Jest życie po końcu świata

Jest życie po końcu świata

Autorzy: Joanna Kos-Krauze

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 208

Cena książki papierowej: 26.00 zł

cena od: 29.90 zł

Nawet gdybym nigdy nie zrobiła więcej żadnego filmu, pozostanie to, co zrobiliśmy razem.

Możesz powiedzieć o swoim związku z Krzysztofem, że to była wielka miłość?

Tak. Ze wszystkim potknięciami, ale tak. Każdemu życzę, żeby przeżył coś takiego.

 

Dług, Mój Nikifor, Plac Zbawiciela, Papusza – wybitne filmy, o których słyszał prawie każdy. Za ich sukcesem, obok Krzysztofa Krauze, stoi jego partnerka w pracy i życiu – Joanna Kos-Krauze. Artystka, niezwykły człowiek, silna kobieta. Ostatni film, Ptaki śpiewają w Kigali, ten chyba najtrudniejszy, w Afryce, zrobiła już sama. Ukończyła go po śmierci męża.

Ta książka to nie jest zwykły wywiad rzeka. Osobista rozmowa z Joanną Kos-Krauze przeplatana jest reportażami z Rwandy, kraju, którego mieszkańcy muszą nauczyć się żyć na nowo, a który stał się drugim domem Joanny. Temat tej książki również nie jest błahy. Jest to przepiękna, choć momentami dotkliwa opowieść o sile miłości, determinacji i przebaczenia. O sile kraju, który odbudowuje się po wojnie domowej, i sile kobiety, która przeżywa swój osobisty koniec świata i się po nim podnosi.

 

Nagradzany na festiwalach film Ptaki śpiewają w Kigali już w kinach.

 

WSTĘP

To nie jest zwykły wywiad rzeka. To zapis rozmów przeprowadzonych z Joanną Kos-Krauze na przestrzeni kilku miesięcy w jej warszawskim domu, który stworzyła z mężem Krzysztofem Krauze, w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie lubili spędzać czas i pisali scenariusze, oraz w Rwandzie, gdzie powstał najnowszy film Ptaki śpiewają w Kigali. Ten film zaczynali kręcić razem, ale choroba i śmierć Krzysztofa przerwały prace na wiele miesięcy.

Pierwszego wywiadu Joanna udzieliła rok po śmierci męża. Opowiadała w nim o dramacie zmagania się z nowotworem, o rozstaniu i oswajaniu życia w żałobie. Rok później z tego wywiadu zrodził się pomysł napisania książki. Właśnie zakończyły się zdjęcia do filmu Ptaki śpiewają w Kigali – opowieści o konsekwencjach ludobójstwa w Rwandzie. Tym samym rwandyjski wątek zdominował wiele rozmów i wyznaczył ich kierunek.

Historia dwudziestu lat wspólnego życia z Krzysztofem i wspólnej twórczości przeplata się w tej książce z opowieściami z Rwandy; wywiady z Joanną Kos-Krauze z reporterskimi kadrami z podróży po kraju, w którym wydarzyła się jedna z najstraszniejszych rzezi XX wieku.

Książkę tę można czytać, idąc tropem dialogów z reżyserką albo śladem historii z Rwandy bądź też, łącząc jedne z drugimi, zanurzać się w świat Joannie Kos-Krauze ostatnimi laty najbliższy.

NYAMATA

Drzwi wyłamane, tak jak w 1994 roku. Powyginane kraty. Dach podziurawiony kulami przypomina niebo pełne gwiazd. Przez otwory po kulach do mrocznego wnętrza prześwituje słońce. Dawny kościół katolicki w Nyamacie. Solidny, z porządnej czerwonej cegły. Okoliczne domy to zwykłe lepianki budowane z gliny formowanej w sześciany suszone na słońcu.

Kościół w Nyamacie to jeden z najbardziej wstrząsających pomników ludobójstwa w Rwandzie. Gdy 6 kwietnia 1994 roku spadł samolot z prezydentem Juvénalem Habyarimaną, w niewielkim kraju w sercu Afryki wydarzenia wymknęły się spod kontroli. Rozpoczęła się jedna z najbardziej krwawych rzezi w nowożytnej historii. W ciągu stu dni zginęło blisko milion ludzi, sąsiadów mordowanych przez sąsiadów.

Kto zestrzelił samolot, do dziś ostatecznie nie wiadomo, są tylko poszlaki i przypuszczenia. Katastrofa była dla Hutu pretekstem do zemsty i pomszczenia prezydenta, który pochodził z tego właśnie ludu. Hutu chwycili za maczety. Tutsi, oskarżani przez rządową propagandę o dokonanie zamachu, ruszyli do kościołów. Dotychczas były one najbezpieczniejszymi miejscami schronienia. Podczas poprzednich masakr, bo ta z 1994 roku nie była w historii Rwandy pierwszą, nikt nie odważył się mordować na terenie świątyń. Tym razem stało się inaczej.

Wojsko Hutu i szkolone specjalnie do tej wojny bojówki Interahamwe zaatakowały wypełnione ludźmi kościoły. Cel był wyjątkowo łatwy. Wystarczyło wyważyć drzwi, wyłamać kraty, przez okna wrzucić parę granatów, bo okna tutejszych kościołów nie mają szyb, co zapewnia dostęp świeżego powietrza w upale równikowego klimatu. Gdy brakowało granatów, bo tych było jak na lekarstwo, wystarczała siła mięśni wprawiająca w ruch ostrza maczet. W cieniu milczących ołtarzy żniwa okazały się wyjątkowo obfite.

Kościół w Nyamacie wypełniają ławki. Najprostsze, bez klęczników i oparć. Takie same jak we wszystkich kościołach w Rwandzie. Stoją w rzędach. Tylko zamiast siedzących na nich ludzi leżą stosy ubrań. A właściwie szmat, pokrywających się powoli patyną wszechobecnego pyłu w odcieniu afrykańskiej ochry. To, co kiedyś krzyczało pstrokacizną barw, teraz nasączone krwią, wyciśniętym przez strach potem, pozlepiane mazią rozkładających się ciał, zmieszane z błotem, przybiera kolor tutejszej ziemi.

W kościele w Nyamacie Hutu wymordowali 10 tysięcy Tutsi. W kilka dni. W ruch poszły granaty, maczety, drewniane pałki, dzidy. Ciężka, ręczna robota. Trud siepaczy. Bojówkarzy i zwykłych sąsiadów zwabionych okazją rewanżu i łatwego szabru, a jednocześnie przymusem zabijania. Bo filozofia tego ludobójstwa nie pozostawiała wyboru: albo zabijałeś, albo byłeś zabity. Nawet jeśli byłeś Hutu. Obojętni automatycznie stawali się zdrajcami narodu i też szli na rzeź.

Tutsi, którym udało się uratować z masakry w Nyamacie, było niewielu. Jednym z nich był Leonard Ruberanziza, miejscowy katecheta. W jego wspomnieniach zachowanych wśród świadectw Archiwów Ludobójstwa Rwandy kwiecień 1994 roku stanowił czas żarliwej modlitwy:

Chodziliśmy na dwie msze dziennie. Nagle zjawiły się tłumy ludzi z [okolicznych] Kayumby i Kibongo. Zapytaliśmy, co się dzieje. Mówili, że robi się coraz gorzej, że ludzie masowo opuszczają swoje domy i szukają schronienia. Na początku nie bardzo rozumieliśmy, o co chodzi. Byłem katechetą, starałem się otworzyć drzwi, ale ludzie ze środka krzyczeli, że nie ma już miejsca. Wtedy zrozumiałem, że trzeba się gdzieś ukryć.

Według innego świadka – Cassiusa:

Kiedy do Nyamaty dotarła wieść o tym, że znów się zaczęło, ludzie odruchowo biegli do Domu Pana szukać tam schronienia. W środku zabarykadowało się kilka tysięcy. Przez dwa dni chroniły ich mury i krata. Na miejscu było już wojsko i policja. Krzyczeli, że niebawem zostaniemy zabici. Byliśmy przerażeni. Baliśmy się nawet głośno oddychać, nie mówiąc już o rozmowach. Po dwóch dniach około południa zjawiło się Interahamwe. Ze śpiewem na ustach wrzucili do kościoła granaty i wygięli kraty. Kiedy wdarli się do środka, zaczęli zabijać na oślep, uderzając maczetami raz na lewo, raz na prawo. Wielu zginęło od ciosów dzidami. Interahamwe mieli we włosach liście manioku. Potwornie się wydzierali i raz po raz wybuchali straszliwym gardłowym śmiechem. Kiedy po dwóch dniach skończyli w kościele, zaczęli z psami przeczesywać busz.

Przeżyli tylko tacy jak Leonard Ruberanziza i Cassius, którzy w miarę szybko zrozumieli, że jeśli chcą żyć, muszą uciekać z kościoła. Do buszu albo na bagna.

Autor jednej z najwybitniejszych książek o ludobójstwie w Rwandzie, francuski reporter Jean Hatzfeld, opisując wydarzenia w okolicach Nyamaty, porównał zachowanie Tutsi do strategii antylop. Taki właśnie tytuł nosi trzecia część jego trylogii poświęconej wydarzeniom 1994 roku. Uciekający przed oprawcami Tutsi rozbiegali się po okolicznych wzgórzach niczym antylopy gonione przez drapieżniki. Rozproszenie dawało szansę na przeżycie.

Dzień w dzień o świcie, zanim oprawcy ruszyli do roboty, Tutsi szukali ratunku w ucieczce. Na noc wracali w okolice osad. Skradali się na pola, aby wydłubać z ziemi resztki kasawy czy zerwać kiść bananów. Zdobyć coś do jedzenia, by przeżyć.

Dla Hutu rzeź była rodzajem pracy. Od godziny 9 do 15. Po robocie wracali do domu na obiad. Najbardziej wydajni mogli liczyć na nagrodę: piwo Primus. To jedyne piwo w Rwandzie, które ma większą objętość – 0,74 litra. Pozostałe sprzedawane są w butelkach po 0,66 litra. Przed ludobójstwem nikt nie pił w tym kraju wody. Moda na butelkowaną przyszła dopiero w ostatnich dekadach wraz z zachłyśnięciem się cywilizacją białego człowieka. Wcześniej woda miała dla miejscowych kolor okolicznej, zwykle brunatnej, rzeki. Noszona kilometrami w plastikowych kanistrach, służyła do gotowania, prania i mycia. Piło się urwagwę – mętne, pędzone domowym sposobem wino bananowe. W porównaniu z nim butelkowane piwo było luksusem. Najbardziej zasłużeni siepacze Hutu dostawali od władz całe skrzynki.

10 tysięcy Tutsi zginęło w kościele w Nyamacie. Kolejnych 35−40 tysięcy na polach, bagnach i okolicznych wzgórzach. Ubrania zdjęte w czasie ekshumacji z trupów złożono w kościele. Skłębione, przesiąknięte cierpieniem. A właściwie tym cierpieniem sakralizowane, bo choć nikt nie poddał tej masy szmat procesowi kanonizacyjnemu, to jest ona w pewien sposób święta. Jak relikwia będąca świadectwem męczeństwa tych, którzy zawierzyli Bogu i jego kapłanom.

Z tego kłębowiska ubrań wystają pojedyncze, dające się łatwo rozpoznać przedmioty: kapelusz, rękaw dziecięcego T-shirtu, kalosz, klapek, majtki, pasek.

– Wiemy, że te ubrania, leżąc na ławach, niszczeją. Nie mogliśmy jednak powiesić ich na wieszakach, bo wyglądałyby jak w sklepie. Musieliśmy pogodzić wymóg zachowania oryginalności miejsca ludobójstwa z wymogami ochrony eksponatów – mówi Rachel, przewodniczka po kościele w Nyamacie, sprawująca nad nim pieczę. – Pewna Amerykanka z Pensylwanii – dodaje – opowiadała mi, w jaki sposób przechowuje się ubrania ofiar ludobójstwa w Kambodży, ale tam ubrania zostały najpierw wyprane. My chcemy zachować ich oryginalny wygląd. Wiemy jednak, że w takich warunkach nie przetrwają długo.

W większości są to ubrania z bawełny. Znoszonej już „za życia”, nadwerężonej zębem czasu. Raczej taniej, a tym samym nietrwałej. Początkowo były złożone bezpośrednio na podłodze. Potem przeniesiono je na ławki, część ułożono w plastikowych koszach, aby chronić je od spodu od grzyba i pleśni. Próbowano też usuwać kurz za pomocą odkurzaczy.

– Jest plan budowy dodatkowego dachu, aby deszcz nie lał się przez dziury po kulach. Tak jak zrobiono to w nieodległej Ntaramie – mówi Rachel.

W kościele w Nyamacie ołtarz przykryty jest wciąż tym samym obrusem, który był tu w kwietniu 1994 roku. Plamy krwi wyblakły. Zmieszały się z wszechobecnym pyłem. Kto by zresztą zwracał uwagę na brud, gdy na ołtarzu spoczywa swoista kolekcja ludobójstwa: dwie protezy nóg, maczeta, kawałki fajek, różańce, portfele, karta identyfikacyjna Tutsi, monety, bransoletka, kajdanki… Obok wybebeszone drewniane tabernakulum. Obłupane kulami. Obsypane setkami bezimiennych podkoszulek, bluzek, spodni, spódnic, chust osieroconych przez swoich właścicieli. Na tabernakulum pada z góry spóźniony promień popołudniowego słońca. Wdzierający się przez otwór po kuli. Wstydliwie zagubiony w mroku. Wstyd jest tu tak samo obecny w powietrzu jak cierpienie. Wstyd Kościoła, który obietnicę raju wiecznego życia zamienił w piekło zbrukanej śmierci.

Na ażurowym kościelnym poddaszu przysiada ptak. Jego gardłowy gulgot jest jedyną głośną modlitwą wznoszoną w tym miejscu. Jeśli ktoś potrafi się tu jeszcze modlić, robi to w milczeniu. Ptak ślizgowym lotem przelatuje nad tabernakulum i przysiada na głowie figury Matki Boskiej stojącej na lewo od ołtarza. Umieszczona wysoko na półce, milczy, tak samo jak w 1994 roku. Milcząca Matka Boska jest jak symbol Kościoła katolickiego, który milcząco wsparł ludobójstwo. A na pewno się mu nie przeciwstawił. Rwandyjscy biskupi potrzebowali 22 lat i pojawienia się w Watykanie papieża Franciszka, aby przeprosić za rolę, jaką duchowni odegrali w tej kaźni.

„Przepraszamy za wszelkie krzywdy wyrządzone przez Kościół. Przepraszamy w imieniu wszystkich chrześcijan za wyrządzone przez nas zło w każdej formie. Żałujemy, że przedstawiciele Kościoła złamali przysięgę posłuszeństwa wobec Bożych przykazań – napisali w przesłaniu odczytanym w rwandyjskich kościołach w ostatnim dniu roku 2016, ogłoszonego przez papieża Franciszka Rokiem Miłosierdzia. – Prosimy o przebaczenie za zbrodnię, która polegała na okazywaniu nienawiści naszym bliźnim z powodu ich przynależności etnicznej. Nie pokazaliśmy, że jesteśmy jedną rodziną, lecz zabijaliśmy się nawzajem”.

Kościół w Nyamacie został po ludobójstwie zdesakralizowany. Duchowni próbowali uprzątnąć wnętrze i przywrócić odprawianie mszy, ale rodziny ofiar postawiły weto.

– Desakralizacja odbyła się na wyraźne żądanie rodzin ofiar. Wysyłano w tej sprawie listy i petycje do Watykanu – mówi Rachel.

Tak jakby trzeba było udowadniać, że to nie jest już kościół, tylko grób. I że więcej w nim kości niż cegieł.

Podziemia kościoła zamieniono na katakumby. W wykafelkowanej białej przestrzeni nasączonej chłodnym światłem jarzeniówek stoi wielka szklana gablota. Ostre światło podkreśla martwy odcień kości. Czaszki ułożone są rzędami. Na wielu widać ślady po maczecie. Wgłębienia. Pęknięcia.

Pozostałe kości leżą posegregowane na półkach. Ludzie poszatkowani na piszczele, kości udowe, miednice, czaszki, szczęki. Zmieszani. Zunifikowani. Dzieci i dorośli. Kobiety i mężczyźni.

Do kościołów wciąż znoszone są nowe worki z kośćmi. Zwozi się je taczkami z okolicznych pól. W Rwandzie mówi się, że gdzie wbijesz łopatę, tam trafisz na kości. Albo że najlepsza kapusta rośnie na kościach. Pola uprawne rozciągają się tuż za ogrodzeniami miejsc, w których dochodziło do masakr. Rwanda to mały kraj, ale jeden z najgęściej zaludnionych w Afryce. Każdy kawałek ziemi musi wykarmić żywych.

W Nyamacie worki z kośćmi stoją wzdłuż ścian kościoła. Takie same jak te, w których nosi się kasawę albo sprzedaje przy drogach wyrabiany chałupniczo węgiel drzewny. Połatane i dziurawe. Z dziur w workach wystają kości. Większość pozostanie niezidentyfikowana. Tutsi ginęli całymi rodzinami. Nierzadko z całej rodziny nie został nikt, kto mógłby użyczyć materiału genetycznego do identyfikacji. Nie ma więc jak rozpoznawać tych bezimiennych żuchw, piszczeli, kręgów kręgosłupa, skrzydeł żeber, paliczków dłoni. Tych kości kilku pokoleń wymieszanych z przerażeniem, bólem, zdradą i odczłowieczeniem. Tym samym ich nazwiska nie trafią na ściany pamięci w miejscach ludobójstwa. Na tych ścianach jest więcej pustej przestrzeni niż wygrawerowanych w kamieniu liter.

Do spowitego mrokiem wnętrza kościoła w Nyamacie wsącza się śpiew. Jest niedziela. Kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie placu, wzniesiono nowy kościół. Gdy Watykan został zmuszony przez rodziny ofiar do desakralizacji tego, który stał się miejscem ludobójstwa, kościelna hierarchia nie dała za wygraną. Wzniesiono nowy kościół, dwa, a może i trzy razy większy. Kto do niego chodzi na msze? W Rwandzie nikt o tym oficjalnie nie rozmawia, bo podziały etniczne są tematem tabu, ale i tak wszyscy wiedzą. Hutu. Dla Tutsi ta nowa świątynia to przede wszystkim pomnik arogancji instytucji kościelnej, która 23 lata temu zawiodła.

Nowy kościół otacza jeden z najpiękniejszych ogrodów w okolicy z okazałą plebanią. Na drzewie przy drodze wiodącej do tego miejsca widać ślady czerwonych liter.

– To syrop klonowy zmieszany z farbą. Jest tańszy niż sztuczna krew. Dwa lata temu kręciliśmy pod tym drzewem scenę zabójstwa – mówi Joanna Kos-Krauze.

Na pniu pełno nacięć – śladów po maczecie.

– Te świeże są nasze, zrobione podczas kręcenia filmu, a te są sprzed dwudziestu lat – dodaje Joanna.

Rany na drzewie zabliźniają się powoli, choć na pewno szybciej niż te w ludzkich sercach. Przypominają niewypowiedziane, lecz stale obecne w Rwandzie pytanie: „Czy to może się jeszcze powtórzyć?”. Tym pytaniem naznaczone są rozmowy i spojrzenia. Zawierane znajomości, podejmowane decyzje, dokonywane wybory.

Milcząca odpowiedź brzmi – niestety – tak.

To może się powtórzyć.

LUDOBÓJSTWO

Joanna Kos-Krauze: Gdybyś miała przedstawić Rwandę za pomocą jednego zdjęcia, to co by na nim było?

Aleksandra Pawlicka: Nyamata. Wnętrze kościoła wypełnione ubraniami. A ty?

Tak samo. Nyamata robi na mnie niezmiennie największe wrażenie. Czy to nie dziwne, że rzeczy pomordowanych oddziałują na nas bardziej niż kości i czaszki?

Może mówią więcej o człowieku niż jego szkielet?

Może. Kości są tym, co zostaje po cielesności najdłużej. Są zindywidualizowane – czaszki mają różny kształt, piszczele różną długość, ale wszyscy mamy ten sam zestaw kości. Przestają być wyróżnikiem tożsamości, gdy nie ma już mięśni, koloru oczu, gęstości włosów, kształtu ust. Unifikują człowieka. A przecież to wciąż są ludzie, tylko w innej formie. Kości mają swoją pamięć, swoją energię, swoje prawo do spokoju. Ich anonimowość w Rwandzie jest dla mnie bolesna. Na Bałkanach, w byłej Jugosławii, gdzie ludobójstwo jest sprawą równie świeżą, bo miało miejsce w tym samym niemal czasie co w Rwandzie, rodziny ofiar szukają kości, dopominają się o nie, chcą je pochować. Matki, wdowy, córki, kochanki szukają wytrwale kości synów, mężów, ojców. Mężczyzn, których kochały.

W Rwandzie nikt kości nie szuka?

Mam przyjaciela Rwandyjczyka, który przeżył, bo studiował w Europie. Po ludobójstwie wrócił do Rwandy. Pracuje przy archiwizowaniu danych o pomordowanych. W 1994 roku zginęła większość jego rodziny. Po latach znajomości ośmieliłam się go zapytać, czy wie, gdzie są pochowani jego rodzice. Spojrzał na mnie i wskazał na dwie torby, w których tamtego dnia przyniósł mi kukurydzę i mango z własnego ogrodu. „Może pod tą kukurydzą? Albo pod drzewem mango? Nie wiem, nie przyjechałem, żeby szukać kości, to jest już bez znaczenia”. Szukanie kości oznacza przeoranie wszystkiego raz jeszcze, a Rwandyjczycy chcą być o dwie długości dalej. Chcą żyć. Dlatego też pamięć jest tak ważna.

Nie chcą zapomnieć o przeszłości?

Zapomnieć to znaczy wyprzeć, w przypadku ludobójstwa to wręcz niedopuszczalne. Pamięć to świadomość wydarzeń i ich konsekwencji. Ale wydaje mi się, że Rwandyjczycy wolą patrzeć w przyszłość. Nie mają wyjścia.

W kościele w Nyamacie kości stoją w workach albo są ułożone w stosach na półkach.

Połączone tym samym losem, tym samym dramatem. A przecież każdy z tych ludzi coś w chwili śmierci czuł, o czymś myślał, o coś się martwił, czegoś pragnął. Uciekając z domu, chwytał w ostatniej chwili to, co było dla niego ważne. Co w chwili lęku i paniki stanowiło substytut bezpieczeństwa, niczym ostatnia deska ratunku. Co to było? Książeczka do nabożeństwa? Pieniądze, różaniec, ulubiony kapelusz, laska, bez której nie mógł się poruszać? Buty? Buty są bardzo ważne.

Dlaczego buty?

Bo to symbol godności. W Polsce przed wojną buty też miały specjalne znaczenie. Zakładało się je do kościoła. Tu bywa podobnie. Typowy obrazek to ludzie przecierający buty chusteczką przed wejściem do kościoła, aby zetrzeć kurz wędrówki po zapylonej drodze. W Rwandzie jest anegdota o tym, że po ludobójstwie prezydent Kagame wydał rozporządzenie nakazujące, by dzieci do szkoły chodziły w butach. Państwo zorganizowało gigantyczny transport klapek. Przybyły w dwóch kolorach. Na północ poszedł transport zielonych klapek, a na południe różowych. Było to symboliczne danie wszystkim takich samych szans. Niezależnie od tego, czyimi są dziećmi. Uratowanych czy morderców. Symbol walki z biedą.

Buty rzeczywiście są wśród rzeczy pomordowanych. I zdjęcia. Zauważyłaś, że we wszystkich miejscach poświęconych ludobójstwu w Rwandzie najczęściej są zdjęcia ślubne?

Bo ślubne zdjęcie robi sobie nawet biedak. Często jest to jedyna fotografia w domu. Zawieszona na ścianie, łatwo ją schwycić. Kadr szczęśliwej chwili, nadziei. Dziś to często jedyne świadectwo, że ludzie utrwaleni na zdjęciu naprawdę kiedyś żyli. Podejmowali decyzje, dokonywali wyborów. Aż do chwili, gdy ktoś inny dokonał wyboru za nich. Żołnierz, który miał go bronić. Ksiądz, który miał go zbawić. Sąsiad, z którym za dnia pracował w polu, a wieczorem pił na ulicy przed sklepikiem ciepłą urwagwę.

Często jeździsz do Nyamaty?

Dość regularnie i nie potrafię powiedzieć, dlaczego to robię. Po prostu mam taką wewnętrzną potrzebę. Wiem, że będąc w Nyamacie, jestem we właściwym miejscu.

Ułatwia ci to przeżywanie własnej żałoby po śmierci męża?

Przynosi spokój. Albo złudzenie spokoju? Po śmierci Krzysztofa okrzepłam. Początkowo miałam dużo problemów zdrowotnych i zawodowych. Przez kilka tygodni kręciłam film na kroplówce, ciągle pojawiały się jakieś kłopoty. I nagle przyszedł moment przesilenia. Nastąpiło pogodzenie. Wszystko się we mnie wyprostowało. Nie wierzę w życie pozagrobowe, w piekło, w niebo. Wierzę w piekło na ziemi. W to, co ludzie są w stanie zrobić innym ludziom. Nigdzie nie umiem odczuć tego bardziej niż w Nyamacie. Kiedyś denerwowało mnie, że ktoś przyjeżdża, robi parę zdjęć albo histeryzuje, wyjeżdża i zapomina. Z czasem nauczyłam się, że nie można wymagać przeżywania tego miejsca od każdego. Prawdziwy kryzys przeżyłam, gdy przyjechałam do Nyamaty ze współpracownikami, którzy mieli pomagać w zdjęciach. Od progu zaczęły się gadki: to rozstawimy tu, to tu, takie światło, taki sprzęt. Najpierw byłam na nich wściekła, ale potem zrozumiałam, że takie jest po prostu życie. Coś, co dla jednych jest bolesnym doświadczeniem, dla innych stanowi tylko historię do opowiedzenia. Robotę do wykonania. Nie ma się co obrażać. Część ludzi wizytę w Nyamacie przeżywa, a część nie i to wcale nie oznacza, że są źli. To ja absurdalnie oceniam czasami intencje. Nie mam prawa oceniać, jak ktoś okazuje emocje.

Czy twój odbiór Nyamaty zmienia się wraz z kolejnymi wizytami?

Za każdym razem pojawiają się inne pytania, ale jedno pozostaje niezmienne. Wizyta tam zawsze sprawia, że przestaję przejmować się głupotami. Dostrzegam w życiu właściwe proporcje. Mam w nosie połowę maili, albo i wszystkie, widzę chwilowość, błahość własnych problemów w obliczu prawdziwego dramatu i – co dla mnie jest niezwykle ważne – obserwuję, jak ludzie, których udziałem jest ten dramat, powoli się podnoszą. Największe wrażenie zawsze robią na mnie ci, którzy pracują w miejscach ludobójstwa. Zastanawiam się, jak to możliwe, aby obcować dzień w dzień z takim bezmiarem cierpienia. Czy to jest spłacanie długu za uratowane życie? A może chodzi o kontakt z bliskimi utraconymi w ludobójstwie? I dochodzę do wniosku, że niezależnie od intencji, aby być strażnikiem kości, trzeba jakiejś wielkiej… no właśnie, nie wiem, czego trzeba, ale to jest to, co robi na mnie wrażenie. Wielokrotnie wydawało mi się, że ludzie pracujący w takich miejscach jak Nyamata żyją w innym wymiarze. I nie chodzi o to, że są szaleni z rozpaczy czy pozbawieni zmysłów. Oni jakby wiedzieli więcej. O człowieku, o życiu. Jakby czegoś głębiej dotknęli.

Na potrzeby filmu Ptaki śpiewają w Kigali uczestniczyłaś w ekshumacjach. Jakie to przeżycie?

Chcieliśmy pokazać ekshumacje, bo one będą trwały w Rwandzie jeszcze wiele lat. Liczba masowych grobów jest w tym kraju olbrzymia. Udało mi się dostać zezwolenie rządu rwandyjskiego na filmowanie miejsc, w których są złożone szczątki ofiar. Mogłam wejść nawet do podziemia, gdzie przechowywane są kości. Takich zezwoleń od lat nie dostały już żadne ekipy. Zaufali mi. Jednak właśnie w momencie, kiedy dostałam zezwolenie, zrozumiałam, że nie mogę tego pokazać, że to nie w porządku wobec tych ludzi. To był moment symboliczny. Może miało to związek z niedawną śmiercią Krzysztofa. Może to było za blisko?

Żałujesz tej decyzji?

Nie. Mój wybór był wyborem etycznym i intelektualnym, choć na poziomie artystycznym był pewnie wyborem złym. Widząc jednak zachowanie części osób pracujących przy filmie, podjęłam świadomą decyzję, że nie chcę tego filmować. Chodziło mi zwłaszcza o Rwandyjczyków, którzy byli świadkami ludobójstwa. Owszem, mam te katakumby obfotografowane, ale nie wykorzystuję tych zdjęć w filmie. Pozostałam przy ujęciach ubrań ułożonych na ławkach w kościele w Nyamacie. Wśród nich, jak dobrze się przyjrzeć, też można wciąż znaleźć ludzkie szczątki. Dni zdjęciowe w Nyamacie były bardzo trudne emocjonalnie. Z minimalną ekipą pracowaliśmy na maksymalnym poziomie adrenaliny, to się czuło. Przy czym reżyser nie może pokazać, że ma problem, bo wtedy będzie go miała cała ekipa. Główna aktorka, która przeżyła ludobójstwo, po tych zdjęciach miała kilkugodzinną sesję terapeutyczną z psychologiem. Ostatecznie więc w filmie są zdjęcia z wnętrza kościoła, ale same ekshumacje są rekonstrukcją. Nie ma w nich prawdziwych kości i ciał.

Zyskałaś w ten sposób spokój sumienia?

Pomyśl: a gdyby to były kości twojego dziecka, a ja je eksploatuję na potrzeby filmu fabularnego? Miałabyś z tym problem? Ja miałam. Może właśnie nie chodziło wcale o tych ludzi z ekipy ani o rodziny ofiar, może to chodziło o mnie? O tę śmierć Krzysztofa? Jedno wiedziałam – pamięć kości nie pozwoliła mi ich filmować. Pomyślałam, że ich właściciele dość już wycierpieli i że Rwandyjczycy robią wszystko, aby te kości pochować i dać im wreszcie spokój. Jakie mam prawo, by ten proces zaburzać? Mam skręcone nie tylko sceny z katakumb, gdzie są złożone szczątki, ale też sceny, w których wnoszą kości w workach zwożone z okolicznych pól. Nie włożyłam tego do filmu. Co innego, gdyby to był film dokumentalny.

Powiedziałaś mi kiedyś, że jeździłaś na ekshumacje nie tylko na potrzeby filmu. Więc dlaczego?

Chodziło chyba o powinowactwo żałoby. Skonfrontowanie własnych przeżyć z przeżyciami tych, którzy doświadczyli śmierci bliskiej osoby. Powoli też stało się jasne, że będzie to film o żałobie.

Kiedy pierwszy raz przyjechałaś do Rwandy?

W 2006 roku. Razem z Krzysztofem. Dziesięć lat później sfinalizowałam w Rwandzie, już bez niego, nasz ostatni film.

Ten pierwszy pobyt w 2006 roku był związany z filmem?

Tak. Postanowiliśmy zobaczyć ten kraj, bo toczy się w nim historia, którą chcemy opowiedzieć. Rok później przyjechaliśmy ponownie. Potem wracałam do Rwandy już sama, Krzysztof był zbyt chory na kolejną podróż. Początkowo dotarcie tam wymagało od czterech do sześciu lotów w jedną stronę. Oglądaliśmy Rwandę zaledwie po 12 latach od ludobójstwa. Pamięć tych dramatycznych wydarzeń była tu wtedy wciąż bardzo świeża. Raz przyjechaliśmy w kwietniu, miesiącu pamięci o ludobójstwie. Wtedy Rwanda dosłownie zamiera. Wszystko skupia się wokół rozliczeń z historią 1994 roku. Odbywają się spotkania, spektakle, wówczas jeszcze były także gacaca, czyli uliczne sądy.

W języku Rwandyjczyków, kinyarwanda, gacaca oznacza „siedząc na trawie”.

To tradycyjny sposób szukania sprawiedliwości stworzony na potrzeby rozwiązywania konfliktów w wiejskim społeczeństwie. O krowę czy o miedzę. W ten sposób Rwandyjczycy sądzili się na długo przed ludobójstwem. W 2001 roku instytucja gacaca przejęła część procesów dotyczących masakr, bo wymiar sprawiedliwości nie uporałby się z rozliczeniem ludobójstwa przez wiele dziesięcioleci.

Miałaś kiedyś wrażenie, że dotykasz istoty ludobójstwa? Rozumiesz, dlaczego do niego doszło? Jak to w ogóle było możliwe?

Nie da się zrozumieć ludobójstwa na poziomie emocji. Jako proces społeczny, historyczny – tak. Mówi się, że inteligentny czy wrażliwy człowiek nie może być do końca szczęśliwy, bo widzi, jak wygląda świat. Najbardziej dojrzała konstatacja na temat ludobójstwa to dyskutowanie o banalności zła. Ludobójstwo nigdy nie było aktem spontanicznym. Zawsze dochodziło do niego w warunkach wojny i trzeba na to przygotowywać kilka pokoleń, zarówno tych, które będą mordować, jak i tych, które będą mordowane. Warunki, w jakich może dojść do ludobójstwa, są dość dobrze opisane: naznaczenie, segregacja, wykluczenie, a w końcu eliminacja i ostatecznie zaprzeczanie ludobójstwu. Według tego schematu działają wszystkie narracje budowane wokół wszystkich ludobójstw w historii.

W przypadku rwandyjskiego swój wkład mieli kolonizatorzy.

Decydujący. Gdyby chcieć opowiedzieć w miarę uczciwie historię tego, co wydarzyło się w Rwandzie w 1994 roku, należałoby zacząć od lat 30., gdy Belgowie wprowadzili dowody rozróżniające Rwandyjczyków na Tutsi, Hutu i Twa. To było pierwsze naznaczenie. Innością, winą, zawiścią, wrogością. Gdy do tego doszła polityka nienawiści, sączona przez kolonizatorów latami, podburzanie jednych przeciwko drugim, przewroty stanu, zamieszki, migracje wypędzanych, eksplozja ludobójstwa była nieunikniona. Chcąc dostać zgodę rządu Rwandy na robienie w tym kraju filmu, musiałam podpisać dokument, który jest w pewnym sensie cenzurą, taki rodzaj gentlemen’s agreement, że nie będziemy opowiadać o rozliczeniach Rwandy z własną historią. Dlatego Ptaki śpiewają w Kigali jest opowieścią o przeżywaniu traumy, podobnie jak filmy wojenne poświęcone traumom żołnierzy powracających z frontu.

Czyli przenosicie opowieść na poziom emocji?

Przyczyną każdego ludobójstwa jest lęk. Zawiść, zazdrość, zaniżona samoocena ofiar. I lekceważenie pewnych sygnałów – dopiero po fakcie widać, jak bardzo były alarmujące. W przypadku Rwandy mieliśmy w dodatku wyjątkowo nieszczęśliwy splot wydarzeń na świecie. W Europie były Bałkany, w Afryce wojna w Somalii, gdzie USA poniosły porażkę i nie miały ochoty dalej angażować się w Afryce. Zresztą Amerykanów bardziej emocjonował proces sportowca O.J. Simpsona oskarżonego wówczas o podwójne morderstwo. Nie mówiąc o tym, że oczy całego świata były skupione na RPA, gdzie upadł właśnie apartheid i Mandela został wybrany na prezydenta. Jeśli świat spodziewał się rzezi, to właśnie tam. A tymczasem ona wydarzyła się w maleńkiej Rwandzie. Za kompletną zasłoną milczenia.

Wszystkie inicjatywy Roméo Dallaire’a dowodzącego misją ONZ w Rwandzie, dotyczące wzmocnienia kontyngentu, zaopatrzenia w broń czy po prostu zezwolenia na udzielenie schronienia Tutsi, były odrzucane.

Dla Dallaire’a to była pierwsza misja w roli dowódcy. I od razu w tak zapalnym miejscu. Nie do końca wiedział, dokąd jedzie i z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Miał potem próby samobójcze, problem alkoholowy. Nie potrafił dać sobie rady z tym, czego był świadkiem.

Nie bałaś się emocjonalnie pracy i życia w Rwandzie?

Podczas pierwszej wizyty nie zdawaliśmy sobie z Krzysztofem sprawy, dokąd jedziemy. Pamiętam, że absurdalnie najbardziej zajmowały nas wtedy okrutnie gryzące komary. Malaryczne. Krzysztof dostawał wręcz szału. Świadomość tego miejsca przyszła dopiero w drugiej kolejności i przyznaję, że gdy do nas dotarła, odchorowaliśmy ten pobyt w sensie emocjonalnym. To przejmujące, wszechobecne poczucie cierpienia. Każdemu, kto potem przyjeżdżał do Rwandy pracować przy filmie, próbowałam tłumaczyć, że człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że pobyt tu odchoruje. To jest na poziomie energii tego miejsca, w którym zawsze mieszka się i pracuje z kimś, kto jest albo ofiarą, albo zabójcą. Kto stracił kilkadziesiąt najbliższych osób albo jest potomkiem zabójcy. Tu nie ma innych sytuacji, wolnych od ludobójstwa. Pomijając tę gigantyczną liczbę szczątków i kości, to właśnie owa powszechność uwikłania w ludobójstwo stanowi o energii tego miejsca.

Mieszkasz na stałe w Rwandzie?

Pomieszkuję. Podczas pierwszych pobytów zatrzymywaliśmy się na polskich misjach księży pallotynów albo marianów. Gdy już zostałam sama, postanowiłam wyjść poza kościelne mury. Otrzymałam przez lata olbrzymie wsparcie od części misjonarzy, sióstr, ale żeby zrobić film, musiałam zamieszkać wśród Rwandyjczyków. Wynajęłam dom, tam było biuro filmu, mieszkała w nim ze mną część ekipy filmowej.

Czy Rwanda dziś to inny kraj niż ten sprzed dziesięciu lat?

Zupełnie inny. Gdy pierwszy raz przyjechaliśmy do Kigali, było kilkadziesiąt samochodów i pojedyncze plamy świateł na wzgórzach, gdy zapadała noc. Dziś wzgórza płoną po zmroku morzem świateł. Korki wjazdowe do miasta są takie jak w Warszawie. Wtedy był jeden basen w hotelu des Mille Collines, znanym z filmu Hotel Rwanda, a drugi w hotelu Umubano. Dziś nowoczesne hotele z basenami wyrastają jak grzyby po deszczu. Banki, supermarkety. Zakupy można robić 24 godziny na dobę. Czasami, gdy wracam po dwóch czy trzech miesiącach nieobecności w Rwandzie, nie poznaję starych miejsc.

Oni właściwie nie mają żadnych bogactw naturalnych, głównym bogactwem są ludzie. Ambicją Rwandyjczyków jest stworzenie w swoim kraju Doliny Krzemowej Afryki, centrum technologii informatycznych dla całego kontynentu.

A kwestia bezpieczeństwa? Czujesz się tu bezpieczna?

W 2006 roku trzeba było płacić za pozwolenie fotografowania na ulicy, prawie 200 dolarów. Dziś możesz robić zdjęcia, gdzie chcesz, byle nie wojsku i policji. Rwanda to kraj policyjny, przestępczości na poziomie pospolitym praktycznie nie ma. A mimo to część ekipy odmówiła przyjazdu. Ludzie bali się chorób, jakości wody, stanu wyjątkowego w sąsiednim Burundi. Prawda jest taka, że aby czuć się dobrze w Afryce, nie można się jej bać. Jeśli ktoś ma wyobrażenia o tym kontynencie rodem z Sienkiewicza, to trudno będzie mu tu być szczęśliwym. Zwłaszcza w Rwandzie i Kongu – Conradowskim jądrze ciemności. To tu jest kolebka ludzkości, ale i AIDS, ebola… Mimo to ja zupełnie nie boję się tu mieszkać. Może nie mam wyobraźni i uznaję, że na warszawskiej Pradze bywa niebezpieczniej niż w Kigali? W moim przypadku mieszkanie w Rwandzie sprawia, że inaczej patrzę na Europę.

Inaczej – to znaczy jak?

Jesteśmy tacy szarzy, smutni i samotni. Afryka jest lepszym miejscem do życia. Trudniejszym, ale prawdziwszym. Może rozpoczęłam migrację w przeciwnym kierunku? Radzę się szczepić i ruszać tymi pontonami w drugą stronę.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

KIWU

Rozdział dostępny w pełnej wersji

TRAUMA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

KIBEHO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

KOŚCIÓŁ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

KANOMBE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

DŁUG

Rozdział dostępny w pełnej wersji

JACEK DUBOIS O DŁUGU

Rozdział dostępny w pełnej wersji

GIKONGORO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

NIKIFOR

Rozdział dostępny w pełnej wersji

KAZIMIERZ KUTZ O MOIM NIKIFORZE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

BUTARE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

PLAC

Rozdział dostępny w pełnej wersji

MAGDALENA ŚRODA O PLACU ZBAWICIELA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

HOTEL DES MILLE COLLINES

Rozdział dostępny w pełnej wersji

PAPUSZA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

JACEK MILEWSKI O PAPUSZY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

NTARAMA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ŚMIERĆ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

GISENYI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

POGRZEB

Rozdział dostępny w pełnej wersji

MUGONGO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

SAMOTNOŚĆ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

AKAGERA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

PTAKI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

MURAMBI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ŻYCIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Copyright for text © by Joanna Kos-Krauze & Aleksandra Pawlicka

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Autorka: Joanna Karpowicz

Copyright © Joanna Kos-Krauze KOSFILM

Opieka redakcyjna

Krzysztof Janiczek

Bogna Rosińska

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku

Wydawnictwo JAK

ISBN 978-83-240-4758-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jest życie po końcu świata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI