Saga rodziny Neshov. Tom 4

Saga rodziny Neshov. Tom 4

Autorzy: Anne B. Ragde

Wydawnictwo: Smak słowa

Kategorie: Obyczajowe Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 312

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 14.95 zł

Powrót po latach, czwarty tom sagi o rodzinie Neshov Zawsze jest przebaczenie w zaskakujący sposób zaprasza nas do śledzenia losów bohaterów poprzednich tomów: Ziemi kłamstwRaków pustelników i Na pastwiska zielone.

Minęły trzy lata od kiedy Torunn opuściła Neshov, by szukać schronienia u Christera w lesie poza Oslo. Erlend i Krumme zostali zabieganymi ojcami z nowymi, znakomitymi widokami na przyszłość w Kopenhadze. Jednak znając życie – nie ma nic za darmo. Margido pojednał się ze swoim Bogiem, ale musi jednocześnie ponieść konsekwencje tego, że nowe czasy nastały także w branży pogrzebowej. Torunn skończyła czterdzieści lat i zaczęła dostrzegać, że nie ma dla niej przyszłości u notorycznie niewiernego kierowcy psich zaprzęgów. Ale jak potoczy się jej dalsze życie? Czy może liczyć na przebaczenie za zdradę rodziny Neshov?

Powieść norweskiej pisarki Anne B. Ragde zdobyła nie tylko rzesze czytelników, ale też uznanie krytyki i jurorów prestiżowych nagród. Ragde napisała wspaniałą wielowątkową powieść o postępującym rozpadzie dysfunkcjonalnej rodziny i nieudolnych próbach walki z chorymi emocjami. Norweska pisarka dowiodła, że „popularna saga norweska” wcale nie musi być określeniem pejoratywnym…

Książka zdobyła The Norwegian Booksellers Prize (2005) oraz The Norwegian Readers Prize (2005). Razem z Ziemią kłamstw i Rakami Pustelnikami została sprzedana w nakładzie ponad 500 tysięcy egzemplarzy w kilkunastu krajach Europy. Książki z tej serii stały się światowym bestsellerem, zostały przetłumaczone na ponad 20 języków. Na podstawie serii powstał także ogromnie popularny norweski serial telewizyjny. Planowana jest kontynuacja serii i serialu.

Anne B. Ragde – jedna z najbardziej znanych współczesnych, norweskich pisarek. Laureatka wielu nagród literackich, między innymi Riksmålsforbundets, Brageprisen i Bragebegeret. Jej twórczość cieszy się uznaniem zarówno krytyków, jak i czytelników. W Norwegii autorka sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. Była nauczycielką akademicką na Uniwersytecie w Trondheim. Pracowała w branży reklamowej i jako felietonistka. Jako pisarka zadebiutowała w 1986 roku, wydając książkę dla dzieci Halo! – oto Jo. Odtąd pisze książki dla dzieci i młodzieży, kryminały oraz powieści. Pierwszy tom „Sagi rodu Neshov” wprowadził autorkę na drogę do „zostania najwybitniejszą postacią współczesnej literatury norweskiej”.

część 1

Na korytarzu panowała zupełna cisza.

Siedział w wygodnym fotelu, pochylony nad otwartą książką, która leżała na jego kolanach. Stojąca obok lampa rzucała precyzyjny strumień światła na stronicę, a on był tak pogrążony w lekturze, że aż drgnął, usłyszawszy pukanie do drzwi. Udało mu się jednak mocno przycisnąć paznokieć prawego kciuka w miejscu, do którego dotarł, a był właśnie w połowie zdania.

– Proszę – powiedział.

Młoda pielęgniarka otworzyła drzwi i weszła do środka. Miała buty na gumowej podeszwie i poruszała się całkowicie bezgłośnie.

– Mam na imię Marthe – rzekła, wyciągając do niego dłoń.

Spuścił wzrok na książkę i dostawił paznokieć lewego kciuka w miejsce, gdzie dotychczas trzymał prawy, a potem wyciągnął rękę w jej kierunku. Wyszło niezgrabnie, musiał mocno przyciskać palcem stronicę, żeby książka nie ześlizgnęła mu się z kolan, ale gdy tylko uwolniła jego rękę, od razu zamienił palce.

– Przepraszam, chyba przeszkodziłam – powiedziała.

– Tak, nie... ja... wszystko w porządku.

– Jestem tutaj nowa, więc chciałam się tylko przywitać – rzekła. – Mam dzisiaj pierwszy dyżur nocny. A pan nazywa się Tormod Neshov?

– Tak.

– Z listy wynika, że nie ma pan zleconych żadnych leków?

– Nie.

– To znakomicie. Nawet leków nasennych panu nie potrzeba?

– Nie.

– A zatem zdrów jak ryba – stwierdziła.

– Jestem stary – odparł.

– Nie aż taki stary – powiedziała. – Za chwilę stuknie panu zaledwie osiemdziesiąt pięć lat. A od jak dawna jest pan tutaj?

– Latem miną cztery lata. Dlaczego pyta pani o... takie rzeczy? Zostanę tutaj. To tu mam...

– Oczywiście, że pan tutaj zostanie, tak tylko pytam, sam pan rozumie. O czym czyta pan dziś wieczorem?

– O Terbovenie.

– O...? A co to?

– To... człowiek.

– Wobec tego nie będę już panu przeszkadzać, przygotuje się pan sam do spania, w sensie mycia zębów i takich spraw, prawda?

– Tak.

– Wszyscy już się położyli, jest prawie jedenasta. Mogę chociaż zdjąć panu kapę z łóżka. I zasłonić okna.

– Nie. Tylko nie zasłony.

Kiedy zamknęła za sobą drzwi, rzucił okiem w dół na trzymaną książkę, a potem podniósł wzrok, zdjął okulary i wyjrzał przez okno. Na dworze było ciemno i nic nie można było zobaczyć, ale jutro rano będzie rozpościerał się stąd szeroki widok na krainę Byneslandet, falującą szarymi i brązowymi odcieniami późnej zimy aż po ujście fiordu Trondheimsfjorden.

Zatrzasnął książkę i przymknął oczy. Jakże ona go męczyła i wypytywała. Czy nie wystarczyło, że był stary, powinien jeszcze być chory...?

Nie. Margido zapewniał go wiele razy, że ma tutaj swoje stałe, długoterminowe miejsce, ona po prostu była nowa, ciekawska, młoda i nawet nie miała pojęcia, kim był Terboven, to mu w niczym nie zagrażało.

Powolnym ruchem otworzył ponownie książkę i odszukał właściwą stronę. Światło lampy do czytania naprowadziło go na cień głębokiej rysy zrobionej paznokciem. Jutro nie będzie miała już o co pytać, teraz wiedziała o nim wszystko, co jej było potrzebne, mógł spokojnie czytać dalej.

– To jest po prostu tak straszne, Krumme, że nie mogę. Tylko spójrz! Zobacz, jakie to potworne i ordynarne!

Sztapel grubych czasopism wnętrzarskich leżał na stole jadalnym, Erlend kupił je w drodze z pracy do domu. Wziął ich całe naręcze, biuro i tak zwróci mu za to pieniądze, te czasopisma miały inspirować projektantów i otwierać przed nimi nowe horyzonty albo – jak w tym wypadku – wręcz przeciwnie, kiedy tak wymachiwał nimi przed nosem Krumme.

– I co takiego jest w tym przerażającego? – zapytał Krumme zwrócony do niego plecami.

Krumme stał przy kuchence, przestawiając tam różne rondle, tak jak zawsze o tej godzinie, kiedy przygotowywał obiad z myślą o wspólnym zjedzeniu go w spokoju i ciszy, gdy dzieci pójdą już do łóżek. Odwrócił się, z poczucia obowiązku rzucając okiem na pismo, tak błyskawicznie, że oczywiście niczego nie miał szansy dostrzec.

– Ależ spójrz dokładnie, Krumme!

– Tatusiu, chcę więcej soku – rzekła Nora.

Krumme zerknął raz jeszcze, znowu irytująco pobieżnie.

– Widzę tylko całkiem sporo pięknych wzorów, Erlendzie, nie wiem, czemu się tak nakręcasz. Oszczędzaj swoje serce.

– Widzisz wzory, tak, ale spójrz na materiały, Krumme!

– Tatusiu, soku!

– Ja też chcę – dodała Ellen.

– To plastik! Dywany z plastiku! – wykrzyknął Erlend. – Plastikowe chodniki! Pomyśl tylko, znów wracają do łask. Sama ta myśl, choćby nie wiem jak piękny miały wzór. To horror. Przewracam się w moim przyszłym grobie.

– Tato! Tatuś mnie nie słyszy! Chcę więcej soku! Teraz! – zawołała Nora.

– Ja też – dodała Ellen.

Krumme przyniósł karton z lodówki na napoje, gdzie szampany, piwa i toniki musiały teraz dzielić miejsce z sokami, mlekiem i smoothies.

– Tylko nie mieszaj mi z wodą! – powiedziała Nora.

– Oczywiście, że trzeba dolać wody – odparł Krumme, potrząsając energicznie kartonem. – Inaczej będzie za dużo cukru, przecież o tym wiesz, skarbie.

– Kocham cukier – powiedziała Ellen.

– No tak, to bomba dnia – rzekł Krumme. Odkręcił kran, zostawiając lecącą wodę, i poszedł po dziecięce szklanki.

– Bomba? Taka jak w telewizji? – zapytał Leon, unosząc na chwilę głowę znad komiksu z Kaczorem Donaldem. Oczywiście nie potrafił jeszcze przeczytać ani słowa, ale zawsze przeglądał komiksy z nabożeństwem, jedząc przy tym podwieczorek. Nora i Ellen siedziały z iPadem i oglądały Krainę lodu ze ściszonym dźwiękiem, ponieważ ku pewnej irytacji Erlenda widziały to już wiele razy. Ale przestał na ten temat cokolwiek mówić, klamka zapadła, zawsze jakoś uda mu się stworzyć przeciwwagę dla tej disnejowskiej wersji prawdziwej baśni, napisanej przez H.C. Andersena.

– Ależ nie, Leonie, to tylko taki sposób mówienia dorosłych – rzekł Erlend. – A przy okazji, pamiętasz, jak nazywa się Fedtmule[1] po norwesku?

– Tak! Langbein! – odparł Leon, zaśmiewając się. – A przecież on ma takie krótkie nogi!

– Plastikowe chodniki, Krumme. To nie do wytrzymania. Wiesz, co widzę w wyobraźni, myśląc o plastikowych chodnikach?

– To może być cokolwiek, skąd mam zatem, do cholery...

– Popękane, odkryte pięty w letnich butach. Chodziła w czymś, co nazywało się wówczas butami typu Raff, kupowała jedną parę takich łapci rocznie i mogę ci przysiąc, że nie miały nic wspólnego z wyrafinowaniem, Krumme. Miały za to perforowany kaptur, zakrywający palce, tak żeby smrodliwe opary spoconych stóp mogły swobodnie się unosić, a ten kaptur miał sraczkowaty kolor, o ile dobrze pamiętam. Stała przy blacie albo przy kuchence, dokładnie tak jak ty teraz, a ja siedziałem przy stole, czekając, aż posmaruje mi kromkę chleba, albo właśnie zaczynałem ją jeść, a wszystko, co widziałem, to te paskudne, szare pięty z pionowymi i czasami lekko sączącymi się pęknięciami. A pod łapciami – pasiasty, plastikowy chodnik. Czerwono-czarno-biały. Cały w plamach i resztkach jedzenia.

– Zakładam, że mówisz o...

– Mojej obrzydliwej matce, zgadza się. Niech spoczywa w niepokoju.

– Co to znaczy „obrzydliwej”? – zapytał Leon.

– Erlendzie, proszę. Maluszki też mają uszki, ile razy mam ci to mówić, myszko, przecież rozumieją z każdym dniem więcej. To tylko norweskie słowo, Leonie, ale nie wiem, jak to będzie po duńsku, nie zawracaj sobie tym głowy, skarbie.

– Ta baba tutaj dostała nawet nagrodę w dziedzinie designu! To Szwedka, no cóż, to wiele wyjaśnia, jakaś Anna Becker, nagrodzona za projekt plastikowego chodnika! No nie poradzę. To tak, jakby wygrać Bocuse d’Or[2] za danie ze skórek od ziemniaków.

Krumme roześmiał się głośno.

– Jesteś naprawdę zajebiście dobry w nakręcaniu się byle czym, Erlendzie.

– Tata powiedział „zajebiście”! – krzyknął Leon.

– Tak, powiedział to! – zawołała Nora, a Ellen skinęła głową.

– Maluszki też mają uszki, Krumme, musisz teraz umyć sobie usta w środku wodą z mydłem.

– Tak! Tak! Niech umyje! Tato! Masz umyć buzię w środku! Tatuś tak powiedział!

– Wasz tatuś mówi dużo dziwnych rzeczy.

– Ale tato! Musisz!

– To wobec tego umyję ją sobie mlekiem – odparł Krumme.

– TAAAK! – krzyczały dzieci na przemian.

– Zgoda – rzekł Erlend. Krumme nie cierpiał mleka, uważał, że nadaje się tylko dla osesków, cieląt i do niektórych sosów. Krumme poszedł i przyniósł karton z mlekiem oraz szklankę, nalał do niej niewielki łyk, a potem wlał go sobie do gardła bez przełykania. Zamiast tego zaczął gwałtownie gulgotać z mocno zaciśniętymi oczami. Dzieci siedziały jak zaczarowane, śledząc każdy jego ruch. A Krumme ich nie zawiódł.

Po zakończeniu gulgotania rzucił się – na tyle szybko, na ile mały, okrągły mężczyzna był w stanie to zrobić, pomyślał sobie Erlend – w stronę jednego ze zlewów, wymachując rękami, po czym wypluł zawartość ust, rycząc przy tym głośno i trzepiąc głową na boki pod kranem z wodą.

– BŁEEE! – powtarzał co chwilę między kolejnymi płukaniami, a dzieci śmiały się tak, że pospadały z kuchennych krzeseł i znalazły się na podłodze.

– Ale zimne mleko jest pyszne! Po prostu pyszne! – krzyknęła Nora.

– No właśnie! – zawołała Ellen.

– Nie – odparł Krumme. – Do ch..., nie jest.

– Ależ jak najbardziej – powiedział Erlend. – Nasze małe, słodkie dziewczynki dawno to zrozumiały.

– Ale chłopak nie – dodał Leon, który też nie lubił mleka. Wypijał jednak szklankę, kiedy go o to prosili, wiedział, że tak trzeba, żeby rosnąć i mieć mocne kości i zęby. A jeśli Leon protestował, Krumme mawiał: Małe dzieci po to mają zęby mleczne, żeby pić mleko. Nikt nie słyszał nigdy o zębach soczkowych.

Erlend twierdził z uporem, że mleko i chleb stanowią dobre i właściwe pożywienie dla dzieci. Dlatego w ramach podwieczorku dostawały chleb wypiekany z ekologicznego zboża, z jakimś dodatkiem i sokiem albo mlekiem do popicia. Na kolację jadały owsiankę z owocami, również wtedy, gdy zostawały u matek. Była łatwa do przyrządzenia i do tego zdrowa. Płatki owsiane oczywiście też musiały być organiczne.

Erlend nauczył Jytte piec chleb. Jytte i Lizzi aż do porodów odżywiały się wyłącznie białym chlebem i niedopieczonymi mrożonymi bułeczkami firmy Hatting, ale jedzenie dla dzieci nie było tylko jedzeniem, Krumme i Erlend byli co do tego zgodni. Pożywienie stanowiło klocki potrzebne do wykonania tej nieskończenie skomplikowanej pracy, jaką było zbudowanie dorosłego ciała. Trzech dorosłych ciał.

– A w tej kwestii nie będziemy na niczym oszczędzać! – mawiał Krumme z tak wielkim patosem, że nikt ani przez chwilę nie miał najmniejszych wątpliwości, iż dokładnie to ma na myśli. Poza tym posiadał i niezbędne pieniądze, i wolę, aby przeprowadzić swój zamiar.

Erlend kochał te jego wypowiedzi, czuł się od tego bezgranicznie wprost bezpieczny, tak jakby stał na mostku kapitańskim ogromnego statku, którym dowodził Krumme, a on sam był pierwszym sternikiem i obaj byli ubrani w eleganckie mundury ze złotymi sznurami, guzikami i epoletami oraz w białe czapki marynarskie z wyszywanymi złotą nicią kotwicami ponad błyszczącym daszkiem.

Ale nie wpadali w histerię. Wśród produktów w lodówce stała również Nutella, a jeśli nie udało im się dostać ekologicznego sera, kupowali jego zupełnie zwykłą i zapewne szkodliwą wersję, to samo tyczyło się mięsa. Dzięki temu zachowywali słuszną równowagę.

W dni powszednie dzieci nie jadały obiadów w domu, ponieważ chodziły do prywatnego przedszkola, o którym Erlend wyrażał się, że jest „drogie do wyrzygu”. Nawet nie dostali w nim zniżki grupowej, chociaż posyłali tam trójkę dzieci. Jednak nie było się o co wykłócać, kolejka oczekujących była nieznośnie długa, a oni dostali miejsca tylko dlatego, że dyrektorka, która była również współwłaścicielką przedszkola, uważała ten układ rodzinny za „niesłychanie interesujący” i „fascynujący”. Dlatego też chciała na wszelkie możliwe sposoby przyczynić się do „harmonijnego dzieciństwa” maluchów. Krumme poczuł się trochę urażony, słysząc takie sformułowanie, ale jak stwierdził później, ze względu na dzieciaki ugryzł się w język.

W przedszkolu uprawiano własne warzywa w ogródku za budynkiem, dzieci jadały rybę i białe mięso pochodzące od drobiu z wolnego wybiegu, a mięso czerwone tylko jeden raz w tygodniu. Oprócz wysoko wykwalifikowanych pedagogów przedszkole zatrudniało własnego kucharza, a menu wykraczało daleko poza posiłki przeciętnego duńskiego obywatela pod względem walorów odżywczych i różnorodności.

W weekendy cała duża rodzina spotykała się na wspólnych obiadach albo u Jytte i Lizzi, albo w domu przy Gråbrødretorv, najchętniej wszyscy siedmioro, o ile nikt nie miał innych planów. Weekendy to był ich wspólny, konstruktywnie spędzany czas, wypełniony ciekawymi wycieczkami i pysznymi, celebrowanymi posiłkami, podczas których dzieci mogły swobodnie przybiegać do stołu i od niego odchodzić, zjadając to, co najbardziej im pasowało.

Jeśli któremuś z maluchów zasmakowała testowana potrawa, pozostali od razu też chcieli jej spróbować. Matki były przekonane, że dobrowolny wybór jedzenia wspiera rozwój zasady przyjemności w dziedzinie odżywiania, z czym Krumme zgadzał się całkowicie, natomiast Erlend uważał, że to wszystko bliższe jest raczej totalnej anarchii gastronomicznej. Mimo to nie zabierał głosu w tej sprawie i starał się skupiać na własnym talerzu, jako że anarchiści tak czy owak stanowili większość.

– A po soku chcę dostać też mleko – rzekła Nora. – W sumie – dodała, jako że właśnie nauczyła się tego określenia i korzystała z niego przy absolutnie każdej nadarzającej się okazji w celu podkreślenia wagi swoich słów.

– Jeśli miałbym powiedzieć coś dobrego o Norwegii, to mają tam najlepsze mleko na świecie – stwierdził Erlend.

– Nie mogę z tym dyskutować – odezwał się Krumme – ponieważ nigdy go nawet nie spróbowałem.

– Najlepsze na świecie. Nie zmyślam – powiedział Erlend. – A to dlatego, że krowy żyją tak zdrowo.

– Co to są klooowy? – zapytał Leon.

– Krowy. Jedna krowa. Zwierzę, które je trawę, ma rogi i daje mleko – wyjaśnił Erlend.

– Mają rogi? – zapytał Krumme. – Wydawało mi się, że dotyczy to tylko byków.

Erlend nagle sam zaczął mieć wątpliwości.

– Co takiego tam przyrządzasz? – zapytał. – W tych rondlach?

– Zupę z soczewicy z dodatkiem wędzonej golonki, a w osobnej miseczce będzie fenkuł, cebulka i zioła, bo nie chcę, żeby rozgotowały mi się w zupie na miazgę.

– Mniam. To brzmi bombastycznie. Ale wróćmy do tematu. Krooowy, Leonie, krowy pasą się na łące, oddychają świeżym powietrzem i jedzą czystą, zieloną trawę i z tej trawy robią w swoich brzuszkach pyszne mleko. A tutaj w Danii stoją w oborach i do jedzenia dostają zupełnie inne rzeczy.

– Widziałam je – powiedziała Ellen – Na dworze.

– Pewnie i tutaj niektóre wychodzą na dwór, skarbie – rzekł Erlend. – Ale w Norwegii chodzą sobie wysoko w górach, gdzie powietrze jest czystsze niż tutaj w Danii. Krumme, zrób dzieciom jeszcze kilka kanapek, ta zupa może chyba się sama popilnować przez dwie sekundy. Co chcecie mieć na chlebie?

– Ser.

– Ser.

– Nutellę.

– Nie. Jedna kanapka z Nutellą wystarczy, Leonie. Trzy z serem, Krumme. A trawa na większej wysokości jest bardziej zielona i...

– A więc w Norwegii istnieją wysokogórskie krowy z rogami? – zapytał Krumme.

– Przestań marudzić wreszcie z tymi rogami!

– Tak! Powinniśmy naprawdę wykorzystać to jako temat dla „BT”, to brzmi naprawdę egzotycznie. Chciałbyś może espresso, myszko? Muszę jakoś pozbyć się z ust tego smaku mleka.

– Pewnie uzyskasz w ten sposób cappuccino, jak tylko upijesz łyk. Tak czy owak, najlepsze mleko na świecie. Trochę jak w Szwajcarii, Krumme, tam krowy też chodzą wysoko po górach zamiast szwendać się między nadbrzeżnymi kamieniami jak tutaj w Danii, o ile w ogóle uda im się wyjść na zewnątrz. W sumie dokładnie rzecz ujmując, nigdy nie próbowałem szwajcarskiego mleka, ale robią tam znakomite czekolady, w Norwegii podobnie, a to przecież zależy wyłącznie od mleka.

– Belgijska czekolada też jest wyborna, a Belgia nie może się pochwalić nadmiarem gór.

– Belgijska czekolada sprowadza się tylko do nadzienia, Krumme! A ja mówię o czystej, mlecznej czekoladzie! A w tej materii Norwegia i Szwajcaria nie mają sobie równych. Nie-ma-ją.

– Chcę ladę – rzekł Leon.

– Przecież właśnie zjadłeś kanapkę z Nutellą – odparł Erlend. – W niej też jest kakao. W zwykły dzień tygodnia tyle wystarczy, skarbie. A może... mamy przecież osiemdziesięcioprocentową czekoladę na gorąco twojego taty, tę prawie całkowicie czarną, którą tak lubi. Może chcesz kawałek, Leonie?

– Nie! Fuj...

– Ona obniża cholesterol, coś mi się zdaje, że też zjem sobie kawałek do espresso. Czy trzylatki mają cholesterol, Krumme?

– Mam szczerą nadzieję, zważywszy że to ważny dla życia element ludzkiego metabolizmu. Proszę. A ja przyniosę dla nas lekarstwo na cholesterol.

Krumme pocałował Erlenda w czoło, stawiając przed nim malutką filiżankę espresso. Kiedy Erlend siedział, a Krumme stał obok niego, i tak był tylko niewiele wyższy od Erlenda.

– Przypomniało mi się nagle, co chciałem ci opowiedzieć! – zawołał Erlend. – O tym, czego się dzisiaj dowiedziałem i za sprawą czego spojrzałem nowymi oczami na całą sytuację na świecie.

Krumme westchnął.

– Ty to masz energię, aż mnie uszy bolą. Rozumiałbym, gdyby trójka małych dzieci wykończyła dorosłego człowieka, ale z tobą jest jeszcze gorzej.

– Kochasz to. Teraz tylko udajesz, a tak naprawdę umierasz z ciekawości.

– Wiesz, że nie lubię plotek.

– To nie plotki – odparł Erlend. – I dobrze wiesz, że nienawidzę tego słowa. Plotki. Jakie ohydne określenie. Kojarzy mi się z ciotkami. I równie dobrze wiesz, że preferuję pojęcie „nieformalny przepływ informacji”. Ale to są twarde fakty, mój ukochany.

– No to dawaj – powiedział Krumme, przykręcając gaz pod rondlami i opadając na krzesło przy stole.

– Chodzi o Putina – rzekł Erlend. – Teraz już wszystko rozumiem! Dlaczego ma taką manię wielkości. Dlaczego chciałby ciągle gdzieś robić inwazję. Dlaczego pozwala się fotografować w tych wszystkich żałosnych pozach przedstawiających go jako macho, na przykład w łodzi podwodnej albo półnago na koniu. Dlaczego lekceważy i zastrasza ludzi i całe kraje, nie wyłączając własnych rodaków.

– A przyczyną jest...?

– Ma tylko metr sześćdziesiąt trzy wzrostu! To wszystko wyjaśnia. Ma zatem ten kompleks, sam rozumiesz!

– Czy to prawda? Mój Boże. Faktycznie można by o tym napisać. Naprawdę – dodał, głaszcząc Norę po włosach. W odpowiedzi wdrapała mu się na kolana.

– Nie! Nie wolno wam. To oficjalnie tajemnica. Jeśli napiszecie o tym w „BT”, Dania może znaleźć się w kiepskiej sytuacji i już następnego dnia będzie tu Rosja. A rosyjskie wino musujące smakuje obrzydliwie, Krumme, więc nie chcemy go tutaj. Ale to naprawdę wyjaśnia wszystko. Sądziłem, że się ucieszysz, w końcu sam masz... metr sześćdziesiąt dwa.

W ostatniej chwili udało mu się powstrzymać od dodania małego „tylko”, które wręcz cisnęło mu się na usta.

– Szczerze mówiąc, wolę porównanie z Tomem Cruise’em albo Dustinem Hoffmanem – rzekł Krumme i pocałował Norę w karczek, podnosząc najpierw jej długi, ciemny warkoczyk. Zarówno Nora, jak i Ellen miały długie, ciemne włosy, które zawsze były zaplecione, ponieważ dziewczynki nie cierpiały kołtunów i wrzeszczały na wyścigi przy każdej próbie dokładnego rozczesania czy wyszczotkowania włosów.

– Przyszło mi właśnie coś do głowy, nie całkiem na temat, ale w kwestii niewysokich mężczyzn – rzekł Krumme. – Pamiętasz może, jak Woody Allen powiedział kiedyś, że nie może słuchać Wagnera, bo zaraz czuje gwałtowną chęć, żeby zaatakować Polskę.

– Boże... to ciekawe, że wspominasz o Woodym Allenie. Prawie dostałem gęsiej skórki! Przez cały dzisiejszy dzień o nim myślę!

– A to w związku z czym, myszko? Z wystawą, nad którą pracujesz?

– Tak. Będzie genialna. Nie żebym wpadał w samozachwyt, ale taka właśnie będzie. Naprawdę.

Nora włożyła kciuk do buzi, przysłuchując się każdemu jego słowu, nieskończenie śliczna malutka dziewczynka, prawie zapomniał, co chciał powiedzieć, musiał natychmiast nachylić się i pogłaskać ją po policzku. I pomyśleć, jacy przerażeni i spanikowani byli na wieść, że będą mieli trójkę dzieci, a potem wszystko potoczyło się tak gładko, naturalnie i zwyczajnie. Oczywiście nie od samego początku, ostatni czas przed porodami i zaraz potem stanowił przedsionek piekła, ale teraz uważał, że wszystko idzie jak po maśle.

Dzieciaki były spokojne i rozwijały się harmonijnie, już dawno temu wyrosły z pieluch, nie miały żadnych alergii ani nietolerancji pokarmowych, chociaż w obecnych czasach było to prawie w modzie, to była chyba jedyna modna rzecz, za którą nie tęsknił, nawet w eleganckich restauracjach w menu podawano, czy poszczególne dania zawierają gluten, jajka albo orzechy, ćwierć daktyla albo dwa ziarenka cukru, to była taka nowoczesna masowa histeria i gdyby on był kucharzem w takim miejscu, to na pewno w niedługim czasie poderżnąłby sobie oba przeguby nożem do krojenia indyka.

– To opowiedz o tej wystawie, no już – powiedział Krumme.

– Oczywiście! Kojarzysz ten wypasiony sklep z antykami, który otworzyli ostatnio przy Gammeltorv?

– Nie, myszko, nie kojarzę.

– No tak, to zrozumiałe. Nie jesteś miłośnikiem zakupów. Ale mniejsza o to. Odkryłem przezroczyste, plastikowe tworzywo, którym pokrywam szybę od środka, to pieprz... wymagająca praca, bo najdrobniejszy pęcherzyk powietrza zepsuje cały efekt, więc podczas montażu posuwaliśmy się centymetr po centymetrze i już jest gotowe. A ta plastikowa warstwa sprawia, że każda rzecz na wystawie zyskuje coś na kształt patyny w kolorze sepii, trochę jak na starych zdjęciach. Więc myślałem sporo o Złotych czasach radia Woody’ego Allena, ten film też ma takie barwy, no wiesz, lekko złote i prawie pozbawione połysku, nieco brudne, sam nie wiem, jak miałbym to określić, ale tak czy owak, ta wystawa to dokładnie Złote czasy radia.

– Wyszło pięknie?

– A zgadnij! Absolutnie spektakularnie. Można również kupić szybę, która stworzyłaby taki sam filtr światła, ale na takie wielkie okno wystawowe kosztowałaby majątek, może z czasem pozwolą sobie na to. Niezależnie od tego, jak pospolita będzie wystawiona komoda albo krzesło, przypominać będzie mebel ze starej fotografii. Musisz tam pójść i zobaczyć. Ludzie przecież kochają nostalgię. Czy jesteś w stanie zrozumieć to przywiązanie do przeszłości? Czy ty to pojmujesz?

– Tak. Pojmuję, myszko. Ale do tego trzeba mieć dobre wspomnienia z przeszłości.

– Trafiłeś w samo sedno, Krumme. Też o tym sporo dziś myślałem. Że stałem się odpowiedzialnym ojcem rodziny...

– No to prawda...

– ...ale że to jest rodzina przyszłości! A nie miniona rodzina. Stworzyliśmy teraz własną, małą rodzinę i nie zamierzam pielęgnować dawnych więzi.

– Mamy przecież moją siostrę i ojca.

– Snobów.

– Ale istnieją. I od czasu do czasu się z nimi spotykamy.

– Ale nie pielęgnujemy tych więzi, Krumme. Wystarczy, że zajmują się czule sobą nawzajem i każdy na własny użytek.

– Właśnie, czy ostatnio odzywała się do ciebie Torunn?

– Po co, do diabła, nagle o tym wspominasz? Przecież dobrze wiesz, że całe wieki minęły od ostatniej rozmowy, inaczej bym ci powiedział. Nasze relacje stały się jednostronne, przecież to zawsze ja musiałem wykazywać inicjatywę i miałem tego po jebane dziurki w nosie.

Leon bystrze podniósł głowę.

– Tak bardzo dosyć – poprawił się szybko Erlend. – Chcesz jeszcze pić, Leonie? Może jakieś smoothie?

– Wtedy będzie się czuł zbyt najedzony, a zaraz będzie wieczorna owsianka – rzekł Krumme. – A Margido, zdaje się, wpadł już do tej samej szuflady? Szuflady z napisem „miniona rodzina”.

– Całkowita racja. Co takiego jest z nimi nie tak? Mają telefon i dostęp do poczty, a nawet średniej wielkości lotnisko! I nawet nie chciało im się przyjechać na imprezę z okazji nadania imion dzieciom, chociaż zaoferowaliśmy im gratisowy pobyt w hotelu. Te żałosne usprawiedliwienia. Ech, nie! Porozmawiajmy o czymś przyjemnym. O marnym metrze i sześćdziesięciu trzech centymetrach Putina.

– No, no, weź trochę na wstrzymanie. Daję sobie nieźle radę również bez tego jednego centymetra.

– To dlatego, że masz siłę wewnętrzną, mój piękny. I w związku z tym nie potrzebujesz siedzieć na koniu z gołym torsem. Chociaż ten widok na pewno odwróciłby uwagę niejednego wojowniczego dyktatora. Przyczyniłbyś się do zaprowadzenia pokoju na świecie, Krumme. A twój brzuszek zapewniłby ci Pokojową Nagrodę Nobla.

– Co będziesz im czytał dziś wieczorem? – zapytał Krumme. – Kiedy będę robił dla nas kolację?

– Jeszcze nie zostało to zdecydowane, mój osobisty Władimirze. Ustalimy te sprawy w łazience.

– Tatuś powiedział „jebane” – rzekł Leon. – Naprawdę.

– Ależ skądże, nic podobnego nie powiedziałem, mój książę. Powiedziałem... „zatkane” – stwierdził Erlend.

– You lie to your son?[3] – zapytał Krumme.

– Chcę go chronić. To przecież nasze zadanie jako odpowiedzialnych rodziców. Odpowiedzialność, którą traktuję bardzo poważnie. Właśnie, czy wyjąłeś sery z lodówki? Chyba pamiętasz, że kupiłem do nich ten pyszny chlebek figowy? Do zjedzenia po zupie z soczewicy?

– Sery leżą już na blacie i dochodzą.

– Dzięki Bogu. Świat jest piękny. Chrzanić rosyjską inwazję.

– No proszę. A ty kim jesteś, maluchu?

Margido niewiele wiedział o ptakach. Maleńkie stworzonko siedzące na ziemi i spoglądające na niego spośród wrzosów miało czerwoną plamkę na piersi, poza tym było brązowe. Gil? Nie, gile są większe, całe brzuszki mają jaskrawoczerwone, tyle w każdym razie wiedział, widywał gile niezliczone razy, zarówno przy karmniku w Neshov, jak i na nostalgicznych kartkach bożonarodzeniowych, gdzie zawsze skubały obfite świąteczne snopki na tle śniegu, starych drewnianych chat i w towarzystwie skrzatów w czerwonych czapeczkach wyglądających zza rogów domów.

To właściwie dziwne, że jego wiedza o ptakach była tak wątła, dorastał w końcu w odległości krótkiego spaceru od rozlewiska rzeki Gaula, mekki ornitologów. Wiele ptasich gatunków urządzało sobie tam stację pośrednią w swoich podróżach na północ i na południe. Ale on nie miał nigdy nart ani wędki, nie chadzał na piesze wędrówki, nie wspinał się po górach, nie tęsknił do tego i wcale go to nie pociągało.

Chyba dlatego, że w ogóle mało go obchodziła przyroda. Wolał asfalt, schody i płaskie podłogi, stworzone przez człowieka ciągi komunikacyjne i pojazdy silnikowe, przewidywalne otoczenie dostosowane do jego potrzeb. Ptakami, z którymi miał na co dzień najwięcej do czynienia, były jaskółki, często wybierane jako motyw dekoracyjny nekrologów. A także ptaki, o których czytał w Biblii. Ale to było jednak coś innego, emblematy w alegoriach.

– „Przypatrzcie się ptakom podniebnym – powiedział do nikogo konkretnego – nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi...”[4]

Zdarzało się, że wychodził na swój mały balkon i patrzył w gwiazdy, dużo rzadziej – na zorzę polarną, wprawiało go to w niemal sakralny nastrój.

Natomiast dzika natura na poziomie ziemi nieszczególnie do niego przemawiała. To też oczywiście było Dzieło Stworzenia, nie ważyłby się zaprzeczyć, że trzeba przed nim chylić głowę z szacunkiem, ale Dzieło to wzbudzało w nim zainteresowanie o charakterze czysto teologicznym i abstrakcyjnym.

A mimo to siedział tu teraz, pośród natury. Na pieńku w lesie, z odwiniętym z papieru drugim śniadaniem na zaciśniętych kolanach, w zupełnie zwyczajny dzień powszedni na początku marca.

– Zaraz dostaniesz. Proszę bardzo. Co prawda nie jestem twoim ojcem niebieskim, ale pożywić cię mogę, On to na pewno doceni.

Margido odkleił papier od górnej kromki chleba, oderwał szczodry kawałek skórki i rzucił go podskakującemu w wyschniętych wrzosach ptaszkowi. Samotne małe stworzonko rozdziobało chleb, jakby się bało, że ktoś mu go zabierze, i lecąc nisko z ciążącym mu pełnym brzuszkiem, zniknęło między pniami drzew. Margido śledził je wzrokiem, błyskawiczne uderzenia małych skrzydeł zlewały się w jego oczach w jeden drgający trzepot.

W tej samej chwili zwrócił uwagę na świergot w koronach drzew, głośny, intensywny, musiało tam siedzieć wiele ptaków. Usłyszał je dopiero teraz. Jednemu pełnemu ekscytacji szczebiotowi zaraz odpowiadał drugi. Ależ one nadawały.

Te istotki potrafiły zafascynować niektórych ludzi tak bardzo, że gotowi byli zjeździć cały kraj wzdłuż i wszerz, by na własne oczy zobaczyć jakiś ciekawy okaz. Margido pomyślał o Yngvem Kotumie, synu gospodarza majątku sąsiadującego z Neshov. On także podglądał ptaki, zanim popełnił samobójstwo, kiedy to właściwie było? Krótko przed śmiercią matki, o ile dobrze pamiętał, a przeważnie się nie mylił, gdy chodziło o kogoś, kogo sam pochował, to było zaraz przed świętami cztery lata temu. Uniósł głowę, zerkając przelotnie na korony drzew, w „Adresseavisen” pisali, że ptaki budują teraz gniazda, parzą się i są bardzo zajęte, „najwcześniejsza wiosna wszech czasów”, głosił dzisiejszy nagłówek, „gniazdowanie już ruszyło”, donoszono.

Zima była zaskakująco sucha, ciepło zaczęło się robić zaraz po świętach, nie miał siły zastanawiać się nad tą całą gadaniną o zmianach klimatycznych, jeśli jakieś zmiany mają być, to będą, nieważne, czy wrzuci kawałek plastiku do tego czy innego kontenera, ale tak czy inaczej pilnował, by robić to jak trzeba, oczywiście, że tak, sortował odpady dokładnie i pieczołowicie. Mimo to było strasznie sucho, sosnowy las sprawiał wrażenie na wpół martwego, wrzosy więdły, rolnicy byli zrozpaczeni, o czym także donosiły gazety. Wysychały koryta strumieni, poziomy w zbiornikach były alarmująco niskie, ludzi proszono, by oszczędzali wodę, powstrzymując się między innymi od mycia aut, ale jemu na szczęście udzielono dyspensy. Karawan musiał lśnić czystością, wszyscy to rozumieli, także Stein-Ove w myjni.

– Twój wóz będzie shiniest in the city![5] – oświadczył Stein-Ove, lubiący zadać szyku wtrącaniem do zdań angielskich zwrotów. – Nawet bardziej flashy niż w Kalifornii, The Sunshine State, a tam już zaczęli spryskiwać trawę zielonym lakierem... Pomyśl tylko, Margido! Fundują trawnikowi taką green spray tan[6], po tym jak sami wrócą z opalania natryskowego. Tak, bo nie myśl sobie, że oni wystawiają się na słońce, mimo że u nich świeci trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku! Ha, nic z tych rzeczy. Bo wiesz, od tego można dostać wrinkles. Wrinkles and skin cancer[7]. Ale w Kalifornii karawany też mają dyspensę. Można lać wody, ile wlezie. Poza tym tak woskujesz swojego caprice’a, że wystarczy spłukać kurz i tyle. Twój wosk właściwie oszczędza wodę.

– Wydaje mi się, że to Floryda jest nazywana Sunshine State.

– A całkiem możliwe. Whatever. Prawie nigdy nie pada deszcz w Kaaaaaaalifornii i to też się zgadza, mark my words[8].

Na pieńku niewygodnie się siedziało. Podobnych widział dookoła mnóstwo, pewnie to jakaś poręba, ale stara, inne pozostałości drzew musiały się dawno rozłożyć. Zerknął na odpakowane z papieru drugie śniadanie. Widok ten przepełnił go bezgranicznym poczuciem bezpieczeństwa, bo jego własnoręcznie przygotowane kanapki zawsze wyglądały tak samo, poza kolejnością, w której je układał, ta zależała bowiem od dodatków.

Dziś na szczycie leżała kromka z żółtym serem Jarlsberg i pastą kawiorową wyciśniętą z tubki na kształt litery S, teraz z oderwanym brzegiem, którym pożywił się ptak. Spod spodu wystawał niewielki półksiężyc salami z kromki poniżej. Koziego sera leżącego na dolnej kromce nie było widać, ale on wiedział, że tam na niego czeka i że jest go całkiem sporo, bardzo lubił kozi ser, ten nieco ostry posmak, który pozostawiał w ustach. Kromka z żółtym serem nie zawsze lądowała na szczycie – umieszczał ją tam tylko w dni, gdy ozdabiał kanapkę pastą kawiorową, wtedy musiała leżeć na górze, żeby inne kromki nie ubrudziły się pastą. Gdyby do salami dodał kilka plasterków ogórka, albo może odrobinę majonezu, wtedy to tę kromkę spotkałby zaszczyt spoczęcia na pierwszym miejscu.

Przyszła mu do głowy nagła i dziwaczna myśl, że nigdy nie robił sobie drugiego śniadania z ogórkiem i pastą kawiorową naraz. Zawsze przyozdabiał dodatkowymi składnikami tylko jedną kromkę.

Kanapki przygotowywał na autopilocie, pomyślał, że procedurę ozdabiania ich i układania we właściwej kolejności zdążył najwyraźniej opanować tak, że weszła mu w nawyk. I bardzo dobrze. Dzięki temu unikał konieczności podejmowania decyzji jeszcze przed wyjściem z mieszkania i rozpoczęciem dnia pracy.

Poranne rytuały miały być właśnie tym: rytuałami. Wyznaczać bezpieczne ramy. Każdej z jego koszul odpowiadał pasujący do niej krawat, do każdego takiego zestawu mógł włożyć dowolny z posiadanych garniturów. Nie było się nad czym zastanawiać, chodziło tylko o regularną rotację i wymianę zużytych części garderoby. Ubrania przygotowywał sobie zawsze wieczór wcześniej, także w weekendy, na wypadek konieczności nagłej wizyty u kogoś w domu.

Podniósł do ust kromkę z jarlsbergiem, odgryzł kęs, słony smak pasty kawiorowej szczypał przyjemnie tył podniebienia.

Nie miał kawy. Kiedy ostatnio jadł drugie śniadanie bez kawy? Po prostu skręcił z drogi, wziął kanapki, wysiadł z samochodu, zamknął go i ruszył przed siebie niepozorną leśną ścieżką, której początek dostrzegł przypadkiem niedaleko niewielkiej brzeziny; szedł, aż stracił auto z oczu, a w końcu usiadł na tym pieńku.

Przeczytał gdzieś, że już tylko Norwegowie pozostawali wierni kanapkom na drugie śniadanie, nawet Duńczycy i Szwedzi rezygnowali z zawiniętych w papier kromek chleba na lunch, że to wszystko przez fakt, iż Norwegowie byli kiedyś tak biednym narodem. Chleb i coś do chleba. Zupełnie inaczej niż w kuchni śródziemnomorskiej, gdzie królowały egzotyczne jarzyny. Norwegom pozostawały stare dobre warzywa korzeniowe, ziemniak, marchew, brukiew, mogące bezpiecznie rosnąć pod ziemią, podczas gdy na jej powierzchni siał spustoszenie surowy klimat. Ale warzywa jadło się do obiadu. Przed południem zawsze kanapki.

Wciąż przeżuwając, sięgnął po kromkę z salami. Woskowany papier, którym oddzielał od siebie kanapki, zgniótł i ułożył na papierze śniadaniowym, obok kromki z kozim serem. Kozi ser bez smaku kawy, nie, tak nie da rady, pomyślał i zdecydował, że zostawi tę kanapkę na później.

Siedział z przymkniętymi oczami, pochyloną głową i ustami pełnymi jedzenia, było suche i ciężko się je żuło, otworzył wreszcie oczy i przełknął ostatni kęs, po tym krótkim spacerze noski jego butów nabrały koloru matowej szarości, powinien był włożyć kalosze, chroniące obuwie przed kurzem i zarysowaniami, ale zostawił je przecież w aucie. Tuż przy jego prawym bucie piął się w górę maleńki kwiatek podbiału. Niewielka roślinka, której udało się znaleźć dość wilgoci, by móc przecisnąć się z ziemi ku światłu, nowe życie czerpiące moc z pozostałości zeszłorocznych, od dawna martwych przedstawicieli tego samego gatunku. Żółciutki symbol dzieła stworzenia, życia pośród śmierci.

Śmierci.

Tak marginalnej, a jednocześnie tak wszechobecnej. Wszędzie dookoła, wokół tego małego pieńka w tym wielkim lesie, śmierć kroczyła ręka w rękę z życiem, stała na barkach życia, w każdej chwili gotowa, by rzucić je na kolana. Oto i sens, równowaga, harmonia.

Rachunek się zgadzał.

Zupełnie inaczej niż w jego życiu, niewiele tam było równowagi i harmonii, miał dość, był tak zmęczony, że łapał się czasami na tym, że chciałby zapaść na śmiertelną chorobę, nieszczególnie bolesną, chorobę, która zdjęłaby z jego barków całą odpowiedzialność i dała mu godną, szybką śmierć w otoczeniu profesjonalnych pracowników służby zdrowia dbających o jego potrzeby. Oddać los w cudze ręce, móc odpocząć, stanąć przed Stwórcą, będąc pewnym w swej wierze.

Życie zaczęło męczyć, w jego ciało wpił się jakiś smutek, żal, którego nie rozumiał.

Ptaszek wrócił, to musiał być ten sam, co wcześniej, wyglądał identycznie.

– No to teraz będzie z kozim serem.

Uznał, że może równie dobrze pokruszyć całą kromkę, rozrzucił chleb we wrzosach tuż przed pieńkiem, zlizał z palców masło i resztki sera, zmiął papier śniadaniowy w kulkę.

Co on, do diabła, tutaj robił, siedział zupełnie bez celu i sensu. Ale byłoby tak dobrze móc się położyć między pieńkami i umrzeć spokojnie i godnie, tak jak ta stara kobieta w balladzie Egguma, ta, która umarła, idąc po wodę, a „wokół jej spódnic rosły konwalie”, ziemia się pod nią otworzyła, przygarnęła ją z powrotem do swojego łona, taka piękna myśl, przymknął oczy i poczuł, że bardzo chce mu się płakać, ale oczywiście nie był w stanie, doskonale to wiedział.

Bo jaki to wszystko ma sens. Nawet liturgia nie dawała mu już szczególnej radości. Ale co takiego sprawiło, że zatrzymał auto, zostawił je, wszedł do lasu i znalazł ten pieniek? Spróbował sobie przypomnieć. Miał włączone radio samochodowe, czyżby to jakaś muzyka wytrąciła go tak z równowagi? Nagle doznał objawienia. Ktoś zaczął mówić o „platformach społecznościowych”, a jemu zachciało się wymiotować.

Wszystkie te słowa, cała ta pusta, nowa rzeczywistość zmieniająca jego codzienność i jego zawód. Cała branża biur pogrzebowych pędziła naprzód niczym pociąg pospieszny, a on został na peronie, prawdziwej platformie, którą chociaż można zobaczyć.

Po co nazywać tę nową rzeczywistość, która nawet nie była rzeczywistością, lecz jedynie plątaniną abstrakcji, tymi wszystkimi zaskakująco konkretnymi terminami? Platforma to konstrukcja z betonu lub drewna, wzniesiona przed dworcem kolejowym albo domem, ma formę tarasu. Budka na mleko to też właściwie mała platforma. Wielkie platformy wiertnicze na Morzu Północnym zostały być może zbudowane z czegoś innego, ale tak czy inaczej były konkretne i namacalne, można było tam pojechać, zważyć je i zmierzyć.

Ale platformy społecznościowe?

Nie nadążał za duchem czasu, ot i wszystko. Dostawcy płyt nagrobnych też zaczęli już wysyłać faktury mailem. Nie można było przejrzeć aktualnej poczty, mimo że w biurze dopiero co był listonosz, o nie, żeby być na bieżąco z pocztą i rachunkami, trzeba było co godzinę sprawdzać maila.

Panie Marstad i Gabrielsen wiedziały, jaki ma do tego stosunek, więc drukowały faktury i kładły je schludnie złożone na jego biurku, tak by wyglądały jak prawdziwe faktury, ale nie było już żadnych procedur, żadnej przewidywalności.

To samo tyczyło się zgonów. Strony ku czci zmarłych na Facebooku, księgi kondolencyjne i całe listy nazwisk na ekranie. „Zapal światełko na FB”. Była nawet apka na komórkę informująca o zgonach.

Apka.

Branża nastawiała się, że za kilka lat nekrologi w ogóle znikną. Za dużo kosztowały. Internet natomiast był darmowy. Wszystkie te bezosobowe kanały komunikacji, wszystkie te emocje kierowane do ekranu, a nie do ludzkiej twarzy. Coraz częściej bliscy zmarłego dowiadywali się o jego śmierci w internecie zamiast od pełnego współczucia księdza z krwi i kości, który stawał na ich progu, w najgorszym razie być może z policjantem lub lekarzem, jeśli w grę wchodził nagły wypadek. Ciepłe, żywe dłonie, prawdziwe ramię, na którym można płakać, niosące pociechę słowa szeptane do ucha. „No już, już...”

Teraz o śmierci ludziom mówił ekran.

Śmierć została mu odebrana. Wyjęto ją z jego rąk. Jego profesja bardzo zmieniła się w ciągu ostatnich dekad, przerosła go, a on ze wszystkich sił starał się za nią nadążyć.

Mówiło się „w dawnych czasach”, wspominając wydarzenia sprzed kilku zaledwie lat. Wciąż było tak, że w „Wiadomościach” nie podawano nazwisk ofiar wypadków przed powiadomieniem o tragedii rodziny. Ale nie minie wiele czasu, a i ten pełen szacunku zwyczaj pewnie też zaniknie. Gdzie się podziała godność? Nabożny stosunek do śmierci? Respekt? Zaskakujące było też to, że równocześnie śmierć stawała się coraz bardziej oddalona od ludzkiego życia, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Coraz mniej było tych, którzy na własne oczy widzieli martwego człowieka. A jak można chwalić życie, nie znając śmierci?

Cóż. On śmierć znał. Jeśli o kimś można w ogóle powiedzieć, że ją znał, to był to właśnie on. A siedział tu teraz przecież, marząc o śmierci i nieszczególnie chwaląc przy tym życie. Przymknął oczy i zrobił głęboki wdech, wciągając powietrze przez nos, ta natura, do której nie miał żadnego stosunku, wydzielała silną, autentyczną woń, cały świat przestał dla niego istnieć, siedział tu niczym otyła skamielina z brudnymi butami i zmiętym papierem śniadaniowym w dłoniach.

Gdyby tylko wszystko potoczyło się inaczej wtedy, gdy pojawiła się Torunn, gdyby nie wyjechała, gdyby to wszystko się nie skończyło. Tak bardzo za nią tęsknił.

To wszystko była wina Erlenda. Zupełnie jakby żył w operze mydlanej. Wydawało mu się, że mogli zostać rodziną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko dlatego, że łączyło ich to samo DNA, i zachowywał się, jakby ich drzewo genealogiczne wyrosło w ciągu jednej nocy. Nie pojmował, że z tak kruchą konstrukcją należy obchodzić się ostrożnie, nie majstrować przy niej, zanim nie wyschnie klej.

Torunn.

Zdążył nie tylko ją pokochać, nabrał do niej także głębokiego szacunku.

Ale nie był wcale pewien, czy ona to zrozumiała, a teraz, tak czy inaczej, było już za późno. Nie upomniała się nawet o swoją część kwoty za gospodarstwo, a przecież wiedziała, że Neshov zostanie wystawione na sprzedaż zaraz po jej wyjeździe. Fakt, że gospodarstwa nikt nie chciał kupić, że stało ono teraz tylko pogrążone w ciemnościach i martwe pośród wydzierżawionych pól, też najwyraźniej w ogóle jej nie obchodził.

Formalnie to jej przypadła masa spadkowa. Musiała przecież zapłacić od Neshov podatek majątkowy, wyliczony na podstawie stawek urzędu skarbowego, było w tym coś śmiesznego. Stare, walące się budynki wypełnione bezużytecznymi rupieciami.

Majątek. Żałosne.

Sam też do niej nie zadzwonił, ale cały czas miał nadzieję na pojawienie się jakiegoś kupca. Dowiedział się w tamtym czasie od jej matki, że Torunn chce przyjechać do domu, by sprzedać zarówno mieszkanie, jak i swoje udziały w klinice weterynaryjnej, osobiście nie widział w tym żadnej logiki, bo sądził, że Torunn wróci do swojego dawnego życia, oddzielając wszystko, co się zdarzyło, grubą, bezkompromisową kreską. Ale najwyraźniej było jej dobrze, skoro nie naciskała na przyspieszenie sprzedaży gospodarstwa. Nie miał zresztą siły się nad tym zastanawiać. Nad tym też nie.

Niech te budynki sobie stoją i podupadają coraz bardziej, w środku i na zewnątrz.

Wstał z pieńka. Z zesztywniałym ciałem, przemarzniętym krzyżem i nogami podreptał ostrożnie z powrotem do auta.

Komórka leżała na siedzeniu pasażera z rozświetlonym ekranem.

Cztery nieodebrane połączenia, wszystkie z biura. A przecież on zawsze był dostępny. Zawsze. Dzień i noc. Powie, że wyładowała mu się bateria, z nadzieją, że mu uwierzą, choć przecież wiedzą, że ma wszędzie ładowarki, łącznie z dwunastowatowym gniazdem w aucie.

Nigdy nie miewał wyładowanej baterii.

Zanim nacisnęła dzwonek Margrete, przystanęła na chwilę, lustrując drzwi mieszkania naprzeciwko.

Te zupełnie obce teraz drzwi, które przez wiele lat otwierała i zamykała z największą oczywistością. Zamykała je za sobą, idąc po zakupy, do dentysty, w odwiedziny do matki i wtedy jeszcze ojczyma, ruszając do pracy, by stawić czoła wymaganiom świata. Otwierała je, wracając: zmęczona, wypoczęta, szczęśliwa, przybita, lecz zawsze z poczuciem ulgi, bo zaraz miała wejść do swojego małego domu, do swoich rzeczy, bałaganu i wszystkich osobistych drobiazgów.

Sprzętów i mebli, które, pochowane w skrzyniach, stały obecnie w magazynie w Sandvika. Przedmiotów, których teraz właściwie już nie pamiętała. Jedynym obrazem, który stawał jej przed oczami, gdy z rzadka myślała o tym magazynie, była wysłużona sofa ze starym pledem, jej ulubione miejsce po ciężkim dniu, niczym jaskinia, do której mogła wpełznąć i zniknąć, zapaść w drzemkę lub pooglądać serial na swoim iPadzie. Ta sofa była jedynym, za czym tęskniła, osią jej dawnego życia.

Ale nie znalazłaby już jej za tymi obcymi drzwiami.

Wciąż była w stanie dostrzec ślady po śrubkach utrzymujących kiedyś w miejscu wąską mosiężną tabliczkę, podarowaną jej przez ojczyma, gdy kupiła swoje pierwsze mieszkanie. Torunn Breiseth, czarne, pochyłe litery na złocistym metalu. Ojczym zapakował tabliczkę w papier jedwabny, razem z kartką, na której napisał, że dodatkowo przelał na jej konto dwadzieścia tysięcy koron. „Żebyś się mogła urządzić, serdeczne uściski, Gunnar”.

Ależ się wtedy ucieszyła. Tak samo z wizytówki, jak i z pieniędzy. Nie miała pojęcia, gdzie się takie tabliczki kupuje, planowała zamiast tego zwykłą kartkę papieru z imieniem i nazwiskiem, skreślonymi długopisem, przymocowaną dwustronną taśmą klejącą pod dzwonkiem do drzwi na prawo, na chropowatej ceglanej ścianie.

Co to powiedział jej kiedyś ojciec? „Breiseth? To tak się dziś każesz nazywać?” Zupełnie jakby mogła otrzymać inne nazwisko niż panieńskie jej matki po tym, gdy ciężarna dziewczyna została odesłana jako niedoszła małżonka dziedzica z Neshov, bo zbyt szczodrze nałożyła sobie pasztetu podczas swoich pierwszych i ostatnich odwiedzin w gospodarstwie. A wierzyła wtedy, że z tym gospodarstwem i tym mężczyzną zwiąże na zawsze swoje życie. „Każesz się nazywać”... W oczach ojca to był tylko jakiś jej przydomek, nie to, kim była naprawdę. Pamiętała, jak śmieszne i żałosne wydało jej się wtedy takie rozumowanie.

Drzwi wyglądały teraz zupełnie inaczej niż wtedy, gdy były furtką do jej prywatnego życia. Sprawiały wrażenie, jakby przyozdobiono je na karnawał.

Nie było nazwisk wygrawerowanych w mosiądzu ani ręcznie namalowanych na porcelanie, ani nawet wypalonych ciemnobrązowymi literami na tabliczce z drewna. Nie, zamiast tego wisiał wielki arkusz kartonu z pięcioma imionami wypisanymi po arabsku i – zaraz obok – zwykłymi literami. Karton przytwierdzono na samym środku drzwi, przyklejając jego rogi niebieską taśmą maskującą. Pięć osób w małym dwupokojowym mieszkaniu. Dzieło sztuki wykonał bez wątpienia jeden z młodszych mieszkańców, obstawiała Fatimę, której imię widniało jako drugie od dołu, nad Muhammedem. Arabskie litery były równe i kształtne, skreślone najpewniej ręką dorosłego, ale reszta stanowiła chaos jaskrawego różu i intensywnego turkusu, zarówno litery, jak i dekoracje, składające się z kwiatków i szlaczków oraz brokatowej posypki, trzymającej się na paskach kleju wzdłuż każdego z boków i ostro kontrastującej z taśmą maskującą.

– O rany, Torunn, zaraz padnę, wyglądasz jak drzewko świąteczne!

– Szłam na piechotę. Opcjonalnie mogłabym wyglądać jak przydrożna padlina. Niech żyją odblaski. Chyba zawiesiłam ich na sobie z dziesięć, a mam jeszcze odblaskowe paski na ubraniach.

– Na piechotę? Aż z Maridalen? To chyba maszerowałaś kilka godzin.

– Dwie i pół, prawie nie odgarnęli na trasie śniegu. Ale szłam szybko, mam kolce na butach. Zdjęłam je już, nie chcę ci zrobić dziur w podłodze. Mogłam wziąć auto, ale chciałabym przenocować, a tu nie sposób znaleźć miejsca do parkowania. Mam w plecaku białe wino, więc nigdzie się stąd już dziś nie ruszam.

– A ja mam gdzieś czerwone.

Przez ostatnie lata odwiedzała Margrete chyba jeszcze częściej niż w czasie, gdy mieszkała po drugiej stronie korytarza. Ale wtedy pracowała na pełen etat w klinice weterynaryjnej i prowadziła dodatkowo kursy dla świeżo upieczonych właścicieli psów.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

* * *

[1] Fedtmule (duń.) = Langbein (nor., dosł. Długonogi) = Goofy – postać z bajek Walta Disneya. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek).

[2] Bocuse d’Or – najbardziej prestiżowy konkurs kulinarny na świecie.

[3] Okłamujesz swojego syna? (ang.).

[4] Mt 6,26. Cytaty z Pisma Świętego wg Biblii Tysiąclecia (Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2012).

[5] Najbardziej błyszczący w mieście.

[6] Zieloną opaleniznę natryskową.

[7] Zmarszczek. Zmarszczek i raka skóry.

[8] Wspomnisz moje słowa.

część 2

Dostępne w wersji pełnej

Zawsze jest przebaczenie

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

część 1

część 2

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Alltid tilgivelse

Copyright © 2016 Forlaget Oktober A/S

Copyright © 2017 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Ewa M. Bilińska and Karolina Drozdowska

This translation has been published with the financial support of NORLA

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

Zdjęcie na okładce: © istockphoto / Izhairguns

ISBN: 978-83-65731-12-8

Smak Słowa

ul. Sobieskiego 26/4, 81-781 Sopot

Tel. 507-030-045

www.smakslowa.pl

Szukaj nas także na:

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Saga rodziny Neshov. Tom 4 Saga rodziny Neshov. tom 3. Na pastwiska zielone Raki pustelniki Saga rodziny Neshov. Tom 1. Ziemia kłamstw 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej