważenia obowiązków. Jeszcze przed wojną straciliśmy dziesięć sów, które próbowały się wślizgnąć do sektora Tilleke. Miesiąc temu odbyła się kolejna nieudana próba.

Nawet królową Anną wstrząsnęła liczba straconych jednostek zwiadowczych.

– Jak rozumiem, nie wiemy zatem nic o liczebności floty Tilleke, jej wielkości i uzbrojeniu?

– Niestety, Wasza Wysokość – westchnął znowu sir Henry. – Wiemy tylko, że książę RaShahid dysponuje trzydziestoma okrętami, ale brakuje informacji o siłach, które chronią Qom. Wiadomo jedynie, że Cesarstwo dysponuje dwoma rodzajami broni, których wcześniej nie widzieliśmy. To działa plazmowe, których użyto przeciwko okrętowi „Oxford”, oraz pole wysysające energię, zastosowane przeciwko „Edynburgowi”. Nasi naukowcy pracują jak szaleni, aby wydedukować zasady działania tych systemów.

Admirał Douthat odchrząknęła.

– Nie da się ukryć, że to złe wieści, Wasza Wysokość, ale przynajmniej wiemy, że Tilleke ma nową broń. Uwzględnimy to w naszych założeniach taktycznych.

– A co z bronią Tilleke, o której nie wiemy? – zapytała królowa ostro.

Zebrani popatrzyli po sobie, ale nikt nie odpowiedział.

Królowa wydęła usta.

– No dobrze. A co z naszą Flotą?

Douthat upiła herbaty. W Victorii był to mocny, gorzki napar i admirał chętnie dodałaby co najmniej trzy kostki cukru, ale naczelnemu dowódcy Floty po prostu nie wypadało pić słodzonej herbaty – naruszałoby to coś fundamentalnego, coś tak mocno wpisanego w tradycję i rolę Floty, w społeczeństwo Victorii, że nie wymagało nawet osobnej nazwy.

Herbata bez cukru smakowała obrzydliwie. Douthat upiła kolejny łyk i ukryła grymas.

– Walkę z Tilleke umożliwiają nam cztery aspekty. Po pierwsze, zasoby. Przeciągnęliśmy Atlasa z powrotem do sektora Victorii, aby wykorzystać jak najlepiej nasze pasy asteroid. Znajdują się tam lepsze złoża minerałów niż w Azylu. Atlas już działa i produkuje ciężkozbrojne kanonierki, niszczyciele, a nawet krążowniki.

Królowa Anna uniosła brew.

– A okręty flagowe?

Douthat pokręciła głową.

– Jeszcze nie. Budowa tak dużych jednostek jest długotrwała. W tym samym czasie możemy wyprodukować dwa lub trzy krążowniki i parę niszczycieli, a na dodatek eskadrę kanonierek. Budowa dużych okrętów jest kusząca, ale teraz najważniejsza jest liczebność naszych sił. Im więcej jednostek, tym większa elastyczność i manewrowość Floty. Wydaje mi się, że będzie nam to potrzebne w walce z Tilleke.

Królowa nie mogła się nie zgodzić z argumentami admirał.

– Mamy też asa w rękawie. – Douthat uśmiechnęła się oschle. – Kiedy przed miesiącami uciekaliśmy z sektora Victorii, wysadziliśmy stację Prometeusz, żeby nie wpadła w ręce wroga, ale pozostawiliśmy Hyperiona. Nie był skończony i mieliśmy pewność, że Dezeci raczej nie zdołają go użyć… – Uśmiech admirał nieco się ocieplił. – Max Opiński i jego gang inżynierów twierdzą, że zakończenie budowy tej stacji i jej uruchomienie potrwa wiele lat, ale możemy wykorzystać jej dok konstrukcyjny już za dwa miesiące. Trzeba będzie podłączyć zewnętrzne źródło zasilania, zapewne siłownię jednego z krążowników, ale wyposażenie pozostało nietknięte i wystarczy je zainstalować. Wszystko jest modularne, więc przy odrobinie szczęścia Hyperion mógłby zacząć produkcję okrętów za sześćdziesiąt dni, a jak się uda, to nawet za czterdzieści pięć.

– W rzeczy samej to dobra wieść, admirał Douthat. – Sir Henry nie krył ulgi. – Należą się pani gratulacje.

– Nie ma co gratulować, to tylko łut szczęścia. Gratulacje należą się co najwyżej Maxowi Opińskiemu. – Douthat zmarszczyła brwi. – Jednak jeżeli chodzi o zasoby, sprawa nie wygląda tak różowo. Gdy Dominium się poddało, mieliśmy prawie pięćdziesiąt cztery okręty, w tym „Lwie Serce” i „Zemstę”. Większość tej floty jest w złym stanie, kilka jednostek potrzebuje remontów w stoczni, zanim znowu będą zdatne do walki. Niektóre chyba trafią na złom.

– Co z flotą Dominium? Możemy coś wykorzystać?

– Nawet całkiem sporo – przyznała admirał. – Stocznia imienia Potęgi Ludowej wciąż działa. A chociaż nieźle pokiereszowaliśmy siły Dezetów, nadal zostało im ze dwadzieścia siedem jednostek w dobrym stanie, włącznie z okrętem flagowym „Mocarz”. Jeżeli zdołamy obsadzić wszystkie załogami, będziemy dysponować flotą złożoną z ponad osiemdziesięciu jednostek. Na dodatek zyskaliśmy dostęp do technologii jeży, która – co ciekawe – jest lepsza niż nasza.

Douthat przymknęła oczy.

– Ale liczby są mylące. Z tych osiemdziesięciu jednostek tylko połowa nadaje się do walki, chociaż wymaga też mniejszych lub większych napraw. Reszta potrzebuje remontów i sporych ulepszeń. – Spojrzała ponuro na zebranych. – Mówię tu o miesiącach w dokach remontowych.

– Wspomniała pani o czterech aspektach – wtrącił sir Henry.

Admirał skinęła głową.

– Drugi to ludzie. Brakuje nam załóg, a te, które zostały, są wykończone. Problem w tym, że większość naszych baz na Kornwalii znajdowała się blisko stolicy. Gdy Dezeci zbombardowali pałac, wyrządzili też sporo szkód w pobliskich bazach, gdzie stacjonowali nasi ludzie. Zwłaszcza że zaatakowali planetę po raz drugi… – Nie musiała mówić, co się wtedy stało, liczba ofiar wciąż budziła emocje. – Brak załóg to coraz bardziej palący problem – podjęła. – Trzeba jak najszybciej zdecydować, czy chcemy wykorzystać obsady z Dominium na jednostkach, w których nie wystarcza personelu z Victorii.

– A możemy im zaufać? – zapytała wprost królowa Anna.

Admirał wzruszyła ramionami.

– Należy to dokładnie przemyśleć, ale możliwe, że nie będzie innego wyjścia.

– A pozostałe aspekty? – Królowa spojrzała ze znużeniem na Brilla. Ostatnie miesiące nie były dla niej łatwe i choć miała dopiero dwadzieścia dwa lata, wyglądała na czterdziestopięciolatkę po przejściach.

Hiram Brill zastanawiał się, jak sam teraz wygląda.

– Trzeci to wywiad. – Admirał Douthat spojrzała na brata Jonga i uniosła brwi. – Nie mamy żadnego.

Brat Jong uśmiechnął się ze spokojem.

– Skonsultuję się z opatem i sprawdzimy, czy możemy skoordynować jakieś działania agentów w sektorze Tilleke.

Sir Henry nachylił się do admirał.

– A ostatni aspekt?

Douthat zdawała sobie sprawę, że znał odpowiedź równie dobrze jak ona.

– Potrzebny nam sojusznik, a najlepiej paru. Azyl już nam pomaga, jak może, ale to niewielki świat z ograniczonymi zasobami. Arkadia znalazła się pod okupacją Tilleke, więc o pomocy z jej strony można zapomnieć. Światłość dostarcza kluczowych informacji wywiadu, ale nie posiada bazy przemysłowej, którą mogłaby nas wesprzeć… Pozostają zatem Cape Breton, Sybilla i Sułtanat. – Admirał wyliczyła na palcach. – O Cape Breton należy zapomnieć, wypłynęły dowody, że pomagał Dezetom w przygotowaniu pierwszego ataku na Victorię. Nie możemy im zaufać.

Na te ostatnie słowa Hiram Brill skrzywił się lekko. Admirał nie zaufałaby ludziom z Cape Breton, ale rozważała, czy nie wykorzystać załóg z Dominium do obsługi zdobytych okrętów?

– W zasadzie – podjęła Douthat – powinno się zadbać, żeby Cape Breton zrozumiał, jakie konsekwencje grożą za angażowanie się w tę wojnę po stronie Tilleke.

– Zajmę się tym – zapewnił sir Henry. – Będę musiał pożyczyć jeden z pancerników i kilka krążowników, ale nie zabiorę ich na długo.

Królowa Anna skinieniem głowy wyraziła zgodę, po czym spojrzała znowu na admirał Douthat.

– Proszę mówić.

– Wydaje mi się, że jedyne nadzieje możemy pokładać w Sybilli albo w Sułtanacie. Ewentualnie w obu, jeżeli będziemy mieli szczęście. Oczywiście w tej kwestii polegam na sir Henrym, który na pewno znajdzie najlepszy sposób, by się z nimi dogadać.

Sir Henry z namysłem skinął głową. Spodziewał się takiego obrotu sprawy, dlatego sporo czasu poświęcił szukaniu sposobu na skłonienie obu sektorów, by przeszły na stronę Victorii.

– Wasza Wysokość, mam kilka pomysłów, jak się do tego zabrać. Z pewnością będę musiał złożyć wizyty zarówno sułtanowi Balturowi w Sułtanacie, jak i kanclerzowi Houtmanowi w Sybilli. Mogę prosić, żebyśmy omówili je dokładniej po tym spotkaniu?

„Niby jak to ma się udać?” – pomyślał Hiram. Sułtanat i Sybilla były od dawna wrogami, toczył się między nimi spór o planetę przygraniczną. Mieszkańcy Sybilli nazywali ją Essen, Sułtanat zaś Izmir. Był to świat bogaty w metale ziem rzadkich. Oba sektory walczyły o niego wielokrotnie, ostatnia wojna zakończyła się dwadzieścia lat temu. Obecnie planetą rządzili Sybillińczycy, chociaż znajdowała się na obszarze Sułtanatu, który chciał ją odzyskać.

Brill spojrzał na sir Henry’ego, a potem na królową.

– Czy Sybilla i Sułtanat nie zażądają za swoją pomoc wsparcia i przyznania praw do Essen? – zapytał cicho.

Sir Henry i królowa wymienili spojrzenia.

– Dziecięca bezceremonialność – mruknął sir Henry. Królowa z trudem opanowała uśmiech.

– Tak, komandorze – przyznała.

– Ale jeżeli obie strony oczekują deklaracji, że poprzemy ich żądania, co mamy zrobić? – Na jego twarzy odmalowała się ciekawość. – Łamigłówka, jak mi się zdaje…

– Czasami najlepszym podejściem do dyplomatycznej łamigłówki jest po prostu ją ignorować – zauważył spokojnie sir Henry.

– Czasami – dodała królowa Anna – najlepszym postępowaniem jest skupienie się na osiągnięciu własnych celów.

– Skoro nie można rozwiązać cudzych problemów, warto przynajmniej wziąć się za własne – dokończył sir Henry.

– Ale… – Hiram urwał.

Oboje wbili w niego wzrok, a młodzieniec poczuł gorąco na policzkach. Zawsze rumienił się jak smarkacz, gdy uświadamiał sobie, że królowa i jej doradca wyprzedzają go o lata świetlne. A przecież gdy dwóch adwersarzy pragnie uzyskać poparcie dla swoich żądań od jednej strony, a przy tym strona ta potrzebuje przynajmniej jednego z nich u swego boku, a najlepiej obu, wówczas… Och, to było takie oczywiste!

– Obiecamy zarówno Sybilli, jak i Sułtanatowi, że poprzemy ich prawo do Essen.

Królowa Anna i sir Henry nagrodzili go uśmiechami.

– Ale to dość kłopotliwe, prawda? – wytknął Hiram.

– Możliwe – zgodziła się królowa z powagą. – Ale to i tak wspaniała alternatywa w porównaniu z zagładą, nie sądzisz?

– Witaj w świecie dyplomacji – dodał ponuro sir Henry.

ROZDZIAŁ 3

Planeta Christchurch, sektor Victorii

Mąż siostry był następny.

Siostra chodziła w ciąży z pierwszym dzieckiem i miała termin za niecały miesiąc. Jak sama mówiła, czuła się wielka niczym dom.

– Nie wiem, jak wytrzymam jeszcze miesiąc – stwierdziła. – To dziecko chyba po prostu mnie rozerwie.

Na pewno urodzi się chłopiec, przynajmniej tak uważano. To musiał być chłopiec.

Przyszła matka nie sypiała zbyt dobrze, bolało ją w krzyżu i czasami miała chęć zjeść coś dziwnego. Mąż rozpieszczał ją bezwstydnie, wychodził nawet o trzeciej nad ranem, żeby znaleźć pizzę z anchois i salami. Nie odezwał się słowem, gdy żona wyrwała mu karton i praktycznie zjadła tę pizzę na stojąco. Dobrze radził sobie w kuchni, zwykle to on przygotowywał kolację. Utrzymywał też dom we względnej czystości, robił pranie, a nawet przemalował pokój, w którym zamierzali urządzić sypialnię dla dziecka, i przerwał wyjazdy służbowe. Oboje uważali za wielkie szczęście, że mają siebie nawzajem.

Bieżąca operacja była łatwa. Członkowie zespołu zaczekali, aż mąż, który właśnie wracał z kolejnym zamówionym jedzeniem dla żony, wejdzie na jezdnię. Wjechali w niego półciężarówką. Uderzenie odrzuciło mężczyznę na sześć metrów, a samochód przejechał go dla pewności.

Oczywiście zespół sprawdził, czy ofiara nie żyje. Byłoby zaniedbaniem, gdyby tego nie zrobili. Cel został wyeliminowany, więc zespół wsiadł do półciężarówki i odjechał.

Żona dowiedziała się o zdarzeniu dopiero wtedy, gdy do drzwi zapukała policja. Płakała przez trzy godziny, ale nieoczekiwanie przestała, gdy dziecko kopnęło. Zamknęła oczy. Mały wkrótce miał się urodzić. Nie dziś, nie jutro, ale już niedługo. A kobieta musiała zająć się do tego czasu wieloma sprawami. Przede wszystkim trzeba było zorganizować pogrzeb i sprawdzić finanse. Rozejrzała się po małym domu, na który tak ciężko pracowała. Nie zamierzała go stracić – dziecko będzie miało tu dobre warunki.

Ale potrzebowała pomocy. Rodzice nie żyli, pozostał jej tylko brat, John. Przebywał na Kornwalii i pracował dla królowej.

Następnego ranka kobieta wysłała mu wiadomość przez sieć sektora. Powiadomiła, co się stało, i poprosiła, żeby przyleciał jak najszybciej.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Epilogi

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zgiełk Wojny. Tom 3. Cel uświęca środki Zgiełk wojny. Tom 2. W głębi strachu Zgiełk Wojny. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów