Najlepszy powód, by żyć

Najlepszy powód, by żyć

Autorzy: Augusta Docher

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.99 zł

Dominika budzi się po kilku dniach. 

Wie, że to był wypadek, a ukochany ojciec wcale nie chciał jej zabić. 

Teraz, kiedy on jest w więzieniu, ona leży w szpitalu i walczy o życie.

Chociaż właściwie, to inni walczą za nią, ponieważ ona się już poddała. 

Ale to, co miało być końcem, okazuje się być początkiem… 

 

Przewrotny los stawia na jej drodze ambitnego młodego lekarza, który dostrzega w niej coś więcej niż tylko pacjentkę. Gdy on będzie leczył jej ciało, jego brat Marcel, czarna owca szanowanej rodziny, spróbuje uleczyć jej duszę.

Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Czy pęknięte serce potrafi jeszcze kochać?

I czy ktoś, kto ma tyle powodów, by się zabić, odnajdzie ten jeden, by żyć?

Wszystkim, którzy znaleźli się

w niewłaściwym miejscu i czasie…

Prolog

Słyszę wokół siebie krzątaninę i na pewno za chwilę ktoś powie, żebym otworzyła oczy. Wiem, że żyję, i wcale tego nie chcę, ale słowa taty wracają uparcie jak bumerang. „Musisz przetrwać, żebym uwierzył, że ja też dam radę. Masz żyć, nie poddawaj się. Moja księżniczko, walcz! Ja też będę walczył, przysięgam, ale gdy ciebie zabraknie, przegram”. Nie mogę go zawieść, choć tak bardzo brakuje mi sił. Muszę się zmierzyć z moim ciasnym życiem, w którym nie ma ani kropelki nadziei, że kiedyś wszystko, co złe, przeminie. Zniknie i rozpadnie się w proch, który rozwieje mocny poryw wiatru…

Przedtem

Mama gdzieś pojechała. Może do pani Haliny? Na ploty i żeby się pożalić na tatę? Zamówiła taksówkę, choć mogła jechać swoim samochodem, bo na pewno wróci zupełnie trzeźwa. Nie lubi pić alkoholu, robi to tylko w wyjątkowych sytuacjach i ogranicza się do lampki wina lub szampana. Zawsze powtarza, że alkohol powoduje utratę kontroli.

A ja? Przed chwilą umyłam włosy, nałożyłam na nie maskę i teraz snuję się po pustym domu. Gdyby ktoś spytał, czy lubię ten dom, powiedziałabym szczerze, że nie. Ale nie mogę tego nikomu zdradzić, bo złamałabym tacie serce. Tak bardzo się cieszył, gdy tu zamieszkaliśmy. Ta willa to jego perełka, wisienka na torcie. Kocha ją jak własne dziecko. Sam ją zaprojektował. Moim zdaniem jest trochę kiczowata, choć w założeniu miała być nowoczesna i elegancka. Ascetyczno-klasycystyczna – jak podkreśla tato.

Idę do pokoju, zerkam na zegar: ósma. Jeszcze raz sprawdzam, czy wszystko przygotowane na jutrzejsze rozpoczęcie roku szkolnego. Na wieszaku śliczna mała czarna, pod nią stoi para balerinek. Rzeczy przywiezione z Mediolanu. Tato lubi mnie rozpieszczać.

Próbuję nie pamiętać dzisiejszej popołudniowej awantury. Rodzice nawet nie zauważyli, że wróciłam do domu. Miałam zostać u Moniki na noc, ale nie zostałam. Nie mogę słuchać, jak jeździ po Bartku. Po moim Bartku. Więc się spakowałam, wzięłam sukienkę i balerinki i wróciłam.

A oni w ogóle nie zauważyli.

Dzisiaj nie musieli się krępować, ale zazwyczaj zachowują pozory. Myślą, że ich nie słyszę? Nie wiem, że się kłócą? Przy mnie naprawdę się starają. Sprzeczka zaczyna się po cichu: jakieś syknięcia, zimne spojrzenia, czasami gest mówiący: „Nienawidzę cię”. Robi się głośno, dopiero gdy zamykają za sobą drzwi sypialni, w której przeważnie śpi tylko mama. Idę wtedy do swojego pokoju, też zamykam drzwi, zakładam słuchawki i próbuję zapomnieć o tym, że za ścianą toczy się kolejna bitwa.

Pytałam nie raz i nie dwa, czemu się nie rozwiodą. Mama: „Co ci przyszło do głowy? Bardzo kocham tatę, a tato kocha mnie! Nie gadaj głupot, idź się uczyć!”. Tato: „Domisiu… Czasami w życiu dorosłych tak jest, że nie można pewnych rzeczy zmienić lub naprawić”. Nie wiem, o co im chodzi. Już nie jestem mała, mam szesnaście lat. Poszłam rok wcześniej do szkoły, doskonale się uczę, więc jak? Nie zrozumiem? Zrozumiem.

Najpierw wrzeszczeli, potem trzaskali drzwiami. Tak głośno, że słyszałam to nawet w słuchawkach. Po cichu zeszłam na dół, nadal niezauważona. Widziałam, że tato wziął kluczyki, portfel i wyszedł z domu bez słowa. Co dziwne, mama próbowała go zatrzymać. Wybiegła za nim. „Karol, poczekaj! Proszę cię! Porozmawiajmy!” – krzyczała, trzymając mocno rękaw jego koszuli. Ale tato nie posłuchał.

Nagle słyszę jakiś dziwny hałas na dole. Pewnie tato się upił. Rzadko pije, głównie przy jakichś okazjach lub po sprzeczkach z mamą. A kiedy zdarzy mu się przesadzić, czasami rozrabia. Niszczy meble, zaczyna wrzeszczeć na mamę. Lecą wyzwiska: „ściera”, „szmata”, a nawet „kurwa”. „Twoja matka jest gorsza od dziwek, bo te chociaż zarabiają na dawaniu dupy!” – nigdy nie zapomnę tych słów. I wielu innych też. Pamiętam trzy takie konkretne pijackie awantury. Dzisiaj kroi się czwarta, ale nie ma mamy, więc jest szansa, że tato po prostu pójdzie spać i cała afera rozejdzie się po kościach.

Schodzę na parter, próbuję go odszukać.

Jest chłodno. Poprawiam cienki szlafroczek – też z Mediolanu, ponoć prawdziwy jedwab (ale mama twierdzi, że to coś sztucznego) – i zsuwający się z głowy ręcznik. W końcu zdejmuję prowizoryczny turban i rzucam na sofę w salonie. Zauważam tatę. Chodzi po tarasie, a raczej próbuje, bo strasznie plączą mu się nogi. Zawsze miał słabą głowę i widocznie dzisiaj przesadził. Coś trzyma w ręce, nie widzę dokładnie, bo jest zupełnie ciemno, a nasze ogrodowe lampki świecą dosyć słabo.

Idę tam, gdy nagle tato wtacza się do salonu.

Wszystko trwa ułamek sekundy.

Coś leci w moją stronę. Odruchowo się odwracam, ale to jest szybsze.

Czuję na sobie coś mokrego, co oblepia mnie i szlafrok, a potem błysk i nagle jestem w ognistej kuli. Biała łuna rozpościera się przed oczami, oślepia, więc zamykam oczy i zasłaniam się rękami, ale wciąż ją widzę. Nagle do mnie dociera, że się palę. Płonę, skwierczę, jestem żywą ludzką pochodnią.

Basen!, pojawia się myśl. Próbuję znaleźć drogę do wyjścia, gdzieś w tyle mojej głowy tłucze się pytanie: Czemu tato mnie nie ratuje? Idę, a raczej brnę w stronę drzwi tarasowych, a przed oczami mam jakieś pourywane fragmenty książek, filmów, artykułów, wszystkie o tym, jak ratować płonącego człowieka. „Narzucić koc! Stłumić nim ogień!” Jak mam sama na siebie narzucić koc?

Brakuje mi sił. Uginają się pode mną nogi. Upadam na posadzkę. Chyba jestem na tarasie, bo czuję podmuch świeżego powietrza. Kula ognia gdzieś zniknęła. Siadam i widzę, że moja noga się pali. Po prostu się pali. Skóra skwierczy jak kiełbaska na grillu. Próbuję zdusić płomienie. Dociskam ręce, a kiedy je podnoszę, uparte płomyki znów wyskakują. I nagle słyszę tatę.

Krzyczy. Tak strasznie krzyczy.

Słyszę ten krzyk wszędzie. Zupełnie jakbym to ja krzyczała. Podnoszę głowę. Tato stoi przede mną i krzyczy. Dopiero teraz widzę, co trzyma w ręce. To jakiś pojemnik, dosyć duży. Kanister? I tak samo dopiero teraz dociera do mnie dziwny zapach. Benzyna, pieczone mięso i jeszcze coś cuchnącego jak spalony plastik.

Tato rzuca pojemnik za siebie, gdzieś na trawę i doskakuje do mnie. Znów opuszczam wzrok na lewą nogę. Już się nie pali. Nagle konstatuję ze zdumieniem, że jestem naga. Naga i dziwna. Jak napompowana. Jakby ktoś wtłaczał we mnie powietrze. Unoszę lewą rękę i przyglądam się dłoni. Rośnie w oczach, niemalże jak ciasto w piekarniku.

– Popatrz – mówię. – Popatrz, co się dzieje. – Zaczynam chichotać, bo to naprawdę wygląda absurdalnie, gdy wierzch dłoni nadyma się niczym balon.

– Ja chciałem… Ja tylko chciałem… – jąka się tato. – Ten przeklęty fotel… Przecież ty jesteś u Moniki…

Nie wiem, o co mu chodzi. Tak ciężko mi się skupić na czymś innym niż moja puchnąca dłoń. Tato zrywa się i gdzieś biegnie, wraca za chwilę. Przykuca obok i rozmawia z kimś przez telefon. Sprawia wrażenie kompletnie trzeźwego. Zaczyna kropić drobny deszczyk. Podnoszę twarz w stronę nieba i na jego tle zauważam coś, co przypomina obłoczek pary. To dym. To ja się dymię. Znów się śmieję, ale raczej w duchu, bo z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.

Czekamy na coś. Wiem to na pewno, bo tato wstaje niemalże co sekundę, wystarczy jakiś szmer, szelest lub inny odgłos dobiegający z ogrodu lub podjazdu. Podnosi się i znów kuca przy mnie. Chciałabym mu powiedzieć, że już wszytko wymyśliłam, ale nie mogę wydobyć z siebie ani słowa. Powiemy, że napełniałam kosiarkę. Poszłam do garażu, wzięłam kanister z benzyną, nieszczęśliwie przeskoczyła iskra i wybuchł pożar. Oczywiście tato zaraz wytknie mi brak logiki, bo przecież o ogród dbają pracownicy jego firmy, jest środek nocy i pada. Kto o takiej porze kosi trawnik? Ale to nieważne. Jakoś się wytłumaczy.

Trzeba posprzątać w salonie. Tam pewnie też zostały ślady. Nie wiem, czemu przychodzi mi na myśl instalacja przeciwpożarowa. Gdybym mogła, pacnęłabym się w głowę, ale nie mogę, bo nie da się tego zrobić dłonią, która przypomina… Nie wiem co. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Jestem taka głupia. Powinnam zostać w domu, przecież by mnie zgasiło. Woda by mnie zgasiła. Spryskiwacze, które zainstalowano w całym domu – powtarzam w myślach, wciąż patrząc na dłoń, na nogi, które wyglądają jak w czarnych cieniutkich rajstopach.

Zniszczyłam szlafrok mamy – wyrzucam sobie. To jej szlafrok. To BYŁ jej czarny szlafroczek z pięknym ręcznym haftem przedstawiającym chryzantemy. Wzór jest na plecach. Ciekawe, czy ocalał. Może da się wyciąć ten haft i przyszyć do innego szlafroka? Trochę mi głupio, bo mama nie lubi, gdy sobie pożyczam jej ciuchy albo dodatki.

Zawodzenie syreny ambulansu pojawia się w nocnej ciszy niczym widmo. Dziwne, że doskonale to słyszę, bo z minuty na minutę odpływam. Zupełnie jakbym próbowała gdzieś odejść. Stanąć z boku i, zanim oddalę się na dobre, przez chwilę przyglądać się, co ze mną robią. A dzieje się dużo. Migoczą światła. Pulsujące dźwięki co chwilę nakładają się na siebie, żeby za moment znów ryczeć chaotycznie. Nagle jestem w karetce. Ratownik próbuje założyć wenflon, szuka miejsca, gdzie mógłby się wkłuć. Kolejny raz ogarnia mnie rozbawienie, gdy widzę, jak patrzy na moje ciało, a jego oczy robią się okrągłe niczym pięciozłotówki. W końcu wkłuwa się w zgięcie prawej ręki. Szeleści srebrna folia, do ambulansu wchodzi kosmita, teraz wiem, że to strażak, ale w tamtej chwili zdaje mi się, że to przybysz z obcej planety, bo ma ogromny czarny hełm niczym Lord Vader.

Wręcza coś drugiemu ratownikowi. Ten układa na mojej nodze dziwne paski. Parzą? A może jest odwrotnie? Ratownik każe mi się położyć. Na piersiach też mam te paski. Nagle dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie mogę oddychać. Wpadam w panikę, zaczynam się szamotać. Na szczęście na mojej twarzy ląduje maska. Chłodny powiew wpada do płuc. Czuję się dziwacznie. I lepiej, i gorzej jednocześnie. Nic mnie nie boli. Nie jest mi zimno. Mogę oddychać. Ale wewnątrz dygoczę. Szarpię się sama ze sobą. Najchętniej uciekłabym ze swojego ciała. To okropne. Chcę się z niego wydostać. Chcę spytać: Gdzie jest tato?! Czemu nie ma go przy mnie?

Ruszyliśmy, bo wibracje silnika wprawiają mnie w drżenie. Mam wrażenie, że jestem meduzą. Czymś płynnym i galaretowatym. Zamykam oczy. Strzępki słów docierają jak przez wodny filtr. Bulgoczą w głowie: „Siemianowice”, „śmigłowiec”, „ponad pięćdziesiąt procent”, „młoda”, „nastolatka”, „cała lewa noga, brzuch, klatka piersiowa i ręka”, „obie dłonie”, „głowa czysta”…

Co to znaczy, że „głowa czysta”? Próbuję odszyfrować rozmowę, ale nie mam siły. Jest mi coraz lżej. Mam wrażenie, że się unoszę. Tak lekko nie było mi nigdy w życiu. Lekko i ciepło. Bezpiecznie.

Odpływam. Znikam. Nie ma mnie.

Przedtem

– Dominiko, otwórz oczy…

– Dominika…

– Dominika…

Nie chcę otwierać oczu.

Nic nie chcę.

Albo chcę. Chcę nie być. Tak jak jeszcze przed chwilą. Nie było mnie.

Ludzie niepotrzebnie boją się śmierci. Jeśli Bóg istnieje, pójdziemy do nieba, chyba że byliśmy naprawdę wstrętni i źli, wtedy do piekła, ale przecież jest czyściec! A jeśli Bóg nie istnieje, to jeszcze lepiej. Po prostu nas nie ma, a jak nas nie ma, to nie wiemy, że kiedyś byliśmy. Czyż to nie piękne? Zawsze jest jakieś dobre wyjście.

– Dominika, otwórz oczy. – Głos tego kogoś brzmi trochę ostrzej niż przed chwilą, więc posłusznie rozchylam powieki. Mężczyzna, lekarz, bo w fartuchu. Ryży blondyn. Na oko w wieku taty. No właśnie, gdzie jest tato? Facet gapi się na mnie. Spogląda spod zmarszczonych brwi, też jasnych jak strzecha na głowie. – Dzień dobry. Mam na imię Marcin, na nazwisko Janecki i będę twoim lekarzem prowadzącym. Jesteś w Siemianowicach na oddziale poparzeń, pierwsze piętro, czyli elitarny oddział dla najbardziej ognistych dziewczyn i chłopców, również tych trochę starszych od ciebie. – Uśmiecha się, a jego oczy zupełnie znikają w fałdkach rumianej skóry.

Chcę odpowiedzieć, ale na tyle oprzytomniałam, żeby zauważyć, że nadal mam założoną maskę. Domyślny ten mój doktorek, bo ostrożnie ją zdejmuje i przez chwilę patrzy, jak sobie radzę. Próbuję obrócić głowę w bok. Dociera stamtąd charakterystyczny zapach perfum mojej mamy. Może mama wie, co stało się z tatą? Gdzie on jest i dlaczego nie przy mnie?

– Zaraz zmienimy opatrunki – odzywa się Janecki. – Siostrzyczki nałożą na ciebie bandaże z braunolem, będziesz wyglądać trochę jak Murzynek lub Mulatka, ale tylko przez chwilę, bo później znów zmienisz się w mumię egipską – żartuje. Mówi do mnie jak do małego dziec­ka, a ja czuję się co najmniej zażenowana. Mam ochotę spytać, czemu nic mnie nie boli i dlaczego jestem taka zmulona, a on musi mieć jakiś ukryty talent do czytania w ludzkich myślach, bo tłumaczy, co mi podają przez kroplówkę.

– Powinna pani teraz wyjść – zwraca się do mojej mamy. Tak sądzę, że do niej, bo do kogo?

– Nie mogę zostać? – pyta mama, ale doktor Marcin natychmiast powtarza, że powinna bezwzględnie opuścić salę. Wreszcie ją widzę. Nachyla się nade mną. Gdyby nie zapach, w życiu bym jej nie poznała. Założyła wielki zielonkawy fartuch i czepek z gumką. Jak w amerykańskich filmach sensacyjnych o jakimś śmiertelnym wirusie. – Zaraz wrócę. Trzymaj się, kochanie – dobiega spod maseczki.

Doktor Marcin asystuje przy zmianie opatrunków. Kątem oka dostrzegam paski nasączone jakimś brązowym płynem, potem coś wyglądające jak siatka. Owijają mnie całą! Zaczynam się bać. Przecież nie oparzyłam się na plecach! Na pewno! Więc po co to wszystko?! Lekarz chyba zauważa moją panikę, wyjmuje z kieszeni fartucha małe lusterko i przykłada je tak, że przez chwilę widzę swoją twarz. Oddycham z ulgą. Wygląda normalnie. Prawie normalnie, bo nie mam brwi. I rzęs też nie mam, a powiększone usta kształtem przypominają te Natalii Siwiec.

– Opatrunek zakładamy na całe ciało, żeby nie wdała się martwica – uspokaja.

Aha – mruczę w duszy.

– Spróbuj coś powiedzieć – proponuje, gdy siostrzyczki kończą owijanie. – Nie bój się. Na początek może powiedz, jak masz na imię.

Dobre sobie. Mam bardzo długie imię. Postanawiam powiedzieć „tato”. I udaje się od razu. Poszło jak z płatka, choć nie powiem, w gardle czuję dziwną kluchę z kolcami. Jakbym połknęła kasztan w łupince.

– Nawdychałaś się gorącego powietrza i poparzyłaś drogi oddechowe, stąd wrażenie obrzęku w krtani i możliwy ucisk w piersiach, ale to przejdzie. Za trzy dni maksymalnie – dodaje, a ja zastanawiam się właśnie, czy doktorek jest jasnowidzem. – Mama ci wyjaśni, co z tatą, ale najpierw powiedz, czy cię coś boli.

– Nie.

– Ani trochę?

– Nic.

– To dobrze. – Uśmiecha się krzepiąco.

Chwilę później przychodzi mama. Siada gdzieś obok, niestety jej nie widzę, ale słyszę wyraźnie.

– Dominiczko… Kochanie, posłuchaj. Tu praktycznie nie ma odwiedzin. Tylko w niedziele między drugą a czwartą po południu. Zaraz muszę wyjść, bo nie mogę cię narażać na jakąś infekcję. Dzisiaj jest czwartek, więc za trzy dni się zobaczymy, wytrzymasz? – Wstaje i nachyla się nade mną. Jej oczy pływają w zupie łez.

– Tato… – szepczę. – Gdzie jest tato?

– Tato jest w Bielsku.

– Chcę, żeby przyjechał.

– Dominisiu… – Twarz mamy przeszywa skurcz bólu. Nie widzę nic oprócz jej oczu, ale wiem, że tak jest. Ma zatroskane spojrzenie, zatroskany głos, cała jest jedną wielką troską. Czemu mnie to złości? Irytuje jak kamyk w bucie.

– Gdzie jest tato? – powtarzam.

– Tato jest… – nie może dokończyć. – Powiedział policji, że to on oblał cię benzyną – wykrztusza z trudem, jakby to ona miała poparzone gardło.

Chcę jej wytłumaczyć, że coś wymyśliłam. Próbuję sobie przypomnieć tę historyjkę z kosiarką, ale wiem, że to nic nie da. Mój tato jest w więzieniu. Czuję to, bo przecież gdyby tak nie było, przyjechałby do mnie. Tato bardzo mnie kocha. Najbardziej na świecie. Jestem jego księżniczką, a teraz małą egipską mumią.

– Zostaw mnie samą – mówię. – Idź i zostaw mnie samą.

Jej ramiona opadają jeszcze niżej, wygląda, jakby nie miała kości. Rzuca mi ostatnie spojrzenie i wychodzi, a ja oddycham z ulgą. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że widziałam w oczach mamy coś jeszcze. Poczucie winy. Wszechogarniające poczucie winy, którego nie zdołała przede mną ukryć.

Przedtem

– Przyszedłem trochę z tobą pogadać – mówi doktor Marcin. Siada na krawędzi łóżka, żebym go widziała. – Jesteś sama w tej sali, ale jak chcesz, możemy ci dać kogoś do towarzystwa. Chcesz?

– Nie.

– Dobra, to jedną rzecz mamy załatwioną. – Notuje coś na tablecie. – Masz ukończone szesnaście lat, w związku z tym przysługują ci takie same prawa jak pacjentom pełnoletnim. Mam na uwadze zwłaszcza informowanie cię o stanie twojego zdrowia oraz o tym, jakie leczenie zamierzamy wdrożyć. Oczywiście możesz odmówić i wtedy będziemy informować tylko mamę – oświadcza, a ja mam wrażenie, że oczekuje takiego właśnie rozwiązania.

– A tato?

– Jeśli tato się z nami skontaktuje, również otrzyma pełne informacje.

Rozważam słowa doktora, przy okazji świdrując go wzrokiem. Coś mi nie pasuje. Jak tato ma się skontaktować? Pewnie nie da rady, bo już dawno by do mnie zadzwonił. Mama przywiozła moją komórkę, wprawdzie nie jestem w stanie jej odebrać, ale jedna z pielęgniarek obiecała, że mi pomoże za każdym razem, gdy będę chciała do kogoś zadzwonić.

– Chcę wszystko wiedzieć – oznajmiam.

– Dobra. – Lekko chrząka, znów coś wklepuje do tabletu i w końcu kładzie go na kolanach. – Teraz powiem, jaki jest plan na najbliższe trzy doby. Te trzy dni będą decydujące. Doznałaś dosyć ciężkich oparzeń praktycznie połowy powierzchni ciała. Lewa noga od kolana w dół jest w najgorszym stanie. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że wdała się tam martwica. Rano zabierzemy cię na pierwszy zabieg operacyjny. Będzie polegał na oczyszczeniu ran z resztek tego, co zostało z twojej piżamy, i wycięciu martwych fragmentów tkanek. Podobnie przebiegnie druga operacja i jak mogę przypuszczać, również trzecia, z tym że jutro nie będziemy jeszcze pobierać skóry do przeszczepu. Wszystkie zabiegi odbędą się pod narkozą. Musisz wyrazić zgodę. Twoja mama już podpisała dokumenty, więc jeszcze ty.

– Uhm. Jak mam podpisać? – Myślę o moich dłoniach, które przecież tkwią pod bandażami.

– Na razie wystarczy ustna zgoda. W każdej sali jest kamera – doktor wskazuje brodą w bliżej nieokreślonym kierunku – więc nasza rozmowa jest nagrywana. Cały czas rejestrujemy wszystko, co tu się dzieje, oprócz dwóch godzin, które spędzisz z rodziną. To dla waszego bezpieczeństwa. Nie każdy jest w stanie sięgnąć do dzwonka i wezwać pomoc – tłumaczy, a moją głowę przepełniają coraz czarniejsze myśli.

Martwica… Boję się spytać, co to oznacza. Tak samo boję się spytać, kiedy stąd wyjdę. I jak będę wyglądać.

– Miałaś trochę szczęścia, jeśli mogę tak to ująć – zagaja doktor Janecki. Musiał dostrzec popłoch w moich oczach, bo sili się na krzepiący ton. – Z tego, co mi wiadomo, zapaliło się na tobie ubranie, ale nie bawełna, a coś sztucznego. Takie tkaniny płoną szybko, lecz bardzo krótko. Jakimś cudem ocalały twoje włosy i skóra głowy, więc to też spory plus. No i buźka. – Uśmiecha się. – Masz buźkę jak laleczka.

– A co z nogą? Ta martwica jest groźna? – Zdobywam się na odwagę.

– Jest groźna, ale będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, żebyśmy to my z nią wygrali – mówi. Sekundę później zauważam, że jego grdyka przesuwa się w dół i górę. I kolejny raz to samo.

Jeszcze nie wiem, że ten miły lekarz ma córkę w moim wieku i że w poniedziałek będzie musiał przekazać mi coś, co mnie zabije…

Przedtem

Mój lekarz miał rację. Te trzy dni były decydujące. Już wszystko wiem, jestem w piekle. Czuję ogień. Ciągle czuję ogień. Proszę, błagam o silniejsze leki, a oni mi ich nie dają. Chyba przestałam im ufać. Nie powiedzieli, że to będzie bolało. Cała płonę. Nie czuję nogi. Myślę, że ją podnios­łam, ale wiem, że nadal leży nieruchomo. Martwa i żywa jednocześnie. Tęsknię za kolejnymi operacjami. Wtedy znikam. Nie ma mnie, ale powroty do życia są koszmarne.

Gdy ostatnio mnie usypiali, chciałam powiedzieć, żeby zrobili tak, że się nie obudzę. Niech ktoś się pomyli i da za dużą dawkę narkozy.

– Nie czułaś bólu, bo w pierwszej dobie i trochę w drugiej działała adrenalina – tłumaczy doktorek, a ja mam ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że kłamie. – Podajemy ci morfinę, dlatego łatwo zasypiasz, ale nie możemy przesadzać, bo cię uśmiercimy.

Chcę, żeby mnie uśmiercili. I wtedy nadchodzi coś, co gasi tę ostatnią resztkę nadziei, że to kiedyś się skończy. Widzę po oczach doktora Janeckiego, że właśnie w tej chwili, w tej sekundzie, jest moim aniołem śmierci. Widzę to i czuję gdzieś głęboko w sercu.

– Dominiko, posłuchaj… – Marszczy czoło. – Obawiam się, że nie wszystko idzie po naszej myśli. Znów ta niegrzeczna lewa noga. Nie bez kozery mówi się „wstać lewą nogą” – próbuje żartować, ale już zdążyłam poznać go na tyle, żeby wiedzieć, że zaraz nastąpi koniec świata. Koniec mojego małego świata, a raczej resztek, które z niego pozostały.

– Nie goi się? – pytam.

– Słabo współpracuje. Tors, lewa ręka, obie dłonie – wymienia – to wszystko idzie we właściwym kierunku, ale noga… – zawiesza głos. – Konsultowałem się z ordynatorem. Uprosiłem, żebyśmy poczekali. Mamy jakiś tydzień, góra dziesięć dni, ale mam obowiązek przekazać ci informację, że chyba będziemy zmuszeni…

– Niech pan to wreszcie powie! – krzyczę i zanoszę się gwałtownym kaszlem, bo podrażniłam gardło.

– Rozważamy odjęcie nogi od stawu kolanowego w dół. Ubytek tkanki jest tak poważny, że raczej nie da się jej uratować – mówi, gdy przestaję kaszleć. Jego głos zdaje się drżeć w powietrzu jak szybka witryny. Słyszałam to nieraz, kiedy mieszkaliśmy we Wrocku, a pod kamienicą dziadków przejeżdżał jakiś TIR.

– Chcecie mi uciąć nogę? – powtarzam po swojemu, a w głowie migają flesze: nasz sąsiad z Wrocławia, od zawsze jeżdżący na wózku, tysiące protez, które widziałam na wycieczce do obozu Auschwitz, coś zupełnie kretyńskiego, czyli moje słowa, że jednonodzy nie mają problemów z szukaniem skarpetki do pary…

– Tak. Rozważamy amputację, ale uwierz, robimy to tylko wtedy, gdy taki zabieg jest absolutnie konieczny. Przykro mi – dodaje. Jego skronie pulsują, jakieś grube naczynie na szyi podobnie.

Moje naczynia też się wypełniają, ja cała zaczynam kipieć z wściekłości. Każda żyłka, tętnica, komórka, nerw – wszystko się we mnie gotuje. Mam ochotę kląć i wrzeszczeć. Powiedzieć mu, że jest wstrętnym kłamcą. Podłym gnojem, świnią!!! Przecież obiecywał!!!

– Zabieg? – mówię, dławiąc się gniewem. – Zabieg. Chce mi pan uciąć nogę. To jest zabieg? – Duszę się tymi słowami. – To zróbcie to dzisiaj. Po co czekać? Zróbcie to dzisiaj. Tak, żebym się nie obudziła. Możecie mi wszystko uciąć. Wszystko, nawet głowę. Ale mam się już nigdy nie obudzić! – Nagle czuję, jak uchodzi ze mnie powietrze. Jakby ktoś wyjął wtyczkę z prądu. Już nie mam siły walczyć. Chcę umrzeć, teraz jestem pewna.

– Dominika, wiem, że to jest trudne. Pomyśl o mnie. Znamy się raptem cztery dni, ale jesteś dla mnie kimś ważniejszym niż zwykły pacjent. Zrób to dla mnie. Taka prośba.

– Ale co mam zrobić?! – krzyczę resztką sił.

– Walcz o siebie. Przede wszystkim o siebie. I pozwól nam działać.

Domyślam się, że chodzi mu o moją zgodę na operację. Nie ma mowy. Niczego nie podpiszę. Ucieknę stąd albo tu umrę, ale nie pozwolę, żeby ucięli mi nogę.

– Chcę zobaczyć tatę – mówię po bardzo długiej ciszy. – Chcę zobaczyć tatę.

Teraz

Jestem tu sama. To jakiś swoisty powrót do przeszłości…

Wczoraj mnie tu przywieźli. Ponoć prawie umarłam. Jeszcze boli mnie gardło po intubacji, ale nie przeszkadza mi ten ból. Jest, bo jest.

Leżę zwinięta w kłębek. Wzrok błądzi po seledynowej ścianie, prześlizguje się na czarną szybę osłoniętą wertikalami. Spłowiałe paski zieleni kołyszą się poruszane ciepłym powietrzem z kaloryfera. Gdy dobrze się wsłucham, dobiega do mnie ich cichy szelest, czasami delikatne stuknięcie obciążnika o parapet.

Nikt tu nie zagląda, chyba że musi. Wcale się nie dziwię. Też bym nie dokładała nie wiadomo jakich starań, żeby wyciągnąć z łap śmierci gówniarę, która „omyłkowo” zażyła zbyt dużo leków. Ciekawe, czy ktoś w to uwierzył. Pewnie nie. Ja sama w to nie wierzę, więc jak mogę oczekiwać tego od nich?

Skrzypią drzwi, a po chwili zamykają się z cichym cmoknięciem. Nie odwracam się. Nie interesuje mnie, kto tu zajrzał i czego chciał. Nagle słyszę bardzo ciche kroki. O!, myślę, zaskoczona, że jednak ktoś się odważył tu wejść. Udaję, że śpię, szybko zamykam oczy i sztucznie wyrównuję oddech. Idź sobie, ktosiu…

Ja udaję, że śpię, a mój gość udaje, że tego nie zauważa. Spaceruje tam i z powrotem po salce, w końcu o coś uderza. Pewnie o ten mały stolik pod ścianą. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zacząć się „budzić”. Swoją drogą jestem zaciekawiona, komu aż tak zależy na rozmowie ze mną, bo przecież nie na jakimś badaniu czy podaniu leków. Jest dziewiąta wieczór, więc już po wszystkim: po kolacji, wizycie lekarzy i tak dalej. Szpital zasypia, a ja mam gościa. Mężczyznę lub kobietę lubiącą obficie skrapiać ciało męskimi perfumami.

Może to jakiś psychopata? Morderca? Wariat, który przyszedł, żeby mnie zabić?, spekuluję, odwracając się na plecy. Pokasłuję i otwieram oczy. Unoszę głowę i przez chwilę mierzymy się wzrokiem. On i ja.

Na oko trzydziestolatek. Ma na sobie biały fartuch, idealnie czysty i wyprasowany. Podobnie nienaganna jest jego fryzura. Ani jeden kosmyk nie żyje własnym życiem. Miodowa fala zastygła nad czołem, ujarzmiona żelem lub woskiem. Lśniące włosy tworzą ją karnie, piękną, bujną, jak z reklamy salonu fryzjerskiego. Lekarz? O tej porze? Podpieram się na łokciach, nadal nic nie mówię, ale pytająco przekrzywiam głowę i unoszę brwi. Kim jesteś, przystojny intruzie?

Podchodzi i przysiada na łóżku obok.

– Dobry wieczór – mówi. – Nazywam się Tomasz Leśniewski, jestem anestezjologiem.

– Dobry wieczór – odpowiadam. Nie zamierzam się przedstawiać, bo i po co? I tak dla personelu jestem tylko numerem PESEL i ciałem, które trzeba naprawić, usprawnić, uruchomić ponownie, cokolwiek.

– Przepraszam za najście. Dyżur zaczynam wprawdzie dopiero za godzinę, ale przyszedłem do pracy wcześniej, żeby z panią porozmawiać. Oczywiście, jeśli pani się zgodzi.

– Aha – bąkam niepewnie, a moje brwi wystrzeliwują jeszcze wyżej. Jego słowa nic mi nie rozjaśniły, jest odwrotnie. Nic nie mówi, ja też milczę i dopiero po dłuższej chwili domyślam się, że czeka na moją zgodę. – O czym chciał pan ze mną porozmawiać? – Siadam na łóżku i podciągam kołdrę wysoko pod szyję.

– Pełniłem dyżur ubiegłej nocy, gdy przywieziono panią na ratunkowy. Tam właśnie pracuję – wyjaśnia. – A tak w ogóle, to nie spytałem, jak się pani czuje.

– Dobrze. Dziękuję za troskę.

Palant, myślę. Co za palant. A co najgorsze, ten młody przystojny palant musiał mnie widzieć. Gdy dzisiaj rano się ocknęłam, przyszła jakaś lekarka i kwaśnym tonem oświadczyła, że musieli rozciąć mój kombinezon na piersi, żeby podłączyć aparaturę. Nawet się nie zająknęła, gdy to mówiła. Ani przepraszam, ani nic. „Odzyska pani swoje rzeczy, gdy będzie pani wychodzić ze szpitala” – powiedziała i spytała, czy ma kogoś powiadomić, że tu leżę. „Nie” – ucięłam. Wyglądam, jak wyglądam, ale nie pozbyłam się do końca kobiecej próżności. Jakaś jej odrobinka jeszcze we mnie tkwi. Skoro był przy wszystkim, widział wszystko. Żałuję, że jest taki atrakcyjny.

– Pani Dominiko, będę miał prośbę – zagaja doktor Tomasz. Nawiązuje do mojego wypadku i tego, że był „bardzo głośny” w Bielsku. – Znam pani historię, oczywiście pobieżnie, z gazet i internetu. I teraz przejdę do rzeczy. Wreszcie – dodaje w nieco żartobliwym tonie. – Otóż kończę pisać pracę naukową o anestezji i terapii bólu przy oparzeniach, a pani przypadek bardzo by mi się przydał jako jej zwieńczenie. Nie miałem dotąd możliwości wsparcia się tak doskonałym materiałem badawczym. Od razu bardzo panią przepraszam, że to wygląda, jakby stanowiła pani dla mnie wyłącznie medyczny przypadek. – Chrząka znacząco. – A może przejdziemy na „ty”? Będzie łatwiej. Zwłaszcza mnie. – Śmieje się przez chwilę.

– Dominika Bąk. Dla przyjaciół Nika. – Wyciągam prawą dłoń.

– Tomasz Leśniewski, dla przyjaciół Tomek. – Uścisk jego ręki jest dosyć mocny, ciepły i trochę wilgotny.

Czyżby się denerwował? Ale czym?

– Jak dobrze rozumiem, chcesz wykorzystać mój przypadek, tak? Będziesz potrzebował wyników badań? Wypisów ze szpitala? Zdjęć? – dopytuję. – A czemu nie pojedziesz do Siemianowic? Nie poprosisz ich osobiście?

– Będę potrzebował wszystkiego. Jak słusznie zauważyłaś, mógłbym stamtąd zaczerpnąć materiały, ale chodzi jeszcze o coś dodatkowego, a tego nie znajdę w dokumentacji szpitalnej. Mianowicie o rozmowę, o twoje odczucia, zwłaszcza te związane z bólem i wszystkim, co się z nim łączyło. Czy długotrwałe cierpienie spowodowało jakieś problemy z psychiką i tak dalej.

– Rozumiem. Masz moją zgodę – odpowiadam po chwili namysłu.

Próbuję samą siebie przekonać, że zdecydowałam tak, bo chcę ułatwić mu życie, jemu i nie tylko jemu, ale i ludziom, którzy będą w sytuacji podobnej do mojej. To poniekąd dobrze, że moje cierpienia nie pójdą na marne. Może Tomek odkryje jakąś nowatorską metodę terapii i inne poparzone osoby z niej skorzystają. To wszystko prawda, ale nie do końca. Muszę przyznać sama przed sobą, że najzwyczajniej w świecie facet wpadł mi w oko, a przy tym jest bardzo miły i grzeczny. Podoba mi się ta jego dziwna nieśmiałość w stosunku do mnie. Ciekawe, dlaczego co chwilę odwraca wzrok i spogląda na swoje dłonie albo poprawia kołnierzyk fartucha.

Tomek wyjmuje telefon i wpisuje mój numer. Ma wysłać SMS-a, żebym i ja miała na niego namiary. Umawiamy się na spotkanie za kilka dni, gdy już stąd wyjdę.

– No właśnie, à propos twojego wyjścia – zagaja, chowając komórkę. – Jest sprawa. Gadałem z Burzyńską, to lekarka, która rano z tobą rozmawiała, a w nocy była przy twoim przyjęciu na oddział. Zamieniłem też kilka słów ze Sławkiem, to jeden z ratowników. Nie wiem, czy już ktoś ci mówił, ale możesz mieć…

– Kłopoty? – kończę za niego, poważnie zaniepokojona, bo domyślam się, o co biega.

– To jak było z tymi lekami? – Tomek lekko przechyla głowę.

– Mówiłam rano tej…

– Burzyńskiej.

– Dokładnie. Wzięłam dwie dawki zamiast jednej. A może trzy? Nie pamiętam. Czasami mi się myli, tyle tego jest.

– Masz z tym problem? Przepraszam, że pytam, ale… Wczoraj w nocy dwa razy chciałaś nam zwiać. Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć? Nie mówię o ucieczce z oddziału, tylko o tej w jedną stronę. Dominika, to nie są żarty. Gdyby ratownicy przyjechali pięć minut później albo wzięłabyś jedną pigułkę więcej, nie rozmawialibyśmy teraz ze sobą. Co to w ogóle było?

– Nie pamiętam. Na pewno asentra, i jeszcze coś na depresję, i nasenne. Hydroksyzyna?

– Lekarz ci to zlecił?

– Raczej nie ukradłam z apteki? – odpowiadam niezbyt grzecznie.

– Dlaczego byłaś sama?

– A z kim miałam być? Jestem pełnoletnia.

– Twój ojciec…

– Wiesz, gdzie jest mój tato, przecież to była taka głośna sprawa – ironizuję, bo się wkurzyłam. Nie podoba mi się kierunek, w jaki zboczyła nasza pogawędka.

– A mama?

– A ty mieszkasz z mamusią? – odpowiadam pytaniem.

– Żebyś wiedziała. – Na jego twarzy pojawia się przekorny uśmiech. – Z mamusią, tatusiem i młodszym braciszkiem.

– Gratuluję – mówię.

Raczej nie żartował, bo przez chwilę opowiada to i owo o swojej rodzinie, zwłaszcza o ojcu, który jest ponoć jednym z najlepszych lekarzy pulmonologów w Polsce, bardzo cenionym za granicą za swoje prace naukowe. Wspomina też o bracie, ale tu nie rozgaduje się tak bardzo. Widać, że ojciec jest dla niego najważniejszym członkiem rodziny. Podobnie jak mój tato dla mnie. Trochę mi głupio, że tak niemiło go potraktowałam, więc wyjaśniam, że mama mieszka we Wrocławiu, i ciut naginam fakty, uzasadniając jej nieobecność koniecznością zastępowania taty przy zarządzaniu rodzinnymi spółkami.

– Chyba faktycznie to była pomyłka, nie próba samobójcza – mówi niespodziewanie Tomek. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, więc dodaje, że pogada z Burzyńską, żeby przestała bezpodstawnie spekulować.

Rozmawiamy jeszcze przez kwadrans. Lekarz jest ciekawy, jak to możliwe, że ratownicy medyczni, których oczywiście nie kojarzę, mogli po prostu wjechać ambulansem na teren posesji, wejść do domu i mnie zabrać.

– Sławek mówił, że twój dom to prawdziwa twierdza – zauważa.

Opowiadam mu o jednym z koników mojego taty, czyli o tak zwanych inteligentnych domach.

– Gdy ktoś z domowników, znajdując się na terenie naszej posesji, zadzwoni na sto dwanaście, brama otwiera się automatycznie, tak samo drzwi wejściowe, a w domu zapalają się specjalne światła awaryjne.

– Nieźle. Prawdziwy preppers z ciebie. Jak w Stanach – żartuje.

– Coś w tym jest – mówię. – Takie systemy właśnie tam są bardzo modne. Tato zatrudnił faceta, który pięć lat spędził przy montowaniu podobnych w amerykańskich i japońskich domach.

Gdy Tomek mnie opuszcza, czuję się znacznie lepiej niż przed godziną. Porozmawiałam z normalnym człowiekiem. Z fajnym facetem, który prawie wcale mnie nie oceniał i prawie wcale nie pouczał, a na dodatek darował sobie jakieś głupie uwagi typu „będzie dobrze” lub „weź się w garść”.

Lecz nadal nie wiem, czy to była pomyłka, czy próba…

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przedtem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Teraz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Podziękowania

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Copyright © by Augusta Docher

Projekt okładki

Elżbieta Chojna

Fotografia na okładce

Copyright © Mikhail_Kayl / Shutterstock.com

Redakcja

Dorota Pacyńska

Opieka redakcyjna

Alicja Gałandzij

ISBN 978-83-240-4735-2

OMG Books, www.omgbooks.pl

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

e-mail: omgbooks@znak.com.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Najlepszy powód, by żyć Habbatum Eperu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę