Ty przeciwko mnie

Ty przeciwko mnie

Autorzy: Jenny Downham

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.11 zł

Jeżeli ktoś skrzywdzi twoją siostrę – czy będziesz szukać rewanżu?

Jeżeli twój brat zostanie oskarżony o straszne przestępstwo – czy będziesz go bronić?

Mikey czuje bezsilny gniew, gdy jego siostra wyznaje, że została zgwałcona.

Ellie jest zdruzgotana, kiedy jej brat zostaje posądzony o napaść.

Teraz się spotykają.

Odważna powieść autorki „Zanim umrę”. To książka o lojalności i o wyborach, jakie się z nią wiążą. Ale przede wszystkim to książka o miłości.

Jenny Downham urodziła się i wychowała w Hertfordshire jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Po studiach aktorskich zaczęła pracę w niezależnym teatrze. Siedem lat występowała w najróżniejszych miejscach w Anglii – domach opieki, świetlicach, więzieniach. Pisaniem na poważnie zajęła się w 2002 roku. W 2007 roku ukazała się jej bestsellerowa i wielokrotnie nagradzana powieść „Zanim umrę”. Jenny mieszka we wschodnim Londynie. Ma dwóch synów.

Jenny Downham

Ty przeciwko mnie

Fragment

Przełożył Paweł Kruk

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Ty przeciwko mnie Fragment

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Podziękowania

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Rozdział pierwszy

Mikey nie mógł uwierzyć, że tak wygląda jego życie.

Oto przed nim na ladzie stał karton mleka. Oto Ajay, z ręką wyciągniętą po pieniądze. A tu on, Mikey, gorączkowo szukający drobnych pośród starych paragonów i kawałków chusteczek w kieszeni kurtki. Stojąca za nim w kolejce kobieta zaczęła przestępować z nogi na nogę. Facet z tyłu odchrząknął zniecierpliwiony.

Chłopakowi żołądek ścisnął się z gniewu.

– Sorki – wybąkał. – Muszę to zostawić.

Ajay pokręcił głową.

– W porządku, bierz mleko, zapłacisz jutro. I weź jeszcze batoniki dla swoich sióstr.

– Jesteś spoko, ale nie.

– Nie bądź durny, bierz. – Ajay do torby z mlekiem dołożył kilka kitkatów. – No, miłego dnia, tak?

Mikey wątpił, by życzenie się ziściło. Od tygodni już nie miał dobrego dnia. Ale jakoś zdobył się na skinięcie głową, złapał torbę i wycofał się szybko ze sklepu.

Wciąż padało, gęsta mżawka wpadała w snop fluorescencyjnego światła z neonu umieszczonego nad drzwiami. Chłopak wziął głęboki oddech, spragniony zapachu morza, lecz powietrze wypełniała woń lodówek – miało to coś wspólnego z wentylatorami wydmuchującymi ciepłe powietrze ze sklepu za jego plecami. Naciągnął kaptur i przeszedł na drugą stronę ulicy, kierując się na swoje osiedle.

Kiedy wszedł do mieszkania, Holly siedziała na podłodze przed telewizorem, wcinając chrupki Cookie prosto z opakowania. Karyn już przestała płakać i klęczała za nią, czesząc włosy siostry.

Mikey zmierzył ją uważnym spojrzeniem.

– Czujesz się lepiej?

– Trochę.

– To powiesz mi, co się stało?

Karyn wzruszyła ramionami.

– Próbowałam wyjść z domu. I udało mi się dotrzeć do drzwi.

– No, to już coś.

Przewróciła oczami.

– Jasne, otwieraj szampana.

– To dopiero początek.

– Nie, Mikey, to koniec. Holly potrzebowała mleka do płatków, a ja nie potrafiłam sobie z tym poradzić.

– Przyniosłem mleko, chcesz może herbaty?

Poszedł do kuchni i nalał wody do czajnika. Odsunął zasłony i otworzył okno. Deszcz ustawał, z zewnątrz płynęło świeże powietrze. Mickey usłyszał płacz dziecka. Krzyknęła kobieta. Trzasnęły drzwi, trzykrotnie: bum, bum, bum. Weszła Holly i rzuciła na blat opakowanie płatków. Złapał ją za kołnierz piżamy.

– A ty czemu jeszcze nieubrana do szkoły?

– Bo nie idę.

– A właśnie, że idziesz.

Opadła do tyłu, opierając się plecami o lodówkę i wlepiła spojrzenie w sufit.

– Nie mogę iść do szkoły, to dzień rozprawy o zwolnienie za poręczeniem!

Spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi. Cholerka, skąd ona o tym wie?

– Posłuchaj, Holly. Jeśli obiecasz, że pójdziesz się ubrać, dam ci kitkata.

– Z dwoma czy czterema paluszkami?

– Z czterema.

Wsunął rękę do torby, wyjął z niej jeden z batonów i pomachał przed nią.

– I jeszcze obudź mamę, dobrze?

Holly spojrzała na niego zdziwiona.

– Naprawdę?

– Tak.

Jeśli to nie była trudna sytuacja, to nie wiedział, co innego mogłoby nią być.

Holly pokręciła głową, jakby uznała jego prośbę za szalony pomysł, po czym zgarnęła z blatu batona i pobiegła na górę.

Mama myślała, że policja pomoże Karyn, na tym polegał problem. Po tym, jak zabrała Karyn na posterunek i opowiedziała, co się stało, wycofała się, uznawszy pewnie, że zrobiła, co do niej należało. Tylko że policja okazała się do bani. Choć Karyn była roztrzęsiona, zasypali ją mnóstwem osobistych pytań. A potem policjantka, która przywiozła Karyn do domu, skrzywiła się na bałagan, jakby już oceniła całą rodzinę. Mama uznała to za coś normalnego, lecz Mikey sfrustrowany ugryzł się w język i poczuł smak krwi, rdzawej i gęstej.

Kiedy policjantka wreszcie sobie poszła, Mikey wydobył od Karyn adres i kazał Jacko przyjechać samochodem. Jacko przywiózł też chłopaków, ale kiedy dotarli do domu tamtego sukinsyna, okazało się, że się spóźnili – Tom Parker został już aresztowany i wszędzie kręciła się ekipa dochodzeniowa.

Przez prawie dwa tygodnie Mikey próbował zdusić w sobie gniew. Ale jak miał zapanować nad sobą za każdym razem, gdy Karyn płakała? Nie mógł patrzeć, jak Holly głaszcze siostrę po ramieniu, ściska je, gładzi dłonią jej twarz, jakby to było radio, które trzeba wyregulować albo telewizor, który źle odbiera.

Mama wybrała inne rozwiązanie – wycofała się. Lecz widok ośmiolatki pocieszającej piętnastolatkę oznaczał, że świat stanął na głowie.

I coś z tym trzeba było zrobić.

Zaparzył herbatę i postawił ją na stole przed Karyn, która umościła się na sofie. Jak zwykle ostatnimi czasy – obkładała się poduszkami, kocami i swetrami. Mikey przysiadł na brzegu sofy.

– Jak się czujesz? – Wydawała się taka smutna na tle światła za jej plecami.

– On pewnie już wyszedł – powiedziała. – Będzie sobie chodził swobodnie i dobrze się bawił.

– Nie będzie mu wolno zbliżać się do ciebie. Ani wysyłać ci esemesów, rozmawiać z tobą albo cokolwiek takiego. Raczej dostanie też zakaz wychodzenia z domu po zmroku.

Skinęła głową, ale bez przekonania.

– U nas w szkole jest taka dziewczyna – powiedziała. – W poprzednim semestrze miała siedmiu chłopaków i wszyscy nazywali ją dziwką.

Znowu to samo.

– Ty nie jesteś dziwką, Karyn.

– A w mojej grupie przygotowawczej jest chłopak, który miał dziesięć dziewczyn. Wiesz, jak go nazwali?

Mikey pokręcił głową.

– Player.

– Niesłusznie.

– To jak nazwać kogoś takiego?

– Nie wiem.

Westchnęła, odchyliła się do tyłu i wbiła spojrzenie w sufit.

– Oglądałam taki program w telewizji – powiedziała. – To, co mi się przydarzyło, zdarza się wielu dziewczynom. Bardzo wielu.

Mikey spojrzał na swoje paznokcie. Jakieś nierówne. Obgryzał je? Od kiedy?

– Większość z nich nie zgłasza tego, bo rzadko który chłopak zostaje ukarany w takiej sytuacji. Może sześciu na stu. Niewielu, co?

Mikey pokręcił głową i przygryzł wargę.

– Jak otworzyłam teraz drzwi, na dole były jakieś dzieciaki i wszystkie zaczęły na mnie patrzeć. Jeśli wrócę do szkoły, to wszyscy będą się na mnie gapić. – Spuściła wzrok, on zaś poczuł jej lęk. – Będą na mnie patrzeć, jakbym na to zasłużyła. Tom Parker zaprosił mnie do swojego domu, a ja tam poszłam, jak więc cokolwiek może być jego winą? – Odgarnęła włosy z twarzy. – To nie ma najmniejszego sensu.

Chciał, żeby przestała mówić. Poczuł wzbierający w nim strach, że jeśli teraz nie przestanie mówić, to już nigdy nie zamilknie. Może nawet zacznie opowiadać o tamtej nocy. Nie zniósłby tego jeszcze raz.

– Dorwę go dla ciebie – powiedział. Oznajmił to głośno, pewny siebie.

– Zrobisz to?

– Tak.

Dziwne, jak słowa nabierają znaczenia, kiedy padają z czyichś ust. W głowie są bezpieczne, uśpione, lecz kiedy wydobywają się na zewnątrz, ludzie się ich chwytają.

Wyprostowała się.

– I co zrobisz?

– Pojadę tam i rozwalę mu łeb.

Karyn przyłożyła dłoń do czoła, jakby poczuła ból na samą myśl.

– Nie ujdzie ci to na sucho.

Mikey dostrzegł błysk w jej oczach i wiedział już, że ona tego właśnie chce. Jeszcze tego nie zrobił, a powinien był. Gdyby dopadł drania, może przestałaby tak cierpieć... Na osiedlu mieszkał pewien facet, z którym nikt nie zadzierał. Potrafił odzyskać motorower syna, który mu zwędzili. Znał ludzi, którzy znali odpowiednich ludzi. Kogoś takiego wszyscy podziwiali. Gdyby ktoś chciał mu zaszkodzić, mógłby się nieźle naciąć. Mikey nigdy wcześniej nikogo nie sprał, ale myśl o tamtym facecie dodawała mu sił. Wstał, przekonany co do swojego planu. Tym razem zamierzał pójść sam. Włoży rękawiczki i bluzę z kapturem. Jeśli nie zostawi odcisków palców, to go nie złapią.

Poszedł do kuchni i wyciągnął spod zlewu skrzynkę z narzędziami. Poczuł się lepiej, gdy wziął do ręki klucz do śrub – sam ciężar i solidność narzędzia miały coś w sobie. Odczucia chłopaka spłynęły w klucz. Poczuł wręcz dreszcz zadowolenia, gdy narzucił kurtkę, włożył narzędzie do kieszeni i zasunął zamek.

Karyn spojrzała na niego roziskrzonym wzrokiem.

– Ty na poważnie chcesz go dopaść?

– Aha.

– I na poważnie chcesz mu dowalić?

– Mówiłem przecież, nie?

W tym momencie weszła chwiejnym krokiem mama, z papierosem w dłoni, osłaniając oczy, jakby porażona jasnością.

Obok niej stała Holly i podskakiwała w miejscu.

– Patrzcie! – zawołała. – Mama się obudziła. I nawet zeszła na dół.

– Melduję się do działania – powiedziała mama.

Sprawiała wrażenie kogoś, kto wyłonił się z wody po zanurkowaniu. Musiała sobie przypomnieć, kim jest, że naprawdę tam mieszka, że tego dnia jest rozprawa w sądzie o zwolnienie za poręczeniem i że ich rodzina naprawdę musi się pozbierać.

Holly zrobiła mamie miejsce na kanapie, po czym usiadła jej na kolanach i potarła nosem o jej nos.

– Muszę iść do szkoły? Nie mogę zostać z tobą?

– Oczywiście, że możesz.

– Nie! – rzekł Mikey. – Przyjdzie policjantka Karyn, pamiętacie?

Mama zmarszczyła brwi.

– Tak? A po co?

– Bo taką ma pracę.

– Nie chcę, żeby tu wciąż przychodziła – powiedziała Karyn. – Zadaje mi głupie pytania.

– Tak czy inaczej przyjdzie – rzucił Mikey – dlatego Holly nie może zostać w domu, prawda? Chcecie, żeby się zorientowała, że Holly nie jest w szkole?

Światło spłynęło na oblicze matki. Rozejrzała się po salonie i po kuchni. I tu, i tam panował totalny bałagan – stół pokryty odpadkami, zlew pełen brudnych rondli i talerzy.

– Masz jakąś godzinę – zwrócił się do niej Mikey.

Posłała mu groźne spojrzenie.

– Myślisz, że nie wiem?

Holly znowu włączyła telewizor na pełny regulator i spłynęła na nich kaskada muzyki.

– Wyłącz to – warknął Mikey. Coś takiego mogło skłonić mamę do powrotu do łóżka.

Holly go zignorowała, więc wyciągnął wtyczkę telewizora z gniazdka.

Mama uporczywie przecierała twarz dłońmi.

– Mikey, zaparz mi kawę.

„Sama sobie zaparz” – pomyślał. Mimo to wstawił wodę w czajniku i opłukał kubek.

– Dopalę i wezmę się do zmywania – oznajmiła mama. Zaciągnęła się papierosem i spojrzała na niego, tak jak czasem to robiła: jakby potrafiła przewiercić go spojrzeniem. – Wyglądasz na zmęczonego.

– Bo cały czas się tobą opiekuję.

– Gdzie byłeś wczoraj wieczorem?

– Tu i tam.

– Wychodziłeś z tą swoją nową dziewczyną? Sarah, tak?

– Sienna.

– To była poprzednia.

– Nie, tamta miała na imię Shannon.

Holly zaśmiała się głośno i przeciągle.

– Ale z ciebie ZŁY CHŁOPIEC, Mikey!

Poczuł ciężar klucza w kieszeni. Podał mamie kawę.

– Wychodzę.

– Dokąd?

– Mam sprawę do załatwienia.

Zmarszczyła czoło.

– Nie szukaj kłopotów.

W pewnych chwilach potrafiła okazać bystrość umysłu. Wydawało się, że jest na gigantycznym kacu i w niczym się nie połapie, ale tak nie było.

– Mówię poważnie – powiedziała. – Nie wciskaj nosa, gdzie nie trzeba. Nie chcemy większego zamieszania.

– Dobra, lecę – odpowiedział tylko.

– A co z Holly? Przecież nie pójdzie sama do szkoły.

– Ty ją zaprowadzisz. W końcu od tego są rodzice, prawda?

Pokręciła głową.

– Mikey, wiesz, co z tobą nie tak?

– Nie, mamo, ale na pewno zaraz mi to powiesz.

Sięgnęła po papierosa, strząsnęła popiół i zaciągnęła się ostatni raz, po czym wydmuchała dym prosto na niego.

– Nie jesteś aż taki twardziel, za jakiego się uważasz.

Rozdział drugi

Zbiegł po schodach po dwa stopnie. Minął graffiti na ścianach – „AIMEE TO ŹDZIRA”, „LAUREN ROBI LODA ZA FRIKO”, „DZWOŃ DO TOBY’EGO, JEŚLI CHCESZ GORĄCEGO SEKSU” – i wyszedł na ulicę. Skręcił na lewo, klucząc między opakowaniami po jedzeniu na wynos i puszkami po piwie rozrzuconymi wokół wiaty autobusowej, wyminął dwóch starszych gości, którzy zatarasowali cały chodnik sklepowymi wózkami, i puścił się biegiem. Oddalał się od swojego osiedla, przed sklepem Ajaya minął grupę dzieciaków z chipsami i colą kupionymi na śniadanie, rzeźnika i sklep z kartkami okolicznościowymi. Zmierzał ku głównej ulicy.

Niebo wisiało nisko, szare. Powietrze przesycały zapachy ryby i diesla. Przebiegł przez targowisko. Otwierano stragany, na których mieszały się krzykliwe kolory owoców i warzyw. Na ławkach siedziała młodzież, jak zawsze. Minął dziewczynę z wózkiem, kobietę przeliczającą drobne przed Lidlem, staruszka z laską oraz staruszką uczepioną jego ramienia, drobniutkich i przygarbionych.

Miał zamiar biec całą drogę. Miał zamiar sprawić łomot Tomowi Parkerowi. Tom Parker miał nie dożyć starości.

Na światłach jakiś facet wychylił się z okna samochodu i gwizdnął na dziewczynę.

– Uśmiechnij się do mnie, kochanie.

Pokazała mu palec, a potem zobaczyła Mikiego i pomachała do niego.

– Hej, Sienna. Teraz nie mam czasu.

Przysunęła się i cmoknęła go w policzek.

– Cały jesteś spocony.

– Bo biegłem.

– Uciekałeś przede mną?

Wzruszył ramionami, jakby to było zbyt skomplikowane, by tłumaczyć.

– Muszę lecieć.

Skrzyżowała ramiona na piersi i zmarszczyła brwi.

– A zobaczymy się później?

Miał wrażenie, że świat stał się większy albo głośniejszy, czy jakoś tak, i napierał na niego nachalnie. Spojrzał dziewczynie prosto w oczy i spróbował poczuć to, co czuł przed minutą, gdy zobaczył, jak macha do niego. To nieokreślone ciepło.

– Wpadnij do mnie do pracy – powiedział. – Nie będziesz przeszkadzać.

– Przeszkadzać? No, wielkie dzięki! – Założyła ramiona na piersi i odeszła, nawet się nie obejrzawszy.

Nie był dla niej dobry. Właściwie to nie miał pewności, czy kiedykolwiek będzie dobry dla kogokolwiek. Przeważnie nic go to nie obchodziło. Dziewczyny zadawały zbyt wiele pytań i zawsze oczekiwały, że chłopak wie, co czują, a on ciągle wszystko źle odbierał. Teraz stracił minuty, stracił siłę rozpędu.

Znowu ruszył biegiem. Oddalał się od głównej ulicy, podążając łukiem Lower Road. Grupy młodzieży zmierzały wolno w tym samym kierunku – jak na jakieś zebranie, jakby szykowały się do czegoś. Karyn powinna być wśród nich. Zbiegł na jezdnię, by zejść im z drogi, minął parking dla nauczycieli, bramę. Zwolnił, gdy zobaczył na moście znajome Karyn; cała czwórka stała blisko siebie wpatrzona w wodę. Jedna z nich go dostrzegła i trąciła łokciem koleżanki, tak że wszystkie obróciły się w jego stronę.

Wiedział, że powinien się zatrzymać. Podejść do nich i powiedzieć, jak się ma Karyn, przekazać jej podziękowania za wiadomości i drobne prezenty, które przysyłają. Ale wiedział też, co by się wtedy stało – zaczęłyby zadawać pytania. „Kiedy się z nami spotka?” albo „Dlaczego nie odpowiada na esemesy?” lub „Kiedy będzie rozprawa?” czy „Myślisz, że w ogóle wróci do szkoły?”. On zaś musiałby im odpowiedzieć, że nie ma pojęcia, że nic się nie zmieniło od poprzedniego razu, kiedy go wypytywały.

Tak więc złożył usta w uśmiech i pomachał do nich.

– Muszę lecieć.

Pobiegł dalej, uskakując przed samochodami, przez skrzyżowanie, obok stacji, w górę Norwich Road. Stawiał krok za krokiem niczym wojownik. Myślał o Karyn. Był jej jedynym bratem i musiał się nią zaopiekować. Nigdy wcześniej nie czuł tej strasznej odpowiedzialności. Nagle wydał się sobie dorosły, zdeterminowany; poczuł się mężczyzną. Mógł to zrobić, naprawdę mógł. To będzie łatwe. Przez materiał kurtki dotknął klucza. Wciąż tkwił w kieszeni. W odpowiednim miejscu, tam gdzie powinien się znaleźć.

Poczuł pieczenie w nogach. Smak soli na języku, jakby morskie powietrze wypełniło tę część miasta. Tu wszystko wydawało się bardziej świeże, bardziej dzikie. Dookoła było więcej przestrzeni. Dotarł do Wratton Drive, Acacia Walk, Wilbur Place. Nawet nazwy mieli tu inne, a drzewa wyższe.

Zwolnił do truchtu. Zobaczył aleję niczym z magazynu „Dom i Ogród”. Stanął przed bramą. Za nią znajdował się dom otoczony trawnikiem, pełen okien, świateł, zasłon – ogromny. Na podjeździe stał błyszczący jag XJ. Mikey przeskoczył przez bramę i ruszył prosto przed siebie żwirowym podjazdem. Nic już nie będzie takie samo, gdy zapuka do drzwi. Wiedział o tym, jakby zostało to gdzieś zapisane i potwierdzone pieczęcią. Miał zamiar rozwalić głowę Tomowi Parkerowi i patrzeć, jak jego mózg wypływa na próg domu.

Kołatka była mosiężna, w kształcie lwa z gęstą grzywą i złocistymi oczami. Uderzył nią mocno, trzykrotnie. Chciał, żeby wiedzieli, że przyszedł tu w konkretnej sprawie.

Nic. Nikt nie przyszedł.

Panowała wręcz taka cisza, jakby wszystko umilkło i nasłuchiwało, jakby wszystko w tym eleganckim domu wstrzymało oddech. Dotknął ściany, by dodać sobie odwagi, i zakołatał ponownie.

Drzwi otworzyła dziewczyna. Ubrana w spódniczkę i podkoszulek. Odkryte nogi, odkryte ramiona.

– Tak? – zapytała.

Nie spodziewał się jej. Była w tym samym wieku co Karyn. Z trudem na nią patrzył.

– Dostawca cateringu? – zapytała.

– Co?

– Jesteś od cateringu?

Może pomylił domy? Próbował sprawdzić numer na drzwiach, ale nie było żadnego. Spojrzał w głąb holu, jakby tam miał znaleźć jakąś wskazówkę. Był ogromny, drewniana podłoga, eleganckie chodniki. Stół, ławka, stojak na parasole, miejsce na buty.

– Poprosić mamę? – zapytała dziewczyna.

Jeszcze raz spojrzał na nią – minispódniczka, którą miała na sobie, błękit i purpura jej podkoszulka, włosy zebrane w rozkołysany kucyk.

– Jesteś siostrą Toma Parkera? – zapytał.

– Tak.

– A on jest w domu?

Zmrużyła oczy.

– Nie.

Gdzieś w głębi willi krótko zaszczekał pies.

Cisza.

– To gdzie?

Dziewczyna wyszła na zewnątrz, zamknęła drzwi za sobą i oparła się o nie.

– Jesteś jego przyjacielem?

– Tak.

– No to wiesz, gdzie jest.

Dotknął palcami klucza w kieszeni.

– Wiem, że dzisiaj jest rozprawa o zwolnienie. Nie wiedziałem tylko, kiedy wróci do domu.

– Tego nie wiemy.

Mijały kolejne sekundy, może minuty. Dopiero teraz zauważył słabo zabliźnioną szramę na jej twarzy, biegnącą od kącika jej ust w dół podbródka. Dziewczyna zorientowała się, że się jej przygląda, i spojrzała mu prosto w oczy. Znał się trochę na dziewczynach i zrobiło mu się przykro z powodu tej blizny.

Uśmiechnął się.

– To jak masz na imię?

Oblała się rumieńcem, ale wytrzymała jego spojrzenie.

– Tata poinformował przyjaciół Toma o tym, co się dzieje, na Facebooku.

Mikey wzruszył ramionami.

– Wieki już nie zaglądałem do komputera.

– Znacie się z college’u?

– Tak.

– Nie widziałam cię wcześniej.

Pomyślał o college’u w mieście, gdzie chodził wypytać o kursy cateringowe, i wytrzymał jej spojrzenie.

– Dużo się uczę i nie mam czasu na życie towarzyskie. Nie chcę zawalić roku.

Najwyraźniej kupiła to, bo wyraz jej twarzy złagodniał.

– Mnie to mówisz? Moje egzaminy zaczynają się w maju, a jeszcze prawie nic nie zrobiłam.

Miała wciąż mnóstwo czasu, czym się więc przejmowała? Ale nagle coś się w niej zmieniło. Nachyliła się ku niemu, jakby uznała, że może mu zaufać.

– Posłuchaj – powiedziała – robimy dzisiaj imprezę.

Imprezę? Bo jej braciszek wychodzi za poręczeniem?

– Przyjdź, jeśli chcesz. Tomowi przyda się dzisiaj liczne towarzystwo.

Zanim zdążył odpowiedzieć, co o tym myśli, zza rogu domu wyłoniła się kobieta, która energicznie do nich pomachała.

– No nareszcie! – zawołała. – Już zaczynałam się martwić.

Dziewczyna posłała mu przepraszające spojrzenie.

– Myśli, że jesteś od cateringu.

Kobieta podeszła bliżej, wymachując podkładką do pisania, ze wzrokiem skierowanym na Mikiego.

– Jesteś z ekipy Cudowne Żarcie, tak?

Dziewczyna westchnęła.

– Nie, mamo.

– Och, to kim jesteś? Z obsługi technicznej?

Powinien jej odpowiedzieć. Powinien zaprzeczyć, ale pomyślał, że od razu się pokapuje, że nie da się nabrać tak jak jej córka. I przywoła psa, ochronę, policję.

– To jeden z przyjaciół Toma, mamo.

– Och, rozumiem. No cóż, Tom przyjedzie później.

– Tak mu powiedziałam.

Kobieta odwróciła się do niej.

– W porządku, kochanie. To może zajmij się znowu nauką, co?

Dziewczyna posłała Mikiemu szybki uśmiech i weszła do domu, zamykając za sobą drzwi. Został sam z matką.

– Mam nadzieję, że się nie gniewasz – powiedziała. – Mamy mnóstwo roboty.

Nienawidził jej. Za to, że w ogóle go nie znała, że tak łatwo go spławiła.

– Przyjdź na przyjęcie. Wszyscy przyjaciele Toma są mile widziani. – Po tych słowach odeszła energicznym krokiem, z podkładką przyciśniętą do piersi; jej chudy tyłek ledwo się poruszał. I prawie się nie kołysał.

Mikey stał tam jakąś minutę, zastanawiając się, czy to wszystko to jakiś żart.

Spojrzał na podjazd, na drzewa posadzone wzdłuż ogrodzenia, na otwieraną elektrycznie bramę – nic tu nie przypominało jego osiedla, pełnego hałasu i ludzi mieszkających tak blisko siebie. Gdzie były samochody, krzyki, trzaskanie drzwiami, odgłosy życia?

Klucz w kieszeni kurtki uwierał go w żebra. Uśmiechnął się, przechodząc dwukrotnie obok jaga. Karyn mówiła, że samochód tego sukinsyna jest odlotowy. I oto stał tutaj – żółciutki jak kanarek i tak wypucowany, że w jego oknach odbijało się niebo.

To było łatwe, jak nakreślenie linii na kartce papieru. Poczuł ogromną satysfakcję, gdy uzmysłowił sobie, ile będzie kosztowała naprawa. Pozwolił kluczowi popłynąć zygzakiem po drzwiach samochodu, wyżłobić wgniecioną ścieżkę na kołpaku koła i dalej na masce – tak się nacina wkoło wieko puszki i odrywa, by ją otworzyć. Brakowało tylko krwi.

Po to przyjdzie później.

Rozdział trzeci

Można tak obrać pomarańczę, że nic nie zostaje z jej gorzkawej białej substancji. Mikey nie wiedział o tym wcześniej. Dex go tego nauczył. Teraz jak zahipnotyzowany patrzył, czy zdoła obrać cały owoc, tak by na podłogę spadła jasna skóra w jednym długim pasku. Lubił czuć tę lepkość na palcach. Lubił myśleć o tym, że gdy obierze wszystkie pomarańcze, Dex nauczy go przyrządzać polewę z brandy.

W pubie panował spokój. Jak zwykle. Jacko wsypał groszek i kukurydzę do rondli z gorącą wodą. Dex skrobał ziemniaki przy tylnych drzwiach, z gołymi stopami wystawionymi na deszcz. Mikey przygotował wcześniej barek z sałatkami, koktajl z krewetek, jaja mimoza, surówkę coleslaw. Byli dobrze zorganizowani, wszyscy trzej. Wszystko grało. Łatwo było zapomnieć o świecie tam na zewnątrz.

– Coście dzisiaj tacy małomówni, chłopaki? – rzekł Dex. – Znowu kłopoty z dziewczynami?

Mikey pokręcił głową.

– Nie takie, jakie masz na myśli.

– A u mnie tak – rzucił Jacko. – Nie mogę znaleźć żadnej.

– Sienna ma siostrę – powiedział Mikey.

– I jaka ona jest?

– Nie wiem.

– A jak długo chodzisz ze Sienną?

– Już dwa tygodnie.

Jacko się zaśmiał.

– No to poznaj mnie szybko z jej siostrą, bo jak na ciebie to rekord świata.

Dex machnął obieraczką w jego stronę.

– Gdybym miał córki, tobym się was bardzo obawiał.

– Mikiego powinieneś się bać – rzekł Jacko. – Potrafi wyrwać każdą dziewczynę, którą tylko zechce, przysięgam. Hej, Mikey, opowiedz Deksowi o swoim pierwszym razie.

– Ze Sienną?

– Nie, o swoim PIERWSZYM pierwszym razie.

Mikey wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– O tym mu nie opowiem.

– Zrobiła mu loda – rzekł Jacko. – Poznał ją w barze, nawet nie wiedział, jak ma na imię, a ona zrobiła mu loda.

Dex cmoknął z dezaprobatą.

– To są bardzo prywatne sprawy. Nie powinniście opowiadać o takich rzeczach.

– Dasz wiarę? – powiedział Jacko. – Że jakakolwiek dziewczyna zrobiłaby coś takiego?

– Nie wierzę w połowę rzeczy, o których gadacie – rzekł Dex.

Mikey zastanawiał się, co powiedziałby Dex o Siennie płaczącej w poduszkę poprzedniego wieczoru. Że nie chciał jej pocałować, nie chciał jej rozebrać, niemal rozmyślił się całkiem i wyszedł chyłkiem do domu w środku nocy.

Przez chwilę wpatrywał się w Deksa, usiłując go rozgryźć. Ogolona głowa i wściekły francuski akcent, do tego wyglądał tak, jakby miał zaraz komuś przyłożyć, gdyby ten krzywo na niego spojrzał, ale Mikey nigdy nie słyszał, żeby Dex podniósł głos w rozmowie, żeby się zirytował. Na jego dłoniach widniały tatuaże, które sam sobie wydziergał szpilką i atramentem – „KOCHAM SUE” na kłykciach. Robił też dla niej różne rzeczy – gotował fantastyczne żarcie po godzinach pracy, kupował prezenty, i to nie na urodziny. A raz nawet napisał dla niej piosenkę. Jacko twierdził, że Dex pozwala sobą pomiatać. Ale może to była miłość?

Otworzyły się drzwi i weszła Sue. Skrzyżowała ramiona na piersi i zmierzyła wzrokiem wszystkich trzech.

– Potrzebuję sprzątacza. Ktoś wczoraj zarzygał kible.

– Masz tu przed sobą samych szefów kuchni, mon amour – odpowiedział jej Dex, nie podnosząc wzroku znad ziemniaków.

Sue prychnęła, zrobiła krok do przodu i trąciła Mikiego w ramię.

– Ty się nadasz.

Mikey pokręcił głową.

– Mam robić tartę.

– To jest pub, a nie jakaś cholerna restauracja Gordona Ramseya. Pracujesz tu, żeby zmywać gary i czyścić toalety, jeśli tego akurat chcę. Ruszaj się, otwieramy za dwadzieścia minut.

Wziął od niej plastikowy fartuch i włożył go na dżinsy. I poszedł za nią do składziku. Podała mu mopa, kubeł, butelkę z wybielaczem i poprowadziła go do toalet.

– Tylko pamiętaj, żeby potem umyć ręce.

Kiedy wlał do sedesów gorącą wodę i wybielacz, poczuł narastający w nim ciężar. Było w porządku, kiedy pracował w kuchni albo bujał się z Jacko. Nawet kiedy był z dziewczyną, nie czuł tego tak bardzo. Ale w tych ostatnich dwóch tygodniach zawsze gdy siedział w domu albo był sam, ten ciężar powracał. Zmywając ściany mopem, zastanawiał się, gdzie będzie za rok, dwa, za pięć lat. Odliczał całe wieki. Za pięć lat Karyn skończy dwadzieścia. Holly czternaście. Mama będzie miała czterdzieści dwa lata. On dwadzieścia trzy. Poirytowany otrząsnął się ze wszystkich tych wyliczeń. Dzieciaki robiły takie wyliczanki. Jak się zapędzisz w liczby, to skończysz martwy.

Starał się nie oddychać w smrodzie, kiedy płukał mopa. Próbował wyobrazić sobie ten jeden dzień, w którym będzie wart coś więcej niż sprzątacz. Zamieszka w Londynie, może na Tottenhamie, gdzie wychowywała się jego mama. Zostanie szefem kuchni i będzie zarabiał kupę forsy. Kupi sobie abonament na cały sezon Spursów i będzie zabierał Holly na wszystkie mecze domowe. Starał się w to uwierzyć, gdy chował sprzęt do składziku i mył ręce mydłem z dozownika.

Zachciało mu się palić. Sue chyba nie będzie miała pretensji? Kible lśniły czystością. Na zewnątrz padało mocno, istna ulewa. I to mu odpowiadało. Pasowało do jego nastroju. Patrzył na samochody ustawione pod murem portu, zaparowane szyby i pasażerów czekających w nich, aż pub otworzy swoje podwoje i zaserwuje im lunch.

Uchyliły się drzwi i Jacko stanął obok niego, po czym zapalił papierosa. Obserwowali przechodzącą dziewczynę – szła z rękoma w kieszeniach, skulona przed deszczem. Jacko wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby.

– Strasznie mi się podoba to, że każda jest inna.

Zawsze zasuwał takie wariackie kawałki. Co dawało Mikiemu pocieszenie.

Przy najlepszym przyjacielu można było powiedzieć, co człowiekowi leży na sercu.

– Dzisiaj rozprawa – rzekł Mikey.

Jacko skinął głową.

– Wczoraj wieczorem spotkałem w pubie twoją mamę. Stwierdziła, że tym razem on dostanie za swoje.

– Gliny zawarły jakąś umowę z jego prawnikiem. I tylko patrzeć, jak będzie sobie chodził swobodnie, jakby nie zrobił niczego złego.

– I co z tym zrobisz?

– Nie wiem. Ale coś będę musiał wymyślić. Karyn mówi, że już za nic nie wyjdzie z mieszkania.

Jacko wpił w Mikiego uporczywe spojrzenie.

– Poważnie?

– Mówiłem jej, że nie będzie mu wolno się do niej zbliżać, ale nic to nie dało.

– Sukinsyn!

Mikey przytaknął, bo wiedział, że kolega zrozumie.

– Znowu zaszedłem do jego domu. Chciałem go dopaść, ale go nie było.

– Sam tam polazłeś?

– Wściekłem się i musiałem coś zrobić. – Mikey wrzucił niedopałek do kałuży i przez chwilę słuchał syczenia. – Ty i tak byłeś w pracy.

– Rzuciłbym wszystko. – Jacko klepnął Mikiego w plecy otwartą dłonią. – Powinieneś o tym wiedzieć.

Mikey opowiedział mu całą historię – o kluczu, o wizycie w tamtym domu, o imprezie na cześć zwolnienia Parkera. Poczuł się dobrze, stojąc tam i opowiadając o wszystkim. Rozgrzało go to.

– Sprowadzili firmę cateringową i co tylko chcesz. Spotkałem jego mamę i siostrę, a one myślały, że jestem jego kumplem, i nawet zaprosiły mnie na tę pieprzoną imprezę.

Jacko zagwizdał.

– Stary, ale odjazd!

– Wyobraź sobie, że powiedziałbym o tym Karyn. Wyobraź sobie, jak by się poczuła.

– To nic jej nie mów. To jest zbyt paskudne. – Jacko wrzucił do kałuży swojego papierosowego skręta. Teraz, niczym dwie łódki, pływały w niej dwa pety.

Zamilkli, w ciszy zaczął się formować pewien plan. Szalony, dlatego Mikey próbował wyrzucić go z głowy, lecz on nabierał coraz wyraźniejszych kształtów. Pomyślał o domu, o tym, że powinien pograć z Holly w piłkę na podwórku, by jej zrekompensować to, że nie poszła do szkoły, że powinien zrobić zakupy, na wypadek gdyby zapomniała o nich mama. Jednak plan nie dawał mu spokoju. Jego rodzina będzie musiała sobie poradzić, przecież nie może się o nich troszczyć przez cały czas.

– Robisz coś wieczorem?

Na usta Jacko wpełzł powolny uśmiech.

– A co, wkręcimy się na imprezę?

– Obiecałem Karyn, że go dopadnę. Dlaczego nie dobrać się do niego w wieczór, kiedy najmniej się tego spodziewa?

– Chcesz, żebym wezwał wsparcie?

Jacko miał na myśli Woddy’ego, Seana i Marka – kumpli ze szkoły. Chłopaków, u których boku przez lata walczyli w bójkach na placu zabaw i potem zdobywali nowe terytoria jako nastoletni pogromcy. Wciąż umawiali się na bilard i piwo, ale każdy poszedł w swoją stronę. Woody był już żonaty i nawet niebawem miało mu się urodzić dziecko. Sean i Mark praktykowali u murarza. W wieczór, kiedy Karyn wróciła z posterunku policji, stawili się wszyscy na wezwanie Jacko. I każdy z nich pamiętał gniew, jaki poczuli tamtego dnia, ale nie było fair znowu ich wzywać. Karyn była JEGO siostrą, to była JEGO walka.

– Zwrócimy na siebie uwagę, jak pójdziemy tam całą bandą.

Jacko potaknął w zamyśleniu. Mikey widział, jak w jego głowie uruchamia się procesor analizujący podstawy planu. W szkolnych bójkach Jacko był królem strategii. Długie godziny spędzone przy Xboksie okazywały się przydatne w świecie rzeczywistym.

Z baru wyszła Sue i znacząco pokazała na zegarek.

– Tam przyjdzie kupa ludzi – powiedział Jacko, kiedy wchodzili za nią do baru. – Ale będzie nas osłaniała ciemność.

Przytrzymał uchylone drzwi do kuchni. Dex, jak zawsze, słuchał stacji country, gdzie niezmiennie grano piosenki o rozwodzie, złamanym sercu i kaznodziejach. Pomachał do nich nożem do obierania.

– Moje chłopaki! – powiedział.

Jacko nachylił się do Mikiego.

– Chcesz, żebym cię tam zawiózł?

– A ty chcesz?

– Jasne! Jestem tu dla ciebie, stary. Zrobię wszystko, czego potrzebujesz.

Mikey się uśmiechnął. Od wielu dni pierwszy raz wszystko poszło jak trzeba.

Rozdział czwarty

Ellie Parker usiadła na stopniach patio i pomachała ramionami ku słońcu, niczym owad czułkami. O dziwo, gdy to zrobiła, w całym ogrodzie zapadła cisza. Wstrzymała oddech, nie chcąc jej zakłócić, było tak pięknie. Przez moment wydało jej się, że ma władzę nad całym wszechświatem. Lecz zaraz przeszła kobieta z ekipy cateringowej, pobrzękując stosem pudełek, a później nadeszła matka z podkładką do pisania.

– Dobrze, że przestało padać – powiedziała.

Ellie zerwała liść z krzewu wawrzynu, po czym przełamała go na pół, powąchała i porwała na strzępy. Rozrzuciła ostre kawałki na schodach. Potem zaczęła zrywać kolejne, każdy, wcześniej zielony, marniał w jej rękach zsiniały.

Matka przysiadła obok niej na schodach i nachyliła się do niej.

– Przestań się zamartwiać, kochanie. Twój brat jest już bezpieczny w samochodzie, w drodze do domu.

– A jeśli policja zmieni zdanie?

– To była rozprawa w Sądzie Koronnym. Jej rozstrzygnięcie jest wiążące.

– A jeśli niespodziewanie otrzymają nowe informacje?

Mama pokręciła głową i uśmiechnęła się pewna siebie.

– Tata panuje nad wszystkim. Przejdziemy przez to, zobaczysz.

Ellie chciała jej wierzyć, lecz czasem, gdy przymykała oczy, widziała rzeczy, które zdawały się nie do zniesienia. Widziała Toma zabieranego na przesłuchanie, bladego i przestraszonego, kiedy go odprowadzali. Widziała zaparkowanego na podjeździe vana z logo ekipy dochodzeniowej i śledczych ubranych na czarno wychodzących z domu z laptopem Toma, jego pościelą i kołdrą umieszczonymi w plastikowych torbach. I tamtych chłopaków, którzy obserwowali wszystko z samochodu w alei, co oznaczało, że zaraz o wszystkim dowie się cała okolica. Widziała policjanta, który instalował kłódkę i taśmę na drzwiach pokoju Toma, i słyszała, jak mówi: „Proszę tu nic nie majstrować, teraz ten pokój to miejsce zbrodni”. Wtedy tata powiedział: „Ale chyba mamy jakieś prawa we własnym domu?”. Mama siedziała na schodach i płakała. Łzy spływały jej do ust.

Ellie starała się skupić na uspokojeniu nerwów i rozhuśtanego żołądka. Miała wrażenie, jakby coś w nim utkwiło i musiało się wydobyć. Rozejrzała się po ogrodzie, powiodła wzrokiem po pustych stołach, ustawionych jedne na drugich krzesłach, pudełkach z lampionami, które czekały na rozwieszenie, na drabinę opartą o ogrodzenie i nagle bardzo zapragnęła, żeby ten wieczór spędzili we czworo, w ich dawnych domu oddalonym o wiele mil, z jedzeniem kupionym na wynos i filmem na DVD.

Mama trąciła ją łokciem, jakby odczytała jej myśli.

– Będzie dobrze, Ellie, zobaczysz. Odzyskaliśmy naszego Toma. Postarajmy się i okażmy dziś radość.

Ellie skinęła głową, ale nie potrafiła spojrzeć jej prosto w oczy.

– Mamo, mogę ci coś powiedzieć?

Uśmiech zamarł na ustach mamy, a całe jej ciało zesztywniało.

– Wiesz, że możesz rozmawiać ze mną o wszystkim.

– Karyn McKenzie nie przystąpi do egzaminów. Właściwie to przestała chodzić do szkoły.

Przez dobrą minutę siedziały pogrążone w niezręcznej ciszy. Ellie przygryzała wargę. Powinna była siedzieć cicho, ale trudno jej było uporać się z tyloma rzeczami. Czasem te mniejsze się wymykały.

– Kiedyś miałam przyjaciółkę – odezwała się matka – którą zaatakowało dwóch mężczyzn. Wciągnęli ją do samochodu. Ona tego nie wymyśliła, to się stało naprawdę. Straszne i brutalne doświadczenie, lecz potraktowała to jako punkt zwrotny i zmieniła wszystko w swoim życiu.

– I co to ma znaczyć?

– A to – odrzekła jej matka, wstając i strzepując nieistniejące nitki ze swoich spodni – że każdy pracuje na własne szczęście. Idę pogadać z facetem od markizy. Zawołaj mnie, jak usłyszysz samochód. Chcę tam być, kiedy przyjedzie. A jeśli masz ochotę coś zrobić, to możesz porozwieszać trochę balonów.

Czasem Ellie wyobrażała sobie Karyn McKenzie jako monstrualną osobę – owiniętą peleryną, w kapturze i śmiejącą się maniakalnie, gdy wczepiona szponami w Toma ściągała go do cuchnącego siarką dołu. Ale wiedziała, że tak naprawdę Karyn jest wysoką i chudą dziewczyną o czarnych włosach i że mieszka na osiedlu po drugiej stronie miasta. Podkochiwała się w Tomie, najwyraźniej od dawna. Było jasne, że bardzo zależało jej, żeby zwrócił na nią uwagę tamtego sobotniego wieczoru: intensywnie czerwone paznokcie, szkarłatna szminka i płomiennie pomarańczowa minispódniczka opinająca ciasno jej uda. W szkole mówiono, że jest dobra z przedmiotów artystycznych i raczej kiepska we wszystkim innym. Wydawało się szaleństwem zrezygnowanie z egzaminów końcowych – nawet kilka zdanych mogło umożliwić pójście do college’u albo jakąś dalszą karierę. Jeśli ktoś rezygnował na jedenastym roku, to właściwie tracił wszystko na zawsze.

Pojawiła się dziewczyna z naręczem srebrnych tac do herbaty. Była w wieku Ellie, może trochę starsza, ubrana w czarną spódniczkę i białą koszulę. Zatrzymała się przed Ellie i powiedziała:

– Ty jesteś siostrą, tak? – Pochyliła się i kontynuowała konspiracyjnym tonem: – I jak to jest? Musisz czuć się dziwnie. – Była mocno umalowana.

– A ty chyba masz jeszcze sporo pracy, co? – odpowiedziała Ellie. Wstała i obeszła dom, kierując się ku podjazdowi.

Czasem było to doznanie fizyczne, jakby ściany powoli się do niej przysuwały. Czasem odczuwała to inaczej, jako dziwną panikę w mózgu, która niosła przekonanie, że jeśli choćby przez minutę będzie musiała przeżywać ten koszmar, to dojdzie w jej ciele do samozapalenia. Jedynym sposobem, jaki jej pomagał, było wyłączenie się i próba pomyślenia o czymś innym, ale to przychodziło jej z coraz większym trudem. O wiele prościej było odejść od tego wszystkiego. Nie uszła daleko, ponieważ nie była odpowiednio ubrana, dotarła jedynie żwirowym podjazdem do otwieranej elektrycznie furtki. Nacisnęła przycisk, odczekała, aż furtka odsunie się na bok, i wyszła na zewnątrz. Aleja była teraz błotnista i upstrzona brudnymi kałużami, a na skraju trawy drżały pierwsze nieliczne żonkile. Furtka zamknęła się za nią.

Każdego wieczoru Ellie obserwowała tę aleję z okna swojego pokoju, oczekując na powrót brata. „Zaufaj mi” – napisał do niej w liście. A ona pragnęła, by dało się usunąć te słowa z kartki i rozpiąć je na niebie. Wyraźne neonowe słowa umieszczone nisko nad miastem, płynące nad sklepami i domami, a potem wznoszące się coraz wyżej nad drogą prowadzącą na wybrzeże, by zawisnąć na stałe nad morzem. „Zaufaj mi”. Ludzie by je przeczytali i nabrali wiary. Sprawa zostałaby umorzona i wszyscy wróciliby do normalności.

Lecz trudno było uczepić się wiary. Po dwunastu dniach i nocach Ellie zaczęła się rozsypywać. Nie potrafiła usiedzieć w miejscu, przystanąć na dłużej ani skupić się na czymkolwiek. Dzień mijał szybko, minuta za minutą; nawet czas, który poświęcała na powtórki do egzaminów, gnał szaleńczo.

Niespodziewanie chmura zasłoniła słońce i nad aleją rozlała się ciemność, tworząc czarną kałużę cienia u stóp dziewczyny. Gdzieś w ogrodzie zaszczekał pies i niemal natychmiast chmura się przesunęła, a świat wypełnił się przenikliwą jasnością, tak że musiała osłonić dłonią oczy. Gdy już się oswoiła ze światłem, zobaczyła samochód taty wyjeżdżający zza zakrętu alei. I jak za dotknięciem magicznej różdżki ujrzała w oknie auta uśmiechniętą twarz Toma.

Ellie zawołała radośnie. Nie potrafiła się powstrzymać, po prostu okrzyk eksplodował z niej, gdy samochód się zbliżył.

– Jest tutaj! – krzyknęła.

Mama musiała być w pobliżu, bo wybiegła zza rogu domu, wymachując podkładką do pisania.

– Ellie, otwórz bramę, wpuść ich!

I oto przyjechał, niczym papież, wysiadł z auta i wszedł do ogrodu. Mama podbiegła do niego roześmiana, a on przyjął ją w rozłożone ramiona. Przez chwilę kołysali się, jakby tańczyli. Ellie patrzyła zaskoczona, jak czułe było ich objęcie.

Poczuła się dziwnie zawstydzona, gdy spojrzał na nią i się uśmiechnął znad ramienia mamy, jakby stała się dorosła w ostatnich dwóch tygodniach i to był jej dom, on zaś był gościem. Zmienił się – może schudł.

– A więc cię wypuścili? – powiedziała Ellie.

Roześmiał się, idąc ku niej spokojnym krokiem.

– Wiesz co, policja chciała mnie zatrzymać, ale powiedziałem im, że tęsknię za siostrą. – Objął ją ramieniem i przytulił na moment. – Wszystko w porządku u ciebie?

Uśmiechnęła się.

– Teraz już tak.

Skierowała spojrzenie na samochód. Mama wyciągała plecak z bagażnika, tata wyjmował walizkę. Tę samą, którą Tom zabrał na narty. Dziwne wydawało się to, że miał ją ze sobą, gdy wybierał się samolotem w Alpy, a potem gdy jechał do zakładu dla młodocianych przestępców w Norwich. Tata przyciągnął ją do nich.

– Popatrz tylko, Tom, co zrobiła twoja siostra.

Ellie poczuła się zażenowana, gdy tata wskazał na transparent rozwieszony na ogrodzeniu. Wykonanie go zajęło trzy popołudnia, lecz nagle wydał jej się dość obciachowy. Namalowała całą ich czwórkę pod tęczą z ogromnym sercem wokół nich. Na górze umieściła rodzinny herb z napisem „TOM PARKER JEST NIEWINNY”. Lecz teraz całość zaczęła odchodzić od ogrodzenia w miejscach, w których przymocowała transparent, i bardziej przypominała wytarte prześcieradło niż coś dla niej drogiego.

– Mnóstwo czasu na to poświęciła – powiedział tata i uśmiechnął się do Ellie. Po raz pierwszy od wielu dni spojrzał jej prosto w oczy.

Tom trącił ją łokciem.

– To miłe, Ellie, dzięki.

Podeszła mama z kurtką Toma w rękach, wygładzając ją.

– Za domem czeka też pewna niespodzianka – powiedziała.

– Co takiego? – Tom spojrzał na Ellie, ona zaś poczuła, że jej puls zabił szybciej. To nie był jej pomysł i wiedziała, że Tomowi może się nie spodobać.

– Ach, miejmy to już za sobą – powiedziała mama i poprowadziła chłopaka na tył domu.

Na trawniku wyrosła markiza. W środku grzejniki, stoły obstawione gęsto krzesłami. Na stole na kozłach umieszczono talerze, szkło i sztućce. Przynoszono jedzenie, kelnerki rozkładały obrusy i serwetki. Na kasztanowcu kołysały się chińskie latarnie, a na ogrodzeniu i słupkach podskakiwały targane wiatrem sznury balonów.

Ellie obserwowała, jak Tom ogarnia wszystko spojrzeniem.

– Będzie impreza – powiedziała.

Przeczesał dłonią włosy.

– Skumałem.

– Nie podoba ci się ten pomysł? – Odwróciła się do rodziców. – Mówiłam wam, że mu się to nie spodoba. Mówiłam.

Oblicze jej ojca spochmurniało, oblane cieniem irytacji.

– Eleanor, a może pozwolimy mu zdecydować, co mu się podoba, a co nie?

Mama położyła dłoń na ramieniu Toma.

– Wolałbyś bez tego całego zamieszania?

– Zadaliście sobie dużo trudu – rzekł Tom. – Co, gdyby mnie nie wypuścili?

Mama zaśmiała się krótko.

– Twój ojciec nie brał pod uwagę takiej ewentualności.

– Ani przez chwilę – powiedział tata pogodnie. – Nie miałem co do tego najmniejszej wątpliwości, dlatego zamówiłem catering dużo wcześniej. – Poklepał Toma po plecach. – I co ty na to? Podoba ci się?

– W porządku. – Tom ponownie się rozejrzał. – Nigdy nie wiadomo, może nawet będzie zabawnie.

– Dobra robota. – Tata posłał mu szeroki uśmiech. – Zaprosiliśmy wszystkich, którzy się liczą. Musimy pokazać światu, że nie masz nic do ukrycia. – Wskazał walizki. – Zaniosę je na górę i muszę wykonać kilka telefonów. A ty się odpręż, Tom. Jesteś w domu, bezpieczny.

Mama przyłożyła dłoń do policzka Toma.

– Zaniosę twoją kurtkę i sprawdzę, jak tam z cateringiem.

Z zaskoczeniem złapała się na tym, że wciąż się przed sobą tłumaczyli – od momentu aresztowania Toma. „Muszę wpaść do biura”. „Pójdę na górę i może w końcu trochę się prześpię”. „Rozmawiamy z prawnikiem i trochę to potrwa”. Jakby myśleli, że znikną, jeśli nie powiedzą, gdzie są.

– A wy co będziecie robić? – zapytała mama.

Tom się uśmiechnął.

– Coś tam sobie wymyślimy.

Rozdział piąty

Wolny pokój miał różowy wystrój z tłoczoną tapetą. Ellie i jej mama nie mogły na to nic poradzić, ale kupiły Tomowi nowy materac i zmieniły zasłony. Kazały zainstalować na ścianie przenośny telewizor i ustawiły na półce książki oraz płyty DVD.

Tom stanął na progu i pokręcił głową.

– Czuję się jak gość.

W pokoju było dość ciemno, więc Ellie zapaliła światło.

– Tata ci nie powiedział?

– Może i mówił. – Tom podszedł do łóżka, usiadł na nim i wygładził dłonią kołdrę. – Nie słucham połowy tego, co opowiada.

– Rozmawiał z policją, żeby zdjęli kłódkę z twojej sypialni, ale wszystko trwa tak długo... Masz tu wszystko nowe, kołdra i co tylko chcesz. Byłyśmy z mamą na zakupach.

– Kiedy jestem w tym pokoju, zawsze myślę o babci – powiedział. – O tych jej różnych tabletkach i o tym, jaka była zwariowana. – Rozejrzał się i zmarszczył nos. – Wciąż tu nią pachnie.

– Wyniosłyśmy komodę na strych, więc zapach powinien zniknąć. Otwórz okno.

– A ona wie o wszystkim? – Spojrzał na Ellie. – Czy też jest to zbyt wstydliwa sprawa?

– Ona ledwo pamięta, jak się nazywa. Myślę, że czekają na ostateczny rezultat sprawy i dopiero wtedy jej powiedzą.

– Rezultat? Chryste, gadasz jak tata.

Wyjął z kieszeni papierosy, podszedł do okna i je otworzył.

Ellie patrzyła, jak zapala papierosa i zaciąga się mocno. Jakby ktoś drapał paznokciem po szkolnej tablicy albo widelcem po talerzu. Taki wyraz desperacji. Miała ochotę zakryć uszy, odwrócić się. Ale ostatecznie usiadła i patrzyła, jak jeszcze trzykrotnie zaciąga się i wypuszcza dym z ust. Wreszcie odwrócił się do niej.

– Przepraszam, Ellie. Nie powinienem wyładowywać się na tobie.

– Nie ma sprawy.

– Tata mnie wkurza. Zwolnił prawnika, który nawalił w pierwszej rozprawie o zwolnienie, i zatrudnił jakiegoś z górnej półki. Ale i tak mu nie ufa i rozmawia z nim, jakby tamten był dzieciakiem, który dopiero co skończył prawo.

– Chce dla ciebie jak najlepiej.

Tom uśmiechnął się ponuro.

– Ale to jest żenujące.

– Niedługo będzie po wszystkim.

– Tak myślisz? Według tego gościa z górnej półki to dopiero początek. – Ostatni raz wydmuchał na zewnątrz dym i wyrzucił peta. – Chcesz zrobić coś ekstra?

– Okej.

– Dobra. Poczekaj chwilę.

Wrócił szybko z maszynką do strzyżenia, którą wsunął jej w dłoń.

– Ostrzyż mnie.

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Ale tak całkiem?

– Na krótko z boku i z tyłu. Nie chcę już nosić długich włosów.

– Nie umiem się z tym obchodzić. Nigdy nie obcinałam nikomu włosów.

– Łatwizna, jak koszenie trawy.

Ustawił krzesło przed lustrem w rogu pokoju i rozłożył gazetę na podłodze.

– Będziesz zły, jak mi coś nie wyjdzie?

Tom zdecydowanym ruchem ściągnął z siebie koszulkę.

– Nie, obiecuję. I tak nie mam wyboru. Najbliższy zakład fryzjerski jest na głównej ulicy, a ja mam zakaz wychodzenia tak daleko.

Usiadł okrakiem na krześle, a Ellie stanęła za nim z maszynką w dłoni. Ich spojrzenia spotkały się w lustrze.

– Jeszcze nigdy nikt nie poprosił mnie o zrobienie czegoś tak ryzykownego.

Zaśmiał się.

– No to wiodłaś dotąd bardzo bezpieczne życie.

Tom długo zapuszczał włosy. Wyróżniały go spośród innych. „No wiesz, Tom, ten długowłosy blondas”. Straszne wydało jej się to, że teraz chce się ich pozbyć. I że ją o to poprosił, że drzwi sypialni są zamknięte, że zostali tam zupełnie sami – wszystko to stwarzało, w jej mniemaniu, poczucie zagrożenia.

– Tom, naprawdę. Nie wiem, czy mogę to zrobić. A jeśli obetnę cię za krótko i skończysz jak jakiś skinhead?

– Zrób to, proszę, Ellie. Zanim się rozmyślę.

Zgarnęła w dłoń jego włosy, ale się zawahała.

– No właśnie, a jeśli się rozmyślisz? Co wtedy?

– Żartowałem tylko. Zrób to.

Kolejne garście włosów spadały na podłogę i na jej bose stopy. Przesuwały się poza gazetę, pchane podmuchami wiatru z okna, i zbierały się w rogu niczym gniazdo. Twarz chłopaka zmieniała się, w miarę jak tracił włosy. Teraz oczy wydawały się większe, pokazały się uszy, kark stał się kruchy, podatny na atak. Jakby go odsłaniała całego.

– Wyglądasz młodziej.

Tylko tyle powiedziała, kiedy spytał, dlaczego jest taka smutna. A kiedy zapytał, co jest takiego smutnego w tym, że ktoś jest młody, odpowiedziała, że tak naprawdę to cieszy się, że mu obcina włosy, ponieważ zawsze była zazdrosna o to, że dobrze wygląda z długimi.

– I jeszcze chciałabym mieć twój metabolizm – dodała. – Wcinasz, co chcesz, i jesteś chudy jak patyk, a ja zjem czekoladkę i zaraz tyję. Dlaczego dostajesz wszystko, co dobre?

Pokręcił głową.

– Ty nawet nie wiesz, co?

– O czym?

– Że jesteś taka ładna. Wszyscy to mówią.

– Wszyscy?

– Wiesz, jak cię nazywa mój kumpel Freddie?

Pokręciła głową trochę przestraszona, co może usłyszeć.

– Syrena.

– Och, to nie jest specjalny komplement. Syreny przesiadują całymi dniami na skałach.

Roześmiał się.

– Nie, chodzi o to, że nie są takie łatwe. Nikt takiej nie przeleci, bo mu na to nie pozwoli.

Ellie pomyślała, że bardziej chodzi o to, że syreny poniżej talii nie mają niczego poza ogonem, ale może się myliła, więc już nic nie powiedziała. Ponownie skupiła na nim uwagę, ponieważ mimo wszystko kochała go, a on musiał o tym wiedzieć. Obcinając mu włosy nad uszami, recytowała w myślach listę dobrych rzeczy, które dla niej zrobił.

Zawierała wszystko, od obrazków, które jej rysował i dawał do pokolorowania, dawne dzieje... A potem początek szkoły, kiedy pozwalał jej chodzić ze sobą, mimo że była dwa lata młodsza od niego i BYŁA DZIEWCZYNĄ. Aż do wakacji w Kenii, kiedy to pies próbował ugryźć ją po raz drugi, a on ją zasłonił (co było najodważniejszą rzeczą, jaką ktokolwiek dla niej zrobił).

– Zanim się tu przeprowadziliśmy – powiedziała – kiedy przychodzili do mnie znajomi, ty zawsze zostawałeś na trochę i rozmawiałeś z nami. A jak cię spotykaliśmy w mieście, zawsze machałeś do nas i przychodziłeś pogadać, jakbyś był nami zainteresowany. Bracia innych dziewczyn nigdy tak nie robili. Zawsze byłam z ciebie dumna z tego powodu.

Uśmiechnął się.

– Mówisz takie słodkie rzeczy.

– Bo TY się tak słodko zachowujesz. Wygłosiłeś mowę na moje szesnaste urodziny i powiedziałeś, że jestem najlepszą siostrą na świecie, pamiętasz? A kiedy wystąpiłam w tym głupim pożegnalnym koncercie w szkole, klaskałeś najgłośniej, mimo że położyłam wszystko i zapomniałam tekstu.

Tom się zaśmiał, gdy przypomniała mu o tamtych chwilach. Było wspaniale, wszyscy trzymali się razem. Wspomniał lato, kiedy pojechali na kemping do południowej Francji i tamto miejsce okazało się nudne.

Nieczynny basen i prawie żadnych rozrywek, a jedynymi atrakcjami były cukiernia i latawce, które kupili w sklepie.

– I znaleźliśmy tamto wzgórze – powiedział. – Pamiętasz? Puszczaliśmy latawce na górze, a potem sturlaliśmy się na sam dół i wbiegliśmy z powrotem na górę.

Ellie zdumiała się, że pamiętał. Teraz mogła go strzyc przez cały dzień. Czuła się z nim tak dobrze tylko w tym pokoju, do którego dochodziły słabe odgłosy przygotowań do imprezy. Poczuła przypływ odwagi.

– Możemy porozmawiać o tym, co się wydarzyło tamtego wieczoru?

Obrócił się na krześle i spojrzał na nią.

– Naprawdę tego chcesz? A nie mogę trochę od tego odpocząć?

Spuściła wzrok.

– Są pewne szczegóły, których nie rozumiem.

Zmarszczył brwi.

– Rozmawiałaś z kimś o tym?

– Właściwie to nie. – Miała wrażenie, jakby wszystko wokół niej się unosiło, jakby ich rozmowę spowił obłok dymu. – Jeszcze nie byłam w szkole. – Spojrzeli na siebie pogrążeni w milczeniu.

– Ellie, jeśli mnie zamkną, to będzie dla mnie koniec wszystkiego.

– Wiem.

– Tam siedzą takie chłopaki... – urwał i pokręcił głową, jakby widział rzeczy nie do opowiedzenia. – To były najdłuższe dwa tygodnie w moim życiu.

Dostrzegła coś w jego oczach. Ich ciemny błysk przypomniał jej tamtą jesień, kiedy złamał ramię, a potem siedział na boisku i wył wściekły, bo musiał odpuścić sobie cały sezon, a właśnie zmontował drużynę. Odwróciła wzrok.

– No – powiedziała. – Skończyłam. – Przesunęła dłońmi po jego włosach, przygładzając niesforne kosmyki. – Ładnie wyszło.

– Ładnie? – Przesunął dłonią po głowie. – Nie całkiem o to mi chodziło.

– A jak chciałeś wyglądać?

– Niewinny. – Uśmiechnął się do niej w lustrze. – Nieszkodliwy i pozostający poza wszelkim podejrzeniem.

Usiadła na łóżku i patrzyła, jak koszulką strzepuje włosy z ramion. Popsikał się dezodorantem pod pachami, wylał trochę płynu po goleniu na dłonie, potarł je i przyłożył do twarzy.

– Czy będę musiała pójść do sądu i odpowiadać na pytania? – zapytała. – A może tylko odczytają moje zeznanie?

Zignorował jej pytanie i włożył świeżą koszulkę w paski. Wybrała ją z mamą w ubiegłym tygodniu, dlatego jeszcze miała metkę. Oderwał ją i podał Ellie.

– Do recyklingu – powiedział.

Wsunęła metkę do kieszeni.

– Słyszałeś, co powiedziałam?

Przez chwilę poprawiał koszulkę przed lustrem.

– Byłaś tu jedyną osobą poza nami przez cały czas, co czyni cię głównym świadkiem. Na pewno cię wezwą.

Poczuła ucisk w żołądku.

– Nie mogą mnie zmusić do powiedzenia czegokolwiek.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czternasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siedemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział osiemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czterdziesty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czterdziesty pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czterdziesty drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czterdziesty trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czterdziesty czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czterdziesty piąty

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału angielskiego

You Against Me

Copyright © Jenny Downham, 2010

© Copyright for the Polish edition

by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, 2017

© Copyright for the Polish translation

by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2017

Projekt okładki Paulina Radomska-Skierkowska

Zdjęcia okładkowe:

Flickr.com/Robb Hannawacker

Flickr.com/Wimena Kane

Redaktor prowadzący Katarzyna Lajborek

Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Magdalena Adamska

Korekta Jolanta Gomółka, Joanna Morawska

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13276-5

Plik wyprodukowany na podstawie Ty przeciwko mnie, Warszawa 2017

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ty przeciwko mnie Zanim umrę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę