Wykłady Profesora Niczego

Wykłady Profesora Niczego

Autorzy: Mieciu Mietczyński

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 27.99 zł

Od średniowiecza do współczesności, przez aż dziesięć epok – skonasz ze śmiechu.

W tej całkowicie (bez)użytecznej i kompletnie śmiesznej książce profesor Niczego:

• odsłonił kulisy legendarnego beefu Mickiewicza i Słowackiego

• pokazał, że Schopenhauer i Kurt Cobain mają wiele wspólnego

• zebrał cytaty ze starożytnych filozofów, napisał wiersz, omówił jedną z najbardziej olewanych lektur szkolnych…

Po raz pierwszy na liście lektur nieobowiązkowych pojawia się coś tak wesołego!

 

Mieciu Mietczyński – gość z butem w wazonie, naczelny internetowy krytyk słabych filmów znany jako Masochista, Profesor Niczego, specjalizujący się w streszczeniach lektur z przymrużeniem oka. Na YouTubie śledzi go już prawie pół miliona użytkowników.

 

 

To moja pierwsza książka, więc i pierwszy wstęp.

Nie wiem w sumie, jak napisać wstęp. Na dobrą sprawę nawet nie wiem, czy jest w ogóle sens go pisać. Jeden z omawianych później przeze mnie artystów (nie będę zdradzał nazwiska, żeby nie psuć zabawy) powiedział zresztą, że wstęp i przedmowa są dla frajerów, którzy obawiają się, że ich sztuka nie zostanie poprawnie zinterpretowana, i wolą na samym początku wszystko sami przejrzyście wytłumaczyć.

Wcielę się więc na moment w rolę takiego frajera.

Wiem, jak to może brzmieć: kolejna książka jutubera, nic niewnosząca eksterminacja drzew, policzek dla prawdziwej literatury! książki powinny być dla prawdziwych pisarzy, a nie łobobobobobobobo… Jeżeli należycie do tej linczującej grupki, to nie będę wam mydlił oczu. Choćbym nie wiem jak bardzo nie lubił tego określenia, no jest to kolejna książka jutubera. Nie da się tego ukryć. Nie da się z tym dyskutować. To niezaprzeczalny fakt.

W swojej obronie mogę powiedzieć tylko, że – całe szczęście – na kolejnych stronach nie znajdziecie ani słowa o moim nieszczęśliwym życiu, raczej niewiele kwestii światopoglądowych czy innych tego typu badziewi. Ta książka jest o czymś i Bogu dzięki tym czymś nie jestem ja, bo pewnie sam bym usnął jeszcze podczas pisania i ostatnie strony zawierałyby przypadkowo wystukaną moim zmęczonym czołem treść typu fgv[osafhvbsfuavb

guipaswq489h tv8r243hufgsadjibduvgbhsae80gbm

8year8-sfyd7g80vt89-sau,,09rh8ewar7]g,ufsdhavbauc7

ce4237fdsakohfsad ig[o uasfgjiosduafhgu osaugioufas

dhugfosadi ghiposadfi[of usdaopgfad ioghfiodagudf

oa hgioahgisdbfgdaspogi sadfgfadh gipdafuhg dfap[gho iafp ghdfaiogphadfgua nadniemnemtookropnaksiążkafosda[ias gfsadgdf hgfusadpghufadsphguisahfasdofghasdfuigmkpod

Na szczęście przyszło mi pisać o epokach literackich, czyli o czymś, co wielu z nas kojarzy się wyłącznie z suchym przedstawianiem bezdyskusyjnych faktów przez nie do końca zaangażowaną nauczycielkę języka polskiego (w całej książce używam wersji żeńskiej tego zawodu, gdyż na polonistę nigdy w swojej uczniowskiej karierze nie trafiłem. Mam nadzieję, że uda mi się wywołać tym orgazm u kilku feministek). Postawiłem więc sobie takie zadanie, aby najważniejsze informacje dotyczące największych postaci literatury polskiej i światowej oraz ich dzieł przedstawić w nieco bardziej niekonwencjonalny sposób, tak aby przyswajanie tej wiedzy przychodziło samo i odbywało się z uśmiechem na ustach.

Wiem, troszkę to zuchwałe, wszak wielu osobom może się nie spodobać próba zmniejszenia dystansu wobec takich tuzów jak Mickiewicz czy inny Hemingway, ale jakoś zawsze wychodziłem z założenia, że byli to jednak tylko, kurde, ludzie i można o nich mówić jak o ludziach. Niekoniecznie językiem uniwersyteckim. Niekoniecznie nawet językiem kulturalnym. Po prostu językiem gościa, z którym pijesz piwo i tak bardzo nie macie już o czym gadać, że ten zaczyna coś pierdolić o Kochanowskim i Wolterze.

Czy taka książka ma w ogóle rację bytu? No jasne, że tak. Przecież jestem jutuberem, sprzedam wam nawet zepsutą dętkę do bębna, jeśli akurat najdzie mnie taka ochota. Ale no nie o pieniądze tu chodzi (he, he). Chodzi o to, że napisałem to, przeczytałem i jestem z siebie, kurde, zadowolony. Zapewniam, że nie jest to książka sklecona przez ghostwritera tylko po to, żeby sprzedać nakład za pomocą znanego nazwiska (zresztą, nie oszukujmy się, moje nie jest aż tak znowu znane). To książka napisana przeze mnie i tworząc ją, próbowałem zawrzeć w niej klimat filmów Profesora Niczego. Powiem więcej – chyba z żadnego z nich nie jestem zadowolony tak jak z tej książki. To mocne słowa są.

Życzę miłej lektury, mam nadzieję, że będzie wam się miło i z humorkiem przyswajać wiedzę. Albo że chociaż kogoś wkurwię trochę (z feministkami się już pewnie udało).

Zapraszam,

Profesor Niczego

Jak sama nazwa wskazuje, mamy do czynienia ze starymi czasami. Tak starymi, że starszych w literaturze nie ma. Mitologia, Biblia, pomarszczone dziady z brodą i ich przemądrzałe przemyślenia – to właśnie te tematy. Można je lubić, można ich nie lubić, ale trzeba się pogodzić z tym, że takie były początki.

Aha, trzeba też pamiętać o małej różnicy między dwoma terminami. Starożytność jest trochę gorsza, bo obejmuje wszystko od 4000 roku przed naszą erą do 476 roku naszej ery, czyli, no… cholernie dużo materiału, podczas gdy antyk skupia się jedynie na bliższych nam, europejskich rejonach, czyli Grecji i Rzymie.

Chyba nie muszę wam tłumaczyć, dlaczego będziemy się tutaj trzymać terminu „antyk”? Jeśli jednak, to może mały rebus:

Tak więc antyk…

Od czego tu zacząć? Chyba najrozsądniej będzie od tego, co było na początku.

A przecież na początku był Chaos…

Mitologia

Każdy, kto chodził do podstawówki, zapewne kojarzy Mitologię Jana Parandowskiego. Taki zbiór tych wszystkich zabawnych historyjek z Zeusem i jego dziećmi w roli głównej. Zabawnymi nazywam je oczywiście dopiero po wielu latach. Prawda jest taka, że właśnie przy przerabianiu mitologii dzieciaczki po raz pierwszy w życiu spotykają się z tak gęstym natężeniem śmierci, bólu i okrucieństwa. Taki mit o Prometeuszu na przykład – no przecież to się, kurwa, nadaje na scenariusz jakiegoś gore horroru! Koleś chciał pomóc słabszym, a za karę jakieś wredne ptaszysko codziennie rozszarpuje mu wątrobę. Organ regeneruje się każdego dnia tylko po to, by zasrany dziobak znów miał co wyszarpać. Okropieństwo!

Jednego dnia świat ci się wali, bo pies, który jeździł koleją, bohatersko ginie, a następnego przerabiasz historie, w których trup ściele się gęsto i zazwyczaj nie jest to piękna śmierć.

Jeśli się zastanowić, to ta cała mitologia przypomina trochę uniwersum świata X-Men. Czy tych wszystkich bogów, gigantów i herosów nie można po prostu nazwać mutantami? Ciekawe, jak wyglądałaby na przykład taka walka Posejdona z Magneto.

Mit o powstaniu świata

W mitologii, podobnie jak w Biblii, cała historia zaczyna się od teorii na temat powstania świata. Otwiera ją popularne zdanie: „Na początku był Chaos”, i jest solidnie posrana.

Więc na początku był ten Chaos. Nie wiemy tak do końca, czym on naprawdę był, ale to z niego wykluła się pierwsza boska para – Uranos i Gaja (czyli niebo i ziemia). Ponieważ byli jedynymi przedstawicielami czegokolwiek, z braku innych zajęć zaczęli na potęgę robić dzieci, zwane tytanami. Wyszły z tego jakieś obrzydliwe poczwary o niemożliwych do zapamiętania nazwach – kiklopowie (takie cyklopy) i hekatonchejrowie (takie potwory o stu rękach). Uranos, widząc swoje potomstwo, uznał, że się go brzydzi i boi, więc postanowił dokonać nieco spóźnionej aborcji i wrzucić całą ferajnę do Tartaru (takie ichnie piekło). Gaja nie popierała tego pomysłu i doszła do wniosku, że skurczybykowi należy się kara za takie potraktowanie jej dzieci. Namówiła więc niezrzuconego jeszcze do przepaści najmłodszego syna, Kronosa, aby ten zaczaił się na ojca, dźgnął go sierpem i zakończył tym jego hegemonię. Syn posłuchał matki i podstępnie zamordował Uranosa, jednocześnie awansując samego siebie na stanowisko władcy wszystkiego. Przed śmiercią jednak stary przeklął go, przepowiadając, że jego również zamorduje własne dziecko.

Kronos, pamiętając o tej klątwie, wpadł na genialny plan. Każde dziecko wydawane na świat przez jego małżonkę Reję postanowił połykać w całości, aby nie mogło mu zrobić krzywdy. Jego żonie się to nie podobało (wyobraźcie sobie, dziewczyny, że nosicie piątkę dzieci z rzędu tylko po to, aby połknął je mąż – mogłybyście się czuć troszeczkę bezcelowo wykorzystane), więc przy szóstym postanowiła przechytrzyć męża, wręczając mu do połknięcia zamiast dziecka kamień. Nie wiem, ja tam zawsze myślałem, że bogowie byli superinteligentni, ale widocznie się myliłem, gdyż Kronos nie odróżnił kamienia od dziecka i zadowolony z siebie, połknął głaz. W ten sposób przed niechybnym końcem uchronił się znany i lubiany Zeus.

Korzystając z durnoty męża, Reja zabrała dziecię na Kretę i oddała w opiekę nimfom górskim i kozie Amaltei. Ta druga była najlepszym ziomkiem Zeusa, co zresztą chyba mocno wpłynęło na jego psychikę. Noż kurwa, jeśli w dzieciństwie twoim najlepszym kumplem jest koza, to w dorosłym życiu możesz być nieco sfrustrowany. A jak jeszcze ten kumpel karmi cię w dzieciństwie swoim mlekiem, to już w ogóle. Koza później zdechła. Wspominam o niej ze względu na anegdotę o rogu obfitości – mogła się wam obić o uszy. Otóż koza ułamała sobie kiedyś jeden róg i Zeus, używając swoich zajebistych mocy, sprawił, że od tego czasu róg wypełniał się po brzegi tym, czego trzymający go akurat zapragnął.

Wraz z pojawieniem się owłosienia pod pachami u Zeusa nastąpił progres w dziedzinie myślenia. Widząc, jak niesprawiedliwe i okrutne rządy sprawuje jego stary, Kronos, wymyślił idealny plan, jak sobie z nim poradzić. Plan polegał na tym, że Zeus zawołał matkę i nakazał jej podać ojcu środek wymiotny, aby ten zwrócił swoje dzieci.

Tak, serio, to jest aż takie głupie.

Plan się powiódł, a w rezultacie na świat powróciło rodzeństwo Zeusa (ciekawe, co przez te wszystkie lata robili w żołądku, no ale okej). Imiona braci i sióstr naszego protagonisty powinny być wam znane: Hades (ten od piekła), Posejdon (ten od mokrej roboty), Demeter (ta od uprawiania roli i zapładniania), Hestia (ta od rodzin) oraz Hera (ta wredna picza z serialu Herkules).

Po tych wydarzeniach doszło do ogromnej wojny pomiędzy Kronosem i jego zmutowanymi koleżkami a Zeusem i jego zmutowanymi koleżkami. Siły były na tyle wyrównane, że przez dziesięć lat wojna niby trwała, ale nie zanosiło się na zwycięstwo żadnej ze stron. Oczywiście panował ogólny rozpierdol, bo oni nie bili się tak jak my, ludzie, tylko na przykład rzucali w siebie górami czy coś. Ostatecznie szalę zwycięstwa na swoją stronę przechylił Zeus, ponieważ uwolnił z Tartaru tych wszystkich cyklopów i sturękie potwory, które wrzucił tam jeszcze Uranos.

Banda Zeusa niedługo cieszyła się ze zwycięstwa, gdyż zaraz po wygranej wojnie postawiła się jej brygada gigantów. Tych mógł pokonać jedynie śmiertelnik, dlatego na pomoc ściągnięto Herkulesa. Taktyka wyglądała tak: znany siłacz został otoczony przez bogów i zza takiej osłony naparzał strzałami gigantów. Zeus odniósł kolejne zwycięstwo i wydawać by się mogło, że nareszcie będzie mógł wygodnie rozsiąść się na tronie i delektować nektarem i ambrozją…

…no ale nic z tych rzeczy!

Matka gigantów Gaja tak się zdenerwowała wybiciem swojego potomstwa, że postanowiła stworzyć/urodzić najbardziej przerażające bydlę, jakie widział świat. Nazywało się ono Tyfon i charakteryzowało się tym, że było pinćset razy większe niż największa rzecz, jaką jesteście w stanie sobie wyobrazić. Skurwiel był tak przeogromny, że prawie wszyscy bogowie w popłochu spieprzyli do Egiptu i pozamieniali się w zwierzęta, żeby ich czasem to łachtajstwo nie dopadło.

Zeus nie byłby jednak Zeusem, gdyby tej całej sytuacji nie potraktował jako kolejnego pretekstu do ponaparzania się z kimś. Wygrzebał ten sierp, którym Kronos zamordował Uranosa, i dźgnął nim Tyfona tak, że ten się wykrwawił, ochlapując przy tym jakieś góry, i padł, a nasz bohater dla pewności przywalił go… Sycylią.

Tak, tą wyspą.

Zresztą z tym się wiąże pewna legenda – ponoć kiedy wulkan Etna staje się aktywny, to oznacza, że Tyfon pod nim wierzga. Kurde, oby nigdy nie wylazł, niech tam sobie siedzi, gałgan jeden.

Orfeusz i Eurydyka

Podobnie jak w przypadku X-Men, nie każdy mitologiczny bohater miał na pierwszy rzut oka imponującą moc. Taki Orfeusz na przykład potrafił… ładnie grać i śpiewać. Nie powiedziałbym, że jak na syna boga Apollina była to jakaś zwalająca z nóg umiejętność, ale… pozory mylą. Jeśli oglądaliście serial Pokémon, to pewnie kojarzycie takiego gagatka o imieniu Jigglypuff. On też był z pozoru niegroźny, a faktycznie miał zdolności, których pozazdrościłby mu niejeden szaman z dziesięcioletnim stażem – mianowicie śpiewem doprowadzał wszystkich wokół do większego otumanienia niż po tabletce gwałtu. Szkoda tylko, że wykorzystywał ten dar wyłącznie po to, aby wszystkim dla jaj rysować kutasy na twarzy… Wracając do Orfeusza, jego śpiew i gra miały mniej więcej podobne właściwości. Ale po kolei.

Orfeusz był szczęśliwym młodym przystojniakiem, któremu udało się wyrwać tak piękną nimfę drzewną, że gdy szli razem ulicą, to obracały się za nią nawet drogowskazy. Młodzi strasznie się kochali, przeogromnie, miłością znacznie silniejszą niż Romeo i Julia. Na imię jej było Eurydyka, a bycie jej mężem miało tyle samo plusów co minusów.

Jeśli chodzi o plusy, no to pozwólcie, że nie będę się rozwodził jakoś szczególnie nad zaletami bycia w związku z kimś, kto jest atrakcyjny jak Ana de Armas czy tam Bradley Cooper. W urodzie Eurydyki leżał też jednak niestety duży problem. Oddziaływała ona bowiem na wszystkich tak mocno, że na jej widok każdy facet dostawał małpiego rozumu. Większość była jednak na tyle rozsądna, że nie uskuteczniała swoich żądz, wiedząc, że z synem Apollina raczej nie warto zadzierać. Ale znalazł się taki jeden Aristajos. Kolesiowi, gdy ujrzał Eurydykę, odwaliło tak, że rzucił się w pościg za nią niczym głodna lwica za biedną antylopką. Żona Orfeusza naturalnie zaczęła spieprzać ile sił w nogach i w tym pośpiechu nadepnęła na żmiję. Ta ze złości ją dziabnęła, no i kilka dni później pięknej Eurydyki nie było już na tym świecie.

Orfeusza, gdy się o tym dowiedział, ogarnął wielki smutek. W końcu nasz bohater doszedł do wniosku, że bez Eurydyki jego życie nie ma sensu. Postanowił więc zejść do samego Hadesu i tego ichniego szatana poprosić, aby może jednak mu żonę przywrócił do żywych. Po drodze okazało się, że dzięki temu swojemu rzępoleniu Orfeusz jest w stanie pokonać każdą przeszkodę. Najpierw taki ziomek, co zmarłych przez rzekę przeprawia, Charon, zrobił mu podwózkę za frajer. Potem Cerber, czyli taki ogromny, groźny pies o trzech głowach, którego zadaniem było między innymi nie wpuszczać żywych do Hadesu, słysząc jego grę, zaniechał swoich obowiązków i oddał się romantycznym przemyśleniom, dzięki czemu Orfeusz dostał się do piekieł.

Gdy tam wszedł, nie zmieniał taktyki i nadal wszystkich oczarowywał muzyką. Metoda sprawdzała się tak świetnie, że sam Hades się ugiął i wzruszony pięknem utworów Orfeusza, zgodził się oddać mu małżonkę.

Cholernie łatwo poszło, co? Gość przeszedł tę niemożliwą do wykonania misję jak na kodach. Nawet Mario, skracając sobie etap i czmychając po górnym murku, musi się bardziej napracować.

Gdyby to była normalna bajka, pewnie teraz pozostałoby napisać coś w stylu, że żyli długo i szczęśliwie. Ale to jest mitologia grecka, tutaj nie ma czegoś takiego jak „żyli długo i szczęśliwie”! Hades postawił Orfeuszowi jeden warunek: wróci bezpiecznie do domu z ukochaną, ale nie może obejrzeć się za siebie, by na nią spojrzeć, aż do samych wrót Hadesu. No i gamoń się obrócił…

Jego zachowanie można odczytać na dwa sposoby. Z jednej strony no jest to niby wzruszające – musiał ją naprawdę nieziemsko kochać, że nie dał rady się powstrzymać przez moment. Z drugiej jednak – no co za debil, o czym on myślał, do jasnej cholery, tak pięknie się to mogło przecież skończyć! Mnie jest zdecydowanie bliżej do tej drugiej reakcji, ale no jeśli ktoś myśli inaczej, to cóż, nikomu nie zabraniam być romantykiem.

Fakty jednak mówią same za siebie – skutki tego czynu były opłakane. Nie dość, że śliczna Eurydyka musiała wrócić do Hadesu, czyli czuła się pewnie jak umierający cukrzyk, któremu ktoś złośliwie macha przed oczami zastrzykiem z insuliny, to jeszcze sam Orfeusz skończył marnie. Po powrocie na ziemię, gdy już się zorientował, co tak naprawdę się stało, wpadł w głęboką depresję i zaczął się snuć bez celu, aż pewnego razu został rozszarpany przez jakieś wstrętne potwory.

Koniec tej historii jest absurdalny, trzymajcie się. Ponoć głowa Orfeusza dryfowała po rzece i krzyczała: „Eurydyko! Eurydyko!”.

Mitologia. Tyle radości!

Tezeusz

O Prometeuszu, Syzyfie czy tam innym Heraklesie wszyscy pewnie słyszeli, więc celując w coś mniej mainstreamowego, skupmy się na Tezeuszu.

Najbardziej znanym wyczynem Tezeusza było pokonanie Minotaura. Jeśli ktoś z was grał w Tibię, to może kojarzyć, że chodzi o takiego paskudnego, umięśnionego człowieka z głową byka, spłodzonego przez żonę króla Krety Minosa i jakiegoś, kurwa, byka. Geneza powstania tego potwora jest oczywiście również mocno posrana. Otóż król Krety Minos miał złożyć w ofierze Posejdonowi jakiegoś zajebistego byka. Nie wiedzieć czemu uznał, że dobrym pomysłem będzie niezastosowanie się do poleceń potężniejszego od niego jakieś milion razy typa i ofiary nie złożył. Władca mórz i oceanów, jak przystało na mitologicznego boga, wymyślił więc bardzo oryginalny sposób na to, aby się na Minosie zemścić. Sprawił, że małżonka króla zapałała ogromną miłością do… tego byka właśnie, poszła z nim do łóżka (okej, właśnie sobie wyobraziłem, jak byk i kobieta palą pod kołdrą papierosa po seksie, co jest ze mną nie tak?), po czym zaszła w ciążę i urodziła tego obrzydliwego Minotaura.

Władca Krety zlecił Dedalowi (tak, to ten gość od sztucznych skrzydeł) wybudowanie jakiegoś bardzo skomplikowanego labiryntu w celu umieszczenia tam byczo-ludzkiego bękarta (zauważyliście już, że w tamtych realiach wszyscy uwielbiali sobie do granic możliwości komplikować sprawy?). To jednak nie rozwiązywało do końca sytuacji, gdyż Minotaur był krwiożerczym skurwielem i aby go nasycić, pokonani przez wojska Minosa Ateńczycy musieli od czasu do czasu w ramach rozliczeń wojennych dostarczać potworowi młodych chłopców oraz rusałki, aby bydlę się nażarło.

I tu do akcji wkracza Tezeusz – syn Ajgeusa (kimkolwiek, kurwa, był Ajgeus). Znany zawadiaka pod pozorem dostarczenia jednego z takich właśnie transportów ze świeżym mięskiem postanowił rozprawić się raz na zawsze z ludojadem. Pomogła mu córka króla Ariadna, którą przy okazji zbajerował. Wpadła na genialny, jak na tamte czasy, pomysł. Dała ukochanemu nić, aby przyczepił jej koniec przy wyjściu z labiryntu i dzięki temu po pokonaniu Minotaura znalazł drogę powrotną.

Tezeusz wkroczył więc do labiryntu, znalazł Minotaura, zatłukł bydlaka i po nitce wrócił do wyjścia. Po wykonaniu zadania triumfalnie odpłynął z Krety, po drodze pozbywając się tej dziewczyny, która mu pomogła (świnia!). Zostawił ją na jakiejś wyspie, gdzie niedługo później wyszła za najbardziej znanego w tamtych czasach alkoholika – Dionizosa (przynajmniej nie miała nudno).

Po tym małym przystanku Tezeusz z załogą ruszył prosto do Aten. Przed wypłynięciem na Kretę zawarł z ojcem taki układ, że wracając, na znak zwycięstwa postawi czerwony żagiel, aby stary mógł zorganizować najgrubszą balangę w tym roku. W razie porażki statek syna miał płynąć pod czarnym żaglem… no zgadnijcie, co mogło pójść nie tak…

Tezeusz tak się ucieszył ze zwycięstwa, że kompletnie zapomniał o zmienianiu jakichś głupich żagli. Jego ojciec, ponieważ był w gorącej wodzie kąpany, gdy zobaczył z daleka czarny kolor, postanowił nie zwlekać zbyt długo i z rozpaczy odebrał sobie życie. Gdy okręt pogromcy Minotaura dobił do brzegu i wszyscy dowiedzieli się, że no z tym żaglem to taki mały, he, he, wypadeczek… nastąpiła kompletna dezorientacja. Nikt nie wiedział, czy cieszyć się ze zwycięstwa, czy jednak smucić w żałobie po królu.

Tezeusz po tych wydarzeniach przejął tron i potem w jego życiu było już tylko coraz weselej.

Tak naprawdę to nie, było tylko gorzej.

Niezmiernie intrygowało go plemię Amazonek. Aby przemycić trochę ich klimatu, porwał więc królową i zrobił jej syna. Potem ożenił się z siostrą tej Ariadny od nitki, Fedrą, i wszystko było pięknie… do czasu, aż musiał wyjechać w delegację. Podczas jego nieobecności żonce bardzo się nudziło i zaczęła się przystawiać do syna swojego męża (brzmi jak najlepsza żona na świecie). Ten jednak od zabawy z MILF-em wolał polowania na niedźwiedzie i generalnie powiedział jej, że nie ma czego szukać i lepiej by się zajęła jakimś rozwiązywaniem krzyżówek czy coś. Chłopak ewidentnie nie znał życia i nie wiedział jeszcze, do czego zdolna może być odrzucona kobieta… A Fedra się akurat nie pierdoliła w tańcu.

Gdy Tezeusz wrócił z wyprawy, podła kobita nakłamała mu, że jego syn się do niej dobierał. Król uniósł się męskim honorem i wygnał potomka z miasta. Jakby tego było mało, chłopak miał wypadek podczas podróży i zginął. To jest właśnie mitologia – znęcanie się nad niewinnymi. Koleś nikomu nie wadził, chciał se tylko w spokoju strzelać do wiewiórek, ale zakochała się w nim wariatka i musiał umrzeć. No ale żeby nie było, Fedra, dowiedziawszy się o wypadku ukochanego, postanowiła popełnić samobójstwo.

Ostateczny koniec Tezeusza wyglądał tak, że szedł se jakby nigdy nic do kiosku po bułki i… spadł w przepaść. Zwyczajnie poślizgnął się, spadł w przepaść i zmarł. Tak właśnie skończył wielki bohater, pogromca Minotaura. Co za debilna śmierć!

Mi-to-lo-gia.

Filozofia

Tales z Miletu

Ten pan uznawany jest nie tylko za pierwszego greckiego filozofa, ale też za ojca matematyki. Chwalić go trzeba chociażby za to, że zamiast skupiać się na idiotycznych mitach, rozszerzał swoją wiedzę naukową. Nie kupował tej historii o powstaniu wszystkiego, o której mówiłem na początku, i próbował rozgryźć, o co tak naprawdę tu chodzi. Ostatecznie uznał, że odpowiedzią na każde dręczące go pytanie jest woda. Trzeba przyznać, że po całym życiu poświęconym rozważaniom nie jest to jakiś strasznie odkrywczy wniosek, no ale od czegoś trzeba było zacząć.

Talesa kojarzymy dziś głównie z matematyką – jego twierdzeń nadal uczą w szkołach. Coś tam że trójkąty i potem jak się przecinają równoległe proste, to się robi coś tam, coś tam.

Sokrates

Po nurcie naturalistycznym, w którym dominowała filozofia przyrody, nastała era humanistyczna, stawiająca w centrum człowieka. Z tego okresu najbardziej znany jest niewątpliwie Sokrates, choć tak naprawdę jego filozofia była manifestem sprzeciwu wobec fałszywych (według niego) kolegów po fachu. Spierał się z sofistami, czyli takimi myślicielami, którzy uważali, że to, czy coś jest dobre, czy złe, nie jest narzucone z góry, ale zależy od interpretacji człowieka. Musicie przyznać, że jest to dość wygodne podejście. Ostatecznie prowadziło do tego, że grupa dziadyg owijała sobie wszystkich wokół palca. Od jednych brała szmal za „nauczanie”, a od drugich – za na przykład wytłumaczenie sędziemu na procesie, dlaczego ktoś jest jednak niewinny. Krótko mówiąc – banda cwaniaczków.

Sokrates jako jeden z nielicznych stawiał się tej bandzie intelektualistów, przez co nikt go za bardzo nie darzył sympatią. Poza tym nie był typowym filozofem, brał bowiem udział w aż trzech bitwach jako żołnierz. Trochę to zaburza obraz brodatego, opierającego się o kamień zgreda, co nie? Dodatkowo był podobno wyjątkowo brzydki i dziwnie zbudowany. A jednak wyrocznia w Delfach powiedziała ponoć, że Sokrates to najmądrzejszy człek stąpający po ziemi.

Jego filozofia opierała się na skromności. Podczas gdy wszyscy koledzy po fachu oznajmiali wszem wobec, że są w posiadaniu prawdy o życiu i chętnie się nią podzielą za niewielką opłatą, Sokrates mówił otwarcie, że tak naprawdę to gówno wie, ale chętnie sobie podyskutuje.

Wiadomo, jeśli jest się tak nieskazitelnym i psuje się tym interes innym, to prędzej czy później ktoś się przyczepi – tak już jest. Nie inaczej było w przypadku naszego filozofa. Pewnego razu ktoś zgłosił do prokuratury, że nie wierzy on we właściwych bogów i wbija dzieciom głupoty do łbów. Początkowo karą miało być wygnanie, ale oskarżyciel jakimś cudem wywalczył karę śmierci (to musiał być ciekawy proces). Chociaż nikomu jakoś bardzo nie zależało na tym, żeby Sokratesa stracić, i gdyby tylko chciał, spokojnie mógłby uciec z miasta czy coś, ten uniósł się honorem i powiedział: „No, jak kara śmierci, to kara śmierci. Dawać mje tę truciznę”.

Wypił, umarł i po człowieku. O poglądach i wiedzy Sokratesa dowiadujemy się więcej z dzieł jego uczniów (między innymi Platona), bo sam po sobie niczego za bardzo nie zostawił.

Swoją drogą, która to już bezsensowna śmierć w tym rozdziale?

Te trzy cytaty z poprzedniej strony sugerują, że małżeństwo Sokratesa musiało być zajebiście udane. W ogóle mam wrażenie, że większość jego bon motów odnosi się do nieznośnej żony… No dobra, znajdźmy może jakiś bardziej neutralny:

Czyli Korwin to taki współczesny Sokrates?

Platon

Był uczniem Sokratesa i najważniejszym przedstawicielem tak zwanego okresu wielkich syntez w filozofii greckiej. Jego prawdziwe imię to Arystokles, ale dostał przezwisko „Platon” ze względu na swoje szerokie bary. Chłopak posturą przypominał pływaka i w ogóle wielbił sport. Urodził się w bogatej rodzinie, więc i wykształcono go odpowiednio. W ogóle jak na tamte lata to miał bardzo udane życie. Na tyle udane, że nie będziemy się na nim specjalnie skupiać, bo zanudzimy się na śmierć. Kiedyś tam co prawda ponoć porwali go piraci, ale ostatecznie nic złego mu się nie stało.

Platon jako pierwszy wpadł na to, że skoro człowiek jest w stanie rozumieć istnienie rzeczy niematerialnych, to musi w nim być coś zajebistego, co go wyróżnia. Stworzył więc koncepcję idei, która jest bardzo zawiła.

Powiedziałbym nawet, że zbyt zawiła.

Oprócz mędrkowania uczeń Sokratesa lubił też politykę. Stworzył nawet swoją koncepcję państwa idealnego, która polegała na podzieleniu społeczeństwa na trzy grupy:

Pierwsza grupa to intelektualiści (czyli między innymi on), którzy ze względu na inteligencję i mądrość życiową powinni rządzić krajem. Oni jako jedyni mogliby robić to nie ze względu na chęć rządzenia (mhm, akurat), tylko z poczucia obowiązku (taaaaa).

W skład drugiej grupy miałoby wchodzić wojsko. Żołnierzom zakazano by zakładania rodzin oraz posiadania majątku. W stu procentach utrzymywałoby ich państwo, a ich jedynym życiowym celem miałoby być pilnowanie porządku wewnątrz kraju oraz napierdalanie najeźdźców.

Do ostatniej grupy miałaby należeć cała reszta, nazwijmy ją klasą robotniczą, która w życiu powinna się kierować skromnością, robieniem dzieci i wykonywaniem swoich prac. Mimo upływu lat pewną grupę społeczną można nadal spokojnie podciągnąć pod ten opis.

Platon, w odróżnieniu od swojego nauczyciela, pozostawił po sobie sporo prac, z których najsłynniejszą jest Obrona Sokratesa, nawiązująca do procesu, o którym już opowiadałem. Warto wspomnieć, że w swoich pismach Platon często wysługiwał się nauczycielem i opisywał pewne rzeczy jakby z jego perspektywy. Przez to nie do końca wiadomo, czy poglądy przedstawiane w tych papierach są w końcu poglądami Platona czy Sokratesa.

Fajnie jest nie należeć do grupy osób, która się tym przejmuje.

Arystoteles

Tak to już jest w tej filozofii greckiej, że wśród największych przedstawicieli wszystko odbywa się na zasadzie wymiany pokoleniowej. Tak jak Platon był uczniem Sokratesa, tak Arystoteles był uczniem Platona. Jako nastolatek rozpoczął naukę w Akademii Platońskiej i tam wspinał się w hierarchii szczebelek po szczebelku – najpierw został asystentem założyciela, a później sam prowadził wykłady. Po śmierci Platona miał nawet zostać jego następcą, ale jakaś rada uznała, że jego filozofia zaczyna jednak za mocno odbiegać od tego, o czym mówił założyciel akademii, i generalnie niech spieprza.

Jeśli jednak myśleli, że to mu zaszkodzi, to się mylili. Chłop zajął się pracą lekarza, a jakiś czas później został osobistym nauczycielem księcia macedońskiego Aleksandra. Po kilkunastu latach wojaży powrócił do Aten i założył własną szkołę (od niej wzięła się obecna nazwa „liceum”, swoją drogą), która popularnością skopała dupę Akademii Platońskiej.

Do znanych osiągnięć tego filozofa zalicza się wykminienie całej koncepcji duszy, czyli… no przecież wiecie, co to dusza. Oprócz tego podzielił on naukę na kilka kategorii i jest poniekąd pomysłodawcą takiego przedmiotu szkolnego jak etyka. Nad etyką właśnie dużo się zastanawiał – powtarzał, że przyziemne przyjemności, takie jak jedzenie dobrej zupy albo bycie poklepanym po plecach za zrobienie dobrej zupy, uszczęśliwiają człowieka tylko na chwilę, a ponieważ szczęście jest przecież głównym naszym celem, to należy odkryć, co doprowadza nas do szczęścia permanentnego.

Arystoteles sporo myślał nad istotą duszy. Doszedł do wniosku, że można ją podzielić na trzy części:

Pierwsza część to dusza wegetatywna. Przypisywał ją roślinom (czyli film Drzewa może nie jest aż taki znowu głupiutki, co?), zwierzętom oraz ludziom. Dusza wegetatywna to taka, która dba jedynie o podstawowe czynności życiowe, jak rozmnażanie się, odżywianie oraz wzrost.

Drugą częścią jest dusza zmysłowa, którą zdaniem Arystotelesa posiadają już tylko zwierzęta i ludzie. Nie zaskoczę was chyba za bardzo, mówiąc, że ta część duszy miała odpowiadać za doświadczenia zmysłowe.

Najbardziej rozwiniętą częścią jest dusza rozumna, którą posiada tylko człowiek. Jak sama nazwa wskazuje, pozwala ona posługiwać się intelektem i to właśnie dzięki niej ludzie są tacy wyjątkowi.

Po śmierci swego wpływowego przyjaciela Aleksandra Macedońskiego Arystoteles musiał zwiewać z Aten, bo – jak to często bywa w przypadku mądrych ludzi – ktoś chciał się go pozbyć. Rok później wziął i umarł.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Bartłomiej Szczęśniak

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Fotografia autora na okładce

Adrian Błachut, www.adrianblachut.com

Grafiki wykorzystane w książce

Copyright © phipatbig / Shutterstock.com

Copyright © Mialima / Shutterstock.com

Copyright © Pelikanz / Shutterstock.com

Copyright © Nataleana / Shutterstock.com

Redakcja

Joanna Bernatowicz

Opieka redakcyjna

Joanna Bernatowicz

Oskar Błachut

Weryfikacja merytoryczna

Gabriela Majkutowska

Adiustacja i projekt typograficzny

Anna Niklewicz

Korekta

Maria Szumska

Anna Gądek

ISBN 978-83-240-4698-0

Flow Books

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

e-mail: promocja@flowbooks.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wykłady Profesora Niczego 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia