Cień Gildii

Cień Gildii

Autorzy: Aleksandra Janusz

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 592

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 27.68 zł

III tom cyklu Kronik Rozdartego Świata!

Vincent i jego przyjaciele wracają do Arborii, po raz pierwszy od siedmiu wieków łącząc rozdarty kontynent i tym samym rozpoczynając nową epokę w dziejach świata. Chociaż wydarzenia, do jakich doszło w Utraconej Bretanii, są objęte ścisłą tajemnicą, Vincent wie, że to długo nie potrwa, a ochrona nowo odkrytego lądu przed podbojem i kolonizacją może się okazać sporym wyzwaniem. Tymczasem uaktywnia się sekretne stowarzyszenie magów, które zwalczał jeszcze Lucjusz Szalony. Ich wiedza może po raz kolejny zmienić świat… albo go zniszczyć.

Aleksandra Janusz – doktor neurobiologii, obecnie pracuje w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Debiutowała w „Science Fiction” 4/2001 opowiadaniem „Z akt miasta Farewell”, jest autorką powieści „Dom wschodzącego słońca” wydanej nakładem wydawnictwa Runa. Publikowała opowiadania i artykuły publicystyczne w internetowym magazynie Fahrenheit, w magazynie mangi i anime „Kawaii” i w innych czasopismach. Uzależniona od książek, czyta wszystko; nie jest gatunkistką. Zawodowo zajmuje się molekularnymi mechanizmami rozwoju neuronów, pamięci i uczenia się.

Kroniki Rozdartego Świata. Cień Gildii Fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

W serii

CIEŃ GILDII

SPIS BOHATERÓW

PODZIĘKOWANIA

Strona redakcyjna

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Poznaj naszą ofertę - FANTASTYKA I HORROR

www.nk.com.pl/fantastyka-i-horror/3/kategoria.html

W serii:

Asystent czarodziejki

Utracona Bretania

Cień Gildii

W przygotowaniu kolejny tom

Trzymając głowę wysoko, patrzyłem przez mgłę zaścielającą miniaturowy rynek Ombre. Zimowe słońce z oporami wyłaniało się zza kamienic, sklepy z pamiątkami były jeszcze zamknięte na głucho. Wróble uciekały mi sprzed butów, kiedy kuśtykałem w stronę piekarni; z daleka docierał do mnie zapach rogalików i kawy z mlekiem. Ogrzewałem dłonie w kieszeniach płaszcza i w duchu przeklinałem wojskowy zwyczaj zrywania się z łóżka przed świtem.

Dwa miesiące temu zapoczątkowałem nową epokę w dziejach Arborii, ale prawie nikt jeszcze o tym nie wiedział.

Zabrzęczał dzwonek w drzwiach i owionęły mnie ciepłe zapachy. Pieczywo sprzedawano tuż przy wejściu; pierwsi chętni stali w kolejce po bagietki, bułki i bochenki świeżego chleba. Z tyłu lokalu funkcjonowała pijalnia kawy i czekolady. Częściowo schowany za rządkiem słojów z ciastkami, młody wąsaty subiekt mełł uprażone ziarna w srebrzyście lśniącym młynku w kształcie globusa. Tuż obok postawiono jeden z nowych próżniowych ekspresów Renlinga, balon z grubego szkła wyposażony w runy egzotermiczne. Wrzący ciemny płyn z wolna skapywał do filiżanki, roztaczając bogaty aromat. Za ladą na półkach wymoszczonych cienkim brunatnym papierem rozłożono słodkie bułki, rogale i tarty. Wciągnąłem powietrze w płuca. Wciąż zdarzały się chwile, kiedy nie dowierzałem, że wróciłem do domu.

Rozejrzałem się. Arcymistrz Gildii Magów, Andreas Weyland, czekał już przy stoliku razem z pułkownikiem i panią major. Byłem mu wdzięczny. Wiedziałem, że nie ominie mnie wizyta w koszarach, ale dano mi szansę rozpoczęcia dnia we właściwy sposób.

– Poproszę dwie bułki z cze… koladą. – Nadal miałem kłopoty z płynną wymową. Poranki były szczególnie trudne. – Oraz kawę… z mlekiem. Bez cukru.

Potężny czarnoskóry Weyland górował nad okrągłym stolikiem z tekowego drewna. Musieli wejść do kawiarni dosłownie przed chwilą, ponieważ z okrągłych okularów Arcymaga jeszcze nie zeszła para. Dwójka oficerów przybyła razem z nim do Ombre poprzedniego wieczoru. Widziałem ich po raz pierwszy w życiu. Pułkownik Archer, wysoki, szpakowaty mężczyzna z wąsikiem, robił wrażenie zadbanego pięćdziesięciolatka. Wiedziałem jednak, że był wojskowym magiem, co oznaczało przynajmniej dwieście lat więcej i znajomość licencjonowanej magii bitewnej, z której pomocą mógłby mnie zdmuchnąć w pięć minut; mimo mojej zdolności wchłaniania zaklęć nie zdążyłbym przetworzyć nawet połowy.

Jego sekretarz, pani major, miała skórę o ton jaśniejszą od Weylanda i włosy ostrzyżone na jeża; była szczupłej budowy i niewiele wyższa od Amandine. Gdybym spotkał ją w cywilu, nigdy nie zgadłbym, że jest żołnierzem. Musiała pełnić dla pułkownika podobną rolę asystenta jak ja dla Margueritte, tyle że w ramach hierarchii wojskowej.

Wstali, gdy podszedłem do stolika.

– Pułkownik James Archer. Major Jacqueline Guerin de Branche d’Olivine.

– Vincent Thorpe. Miło poznać.

– Człowiek, który wrócił z Bretanii. – Pułkownik mocno ścisnął moją dłoń.

– Nie jedyny.

– Jedyny, jakiego mamy do dyspozycji. – Archer uśmiechnął się półgębkiem. – A mówiono mi, że znajdę pana w dobrym zdrowiu.

– Jest zimno i wcześnie rano – uciąłem. – Będzie le… piej.

Jak na zawołanie zjawił się subiekt z tacą, na której stały cztery filiżanki – Weyland pił herbatę z mlekiem, oficerowie czarną kawę po doloriańsku – w filiżankach jak dla lalek – oraz talerzyki z ręcznie malowanej avalońskiej porcelany z rogalikami i bułkami. Rozstawił je wokół nas fachowym gestem i zniknął za kontuarem. Pośród gwaru rozmów, szumu ekspresu i zgrzytu młynka do kawy postronni nie mogli nas słyszeć.

– Muszę powiedzieć Charlesowi, że wczesne przywileje emerytalne dla pomocników magicznych to wcale nie przesada – mruknął pułkownik, zwijając papierosa. – Chociaż, prawda, nie każdy zajmuje się odkrywaniem nowych lądów. I nie każdy pracuje dla de Breville. Koniec kontraktu musiał być dla pana ulgą?

– W pewnym sensie. – Pociągnąłem łyk kawy z filiżanki, smakując bogatą goryczkę na języku. Wiwat Zjednoczona Republika Arborii. – Mam jeszcze… coś do zrobienia.

Pułkownik Archer skinął głową.

– Inaczej nie podchodziłby pan do egzaminu dyplomowego. Porozmawiamy o tym w sztabie. – Wyciągnął zalakowaną ozdobną kopertę. – Proszę przeczytać i dobrze się zastanowić.

Królewska pieczęć. To znaczy pochodząca z Kancelarii Królewskiej Służby Ochrony, nie byliśmy przecież w Bretanii. Zerknąłem w stronę Arcymaga Weylanda. Ile pułkownik wie? Ile powinienem mu powiedzieć?

– Trzeci poziom dostępu – rzucił w moją stronę Weyland. – W kopercie znajdziesz zapewne ofertę pracy nieco bardziej odpowiadającą twoim kwalifikacjom niż etat wiedźmy w Ombre. Panie Archer, nie przeszkadza panu, że pan Thorpe jest lojalny wobec Gildii?

Czy mi się tylko zdawało, czy jego głos drgnął przy wypowiadaniu tych słów? Ukryłem zmieszanie, zatapiając zęby w bułce z czekoladą. Od naszego powrotu w zachowaniu Weylanda wyczuwałem ledwo zauważalną rezerwę, może ostrożność. Czy to, czego dokonaliśmy w Bretanii, mogło wstrząsnąć nawet Arcymagiem? Kiedyś uważałem go za niewzruszonego. Miał ponad trzysta lat i większą wiedzę o działaniu naszego świata niż ktokolwiek inny. Także teraz – nie sądziłem, by Meg cokolwiek przed nim ukrywała, chociaż ja pewnie zdecydowałbym inaczej; przeczytał też dokumentację budowy Mostu.

– Tym lepiej. – Pułkownik Archer wzruszył ramionami. – Ścisła współpraca w tej sprawie będzie korzystna dla obu stron. Przy okazji: Thorpe, Thorpe… to przypadkowa zbieżność nazwisk czy jednak jest pan spokrewniony?

Jacqueline, sekretarz, o której prawie zapomniałem, drgnęła nad swoją kawą.

Coś takiego, sami wielbiciele historii. Ale to było niebezpieczne pytanie; powiedział mi o sobie więcej, niżby chciał.

– Z kim?

James Archer się roześmiał.

– To taki hermetyczny żart. Może pan kiedyś spytać Szaloną Meg. Wędrowiec mi świadkiem, wreszcie zapracowała na ten swój przydomek. Oczekuję pana w sztabie o dziesiątej.

Oficerowie szybko dokończyli kawę, pożegnali się i wyszli. Zostaliśmy z Weylandem nad naszymi bułkami i rogalikami, krzywo popatrując na siebie nawzajem. Zobaczyłem, jak palce Arcymaga dyskretnie układają się w zaklęcie przeciwpodsłuchowe.

– Nie wie, prawda? – spytałem wreszcie.

– Nie i nie powinien wiedzieć. – Weyland wyciągnął z chlebaka zwiniętą w rulon gazetę. – Podejrzewają Meg albo kogoś z Drugiej Strony. Ale to porządny szpieg, więc nie potrafi się powstrzymać. Miej to na uwadze, będzie cię prowokował. Dostałem żądania z samej góry, aby udostępnić mu dokumentację budowy, i mam wobec tego bardzo mieszane uczucia. Jeśli coś trafi w ręce wojska, prędzej czy później zrobią z tego broń. Pociesza mnie, że zrozumienie istoty sprawy wymaga specjalistycznej wiedzy, jaką dysponuje w tej chwili tylko kilka osób na świecie. Radziłbym zatem trzymać się poziomu trzeciego. Oczywiście – zmrużył oczy – to twoja decyzja.

Czyli traktował mnie jak samodzielnego gracza, i to takiego, któremu jeszcze nie ufał. Nic dziwnego, że nie wtajemniczył mnie w wewnętrzne sprawy Cienia Gildii. Nie należałem już do Meg, a nie pokazałem, kim się stałem; i nie chodziło wyłącznie o zdolności Maga Pustki. Minął prawie rok, odkąd wyruszyłem do Bretanii; w tym czasie umarłem, wróciłem do życia, uczestniczyłem w wojnie i budowie nowej Gildii Magów, a na koniec wspólnie z Belinde i Kathryn stworzyłem dzieło magiczne w postaci Mostu łączącego dwa rozdarte kontynenty. Nie byłem tym samym człowiekiem, któremu Arcymag zburzył dotychczasowy porządek świata podczas jednej krótkiej pogawędki.

Tymczasem Weyland rozwinął gazetę na stoliku.

– Trzecia strona i tylko jedna kolumna. – Zniżył głos. – Ludzie wierzą, że wojsko stacjonuje w Ombre z powodu opóźnionych skutków obecności duszosmoka, a Most był noworoczną iluzją. Chciałbym, żeby tak na razie zostało.

* * *

Dyliżans w stronę Mostu odjeżdżał za godzinę, toteż została mi chwila, żeby wrócić do kwatery. Od Nowego Roku zajmowaliśmy przestronną izbę u gosposi pod miasteczkiem. Teoretycznie mieliśmy ze sobą dość bretańskiego złota i klejnotów, aby opłacić półroczny pobyt w Srebrnej Gęsi, ale w praktyce ich sprzedaż byłaby nieco kłopotliwa. Poza tym zdecydowaliśmy zachować biżuterię na wypadek powrotu do Bretanii.

Meg zabrano do szpitala już na początku stycznia, ale pozostali wyjechali z Ombre niespełna tydzień temu i dopiero dotarli do stolicy. Teraz Margueritte została już wypisana z oddziału i Liliana dołączyła do niej u moich rodziców na wsi pod Avalonem, gdzie klimat bardziej sprzyjał rekonwalescentce i wątłemu dziecku niż w ponurym dworku de Branche d’Ambre na wrzosowiskach Północnej Arborii. Oraz, w razie czego, było stamtąd bliżej do lekarza.

Bretańczycy przechodzili w Ombre aklimatyzację. Belinde założyła, że mała turystyczna miejscowość nada się do tego lepiej niż stolica kraju. Poza tym należało jakoś zabezpieczyć Most; pracowaliśmy nad tym z Kathryn. Na razie swobodny ruch między krainami wywołałby tylko kłopoty.

Ja i Amandine nie spieszyliśmy się z powrotem do Avalonu. Pani Revas, gospodyni, która wynajmowała nam apartament w kamienicy, czekała o kilka miesięcy za długo. Gdyby nie interwencja Arcymaga, być może nasze rzeczy trafiłyby na targ używanych mebli i odzieży, a tak tylko spoczywały w skrzyniach gdzieś u Weylanda. Nasze dawne pokoje zamieszkiwało stateczne małżeństwo urzędników z niemowlakiem, niezdradzające inklinacji do magii, które nie zamierzało ruszać się z Avalonu dalej niż do rodziny na święta.

Wielokrotnie rozmawiałem przez kulę magiczną z rodzicami.

Poprosiłem też panią Revas, aby przekazała mi zaległą pocztę. Jakimś cudem, może dzięki temu, że naszym dobytkiem zajął się Arcymag, gospodyni gromadziła listy, które nadal przychodziły na ten adres.

Zamówiłem broszury informacyjne Uniwersytetu Avalońskiego i Centralnego Szpitala. Rodził się we mnie dość mglisty zamiar podjęcia studiów medycznych. Jako jedyna osoba na świecie, która potrafi przetwarzać skażenie – przynajmniej dopóki Lily nie rozwinie Źródła w stopniu, który pozwoli jej samodzielnie zmieniać postać na smoczą – chciałem od razu pojechać do szpitala i zabrać się do roboty, ale Weyland mnie powstrzymał. Zbyt duże ryzyko zdemaskowania, twierdził; na razie mógłbym więcej zaszkodzić, niż pomóc.

Zaprenumerowałem też katalogi ślubne. I skoro na razie nie miałem pracy, zupełnie szczerze starałem się wypoczywać.

Bielony domek z ceglastoczerwonymi dachówkami pomimo mgły wyraźnie odcinał się od łąki przykrytej zaskorupiałą, cienką warstwą śniegu. Zastałem Amandine na werandzie, w pełni już rozbudzoną. Zasiadła przy drewnianym stoliku, podłożywszy sobie najpierw gruby koc, i owinięta w pled popijała z kubka parujące kakao, od niechcenia podczytując romans. Nie zauważyła mnie od razu; odgarnęła za ucho kosmyk splątanych rudych włosów, ściągnęła usta w reakcji na jakąś scenę w lekturze. Przyglądałem się jej przez chwilę; wzbierało we mnie ciepło.

Przesłałem jej sygnał telepatyczny. Odwróciła się w moją stronę, nieco zatroskana.

– I jak?

Usiadłem obok na ławie i wyciągnąłem kopertę z kieszeni płaszcza. Amandine odruchowo oparła się o mnie, zajrzała mi przez ramię. Gwizdnęła leciutko, zobaczywszy królewską pieczęć.

– Spodziewałam się tego – mruknęła. – I tak im trochę zajęło zainteresowanie się tobą.

„Zastanawiam się, jaki to ma związek z poczynaniami naszych przyjaciół w Avalonie”.

– Nie dowiemy się, dopóki nie otworzysz koperty. – Podała mi nóż, którym przed chwilą odkroiła sobie pajdę chleba. – A co mówi Weyland?

Powtórzyłem jego słowa, ostrożnie rozcinając papier. W środku znajdował się tylko jeden dokument, wydrukowany tłoczonymi literami na kremowym czerpanym papierze ze znakami wodnymi przedstawiającymi królewski herb. Zaproszenie na kameralną ceremonię zaprzysiężenia na oficera wywiadu w stopniu majora, sygnowane przez samą Gwendolyn Bayonne de Branche d’Aquamarine, królową Zjednoczonej Republiki Arborii.

– No tak. – Amandine nachylała się nad listem. Jej ciepło ogrzewało mi ramię. – I co o tym sądzisz?

„Nawet nie traktują poważnie tego, że możemy mieć własne interesy związane z Bretanią – westchnąłem. – Oczywiście nic dziwnego, przecież to barbarzyński obcy kraj, gdzie dzicy toczą walki o paciorki; nikt mi nie musi tłumaczyć, jak zostały odebrane terenowe raporty Meg. Przynajmniej te, które Weyland udostępnił służbom wywiadu. Poza tym tak jak powiedział, wojsko prowadzi wojny. Ciekawe, ile czasu by zajęło, zanim byłbym zmuszony wybierać między jedną albo drugą stroną. Frakcja Belinde przegrała wybory, Imperialiści znowu zdobyli większość w Parlamencie… Istnieje spore ryzyko, że zechcą ruszyć na wyprawę”.

– Królowa jest z poprzedniego rozdania… – zauważyła Amandine. – Ma spore poparcie. A do elekcji zostało jeszcze trochę czasu.

„Tak, Federaliści woleliby raczej skolonizować Bretanię pokojowo – rozłożyłem ręce – natomiast Separatyści mają kilka foteli w obydwu Izbach, a nawet gdyby było inaczej, są bandą nieprzewidywalnych wariatów. Chęć ustanowienia niepodległości poszczególnych prowincji może wcale nie pohamować chęci podporządkowania sobie obcego świata. Może powinniśmy ujawnić, że Utracona Bretania została już przez nas podbita?”.

– Ciekawe, kto pierwszy wyprowadziłby nas z błędu – mruknęła Amandine. – Jej Wysokość Gwen czy regentka Theresa von Feuerstein.

– Kiedy to się wszystko tak skomplikowało? – jęknąłem na głos. Kawa zaczynała działać, rozplątywały się mięśnie i nerwy, powoli wracała mi zdolność mowy.

– Zastanawiam się, co zrobią, jak się dowiedzą, kogo tak naprawdę chcą zatrudnić. – Amandine ściągnęła usta. – Zaczekaj.

Wstała i na dłuższą chwilę zniknęła w domku. Splotłem ramiona; zbłąkany podmuch wiatru przemknął przez werandę. Przejął mnie chłód.

– No. – Moja narzeczona wróciła wreszcie, bardzo zadowolona z siebie. Dzierżyła w dłoniach długi kij w futerale z zielonego aksamitu.

– Amandine…

– Weźmiesz ją do bazy.

– Ale…

– Obserwowałeś mnie? Pamiętasz choć trochę, jak się tym posługiwać? – Amandine wysunęła magiczną laskę z futerału. Na czarnym lśniącym tworzywie odznaczały się złote symbole. – Tutaj jest Bańka Kinetyczna. Zapamiętaj, proszę. Tutaj bańka, a tutaj Kula Ognia. – Ujęła moją dłoń i naprowadziła na znaki.

– Amandine, przecież to jest twoje. Nie mogę jej przyjąć. Gdyby coś się działo, potrafię się obronić.

– Po pierwsze, niestety nie moje, tylko Gildii. – Zmarszczyła brwi. – Po drugie, Weyland powiedział, że pułkownik może cię prowokować.

– Słownie! – zaprotestowałem. – Daj spokój! Przecież nie będzie we mnie ciskał błyskawicą!

– A widzisz, gdybym to ja miała choćby pięć procent wątpliwości, czy mój potencjalny współpracownik przypadkiem nie ukrywa przede mną rzadkiego magicznego talentu, właśnie to bym zrobiła – odparła moja narzeczona. – Cisnęłabym w niego błyskawicą i sprawdziła, jak się broni. Weyland mówi, że podejrzewają Meg. Jeśli tak było, pewnie już przejrzeli jej akta i zbadali Źródło w szpitalu; sądzę, że gromadzą o niej dane od co najmniej stulecia. Bardziej prawdopodobne, że weszliśmy w sojusz z bretańskim Magiem Pustki. Ale, rzecz jasna, trzeba wykluczyć wszystkie inne możliwości.

Nie podobało mi się to ani trochę, ale miała rację.

– Widzisz… – Usiadła już nieco spokojniej na ławie, sięgnęła po niedopite kakao. – Dla nich nawet nie jestem stroną. Nie mam talentu magicznego, więc mnie nie doceniają. W Arborii nie potrzebuję ochrony. Chyba że otworzę nową wystawę, wtedy zawsze się przyda ktoś do pilnowania, żeby pijak wernisażowy nie wychlał całego wina dla gości. Prędzej czy później będę musiała się oganiać od dziennikarzy, bo jako nieutalentowana jestem dla nich bardziej dostępna niż czarodzieje. Ale na razie mam spokój.

„O ile nie wyjdzie na jaw, kim jestem” – dodałem w myślach. Gdyby chodziło tylko o politykę Gildii, nie przejmowałbym się. Gdyby o mnie – nie takie rzeczy już przeżyłem. Ale Amandine zasługiwała na choćby chwilę oddechu i namiastkę normalności. Wiedziałem, że gdy ja zażywałem relaksu w Ombre (no dobrze, trochę pracowałem nad bramą broniącą wstępu na Most), moja narzeczona, Nadworna Magini Amandine Cerise de Branche d’Aure, nadal kontaktowała się przez kulę magiczną z Theresą von Feuerstein oraz Blancheflor, Arcymistrzynią nowo założonej Gildii Magów Królestwa Bretanii. Świeżo zagruntowane płótna leżały w kącie izby, nietknięte pędzlem.

W zamyśleniu przesunąłem dłonią po złotych symbolach. Tak naprawdę nigdy w pełni nie wróciliśmy do Arborii. I jeżeli chcemy, zamiast dać się nieść prądom historii, wykroić dla siebie kawałek życia w nowych warunkach i na własnych zasadach, trzeba będzie o nie walczyć.

* * *

Dyliżans sunął gładkim cesarskim traktem pomiędzy zalesionymi wzgórzami rejonu przygranicznego. Nie musiałem oszczędzać jednostek na nic większego i kusiło mnie, żeby zabrać się Lotem, podobnie jak zapewne zrobili to oficerowie. Ale półaktywni czarodzieje – a za takiego chciałem uchodzić – zazwyczaj nie mieli Źródeł dostatecznie silnych na tak zaawansowaną magię.

Towarzyszyli mi inni pasażerowie: dwójka żołnierzy wracających z miasta, starszy mężczyzna w długim wełnianym płaszczu i z binoklami, który wyglądał na prawnika albo sekretarza, oraz młode małżeństwo z koszykiem piknikowym, kończące trasę na Poziomkowej Górce. Podniosła się mgła i chłodne, jasne promienie słońca skrzyły się na zestalonym śniegu. Powyżej Ombre grube śnieżne pokrywy zakrywały jeszcze ziemię i zwisały z gałęzi drzew. Wiosna docierała tutaj mniej więcej miesiąc później niż do Avalonu.

Minął nas powóz jadący z naprzeciwka. Poprzednim razem te okolice należały już do skażonej strefy, ale odkąd zamknęliśmy Rozpadlinę, a służby porządkowe starannie oczyściły okolice kanionu z pyłu, promieniowanie tła spadło do akceptowalnych wartości. Zabrałem ze sobą wykrywacz skażenia, ale nie włączałem go; wystraszyłbym tylko nieobeznanych z magią towarzyszy podróży. Zmysł Maga Pustki mówił mi jednak wyraźnie, że jest już całkiem bezpiecznie.

Przywrócono tutaj regularny ruch dyliżansów, a nawet – częściowo – infrastrukturę turystyczną. Kolejka linowa z krzesełkami, którą rok temu mijaliśmy w drodze do rozpadliny, z wolna podciągała pasażerów ku górze. Turystów nie było zbyt wielu; baza wojskowa, która w połowie stycznia wykwitła nad kanionem Cabochon, przedwcześnie i skutecznie zakończyła sezon. Z daleka dostrzegłem jednak ciemnoniebieskie mundury; żołnierze na przepustkach poprawiali sytuację.

Wreszcie zza porośniętych gęstym lasem wzgórz, poprzecinanych tu i ówdzie wąskimi stokami narciarskimi, wyłoniła się gigantyczna czarna stalowa konstrukcja. Starożytny most, zbudowany jeszcze w czasie Cesarstwa Triumwiratu nad wyschniętą rzeką Morion, stykał się w samym środku z międzyświatowym Mostem prowadzącym przez Pustkę do Bretanii, ale tego drugiego nikt nie widział. I nic dziwnego, bo Belinde z Kathryn pracowały nad tą iluzją chyba z tydzień. Wciąż nie mogłem uwierzyć, co potrafi dwójka magów Creo na pełnych obrotach. Oficjalnie to właśnie Most był iluzją stworzoną z okazji Nowego Roku, a czarodziejki rozplotły ją wraz z zakończeniem świętowania. Wśród cywilów w Ombre prawdę znał tylko burmistrz Randall Hardy.

Co mnie trochę martwiło, bo znając burmistrza, to dokładnie jedna osoba za dużo.

Baza wojskowa rozstawiła się na brzegu kanionu i częściowo na samym moście (tym starożytnym). Z daleka widziałem prostokątne kształty nowo wzniesionych drewnianych baraków i małe figurki ludzi krążących wokół w rozlicznych imitacjach pożytecznych zajęć, jakie zwykle wynajduje się znudzonym żołnierzom.

– Niech to licho…! – usłyszałem zachwycony głos starszego pana, który – jak się okazało – podróżował z nami aż do bazy. Mężczyzna wystawiał głowę przez okno i gapił się, jakby zobaczył smoka. W pierwszej chwili nie zwróciłem na niego uwagi. Stalowy most nad kanionem Cabochon, pomnik zaginionych cesarskich technologii, budził entuzjastyczne reakcje.

Zaraz się jednak zorientowałem, że mój towarzysz kieruje spojrzenie tam, gdzie mnie widok całkowicie zasłaniał dach dyliżansu.

– Proszę popatrzeć! – zawołał. – Niesamowite! Niech pan spojrzy, pierwszy raz w życiu widzę coś podobnego!

Ledwo wcisnąłem obok niego głowę w okno. Zerknąłem w stronę bazy, ku górze i w lewą stronę. I szeroko otworzyłem usta.

Nad kanionem Cabochon, przytwierdzony do ziemi dziesiątkami metrów lin kotwicznych, dryfował smukły automagiczny statek latający. Z szarym obłym balonem wypełnionym gazem, który zmniejszał jego ciężar. Z silnikami zamontowanymi po bokach i z tyłu, tak aby zapewnić pełną sterowność. Oraz gigantycznym godłem Zjednoczonej Republiki Arborii. Z tej odległości nie dostrzegałem run antygrawitacyjnych, ale musiały pokrywać cały rdzeń konstrukcji, żeby utrzymała się w powietrzu. Balon wydawał się dość mały i wąski w porównaniu z podwieszoną częścią pasażerską, ale znacznie bardziej zwrotny niż zwykłe niemagiczne aerostaty. Jak to zrobili, żeby wystarczyło im jednostek na całą podróż? Skąd zdobyli tyle helu? Nikt zdrowy na umyśle nie użyłby wodoru, gdyż zbyt wielu magów ma zdolność tworzenia ognia. Trafiłem kiedyś na szkice prototypów, ale nie sądziłem, że w tym pięćdziesięcioleciu uda się pokonać trudności techniczne.

W Arborii nie było nas prawie rok.

Nie da się ukryć, że świat się zmienił.

* * *

Kiedy Pierwsza Specjalna Jednostka Królewskiej Armii przybyła nad kanion, obywano się namiotami. Od tamtej pory wybudowano między innymi baraki sypialne, stajnię, infirmerię i zbrojownię, a teraz właśnie powstawał budynek warsztatów. I to też traktowano jako prowizorkę; ostatecznie nad mostem miał stanąć zupełnie zwyczajny murowany fort, co trochę mnie niepokoiło, nie mniej niż prototypowy statek powietrzny zakotwiczony na uboczu, który nieprzyjemnie skojarzył mi się ze smokiem Nidhoggiem – zupełnie, jakby to było wczoraj. Już w tej chwili na Granicy stacjonował oddział w liczbie ponad dwustu osób, w tym kilku wojskowych magów.

Spędziłem trochę czasu z armią generał von Feuerstein, zarówno podczas bitwy o Nouveaux Dijon, jak i naszego późniejszego pobytu w Bretanii, gdzie wzywano mnie do pomocy przy zamykaniu okazjonalnych rozpadlin i oczyszczaniu siedlisk skażenia. Lepiej znałem wojskowe życie Bretanii niż mojej własnej ojczyzny. Poczułem się prawie jak człowiek z innej epoki, mijając z daleka padok, na którym przy akompaniamencie pokrzykiwań i dźwięków trąbki odbywały się ćwiczenia kawalerii, i strzelnicę, gdzie oddział mężczyzn i nielicznych kobiet w ciemnoniebieskich mundurach systematycznie dziurawił słomiane manekiny.

Oraz plac ćwiczebny obstawiony lśniącymi osłonami przeciwmagicznymi i ekranami pochłaniającymi, za którymi dwoje umundurowanych czarodziejów – koścista blondynka i wielki śniady Doloriańczyk – bombardowało się nawzajem zaklęciami ofensywnymi. W powietrzu latały precyzyjnie wymierzone pochłaniające światło pociski entropiczne i rozżarzone do białości kule ognia, nie większe od pięści.

Magowie wojskowi nie znają szerokiego repertuaru zaklęć ani nie prowadzą badań tak jak akademicy; każdy ma swoją wąską specjalizację, ale w jej ramach żaden uczony nie jest w stanie im dorównać. Mały oddział złożony z kilku różnych specjalistów potrafi poradzić sobie niemal z każdym problemem wymagającym użycia siły. Wpatrywałem się w nich i rósł we mnie niepokój. Nieuchronnie przychodziły mi do głowy porównania z moją zbieraniną seniorów. Magowie Bretanii, wprawieni w walkach przeciwko sobie nawzajem, może i byli równie szybcy – ale jakieś sześćdziesiąt lat temu. I na pewno nigdy nie umieli tak dobrze koordynować ataków.

Tuż przy osłonach siedziała na zwiniętym ogonie złotołuska wiwerna wielkości sporego cielaka, zapewne chowaniec jednego z czarodziejów. Wpatrywała się w walczących z napięciem, posykując od czasu do czasu. Obok niej przystanął kolejny wojskowy mag w stopniu podpułkownika; chyba najmniejszy żołnierz, jakiego widziałem w życiu. Facet miał nie więcej niż metr czterdzieści i nieproporcjonalnie zbudowane ciało; śledził ćwiczenia z marsowym czołem, podkręcając wąsa. Uniosłem brwi. Chociaż wprawa w sztuce magii miała kluczowe znaczenie dla czarodziejów służących w wojsku, sprawności fizycznej nie lekceważono. Żeby awansować aż do stopnia podpułkownika, mimo wyraźnej ułomności, ten człowiek musiał być mistrzem w swojej dziedzinie.

Obrócił się w moją stronę, obrzucił mnie od góry do dołu uważnym spojrzeniem, jakby szacował wartość wierzchowca.

– Pan Thorpe? – spytał, chyba lekko zawiedziony. – Sądzę, że jeszcze się nie znamy. Podpułkownik Blackthorn, Miles Blackthorn. Dowódca polowy Pierwszej Specjalnej od wczorajszego wieczoru. Pułkownik Archer oczekuje pana w sztabie.

No tak, wojsko osobno, wywiad osobno. Pułkownik James Archer przewyższał rangą Blackthorna, ale należeli do innych komórek operacyjnych i desygnowano ich do różnych zadań. Dopóki szpieg pozostawał na terenie jednostki, sytuacja była dość krępująca, to znaczy Archer, gdyby chciał, mógł temu drugiemu wydać rozkaz. A to oznaczało, że oficer wywiadu tutaj nie zostaje. Czyli wraca do Avalonu i zabiera ze sobą statek? Miałem rację czy przekombinowałem?

Odchrząknąłem.

– Tak mi powiedziano. Czy ta wiwerna właśnie zaczęła przetwarzać…?

Aż się wzdrygnąłem, kiedy podpułkownik, nie odwracając się nawet w stronę żołnierzy, przeciął więź między jasnowłosą czarodziejką a magicznym zwierzęciem.

– Elanor, widzę cię – powiedział spokojnie. – Kontynuujcie. Dziękuję, panie Thorpe.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Dobry był, rzeczywiście.

Miałem nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony przeciwko niemu walczyć.

* * *

Zastałem pułkownika w biurze, które zapewne przydzielono mu tymczasowo, pochylonego nad stolikiem zawalonym dokumentami. Tu i ówdzie rozpoznawałem znajome symbole; chyba studiował dokumentację przesłaną mu przez Weylanda. Na ścianach przypięto zgrubnie naszkicowane mapy najbliższej okolicy z adnotacjami dotyczącymi skażenia, a obok, na osobnym okrągłym stoliku, stał pokaźny globus.

James Archer musiał go przywieźć z Avalonu, bo globus był nie tylko bardzo szczegółowy, lecz także automagiczny. Nad jego powierzchnią wyświetlała się w tej chwili iluzja przedstawiająca obszar przygraniczny w powiększeniu. Tam, gdzie kiedyś znajdowała się Bretania, w wielkim kontynencie arboriańskim ziała czarna dziura, oznakowana wielkimi srebrnymi literami jako Rozdarte Ziemie. Kiedyś sądziliśmy, że cała ta ogromna przestrzeń w środku kontynentu na zawsze przepadła w Pustce; wokół niej na całym obwodzie wzniesiono Barierę, która zapobiegała dalszemu rozpadowi świata. Na zachód od Rozdartych Ziem znajdowała się Republika Arborii oraz wiele innych krajów sąsiedzkich; na wschód – Dalekie Rubieże, czyli państwa, z którymi utrzymywaliśmy relacje drogą morską. Teraz wiedzieliśmy, że Utracona Bretania istotnie leżała w Pustce, ale relatywnie bezpieczna, schowana w olbrzymiej kieszeni podprzestrzennej w innym wymiarze.

– W samą porę – zagaił pułkownik. Do pokoju weszła major Jacqueline, niosąc grube naręcze papierzysk. – Zapoznałem się z materiałami. Bardzo to wszystko ciekawe, ale niekompletne. I jak?

– Chciałbym jeszcze przemyśleć tę ofertę – odpowiedziałem. – Muszę się zastanowić, czy w grę nie wchodzi konflikt interesów.

– Rozumiem. – W głosie Archera wyczułem jakąś dziwną nutę. – Miał pan może inne plany zawodowe? Chciał pan znaleźć posadę urzędniczą, taką w sam raz dla półaktywnego maga? Bo gazety pana pokochają, kiedy już wszystko wyjdzie na jaw. Będzie pan trudnym nabytkiem dla zwykłego pracodawcy. A na stanowisko terenowe, proszę wybaczyć, już się pan nie nadaje.

Popatrzyłem na niego uważnie. Czy on mi próbuje doradzić, czy mnie obraża?

– Nie sądziłem, że to jest propozycja nie do odrzucenia – odparłem szybko. – Może powinienem wyrażać się jasno. Spędziliśmy w Bretanii kilka dobrych miesięcy. Poznaliśmy lokalną ludność, zdobyliśmy wpływy wśród elity, wzbudziliśmy zaufanie władz. Widzę, co się dzieje w jednostce. Nikt nie gromadzi takich sił dla zabawy. Nie chcę przyczynić się do konfliktu.

Pułkownik leciutko uniósł kąciki ust, ale mi nie przerwał. Ku mojemu zakłopotaniu znów zacząłem się zacinać.

– Poza tym… jestem akademikiem. Bardzo słabo słucham… rozkazów.

– Z dokumentacji pańskiej pracy dla lady de Breville wynika zupełnie co innego.

Westchnąłem.

– Tak, ale… Meg… Nasza hierarchia nie przypomina tej wojskowej. Opiera się na merytokracji i zaufaniu. Załóżmy, że pan będzie moim przełożonym i zaufam pańskiemu osądowi. Ale jeśli ktoś wyższej rangi… wyda panu rozkaz… który obydwaj uznamy za niedorzeczny… Panie Archer, nie mogę panu służyć.

Zamilkłem. Nagle ogarnęła mnie pewność, że po współpracy z Margueritte i po tym wszystkim, czego doświadczyłem w Bretanii, nie znajdę już przełożonego, którego będę w stanie na dłuższą metę usłuchać.

– Na Wędrowca, panie Thorpe. – Archer popatrzył na mnie ze zdumieniem. – To najdziwniejsza rozmowa, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem. Pan sobie zdaje sprawę z tego, że spotkał się pan z czarodziejem w randze pułkownika, członkiem Parlamentu i pracownikiem Służb Ochrony, a list, który panu przesłałem, przyszedł prosto z góry? Może i wrócił pan z Bretanii, może jest pan człowiekiem Weylanda, ale przecież nie samym Arcymagiem. Czego pan ode mnie oczekuje?

Chyba przesadziłem. Od początku zwracałem się do niego jak do kogoś równego sobie. Bretania może i wyleczyła mnie z pokory, ale też wbiła w nadmierną pychę. Ze skruchą przypomniałem sobie o Lucjuszu. A później pomyślałem o wojskowych z Pierwszej Specjalnej, ostrzeliwujących się zaklęciami jak z kartaczownicy.

– Jeżeli to możliwe, proszę o stanowisko cywilnego współpracownika wywiadu z częścią uprawnień wojskowych.

– Chce się pan postawić poza hierarchią i podlegać prawu cywilnemu. – James Archer zaczął się śmiać. – Rzeczywiście, znać szkołę de Breville. Zobaczymy, co powie na to biuro. W ostateczności zaciągną pana pod przymusem, w ramach mobilizacji strategicznej. Czy mogę chociaż liczyć dziś na pańską uprzejmość i przekazanie mi informacji o Drugiej Stronie zupełnie za darmo?

Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że pułkownik traktuje mnie jak rozkapryszone dziecko, i to tylko dlatego, że ma dobry humor. Półaktywny mag, który stawia mu warunki. Rzeczywiście, bardzo śmieszne.

– W ramach współpracy z Gildią – uściśliłem.

– Jak zwał, tak zwał. Jacqueline, czy możesz podać globus? Dziękuję.

Pułkownik przesunął dłonią nad iluminowaną powierzchnią globu. Iluzja zgasła, odsłaniając widok na jedyny kontynent Ziemi Drzew, noszący tę samą nazwę co nasz kraj. Po zachodniej stronie rozpościerała się Zjednoczona Republika Arborii, granicząca na wschodzie ze strefą Rozdarcia. Starannie odzwierciedlono polityczny podział kontynentu, jaśniejszą barwą oznaczając kraje, które pozostawały w strefie naszych wpływów, kontrolowane przez marionetkowe rządy lub w oficjalnej unii z Republiką. Globus musiał mieć swoje lata, bo znalazły się w tej puli zarówno Adastria, jak i Satrapia Nowego Jorku, od dawna całkowicie niepodległe. To mógł być znaczący szczegół – niektórzy Imperialiści wciąż mieli nadzieję, że z powrotem uda się przyłączyć je do macierzy.

Archer zakreślił palcem koło na czarnej dziurze.

– Triumwirat. Królowa Aurora Pierwsza de Branche d’Argent, regentka Theresa von Feuerstein w imieniu młodocianej Królewskiej Smoczycy oraz Nadworna Magini, Amandine de Branche d’Aure. Programowy matriarchat?

Uśmiechnąłem się w duchu. Imię, które nadała sobie Kathryn, pochodziło od jednej z królowych d’Argent, która zapisała w historii chlubną kartę. Amandine nie musiała niczego zmieniać. Imiona się powtarzały, zresztą miała rację – na razie nikt jej nie weźmie poważnie.

– Nie… Tak się… złożyło.

Skinął głową.

– Czyli to największe państwo na kontynencie.

– Więcej zaj… mują udzielne księstwa. – Narysowałem palcem kształt na czarnej dziurze. – Poza tym jest kawał słabo zaludnionych stepów i gór na wschodzie. Suche. Ja… łowe. – Spojrzałem mu prosto w oczy. – Nie opłaca się… kolonizować.

Znowu jakoś dziwnie na mnie popatrzył. No tak, usiłowałem go dyscyplinować, jak Bretańczyka.

– Z tego, co pan wskazuje, wynika, że istnieje fragment kontynentu, który nie został po żadnej ze stron.

– Fragmenty – poprawiłem go. – W tym staro… żytna Alterra. Ale to tyle, co wiemy na jej temat.

– Chcę, żeby między nami panowała w tej kwestii jasność. – Archer wbił we mnie wzrok. – Jestem przykładnym poddanym Jej Wysokości. Nie mam imperialnych ciągot. Więcej, pierwsze sto lat życia spędziłem jako badacz. Może pan sprawdzić w annałach Uniwersytetu, studiowaliśmy w jednym roczniku razem z de Breville.

Coś takiego. Wyglądał na starszego niż Margueritte, ale po przekroczeniu drugiego stulecia wygląd czarodzieja niewiele mówi o wieku, sporo zależy od cech indywidualnych. Trzeba koniecznie porozmawiać o tym z Meg.

– Ten globus… – Popukał w powierzchnię. – Nie zamierzam niszczyć zabytków, rozumie pan? Nie chcę, żeby wojsko weszło do Bretanii. Ale ekspedycja naukowa byłaby spełnieniem moich marzeń. Podobał się panu statek powietrzny? Chciałby pan obejrzeć plany? Zbudowali go inżynierowie związani z moją jednostką. Należy do mnie.

Oparł dłonie o stolik.

– Bariera pnie się ku niebu, rozrzedzając się stopniowo i kończąc tam, gdzie zaczyna się stratosfera, a napływ Pustki powstrzymują naturalne osłony w atmosferze. Te same, które chronią nas przed kosmiczną Pustką otaczającą nasz świat i inne ciała niebieskie. I pomiędzy osłonami, ponad pęknięciem, w którym zniknęła Bretania, na wysokości mniej więcej piętnastu tysięcy metrów, znajduje się obszar nietknięty Rozdarciem. Gdybyśmy umieli tamtędy podróżować, nie trzeba by słać okrętów do Dalekich Rubieży… – wywołał iluzję obszaru Kalevali i Północnego Imperium Powatan, tam gdzie Rozdarte Ziemie kończyły się na wschodzie – …poświęcając wiele miesięcy na opłynięcie globu.

Skinąłem głową. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu te plany wydawałyby się mrzonką. Same zaklęcia nie wystarczyły, aby utrzymać się przy życiu na takich wysokościach i dystansach, w rozrzedzonym powietrzu i w obecności naturalnych prądów magii. Ale teraz – kto wie? Może nie trzeba smoków, żeby podbić niebo.

– Most daje nam jeszcze więcej możliwości. O ile mi wiadomo, nie został puszczony nad Barierą, ale przez nią, w obszarze, gdzie spleciono ją rzadziej. Czyli obudowano go osłonami chroniącymi przez skażeniem, silniejszymi niż cokolwiek używanego do tej pory. To znaczy także, że wykorzystuje magię przestrzeni – magię Pustki, do licha! – tak, aby przejść przez Barierę, nie rozdzierając jej. Nie jestem pewien, co jest bardziej rewolucyjne, samo odkrycie Utraconej Bretanii czy sposób, w jaki połączono ją z Arborią.

– O ile nam wiadomo, poprzedni Nadworny Mag Bretanii chciał eksplorować Pustkę – powiedziałem. – Ale to się akurat nie udało. Natomiast jego badania uzupełniły stan naszej wiedzy dostatecznie, aby stworzyć Most. Na wehikuł bym się jeszcze nie nastawiał.

– Proszę pana, nikt tego od razu nie oczekuje. Przecież i tak wszyscy sądzili, że magia Pustki zaginęła. Nie wiemy nawet, na czym dokładnie polegała, narosło tyle mitów na ten temat. Dziwię się, że pan jest taki spokojny. Nie rozumie pan, czego dokonała pana przełożona razem z tym Bretańczykiem?

– Właściwie przy budowie uczestniczyły przede wszystkim lady Chamomille i lady Verd… – zaznaczyłem. Może ja się ukrywam, ale wszyscy wiedzieli, że Belinde specjalizuje się w tworzeniu dzieł magicznych, a uznawanie zasług wtedy, gdy należy je uznać, jest słuszną praktyką.

– No tak, no tak… Lady de Breville mocno nadszarpnęła zdrowie w ekspedycji, podobnie jak pan. Ale przecież pomysł należał do niej?

– Wiem, że woli pan jasny system dowodzenia – odparłem – ale my pracujemy w zespole.

Uniósł wzrok znad globu, wyraźnie zaintrygowany.

– To znaczy, że pan wie więcej, niżby się wydawało. Zna pan te runy. Poza tym przyznał pan bez mrugnięcia okiem, że to nie ona jest Magiem Pustki. Ale tego się spodziewałem. Jak się tam dostaliście?

Nagle rozmowę przerwał huk. Odwróciliśmy się w stronę major Jacqueline, o której obecności prawie zdążyliśmy zapomnieć. Zbierała z podłogi upuszczone przed chwilą materiały, które zamierzała schować do szuflady.

– Przepraszam, sir.

– Nie szkodzi. – Archer odwrócił się w moją stronę i znów zignorował panią major. Przyglądałem się kobiecie jeszcze przez moment; sekretarz pułkownika wydawała się dość poruszona.

– Proszę się nie przejmować. No więc?

– Magazyny Gildii… – znowu się zaciąłem – są pełne… ciekawostek.

– Albo usiłuje pan wprowadzić mnie w błąd. – Spoważniał. – Ilu ich tam mają, tych Magów Pustki? Ambasador Bretanii twierdzi, że dwoje, czy mógłby pan potwierdzić? Jacy to są ludzie? Groźni oczywiście, ale czy agresywni? Czy ambasador, pan de Montreuil, to jeden z nich? Panie Thorpe, od tego zależą losy naszej ojczyzny.

– W takim razie szkoda, że jest pan tutaj, a nie rozmawia pan z ambasadorem Bretanii – westchnąłem. – Albo z regentką Theresą, tam po Drugiej Stronie… Ale panu właśnie o to chodzi, prawda? Proszę przejść do rzeczy.

– Chcę wstępu na Most. Ma pan klucze?

Zaplotłem ręce. Myślałem intensywnie. Gdybym chciał zebrać grupę Arboriańczyków, którym pozwolimy na rozmowy, wziąłbym kogoś takiego jak Archer. Dalekowzrocznego, ceniącego wiedzę. Chyba że myliłem się co do jego charakteru; może grał przede mną kogoś, kto może zaimponować akademikom, a w rzeczywistości doradza królowej podbój Bretanii. Czy zniżyłby się do takich sztuczek przed zwykłym asystentem?

Tyle że nie byłem dla niego zwykłym asystentem.

– Możemy się przejść za bramę – zdecydowałem wreszcie. – Ale po Drugiej Stronie jest kolejna, i Bretańczyków zaniepokoi niezapowiedziana wizyta z Arborii. Byłby to incydent dyplomatyczny.

– Nie, oczywiście nie zamierzam przechodzić bez przygotowania. – Archer wyciągnął bibułkę, sypnął na nią tytoniu i machinalnie zwinął papierosa. Z zaskoczeniem dostrzegłem, że próbuje ukryć drżenie rąk. – Oraz denerwować tubylców. Przywiozłem przedmioty na wymianę, lecz skoro pan powiada, że za wcześnie na zderzenie z naszą cywilizacją… Ale chcę najpierw wiedzieć, jak ten Most wygląda.

Tubylców? Przedmioty na wymianę? Może jednak zbyt wysoko go oceniłem.

– Powinien pan go obejrzeć – powiedziałem. – I przekonać się, że pokojowa współpraca z Bretanią przyniesie obopólne korzyści.

* * *

Rozrastająca się baza wojskowa wchłonęła wszystko, co zostało po turystycznych zabudowaniach na starożytnym moście. Rozebrano oplakatowane stoiska z pamiątkami, na parkingu dla dyliżansów stały teraz wozy zaopatrzenia. Knajpa z plackami po bretańsku została odkupiona przez wojsko i przekształcona w mesę. Punkt informacji turystycznej po dobudowaniu dodatkowego piętra zmienił się w wieżę obserwacyjną.

Zabudowania kończyły się stalowym płotem z dwuskrzydłową bramą, starannie opieczętowaną wojskowymi runami strażniczymi, i dostatecznie szeroką, aby przepuścić podwójną kolumnę wozów. Dopiero niedawno zastąpiła zwykłe ogrodzenie z drutu kolczastego; jeśli teraz ktokolwiek chciał wejść albo wyjść, musiał znać kod, żeby nie połechtały go bojowe zaklęcia z trzech różnych dziedzin magii. Zastanawiałem się, jakie środki ostrożności podjęto po drugiej stronie. Ale nie tę bramę miałem otworzyć; James Archer myślał o zupełnie innej konstrukcji.

Przespacerowaliśmy się tam we dwóch. Pułkownik skinął głową strażnikom; ci wyprężyli się na baczność i zasalutowali usłużnie. Jeden z nich zbliżył się do bramy i przesunął dłonią po mosiężnej tabliczce z wygrawerowanymi cyframi od jednego do dziesięciu. Podwoje zgrzytnęły na prowadnicach. Weszliśmy za bramę.

– Proszę mieć ją otwartą – poinstruował pułkownik. Trzymał się prosto, ale dało się poznać, że był spięty.

Postąpiliśmy kilka kroków naprzód i dla wszystkich obserwatorów wokół zniknęliśmy. Staliśmy między czterema kilkumetrowymi masztami ze srebra i trivium, odpowiedzialnymi za podtrzymywanie iluzji niewidzialności; bezustannie wydawały z siebie przeciągły, niski dźwięk, a pomiędzy nimi co jakiś czas przeskakiwały błękitne iskry. Przed nami, zamiast dalszego ciągu konstrukcji nad kanionem Cabochon, wznosiło się wejście na zupełnie inny Most, nieco węższy, wybrukowany białymi płytami przypominającymi marmur – w rzeczywistości podczas budowy użyliśmy materiału, który tylko w pewnej części był kamieniem. Piął się w górę tak stromo, że dla postronnych wydawał się niemożliwy do podejścia.

Dwa niższe, złotozielone maszty zakotwiczono w starożytnym czarnym moście tuż przed wejściem na ten międzyświatowy. Z daleka droga wydawała się otwarta, ale gdy podeszliśmy bliżej, zamigotała przed nami różowa osłona.

Znając wybory stylistyczne Belinde, czułem ulgę, że nie zamontowała na szczytach masztów figurek jednorożca.

Pułkownik wpatrywał się w milczeniu w widok przed nami.

– Skąd mieliście tyle mocy obliczeniowej? – spytał wreszcie. – Dzieła o podobnej skali powstają przez lata, nawet dziesięciolecia. Czy ten Mag Pustki jest aż tak potężny?

– Na miejscu znajduje się konstrukt z okresu Cesarstwa – odparłem. – Starożytni zaprojektowali ją do ochrony świata, więc pomaga przy podobnych zadaniach, trzeba jej tylko dostarczyć dobrze opracowaną teorię. Nie ma jednak zdolności twórczych, nie potrafi sama obmyślać rytuałów, w dodatku wciąż postępuje według dawnych instrukcji i może mieć swoje zdanie na temat zaproponowanych projektów.

– Proszę się nie obawiać, nikt tego nie ruszy bez ścisłej konsultacji z Arcymagiem – mruknął Archer. – Osobiście dopilnuję, żeby nie próbowano używać lokalnej magii jak młotka do wbijania mostowych pali. Dość długo pracowałem w badaniach, wiem, że z cesarskimi artefaktami trzeba ostrożnie. Pozwoli pan…?

– Proszę chwilę zaczekać. – Zdjąłem z pleców laskę magiczną, rozsznurowałem futerał. Gdyby pułkownik chciał mnie testować, nie będzie lepszego momentu. – Jak wspomniałem, druga strona jest zabezpieczona, ale ostrożności nigdy zbyt wiele. Poza tym na moście występują skróty przestrzenne. – Wskazałem przed siebie. – Jeśli się potkniemy, pan złapie równowagę, ale ja mogę mieć problem.

Przesunąłem palcami po symbolach, przypominając sobie ich kolejność. Ciekawe, ale wyczuwałem w przedmiocie rezonans Amandine, chociaż moja narzeczona nie dysponowała żadną własną mocą. Odniosłem wrażenie, że jest jakby… żywy. „Pożyczyła mi ciebie z własnej woli – pomyślałem – działaj dla mnie chociaż przez jakiś czas, proszę”.

Archer wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami. Uderzyło mnie, że subtelnie zamieniliśmy się rolami, teraz ja byłem u siebie, czułem się tutaj swobodnie. Mowa nie sprawiała mi trudności.

Przesadziłem? Domyślił się?

– Jest pan użytkownikiem Zagłady Gwiazd – wypalił tymczasem pułkownik. – Na Pustkę! To wiele wyjaśnia. I Weyland tak po prostu wypożyczył wam prototyp na wyprawę? Bez zgody Biura?

Wskazałem głową w stronę Mostu.

– Opłaciło się. Stoimy tutaj, żyjemy. Naprawdę chce pan mówić o tym z Biurem?

Oj, panie Arcymagu. Mam wrażenie, że musimy o czymś szczerze porozmawiać.

– Na pewno najpierw zwrócę się do Weylanda. Otworzy pan?

Przesłałem pół jednostki mocy i wymruczałem kilka dźwięków. Ustaliliśmy niewerbalne hasło, prostą melodię; to się trochę niefortunnie kojarzyło z Lucjuszem, ale Belinde nie chciała, żebym ryzykował zająknięcie w razie konieczności szybkiego otwarcia lub zamknięcia bramy. Nuty mogły być fałszywe, we wzór wpisano pewną tolerancję.

Różowa osłona zadrżała i rozpłynęła się w powietrzu.

– Czy w razie czego będę mógł ją otworzyć? – spytał pułkownik.

– Jest spersonalizowana. – Pokręciłem głową. – Tylko dla kilku osób. Łatwo sobie wyobrazić, co by się mogło w przeciwnym razie stać.

– Proszę jej zatem nie zamykać za nami. – Głos Jamesa Archera lekko zadrżał. Zmarszczyłem brwi. Boi się? Naprawdę? Trudno mi w to było uwierzyć. Spojrzałem przed siebie. Wiedziałem, że eleganckie mosiężne barierki stopniowo przekształcają się w zamknięty tunel, który przebiega przez żywą Pustkę. Pracowałem nad nim tak długo, że przestało mnie to ruszać. Ale dla pułkownika – i innych podróżnych – najpotężniejsza bariera wzbraniająca przejścia przez Most mogła znajdować się w ich umysłach.

* * *

Zbudowaliśmy Most, myśląc dalekosiężnie; chcieliśmy, aby z biegiem czasu stał się szlakiem handlowym – mimo ryzyka, jakie to ze sobą niosło. Utworzenie połączenia między dwiema częściami kontynentu zatrzymało pogłębiający się proces Rozdarcia, ale to na razie była prowizorka; ponowne zetknięcie się obydwu lądów miało nastąpić za wiele dziesiątek, a może setek lat, i to tylko pod warunkiem ciągłej pracy nad zbliżaniem ich do siebie.

Aby proces łączenia kontynentu nie zakończył się ostatecznie jedną wielką katastrofą dla mieszkańców, Arboria i Bretania musiały także zacząć się zbliżać na innych płaszczyznach. Na razie różniły się pod względem społecznym i technologicznym; liczebność populacji była zróżnicowana, wartości moralne kompletnie się w niektórych kwestiach rozjeżdżały. Ot, choćby imprezy sportowe, tradycyjny sposób na integrację między narodami. Po naszej stronie kontynentu gramy w futbol, i gdy jeden zawodnik spowoduje kontuzję drugiego, zostaje wykluczony z gry do końca meczu. Tymczasem Bretańczycy łamią sobie nawzajem kości na turniejach i uważają, że impreza była nudna, jeśli nie zdarzył się żaden poważny wypadek.

Dopóki jednak jedna strona ma coś, czego potrzebuje druga, zawsze można nawiązać handel. Wspólne interesy łączą ludzi dużo skuteczniej niż piękne słowa i podniosłe ideały. Pod warunkiem że obydwie strony najpierw nie pozabijają się nawzajem.

Na Moście mogły się minąć – z pewnym trudem, ale zawsze – dwa dyliżanse. Już sobie wyobrażałem, jak ten międzyświatowy szlak może się zakorkować. Nie martwiły mnie natomiast obciążenia. Wcześniej nawet bym o tym nie pomyślał, ale Kathryn wzięła wszystko pod uwagę; przez okrągły tydzień nie wypowiadała się na inne tematy. Czułem się, jakbym uczestniczył w kursie z wytrzymałości materiałów.

Tak naprawdę nasz Most miał konstrukcyjnie niewiele wspólnego z prawdziwymi mostami spinającymi brzegi rzek lub kanionów. Pod względem technicznym stanowił ciąg komnat, krótkich łączników spojonych za pomocą run przestrzennych i innej magii ciężkiego kalibru. Zasilał się automagicznie i przetwarzał moc Pustki za pomocą podobnego mechanizmu, jaki Lucjusz zaprojektował dla wehikułu połączonego z Wyrocznią. Tyle że Most czerpał skażoną energię wyłącznie z zewnątrz, nie szkodząc żadnemu ze światów. I tylko taką porcję, jaką na bieżąco zużywał każdy łącznik, nie więcej… No, uwierzcie mi po prostu, że zrobiliśmy to z głową.

Teraz, poza odgłosem naszych kroków i leniwym cykaniem detektorów, które wykrywały promieniowanie tła, panowała tutaj cisza. Dźwięki na Moście były lekko stłumione, zakrzywiona przestrzeń szybko zwracała echo. Minęliśmy pierwszy odcinek – ten, który tak stromo wyglądał. W praktyce nie czuło się podejścia pod górę. Wbrew pierwszemu wrażeniu maszerowaliśmy niespełna dziesięć minut. Archer nabrał trochę pewności siebie, uważnie badał otoczenie. Znajome runy i figury geometryczne były wszędzie; wtopione w kamień i metal, spiralnie opasały tunel od wewnątrz. Dobrze, że pułkownik nie znał mojego charakteru pisma, bo wyglądały bardzo charakterystycznie. Powstrzymywałem się od sięgania do nich mocą, żeby sprawdzić po raz tysięczny, czy działają prawidłowo.

Zbliżaliśmy się do Bariery, poza którą tunel prowadził już przez żywą Pustkę. Na pierwszy rzut oka nie dało się tego poznać, ściany nie miały okien, żeby nie obserwować przez nie otoczenia.

Archer, który przyglądał się runom prawie tak samo uważnie jak ja, uniósł brwi.

– Co to znaczy? – spytał, wskazując na symbole. – Rozpoznaję co drugi znak; wiem, że połowa z tego to magia Pustki. Ale teraz wzór wygląda nieco inaczej.

– Właśnie w tym obszarze przekraczamy Barierę – odparłem. – Skrót przestrzenny jest wyraźnie odczuwalny, więc proszę się przygotować. Nie będziemy iść dalej, znudzi się pan tylko. Przez większość drogi Most wygląda bardzo podobnie.

– Skrót przestrzenny. – Pułkownik wyraźnie się zadumał. – Kolejny raz używa pan tego terminu. Brzmi prawie jak teleportacja ludzi. Czysta fantastyka.

Skinąłem głową. W tradycyjnej magii teleportacja istot żywych, z układem nerwowym bardziej skomplikowanym niż u karalucha, była niemożliwa.

– Magia Pustki jest przecież magią przestrzeni – zacząłem wyjaśniać i zamilkłem. Ale pułkownik już podchwycił tę myśl.

– Szlag. – Popatrzył na mnie wstrząśnięty. – Czy to znaczy, że Nadworny Mag Bretanii potrafi się teleportować?

„I teraz mógłby znajdować się wszędzie – wyczytałem w jego oczach. – Wypuściliście na świat starożytną plagę – Maga Pustki”. Westchnąłem.

– Kiedy ostatnio sprawdzaliśmy, miał z tym problemy natury matematycznej. Bretańczycy też stracili sporo wiedzy, jeśli chodzi o magię. Nie opracowali takiego systemu powszechnej wymiany publikacji jak my.

– Ale teoretycznie mógłby?

– Praktycznie nie może – odparłem z nadzieją, że w moim głosie nie słychać frustracji. Ślęczałem nad tym przez ostatnie kilka miesięcy. Tyle że ponowne odkrycie zaklęć teleportacyjnych było chyba równie proste jak rozwiązanie problemu kwadratury koła. – Wielki Mag rozmawiał z Margueritte, a nie da się wziąć do pomocy tęższej głowy, i nadal nie może. Zaczniemy się martwić, jak wykopie jakieś starożytne zaklęcia.

– Na litość Wędrowca. Ja rozumiem, wolny dostęp do wiedzy, wymiana akademicka, cała Meg, ale proszę przetłumaczyć de Breville, żeby niczego więcej już go nie uczyła. – Pułkownik sięgnął do kieszeni płaszcza. – I wolałbym przed tym skrótem przestrzennym zatrzymać się na papierosa. Czy wolno tutaj palić?

– Jasne. – Skinąłem głową, zastanawiając się, ile czasu w poszczególnych komnatach będzie się utrzymywała woń tytoniu. Odpowiednie runy, starannie zaprojektowane przez samą Belinde, zapewniały ciągłą wymianę powietrza. – Rozumiem, że wejście za Barierę może robić wrażenie. Ja się przyzwyczaiłem. Czasami ekipa spędzała tutaj całą dobę, bez snu. A wtedy trzeba było jeszcze pilnować osłon.

Archer zwinął tymczasem papierosa i zamknął go zwilżonym palcem. Zerknął na wykrywacz na nadgarstku. Tło oscylowało wokół trzech, czterech mikromerlinów.

– Muszę chyba zacząć więcej wymagać od major Jacqueline – mruknął. – Zastanawiam się, ile razy Szalona Meg prawie pana zabiła. Ale to rozwija, jak widzę. Przede wszystkim interesuje mnie technika, jakiej użyto do osłonięcia tego tunelu przez skażeniem. Podejrzewam, że działa podobnie jak Bariera.

– Długo by wyjaśniać, panie pułkowniku. – Zastanowiłem się. – I sam przecież nie znam wszystkich szczegółów. Ale całość zapisano w dokumentacji.

– Czyli z tego, co wiem, wychodziłoby, że jest ich dwoje. – Pułkownik z wyraźną ulgą zaciągnął się dymem. – Obecna Nadworna Magini i ten, który pracował przy moście, a poprzednio pełnił funkcję Nadwornego Maga. I mają smoka. Wszelkie moce, smoka. – Pokręcił głową.

Przez chwilę w milczeniu delektował się papierosem. Bardzo się starałem nie wyglądać na nieszczęśliwego; tunel nie miał zawietrznej, a gust pułkownika grawitował w stronę szczególnie śmierdzącego gatunku tytoniu. Wśród czarodziejów akademickich, zwłaszcza tych, którzy spędzali sporo czasu przy stołach alchemicznych, spotykało się niewielu palaczy. Z nałogów preferowaliśmy mniej szkodliwą i bardziej sprzyjającą produktywności kawę.

Wtedy właśnie poczułem coś zupełnie innego, znajomego… ni to wrażenie, ni to zapach. Taki, który tylko ja potrafiłem zidentyfikować.

Zdążyłem jeszcze sięgnąć po laskę magiczną. Równocześnie zaterkotał wykrywacz skażenia, niemal przekręcając licznik. Wokół nas rozbłysła metalicznie połyskująca Bańka Kinetyczna, dyskretnie wzmocniona moją własną osłoną – stało się to w ułamku sekundy, zanim dotarł do nas amorficzny, pochłaniający światło strumień skażonej mocy.

W pierwszej chwili pomyślałem, że Most się popsuł; mój puls przyspieszył szaleńczo, niewiele brakowało, a rozwinąłbym wszystkie warstwy osłon chroniących przed Pustką, co byłoby widać nawet w obecności Bańki. Tyle że już wcześniej atakowano mnie skażoną energią i taki skoncentrowany, dochodzący z jednego kierunku strumień wyglądał niezwykle znajomo.

Z milisekundowym opóźnieniem do mojej Bańki dołączyła automagiczna osłona Archera – solidna, zapisana w mosiężnym emblemacie wpiętym w mundur. Odwróciłem się. Sprawca wciąż stał za nami. Podobnie jak bretańscy mnisi Inkwizytorzy był zakryty od stóp do głów, na tym się jednak kończyły podobieństwa. Napastnik miał na sobie srebrzysty skafander do pracy z niebezpiecznymi substancjami – nie rozpoznałem firmy ani modelu – a na plecach niósł pojemnik z ciemnego szkła, umocowany skórzaną uprzężą. Z pojemnika wystawała rurka zakończona zaworem z trivium i właśnie z niej bluznęła w naszą stronę plugawa substancja. Teraz przykręcił zawór, ale nie do końca, i ostrzeliwując nas krótkimi bryznięciami, zaczął biec w stronę wyjścia.

„Nie chce nas zabić. To jest test” – przemknęło mi przez myśl. Tak jak przewidziała Amandine. Pułkownika miałem za plecami; nie mogłem ocenić, czy jest zaskoczony. Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś mógł nasłać agenta z zasobnikiem pełnym mocy Pustki na plecach.

– Uwaga na pojemnik! – krzyknąłem. – Żadnych kul ognistych!

– Thorpe! – warknął Archer. – Łap zaklęcie!

Bez wahania przyjąłem cudzą moc; rozpoznałem Szybkość Pumy. Ruszyliśmy biegiem za napastnikiem, sprawnie omijając ciemne plamy, którymi poznaczył drogę. Chyba coś rzucił, bo chociaż mknęliśmy jak na skrzydłach, dystans się zwiększał. Nad moją głową przefrunęło kilka zaklęć Archera – Unieruchomienie, Większa Senność i coś jeszcze, czego nie rozpoznawałem.

Zaciskałem zęby, wysiłkiem woli powstrzymując się od przetworzenia całego skażenia, jakie miałem w zasięgu. Mimo osłon zdążyło go do nas dotrzeć całkiem sporo, detektory cykały gorączkowo. Dawka była dość silna, żeby wywołać objawy Piętna, i mój instynkt Maga Pustki naglił do działania. Musiałem ją zmniejszyć, ale nie mogłem tego zrobić natychmiast, zdradziłbym się bez żadnych wątpliwości. Niespostrzeżenie rozplatałem nici toksycznej energii, wywołując wrażenie, że rozwiewa się po trochu w miarę, jak biegniemy.

– Thorpe, nie śpij! – zawołał Archer. – Rzuć coś!

– Nie mam… – sapnąłem, skupiając się na kontroli przepływu. Widziałem tę moc. Wiedziałem, co z nią należy zrobić. Pozostawianie jej w formie nieprzetworzonej drażniło jak niewyjęta drzazga. – Nic ofensywnego…

Powietrze zadrgało. Trafiliśmy na skrót przestrzenny. W najgorszej z możliwych chwil zawiodła mnie prawa stopa i poślizgnąłem się na kałuży skażenia.

– Thorpe! – W głosie pułkownika pobrzmiewała nutka histerii. Siedziałem na płytach, przeciwnik zniknął nam z oczu, a ja nadal przetwarzałem na niskich obrotach, zastanawiając się, dlaczego Archer tak na mnie wrzeszczy.

– Thorpe, na Pustkę! – Szarpnął mnie za but, ściągnął mi go z nogi i odrzucił kilka metrów dalej. – Przeszło przez osłony! Ma pan pojęcie, co by się stało, gdyby chociaż kropla tego świństwa dotknęła pana skóry? Cholerni cywile. – Zerknął w dal. – Czego ja się w ogóle spodziewałem po półaktywnym.

Mruknąłem coś przepraszająco. Może podjąłem złą decyzję. Może zamiast pilnować dawek, powinienem się zdemaskować, natychmiast przetworzyć całe skażenie, rzucać zaklęcia, schwytać napastnika.

„Nie” – odpowiedziałem sam sobie.

Intruza przygotowano właśnie na taką okazję. Dostatecznie dobrze, żeby zwiał przed oficerem wywiadu w stopniu pułkownika i jego magią, zakładając, że to nie Archer go wysłał. Wymykał się nam, zanim się jeszcze potknąłem. Opracowano jego interwencję tak, aby sprowokował mnie do reakcji – jeśli byłem do niej zdolny. I zareagowałbym odruchowo, gdyby Amandine mnie nie ostrzegła.

Ale jeszcze się nie odprężyłem. Jeszcze mogłem oblać ten test.

– Zabierajmy się stąd – mruknął pułkownik. – Przekroczyliśmy normy. Co to w ogóle, do jasnej cholery, było?

– Sam chciał… bym wiedzieć. – Zdjąłem płaszcz i rzuciłem go za siebie, w ślad za butem. – Zostawmy odzież wierzchnią. Może nie… jest tak źle. Może nie zauważy… liśmy kropli albo dwóch.

Skinął głową i poszedł w moje ślady. Znów ukradkiem przetworzyłem nieco energii, cykanie detektorów stało się mniej naglące. Pułkownik ściągnął usta; zapewne liczył dawki w myślach. Po chwili odetchnął z ulgą.

– Powinniśmy mieć na składzie eliksiry oczyszczające – stwierdził. – Czeka nas kilka dni leżakowania w infirmerii. Właściwie powinienem tam przenieść sztab, tej sprawy nie wolno tak zostawić. Może pan iść?

– Dam… radę.

* * *

Większą część drogi powrotnej przebyliśmy w milczeniu. Sprawa była poważna. Pracę ze skażoną mocą traktuje się niezwykle restrykcyjnie, istnieją może dwa czy trzy laboratoria w całym Avalonie, które mają na nią rządowe pozwolenie, a ich położenie pozostaje utajnione. Trzeba to robić, żeby udoskonalać metody chronienia się przed Pustką, rekonstruować naruszoną Barierę, zamykać rozpadliny i tak dalej, ale nikomu się to nie podoba. Drobne wypadki ze skażeniem zdarzają się na uczelniach regularnie, zwykła energia magiczna łatwo się degeneruje, jeśli człowiek się z nią nieprawidłowo obchodzi. Na przykład Kathryn wytworzyła skazę podczas egzaminu, wyprowadzona z równowagi przez jedną z egzaminatorek, hrabinę d’Opal. I chociaż poziom promieniowania nie mógł być wysoki, podobne incydenty natychmiast stawiają na nogi lokalną ekipę dekontaminacyjną.

Otwarte korzystanie ze skażonej energii w pobliżu siedlisk ludzkich i używanie jej dla własnych korzyści jest jednym z najsurowiej karanych przestępstw w kodeksie, zaraz po morderstwie z premedytacją.

A ktoś tego człowieka wyposażył. Ktoś go tutaj wpuścił. Gdzieś w pobliżu przechowywano specjalistyczny sprzęt ochronny i spory zapas koncentratu Pustki w płynie, w ilości zdolnej wytruć pół miasteczka. „Będę to musiał znaleźć i przetworzyć” – uświadomiłem sobie. Słabo znałem magię dywinacyjną; to są wszystko specjalistyczne zaklęcia, mało kto się ich uczy. Ale na miejscu stacjonuje cała jednostka magów wojskowych… A może byli zamieszani w sprawę? Jakim cudem udało mu się przejść przez bramę?

Przypomniałem sobie, że Archer kazał zostawić obydwa wejścia otwarte, i zerknąłem na niego podejrzliwie. Szedł lekko przygarbiony, z rękami splecionymi na torsie, pogrążony w myślach. Wokół niego unosiły się łagodne prądy magii. Skanował otoczenie, na wypadek gdyby napastnik ukrywał się gdzieś na Moście.

Jeżeli gniotło go poczucie winy za chwilę słabości albo miał jakieś podejrzenia, nie uznał za stosowne się nimi dzielić.

– Potrzebuje pan treningu – rzekł wreszcie. – Ma pan refleks i przygotowanie teoretyczne, ale nie wykorzystuje pan nawet dziesiątej części możliwości Zagłady. Wyszkolony użytkownik powinien w walce dotrzymywać pola magom. Przepraszam, że spytam, ale pański kłopot to uraz mięśni? Pozostałości Piętna? Problemy neurologiczne? Mamy w armii specjalistów.

– Uszkodzenie… mózgu – odparłem. – Stare. Miałem… szukać medyka, ale dwa mie… siące w tę czy w tę nie zrobią już róż… nicy.

– Dam panu kontakt do najlepszej diagnostki w Avalonie. Zajmuje się między innymi dywinacją obrazu mózgu. Jest Entropistką, potrafi szczegółowo przewidzieć proces degeneracji lub zdrowienia, co pozwala na bardzo precyzyjne interwencje. – Archer westchnął ciężko. – Miała tutaj z nami być, ale w ostatniej chwili zrezygnowała.

Zwinął kolejnego papierosa. Chwilę później puszczał kłęby dymu z ponurym zapamiętaniem. Ja natomiast wytężałem zmysł Maga Pustki, żeby wytropić ślady uciekiniera. Może dlatego, gdy wreszcie otworzyło się przed nami niebo i zaczęliśmy schodzić z powrotem w stronę bramy, pierwszy dostrzegłem zamieszanie. Przy wrotach stało kilku wyraźnie wzburzonych żołnierzy; gestykulowali żywo, sprzeczając się ze starszym mężczyzną w eleganckim wełnianym płaszczu.

Przez krótką chwilę myślałem, że złapali naszego napastnika, po czym uświadomiłem sobie niedorzeczność mojego wniosku. Zaraz się zresztą zorientowałem, że skądś już znam tego dżentelmena. Przybył ze mną do bazy dyliżansem.

A później lekko wstrząśnięty zrozumiałem, że nas widzi. Co więcej, że wszyscy nas widzą.

Cztery srebrzyste maszty przy bramie były nieczynne; nie czułem od nich żadnej magii. Iluzja niewidzialności przestała działać.

Popatrzyliśmy po sobie z Archerem. Szybko schowałem laskę magiczną do futerału i przyspieszyliśmy kroku. Mężczyzna w wełnianym płaszczu uniósł przenośną kulę magiczną. Nagrywał nas, skubaniec.

– Zamorduję – warknął pułkownik.

– Wie pan, kto to jest?

– Oczywiście. Simon Renoir de Pointeferre de Branche de Lazurite, redaktor naczelny „Magazynu Arboriańskiego Towarzystwa Geograficznego”. Reporter. Ci idioci wpuścili tutaj dziennikarza.

* * *

Postawiliśmy nogi na pewnym gruncie. Pułkownik ruszył przed siebie jak taran, ja zostałem z tyłu. Rozglądałem się wkoło, wciąż usiłując namierzyć uciekiniera; ostentacyjnie wystawiałem nadgarstek z detektorem skażenia, a w rzeczywistości węszyłem za Pustką. Ślady energii nadal wisiały w powietrzu, ale zagłuszało ją skażenie, które przynieśliśmy ze sobą (nadal starałem się nie przetwarzać resztek – przychodziło mi to znacznie łatwiej, odkąd dawka nie osiągała szkodliwego poziomu). Wychodziło mi, że jedyna droga ucieczki prowadziła poza krawędź starożytnego mostu, prosto nad kanionem. Musiałby latać, ale to przecież nie było nic szczególnie trudnego dla wprawnego czarodzieja. Pytanie, dlaczego nie wykryły go systemy ostrzegawcze. Na pewno jakieś tutaj mieli.

Archer rzucił tylko okiem w moją stronę, przyjmując do wiadomości, że zbieram tropy, i zostawił mi tę robotę. Wszedł w grupę czterech żołnierzy otaczających redaktora de Pointeferre’a. Starszy dziennikarz trzymał przed sobą kulę jak broń; żaden z wojskowych nie śmiał go choćby złapać za rękę. Oskarżyłby ich o naruszenie nietykalności cielesnej, napaść na przedstawiciela wolnej prasy, cokolwiek. Reporterzy, gatunek, który wyewoluował w warunkach swobód cywilizacyjnych, umieli korzystać ze wszystkich przewag, jakie zapewniało im środowisko naturalne.

James Archer wyglądał, jakby miał zaraz zacząć wydzielać dym przez pory skóry.

– Panie de Pointeferre, to strefa zastrzeżona. Jeżeli pan się stąd natychmiast nie zabierze, dostarczę pańską dupę na złotej tacy avalońskim śledczym za naruszenie tajemnicy wojskowej.

De Pointeferre wyciągnął kulę magiczną w jego stronę.

– Proszę głośniej, pułkowniku Archer. Kula, którą pan widzi, najcudowniejszy sprzęt magiczny szóstej generacji, właśnie przekazuje pańskie słowa mojej sekretarce w Avalonie. Natalie, jak każda wrażliwa młoda dama, może poczuć się wstrząśnięta pańskimi obcesowymi wyrażeniami, ale wśród szerszej publiczności na pewno wzbudzą one aplauz.

– Panie redaktorze – wydusił Archer przez zęby – bardzo mi przykro, ale dla własnego dobra powinien pan wstrzymać tę publikację. Jednostka, w której pan się znajduje, nie powstała, aby zapewniać rozrywkę szerszej publiczności.

– Moi czytelnicy nie szukają prostej rozrywki, pułkowniku! – zawołał redaktor. – Piszemy dla intelektualnej elity kraju, crème de la crème narodu arboriańskiego. Na moich barkach spoczywa ciężar dostarczania regularnych sprawozdań o postępach nauki i techniki oraz przełomowych wydarzeniach w kraju i na świecie. Przybyłem tutaj, aby udokumentować najnowsze osiągnięcie automagii, niesamowity i zapierający dech w piersiach statek latający. – De Pointeferre szerokim gestem wskazał statek w oddali. – Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy ni stąd, ni zowąd ujrzałem most sięgający ku niebu, ciągnący się aż do Bariery! Chciałbym przekazać naszym czytelnikom, czy pewne pogłoski zasłyszane przy kielichu, jakoby odkryto drogę do Utraconej Bretanii, były prawdą.

Skończyłem badać skażenie okolicy i cofnąłem się znad bariery mostu. No tak. Burmistrz Hardy nie wytrzymał presji. Swoją drogą ciekawiło mnie, ile procent miała presja.

– Redaktorze de Pointeferre. – Pułkownik powoli się uspokajał. – Rozumiem, że wiedza musi być wolna, ale chciałbym też zaapelować do pańskiej odpowiedzialności za słowo. Utracona Bretania? Jak w powieścidłach madame Chateaubriand? Rzeczywiście, brzmi jak plotka usłyszana w barze. Musi pan przecież zdawać sobie sprawę z tego, że przy Barierze prowadzone są czasem badania naukowe i większość z nich nie trafia do publicznej wiadomości również dlatego, że zanudziłyby czytelników. Poza tym właśnie mieliśmy tutaj do czynienia z pewnym incydentem i dopóki go nie wyjaśnimy, pańskie działania krzyżują nam szyki.

– Ależ, panie Archer… – Redaktor uśmiechnął się przewrotnie. – Może pan próbować mydlić oczy, ale nawet pan nie zatrzyma drogi prawdzie.

– Raczej plotkom starych bab. – Pułkownik rzucił niedopałek papierosa i zgniótł go obcasem. – Prowadzę pewne śledztwo. Zgodnie z prawidłami sztuki powinienem zatrzymać pana w areszcie do czasu wyjaśnienia sprawy i zarekwirować pańską kulę. Ale postanowiłem być życzliwy i udzielić panu wywiadu, żeby wyjaśnić nieporozumienia. Opowiedzieć o statku latającym… Jeśli nadal zamierza pan rozpowszechniać nieprawdę, pójdę do konkurencji. Ośmieszy się pan.

Dokuśtykałem do pułkownika.

– Sir – powiedziałem, starając się robić wrażenie fachowca, mówić rzeczowo i bez zająknięcia. – Jesteśmy nadal zbyt mocno skażeni, żebym wywnioskował coś konkretnego.

Redaktor cofnął się parę kroków.

– Oznakowałbym strefę wysokiej kon… taminacji – dodałem. – Duszosmok jednak trochę… zamieszał.

– Przynajmniej Bariera pozostała nienaruszona. – Archer wszedł w grę. – Ile czasu mamy, zanim się wystrzela? Jeszcze tydzień? Dwa?

– Dwa, żeby weszła… ekipa dekontaminacyjna – westchnąłem. – Chodźmy do infirmerii. Redaktorze, pan też.

– Co?! To oczywista opresja…

Z kamienną twarzą podstawiłem mu wykrywacz pod nos, a później powoli obniżyłem w stronę butów. Cykał na jakieś piętnaście, dwadzieścia mikromerlinów, niewiele powyżej tła, i większość z tego emitowałem sam. Nie sądziłem, żeby de Pointeferre natknął się na skażenie w tej odległości od bramy. Ale liczyłem na to, że starszy dżentelmen, jak większość obywateli Arborii, nie ma większego pojęcia o działaniu liczników i dokładnie żadnego o normach poziomu promieniowania. Tak, prowadził najlepsze czasopismo popularnomagiczne w kraju, ale wiedziałem dość dużo o redaktorach naczelnych i ich braku szacunku dla materiałów źródłowych, żeby się tym nie przejmować.

– No nie wiem. – Sceptycznie pokręciłem głową. – Oj, nie wiem.

* * *

Ponieważ musiałem grać swoją rolę konsekwentnie do końca, nie dało się uniknąć zamknięcia w izolatce. Leżałem na żelaznym łóżku wyłożonym twardym materacem i czekałem, aż minie dość czasu od zażycia eliksiru przeciwskażeniowego, aby móc wreszcie przetworzyć całą toksyczną magię. Zawartości nocnika, za przeproszeniem, nie badano za pomocą liczników; od razu trafiała do wspólnej puli niebezpiecznych odpadów.

Ludzie nieutalentowani magicznie i czarodzieje, którzy jeszcze nie przeszli transformacji, źle znosili oczyszczanie za pomocą eliksirów. Poddawałem się tej procedurze kilka razy w życiu i potrafiłem dość wiernie naśladować symptomy. Przy dawce, jakiej musiałem się pozbyć, wystarczyło parokrotnie zwymiotować. Wiedziałem, że mnie to wyczerpie. Od czasu choroby trochę przybrałem na wadze, ale słabo przyswajałem pożywienie i zbyt intensywnie pracowałem w Bretanii, żeby w pełni odzyskać formę; brakowało mi mniej więcej dziesięciu kilogramów, żeby wyglądać i czuć się w miarę dobrze. A tego dnia jeszcze nie jadłem obiadu.

Szpitalne okno zasłaniały muślinowe firany; pościel była pożółkła, lecz świeża i starannie wykrochmalona. Poprosiłem o kulę, żeby skontaktować się z Amandine, ale mi zabroniono. Moje przedmioty osobiste, włącznie z laską magiczną, od razu poszły do dekontaminacji. Bałem się, że Zagłada zaginie – w bazie nadal mógł się czaić nasz wróg – ale Archer zapewnił mnie, że podjął wszelkie możliwe środki ostrożności.

Jemu oczywiście nie zakazano się z nikim komunikować. Dla pułkownika można było dekontaminować kulę magiczną nawet co godzinę. Zastanawiałem się, co planuje; pewnie krążył po izolatce, otaczając się kłębami dymu jak ludzka fabryka i wydawał ludziom rozkazy przez drzwi. Nieuchronnie musiało dojść do konfliktu z Blackthornem. Podpułkownik nie wyglądał mi na kogoś, kto dobrze zniesie sugestię – choćby i zawoalowaną – że w szeregach jego ludzi być może schronił się zdrajca.

Zastanawiałem się, czy powstrzymaliśmy redaktora. Raczej tylko go opóźniliśmy i rozbudziliśmy jego ciekawość. Eliksir mu nie zaszkodzi; nie miał czego się pozbywać z organizmu. Relacja o nowo wybudowanym Moście do Utraconej Bretanii czekała jedynie na odpowiednią chwilę, przygotowana i przesłana przez kulę magiczną sekretarce. Jeśli cokolwiek potwierdzi podejrzenia de Pointeferre’a, numer specjalny „Magazynu” wyskoczy jak diabeł z pudełka, byle zdążyć przed konkurencją.

Ciekawe czasy zbliżały się szybciej, niżbym chciał.

Rozległo się pukanie do drzwi, a później skrzypienie. Do izolatki weszła major Jacqueline, niosąc ciemnoczerwone ceramiczne pudełko. Usiadłem na łóżku i powitałem ją skinieniem głowy.

– Pułkownik pozdrawia i przekazuje życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. – Położyła pudełko na stoliku obok łóżka. – Mówi… przepraszam, ja tylko powtarzam jego słowa… żeby pan się posilił, jak pan tylko przestanie rzygać.

Wstyd się przyznać, ale wyszedłem z roli. Przysunąłem sobie pudełko, łakomie podniosłem wieczko i wciągnąłem zapach doloriańskiej wołowiny w słodkim sosie, z groszkiem, papryką i smażonym ryżem. Jacqueline prawie się roześmiała.

– Widzę, że eliksir bardzo panu nie zaszkodził.

– Trochę… mnie kręci… w żołądku – powiedziałem. – Ale widzi pani… jestem zawsze głodny.

– Ależ, panie Thorpe, proszę tylko nie zmarnować tego posiłku.

– Niech się pani… nie… obawia. – Zacząłem dłubać w potrawie widelcem z nadzieją, że zabieram się do jedzenia dostatecznie powoli, żeby realistycznie odgrywać chorego z problemami żołądkowymi. – Skoro już… pułkownik spełnia moje… życzenia, może poroz… mawiam z moją narzeczoną?

– Powiadomiliśmy już Arcymaga Weylanda, że powinien przyjechać i wziąć ze sobą panią Cerise. Um… panie Thorpe. Mogę o coś zapytać?

– Proszę.

– Mam do pana pytanie w sprawach zawodowych. – Major odetchnęła nieco nerwowo. – Tylko proszę, żeby to nie wyszło poza ściany tej izolatki.

Uniosłem brwi.

– Jasne.

– Pracował pan dla lady de Breville, podobnie jak ja pracuję dla pułkownika. – Spuściła wzrok. – Od mniej więcej dziesięciu lat. To trudny człowiek, panie Thorpe. On wierzy… on naprawdę wierzy w swoją szczerość, dobroć i uczciwość. Ale… łatwo traci opanowanie. Chodzi o drobiazgi, panie Thorpe. Temperatura wody do golenia. Odpowiednio zaparzona herbata. I jest pamiętliwy. Mściwy.

Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Woda do golenia? Jacqueline była wojskowym w stopniu majora. Półaktywnym magiem, a nie pokojówką. Herbata? Zajmowałem się przy Meg takimi rzeczami tylko dlatego, że lubiłem porządek i wygodę, a ona miała tendencje do zaniedbywania siebie.

– Słyszałam, że lady de Breville… też była trudną szefową. Że pan się przy niej prawie zaharował na śmierć. Może ma pan dla mnie jakieś rady. Sposób, żeby poprawić sytuację albo… rozwiązać ją tak, aby nie chciał się mścić. – Wstrzymała oddech. – No wie pan, rozmawiać z ludźmi po moim odejściu.

– A zrobił na mnie… wrażenie… normalnego.

– Bo czegoś od pana chce. Bo wyłazi ze skóry, żeby pana zwerbować. Z powodu pańskich kontaktów stał się pan kluczowym zasobem strategicznym, a Archer to dobry strateg.

Dlaczego właściwie Jacqueline mi się zwierzała? Z pewnością czuła się odizolowana. Ludzie w takiej sytuacji podejmują czasem desperackie kroki, ale ona w ogóle mnie nie znała, nie wiedziała, czy byłem godny zaufania. To jej mogło przecież potencjalnie zaszkodzić. Oczywiście nie wykluczałem, że w grubych naręczach dokumentów, jakie sortowała dla Archera, znalazł się mój pełen profil psychologiczny.

– De Breville… naprawdę jest uczciwa – odpowiedziałem. – Współpracowaliśmy… zgodnie. Dwójka pracoholików. W pani sytuacji… poszukałbym… dobrych sojuszników, żeby wstawili się na wypa… dek odejścia. Stali za pani… plecami i nie dali zniszczyć reputacji. Nie naprawi pani człowieka. Jest, jaki jest. Ale inni… też mogą go znać. To podejrzane, jeśli wyższy stopniem zbyt chętnie roz… puszcza plotki o pracowniku.

– Ale de Breville przyczyniła się do połączenia Bretanii z Arborią – wypaliła major. – I do powrotu Magów Pustki. Mówił pan, że lady Chamomille brała kluczowy udział w budowie mostu…

– Tak…? – Nie byłem pewien, co ma znaczyć ta nagła zmiana tematu.

– Czytałam pewne manuskrypty, zanim spotkaliśmy się z panem. Wie pan, że zamiast opóźnić Rozdarcie, pana szefowa i jej przyjaciółka mogły jeszcze je przyspieszyć?

Odłożyłem widelec.

– Skąd… ma pani… takie informacje?

– Wywiad i Gildia grają w kotka i myszkę, nie tylko w tej jednej sprawie. – Jacqueline zacisnęła usta. – Gildia prowadzi swoje badania, Biuro swoje. Niektóre obszary się nie pokrywają. Powszechnie się podejrzewa, że w obrębie Gildii znajduje się wewnętrzny krąg, który zajmuje się zastrzeżoną wiedzą. Chodzimy jak ślepi we mgle. Wszyscy na tym tracą. I chcę wierzyć, skoro lady de Breville jest według pana uczciwym człowiekiem, że działała w dobrych intencjach, ale opierała się na niewystarczających danych.

– Czy mogłaby… mi pani przekazać… skopiować choćby część… – zacząłem.

– Proszę zjeść do końca – zniżyła głos. – I zajrzeć pod denko pudełka. Proszę, błagam, niech pan tego nie pokazuje Weylandowi. W jego uczciwość trudno mi uwierzyć. Wiem, widzę, jak pan na mnie patrzy; nie mam najlepszych doświadczeń z wysoko postawionymi czarodziejami. Proszę szczerze powiedzieć: czy na pewno o wszystkim zawsze panu mówili?

Zakrztusiłem się ziarenkiem ryżu i przez chwilę usiłowałem je odkaszlnąć. Jacqueline sprawdziła, czy się nie duszę, a potem poczekała, aż odzyskałem oddech.

– Niech pan to przeczyta. I niech pan zrozumie, że sama obecność Magów Pustki, sam fakt, że żyją, przetwarzają moc i mają teraz dostęp do siatki geomagicznej Arborii, może doprowadzić do ponownego rozpadu świata.

* * *

Na gałęzi bezlistnej gruszy ulęgałki, obsypanej małymi zbrązowiałymi owocami, siedział szpak i czyścił się pod skrzydłem. Amandine Cerise trzymała kawałek węgla drzewnego na wysokości oczu, starając się ocenić perspektywę.

Nie chciało jej się wychodzić z domu i szukać lepszego krajobrazu. Sfatygowane deski skrzypiały pod jej stopami, kiedy przenosiła ciężar ciała z nogi na nogę, usiłując przyjąć wygodną pozycję przy sztalugach wciśniętych w kąt werandy. Na ramiona zarzuciła gruby pled. Z wdzięcznością przyjęła propozycję gospodyni, aby napalić w kominku; będzie jak znalazł, gdy zmarznie i postanowi skryć się w chałupie. Mgła podnosiła się znów z oszronionej trawy, zwiastując odwilż.

Oddając Vincentowi laskę magiczną, nie sądziła, że bez niej będzie się czuła tak nieswojo. Nie używała jej od dłuższego czasu, a mimo to przywykła do tej ciągłej, milczącej obecności. Próbowała się skupić na pracy dla Gildii Bretanii, ale wreszcie nie wytrzymała, rzuciła papiery w kąt i poszła niszczyć świeże płótno. Uważała, że po długiej przerwie i tak skończy się na koślawych bohomazach. Ale kiedyś szkicowanie ją odprężało. „Przecież się nie obijam – powiedziała do siebie – w gruncie rzeczy to też jest moja praca”.

– Witam, panno Cerise – usłyszała znajomy głos dobiegający od strony schodów. – Cieszę się, że widzę panią w dobrym zdrowiu.

Amandine odłożyła węgiel na stolik, obok garści miękkich ołówków i nieco zużytej gumki chlebowej. Andreas Weyland wszedł po stopniach, wprawiając w drżenie całą werandę.

– Nie mam jej – odezwała się Amandine, zgadując, że w nieobecności jej narzeczonego Arcymag mógł się tutaj zjawić tylko w jednym celu. – Pożyczyłam Vincentowi.

Weyland pytająco uniósł brwi.

– No, niech pan nie udaje – westchnęła. – I tak długo ją pan ze mną zostawił. Pomyśleć, że nie znosiłam czarodziejów, a teraz administruję całą ich gildią, w najbliższym czasie wychodzę za jednego z nich i sama posługuję się magią. Pewnie chciałby pan wiedzieć, że laska magiczna potrafi już się ładować bez cudzej pomocy. Kradnie nadwyżki energetyczne czarodziejów podczas ich snu. Vince nawet tego nie zauważa. Ma tak silne Źródło, że w ciągu nocy wszystko odrabia. To może mieć znaczenie, gdybyście chcieli wyprodukować ich więcej.

– Doceniam pani uwagę – odparł Arcymag.

– Ma jeszcze jakieś… skutki uboczne? Czy może na przykład opóźnia proces starzenia? – Amandine sięgnęła po przybory i udała, że znowu skupia się na szkicu, ale węgiel zadrżał w jej dłoni.

– Niestety, nie.

– Cóż, warto było spytać. – Odwróciła się. – Bądźmy szczerzy. Szczerość to dobry początek. Prawdę mówiąc, wcale nie zamierzam jej oddać.

– Spodziewałem się tego.

– Ale nie chcę też jej ukraść – dodała Amandine. – Porozmawiajmy w imieniu Triumwiratu Królestwa Bretanii.

Weyland splótł dłonie i uniósł kąciki ust w mieszaninie rozbawienia i zakłopotania. Nie traktował jej poważnie. Przyszedł, żeby ostatecznie zamknąć rozdział jej krótkiej przygody w obcym świecie. Może z perspektywy długowiecznego czarodzieja nie rozumiał, jakie zmiany mogą nastąpić w życiu człowieka podczas zaledwie kilku miesięcy. Na pewno wiedział, jaką funkcję pełniła Amandine podczas wojny w Bretanii, ale artystka nie sądziła, żeby suche, konkretne raporty Margueritte oddawały istotę sprawy.

Kiedyś, dawno temu, panna Cerise bała się czarodziejów. Teraz rozumiała, że mimo wielowiekowego doświadczenia, wiedzy i mocy pozostawali tylko ludźmi.

Niespiesznie odłożyła węgiel, wytarła palce w chusteczkę, rozsiadła się wygodnie na ławie i gestem zaprosiła Arcymaga.

– Proszę – powiedziała. – Nie będziemy dyskutować na stojąco.

– No dobrze – westchnął Weyland. – I co takiego mogłaby mi pani zaproponować za reglamentowany prototypowy artefakt, stworzony na potrzeby wojska i niedopuszczony do produkcji z powodu silnych zastrzeżeń ze strony władz?

Amandine oparła łokcie na stole.

– Do rozmów o artefakcie przejdziemy później. Na początek chciałabym zapytać, czy nie mógłby pan polecić kilku sprawnych techników magii. Oraz paru adeptów ze świeżym dyplomem, którzy pragnęliby odbyć staż, żeby załapać się na etat w stolicy. Utracona Bretania będzie dobrze wyglądała w życiorysie. Zatrudniamy. Płacimy prawdziwym złotem. Pewnie umieści pan wśród nich swoich szpiegów, ale co mi tam. Meg się sprawdziła.

– Panno Cerise… – Arcymag się roześmiał.

Amandine machnęła dłonią.

– Rozmawia pan właśnie z ministrem obcego rządu. Proszę o odrobinę powagi. Naprawdę sądzi pan, że moje stanowisko jest malowane? A może uważa pan, że Vince, konstruując Most i biegając z miejsca na miejsce, żeby oczyszczać skażenie wszędzie, gdzie go zaciągnie regentka von Feuerstein, jakimś cudem znalazł jeszcze pięć minut na zorganizowanie Gildii?

Jowialny uśmiech zniknął z twarzy Arcymaga. Aż się wzdrygnęła, jakby zrzucił maskę; nagle zwróciła uwagę na jego blizny i złamany nos. Przypomniała sobie, że Weyland ma ponad trzysta lat.

– Ilu ludzi ma pani w swojej Gildii? – spytał spokojnie. – Dwudziestu, trzydziestu? Mniej więcej tylu, ilu zatrudnia morski instytut w Brightwater albo inna nieduża jednostka. Ilu zostało czarodziejów w Bretanii? Zresztą i wcześniej musiało ich być kilkukrotnie mniej niż w Arborii ze względu na populację. Dopóki Liliana nie dorośnie albo nie znajdziecie innego sposobu na aktywację Źródeł, rzeczywiście musicie werbować Arboriańczyków.

Amandine wstrzymała oddech z oburzenia. Czy Arcymag jej grozi?

– Chcę, żebyście się rozwijali – dodał. – Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ktoś skorzystał z chwilowej słabości kraju po Drugiej Stronie. Konflikty zbrojne nie służą stabilności siatki geomagicznej i nie mogę pozwolić, żeby jedyny Mag Pustki na obydwu kontynentach znowu uciekł mi do Bretanii. Ale nie będę pani poważał bardziej niż dyrektora jednego z prowincjonalnych zagranicznych instytutów. Zatem słucham. Co Nowy Triumwirat może zaproponować arboriańskiej Gildii Magów?

Zamknęła oczy. Margueritte, która spędzała czas głównie na rekonwalescencji, pomogła jej z papierami. Ten pomysł miał ręce i nogi. Musiało zadziałać.

– Chciałabym, abyśmy ustanowili międzynarodowy projekt badawczy – powiedziała – w celu eksploracji zabytków pozostałych po Cesarstwie Triumwiratu, a znajdujących się na terenie Bretanii. Jeżeli pan pozwoli, pójdę po teczkę. Pokażę, czego potrzebujemy i co może pana zainteresować. Proponuję wspólne finansowanie, ale chcę, żeby ekipy zobowiązały się do pracy pod nadzorem Gildii Bretanii. Oraz okazjonalnej pomocy mieszkańcom, oczywiście w ściśle wytyczonym zakresie.

Z satysfakcją patrzyła, jak zaskoczony Weyland poprawia okulary. Jego twarz ponownie rozjaśniła się szerokim, szczerym uśmiechem.

– Chyba tego jeszcze pani nie mówiłem, ale jest pani najlepszą niespodzianką, jaka przydarzyła się w ostatnim czasie obydwu kontynentom.

Pokręciła głową z rozbawieniem. Komplementy, stara broń dyplomatów. Arcymag kontynuował.

– Ale przyszedłem tutaj nie tylko po to, aby zapytać, jak radzi sobie pani z Zagładą Gwiazd… Zna pani tę nazwę?

– Od Lucjusza.

– No tak. Potrzebuję z pani strony koleżeńskiej pomocy. – W oczach Arcymaga zamigotał złośliwy ognik.

– Proszę sobie darować.

– Potrzebuję skorzystać z kuli magicznej, a moja się zepsuła. Publiczna kula w budynku poczty nie budzi szczególnego zaufania. Wiem, że ma pani jedną na składzie.

– Panie Arcymagu… – zaczęła Amandine groźnym tonem – to już przestaje mnie bawić.

– Ależ naprawdę nie zamierzam grzebać w żadnych zapiskach. – Weyland wyjął rękę z rękawa płaszcza i przetarł okulary pomarańczowożółtą doloriańską koszulą. – Nieważne, czy trzymacie tam ściśle tajne dywinacje Gildii, czy przepisy na placki po bretańsku. Muszę pilnie porozmawiać z Meg. Nie przejmę się, jeśli będzie mi pani patrzeć przez ramię.

* * *

W kominku trzaskały bierwiona. Wokół unosiły się zapach świeżo pokostowanego drewna i woń rosołu docierająca z kuchni. Usiedli przy stole przykrytym lnianym obrusem w ludowe wzorki; Weyland zdjął poduszkę z krzesła i podłożył ją sobie pod plecy. Oglądali przedstawione przez Amandine dokumenty. Próbowali od pół godziny złapać kontakt z Margueritte, ale czarodziejki widocznie nie było w okolicy.

Wreszcie kula zareagowała. Andreas Weyland zrobił jakiś gest; Amandine zrozumiała, że rzucił zaklęcie. Lekko zmarszczyła brwi, nie podobało jej się czarowanie w jej obecności bez żadnych wyjaśnień.

Pod szkłem zawirowało mgliste światło i powietrze wypełnił metalicznie brzmiący, jakby mechaniczny głos.

– Vince? I co, udało się? Przyszło mi do głowy jeszcze parę pomysłów, jak sobie z tym poradzić.

– Margueritte? – Weyland uniósł brwi z niedowierzaniem. – Nie rozmawiasz z Vincentem, tylko ze mną.

– A co, masz pluskwę w kuli?

– Nie na sto procent, ale wolę dmuchać na zimne.

Amandine żachnęła się, spoglądając w stronę Arcymaga. Mógł jej powiedzieć, przecież i tak nie wierzyła, że jego kula mogła się zepsuć.

– Syntetyzujesz głos?

– Muszę – odparła Margueritte. – Nie mogę przecież nawiązać z tobą połączenia telepatycznego. Szkoda, że wcześniej nie znałam tego zaklęcia, przydałoby się Vincentowi. Chociaż może lepiej niech ćwiczy…

– Meg. Nie mamy też obrazu.

– Naturalnie, przecież go wyłączyłam. – Z drugiej strony rozległ się zduszony kaszel, który mógł być śmiechem. – Jestem nieuczesana. Nie mam ochoty pokazywać się ludziom.

– Rozumiem, ale jeśli cię nie widzę i słyszę tylko iluzję, mam prawo wątpić, czy rozmawiam właśnie z tobą.

Kula rozjaśniła się lekko, obraz stopniowo się wyostrzył. Amandine i Weyland patrzyli teraz na chudą dłoń. Ciemne żyłki prześwitywały przez bladą skórę. Dłoń uniosła się i chwyciła kulę; przez moment obydwoje oglądali linie papilarne. Na koniec obraz skupił się na małym czarnym, puchatym zwierzęciu. Śliwka leżała na zmiętym zielonym szalu, tak zrelaksowana, jak tylko mogła być w obecności domownika, i myła sobie łapę. Ujrzawszy Weylanda w kuli magicznej, miauknęła leniwie.

– Margueritte…

– Chciałeś dowód, masz dowód. Żadne wraże siły nie zmuszą jej do posłuszeństwa.

– Skontaktował się ze mną Archer – zaczął Weyland. – Mówi, że był incydent na Moście. Kod czerwony albo czarny, nie potrafi albo nie chce mi tego powiedzieć.

Śliwka ponownie miauknęła.

– …Ale Vincent wyszedł z tego czysty?

– Zbyt dobrze znam Archera. Przede mną nie potrafiłby ukryć, że wie.

– Brama…?

– Jest. Ale już jej nie maskuje żadna iluzja.

– Cholera. Belle pewnie rozmawia teraz z Gwen. Nie mogę nawiązać z nią kontaktu. Ostrzegę Kathryn, o to się nie martw. Kogoś podejrzewasz?

– W tym sęk, baza stoi tam już od dwóch miesięcy. Każdy, kto do tej pory chciał się dowiedzieć, co się dzieje, i miał dostęp do odpowiednich władz, mógł to zrobić. Dotrzemy na miejsce i zorientuję się, co się tam naprawdę stało. Mam do ciebie ogromną prośbę. Margueritte, czy mogłabyś sprawdzić, co porabia Iglica?

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

– Potraciłam kontakty – odezwała się wreszcie Meg. – Weylandzie, to było ponad sto pięćdziesiąt lat temu. Oczywiście minęło dość czasu, żeby się poskładali, ale… Za kilka dni ruszę się z domu i spróbuję coś znaleźć. Skąd podejrzenia? Jak sam powiedziałeś, to mógł być ktokolwiek.

– Znajdują się w puli kogokolwiek. Ja zbadam inne wątki.

– Dobrze. W takim razie powtórz Vincentowi… albo Amandine… Czy mogłabyś to dobrze zapamiętać? Że powinien zawiesić brakującą jednostkę na poczwórnym Sevri i podzielić kwanty równo między egzotyczne i pachnące. Wiem, od tego mózg wychodzi uszami, ale jeśli zafiksuje miejsce docelowe, tak jak rozmawialiśmy wcześniej, to się może udać.

Wyłączyła się.

Amandine, która przez cały czas uważnie słuchała rozmowy, odezwała się cicho:

– Co jej się stało? Dlaczego nie mówi własnym głosem? Pogorszyło jej się…?

– Nie mam pojęcia. – Weyland zmarszczył brwi. – Jeszcze przedwczoraj rozmawiała ze mną normalnie. Może znowu przechodziła jakąś operację.

– A co to znaczy, bo mnie to niezwykle interesuje, że był incydent na Moście?

– To znaczy, że jedziemy razem do bazy. – Weyland wstał, szurając krzesłem. – A potem wracamy do Avalonu tak prędko, jak prędko się da oderwać od ziemi ten cholerny balon.

* * *

Kathryn i Artois

Avalon, tego samego dnia rano

Żadne opowieści o Avalonie ani ilustracje i księgi pokazywane przez Belinde nie przygotowały dowódcy bretańskiej gwardii królewskiej, kapitana Artois de Narbonne de Branche d’Ambre, na widok dwóch dżentelmenów i jednej damy, przemierzających wiejską drogę na wysokim, wąskim kole zaopatrzonym w siodełko. Zamrugał, przekonany, że śni i wyobraźnia płata mu figle, ale dziwny widok wcale się nie rozwiewał. Skorzystał więc z okazji, że dyliżans jedzie dostatecznie wolno, aby przyjrzeć się osobliwej scenie, i studiował ją z pełnym zaangażowaniem. Po chwili mechanizmy zaczęły skręcać i dostrzegł, że koła są dwa. Jedno malutkie z tyłu najwidoczniej podpierało całą konstrukcję. Wyglądało na to, że znów nauczył się czegoś nowego o Arborii.

– Kathryn. – Odwrócił się do królowej. Nadal drżało mu serce, gdy zwracał się do niej po imieniu. To było równie piękne jak niewłaściwe. – Powiedz mi, czy ci ludzie występują w cyrku?

– A, nie – odparła Kat. Rozłożyła książkę na kolanach i chociaż powóz podskakiwał na wybojach, wydawała się pochłonięta czytaniem. – Tutaj już jest prawie wiosna. Śnieg stopniał i zaczął się sezon na bicykle.

– Tak się bawi szlachta?

– Głównie tak. – Skinęła głową. – I niektórzy bogaci mieszczanie.

Książę Bernard wychylił się przez okno dyliżansu.

– Doskonałe! Koniecznie muszę sobie sprawić coś takiego.

– Rok temu widziałam nowy model z dwoma kołami równej wielkości i gumową oponą pneumatyczną – wtrąciła Belinde Chamomille. – Jest znacznie wygodniejszy i trudniej z niego spaść. Jeżeli pan chce, mości książę, mogę go zdobyć.

– Wolę sobie nadmiernie nie ułatwiać życia. – Książę de Montreuil pogładził wąsa. – Chociaż jeśli powiada pani, że to najnowszy model… Kiedy spotykamy się na audiencji u królowej?

– Jesteśmy umówieni w piątek. Tydzień powinien wystarczyć, abyście trochę oswoili się z miastem i spotkali z towarzystwem.

– Wyczekuję tego z niecierpliwością – odparł Bernard.

Artois potaknął tylko uprzejmie i spojrzał na Kathryn, która zagryzała usta nad książką. Domyślał się, że postrzega wizyty wśród avalońskiej socjety jako przykry obowiązek. Świat wymagał od niej, aby bywała; potrafiła dostosować się do świata, ale płaciła za to spokojem ducha.

Wyglądała krucho i dziewczęco w skromnych arboriańskich sukniach, ze spinką w kwiaty wpiętą w siwe włosy, które opadały jej na ramiona. Łatwo było zapomnieć, że przez ostatnie pół roku – z pomocą Bernarda i Belinde – wydawała sądy, ustanawiała prawa, prowadziła korespondencję dyplomatyczną i lawirowała w meandrach polityki wewnętrznej kraju. Bretańscy możni spodziewali się marionetkowej królowej, a dostali kogoś, kto może i popełniał jeszcze drobne błędy, może polegał na doradcach, ale traktował swoje obowiązki poważnie i szybko się uczył. Artois spędził dość czasu na dworze hrabiego Trevancel, aby doceniać jej zdolności. Nie miał żadnych wątpliwości, że z biegiem czasu Kathryn stanie się bardzo dobrą władczynią, nawet jeśli ona wciąż takie wątpliwości żywiła.

Istniała ku temu tylko jedna poważna przeszkoda.

I był nią on sam.

Odruchowo zerknął na książkę, którą trzymała na kolanach. Brosza, którą dostał od Belinde – mały herb Arborii zaopatrzony w szpilkę – sprawiała, że mógł porozumiewać się po arboriańsku. Zajęło mu kilka dni, zanim przyzwyczaił się do tego, że słyszy dwa języki naraz, ale obecnie przez większość czasu nie zwracał na to uwagi. Magia działała także na tekst pisany, jeśli go przesylabizował i wyobraził sobie słowa. I teraz rozumiał słowa, ale nie wiedział, o czym właściwie Kathryn czyta. Wydawało mu się, że to jakiś zbiór praw. Pamiętał wstrząs, jaki przeżył, kiedy po raz pierwszy weszli do księgarni w Ombre i dowiedział się, że w Arborii można nabyć drukowany tom w cenie jednej butelki wina. Powiedziano mu, że druk zdążył się już tutaj upowszechnić, ale wcześniej nie wyobrażał sobie konsekwencji. Arboriańczycy wydawali się pożerać księgi jak hrabia Renard, ale nie cenili ich wcale; nie mieli żadnych oporów przed czytaniem ich w powozach, przy jedzeniu, nawet w kąpieli. Zresztą wydawały się do tego przystosowane, wydrukowane na cienkim papierze, znacznie lżejsze i bardziej poręczne, obliczone na krótszy żywot niż foliały hrabiego.

Odważył się kupić pierwszą książkę w życiu – przewodnik po Avalonie, malutki jak modlitewniki, z którymi w bretańskich świątyniach pokazywały się hrabiny i księżne. Czuł się z tym trochę głupio, ale książeczka wyglądała na bardzo praktyczną. Znalazł nawet cennik podstawowych artykułów żywnościowych.

Miał lokalne pieniądze. Rozumiał, że dopóki nie znajdą sposobu na wymianę bretańskiego złota, będzie ich finansowała lady Chamomille. Dostali na przykład komplet przyodziewku. Książę Bernard bardzo szybko się zorientował w idei szykownego arboriańskiego dżentelmena i starał się dostosować. Całkiem nobliwie wyglądał w czarnym surducie i cylindrze, z cienkimi okrągłymi szkłami poprawiającymi wzrok i drobnymi akcentami w barwach rodu – różnych odcieniach fioletu. Artois nawet by tego nie zauważył, gdyby de Montreuil, usiłując dać mu przykład, nie opowiedział o tym szczegółowo.

Sam chciał kupić gotowe koszule, jakie sprzedawano tutaj w sklepach w dość niskiej cenie, ale okazało się, że musi zamówić je u krawca. Jego ramiona nie mieściły się w żadnej koszuli pasującej do jego wzrostu. Arboriańczycy średnio mierzyli trochę więcej, ale przy tym mieli zdecydowanie mniej atletyczne sylwetki.

Wszystko to było dla niego podwójnie nowe. Przez większość życia posiadał dwie koszule na krzyż i odświętny ubiór w barwach domu d’Amethyste. Sypiał w koszarach, chyba że właśnie wypełniał misję poza Narbonne, wtedy nocował w zajazdach i pod gołym niebem. A przecież nie czuł się biedakiem. Miał dobry żołd, własnego wierzchowca, nie brakowało mu niczego. W przeciwieństwie do lat, które spędził na ulicach Nouveaux Dijon, zanim zdecydował przyłączyć się do pierwszej wolnej kompanii.

Przez ostatni rok jego życie przewróciło się do góry nogami; stracił prawie wszystko i zyskał o wiele więcej. Długoletnia służba u hrabiego Trevancela ostatecznie dobiegła końca; Artois wolałby odchodzić w lepszej atmosferze, bo mimo wszystko cenił i lubił tego starego wariata, a dwór w Narbonne przez długi czas był mu domem. Obydwaj ponieśli jednak konsekwencje swoich wyborów. Popielnicy wcale nie wyszli na tym źle; w większości zapisano ich do gwardii. Zajmował teraz jedno z najważniejszych stanowisk, jakie kiedykolwiek komukolwiek może przypaść w zawodzie żołnierza. Miał nazwisko i tytuł szlachecki. I był zakochany w królowej.

A ona, niech im Wędrowiec wybaczy, odwzajemniała jego uczucie.

– Drodzy państwo – odezwała się Belinde Chamomille. – Zbliżamy się do rogatek.

Artois ponownie wyjrzał przez okno. Zza pagórka powoli wyłaniała się panorama największego miasta, jakie widział w życiu. Rozlewało się wszędzie, bez murów obronnych, bez jakiejkolwiek fosy, niekończące się morze domów, pałaców i świątyń. Głównymi arteriami ciągnęły ku niemu sznury wozów i dyliżansów, pieszych i konnych. Słońce odbijało się w oknach; w oddali w niebo wzbijały się słupy wielobarwnego dymu. „Fabryki – pomyślał – a więc tak to właśnie wygląda”. Drgnęła w nim dawno zapomniana nuta, wyobraził sobie, ilu ludzi musi tutaj pracować i żyć, jakie towary przechodzą z rąk do rąk i jakie obwoźne warsztaty spotyka się na ulicach, ilu bosonogich chłopaków, takich jak on kiedyś, z braku innych możliwości obrzyna ludziom sakiewki. Nieważne, jak zmieniały się okoliczności, miasta zawsze były do siebie podobne, a im większe, tym bardziej zatłoczone, energiczne, hałaśliwe i niebezpieczne.

Nastawił się na gęstą chmurę ludzkiego zaduchu i smrodu, nieporównywalną z niczym innym, ale gdy wreszcie zbliżyli się do pierwszych zabudowań i wjechali przez bramę zakończoną ozdobnym łukiem, okazało się, że miasto nie cuchnie bardziej, lecz nawet mniej, niż pamiętał. Wiedział, że mieli tutaj podziemne kanały – podobne rozwiązanie jak w najstarszej części Narbonne – ale jak radzili sobie z nawozem? Trochę go widział, ale bez przesady, a przy tak ogromnej ilości pojazdów ludzie powinni brodzić w nim po kolana. Rozejrzał się. Konie miały worki zamocowane pod ogonem, nie wierzył jednak, że to wystarczy i że wszyscy przestrzegają tej reguły. Zerknął na czarodziejki, ale nawet przy tym stopniu spoufalenia nie śmiał w obecności królowej zadawać pytań o końskie gówno.

Potarł czoło w zakłopotaniu, przygotowując się na więcej podobnych niespodzianek.

Wjeżdżali do Avalonu.

* * *

Do tej pory Artois nie miał zbyt wiele do roboty w Arborii. Całą grupą gościli u gospodarzy w Ombre, zajmując dwa domy niedaleko siebie, zbudowane chyba właśnie w tym celu. Codziennie udawali się do miasteczka razem z Belinde, która objaśniała im życie po Drugiej Stronie świata. Arboria okazała się pod pewnymi względami czymś więcej, a pod innymi czymś mniej, niż sądził. Wszyscy Arboriańczycy, jakich do tej pory znał, dokonali czynów godnych pieśni, więc podświadomie spodziewał się krainy półbogów, pełnej cudów zapierających dech w piersiach.

Cuda rzeczywiście istniały, ale mniejsze, bardziej powszednie, niż się spodziewał. Ludzie ubierali się inaczej i, rzecz jasna, mieli też inne obyczaje, ale nie różnili się tak znowu od Bretańczyków. Podobnie utrzymywali sztywną hierarchię społeczną, chociaż miejsce w niej nie było ustalone raz na zawsze prawem urodzenia. Prowadzili handel, praktykowali rzemiosło, wieczorami pili alkohol w szynku, zwanym tutaj barem albo pubem.

Byli bogatsi. Ogólnie, jako naród, bo na pewno w Arborii istnieli nędzarze. Ale przeciętnemu mieszkańcowi Ombre rzadko brakowało jedzenia. Brało się to chyba z tego, że niższa sztuka była powszechnie praktykowana. Nie tylko każde miasteczko utrzymywało własną oficjalną, dobrze opłacaną wiedźmę, nie tylko wielu fachowców wspomagało się „magią prostą”, ale nawet ludzie nieuważający się za czarowników znali często jeden czy dwa drobne uroki. Istniały też pewnie inne przyczyny, których jeszcze nie zauważył. Arboria co rusz prezentowała mu nowe zagadki.

Ludzie tutaj byli spokojniejsi, grubsi, przyzwyczajeni do wygody, długowieczni. Jego, weterana wojennego, który przekroczył dwudziesty szósty rok życia i pierwszą młodość miał już za sobą, uważali za młokosa. Byli dumni – zaszokowało go, że nawet wieśniacy mieli prawo głosu przy wyborze monarchy, a mieszczanie stanowili ogromną siłę polityczną.

Uczył się pilnie, bo musiał czymś zająć myśli. Z dala od bretańskiego dworu znikały obiektywne przeszkody dzielące go od królowej. Unikał jej spojrzenia, aż pękało mu serce. Spał w izbie obok, a właściwie próbował, bo nie mógł zasnąć albo budził się przed świtem, wyczerpany i zły. Czasami wychodził do lasu, znajdował młode drzewko i siekł jak pustkostwora na drzazgi, aż wreszcie udawało mu się uspokoić.

Pewnego ranka znów wstał o świcie rozgrzany, z piekącymi oczami i wyszedł na ganek, nie troszcząc się nawet o zarzucenie koszuli na grzbiet, chociaż jeszcze nie stopniały śniegi.

We mgle dostrzegł chudą, wysoką sylwetkę Wielkiego Maga. Pan Thorpe rzadko wstawał tak wcześnie, gdyż czasami do późna w nocy pracował nad magicznymi manuskryptami, od których nie potrafił się oderwać. Spał potem do południa, może i dłużej. Uważał, że w ten sposób odpoczywa.

Teraz, z rana, ćwiczył sztukę walki. Tę, co według pogłosek pozwoliła mu wyleczyć się z paraliżu. Artois dostał już adres szkoły, w której nauczał mistrz tej sztuki, i zamierzał sprawdzić, czy coś by z tego mu się nie przydało. Chociaż księżna d’Opal rzuciła wiele zaklęć uzdrawiających, ratując go przed kalectwem, kości połamane podczas walki ze smokiem nadal czasem się odzywały. Ale taki już los najemnika.

Czarodziej zauważył go wreszcie; skinął głową i spokojnie dokończył układ, a potem ruszył w stronę werandy. Ledwo się dało dostrzec, że utyka, kiedyś to było bardziej zauważalne. Po drodze wyciągnął zza pazuchy papierowe zawiniątko.

– Chcesz? – Podał mu białą okrągłą bułkę z serem, taką, jakie w Bretanii można dostać tylko na szlacheckich dworach, a tutaj kupowano je w byle sklepiku na rogu. Artois nie zamierzał odmawiać, skoro sam Wielki Mag częstował go jedzeniem. Nie zdążył go zbyt dobrze poznać w Bretanii – pan Thorpe albo walczył z pomiotami Zaświatów, albo budował międzyświatowy Most, a jeżeli zażywał odpoczynku, spędzał zwykle czas z Nadworną Maginią. Były kapitan Popielników zdołał się jednak zorientować, że mimo wszystkich legend, jakie krążyły o nowym Geniuszu z Arborii przy wydatnym współudziale księcia Bernarda, był w gruncie rzeczy zupełnie normalny – przynajmniej jak na czarodzieja.

Wielki Mag wyciągnął dla siebie drugą bułkę. Przez jakiś czas przeżuwali w milczeniu. Poranny chłód zaczynał docierać do Artois.

– No to – odezwał się wreszcie mag – czy coś… już postanowiłeś?

– Nie rozumiem.

– Kathryn… jest cierpliwa. Ale nie będzie czekać bez końca. – Pan Thorpe przełknął kęs bułki. – Przez ostatnie… pół roku snujecie się po pałacu królewskim i cierpicie z miłości. Wszyscy… mają tego serdecznie dość. Włącznie z samą zainteresowaną. Zdeklaruj się wreszcie… Ranisz ją.

Ciszę, jaka zapadła po tych słowach, dałoby się kroić nożem.

– To nie takie proste. – Były kapitan Popielników pokręcił wreszcie głową. – Mówiła mi, że w Arborii pędziła życie mieszczki i nie odczuwa różnicy statusu między nami, ale przecież jest królową Bretanii. Oraz czarodziejką, podczas gdy ja nie mam ani krztyny mocy.

„A także – stwierdził w myślach – urodziłem się bękartem”. Usynowienie przez lady de Breville nie zmieniło jego pochodzenia, tylko trochę go uszlachetniło.

– Jeżeli zaczniemy romans, po powrocie… sprawy mogą się skomplikować.

– O ile mi wiadomo, nikt nie skrytykuje… monarchini, jeśli weźmie sobie kochanka – zauważył czarodziej. – I nikt się nie będzie oburzał, dopóki nie spróbujesz oficjalnie starać się o jej rękę. Czy to nie jest tak, że wolałbyś zostać królem i nie chcesz pół… środków? A gdyby Kathryn zdecydowała się abdykować?

Artois pomyślał zupełnie szczerze, że zaraz go palnie. Przemądrzały Arboriańczyk nie zdawał sobie sprawy, jak będą intrygować na dworze z powodu niewłaściwie – zdaniem możnych – ulokowanego uczucia królowej. Hrabia Trevancel byłby pierwszy w kolejce do uknucia spisku, i tak uważał, że lojalny dotąd Żaba odpłacił mu zdradą za wieloletni patronat. Ale słowa pana Thorpe’a trafiły w czuły punkt. Czy rzeczywiście powstrzymywała go jedynie głupia duma? A później zrozumiał, co jeszcze powiedział Wielki Mag, i przebiegł go dreszcz. Czy Kathryn naprawdę mogłaby zrezygnować z tronu Królestwa Bretanii tylko z jego powodu? To… niepokojące.

– Lubię cię, ale… – westchnął Wielki Mag. – Posłuchaj… starszego od siebie. Jeżeli łapie cię coś takiego i trzyma ponad pół roku bez objawów… odpuszczenia, a uczucie jest wzajemne, to trzeba być ostatnim durniem, żeby nie znaleźć sposobu, który pozwoliłby wam być razem.

* * *

Gospodyni stała w podwórzu, kopcąc fajkę nabitą okropnie cuchnącą machorką i przyglądając się podejrzliwie, jak Artois wnosi kolejne skrzynie na drugie piętro. Kathryn mogła rzucić zaklęcie wzmacniające siłę i dołączyć do noszenia, ale szło mu bardzo dobrze, więc nie przeszkadzała.

– Ten panienki narzeczony to z Dolorii? – zagadnęła wreszcie starsza pani. – Śniady jakiś i po twarzy widać, że cudzoziemiec.

– Cudzoziemiec, ale nie z Dolorii i jeszcze nie narzeczony – odparła Kat, patrząc, jak kapitan jedną ręką dźwiga skrzynię, którą przyniosło tutaj dwóch tragarzy. Niezbyt rosłych tragarzy, to prawda.

– No to niech panienka się dobrze namyśli. – Puściła kłąb dymu. – Bo on dla panienki chyba za mały. Kobieta nie powinna być wyższa od mężczyzny.

– A palenie szkodzi zdrowiu – odgryzła się Kathryn, po czym z wystudiowanym fochem chwyciła skrzynię przy asyście zaklęcia i zarzuciła ją sobie na ramię. Pół głowy niższy to nie tak znowu dużo. Poza tym nie po to wreszcie wynajęła pokój z dala od Belinde, żeby inna stara kobieta wtykała nos w jej sprawy. Nawet jeśli sama Kathryn nie do końca jeszcze wiedziała, co robi.

To znaczy dobrze wiedziała, co pragnie zrobić. Ale skończyły jej się pomysły, nie chciała być namolna ani wywierać nadmiernej presji, i ogólnie uważała, że prawdopodobnie znowu coś dokumentnie spartoli. Zamierzała wreszcie zapytać wprost i bardzo się bała, że wyniknie z tego tylko jakieś strasznie niezręczne nieporozumienie. Kapitan Artois – teraz dowódca jej osobistej gwardii – pochodził z Bretanii, więc możliwości zepsucia czegoś, co się jeszcze dobrze nie zaczęło, tylko i wyłącznie z powodów kulturowych, wydawały się nieograniczone. Na przykład czy odebrałby jej słowa jako rozkaz? Czuła się zmęczona dyplomatycznym tańcem, od jakiego zaczynał się każdy poranek na bretańskim dworze, i teraz chciałaby móc wreszcie porozmawiać swobodnie.

Schody skrzypiały pod stopami, ale kamienica wydawała się czysta i spokojna. Kathryn nie chciała zbytnio nadwerężać skarbu Królestwa Bretanii ani swojego stypendium (sprawdziła konto – ostatnie transze spłynęły zaraz po tym, jak przenieśli się na Drugą Stronę, więc chwilowo była bogata), toteż nie wynajęła żadnego luksusowego apartamentu. Dwa pokoje z łazienką. Kremowożółte kotary, tapeta w kosaćce, stolik z serwisem do herbaty, własny, niewspółdzielony z całym piętrem aneks kuchenny. Zapobiegliwie postarała się zarówno o podwójne łóżko, jak i sofę, i oglądając apartament, poczuła, że awansowała społecznie. A potem sobie uświadomiła, że znalazłszy się w Avalonie, odruchowo zaczęła myśleć po avalońsku. Ostatnie pół roku spędziła w pałacu jako królowa, co było jakby ostateczną formą awansu społecznego. No, to prawda, ale nie mieli tam wodnych klozetów.

– Wasza Wys… Kathryn? Co cię tak śmieszy?

– Nie chcesz wiedzieć – zachichotała i legła na podwójnym łóżku, zwieszając nogi poza jego brzeg. Leżała tak jakiś czas. Czuła, że atmosfera robi się stopniowo coraz bardziej napięta. Artois usiadł na krawędzi łóżka.

– No dobrze, wyładujmy najpierw książki – zarządziła, zrywając się na równe nogi. – Która to była paczka?

– A ja myślałem, że to kamienie młyńskie.

Roześmiali się nerwowo. Zaczęła wyjmować książkę po książce z pudła z cienkiej drewnianej sklejki. Niedużo tego było, głównie to, co kupiła w Ombre albo dostała od Margueritte. Jej podręczniki i księgozbiór rozrywkowy znajdowały się nadal u Weylanda. Podawała książki kapitanowi, a ten stawiał je na półkach. Z pewnym ociąganiem, dopiero kiedy miał już w rękach trzy czy cztery tomy. Przez większość czasu pochylał się nad nią, patrząc jej przez ramię.

– To traktat o handlu, prawda? – spytał. Znajdował się tak blisko, że czuła ciepło jego ciała.

– Ekonomia czasów feudalizmu. Nie mamy floty, ale szlaki handlowe jak najbardziej, a tam sporo o tym piszą… Historia inżynierii lądowej. Jeszcze nie wiem, co można importować, a co zrobimy z wykorzystaniem bretańskich technologii. A tutaj to biografia królowej Aurory. Tej, od której wzięłam imię.

– A to?

Sięgnęli po tę samą książkę i ich dłonie się zetknęły.

– Jak odgadywać intencje i odczytywać zamiary – powiedział Artois ochryple. Ich twarze się zbliżyły. Patrzyli sobie prosto w oczy i Kat poczuła, jak drżą jej kolana. – Jak sądzisz, Kathryn, jakie mam intencje? Potrafisz je odgadnąć?

– Nnooooo… – wyjąkała Kat i musnęła ustami jego usta. Odpowiedział szybko i czule, jakby się bał, że zniknie. A potem pocałował ją znów pospiesznie, łapczywie, jak ktoś, kto walczy o życie. Odwzajemniła mu się. Wodziła palcami po jego plecach, wysunęła język. Serce tłukło jej się w piersi i zalewało ją ciepło. Przesiedli się na łóżko. Delikatnie objął ją w talii, nie przestając całować.

W oddali rozległo się donośne stukanie kijem – być może od miotły – w drzwi.

– Młoda paro! – huknęła gospodyni. – Najpierw skrzynie, potem amory! Posprzątać mi to z korytarza! Cichutko jak myszki, już ja was znam, ancymony – gderała kobieta. – Wiem, co się święci. Studenci, psiajucha.

Oderwali się od siebie. Uspokajali oddechy; Kathryn przeczesała palcami wzburzone włosy i poprawiła spinkę. Artois roześmiał się cicho, z zakłopotaniem.

– No dobrze – szepnęła Kathryn. – Może przestańmy udawać, że wynajęliśmy razem mieszkanie tylko po to, żeby chronić królową Bretanii.

Spoważniał, a potem odsunął się od niej na bezpieczny dystans. „Co ja znowu powiedziałam – żachnęła się Kat. – Zepsułam nastrój. Nie, nastrój został zepsuty już wcześniej, kijem od miotły”.

– Kiedy wypakujemy bagaże – Artois starał się zachować neutralny ton, chociaż głos trochę mu drżał – dokąd zamierzamy się udać, Wasza Wysokość?

– Po pocztę. – Kathryn zacisnęła pięści. – Chciałabym odebrać pocztę przysłaną na mój stary adres. Spotkać się z przyjaciółkami być może. Nie było mnie w Avalonie prawie rok, straciłam kontakt i nie wiem, kto jeszcze tu został. Na pewno Susan, bo to ona trzymała dla mnie listy; zdała egzamin dyplomowy, ale wiem, że zamierzała zrobić jeszcze patent medyka. Później… chciałam odwiedzić rodziców. Ale chyba powinnam iść tam sama.

– Nie zostawię cię. Lady Chamomille bardzo wyraźnie powiedziała, że powinienem strzec twojego bezpieczeństwa. Przybyliśmy do Avalonu incognito, ale nigdy nic nie wiadomo.

– Tylko że… no wiesz, żebyś miał świadomość – podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy – że jeśli tam pójdziesz, to zostanie odczytane przez moich rodziców jako deklaracja. Nie żeby chcieli nas zaraz swatać, ale… wiesz. Pytanie, czy chcesz… przyznać, że się… spotykamy.

Zapadło milczenie. Na szafce nocnej miarowo cykał budzik.

– Pustka i Zaświaty. – Artois potarł czoło, aż skóra się zaczerwieniła. – Niezbadane są meandry dróg, jakimi prowadzi nas Wędrowiec. – Uniósł wzrok. – Kathryn. Kocham cię. Bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek. Kocham cię. Kocham. Chciałem dla ciebie zginąć. Ale stanowczo wolę dla ciebie żyć.

* * *

Gdy wyszli na ulicę, kręciło mu się w głowie. Wiedział, że konsekwencje jego decyzji mogą zatrząść monarchią, że prawdopodobnie ściągnął zgubę na obydwoje, ale mimo to czuł się absurdalnie szczęśliwy. Trzymał Kathryn za rękę i udawał w myślach, że faktycznie są dwójką arboriańskich studentów, bez innych obowiązków i planów na przyszłość.

Zapewne dlatego dość późno uzmysłowił sobie, że czuje się obserwowany. I to nie dlatego, że tak dobrze wyglądają jako para. W podobnych wypadkach rzadko mylił go instynkt. Popielnicy pełnili u hrabiego Renarda funkcję ludzi do pracy w cieniu, do oficjalnej roboty miał swoich rycerzy i gwardzistów. Artois sam niejednokrotnie śledził osoby, na które hrabia kazał mieć oko. Po tym, jak prawie dwa miesiące spędzili w Ombre, zdziwiłby się, gdyby nikt się nimi nie interesował.

Pytanie tylko kto. Władze? A może po prostu lokalny gang?

Zatrzymał się przy stoisku z gazetami, pozornie zajęty ich przeglądaniem. Zdążył już zaobserwować, że Arboriańczycy traktują ten rodzaj piśmiennictwa jako rzecz codzienną, jak picie gorzkiego, pobudzającego napoju zwanego kawą. Na rusztowaniu leżała cała sterta „Avalon Times”, ale także inne tytuły, takie, których nie widział w Ombre. Okładka jednego z grubszych pism, chyba zbiór pamfletów, przedstawiała dwie karykaturalnie narysowane postacie, w których Artois ze zdumieniem rozpoznał Margueritte i Belinde. Przesylabizował napis pod obrazkiem: „Kto z kim przestaje, takim się staje. Sekrety szaleństwa Federalistów”. Zdumiony zerknął na kilka nagłówków obok. Wyłowił kolejną karykaturę Meg i napis „Magowie Pustki. Spisek przez stulecia?”.

– Co podać szanownemu panu? – spytał nachalnie starszy, drobny facet w czapce z daszkiem.

– Tę i tę. – Artois wskazał pamflety. Cały czas kątem oka sprawdzał otoczenie w poszukiwaniu obserwatorów.

– A może Saga o Glorionie, proszę szanownego pana? – Sprzedawca podsunął mu prawie pod nos niedużą, ale grubą książkę drukowaną na papierze prześwitującym jak rybi pęcherz. – Dwudziesty pierwszy tom. Świeżutki, prosto z drukarni. A może tę, skoro interesują pana wszeteczeństwa czarodziejów. – Wyciągnął inną, znacznie cieńszą książkę. Artois omal nie upuścił pism, które właśnie kupował. Na okładce widniała karykatura Meg w miłosnym uścisku z jasnowłosym mężczyzną, a tytuł brzmiał Asystent czarodziejki. Historia prawdziwa.

– Nie, tyle wystarczy – powiedział.

Kathryn uniosła brwi, patrząc mu przez ramię.

– Pozwalają na to? – spytał cicho.

– Belinde działa w polityce, bryluje na salonach, to się zdarza. Zniknęła w środku kampanii wyborczej razem z Meg, a teraz wróciła, więc dziennikarze dostali amoku – mruknęła Kat. – Może nawet kilku obserwowało nas w Ombre. Natomiast Margueritte ma pewną… opinię, bywała bohaterką różnych groszowych sztuk. Fakt, jest tego trochę więcej niż zazwyczaj, ale się uspokoi.

– Dziwię się, że jeszcze nikt tych dziennikarzy nie powiesił.

– Cóż, wolność prasy. Ma swoje zalety.

– Czy powinniśmy się przejmować tym? – Artois wskazał okładkę, która głosiła o Magach Pustki.

– Nie, to trochę obelga. Albo coś jak opowieści o istotach z Zaświatów… No wiesz, większość ludzi nie bierze ich na poważnie.

– Ktoś nas śledzi – dodał Artois, nie zmieniając tonu. – Chłopiec z naręczem gazet szedł za nami prawie dwie przecznice. Teraz patrzy na nas staruszka – nie odwracaj się – przy wozie z przenośnym warsztatem. Gdzie ich zgubić?

– Bazar uniwersytecki – podchwyciła Kathryn. – Tylko trzymaj portfel przy sobie.

Kapitanowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Dobrze wiedział, kto krąży w tłumie w takich miejscach.

– Chodź, chodź! – zawołała Kat i złapała go za rękę, udając naturalny wybuch dziewczęcego entuzjazmu. – Szybko, szybko, bo nie zdążymy!

Wyrwali naprzód, przeskakując nad dziurami w bruku, przebiegli przez tory w ostatniej chwili przed przejeżdżającym tramwajem konnym. Ktoś im złorzeczył po tym, jak Artois odsunął go z drogi zdecydowanym gestem. Zatrzymali się dopiero przecznicę dalej, między drewnianymi budami, łapiąc oddech i pękając ze śmiechu; nie potrzebowali nawet grać. Pospiesznie wtopili się w tłum. Kapitan nie miał okazji dokładnie przyjrzeć się towarom, ale sprzedawano tu chyba wszystko, meble i ozdoby, książki i wstążki, warzywa i odzież. Zewsząd atakowały go zapachy intensywnie przyprawionego jedzenia. Po pewnym czasie lawirowania między stoiskami doszedł do wniosku, że chyba już dawno zgubili ogon.

Na wszelki wypadek wymknęli się boczną uliczką i trochę nadrabiając drogi, znaleźli się wreszcie na miejscu.

* * *

Dotarli do kamienicy, w której poprzednio mieszkała Kathryn, bardzo obskurnej i zaniedbanej, z ciemnym, zamkniętym z czterech stron podwórzem. Nieopodal, spod murowanej wiaty, wysypywała się góra odpadków. Artois przypatrywał się temu wstrząśnięty. Wspomnienia napływały nieproszone. Dawno temu, w Nouveaux Dijon…

– Tak mieszkałaś?

– Większość studentów tak mieszka – odparła Kat. – Mogłam zostać u rodziców albo u Belinde, ale wolałam mieć towarzystwo w swoim wieku. Wiesz, Belle żyje na trochę innym poziomie i w innym otoczeniu. No i głupio, żeby mnie utrzymywała.

Drzwi frontowe były otwarte; na ganku siedziało trzech młodych chłopaków. Rozmawiali podniesionymi głosami; Artois nie potrafił określić na jaki temat. Padały słowa i określenia, z którymi nie radziło sobie jego zaklęcie tłumaczące, i to nie z powodu wulgaryzmów – te rozpoznawał bez żadnej magii – lecz obcojęzycznych technicznych wtrętów. Zapewne ich bretańskie odpowiedniki nie istniały.

Weszli na ciemną klatkę schodową.

– Trochę przypomina miejskie koszary – stwierdził kapitan. – Tylko nie widzę, żeby ktokolwiek musztrował mieszkańców. Co to za ogłoszenia? – Wskazał na kolorowe drukowane obrazy poprzyklejane do ścian.

– Plakaty teatralne. Manifesty polityczne. Programy studiów. Rytuał na kaca… sprzed sześciu lat. Nie sądzę, żeby jeszcze działał. No i te drobne, kupno, sprzedaż. Meble, podręczniki. Przyjeżdżają tutaj żacy z całej Arborii i spoza niej.

– Wszyscy uczą się magii?

– Nie. Czarodzieje stanowią niewielką grupę. Prawie tylko oni studiują w Avalonie przez całe osiem lat. Reszta robi po szkole czteroletni kurs ogólny w miejscowym gimnazjum, a później przyjeżdżają tutaj zdobywać dyplomy wyższego stopnia. Studia często się przeciągają. Ja skończyłam przepisowo, ale bywa różnie. Sam dyplom czarodzieja to też trochę za mało, przynajmniej w takich przypadkach jak mój. Warto zrobić specjalizację.

– Jak twój, to znaczy…?

– Mówiłam ci, że nie pochodzę z zamożnej rodziny. Nie mam… nie miałam majątku, który można odziedziczyć.

Artois pokręcił głową.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że Arboriańczycy pozwolili potomkom prawowitych królów żyć w biedzie.

– Ale pozwolili żyć – podkreśliła Kathryn. – Wydaje mi się, że to dość istotne. Poza tym daj spokój, nie jesteśmy nędzarzami. Moi rodzice dobrze sobie radzą. Nie dorobili się tak jak rodzice Vincenta, ale nie mają długów.

Przystanęła przed drzwiami na drugim piętrze.

– To tutaj. Susan wie, że ją odwiedzę. Tylko… chyba powinnam cię uprzedzić. Studenci mogą ci się wydać trochę nieokrzesani… Potarła czoło, widząc, że Artois się śmieje. – Dobrze, do kogo ja to mówię. Na co dzień miałeś do czynienia z czymś znacznie gorszym, prawda?

– Prawda. – Skinął głową. Znów odzywało się echo wspomnień, znacznie dalszych niż służba w wolnej kompanii. – Nie wszyscy najemnicy są znowu tacy źli, przynajmniej moi ludzie. Wpoiłem im dyscyplinę. Ale kiedy byłem dzieckiem, mieszkałem w stolicy. W Nouveaux Dijon. Tam też studiują żacy.

– Ach tak? – Kathryn nacisnęła dzwonek do drzwi. – W takim razie rozumiem, że jesteś przygotowany.

Drzwi otworzyły się i ze środka wypadła niewysoka blondynka z wystającymi zębami, które zdobiły srebrne druciki.

„Dziwna moda” – zdążyło kapitanowi przyjść do głowy, zanim pisk dziewczyny zagłuszył jego myśli.

– Kathryn! – Uściskała królową, usiłując oderwać ją od ziemi. Próba była skazana na niepowodzenie ze względu na wzrost obydwu pań. – Czarnoksiężniczko! Żyjesz! I nawet przybyło ci w cyckach!

Później zobaczyła drugiego gościa.

– O rety, Kat! Skąd ty go wytrzasnęłaś? Ile za ciebie dał wielbłądów?

– Proszę pani, to było niegrzeczne – odezwał się kapitan. – Ja wszystko słyszę i rozumiem. Artois de Narbonne, bardzo mi miło.

– Susan von Trieste, i przepraszam pana. – Dziewczyna się roześmiała. Wcale nie brzmiała, jakby żałowała swoich słów. – Studiujesz na Uniwersytecie?

– Nie, proszę pani, jestem żołnierzem.

– Kaaaat! – zawołała Susan z entuzjazmem. – Cholera, gdzie ty go znalazłaś? Powiedz mi, gdzie takich dają, i pójdź po więcej!

Artois cofnął się, nieco zakłopotany zachowaniem tej dzierlatki. Poczuł pewien niepokój – a co, jeżeli Kat również traktuje go wyłącznie jak atrakcyjną zdobycz, jak to się czasem zdarza wśród szlachcianek? Nie spodobała mu się ta myśl. Spojrzał na Kathryn i dostrzegł, że przyjęła pozę oraz wyraz twarzy, jakie widział już wielokrotnie, głównie w sali tronowej, i jakich bretańscy możni nauczyli się już obawiać. Gdy królowa patrzyła na ludzi w ten sposób, szlachcice tracili stanowiska, a osądzeni kryminaliści głowy.

– Susan, pan de Narbonne przyjechał z bardzo daleka, aby odwiedzić moje rodzinne miasto – rzekła lodowato. – Zachowuj się, proszę.

– Przecież nic nie robię. – Susan spoważniała. – Daj spokój. Chodziły pogłoski, że zginęłaś na misji z Belinde Chamomille. Albo że siedzisz. Pamiętasz, za tę historię ze skażeniem. Gazety pisały pamflety na twoją mistrzynię, a wy jakbyście się zapadły pod ziemię. Ale sam Arcymag poprosił mnie, żebym trzymała dla ciebie pocztę. Inaczej nie wiedziałabym, że w ogóle żyjesz. Gdzie byłaś? Pewnie nawet nie możesz powiedzieć…

– Masz rację, nie mogę. – Kathryn trochę się odprężyła. – Utajniony projekt, w dodatku wyskoczył w ostatniej chwili. Oblałam egzamin częściowo z jego powodu, nie zdążyłam się przygotować.

– Nic straconego. Idzie wiosna, zacznie się sezon, jeżeli cię dopuszczą, możesz próbować znowu. Na twoim miejscu już wróciłabym do podręczników. Pamiętam, ile cię to kosztowało. – Susan przyjrzała się jej uważnie. – Możesz też przeczekać ten rok. Gildia debatuje nad dostosowaniem egzaminów do profilów mocy. Wiem, że z twoją dysentropią… Przepraszam, że poruszam ten temat…

Kathryn uśmiechnęła się promiennie.

– Na pewno nie zrobię po raz drugi skazy w podłodze.

– Tak myślisz?

– Tak myślę. Sądzę też, że trzeba zaliczyć cztery na sześć zaklęć. O ile nie zmieniono programu, najwyżej trzy zaklęcia z tej puli mogą zawierać komponent Entropii. Pod presją potrafię je rzucać mniej więcej z pięćdziesięcioprocentową pewnością. Jeżeli to przemnożymy, w najgorszym scenariuszu mam nadal prawie dziewięćdziesiąt procent szans, żeby zdać ten egzamin. Uważam, że to całkiem optymistyczna perspektywa.

Susan popatrzyła na nią ze zdumieniem.

– Coś takiego. Kim ty jesteś i co zrobiłaś z Kat? Czekaj. Zebrałam ekipę; pójdziemy do Starego Fakira na kawę i eklerki. Proszę pana, lubi pan eklerki?

– Chętnie skosztuję. – Artois skinął głową.

* * *

Niedługo później siedzieli w przeszklonym pomieszczeniu – kapitan wciąż nie potrafił się przyzwyczaić do ogromnych przezroczystych szyb – które wystrojem przypominało apartamenty książęce, i jedli lekkie jak piórko ciastka. A równocześnie Artois cały czas pamiętał, że ci młodzi ludzie, aspirujący do ścisłej elity Arborii, mieszkają nie lepiej niż straż miejska albo drobni handlarze z Nouveaux Dijon – nie licząc oczywiście takich udogodnień jak nowoczesne pokoje łaziebne z wodnymi toaletami. Zaczynał rozumieć, że w Arborii jak najbardziej istnieje bieda, miewa tylko inne oblicza niż bretańska nędza.

Na zewnątrz jakiś człowiek oparty o szybę czytał gazetę. Artois co jakiś czas zerkał na niego ukradkiem. Może ich nie śledził, ale stał tam podejrzanie długo. Lepiej mieć się na baczności.

Oprócz Susan von Trieste wokół siedziało jeszcze kilkoro żaków. Zsunęli stoliki razem i zamówili górę słodkości oraz po filiżance kawy dla każdego. Kapitan poprosił o wodę, co z jakiegoś powodu wywołało porozumiewawcze uśmiechy; spytał, o co chodzi, i z żartów wywnioskował, że kawa uchodzi za napój nadużywany przez studentów, a zwłaszcza magów. Ewidentnie należał więc do innego gatunku. Trochę go to zdeprymowało. Dialogi rozumiał pół na pół, orientował się tylko, że wszyscy byli nieco bezczelni, nieprzyzwoicie wykształceni i chyba trochę ekscentryczni.

Kathryn dostała grubą paczkę listów i część od razu schowała do torby, a kilka z nich przeglądała, marszcząc brwi.

– Komisja egzaminacyjna – powiedziała cicho. – No tak, będę musiała to załatwić. Dali mi grzywnę i psychoanalityka.

– Kto to jest psychoanalityk? – zainteresował się Artois.

Popatrzyli na niego wszyscy. Pięknie, panie kapitanie, nie mogłeś bardziej się wyróżnić.

– To taki gość, który za pomocą pytań, czy parasolka kojarzy się z penisem, sprawia, że tylu czarodziejów w jednym miejscu nie zamieniło jeszcze Avalonu w skażoną pustynię – wtrącił przemądrzały pulchny chłopak w okularach. – Aktywują nam Źródła w trzynastym roku życia albo trochę później, kiepski moment na kontrolowanie mocy.

– Nie powinni tego przełożyć na dojrzalszy wiek? – zdumiał się kapitan. – Byłoby o wiele mniej kłopotów.

Młodzi czarodzieje popatrzyli po sobie.

– Konserwatyści nigdy na to nie pozwolą. – Chłopak wzruszył ramionami. – Chcą szybko znajdować spadkobierców. Dywinacje talentu nie są pewne. Gdyby aktywacja w młodszym wieku nie szkodziła zdrowiu, robiliby Rytuał Przejścia niemowlakom.

– O, to od Meg. – Kathryn obejrzała kolejny list. – Na mój adres, ale do nas obydwojga. Dla ciebie, Artois.

– No właśnie tak się zastanawiałam – odezwała się Susan – kim jest pan de Narbonne.

Artois ze zdumieniem przyjął grubą kopertę i schował ją za pazuchę. Postanowił, że później sprawdzi, co Margueritte do niego napisała. Czy list ma coś wspólnego z jego adopcją? Był przekonany, że to uprzejmy gest, fikcja na użytek Bretańczyków. Nie wyobrażał sobie, żeby lady de Breville naprawdę uczyniła go spadkobiercą. Chociaż, prawdę mówiąc, miała ogromne szanse go przeżyć…

Znów zerknął za okno i tym razem wydało mu się, że widzi błysk. Nie, to nie złudzenie; oparty o szybę facet dzierżył magiczną kulę, przysłaniając ją gazetą. Artois przeprosił towarzystwo, używając formułki wyuczonej u Belinde.

– Czy wiedzą państwo, gdzie tu się można odświeżyć?

Wskazano mu odpowiedni przybytek z tyłu. Kapitan przemknął między stolikami; wkrótce znalazł łazienkę. Jak się spodziewał, na końcu pomieszczenia, pod sufitem, znajdowało się uchylone okno. Niezbyt duże, ale się nada. Podskoczył, złapał się parapetu i się podciągnął – nie darmo nazywano go Żabą. Po chwili mocowania się z klamką udało mu się otworzyć okno na oścież i przecisnąć się przez nie, chociaż nie bez trudności.

Zeskoczył na bruk.

Uliczka na tyłach cuchnęła nieprzeciętnie, przypominając mu, że nawet Avalon, najczystsze duże miasto, jakie widział w życiu, nie jest pod tym względem bez zarzutu. Ale góry odpadków, jakie piętrzyły się pod ścianami, dawały mu pewną przewagę. Przekradł się, nie wydając najmniejszego dźwięku, aż na róg kawiarni, gdzie obserwator, łysiejący blondyn z rzadkim wąsikiem, nadal usiłował nagrywać obraz wewnątrz kawiarni za pomocą kuli.

Nie spodziewał się niczego, kiedy Artois jedną ręką chwycił go za frak, a drugą za twarz i wciągnął do zaułka, jakby podnosił kocię. Wyłuskał z jego dłoni kulę; potoczyła się na bruk.

– Wezwij straż, a skręcę ci kark – odezwał się swobodnym tonem. – Rozumiesz? Widzę, że rozumiesz.

Zdjął dłoń z jego twarzy, a w zamian fachowym chwytem unieruchomił mu ręce na plecach, dobył noża schowanego w bucie i sugestywnie dotknął okolicy nerek.

– Będę szybszy niż zaklęcia – dodał spokojnie.

– Nie ośmielisz się – wykrztusił szpieg.

– Możesz spróbować – zachęcił go kapitan. – Kto cię przysłał?

– Kij ci w oko, skurczybyku. Mój kolega też obserwuje ten przybytek, a on ma pistolet. Oddaj mi kulę, bo dopilnujemy, żebyś nie wyszedł ze szpitala.

Artois podążył za wzrokiem szpiega i rzeczywiście ujrzał jakiś ruch głębiej w zaułku.

– Dobrze, już dobrze. – Puścił obserwatora i pojednawczo podniósł ręce, w jednej nadal trzymając długi nóż. Przysunął kulę nogą, po czym podbił ją czubkiem buta i złapał w drugą rękę. – Pańska kula.

Zrobił gest, jakby chciał ją wręczyć, a potem z całej siły cisnął nią o bruk. Nastąpiła stłumiona eksplozja; pęknięte szkło poczerniało od środka.

– Ojej – zmartwił się. – Jak mi przykro.

Długim susem rzucił się do przodu. Tuż obok śmignął pocisk z arboriańskiej miniaturowej rusznicy, wbijając się ze świstem w górę śmieci. Artois chwycił szpiega, który już chciał dać dyla, obrócił delikwenta w stronę, z której padły strzały, i zasłaniając się jego ciałem, wycofał się pod wiatę jednego ze śmietników. Aby wzmocnić siłę argumentów, zacisnął palce na nerwach w jego łokciach.

– Teraz nie uwierzę, że jesteście z gazety – syknął. – O ile mi wiadomo, zwykli obywatele nie noszą pistoletów. Nie szarp się tak. Nie zabiję cię. – Zerknął na stertę śmieci. – Zapakuję cię w sznur jak górski serek i przyniosę ludziom, którzy docenią prezent.

– Nie dostaniesz mnie żywcem, Magu Pustki… – jęknął tamten.

– Ooo – zdumiał się Artois. – Coś nowego. Masz ogromnego pecha, bo nie trafiłeś na Maga Pustki. Będę cię torturował zupełnie niemagicznie.

W oddali dały się słyszeć tupot i głośne okrzyki. Prawdopodobnie nadchodziła straż. Kapitan mocniej przycisnął nerwy więźnia. Trudno go wnieść do kawiarni, a prawo niestety było po jego stronie.

– Aaaargh! Prze…! Przestań! …Severia. Millie Severia. Z nią rozmawiaj, puść mnie! Aaaa!

– Dziękuję serdecznie. – Artois pchnął go potężnym kopniakiem, aż tamten wypadł z wiaty. Znów świsnął pocisk i tym razem z głuchym uderzeniem trafił faceta w tors. „Cóż, nie moja wina” – pomyślał kapitan. Wyskoczył za nim, korzystając z tego, że broń trzeba przeładować (Belinde mówiła, jak działają te arboriańskie modele), przebiegł po metalowych pojemnikach na śmieci, wspiął się na parapet i ponownie wślizgnął przez okienko do łazienki kawiarni; kątem oka widział jeszcze nadbiegających strażników.

Spojrzał w lustro; poprawił surdut i włosy, wyczyścił buty zwilżonym ręcznikiem, który wisiał obok na kołku. Wreszcie całkiem zadowolony z rezultatu wrócił do stolika. Studenci zamawiali już drugą porcję eklerek.

– Przepraszam państwa – powiedział. – Chyba robi się późno. Kathryn, czy nie powinniśmy jeszcze dzisiaj odwiedzić twoich rodziców?

Skierowała ku niemu zaniepokojone spojrzenie. Na pewno słyszeli zamieszanie na ulicy, a Kat zachowywała większą czujność niż pozostali. Wstała, wzięła go za rękę i nachyliła się do jego ucha. Jej srebrne włosy opadały mu na ramię; mało brakowało, a pocałowałby ją przy wszystkich.

– Rzucić coś defensywnego? – szepnęła. – Niektóre tarcze są w stolicy legalne.

Niespostrzeżenie skinął głową.

Pożegnali się i wyszli.

* * *

Kathryn starała się nie oglądać za siebie, gdy mijali patrol żandarmerii. Już przeganiano gapiów, już obstawiano uliczkę przenośnymi barierkami. Cokolwiek stało się na zapleczu Starego Fakira, niewątpliwie Artois miał z tym coś wspólnego. Spojrzała na niego z ukosa. Mężczyzna, którego w Bretanii znała jako jednego z najbardziej honorowych ludzi na dworze, ostoję bezpieczeństwa, stabilności i spokoju, tutaj, w Avalonie, robił wrażenie wilka wpuszczonego między owce. Jak o nim mówiła Amandine? Pół chłopiec, pół bandyta. Nie była pewna, czy bardziej ją to martwi, czy bardziej jej się podoba.

A co w takim razie można powiedzieć o niej samej? Walczyła ze smokiem. Zabijała w bitwie nie tylko pustkostwory, ale i ludzi. Skazywała na karę śmierci. Mogła sobie tłumaczyć, że to wszystko lokalny zwyczaj i że postępowała wedle oczekiwań doradców. Miała nawet opinię wyjątkowo łagodnej królowej, bo położyła kres zwyczajowej karze okaleczania, tak chętnie stosowanej przez jej poprzedników. Ale prawda była taka, że w tej chwili od prozy życia Susan i pozostałych dzieliły ją eony. Co by powiedzieli, gdyby się dowiedzieli, że ich dawna przyjaciółka poszła w ślady swoich niesławnych przodków tyranów? Czy takie błahe sprawy jak egzaminy w ogóle miały jeszcze jakieś znaczenie?

– Czy słyszałaś kiedyś nazwisko Millie Severia? – spytał cicho Artois, gdy już dostatecznie się oddalili.

– Nigdy w życiu. – Rozejrzała się dookoła, usiłując wymyślić jak najbardziej krętą drogę do domu rodziców. – Nadal idą za nami?

– Myślę, że przynajmniej na dziś się poddali. Trochę poturbowałem jednego z nich.

– Bardziej niż trochę – mruknęła czarodziejka. – Żandarmeria stawia takie barierki, kiedy mają trupa.

– Jeżeli straż… żandarmeria szybko sprawdzi, kto go zabił, znajdzie jego kolegę z pistoletem. – Artois wzruszył ramionami. – Ta broń jest zdradliwie prosta w obsłudze, ale trzeba jeszcze umieć celować. Powiedz mi, Kathryn, czy kule magiczne dużo kosztują?

– Nagrywali nas?

– Próbowali, ale popsułem. Chcę ustalić, jakimi środkami dysponuje człowiek, który ich wysłał.

Tramwaj konny zatrzymał się na przystanku. Przerwali rozmowę, usiłując wcisnąć się do środka. Kathryn trochę się obawiała, jak kapitan zniesie podróż w obcym, ciasnym pojeździe, ale złapał się barierki, jakby urodził się w Avalonie.

Umościła się połową tyłka na ćwierci wolnego siedzenia i wreszcie odpowiedziała na pytanie.

– Sporo kosztują. Moją kulę, podstawowy model, kupiłam dzięki pomocy rodziców. Nawet Vincent do niedawna nie miał własnej. Są popularne wśród czarodziejów, to narzędzie pracy dziennikarzy i tym podobnych. Ale kiedy nas nie było, wyszła nowa generacja i przez krótki czas dało się kupić stare po niższej cenie, jeśli ktoś się zakręcił. – Po chwili namysłu dodała: – A także zawsze można je ukraść.

Potaknął ze zrozumieniem. Kathryn nakręciła kosmyk włosów na palec.

– Ciekawe, kto chciałby nas nagrywać, chodząc za nami przez całe miasto? Dziennikarze nie strzelają z pistoletów w ciemnych zaułkach.

– To samo pomyślałem. – Artois nachylił się nad nią. – Powiedziałaś, że określenie „Mag Pustki” czasem jest obelgą. Niepokoi mnie ta druga możliwość. O ile wiem, Meg i Belinde dały do zrozumienia, że Wielki Mag został w Bretanii. Jeżeli ktoś usiłuje go znaleźć między nami…

– …wie dużo więcej, niż powinien.

– Albo chce wykluczyć wszystkie możliwości.

Popatrzyli po sobie. „On ma taką malutką bliznę na ustach – zauważyła Kathryn. – Naprawdę malutką i naprawdę uroczą”.

– Wzięłaś ze sobą swoją kulę? Warto dać znać Belinde.

– Dojedźmy najpierw do rodziców. Artois…

– Tak?

– Nie zdenerwuj się.

Kapitan uniósł brwi z rozbawieniem.

– Czy chcesz mi powiedzieć, że twoi rodzice też są nieco nieokrzesani?

Parsknęła śmiechem.

– Tak, znaczy nie, znaczy ojej. Bezpośredni. Są dość bezpośredni.

Pomyślała, że chyba umrze ze wstydu, jeśli mama postanowi zapytać Artois o stan uzębienia. Kapitan uzna, że traktują go jak konia na sprzedaż. Trzeba będzie jej odpowiednio wcześnie i dyskretnie wyjaśnić, że stan zdrowia Bretańczyka, z uzębieniem włącznie, jest bez zarzutów, odkąd zaopiekowała się nim księżna uzdrowicielka. Ponadto prędzej czy później kapitan de Narbonne będzie musiał porozmawiać z jej ojcem i po tym spotkaniu pewnie dwa razy się zastanowi, czy warto na dłużej związać się z córką tego mężczyzny.

Ale tak będzie lepiej, niż miałby wierzyć w jej wyidealizowany obraz jako królowej Bretanii. Kathryn dobrze pamiętała, że chciała abdykować, zanim się zorientowała, że jako monarchini ma szanse zrealizować każdy ambitny projekt inżynieryjny, jaki sobie zamarzy, i że najważniejsza decyzja, jaką musi podjąć, to zrównoważenie skarbu państwa pod tym kątem. Zniszczony wojną kraj wymagał odbudowania, brakowało fortec, dróg, zapór i mostów. Musiała tylko zdobyć fundusze i zebrać odpowiednio prężny zespół; możliwości wprost zapierały dech w piersiach. Ale czy gdyby abdykowała, kapitan de Narbonne nadal by ją kochał? Do jakiego stopnia pociągały go wyłącznie jej moc i władza?

– Kathryn – ujął jej dłonie – jeśli przypominają ciebie, na pewno się nie zdenerwuję. Kocham cię.

Poczuła się nieco zdeprymowana i popatrzyła kapitanowi w oczy, próbując zgadnąć, czy usiłował wyrazić zawoalowaną krytykę, ale nic takiego nie stwierdziła. Nie żeby umiała takie rzeczy odgadywać. Artois zrozumiał jej spojrzenie zupełnie inaczej i nachylił się do pocałunku. W tym momencie tramwaj szarpnął, jakaś babcia zepchnęła Kathryn z siedzenia i połowa pasażerów poprzewracała się na siebie. Gramoląc się z powrotem do pionu, Kat stwierdziła w duchu, że Avalon bywa czasem przygnębiająco mało romantyczny.

* * *

Artois pamiętał swoją matkę jak przez mgłę. Kilka scen, które się zachowały, pojedyncze obrazy, które obracał w pamięci tak długo, aż sam nie wiedział, co wymyślił, a co wydarzyło się naprawdę. Matka, drobna i śniada, roześmiana, w szmaragdowej sukni i ze sznurem pereł na szyi. Na spacerze z dumnym czarnowłosym mężczyzną, który był chyba jego ojcem, hrabią de Morion. Matka ucząca go pisania i rachunków w zaciszu pracowni, w otoczeniu manekinów opiętych w jedwabie i adamaszki.

Matka przymierzająca przed miedzianym lustrem stary, wyblakły szal, z podkrążonymi oczami i poszarzałymi włosami, cień dawnej siebie. „Powiedz mi, synku, czy widać, gdzie zacerowałam”. Miał wtedy osiem lat. Wspomnienia o matce trzymały go przy życiu podczas lat spędzonych na obrzynaniu sakiewek i włamywaniu się do domów porządnych mieszczan. Ostatecznie odbił się od dna tylko dzięki niej.

Teraz siedział przy stole i chłonął rodzinną atmosferę, w jakiej Kathryn pławiła się przez całe życie, nawet po tym, jak wyprowadziła się na stancję. Ponieważ państwo d’Argent nie mieli kontaktu z córką przez rok, a do tej pory rozmawiali tylko za pośrednictwem kuli, atmosferę podawano w podwójnych porcjach. Poczęstowano go górą jedzenia – te dziwne różowe stworzenia w skorupkach chyba nazywano homarami – a matka Kat, czyli księżna Dorothy Verd de Branche d’Argent, zadawała różnego typu niedyskretne pytania.

– Co robią twoi rodzice?

– Nie żyją, proszę pani.

– Och, strasznie cię przepraszam…

– Właśnie. – Ojciec Kathryn, Terence, otarł wąsy z sosu. – Kat opowiadała, że zostałeś usynowiony przez lady de Breville, czy to prawda? Czy Margueritte jest z tobą spokrewniona?

– Jesteś żołnierzem – zawtórowała mu Dorothy. – Czy macie w armii zagwarantowaną opiekę dentystyczną? Prowadzę własny gabinet.

Artois popatrzył na Kathryn z rezygnacją. Nie miał pojęcia, o czym jej matka mówi.

– Mamo, Artois po ostatniej misji wojskowej był pod opieką czarodziejki chirurga. Uzębieniem też się zajęła.

– Ale, kochanie, chyba nie chcesz zaciągnąć się do wojska? – spytał zaniepokojony ojciec. – Dopiero wróciłaś z tajnej misji; Weyland nie przekazywał nam nawet listów od ciebie. Miałaś być inżynierem. To znacznie bezpieczniejsze zajęcie.

I tak dalej. W pewnym momencie kapitan wymknął się do łazienki. Zastanawiał się, co zrobią poczciwi mieszczanie, których nigdy w życiu nie podejrzewałby o przynależność do królewskiego rodu, jeżeli wszystko wyjdzie na jaw. Może trzeba będzie ich sprowadzić do Bretanii, dla ochrony przed avalońskimi dziennikarzami.

Rozejrzał się wkoło. Herby rodowe, tarcze i emblematy wisiały w korytarzu między portretami i krajobrazami bez żadnej dostrzegalnej kompozycji. Państwo d’Argent zamieszkiwali piętro w kamienicy, zakurzone i dawno nieodnawiane. Artois nie znał arboriańskich standardów ani podziałów klasowych, ale wydawało się, że apartament widział lepsze czasy. Odcyfrował dyplomy w oprawkach zawieszone obok herbów. Wyglądało na to, że rodzice Kathryn zawodowo parali się pomniejszą magią.

Zaskrzypiały drzwi. Z salonu wyłonił się Terence, ostatni książę d’Argent. Technik magii i mechaniki precyzyjnej, jak głosił dyplom.

– Imponujące, prawda? – zagadnął, wskazując herby.

– Nie wszystko rozpoznaję – przyznał Artois. – Dopiero niedawno przybyłem do Arborii.

– W takim razie musisz wiedzieć, że jeśli zechcesz ożenić się z Kathryn, będzie musiała przyjąć twoje nazwisko rodowe, inaczej sąd nie pozwoli na przekazanie majątku. A i tak może zostać z niczym, bo jest utalentowana. Wiesz, że obłożono nas anatemą?

„Wcale nie będą nas swatać – pomyślał Artois. – Ani troszeczkę”. Rozbawiło go to nieco. Rzeczywiście ojciec Kathryn jest bezpośredni, skoro podnosi temat dziedziczenia majątku na pierwszym spotkaniu z wybrankiem córki, niewiele jeszcze o nim wiedząc.

– Nasz ród rządził Arborią kilka wieków temu, niedługo po Rozdarciu – kontynuował Terence – a wcześniej jako jeden z trzech rodów Triumwiratu. Co czyni z Kathryn księżniczkę krwi, gdyby takie rzeczy oczywiście miały jeszcze znaczenie.

– W Avalonie nie mają?

– Tytuł jest niewiele wart bez majątku. Moim przodkom skonfiskowano włości i skrócono o głowę utalentowanych; prawdę mówiąc, chyba słusznie. Według wszystkich przekazów historycznych cierpieli na dziedziczne szaleństwo oraz brak kontroli nad mocą. Tylko pamiętaj, że opowiadam o bardzo dawnych dziejach. Żadne z nas nie jest szalone. – Terence uniósł palec wskazujący. – Posłuchaj mnie uważnie. Tak zupełnie szczerze, ani władza, ani majątek nie mają ostatecznie znaczenia w życiu.

– A co ma? – spytał Artois, rozumiejąc, że ojciec Kathryn oczekuje od niego tego pytania.

– Chodź za mną.

Kapitan posłusznie podążył za Terence’em. Starszy mężczyzna zatrzymał się na samym końcu korytarza i trzema różnymi kluczami otworzył drzwi. Uchyliły się ze skrzypieniem.

– Proszę. Spójrz.

Artois już kiedyś widział podobny gabinet. Pracownia czarodziejki Margueritte de Breville również była zarzucona papierami i księgami. Terence dodatkowo gromadził wszelkiego rodzaju śruby i śrubki, druty, metalowe pojemniki i szklane bańki. W rogu, pod osmolonym okapem, znajdował się stół pokryty ceramiką, a na nim zamontowano imadło. Na ścianach wisiały schematy bliżej nieokreślonych mechanizmów.

– Kotły parowe – powiedział z dumą ostatni książę de Branche d’Argent. – One mają znaczenie. Oczywiście tutaj wytwarzam tylko malutkie modele. Nie jeden do jednego. Istnieje pewne ryzyko eksplozji i nasza gospodyni stanowczo się temu sprzeciwia.

– Aha…

– Gdybyśmy dysponowali większą ilością paliw kopalnych, cały świat przemierzałyby już parowe smoki, machiny o potężnych tłokach, gromadzące moc setek koni. Ale na całym świecie nie ma tyle węgla ani nafty, aby dysponować materiałem o właściwej kaloryczności. Ich zastosowanie pozostaje czysto eksperymentalne. Magia, zapytasz. Czy można użyć automagii? Oczywiście, ale ilość energii, jaką trzeba zużyć na runy grzewcze, wzrasta wykładniczo razem z pojemnością kotła, a transmutacja paliw niesie ze sobą jeszcze większe koszty. Co ciekawe, może nie mów tego Kathryn, wczytałem się dokładnie w notatki mojej córki i znalazłem tam informacje, że w dawnych wiekach Magowie Pustki zajmowali się przetwarzaniem mocy na olbrzymią skalę. Gdyby kiedykolwiek pojawili się na świecie…

– …poprosiłby ich pan o pomoc przy produkcji kotłów parowych? – spytał Artois, sam nie wierząc, że wypowiada te słowa. Wiedział, że chociaż Magowie Pustki – Wielcy Magowie – byli w Bretanii czczeni i poważani, tutaj ciągnęła się za nimi czarna legenda. Ale książę d’Argent najwidoczniej nie zaprzątał sobie głowy takimi detalami.

– Właśnie! Muszę przyznać, że jesteś niezwykle inteligentnym młodzieńcem. Może pomógłbyś mi kiedyś przy warsztacie? – Terence westchnął. – Niestety, z braku cudownych rozwiązań opracowuję znacznie bardziej przyziemne metody.

* * *

„Mógłbym tak żyć – myślał kapitan, gdy wracali długo po zmroku, zmęczeni i przejedzeni. – Mógłbym się przyzwyczaić, zamienić królewską gwardię na żandarmerię, czyli tutejszą straż miejską, patrolować ulice i gonić kieszonkowców. Żyć w skromnej mieszczańskiej wygodzie, wyhodować brzuch i zestarzeć się w egzotycznej, ale bezpiecznej Arborii. Nie kłaniać się możnym, obierać króla w powszechnych wyborach. Towarzyszyć Kathryn w pracowni, którą niewątpliwie prędzej czy później obstalowałaby w domu”. Przez pewien czas bawił się myślą, że Kat abdykuje, zostawią Bretanię daleko za Mostem i będą udawać, że Druga Strona nigdy nie istniała.

„Gdybyś, Wędrowcze, zechciał kiedyś odprowadzić moją duszę do nowego życia, to byłoby całkiem odpowiednie” – pomodlił się w duchu i po raz kolejny rozejrzał się ukradkiem. Niezależnie od tego, kto ich śledził, trochę za późno, aby zawracać kijem rzekę. Już wiele osób oprócz nich wiedziało, że jego ojczyzna istnieje, a niektóre z nich były stanowczo niepowołane.

Z zaułków wyłaniały się brzydsze aspekty miejskiego życia; pod ścianą smacznie spał pijak, ulicą przemknęła krzykliwie wystrojona dama, której zawód można by rozpoznać na pierwszy rzut oka w każdym kraju. Przy wejściu do gospody stało dwoje młodych ludzi zalanych w pestkę; kapitan myślał, że wzrok go myli, ale dziewczyna naprawdę miała niebieską skórę, a chłopak długie spiczaste uszy, jak baśniowe stworzenia zwane elfami. Belinde nic mu nie mówiła o innych oprócz ludzi istotach żyjących w Avalonie, może patrzył na sprytną iluzję albo przebranie?

Trzymali się oświetlonych ulic, ale Kathryn nie wydawała się szczególnie wystraszona. Błyszczały wokół niej osłony, aż kilkoro spóźnionych przechodniów obejrzało się z lękiem. Tym razem chyba nikt za nimi nie szedł, co trochę rozczarowało kapitana. Miał nadzieję, że koledzy zabitego poczują się w obowiązku pomścić kamrata i będzie można wciągnąć ich w zasadzkę. Oczywiście obawiali się nie jego, lecz Kathryn. Każdy szpicel wart swojej ceny wiedział, co potrafi siwowłosa dziewczyna u boku Artois. I chociaż rzucanie zaklęć ofensywnych w mieście było prawnie zabronione i – podobnie jak używanie broni palnej – surowo karane, wiadomo, że gdzie walczą czarodzieje, tam Wędrowiec ogniste kule nosi.

– Czy Belinde się odezwała? – spytał.

Podczas pobytu u państwa d’Argent w wolnej chwili skorzystał z naładowanej przez Kathryn kuli i powiadomił lady Chamomille o wydarzeniach dzisiejszego przedpołudnia.

– Jeszcze nie – mruknęła Kathryn. – Może faktycznie powinniśmy przenieść się do Belle. A jeśli się włamią?

– Jeżeli tego nie zrobili, założysz na noc zaklęcia ostrzegawcze – odparł Artois. – Nie są ofensywne, więc rozumiem, że powinny być dozwolone. A jeżeli już się włamali, cóż, po prostu posprzątam. Najcenniejszą rzecz, czyli twoją kulę, mamy ze sobą. Hm. Czy umiałabyś rzucić zaklęcie, które pozwoli do nich dotrzeć?

– Zaklęcia śledzące, dywinacje i spora część magii leczniczej – wymieniła Kathryn, odginając kolejno palce – opierają się mocno na komponencie Entropii. Wszystko co odpowiada za zmiany w czasie oraz proces rozkładu.

– Sądziłem, że leczenie działa raczej odwrotnie…

– Żeby zregenerować tkankę, trzeba fragment po fragmencie usunąć uszkodzone ciało, nie mówiąc nawet o mikrobach – odparła Kat. – A poważniejsze zaklęcia lecznicze potrzebują także silnej kontroli w czasie. Nie chcesz wiedzieć, jak wyglądają skutki nieudanego zaklęcia leczniczego. Ale dywinacji mogę spróbować. Rano, jak trochę odpocznę.

– Przepraszam bardzo, szanownych państwa – odezwał się uprzejmy, ale stanowczy głos.

W ich stronę maszerował patrol żandarmerii. Dwóch mężczyzn w czarnych garniturach i wysokich czapkach. Przodem szła kobieta o surowej twarzy, w podobnym umundurowaniu, ale z błękitnymi epoletami na ramionach.

Kathryn westchnęła ciężko.

– Dobrze, proszę bardzo, niech pani spojrzy. Wszystkie zaklęcia, jakie mam na sobie, są stuprocentowo legalne.

– Oczywiście – zgodziła się funkcjonariuszka. – Ile ich jest? Trzy czy cztery?

– Dwa – jęknęła czarodziejka. – Aura Ostrzegawcza i Pomniejsza Tarcza.

– Tak? Wyglądają raczej na klasę wojskową. Proszę rozproszyć.

Kat posłusznie zdjęła osłony.

– Mam profil Creo – wyjaśniła. – Mogą się wydawać silniejsze, niż powinny.

Żandarm notowała coś w małym zeszycie. Artois przypatrywał się zafascynowany. Obsesja Arboriańczyków na tle słowa pisanego wydawała się wszechobecna.

– Aura Ostrzegawcza i Pomniejsza Tarcza – powtórzyła żandarm. – Dokumenty proszę. Dziękuję. Proszę unieść ręce i przygotować się na Niższą Psychometrię. Poczuje pani niewielką ingerencję magiczną, więc proszę o powstrzymanie odruchu obrony.

– Proszę pani – zaczął kapitan ostrzegawczo.

– Spokojnie, Artois. – Kathryn wyglądała na zirytowaną, ale nie zaniepokojoną. – Pani tylko sprawdza, czy mówię prawdę.

– Czy to nie jest nadmiar ostrożności? Przecież pani widzi, że żadne z zaklęć…

– Pana jeszcze wylegitymujemy – odparła spokojnie funkcjonariuszka. – Poszukujemy człowieka podobnego do pana. Doloriańczyk, średniego wzrostu. Może być niebezpieczny.

Artois niezauważalnie odetchnął z ulgą. Skoro mówi to na głos, znaczy, że wykluczyła go z podejrzeń. Oczywiście, rozumował, rozglądali się za cudzoziemcem, a on dzięki szpilce Belinde mówił bez akcentu. Poczekał spokojnie, aż czarodziejka w służbie prawa skończyła rzucać swoje zaklęcie. Kolejna rzecz, jakiej dziś dowiedział się o Avalonie w praktyce. Belinde wspominała, że reguły dotyczące stosowania magii w miejscach publicznych traktuje się z ogromną powagą, ale nie wyobrażał sobie, że w służbach porządkowych pracują czarodzieje. To sporo zmieniało. Naprawdę sporo. Zastanowił się, czy prześledzili wydarzenia na zapleczu Starego Fakira i w jakim stopniu potrafili określić ich przebieg.

Skoro Avalon może zatrudniać magów w żandarmerii, ilu ich w ogóle mieszka w stolicy? A w całej Arborii? Przeszedł go dreszcz. Pomyślał o przewadze bitewnej, gdyby Arboriańczycy postanowili zaatakować Bretanię. A skoro już mowa o czarodziejach w żandarmerii, z pewnością pojawili się w odpowiedzi na czarodziejów łamiących prawo.

Podzielił się tymi wnioskami z Kathryn, kiedy żandarmi oddalili się już w swoją stronę.

– Ktoś musiał na mnie donieść – wyjaśniła Kat. – Ona była półaktywna, ale do trudnych przypadków wzywają ciężką artylerię. Wiesz co, chyba rzeczywiście odgrzebię te zaklęcia dywinacyjne. Pierwszy raz w życiu wylegitymowano mnie za tarcze ochronne; poważnie, chciałabym wiedzieć, co się tutaj właściwie dzieje.

* * *

W mieszkaniu na piętrze panowała cisza. Koszmarna gospodyni razem ze swoją fajką zniknęła z pola widzenia, słyszenia i czucia. Ściany były grube, Avalończycy wznosili budynki tak, aby odizolować się od siebie nawzajem. Przez okno docierały do nich z rzadka odgłosy ulicy.

Kathryn zajmowała pokój łaziebny. W przeciwieństwie do bogatszych kamienic, gdzie zainstalowano już sieć wodociągową, tutaj wodę przynosiło się z pompy na podwórzu i grzało na kuchni. Kiedy wrócili, czekały na nich dwa powitalne wiadra. Jedno było jeszcze ledwo ciepłe. Artois dowiedział się, że następnym razem będą już musieli zadbać o to sami.

Usiadł na sofie, rozpiął surdut i poluzował kołnierzyk. Znowu powracała świadomość, że tej nocy znajdzie się sam na sam w jednym apartamencie z królową Bretanii, i nie potrafił przestać sobie wyobrażać, jak drobne piersi Kathryn i jej smukła pupa wyglądają bez ubrania. Wydawała się zmęczona; Artois pomyślał, że przedpołudniowa gorączka, jaka ich ogarnęła, chyba minęła pod wpływem wydarzeń dnia. Kto wie, może zraził ją do siebie podczas wizyty u rodziców? I w ogóle jak rozmawiać z królowymi o sztuce miłosnej? Nawet takimi, które wychowały się jako zwykłe mieszczki?

„Przestań, durniu – skarcił samego siebie. – Nigdy jeszcze cię tak nie wzięło, ale to nie powód, żeby twój mózg od razu zmienił się w eklerkę, jesteś w obcym kraju, obcym miejscu, śledzili was podejrzani ludzie, spróbuj się opanować”. Wyjął zza pazuchy list od Margueritte. Teraz dopiero miał czas, aby go przejrzeć.

Otworzył kopertę. Kartka po kartce przeglądał oficjalne arboriańskie dokumenty, zaopatrzone w tyle pieczątek, że nie potrafił sobie wyobrazić, jakim cudem lady de Breville zmusiła tych ludzi do podstemplowania papierów w ciągu ostatnich dwóch miesięcy; musiała chyba wykorzystać wszystkie swoje koneksje. Ciarki chodziły mu po grzbiecie. Rzeczywiście przyjęła go do rodziny. Mówiono mu, że Margueritte żadnej sprawy nie zostawia w pół drogi, ale nie wierzył. Skąd taki hojny gest? Po co? Wyłącznie z powodu Kat?

I na Pustkę, przecież to oznacza, że jest teraz Arboriańczykiem.

Nie wyobrażał sobie, żeby lady de Breville nie rozważyła wszystkich konsekwencji tego faktu. Ale nie potrafił zrozumieć, o co chodzi Margueritte, Czarnej Prorokini, Mistrzyni Kryształowego Ognia, jak nazywano ją na dworze. Czy też Szalonej Meg, jak mawiali ludzie z Arborii. Jego przybranej matce.

Trafił wreszcie na plik spiętych drucikiem papierzysk. W pierwszym momencie nie zrozumiał ani słowa. Były pełne cyfr i schematów; wyłowił jednak nazwisko de Branche Morion, ród szlachecki człowieka, który go spłodził. Do kartek dołączono krótką notatkę napisaną niewyraźnym charakterem pisma. W jego ojczystym języku.

Załączam dywinację Twojego rodowodu. Bretańskie linie krwi są bardzo silne. Jako obywatel Arborii możesz za darmo zapisać się na test potencjału. Decyzja należy do Ciebie.

Pozdrawiam

Twoja pani matka,

Margueritte de Breville de Branche d’Ambre.

Starannie zebrał kartki i z powrotem włożył je do koperty z grubego nieprzezroczystego papieru. Krew szumiała mu w uszach. „Przecież o tym wiedziałeś – podszeptywał mu rozum – przecież się orientujesz, czyim jesteś synem i kim mógłbyś zostać, gdybyś tylko miał okazję”. Ale czy Margueritte chociaż w połowie zdawała sobie sprawę, jak potężnego wysiłku od niego wymaga? Od niego, chłopaka wyszkolonego na ulicach i gościńcach, a nie w przytulnych salach arboriańskich szkół? Jakie wyzwanie mu rzuciła? A co zrobiłaby Kathryn, gdyby się dowiedziała, że kapitan nie chce poprzestać na statusie królewskiego faworyta? Może poczułaby się osaczona? Luźny związek z nieutalentowanym brzmiał bezpiecznie. Co innego, jeśli… Nie śmiał o tym myśleć.

Czy próbując zbyt mocno przy niej trwać, straciłby ją na zawsze?

Wciąż o tym myślał, kiedy wrócił z łazienki i owinął się prześcieradłami na sofie. Zimna woda w niczym nie pomogła; zapowiadało się, że znów czeka go bezsenna noc. Wreszcie podjął decyzję. Jeżeli w ogóle chce mieć szansę cokolwiek zacząć, musi nauczyć się rozmawiać z Kathryn wprost.

Spotkali się w drzwiach między pokojami. Stała naprzeciwko niego, ubrana wyłącznie w cieniutką nocną koszulę. Poczuł, jak przyspiesza mu oddech.

– Nie mogę spać – szepnęła.

– Mam ten sam problem.

– Nie przejmiesz się, jeśli powiem coś głupiego?

– Nie. – Brakowało mu słów.

– Czy możemy to zrobić tak, żeby nie było od razu małego następcy tronu? – Rozchyliła usta. – Ja jeszcze nigdy… ale znam takie uroki…

– Przyjmę każdy urok, jaki na mnie rzucisz. – Objął ją delikatnie. Przez koszulę czuł jej rozgrzaną, gładką skórę. – Nie bój się. Będzie dobrze. Jestem przy tobie.

* * *

Obudził się zaskakująco późno. Słońce świeciło przez firanki na ich twarze. Popatrzył na Kathryn. Leżała na wznak z półotwartymi ustami i chrapała cichutko, jakby mruczał kot. We śnie wyglądała tak niewinnie i bezbronnie. Łatwo było zapomnieć, że kiedy trzeba, nie zawaha się walczyć ze smokami. Wstał powoli z łóżka, uważając, żeby jej nie obudzić. Znów wzbierał w nim żar, ale wiedział, że powinien dać jej odpocząć.

Chciał śpiewać ze szczęścia, ale to też nie był szczególnie dobry pomysł, bo w przeciwieństwie do aktorów, których spraszał na dwór hrabia Trevancel, Artois miał drewniane ucho i jedyne, co mógł osiągnąć, to wyrwać Kathryn ze snu, zaalarmować gospodynię i sąsiadów oraz spłoszyć wszystkie gołębie w okolicy. Doszedł więc do wniosku, że najlepiej zrobi, jeśli przyniesie wody z podwórza.

Zanim wyszedł, jego wzrok przykuła kula magiczna, pozostawiona przez Kathryn na stoliku do kawy w pokoju obok. Rozświetlała się od środka, pulsując miarowo. Znaczy, że Belinde odpowiedziała. Kapitan poskrobał się w głowę. Kat naładowała kulę, więc mógł się nią posłużyć, ale jak to się robi?

– Magiczna kulo – szepnął. – Pokaż wiadomość.

– Podaj datę oraz/lub nadawcę oraz/lub adresata wiadomości – zaproponowała kula damskim głosem. – Wyszukaj za pomocą hasła.

– Magiczna kulo, pokaż wiadomość od Belinde Chamomille. Data wczoraj albo dziś.

– Nowa wiadomość, nadawca Belinde Chamomille. Nie znaleziono daty wczoraj albo dziś. Czy pokazać wiadomość?

– Pokazuj.

– Polecenie nieznane. Oczekuję polecenia.

– Magiczna kulo. – Kapitan siłą woli powstrzymał się, żeby nie cisnąć nią o podłogę. – Pokaż nową wiadomość, nadawca Belinde Chamomille.

Szkło rozjaśniło się ponownie; wewnątrz zawirowała szarozielona mgła. Obraz wyostrzył się stopniowo, objawiając światu harmonijne rysy i długie, starannie ufryzowane blond pukle lady Chamomille. Czarodziejka z powagą spoglądała na odbiorcę wiadomości.

– Kiedy usłyszycie moje nagranie, będzie już zapewne po północy, więc dzień dobry. Mam nadzieję, że przyjemnie się wam spało w Avalonie. – Artois przysiągłby, że dostrzegł w jej oczach błysk rozbawienia. – Zasłońcie okno i sprawdźcie, czy nikt nie podsłuchuje za drzwiami. Czekam dwie minuty.

Zgodnie z instrukcją kapitan ostrożnie uchylił drzwi wejściowe. Później wrócił do pokoju, gdzie spali razem z Kathryn; przecisnął się między szafką nocną a ciemnoszarym prześcieradłem, dyskretnie zerknął za firanki. Młoda królowa poruszyła się we śnie i z cichym pomrukiem obróciła na drugi bok. Uśmiechnął się, wracając do kuli.

Lady Chamomille uniosła wzrok, wpatrując się w coś, co znajdowało się poza obszarem widocznym dla odbiorcy.

– Dwie minuty minęły. Zakładam, że nadal mnie słuchacie. Dobrze. Sprawdziłam nazwisko. Millie Severia ma grubą kartotekę w avalońskiej żandarmerii; działa w półświatku. Kilka lat temu była zamieszana w głośną aferę dotyczącą handlu nielicencjonowanymi różdżkami, ale oczyszczono ją z zarzutów. Jeżeli jej ludzie za wami chodzą, to znaczy, że znów pracuje dla czarnoksięskiego podziemia, i wiem, kogo zapytać o szczegóły. Spotkajmy się u mnie o dziesiątej rano.

Dziesiąta rano, czyli przekładając na ludzki język, wczesne przedpołudnie? Arboriańczycy byli obsesyjnie dokładni, jeśli chodzi o pomiar czasu. Kapitan odruchowo zastanowił się, jak wysoko stoi słońce, a potem przypomniał sobie, że nad stolikiem, na którym leżała kula, wisi mały mechaniczny zegar. Spojrzał na oszkloną tarczę pośrodku ciemnego drewnianego pudełka, przez moment przypominał sobie jedną z pierwszych lekcji, jakich udzieliła mu Belinde, znalazł krótszą i dłuższą wskazówkę i dokonał krótkiej kalkulacji.

Jeśli się nie pomylił, brakowało dokładnie dziesięciu minut do dwunastej.

* * *

Chwilę później kapitan Artois bardzo żałował, że dał znać Kathryn. Mógłby pozwolić jej spać dalej i załatwić tę sprawę samodzielnie. Miał przecież adres Belinde i zawsze mógł zawołać dorożkę. Chociaż z drugiej strony gdyby wyszedł sam, skutki mogłyby przekroczyć wszelkie oczekiwania.

– Dlaczego mnie nie obudziłeś? – Czarodziejka mocowała się z troczkami koszuli.

– Sam wstałem chwilę przed tobą. Czy mogłabyś przestać się denerwować?

– Łatwo ci mówić! Ty przecież nie masz poczucia czasu!

– Wręcz przeciwnie, ja do niego nie potrzebuję zegarów. Czy lady Chamomille naprawdę tak źle znosi spóźnienia? Nawet ze strony długoletnich przyjaciół? – Wskazał na Kat. – Jeżeli szybko wyjdziemy, powinniśmy ją zastać. Nigdzie się chyba nie spieszyła.

– Nie skontaktowała się ponownie. I teraz nie odbiera przy swojej kuli. – Lekko przygarbiona Kat obracała się wkoło w poszukiwaniu jakiegoś bieliźnianego drobiazgu. – Jesteśmy spóźnieni godzinę pięćdziesiąt siedem minut! Pięćdziesiąt osiem! Trzeba się jeszcze ubrać! Powinniśmy już dawno wyjść!

– Kathryn. Kathryn, nikt nie straci za to głowy. – Spróbował położyć dłoń na jej ramieniu, ale otrząsnęła się i popatrzyła na niego błędnym wzrokiem.

– Nigdy nie widziałem cię tak zdenerwowanej, nawet kiedy sądziłaś zdrajców królestwa – powiedział. – Może nie rozumiem, dlaczego tak poważnie traktujecie pomiar czasu, ale to nie tłumaczy twojego zachowania.

Królowa zacisnęła powieki i wstrzymała na chwilę oddech. Wypuściła powietrze z płuc. Powiedziała coś bezgłośnie; kapitanowi wydawało się, że brzmiało to jak „tu i teraz”. Kiedy otworzyła oczy, wydawała się spokojniejsza.

– Belinde jest bardzo punktualna – powiedziała przygaszonym głosem. – W przeciwieństwie do mnie. Mamy układ, że kiedykolwiek się umawiamy, przypomina mi wcześniej o spotkaniu. Jedyny raz, kiedy tego zaniechała, to było wtedy, gdy w nieudanym rytuale transformacyjnym wybuchło jej pół laboratorium. Nie wyobrażasz sobie, jak wyglądały pracownia i moja mistrzyni, kiedy wreszcie tam dotarłam; miesiąc leczyła poparzenia. A teraz poszła w środku nocy wypytywać o kryminalistów. Boję się, że coś się stało.

– Lady Chamomille to jedna z najpotężniejszych czarodziejek, jakie znam – odparł Artois, chociaż trochę udzielił mu się niepokój. Był obcy w Avalonie, może źle oceniał sytuację. – Jeżeli ona nie potrafi dać sobie z czymś rady, nikt nie potrafi. Przewiduję, że zastaniemy ją w salonie nad zimną herbatą albo kawą, chyba nie pijecie wina przed południem? Najwyżej nie każe podać nam ciastek.

Kończąc wypowiedź, kątem oka dostrzegł błysk. Kula magiczna rozjaśniła się ponownie.

– Spójrz. – Delikatnie dotknął łokcia Kathryn.

– O, na Pustkę – odetchnęła. – Magiczna kulo, odbiór.

Pod krzywizną szkła objawiła się twarz sędziwego, chociaż rześkiego mężczyzny w cylindrze i eleganckich okularach.

– Pustka i Zaświaty – zaklął książę Bernard. – Czy ten piekielny kryształ działa? Kathryn? Artois? Słyszycie mnie tam?

Kathryn odruchowo przyklepała włosy i poprawiła ramiączko koszuli.

– Zaspaliśmy…

– Widzę.

– Co się dzieje z Belinde?

– Nie wiecie? Byłem przekonany, że znajdę ją u was – odpowiedział książę de Montreuil. – Wyszła w nocy, podobno spotkać znajomego z dawnych lat. Nie zamierzałem jej przeszkadzać, ale zapowiedziała, że przed południem planuje was podjąć. O ile znam avalońskie zegary, już nadeszło południe. Sądziłem, że chce oszczędzić czasu i zgarnąć was po drodze.

– Dlaczego nie zabrała swojej kuli? – Kathryn zmarszczyła brwi.

– Powiedziała, że ze względów bezpieczeństwa.

– I to cię nie zaalarmowało?! – krzyknęła królowa. – Kto dla bezpieczeństwa zostawia swoją kulę w obcych rękach?

– W zaufanych rękach – poprawił Bernard i spojrzał na nią z powagą. – Ja tak kiedyś postąpiłem, Wasza Wysokość. I moja decyzja okazała się ze wszech miar słuszna. Czy mógłbym uprzejmie p rosić Waszą Wysokość, aby się opanowała i jak najszybciej przybyła do miejskiej rezydencji lady Chamomille? Oczywiście wszystko pozostaje w gestii Waszej Wysokości.

– Ja… Przepraszam.

– Jeżeli już wpadasz w furię, nie przepraszaj. – Książę de Montreuil pokiwał palcem. – Monarchowie przepraszają tylko w ostateczności. Ale królewski gniew też powinnaś zachowywać na wyjątkowe okazje. Rzucałem dywinacje, jednak wydaje mi się, że Belinde zamaskowała swoją obecność przed zaklęciami. Wasza Wysokość dobrze zna lady Chamomille; może z Waszą pomocą dam radę przełamać impas. Do zobaczenia na miejscu.

Kula zgasła. Kathryn oparła dłonie na stoliku, potem przeczesała włosy palcami.

– Nie znoszę, kiedy Bernard mnie poucza i ma rację – powiedziała cicho. – Artois, czarno to widzę. Czy zgadniesz, jak długo powtarzałam zaklęcie śledzące w Bretanii, zanim udało nam się określić, gdzie przebywa Vincent?

– Nie muszę zgadywać, pamiętam – odparł kapitan. – Nauczyłem się je rozpoznawać. Podejrzewam, że dzięki praktyce doszłaś do wprawy. Gdybyś nadal miała problem, na miejscu pomoże Bernard. Gdyby magia okazała się bezużyteczna – uśmiechnął się niewesoło – pozostaję jeszcze ja. Nie znam miasta, ale dysponuję pewnym doświadczeniem.

Zamknęła oczy, rozpościerając palce na stoliku. Trwała jakiś czas w tej pozycji, aż Artois zaczął się niepokoić. Wreszcie spojrzała na niego, znów opanowana, rzeczowa i gotowa do działania; królowa, jaką zdążył już poznać.

– No dobrze – powiedziała. – Idziemy.

Właśnie wtedy kula zajaśniała ponownie, ale wewnątrz pojawił się tylko obraz szczupłej, bladej dłoni.

– Kathryn Verd? – odezwał się metaliczny, monotonny głos. – Kontaktuję się z tobą na prośbę Andreasa Weylanda. Muszę was ostrzec. Dziś rano na Granicy wydarzył się incydent…

* * *

Vincent i Amandine

Ombre, tego samego dnia po południu

Posłusznie uniosłem ręce.

Starsza pielęgniarka z poważną miną przesunęła po moim ciele medycznym wykrywaczem skażenia, niedużym kwadratowym urządzeniem z mosiądzu. Od dotyku zimnego metalu cierpła mi skóra.

– Na wszelki wypadek zażyje pan jeszcze pół dawki eliksiru – poinformowała. – Poziom nie przekracza tła, ale nie wykluczam opóźnionych reakcji. Mieli panowie dużo szczęścia.

– I dobre… osłony – zauważyłem. Pielęgniarka ściągnęła brwi i sięgnęła do kieszeni po małą automagiczną lampkę.

– Proszę spojrzeć w światło. – Poświeciła mi w źrenicę. – Nie, dno oka wygląda dobrze. Proszę pokazać mi tę rękę. Czy miał pan już wcześniej objawy neurologiczne?

– Tak. To stare… dolegliwości.

– Muszę wykluczyć wszystkie skutki uboczne działania eliksiru – wyjaśniła. – Jako półaktywny wymaga pan większej uwagi. Zaleciłam, aby zajmowali panowie osobną kajutę na Glorii i mieli przydzieloną prywatną łazienkę. Oficjalnie nadal odbywacie kwarantannę i nie obchodzi mnie, że musicie natychmiast wracać do Avalonu. Gdybym mogła, zatrzymałabym was jeszcze tydzień na obserwację.

– Proszę pani, miałem… w życiu… więcej narażeń – zaprotestowałem. – Moja narzeczona…

– Aha, i jak to znakomicie wpłynęło na pańskie zdrowie. Oraz, jak widzę, bardzo pan się troszczy o los pańskiej nieutalentowanej narzeczonej – fuknęła pielęgniarka. – Nie obchodzi mnie, ile zaklęć potrafi pan rzucić ani jakie automagiczne cuda nosi pan przy sobie, skażenie jest skażeniem. Dopóki nie mamy lepszych metod, aby się go pozbyć, roznoszenie go na osoby postronne stanowi zagrożenie zdrowia publicznego. Wystarczy, że muszę znosić kaprysy aktywnych Źródeł z tej jednostki, niechże pan ich nie naśladuje zbyt mocno.

Zatem obrywało mi się za Archera, i w dodatku musiałem z nim dzielić kajutę.

– Oczywiście nie zmuszę pana do posłuszeństwa lekarzowi pokładowemu – dodała, wzdychając ciężko. – Ale proszę nie uciekać ze swojej kabiny oraz… jak mam to powiedzieć… zachować wstrzemięźliwość płciową do czasu kontroli po przylocie.

„Tego już trochę za wiele – pomyślałem. – Może ujawnię wszystkim, że jestem Magiem Pustki, i będzie po kłopocie”. A potem uświadomiłem sobie kontrast między czołobitnym zachowaniem niemagicznych Bretańczyków, pomagających mi w zeszłym roku przy misjach w rejonach dotkniętych skażeniem, a tupetem arboriańskiego personelu i nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.

– No i co panu tak wesoło?

– Nic – odparłem, nadal się śmiejąc. Mimo wszystko dobrze być w domu.

Na szafce obok leżało moje ubranie, ostro pachnące środkiem chemicznym po dekontaminacji, a o ścianę oparto Zagładę Gwiazd zamkniętą w zasznurowanym futerale. Bretański zielony aksamit trochę się zmechacił wskutek prania. Przebierając się za parawanem, ukradkiem wetknąłem do środka dokumenty przekazane mi przez Jacqueline. Kazano mi sprawdzić, czy wszystko się zgadza, i podpisać pokwitowanie.

Po drodze wpadłem na redaktora de Pointeferre’a.

– Witam, panie Thorpe – oznajmił sztywno. – Rozumiem, że czuje się pan już znakomicie.

– Proszę… się tak nie boczyć – odparłem wesoło. – Pre… numerowałem pańskie czasopismo jako nastolatek. Mam dużo… szacunku. Ale pewnych granic się nie przekracza.

– Dosłownie czy w przenośni? – prychnął redaktor. – Powiadam panu, prawdy nie można zatrzymać. Przydzielono nam wspólną kajutę z panem Archerem – i na Pustkę, klnę się, że gdy dostanę z powrotem kulę, wydobędę od was wszystkie szczegóły. Czy pan wie, że przez pana nie pozwolono mi zwiedzić całego statku?

– Mnie się zdaje – zauważyłem – że to dzięki mnie został pan… jednym z pasażerów.

– Och, załatwiłbym to sam, bez łaski. – De Pointeferre jakby obracał w głowie jakąś myśl. – Proszę powiedzieć – mam wrażenie, że gdzieś już słyszałem pańskie nazwisko – asystent Szalonej Meg to pan?

– Margueritte de Breville – zaznaczyłem z naciskiem. – Nie jest szalona.

– Widziałem ostatnio pewną publikację z waszą dwójką. – Odchrząknął, a ja poczułem, że włosy jeżą mi się na karku. Raczej nie chodziło o żaden z moich autorskich uroków dla artystów malarzy. Czyżby Meg, kiedy nie patrzyliśmy, opisała proces mojej aktywacji? Nie, to niedorzeczne. Ale de Pointeferre kontynuował: – Oczywiście prawdziwe nazwisko zastąpiono fikcyjnym, ale pańska tożsamość jest tajemnicą poliszynela. Może pan chcieć wytoczyć proces o naruszenie dóbr osobistych. O ile udowadnianie swojej racji przed sądem nie okaże się dla pana zbyt kłopotliwe. Podobno ma się pan wkrótce żenić, więc…

Uniosłem brwi.

– O czym, na Wędrowca, pan właściwie mówi? – spytałem ostro.

– Sam się pan przekona – odparł redaktor. – Przy czym, według prasy brukowej, asystował pan lady de Breville.

Machnąłem ręką. Dziwne, że pracując z Margueritte, dopiero teraz dorobiłem się plotek na swój temat. A co dopiero będzie, jeśli panu de Pointeferre’owi uda się spełnić groźby i wysłać reportaż do redakcji.

– Proszę pana – powiedziałem. – Proszę… zakręcić się raczej wokół panów czarodziejów. Za parę miesięcy… kiedy załatwimy… sprawę na Granicy… może uzyska pan od nich ekskluzywny materiał. Trzeba tylko trochę… cierpliwości.

To go wreszcie uciszyło. Ruszył wąsami w zamyśleniu.

– Wie pan, że konkurencja nie śpi – odpowiedział wreszcie. – Pewne pogłoski krążą po redakcjach już od dłuższego czasu i nie tylko ja przyjechałem do Ombre.

Tego się właśnie obawiałem.

– Proszę się nie martwić. Żołnierze… zamknęli jednostkę i wprowadzili stan… podwyższonej gotowości. Jeśli ktoś tutaj… przyjedzie, po prostu zaczną strzelać.

* * *

Dobiegał wieczór. Osłaniając oczy przed blaskiem zachodzącego słońca, wpatrywałem się w srebrzyste poszycie Glorii d’Aquamarine, pierwszego statku powietrznego, jaki wyszedł poza stadium prototypu. Długi, smukły balon przypominał mi trochę delfina i zastanawiałem się, jak ogromny musiałby być, gdyby konstrukcji nie wzbogacono o runy antygrawitacyjne.

Zanim trafiliśmy do Bretanii, przez długi czas interesowałem się nowinkami technicznymi. Usiłowałem rozgryźć tajemnice firmy Arte Benare, która zrobiła majątek na automagii podprzestrzennej. Jako nastolatek czytałem „Magazyn Arboriańskiego Towarzystwa Geograficznego”, które prowadził redaktor de Pointerferre. Nowe odkrycia w dziedzinie pojazdów lądowych i latających pojawiały się w nim co pewien czas, jednak do tej pory żaden z nich nie wyszedł z pracowni do ludzi, poza czysto rozrywkowymi zastosowaniami. Od kilkunastu lat głoszono, że nasze dzieci będą jeździć bezkonnymi dyliżansami, i ludzie powoli przestawali już w to wierzyć. A tymczasem proszę, coś jednak się udało.

Cały statek powstał wskutek osiągnięcia delikatnej równowagi między automagią a dokonaniami niemagicznej avalońskiej technologii.

Z tyłu i po bokach statku widziałem dysze napędzane zaklęciami kierunkowymi. Musieli je koordynować runami przestrzennymi, zwanymi także zwyczajowo runami Pustki – ale nie takimi, do jakich już zdążyłem przywyknąć, tylko ich podróbką stosowaną między innymi w małych teleportach żywieniowych. Zastanawiałem się, skąd biorą energię. Prototypowe projekty opierały się między innymi na silnikach śmigłowych, napędzanych mocą magiczną, lecz to rozwiązanie pochłaniało zbyt dużo jednostek, żeby nadawać się na długotrwałe loty.

O wariackich propozycjach, które uwzględniały kotły parowe, starałem się po prostu nie pamiętać, bo ta technologia miała same wady i żadnych zalet, jeśli chodzi o transport powietrzny.

Na podnośnikach stały cylindry oznakowane symbolami firmy Arte Benare. Każdą butlę, wielkości mniej więcej sporego kufra, podpięto do długiej rury ze wzmocnionego płótna, opiętej na metalowym stelażu. Biegły w górę, w stronę smukłego balonu. Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby ktoś wykorzystał magię podprzestrzenną do sprężania gazu. A ponieważ dzięki notatkom Lucjusza wreszcie odkryłem sekret firmy, zastanawiałem się, czy użyto w nich nowej technologii, czy jeszcze stosowano metody opracowane przez mojego niesławnego kuzyna. Lucjusz Szalony, człowiek, który ostatnie dwieście lat życia spędził jako Nadworny Mag Bretanii, pracował wcześniej dla Weylanda – ale także dla Arte Benare. Zapas matryc opartych na prawdziwych runach Pustki, które dla nich wyprodukował, musiał się już kończyć.

Ciekawe, co by zrobili, gdybym się zgłosił.

– Vince!

Odwróciłem się i poczułem, jak mija podskórne nerwowe napięcie, które towarzyszyło mi w bazie, chociaż do tej pory ledwo zdawałem sobie z niego sprawę. Moja narzeczona szła przodem, zdecydowanym równym krokiem, jak to ona; jej gęste rude pukle lśniły w słońcu. Bagażowi ledwo nadążali za nią z walizami. Obok szedł Weyland; przy swoim wzroście nie potrzebował szczególnego wysiłku, aby nie zostawać w tyle za Amandine.

– Proszę ograniczyć czułości – chrząknął lekarz pokładowy, który stał w naszej grupie razem z Archerem, panem de Pointeferre’em, Jacqueline, kilkoma innymi pasażerami i członkami załogi. – Przechodzą panowie kwarantannę.

– Co za bzdury! – fuknęła Amandine i padła mi w ramiona. Objąłem ją czule. – Skażenie w normie tła, chyba możemy się uściskać.

„Jesteś podminowana” – nawiązałem kontakt telepatyczny.

„Wiem przecież, co się stało. Poza tym Weyland rozmawiał z Meg. Powiedziała, że cokolwiek tam próbujesz, powinno zadziałać na poczwórnym Sevri, z kwantami podzielonymi równo między ładne i brzydkie… przepraszam, ale nie zapamiętałam, oraz z zafiksowanym miejscem docelowym”.

„Z zawieszoną jednostką? Egzotyczne i pachnące? Próbowałem takiego rozwiązania, ale nie byłem pewien, czy ma sens. Jeszcze przeliczę”.

„Mówili też coś o Iglicy. Słyszałeś kiedyś o czymś takim?”.

„Nie bardzo. Co to, jakieś miejsce?”.

„Chyba raczej grupa ludzi. Weyland nic mi nie chciał powiedzieć, ale sugerował, że mogą mieć coś wspólnego z tym incydentem. Meg kiedyś się z nimi kontaktowała”.

„Nie za mojej kadencji. Będę musiał porozmawiać z Arcymagiem. Z tobą też, ale o tym później. Dowiedziałem się czegoś potencjalnie frapującego i powinniśmy omówić szczegóły na osobności, bez towarzystwa Archera albo Weylanda. Bądź co bądź, jestem przede wszystkim lojalny wobec Nadwornej Magini Królestwa Bretanii”.

Wymiana zdań w myślach trwała znacznie krócej, niż gdybyśmy porozumiewali się słowami. Szybko pocałowałem Amandine, łowiąc wściekłe spojrzenie lekarza pokładowego.

Odwróciłem się w stronę oczekujących.

– Dobrze – powiedziałem. – Kto jest tutaj odpo… wiedzialny za bezpieczeństwo lotu? Sugerowałbym, żeby każda kajuta… miała na wyposażeniu detektor skażenia. Powiedziano mi, że Gloria nie osiąga pułapu powyżej… możliwości lotu ludzkiego, a napastnik podszedł do mostu powietrzem.

– Każda kajuta? – Archer spojrzał na mnie uważnie. – Proszę pana, załoga i służba nie potrafią się nimi posługiwać.

– Detektory są w pełni automagiczne – zripostowałem. – Nie potrzebują ładowania. I zdecydowanie tak, zwłaszcza załoga i służba powinny nimi dysponować. Wierzę w pańską spostrzegawczość, panie Archer. Ale skoro zdecydowaliśmy, że nie zostajemy w Ombre, aby uczestniczyć w śledztwie, co – przy okazji – uważam za błąd, trzeba dmuchać na zimne. Przeszkolenie nie zajmie dużo czasu.

– Ciekawe, ale znów pan przestał się jąkać – skomentował James Archer. – Nadal mówimy o kosztownym sprzęcie magicznym. Proponuję sprawdzić, ile ich razem mamy, i rozsądnie rozdzielić między grupy.

* * *

Wnętrze gondoli latającego statku przystosowano do przewozu pasażerów. Taki flagowy program państwowy jak Gloria d’Aquamarine nie mógł zostać wykonany na pół gwizdka. Wzdłuż wąskiego korytarza znajdowały się kabiny wyposażone jak luksusowe pokoje hotelowe, z jednym wyjątkiem, że z braku przestrzeni łóżka były piętrowe. Zostawiłem walizki w czteroosobowym pokoju, gdzie prócz mnie ulokowano Archera i Simona de Pointeferre’a, grzecznie pozwoliłem lekarzowi pokładowemu pokazać, którą łazienkę przeznaczono dla nas, a później poszukałem Amandine. Nie miałem ochoty dać się zamknąć w kabinie.

Wyglądało na to, że jest gdzie rozprostować kości. Przeszedłem się do jadalni, gdzie oczekiwały nas okrągłe stoliki zasłane już błękitnymi obrusami z herbem rodowym królowej Gwendolyn d’Aquamarine. Znalazłem salonik z oknami widokowymi, gdzie na ścianie zawieszono landszafciki namalowane pastelami oraz tabliczkę „tu można palić”; domyśliłem się, że pomieszczenie to wkrótce zostanie zaanektowane przez Archera. Do saloniku przylegała czytelnia: mniejszy pokój, zaopatrzony w biurka i małą biblioteczkę. Tam właśnie zastałem Amandine, która widocznie zrobiła już przede mną tę samą trasę.

– Jest niesamowity – odezwała się moja narzeczona. – Ciekawe, co by powiedzieli dawni królowie d’Argent.

Podczas pobytu w Bretanii często podróżowaliśmy Królewskim Rydwanem, magicznym pojazdem latającym dynastii d’Argent. Wyglądał, jakby zaprojektowała go mała dziewczynka pochłonięta marzeniami o wystrojonych w brylanty księżniczkach-czarodziejkach, ale działał całkiem przyzwoicie. O ile się orientowałem, był znacznie szybszy niż Gloria, ale dużo mniejszy i stanowczo mniej wygodny; na noc trzeba było nim lądować i korzystać z namiotu lub gospody. A te w Bretanii zdarzały się rzadko i nie należały do szczególnie komfortowych.

– A mnie ciekawi, co powie obecna królowa.

– Och. Ojej. Mamy na to budżet?

– Sama powinnaś wiedzieć – odparłem i znów przełączyliśmy się na telepatię.

„Martwi mnie, że nie mogę działać otwarcie. Gdybym miał okazję, rozrysowałbym kilka run ostrzegawczych w każdym pomieszczeniu”.

„Myślisz, że zamach może się powtórzyć? Sprawdzili cię już i podobno wyszedłeś z tego czysty. Napastnik zdjął iluzję z Mostu. Sądzę, że osiągnął cel”.

„Myślę, że ten, kto do nas strzelał, przypuszczał, że albo znajdzie Maga Pustki, albo zostaniemy ciężko dotknięci Piętnem. Nie przewidział, że uda nam się w porę zareagować. Może chciał upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, ale nie sądzę, żeby chodziło tylko o mnie”.

„Archer nie może tego ignorować. Zresztą nie ma pojęcia, że chodziło o ciebie”.

„I nie ignoruje, ale jest dumny. Sądzi, że atak najpewniej skupi się wyłącznie na nim. Zresztą on myśli trochę po bretańsku, do pewnego stopnia ignoruje cywili. Amandine, dostałem od Jacqueline pewne dokumenty. Muszę jeszcze je odcyfrować i sprawdzić, czy rzeczywiście mają sens, ale wydaje się zaniepokojona obecnością Magów Pustki w Bretanii…”.

„Każdy, kto o nich wie, chyba jest…”.

– Proszę państwa! – rozległ się głos Simona de Pointeferre’a. – Proszę się uśmiechnąć!

– Ma pan kulę magiczną. – Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. – Jak ją pan wydostał z depozytu?

– O właśnie! Doskonałą minę pan zrobił, świetnie będzie wyglądać na odbitkach.

– Odmawiam zgody na publi… kację.

– Ależ proszę się nie krygować, obydwoje jesteście bardzo reprezentacyjni. – De Pointeferre obszedł czytelnię z kulą. – Co jak co, ale reportaż ze statku powietrznego spodoba się czytelnikom, a muszę się pospieszyć, nim zapadnie zmrok. Panno Amandine, z kolorystyką szanownej pani, na tle zapierającego dech w piersiach krajobrazu, dostaniemy nagrodę ministerstwa za te obrazy.

– A wie pan? – Amandine podparła się pod biodra. – Proszę nagrywać. Przejdźmy do salonu, tam są okna widokowe. Vince, chciałeś pewnie obejrzeć pokój nawigacyjny? Dołącz do Weylanda i porozmawiaj o środkach bezpieczeństwa.

* * *

Znalazłem pokój nawigacyjny, zapukałem do drzwi i wszedłem do środka. Minąłem drabinkę, która prowadziła powyżej gondoli do technicznej części statku, gdzie znajdowały się również kwatery załogi. Kapitan, brodaty mężczyzna w ciemnogranatowym uniformie, objaśniał Weylandowi mapy. Za przeszkleniem widziałem pokój kontrolny, pełen rozmaitych wajch, wysokościomierzów, komunikatorów wykonanych na tej samej zasadzie co kule magiczne. Wysoka kobieta, która stała za kołem sterowym, podobnie jak kapitan miała wyhaftowaną na epoletach w dodatku do rangi zębatkę. Czyli obydwoje byli technikami magii. Ten zawód znajdował się oczko wyżej w magicznej hierarchii niż licencjonowana wiedźma. Technicy nie tylko posługiwali się urokami magii prostej, lecz także byli gruntownie przeszkoleni w obsłudze, utrzymaniu, a nawet konstrukcji urządzeń automagicznych. Ci, którzy łączyli umiejętności technika magii z uniwersyteckim wykształceniem, stanowili przeważającą część niższej kadry inżynierskiej, medycznej czy też naukowej; czarodzieje byli znacznie mniej liczni. Wielu półaktywnych magów wybierało życie technika, bo to się mniej kłóciło z ich ambicjami niż dowolna odmiana zawodu wiedźmy.

Żachnąłem się, wspominając odpowiedź Archera na moją propozycję obdzielenia załogi licznikami. Pułkownik już z nimi latał; co więcej, sterowiec, wedle jego własnych słów, należał do niego. Może i technicy nie zostali wcześniej przeszkoleni w obsłudze detektorów skażenia – wśród użytkowników magii prostej takimi sprawami zajmowali się specjaliści od dekontaminacji – ale przecież byli fachowcami. Nie trzeba im długo tłumaczyć, jak odróżnić niebezpieczny poziom od tła.

Po powrocie z Bretanii na nowo przypominałem sobie, jacy zadufani w sobie potrafią być arboriańscy czarodzieje. Nie żeby Bretańczycy byli lepsi, wręcz przeciwnie. Ale tam znajdowałem się w ścisłej elicie władzy, a ze szczytu kiepsko widać, i może sam nabrałem złych nawyków. Zanotowałem sobie tę uwagę w myślach na później. Pewność siebie to jedno, ale nie należy lekceważyć techników, którzy zjedli zęby na swoich specjalnościach i znają się na nich lepiej niż w pełni aktywni magowie.

– Ja w sprawie detektorów – powiedziałem.

– Już dostaliśmy swój, dziękuję. – Kapitan skinął głową. – Jego Magnificencja objaśnił nam, jak je odczytywać. Czy chciałby pan obejrzeć plan lotu?

– Chętnie. – Popatrzyłem na mapę. Trasę wyrysowano kopiowym ołówkiem, kilka punktów miało oznaczone współrzędne. Nie prowadziła w linii prostej do Avalonu. Statek omijał jeden masyw górski w rejonie przygranicznym i dwa większe miasta po drodze; widziałem także zmiany kursu, których nie potrafiłem sobie do końca wytłumaczyć.

– Lecąc do Ombre, wybraliśmy trasę widokową i trochę kluczyliśmy – wyjaśnił kapitan. – Ale z powrotem mamy się spieszyć, toteż omijamy tylko punkty niewygodne dla nawigacji. Pogoda zmienia się cały czas, a nie chcemy operować w chmurach burzowych. Naturalne wyładowania nie powinny co prawda szkodzić instrumentom, ale lepiej nie kusić losu. Tak czy owak, widoki będą spektakularne. Szkoda, że większość trasy pokonamy w nocy.

– Pan de Pointe… ferre i tak się ucieszy. Jak długo… będziemy… lecieć?

– Osiem godzin, o ile pogoda się utrzyma. Prognozuję, że osiągniemy średnią prędkość siedemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Nawet w pełni aktywny czarodziej nie potrafi lecieć tak długo i tak szybko.

Gwizdnąłem.

– Nieźle.

– To nie jest szczyt naszych możliwości, proszę pana. – Kapitan uśmiechnął się dumnie. – Gloria rozwija nawet sto trzydzieści kilometrów na godzinę przy dobrej pogodzie i na prostych odcinkach.

– To tyle co… rydwany… z epoki dynastii d’Argent.

– Widzę, że trafiłem na pasjonata. Ma pan rację, chociaż rydwany miały pewne ograniczenia. Podróżowanie przez czas dłuższy niż dwie, trzy godziny narażało pasażerów na nieprzyjemne wrażenia atmosferyczne. Sterowanie było wyczerpujące, wymagało aktywnego czarodzieja do obsługi. I oczywiście rydwany nie nadawały się zupełnie do lotów pasażerskich. Dobry pojazd na przebycie krótkiej trasy, na przykład w obrębie królestwa. Ale jeśli chodzi o komercyjne loty długodystansowe, przyszłość należy do statków powietrznych.

Skinąłem głową. Znałem te problemy z własnego doświadczenia.

– Pan Archer… mówił, że chce osiągnąć… stratosferę. Ale Gloria nie lata tak… wysoko.

– Z czasem dotrzemy i tam – odparł kapitan. – Wierzę w geniusz wynalazców pana Archera. Na razie wolimy nie wznosić się wyżej niż pięć tysięcy metrów, a zwykle podróżujemy dwukrotnie niżej.

Dwa i pół tysiąca, czyli górny pułap, jaki potrafi osiągnąć bardzo wprawny latający człowiek. Zastanawiałem się, czy napastnik rzeczywiście zdobyłby się na wysiłek, aby podejść tak wysoko. Gdybym był czarodziejem z butlą pełną skażenia, ukryłbym się raczej na okręcie.

– Chętnie porozmawiam dłużej, kiedy… znajdzie pan czas. – Spojrzałem na Arcymaga. – Czy ma pan może pięć minut?

– Dla pana, panie Thorpe, nawet i cały kwadrans.

* * *

Ominęliśmy salon, gdzie pan de Pointeferre nadal biegał z kulą magiczną wokół mojej narzeczonej. Moim zdaniem usiłował z nią flirtować i miałem wielką ochotę sprzedać mu kopniaka, ale Amandine rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. Zastanawiałem się, czy nie powinniśmy byli zostawić go w areszcie wojskowym w Ombre, jednak dalekosiężne konsekwencje bezprawnego przetrzymywania znanego dziennikarza mogłyby nas przerosnąć.

Schowaliśmy się szybko w czytelni. Weyland rzucił znów zaklęcie przeciwpodsłuchowe.

– Jeżeli odpowiednio to rozegramy, może stać się naszym sojusznikiem – zauważył.

– Działa mi na nerwy. Poza tym… nie wierzę. Dziennikarze… zapamiętają połowę, połowę przekręcą i jeszcze dodadzą… coś gratis od siebie. – Rozłożyłem ręce. – Tak żeby było… sensacyjnie. Wierzy pan, że znalazł się w bazie przy… padkowo?

– Podejrzewa go pan o działanie z tamtym człowiekiem? – Weyland pokręcił głową. – Rozczarowuje mnie pan, panie Thorpe.

– Potrzebuję kawy – mruknąłem. – Nie podoba mi się, że wracamy… nie podoba mi się, że Archer nic mi nie mówił… o wynikach śledztwa, a już najbardziej mi nie odpowiada, że nie mogę założyć run… ostrzegawczych. Tych moich. Muszę zapytać. Czym jest Iglica?

Weyland westchnął.

– Vince, nie jesteś jedyną osobą na świecie, która może tego dopilnować. Jeżeli chodzi o bazę, zostali tam specjaliści, którzy zamykali już w życiu niejedną rozpadlinę. A ten człowiek, jeżeli skądś przyszedł, to raczej z Avalonu. – Zdjął okulary i przez chwilę czyścił je chusteczką. – O Iglicy usłyszałeś od Amandine, prawda? To na razie tylko jeden z tropów. Mniej więcej sto pięćdziesiąt lat temu, kiedy Arcymaginią była jeszcze Elysia Fairbanks, zalazła nam za skórę pewna grupka fanatyków. Przywódca tego stowarzyszenia miał na pieńku z Lucjuszem; zresztą nie on jeden. W tamtym czasie nasz Mag Pustki zniknął już w Utraconej Bretanii, ale to im nie przeszkadzało. Jak tak sobie teraz pomyślę – nie wiem, czy więcej dzięki niemu zyskaliśmy, czy straciliśmy.

Wyglądał na zafrasowanego. Na pewno nie mówił mi wszystkiego; przeczuwałem, że konflikt z Lucjuszem był najmniejszym z problemów dotyczących Iglicy. Spróbowałem nawiązać kontakt telepatyczny, żeby porozumieć się trochę płynniej, ale go odrzucił. Jeszcze ani razu nie zgodził się na połączenie poprzez kanały energetyczne. Nawet się nie dziwiłem, Arcymag na pewno miał swoje tajemnice, a przez więź zawsze można zdradzić więcej, niż się zamierza.

– Problemy z zaufaniem – zaznaczył. – Są najbardziej szkodliwą dolegliwością w społeczeństwie. Jedni ufają wszystkim, inni, jak Lucjusz, nie ufają nikomu. Jeszcze inni chcieliby ufać wszystkim, ale nie potrafią, więc pokładają zaufanie w osobach zupełnie niewłaściwych.

– Co ma pan na myśli?

– Nie wiem, czy przypadkiem nie mówię o sobie samym – odparł Weyland w rzadkim przypływie szczerości. – Udało mi się wydusić z Archera, że odrzucił pan jego propozycję. Po powrocie do Avalonu porozmawiamy o rozszerzeniu pana współpracy z Cieniem Gildii. Widzisz, Vince, ja cały czas nie wiem, kto właściwie wrócił z Bretanii. Lucjusz, gdy go pierwszy raz spotkałem, też był takim miłym, nieco roztargnionym facetem.

– Dwie dziesięciotysięczne promila – powiedziałem.

– Co?

– Dwadzieścia dwa pokolenia. W linii niemagicznej, pokolenie co trzydzieści lat. Dokładnie tyle dzieli mnie od Lucjusza. Policzyłem. Gdyby nie smok, umarłby ze starości pięćdziesiąt lat temu; znalazłem jego datę urodzenia. Mam z nim dwie dziesięciotysięczne promila wspólnych cech. Jeżeli pan dostrzega jakiekolwiek podobieństwo… proszę się zastanowić, czy to nie jest przypadkiem siła autosugestii.

* * *

Na szafce nocnej miarowo cykał mój licznik skażenia, przydzielony nam na pokój. Dzień był wyczerpujący, ale próba ucięcia sobie wieczornej drzemki okazała się nieudana. Przewracałem się z boku na bok, zanim zrozumiałem, że wydarzenia tego dnia przywołały stare demony. Usiadłem na łóżku zaścielonym kapą w lilie i dłuższą chwilę przyglądałem się palcom. Kilka miesięcy wystarczyło, aby czarne zabarwienie, pamiątka po krwawej gorączce, zaczęło stopniowo odsuwać się od nasady paznokci; teraz w połowie były już różowe i świeże.

Sądziłem, że się nie przejmę. Przez całe miesiące prawie co dzień miałem bezpośredni kontakt z Pustką. Zajmowałem się budową Mostu; oczyszczałem miejsca, do których wzywały mnie wojska Theresy. Nadużywałem Królewskiego Rydwanu. Czułem się potrzebny i kompetentny, nawet jeśli czasem pracowałem na granicy wytrzymałości. Wiedziałem, że poradzę sobie z dowolnym pustkostworem, z jakim się zetknę. Myślałem, że przywykłem. Instynkt Maga Pustki chronił mnie przed skażoną energią. Reagowałem trzeźwo, miałem dobry refleks; w konfrontacji z zagrożeniem czułem się w swoim żywiole. Jak wspomniał Archer, przestawałem się nawet jąkać.

Dlaczego właśnie teraz nie mogłem zasnąć? Dlaczego wracały wspomnienia, z którymi powinienem dawno dać sobie radę? Ksenowurmy. Kraj spustoszony przez skażenie. Umierająca Margueritte. Krwawa mgła przed oczami i obezwładniający ból.

Czy dotknęły mnie słowa Arcymaga? Porównania z Lucjuszem nie powinny robić na mnie wrażenia. Bretańczycy stopniowo się przyzwyczaili, że nie jestem kopią ich dawnego Nadwornego Maga i że mogą się po mnie spodziewać zupełnie innego zachowania. Czasami wciąż stawiali go za przykład; zanim Lucjusz obrócił się przeciwko królestwu, podejmował wiele słusznych decyzji – albo takich, które tylko brzmiały słusznie w zderzeniu z bretańską mentalnością.

Paradoksalnie bretańscy szlachcice obawiali się mnie znacznie bardziej. Pewien efekt odniosły opowieści Bernarda, który domalował legendę do mojej małomówności i skłonności do ciągłej pracy, ale w gruncie rzeczy chodziło o to, że byłem dla nich nieprzewidywalny. Lucjusz był surowy dla pospólstwa, ale zaskakująco pobłażliwy dla swoich totumfackich. Przymykał oko na postępki, które traktowaliśmy wszyscy śmiertelnie poważnie; w odbudowującej się Bretanii nie potrzebowaliśmy chłopskich rebelii ani przepadających nie wiadomo gdzie podatków. Na szczęście się nie zbuntowali, ale ciągle czekali, aż – wedle słów księcia de Montreuil – ujawnię żelazną pięść schowaną pod rękawiczką z gronostajowej skórki.

O co chodziło?

Nie musiałem się tam ukrywać.

Nie musiałem udawać kogoś innego. Wyrosłem z cudzego płaszcza. Całkiem dosłownie, bo gdy z wyniszczonego stałem się po prostu chudy, ubrania Lucjusza okazały się przyciasne; był jednak niższy i drobniejszy ode mnie.

Nie czułem się odizolowany. Słowa „Pustka” używano w Bretanii w charakterze przekleństwa, ale Magów Pustki nazywano Wielkimi Magami. Ceniono ich. Nie umieszczano jako negatywnych bohaterów w sztukach i popularnych powieściach. Tymczasem tutaj nawet Weyland, człowiek, który ćwierć wieku temu zatwierdził moją kandydaturę po starannych obserwacjach, przyznał, że nie potrafi mi w pełni zaufać.

Nieuchronnie zbliżał się czas, kiedy będę musiał się zmierzyć z publiczną falą niechęci, podobnie jak Lucjusz. Kiedy to się stanie? Za kilka miesięcy, a może parę lat? Czy zniosę to lepiej niż on? Czy zgorzknieję? Odetnę się od Arborii? Czy Amandine ze mną wytrzyma? Jak to na nią wpłynie?

A jeśli pozostanę w cieniu? Ciągłe podtrzymywanie tajemnicy zniszczy mi nerwy równie skutecznie jak ujawnienie się publice.

Nie, to nie potrwa długo. Miesiące? Raczej tygodnie. Tym razem wróg zaatakował po arboriańskiej stronie. Przeszedł mnie dreszcz i zrozumiałem, co dręczyło mnie najbardziej. Ludzie posługujący się skażeniem, którzy nie wahali się użyć stężonej surowej mocy Pustki w charakterze broni, tym razem nie znajdowali się w Bretanii.

Niebezpieczeństwo pojawiło się w domu.

„Nie – pomyślałem – to wykluczone, może istnieje jakaś szajka dysponująca tajnym laboratorium, ale bez przesady. W Arborii nie ma żadnego niezrównoważonego maga, gotowego wyszkolić i uzbroić całą armię kapłanów kontrolujących pustkostwory i ruchomych zmarłych, a później wypuścić ją na ludność cywilną. Takie pomysły były zarezerwowane dla Lucjusza Szalonego. Prawda?”.

Sięgnąłem po swoje teczki i postanowiłem się schronić w czytelni. Biurka z tekowego drewna wyglądały całkiem wygodnie i obiecująco, a skoro mamy aż osiem godzin, może przeznaczę je na coś pożytecznego. Sprawdzę, co takiego przekazała mi Jacqueline. Jeśli poczuję się na siłach, spróbuję skorzystać ze wskazówek Margueritte i jeszcze raz przeliczyć zaklęcie teleportacyjne. Na razie miało pewną zasadniczą wadę – pochłaniało tyle jednostek energii, ile teoretycznie przenosiłem przez teleport, czyli całe Źródło… plus jedną. Zatem nieważne, iloma dodatkowymi jednostkami się zasiliłem, zawsze brakowało dokładnie jednej. Może próbowałem dokonać czegoś niemożliwego, w końcu nie miałem pojęcia, czy starożytni pokonali tę przeszkodę.

Pasażerowie rozproszyli się po okręcie. Amandine też zapowiedziała, że się zdrzemnie, i zapewne powiodło jej się lepiej; nie chciałem jej przeszkadzać. Okrążyłem po kolei wszystkie pomieszczenia, za jadalnią znajdowała się bowiem kuchnia, a w kuchni stała poważna młoda kobieta z włosami nawoskowanymi tak szczelnie, że robiły wrażenie sztucznych, i dzierżyła niepodzielną władzę nad ekspresem do kawy. Skinąłem głową Weylandowi, który sączył herbatę z filiżanki, garbiąc się nad błękitnym obrusem. Zapytałbym, czy on albo Archer założyli runy ostrzegawcze, ale teraz nie miałem ochoty na wysiłek wydobywania z siebie słów. Chciałem chwilę pobyć sam ze swoimi myślami.

Salon wypełnił się dymem; rozparty na ciemnobrązowej skórzanej kanapie James Archer kopcił schowany za gazetą. Pan de Pointeferre ćmił natomiast fajkę, skrobiąc coś w notesie. Tytoniowy nałóg zmusił ich do znoszenia wzajemnie swojej obecności, ale nie zamierzali spoufalać się ze sobą. A mnie żadne okna widokowe nie skłoniłyby do kiszenia się w tej zawiesinie. Szybko przekradłem się do pokoju, uchyliwszy drzwi najwęziej, jak zdołałem.

Wyjąłem plik papierów, który dostałem od asystentki Archera, i zacząłem je niezobowiązująco przeglądać. Jej słowa zabrzmiały dramatycznie, ale czy rzeczywiście miałem się czym martwić? Naturalnie, Magów Pustki wiązano z ryzykiem Rozdarcia, w końcu – jak głosiły przekazy – najpewniej właśnie konflikt między nimi przyczynił się do rozpadu świata. Nie mogłem jednak wejść w konflikt zbrojny z samym sobą.

Stopniowo dokumenty coraz mocniej przykuwały moją uwagę. Sam się nie zorientowałem, kiedy wziąłem do ręki ołówek, zacząłem podkreślać niektóre fragmenty i wyprowadzać wzory.

Podobnie jak kiedyś Weyland, Jacqueline przekazała mi plik nieoficjalnych monografii. Niektóre ograniczały się do streszczeń, ale znalazło się też kilka kompletnych opracowań. Nie były podpisane. I wszystkie opowiadały o teorii siatki geomagicznej, chociaż nigdy w życiu nie widziałem takich wniosków.

Świat jest zawieszony w Pustce i otoczony naturalnymi osłonami, które nie dopuszczają jej do powierzchni Ziemi; o tym wiedzą wszyscy. Przepływają przez niego prądy magii, obecne zarówno w skorupie ziemskiej, jak i atmosferze, dokładnie zmapowane od wielu dziesiątek lat. Czyli siatka geomagiczna.

Wszyscy pobieramy z nich moc. Jedni ludzie dysponują tylko zasobem podstawowym, niewielką ilością mocy pozwalającej czynić uroki. Inni, silniej połączeni, mają półaktywne lub aktywne Źródła. Żeby jednak obecność aktywnych Źródeł była możliwa, konieczne są gorące punkty – Źródła geograficzne – które zakrzywiają te prądy i skracają fale magii do spektrum przyswajalnego przez człowieka.

To znaczy istnieją magiczne miejsca, dzięki którym rzucamy zaklęcia. Niektórzy bardzo wyspecjalizowani czarodzieje potrafią czerpać z nich jak z kopalni i ładować akumulatory na zapas; jest to niezwykle lukratywne zajęcie, bo magii produkowanej przez ludzkie Źródło nie można magazynować.

Nie chcę szkicować wzorów, więc po prostu uwierzcie mi na słowo.

Bretania nie ma Źródeł geograficznych. Pod tym względem kontynent rozpadł się niesymetrycznie. Kiedy brakowało połączenia z Arborią, bretańscy czarodzieje tracili dostęp do swoich Źródeł.

Chyba że na miejscu znajdował się przynajmniej jeden Mag Pustki, którego obecność ugina siatkę geomagiczną w taki sam sposób jak dodatkowe geograficzne Źródło. Magię w Bretanii podtrzymywał Lucjusz, a potem ja, dopóki nie ukończyliśmy Mostu. Później już o tym wiele nie myślałem. W Arborii to nie miało znaczenia. Tak mi się wydawało.

Mag Pustki sprawia, że magia staje się bardziej dostępna dla ludzi.

Ludzie zużywają magię.

Ile mogą jej zużyć naraz bez szkody dla świata, spójności osłon chroniących nas przed Pustką i samego kontynentu?

Jasne, byłem tylko jeden. Ale przez ostatnie dwieście lat Arboria i reszta cywilizowanego świata zwiększyły populację kilkukrotnie. Magów było znacznie więcej niż w czasach Cesarstwa. Pomniejsza magia weszła do powszechnego użytku. Jednostki zużywane przez podręczną automagię, wiedźmy i techników wielokrotnie przekraczały wszystko, czym dysponowali czarodzieje.

Teoria przekazana mi przez Jacqueline sugerowała, że w obecnej sytuacji sama moja obecność w Arborii działa na zapasy światowej magii jak dziura w naczyniu napełnionym wodą. Im dłużej żyję i przetwarzam moc, tym trudniej utrzymać spójność Rozdartego Świata.

Niszczę świat, istniejąc.

Gorączkowo sortowałem monografie. Jeśli te opracowania miały sens, dlaczego nigdy wcześniej o nich nie słyszałem? Wszystko to na pierwszy rzut oka wyglądało bardzo logicznie i spójnie. Czy Weyland je przede mną ukrył? Sam nie wiedział? A może wszystko zmierzył, wliczył obecność pojedynczego Maga Pustki i wyszło mu, że świat przez jakiś czas zniesie jeden egzemplarz?

Ekosystemy działają w taki sposób, ale gdzie były szczegóły? Gdzie pomiary?

Zerwałem się z krzesła i poszedłem szukać Amandine.

* * *

Moja narzeczona nie spała. Siedziała przy toaletce naprzeciwko łóżka, z małą automagiczną lampką zawieszoną nad lustrem, i czytała książkę. W kącie obok łóżka również cykał jeden z wykrywaczy – chyba należący do Archera, w tym samym pokoju ulokowano bowiem Jacqueline. Spod łóżka wystawał rąbek zielonego futerału. Nie wiedziałem, czy ktoś zauważył, że z powrotem przekazałem Zagładę Gwiazd Amandine, i jakie wnioski z tego wyciągnie, ale miałem opory przed jej dłuższym przechowywaniem. Nie sądziłem, że ktoś na nas napadnie na statku latającym, ale… coś takiego było w tym artefakcie, jakby dysponował własną wolą.

W razie gdyby ktoś zapytał, obmyśliłem kilka dobrych wytłumaczeń.

– Amandine…

– Czy coś się stało? – Skierowała ku mnie zatroskane spojrzenie. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

– W pewnym… sensie. Obydwoje znamy tego ducha. – Spróbowałem przejść na telepatię. Czułem się tak wstrząśnięty, że przez chwilę mieliśmy problem z ustabilizowaniem połączenia. Zacząłem przekazywać.

„Zwolnij, zwolnij. Zalewasz mnie obrazami, a tych wzorów to już w ogóle nie rozumiem. Powtórz mi wszystko po kolei, od początku”.

Streściłem dokumenty, podkreślając najważniejsze myśli.

Amandine zmarszczyła brwi, zaplotła ręce. Czekałem, aż przetrawi to, co próbowałem jej powiedzieć.

„Hm. Ładna teoria – odezwała się wreszcie. – Łechce ego, jakby wymyślił ją sam Lucjusz”.

Spojrzałem na nią ze zdumieniem.

„Łechce ego…?”.

„Pomyśl, czy to nie jest wyjątkowo egocentryczne – uważać, że samo twoje istnienie ma bezpośredni wpływ na egzystencję świata”.

„Amandine, chciałbym, żeby chodziło tylko o moje przerośnięte ego, ale wzory wyglądają sensownie. I zastanawiam się, dlaczego Weyland nigdy mi o tym nie mówił”.

Z niedowierzaniem wydęła usta.

„A ja się zastanawiam, dlaczego Jacqueline postanowiła ci zaufać, zwierzyła się i pokazała te dokumenty akurat tobie i akurat teraz”.

„Bo miałem do czynienia z Magami Pustki i byłbym dobrym sojusznikiem. – Rozłożyłem dłonie. – Sama stwierdziła, że ze względu na kontakty stanowię cenny nabytek dla Archera, kto wie, czy to nie jest ich wspólna gra. Mają mój profil psychologiczny, więc wiedzą…”.

„…że ściągasz kotki z drzew” – wtrąciła.

Żachnąłem się.

„Nie ściągam kotków z drzew”.

„Daj spokój. Już ja cię znam. – Ścisnęła moją dłoń. – Powiedz, gdybyś przechodził pod drzewem i zobaczył na nim przerażonego kotka…”.

„Proszę, nie ciągnij tematu, bo czuję się zażenowany…”. Potarłem czoło.

„A czy wywiad ma pojęcie, jak działają Magowie Pustki? Rozumiem, że ona może wiedzieć, że skoro nie pozbyłeś się od razu całego skażenia, to zapewne nie jesteś jednym z nich”.

„Myślisz, że… – Dodałem wreszcie dwa do dwóch i zmarszczyłem brwi. – Nie, to niemożliwe. Nie mogła zorganizować sama tej napaści. A na pewno nie w porozumieniu z Archerem; gdybym nie zareagował pierwszy, zginąłby”.

„Cóż, możliwe, że zupełnie szczerze go nie lubi. A kto jeszcze może mieć taką wiedzę? Bo większość ludzi jest przekonana, że Mag Pustki to ktoś, kto wykorzystuje surową moc Pustki, a nie ją oczyszcza”.

„Weyland nie wyjaśnił mi dokładnie, jakimi motywami kierowała się Iglica. Oprócz tego, że mieli na pieńku z Lucjuszem. A jeśli tym razem nie chodziło o jego osobowość? Muszę mu o tym opowiedzieć. Po powrocie do Avalonu, bez ciekawskich oczu i uszu. Jacqueline nie powinna wiedzieć, że jednak mu przekazałem monografie”.

Zacisnąłem dłonie na dłoniach Amandine, skłoniłem głowę na jej ramię. Wtuliła się we mnie.

„Zresztą… Amandine, ona ma trochę racji. Weyland mną manipulował i prawdopodobnie nadal manipuluje. Nawet Margueritte przez dwadzieścia cztery lata nie powiedziała mi całej prawdy, chociaż częściowo ją rozumiem; przygotowała mnie zresztą najlepiej, jak mogła. Sam już nie wiem, komu powinienem ufać”.

– Mnie ufaj – szepnęła mi do ucha. – Ja jestem po twojej stronie.

„Cały czas mam poczucie winy, że wciągnąłem cię w to wszystko”.

– Sama się wciągnęłam – westchnęła. – Dokonałam wyboru. I niestety będziesz musiał z tym żyć.

Przez pewien czas trwaliśmy w uścisku, dzieląc się niezobowiązującymi pocałunkami. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale chyba obydwoje potrzebowaliśmy dziś bliskości. Nie minęło wiele czasu, a lekarz pokładowy załomotał do drzwi i nie przebierając w słowach, wyprosił mnie do pokoju kwarantanny.

* * *

Po uchyleniu drzwi do pokoju dostrzegłem smukłą ciemnoskórą dziewczynę ubraną w długą zieloną podomkę. W pierwszej chwili nie zorientowałem się, że to Jacqueline; w mojej świadomości widok jej twarzy zdążył się już trwale skojarzyć z granatowym wojskowym mundurem. Czy w ogóle było jej wolno wkładać coś innego? Zdecydowała się złożyć dymisję czy co?

Uśmiechnęła się, widząc moje zdumione spojrzenie.

– Lubię ten statek – powiedziała. – Więcej prywatności niż w bazie wojskowej. Po godzinach pracy można się rozluźnić.

– Słusznie. – Usiadłem na swoim łóżku. Rozmowa z Amandine trochę mnie wyciszyła i mimo wypitej kawy oraz trudnego dnia oczy same zaczynały mi się zamykać. – Przejrzałem te dokumenty.

– Już? – spytała. – Podziwiam. To pokaźna porcja materiału, mało kto potrafiłby sobie z nią tak szybko poradzić.

Faktycznie. Czasem zapominam, że nie każdy miał taką szkołę jak u Margueritte. Doceniłbym komplement, ale wciąż nie mogłem przejść do porządku nad wnioskami z lektury.

– Dlaczego ja? – Zniżyłem głos. – Nie zna mnie pani… prawie wcale. Skąd pani wie, że można… mi zaufać?

Założyła nogę na nogę. Przysypiałem już, ale to mnie obudziło. Czy Jacqueline ze mną flirtuje, czy tylko tak mi się wydaje? Była przecież agentką wywiadu. Ile ona myśli, że mam lat, piętnaście?

– Panie Thorpe, posiadam dostęp do tych samych dokumentów co Archer. Czytam je znacznie uważniej; taki już los asystenta, nieprawdaż? Wiem, jak wykorzystała pana Gildia. Czy zdaje pan sobie sprawę na przykład, dlaczego pana zatrudniono? Margueritte de Breville, obsesjonatka Wojny Rozdarcia, wielbicielka ostatniego Maga Pustki, Lucjusza…?

Stężałem. Co ona wie?

– Pochodzi pan z tego samego rodu – ciągnęła Jacqueline. – Nie powiedziano panu. Widzę to w pana oczach. Z jego niemagicznej gałęzi, ma się rozumieć. Dawni czarodzieje potrafili blokować dziedziczenie talentu, a stosowali tę sztukę głównie w przypadku bękartów. Lucjusz przemknął się przez nieuwagę. Wysterylizowano go po urodzeniu, ma się rozumieć.

– Co? – Zamrugałem. Przed oczami miałem teraz cyniczną twarz Geniusza z Arborii. – Wykastrowano…? Przepraszam serdecznie!

Parsknęła gorzkim śmiechem.

– Powinnam się domyśleć, że tak to się panu skojarzy. Nie, żadne historyczne przekazy nie twierdzą, jakoby Lucjusz Szalony był w dodatku kastratem. W każdym razie na pewno nie odziedziczył pan po nim pańskiego półaktywnego talentu. Ale jakże to musiało fascynować Margueritte! Może się zastanawiała, czy przynajmniej u potomstwa można odwrócić proces.

– Nie lubi jej pani.

– A pan ma syndrom ofiary. – Nachyliła się ku mnie i zaczęła konspiracyjnie szeptać: – Obowiązki daleko wykraczające poza możliwości fizyczne i psychiczne. Rok niewybranego urlopu. Liczne blizny i urazy. Rola królika doświadczalnego Zagłady Gwiazd. Wreszcie wyprawa do Utraconej Bretanii, z której wraca pan z gotowym przydziałem inwalidzkim. Czy kiedykolwiek to ona ryzykowała dla pana?

Otworzyłem usta i je zamknąłem. Słyszałem kiedyś podobną argumentację od Amandine. Może uznałbym, z pewnymi zastrzeżeniami, że coś w niej jest. Ale od tamtej pory zmieniło się wszystko. Teraz wiedziałem, że Margueritte mogłaby za nas umrzeć.

Tymczasem Jacqueline mówiła dalej:

– Wyżęła pana i zostawiła, ale Weyland panu nie odpuści, nie po tym, co pan tam widział – westchnęła. – Dobrze. Pomińmy moje osobiste animozje. Mogłabym powiedzieć, że próbuję znaleźć u pana zrozumienie ze względu na podobną sytuację, ale to by było niskie. Wzory są prawdziwe, czego Arcymag nigdy panu nie przyzna. Im się cały czas wydaje, że mocy na świecie nie zbraknie, bo w jakiś sposób, za pomocą samej magii Pustki wpisanej w dzieła automagiczne, odwrócą proces. Zarówno on, jak i Archer pragną dla siebie starożytnej magii i całej Bretanii; jeśli nie dostaną po dobroci tego, co chcą od Bretańczyków, wyślą tam wojsko. Afiliacje polityczne to czyste mydlenie oczu. Zauważył pan może, że Archer ma chorą ambicję? Badawcze loty nad stratosferą, aha. Rzeczywiście cieszą go nowinki, ale celem jest czysty kolonializm. Podobnie Arcymag. Pana nie było tutaj przez rok, więc pan nie wie, że cały ten czas ustalali scenariusze na przyszłość; wyprawę planowali od dawna, a Most spadł im jak z nieba. Dwójka Magów Pustki może i jest groźna, ale nie tak groźna, żeby przeciwstawić się armii. A potem… mają sposoby, by ich wykorzystać.

– Proszę pani, Weyland nie jest…

– Za każdym razem, gdy ulega pan złudzeniu, że Weyland to dobrotliwy obrońca ludzkości, proszę się solidnie puknąć w głowę. Nawet nie jest pan w stanie pojąć, jak pokrętnie rozumuje czarodziej liczący sobie ponad trzy stulecia, indoktrynowany jeszcze przez Elysię Fairbanks. Wewnętrzny krąg Gildii zrobi wszystko, żeby odzyskać magię Pustki. Marzy im się pełna władza nad nieutalentowanymi. Jak dawniej.

Zapadła cisza. Trochę kręciło mi się w głowie.

– No dobrze. Ale w takim razie… dlaczego ja? Co ja mogę?

– Jest pan półaktywnym bardzo blisko ich wewnętrznego kręgu, może jeszcze czegoś pan się dowie. Ostrzeże Bretańczyków, kiedy przyjdzie czas. Może pana wtajemniczą w część sekretów; może zechcą wmówić, że dzięki tej zabawce, Zagładzie Gwiazd, dorówna pan ich statusowi. Od razu mówię, że to też mrzonka. Dla nich półaktywny znaczy tyle co nieutalentowany, czyli nic. Ludzkie bydło.

– Czy ma pani przyjaciół…?

– Niewielu. – Uśmiechnęła się krzywo. – Przeciwstawianie się tym ludziom przypomina walkę z przypływem.

Oparłem łokcie na kolanach i podparłem dłońmi brodę. Jej argumenty brzmiały bardzo racjonalnie, ale wzbudziła we mnie podejrzenia zarówno wobec Weylanda, jak i siebie.

– A może wie pani… coś więcej o tym napastniku z butlą pełną Pustki?

Parsknęła.

– Chciałabym. Nie mam niestety pełnej wiedzy o sprawach, jakie załatwiają między sobą poszczególne frakcje magów. Mogę się tylko cieszyć, że nie są jednomyślni.

– A czy może mi pani przesłać dane… źródłowe, które wspierają tę hipotezę? – Podniosłem z łóżka manuskrypty zwinięte w rulonik. – Bo brakuje tu… pomiarów, a nie wyciągnę przecież wniosków… ze streszczeń. I niektóre opracowania brzmią strasznie alar… mistycznie.

– Nie noszę ze sobą całej biblioteki, ale dostanie pan swoje dane, jak tylko znajdę chwilę. – Wstała. – Doradzam ostrożność.

* * *

Po rozbłyskach pod powiekami Amandine poznała, że zbliża się migrena. Nic na to nie mogła poradzić prócz zażycia lekarstwa schowanego w neseserku i oczekiwania z nadzieją, że zadziała. Owinięta miękką pościelą z krepy od dłuższego czasu próbowała zasnąć. Mimo pozorów luksusu łóżko było wąskie i twarde; kiedy spróbowała swoim zwyczajem zwinąć się w kłębek, oparła się plecami o zimną ścianę. Gdzieś nad jej głową jęczała i skrzypiała wielka stalowa konstrukcja, jak gigantyczny namiot-wieloryb. Wykrywacz skażenia pozostawiony na toaletce cykał w leniwym, nierównym rytmie – trzy pyknięcia, potem jedno, cisza… i znów dwa pyknięcia. Jakby próbował nawiązać dialog.

Zsunęła się z łóżka, starannie owinęła się w szlafrok. Zostawiono im na noc butelkę z wodą i dwie szklanki; Amandine podejrzliwie zerknęła, czy butelka była już otwierana. Jej sąsiadka jeszcze nie wróciła do pokoju. Spała powyżej, więc nie dało się tego przegapić.

Nie ufała jej. Mogła się założyć o Zagładę Gwiazd, że będzie próbowała uwodzić jej narzeczonego, a przynajmniej mieszać mu w głowie, jeśli Vince w typowy dla siebie sposób tego nie zauważy. Te miny, które robiła w pobliżu Archera… Biedny, bity szczeniaczek z wielkimi oczkami. W stopniu majora. Jasna cholera.

Nie potrafiła sama ocenić, czy dokumenty, które przekazała Jacqueline, zawierały wartościowe informacje, czy totalne bzdury. Vincent na pewno był zaniepokojony, chociaż sam przyznał, że materiały są niekompletne. Nie zamierzała pochopnie uwierzyć, że jej narzeczony stanowi chodzące zagrożenie istnienia świata. Jedno, czego była pewna, to że Jacqueline prowadzi własną grę, należało więc uważnie ją obserwować. Intrygowali wszyscy, aż skwierczało: Weyland, Archer i jego asystentka. Ale Amandine przez pół roku usiłowała wziąć do kupy nową Gildię Magów, tak żeby jej członkowie nie pozabijali się nawzajem, i jako żywo przeżywała déjà vu.

Różnica polegała na tym, że tutaj nikt jej nie słuchał i nie doceniał; może tylko Weyland żywił cień szacunku. Odpowiadała jej ta sytuacja, bo to oznaczało, że gdy zacznie szpiegować Jacqueline, asystentka Archera nie zwróci na nią uwagi. Nadworna Magini Bretanii uważnie się przyglądała, czy jej sąsiadka zauważy rąbek futerału Zagłady wystający spod łóżka i zada jakieś kłopotliwe pytanie. Nic takiego się nie stało. Amandine była nieutalentowana, a zatem nieciekawa. W tym pokoju nic się nie mogło wydarzyć.

Łyknęła lekarstwo, zastanawiając się przelotnie nad przeszukaniem sakwojażu Jacqueline. Szybko porzuciła tę myśl. Każdy szpieg wart swojej ceny zauważy, że grzebano mu w bagażu podręcznym.

Ale mogła sprawdzić, gdzie też jej współlokatorka spędza noc. Na pewno odwiedziła Vincenta, ale to nie mogło potrwać długo; Amandine była pewna, że jej narzeczony odeśle uwodzicielkę z kwitkiem. Może robiła coś niewinnego, na przykład pracowała w nocy albo właśnie poszła do łazienki. A może jątrzyła gdzie indziej. Amandine chętnie podsłuchałaby taką rozmowę.

„Cóż – stwierdziła trzeźwo – najwyżej się dowiem, że siedzi w wygódce”.

Chwyciła Zagładę. Jakby co, zawsze może powiedzieć, że niosła ją Vincentowi. Na razie i tak miała zamiar użyć zaklęcia kamuflażu, którego w Bretanii prawie wcale nie stosowała; potrzebowała tam głównie magii ochronnej. W lasce magicznej nie zapisano prawdziwej niewidzialności, ale tyle wystarczyło.

Przebiegła palcami po symbolach. Zdążyła utrwalić wiedzę o zaklęciach, jakie znajdowały się na lasce magicznej. Starała się, żeby bretańscy magowie nigdy nie zapominali, że jednak ma trochę własnej mocy. Uważała, że to dziecinne. Prawdziwa siła nie bierze się stąd, że można z jej pomocą komuś dać w zęby. Ale wielu czarodziejów nigdy nie wychodziło poza mentalność szkolnych dręczycieli.

Gdy otuliło ją zaklęcie, wymknęła się na korytarz. Latający statek skrzypiał, jęczał i trzeszczał, terkotała maszyneria, niski monotonny dźwięk dobiegał z dysz aerodynamicznych, przenikając poszycie i niosąc się stalowymi wręgami. Mogłaby biec, a i tak z oddali nikt by jej nie usłyszał. Aby jednak mieć pewność, szła boso po zimnym parkiecie.

Przygaszono światła. Świeciła się tylko niewielka część automagicznych lamp. Nigdy wcześniej Amandine nie widziała powszedniej magii zastosowanej na taką skalę; zarówno produkcja, jak i zasilanie takich dzieł kosztowały grube pieniądze. Automagiczne kuchnie były nowinką obecną głównie w szlacheckich rezydencjach. Ekspresy do kawy wyposażone w runy grzewcze spotykało się raczej w restauracjach niż domach. Na składany dom mogli sobie pozwolić tylko nieliczni, jak Margueritte, która dysponowała fortuną.

Amandine i Vincent urodzili się w czasach, gdy takie luksusy tym bardziej należały do wyjątków. Jeszcze trzydzieści parę lat temu przepisy bardzo ściśle regulowały użycie automagii; teraz schodziła pod strzechy. Choćby kule magiczne, kiedyś trudniejsze w uruchomieniu i poza ścisłą elitą rzadko używane. Nie wszystkim się to podobało, zwłaszcza starym magom, którzy wciąż tęsknili do obyczajów panujących w czasach sprzed rewolucji republikańskiej.

Młodzi czarodzieje, tacy jak Kathryn, uznawali obecny stan rzeczy za oczywistość. Nie zapowiadało się, że Kat abdykuje, co znaczyło, że Bretania powinna się przygotować na wstrząs. Tam wciąż słowo „wiedźma” niosło ze sobą zupełnie inne skojarzenia niż w Arborii.

Salon był pusty; wentylacja działała słabo i w powietrzu nadal unosił się dym. Drzwi do czytelni zamknięto, ale spod nich przeświecała smuga bladego światła. Tutejsze lampy emitowały cieplejszy, przyjemny blask. Czyli kula magiczna. Ktoś podśpiewywał cicho. Rozpoznała redaktora de Pointeferre’a i odwróciła się od drzwi.

W tej samej chwili do salonu weszła Jacqueline z sakwojażem w ręku. Rozejrzała się, ale nie dość uważnie, aby dostrzec Amandine, ukrytą dzięki zaklęciu pod wzorem ze złoconych niezapominajek zdobiących tapetę. Zorientowała się natomiast, że czytelnia jest zajęta, żachnęła się i zawróciła.

Gdyby obejrzała się za siebie, zobaczyłaby, że z tapety w złocone niezapominajki wyłania się ludzka sylwetka i kolejno wtapiając się w cień pod ścianą oraz koronkowe firanki, podąża w ślad za nią.

Jacqueline zmierzała w stronę pokoju nawigacyjnego, co wydawało się Amandine nieco zaskakujące; przecież cały czas ktoś tam się znajdował. Stanęła pod ścianą, czując się dość głupio. Na razie wydawało się, że asystentka nie robi niczego podejrzanego.

Pani major skinieniem głowy przywitała jednego z członków załogi – chudego młodego rudzielca w okularkach, który wyglądał, jakby chwilę wcześniej oderwał się od stołu alchemicznego. Podniósł się znad mapy, wlepiając w nią wzrok jak w obrazek.

– Przepraszam pana bardzo – odezwała się Jacqueline – ale muszę koniecznie porozmawiać z mamą. To prywatna sprawa; czytelnia jest zajęta, a w salonie i jadalni niesie się echo. Czy nie będzie dla pana kłopotem, jeśli pana poproszę o klucz do jednego z nieużywanych pokojów?

– Naturalnie, proszę pani. – Sięgnął do szafki na ścianie, chwilę poszperał i podał jej klucz.

„Ale ma tupet – pomyślała Amandine. – Trzeba jej to przyznać”.

Szła pół kroku za nią, starając się stąpać jak najciszej. Stopy cierpły jej od chłodu. W drodze powrotnej przez chwilę sądziła, że została wykryta; Jacqueline przystanęła, jakby węsząc. Zrobiła nawet szybki gest palcami. Czegokolwiek jednak spróbowała, nie namierzyła Amandine. Możliwe, że chciała wykryć kogoś obdarzonego mocą.

Otworzyła wreszcie drzwi. Amandine ostrożnie wślizgnęła się za nią do środka. Sporo ryzykowała. Pokoje były ciasne. Przez chwilę uważnie lustrowała otoczenie, aż wreszcie znalazła kąt, w którym mogła się skryć, na wypadek gdyby Jacqueline wychodziła.

Asystentka wyjęła kulę magiczną i wydała komendę połączenia. „Będzie zabawnie – pomyślała Amandine – jeśli rzeczywiście chce tylko porozmawiać z mamą”.

Przedmiot rozjaśnił się od środka bladym światłem, ale pod szkłem nie ukazał się obraz żadnej twarzy, tylko drewniana powierzchnia – może biurko – a na niej spodek pod filiżankę, ozdobiony wizerunkiem smukłej białej wieży.

– Mów, co masz mówić – szepnęła. – W ogóle nie powinniśmy tutaj rozmawiać. Przykręciłam detektory, ale nadal nie rozumiem po co. Dałam mu do myślenia; jest niepewny, ale w końcu go przekonam. Trzeba tylko cierpliwości. Masz pojęcie, ile ryzykuję?

– Nie mamy czasu na przekonywanie ludzi do sprawy. – Głos był męski, nosowy, z arystokratycznym akcentem. – Chamomille jest u mnie.

– Co? Żartujesz. Skąd…?

– Mówiłem, że jej nie doceniacie – odparł zirytowany. – Pracowała z moim pradziadkiem. Przechodzimy do drugiego etapu; ostatnia taka okazja, żeby załatwić Weylanda. Ustaw portal i zaczynaj.

Jacqueline przesunęła dłonią nad kulą, gasząc jej światło; później włożyła ją do sakwojażu, w zamian wydobywając obco wyglądający dysk z czarnozielonego połyskliwego metalu. Chwilę trzymała go w dłoni, po czym uniosła wzrok.

Patrzyła Amandine prosto w oczy.

Żadne zaklęcie kamuflażu nie wytrzymuje bezpośredniej konfrontacji. W pierwszym odruchu Amandine zacisnęła palce na symbolu kuli ognistej, a później zreflektowała się, że nie powinna jej rzucać w ciasnym pomieszczeniu na latającym okręcie. Zawahała się tylko ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Jacqueline mignęła palcami i wypowiedziała słowo. Jako półaktywny mag wojskowy nie znała wielu zaklęć, ale te, które umiała, stosowała szybko i perfekcyjnie.

Amandine poczuła, że błyskawicznie ogarnia ją senność, kolana miękną, pokój rozmywa się przed oczami. Ostatkiem świadomości zobaczyła jeszcze, że Jacqueline przytwierdza dysk do najdalszej ścianki kabiny, a czarny metal zmienia konsystencję, zaczyna pływać i falować. Zdążyła jeszcze sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widziała coś bardzo podobnego, i zdjęła ją groza.

* * *

Pływałem w ciężkim, niespokojnym letargu. Jak podczas gorączki, gdy nie można dobrze się obudzić ani spokojnie zasnąć, w rozgrzanej, pachnącej kurzem pościeli, na wpół zanurzony w sennych marzeniach. Uczucie, którego nie potrafiłem precyzyjnie określić, nagliło mnie, abym wstał. Głowę miałem ciężką, ręce bezwładne, skórę rozpaloną i suchą. W powietrzu unosiła się chemiczna woń.

Wstawaj! – wołał do mnie instynkt, który powoli rozpoznawałem. Ten sam, który kiedyś uchronił od śmierci mnie i moich towarzyszy, gdy pogrążony w malignie rozplatałem skażoną magię bretańskiego Inkwizytora. Teraz też moje Źródło mimowolnie przetwarzało rozchodzące się w powietrzu ślady mocy Pustki. A może tylko o tym śniłem; może przytłoczyły mnie wspomnienia?

Dźwignąłem się. Czaszka mi pękała, ćmiło w oczach. Nade mną chrapał Archer, nie widziałem nigdzie redaktora de Pointeferre’a. Moje nozdrza wypełniał kwaśny odór. Na szafce nocnej wciąż cykał licznik skażenia, leniwie i powoli, cały czas tak samo, bez żadnych zmian. A przecież oprócz silnego chemicznego zapachu odczuwałem niewyraźne, pozazmysłowe wrażenie, które rozpoznawałem jako znak skażonej magii.

Skąd ten gaz czy coś…? Awaria na statku? Gdzie sygnały alarmowe? I dlaczego, skoro niby jest w porządku…

Wpadłem na pomysł, żeby oczyścić powietrze zaklęciem, ale nie mogłem pozbierać myśli i przeliczyć najprostszego wzoru. Zwlokłem się z łóżka, omal z niego nie spadając; sięgnąłem po butelkę z wodą. Badaliśmy kiedyś takie ruiny, gdzie omal nie udusiliśmy się w pyle; miałem nadzieję, że wiem, jak postępować.

Chwilę później przytykałem do ust nawilżoną, złożoną na czworo serwetkę. Powoli rozjaśniało mi się w głowie. Uważnie przypatrywałem się licznikowi, usiłując skupić na nim wzrok.

I wtedy zrozumiałem, że ktoś przy nim manipulował. Nie zwiduje mi się, nie mam koszmarów wojennych, rzeczywiście wokół czuć Pustkę. Jakby kopnął mnie prąd; zerwałem się gwałtownie, krew zapulsowała u nasady nosa, wyostrzyły się myśli.

Gwałtownym ruchem rozsunąłem drzwi i nie odrywając szmatki od ust, wypadłem na zewnątrz. Piekły mnie oczy, ale umysł wracał do formy. Skupiłem się na przepływie mocy i przekalkulowałem prosty urok na odświeżenie powietrza, z przywołaniem wzoru rekurencyjnego. Kilkanaście kwantów mocy przyjęło należyty kształt, który zaczął pracować wokół mnie nad usunięciem nieprzyjemnych zapachów. Wiedziałem, że zadziała dopiero za chwilę, ale nie miałem siły rzucić niczego mocniejszego.

Ruszyłem w stronę pokoju Amandine, w myślach powtarzając logarytmy i różniczki, badając, czy wraca mi zdolność liczenia. Smugi Pustki stawały się coraz wyraźniejsze; o ile mogłem ocenić, kilkakrotnie wykroczyły już poza tło, przyjmując poziom na dłuższą metę groźny. Opierałem rękę o ścianę; stopy miałem bose. Podłoga parzyła z zimna.

Nasz pokój, przeznaczony do kwarantanny, znajdował się na końcu korytarza. Po drodze do kabin, gdzie ulokowano kobiety, mijałem pozostałe drzwi. Statek zgrzytał i jęczał; nie usłyszałbym intruza, chyba że byłby bardzo nieostrożny. Rozglądałem się czujnie.

W porę dostrzegłem, że trzecie drzwi w korytarzu rozsuwają się z hukiem. Spróbowałem postawić tarczę kinetyczną, ale zrobiłem błąd we wzorze; pękł jak bańka mydlana, zanim wpłynęła do niego moc. Z kabiny wypadł człowiek w srebrnym skafandrze, jaki już raz widziałem, z plecakiem, od którego tak cuchnęło Pustką, że włosy stawały dęba na karku. W dłoni trzymał jakiś nieduży przedmiot, chyba strzykawkę.

Zadziałał naturalny odruch i wokół mnie zawirowały cienkie, migotliwe osłony, dopasowując się kształtem do wąskiej przestrzeni korytarza. Jedna, dwie, trzy. Nie chroniły przed napaścią fizyczną, ale przed Pustką – jak najbardziej. Wyciągnąłem przed siebie rękę i zacząłem przetwarzać; niemal widziałem płynną, ciemną magmę skażonej mocy przez ścianki plecaka i szklanego pojemnika w środku. Postronni nie byli świadomi, gdy to robiłem, ale każdy głupi dostrzegłby, że z nadmiaru pochłoniętej energii zaczynam świecić.

Zaskoczony intruz cofnął się i wypluł z siebie serię przekleństw. Zanim zdołałem rzucić jakiekolwiek zaklęcie, skoczył do przodu. Skryłem się za gardą; zwilżona szmatka upadła, jednak już jej nie potrzebowałem. Wyprowadziłem szybki kopniak pod kolano, ale przeniósł ciężar ciała i uniknął ciosu. Jego ruchy nienaturalnie przyspieszyły, mignął mi tylko przed oczami. Poczułem ukłucie w ramię; zdążyłem jednak odskoczyć, wzory wreszcie złożyły się w całość i wokół mnie rozbłysła połyskująca miedzią tarcza kinetyczna.

Otrząsnąłem bolącą rękę. Pospiesznie ukształtowałem nadmiar mocy – wciąż ją oczyszczałem, zebrałem tego już tyle, że rozsadzała mi Źródło od środka – i miotnąłem w niego piorunem kulistym, równocześnie przeliczając wzór Szybkości Pumy. Z moją pojemnością kanałów energetycznych mogłem rzucać kilka zaklęć naraz, ograniczały mnie tylko refleks, umiejętność kalkulacji i doświadczenie. Tego ostatniego mi brakowało; zużyłem znacznie więcej jednostek, niż trzeba – nie zaliczyłbym swoim wyczynem żadnego egzaminu – ale zadziałało. Zrównałem się z nim prędkością.

W ostatniej chwili postawił własne osłony; skwiercząca kula elektryczności spłynęła po półprzezroczystej bańce, uziemiając się wzdłuż wsporników ściany.

– Prawdziwy Mag Pustki! – wrzasnął. Zza drzwi właśnie wychylał się drugi intruz, również w skafandrze. Głośno i wulgarnie wyraził niedowierzanie, równocześnie składając palce do zaklęcia przyspieszającego.

Rozpętało się inferno. Magia wypełniła korytarz. Mniej wprawny w pojedynkach między czarodziejami, wybierałem pierwsze zaklęcia, jakie mi przyszły do głowy. W powietrzu fruwały magiczne pociski, wgniatając ściany korytarza, podłogę i sufit; gruchnęły dwa pokaźne lodowe stalaktyty, poszło nieudane zaklęcie Pomniejszego Paraliżu. Rewanżowali się czarami podobnej klasy, zdradzając brak doświadczenia albo półaktywne Źródło. Miałem nadzieję na to drugie. Jeśli byli półaktywni, wkrótce musiały im się skończyć jednostki.

Sam, wyciągając przed siebie ręce, wyssałem całą zawartość plecaków, od razu przeznaczając część na straty; nie potrafiłem natychmiast zużyć całości ani utrzymać w Źródle. W nieznany mi sposób wydawali się rozumieć, że opustoszyłem ich zasobniki – pewnie mieli w skafandrach własne metody pomiaru – nie próbowali do mnie strzelać z Pustki. Usiłowałem wchłaniać też ich zaklęcia, ale było tego trochę za dużo naraz. Świeciłem się jak olbrzymia lampa automagiczna, oślepiając zarówno ich, jak i siebie.

– Spadamy! Do portalu! – wychrypiał jeden z nich.

– Zepsuje go, idioto! – odparł drugi. – Powietrzem!

Zaczął biec w stronę pokoju nawigacyjnego; między nim a kokpitem znajdowały się drzwi gondoli. Drugi pospieszył za nim. Nie wyglądali, jakby dysponowali spadochronami, a jako półaktywni zapewne używali mniej skomplikowanych zaklęć niż Lot.

Tak czy owak, musiałem ich złapać. Przeklinałem bretańskie praktyki z Bernardem, który nie uznawał zaklęć unieruchamiających. Jeżeli uciekną, nie dowiemy się o nich niczego. Natomiast oni będą wiedzieli wszystko o mnie.

Rzuciłem się za nimi. Ramię ukłute przez faceta ze strzykawką pulsowało bólem. Cokolwiek się z nim działo, nie miałem czasu stanąć i się zastanawiać. Wpadłem do pokoju nawigacyjnego i od razu złapałem się drabinki prowadzącej do części technicznej; jeden z intruzów właśnie wyszarpnął drzwi gondoli. Uderzył we mnie podmuch mroźnego powietrza.

Po posadzce zsuwał się rudowłosy mundurowy, który pewnie zasnął przy stole na mapach nawigacyjnych. Mignęło mi w świadomości, że to chyba źle, że załoga też jest pogrążona we śnie. Tak czy owak, miałem wybór – ścigać intruzów albo postarać się, by oficer nie wyślizgnął się z pokoju i nie wypadł za burtę.

Łapiąc się barierki i mebli przymocowanych do ścian, a równocześnie nogami przytrzymując nieprzytomnego, wyjrzałem za próg; napastnicy właśnie wyskakiwali z gondoli, nie czekając, aż powiodą im się zaklęcia antygrawitacyjne. Nie słyszałem ich – wiatr świszczał w uszach – ale jeszcze widziałem, jak gestykulują frenetycznie, usiłując zmusić magię do działania. Bali się mnie do tego stopnia, że woleli zaryzykować upadek z wysokości dwóch i pół kilometra, niż chwilę dłużej zostać na statku.

No to po zabawie, nie będę ich przecież gonił. Odciągnąłem oficera za próg pokoju, żeby przypadkiem się nie zsunął, przytwierdziłem do podłogi Energetyczną Pajęczyną, po czym spojrzałem znów na drzwi. Krótkotrwale mogłem je zastąpić Bańką Kinetyczną; nie hamowała napływu zimnego powietrza, ale przynajmniej nikt nie wypadnie.

Po chwili w dziurze, gdzie kiedyś tkwiły drzwi gondoli, metalicznie błyszczała półprzezroczysta tarcza. Zimny wiatr powoli wypełniał pomieszczenia, co miało też swoją dobrą stronę; prędzej czy później usypiający gaz wywietrzeje. Z tego, co wiedziałem o statkach latających, mógł jeszcze chwilę pożeglować bez sternika, a przynajmniej wydawał się dość stabilnie unosić na prądach powietrznych.

Bolała mnie ręka. Świeciłem się jak świńska dupa i nie zapowiadało się, że szybko przestanę. Zwykle gdy rafinowałem duże ilości skażonej magii, uwalniałem ją całą naraz w powietrze, ale nie mogłem tego zrobić w ciasnej przestrzeni, na okręcie podtrzymywanym przez delikatne runy antygrawitacyjne i odrzutowe. Poza tym promieniowały ze mnie nie tylko nadmiar energii pochodzącej z przetworzonej mocy Pustki, lecz także własne straty, wynikające z zaklęć rzucanych pospiesznie i w stanie częściowego otumanienia. Ale nie mogłem jeszcze poświęcać temu uwagi. W gondoli nadal wyczuwałem niewielkie, lecz stopniowo rosnące stężenie skażonej energii.

Mówili coś o portalu.

Zawróciłem w stronę kabiny, gdzie spotkałem napastników, ale zmysł Maga Pustki poprowadził mnie do innej, nieopodal pokoju pań. O ile pamiętałem, poprzednio nie była zajęta.

Tym razem zobaczyłem uchylone drzwi, a za nimi leżącą na podłodze Amandine, pukle rudych włosów rozrzucone na piersi, nieco rozchełstany szlafrok i dłoń zaciśniętą na Zagładzie Gwiazd. W głębi dostrzegłem zwiniętą w kłębek półprzytomną Jacqueline; pojękiwała boleśnie.

Na ścianie rozpościerał się pochłaniający światło owal wielkości ludzkiej sylwetki, z którego dobywały się widoczne tylko dla mnie oleiste smugi magii Pustki.

* * *

W pierwszym odruchu odskoczyłem do tyłu, uderzając plecami w ścianę korytarza. Wokół mnie natychmiast rozwinęło się sześć pozostałych osłon, zazębiając się wokół siebie, jakby krążyły po własnych orbitach. Teraz mógłbym bezkarnie unosić się w przestrzeni żywej Pustki, chociaż oczywiście nie potrzebowałem tak silnej ochrony. Znów spojrzałem przed siebie. Widziałem już kiedyś podobne zjawisko. Jeden jedyny raz, w Utraconej Bretanii. Wszyscy wiedzieli, że teleportacja ludzi jest niemożliwa, ale Inkwizytorzy, kapłani obdarzeni zdolnościami manipulowania skażoną mocą, przenosili się skrótem przestrzennym przez Pustkę. Pomagała im w tym Trzecia Wyrocznia, zaprzęgnięta do pracy przez Lucjusza Szalonego.

Wskutek takiej teleportacji tworzyła się oleista kałuża mocy Pustki – szybko zanikająca miniaturowa rozpadlina. Strach o Amandine podszedł mi do gardła, leżała tu długo i wchłonęła dość, aby zabiło ją na miejscu.

Później uświadomiłem sobie, że stężenie mocy nie jest znowu takie duże. Szkodliwe, ale bez poważniejszych konsekwencji, jeśli natychmiast ją przetworzę. Portal na ścianie wyglądał na ustabilizowany. Podobnie jak ten, który znajdował się w podziemiach budynku Gildii Magów w Avalonie.

Jak to zrobili? Nie mogli przecież wykorzystać Skuld; Weyland wiedziałby o tym. A może…?

Nie umiałem z tym postępować, więc na wszelki wypadek zacząłem oczyszczać portal od strony brzegów. Widocznie to właśnie należało zrobić, bo zaczął się zwijać na brzegach jak płonący kawałek papieru. Chwilę później od ściany oderwał się metalowy czarny dysk wielkości dłoni i z brzękiem potoczył po podłodze.

Opadłem na kolana obok mojej narzeczonej.

– Amandine. – Ująłem jej twarz w dłonie. Równocześnie przetwarzałem całą spaczoną moc, jaka jeszcze zalegała w kabinie. – Amandine, obudź się!

– Mmm. – Uniosła powieki i zaraz je zacisnęła; raziło ją światło. – Zzzimno… Vince…? Na Pustkę. Weyland. Pomóż mu.

Zmartwiałem. Oczywiście. Pokój, z którego wyszli napastnicy. Chodziło o Weylanda.

– Nie tkwij tu jak kołek – wychrypiała. – Nic mi nie jest, rusz się, już!

* * *

Znalazłem Weylanda na wpół zwieszonego z łóżka; krzywiąc się z bólu, zaczynał właśnie dźwigać się do pozycji siedzącej. Podbiegłem do niego i podałem mu ramię. Jakbym próbował podnieść słonia; jęknąłem ciężko. W ramieniu ukłutym strzykawką zapulsował ból.

– Zostaw… – sapnął Arcymag; oparł dłonie na podłodze i powoli przeniósł ciężar ciała z powrotem na łóżko. – Wyłącz tę lampę…

– Nie bardzo mogę – przyznałem. – Wciągnąłem za dużo Pustki; jeśli wypuszczę naraz to, co przetworzyłem, zepsuję okręt. Wszystko w porządku?

– Nie. – Na czole Weylanda perlił się pot. Otarł go z sapnięciem. Otworzył usta i tylko bezsilnie złapał oddech. Poczułem próbę kontaktu przez kanały energetyczne i po raz pierwszy w życiu ustabilizowałem połączenie z Arcymagiem.

Jak już kiedyś mówiłem, współprzetwarzanie jest czynnością ściśle intelektualną. Wbrew temu, co sugeruje Bernard, w telepatii i przekazywaniu sobie mocy nie ma niczego niestosownego. Przez więź można jednak nie tylko usłyszeć cudze myśli, lecz także poczuć część emocji oraz poznać kształt Źródła i systemu energetycznego człowieka, z którym nawiązujemy kontakt.

Przede wszystkim zrozumiałem, że Arcymag się boi.

W pewnej mierze obawiał się mnie. Poczułem się zaskoczony, a nawet nieco oburzony. Weyland wielokrotnie podkreślał, że nie widzi we mnie zagrożenia, nawet jeśli teraz nie potrafi mi jeszcze zaufać. Sam zatwierdził moją kandydaturę na Maga Pustki. Przyznał, że poszukiwali człowieka o zrównoważonym charakterze, zdolnego do pracy w zespole, pozbawionego nadmiaru ambicji i agresji. Słowem, przeciwieństwa Lucjusza Thorpe’a.

„Teraz już wiesz. To odruchowe – przyznał Arcymag z pewnym wstydem. – Jak lęk przed pająkami albo szkolnym egzaminem”.

„Wypraszam sobie”.

„Z czasem się przyzwyczaję. Za dużo przeżyłem, za dużo widziałem w wykonaniu Lucjusza; na logikę nie obawiam się ciebie, ale racjonalne tłumaczenia nie docierają do zwierzęcej części mojego mózgu. Nie chciałem, żebyś wiedział. Sprawdź, proszę, co się dzieje z moim Źródłem”.

Sięganie do cudzego Źródła jest postrzegane przez czarodziejów jako czynność łamiąca zasady prywatności. Odniosłem wrażenie, jakbym dłubał Weylandowi w zębach. Albo przeszukiwał mu kuferek z brudną bielizną. Nie zaskoczyło mnie, że Arcymag dysponował starym i spracowanym Źródłem o zasobie ponad czterystu jednostek. Przejawiał też szczególny talent do zaklęć metamorficznych, co było dość interesujące, zważywszy, że nigdy nie naprawił blizn ani złamanego nosa.

Coś się do tego Źródła przykleiło, jak grudka żywicy albo mały czarny guz. Rozpościerało na nim krótkie nibynóżki, zasysało energię. I produkowało Pustkę. Na razie w niewielkim stężeniu, ale bez ustanku.

Przekazałem moje wnioski Weylandowi.

„Tak sądziłem. Nie mogę sprawdzić sam. Czuję się paskudnie. To jest… jakiś organizm. Krąży w moich żyłach, a tak się przejawia na poziomie energetycznym. Żaden zwykły mikrob, żadna trucizna. Rzuciłem zaklęcie oczyszczające; pomogło mi oddychać, ale tego nie uleczyło”.

Sapnął.

„Potrzebuję pomocy, Vince. Przekażę ci wzór, a ty rzuć zaklęcie. Spróbuję hibernacji. Ten organizm pasożytuje na moim Źródle. Muszę wejść w trans, w którym Źródło zostanie uśpione. Jeśli po prostu zasnę lub stracę przytomność, pasożyt nadal będzie się rozwijał”.

„Zaufasz mi?”.

„A jaki mam wybór? – westchnął. – Po powrocie do Avalonu znajdź Esterę Everett. Najlepsza lekarka diagnostka w całej Arborii, specjalistka od magii Entropii. Należy do Cienia”.

Zmrużyłem oczy.

„Archer przekazał mi to samo nazwisko. Może chciałbyś o tym wiedzieć”.

„Ach, ależ wiem. Leczy agentów rządowych. Ale dłużej jest nasza”.

„Skoro tak mówisz…”.

Przypomniałem sobie o strzykawce i bolesnej rance na ręku, i zaczął mnie ogarniać niepokój. Czy na moim Źródle także rozrasta się pasożyt? Wydawało mi się, że go wyczuwam; drobne, ciemne ziarno. Pożerał kwanty mocy, ale Pustki wyprodukować nie mógł. Przetwarzałem ją, zanim zdążyłem to zauważyć. Co nie zmieniało faktu, że chyba rzeczywiście tam tkwił.

„Do licha. Ciebie też dopadli, prawda?”.

„Mnie to nie zaszkodzi – odparłem, chociaż wcale nie byłem tego taki pewien. Przekazał mi wzór; rozpracowywałem go przez chwilę. Nic trudnego, ale Weyland nie mógłby go rzucić sam na siebie; zaklęcie stopniowo wyciszało czynności życiowe, a wymagało przeliczania aż do wejścia w pełną hibernację. – Jest coś jeszcze. Ja się tego świecenia prędko nie pozbędę. Możliwe, że zauważyła mnie Jacqueline, a już napastnicy na pewno wiedzą, z kim mają do czynienia”.

Zamknął oczy; na jego czole formowały się krople potu jak ziarna grochu.

„Jestem pewien, że jakoś sobie poradzicie”.

Nie zwlekałem dłużej. Uważnie przekształciłem wzór, fragment po fragmencie, żeby tylko się nie pomylić; nie rzucałem go nigdy wcześniej, chociaż niektóre elementy miał wspólne z Uśpieniem. Z początku Arcymag mnie naprowadzał; gdy powoli zaczął zapadać w trans, zaklęcie było już dostatecznie rozwinięte, żeby przybrać właściwy kształt nawet w obliczu drobnych błędów. Wreszcie puls Weylanda i jego oddech zwolniły, temperatura ciała obniżyła się, Źródło przycichło do prawie niewykrywalnego poziomu.

Otarłem pot z czoła, nagle przerażony, że nieodwracalnie skrzywdziłem Arcymaga. Poszukałem w myślach odpowiedniego zaklęcia diagnostycznego.

I w tym samym momencie coś wstrząsnęło całą gondolą.

* * *

Pozbawiony sternika statek przez pewien czas spokojnie dryfował na ustalonym kursie. Być może napastnicy założyli, że skończą to, po co przyszli, i obudzą załogę, zanim dojdzie do katastrofy. Tymczasem gaz wietrzał powoli, drzwi do kokpitu pozostawały zamknięte, i chociaż Weyland sam się otrzeźwił za pomocą zaklęcia, pozostali nadal leżeli pokotem, stopniowo dochodząc do siebie. Wliczając w to pilota.

Przytrzymałem Arcymaga za pomocą Pajęczyny, żeby nie spadł z łóżka, a później, chwytając się framug, wyskoczyłem za drzwi. Cała gondola bujała się jak statek na sztormowym morzu; gdy parłem naprzód, wrzucało mną od ściany do ściany. Aby przypadkiem nie było mi za łatwo, miałem trudności z rozróżnianiem kształtów, bo przez nadmiar energii oślepiałem samego siebie. Nawet nie wiedziałem, jakie zaklęcie mogłoby mi pomóc, nigdy nie przewidziałem takiej sytuacji.

Stoliki w salonie były przytwierdzone do podłogi, ale krzesła nie. Pospadały też obrusy, potłukł się serwis i ekspres do kawy. Zauważyłem to dopiero, kiedy wdepnąłem bosymi stopami w okruchy, aż świeczki stanęły mi przed oczami. Dopełzłem do drzwi na czworakach i znów, łapiąc się framug, a później drabinki, wtargnąłem do pokoju nawigacyjnego. Czułem, że zostawiam na podłodze ślady kawowych fusów zmieszanych z moją krwią. Prawie się potknąłem o uśpionego oficera wciąż przytwierdzonego Pajęczyną do podłogi.

W drzwiach gondoli nadal wisiało moje zaklęcie Tarczy, uniemożliwiając mi wypadnięcie. Odbiłem się od niej, lądując na przeciwległej ścianie. Ubrany tylko w szlafrok i pidżamę, szczękałem zębami z zimna. Teraz wyraźnie dostrzegałem problem. Za drzwiami widoczność zmniejszyła się do zera; w nieprzeniknionej szarej mgle nagle zobaczyłem błękitne gałęzie błysku i usłyszałem huk gromu. Dryfując bez sternika, wlecieliśmy prosto w burzową chmurę.

Zawisłem na drzwiach kokpitu. Były zamknięte.

Przymknąłem oczy i przez chwilę po prostu oddychałem.

Potem skoncentrowałem się – miałem wrażenie, że moc przepływa trudniej niż zwykle – i wyrwałem drzwi za pomocą zwykłego brutalnego zaklęcia kinetycznego. Statkiem znowu zatrzęsło; gwałtownie wturlałem się do środka i boleśnie uderzyłem skronią o bliżej mi nieznany aparat. Ciepła strużka krwi spłynęła po moim czole. Mocno chwyciłem pulpit, o ile mi wiadomo, pozbawiony przyrządów, które mógłbym zepsuć.

Kapitan leżał pod ścianą, przetaczając się to w jedną, to w drugą stronę. Kokpit znajdował się blisko drzwi gondoli i dowódca statku powinien już zacząć się budzić, ale wydawał się nieprzytomny. Mrużąc oczy i usiłując dostrzec coś przez światło, zobaczyłem, że miał zakrwawioną głowę.

No pięknie.

Ponownie rzuciłem Energetyczną Pajęczynę, najwyraźniej dzisiejsze zaklęcie dnia. Później, chociaż wzdragam się przed używaniem zaklęć leczniczych w nieoptymalnych warunkach, Powstrzymanie Krwotoku. Następnie spojrzałem na ster.

Zablokowano go kijem od szczotki. O tyle dobrze, że przynajmniej nie kręcimy się w kółko i nie wywiniemy kozła w powietrzu. Ale jak wylecieć z chmury? Osłaniając jedną dłonią oczy, a drugą kurczowo trzymając się pulpitu, przyglądałem się wszystkim wskaźnikom przytwierdzonym nad sterem i dookoła, obserwując światełka, wychylające się wskazówki. Nigdy wcześniej nie pilotowałem statku powietrznego, ale miałem pewne doświadczenie z automagią. Przy odrobinie wysiłku może odczytam kluczowe dane.

I w takiej właśnie pozie, świecącego jak świąteczna dekoracja, wpatrzonego w przyrządy nawigacyjne przy sterze zablokowanym za pomocą kija od szczotki, z zakrwawionym czołem, naprzeciwko wyrwanych drzwi kabiny i w towarzystwie nieprzytomnego kapitana przytwierdzonego do podłogi zaklęciem, zastał mnie Archer.

* * *

– Thorpe! – usłyszałem stanowczy głos. – Odsuń się od koła sterowego!

– Mam problem… – zacząłem, ale mi przerwał.

– Ręce do góry i niczego nie próbuj!

Spojrzałem za siebie i zobaczyłem, że na palcach Archera skwierczy czarny jak doloriańska noc i skupiony w precyzyjną strzałę pocisk entropiczny. Wtedy właśnie zrozumiałem, że sytuacja może wcale nie przedstawia się tak jasno, jak sądziłem. A raczej że dla Archera przedstawia się zupełnie jasno i bardzo niekorzystnie dla mnie. Policzmy. Pasażerowie uśpieni gazem. Nieprzytomny Arcymag i dwóch członków załogi, wszyscy przytrzymani moją Pajęczyną. Zniszczone nawałnicą zaklęć ściany korytarza, wyrwane drzwi kokpitu oraz wyjściowe; kto wie, może kogoś próbowałem wyrzucić. Ani śladu po napastnikach i portalu, dopóki oczywiście Archer nie przeprowadzi śledztwa, nie zanalizuje dziur po zaklęciach i nie znajdzie dysku. I nie zastanowi się, dlaczego, do jasnej cholery, miałbym porywać statek, którym podróżuję, w dodatku boso i w szlafroku. Ale na razie miotał nim słuszny gniew.

Może nie postępowałby pochopnie, może dałby się jakoś przekonać, ale moją sytuację pogarszała świetlista aura, świadcząca o tym, że zgromadziłem znacznie więcej jednostek, niż nakazywała przyzwoitość. A przecież nie mieliśmy na składzie akumulatora, który pozwoliłby mi tyle zaczerpnąć.

– Proszę schować zaklęcie! – zawołałem. Gondola nadal się kołysała i choćbym chciał, nie mogłem puścić pulpitu. – Niczego nie próbuję, przecież nie umiem pilotować!

– To pan jest Magiem Pustki! – warknął wściekle, jakby używał wyrazu bliskoznacznego z terrorystą, zbrodniarzem i potworem. – Człowiek, który wrócił z Utraconej Bretanii! Vincent Thorpe! Krewny Lucjusza! Nieutalentowana linia krwi, akurat! Wiedziałem, że tylko udaje pan kalekę!

– Niech pan mi pomoże wyprowadzić statek z chmury!

– Co pan zrobił Jacqueline i Weylandowi?!

– Zostaliśmy zaatakowani! – Sapnąłem z bólu, gdy okruch porcelany wbił się głębiej w moją stopę. – Proszę spytać Amandine!

– Amandine? Jest pańską wspólniczką! Proszę przestać nagrywać, panie Pointeferre!

– Mowy nie ma – odparł redaktor zza jego pleców. Głos miał zduszony, pełen napięcia. – Niech pan mnie zastrzeli, nie przestanę. Wszystko idzie bezpośrednio do redakcji.

Gondolą ponownie wstrząsnęło i wszyscy stracili równowagę; Archer, zmuszony oprzeć się o ścianę, rozproszył zaklęcie.

Skorzystałem z okazji i dałem susa przez drzwi, rozpychając się między czarodziejem a redaktorem. Gorączkowo tkałem kinetyczne osłony, najgrubsze, jakie potrafiłem wymyślić. Archer był magiem wojskowym; jeśli zacznie do mnie strzelać, mam przechlapane. Musiałem go utrzymać na dystans dostatecznie długo, żeby ochłonął.

Na wpół biegnąc, na wpół tocząc się przez pokój nawigacyjny, postawiłem tarcze ochronne grube jak szkło ekspresu do kawy. Ponowiłem zaklęcie przyspieszające, które wyparowało już jakiś czas temu. W mojej lewej stopie eksplodował ból; tkwiący w niej okruch porcelany znów się poruszył, przecinając tkanki. Prawa stopa nadal jakoś działała i miałem nadzieję, że jeszcze przez pewien czas mnie nie zawiedzie.

Archer coś wrzeszczał. W porę rozpoznałem słowa Pioruna Kulistego i padłem na ziemię. Nieduża, ale bardzo skoncentrowana kula energii elektrycznej – elegancko skupiona wokół rdzenia, żadnych zbędnych odprysków – przefrunęła nade mną i z hukiem uderzyła w ścianę, grzecznie wytłumiona przez drewno. Zrobiło mi się zimno i gorąco jednocześnie; nawet Kathryn nie rzucała tak dobrych zaklęć bojowych.

– Żywcem! Bierz go żywcem! – usłyszałem.

Dziękuję, redaktorze de Pointeferre. Próbowałeś.

Poszło kolejne zaklęcie; tym razem uniknąłem go odruchowo, długoletni trening Drogi Czapli działał za mnie. Archer też przyspieszył i teraz szliśmy krok w krok, nie tak szybko, jak byśmy mogli ze względu na turbulencje, które wstrząsały statkiem.

„Skup się, Vince – pomyślałem. – Umiesz wchłaniać cudze zaklęcia. Musisz się po prostu skoncentrować. Archer jest magiem wojskowym, zgadza się, ale to tylko energia, a energię możesz przetworzyć”.

Odwróciłem się, aby spojrzeć prosto w nadlatujące groty czarnych strzał, trzaskających ciemną energią na krawędziach. Pociski Entropii. Szumiało mi w uszach, kiedy przechwyciłem je i rozplotłem, a nadmiar mocy – której tak naprawdę więcej nie potrzebowałem – szerokim łukiem posłałem w podłogę. Niemal równocześnie nadszedł kolejny piorun i znów pociski; zagarniałem zaklęcia jedno po drugim, biegnąc z powrotem w stronę Archera. Teraz wziął już poprawkę na mój refleks i możliwości, nie pozostawiając miejsca na żaden błąd. Miał nade mną jeszcze jedną przewagę – ja nie chciałem go zabić, a on się nie hamował. Musiałem go jakoś wyłączyć. Wiedziałem, że długo nie dotrzymam mu kroku.

Stanęliśmy obydwaj w korytarzu między kokpitem a pokojem nawigacyjnym. Po mojej prawej stronie w gondoli ziała dziura zasłonięta rozpraszającą się powoli Bańką Kinetyczną. Wytłumaczyłbym mu, żeby we mnie nie strzelał, ale nie dawał mi szansy na odpowiedź. Zeszły z niego otumaniające skutki gazu i nie tylko przyspieszył, lecz także zaczął działać strategicznie. Pod moimi stopami podłoga zrobiła się nagle bardzo śliska.

Upadłem na posadzkę. Dwa kolejne zaklęcia ześlizgnęły się po moich osłonach, trzecie przygniotło mnie do podłogi. Pajęczyna Energetyczna, jakaś wzmocniona wersja. Szarpnąłem się odruchowo, a potem skupiłem, aby rozpleść i ten wzór. Nie zdążyłem; Archer zdjął moje tarcze za pomocą Większej Przeciwmagii jak skórkę sparzonego pomidora, a potem nadepnął mi na rękę obcasem. Poczułem na szyi dotyk zimnej lufy.

– Niczego nie rzucaj. Nawet nie drgnij – ostrzegł. Dyszał ciężko. W jego głosie pobrzmiewało autentyczne przerażenie. Przynajmniej zaczął myśleć i teraz nie chciał mnie natychmiast zabić.

– Nie zamierzam – zapewniłem. – Na Pustkę, porozmawiajmy…!

Gondola zakołysała się gwałtownie. Zamknąłem oczy, przekonany, że Archer zaraz strzeli. Raz, dwa, trzy. Nadal żyłem.

– James, wykończ go! – rozległ się drżący damski głos.

Mogłem spojrzeć w stronę pokoju nawigacyjnego, więc to zrobiłem. Mrużyłem oczy; nadal przeszkadzało mi światło.

Jacqueline w jednej ręce trzymała pistolet, w drugiej dzierżyła Zagładę Gwiazd. Miała podbite oko i długie zadrapanie na policzku, szlafrok rozchełstany; w oczach dziki strach.

– James, on jest Magiem Pustki! – zawołała histerycznym tonem. – Im więcej rzucasz w niego zaklęć, tym silniejszy się staje! Myślisz, że naprawdę go pokonałeś? Czeka tylko na właściwy moment! Żadnej litości, James!

– Kontroluję sytuację – warknął Archer.

– Poddaję się, nic nie robię – wykrztusiłem. – Jestem bardzo… pokojowym… człowiekiem.

– Och, chromolę – jęknęła Jacqueline. – Dlaczego muszę odwalać za ciebie każdą brudną robotę?

Uniosła pistolet. W tym samym momencie zobaczyłem, jak zza pani major wyłania się inna kobieca postać, kształtna i dumna, otulona chmurą rudych włosów jak aureolą gniewu. Podbiła rękę Jacqueline; kula poszła w sufit. Słyszałem własny krzyk, kiedy Archer oderwał pistolet od mojej szyi i strzelił.

Zanim nacisnął spust, odruchowo wessałem przytrzymującą mnie Pajęczynę i spróbowałem spleść zaklęcie, cokolwiek, aby osłonić Amandine, ale w tej samej chwili statkiem znów zatrzęsło, znacznie gwałtowniej niż wcześniej. Nie umiałem ocenić, co się wydarzyło później. Zsunąłem się po śliskiej posadzce w stronę drzwi osłoniętych Bańką Kinetyczną, która, rzucona jakiś czas temu, nie wytrzymała mojego ciężaru i pękła.

Spadłem prosto w burzę.

* * *

Kathryn i Artois

Avalon, wcześniej tego samego dnia

O ile wcześniej Artois nie potrafił określić statusu majątkowego rodziny Kathryn, o tyle nie miał żadnych wątpliwości dotyczących Belinde Chamomille. Lady d’Emeraude zajmowała całą białą kamienicę usytuowaną w dzielnicy czystej, pełnej klombów z kwiatami i starannie przystrzyżonych drzew. Kiedy weszli do środka, a pokojówka odwiesiła ich płaszcze, odniósł wrażenie, że brakuje mu liberii i miecza przy pasie.

Mieszkanie wyposażono bogato, lepiej niż pokoje u hrabiego Trevancel, chociaż były jaśniejsze i bardziej przestronne, a ozdoby nieco delikatniejsze w stylu. Na ścianach zamiast kilimów wisiały obrazy, wszędzie było pełno najrozmaitszych roślin w doniczkach. W przeszklonych gablotkach ustawiono porcelanę, krzesła miały wypukłe, obszyte aksamitem siedzenia. Artois minął wysoki zegar z miarowo kołyszącym się wahadłem – znowu ta obsesja Arboriańczyków na temat czasu – i wypchanego bażanta, który stał na komodzie. Przyglądał się wszystkiemu z ciekawością; przyzwyczaił się do szlacheckich rezydencji, już dawno przestały go onieśmielać.

Była jeszcze jedna sprawa, z którą z początku w Arborii nie mógł się oswoić. Przywykł w Bretanii, że służby się nie słyszało i nie widziało. Nie do pomyślenia było, żeby posługaczka odezwała się pierwsza albo choćby podniosła wzrok. Tutaj tymczasem już od drzwi powitała ich pokojówka, a później gosposia, która specjalnie wyszła im na spotkanie, wyraziła zachwyt panem kapitanem, a na koniec – oczy omal nie wyszły mu z orbit – uściskała Kathryn. Odniósł wrażenie, że znają się bardzo dobrze, a starsza pani trochę jej matkuje. Nie oburzało go to tak jak Bernarda, bo w Bretanii on sam służył, a nie panował, ale to było… co najmniej dziwne. Wydawało mu się, że dostrzega nawet regułę; nie tylko służący nie czuli się skrępowani, witając ich jako pierwsi, ale chyba zobowiązywała ich do tego etykieta.

Ponieważ wszyscy mówili sobie „dzień dobry”, nagle dom Belinde, która przecież nie zatrudniała takiej liczby personelu jak hrabia Trevancel, okazał się niezwykle zaludniony. Artois starał się zgadnąć, jakie funkcje pełnią ci wszyscy ludzie w fartuchach i liberiach, raźno krążący po apartamentach. Wyglądali na dobrze odżywionych, dumnych i spoufalonych; zastanawiał się, czy to reguła, czy też może lady Chamomille prowadzi domostwo według własnych zasad. Zdążył już się zorientować, że ci Arboriańczycy, których poznał jako pierwszych, wyróżniali się spośród rodaków sporą dozą oryginalności.

Weszli do salonu. Zagapił się na instrument muzyczny stojący pod ścianą; na pierwszy rzut oka skojarzył mu się z klawesynem, był jednak znacznie mniejszy, a nad klawiaturą widniało kwadratowe okienko, w którym dało się dostrzec rolkę z czarnego metalu. Przez chwilę się zastanawiał, czy zadać pytanie, ale postanowił odłożyć je na później.

Książę Bernard de Montreuil de Branche d’Amethyste rozparł się wygodnie na kanapie przy niskim stoliku dziennym, najwidoczniej czując się jak u siebie w domu. Przed nim stała kula magiczna, a także salaterka wypełniona cząstkami pomarańczy i jasnymi pękatymi winogronami.

– Witam państwa – zagaił, skubiąc winogrono. – Uprzedzając pytania, nic jeszcze dla was nie znalazłem. Kiedy próbuję uzyskać lepszy dostęp do wiedzy zapisanej w kuli, ten przeklęty kryształ dopytuje się o hasło. Zaklęcie lokalizacji nic nie daje; w ogóle mam wrażenie, że może być mizernie z magią dywinacyjną w Avalonie. Do budowy miasta użyto księżycowego kamienia, czy mam rację?

– Nie, w ogóle nie mamy księżycowego kamienia, ale kluczowe punkty i systemy miejskie – mosty, linie tramwajowe i tym podobne – zostały zabezpieczone runami – westchnęła Kathryn. – Tego się właśnie obawiałam. Jeśli Belinde znajduje się w starej części miasta, nie będę mogła jej wyśledzić magią.

– Jesteś jej uczennicą – wtrącił Bernard. – Kryształ może i tobie okazywać posłuszeństwo.

– Częściowo. A jeżeli nie, istnieją sposoby, aby go zmusić. Zamierzam to sprawdzić. Jest coś jeszcze. Zaraz po tym, jak się wyłączyłeś, skontaktowała się z nami Margueritte…

Przerwała, zerkając na drzwi salonu, które właśnie się uchyliły, i do środka wszedł chudy starszy mężczyzna w nienagannej ciemnozielonej liberii, niosąc tacę z herbatą i ciastkami. Włosy miał półdługie, szpakowate, zaczesane za uszy; pielęgnował też cienki elegancki wąsik. Artois, czuły na subtelności dowodzenia, od razu się zorientował, że widzi kogoś stojącego wyżej w hierarchii personelu Belinde.

Przywitał się oczywiście. Roztasował na stoliku nieduże porcelanowe dzbanki z herbatą i pasujące do nich filiżanki, rozłożył herbatniki na talerzykach. Dołożył kolejną kiść winogron do salaterki.

– Smutno tutaj nam było bez panienki – powiedział, a zaraz potem dodał: – Pracownia się kurzyła, a ustawiłem już nowe matryce transformacyjne. Czy przynosi panienka wieści o lady Chamomille…?

– Miałam nadzieję, że sam udzielisz mi kilku wskazówek – odparła Kathryn.

– Zrobię, co będę mógł, chociaż… – Zawahał się, patrząc na gości.

Kathryn ze zrozumieniem skinęła głową.

– Kapitanie, przedstawiam panu Jarvisa, kamerdynera lady Chamomille. Jarvisie, oto kapitan Artois de Narbonne de Branche d’Ambre.

– Jestem zaszczycony, panie de Narbonne. – Mężczyzna się ukłonił. Artois, nieprzyzwyczajony do hołdów ani do brzmienia własnego nazwiska, poczuł się trochę głupio. – Jeżeli wolno spytać, czy łączy pana pokrewieństwo z lady de Breville?

– To moja przybrana matka – odparł Artois.

Kamerdyner uniósł brwi ze zdumienia, ale nic więcej nie powiedział.

– Obydwaj panowie są godni zaufania – dodała tymczasem Kathryn. – Porozmawiamy za chwilę. Najpierw muszę omówić z nimi parę spraw, ale wolałabym, żeby nikt nie słuchał pod drzwiami. Zająłbyś się tym, proszę?

– Z przyjemnością, panienko.

Kamerdyner ulotnił się jak duch. Bernard wpatrywał się w całą scenę, jakby zobaczył konia, który mówi.

– Czy on powinien tak się spoufalać? – spytał wreszcie.

– Jasne – odparła Kathryn. – Pamięta pan Blancheta? Mistrza szpiegów generał Theresy?

– Mistrza szpiegów? – zdumiał się książę de Montreuil. – Sądziłem, że tylko dowodzi zaopatrzeniem. Sugerujesz, że Jarvis jest kimś takim?

– Analogicznie – potwierdziła. – Zaopatrzenie i nie tylko. Za młodu pełnił służbę w wojsku. Zdrowie już mu nie pozwala na brawurę, ale zrobił też dyplom wiedźmy mechanika. Zna się na tym i owym. Jak widzisz, mamy do dyspozycji znacznie więcej informacji niż te zaszyfrowane w kuli. Najpierw jednak chciałabym cię zaznajomić z sytuacją…

W kilku słowach wyjaśniła, co wydarzyło się na Moście.

– Krótko mówiąc, nawet jeśli Belinde wróci za chwilę, mamy spory problem. Wszystko może wyjść na jaw w niewłaściwej kolejności, zanim moja mistrzyni oswoi kręgi władzy z istnieniem Utraconej Bretanii. Dziennikarze nie mają żadnych zahamowań. Zderzenie będzie ostrzejsze, niż chcieliśmy.

– Nie rozumiem – westchnął książę. – Nie możecie po prostu skrócić ich o głowę?

– Podobno to się nie godzi – wyjaśnił Artois. – Obywatele Arborii mają prawo głosu, więc powinni być o wszystkim informowani.

– Skomplikowany system. – Bernard sięgnął po cząstkę pomarańczy. – Droga Kathryn. Tylko nie próbuj czegoś takiego u nas wprowadzać, to się nigdy nie przyjmie.

– Nie martw się, książę – odparła królowa, odginając kolejno palce. – Zacznę od medycyny, wodnych klozetów i pralek obrotowych. Marzy mi się też system szybkiego transportu statkami powietrznymi, o ile zmieszczą się w budżecie. Demokrację wprowadzimy, kiedy ludzie nauczą się myć częściej niż raz na rok. To poprawia jasność myślenia.

– Na początek wystarczy, jeśli dostarczymy zboże na przednówku – mruknął książę.

Artois delikatnie dotknął łokcia Kathryn.

– Powiedz nam, Kat – zagadnął cicho. – Po rozmowie z Margueritte wydajesz się mniej zaniepokojona zniknięciem lady Chamomille.

– Wydaje mi się – zagryzła usta – że to może mieć ze sobą związek. Jeśli Belinde dowiedziała się czegoś więcej, postanowiła nie przerywać śledztwa. Przemyślałam to zresztą; nie sądzę, żeby wpakowała się w coś bardzo groźnego. Zawsze zręcznie radziła sobie z ludźmi. Ale powinniśmy znaleźć ją przed herbatką.

– Jaką herbatką? – Artois uniósł brwi.

– Dzisiejszą. – Królowa zaplotła dłonie. – No wiesz, nieoficjalną herbatką z premierem.

* * *

– To Belinde powinna wam wyjaśniać arboriańską politykę – zaczęła Kathryn – chociaż na teorii znam się całkiem dobrze. Umykają mi bieżące intrygi; trzeba mieć ten zmysł rozpoznawania podwójnych znaczeń i ukrytych intencji. A zapowiada się bardzo trudne spotkanie, bo Belle i premier należą do przeciwstawnych stronnictw. Federaliści przegrali wybory, w dodatku mogą uważać, że częściowo z jej winy. Lady Chamomille, która im sprzyjała, zniknęła w środku kampanii…

– Czyli – Bernard zmarszczył brwi – przez swoją nieobecność lady d’Emeraude straciła sporą część władzy w Arborii.

– Cóż, niezupełnie. Belle zasiada w Wyższej Izbie Parlamentu, składającej się głównie ze szlachciców – czarodziejów; magia nie jest warunkiem, ale aktywne Źródła długo żyją, więc nie wymieniają się tak często. Nie traci miejsca dlatego, że jej partia przegrała wybory w Izbie Niższej.

– Nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, że wasza Izba Niższa, do której kandydować może każdy, ma więcej formalnej władzy niż czarodzieje. – Bernard pokręcił głową z niesmakiem. – Pierwotnie sądziłem, że to tylko igrzyska dla ludu.

– Nie zamierzam cię przekonywać do sensowności naszego ustroju. Myślę, że szczegóły techniczne nie są ważne, dopóki wszystko działa, jak należy. A u nas działa właśnie to, przetestowane metodą prób i błędów. Istnieją przyczyny, dla których Arboria ma na przykład wodociągi i powszechną edukację, a Bretania nie. – Kathryn przeczesała dłońmi włosy. – A jeśli chodzi o samą politykę… Poczekajcie, łatwiej mi będzie wyjaśnić.

Królowa ściągnęła z komody sporą zdobioną kulę na stelażu. Artois dostrzegł, że wymalowano na niej zarysy lądu i rozmaite napisy.

– Czy to jest mapa? – zdziwił się. – Dlaczego ma kształt kuli?

– Och. Oczywiście. To nie mapa, tylko globus. Świat jest kulą – wyjaśniła Kathryn.

– Jak to możliwe? – spytał wstrząśnięty Artois. – Przecież ma Granice. Czy Bretania…

– Bretania zajmuje z grubsza ten obszar. – Kat pokazała wielką czarną plamę pośrodku kontynentu. – Znajduje się w innym wymiarze przestrzennym, ale równocześnie nadal tam jest; wciąż nie do końca wiemy, jak to działa, więc uwierzcie mi na słowo. Ale zasadniczo świat to kula. Trochę spłaszczona na biegunach co prawda…

– Czytałem o tym za młodu. – Książę de Montreuil podkręcił wąsa. – Jest tak ogromną kulą, że przyklejamy się do jej powierzchni niczym mikroby do jabłka – takie niewidzialne zwierzątka odkryte przez starożytnych, uważasz – i tak jak one nie potrafimy spojrzeć dość daleko, aby dostrzec krzywiznę.

– Czyste szaleństwo. – Kapitan się otrząsnął. – Dobrze. Już nic nie mówię.

– Kontynent arboriański – tłumaczyła dalej Kathryn – kiedyś w całości należał do Cesarstwa Triumwiratu, pominąwszy te kawałki, które nie nadawały się wtedy do zamieszkania przez ludzi. Podobno u zarania dziejów nasz świat był bardzo nieprzyjazny. – Zakreśliła palcem spore terytorium. – Przez długi czas Imperium Arboriańskie zajmowało prawie połowę terenów na zachód od Rozdarcia. Przewińmy o parę stuleci i kilka wojen, rewolucji, podbojów oraz uwalniania się podbitych państw i dostajemy taki obraz jak obecnie. Zjednoczona Republika Arborii, przylegające do niej państwa satelitarne i autonomie. Oraz cała reszta.

– Doloria – odczytał Artois na mapie. – Biorą mnie za Doloriańczyka.

– Mieszka tam większy odsetek ludzi ze śniadym lub ciemnym kolorem skóry – wyjaśniła Kathryn. – Poza tym stereotyp głosi, że są dość wysportowani. Doloria jest naszym… jedni twierdzą, że krajem sąsiedzkim, inni że kolonią. Regularnie toczy z nami wojny o niepodległość. Hrabina Oliwia de Branche d’Opal, rywalka polityczna mojej mistrzyni, ma posiadłości w Dolorii, kontroluje ich Gildię. Arcymag Weyland pochodzi z Dolorii. Tamtejsi patrioci uważają go za zdrajcę, bo działa w naszym systemie. Nasi patrioci uważają, że jako agent pracuje na rzecz uwolnienia Dolorii spod kontroli Avalonu.

– A jak jest naprawdę?

– Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami. – Ma ponad trzysta lat. Nie śledzę nawet wszystkich planów mojej mistrzyni, a przecież ją dobrze znam.

Trąciła globus palcem.

– Arboria utrzymuje się w jakiej takiej całości pod władzą jednego z dwóch stronnictw. Tradycyjnie byli to Imperialiści, zwolennicy ścisłej zależności prowincji od Avalonu oraz silnej kontroli nad satelitami, oraz Federaliści, którzy popierają ich większą samodzielność. Imperialiści, co zrozumiałe, prowadzą agresywną politykę zagraniczną. W ostatnim półwieczu koncentrowali się głównie na niepokojach w Dolorii. Federaliści reprezentują frakcję pokojową, skupiają się na handlu, opowiadają za szerszą dostępnością magii dla nieutalentowanych. Istnieją jeszcze Separatyści, wieczna opozycja. Niektórzy mają serce na właściwym miejscu, ale… Czy gościliście kiedyś takiego starego wujka, który po kielichu chciał wszystkich wieszać? – Zerknęła na Bernarda. – Um, nieważne.

Książę de Montreuil zdjął kawałek pomarańczy z wąsów.

– Ja to wszystko już słyszałem. Ale mów dalej, interesuje mnie twoja interpretacja.

– Tak w skrócie, ostatnio przez dłuższy czas przewagę utrzymywali Federaliści. Ale mamy kłopoty wewnętrzne, które wynikają z industrializacji…

– Co, wody w wodociągach zabrakło? – spytał Bernard uszczypliwie.

Kathryn spojrzała w sufit i westchnęła.

– Zacznę się przejmować twoją krytyką Arborii, jak ministrowie przestaną nam siusiać w pałacu za kotarami i załatwiać porachunki w pojedynkach. W każdym razie w Bretanii w takich okolicznościach powstają krwawo tłumione bunty chłopskie, a tutaj po prostu jedno stronnictwo przegrywa wybory i tyle. Trzeba pamiętać, że epoka wielkich podbojów już się skończyła. Obydwie partie pozostają w równowadze od kilkudziesięciu lat. Imperialiści marzą o dawnych czasach, ale zadowalają się okazjonalnymi demonstracjami sił na granicach i w prowincjach. Tyle że teraz na horyzoncie pojawia się dawno niewidziany ląd…

Książę de Montreuil podparł brodę kościstymi palcami.

– Uważasz, że istnieje ryzyko podboju. Belinde twierdziła, że wszystko się da załatwić. Przygotowałem dary dla tutejszych możnych i potencjalne towary na wymianę.

Królowa zaplotła ręce nad głową.

– No tak. Wszystko zależy od tego, jak się uda przedstawić Bretanię arboriańskiej socjecie. W optymistycznej wersji wydarzeń Imperialiści chwalą się opinii publicznej nowymi rynkami zbytu. Wysyłają ekspedycje naukowe. Zakładają faktorie dokładnie tak, jak by to zrobili Federaliści. Próbują nas wałować i szpiegować, domagają się bazy wojskowej, ale to się jeszcze da utrzymać pod kontrolą. Wydzieliłabym strefę buforową specjalnie na handel, bez prawa podróży w głąb kraju.

– Wspominałaś mi o tym. – Bernard skinął głową. – Zacny pomysł.

– Ale jeśli to spotkanie spartolimy… – Kathryn schowała twarz w dłoniach. – Jeśli przez ten rok zmieniło się coś, czego nie mogliśmy przewidzieć, a Belinde tego nam nie przekazała… albo na przykład Belle nie wróci na czas i kogoś tym urazimy… ryzykujemy wybuch nowej wojny.

– Rozumiem – wtrącił książę – że jeśli odwołamy herbatkę, tym bardziej ludzi obrazimy. A niektórzy z nich mogą już mieć pojęcie o istnieniu Bretanii z własnych źródeł.

– Właśnie. Musimy znaleźć Belinde, i to nie tylko ze względu na jej bezpieczeństwo. O nią samą właściwie się nie martwię.

– Albo musimy bardzo dobrze kłamać – zauważył Bernard.

– Stanowczo wolę ją znaleźć. – Kathryn spojrzała przed siebie umęczonym wzrokiem. Artois delikatnie pogładził jej ramię, a później przytulił ją; krótko, ale czule.

– Zawołam Jarvisa – powiedziała wreszcie. – Powinien już coś mieć.

* * *

Kathryn wyszła. Artois niespokojnie krążył po komnacie, oglądając bez większego zaangażowania bibeloty ustawione na komodach, portrety przodków i książki w podręcznej biblioteczce. Chciałby wiedzieć, jak ma w tym wszystkim pomóc, ale nie czuł się kompetentny w kwestiach politycznych. Znalazł na półce przewodnik po Avalonie, dokładnie taki sam, jaki sobie kupił; z niewiadomych powodów podniosło go to trochę na duchu. Przewertował kartki i niemal przypadkowo znalazł budynek, o którym myślał od dłuższego czasu.

Książę Bernard obserwował kapitana, z nonszalancją wyskubując winogrona z salaterki. W oczach miał złośliwe błyski. Artois, wiedziony doświadczeniem, nie zamierzał odpowiadać na zaczepki pana czarodzieja. Jeśli de Montreuil postanowi się podzielić tym, co ma do powiedzenia, i tak to uczyni.

– I co zamierzasz teraz zrobić, kapitanie? – zagaił wreszcie książę. – No, nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Skoro już zdecydowałem się na rolę ambasadora, nie mogę przecież, jak pierwotnie zamierzałem, poślubić królowej. Dostalibyście w takim układzie pełną swobodę, bo mam tyle przyzwoitości, żeby nie pchać się niewieście do łożnicy, skoro tego nie chce. Ale teraz racja stanu wymaga, abym znalazł kandydata, którego przyjmie. Jasne, deklarowała brak woli wchodzenia w związek małżeński, ale jest w końcu rodowitą Arborianką i bez odrobiny kontroli zwasalizuje Bretanię, zanim mrugniemy okiem. Szykuje się konflikt z Theresą, z potencjalnym królewskim małżonkiem… Próbowałeś chociaż wyobrażać sobie konsekwencje? Umiesz, młody najmito, myśleć dalej niż koniec twojego fiutka?

– Książę – odparł Artois bardzo, bardzo spokojnie – jeżeli pragniesz mnie obrażać, zapewniam cię, że mam spore doświadczenie w znoszeniu obelg od zdziwaczałych starców. Ale jeśli spróbujesz obrażać królową, znajdę okazję, żeby ci się odpłacić.

– Nie odgrywaj przy mnie rycerza bez skazy – prychnął książę de Montreuil. – Ja tylko mówię szczerze coś, co inni będą opowiadać za twoimi plecami, zanim wbiją w nie sztylet. Pytam poważnie. Masz plan?

Artois zamknął książeczkę, którą trzymał w ręku. W zasadzie decyzja była całkiem prosta.

– Mam teraz arboriańskie obywatelstwo. Skorzystam z maszyny testującej i zostanę czarodziejem.

– Hooo! – roześmiał się książę. – A to dobre. Wiesz, kapitanie, że magię trzeba mieć we krwi? Czyim jesteś bękartem? Trevancel zmajstrował cię na boku? Ja bym nie dał głowy za czystość tej odnogi.

– Hrabiego de Morion, mości książę – wycedził Artois.

– No już, już, nie denerwuj się tak. – Bernard ściągnął usta i się zamyślił. – De Morion. Pijak, hazardzista, ale jeśli chodzi o siłę krwi… Ile masz lat? Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia sześć? Wiesz, że samo Źródło nie wystarczy. Może cię zmylił przypadek naszego Wielkiego Maga, który rzuca zaklęcia od niedawna, ale on wskoczył w swoją moc jak w surdut szyty na miarę. Odebrał gruntowne wykształcenie, podczas kiedy ty, kapitanie, jesteś półanalfabetą. Bez urazy.

Kapitan opuścił ramiona. Przemyślał to sobie. Czytał i pisał po bretańsku płynniej niż po arboriańsku za pośrednictwem tłumaczącej szpilki i rachował lepiej niż inni jego pokroju, ale obserwując przez długie lata hrabiego Trevancel, nabył też pewnego pojęcia, ile mu brakuje.

– Nie muszę być dobrym magiem, książę – odparł spokojnie. – Wystarczy mi, jeśli zostanę miernym. Tylko po to, aby móc przy niej trwać. Jeśli nadal będzie tego chciała.

– Dobrze, skoro tak, próbuj – mruknął Bernard. – Nie wierzę w to, ale próbować zawsze można. Nadal nie sądzę, żeby ścierpieli cię jako księcia małżonka, ale status czarodzieja przeniósłby próby pozbycia się ciebie na bardziej wyrafinowane poziomy. Szkoda, że Kathryn źle znosi sugestie wzięcia sobie kilku kochanków. Można by nimi rozgrywać.

Artois pokręcił głową z niesmakiem. Rozmowa z księciem sprawiała, że czuł się brudny. Nawet nie chodziło o to, że postrzegał Kathryn jako niewinną istotę zrodzoną z czystej magii, bo z pewnością nią nie była; obydwoje radośnie przekonywali się o tym poprzedniego wieczoru. Ale miał wrażenie, jakby Bernard wystawiał na próbę jego lojalność. Znacznie silniejszą niż ta, do której kiedyś zobowiązywał go najemniczy kontrakt.

– Nie doceniasz Kat, jeśli rozważasz, jak nią manipulować – powiedział. – Belinde ma gadane, ale Kathryn tęgą głowę. Poczekaj, jeszcze cię zaskoczy jako królowa.

– O, niewątpliwie. Kapitanie, przeżyłem pięciu królów. Kathryn będzie z nich najlepsza albo najgorsza – westchnął stary książę. – I jeszcze nie wiem, która z tych możliwości wchodzi w rachubę.

Drzwi znowu się uchyliły.

– Chodźcie do pracowni – zaprosiła ich czarodziejka.

* * *

Laboratorium wydało się Kathryn opustoszałe i zubożałe. Posprzątano blaty, wyrzucono przeterminowane roztwory, wyczyszczono nawet niezmywalne plamy pod wyciągiem. Znikł zastarzały zapach rozpuszczalnika. Ciemne szklane słoje opatrzone etykietkami, które dobrze rozpoznawała, stały grzecznie w rządku na półce, żaden kątomierz nie zawieruszył się poza szufladą. Stolik jubilerski, zwykle zasypany ścinkami, dziś wyglądał na czysty. Czy tutaj naprawdę było aż tyle miejsca? Przeważnie blaty znikały pod warstwami teczek i monografii.

Artois stał za nią, czujny i uważny, jak zwykle, gdy miał do czynienia z magią. Może nadal się jej obawiał, a może przypomniała mu się wieża hrabiego Trevancel. Widziała, że przygląda się etykietom, sylabizując nazwy. W rzadkiej chwili olśnienia dotarło do niej nagle, że prawdopodobnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy kapitan przeczytał więcej niż wcześniej przez całe życie. Nie narzekał jednak, jak czasem Bernard, na kulturowy wstrząs albo nadmiar materiału do opanowania, tylko obserwował i po cichu się uczył.

Książę de Montreuil taksował wzrokiem aparaturę; wyobrażała sobie, że stary możnowładca układa listę zakupów do własnej pracowni w ambasadzie, którą niewątpliwie otrzyma w darze od królowej Gwendolyn.

Otworzyły się ciężkie metalowe drzwi, które odgradzały laboratorium od pomieszczenia do pracy z wysokimi energiami. Wyszedł stamtąd Jarvis w fartuchu zarzuconym na liberię, niosąc kilka starych, pożółkłych kart.

– Lady Chamomille nie rozmawiała ze mną przed wyjściem – zaczął z powagą. – Wyjęła natomiast z zabezpieczonych archiwów akta personalne z czasu walk w Dolinie Cedrów. Zostawiła je na wierzchu, być może jako wskazówkę dla was. Nie znam tych dokumentów, nigdy wcześniej ich nie oglądałem. Nie mogę stwierdzić, czy czegoś brakuje. To nie jest dobry znak.

Kathryn zmrużyła oczy. Walki w Dolinie Cedrów? Chodziło o jedno z najkrwawszych powstań, jakie wybuchło w Dolorii. Sto pięćdziesiąt… nie, prawie sto sześćdziesiąt lat temu. Co Belinde Chamomille, słynna avalońska piękność i dyplomatka, znana na cały kraj artystka użytkowej magii, mogła mieć wspólnego z doloriańskim powstaniem?

– Dlaczego moja mistrzyni trzyma w domu akta personalne… czyje właściwie?

– Kawalerzystów – odparł krótko Jarvis. – Doloriańskiej Wiedźmiej Kompanii. Tworzyli ją Arboriańczycy i miejscowi wierni rządom Avalonu. Prawie sami półaktywni, kilkoro pełnych magów. Kazano im uspokajać nastroje, ale skończyło się brutalnym stłumieniem powstania; większość później osądzono i zablokowano im Źródła, nielicznych uniewinniono i usunięto ze służby. Paru z nich objął program ochrony świadków.

– Grubo – szepnęła młoda czarodziejka. – Belinde miała tylko sprawdzić dla nas tutejszą kryminalistkę. Millie Severia; słyszałeś coś o tym?

– O tym akurat sam jej powiedziałem. – Jarvis rozłożył ręce. – Millicent Severia prowadzi zorganizowaną grupę przestępczą w dokach. Jest nieaktywna, ale ogromnie chciwa na magię w każdej postaci, począwszy od akumulatorów, skończywszy na różdżkach ze zdjętą licencją. Kto ma odpowiednie kontakty, może ją wynająć za kontener eliksirów wojskowych albo składany leżak Arte Benare, wszystko jedno. Ma w swoich szeregach kilka nieźle wykształconych wiedźm, ale nigdy bym jej nie połączył z Wiedźmią Kompanią, nie dobiega nawet czterdziestki. A to było już ponad sto pięćdziesiąt lat temu.

– Co znaczy, że ktoś ją wynajął – wtrącił cicho Artois. – Przepraszam, że mówię rzeczy oczywiste. Belinde znalazła powiązanie dzięki swojej wiedzy. I zniknęła. Czy możecie mi wyjaśnić, czym jest program ochrony świadków? Potrzebuję to sobie poukładać w głowie.

Jarvis spojrzał na niego uważnie.

– Pan nie pochodzi z Dolorii, prawda? Belinde mówiła mi, że gości przybyszów z daleka i że wyjaśni wszystko jeszcze przed dzisiejszą herbatą.

– Przestańmy owijać w bawełnę – fuknął książę de Montreuil – bo do niczego nie dojdziemy. I tak lada chwila prawda wyjdzie na jaw. Jarvisie, mam zaszczyt przedstawić dwóch obywateli Królestwa Bretanii z Drugiej Strony Świata.

Kamerdyner na chwilę stracił rezon.

– Przepraszam, mam wrażenie, że źle usłyszałem. Czy pan właśnie powiedział…

– Że jestem z Utraconej Bretanii, czy jak to się u was nazywa, do licha – rzekł de Montreuil z błyskiem w oku. – Którą właśnie połączono na powrót z Arborią za pomocą magicznego Mostu przez Zaświaty, stworzonego z wydatnym udziałem twojej pani. Razem z obecną tutaj Kathryn Verd de Branche d’Argent lady Chamomille spędziła prawie rok w granicach naszego królestwa.

Kathryn niedostrzegalnie odetchnęła z ulgą. Na szczęście Bernard nie wyjawił wszystkiego. Ustalili w swoim gronie, że jako królowa Bretanii pozostanie incognito tak długo, jak się tylko da, a książę de Montreuil będzie prowadził negocjacje w jej imieniu. Ale nie wiedziała, co mu jeszcze strzeli do głowy.

– Legendy powiadały, że w wyniku Rozdarcia kontynent arboriański stał się niezdatny do zamieszkania, a nieliczne enklawy, jakie pozostały na jego powierzchni, pogrążyły się w zbrojnych konfliktach. Nasze królestwo prowadziło zatem spójną politykę izolacjonizmu – kontynuował Bernard dumnie. – Odpowiadało nam pogrążenie się w sferze legend.

Kathryn zamrugała. Książę de Montreuil dopiero się rozkręcał.

– Jednak po wizycie arboriańskich czarodziejów młoda królowa, Aurora Pierwsza de Branche d’Argent, zdecydowała się przerwać wielowiekową tradycję i ponieść ryzyko zbrukania się kontaktem ze światem zewnętrznym. Most powstał dzięki współpracy waszych fachowców i naszych Magów Pustki. Jako najbardziej sędziwy i doświadczony mędrzec Gildii Magów zostałem wysłany w charakterze ambasadora Utraconej Bretanii, aby przeprowadzić misję nawiązania pokojowych relacji ze Zjednoczoną Republiką Arborii.

Podczas całej tej przemowy Jarvis popatrywał na Bretańczyków z rosnącym zdumieniem. Ściągnął brwi.

– Panienko Kathryn, czy to prawda?

– Bez wchodzenia w szczegóły, mniej więcej tak.

– Ależ… – szepnął. – Czyli noworoczny incydent w Ombre, o którym opowiadały gazety dwa miesiące temu, nie był kolejnym wybrykiem Szalonej Meg… Och, przepraszam pana uprzejmie. Co oznacza, że człowiek, który wynajął Severię, chce śledzić właśnie was. Ma koneksje, dzięki którym zna tajemnice państwowe. Ma powiązania…

– Mnie się zdaje – powiedział Artois spokojnie – że brakuje nam wiedzy Belinde Chamomille. Nie możemy od razu dojść do wniosków, które wysnuła, wyciągając te stare akta. Ale te informacje można uzyskać dzięki pracy w terenie. Jarvisie, z chęcią przespaceruję się do avalońskich doków.

Czarodziejka poczuła, jak przyspiesza jej puls. Czy kapitan znów zamierza ryzykować ze względu na nią? Czy zdaje sobie sprawę, na co się naraża?

– Artois, proszę cię – złapała go za rękę – to niebezpieczni ludzie. Belinde jeszcze nie wróciła, a ona jest doświadczoną czarodziejką, wytrawnym politykiem. Nie chcę, żeby przydarzyło ci się coś złego.

Kapitan uśmiechnął się wilczo.

– Ja również jestem niebezpieczny. Nieraz bawiłem się z możnymi w chowanego; potrafię szacować ryzyko. Masz rację, Belinde dysponuje wielką potęgą. Jeśli zniknęła, to dlatego, że wciąż prowadzi śledztwo albo zdradził ją ktoś znajomy, komu w pierwszym odruchu zaufała. Mnie to w Arborii nie grozi.

– Nie puszczę cię samego. Nie znasz nawet miasta.

– A kto będzie prowadził spotkanie dyplomatyczne? Wyłącznie Bernard? Uwiarygodnisz go. Wyłgacie się z nieobecności Belinde, jeśli tam będziesz.

– Wiesz, że wolę rzucać Kule Ognia. Zawsze mogę służyć wsparciem.

– Jesteś rozpoznawalna na pierwszy rzut oka, natomiast mnie łatwo ucharakteryzować – zaoponował Artois. – Poza tym, jeśli dobrze rozumiem, w dokach też obowiązuje prawo zakazujące rzucania bojowych zaklęć. Jarvisie? Belinde tworzy magiczne przedmioty. Chciałbym podkreślić, że jestem ogromnie chciwy na magię w każdej postaci.

– Na litość Wędrowca. – Jarvis potrząsnął głową. – Proszę dać mi ochłonąć. Utracona Bretania! Monarchia d’Argent! Magowie Pustki! Nie wiedzą panowie, jak to dla nas brzmi.

„Troszkę jak złe królestwo mrocznego władcy – pomyślała Kathryn ponuro. – Przynajmniej wybrane przeze mnie imię budzi ciepłe skojarzenia. Trzeba będzie rzeczywiście zostać na miejscu i wyjaśnić Bernardowi pewne niuanse. Jest znakomitym kłamcą, czyli jako polityk ma świetne kwalifikacje, ale brak mu szczegółowych danych”.

* * *

Na bruku ścielił się błękitny dym, sięgając kapitanowi aż do kostek. Opadał z fabrycznych kominów nadrzecznej dzielnicy Avalonu, spływał po ścianach domów, barwiąc je stopniowo na brudnosiny kolor. Artois pilnował, aby nie rozglądać się zanadto.

Surdut zostawił u Belinde; z pomocą Jarvisa znalazł przyodziewek bardziej stosowny do okoliczności: spodnie z grubego płótna, koszulę z taniej bawełny (cisnęła w ramionach; przynajmniej spocił się od tego wystarczająco, aby nie wyglądała na nową), wytartą marynarkę i kaszkiet.

Tarczę kinetyczną zapiął na nadgarstku; nie była to używana przez czarodziejów bańka, ale szczególny rodzaj zaklęcia, który spowalniał szybkie i energiczne uderzenia, jakby atakujący ugrzązł w galarecie. W przeciwieństwie do twardych osłon, powstrzymywało kule bez niebezpieczeństwa rykoszetu. Dzięki Jarvisowi kapitan zrozumiał też, że dysponował olbrzymią przewagą w postaci tłumaczącej przypinki, którą dostał od Belinde. Nie znał się na magii i nie wiedział wcześniej, że takie maleństwo należy do grupy ściśle licencjonowanych artefaktów szpiegowskich; szpilka nie tylko pozwalała mówić po arboriańsku, lecz także z czasem dopasowywała dialekt do otoczenia.

Na szyi, pod koszulą, miał medalion z uproszczonym modułem komunikacji, działającym podobnie jak magiczne kule. Pouczono go, aby użyć medalionu tylko w razie szczególnej potrzeby, bo zniknie zaklęcie chroniące jego aurę przed wykryciem. Nikt mu nie musiał tłumaczyć, że ludzie, których śledził, nie powinni wiedzieć, kiedy nagrywa i przekazuje ich głos.

Jarvis, podobnie przebrany, towarzyszył mu w drodze do doków. Poza odzieżą zmiany w jego wyglądzie były subtelne, ale przeistaczały go w zupełnie innego człowieka. Wystarczyło trochę makijażu, aby obdarzyć go zapadniętymi oczami, zmienić kształt policzków i nosa. Elegancki wąsik przekształcił w niechlujne wąsidło. Garbił się, ręce trzymał w kieszeniach, złe spojrzenie kierował w bruk przed sobą.

– Oni i tak wiedzą, kim jestem – ostrzegł wcześniej Artois. – Na terenie należącym do Severii będzie pan musiał działać na własną rękę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, 2017

Text © copyright by Aleksandra Janusz, 2017

Ilustracja na okładce Milena Młynarska

Typografia Marta Weronika Żurawska-Zaręba

Redaktor prowadzący Katarzyna Lajborek

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Redaktor Sylwia Sandowska-Dobija

Korekta Ewa Mościcka, Magdalena Szroeder

Korekta pliku po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13237-6

Plik wyprodukowany na podstawie Kroniki Rozdartego Świata. Cień Gildii, Warszawa 2017

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cień Gildii Utracona Bretania Asystent czarodziejki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów