Peryferyjczyk

Peryferyjczyk

Autorzy: Marcin Kołodziejczyk

Wydawnictwo: Wielka Litera

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 392

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 22.42 zł

Reportaże z punktu widzenia dumnych niższych sfer

45 reporterskich kawałków  tragedie, kryminały, komedie, zaangażowańce społeczne. Wyłania się z nich kolorowy i awanturniczy obrazek naszego nieprzewidywalnego kraju z punktu widzenia bohaterów tkwiących na obrzeżach nie tylko w sensie geograficznym, ale również mentalnym.

Jest temat; jazda, pociąg przed świtem, kawa, bohater płacze, samochód, polna droga,

podsłuchanie, błoto podwórka, miasteczko nocą, pijaństwo, hotel, kanapka z dworca,

kawa, wino, czyjeś życie do opowiedzenia, wiele żyć, człowiek sam się nadał paczką,

kocie łby, śmietniki, jazda, temat, samochód, bułka z dyskontu, bezsenność, widzenie

z osadzonym, bohaterowie, hotel, kryminał, kobieta umarła i ożyła, jazda, pijaństwo, kawa,

psy gonią dziennikarzy na wsiach, w hotelu łóżko za małe, jazz, wziąć coś na sen, awanturka,

samochód popsuty i wali w silniku, on ją siekierą niechcący szesnaście razy, kocie łby, ludzie

się kochają za ścianą, niespanie jako problem, kotłowanina, czytanie do rana, jazda, kawa,

Dylan by to ładnie spisał, prawdziwy starodawny rynsztok, posiłek z kiełbasy pod sklepem,

bohater umarł, wódka z pizzą z mikrofali, nasz kwitnący kraj w ruinie, na ścianie wschodniej

panicznie nie lubią Arabów, jazda, wszystko zamknięte, jest tylko piwo, czy wierzy pan

w Jezusa?, pisanie; bo jest temat. Ale się jedzie, więc się żyje.

Marcin Kołodziejczyk

(ur. 1973 w Warszawie) reporter, związany

z tygodnikiem Polityka, laureat prestiżowych

nagród dziennikarskich. Autor książek

B. Opowieści z planety prowincja (2013),

Dysforia. Przypadki mieszczan polskich (2015),

Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne (2016),

a także wraz z Marcinem Podolcem komiksu

Morze po kolana (2016).

Rodzicom

RÓŻNE OBLICZA MIŁOŚCI.

RYCERZ Z TRAMWAJU 33

Pewnemu młodemu mieszkańcowi Warszawy przydarzyła się historia, której – jak sam mówi – nie zapomni do końca życia. Młodzieniec ów jest niezwykle wrażliwy na punkcie wszelkiej niesprawiedliwości, a już zwłaszcza porażają go przejawy przemocy stosowane wobec płci pięknej. – Kiedy widzę, że ktoś bije kobietę, zawsze stanę w jej obronie, nawet jeśli napastników jest kilku – oświadcza Maciek i nie są to słowa rzucane na wiatr.

Niedawno w tramwaju linii 33 Maciek został poturbowany przez osiłka, któremu zwrócił uwagę, aby przestał znęcać się nad jedną z pasażerek.

– Okazało się, że ta kobieta była jego żoną i bynajmniej nie miała nic przeciw biciu jej przez ślubnego – mówi Maciek. – Ten facet walnął mnie tak, że przez parę minut dochodziłem do siebie, a kochająca się para wysiadła na następnym przystanku czule się obejmując. Nikt w tramwaju nie zareagował ani kiedy on bił ją, ani potem, kiedy uderzył mnie.

Czy nasz bohater nadal będzie rycerzem?

1993

HONOR ŻEBRAKA. HAMBURGEREM O ZIEMIĘ

Żebrzący na ulicach polskich miast rumuńscy Cyganie czują się coraz pewniej. Chociaż nędznie ubrani i wzruszająco zawodzący, potrafią unieść się żebraczym honorem i odmówić przyjęcia datku, czyniąc to w sposób więcej niż nieelegancki.

Na rogu ulic Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej siedzieli na chodniku matka i synek – Rumuni. Dziecko miało na szyi tekturę, na której napisano między innymi „Jesteśmy głodni”. Przechodząca obok staruszka, ujęta za serce, postanowiła nakarmić małego Cygana. Kupiła w budce hamburgera i z uśmiechem podała chłopcu. Reakcja dziecka była piorunująca: Rumun z wściekłością cisnął hamburgerem o ziemię i zaczął, o dziwo po polsku, kląć. Krzyczał, że chce pieniędzy, a nie jedzenia i żeby starsza pani wsadziła sobie kanapkę w dupę. Ofiarodawczyni tylko zbladła i kiwając głową odeszła. Mały Rumun długo jeszcze dochodził do siebie.

1993

SKINI W AUTOBUSIE. ZABAWY ŁYSYCH

Na przystanku przy Smyku wsiadła grupka skinów, którzy nieomal sterroryzowali cały autobus. Jedni twierdzili, że dziś właśnie kupią sobie fajną swastykę, inni usiłowali sprzedać swoje pasy po zaniżonych, jak mówili, cenach. Wszyscy natomiast byli zgodni co do tego, że idą na alpagę. Narobili wrzasku, przestraszyli kilka babć i własnoręcznie otworzywszy drzwi, wysiedli przy Rotundzie. Pasażerowie odetchnęli z ulgą.

W związku z tym, że wiosna i zrobiło się ciepło, zarówno pasażerowie miejskiej komunikacji, jak też przechodnie powinni przygotować się psychicznie na obecność skinheadów na ulicach. Rodzimi skini to w większości młodzież w wieku szkolnym, która nudzi się w domu i dlatego woli szaleć po mieście.

1993

DLA ZAGUBIONYCH I ZNERWICOWANYCH

Stołeczne Centrum Edukacji Kulturalnej oraz Towarzystwo Kultury Psychicznej i Międzyludzkiej zaprasza na swoje zajęcia. W programie działalności w sezonie 1993/94 znajdą się: pracownia popularyzacji psychologii praktycznej, pracownia uśmierzania lęku (dla osób z niepokojami, nieśmiałych), grupowy trening psychologiczny (dla osób znerwicowanych i z poczuciem osamotnienia), indywidualna konsultacja i psychoterapia. Oprócz tego rozpoczyna się działalność klubu „Psychologia na co dzień” podejmującego tematykę klasyczną i zajmującego się praktycznym zastosowaniem nowoczesnej psychoanalizy oraz comiesięczne odczyty towarzystwa: tematyka – nerwice. Zajęcia są bezpłatne.

Zapisywać się i zasięgać informacji można (tylko osobiście) przy ul. Jezuickiej 4 (Stare Miasto) w każdy poniedziałek i czwartek września w godzinach 16–17.30 w Sali Kominkowej.

1993

ŚMIECH ŚMIECHEM, WIECH WIECHEM

Lewy brzeg nie miał o nas wysokiego mniemania. Oni myśleli, że my tutaj na Pradze codziennie po szkole chodzimy ojcom w polu pomagać, a na autobus mówimy pekaes. Bo u nas na Pradze nawet ludzie wyglądali jakoś inaczej niż na lewym brzegu.

Trendy miejscowej mody dyktował obowiązkowo Bazar Różyckiego, który niezawodnie nadążał za światowymi w tej dziedzinie nowinkami, tylko że sprzed dziesięciu, na oko, lat. Można tu było kupić wszystko: od flaków, pyzów gorących trzymanych przez zapobiegliwe przekupki w słoikach za pazuchą, żeby nie wystygły, po orkiestrę weselną. Różycki był dumą całej dzielnicy, marzeniem wielu młodzieńców było zostać któregoś dnia biznesmenem z bazaru. Niestety, nawet tak kolorowe miejsce nie umywało się dla nas do wielkomiejskiego Śródmieścia i jego atrakcji. Moje praskie pokolenie przeżywało wówczas silny kompleks prowincji. Jeśli ktoś, wyjrzawszy przez okno, zdołał zobaczyć choćby iglicę Pałacu Kultury, to jeszcze pół biedy – mógł się chwalić przynajmniej wzrokowym kontaktem z tą lepszą stroną. Jeśli natomiast nie stwierdził za swoim oknem Pałacu, a zgoła coś innego, a byli tacy co mieli widok na mikrosferę ustępu na podwórzu kamienicy, to w ogóle szkoda gadać, dożywotnia banicja towarzyska.

Zaczęło się wszystko w piątej klasie. Podstawówka przy Kawęczyńskiej nie różniła się niczym od poodrapywanych ceglanych kamienic, których pełno w tych okolicach. Tynk zachował się na niej tylko w ilościach śladowych, a stare mury nosiły ślady kul. Na małej sali gimnastycznej, na której podczas wojny zorganizowano szpital niemiecki, odbywały się apele szkolne. Spędzano nas na nie co poniedziałek i wstyd powiedzieć nie pamiętam żadnego z nich, chociaż sam w kilku występowałem. Nie pamiętam nawet naszego szkolnego hymnu. Widzę za to znudzone twarze uczniów grających w karty w tylnych rzędach i wyrzucanych za drzwi za rozmowy w trakcie akademii. I te same twarze czerwone od śmiechu, kiedy któregoś poniedziałku, w ramach apelu na temat Warszawy, czytano ze sceny felieton Wiecha, ten o pijanych kierowcach, którzy w dowód trzeźwości własnej gotowi byli deklamować władzy wiersze niejakiego Przybosia, poety. Czytano wprost z gazety. Poszliśmy potem zobaczyć, co to za gazeta i gdzie można więcej takich śmiesznych rzeczy przeczytać. Nie muszę chyba nikomu mówić, co to była za gazeta. Należała do jednej z nauczycielek i miała pożółkłe strony, bo była już bardzo stara. Felieton nosił tytuł Dmuchnij pan w balonik.

Zapomniałem potem o tym, jak o wielu innych rzeczach. Przeżywaliśmy właśnie okres fascynacji Sienkiewiczem, oczywiście ci, którzy mieli cokolwiek do czynienia z książkami, bo byli też tacy, co po prostu nie odczuwali potrzeby. Że wspomnę koleżankę Z., znaną z tego, że wolała rozbierać się publicznie zainkasowawszy uprzednio po dychu od łba. Wtedy już wyłoniła się w szkole grupka nałogowych palaczy, którzy co przerwa wybiegali do bramy za cukiernią na Kawęczyńskiej, pytając się przedtem jak jakieś Skrzetuskie: – Azali życzyłbyś sobie waćpan macha albo dwa zażyć? Pączki w cukierni na Kawęczyńskiej były wtedy po dwa złote. Papierosy popularne kosztowały dwadzieścia.

W naszej szkole istniało silne współzawodnictwo czytelnicze umiejętnie podsycane przez dyrekcję i panią bibliotekarkę, skrzętnie odnotowującą kto ile, detalicznie, książek wypożyczył. Rekordzistów wyczytywano na apelu. Najlepszy był zawsze kolega Ch. Kiedy ja odkryłem Wiecheckiego, on szczerze się obśmiał i pogratulował refleksu. Sam miał to już za sobą, potrafił płynnie dyskutować wiechem, niemal tak, jak dobrze wszyscy mówiliśmy heńkiem Sienkiewiczem. Wtedy, w szóstej klasie, zasiadał właśnie do Zbrodni i kary.

Ja byłem mniej ambitny: wolałem Niziurskiego i Ożogowską. Kiedyś w poszukiwaniu czegoś nowego do czytania i mając co wyboru Raz w roku w Skiroławkach, o której myślałem, że jest kolejną częścią Pana Samochodzika, i Śmiech śmiechem, o którym nie wiedziałem prawie nic, wybrałem to drugie. Potem miałem pretensje do mamy: dlaczego właściwie nie dałaś mi wcześniej tej książki? To to samo, co nam czytali kiedyś na apelu. No i poleciało! Na początku była zabawa, takie to wszystko było śmieszne i w ogóle. No i działo się na Pradze! Szwagier P. miał jakiegoś znajomka na Ząbkowskiej, Walerek zamieszkiwał wraz z małżonką na samej Kawęczyńskiej, a Targówek był stolicą Warszawy! Wiech pisał o naszym Różyckim, o Saskiej Kępie, o knajpach na Ząbkowskiej i Brzeskiej, które wciąż miały te same nie wiedzieć czemu marynistyczne nazwy. To wszystko jeszcze cały czas na Pradze było: jak za dawnych czasów zajeżdżał pod Żeglarską radiowóz i karetka pogotowia z pobliskiego Szpitala Kolejowego. Wciąż sprzedawano na Różyckim dolary z podobizną Kaczora Donalda, przeznaczone dla klienteli prowincjonalnej i idące jak woda ze względu na przystępną cenę. Ostało się także kilku klasycznie wiechowskich cieciów, całymi dniami wystawających w bramach kamienic. Najwięcej ich było na Szmulach właściwych. Niektórzy naprawdę mieli styl: te obowiązkowo sumiaste wąsy, kamizelka w kratkę i zegarek z dewizką. Starzy to już byli ludzie i podpierali się laskami, ale jak przychodziło co do czego, to potrafili tymi laskami nas, gówniarzy, nieźle bierzmować. Pamiętam fryzjera na Siedleckiej, który nigdy nie strzygł, tylko stał w drzwiach interesu i rozmawiał z przechodniami. Któregoś dnia kolega R., dla zwykłego żartu towarzyskiego, zamknął mu przed nosem kratę w drzwiach zakładu. Rozwścieczony fryzjer, starszy człowiek, wypadł, wspaniałym sprintem dopadł kolegi R. i wymierzył mu zasłużoną karę pasem do ostrzenia brzytew. Pod długasem na Kijowskiej pojawiały się letnią porą orkiestry uliczne i zdarzało się, że wylewano muzykom na głowy wodę. Przekleństwa ich były tak fantastycznie wymyślne, że brzmiały jak cudna melodia. Czyż nie pachniało to wszystko Wiechem Żywym? Kiedy na nowym osiedlu Białostocka otwarto sklepy Teoś, Walerek i Gienia, wiedziałem już o co chodzi.

Nastał czas niczym niekrępowanej wiechomanii. Henryk Sienkiewicz poszedł w odstawkę jako twórca nieaktualny i nieżyciowy. Okazało się tymczasem, że felietony Wiecha, drukowane niegdyś w „Ekspresiaku”, są dostępne w formie książkowej. Zaczęło się szperanie w bibliotekach różnistych, a jeśli ktoś odkrył coś nowego, to przynosił to z triumfem do szkoły następnego dnia rano. Po Śmiej się pan z tego pozycję najzwyczajniej w świecie buchniętą z wolskiej biblioteki, ustawiały się kolejki, a przy każdym zwrocie właściciel dokładnie oceniał stan estetyczny skarbu po kolejnym czytaniu i jeśli miał dobry humor, puszczał książkę dalej. Osobnicy czytający przy jedzeniu i tym samym narażający książki na impregnację tłuszczową, i ci zawijający rogi stron byli dyskryminowani w eleganckim czytelniczym towarzystwie i nazwani wieśniakami, co było przykre. Zdarzały się też spory na tle legalizacji wypożyczań, ale głos rozstrzygający należał zawsze do właściciela: – Ty jesteś szósty, a nie piąty. A poza tym uważaj, bo książka jest mojego taty, a nie twojego i mój tata może ci jej nie pożyczyć, jak będzie chciał. Nie było mocarza, który by się nie zamknął wobec takiego argumentu. Pamiętam, jak doczekawszy swojej kolejki, czytałem Śmiej się pan z tego w autobusie linii 169, a stojący obok starszy facet z alkoholowo zabarwionym nosem zaglądał mi przez ramię i aż mu z tego nosa kapało, tak się śmiał. Czytaliśmy obaj o malarzu Pokropku i weselach, które przeszkadzały wspomnianemu artyście pokojowemu w wykonywaniu zawodu.

Mieliśmy matematyka, który mieszkał całe życie na Bródnie i nie posiadał się z tego powodu z dumy. Jegomość ów chyba nigdy nie nazwał mnie inaczej jak głąbem kapuścianym, ewentualnie oślą łąką, toteż nie lubiliśmy się za bardzo, przynajmniej na płaszczyźnie matematycznej. Ale człowiek ten znany był wśród żaków z tego, że czasem zjawiał się w szkole na cyku lub zaraz po i wtedy całe klasy słuchały go z otwartymi ustami, bo nie było lekcji, tylko opowiadanie – ciekawe i snute czystym wiechem z akcentem bródnowskim. Najbardziej lubiliśmy właśnie te lekcje. Co chwila wybuchał śmiech, a nasz zażywny matematyk pytał po raz setny: – A opowiadałem wam o Trupku? Znaliśmy historię Trupka na pamięć, ale liczyła się sama przyjemność słuchania. – Nie opowiadał pan! I zaczynała się wiechopodobna, wiechem mówiona saga uczestników pogrzebów na Bródnie, którzy nie chodzili na stypy do domu. Zatroskana rodzina wyprowadzała mianowicie żałobników przed bramę cmentarza, gdzie po drugiej stronie ulicy Wincentego egzystował zielono pomalowany lokal Pod Trupkiem. Żałobnicy, ma się rozumieć, z czasem zamieniali się w biesiadników, a nad ranem wszyscy wykonywali chóralne sto lat, aż się buda trzęsła.

Potem chodziłem do liceum na Targówku, który ma „rzemskie prawo Warszawę po zapałki posyłać” i wszyscy tu zaczytywali się w modnych akurat Kunderach, Hłaskach i Whartonach, nie mając bladego pojęcia o rodzimej klasyce typu Wiech. Kupiłem od kolegi z ławki zbiorek felietonów sportowych Zero do kółka, chciał za niego dwieście złotych i chciał pozbyć się książki, która nieładnie wyglądała, bo nie miała okładki. Kiedy potem w czwartej klasie nauczycielka czytała nam pracę maturalną z poprzedniego roku – Lalkę streszczoną czystym wiechem, klasa ryczała ze śmiechu, a na koniec ktoś nawiązał do tematu pytając: – Kto to jest ten Wiech? I nikt tego kogoś nie wyśmiał.

Lubię wracać pamięcią do wiechowych czasów podstawówki. Moi koledzy z klasy, którzy ustawiali się kiedyś w kolejkach po książki Wiecha, rozeszli się po świecie. Kilku, tak jak marzyło, zostało na Różyckim i obecnie prowadzą ożywioną działalność gospodarczą. Wiech to cały rozdział w naszej edukacji przede wszystkim pozaszkolnej. Wyzwolił nas z uczucia prowincjonalnej szarości i uczynił lokalnymi patriotami, zapatrzonymi w koloryt naszego miasta. Koloryt, którego coraz już mniej. Wiech nie jest ani modny, ani egzystencjalny, ani jakiś tam jeszcze. Ale Wiech jest Obserwatorem Rzeczy Ulotnych i ich kronikarzem, oryginalnym. I nie trzeba apelować o czytanie Wiecha w celu uratowania i przechowania warszawskich tradycji. Tradycje i tak cały czas tworzy codzienne życie. A Wiech obroni się sam.

1994

AWANTURA O KRYSIĘ

– Panie, ona ma taką szramę na głowie, od samego czoła – tłumaczy obrazowo sąsiad z góry. – Na siekiery się bili, jak Indianie na tomahawki. Ja tam nie wiem, ale normalna to ona nie jest. Odbija babie. A jak jeszcze sobie wypije.

Rok temu Krystyna J. wprowadziła się do kawalerki przy Grochowskiej.

– Na początku było spokojnie – mówi lokator spod siódemki. – Nawet wizytówkę na drzwiach miała. Do żony kilka razy przychodziła pożyczać przyprawy. Myśleliśmy, że jakaś fajna sąsiadka się na klatkę sprowadziła.

Dziś mają dosyć Krystyny, zalazła wszystkim za skórę. Kojarzy się ją z wrzaskami na schodach, szkłem na podłodze i wyciem karetki pogotowia.

– Wybiega na klatkę z siekierą i zaczyna krzyczeć – opowiadają mieszkańcy. – Panie, ona tak przeklina, że trudno powtórzyć. Odkąd jeszcze naprzeciwko odtworzyli tą jadłodajnię dla ubogich, to w ogóle nie można wytrzymać. Przychodzą do niej takie różne męty, przynoszą zupy w słoikach, pijane toto, przewraca się, wylewa. Albo wypiją denaturat, butelkę wyrzucą i klatka jak chlew wygląda: szkło, gówna, wymiociny. Dozorca musi potem schody wodą zlewać.

Kilka razy policja zabierała panią Krysię na Kolską, do izby wytrzeźwień. Interweniowała także straż pożarna, kiedy to wspomniana podpaliła własne drzwi, smarując je przedtem pastą do podłogi.

– Tu wszystko z drewna – mówi sąsiad z góry. – Jakby się porządnie zajęło, to nie byłoby gdzie uciekać. Ona jest nienormalna, zresztą sama wykrzykuje, że ma zielone papiery. A do tego lubi sobie wypić i to nieźle.

– Kiedyś przybiega do nas Krysia i krzyczy, że właśnie zabiła męża, żebyśmy poszli zobaczyć – opowiada Darek spod dziesiątki. – Myśleliśmy, że żartuje, ale nie. Za chwilę przyjechała karetka i wynosili tego jej przyjaciela całego zakrwawionego. Porąbała mu twarz siekierą. Podobno bili się tam. Sąsiad z drugiego piętra mówi, że słyszał, jak pani Krysia krzyczała wtedy: byłam szybsza!

Mieszkańcy kamienicy przy Grochowskiej kilkakrotnie składali skargi na uciążliwą sąsiadkę do administracji. Lokatorzy chcą usunąć ją z domu.

Krystyna J. wpuszcza reporterów „Expressu Wieczornego” do mieszkania. Jest bardzo miła, twierdzi, że chce wyjaśnić to, co o niej mówią sąsiedzi. Pani Krystyna ma czterdzieści osiem lat, jest z zawodu pielęgniarką, kończyła szkołę pomaturalną, chociaż obecnie nie pracuje. Mieszkanie na Grochowskiej załatwił jej właściciel kamienicy w Rembertowie, gdzie przedtem mieszkała. Tam nie było żadnych wygód, tu jest bieżąca woda i kanalizacja.

Krystyna J. nie ma na głowie żadnej szramy.

– Tak to jest – mówi. – Człowiek powie wróblem, a wróci do niego słoniem. Wygadują na mnie niestworzone rzeczy.

Przyznaje, że robiła na klatce awantury, ale była do tego prowokowana.

– Co chwila w nocy ktoś walił mi w drzwi, nie mogłam spać. A ta karetka, co przyjeżdżała, to dlatego, że Andrzej miał atak padaczki, nie że siekierą go porąbałam.

Pani Krystyna zbiera lalki. Zawiesiła nimi całą ścianę.

– Przychodzą tu dzieciaki, to im czasem dam jedną.

Krystyna J. nie chce być fotografowana do gazety, chowa się w ubikacji.

– Co by tatuś pomyślał – mówi. Tatuś był powstańcem.

1994

DIABEŁ PRZYCHODZI O SZÓSTEJ

Był diabeł w Kluczborku. Krzyże na cmentarzu poprzestawiał na swoją diabelską modłę. Do góry nogami. Miała być jeszcze czarna msza, ale się przestraszył. Lepiej nie zadzierać z mieszkańcami Kluczborka.

Szedł sobie rano chłop polną drogą koło cmentarza. Stanął i patrzy. Krzyże stoją jak stały, ino do góry nogami. Równo, jak pod sznurek, tylko odwrotnie.

Zdjął chłop czapkę i do piersi przycisnął. Nigdzie żywego ducha, to i przeżegnał się, bo strach go za gardło ścisnął.

I pobiegł do miasta ludziom powiedzieć, że na cmentarzu cud, ino nie wiadomo czy dobry, czy zły. Przybiegli jak kto stał, w piżamach. Od razu na sam koniec cmentarza, gdzie świeże groby były i gdzie krzyże stały do góry nogami powywracane. Policzyli. Dziewięćdziesiąt siedem krzyży.

I powiedział jeden, co się na tym znał, że to nie cud żaden, ino diabeł do Kluczborka zawitał. Jak to diabeł? Ano diabeł, znaczy nie osobiście, a jego ziemskie parobki, co się sataniści nazywają. Ludzie znaczy, ale głupi i źli. Tacy, co do kościoła nie chodzą.

Pokiwali ludziska głowami, bo każdy słyszał o satanistach w telewizji. Poklęli nad ludzką głupotą. Wzięli się do odwracania krzyży tak, jak im stać trzeba.

Smutny to był widok, chociaż słońce wstawało piękne tego dnia.

Diabelskie nasienie

Padł na Kluczbork strach jakiś nieopisany, bo z diabelskim nasieniem nie ma żartów. Pytali ludzie jedni drugich, co im teraz robić wypada, bo nikt nie wierzył, że to już koniec dziwów w miasteczku.

I znalazł się jeden, co się na tym znał, okultysta amator, i poszedł do zarządcy cmentarza i powiada: – Ja się na tym znam i mnie się wydaje, że teraz to już nic, tylko kolej na czarną mszę na kluczborskim cmentarzu będzie. Patrz pan: trzy szóstki to znak diabła, tak?

Zarządca cmentarza kiwnął głową, że tak, bo mu się przypomniało, że oglądał taki film na wideo, gdzie faktycznie były trzy szóstki i diabeł też był, czyli się zgadzało. Lokalny okultysta amator mówił dalej, rad, że mu posłuch dają. Nerwowo rozkładał kartki z zeszytu, w którym coś namazał: – No właśnie. Bo teraz będą trzy szóstki w dacie. Patrz pan!

Na kartce stało napisane 6.06.1996.

I uradzili chłopy, żeby zebrać się większą kupą, zabrać z domu, co kto ma ciężkiego i zaczaić się w nocy na satanistów i pokazać im, że diabeł w Kluczborku niemile widziany. Dowodu, że czarna msza będzie, nikt nie miał żadnego, ale też nikt żadnego dowodu nie potrzebował. Trzy szóstki były? Były. Będzie czarna msza? Musowo, że będzie.

Jak uradzili, tak i zrobili.

Polowanie na satanistę

Nikt tak naprawdę nie wiedział, ilu tych satanistów ma być i jak taki satanista, jeden z drugim, właściwie wygląda. Jedni mówili, że satanista nosi skórzaną kurtkę i długie kudły, zupełnie jak jaki piosenkarz rockowy; inni, że jest na zero obcięty i ma ogon sztuczny doczepiony do spodni od tyłu.

Tak czy owak, nie było wątpliwości, że jak się sataniści pojawią na cmentarzu komunalnym w Kluczborku, to już się ich pozna na pewno. Na pewno się pozna diabelskie nasienie, a wtedy się zobaczy. Nie popsuje żaden satanista procesji w Boże Ciało.

Jedni poprzynosili ze sobą sztachety, takie nieznaczne, żeby się za pazuchą zmieściły. Inni mieli małe motyczki do pielenia i grabki. Byli też tacy, co broń białą, czyli scyzoryki i noże kuchenne mieli po kieszeniach pochowane, ale ich nie wyciągali, żeby nie straszyć. Bo i tak, choć w kupie, czuli się ludzie nieswojo. Dwaj bracia, co zaraz obok koło cmentarza mieszkają, ci co ich w mieście agentami nazywają, popili sobie dla kurażu i ojcową bronę przynieśli, żeby ją sataniście w plecy wbić. Mieli też ze sobą małe podręczne siekiery i krzyczeli, że zabiją skurwysyna, aż ich ludzie musieli uciszać.

Byli też wśród zebranych tacy, którym za pazuchą raz po raz coś tam brzęczało i charczało i piszczało i wtedy oni musieli chodzić na stronę. Na stronie sięgali za pazuchę i coś tam mówili, aż się ludzie temu dziwowali. No cóż, ci co najczęściej musieli na stronę, to byli policjanci z komendy w Opolu, tyle że po cywilnemu.

Mundurowych też było kilku, ale nie przeszkadzali.

I dyskretnie stanęło na tym, że mieszkańcy Kluczborka pilnowali swojego cmentarza komunalnego, gotowi przywalić sataniście o ile taka potrzeba zaistnieje, a policjanci pilnowali mieszkańców Kluczborka, żeby przez pomyłkę nie przywalili Bogu ducha winnemu obywatelowi, który jak raz zaplątałby się w te rewiry wracając z nocnej libacji, bo i tak się zdarza.

Obie strony współpracowały i były ze współpracy zadowolone.

Cały czas pod zamkniętą bramę cmentarza zajeżdżały samochody z dalszymi mieszkańcami Kluczborka, którzy, chociaż nie uczestniczyli bezpośrednio w operacji, to dowozili swoim delegatom oranżadę i ciepłe dania. Inni przyjeżdżali popatrzeć, ale takich się od razu przepędzało.

Śmiali się ludzie, bo nawet kilku takich było, co przyjechali z okolicy i przez pomyłkę wleźli na pobliski cmentarz żołnierzy radzieckich i bali się, że już po wszystkim i że sataniści wygrali bitwę, bo żadnego krzyża nie ma na cmentarzu.

Diabeł się boi

Sataniści nie przyszli. Zawiedzeni mieszkańcy Kluczborka nie bardzo chcieli w to uwierzyć, ale to była prawda. Nie było żadnej czarnej mszy. Nie przyszli, nikogo nie zarżnęli w ofierze, chociaż ludzie mówili, że zarżną. Pewnie się jakoś zwiedzieli o komitecie powitalnym i się przestraszyli, każdy by się bał, nawet diabeł.

Bladym rankiem zaczęli się ludzie rozchodzić po domach. Zarządca cmentarza zgasił lampy w głównej alejce, żeby się prąd nie marnował.

Tylko bać się nie przestali, bo przecież nigdy nic nie wiadomo.

Dwa tygodnie potem

Idzie sobie kobieta rencistka przez cmentarz w Kluczborku. Za nią idzie jakiś facet. Patrzy przestraszona, rozgląda się, ale idzie dalej przed siebie. Nagle skręca w boczną alejkę i przyspiesza kroku. Facet za nią. Ona między groby, a facet za nią.

W końcu odwraca się dramatycznym ruchem i krzyczy:

– O Jezu, czego chce?! Czego za mną lezie?!

Spokojnie. Okazuje się, że facet jest z gazety z Warszawy. Pyta o tę sprawę z satanistami. Kobieta rencistka oddycha z ulgą i woła znajome i znajomych. Cały Kluczbork żyje satanistami.

– No, to sataniści byli, mieli się tu palić podobnież, czy coś.

– Ale to nie od nas z Kluczborka, tylko z Katowic. Bo u nas nie ma.

– Jak to nie ma! Jest z dziesięciu chyba.

– Szóstego mieli spalić na żwirowni, tego głównego przywódcę satanistów z Kluczborka. Tylko że się podobno przestraszył i uciekł im do Wrocławia.

– Sataniści? Ja tam nie wiem, ale ludzie tak mówią.

– A mój mąż mówi, że to sami ci z cmentarza te krzyże poodwracali, żeby im dać potem zarobić.

– E tam, byli sataniści i koniec. Przecież nawet w telewizji o tym było.

– Byli tacy, co czekali na nich na cmentarzu jeszcze szesnastego i dwudziestego szóstego. Bo to o te szóstki chodzi, wie pan.

– W lipcu może będzie spokój, bo to już siódemka.

Ciąg dalszy nastąpi?

Niedługo po ekscesie na kluczborskim cmentarzu policja zatrzymała podejrzanych – dwie siedemnastoletnie dziewczyny, szesnastolatka i dziewiętnastolatka, tegorocznego maturzystę. Wszyscy przyznali się do winy. Wracali podpici przez cmentarz. Chłopaki zapragnęły popisać się przed uroczymi towarzyszkami.

Nie są związani z żadną subkulturą, a już na pewno nie są satanistami. Troje z nich pochodzi z Kluczborka, jeden z okolicy. Grożą im trzy lata więzienia.

A w Kluczborku dalej czekają na satanistów. Nie tak już, żeby po nocy na cmentarzu siedzieć, ale mają oczy i uszy otwarte. Dzwonią na policję, kiedy tylko w okolicy pojawi się ktoś podejrzany. Przyglądają się ubranym na czarno i długowłosym. Nie chcą więcej diabła w Kluczborku.

Plotki mówią, że to jeszcze nie koniec. Że jak raz wybrali miasto na miejsce czarnej mszy, to już tak musi być. Tylko woleliby wiedzieć kiedy, żeby znowu mogli się zebrać na cmentarzu. Bo najgorzej jest czekać nie wiadomo na co. Mają wszystko w pogotowiu po ostatniej akcji.

Ksiądz proboszcz mówi, że to nie pierwszy raz w Kluczborku takie rzeczy się dzieją. Już kiedyś zdemolowali kilka grobów na cmentarzu, połamali pomniki. Albo ukradli stuły z konfesjonałów, namoczyli w wodzie święconej i owinęli głowę Chrystusowi w przedsionku kościoła.

– Nikt się nie przyznaje, że jest w Kluczborku grupa satanistów, ale zachowanie niektórych ludzi o tym świadczy. Według mnie to jest jakaś ideologiczna akcja.

I Kluczbork czeka. Czekał szesnastego czerwca, czekał dwudziestego szóstego. Musi pilnować, bo jak w Ostrzeszowie nie pilnowali, to mieli tam czarną mszę dwunastego. – Pewnie byli to ci sami, co mieli się u nas palić.

I Kluczbork czeka.

1996

STARY CZŁOWIEK WĘDRUJE

Przez Bilczę przeszedł, tyle co do sklepu wstąpił po popularne i kaszankę. Na dłużej zatrzymał się w Świątnikach, pod sadem jabłoniowym. Potem też w Świątnikach, za kościołem. Dwa dni tam siedział i zostawił kurtkę. Kiedy odszedł, chłopi powiesili kurtkę na drzewie przy drodze. Może po nią wróci? A teraz kombinują dokąd doszedł dzisiaj: do Chobrzan czy za Chobrzany?

Człowiek w wymiarze symbolicznym

Jest stary. Ktoś wczoraj widział, jak ledwo ciągnął wózki i sapał. Przygarbiony zniknął w kolejnym wąwozie i tyle. Odblaski migały na tych jego wózkach z tyłu, a jeden odblask to był pognieciony, czerwono lakierowany termos.

W sklepie wyjął z kieszeni zarośnięte brudem ręce i odmierzył na ladzie, jaka duża ma być kaszanka. Nieduża. Wziął jeszcze angielską herbatę śniadaniową za złotówkę i poszedł dalej. We wsi gadają, że jest grzeczny: powiedział dzień dobry i dziękuję. Więcej już nic nie powiedział, taki zamknięty w sobie, cichy. Już trzeci raz przechodził przez Bilczę. Co roku idzie.

– Tajemniczy – mówią ludzie. – Jak go o coś spytać, to się tylko uśmiechnie i idzie dalej.

Ludzie zachodzą w głowę, co za jeden, taki stary, a głupi? Wózki ciąga, poklecone z byle czego, ze śmieci i szmat, drutem ze wszystkich stron powiązane. Co za życie on ma? Jak pies pod płotem – to tu, to tam się przytuli.

– Może trzeba go dogonić i kurtkę zawieźć? – radzi chłop, który znalazł kurtkę.

Podobno w Wigilię ktoś po niego wyszedł zaprosić do chałupy na opłatek. Włóczęga podziękował, ale nie przyszedł. Parę razy różnym gospodarzom tak odmawiał, aż dali spokój. A on poszedł dalej.

– Dlaczego on tak chodzi i chodzi? Pokuta jakaś czy co? – pytali mężczyźni oparci o płot.

Sam ksiądz proboszcz ze Świątnik chciał się spotkać z wędrowcem, ale mu się nie udało. Zapytałby, czy tamten niczego nie potrzebuje, czy modli się pod kapliczkami po drodze. Może wyspowiadałby i udzielił komunii. A przede wszystkim chciałby się dowiedzieć, kim jest i co znaczy jego chodzenie.

– Ludzie widzą tylko to, że on chodzi i ciąga wózki – dowodzi ksiądz proboszcz. – A co na przykład, jeśli on tak chodzi w wymiarze symbolicznym? Może ten człowiek jest wyrzutem sumienia dla ludzi z parafii? Może zobaczą, jak on tak chodzi i zastanowią się nad własnym życiem?

Człowiek z wózkami odszedł ze Świątnik w nocy, asfaltówką na Chobrzany. Jeden młody pogonił za nim na motorze, żeby mu dać siatkę jabłek. Nie wziął, powiedział, że nie lubi. To było trzy dni temu.

Prawdziwy dziad

Kiedy przychodzi do wsi, ludzie oglądają jego wózki. Każdy zrobiony z dwóch starych rowerowych ram, między którymi, z dykty, folii i styropianu, zrobiona jest budka. Łatwo mieści się w niej dorosły człowiek, najwyżej nogi podkuli. Koła są bez opon, owinięte sparciałą gumą. Dyszel do ciągnięcia u każdego wózka. Wszystko poznajdowane na śmietniku.

– U nas ze śmietnika wyciągnął tekturowe pudło i sreberko od czekolady – mówią gospodarze. – Na chwilę tylko przysiadł w rowie, zrobił ze sreberka odblask i powiesił na wózku.

Widzieli, jak nocą szedł przez Chobrzany na Strączków. Nad ranem przytoczył wózki koło ładnego białego domu, naprzeciwko punktu skupu owoców i warzyw. Położył się spać do rowu, na kawałku folii po nawozie sztucznym. Spał skulony, objęty własnymi ramionami.

Tak rano znalazł go kierowca ciężarówki, który przyjechał do białego domu, do szwagra. Podszedł zobaczyć wózki i człowieka w rowie. Nie budził go. We wsi rozpowiedział, że ten z wózkami, co był już w Lipniku, Obrazowie, Bilczy, Świątnikach i Chobrzanach, przyciągnął teraz tutaj. Jest brudny, zarośnięty i ubrany w szmaty, jak dziad. Dzieci popędziły zobaczyć prawdziwego dziada.

Ubrany w wytarty drelichowy kombinezon roboczy. Watowana fufajka zapięta wysoko pod szyję. Spod filcowej czapki uszatki wyglądała sina z zimna twarz. Nie spał już.

– Jak masz na imię? – zapytało jedno z dzieci.

– Nie mam imienia – odpowiedział. – Dlatego mogę być, kim chcę.

Ciężko podniósł się z rowu, otworzył drzwiczki budy na jednym z wózków i wyciągnął ze środka patelnię i drut. Potem nazbierał gałązek i rozpalił małe ognisko. Wygięty w stojak drut ustawił nad ogniem, na nim położył patelnię. Dzieci cały czas mu się przyglądały.

Wtedy asfaltówką nadszedł człowiek ze starą, brązową kurtką ze sztucznego misia pod pachą.

– Pana kurtka? – zapytał dmuchającego w ognisko dziada.

– Moja. Ile się należy?

Nie mógł uwierzyć, że nie musi płacić za odniesienie zgubionej w Świątnikach kurtki. Otrzepał ręce, potem ze stosu żelastwa przymocowanego do wózka wydobył sporą zardzewiałą puszkę po farbie. Postawił ją do góry dnem przy ognisku.

– Siadaj, tylko mi jej nie pognieć – powiedział. – Chcesz kaszanki?

Życie raz na dzień

Ręce ma wykoślawione i twarde. Kiedy je zaciera, stukają o siebie. Przed chwilą grzebał nimi w ogniu, podsuwając rozgrzane patyki pod patelnię, i się nie oparzył. Teraz wyjmuje z kieszeni fufajki złamany nóż i starą skórkę słoniny zawiniętą w papier. Kroi ją na małe kawałki i wrzuca na patelnię. Dmucha w ognisko.

– Omijam duże miasta i odpusty na wsiach – opowiada. – Ja nie jestem muzeum, mam własne życie i własne sprawy. A ludzie są ciekawscy. Od rana do nocy stoją mi nad głową i wypytują. Pewnie myślą, że dziad zna odpowiedź na wszystkie pytania. Dziad książek nie czyta, nie ma na to czasu. Musi reperować swoje budy i iść dalej. Tylko raz na dzień opowiadam komuś swoje życie.

Kroi w kostkę cebulę i dodaje do skwierczącej na patelni słoniny. Pociąga popularnego. W folię, na której siedzi, włożył styropian. W zimie styropian go uratował przed zamarznięciem.

– Z tobą rozmawiam dlatego, że mi pomogłeś. Przyniosłeś kurtkę.

Dzieci nie spuszczają z niego oka. Szepczą między sobą, że ten stary wygląda strasznie – ma chyba tylko dwa zęby, śmierdzi i prawie nie widać mu oczu spod spuchniętych powiek.

Jak mają konie?

Człowiek z wózkami opowiada, że miał kiedyś inne życie. Był mechanikiem obrabiarek, znał się na tym i nawet lubił, tylko że nie znosił hotelu robotniczego. Taki hotel jest jak chlew. Ciągle wódka i bójki. On za wódą nigdy nie przepadał.

Któregoś dnia, osiem lat temu, znalazł na ulicy stary wózek dziecinny. Spakował do niego ubranie na zmianę, ciepły koc i skórzaną torbę – cały swój dobytek i poszedł sobie. Bez celu i bez papierów.

– Jestem człowiek znikąd, nie mam imienia ani nazwiska, idę donikąd – tłumaczył ludziom, którzy pytali, dokąd idzie i co za życie tułacze sobie wymyślił. – Mogę być, kim chcę.

Miał jedne buty, starły się bardzo szybko, były słabe. Wózek też się zepsuł, zaczął gnić, trzeba go było zostawić w rowie. Wtedy właśnie powstał pierwszy wózek z dyszlem, foliowo-styropianowa budka z drzwiczkami z boku, jak wejście do czołgu. A dyszel po to, żeby człowiek wiedział, jak ciężko mają konie.

Mówił ludziom, że każdy jest sobie panem. Jeden siedzi całe życie nad śmierdzącą rzeką i wpatruje się w koniec wędki, a inny chodzi bez celu. Naprawdę trzeba mieć cel? Dlaczego wszyscy pytają o cele? Kiedy się ciąga wózki, to zawsze podoba się właśnie to, że na rozwidleniu dróg człowiek się zupełnie nie zastanawia, w którą stronę teraz pójść.

Wymyślone pieniądze

Klęka, dokłada gałązek. Do cebuli ze słoniną wrzuca kaszankę. Nie spieszy się, celebruje każdy swój ruch nad dymiącą patelnią. Kroi chleb, nakłada kaszankę i je w milczeniu. Czasem dmuchnie kilka razy w ogień, aż łapie go kaszel.

– Całą zimę nie miałem czasu posprzątać w wózkach i dlatego spałem na ziemi – mówi i smutno się uśmiecha. – Jestem stary i zmęczony. Mam kaszel.

Zapala popularnego i raz zagryza kaszanką z cebulą, raz zaciąga papierosem. Pokazuje na komin wystający z foliowego dachu drugiego wózka. To miała być kuchnia, zaczął ją majstrować jak było zimno. Nie dokończył, jest tylko blaszany komin i koza na jedną fajerkę. Zabrakło pieniędzy, czasu i chęci.

Pieniądze się wymyśla. Sprzedaje się butelki, zbiera się złom, czasem ktoś kupi pocerowaną szmatę nie wiadomo po co albo załatane buty znalezione na śmieciach. Na wsiach też są niezłe śmietniki. Ostatnio sprzedał jednej gospodyni koc, całkiem jeszcze dobry. Znaleziony w śmieciach trzy czy cztery wsie wcześniej.

Kaczka na drodze

Nie bierze nic od nikogo, za wszystko chce płacić. Ludzie opowiadają, jak nie chciał jabłek, choć wszyscy w okolicy mają sady, więc i mnóstwo owoców. Nie wziął też kiełbasy, skłamał podobno, że nie lubi. Tłumaczyli: zabiliśmy świnię, niech pan weźmie, my mamy dużo. A on swoje nie i nie, chociaż oczy mało mu nie wyskoczyły na widok kiełbasy.

– Honorowy dziad, jak to kiedyś mówili – podsumowuje kobieta ze Świątnik.

Nie rozumieją: jak można nie mieć nic i nie chcieć nic? Dawniej też chodziły po wsiach dziady, takie, którymi dzieciaki się straszyło. Ale tamte dziady były łase na wszystko. Łapały kury, kradły jabłka z drzew. Zawodziły kościelne pieśni.

Jeden starszy chłop przyniósł człowiekowi z wózkami kapustę, ale chciał, żeby tamten za to coś zaśpiewał. Chciał też wiedzieć, czy włóczęga nie zmówiłby różańca w jego intencji. Włóczęga nie wie, w jakiej wsi to było, pamięta tylko, co odpowiedział:

– Proszę pana, pan mnie wkurwia.

W Strączkowie, sto metrów od rowu, w którym spał włóczęga, samochód przejechał kaczkę na szosie. Ptak długo leżał zanim go zabrał właściciel do domu na obiad. Człowiek ciągnący wózki widział kaczkę, ale po nią nie poszedł.

– Myślą, że jak chodzę bez celu, to ze mnie musi być przestępca – mówi. – Byłem we wsiach, gdzie wyzywali mnie od darmozjadów i przepędzali. A ja nigdy nikomu nic nie ukradłem.

Ludzie są dziwni

Ma osiem zegarków, wszystkie zepsute. Ma ponton – wielką płytę styropianu z przymocowanymi do niej plastikowymi kanisterkami. Czasem ponton jest także łóżkiem. Ma trzy pary butów, które musi naprawić i parę spodni z dziurami na kolanach, które trzeba załatać. Podobno buty prędzej się zdzierają, kiedy się ciągnie wózki niż na spacerze.

Był w Karpaczu, w Sandomierzu, w Przemyślu. Mówi, że w Krakowie przeszedł z wózkami przez środek rynku. Nie wie, czy ludzie patrzyli na niego jak na wariata. On nie patrzył na ludzi.

Samotność? Nie, włóczęga nigdy nie jest samotny. Nie zastanawia się nad tym. Kobieta? Nigdy nie był żonaty, zawsze sam, może w hotelu trochę gonił za towarzystwem. Ale kto by tam chciał takiego bez nazwiska.

Nigdy nie miał dokumentów. Nazwisko nadała mu milicja. To było wtedy, kiedy pracował przy obrabiarkach. Milicjant powiedział, że to jest kraj, w którym każdy człowiek powinien mieć jakieś nazwisko i nazwał go jak chciał: Chlewicki. Milicjant nawet się trochę wygłupiał i mówił: chrzczę ciebie w imię Ojca i Syna. Człowiek ciągnący wózki woli nie mieć nazwiska, niż nosić takie, jakie wtedy dostał.

Kiedyś go napadli chłopi z widłami na skraju jakiejś wioski. Chcieli wiedzieć skąd jest, jak się nazywa i po co tak chodzi. Spokojnie odpowiedział, że chodzi, bo takie jest jego życie, a nie nazywa się nijak. Wybili mu zęby, spalili wózki i zapowiedzieli, że jak jeszcze raz pojawi się w okolicy, to go zabiją. Innym razem, kiedy spał, ukradli mu wózki ze wszystkim, co było w środku.

– Po co to komu było, nie wiem – uśmiecha się. – Ludzie są dziwni. Pewnie chodziło o to, żeby mi dokuczyć. Nie wiem, czy lubię ludzi. Przez ludzi od ośmiu lat nie śpię, tylko waruję jak pies.

Skończył sześćdziesiąt lat, tak mówi. Chyba sześćdziesiąt, bo nie wie dokładnie. Zupełnie nie potrafi ocenić różnicy między swoim dawnym a obecnym życiem. Urodził się w czasie wojny. Rodzice umarli, kiedy miał miesiąc. Ktoś podrzucił dziecko pod kościół na Świętym Krzyżu.

Mówi, że nie pamięta rodziców ani żadnego szczęśliwego dnia z dzieciństwa.

Foliowe motyle

Znowu przyszły dzieci. Przypatrują się staremu człowiekowi w rowie. Sześcioletni chłopiec puszcza rękę starszej siostry, podbiega kilka kroków i bez słowa kładzie przy nodze włóczęgi piękne jabłko. Potem pędem wraca na swoje miejsce. Za chwilę inne dziecko kładzie obok jabłka kawałek świeżej kiełbasy, a jeden maluch z zadowoleniem pozbywa się ciężaru olbrzymiej, jak dla niego, kapuścianej głowy. Kładzie ją tam, gdzie leżą poprzednie dary.

Człowiek z wózkami jest zajęty piciem kompotu z pomarańczy. Zamknął oczy, pije wprost ze słoja. Wynalazł najprostszy sposób na kompot: skórki pomarańczy (pełno ich w każdym śmietniku), woda i kilka łyżek cukru. Dopiero potem zauważa prezenty od dzieci.

– Kto mi to dał? – pyta. – Co byście za to chciały? Kto przyniósł kapustę? Biegnij do rodziców, zapytaj ile płacę.

Wyjmuje mały portfel. W środku same drobne monety, ale gmera paluchami gotowy płacić. Dzieci krzyczą jedno przez drugie, że nie chcą pieniędzy. A kapusty to rodzice mają tak dużo, że gnije w piwnicy, bo jej nie przyjmują w skupie. Stary upiera się, że musi coś za to dać.

Sześciolatek za jabłko dostaje wypisany długopis wydobyty z wózka na kółkach, dziewczynka za kiełbasę dostaje szklankę. Chłopiec, który przyniósł kapustę może wybrać sam, co chciałby mieć. Wybiera pędzelek.

– Jeśli przyniesiecie mi witek, to zrobię wam z witek i folii motyle – mówi dziad. – Zobaczycie, jakie piękne robię motyle.

Człowiek, który przyniósł kurtkę, wstaje z puszki po farbie. Ciemno już, za chwilę będzie pekaes do Sandomierza. Odchodzi w kierunku przystanku.

– Podoba ci się ta kurtka? – krzyczy za nim włóczęga. – Weź ją sobie, jak chcesz. Ja ją wyrzuciłem, nie zgubiłem. Już ciepło, a ona jest ciężka. Ale ładnie, że ją odniosłeś.

Ze Strączkowa odszedł nocą. Dzieci były zawiedzione, kiedy nie znalazły go rano w rowie. Nie zrobił im motyli z folii.

1997

BIESIADA Z BOMBĄ

Antoni L. wysadził się w powietrze na terenie gminnej strzelnicy, za pomocą własnoręcznie skonstruowanej bomby, którą przyniósł na uroczystość weteranów. Henryk Lewicki, kierownik domu kultury w Rudnej, widział jak Antoni L. wzniósł się z hukiem i impetem ponad stoły zastawione grochówką, a potem spadł z wysoka w sam środek zaimprowizowanej sceny, na której występowali aktorzy z Wrocławia. Coroczne obchody Dnia Zwycięstwa w gminie Rudna koło Legnicy trzeba było przerwać.

Henryk Lewicki ma teraz mieszane uczucia. Za dwa dni miało się odbyć otwarcie nowo zbudowanej świetlicy w pobliskim Mlecznie. Już wydrukowano kolorowe plakaty. Jak zwykle miał być także hucznie obchodzony Dzień Dziecka. Ale po tym, jak Antoni L. publicznie wyleciał w powietrze, kierownik Lewicki poczuł lęk przed organizowaniem dalszych imprez okolicznościowych.

Teczka i okulary

Gdyby panie bibliotekarki z Rudnej miały namalować portret Antoniego L., na pewno nie zapomniałyby o jego wielkich okularach w rogowych oprawkach i wytartej skórzanej teczce z gatunku tych, jakie dawniej nosili urzędnicy państwowi. Teczka była strasznie stara, miała dwoje uszu, dwie kieszenie na wierzchu i dwie klamerki. Antoni L. zawsze ją zabierał, kiedy przyjeżdżał do Rudnej albo wybierał się do województwa załatwiać sprawy.

– Wszystko mu się w tej torbie mieściło – pamięta kierownik Lewicki. – I drugie śniadanie i cała masa papierów.

No więc, snują dalej bibliotekarki, Antoni L. musiałby być na portrecie taki sam, jaki był za życia. Postawny, pobłażliwie uśmiechnięty staruszek o życzliwym wyrazie twarzy. Nie byłoby mu widać oczu zza ciemnych szkieł. Może częstowałby wódeczką i prosił bibliotekarki do walczyka, jak rok temu na otwarciu strzelnicy. Na pewno miałby brązowy garnitur, jasną koszulę. I jak zwykle zupełnie nic nie wskazywałoby na to, że ten tatusiowaty jegomość może mieć w wypchanej teczce bombę.

Biesiada z niespodzianką

Gminne Koło Związku Kombatantów RP i Osób Represjonowanych w Rudnej najpierw obgadało kwestię imprezy na 8 maja z kierownikiem domu kultury. W zeszłym roku na fetę na strzelnicy Lewicki załatwił im zespół ludowy. W tym roku starsi panowie zażyczyli sobie mocniejszych wrażeń – chcieli pośpiewać przy piwku. Poprosili kierownika, żeby nadał uroczystości taki rys artystyczny, żeby nadawała się i do tańca, i do przeżywania wzruszeń w plenerze.

– Dom kultury zapewnił obiekt, grochówkę, nagłośnienie oraz trzy pojazdy do dowozu osób – wylicza kierownik Henryk Lewicki. – Artyści z Wrocławia mieli swój program, taki przekrój piosenek od Kurdesza nad kurdeszami po piosenki partyzanckie.

Afisze wisiały w całej Rudnej i w okolicznych wsiach. Zapraszały: „Biesiada piwna piastowsko-frantowska. Gwarantujemy wspaniałą zabawę, niezapomniane chwile, atrakcyjne niespodzianki i nagrody. Przyjdźcie koniecznie, zabierzcie znajomych i przyjaciół, wyrwijcie się z nudy i szarzyzny!”. Na plakacie kilka rozochoconych postaci w kontuszach szlacheckich moczyło długie wąsiska w kuflach z piwem. Słowo „niespodzianki” napisano dla wyróżnienia rozstrzelonymi literami.

– Moja żona i dzieci też chciały przyjść. Matko, jak dobrze, że nie przyszły – cieszy się kierownik domu kultury.

Dzień był chłodny i mało zachęcający do zabawy pod gołym niebem. Kombatanci – bohaterowie wieczoru i ich goście poprzychodzili w płaszczach. Zbierali się w tej części strzelnicy, która przystosowana jest do działalności kulturalnej, bo ma dwa wielkie rożny do smażenia kiełbasek, kilka na stałe zamontowanych drewnianych ław, częściowe zadaszenie i wybetonowany placyk, który można wykorzystać jako scenę do występów artystycznych. Na razie jednak scena była pusta; ludzie popatrywali w niebo obawiając się deszczu i na rudnicką szosę, wyglądając wójta gminy, który się spóźniał, bo miał ważne zebranie. Wójt Bogusław Bigus potrzebny był do oficjalnego otwarcia obchodów Dnia Zwycięstwa.

Wśród zebranych w części kulturalnej strzelnicy byli Antoni L. i jego sąsiad z tej samej wsi, Józef Strączek. Przyjechali z Radoszych podstawionym przez dom kultury autokarem; narzekając na pogodę skracali sobie czas oczekiwania na przyjazd wójta Bigusa.

Antoni L. miał w wypchanej skórzanej teczce największą niespodziankę biesiady.

Kurdesz nad kurdeszami

Antoni L. pojawił się na strzelnicy uśmiechnięty, elegancko ubrany i bez specjalnego zaproszenia, podobnie jak rok temu. Miejscowe koło Związku Kombatantów trochę ostentacyjnie nie posyłało mu zaproszeń na uroczystości. Nie mogło zapomnieć tego, że trzy lata temu, będąc sekretarzem koła, Antoni L. zmalwersował 6 milionów ze składkowej kasy oraz tego, jak z uporem dziecka słał potem listy do prezydenta RP, twierdząc, że jest niewinny. Niektórzy kombatanci z zasady nie odzywali się do Antoniego L.

– Wójt nie przyjeżdżał, więc prezes koła Związku Kombatantów powiedział, że trudno, musimy zaczynać bez niego – mówi Henryk Lewicki. – No i prezes osobiście wystąpił jako pierwszy z luźnym przemówieniem na temat II wojny światowej. Potem spytał, czy ktoś z zebranych chciałby zabrać głos.

Antoni L. zabrał głos. Jego wystąpienie było krytyczne. Miał żal, że fety nie urządzono w domu kultury, w zamkniętym pomieszczeniu, które zapewniłoby starszym ludziom większy komfort. Pytał dlaczego tak mało osób przyszło dziś na strzelnicę. Jeśli któryś z kombatantów umarł albo nie mógł przyjechać, to powinien przynajmniej wydelegować żonę albo dziecko. Na koniec mówca nawiązał do napiętej sytuacji między nim a Związkiem Kombatantów.

Jako ostatni z kontrprzemówieniem wystąpił wójt Bigus; wreszcie dotarł. Wójt przypomniał zebranym, że to spotkanie nie jest po to, żeby wyciągać wzajemne brudy, ale żeby się dobrze bawić.

Przyjechała grochówka i ludzie ustawili się w kolejkach do kotła, nawet żony kombatantów wyszły z ciepłego pomieszczenia na zapleczu strzelnicy. Aktorzy poubierani w szlacheckie kontusze rozpoczęli nadawanie imprezie rysu artystycznego. Lało się piwo i w końcu zrobiło się cieplej, bo kierownik Lewicki rozpalił w jednym z rożnów. Ludzie śpiewali piosenki.

Antoni L. darł się razem ze wszystkimi kurdesz nad kurdeszami, potrząsając miarowo kuflem piwa nad głową.

Na stos życia los

Wytarta skórzana torba z bombą stała na krześle, kiedy Antoni L. z piersiówką nalewki domowej roboty krążył między gośćmi i nie zważając na zadawnione niesnaski w gronie kombatantów, szczodrze polewał. Kiedy na scenę wyszli aktorzy w szlacheckich kontuszach z kuflami piwa w ręku, rozochocony Antoni L. doskoczył także do nich. Uśmiechnięty dolewał im swojej nalewki do piwa.

– Dobrze się bawił – pamięta Henryk Lewicki. – Nikt by nie powiedział, że coś szykuje.

Piosenki szlacheckie to była pierwsza część artystyczna biesiady. Część druga miała składać się z piosenek wojskowych, a ostatnia z partyzanckich.

Antoni L. wrócił zamyślony na swoje miejsce za stołem i wysłał sąsiada Strączka po grochówkę.

Kierownik domu kultury pamięta, że skórzana teczka Antoniego L. wybuchła podczas wykonywania przez aktorów piosenki My pierwsza brygada. Henryk Lewicki zastanawia się, czy może ta piosenka wpłynęła na staruszka tak, że zdecydował się zdetonować swój ładunek. Może właśnie czekał na Pierwszą brygadę.

Był huk i placyk przed strzelnicą zapełnił się odłamkami fruwających kamieni, drewnianych części ław, plamami grochówki i krwi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

DOM NAD ODRĄ

Dostępne w wersji pełnej

KONIA KAŻDEGO PODEJDĘ

Dostępne w wersji pełnej

POWRÓT Z WIRTUALU

Dostępne w wersji pełnej

WSZYSTKIE MIŁOŚCI ANKI

Dostępne w wersji pełnej

MATKA KUBIAKA

Dostępne w wersji pełnej

SĄSIADKI WIDZIAŁY

Dostępne w wersji pełnej

BANDYTOWACI

Dostępne w wersji pełnej

TATA BLUES

Dostępne w wersji pełnej

MAŁY GRACZ

Dostępne w wersji pełnej

TANGO FUNERALNE

Dostępne w wersji pełnej

RODZINA WE WNĘTRZU

Dostępne w wersji pełnej

CIĄŻA UROJONA

Dostępne w wersji pełnej

SKUCHA

Dostępne w wersji pełnej

CZTERECH ZESTRESOWANYCH MĘŻCZYZN

Dostępne w wersji pełnej

HONOR DROZDÓW

Dostępne w wersji pełnej

WOJOWNIK

Dostępne w wersji pełnej

PRZYPADKI BRACI KLUSIKÓW

Dostępne w wersji pełnej

ŹLE ODCIĘTY

Dostępne w wersji pełnej

PÓŁMILIONER

Dostępne w wersji pełnej

CUDOWNE ODNALEZIENIE KRZYSZTOFA KRZAKA

Dostępne w wersji pełnej

QUASIMODO ZE SMUTNEJ

Dostępne w wersji pełnej

ŚWIĘTY HARRY

Dostępne w wersji pełnej

ROMANCA

Dostępne w wersji pełnej

WOJNA PANA KULPY

Dostępne w wersji pełnej

PROSTA HISTORIA

Dostępne w wersji pełnej

SYZYF W ŚRODOWISKACH

Dostępne w wersji pełnej

BYŁ SOBIE KRZYSIEK

Dostępne w wersji pełnej

BALLADA O CZŁOWIEKU ORKIESTRZE

Dostępne w wersji pełnej

POWRÓT SĄSIADA

Dostępne w wersji pełnej

DOBRY W DOMU ZŁYM

Dostępne w wersji pełnej

ZAPAKOWANY

Dostępne w wersji pełnej

KAŻDY INNY, WSZYSCY BIALI (RELACJA NIECENZUROWANA)

Dostępne w wersji pełnej

MARSZ VARSOVIA

Dostępne w wersji pełnej

MARIA PRASKOBRAMSKA

Dostępne w wersji pełnej

INSTYNKT

Dostępne w wersji pełnej

PIĘĆ CZTERYSTA

Dostępne w wersji pełnej

POLECAMY RÓWNIEŻ

Dostępne w wersji pełnej

Peryferyjczyk

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

RÓŻNE OBLICZA MIŁOŚCI. RYCERZ Z TRAMWAJU 33

HONOR ŻEBRAKA. HAMBURGEREM O ZIEMIĘ

SKINI W AUTOBUSIE. ZABAWY ŁYSYCH

DLA ZAGUBIONYCH I ZNERWICOWANYCH

ŚMIECH ŚMIECHEM, WIECH WIECHEM

AWANTURA O KRYSIĘ

DIABEŁ PRZYCHODZI O SZÓSTEJ

STARY CZŁOWIEK WĘDRUJE

BIESIADA Z BOMBĄ

DOM NAD ODRĄ

KONIA KAŻDEGO PODEJDĘ

POWRÓT Z WIRTUALU

WSZYSTKIE MIŁOŚCI ANKI

MATKA KUBIAKA

SĄSIADKI WIDZIAŁY

BANDYTOWACI

TATA BLUES

MAŁY GRACZ

TANGO FUNERALNE

RODZINA WE WNĘTRZU

CIĄŻA UROJONA

SKUCHA

CZTERECH ZESTRESOWANYCH MĘŻCZYZN

HONOR DROZDÓW

WOJOWNIK

PRZYPADKI BRACI KLUSIKÓW

ŹLE ODCIĘTY

PÓŁMILIONER

CUDOWNE ODNALEZIENIE KRZYSZTOFA KRZAKA

QUASIMODO ZE SMUTNEJ

ŚWIĘTY HARRY

ROMANCA

WOJNA PANA KULPY

PROSTA HISTORIA

SYZYF W ŚRODOWISKACH

BYŁ SOBIE KRZYSIEK

BALLADA O CZŁOWIEKU ORKIESTRZE

POWRÓT SĄSIADA

DOBRY W DOMU ZŁYM

ZAPAKOWANY

KAŻDY INNY, WSZYSCY BIALI (RELACJA NIECENZUROWANA)

MARSZ VARSOVIA

MARIA PRASKOBRAMSKA

INSTYNKT

PIĘĆ CZTERYSTA

POLECAMY RÓWNIEŻ

Karta redakcyjna

Projekt okładki

Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce

Martin Barraud/Iconica/Getty Images

Tim Robberts/Stockbyte/Getty Images

Zdjęcia Autora na okładce

Marta Mazuś

Korekta

Krystian Gaik

Copyright © by Marcin Kołodziejczyk, 2017

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2017

Copyright © POLITYKA Sp. z o.o. S.K.A.

Po raz pierwszy teksty zostały opublikowane w: „Expressie Wieczornym” i „Kulisach” (s. 7–10), „Życiu” (s. 11–81) oraz „Polityce” (s. 82–388).

W większości tekstów pozostał oryginalny zapis.

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-8032-201-1

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Peryferyjczyk Bardzo martwy sezon. Reprtaże naoczne Dysforia B. Opowieści z planety prowincja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI